WYŚWIETLENIA

10 października 2025

DEMETRIUSZ, PYRRUS, ARATOS... - Cz. II

PRAWDZIWI "CELEBRYCI" 
EPOKI HELLENISTYCZNEJ





DEMETRIUSZ POLIORKETES
(337-283 r. p.n.e.)
Cz. II





W KRĘGU OSZCZERSTW I KALUMNI




Trudno było w owych czerwcowych dniach 323 roku p.n.e. wybrać następcę Aleksandra, który mógłby objąć po nim władzę nad całym Imperium. Najbardziej godnym zaufania był co prawda niejaki Perdikkas, rówieśnik Aleksandra. Był on jednym z najbliższych przyjaciół króla, dowódcą hetajrów (macedońskiej jazdy), oraz należał do grona siedmiu przybocznych strażników Aleksandra (jego osobistych ochroniarzy). To właśnie jemu na łożu śmierci wielki król miał przekazać swój pierścień, mówiąc iż władzę powierza najdzielniejszemu spośród swych wodzów (choć nie sprecyzował dokładnie komu - zapewne nie miał już na to siły). Większość historyków twierdzi, że przekazanie pierścienia Perdikkasowi nie oznaczało oddania mu władzy królewskiej, a jedynie wyznaczenia go w roli regenta dla przyszłego króla (inni zaś w ogóle podważają fakt, że Aleksander wręczył komukolwiek swój pierścień). Perdikkas był dobrym wodzem i dzielnym wojownikiem, ale był też niełatwy w obcowaniu (miał bowiem trudny charakter i często wpadał w gniew). Mimo to wydaje się, iż w tamtej chwili to właśnie on stał najbliżej macedońskiego tronu. Ród Argeadów jednak nie wygasł jeszcze i Aleksander miał (mimo wszystko) komu powierzyć następstwo tronu, żył przecież jego starszy przyrodni brat - Arridajos. Ten jednak miał pewien defekt - nie był w pełni władz umysłowych. Wielki król miał też kilkuletniego nieślubnego syna - Heraklesa, zrodzonego jednak z perskiej branki o imieniu Barcine, czyli realnie pozbawionego możliwości objęcia władzy nad Macedonią (a tym samym nad Imperium które stworzył). Co prawda jego małżonka (baktryjska księżniczka Roksolana) była w ciąży i do rozwiązania zostały 3 miesiące, postanowiono więc że jeśli urodzi się syn, to on zostanie następcą swego ojca. Nie wiadomo czy w ciąży też nie były dwie pozostałe żony Aleksandra - Stateira i Parysatis, jednak nie dowiemy się już tego, ponieważ Roksolana kazała je zamordować.


ROKSOLANA
(Najważniejsza żona Aleksandra Wielkiego 
wywodząca się z gór Pamiru w Sogdianie.
Aleksander ponoć mawiał, że jak widzi perskie kobiety to bolą go oczy)



Ostatecznie więc armia (jeden z dowódców Leostenes stwierdził, iż po śmierci Aleksandra wojsko "błąka się to tu, to tam i wpada samo na siebie" w rozpaczy i żalu po śmierci swego wodza i króla) oraz obecni w Babilonie wodzowie Aleksandra, zdecydowali się przyjąć rozwiązanie kompromisowe: królem wybrano szalonego Arridajosa (który przybrał imię Filipa III) i nienarodzone jeszcze dziecię Aleksandra oraz Roksolany. Czyli Macedonia po raz pierwszy w swej historii miała dwóch królów panujących jednocześnie, realnie zaś nie miała żadnego (bo szaleniec i niemowlak nie mogli być za takowych uważani). We wrześniu 323 r. p.n.e. rzeczywiście narodził się chłopiec, który otrzymał imię Aleksandra IV i z chwilą swych narodzin stał się królem (królem w kołysce). Trzeba było jednak wybrać godnego regenta, który rzeczywiście mógłby władać Imperium w imieniu owej dwójki "nieobecnych królów". Sprawa nie była prosta, każdy bowiem z wodzów Aleksandra uważał się za najbardziej godnego sprawowania tej funkcji. Prócz Perdikkasa największe szanse na objęcie regencji po zmarłym władcy mieli również tacy wodzowie obecni w Babilonie jak: potężny Lizymach - słynący ze swej imponującej postury i siły fizycznej; popularny w armii Ptolemeusz syn Lagosa - człowiek roztropny i mądry, który zaraz po śmierci wielkiego króla zdawał sobie sprawę że jego wielkiego Imperium nie uda się utrzymać w jedności, dlatego też od początku dążył do rozbicia tego państwa i wykrojenia dla siebie jakiejś dzielnicy (traf chciał że potem padło na Egipt, a ostatnią przedstawicielką rodu Ptolemeusza była 300 lat później niejaka Kleopatra VII, która zginęła w objęciach swego kochanka - rzymskiego wodza Marka Antoniusza, który wcześniej popełnił samobójstwo).




Oprócz tej trójki był wówczas w Babilonie obecny również niejaki Eumenes z Kardii, Grek, czyli realnie rzecz biorąc miał najmniejsze szanse na objęcie schedy po Aleksandrze Macedońskim. Eumenes nie był też żołnierzem a sekretarzem i rzadko posługiwał się mieczem, mimo to przez trzynaście lat jakie pozostawał u boku Aleksandra i wcześniej siedem lat u boku Filipa II, nabrał Eumenes dużego doświadczenia i to zarówno jako dyplomata, polityk a także wódz. Sam jednak zdając sobie sprawę że jego pozycja jest najsłabsza, dążył więc do pogodzenia zwaśnionych nad ciałem Aleksandra stron i to nawet mu się udało. Byli jednak i inni pretendenci do tytułu regenta, których wówczas nie było u boku umierającego Aleksandra w Babilonie. Jednym z nich był sędziwy już Antypater (sędziwy, gdyż miał prawie 80 lat i mógłby być ojcem samego Filipa II i dziadkiem Aleksandra). Pomimo swego wieku Antypater był dość krzepki i wciąż jeszcze fizycznie sprawny, choć bez wątpienia był człowiekiem starej daty i z Aleksandrem (a nawet z jego ojcem) dzieliła go mentalna przepaść. Antypater był bowiem zwolennikiem rządów twardej ręki i uważał że najlepszym sposobem na utrzymanie macedońskich wpływów w Grecji byłoby wprowadzenie tam macedońskich oddziałów wojskowych, a przynajmniej utrzymywanie kontroli nad tymi polis poprzez wspieranie lokalnych oligarchów. Aleksander zaś traktował Greków jako wolnych sprzymierzeńców i uważał, że dopóki nie buntują się i nie sprzeciwiają woli hegemona w ramach Związku Korynckiego (hegemonem był oczywiście władca Macedonii - najpierw Filip, potem Aleksander), to mają owe greckie polis prawo rządzić się tak, jak uważają za stosowne. Antypater od 334 r. p.n.e. (czyli od czasu wyprawy na Persję) sprawował z woli Aleksandra funkcję namiestnika Macedonii i Grecji, jednak w roku swej śmierci Aleksander wzywał Antypatra do Babilonu, a rozkaz ten zanieść miał mu niejaki Krateros, który wiódł do Macedonii 10 000 weteranów armii Aleksandra. Był on najbliższym zastępcą Aleksandra, niezmiernie lojalny i wierny, cieszył się również Krateros dużym poparciem i szacunkiem wśród żołnierzy, a Aleksander mianował go w owym 323 r. p.n.e. opiekunem swego szalonego brata Arridajosa. W chwili śmierci Aleksandra dotarł Krateros ze swą armią zaledwie do Cylicji - czyli nie zdążył powiadomić Antypatra o rozkazie Aleksandra, a co się z tym wiązało, po śmierci wielkiego króla jego rozkazy przestały obowiązywać i Antypater pozostał w Macedonii.

Spośród licznych druhów i wodzów Aleksandra, warty wymienienia jest przede wszystkim ojciec naszego głównego bohatera, czyli Antygon Jednooki. Był jednym z najlepszych (po Parmenionie - którego Aleksander w 330 r. p.n.e. skazał na śmierć) macedońskich wodzów wielkiego króla. Rówieśnik króla Filipa, podobnie jak tamten stracił jedno oko, stąd wziął się jego przydomek. W chwili śmierci Aleksandra Antygona nie było w Babilonie, przebywał we Frygii, którą to prowincją (satrapią) wraz z sąsiednimi Pamfilią i Licją - zarządzał. Antygon był sprawny fizycznie (pomimo swych sześćdziesięciu lat), ale dość szorstki w obyciu, władczy a czasem i okrutny, jednak dla tych, na których się poznał i którym zaufał, potrafił być wielkoduszny i przystępny. W roku 323 p.n.e. rozpoczynała się jednak największa batalia od czasów ataku na Persję, teraz decydowało się kto obejmie funkcję regenta, kto tę funkcję utrzyma, kto zdobędzie największe ziemie (bo w to, że uda się utrzymać całość Imperium to raczej wierzyło niewielu) i wreszcie kto zdoła zasiąść na tronie (bo nikt też nie wierzył, że szalony Arridajos i niemowlęcy syn Aleksandra Wielkiego zdołają się utrzymać przy władzy). Mnóstwo było wzajemnych animozji, niesnasek i rodzących się spisków. W samej Macedonii Antypater toczył nieustanne boje z matką Aleksandra - Olimpias (i oboje pisali na siebie skargi do wielkiego króla - nim ten jeszcze nie wyzionął ducha), z chwilą zaś gdy to Perdikkas został mianowany regentem obu nowych królów (którzy również przebywali w Babilonie, Arridajos był tam wraz z Aleksandrem i tam też urodził się syn Roksolany), Antygon uznał ten wybór za niebezpieczny (zapewne przede wszystkim niebezpieczny dla siebie samego, ale twierdził, że jego celem jest ochrona władzy Antypatra, który jako najstarszy powinien sprawować regencję nad nowymi królami). Antygon przede wszystkim twierdził, że Perdikkas pragnie poślubić Kleopatrę, siostrę Aleksandra Wielkiego i wdowę po władcy plemienia Molossów (najpotężniejszego plemienia Epiru) - Aleksandra (który był jednocześnie jej mężem i wujkiem, gdyż był rodzonym bratem jej matki Olimpias) i który zginął w 331 r. p.n.e. podczas walk w Italii w walce z Samnitami i Lukanami.




Poślubienie Kleopatry, siostry wielkiego króla, to byłoby naprawdę coś. Perdikkas bowiem był co prawda wiernym druhem, żołnierzem i ochroniarzem Aleksandra, ale gdy wielki król zmarł, uznał, że jego następcy nie są godni aby poprowadzić dalej jego dzieło i że on sam - jako najbliższy przyjaciel króla - powinien objąć po nim władzę. Ani Antypater, ani Lizymach ani też Antygon nie zamierzali się jednak na to godzić (Ptolemeuszowi zaś było to wszystko jedno, on bowiem myślał głównie o zdobyciu własnej prowincji, nie zaś o utrzymaniu Imperium Aleksandra w całości). Nie wiadomo czy Antygon otwarcie sprzeciwił się mianowaniu przez armię Perdikkasa na regenta królów Macedonii, wiadomo jednak że skierował przeciwko sobie jego uwagę i rozpoczęła się wówczas kampania zniesławiania Antygona, która miała pozbawić go najpierw władzy we Frygii, Licji i Pamfilii, a następnie (zapewne) również życia. Antygon zdawał sobie doskonale sprawę, że nie będzie w stanie na dłuższą metę oprzeć się pozycji, jaką zdobył Perdikkas (wzmocnioną jeszcze poparciem armii), dlatego też zbiegł z Frygii i udał się do Pelli (321 r. p.n.e.), na dwór namiestnika Macedonii Antypatra, któremu przedstawił Perdikkasa w jak najgorszym świetle, zarzucając mu, iż pragnie przejąć koronę królewską dla siebie. Wraz z ojcem do Pelli przybył wówczas z Frygii 16-letni Demetriusz, który już wówczas uczył się zasad polityki (która to sprowadzała się głównie do wzajemnych knowań, spisków i mordów oraz do wykorzystywania słabości przeciwników na własną korzyść). Antygon wraz z synem uciekli ze swojej prowincji pod osłoną nocy, opuszczając Pergamon (główne miasto Frygii) i wsiadłszy w porcie na ateński okręt, dotarli do Macedonii. Krateros i Antypater natychmiast zwołali radę wojenną, na której postanowiono zawrzeć pokój z Etolami (z którymi toczono walki) i skierować swe siły na Wschód, bezpośrednio przeciwko Perdikkasowi. Wcześniej zawarli oni sojusz z satrapą Egiptu - Ptolemeuszem (który również nie pałał do Perdikkasa sympatią) i tak wzmocnieni, ruszyli na wojnę z regentem (321 r. p.n.e.).


PODZIAŁ IMPERIUM ALEKSANDRA WIELKIEGO POMIĘDZY JEGO WODZÓW 
DOKONANY W BABILONIE 
(323 r. p.n.e.)




CIEŃ WIELKIEGO KRÓLA

 


Nim jednak do tego doszło, wydarzyła się rzecz, która zmusiła Perdikkasa do rozpoczęcia działań wojennych wymierzonych bezpośrednio w Egipt. Oto bowiem wysłał on z Babilonu ciało zmarłego króla Aleksandra w pięknie zdobionym wozie, zaprzężonym w sześćdziesiąt cztery muły i ozdobionym złotym baldachimem wspartym na kolumnach jońskich, również wykonanych ze złota. Ciało wielkiego króla miało zostać pochowane w rodzinnej Macedonii i tam właśnie kierował się orszak wysłany przez Perdikkasa, który przemierzał poszczególne miasta Mezopotamii i Syrii, wszędzie witany przez tłumy ciekawskich, którzy pragnęli ujrzeć zarówno ciało wielkiego zdobywcy, jak również towarzyszący mu splendor i bogactwo. Konduktem tym dowodził niejaki Arridajos (nie należy go mylić z królem Filipem III Arridajosem), z którym to porozumiał się ambitny i sprytny satarapa Egiptu - Ptolemeusz, który doskonale zdawał sobie sprawę, że zdobycie ciała Aleksandra byłoby nieprawdopodobnie wielkim prestiżem w całym hellenistycznym świecie i automatycznie wyniosłoby Egipt Ptolemeuszów do pozycji regionalnego mocarstwa, gdyż to tam właśnie (w założonej w 332 r. p.n.e. przez wielkiego króla Aleksandrii) spoczęłoby jego ciało. Dlatego też Ptolemeusz "przekonał" Arridajosa (zapewne hojnie go przekupił) i orszak pogrzebowy wyruszył z Syrii do Aleksandrii. Perdikkas, gdy tylko się o tym dowiedział, musiał zmienić swoje wcześniejsze plany. Pierwotnie bowiem planował przedsięwziąć atak wyprzedzający na Trację i Macedonię, gdyż za swego największego wroga uważał właśnie Antygona Jednookiego. Gdy jednak ciało Aleksandra zostało wykradzione przez Ptolemeusza i skierowane do Aleksandrii w Egipcie, sytuacja się zmieniła (w 321 r. p.n.e. Ptolemeusz rozpoczął również budowę wielkiego mauzoleum w którym spoczęłoby ciało króla. W kilkanaście lat później wprowadzono też oficjalny kult "Boskiego Aleksandra" i wyznaczono dla niego kapłanów, których imiona od tej pory określały lata, którymi mierzono czas w Egipcie Ptolemeuszy. To więc nie od imion władców, lecz od imion kapłanów kultu Aleksandra liczono lata nad Nilem w czasach rządów owej greckiej dynastii. Potem jednak ubóstwiono również poszczególnych monarchów i też zgodnie z egipskim zwyczajem uznawano ich za bogów. Gdy po swym zwycięstwie nad Antoniuszem i zajęciu Egiptu w 30 r. p.n.e. Gajusz Oktawiusz Cezar - po spotkaniu z Kleopatrą - odwiedził Mauzoleum Aleksandra, zaproponowano mu również zwiedzenie innych mauzoleum władców z rodu Ptolemeuszy, ten jednak odrzekł: "Króla chciałem zobaczyć, zwłoki mnie nie interesują"). Teraz, aby uniknąć kompromitacji regent musiał uderzyć w pierwszej kolejności na Egipt, jednocześnie broniąc się w Azji Mniejszej przed atakiem Antypatra i Kraterosa.




Do Sardes w Lidii (gdzie przebywała księżniczka Kleopatra), Perdikkas wysłał więc Greka Eumenesa z Kardii (powierzając mu jednocześnie dowództwo nad armią w Azji Mniejszej), który złożył jej bogate dary i poprosił o zgodę na małżeństwo w imieniu regenta. W ogóle był to czas, w którym zarówno Eumenes jak i Perdikkas (pewni swego) poświęcali przede wszystkim na zabawy lub propagandę. Eumenes spędzał bowiem czas głównie wśród wygód Sardes, Perdikkas zaś ogłosił wyprawę przeciwko buntownikowi Ptolemeuszowi i wyruszając z armią na Egipt, zabrał ze sobą dwóch marionetkowych władców - Filipa III Arridajosa i dwuletniego synka Aleksandra Wielkiego, twierdząc, że to właśnie oni wydali rozkaz powstrzymania zbuntowanego egipskiego satrapy. Jednak gdy już dotarli nad Nil, szybko okazało się że wojna, która miała być łatwym spacerkiem po zwycięstwo, zamieniła się trudną i wyczerpującą przeprawę i choć obie armie realnie się ze sobą nie starły, to jednak stały po przeciwnych stronach Nilu. Doszło wówczas do zabawnych podchodów i wzajemnych gonitw wzdłuż rzeki. Armia Perdikkasa szukała bowiem jakiegoś dogodnego brodu lub mostu przez który można by było przeprawić się na drugi brzeg Nilu, podążano więc wzdłuż tej rzeki, a po drugiej stronie równolegle kroczyła armia Ptolemeusza. Przypominało to zabawę w kotka i myszkę, jednak sytuacja była poważna, ponieważ wyczerpywały się zapasy żywności w armii Perdikkasa, a poza tym ciągłe marsze były bardzo męczące dla wojska (wbrew bowiem temu co się sądzi, macedońscy falangici nie byli przyzwyczajeni do dużych i męczących trudów wojennych - marszy i uciążliwych kampanii - a stosunki panujące w armii były, jakby to powiedzieć, nieco bardziej demokratyczne. W porównaniu z nimi w armii rzymskiej panował terror i przemoc, gdy centurioni za najmniejsze przewinienie karali swych żołnierzy chłostą, w armii macedońskiej ukaranie żołnierza chłostą było nie do pomyślenia).




Tak więc trudy nieustannych marszy, piekący upał i wszechobecne komary zrobiły swoje, żołnierze zaczęli się buntować. Perdikkas poprzysiągł sobie jednak że nie zrezygnuje i gdy dotarł do Memfis, postanowił tam właśnie rozpocząć przeprawę przez Nil bez względu na konsekwencje, tym bardziej, że wydawało się, iż w tym właśnie miejscu przejście będzie możliwe. Najpierw regent nakazał wprowadzić w koryto rzeki słonie i tak je ustawić, aby swymi ciałami tworzyły tamę, chroniącą żołnierzy przed zbyt silnym prądem. Następnie rozpoczęła się przeprawa. Woda w tym miejscu sięgała żołnierzom po szyję więc nie było tak źle i wydawało się że wszystko pójdzie dobrze. Gdy więc pierwsi żołnierze dotarli do wyspy na środku rzeki, kolejni już wchodzili do wody, która nieoczekiwanie... stawała się coraz głębsza. Im więcej ludzi wchodziło do wody, tym stawała się ona głębsza. Wreszcie coraz więcej ludzi zaczęło się topić, a konni stojący przy brzegu nie nadążali chwytać tych, których porywał prąd rzeki. Gdy wkrótce potem pojawiły się krokodyle, wybuchła panika. Słonie zaczęły ustępować z wody robiąc przejście dla drapieżników, które poczęły atakować żołnierzy. Widząc co się dzieje, Perikkas zarządził odwrót, nakazując aby żołnierze którzy już znaleźli się na wyspie, również przeprawili się ponownie na brzeg rzeki z którego wyszli. Tak też się stało, ale wokół nich zaczęło napływać coraz więcej krokodyli i wreszcie doszło do rzezi, a ci, którzy mogli, uciekali już na ślepo często topiąc się w nurtach Nilu. To była masakra, prawdziwa klęska i choć nieprzyjaciel nie wyciągnął nawet miecza z pochwy, to straty w armii Perdikkasa były ogromne. Lamenty i ból rannych żołnierzy przerodził się w gniew, który skupił się bezpośrednio na wodzu tej wyprawy, co tylu żołnierzy wytracił w nurtach Nilu. Aby ratować resztki swego autorytetu Perdikkas wyprawił wspaniały pogrzeb tym, którzy zginęli, a ich szczątki obiecał na własny koszt odesłać rodzinom. Niewiele mu to jednak pomogło, gdyż po drugiej stronie rzeki żołnierze regenta widzieli wypoczęte siły Ptolemeusza i mieli już dość tej nieszczęsnej kampanii a przede wszystkim mieli dość swego wodza, który okazał się nieudolnym i niekompetentnym. Ostatecznie trzech oficerów z armii regenta weszło w nocy do jego namiotu z obnażonymi mieczami, byli to: Seleukos, Pejton i Antygenes i tak oto zakończony został żywot jednego z najwierniejszych druhów Aleksandra Wielkiego (321 r. p.n.e.).




Na drugi dzień do obozu zamordowanego Perdikkasa przybył Ptolemeusz. Wygłosił uroczystą mowę do wojska i obiecał pomoc w każdym aspekcie, szczególnie gdy dowiedział się że wojsku brakuje żywności, natychmiast otworzył dla nich własne zasoby, co wywołało powszechny entuzjazm a żołnierze gremialnie okrzyknęli Ptolemeusza nowym regentem obu królów. Ten jednak był zbyt inteligentny na tak wielki zaszczyt i wiedział że zbyt duża władza tym szybciej przybliża go do śmierci. Jemu bowiem wystarczał Egipt i tutaj chciał być jedynym panem, faraonem... bogiem. Dlatego też odmówił objęcia regencji. A tymczasem Antypater i Krateros oraz Antygon i młody Demetriusz - który już wówczas nabierał swego pierwszego w życiu wojennego doświadczenia, wyprawili się przeciwko armii Eumenesa z Kardii stojącej we Frygii.




CDN.

09 października 2025

SŁOWA KTÓRE UCZĄ MYŚLEĆ - Cz. I

CZYLI SENTENCJE I AFORYZMY OD STAROŻYTNOŚCI PO WSPÓŁCZESNOŚĆ





Dzisiaj postanowiłem podjąć nieco spokojniejszy temat odnośnie sławnych ludzi w historii, którzy wypowiedzieli kilka ciekawych sentencji, dających do myślenia ludziom każdej epoki (bo tak naprawdę w każdej epoce ludzkość była taka sama, ze swoimi problemami dnia codziennego, ze swoimi zmartwieniami i nadziejami, oraz oczywiście z tym, co się działo dookoła, a co tak naprawdę nie opuszcza nas i dzisiaj oraz będzie doskwierać również tym, którzy przyjdą po nas - bo jak to powiedział Olaf Lubaszenko w jednym z filmów: "Nas też kiedyś coś trafi, znikniemy, jak praca w Radomiu. A po nas przyjdą następni, i następni, i następni" 😉). Zatem zapraszam na "porcję" sentencji i aforyzmów wypowiadanych przez sławne persony na przestrzeni dziejów.


ZACZNIJMY MOŻE OD:


I
MAREK AURELIUSZ




Cesarz rzymski panujący w latach 161-180 (wraz z Lucjuszem Werusem w latach 161-169). Urodził się w majętnej rzymskiej rodzinie z Hiszpanii w roku 121, jako syn pretora Anniusza Werusa. W roku 138 został on adoptowany przez swego wuja, cesarza Antoninusa Piusa i wyznaczony (wraz z dużo młodszym od Marka - Lucjuszem Werusem) na jego następcę. Wychowywał go i kształcił Marek Korneliusz Fronton (rzymski pisarz, retor i nauczyciel wymowy), zaś filozofię stoicką wpoił mu Epiktet. Rządy Marka Aureliusza położyły kres (oczywiście wbrew jego intencjom) spokojnym czasom dynastii Antoninów, trwającym od zakończenia wojny partyjskiej cesarza Trajana w roku 117, aż do roku 161 gdy Partowie ponownie zajęli Armenię, rzucając wyzwanie Imperium Rzymskiemu. Jego rządy pełne były częstych wojen i wielu politycznych zawirowań, począwszy od wojny partyjskiej (trwającej w latach 161-166, przy czym w roku 163 Rzymianie wypędzili Partów z Armenii, następnie odzyskali poszczególne syryjskie królestwa nadgraniczne, w roku 165 dokonali inwazji na Mezopotamię i kraj Partów - niszcząc i paląc ich stolicę Ktezyfont - podobnie jak pół wieku wcześniej uczynił cesarz Trajan, a w roku 166 dokonując nieudanej inwazji na górzystą Medię - na której połamał sobie "zęby" Marek Antoniusz, próbując zdobyć ten kraj w roku 36 p.n.e.). W grudniu 165 r. pojawiły się pierwsze przypadki dżumy wśród rzymskich żołnierzy na Wschodzie, którzy wracając z kampanii partyjskiej roznieśli ją po całym Imperium i walka z tą zarazą trwała przez (co najmniej) kolejną dekadę. Na przełomie roku 163 i 164 Rzymianie wycofali się również z Wału Antonina w Brytanii (budowanego w latach 142-154 za czasów Antoninusa Piusa) i wrócili na dawny Wał Hadriana (było to związane z postępującą ekspansją Kaledończyków - dzisiejszych Szkotów - na południe, a Mur Hadriana był zbudowany w znacznie dogodniejszym do obrony miejscu).




Rok 167 przyniósł prawdziwą katastrofę, gdyż od tego właśnie czasu barbarzyńskie plemiona północy zaczęły po raz pierwszy w dziejach (nie licząc oczywiście ekspansji Cymbrów i Teutonów na południe Europy, szczególnie zaś do Galii w latach 113-101 p.n.e. - z tym że wówczas Galia nie była jeszcze zdobyta przez Rzymian - Wercyngetoryks w 52 r. p.n.e. w czasie oblężenia Alezji przez Cezara przypominał właśnie ów najazd Cymbrów i Teutonów na Galię, mówiąc, że nasi przodkowie aby wytrwać i nie poddać się najeźdźcy, zamknięci w swoich grodach, zmuszeni byli nawet do kanibalizmu - choć wojska rzymskie poniosły kilkukrotną klęskę w walce z tymi plemionami, największą zaś w bitwie pod Arausio w roku 105 p.n.e.). Właśnie w roku 167 (w maju) Jazygowie wdarli się do Dacji (dzisiejszej Rumunii) i zajęli znaczną część tej prowincji, pozostając tam przez cztery kolejne lata. W czerwcu 167 r Markomanowie dokonali wielkiej inwazji na Italię, przekraczając Dunaj w Noricum (dzisiejsza Bawaria i zachodnia Austria) i niszcząc rzymskie wojska w Carnuntum. Po raz pierwszy od 270 lat Rzymian ogarnęła panika, a barbarzyńcy weszli do północnej Italii jak w masło. Stanęli pod Akwileją - której nie udało im się zdobyć, a pod koniec roku zostali zmuszeni do odwrotu za Dunaj. Rok 168 Marek Aureliusz spędził praktycznie cały nad Dunajem, umacniając tamtejsze fortyfikacje (wcześniej, bo w latach 166-167 Rzymianom udało się w Górnej Panonii - dzisiejsza Austria - odeprzeć najazd Longobardów). Rok 170 był rokiem kolejnej wielkiej inwazji. Co prawda Rzymianom udało się wówczas odeprzeć najazd Chattów nad Renem w Górnej Germanii, ale front dunajski totalnie się posypał na dwóch odcinkach. Kostoboci (mający wówczas swe siedziby w dzisiejszej Mołdawii) przekroczyli Dunaj u jego delty, wcierając się głęboko na Bałkany. Splądrowali Trację (Bułgaria) i Macedonię, wchodząc do Grecji (Achaja), gdzie zniszczyli świątynię Demeter w Eleusis. Rzymianie zadali im klęskę dopiero wiosną roku 171, odzyskując zrabowane łupy. Drugim odcinkiem gdzie front został przełamany na Dunaju, był ponownie rejon Noricum i Panonii (stało się to po klęsce, jaką poniósł Marek Aureliusz po drugiej stronie Dunaju w bitwie z Markomanami, którzy potem przekroczyli Dunaj i spustoszyli przygraniczne ziemie).






W roku 169 zmarł (w wieku zaledwie 38 lat) na partyjską zarazę cesarz Lucjusz Werus (od 164 r. był on mężem Lucilli - córki Marka Aureliusza. Po jego śmierci poślubiła ona Tyberiusza Klaudiusza Pompejanusa - sławnego rzymskiego generała, który stał się odpowiednikiem Maksimusa Decimusa Meridiusa z filmu "Gladiator" z 2000 roku). W roku 171 Hazdingowie (plemię osiadłe na ziemiach wokół dzisiejszego Lwowa i okolic) napadło na Kostobotów, a ci (pokonani już wcześniej przez Rzymian) podpisali układ, na mocy którego stawali się rzymskimi sojusznikami, ochraniającymi granicę naddunajską i dacką, w zamian za co mieli uzyskać wsparcie Rzymu w walce z Hazdingami. W owym 171 r. Maurowie z gór Atlas napadli na prowincję Mauretanię Tingitanę, przekroczyli Słupy Herkulesa (czyli Cieśninę Gibraltarską) weszli do Betyki (południowej Hiszpanii), a następnie do Tarraconensis (Hiszpanii centralnej i wschodniej) wszędzie siejąc popłoch i spustoszenie. W Hiszpanii Rzymianie mieli tylko jeden legion, więc nim ostatecznie zmusili Maurów do odwrotu, minęło trochę czasu. W roku 172 Marek Aureliusz (wraz ze swym 11-letnim synem Kommodusem) przekroczył Dunaj i ruszył na Markomanów, zmuszając ich do przyjęcia roli rzymskich klientów. W tym też roku Bukolowie (pasterze żyjący w delcie Nilu w Egipcie), pod przywództwem kapłana Izydora, zbuntowali się przeciwko nadmiernym podatkom ściąganym przez Rzymian, a ich powstanie objęło całą Deltę i zagroziło Aleksandrii. Awidiusz Kasjusz (namiestnik Syrii) wprowadził swe wojska do Aleksandrii w celu ochrony miasta przed buntownikami, ale nie odważył się przeciwko nim wystąpić, gdyż była ich tak wielka liczba. Ostatecznie zastosował politykę "dziel i rządź", podsycając kłótnie wśród przywódców Bukolów i z końcem roku 173 stłumił ów bunt. Również w roku 172 Chaukowie (plemię mające swe siedziby nad Łabą) napadli na wybrzeża Belgiki i tam również dokonali spustoszeń. W 173 r. Marek Aureliusz przeszedł już zdecydowanie do ofensywy, atakując naddunajskie plemiona Kwadów i Jazygów. Kampania ta trwała do czerwca 175 r. i zakończyła się rzymskim zwycięstwem, a granice Imperium przesunęły się na ziemie dzisiejszych Czech i Słowacji, dochodząc praktycznie do linii Sudetów, tuż nad granicą z dzisiejszą Polską. 


KOMMODUS
(obraz wygenerowany przy użyciu sztucznej inteligencji)



W roku 174 po raz drugi Maurowie z gór Atlas napadli na południową Hiszpanię, ale szybko zostali spacyfikowani, a rzymska kawaleria po wejściu do Mauretanii spustoszyła ich siedziby. W kwietniu 175 r. (po otrzymaniu fałszywej informacji o śmierci cesarza Marka Aureliusza nad Dunajem), namiestnik Syrii i Egiptu (bohater wojny partyjskiej Lucjusza Werusa i ten który stłumił powstanie Bukolów w Egipcie) Awidiusz Kasjusz ogłosił się nowym imperatorem (ponoć uczynić to miał na prośbę Faustyny - żony Marka Aureliusza, która w ten sposób chciała zabezpieczyć przyszłość swego 14-letniego syna Kommodusa). Ten bunt, który początkowo objął Egipt, Palestynę, Syrię, Arabię (oczywiście tę rzymską prowincję, a nie cały region), Cylicję i północną Mezopotamię, ostatecznie został stłumiony już w lipcu tego samego roku (skończyło się prawie bezkrwawo, to znaczy jeden z oficerów Awidiusza Kasjusza po prostu ściął mu głowę i wysłał ją Aureliuszowi, kończąc tym samym cały bunt). Kierując się świadomością istoty rzymskiego ustroju politycznego, oraz tego, że rzymscy cesarze nie byli królami (a to oznaczało że każdy obywatel rzymski, który tylko dysponował odpowiednią siłą militarną i poparciem politycznym - a często wystarczyła sama siła militarna, mógł sięgnąć po władzę najwyższą) Marek Aureliusz 27 listopada 176 r. podniósł swego 15-letniego syna do roli cezara (czyli niższego rangą współpanującego). Mianował go też konsulem na rok 177, a w połowie tego roku ogłosił go augustem, czyli równym sobie władcą. W roku 177 Maurowie po raz trzeci próbowali zaatakować południową Hiszpanię i po raz kolejny ponieśli klęskę. Od roku 177 również Marek Aureliusz przebywał już cały czas nad Dunajem, prowadząc nieustanne wojny z Markomanami, Kwadami, Narystami, Kotynami, do marca 180 r. umacniając rzymskie nabytki na Północy. W tym też mniej więcej czasie młody Kommodus przybył do ojca, a wkrótce potem Marek Aureliusz zakończył swój żywot, zaś Kommodus - pomimo próśb i nalegań oficerów swego ojca - opuścił zdobyte tak wielkim wysiłkiem ziemie i przywrócił rzymską granicę nad Dunajem, spiesząc czym prędzej do Rzymu. Dziś warto się zastanowić nad tym, jak potoczyłyby się losy Imperium Rzymskiego, gdyby granica ta znajdowała się na linii Sudetów i Karpat, a nie Renu i Dunaju. Być może w czasach anarchii politycznej III wieku Rzymianie i tak musieliby te tereny opuścić, ale kto wie. 




W każdym razie przejdźmy teraz do sentencji jakie wypowiedział ów cesarz-filozof Marek Aureliusz:
 

"Zadaniem życia nie jest bycie po stronie większości, lecz życie zgodne z wewnętrznym prawem jakie uznajemy"

"Człowiek oburza się na zło, które przychodzi z zewnątrz, od innych - na to, na co nie ma żadnego wpływu, natomiast nie walczy z własnym złem, chociaż to jest w jego mocy"

"Żyj tak, jakbyś miał teraz pożegnać się z życiem, jakby czas, który Ci pozostał, był nieoczekiwanym prezentem"

"Gonienie za niemożliwym jest szaleństwem"

"Nie możemy zabrać ze sobą ani naszej przeszłości - bo już nie istnieje, ani przyszłości - bo jeszcze jej nie znamy"



II
PUBLIUSZ SYRUS




Rzymski poeta żyjący w I wieku p.n.e., drugi na naszej liście autor sławnych aforyzmów


"Ten, kto nie mogąc panować nad sobą, chce kontrolować innych, jest szalony"

"Nie liczy się to, kim myślisz że jesteś, ale to, kim naprawdę jesteś"

"Łatwiej jest zdobyć fortunę niż ją utrzymać"

"Absurdem jest zostać przestępcą z nienawiści do przestępstwa"

"Rany zwycięzców nie bolą"



III
MENANDER




Ateński poeta i autor komedii, żyjący w latach (ok.) 342 - (ok.) 290 r. p.n.e. Był on przedstawicielem tzw. komedii neo-attyckiej i autorem ponad 100 sztuk teatralnych (wystawianych głównie na lenajach w Atenach), choć do naszych czasów zachowała się tylko jedna sztuka: "Ponury człowiek". Oto jego sentencje:


"Wszyscy jesteśmy mądrzy, jeśli chodzi o udzielanie rad, ale jeśli chodzi o unikanie błędów, jesteśmy po prostu dziećmi"

"Czas leczy wszystkie rany"

"Bogiem każdego człowieka jest jego sumienie"

"Matka kocha dziecko bardziej niż ojciec, bo wie, że dziecko jest jej, a ojciec tylko zakłada, że jest jego"

"Sprawiedliwym nie jest ten, kto nie popełnia niesprawiedliwości, ale ten, który mając okazję do czynienia niesprawiedliwości, nie czyni tego"




CDN.

UMIERAMY I CO DALEJ? - czyli co się z nami dzieje po śmierci? - Cz. V

PRZYKŁAD DUSZY 
Z POZIOMU ŚREDNIEGO




Dusze średniego etapu znacznie różnią się od młodych dusz, które opisałem w poprzednim temacie, chociaż należy powiedzieć, że we wszystkich tych trzech grupach duchowego rozwoju (młoda - średnia - stara), są również określone podgrupy i tak wśród dusz młodych, są te bardziej rozwinięte i są te, które trochę "wloką się w ogonie", wśród dusz z poziomu średniego i wyższego (stara dusza) jest podobnie. We wszystkich istnieją najróżniejsze stopnie doskonalenia poszczególnych dusz. Ale przejście na "poziom średni" oznacza zmianę tego "dziecinnego" trochę, (opisanego w poprzednim temacie) podejścia indywidualnych dusz względem siebie, jak i względem swych Przewodników oraz dalszych celów swej własnej nauki.

Tak więc dusza znajdująca się na "poziomie średnim" nie przebywa już w tak zwartej grupie, jak opisana niżej młoda dusza, co oczywiście nie oznacza, że jest odtąd zupełnie sama. Nie, dusze średnie również przebywają w towarzystwie innych średnich dusz, będących niegdyś częścią ich dawnej grupy docelowej, ale są to najczęściej góra dwie, trzy dusze (bardzo rzadko zdarza się by było ich na tym etapie więcej). Inny jest też ich stosunek do dawnych Przewodników. O ile jako młode dusze postrzegali swych Opiekunów jako nauczycieli i mądrych mistrzów, prowadzących i wyznaczających im określone "zadania do odrobienia" - o tyle jako dusze etapu średniego tworzą ze swymi dawnymi Przewodnikami, można to tak określić... związek partnerski. Pewien poddany hipnozie mężczyzna, który jest już duszą z poziomu II - czyli średniego (odtąd będę stosował numerację duchowych poziomów rozwoju - I - dusza młoda, II - średnia i III - dusza stara, zaawansowana), opowiadał jak przekomarzał się ze swoją Przewodniczką (która notabene niezbyt jest chętna do inkarnacji w ciele fizycznym, by z tego poziomu pomagać i wspierać będące pod Jej opieką dusze, woli czynić to ze swojego niematerialnego poziomu), by zechciała w którymś z kolejnych inkarnacji wcielić się w postać jego partnerki, po to, by razem doświadczyć i poradzić sobie z problemami, które go trapią. Przewodniczka miała odpowiedzieć że uczyni tak, jeśli tylko on udowodni Jej że będzie to dla niego rzeczywiście pomocne i przydatne.

Zresztą muszę powiedzieć że poziom II bardzo mnie zaskoczył. Dusze bowiem działają tutaj na poziomach i w charakterach, których nawet wcześniej nie brałem pod uwagę. Nadmienię tylko że zdziwiło mnie, iż już II poziom (albo że w ogóle jakikolwiek poziom duchowego rozwoju, gdyż nigdy nie przypuszczałem iż dusze zajmują się nawet takimi sprawami), zajmuje się np... stwarzaniem nowego życia (czyli innymi słowy to, co uważamy za dzieła Boga, lub też sił natury, jest również dziełem dusz już od poziomu II, nadmienię tylko że powietrze, woda, skały, liście, rośliny etc., to wszystko tworzą już właśnie dusze II rodzaju w ramach... szkoleń i dalszej nauki) - lecz o tym później. Ludzie, którzy są już duszami z poziomu średniego, wykazują się dużym poziomem etycznego i moralnego zachowania w swoim życiu. Dusze "średnie" często przeszły już długą drogę ewolucji na najrozmaitszych etapach indywidualnego rozwoju (mężczyzna wymieniony przeze mnie wyżej, inkarnuje na Ziemi od prawie... 70 000 lat), choć nie jest to regułą i zdarza się iż dusza osiąga poziom II już nawet po ok. 5000 lat ziemskich inkarnacji (co jest niezwykle rzadko spotykane, ale się zdarza, gdyż są dusze zdolniejsze i te, którym należy pomóc w przyspieszeniu ich rozwoju).

Dusze z poziomu średniego prawie zawsze kierują się w swym ziemskim wcieleniu jakimiś ściśle określonymi pasjami, które bardzo często determinują ich życie. To przywiązanie (szczególnie co ciekawe - do ideałów wolności i sprawiedliwości) odciska duży ślad na ich osobowości i kształtuje ich kierunki myślenia i działania - niekiedy prowadzi ich to do fizycznej śmierci (ów poddany hipnozie mężczyzna w XV wieku rozpoczął bunt przeciwko krwawym praktykom kapłańskim, polegającym na składaniu ofiar z ludzi i wyrywaniu im jeszcze bijących serc - żył wtedy na terenach dzisiejszego Meksyku, w plemieniu indiańskich Azteków. Kapłani bunt stłumili, a on został skazany na śmierć na ołtarzu). Na tym też poziomie dusze mają możliwość wzięcia swoich "uczniów" i rozpoczęcia "pracy" jako Przewodnik, choć na to nie wszyscy się decydują (ma to związek z wewnętrznym przekonaniem o niewystarczającym własnym rozwoju, by brać inne młode dusze pod swą opiekę).

Nim przejdę do opisu dusz ze średniego poziomu, należy wyjaśnić jedną kwestię. Jak już napisałem, są trzy główne grupy, do których przechodzą dusze na swych etapach samodoskonalenia. Typ pierwszy to dusza z poziomu początkującego (młoda dusza), typ drugi to dusza etapu pośredniego i typ trzeci to dusza zaawansowana duchowo ("stara" dusza). Jednak w tych poziomach znajdują się jeszcze podpoziomy. Każdy poziom składa się z co najmniej dwóch/trzech podpoziomów: "początkujący" - "średni" - "zaawansowany", czyli np. typ pierwszy (młoda dusza z poziomu początkującego), zaczyna od podpoziomu "początkujący" (można to tak nazwać), następnie gdy nabierze odpowiednich doświadczeń wkracza na podpoziom "średni", by następnie po kilku (kilkunastu), wcieleniach osiągnąć podpoziom "zaawansowany". Wszystko to jednak odbywa się w ramach jednego poziomu, czyli dana dusza z poziomu pierwszego, zdobywając kolejne doświadczenia, nadal przebywa w gronie swych przyjaciół ze swojej grupy docelowej. Tak samo dzieje się także na kolejnych poziomach duchowego rozwoju duszy.

Jest jeszcze jedna rzecz, o której wcześniej nie pisałem, a którą należy przedstawić. Ludzie na Ziemi myślą, że nawet jeśli posiadają nieśmiertelną duszę (ateiści nie wierzą nawet w to, że takową duszę mogą w ogóle posiadać), to jest ona ściśle "przypisana" do określonego ciała, w którym "aktualnie" funkcjonujemy. Okazuje się jednak że potrafimy inkarnować na Ziemi w dwóch, lub nawet kilku ciałach... jednocześnie. Bowiem zaraz po śmierci dla duszy nie ma już barier czasu i miejsca, może więc ona przebywać jednocześnie w kilku miejscach naraz. Teraz okazuje się (a channelingi to potwierdzają), że dana dusza może również żyjąc na Ziemi przebywać w kilku ciałach naraz. Oczywiście dzieje się tak bardzo rzadko i jedynie dusze od poziomu średniego praktykują ów "podział wcieleń" (choć czynić mogą tak wszystkie dusze, począwszy od najmłodszych - jesteśmy bowiem cząsteczkami energii, dzielenie odbywa się więc automatycznie, wystarczy myśl), gdyż takie "rozdwojenie" (lub roztrojenie), bywa bardzo wyczerpujące dla duszy. Ale są też i plusy takiego rozwiązania - bywa np. że w jednym życiu funkcjonujemy jako przestępcy (tym samym cofając się na naszej drodze duchowego rozwoju), a w drugim jesteśmy osobami, które bezinteresownie podejmują się pomocy najbliższym. Wówczas to negatywne wcielenie jest równoważone przez tą drugą naszą pozytywną inkarnację. Tym samym "idziemy do przodu", pomimo popełnianych błędów.

Dusza z poziomu średniego podejmuje się już zupełnie innych "ćwiczeń", niż dusza etapu I (młoda dusza). Jedną z nowości jest stwarzanie nowego życia (można to tak ująć). Dusze etapu pośredniego szkolą się do dalszej egzystencji na wybranych wcześniej przez siebie światach, na których inkarnowały od samego początku (lub przez większość wcieleń), czyli np. na Ziemi (ja osobiście przyznam się - a jest to moje indywidualne odczucie - że moja dusza nie pochodzi z Ziemi, że na Ziemi inkarnuję od niedawna, co oczywiście jest pojęciem względnym, gdyż od co najmniej starożytności. Zawsze miałem szczególnie dużo sympatii właśnie do okresu starożytności, a jeszcze dokładniej do czasów rzymskich, a już bardzo dokładnie do okresu I wieku p.n.e. czyli czasów w których mniej więcej władał Oktawian August. Myślę - a pozwolę sobie nawet powiedzieć jestem wręcz przekonany - iż nie moje poprzednie, ale jeszcze wcześniejsze wcielenie było w tym właśnie okresie i że było to bardzo dobre życie, tak dobre, że mój sentyment do tych czasów jest bardzo silny. Być może było to aż za dobre życie, a ja niekoniecznie musiałem być w tym życiu dobrym człowiekiem. W poprzednim moim wcieleniu - jak już pisałem kilkukrotnie - zginąłem jako młody chłopak, syn chłopa w jednej ze wsi w jakimś państwie, gdzieś, nie wiem gdzie dokładnie. Zabili mnie żołnierze, którzy potem śnili mi się już w tym życiu jako czarownice gdy miałem ok. 4 lat. Mimo tych wszystkich doświadczeń uważam, że moja dusza nie inkarnowała od początku na Ziemi). Takie dusze wybierają światy we Wszechświecie, które przypominają Ziemię i tam szkolą się i odpoczywają (najczęściej są to bardzo młode planety, na których nie rozwinęło się jeszcze inteligentne życie, tam owe duszę przeprowadzają swe pierwsze "eksperymenty"). Pod kierunkiem swych Przewodników kształtują na takiej pierwotnej planecie "nowe życie", czyli np. skały, powietrze, wodę, rośliny lub drzewa. Wszystko to, co widzieli na planecie, na której inkarnują. Odbywa się to w następujący sposób - najpierw dany kształt obiektu dusze formują w umyśle, następnie przy pomocy niewielkich dawek własnej energii, nadają odpowiedni kształt już przygotowanym dla nich pierwiastkom (owe pierwiastki tworzą zaś Przewodnicy, lub zaawansowane dusze, zaś cała energia do tego potrzebna pochodzi bezpośrednio od Boga). Takie pierwiastki są "ładowane" impulsami energii poszczególnych dusz, następnie nadają im odpowiednie kształty, choć wcale nie jest to łatwe. Pewien mężczyzna poddany hipnozie, na pytanie co najczęściej tworzy, odpowiedział: "Skały mi najlepiej wychodzą (...) Zaczynam próbować z roślinami, ale jeszcze nie potrafię ich tworzyć", na pytanie hipnoterapeuty dlaczego nie wychodzą mu rośliny, odpowiada: "Jeszcze nie potrafię na tyle delikatnie operować energią, by wytworzyć odpowiednie zmiany chemiczne".

Przewodnicy pomagają w udoskonalaniu dzieła, ale ów mężczyzna twierdzi, że jeśli już coś mu nie wyjdzie, woli to "zniszczyć" (jeśli w ogóle można użyć tego słowa, gdyż energii zniszczyć nie można - chodzi tu raczej o rozproszenie cząstek energetycznych, po to by podjąć kolejną próbę od nowa). Nie chce by te "wstrętne twory" (jak je nazywa) widziała jego Przewodniczka. Inny mężczyzna poddany hipnozie, miał problem z nadaniem liściom odpowiedniego koloru i prawidłowego żyłkowania, dopiero podpowiedzi jego Przewodnika pomogły mu wykonać zadanie. Dusze na tym etapie zajmują się nauką jednoczenia energii z innymi pierwiastkami, uczą się związków pomiędzy substancjami, a następnie zaczynają kształtować cały proces fotosyntezy roślin. Ale dusza może też osobiście doświadczyć jak to jest być np. drzewem, liściem, łodygą, skałą itd., wystarczy jedynie myśl - kolejny już (trzeci mężczyzna, poddany procesowi hipnozy), mówi: "Myślę o czymś i to się dzieje (...) Możemy stać się wszystkim tym co znamy z naszych poprzednich doświadczeń". Jeśli dusza pragnie odczuć fizyczny, głęboki spokój - może stać się drzewem, jeśli pragnie doświadczyć odpowiedniej "twardości" może wtopić się w skałę, jeśli pragnie poczuć i doświadczyć płynność (która pomoże jej w dalszych próbach stworzenia chociażby kropli deszczu), może stać się częścią wody (jeziora, rzeki, morza), jeśli zaś pragnie doświadczyć fizycznego piękna świata (jeszcze nie inkarnując), może na przykład wtopić się w pięknego motyla. Ale dusza może też stać się czystym... uczuciem, np. miłością, miłosierdziem, radością, dobrym humorem - wszystko po to, by zdobyć lepsze doświadczenia potrzebne w dalszej pracy "stwarzania życia".


CDN.
 

HISTORIA ŻYCIA - WSZECHŚWIATA - WSZELKIEJ CYWILIZACJI - Cz. XXII

II WIELKA KOLONIZACJA WSZECHŚWIATA
CZASY POKOJU (MIĘDZYWOJNIE)


Do tej pory zaprezentowałem trzy główne Ludzkie rasy we Wszechświecie, które odgrywały dominującą rolę przed, a szczególnie po - wybuchu III Wielkiej Wojny Galaktycznej. Inne cywilizacje Galaktycznej Ludzkości, opiszę dopiero po zakończeniu wątku o III Wojnie. Teraz jednak zaprezentuję cywilizację BAKARATINI, a to z tej przyczyny iż koloniści z tamtej planety założyli pierwszą ziemską cywilizację, zwaną - cywilizacją hyperboreańską (o której można chociażby przeczytać w greckich mitach związanych z bogami)



ROZKWIT I ZAGŁADA CYWILIZACJI BAKARATINI


Po zakończeniu działań wojennych kończących (a raczej zawieszających) stan wojny pomiędzy Federacją Galaktyczną a Sojuszem Anchara, nastał "zbrojny pokój". Ten czas Federacja Galaktyczna wykorzystała na odbudowę ludzkiej kolonizacji w zniszczonych wojną galaktykach (m.in na Marteku, czyli Marsie - o czym też opowiem w kolejnych częściach - dziś bowiem naukowcy pracujący chociażby dla NASA nie ukrywają już wcale, że na Marsie istniała kiedyś wysoko rozwinięta cywilizacja, która w jakiś sposób nagle zniknęła wraz z zagładą tamtej planety)


Jedną z takich galaktyk był system gwiezdny Alfa Centauri, a szczególnie główna planeta tego systemu - Bakaratini (stało się to dopiero ok. 8 milionów lat temu). Zasiedlili ją koloniści z wielu różnych światów Federacji Galaktycznej. Lecz specyficzny klimat planety spowodował wytworzenie się wśród przybyszów po kilkudziesięciu pokoleniach nowych cech fizycznych. Przede wszystkim zmienił się kolor ich skóry - na bardziej żółtawy, zbliżony do ziemskich cech mongoloidalnych. 400 lat później, na planetę przybyła druga grupa osiedleńców, której barwa skóry była koloru ciemniejszego, podobnego do koloru skóry ziemskich mulatów. Wpływ planety w przypadku tej drugiej ludzkiej grupy był mniejszy, ale i on spowodował pewne zmiany. Kolor ich stał się bardziej ciemny, wręcz czarny. Nowi osiedleńcy zostali powitani pokojowo przez "żółtych ludzi" i pozwolono im nie tylko się osiedlić na planecie, lecz także współtworzyć wspólną cywilizację Bakaratini. Pracowali razem osiągając ogromny dobrobyt i cieszyli się długim okresem pokojowej egzystencji. Z czasem jednak, po wielu milionach lat wspólnej bytności, rasy te się od siebie oddaliły. Ok. 1 500 200 lat temu, wybuchła na planecie niszczycielska wojna atomowa, która zmiotła większość żyjących na niej istot. Żądni władzy przywódcy dwóch ras na planecie, podburzali przeciw sobie społeczeństwa, które coraz bardziej opowiadały się za "szybką eksterminacją" tych drugich.

Nienawiść wśród obu tych ras tak urosła, że stała się wprost nie do opanowania i wystarczyła zaledwie iskra, by podpalić lont i całą planetę wysadzić w powietrze. Mieszkańcy Bakaratini pobudowali wielkie miasta, stworzyli ogromną cywilizację i kulturę, z której całkowicie wypchnięto element duchowy, skupiając się jedynie na materialnej egzystencji, służącej zaspokajaniu doraźnych przyjemności. Pieniądze i władza były tymi, których mieszkańcy planety pożądali najbardziej. Stworzyli ogromne arsenały broni atomowej, służące początkowo do obrony jako "straszaki" dla drugich. Z czasem jednak postanowiono za ich pomocą zniszczyć owych "drugich" wyprzedzającym atakiem, na który tamci nie potrafiliby odpowiedzieć. I doszło do takiego konfliktu, który okazał się prawdziwą apokalipsą. Jedna i druga rasa wysłały przeciw swoim miastom i skupiskom ludności niezliczone ilości rakiet z głowicami atomowymi - to była całkowita zagłada planety. Nie było zwycięzców - przegrali wszyscy. Miasta leżały w totalnych gruzach, wszelka roślinność została zniszczona, pozostały tylko wyschnięte kikuty dawnych drzew, wystające z piaszczystej lub kamienistej pustyni. Niebo pokryło się chmurami tak gęstymi, że nie przepuszczały na planetę żadnych promieni słonecznych, co w konsekwencji spowodowało powstanie wiecznych ciemności. Temperatura spadła do minus 40 stopni Celsjusza, co dopełniło tragedii mieszkańców tamtego świata.

Przed wojną atomową na planecie żyło 7 miliardów Czarnych i 4 miliardy Żółtych mieszkańców. Po katastrofie przeżyło zaledwie 800 tys. jednych i drugich. Ci ludzie przeżyli tylko dlatego, że udało im się wcześniej schronić w najgłębszych schronach, w podziemiach planety. Gdy walki ustały, obie grupy postanowiły wyjść na powierzchnię, by szukać pożywienia i wody dla reszty ocalałych. Pisząc "obie grupy" dokonuję tutaj dużego uproszczenia, gdyż nie były to dwie grupy ludności a raczej kilkaset maleńkich grupek, chroniących się zarówno w prywatnych jak i w dużych publicznych schronach przeciwatomowych. Zapasy żywności i wody szybko się wyczerpały i po kilku miesiącach przebywania pod ziemią należało wreszcie poszukać czegoś, co będzie można zjeść, oraz źródeł czystej jeszcze wody pitnej. Ci, którzy znaleźliby wodę zdatną do picia - mogli przetrwać, ci, którym się to nie udało - zdani byli na powolną śmierć z pragnienia. Pierwsi swoje siedziby opuścili Czarni. Pożegnali się z bliskimi i wyruszyli przed siebie przez ciemne, zimne pustkowie. Po tygodniach podróży, nie napotkali żadnych drzew, żadnej roślinności, ani żadnych zwierząt, które można by upolować. Wszystkie zapasy, jakie zabrali ze sobą na drogę - zużyli. Byli głodni, spragnieni, zagubieni i stracili nadzieję na przeżycie. Wielu też nie wytrzymywało trudów podróży, pragnienia i głodu i zaczęli umierać. Najpierw najsłabsi i najstarsi. Ci, którzy jeszcze nie pomarli, nie mieli wyjścia - aby przeżyć musieli jeść ciała swych zmarłych towarzyszy i pić ich krew. Tak czyniąc, udało im się powrócić do swoich bliskich zamkniętych w schronach.

Ale tam ich powrót i opowieści o całkowitej zagładzie znanego im świata, spowodował wybuch paniki, z trudem uśmierzonej przez przywódców (jakich wybrali sobie tamtejsi ludzie w schronach przeciwatomowych). Nie na długo jednak. Teraz aby przeżyć, ci, którzy umierali, byli zjadani przez tych, którzy jeszcze żyli. Kanibalizm stał się podstawą pożywienia dawnych Bakaratinian. Niektórym jednak zaczęło przeszkadzać to, że nie wszystkim starszym, słabszym lub kobietom - spieszyło się umierać. Mordowano się więc nawzajem z głodu. Jedni zjadali drugich, rodzice dzieci, przyjaciele przyjaciół - nikt nie był bezpieczny w owych schronach, a na powierzchni też czekała ich śmierć. O wiele więcej szczęścia mieli Żółci. Ich skupiska były rozłożone bliżej oceanu, a nie gór tak jak Czarnych. Dzięki temu udało im się znaleźć to, co woda wyrzuciła na brzeg (ryby, kraby, mięczaki), dzięki temu nie doświadczyli kanibalizmu - gorzej było z wodą pitną. Ale i z tym sobie poradzili. Potrafili bowiem przefiltrowywać wodę oceaniczną poprzez specjalne urządzenia i odsalać ją, czyniąc zdatną do picia. Czarni, których schrony były ulokowane bliżej schronów Żółtych i bliżej oceanu, zaczęli brać z nich przykład i także pobudowali u siebie urządzenia zdolne przefiltrowywać wodę, oraz czerpali pożywienie z tego, co "dał" ocean. Mimo to populacja ludzkości na planecie znacznie się zmniejszyła już po katastrofie nuklearnej. Z ocalałych po wojnie atomowej 800 tys. przetrwało zaledwie... 235 (150 Czarnych i 85 Żółtych), reszta wzajemnie się pozabijała lub poumierała na skutek spożywania produktów popromiennych.

Poza tym pierwsze płody, jakie rodziły się po zakończeniu konfliktu atomowego - były straszliwie zdeformowane i umierały w wyniki okropnych ran (z którymi się rodziły), lub upływu krwi. W każdym razie populacja Bakaratinian spadła do 235 osób, lecz potem powoli zaczęła się odbudowywać. Ok. 1 500 000 lat temu ich liczebność wzrosła do prawie 190 tys. Czarnych i 85 tys, Żółtych. Mimo to nadal brakowało na planecie źródeł mięsa, potrzebnego do zaspokojenia diety. Bakaratinianie co prawda zaprzestali kanibalizmu, choć jeszcze od czasu do czasu zdarzało im się w ten sposób uzupełniać niedobór mięsa w organizmie (ciągłe spożywanie ryb i produktów z morza było dosyć męczące). W okresie tych 150 -200 lat od zagłady nuklearnej, planeta nadal przypominała zimną, śnieżną półkulę i nadal chmury zakrywały dostęp do promieni słonecznych. Innymi słowy ci ludzie przywykli już do życia w ciemnościach i zimnie. Wojna atomowa spowodowała jednak że niektóre owady na planecie - zmieniły swoje proporcje i... stały się śmiertelnym zagrożeniem dla ludzi. Tak jak ośmiometrowa modliszka, której populacja, z braku naturalnych wrogów szybko zdominowała powierzchnię planety. Teraz wyjście nad sam brzeg morza, stawało się śmiałym wyzwaniem, gdyż modliszki te działały w kilku grupach, atakując i wprost rozrywając swoje ofiary na strzępy. Walka z nimi była z góry przegrana i sprowadzała się do szybkiej ucieczki do schronu, gdzie te nie potrafiły wejść ze względu na swe rozmiary. Walka Bakaratinian z tymi gigantycznymi owadami także doprowadziła do zmniejszenia się ludzkiej liczebności na planecie.

Federacja Galaktyczna obserwowała to, co się dzieje na Bakaratini. Nie interweniowali, gdyż uznali że mieszkańcy planety, którzy wykazali się taką nieodpowiedzialnością i doprowadzili swój świat do zagłady - powinni teraz sami spróbować go odbudować - innymi słowy: za każdy błąd należy zapłacić. Szybko jednak zmienili zdanie, widząc że ludziom na planecie nie uda się ta sztuka. Postanowiono więc wykorzystać TJehooba, których wysłano jako przedstawicieli Federacji z misją udzielenia Bakaratinianom pomocy. Pierwszą rzeczą, jaką uczynili TJehooba, była likwidacja dużych skupisk najniebezpieczniejszych owadów - w tym oczywiście modliszek. Dokonano tego dość szybko (w ciągu kilku dni), zmniejszając ich populację o ok. 99 %. Tak więc, w ciągu kilku zaledwie dni, gdy Bakaratinianie ponownie wyszli ze swych schronów, zauważyli że modliszki zniknęły, a te, którym udało się przeżyć - były już łatwiejszym celem niż wcześniej, jako że były osamotnione. Bardzo szybko Bakaratinianie wytrzebili pozostały 1 % populacji modliszek i innych ogromnych owadów na planecie i znów stali się panami powierzchni swego świata. Ale "zniknięcie" owadów na planecie nie było najważniejszym powodem zdziwienia Bakaratinian. Innym o wiele poważniejszym było... rozstąpienie się chmur i dotarcie na ziemię pierwszych promieni słońca. Mieszkańcy planety nigdy nie widzieli słońca ani dnia, słyszeli jedynie o tym od swych przodków, w formie legend przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Teraz ich oczom ukazał się wspaniały widok, rozświetlony przez słoneczny blask. Temperatura też  znacznie wzrosła.

Ale blask słońca ukazał coś jeszcze. Cała planeta została zasiedlona najróżniejszymi gatunkami zwierząt, oraz ponownie... zalesiona. Stało się to w przeciągu kilku dni. TJehooba starali się by ów przekaz "uwiarygodnić" wśród mieszkańców. Dlatego niektórym z nich podczas snu poprzez przekaz telepatyczny - wmówiono, że uratowali ich potężni bogowie z nieba i teraz oddają im tę ziemię, by się na niej rozmnażali i brali ją sobie w posiadanie. Natychmiast powstały oficjalne kulty, pojawili się prorocy, którzy "słyszeli głos Boga", podpowiadający co należy uczynić. Szybko utworzyła się silna kasta kapłańska, wykonująca "wolę Bogów". A tymczasem świat Bakaratinian wrócił do dawnej świetności. Praktycznie wyglądał tak samo jak przed zagładą, z wyjątkiem występowania na planecie dużych kraterów poatomowych, teraz zalesionych lub zamienionych w jeziora, oraz powolnego odbudowywania cywilizacji - początkowo nie było dużych, nowoczesnych, wygodnych i praktycznie samowystarczalnych metropolii - jak przed zagładą, nie było pieniędzy - ludzie tworzyli pierwotne związki takie jak wodzostwa, potem księstwa, które zmieniły się w królestwa. Prorocy i kapłani mieli na te społeczeństwa duży wpływ, a dyktowany on był "wolą Bogów". A wola bogów zabraniała dwóm rasom wzajemnie się nienawidzić - "Bogowie pragną byśmy wzajemnie sobie pomagali" - głosili kapłani. Tak też się stało, dawna nienawiść ustąpiła miejsca "woli Bogów" i podziwowi oraz strachowi przed ich potęgą i możliwościami.


PS: W kolejnej części opowiem o rozwoju i upadku cywilizacji Marsa, następnie Wenus, a potem przechodzimy już na Ziemię.


CDN.
 

08 października 2025

"PIERWSZE" ODKRYCIE AMERYKI - Cz. XI

CZYLI JAK WŁADCY MUCHOMORZA
DOTARLI DO NOWEGO ŚWIATA





ZA FIORDAMI I ZIEMIAMI JARLÓW 
Cz. IX




Gdy w normańskich królestwach Agderu, Vestfoldu, Vingulmarku i Ringerike władał Halfdan Czarny, na ziemiach Królestwa Franków toczyła się śmiertelna rywalizacja o następstwo tronu. Na zjeździe w Wormacji (829 r.) wydawało się że sukces odniosło stronnictwo cesarzowej Judyty, która świętując tam szóste urodziny swego syna Karola, wymogła na małżonku - Ludwiku I Pobożnym, aby ten nadał księciu Karolowi ziemie koronne w skład których miały wejść: Alemania, Alzacja, Recja i połowa Burgundii. Tym samym najmłodszy potomek cesarza Ludwika, był jednocześnie równy swym przyrodnim braciom - najstarszemu Lotarowi, Pepinowi i Ludwikowi. Dodatkowo również w Wormacji ojciec polecił Lotarowi, aby ten udał się do Italii i tam pozostał, co było jawnym policzkiem wymierzonym najstarszemu z synów i jednocześnie od 817 r. oficjalnemu współwładcy i następcy Ludwika Pobożnego. Lotar jednak posiadał spore poparcie wśród możnych Cesarstwa, szczególnie hrabiego Orleanu Matfrida, hrabiego Tours Hugona, Hilduina z rodu Geroldów, Jonasza - biskupa Orleanu oraz swego doradcę i przyjaciela, opata Walę - który posiadał równie mocne co inteligentne pióro. Stronnictwo Judyty zaś głównie składało się z jej osobistego doradcy (a od 829 r. również szambelana Cesarstwa) markiza Septymanii - Bernarda z Tuluzy, którego zbyt bliskie kontakty z cesarzową były okazją do plotek o ich prawdopodobnym romansie. Od 824 Bernard żonaty był z dziedziczką wielkiego austrazyjskiego rodu - Dhoudą, z którą jednak pożycie nie układało mu się zbyt dobrze, gdyż oddalił ją od siebie już kilka lat po ślubie. To wszystko razem wzięte stanowiło wspaniałą pożywkę dla oskarżenia cesarzowej o cudzołóstwo, co automatycznie wykluczyłoby młodego księcia Karola z dziedzictwa tronu Franków.

Zjazd w Wormacji wydawał się być sukcesem cesarzowej i Bernarda, ale ich dobry nastrój nie trwał długo. Lotar bowiem w Pawii (dawnej stolicy Królestwa Longobardów podbitego przez Karola Wielkiego w roku 774), a szczególnie w ulubionym przez siebie wiejskim pałacu w Corteolonie, przygotowywał już zarówno siły (zbierając wojska) jak i ideologiczną podstawę swego powrotu. Opat Walo przygotował dla Lotara pamflet, w którym ten oskarżył cesarzową nie tylko o romans z Bernardem, ale również o czary i o usiłowanie morderstwa najstarszych synów cesarza Ludwika. Pisał też otwarcie, że Pałac cesarski zamienił się w dom publiczny. Gdy w kwietniu 830 r. Ludwik Pobożny wyruszył na kampanię przeciwko Bretończykom, Lotar zdecydował się otwarcie zawalczyć o swoją przyszłość. Przekroczył Alpy (przy pomocy posiłków zebranych przez hrabiów Orleanu i Tours, a także swego brata Pepina z Akwitanii oraz Ludwika zwanego potem "Niemcem") i ruszył na Akwizgran nie napotykając po drodze żadnej przeszkody. Przerażona Judyta uciekła do klasztoru w Laon, Bernard zaś na południe, do Barcelony w Marchii Hiszpańskiej. Lotar unieważnił postanowienia zjazdu w Wormacji i sam ogłosił się "cesarzem w imieniu ojca". Zwolennicy Bernarda stracili stanowiska (jego brat Herbert został nawet oślepiony), Judyta i jej bracia mieli zaś pozostać w klasztorze już na stałe, a mały Karol został oddany pod opiekę mnichom, aby ci również przygotowali go do życia klasztornego. Ludwik Pobożny, który teraz został postawiony przed faktem dokonanym i teoretycznie pozostawał na łasce swego syna, nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Mając poparcie duchowieństwa, zdołał nakłonić swoich dwóch pozostałych synów Pepina i Ludwika aby opuścili Lotara w zamian za nowe przywileje i nadania ziemskie. Tak też się stało i Lotar musiał ponownie wycofać się do Italii. Ta gorzka lekcja wyrobiła w nim przekonanie, że wszelkie układy poczynione w obrębie rodziny są bezwartościowe i że trzeba samemu się zbroić (najlepiej właśnie jako swą bazę rekrutacyjną uczynić niechętną Ludwikowi Pobożnemu i Judycie Italię).




Cesarz Ludwik uwolnił swą małżonkę z klasztoru i przywrócił ją na dawną pozycję. Jednak musiał również brać pod uwagę owe plotki, które stały się coraz głośniejsze, iż Karol nie jest jego synem. Według średniowiecznej tradycji, aby oczyścić się z wszelkich podejrzeń, królowa powinna publicznie przysiąc iż nie popełniła cudzołóstwa. Tak też się stało i Ludwik przywrócił ją do pozycji cesarzowej, a Karola oficjalnie uznał za syna (plotki te jednak nie ucichły i to do tego stopnia będzie męczące, że gdy Karol zmężnieje, uzna, że są one na tyle niebezpieczne że zagrażają jego dziedzictwu, a to doprowadzi go do konfliktu z Bernardem, którego potem każe zabić za to tylko, że ktokolwiek mógłby pomyśleć że jest jego synem). W październiku 830 r. Lotar spotkał się z ojcem w Neumegen, gdzie oficjalnie się pojednali. W lutym 831 r. wziął udział w zgromadzeniu w Akwizgranie, na którym ojciec ponownie wysłał go do Italii, a pozostałym synom podzielił Cesarstwo w taki sposób, aby każdy z nich otrzymał równą część. Do czasu śmierci cesarza Ludwika jego synowie mieli mu być bezwzględnie podporządkowani, ale po jego śmierci ich trzy prowincje staną się niezależnymi krajami i nie będą oni zależni od nikogo (tym samym przypieczętowany został rozpad Cesarstwa Franków). Był to więc powrót do projektowanego jeszcze przez Karola Wielkiego w 806 r. planu podziału Cesarstwa pomiędzy jego synów, w którym to tytuł cesarza już nie istniał, gdyż wszyscy z braci byli sobie równi. Tak więc istnienie Cesarstwa na Zachodzie byłoby w tym wariancie krótkotrwałe i władcy Wschodu (Konstantynopola) nie musieliby się spierać z tymi z Zachodu o pierwszeństwo w świecie chrześcijańskim (chociaż wielu biskupów było za utrzymaniem jedności Cesarstwa, m.in. biskup Lyonu - Agobart, który twierdził: "Nie ma już pogan, ani Żydów (...), ani barbarzyńców, ani Scytów, ani Akwitańczyków, ani Longobardów, ani Burgundów, ani Alamanów, ani chłopów pańszczyźnianych, ani wolnych, wszyscy stanowią jedność w Chrystusie").




W maju 831 r. doszło do zjazdu w Ingelheim na którym cesarz oficjalnie przebaczył wszystkim buntownikom, zaś jesienią tego samego roku na kolejnym zjeździe w Thionville (zapewne na prośbę cesarzowej Judyty), Bernard z Tuluzy został oczyszczony z wszelkich zarzutów o cudzołóstwo i przywrócony do łask. Ale spokoju nie było. Pepin i Ludwik kłócili się ze sobą o pierwszeństwo u boku ojca. Oliwy do ognia dolewał Bernard, który namawiał Pepina do nieustępliwości, a gdy wkrótce potem wyszło na jaw że Pepin planował bunt (początek 832 r.), cesarz Ludwik odebrał mu Akwitanię i oddał ją swemu najmłodszemu synowi Karolowi. Jeden przeciwnik z głowy - przynajmniej tak myślała Judyta. Jednak wkrótce potem (wiosna 832 r.) drugi syn - Ludwik też się zbuntował i wkroczył zbrojnie do Alemanii - należącej do swego przyrodniego brata Karola. Bunt jednak szybko upadł, a Ludwik został wysłany przez ojca do klasztoru. Wydawało się że Judyta i Bernard ponownie triumfują, dwaj synowie Ludwika Pobożnego zostali usunięci. Pozostał tylko Lotar w Italii, choć bez wątpienia był on najgroźniejszym przeciwnikiem. Judyta zamierzała ułożyć się z Lotarem (na zjeździe w Orleanie we wrześniu 832 r.) na zasadzie że państwo zostanie podzielone na dwie części, ale ten nie wyraził na to zgody, twierdząc oficjalnie że ojciec już w 817 r. uczynił go cesarzem i swym następcą i tylko on jako najstarszy syn może objąć władzę nad całym państwem. Postanowił też po raz kolejny zawalczyć o zdobycie pełnej władzy. W tym celu namówił papieża Grzegorza IV do ingerencji w sprawy jedności Cesarstwa (i harmonii życia rodziny cesarskiej). Wiosną 833 r. Lotar podniósł bunt i ponownie z wojskiem przekroczył Alpy. Po drugiej stronie owych gór dołączyli do niego bracia Pepin i Ludwik (których ojciec uwolnił z klasztoru i wybaczył im próbę buntu). Teraz razem (mając przy sobie papieża Grzegorza IV) szli na Akwizgran. Lotar domagał się spotkania z ojcem. Ludwik Pobożny - nie mając wystarczająco sił, aby odeprzeć atak - zgodził się na takie spotkanie. Doszło do niego na polach Rothfeld pod Colmarem. Spotkanie jednak nie przybrało pożądanego przez cesarza kierunku, Ludwik bowiem nie potrafił dojść do porozumienia z synami. Wzajemne debaty trwały kilka dni. Ostatecznie cesarz spotkał się również na krótkiej rozmowie z papieżem, ale i tutaj nie doszło do konsensusu. Co ciekawe, dworzanie cesarscy, którzy obserwowali zachowanie swego władcy, byli nim głęboko rozczarowani i po nieudanej rozmowie z papieżem, w nocy większość z nich przeszła na stronę synów, wraz z całą cesarską armią. Rankiem u boku cesarza byli już tylko nieliczni, najwierniejsi mu dworzanie, do których on zwrócił się tymi oto słowy: "Idźcie do moich synów, nie chcę aby z mojego powodu którykolwiek z was utracił życie lub części ciała". Tak też się stało. Tym sposobem Ludwik Pobożny stał się zakładnikiem swoich synów - głównie zaś Lotara. Ten zażądał aby ojciec rozstał się z Judytą (która wraz z papieżem miała wyjechać do Rzymu). Książę Karol został zamknięty w klasztorze w Prüm, a Lotar od tej chwili datował swe akty, jako: "Rok I jego cesarskich rządów".




833 był również rokiem niepokoju w innym regionie świata. 7 sierpnia tego roku zmarł bowiem kalif Imperium Abbasydów Al-Mamun. Panował przez ostatnie 20 lat, zdobywając władzę również w wyniku wojny domowej. Był synem wielkiego kalifa Haruna al-Raszida (tego, który doprowadził arabskie Imperium Abbasydów do złotego wieku). Al-Mamun urodził się w 786 r. czyli w roku, w którym jego ojciec objął władzę jako kalif po swym bracie (jego brat Al-Hadi w chwili śmierci miał zaledwie 22 lata, a panował od niecałych 14 miesięcy. Prawdopodobnie został on otruty przez swą matkę Chajzuran, która obawiała się, aby nie uśmiercił on Haruna al-Raszida, co Al-Hadi zapewne planował {pisałem o tym w innym temacie}. Istnieje też teoria, że kalif ten został uduszony na polecenie matki). W każdym razie od 15 września 786 r. nowym kalifem został 23-letni Harun al-Raszid. Jak już wyżej wspomniałem, jego panowanie to kulminacja złotego wieku Abbassydów. Za jego czasów powstały opowieści Szeherezady, Baśnie Tysiąca i Jednej Nocy. Za jego czasów powstały takie kluczowe (również dla współczesności) opowieści, jak Alibaba i 40 rozbójników, lampa Alladyna i wiele innych. Założone w 762 r. "Okrągłe Miasto" - Bagdad (jedno z największych w ówczesnym świecie, oprócz hiszpańskiej Kordoby, Konstantynopola, i Ch'angan w Chinach), było stolicą tego Imperium. Bagdad to było miasto, które funkcjonowało również nocą, zapewniając swym mieszkańcom wiele atrakcji (stąd wzięła się potem nazwa "arabskie noce"). Były tam np. darmowe łaźnie (nawet dla najuboższych). W 794 r. założono tam również pierwszą (na zachód od Chin) fabrykę papieru. W 805 r. również w Bagdadzie Harun al-Raszid założył pierwszy ogólny bimaristan (czyli szpital) który można nazwać pierwowzorem dla współczesnych szpitali. Było to pierwsze takie miejsce w ówczesnym świecie, w którym udzielano chorym wszechstronnej pomocy (również z zakresu zdrowia psychicznego). Szpital ten był dobrze wyposażony i podzielony na oddzielne działy, odpowiadające za określone schorzenia, działające 24 godziny na dobę. Personel był dobrze przeszkolony i kompetentny (przede wszystkim wzięło się to stąd, że w dużej mierze przetłumaczono na arabski dzieła antycznych lekarzy z Grecji i Rzymu). Był to ewenement w ówczesnym świecie, nigdzie indziej nie było tak dobrze wyposażonego szpitala jak w Bagdadzie (mówiąc nigdzie indziej, mam na myśli nigdzie w świecie muzułmańskim, bo pierwszy bimaristan powstał w Damaszku w 705 r. ale nie był on jeszcze szpitalem ogólnym, natomiast po upadku Imperium Rzymskiego w świecie zachodnim panowała totalna niewiedza i barbarzyństwo pod tym względem). Szpital ten był finansowany ze składek ludności (składek dobroczynnych) i doskonale prosperował do roku 1258, gdy Mongołowie zdobyli Bagdad i zniszczyli to miasto (choć do roku 1000 w Bagdadzie było już 5 takich ogólnych szpitali, a ich liczba w kolejnych dekadach jeszcze wzrosła).




Rozwój jaki nastąpił zaś za Al-Mamuna (syna i następcy Haruna al-Raszida) był jeszcze większy. Ok. 830 r. założył on Wielką Bibliotekę w Bagdadzie (zwaną "Domem Mądrości"), która składała się głównie z prywatnej biblioteki jego ojca oraz jego pradziada al-Mansura. Ok 820 r. perski uczony na dworze Abbasydów - Muhammad ibn Musa al-Khwarizmi rozszerzył algebę, wprowadzając do arabskiego systemu liczebnego nowe cyfry (1 2 3 4 5 6 7 8 9) które oficjalnie przywiózł z Indii (pisałem już o tym wcześniej. W "Misji" Desmarquet'a jest jasno powiedziane, że system liczbowy który Arabowie uznali za swój własny i który się przyjął również u nas, został podarowany przez Galaktycznych Ludzi z TJehooba). 




Ok. 830 r. Habash al-Hasib al-Marwazi wprowadził do użycia stosunki trygonometryczne (czyli sinus, cosinus, tangens, cotangens - używane dzisiaj w matematyce). W tym też mniej więcej czasie, wspomniany wyżej al-Khwarizmi obliczył obwód Ziemi - mierząc od Tadmur w Palmirze do Rakki w północnej Syrii (oczywiście te obliczenia były wówczas bardzo niedokładne, bo dokładne być nie mogły). W każdym razie rozwój arabskiego Imperium Abbasydów (jak również hiszpańskiego Emiratu Kordoby), był bez porównania większy, niż rozwój zachodnich królestw chrześcijańskich, wliczając w to oczywiście Cesarstwo Karola Wielkiego i jego następców. Warto też co nieco powiedzieć o najważniejszej żonie Haruna al-Raszida (która to nie była matką al-Mamuna), czyli o Zubaidzie bint Jafar. Była ona bez wątpienia najbardziej wpływową kobietą swoich czasów (zaraz po matce Haruna, czyli Chajzuran). Znana jest chociażby z tego, że w czasie swojej piątej pielgrzymki do Mekki (800 r.) zobaczyła że susza praktycznie doprowadziła do wyschnięcia studni Zamzam. Natychmiast kazała pogłębić studnię i wydała 2 miliony dinarów na lepsze zaopatrzenie w wodę Mekki i okolicznych terenów. W tym celu zbudowała dwa akwedukty wiodące - jeden do jeziora Hunajun (95 km na wschód od Mekki), drugi zaś do źródła Zubaidy (leżącego na równinie Arafat). Dzięki temu była zapamiętana i podziwiana przez ludność tych terenów, którzy w ten sposób okazywali jej swą wdzięczność (m.in. nazywając owe źródło jej imieniem). Inżynierowie starali się odwieźć ją od tego pomysłu, twierdząc że koszty pracy będą zbyt duże, a poza tym wynajdywali wiele problemów technicznych i geologicznych. Ona im odpowiedziała że jest zdeterminowana kontynuować te prace, nawet gdyby każde uderzenie kilofa kosztowało jednego dinara. Prace doprowadzono do końca, a Zubaida została zapamiętana w Mekce i okolicach jako "dobra pani"




 Rok 786 i początek panowania Haruna al-Raszida wydaje się interesujący, gdyż jak wspomniałem wyżej ten właśnie kalif stał się symbolem wielkości arabskiego kalifatu (jest nawet taki komiks "Iznogud" opowiadający o wezyrze, który robi wszystko aby obalić kalifa Haruna Arachida i "zostać kalifem w miejsce kalifa". Kiedyś uwielbiałem ten komiks). Dlatego też wydaje mi się że pewne cofnięcie się w czasie i w miejscu, czyli powrót ponownie ze Skandynawii w tamte tereny - oczywiście tymczasowo - może być ciekawy. Panowanie bowiem Haruna i jego syna al-Mamuna nie jest może aż tak ważne dla dalszych eskapad Wikingów po Morzu Północnym, Śródziemnym, Bałtyckim czy Czarnym (a już w ogóle jeśli chodzi o ich wyprawy do Irlandii, Islandii, Grenlandii, a potem... do Ameryki), ale okres ten jest niezwykle płodny i bardzo ciekawy, warto więc "coś nie coś" o nim opowiedzieć. Oczywiście nie zapominając o głównym temacie tej serii (należy też coś napisać o Ragnarze Lodbroku i jego dziejach - czym zajmę się już wkrótce).




CDN.

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...