WYŚWIETLENIA

05 października 2025

HENRYK VIII I JEGO ŻONY - Cz. IV

OD KATARZYNY ARAGOŃSKIEJ 
DO KATARZYNY PARR



 

KATARZYNA ARAGOŃSKA
(Czyli hiszpańskie noce) 
Cz. III



 Nim przejdziemy dalej, warto cofnąć się trochę do tyłu, do początku czasu gdy królowa Katarzyna Aragońska znalazła się w Anglii i jak to się stało że najpierw Artur, a następnie Henryk stali się jej małżonkami? 



DZIECIŃSTWO KRÓLOWEJ KATARZYNY
Cz. I




 Przyszła królowa Anglii (najdłużej panująca ze wszystkich żon Henryka VIII), przyszła na świat 16 grudnia 1485 r. w Pałacu Arcybiskupim w Alcalá de Henares nieopodal Madrytu. Jej rodzicami byli królowie hiszpańscy z rodu Trastamara: Ferdynand II - król Aragonii (od stycznia 1479 r.) i król-małżonek Kastylii (od stycznia 1475 r.), oraz Izabella I - królowa Kastylii i Leonu (od grudnia 1474 r.). Rodzice królowej Katarzyny byli jednymi z największych władców Hiszpanii, pobrali się w październiku 1469 r. (choć byli dalekimi kuzynami). Izabella miała wówczas 18 lat, a Ferdynand 17. Małżeństwo to zostało zawarte wbrew woli ówczesnego króla Kastylii i przyrodniego brata Izabelli - Henryka IV Bezsilnego, ale bezwzględnie zarówno Ferdynand jak i Izabella darzyli się miłością (nie było to więc małżeństwo polityczne). W ich osobach połączone zostały w jedno dwa wielkie hiszpańskie Królestwa: Kastylia i Aragonia. Ich wspólnym mottem stało się: "Tanto monta" ("Wszystko takie samo") co miało oznaczać wzajemną równość pomiędzy małżonkami, dodatkowo on przybrał sobie w herbie strzałę (oznaczającą walkę), a ona jarzmo (oznaczające niewolę) - które zostały wspólnie połączone w jeden herb. Ponoć w tym okresie prawie nie opuszczali łoża, choć jednocześnie obawiali się gniewu króla Henryka, gdyż małżeństwo to zawarte zostało bez jego zgody i woli. Co prawda od roku 1468 Izabella była uważana za następczynię tronu po swym przyrodnim bracie Henryku IV, który miał tylko jedną córkę Joannę (której zresztą nie uważał za swoją, jako że jego małżonka Joanna Portugalska - córka odziedziczyła imię po matce - była kobietą która nie tylko biegała po pałacu na wpół nago {ponoć jej suknie odsłaniały tak dużo dekoltu, że otwarcie uważano ją za rozpustną}, ale ze względu na brak zainteresowania jej osobą ze strony męża, oddawała się wielu kochankom, a z innymi otwarcie flirtowała. Dlatego też po śmierci następcy tronu, rodzonego brata Izabelli - 14-letniego Alfonsa w 1468 r. Henryk IV to właśnie jej, a nie swej córce przekazał następstwo tronu Kastylii). Mimo  tego jednak Izabella nadal nie posiadała własnych dóbr ziemskich (oficjalnie dostała dwa miasta, ale nie mogła z nich korzystać), a co za tym idzie realnie nie miała pieniędzy. Dlatego też para nowożeńców obawiała się gniewu Henryka o tego, że może on zmienić swoją decyzję o następstwie tronu dla Izabelli.


IZABELLA I KASTYLIJSKA



Co prawda król Henryk początkowo rzeczywiście nie uznał tego małżeństwa, ale gdy dowiedział się że Izabella jest już w ciąży i spodziewa się dziecka - prawdopodobnie syna - ostatecznie zaakceptował jej związek z Ferdynandem. Jednak w październiku 1470 r Izabella powiła córkę (ponoć narodziny trwały długo i w bólu, a Izabela cały czas modliła się do Boga, przepraszając go za grzech biblijnej Ewy, przez co teraz ona musi cierpieć takie katusze). Dziewczynka otrzymała imię po matce - Izabella i była pierwszym dzieckiem królewskiej pary (Katarzyna Aragońska będzie ostatnim). Ferdynand ponoć był oczarowany Izabellą swoją córeczką, choć jego ojciec Jan II z Aragonii (co ciekawe ojciec Izabelli również nosił to samo imię, z tym że był nazywany Janem II z Kastylii), wysłał mu z okazji narodzin wnuczki dosyć cierpki list, w którym deklarował, że kobiety nie mogą dziedziczyć tronu Aragonii więc powinien przyłożyć się do spłodzenia następcy. Również Henryk IV zapewne ucieszył się z narodzin córki Izabelli, zawsze miał bowiem możliwość cofnięcia swego testamentu i wywyższenia własnej córki w miejsce Izabelli (w listach do swej siostry wielokrotnie dawał jej odczuć, że jeśli nie będzie mu całkowicie posłuszna, to on ją wydziedziczy. Ponoć Izabella rozpaczała z tego powodu, że tylko dlatego iż jest kobietą może utracić tron swego ojca. Ferdynand ponoć zapewniał ją że tak się nie stanie i że narodziny Izabelli są dla niego ogromną radością, ale też - zapewne ponaglany listami swego ojca - co jakiś czas mawiał: "To nic że mamy córkę, jesteśmy młodzi, będziemy mieli jeszcze wielu synów"). Jan Aragoński miał już wówczas 72 lata i pragnął aby jego wnuk zjednoczył dwa iberyjskie królestwa. Zresztą jego obsesja na punkcie zawładnięcia Kastylią była tak duża, że rodziła wręcz obsesję. Ponieważ atak militarny na Kastylię nie powiódł się już za panowania jego brata Alfonsa V Wspaniałomyślnego (1445 r.) przeto odtąd postanowił Jan zdobyć ten tron mariażami, (zresztą sam również wywodził się z rodziny Trastamara). Dlatego był tak zdeterminowany i tak bardzo zachęcał syna do spłodzenia następcy (notabene Jan w wieku lat 60 - czyli w roku 1458 - krótko po swym wstąpieniu na tron Aragonii, oślepł w wyniku zaćmy. Panowanie jako król-ślepiec tak bardzo go deprymowało, że wynajdował najróżniejsze maści, sprowadzał lekarzy aby tylko odzyskać wzrok - nadaremnie. Wreszcie ktoś mu powiedział o pewnym żydowskim lekarzu, który stosuje niekonwencjonalną jak na owe czasy medycynę. Znając łacinę i zapoznając się z metodami leczenia Galena i innych greckich oraz rzymskich antycznych lekarzy, a także odbywszy podróż do Indii, gdzie poznał również tamtejsze metody leczenia, ów żydowski medyk został ściągnięty na dwór do Saragossy w roku 1466. Zaproponował królowi leczenie, polegające na wbijaniu w oko rozpalonych do czerwoności igieł. Dwór oczywiście zaprotestował, zresztą sam medyk nie był pewny czy to leczenie zadziała, ale król był gotów na wszystko, bez względu na konsekwencje. Podjęto się więc leczenia i co ciekawe zakończyło się ono pełnym sukcesem, król odzyskał wzrok po 8 latach ślepoty. Od tej pory uznał, że wystarczy determinacja aby osiągnąć sukces i tak też postępował w kwestii zdobycia tronu Kastylii).


FERDYNAND II ARAGOŃSKI



Ojciec królowej Katarzyny - Ferdynand był przystojnym mężczyzną, dobrym jeźdźcą (lubił też popisywać się swoimi umiejętnościami w turniejach rycerskich), znał się na sokolnictwie (sam tresował swoje sokoły), świetnie grał w piłkę, ale także w szachy, karty i w ogóle uwielbiał hazard. Jego zaś ojciec Jan II Aragoński był typem średniowiecznego rycerza, twardego faceta który nie pęka przed niczym. Uwielbiał przede wszystkim konie, wojaczkę i kobiety, natomiast w pogardzie miał wszystkich ludzi wykształconych i uczonych, a na książki reagował wręcz alergicznie. To też doprowadziło go do konfliktu z jego najstarszym synem - Karolem, który był typem renesansowego księcia, wykształconego, otaczającego się księgami i ludźmi "nowej epoki". Jan z tego powodu czynił synowi wiele wyrzutów a nawet niekiedy go upokarzał za to że jest "przemądrzały". Karol zmarł w 1461 r. w wieku 40 lat, a to spowodowało że następcą tronu Aragonii został jego młodszy brat, ojciec przyszłej królowej Anglii - Ferdynand Aragoński. Izabella zaś, przyszła królowa Kastylii (matka Katarzyny) głównie potrafiła prząść wełnę (tak jak nauczyły ją zakonnice) i szyć ubrania (to ona właśnie szyła wszystkie koszule swego męża). Obu jednak ciągle brakowało pieniędzy (chociaż wydaje się że był to wówczas najbardziej szczęśliwy okres w ich małżeńskim życiu). Izabela obawiała się Jana (ojca swego małżonka), wiedząc o krążących o nim plotkach, oraz przezwiskach (zwano go "Bez czci" - co sugerowało że z niczym i nikim się nie liczy i po trupach dąży do celu). Ale wiedziała też że on jest w pewnym stopniu jej sprzymierzeńcem w uzyskaniu tronu Kastylii i w wywarciu presji na jej brata Henryka IV (który w październiku 1470 r. odebrał jej owe dwa miasta które wcześniej posiadała na mocy następstwa tronu). Wszystko zmierzało do tego, że Henryk IV najprawdopodobniej wydziedziczy Izabellę na korzyść swej córki Joanny (którą zresztą sam nie uważał za swoją - co ciekawe). Sprawy się jeszcze bardziej skomplikowały gdy w lutym 1472 r. król Jan Aragoński wezwał listownie syna aby przybył do kraju i wspomógł go w wojnie z Francuzami. Ten tak właśnie uczynił i przez dwa kolejne lata nie było go przy Izabelli (a były to najgorsze lata, które musiała spędzić bez pieniędzy, bez opieki i w obawie przed niechęcią swego brata). Jednak to co najbardziej ją w tym momencie niepokoiło, to była niewierność jej małżonka, o którym wciąż dostawała informacje że notorycznie zmienia kochanki. Co prawda zwykłe chłopki które chędożył nie stanowiły problemu, ale jeśli wchodził w romans z jakąś szlachcianką, to wtedy już realnie powstawał problem, bo w końcu Izabela nie mogła przymykać oczu na jawną zdradę małżonka.



 
Zaraz po ślubie z Izabelą wziął sobie Ferdynand kochankę, katalońską szlachciankę z Cervery- Alonzę Roig de Iborra (późniejszą wicehrabinę Ebol), którą zabierał swoje wszystkie podróże, a także na wyprawy wojenne (właśnie do Aragonii). Kazał jej co prawda przebierać się w męskie stroje, ale i tak wszyscy wiedzieli że jest kobietą i kochanką następcy aragońskiego tronu. W ciągu trzech lat trwania tego romansu, spłodził z nią dwójkę dzieci - syna Alfonsa i córkę Joannę. Zimą 1472/1473 ten romans się zakończył i Alonza musiała ustąpić miejsca innej kochanicy - mieszczce z Perpignan Joanie Nicolau. Gdy Ferdynand przyjechał na krótko na początku roku 1473 do Izabelli, przywiózł ze sobą właśnie Joanę (to spowodowało wybuch złości Izabelli, a dworzanie słyszeli nie tylko jej płacz i krzyki, ale również to, że doszło tam do rękoczynów). Izabela żądała aby mąż natychmiast oddalił tę kobietę, na co on ostatecznie się zgodził i umieścił ją w miasteczku, a następnie co jakiś czas odwiedzał. Gdy w kwietniu 1473 r. szykował się do powrotu do Aragonii, ponownie zabrał ze sobą Joanę. W listopadzie 1473 r Henryk IV poważnie zachorował. Izabela wysłała list do swego małżonka prosząc go, by jak najszybciej wracał, bo nie jest pewna co się wydarzy, gdyż Henryk może lada dzień umrzeć lub zostać sparaliżowanym. Odpowiedź Henryka jest przykładem swoistej dwulicowości, gdyż w liście wysłanym do żony twierdzi, że nie może wrócić, bo zajmują go ciężkie walki z Francuzami w rejonie Perpignan, a poza tym sugerował, aby Henryk to nie Izabelli lecz właśnie jemu przekazał tron nad Kastylią (byłoby to spełnienie marzeń jego ojca Jana). Ostatecznie Ferdynand powrócił w grudniu 1473 r. ale to, co go w tym momencie zajmowało najbardziej, to zapewnienie dochodu swym nieślubnym dzieciom, szczególnie alfonsowi ze związku z Alonzą (obowiązkiem wykształcenia bękartów swego męża zajęła się Izabella, która twierdziła że co prawda są one owocem zdrady małżeńskiej, ale jednocześnie są potomkami "jej szlachetnego małżonka", dlatego też należy im się dobra edukacja).

W czasie gdy Ferdynand musiał wyjechać pierwszy raz do Aragonii (w lutym 1472 r.) przy boku Izabelli ponownie zjawił się niejaki Fernandez de Cordoba. Był to 30-letni, przystojny kawaler, który wcześniej należał do orszaku jej zmarłego brata Alfonsa, a po roku 1468 znalazł się w otoczeniu księżniczki Izabelli, dla jej ochrony i bezpieczeństwa. Co prawda gdy powiła ona swą pierwszą córkę (w październiku 1470 r.) opuścił jej orszak i przeniósł się do klasztoru Zakonu Calatrava w Kordonie, gdzie żył zgodnie z benedyktyńską regułą. Modlił się, pościł (tylko trzy razy w tygodniu jadł mięso), oraz ostrzył swój miecz, z którym nocą wychodził na miasto, aby chronić najuboższych i bezbronnych. Bardzo szybko stał się legendą okolice, rozprawiał się z wszelkimi rzezimieszkami i zbójcami (a jak pisał nasz wieszcz Adam Mickiewicz w "Powrocie taty": "Zbójców pełno na drogach" 😉). Ludzie przyjmowali go serdecznie, częstowali chlebem i dziękowali za jego ochronę, a on wracał ponownie do klasztoru gdzie oddawał się modlitwie i poście. Zjawił się on u boku Izabeli gdy jej mąż wyruszył do Aragonii, ale gdy wrócił w grudniu 1473 r Izabela odprawiła Fernanda (zapewne aby nie powstały plotki na temat ich relacji, chociaż nie ma żadnych dowodów na to, że były one inne niż sugerowane, ale Ferdynand dowiedział się o obecności Fernanda i kiedyś podczas kłótni zarzucił Izabelli że ona również miała swojego faworyta). Tymczasem mijały kolejne miesiące, a stan zdrowia króla Henryka IV coraz bardziej się pogarszał, natomiast pozycja Izabelli jako następczyni tronu rosła (tym bardziej że zdobyła ona możnego sojusznika w tej rozgrywce o władzę, był nim kardynał z Walencji - Rodrigo Borgia (późniejszy papież Aleksander VI) który również miał wielkie ambicje. Zdobycie takiego stronnika przeważyło szalę na korzyść Izabelli, tym bardziej że realnie nie miała ona poważnych konkurentów do korony, gdyż nie było żadnych innych mężczyzn, a z kobiet to właśnie ona była najpoważniejszą pretendentką. Tuż przed śmiercią Henryka IV (która nastąpiła nad ranem - 11 grudnia 1474 r.) według świadków obecnych przy łożu umierającego, miał on przekazać następstwo tronu swej 12-letniej córce Joannie i w tym celu sporządzony był testament królewski, który jednak szybko zniknął po jego śmierci. Następstwo tronu przekazane zostało na ręce 23-letniej Izabelli, a ciało Henryka IV szybko pochowano i rozpoczęło się nowe panowanie królowej Izabelli I oraz jej małżonka, króla Ferdynanda.


"POWRÓT TATY" W WYKONANIU MISTRZA JANUSZA REWIŃSKIEGO

"DZIECI, KTO TO NAPISAŁ ADAM...?"
"I EWA?!" 🤭
"JA SIĘ CHYBA POCHLASTAM" 😂



Królowa jeszcze rankiem 11 grudnia wzięła udział we mszy żałobnej za duszę swego przyrodniego brata w Segowii - gdzie przebywała, pogrzeb Henryka IV miał miejsce w miejscowości Santa Maria de Guadelupe (na południowy zachód od Madrytu, gdzie zmarł w wieku 49 lat). 13 grudnia zorganizowała uroczystą koronację, ale swego małżonka (który w tym właśnie czasie ponownie przebywał w Aragonii u boku swego ojca) poinformowała o wszystkim listownie (nakazując posłańcom aby zbytnio się nie spieszyli z dostarczeniem tej informacji - list od żony otrzymał dopiero 21 grudnia, dziesięć dni po śmierci Henryka i ponad tydzień od jej koronacji). Gdy Ferdynand powrócił do Kastylii, ich powitanie było niezwykle chłodne. Ferdynand był wściekły i to dosłownie, gdyż realnie liczył że to właśnie on zostanie królem Kastylii, a nie tylko królem małżonkiem. Natychmiast dosiadł konia i wraz ze swym orszakiem ruszył do Segowii (obecny w jego orszaku kronikarz tej podróży, niejaki Palencja starał się go uspokajać, mówiąc że Izabella jest "mimo wszystko kobietą" i gdy przemyśli swoje pochopne zachowanie i potrzebę ochrony ze strony mężczyzny, przekaże mu koronę Kastylii. Takiej myśli był również Ferdynand i jak zanotował Palencja, stwierdził wręcz, że może gotów jest zrozumieć jej zachowanie, gdyż jak sądzi doznała ona zaćmienia umysłu i nie rozumuje logicznie, ale gdy tylko się z nią spotka, wszystko się wróci do normy a korona spocznie na jego skroniach. Przybył pod Segowię 30 grudnia, ale nie wjechał od razu do miasta, tylko zatrzymał się na zamku Turegano, a następnie posłał swych ludzi do Izabelli, aby uzgodnić jego wjazd do miasta. Dokonał uroczystego wjazdu do miasta - 2 stycznia 1475 r. odziany w piękny strój ze złotogłowiem i jadąc na białym rumaku niczym król (brakowało mu tylko korony). Pierwszym afrontem był fakt, iż jego małżonka nie wyszła mu naprzeciw, tylko pozostała na zamku w Alkazarze. Drugim było pytanie ze strony wysłanych przez Izabellę dostojnych panów Królestwa, czy zgodzi się panować jako mąż królowej? To pytanie zaskoczyło Ferdynanda, ale otoczony szlachtą, duchownymi oraz tłumami mieszkańców Segowii nie mógł odpowiedzieć inaczej, niż tylko przytakując. Teraz z posępną miną udał się do Alkazaru.




Wstąpienie na tron kobiety było w Kastylii uważane za nie tylko dziwne, ale wręcz nienormalne. Owszem dawniej w tym kraju panowały królowe, ale było to tak dawno temu, że zapomniano już o tym, a ich imiona pozostały jedynie zapisami w kronikach (ostatnia królowa która panowała dłużej niż kilka miesięcy, to była królowa Urakka, która władała w latach 1109-1126. Czyli mniej więcej w tym czasie, w którym toczy się opowieść z filmu "Goście, goście"). Poza tym dominacja mężczyzn była tak naturalna, jak powietrze którym się oddychało, dlatego też wstąpienie na tron kobiety (nawet jeśli wcześniej była ona pretendentką do korony) uznano za coś niewyobrażalnego i nienormalnego. Nawet ludzie z najbliższego otoczenia królowej nie byli w stanie tego do końca zaakceptować, że to teraz kobieta - płeć słabsza, bierna i uległa miałaby im wydawać polecenia. W każdym razie Izabella powitała swego małżonka u wejściu do zamku, ale on jedynie zdjął czapkę na jej powitanie i przeszli do komnaty w której mogli porozmawiać cztery oczy. Ferdynand nie zaakceptował jej wstąpienia na tron, uważał że to on - jako mężczyzna - ma pierwszeństwo do tronu Kastylii, a Izabella będzie jego małżonką, natomiast w tym rozdaniu to ona miała zostać królową, a on jej małżonkiem. Miał stwierdzić otwarcie że to uwłacza jego męskości i zapowiedział że jeżeli Izabella nie odwróci tej sytuacji, to on wraca do Aragonii. Izabella zaczęła go prosić aby nie odjeżdżał i nie zostawiał jej samej, jednocześnie twierdziła, że musiała szybko zadziałać po śmierci Henryka i nie mogła czekać na przyjazd swego małżonka. Deklarowała też że nie pragnęła go upokorzyć, ani uwłaczać jego pozycji i władzy, jednocześnie deklarowała że motto jakie przyjęli w dniu ślubu, czyli "Wszystko takie samo" nadal jest aktualne, a oni wciąż mogą panować razem, jednak ona nie zrezygnuje z korony swego ojca. Ferdynand miał wówczas zapytać się, kim on teraz ma być? I odpowiadał: Współrzącą Kastylii, mężem i tym, który ma zapewnić Kastylii dziedzica, a na to on się nie godzi, bo na to nie pozwala mu jego honor. Urakka Kastylijska pokazała już niegdyś że kobieta nie potrzebuje męża, a skutecznie władać krajem, ale Izabella nie mogła sobie pozwolić na to, żeby stracić Ferdynanda. Nie mogła pozwolić na jego wyjazd do Aragonii.




Nie mogła tego uczynić, ponieważ bez względu na to czy to był król, czy królowa - potrzebowała dziedzica, męskiego dziedzica, syna. Córka nie wchodziła w grę i Izabella doskonale o tym wiedziała. Aby więc załagodzić gniew męża i uspokoić jego wzburzone nerwy, stwierdziła że można przeprowadzić dogłębne sprawdzenie, czy prawo pozwala na przekazanie władzy przez urzędującą władczynię jej małżonkowi. To rzeczywiście nieco uspokoiło Ferdynanda, który na jakiś czas zrezygnował ze swego zamiaru opuszczenia Kastylii. Izabella jednak zdawała sobie sprawę że to jest tylko granie na czas, musi więc znaleźć sposób aby skutecznie zatrzymać przy sobie małżonka. A przede wszystkim, musi urodzić następcę tronu.


PAPIEŻ ALEKSANDER VI (HISZPAN) 
I JEGO RODZINA



CDN.

WIELKA WOJNA NA WSCHODZIE - Cz. VIII

OSTATNIA WOJNA 
HELLEŃSKIEGO ŚWIATA 





EGIPT PTOLEMEUSZY
(RETROSPEKCJA)
Cz. VIII




 Po zajęciu Teb przez spartański kontyngent dowodzony przez Fojbidasa i zmierzający w kierunku Chalkidiki na wojnę z Olintem (381 r. p.n.e.), zainstalowaniu lacedemońskiej załogi w tebańskiej twierdzy Kadmea (łącznie stacjonowało tam 1500 hoplitów z czego tych ze Sparty było niewielu, mniej niż 100, a większość to żołnierze miast sprzymierzonych Związku Peloponeskiego, choć oczywiście całym garnizonem dowodzili Lacedemończycy), skazaniu na śmierć tebańskiego przywódcy demokratów - Ismeniasa, oraz ucieczce ok. 300 tebańskich demokratów, wydawało się że kontrola nad Tebami jest już całkowita. Nowy tebański rząd oligarchiczny (na którego czele stał Lontiades), wypełniał wszystkie żądania Spartan, sprawa kontroli Lacedemonu nad Beocją wydawała się więc ostatecznie rozwiązana. Tebańscy demokraci (po zamordowaniu Ismeniasa - o czym pisałem w poprzedniej części) i swej ucieczce do Aten, realnie byli politycznie rozbici, a drugi sławny przywódca demokratów Androklejdas, pozostawał przywódcą jedynie z nazwy. Był on już bowiem sędziwy i nie on miał odegrać główną rolę w tebańskim odrodzeniu. W Atenach zgromadziła się bowiem grupa dosyć młodych (czterdziestokilkulatków) tebańskich demokratów, która zebrała się w otoczeniu Pelopidasa. Był on wcześniej niezwykle bogatym, przystojnym mężczyzną (o czym również pisze Plutarch), który głównie zajmował się życiem playboya i głównie zajmowała go kariera sportowa. Posiadając ogromny majątek, nie musiał martwić się o byt, a ponieważ skupiał się głównie na sporcie (biegi, rzut oszczepem i zapasy) nie przejmował się zbytnio o dzień jutrzejszy. Polityka nie interesowała go zupełnie, natomiast pragnąc zdobyć popularność i uznanie, łatwą ręką rozdawał swoje pieniądze przyjaciołom i wszystkim tym, którzy tylko zdołali go przekonać, że tych pieniędzy potrzebują bardziej niż on. Nie interesowało go nic poza ćwiczeniami i szkoleniem się do ewentualnej wojny, którą on postrzegał jako "wielką męską przygodę" na której zdobędzie laury chwały, uznanie współobywateli, oraz... jeszcze więcej kobiet niż dotąd mógł mieć. Gdy więc władzę w Tebach dzierżył jeszcze w swym ręku Leontiades, Teby postanowiły udzielić wsparcia Lacedemonowi w kampanii mantinejskiej (o której również pisałem w poprzednich częściach) w 385 r. p.n.e. Pelopidas wziął więc udział w tej wojnie, licząc na wspaniałe zwycięstwo i liczne osobiste triumfy. Jednak oblężenie Mantinei ciągnęło się kilka miesięcy, a w trakcie jednego ze starć Pelopidas został poważnie ranny i gdyby nie pomoc innego Tebańczyka o imieniu Epaminondas, zostałby tam wśród poległych.




Człowiek który go ocalił od niechybnej śmierci, był od niego kilka lat młodszy. Urodzony w 418 r. p.n.e. Epaminondas, był zarówno charakterologicznie jak i fizycznie podobny do Pelopidasa. Plutarch pisze bowiem o nim tak: "Był to młodzieniec o niezwykłej urodzie i postawie, w samym rozkwicie najpiękniejszego okresu życia, kiedy chłopiec dopiero dojrzewa do wieku męskiego". Epaminondas co prawda nie był tak majętny jak Pelopidas, ale podobnie jak on, wywodził się z możnego rodu, tylko że zubożałego. Jego edukacją zajmował się niejaki Lizys z Tarentu (zbiegły do Teb pitagorejczyk, uczeń Filolaosa - o którym Nikomach pisze iż był następcą Pitagorasa i odnowicielem jego szkoły w Krotonie w południowej Italii. Wydaje mi się jednak że Nikomach się myli, gdyż Filolaos urodził się w drugiej połowie lat 70-tych V wieku p.n.e. Uciekł zaś z Krotonu po rozpoczęciu drugiego prześladowania pitagoryjczyków w tym mieście w roku 454 p.n.e., czyli jako nowy nauczyciel szkoły pitagorejskiej pełnił tę funkcję bardzo krótko, sam mając zaledwie jakieś 20 lat w chwili ucieczki z miasta. Wydaje się bowiem bardzo mało prawdopodobne, aby pitagorajczycy odrodzili się dopiero w latach 50-tych V wieku p.n.e. skoro ich pierwsze wypędzenie z Krotonu miało miejsce ok. 498 r. p.n.e. a ogromna większość z nich pomarła z głodu w świątyni Muz w Metapontum nad Zatoką Tarencką w Italii - gdyż miasto odmówiło wydania im żywności. Gdy do Krotonu powrócił z Delos sam Pitagoras - który przebywał tam, aby pożegnać w ostatniej ziemskiej wędrówce swego mentora i przyjaciela Ferycydesa - dowiedziawszy się o wypędzeniu z miasta swych uczniów i ich śmierci w Metapontum, z rozpaczy popełnił samobójstwo - ok. 497 r. p.n.e. {o samym Pitagorasie i pitagorejskiej szkole założonej przez niego w Krotonie ok. 520 r. p.n.e., jeszcze napiszę w innym temacie, ponieważ jest on fascynujący, a poza tym wart jest tego chociażby ze względu na twierdzenie Pitagorasa, używane w matematyce}. Tak więc wydaje się bardzo mało prawdopodobne żeby Filolaos zajął miejsce Pitagorasa jakieś 40 kilka lat po jego śmierci i dopiero on był odnowicielem szkoły pitagorejskiej. W każdym razie mentor Epaminondasa - Lizys z Tarentu {któremu przypisuje się nawet ułożenie pitagorejskich Złotych Wierszy. Notabene jego nauczyciel Filolaos ponoć był prekursorem teorii heliocentrycznej, którą ostatecznie utrwalił polski astronom, ekonom i lekarz Mikołaj Kopernik w swym dziele z 1543 r. pt.: "O obrotach sfer niebieskich").




Epaminondas więc również uczestniczył w lacedemońskiej kampanii przeciw Mantinei, ale nie zmieniło to jego podejścia do polityki, którą zupełnie się nie interesował. Natomiast Pelopidas, po tym jak otrzymał okrutną ranę, która o mało co nie przeniosła go w Zaświaty, zmienił swoje podejście do polityki i coraz bardziej zaczął się zajmować tym tematem. Zaangażował się politycznie po stronie tebańskich demokratów i próbował również namówić do tego samego Epaminondasa (od chwili gdy tamten uratował mu życie, stali się wręcz nierozłącznymi przyjaciółmi), ale ten kategorycznie odmawiał, pragnąc żyć własnym życiem. Gdy więc Fojbidas zajął Teby, tamtejsi demokraci (w tym również Pelopidas) musieli uciekać z miasta. Z miasta początkowo nie uciekł Epaminondas, gdyż nie widział ku temu powodu, ale gdy w sposób jawnie bezczelny, w sfałszowanym procesie Spartanie skazali na śmierć Ismeniasa, uznał ostatecznie że "pałka się przegła" - jak to mówi klasyk 😉. Uciekł więc z miasta i dołączył do zebranych w Atenach demokratów. Tam właśnie w gronie najbliższych przyjaciół (Pelopidas, Epaminondas, Melon, Gorgidas) planowano odzyskanie miasta i wypędzenie stamtąd najezdniczej armii lacedemońsko-peloponeskiej. Przywódcą tej grupy stał się Melon, gdyż nawiązał on kontakt z niejakim Fillidasem - pisarzem trzech tebańskich polemarchów (dowódców wojskowych, pełniących również pewne funkcje administracyjne), ustanowionych przez nowy, oligarchiczny reżim Leontiadesa. Fillidias miał bowiem za zadanie zorganizowanie uroczystości kończącej roczne urzędowanie owych polemarchów, na której to oczywiście było mnóstwo wina i nie miało również zabraknąć kobiet (głównie heter, ale zapewne również zwykłych prostytutek). Były ostatnie dni grudnia 379 r. p.n.e. gdy grupa demokratycznych spiskowców Melona, przybywszy do Beocji, dołączyła do wracających do Teb robotników rolnych i wraz z nimi weszła do miasta. Byli oni przybrani w płaszcze i kaptury, pod którymi kryli sztylety oraz miecze. Tymczasem polemarchowie urządzili imprezę pożegnawczą, połączoną z sympozjum (sympozjon - to było greckie określenie rzymskiej orgii), na którym oczywiście nie mogło zabraknąć kobiet. Wcześniej jednak towarzystwo mocno sobie popiło, tak mocno że duża część z nich nie doczekała wprowadzenia na salę heter. Wśród tych kobiet zaś ukryci byli spiskowcy Melona, przebrani w kobiece szaty i z zakrytą twarzą. Gdy tylko weszli na salę, zaraz dobyli mieczy i sztyletów, po czym wymordowali polemarchów i wszystkich zebranych na sali. Następnie ruszyli na miasto, wdzierając się do domów śpiących oligarchów i ich mordując (tak m.in. zginął Leontiades, w swym łożu). Rankiem wszyscy zwolennicy demokratów byli już pod bronią i miasto w zasadzie było w ich rękach, prócz twierdzy Kadmea, obsadzonej przez  lacedemońsko-peloponeską załogę. 




Spiskowcy podzielili się na dwie części (gdyż obawiano się że spisek może się nie udać), dlatego też bezpośrednio uczestniczyli w nim: Melon, Pelopidas i kilku innych towarzyszy, natomiast grupa pod dowództwem Epaminondasa i Gorgidasa pozostała w Atenach, mając za zadanie przekonanie Ateńczyków do udzielenia pomocy tebańskim demokratom. Tymczasem spartański dowódca Kadmei - Herippidas już w nocy (słysząc niepokoje i dochodzące z miasta Krzyki), posłał gońca do Sparty z żądaniem przysłania natychmiastowej pomocy, gdyż spodziewał się że dojdzie do przewrotu i próby ataku na obsadzoną przez niego twierdzę. Nie pomylił się, rankiem, gdy wymordowano już wszystkich oligarchów, Melon i Pelopidas zmobilizowali swych zwolenników, a następnie cały lud tebański, nawołując go do wyzwoleńczej wojny przeciwko lacedemońskiej okupacji. Uzbrojeni Tebańczycy ruszyli na Kadmeę. Była to jednak potężna twierdza, a do tego obsadzona przez dobrych wojowników - szczególnie Lacedemończyków - którzy nie zamierzali się poddać. Kolejne więc szturmy były przez nich skutecznie odpierane, natomiast liczba zabitych i rannych po stronie tebańskiej rosła. Jednak mieszkańcy nie tracili ochoty do ostatecznego pozbycia się z miasta tych okupantów i kontynuowali swe ataki. Sytuacja zamkniętych w Kadmei obrońców stawała się nieciekawa, gdyż kończyła się żywność i woda, a spodziewana odsiecz ze Sparty nie nadchodziła. Zebrano więc zgromadzenie dowódców, i aby zaradzić co czynić dalej. Spartański wódz jak i inni Lacedemończycy opowiadali się za dalszą walką aż do zwycięstwa, lub do śmierci, gotowi polec tu na placu boju, niż w hańbie wracać do Sparty. Ale oni byli w mniejszości, natomiast reszta spartańskich sojuszników opowiedziała się za opuszczeniem twierdzy (tym bardziej że taką właśnie propozycję złożyli im Melon i Pelopidas, godząc się aby opuścili oni twierdzę z bronią w ręku). Spartanie nie mogli walczyć bez sojuszników, dlatego też dołączyli się ostatecznie do grona tych, którzy zamierzali opuścić Kadmę. Tak też się stało Spartanie i ich sojusznicy opuścili twierdzę z bronią w ręku i w hańbie ruszyli do Lacedemonu. Tymczasem z Lacedemonu wysłano pomoc, która po kilku (być może nawet kilkunastu tygodniach) oblężenia Kadmei znalazła się pod miastem, w którym już jednak nie było spartańskiej załogi (minęli się po drodze). Lacedemoński dowódca kontyngentu idącego z odsieczą - Kleombrotos, przybył pod Teby, ale nie podjął się ataku na miasto, a poza tym wiedział już że załogi Kadmei nie ma w środku, gdyż minęli się pod Megarą. Lacedemończycy więc zawrócili. A tymczasem Herippidas i reszta jego armii przybyli do ojczyzny. Natychmiast zostali oskarżeni o tchórzostwo i wytoczono im proces, na którym na karę śmierci skazano Herippidasa i innego wodza Arkesosa, natomiast trzeciego z nich niejakiego Lysanoridasa (który do końca opowiadał się za dalszą walką, ale ostatecznie opuścił twierdzę wraz z resztą załogi) obłożono tak wysoką grzywną, że aby ją spłacić musiał Lysanoridas oddać cały swój majątek, swój dom, pole i zabudowania, a i tak nie starczyło na pokrycie całej kwoty. Postanowiono więc że albo resztę kwoty odpracuje jako państwowy niewolnik, albo też pozostanie w lochu aż do śmierci. Trudno się na coś zdecydować - prawda? (upokorzenie albo więzienie do końca życia) i również Lysanoridas miał z tym problem. Pod osłoną nocy uciekł więc ze Sparty i dalszy słuch po nim zaginął.





Jeszcze w trakcie walk o Kadmeę, do Aten wysłano poselstwo z Teb, jak również działali tam (przebywający w mieście Dziewiczej Pallady) Epaminondas i Gorgidas. Oni wszyscy przekonywali Ateńczyków o potrzebie udzielenia im pomocy, argumentując to tym, że gdy sami Ateńczycy potrzebowali wsparcia w walce z narzuconym im reżimem Trzydziestu Tyranów Kritiasza (o którym też już pisałem w poprzednich częściach) to właśnie w Tebach znaleźli schronienie, a następnie to tam zrodziła się demokratyczna ateńska konspiracja, która pod przywództwem Trazybula pokonała oligarchów, odzyskała Ateny i odrodziła tamtejszą demokrację (403 r. p.n.e., choć ostatecznie utrwalono władzę demokratyczną w roku 401 p.n.e. gdy wymordowano oligarchów z Eleuzis). 25 lat temu Ateńczycy odzyskali więc swoje miasto i swój ustrój, teraz tego samego pragną Tebańczycy i apelują do Ateńczyków jak do braci: "Pomóżcie nam!" W tym czasie archontem w Atenach był niejaki Nausinikos (378/377 r p.n.e.), który zwołał Zgromadzenie Ludowe, chcąc podjąć pod głosowanie prośbę Tebańczyków. Przemowa tebańskich posłów zrobiła na Atańczykach ogromne wrażenie, tak duże, że praktycznie wszyscy obywatele głosowali za udzieleniem natychmiastowej pomocy zagrożonej przez Lacedemończyków tebańskiej demokracji. Wodzem wyprawy mianowano niejakiego Demofona, który zebrał 5000 hoplitów i 500 jeźdźców, a następnego dnia ten oddział kontyngent opuścił Ateny i ruszył na północ, a wraz z nimi szli Epaminondas, Gorgidas i reszta pozostałych w tym mieście Tebańczyków. Jeszcze toczyły się walki o kadmeę, gdy Ateńczycy przybyli do Teb (oprócz nich przybyły kontyngenty również z innych miast Beocji tak, iż łącznie jako wsparcie dla walczących demokratów tebańskich, dołączyło 12 000 żołnierzy). Nie wiadomo jednak jaki udział w tych walkach przypadł Ateńczykom, wiadomo tylko że zaraz po wyjściu Lacedemończyków z Kadmei - natychmiast wrócili do Aten. Natomiast w Tebach, przywrócono demokrację. Postanowiono też ostatecznie zlikwidować wszelkie spartańskie "gniazda" w Beocji, a takowym był chociażby oddział lacedemoński znajdujący się w Tespiach. Było to dość duże beockie miasto, leżące na zachód od Teb, którego szlaki wiodły z północy na południe. Znajdujący się tam spartański oddział pod wodzą Sfodriasa należało koniecznie usunąć, dla bezpieczeństwa odrodzonych, demokratycznych Teb. Wyruszono więc na Tespie (378 r. p.n.e.), ale walki pod tym miastem zakończyły się dla Tebańczyków porażką, gdyż Sfodrias i reszta Lacedemończyków (pomna losu Herippidasa) wolała zginąć, niż się poddać i walczyła tak zaciekle, że Tebańczycy musieli zarządzić odwrót, ponosząc duże straty.


 LACEDEMOŃCZYCY W ATTYCE





Nim jeszcze doszło do tebańskiego ataku na Tespie, gdy Klembrotos ze swą armią maszerował na Teby, przeszedł on nieopodal obsadzonej przez Chabriasa ateńskiej twierdzy Eleutheraj. Oczywiście nie zaatakował jej, ale urządził swoistą demonstrację siły, która poskutkowała. Ateńczycy po powrocie swego kontyngentu z Teb natychmiast skazali na śmierć dwóch wodzów tej wyprawy, w tym Demofona (chociaż wcześniej Ateńczycy gremialnie głosowali za udzieleniem Tebańczykom pomocy), po to tylko, aby nie dawać Lacedemończykom pretekstu do nowej wojny i do najazdu na Attykę. Natomiast jeszcze przed atakiem na Tespie, w Attyce, na równinie thriasyjskiej między Atenami a Eleuzis pojawił się spartański kontyngent pod wodzą właśnie Sfodriasa. Zamierzał on niespodziewanym atakiem zająć Pireus i tym samym wymusić na Atenach neutralność. Nie wiadomo co skłoniło go do takiego kroku, czy Kleombrotos (który wcześniej pozostawił go w Tespiach), czy może własna ambicja, która pchała go w ślady Fojbidasa. Może marzyło mu się zdobycie Pireusu, tak jak tamten zajął Kadmeę i pomimo oburzenia, nie został za to ukarany, a wręcz był uważany w rodzinnej Sparcie za bohatera. Atak się nie udał, a obecni w tym czasie w Atenach spartańscy posłowie deklarowali, że Lacedemon nie ma z tym nic wspólnego i akcja Sfodriasa jest jego samowolą, za którą zapłaci życiem. Rzeczywiście w Sparcie wytoczono mu proces za niesubordynację, ale zakończył się on jego uniewinnieniem, przy ewidentnej pomocy króla Agesilaosa II, który jak zwykle deklarował, że co prawda Sfodrias działał pochopnie i na własną rękę, aczkolwiek jego działanie było korzystne dla Lacedemonu (ponoć ogromną rolę w uniewinnieniu Sfodriasa z zarzutu zdrady, odegrał syn króla Agesilaosa - Archidamos, który zakochał się w młodym i ponoć bardzo pięknym synu Sfodriasa - Kleonymosie, którego prosił aby wstawił się za jego ojcem, co ostatecznie się stało. Choć brytyjski historyk - Cartledge sugeruję wręcz, że związek Archidamosa i Kleonymosa był z góry ukartowany przez samego Agesilaosa, który chciał mieć przez to wpływ na Sfodriasa, należącego do stronnictwa króla Kleombrotosa, przeciwnego Agesilaosowi. Przez uniewinnienie Sfodriasa i związek swego syna z jego synem, zyskiwał w nim automatycznie wdzięcznego do końca życia sojusznika; ale darujmy już sobie te homoerotyczne powiązania 😛). Po tym wyroku Ateńczycy całkowicie stracili złudzenia co do kierunku polityki Sparty i otwarcie już postanowiono zawrzeć sojusz z Tebami, oraz wysłać tam 5000 hoplitów oraz 200 jeźdźców pod wodzą Chabriasa.




Tymczasem Agesilaos postanowił jawnie zadziałać przeciwko tebańskiej rebelii. Zwołał więc Radę Związku Peloponeskiego i ogłosił wyprawę karną przeciwko Tebom -  łącznie zebrał 18 000 hoplitów i 1500 jazdy, na czele których wyruszył do Beocji (jesień 378 r. p.n.e.). Tebańczycy i Ateńczycy dobrze przygotowali się jednak do walki. Pobudowano wokół Teb na okolicznych wzgórzach liczne twierdze, których Spartanie nie byli w stanie zdobyć, a poza tym oddziały pod dowództwem Chabriasa cechowały się niezwykłą karnością, która zaskoczyła Lacedemończyków (sam Agesilaos wyrażał się zarówno o Ateńczykach jak i ich trackim kontyngencie najemnym, oraz o ateńskim wodzu Chabriasie w samych superlatywach, deklarując, że ten swoisty "kondotier", jest niezwykle mężnym żołnierzem i dobrym wodzem. Zresztą Chabrias swoją renomę udowodnił w czasie obrony Egiptu przed Persami w latach 385-383 p.n.e. - o czym już pisałem). Nie tylko jednak Ateńczycy wykazywali się niezwykłym męstwem, również Tebańczycy stworzyli specjalny oddział, zwany Świętym Hufcem, który był rekrutowany spośród najdzielniejszych i najwierniejszych tebańskich obywateli, niezwykle skuteczny w boju, co wielokrotnie udowodni w kolejnych latach (niektórzy historycy twierdzą, że owa skuteczność Świętego Hufca i jego bitność brała się stąd, że ci żołnierze... byli po prostu kochankami, dlatego też walczyli dzielnie z wrogiem nie tylko o własne życie, ale również o życie swojego partnera. Stopień homoseksualizacji jaki występował w antycznej Grecji jest doprawdy rzadko spotykany gdziekolwiek indziej, a Grecy miłość homoseksualną {z tym że przede wszystkim była to miłość pomiędzy dorosłym mężczyzną a nastoletnim chłopcem, gdyż stosunki pomiędzy dwoma mężczyznami również nie były akceptowane, przynajmniej nie tak gremialnie} wynosili wyżej nad miłość pomiędzy mężczyzną a kobietą, które to istoty uważali oni za nie tylko pozbawione cech obywatelskich {w tym zdolności do logicznego myślenia}, ale wręcz ludzkich - o czym też już pisałem wcześniej). Tebański Święty Hufiec złożony z 300 elitarnych hoplitów, stacjonował odtąd w Kadmei i był gwarantem utrzymania demokratycznego ustroju w Tebach.




Ateńczycy gdy już jawnie wsparli teby w wojnie z lacedemonem, wyznaczyli trzech strategów w tej wojnie, wspomnianego wyżej Chabriasa wysłanego z kontyngentem 5200 żołnierzy do Teb, Timoteosa (przyjaciela Izokratesa - wspomnianego przeze mnie we wcześniejszych częściach mówcy który dążył do wielkiej wyprawy Greków przeciwko Persji - i podobnie jak ten wielkiego wroga Persów. Poza tym Isokrates był równie dobrym wodzem i w niczym nie ustępował Chabriasowi), oraz Kallistratosa - najstarszego z nich wszystkich (był "politykiem" - chociaż słowo to w odniesieniu do Greków, a szczególnie Ateńczyków ma zupełnie inne konotacje niż dzisiaj, nie chce mi się teraz tego tłumaczyć, więc poprzestańmy jedynie na tym stwierdzeniu - i strategiem jeszcze w czasach Wojny Peloponeskiej w V wieku p.n.e.). Kallistratos był politycznym sojusznikiem Ifikratesa (tego, który w 373 r. p.n.e. prowadząc grecki kontyngent na służbie perskiej, najechał na Egipt - o czym już pisałem) i opowiadał się za polityką properską, o ile będzie ona oczywiście zgodna z polityką Aten. W ten sposób automatycznie stawał się politycznym przeciwnikiem Izokratesa i Timoteosa. To właśnie Kallistratos był też głównym twórcą odnowionego w 378 r. p.n.e. Związku Morskiego (o czym pisałem zdaje się dwa tematy temu). Stworzona (mu.in.) z jego udziałem nowa umowa powołująca do życia Związek Morski, aby przekonać niechętnych Ateńczykom Hellenów z miast i wysp Morza Egejskiego, głosiła nie tylko równość wszystkich członków Związku (tym samym kajali się Ateńczycy za błędy przeszłości), ale również zaznaczono, że żaden Ateńczyk nie powinien (co ciekawe, nie było tam określenia "nie może", tylko "nie powinien") uprawiać ziemi poza Attyką (tym samym kończono z polityką peryklesowych i późniejszych kleruchii), ale również przyznano odszkodowania tym wszystkim, których Ateńczycy w przeszłości skrzywdzili, wysiedlając ich z ich ziemi i osiedlając tam własnych kolonistów. Tymi aktami dobrodziejstwa Ateńczycy przekonali do siebie licznych Hellenów z ziem Morza Egejskiego, którzy wyłamali się spod coraz bardziej uprzykrzającej im życie dominacji spartańskiej. Tak narodził się II Związek Morski, a Kallistratos w pewien sposób stał się nowym Arystydesem Sprawiedliwym - twórcą I Związku Morskiego w Byzantion w 478/477 r. p.n.e. Natomiast hegemonia Sparty (narzucona Hellenom przez Lizandra w roku 404 p.n.e.), właśnie zaczęła się sypać w gruzy.




Król Agesilaos nie był w stanie sforsować dobrze umocnionych wzgórz wokół Teb, bronionych przez Tebańczyków i Ateńczyków, a ponieważ w szeregach jego własnych sprzymierzeńców zaczęły się niesnaski, postanowił zawrócić. Pojawił się w Beocji ponownie z tą samą armią wiosną 377 r. p.n.e. ale skutek tych walk był podobny, jak kilka miesięcy wcześniej, czyli żaden. Jeszcze przed jego przybyciem, na początku tego roku Tebańczycy zebrali w swym mieście przedstawicieli innych miast beockich i odnowili rozwiązany pokojem Antalkidasa w 386 r. p.n.e. Związek Beocki. Nowy Związek zbudowano na nieco innej zasadzie niż funkcjonował on przedtem, jego sercem bowiem stało się Zgromadzenie Ludowe zwoływane w Tebach, na które oczywiście przybywali przedstawiciele innych polis związkowych. Miasta miały być równe wobec siebie, z tym że beotarchów (dowódców związkowej armii) zawsze wybierano spośród Tebańczyków (czyli owa równość była tylko fikcją, zresztą jak i w II Związku Morskim - co wyjaśniłem we wcześniejszym częściach). Pierwszym beotarchą odrodzonego Związku Beockiego wybrany został Pelopidas (był on zresztą wybierany corocznie również i w kolejnych latach). Tymczasem walki w Beocji trwały dalej, chociaż zarówno Tebańczycy jak i Ateńczycy unikali stoczenia walnej bitwy, obawiając się spartańskiej wytrwałości i sztuki wojennej z której słynęli. Natomiast walki o umocnione pozycje szły Spartanom znacznie gorzej, można nawet powiedzieć że byli oni niezdolni do ich zdobywania. W czasie jednej z takich starć zginął Sfodrias - dowódca spartańskiej załogi w Tespiach (377 r. p.n.e.). Ponieważ przedłużająca się wojna i brak jakichkolwiek sukcesów powodował nie tylko zniechęcenie, ale wręcz rozgoryczenie i gniew wśród sojuszników Lacedemonu (którzy na walnym zgromadzeniu członków Związku Peloponeskiego w końcu roku 377 p.n.e. jawnie zaprotestowali przeciwko nowej wyprawie Agesilaosa, deklarując że to właśnie oni ponoszą największy koszt militarny i finansowy tych kampanii, tracąc swych obywateli w walkach, które nie przynoszą żadnego efektu i nie chcą tego dalej kontynuować. Zarzucano królowi Sparty również osobistą niechęć, a wręcz nienawiść do Tebańczyków za jego upokorzenie w Aulidzie w 396 r. p.n.e. (o czym pisałem wcześniej, wspomnę tylko że Tebańczycy udaremnili mu wówczas złożenie ofiary bogom przed jego wyprawą do Persji, którą chciał powtórzyć za przykładem mitycznego Agamemnona, który wyprawiał się na wojnę trojańską). Od tej pory minęło już 20 lat, a ta nienawiść nie tylko nie ustąpiła, a jeszcze się pogłębiła. Agesilaos - na owym zgromadzeniu członków Związku Peloponeskiego - wysłuchał wszystkich oskarżeń, po czym poprosił wszystkich aby podzielili się na dwie grupy. Po jednej stronie mieli usiąść sprzymierzeńcy Sparty, po drugiej Lacedemończycy. Następnie kazał wstać wszystkim garncarzom, kowalom, murarzom i innym rzemieślnikom. Gdy już wszyscy spośród sprzymierzeńców stali, Lacedończycy wciąż siedzieli {prawo bowiem zabraniało spartiatom wykonywania innych czynności prócz szkolenia się w sztuce wojennej} i wówczas ten stary lis Agesilaos rzekł do zebranych: "Widzicie mężowie, o ile więcej od was żołnierzy wysyłamy!"). Kolejna wyprawa na Beocję ruszyła wiosną następnego (376 p.n.e.) roku.




CDN.
 

03 października 2025

DOMINATORKI - Cz. V

CZYLI RZECZ O ZNANYCH
I NIEZNANYCH KOBIETACH W HISTORII,
KTÓRE POTRAFIŁY 
RÓŻNYMI SPOSOBAMI OWINĄĆ SOBIE
MĘŻCZYZN WOKÓŁ PALCA





DOMINATORKI STAROŻYTNEGO EGIPTU
Cz. V



"DYNASTIA KRÓLOWYCH"
Cz. V




V
HATSZEPSUT
"KOBIETA-FARAON"
Cz. II


Hatszepsut jako regentka panująca w imieniu swego (ok.) sześcioletniego bratanka - Mencheperre Totmesa III (należy jednak pamiętać że Egipcjanie nie używali liczb określających każdego kolejnego monarchę o danym imieniu, tylko dodawali mu do imienia prenomen - czyli imię tronowe. Po raz pierwszy to właśnie Grecy zaczęli stosować rozróżnienie monarchów egipskich, przypisując im do imion cyfry, ale na większą skalę zostało to wprowadzone dopiero przez nowożytną egiptologię), miała znacznie większe ambicje, niż być żoną, macochą a nawet regentką słabych władców lub dzieci. W chwili objęcia władzy regencyjnej (ok. 1479 r. p.n.e.) miała już prawie trzydzieści lat i zapewne czuła się równie powołana do objęcia władzy, jak jej bracia - którym nie dane było dożyć zdobycia tronu lub też długo panować. Ktoś już kiedyś powiedział, że siła dobrego władcy nie polega wcale na tym, że dokona on wielkich czynów i szybko umrze - jak na przykład Aleksander Wielki - gdyż owoce jego zmagań mogą szybko się rozpaść i pójść w zapomnienie. Siła dobrego władcy tkwi w jego długowieczności i umiejętności zapewnienia państwu następcy. Oczywiście ta długowieczność też nie powinna trwać "zbyt długo", jak to choćby miało miejsce z faraonem Ramzesem II Wielkim, który panował przez ponad 65 lat (od ok. 1279 r. p.n.e. - do ok. 1213 r. p.n.e.), żył prawdopodobnie lat prawie dziewięćdziesiąt i spłodził ok. 100 synów i 50 córek. Taki władca na dobrą sprawę też nie przysłużył się krajowi, gdyż jego liczne potomstwo stało się takim samym problemem dla państwa, jakim byłby jego zupełny brak. W każdym razie Hatszepsut doszła do przekonania, że oto właśnie wybiła jej godzina i sam Amon-Re zsyła jej tron Egiptu, jako swej córce (w co zapewne wierzyła) i wybrance. Ale jak to mówią: bogowie wspierają tych, którzy sami potrafią zadbać o własne interesy i pomna tej zasady wzięła sprawy w swoje ręce. Cała administracja dworska (a przynajmniej ludzie na najwyższych stanowiskach) była mianowana z polecenia albo jej samej, albo jej matki - Ahmes. Szczególne wsparcie miała zaś w arcykapłanie Świątyni Amona-Re w Karnaku - Hapusenebie.

Ok. 18 miesięcy po objęciu regencji, Hatszepsut dokonała zamachu stanu, który wyniósł ją do pełni władzy królewskiej. Plan zamachu został z pewnością wcześniej uzgodniony z samym arcykapłanem (i zapewne nie tylko z nim), który właśnie doprowadził do jego realizacji. Otóż, podczas ceremonii religijnej w Świątyni Amona-Re w Karnaku (w Tebach królewskich), oczekiwała ona wyniesienia posążku boga podczas święta objawienia w Pałacu Królewskim po zachodniej stronie Nilu. Sama uroczystość odbywała się zaś po stronie wschodniej w Karnaku, a było to święto, podczas którego bóg ukazywał się oczom wiernych i przyjmował ich prośby oraz modlitwy. Były one oczywiście zróżnicowane w stosunku do pozycji społecznej (a co za tym idzie wykształcenia), tego który owe modły i prośby składał, ale warto jednak pochylić się na moment nad tekstem eposu religijnego, powstałego właśnie na chwałę Amona-Re, który dość dobrze pokazuje w jaki sposób można było wówczas wychwalać boga. Otóż Amon-Re występował tam jako: "Wspaniały bóg, pan wszystkich bogów Amon-Re, pan Tronu Obu Krajów, wspaniała Dusza, która się stała na początku. (...) On jest Jedynym, który uczynił wszystko to, co istnieje, kiedy ziemia się zaczęła za pierwszym razem. (...) On jest wspaniałą Mocą, która wzbudza miłość i trwogę, potężną w swych widzialnych formach. (...) On jest świętym bogiem, który przekształca sam siebie, czyniąc niebo i ziemię w swoim sercu. (...) On jest Odwiecznym, który przemierza wieczność, jest Starcem, który się staje Młodzieńcem. (...) On jest stwórcą wieczności, królem Górnego i Dolnego Egiptu, Amonem-Re, Królem Bogów". I podczas tego właśnie święta "objawienia" - podczas którego kapłani wynosili sanktuarium, w którym znajdował się posąg boga - ten nie uczynił żadnego znaku w żadnym z miejsc w którym znajdował się młody władca Totmes III, co oczywiście musiało wzbudzić wśród ludu niepokojące myśli, bowiem skoro bóg nie daje żadnych znaków ich władcy, to znaczy że go nie akceptuje, a to z kolei oznacza, że na kraj i lud z pewnością spadnie jakąś kara boża w postaci suszy, chorób lub innych plag (które notabene w Egipcie zdarzały się dość często). Jednak niepokoje zostały zażegnane, gdy okazało się że bóg "życzy sobie" aby przewieść go barką na zachodni brzeg Nilu, tuż na dziedziniec Pałacu Królewskiego, gdzie akurat oczekiwała Hatszepsut. Tam właśnie, przed jej osobą kapłani przyklęknęli, a wyrocznia oznajmiła że bóg zapragnął, by to właśnie córka Acheperkare Totmesa I przejęła rządy nad krajem.




Czemu zawdzięczała Hatszepsut swoje królewskie wyniesienie i otwartą zgodę na to nie tylko kleru tebańskiego, ale również innych (np. memfickiego czy heliopolitańskiego). Zapewne w dużej mierze swej rozwadze i przenikliwości, potrafiąc odpowiednio silnie zjednać sobie kler pokaźnymi datkami na utrzymanie czy budowę nowych świątyń, ale również osobistymi nadaniami ziemskimi dla wysokiej rangi kapłanów. Rzeczywiście, w okresie jej regencji odnowiono wiele świątyń i rozpoczęto budowę kilku innych (m.in.: świątyni życiodajnego boga Chnuma w Elefantynie). Otoczyła się też wiernymi sobie dworzanami, jak choćby zarządcą jej dworu - Senenmutem, oraz zarządcą Domu Złota (skarbca państwowego) - Ahmesem Pen-Nechbet (swoją drogą ich kompetencje często się ze sobą pokrywały, zatem ciekawe jak mogła wyglądać ich wzajemna współpraca, gdy każdy z nich uważał się za powołanego do tej funkcji przez królową). Być może byli oni też jej kochankami (oczywiście królowa nie mogła mieć dziecka z nikim, kto stał niżej od niej samej, w konsekwencji mogła mieć dziecko tylko z samym... bogiem, bo nikt ze śmiertelników nie był jej godzien), w każdym razie żona Ahmesa Pen-Nechbet była również piastunką młodego Totmesa III. W tym okresie źródła milczą zupełnie o matce Hatszepsut - Ahmes. Prawdopodobnie zmarła ona jeszcze w czasie regencji córki, a tuż przed dokonanym przez nią zamachem stanu i odsunięciem od władzy jednego z największych faraonów w historii Egiptu - Mencheperre Totmesa III (który nigdy jej tego nie zapomniał, a gdy w dwadzieścia lat później ją obalił, zemścił się okrutnie - usuwając wszelkie odniesienia do Hatszepsut ze wszystkich świątyń, kartuszy i pomników. Kazał zrywać, wykuwać, rozbijać na proch jakiekolwiek jej wizerunki, miała na wieczność zniknąć z powierzchni ziemi i z ludzkiej pamięci). Totmes III zyskał spore grono zwolenników w armii, która właśnie w nim widziała prawdziwego wodza i odnowiciela czasów ekspansji militarnych, zapewniających łupy. Co prawda Hatszepsut nie spychała dowódców na dalszy plan i nie pozbawiała ich wpływów, ale też ich nie wywyższała, starając się zapewnić swoistą równowagę pomiędzy klerem, dworem i armią. Jednak brak wypraw wojennych (a tym bardziej w sytuacji upadku egipskich wpływów w Syro-Palestynie), doprowadził ostatecznie oficerów do buntu i obalenia tejże królowej.




Nie można jednak powiedzieć że Hatszepsut była obojętna np. na egipskie straty terytorialne, jak choćby utratę egipskiej kontroli w Nubii czy Syro-Palestynie, gdzie po śmierci Totmesa II wybuchły (tradycyjne już) bunty. Wówczas to królowa wyruszyła zbrojnie na czele wojska na południe, do Nubii i przybrana w męski strój wojskowy, występowała tam zarówno jako prawowity władca Egiptu, jak i wódz dowodzący armią. Powstanie nubijskie zostało stłumione (a kraj spacyfikowany), po czym dotarłszy do III katarakty Nilu, kazała Hatszepsut wystawić tam nową stelę graniczną (stara została obalona w czasie powstania), a następnie powróciła do stolicy w glorii zwycięstwa. Gdy jednak przyszła wiadomość że taki sam bunt ogarnął Palestynę i Syrię, Hatszepsut natychmiast wysłała tam wojsko (lecz sama już pozostała w kraju). Niestety, armia egipska wpadła w pułapkę w kraju Dżahy (w Syrii) i została zmuszona do odwrotu, co zaowocowało utratą wpływów w Syro-Palestynie do czasów ponownych wypraw Totmesa III (czyli na około dwadzieścia lat, do czasu pierwszej wyprawy Totmesa III do Syro-Palestyny w roku 1457 p.n.e.), gdyż Hatszepsut zrezygnowała z dalszych prób podboju tych ziem (należy jednak pamiętać że Egipcjanie w Azji zachowywali się nieco inaczej niż w Nubii. Na południu bowiem bezwzględnie podporządkowywali sobie i eksploatowali ten kraj, zmuszając lokalnych władców przemocą do uległości egipskim namiestnikom, natomiast na Bliskim Wschodzie utrzymywali swe wpływy dzięki daninom, płaconym przez lokalnych władców, ograniczając się jedynie do obsadzania portów lub nielicznych twierdz. Choć oczywiście tamtejsze kampanie wojenne wcale nie traciły nic ze swej bezwzględności). Królowa postawiła na pokój i eksploatację tych terenów, które jeszcze pozostały przy Egipcie (np. nubijskie kopalnie były wówczas eksploatowane znacznie więcej, niż za poprzednich faraonów, a na ludność nubijską zostały nałożone duże obciążenia fiskalne - płacone oczywiście w naturze, lub bezpośrednio w złotych czy srebrnych naczyniach lub kruszcem, gdyż Egipcjanie, Nubijczycy i inne ówczesne ludy nie znały jeszcze pieniędzy). Czasy, gdy egipskie rydwany zetrą syryjską i mitannijską ziemię, miały dopiero nadejść za panowania Napoleona Egiptu - czyli Totmesa III Wielkiego.




Ok. 1475 r. p.n.e. królowa Hatszepsut dokonała swojej pierwszej, poważnej zmiany administracyjnej, mianując na stanowisko wezyra Górnego Egiptu niejakiego - Useramena i zaliczając go do grona swych osobistych stronników. Jego zadanie polegało bowiem (m.in.) na nadzorowaniu tego, co robili zarówno Senenmut jak i Achmes Pen-Nechbet z wydatkami i królewskim skarbem (czyli "bezpieczeństwo w bezpieczeństwie" - jak to się mówi 😉). Hatszepsut rozumnie powoływała na kluczowe stanowiska ludzi sobie osobiście oddanych, którzy jednocześnie mieli patrzeć na ręce innym oddanym jej urzędnikom w celu zapewnienia jej lojalności. A w tym samym czasie młody Totmes III został odesłany z dala od stolicy (być może do Memfis w Dolnym Egipcie - choć to są tylko moje przypuszczenia), gdzie pobierał nauki i był przygotowywany do swej przyszłej roli jako władcy. Zapewne Hatszepsut już wcześniej planowała małżeństwo pomiędzy Totmesem a swą córką Neferure, jednak doszło do niego dopiero, gdy ona miała ok. piętnastu lat, zaś on jakieś niecałe dziesięć (ok. 1475 r. p.n.e.). Małżeństwo to miało służyć Neferure, która dzięki temu zajęła takie samo miejsce w pozycji władzy, jakie przed nią sprawowała jej matka i babka, a wcześniej królowe Ahhotep i Tetiszeri. Dlatego w tym samym też czasie Hatszepsut zrezygnowała z funkcji Boskiej Małżonki Amona-Re i przekazała ją swojej córce (notabene wówczas jeszcze funkcja ta nie była dożywotnia i gdy sprawująca ją kobieta osiągała odpowiedni wiek "starczy" - np. 30 lat - przestawała dysponować walorami, które wymuszały na Boskiej Małżonce odpowiedni wygląd, który miał pobudzać boga do codziennej erekcji. Młoda dziewczyna nadawała się do tego znacznie lepiej, niż kobieta w wieku królowej Hatszepsut). Była to też doskonała odskocznia do władzy nad krajem i Hatszepsut doskonale o tym wiedziała, przygotowując córkę do tej właśnie roli. Istnieje również przypuszczenie, że królowa Hatszepsut wcale nie koronowała się na króla Egiptu (bo ona koronowała się właśnie na króla, a nie królową) w tym samym roku, w którym dokonała zamachu stanu i przejęła realną władzę nad krajem. Ponoć miała koronować się dopiero w szóstym roku panowania Totmesa III (czyli mniej więcej ok. 1474 r. p.n.e.). Nie ma na ten temat jednak żadnej szczegółowej informacji, więc możemy założyć że tak też mogło się stać - tym bardziej że Hatszepsut musiała najpierw zdobyć sobie poparcie co do takiego kroku, który jawnie zamieniał ją z kobiety- królowej, w mężczyznę-króla.




Połowa lat siedemdziesiątych do połowy lat sześćdziesiątych XV wieku p.n.e., była więc okresem szczególnie intensywnym w działalności Hatszepsut jako króla (wówczas też przyjęła nowe imię, które każdy egipski monarcha dodawał sobie do własnej tytulatury i odtąd zwała się już Maatkare ["Prawdą jest Dusza Re"] Hatszepsut). Tak więc w szóstym roku panowania młodego Totmesa III królowa-regentka Hatszepsut postanowiła już oficjalnie uprawomocnić stosunki, które realnie trwały od pięciu lat, czyli koronować się na "króla" Egiptu. Była to sytuacja bez precedensu i to z dwóch powodów. Po pierwsze Hatszepsut zamierzała koronować się na faraona w sytuacji gdy tron Egiptu był już obsadzony, a zasiadał na nim ów Mencheperre Totmes, który co prawda był jeszcze 12-letnim chłopcem, ale nie miało to żadnego znaczenia, gdyż już panował uświęcony przez bogów monarcha. A należy pamiętać że w Egipcie faraonów lata liczono od wstąpienia na tron każdego nowego króla - od tego czasu zaczynało się zarówno ponowne zjednoczenie Górnego i Dolnego Egiptu, jak i rozpoczynała się nowa historia. Nigdy też wcześniej w egipskich dziejach nie było przypadku, że podczas panowania jednego władcy, inny monarcha ogłaszał swoją intronizację i przygotowywał się do uroczystości koronacji (choć zdarzało się że panujący faraon czynił swego syna współwładcą). To zakłócało w pewnym sensie porządek rzeczy, gdyż odtąd czas należało liczyć od wstąpienia na tron ostatniego z królów, a wówczas powstawało pytanie - co z tym pierwszym? Zaś władca był niezbędny aby wciąż cały ten świat mógł się kręcić wokół niezmierzonych prawideł boskich i ludzkich, dlatego też w wyobraźni przeciętnego Egipcjanina gdyby zabrakło faraona - Nil przestałby wylewać, noc zamieniłaby się z dniem zatracając porządek czasu, a bogowie spuściliby na Ziemię wszelkie możliwe plagi. Osoba króla była więc pośrednikiem pomiędzy bogami a żyjącymi ludźmi, pomiędzy trwaniem a przemijaniem i pomiędzy bytem a niebytem i nawet jeśli w tym okresie faraon przestał być uważany za żyjącego boga, to wciąż był przecież ziemskim synem boga - "wcieleniem Atuma" (praboga ze świętego miasta Heliopolis, utożsamianego z władzą królewską), stąd też zarówno jego brak jak i nadmiar, zwiastował nastanie czasów chaosu (Egipcjanie wciąż przecież liczyli daty panowania władców, którzy np. już umarli lub którzy przebywali poza Egiptem, aby zachować ciągłość i jeden władca płynnie zastępował drugiego, gdyż wszelkie bezkrólewie po prostu nie mogło się przydarzyć w kraju takim, jak Egipt).




Drugim powodem - niezwykle ważnym i wyjątkowym w planach koronacyjnych Hatszepsut - był fakt że... była ona kobietą. Kobiety w Egipcie miały bardzo silną pozycję i wiele z nich pełniło ważne i odpowiedzialne funkcje kapłanek, lub też miało równe z mężczyznami prawa w nabywaniu ziem oraz posiadłości (niektóre Egipcjanki były właścicielami majątków ziemskich w kilku nomach). Również rozwód był możliwy zarówno dla mężczyzny jak i dla kobiety, ale jeden tylko w tym wszystkim panował warunek, od którego wcześniej nie było precedensów. Otóż faraonem mógł zostać tylko i wyłącznie mężczyzna, zaś rola kobiet ograniczała się najwyżej do dam z jego haremu, ewentualnie regentek. Co prawda był wcześniej jeden mały wyjątek od tej reguły, a chodzi tutaj o krótkie rządy niejakiej Neferusobek - panującej jakieś trzysta dwadzieścia lat przed Hatszepsut i będącej ostatnim faraonem XII Dynastii (Średnie Państwo). Ona właśnie - jako pierwsza - kazała portretować się w męskim stroju, nakryciu głowy i ze sztuczną brodą. Ale jej krótkie, czteroletnie rządy, oraz fakt że panowała w okresie zewnętrznej niestabilności politycznej i wewnętrznego rozbicia, a także długi czas ponad trzech wieków który już upłynął, powodował że nikt z egipskiej elity raczej o niej nie pamiętał. Dlatego też sam fakt, że regentka Hatszepsut planuje własną koronację, wzbudził wiele poważnych kontrowersji. Ale Hatszepsut była kobietą która konsekwentnie dążyła do celu i stawiała na swoim, a ponieważ chciała zostać królem - to ostatecznie doprowadziła do swojej koronacji. Otoczyła się zresztą ludźmi którzy mocno ją wspierali (zapewne widząc w tym własny interes) i to zarówno przedstawicielami elit, jak: Achmes Pen-Nechbet z Al-Kab niedaleko świętych Teb - królewski skarbnik, czy Useramen - wezyr Górnego Egiptu, jak i przedstawicielami ludu, jak: Senenmut - architekt i dostojnik, nadzorujący wydatki Pałacu, oraz przedstawicielami kleru, jak: Hapuseneb - arcykapłan Amona-Re w Tebach. To właśnie ci ludzie umożliwili królowej-regentce Hatszepsut przywdzianie podwójnej (białej i czerwonej) korony Górnego oraz Dolnego Egiptu.




CDN.

WALKA Z KOMUNISTAMI W PRZEDWOJENNEJ POLSCE - Cz. I

CZYLI GDZIE CHOWAŁY SIĘ "SZCZURY"





 "Mężczyzna poczuł, że ktoś nagle dźga go palcem w klatkę piersiową, usłyszał przez sen:
- Wstawać, wstawać!
Był ranek, 24 kwietnia 1936 r.
- Kim pan jest, czego chce? - zapytał mężczyzna.
- Policja. Ubierać się, jesteście aresztowani".


Wyżej przedstawione zdarzenie miało miejsce naprawdę, a aresztowanym wówczas mężczyzną był niejaki Władysław Gomułka (ps. towarzysz "Wiesław"), późniejszy pierwszy sekretarz Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej i po październiku 1956 r. faktyczny władca kraju. Gomułka od 1926 r. należał do nielegalnej Komunistycznej Partii Polski z której potem - nie bezpośrednio wszakże, gdyż opierano się głównie na kadrach towarzyszy będących w Związku Sowieckim i ewentualnie dokooptowanych z tych, którzy walczyli w Hiszpanii - zrodziła się Polska Zjednoczona Partia Robotnicza.



KOMUNISTYCZNA PARTIA POLSKI
(CZYLI DZIAŁALNOŚĆ MOSKIEWSKIEJ EKSPOZYTURY W POLSCE)
Cz. I


Powiem szczerze że lubię oglądać stare filmy (szczególnie te z pierwszej połowy lat pięćdziesiątych), takie jak choćby "Żołnierz zwycięstwa", czy "Pod gwiazdą frygijską", gdyż pokazany jest tam nie tylko element działania komunistycznej propagandy, ale przede wszystkim w dużej mierze ukazany jest sposób działalności komunistów w Polsce przed wybuchem II Wojny Światowej, gdyż tym właśnie chciałbym się dziś zająć. Pokrótce opiszę więc metodę działalności KPP w Dwudziestoleciu Międzywojennym, a następnie przyjdę do zwalczania tej sowieckiej siatki agenturalnej przez Polską Policję. Zatem do dzieła.


Komunistyczna Partia Robotnicza Polski (bo taką nazwę nosiła pierwotnie) została założona na wspólnym zjeździe Socjaldemokracji Królestwa Polskiego i Litwy oraz lewego skrzydła Polskiej Partii Socjalistycznej-Lewicy, w Warszawie, dnia 16 grudnia 1918 r., a zjazd ten był I Zjazdem Założycielskim KPRP. Partia ta była co prawda jawną ekspozyturą Moskwy, ale nie od razu. Pierwotnie bowiem bliżej jej było do komunizmu niemieckiego, reprezentowanego chociażby przez Różę Luksemburg (czego symbolem było dodanie przymiotnika "robotnicza" do nazwy partii, czego nie było ani w partii leninowskiej, ani też wśród towarzyszy niemieckich - choć Róża Luksemburg proponowała Niemieckiej Partii Komunistycznej dodanie również tego przymiotnika). Wydaje się też że początkowo komuniści polscy uważali się za lepszych od rosyjskich, chociażby z tego powodu, że tamci mówili o "sojuszu robotniczo- chłopskim", natomiast komuniści polscy jak i niemieccy skupiali się na samych robotnikach. I chociaż ostro zwalczana przez Różę Luksemburg idea sojuszu robotniczo-chłopskiego zaliczana była potem do działalności antysowieckiej, to należy jasno i otwarcie powiedzieć, że od swych początków KPRP była formacją antypolską. Bowiem dla tej samej Róży Luksemburg istnienie państwa polskiego było nie tylko niepotrzebne, ale wręcz odbierało energię robotnikom (przekierowując ją na kwestie Niepodległości, która dla Luksemburg nie miała żadnego znaczenia), zaś odrywała ich od celu głównego, czyli stworzenia państwa komunistycznego, państwa robotników. Dlatego też Polska w jej rozumieniu (i w rozumieniu KPRP) miała być - tak jak dotąd - częścią Rosji (oczywiście komunistycznej Rosji). Mało tego, komuniści (pod przewodnictwem Róży Luksemburg) nie tylko odrzucali Niepodległość Polski, ale również jakąkolwiek formę autonomii w ramach państwa rosyjskiego, a nawet jakąkolwiek formę samorządu polskiego.

Od razu też rzucało się w oczy naczelne hasło Zjazdu Założycielskiego Komunistycznej Partii Robotniczej Polski, czyli "Precz z wojskiem", "precz z polskim imperializmem" (swoją drogą jakże te hasła zgodne były z celami ówczesnej polityki niemieckiej. Zresztą to nie dziwi, ponieważ w tamtym czasie polscy komuniści byli zapatrzeni w Niemcy znacznie mocniej niż w leninowską Rosję), a także nawoływania do oddania władzy w ręce proletariatu i tworzenia wszędzie rad robotniczych, wojskowych i wiejskich (ale, jak wspomniałem wyżej, władza miała należeć do komunistów, nie do chłopów. Chłop to był wróg, to był ktoś, kto po pierwsze był bardzo religijny - czyli zacofany w rozumieniu komunistów, a po drugie chciał reformy rolnej, czyli przyjęcia ziemi na której pracował na własność, a to zupełnie się nie spinało z celami komunistów, dla których ziemia miała być własnością wspólną, czyli miała być zarządzana przez odgórny kolektyw radziecki - w odniesieniu do rad wiejskich, a nie do słowa "radziecki", którego ja osobiście nie używam jako odgórnie narzuconego (występuje bowiem tylko w języku polskim i ukraińskim) i sztucznego.




Komuniści byli jednak w Polsce prawdziwym marginesem, czego dowiodły grudniowe wybory roku 1918 do Rad Delegatów Robotniczych. Wyniki zakończyły się totalną klęską KPRP i z 221 tys. oddanych głosów aż 70 tys. padło na Polską Partię Socjalistyczną (czyli bodajże największego, albo jednego z największych już wówczas wrogów komunistów). Na ogólną liczbę 712 mandatów zdobyli komuniści zaledwie 162 głosy, podczas gdy PPS - 235. Celem komunistów polskich było bowiem zdominowanie Rad Delegatów Robotniczych i dzięki temu uniemożliwienie przeprowadzenia pierwszych po odzyskaniu Niepodległości wyborów do Sejmu Rzeczpospolitej, przewidzianych na 26 stycznia 1919 r. Zamierzali nawet w - przypadku powodzenia - przeprowadzić taki sam atak na Sejm, jaki w Rosji przeprowadził Lenin, rozwiązując wybraną Konstytuantę. To im się jednak nie udało, a odradzające się państwo polskie - po początkowych wahaniach czy uznać partię komunistyczną czy nie - było zmuszone do jej natychmiastowej delegalizacji (choć w czasie wyborów do Sejmu Ustawodawczego komuniści mogli jeszcze startować, ale podjęli decyzję o bojkocie wyborów, sądząc że rewolucja i tak wkrótce zmiecie wszystkie instytucje i państwa, tak więc te wybory nie będą miały żadnego znaczenia. Potem ów bojkot uznano za duży błąd.


ZIEMIE POLSKIE W DNIU ODZYSKANIA NIEPODLEGŁOŚCI 
11 Listopada 1918



W lutym 1919 r. odbyła się pierwsza konspiracyjna Rada Partyjna KPRP, na której zdecydowano o podjęciu "bezwzględnej walki z kontrrewolucyjnym rządem polskim, (...) dyskredytowanie w oczach mas ludowych pozornie demokratycznego sejmu, wykazywanie jego antyludowego i kontrrewolucyjnego charakteru jako narzędzia ucisku i wyzysku mas" - czyli typowa sieczka słowna dla ćwierćinteligenta (należy jeszcze dodać że w lutym 1919 powstała Komunistyczna Partia Galicji Wschodniej).

W kwietniu 1919 r. po długich naradach komuniści polscy wysunęli hasło powstania Polskiej Republiki Rad Delegatów Robotniczych (z tym że pojawił się bardzo gwałtowny spór o przymiotnik "polskiej", ostatecznie jednak uznano że może on się tam pojawić). W tym czasie KPRP mocno już zbliżyła się do leninowskich bolszewików (tym bardziej że 15 stycznia 1919 r. zamordowani zostali w Niemczech Róża Luksemburg i Karl Liebknecht). Wydawało się że zwycięstwo komunizmu jest nieuniknione. Masowo drukowano i rozrzucano ulotki, w których pisano że niepodległa Polska to: "Walka (...) z robotnikami i chłopami polskimi (...) wojna z sowiecką Rosją, z rewolucyjną Litwą i Białorusią". Pisano też: "W Niemczech proces rewolucji socjalnej postępuje i pogłębia się (...) W Europie całej, w całym walącym się w gruzy świecie kapitalistycznym dojrzewa rewolucja socjalna pod hasłem wprowadzenia ustroju komunistycznego drogą ujęcia władzy przez klasę robotniczą, drogą dyktatury proletariatu (...) w Rosji sowieckiej polska klasa robotnicza widzi swego sprzymierzeńca i dąży nie do wojny z nią, lecz do jak najściślejszego sojuszu". I rzeczywiście, wydawało się że mają rację. 5 lutego bolszewicy wkroczyli do Kijowa, zmuszając do ucieczki Dyrektoriat Ukraińskiej Republiki Ludowej. Na Węgrzech 21 marca komuniści przejęli władzę i ogłosili powstanie Węgierskiej Republiki Rad, tworząc Węgierską Armię Czerwoną. 13 kwietnia zaś w Monachium proklamowana została Bawarska Republika Rad. W dniach 2-19 marca 1919 r. w Moskwie odbył się założycielski Kongres III Międzynarodówki Komunistycznej (zwany Kominternem), a w kwietniu powołano regionalne (europejskie) biura Kominternu, suto finansowane z Moskwy.


FRONT POLSKO-BOLSZEWICKI
MARZEC 1919
(Ta mapa nie jest dokładna jeśli idzie o nasze granice zachodnie, Pomorze nie było wówczas jeszcze w polskich rękach, podobnie jak Śląsk, a Wielkopolska jeszcze nie została zjednoczona z resztą kraju)



Tak więc wydawało się że wszystko zmierza do komunizmu. Ale było to płonne wyobrażenie, choćby komuniści wydrukowali jeszcze z milion ulotek informujących że w całej Europie (nawet w państwach neutralnych, nie biorących udziału w I Wojnie Światowej) potęguje się rewolucyjne drżenie. Już 19 kwietnia Wojsko Polskie zajęło Wilno, a 1 maja upadła Bawarska Republika Rad. Front polski na Wschodzie wciąż się poszerzał i 6 lipca 1919 r. Komintern zaapelował do polskich robotników o akcje paraliżujące polskie działania wojenne na froncie (🤭). Dzień wcześniej upadła Słowacka Republika Rad (powstała 16 czerwca 1919). W lipcu Wojsko Polskie całkowicie opanowało linię Zbrucza (definitywnie likwidując Zachodnio-Ukraińską Republikę Ludową), 8 sierpnia zajęto Mińsk a front doszedł do Berezyny. 1 sierpnia upadła po interwencji Armii Rumuńskiej Węgierska Republika Rad (z zachodu zaś ze swą armią szedł admirał Miklos Horthy. Swoją drogą w czasie II Wojny Światowej krążył zabawny żarcik o Węgrach, a mianowicie pewien cudzoziemiec przyjechał na Węgry, ale nic nie wiedząc o tym kraju, zapytał jednego z Węgrów kim jest. Ten odparł: "Jestem obywatelem Królestwa Węgier", "a, czyli macie króla, jesteście monarchią?", "nie, nie mamy króla, włada nami regent, admirał Miklos Horthy", "aha, admirał, czyli macie dostęp do morza?", "nie, nie mamy dostępu do morza bo przegraliśmy wojnę" itd. całości nie pamiętam, ale w końcu wyszło na to, że Węgry nie są ani królestwem, ani nie mają dostępu do morza, ani też ostatecznie... nie są suwerennym państwem).


ZAJĘCIE WSCHODNICH I ŚRODKOWYCH WĘGIER PRZEZ ARMIĘ RUMUŃSKĄ I LIKWIDACJA WĘGIERSKIEJ REPUBLIKI RAD
(Kwiecień - Sierpień 1919 r.)




Gdy 25 kwietnia 1920 r ruszyła polska ofensywa na Ukrainie, Komunistyczna Partia Robotnicza Polski przystąpiła do próby wywołania strajku powszechnego, a gdy to się nie udało, do rozpętania mniejszych strajków przeciwko "jaśniepanom polskim". Znów drukowano i rozrzucano ulotki, gromadzono broń i prowadzono działalność dywersyjną, akcje te jednak nie zyskiwały większego poparcia w społeczeństwie polskim. 3 maja 1920 r. odbyła się I Konferencja KPRP, na której zaakceptowano ostatecznie hasło budowy Polskiej Republiki Rad, wyrażono zgodę na dołączenie partii do Kominternu i uznano za konieczność zdecydowane zwalczanie Polskiej Partii Socjalistycznej, jako "agentów burżuazji" i "wrogów ludu pracującego". 7 maja Wojsko Polskie i Armia Ukraińska atamana Semena Petlury zajęła Kijów. Józef Piłsudski i Semen Petlura wydali wspólnie odezwę do ludności Ukrainy, deklarując że celem tej operacji jest wyzwolenie całego kraju spod władzy bolszewików, a Wojsko Polskie wycofa się z ziemi ukraińskiej zaraz po zakończeniu wojny i po stworzeniu Sił Zbrojnych Ukraińskiej Republiki Ludowej. KPRP wydała wówczas odezwę "Do ludu pracującego Polski", w której zapisano: "Rozpoczęła się wielka ofensywa wojsk polskich na Kijów. Okres ten zakończyć się musi katastrofą organizacji państwowej burżuazji i przejęciem władzy przez proletariat. Stworzenie burżuazyjnej Ukrainy zmusza Rosję i Ukrainę Sowiecką do walki na śmierć i życie. W walce tej nie może zwyciężyć burżuazja polska". Intensywnie więc pracowano na tym polu.


FRONT POLSKO-BOLSZEWICKI 
GRUDZIEŃ 1919
(Wielkopolska została prawnie powiązana z resztą kraju w maju i czerwcu 1919 r. Pomorze zostanie zajęte dopiero w lutym 1920 r. a na Śląsku zakończyło się dopiero pierwsze powstanie przeciwko Niemcom)



26 maja 1920 r. rozpoczęła się bolszewicka kontrofensywa na Ukrainie. Armia Konna Siemiona Budionnego przebiła się przez linię frontu i zaczęła siać spustoszenie wśród ludności cywilnej i w służbach tyłowych Wojska Polskiego. Ostatecznie więc Naczelny Wódz Józef Piłsudski wydał rozkaz wycofania się z Kijowa (chociaż gen. Edward Rydz-Śmigły deklarował, że utrzyma miasto, ale na zdecydowany rozkaz Wodza wycofał się - 10 czerwca). W tym czasie KPRP rozpoczęła już na całego akcję dywersyjną w kraju, doprowadzając do szeregu mniejszych i większych strajków (najbardziej niebezpieczny był strajk kolejarzy i pracowników transportu miejskiego w Warszawie). W strajkach tych bezpośrednio uczestniczyło szereg prominentnych przywódców partii i gdy wkroczyła policja i zaczęły się aresztowania, większość z nich wylądowała w więzieniach, co spowodowało ogromny ubytek organizacyjny partii z chwilą wielkiej ofensywy sowieckiej na Polskę z lipca-sierpnia 1920 r. Co prawda na prowincji działali przedstawiciele tej partii, (tacy jak chociażby Marceli Nowotko), którzy przy wkraczających oddziałach sowieckich organizowali rewkomy (miejskie i wiejskie biura nowej administracji bolszewickiej) głównie złożone z ludności żydowskiej lub białoruskiej. Ogłoszono też formowanie Polskiej Armii Czerwonej, ale ochotników było tak niewielu, że ostatecznie bolszewicy zrezygnowali z tego planu. Ofensywa ta ruszyła 4 lipca 1920 r. na północnym froncie (rejon Białorusi). Wojsko Polskie - aby uniknąć okrążenia - zmuszone zostało do cofania się. Nim jednak to nastąpiło, jeszcze w połowie czerwca Lenin, Michaił Kalinin i Lew Trocki opublikowali odezwę do Polaków, nawołującą do przechodzenia na stronę Armii Czerwonej i grożącą w innym przypadku karą śmierci za... zdradę nowej Polskiej Republiki Rad. Pisali: "Walcząc przeciwko nam pod pałką polskich panów, popełniacie zdradę wobec przyszłej socjalistycznej Polski i klasy robotniczej całego świata. Jedna jest tylko droga, która może zmazać z Was piętno zdrady - przejście do nas z bratersko wyciągniętą ręką".


FRONT POLSKO-BOLSZEWICKI 
CZERWIEC 1920



10 lipca padł Bobrujsk, 11 Mińsk, 14 lipca bolszewicy zajęli Wilno. Front sypał się w sposób nieprawdopodobnie szybki. 16 lipca do Wilna wkroczyły oddziały litewskie, licząc na to, że miasto zostanie przekazane Litwie, zgodnie z porozumieniem zawartym z bolszewikami 12 lipca w Kownie. Co prawda odbyła się wspólna defilada sowiecko-litewska, ale Rosjanie nie zamierzali wycofywać się z Wilna, zdając sobie sprawę że pokonaniu Polski Litwa będzie już tylko wisienką na torcie i będzie całkowicie zdana na ich łaskę i niełaskę. Natomiast Litwini w swej totalnej głupocie w ogóle tego nie rozumieli i pozwolili Armii Czerwonej przejść przez swoje terytorium po to, żeby uderzyć na Wojsko Polskie. 19 lipca bolszewicy zajęli Grodno, a próby zatrzymania sowieckiej ofensywy na Niemnie i na linii Narwi oraz Bugu nie powiodły się. Tego też dnia w Moskwie rozpoczął obrady II Kongres Kominternu. Na sali podczas obrad umieszczono ogromną mapę, na której co chwila przesuwano strzałki, pokazując przemieszczanie się Armii Czerwonej na Zachód, bowiem Polska była tylko jednym z etapów tej ofensywy. Kolejnym, najważniejszym były Niemcy, a potem Francja, Włochy, Hiszpania, Niderlandy, z pewnością również kraje skandynawskie. Wielka Brytania zapewne by się początkowo ostała, bo Sowieci nie mogli od razu przedostać się na Wyspę, ale stałaby się taką szalupą dryfującą przy bolszewickim okręcie zwanym Europą. Obrady Kominternu trwały do 7 sierpnia i gdy delegaci się rozjeżdżali do swych krajów byli pewni, że już wkrótce Armia Czerwona zapuka do "bram" ich narodowych państw.


FRONT POLSKO-BOLSZEWICKI 
LIPIEC-SIERPIEŃ 1920
 


W dniach 20-21 lipca doszło do drugiej, znacznie większej fali aresztowań członków i przywódców Komunistycznej Partii Robotniczej Polski, które to realnie doprowadziły tę partię do zastoju i zawieszenia działalności. Byli oni jednak dobrej myśli i sądzili że już wkrótce zostaną wyzwoleni przez Armię Czerwoną, której to wyczekiwali jak kania dżdżu.


FRAGMENT ROSYJSKIEGO FILMU PROPAGANDOWEGO
 "PIERWAJA KONNAJA
(1941)
(TUTAJ UKAZANI SĄ NACZELNY WÓDZ WOJSKA POLSKIEGO JÓZEF PIŁSUDSKI I GEN. EDWARD RYDZ-ŚMIGŁY JAKO AWANTURNICY I NIEUDACZNICY)



Przez cały lipiec i połowę sierpnia 1920 r. Armia Czerwona okazała się trudną do zatrzymania, a Wojsko Polskie nieustannie cofało się na zachód w kierunku Wisły. Bolszewicy rozpoczęli też zmasowaną akcję propagandową, mającą na celu podważenie zapału obronnego Polaków, "demaskowanie patriotycznych i narodowych haseł, którymi imperialiści i kapitaliści tumanią masy ludowe", oraz oczywiście sianie defetyzmu i zniechęcenia wojną wśród żołnierzy i oficerów Wojska Polskiego. W lipcu 1920 r. gdy front zbliżał się już do Warszawy, Komunistyczna Partia Robotnicza Polski wydała odezwę, w której zapisano: "Rada Obrony Państwa, werbunek ochotnika, nowe pobory, wiece i pochody patriotyczne, gwiazdki i kokardki (...) Klasa robotnicza stoi na uboczu tej wrzaskliwej komedji, komedji niegroźnej dla zwycięskich wojsk Czerwonej Armji. (...) Towarzysze! Sprawa robotnicza w niebezpieczeństwie. Jeżeli w chwili osłabienia rządu burżuazyjnego nie zdołamy obalić panowania klas posiadających, jeśli werbunkowi białej gwardii nie przeciwstawimy rewolucyjnego powołania klasy robotniczej, ułatwimy burżuazji zakucie nas w kajdany strasznej niewoli klasowej. Do walki towarzysze!




Niechęć komunistów do odradzającej się Polski to nie była wcale rzecz nowa. Praktycznie od początku istnienia ruchu komunistycznego niechęć ta była uczuciem dominującym. Tak, "uczuciem", gdyż znaczna część zarówno Komunistycznej Partii Robotniczej Polski, jak i wcześniej Socjal-Demokracji Królestwa Polskiego i Litwy, a nawet Polskiej Partii Socjalistycznej zdominowana była przez ludność żydowską, Polacy zaś byli tam w zdecydowanej mniejszości. Henryk Cimek, autor książki "Stosunek komunistów do odrodzonego Państwa Polskiego (1918-1923)", w wywiadzie dla "Z Pola Walki" w 1988 r. stwierdził otwarcie: "Tak jednoznaczna negacja państwa polskiego charakterystyczna dla niemal całego istnienia KPRP-KPP była skutkiem nie tylko ponadnarodowego i jednoznacznie kwestionującego ówczesną rzeczywistość charakteru ruchu, lecz także wynikała ze składu narodowościowego partii komunistycznej w Polsce. (...) Polaków było w KPRP-KPP stosunkowo niewielu: aktyw partii składał się w większości z osób pochodzenia żydowskiego, które na przykład w tak zwanej "technice" KPP (łączność drukarnie itp.) stanowiły około 75% ogółu członków". Już w 1893 r. (W czasie gdy zakładano SDKPiL) Róża Luksemburg stwierdziła, że: "Niepodległość Polski to drobnomieszczańskie, reakcyjne zboczenie", a w pierwszej dekadzie XX wieku z SDKPiL-em rywalizował żydowski Bund (czyli żydowska partia socjalistyczna powstała na ziemiach polskich), w której podczas manifestacji niesiono takie hasła jak: "Precz z białą gęsią, precz z krzyżem!". Twierdzono również że: Polska Piłsudskich i Dmowskich wzoruje się na carskich Stołypinach i Puryszkiewiczach. Działając wśród najciemniejszych mas, nawołuje do żydowskich pogromów i organizuje je, sprawiając krwawą łaźnię najuboższym warstwom narodu żydowskiego". 


KSIĄDZ IGNACY SKORUPKA ZGINĄŁ Z KRZYŻEM W DŁONI 14 SIERPNIA 1920 POD OSSOWEM



27 lipca bolszewicy zajęli Białystok, w którym trzy dni później ogłoszono powstanie Tymczasowego Komitetu Rewolucyjnego Polski (czyli w założeniach bolszewików przyszłego rządu Polskiej Republiki Rad, będącej oczywiście składową częścią Związku Europejskich Republik Rad), w skład którego weszli Feliks Dzierżyński, Julian Marchlewski (jako przewodniczący), Feliks Kon, Józef Unszlicht, Edward Próchniak (a także Leszczyński, Bobiński, Heltman, Dolecki i Skworcow-Stiepanow). W wydanym zaraz też manifeście założycielskim, Tymczasowy Komitet Rewolucyjny Polski zapowiadał utworzenie Polskiej Socjalistycznej Republiki Rad jako oczywiście wolnej i suwerennej i deklarował zakładanie Rewkomów oraz tworzenie milicji ludowych i "komitetów folwarczno-parobczańskich". 31 lipca w Mińsku bolszewicy ogłosili powstanie Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej (oczekiwano teraz na Litewską, ale to miało nastąpić dopiero po rozbiciu Polski). 1 sierpnia zaś w Tarnopolu komuniści ukraińscy utworzyli Galicyjski Komitet Rewolucyjny. Postępy Armii Czerwonej trwały nadal i choć nie udało im się zająć Zamościa (bronionego przez Wojsko Polskie i Ukraińskie) 12 sierpnia, to jednak pewni byli ostatecznego zwycięstwa i przygotowywali się już na wkroczenie do Warszawy. 15 sierpnia przywódcy nowej Polskiej Republiki Rad (czyli Dzierżyński, Marchlewski i Kon) wyjechali z Białegostoku do Wyszkowa (gdzie zakwaterowali się na probostwie u lokalnego księdza), oczekując na dniach (a nawet godzinach) informacji o zajęciu Warszawy przez Armię Czerwoną. Tego dnia nakazano również formowanie Białostockiego Pułku Robotniczego, będącego zalążkiem armii nowej, komunistycznej Polski (w tym czasie trwały krwawe walki pod Radzyminem na odcinku warszawskim, a miasto przechodziło z rąk do rąk, ostatecznie opanowali je Polacy). 16 sierpnia Naczelny Wódz Józef Piłsudski dokonał śmiałego posunięcia, uderzenia okrążającego od południa, znad linii Wieprza, na stacjonujące nad tą rzeką jednostki bolszewickiej Grupy Mozyrskiej (o której polski wywiad - mając już dobrze rozpracowaną liczebność innych Armii sowieckich, o tej nie miał - jak mu się zdawało - wystarczających informacji, ponieważ doliczono się jedynie dwóch dywizji tej grupy i obawiano się zasadzki. Okazało się że rzeczywiście było to najsłabsze ogniwo bolszewickie, a uderzenie w tym miejscu było jak wejście w masło, rozrywające cały front. Dokładnie taki sam manewr przeprowadził trzydzieści lat później gen. Douglas McArthur w Korei Południowej pod Inczhon, wyzwalając Seul i zajmując znaczną część Korei Północnej).




Teraz sowiecki front sypał się jak domek z kart. 18 sierpnia bolszewicy byli już w totalnym odwrocie na całej linii frontu (zarówno na północy jak i na południu), a Wojsko Polskie tego dnia wkroczyło do Wyszkowa (wcześniej oczywiście uciekli stamtąd przedstawiciele nowego polskiego rządu bolszewickiego. Pożegnali się z tamtejszym księdzem - szczególnie Dzierżyński - i pojechali, a ów ksiądz zachował o nich dosyć dobre wrażenie i potem pytany przez dziennikarza o swoją opinię na temat bolszewickich "komisarzy", odpowiedział że to wbrew pozorom byli mili ludzie). Bolszewicy wycofywali się jednak w totalnym popłochu, co wzmacniało jeszcze odrodzenie na okupowanych terytoriach polskich jednostek partyzanckich (m.in. reaktywowanej Samoobrony Wileńskiej), które wiązały walką siły sowieckie i wprowadzały na ich tyłach zamęt. Dużej jednak pomocy bolszewikom udzielili Niemcy, gdyż wiele jednostek bolszewickich przekroczyło polsko-niemiecką granicę w Prusach Wschodnich, gdzie zarówno niemieckie władze, jak i niemiecka ludność tamtych terenów udzieliły Armii Czerwonej znacznej pomocy i nie tylko - jak nakazywało prawo międzynarodowe - nie rozbroili ich, ale zapewnili im jeszcze prowiant i puścili w dalszą drogę przez Litwę (a tamtejsze władze to już totalna durnota i jak mówił Marszałek "rząd kowieński" a nie litewski, tym bardziej że 19 sierpnia przywódca litewskich komunistów - Vincas Mickivicius-Kapsukas - czyżby jakiś potomek naszego wieszcza narodowego (?) poprosił Lenina o zgodę na opanowanie Litwy, gdyż doszła do niego 16 sierpnia informacja o zdobyciu Warszawy. W sytuacji jednak gdy Wojsko Polskie podchodziło już pod Niemen, okazało się to niemożliwe do wykonania, ale mimo wszystko niczego nie nauczyło to Litwinów kowieńskich. 25 sierpnia uciekający bolszewicy - zgodnie z umową z 12 lipca - przekazali Litwinom Wilno, a ci oczywiście zajęli miasto i od razu wysłali notę do strony polskiej o neutralności w tej wojnie, chociaż Wojsko Litewskie od początku pomagało jak tylko mogło Sowietom w walce z Polakami).






W dniach 20-28 września 1920 r. doszło nad Niemnem do drugiej wielkiej bitwy tej wojny i drugiego pogromu Armii Czerwonej. Zaopatrzone przez Niemców i Litwinów, oraz wzmocnione posiłkami cztery sowieckie armie podjęły się próby zatrzymania polskiej ofensywy i ponownego przejścia do kontrofensywy. Bolszewicy liczyli na zmęczenie Polaków wojną i odwrócenie tym samym jej losów. Zatem na froncie od Wołkowyska i Grodna do Druskiennik doszło do wyniszczającej kolejnej bitwy, ale Piłsudski ponownie zastosował ten sam manewr oskrzydlający co w czasie Bitwy Warszawskiej (po prostu przeszedł przez terytorium Litwy) i wychodząc na tyły wojsk sowieckich - atakując tym razem od północy - rozbił totalnie cały front i cztery sowieckie Armie, które jeszcze tam próbowały cokolwiek zdziałać (tak to jest, jeżeli przeciwnik jest od ciebie większy i wydaje się silniejszy, to najlepiej podciąć mu nogi - a w tym przypadku odciąć nogi - wtedy upadnie na ziemię i można łatwo się do niego dobrać, uderzając w korpus czy w twarz 😉). Wojna dla bolszewików była już przegrana, a droga na Zachód i zaprowadzenie tam komunistycznego raju musiało zostać odłożone w czasie. 12 października podpisano polsko-sowieckie zawieszenie broni (chociaż do czasu wejścia w życie tego porozumienia - czyli 18 października - Wojsko Polskie wciąż wyzwalało miasta i wsie na Wschodzie, 15 października wkroczono nawet do Mińska - dzisiejszej stolicy Białorusi, które w tamtym czasie było w ogromnej większości miastem zamieszkałym przez Polaków. Niestety miasto to - zgodnie z porozumieniem negocjowanym w ramach polsko-sowieckiej delegacji pokojowej w Rydze, przypaść miało bolszewikom {iedyś już pisałem o ogromnym rozgoryczeniu mieszkańców Mińska, którzy zgodę polskiej delegacji na oddanie miasta Sowietom uznali wręcz za zdradę} i Wojsko Polskie po kilku godzinach (zdaje się że po czterech godzinach) musiało się stamtąd wycofać).




Co ciekawe powstanie Tymczasowego Komitetu Rewolucyjnego Polski nie zostało w żaden sposób skonsultowane z władzami, lub też z przedstawicielami Komunistycznej Partii Robotniczej Polski, choć oczywiście zostało przez tę partię zaakceptowane (druga sprawa że większość władz tej partii siedziała wówczas w polskich więzieniach). Bolszewicy bowiem nie traktowali KPRP jako równorzędnego partnera do rozmów, a jedynie jako swoją ekspozyturę, która i tak - powiedzmy sobie szczerze, w tamtym czasie była już finansowana bezpośrednio z Moskwy. Jako ciekawostkę należy tutaj również dodać, że o ile Niemcy, niemieckie władze, ale również ludność wyczekiwały bolszewickiej inwazji na Polskę, jako czegoś, co pomoże im odzyskać tereny na wschodzie i odnowić granicę z 1914 r. to takiej inwazji sprzeciwiała się chociażby frakcja Komunistycznej Partii Niemiec w Reichstagu, która w swym organie prasowym "Rote Fahne", stwierdziła poprzez jednego ze swych przedstawicieli, że: "Niemiecka klasa robotnicza nie życzy sobie zbrojnej pomocy sowieckiej, ponieważ sama potrafi dokonać swej rewolucji". Takiego stanowiska wśród polskich komunistów raczej spotkać nie można było, chociaż wiem o jednym przypadku sprzeciwu wobec sowieckiej agresji na Polskę. Był to sprzeciw polskiego komunisty, niejakiego Domskiego, który na łamach tej samej "Rote Fahne" stwierdził, że nie robi się rewolucji poprzez najazd i okupację i przytaczał tutaj różne cytaty z Marksa. Głupi idealista, który jakby nie wiedział że partie komunistyczne są tylko przybudówką dla rosyjskiego imperializmu, który oczywiście za Lenina przybrał formę internacjonalizmu, ale jednak to w Moskwie było centrum zarządzające wszystkimi innymi rewolucjami światowymi i finansujące większość - jeśli nie wszystkie - ówczesne partie komunistyczne. Co ciekawe, również w partii bolszewików istniała frakcja skupiona wokół Lwa Trockiego, która była przeciwna marszowi Armii Czerwonej na Warszawę, twierdząc, że znacznie większe korzyści odnieśliby komuniści gdyby Armia Czerwona zatrzymała się na linii Curzona (wytyczonej przez brytyjskiego lorda George'a Curzona jeszcze w 1919 r., mniej więcej na linii dzisiejszej wschodniej granicy Polski z Białorusią i Ukrainą). Trocki twierdził że komuniści odnieśliby z tego powodu znacznie większe korzyści i... miał rację. Gdyby bowiem bolszewicy rzeczywiście zatrzymali się na linii Curzona, to zarówno zewnętrzne (Wielka Brytania, USA a nawet Francja) jak i wewnętrzne siły w Polsce zmusiłyby zarówno Piłsudskiego jak i wszystkich zwolenników toczenia dalszej wojny, do uznania tej granicy i przyjęcia sowieckich postulatów. Jestem przekonany że w tej sytuacji byłaby to dla nas zupełna tragedia, gdyż graniczylibyśmy wówczas od wschodu bezpośrednio z bolszewią na linii Bugu, a do tego musielibyśmy oczywiście przyjąć sowieckie warunki, takie jak choćby zmniejszenie stanu liczebnego wojska i zakaz budowania fabryk zbrojeniowych - czyli totalna kiła mogiła. Na szczęście jednak dla nas Lenin był pewny zwycięstwa i otoczony był ludźmi, którzy przekonywali go o konieczności dalszego marszu Armii Czerwonej na Zachód (Bucharin, Zinowiew czy Karol Radek).




Dzięki temu że Lenin nie posłuchał Trockiego, my mieliśmy okazję skopać kilkaset tysięcy sowieckich tyłków i stworzyć tę niesamowitą, niepodległą Rzeczpospolitą, która co prawda przetrwała tylko 20 lat, ale jakże piękne były to lata, jakże wolne i jakże śmiałe w swych ideach i w swych czynach.


CDN.

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...