WYŚWIETLENIA

16 września 2025

POSELSTWO POLSKIE - PAWŁA DZIAŁYŃSKIEGO, NA DWÓR KRÓLOWEJ ANGLII - ELŻBIETY I

ROKU PAŃSKIEGO 1597





Teraz pragnę zaprezentować mało znane  wydarzenie, jakim było polskie poselstwo Pawła Działyńskiego, wysłane do Londynu, na dwór królowej Elżbiety I Tudor przez władcę Rzeczpospolitej Obojga Narodów - Zygmunta III z dynastii Wazów. Dziś już co prawda tamto poselstwo zostało prawie zupełnie zapomniane, ale w tamtych czasach wywołało ogromny skandal dyplomatyczny, który mógł się zakończyć... wybuchem wojny pomiędzy Królestwem Anglii a Rzeczpospolitą Polską. Jest to jedno z tych wydarzeń w historii, które (według mnie) zasługuje na przypomnienie i ponowne opowiedzenie.



12 grudnia 1586 r. na zamku w Grodnie (który sam sześć lat wcześniej ufundował) zmarł (w wieku 53 lat) król Rzeczpospolitej Obojga Narodów - Stefan I Batory. Śmierć monarchy spowodowała, iż władzę w państwie na krótki okres przejęła małżonka Batorego, królowa Anna Jagiellonka (63-letnia, ostatnia przedstawicielka sławetnej dynastii Jagiellonów, córka króla Zygmunta I Jagiellończyka i królowej Bony Sforzy). W rządzeniu dopomagał jej kanclerz wielki koronny (a prywatnie przyjaciel i prawa ręka Batorego) - Jan Zamojski. Zjazd szlachty na Sejm konwokacyjny (ustalający czas i miejsce elekcji następnego władcy, oraz zapisujący samych kandydatów i określający pacta conventa), został wyznaczony na 2 lutego roku następnego (ze względu na okres świąteczny i srogą zimę). Gdy Sejm już się zebrał, zarysowały się na nim trzy główne frakcje. Pierwszą była frakcja Anny Jagiellonki i Jana Zamojskiego, wspierających kandydaturę królewicza szwedzkiego (a prywatnie siostrzeńca Anny), 21-letniego Zygmunta Wazy (syna króla Szwecji - Jana III Wazy i Katarzyny Jagiellonki). Drugą frakcją byli zwolennicy Ernesta i Maksymiliana Habsburgów (synów cesarza rzymsko-niemieckiego Maksymiliana II). Tę kandydaturę najmocniej wspierał ród Zborowskich. Trzecią frakcję (najsłabszą), stanowili posłowie z Litwy, którzy wsparli kandydaturę syna cara Rosji - Iwana IV Groźnego - Fiodora Iwanowicza.

Wydarzenia które miały miejsce wówczas w Rzeczpospolitej, odbiły się głośnym echem w całej Europie, szczególnie duże zainteresowanie znalazły jednak na dworze angielskim. 27 stycznia 1587 r. w swym liście do sir Francisa Welsinghama (kanclerza i prawej ręki królowej Elżbiety I), tak oto pisał z Frankfurtu angielski dyplomata - Horatio Palavicino: "Polska magnateria jest bardzo skłonna do wyboru syna króla Szwecji, zarówno dlatego, że jest synem córki królowej Bony, jak i z tego względu, że jest sąsiadem i wrogiem Moskwy". Dalej w swym liście Palavicino tłumaczył, że duże szanse mieliby również i książęta siedmiogrodzcy z rodu Batorych, gdyby nie fakt, iż ich kandydaturę wspiera Turcja Osmańska. Zaś w drugim liście do Welsinghama z 5 marca (na cztery dni przed zakończeniem zjazdu Sejmu konwokacyjnego) Palavicino stwierdzał, że przygotowania do elekcji w Polsce przebiegają bardzo spokojnie. 30 czerwca 1587 r. zwołany został Sejm elekcyjny, na którym zwolennicy Anny Jagiellonki wybrali na króla królewicza Zygmunta (19 sierpnia), a prymas Polski - Stanisław Karnkowski potwierdził ich wybór. Na wieść o tym, familia Zborowskich ogłosiła królem arcyksięcia Maksymiliana Habsburga (22 sierpnia), który rozpoczął przygotowania do zbrojnego wkroczenia do Krakowa, na czele niemieckich lancknechtów.

Arcyksiążę miał przy tym pełne wsparcie swego cesarskiego brata - Rudolfa II, który zorganizował zaciągi wojskowe w Czechach, na Śląsku i Łużycach. Swą pomoc (200 tys. koron) przysłał również król Hiszpanii Filip II Habsburg. Rudolf zamierzał także wysłać do Polski landgrafa Jerzego Ludwika Leuchtenberga, oraz polskiego biskupa ołomunieckiego (poddanego cesarza) Stanisława Pawłowskiego, by za ich pomocą przekonać polski Sejm do kandydatury Maksymiliana. Do Londynu pierwsza wiadomość o wyborze nowego polskiego monarchy napłynęła 5 września 1587 r. i była to wiadomość o wyborze na króla Maksymiliana Habsburga. List tej treści przesłał na londyński dwór angielski ambasador w Wenecji - Wroth, który opisał to tymi oto słowy: "Nadeszła pewna wiadomość, że Maksymilian (...) wybrany został królem Polski. Jeśli jest to prawdą, to muszę stwierdzić, że Polacy są pozbawieni wszelkiej roztropności i przywiązania do swego kraju, jako że przez tę elekcję nie tylko nie przysparzają korzyści swemu królestwu, ale sami wystawiają siebie na największe niebezpieczeństwo całkowitej ruiny". Rzeczywiście, dwór angielski z ogromnym smutkiem przyjął wiadomość o wyborze na króla Maksymiliana Habsburga, zważywszy że w tym samym czasie Anglia była w stanie wojny z Habsburską Hiszpanią, dlatego dyplomacja Elżbiety I dążyła gdzie tylko mogła, do osłabienia wpływów austro-niemiecko-hiszpańsko-cesarskiej familii.




Maksymilian pierwszy też zaprzysiągł pacta conventa (była to umowa zobowiązująca każdego nowego władcę do pewnych zadań, jakie miał do wykonania podczas swego panowania, np. budowa floty, rozbudowa i wzmocnienie armii, odrestaurowanie Akademii Krakowskiej itd.). Uczynił to 27 września (Zygmunt Waza zaprzysiągł pacta conventa - 7 października). I dopiero wówczas - 12 listopada nadeszła do Londynu pierwsza wiadomość o wyborze na króla Rzeczpospolitej - królewicza Zygmunta Wazy. Anglików (a szczególnie samą Elżbietę I) żywo interesowały działania wojenne, jakie prowadzili ze sobą obaj kandydaci do polskiej korony. I tak gdy Maksymilian, na czele niemieckich wojsk najemnych (i wojsk prywatnych rodu Zborowskich) obległ Kraków (14 października), do Londynu 28 listopada przyszła fałszywa wiadomość o zdobyciu przez niego Krakowa i wkroczeniu do stolicy Polski wśród dużych owacji ludności. W rzeczywistości Kraków nie został zajęty. Bronił się wytrwale przez półtora miesiąca, a tamtejszymi obrońcami dowodził osobiście Jan Zamojski, który umocnił szańce i wreszcie zmusił Maksymiliana do odwrotu spod miasta (30 listopada). Maksymilian wciąż jednak przebywał w bliskiej odległości od stolicy, a to powodowało napływ sprzecznych informacji o zwycięstwie jednej lub drugiej strony na dworach całej Europy.

I tak 1 grudnia, w swej korespondencji do Welsinghama, pisał z Wrocławia niejaki Stephen Powle, który notabene (dzięki przyjaźni z braćmi Adamem i Piotrem Gorajskimi) żywo interesował się Polską i sprawami Jej mieszkańców. W swych listach z 1, 8 i 26 grudnia pisał o postępach armii Maksymiliana, oraz o tym, jak to arcyksiążę, pragnąc się przypodobać Polakom, ubierał się według polskiej mody, oraz jak to 150 możnych polskich opuściło obóz Zamojskiego i przeszło pod rozkazy Maksymiliana. Ale już list z 9 stycznia 1588 r., wysłany z Pragi, mówi o wycofaniu się arcyksięcia na Śląsk, oraz o wkroczeniu do Krakowa królewicza Zygmunta i jego koronacji na króla Polski. Rzeczywiście - koronacja Zygmunta Wazy miała miejsce w katedrze wawelskiej - 27 grudnia 1587 r. Po tym akcie Zamojski, na czele (gównie husarii) ruszył w pościg za Maksymilianem na Śląsk. Dopadł go pod wsią Byczyna dnia 24 stycznia 1588 r. i doszczętnie rozgromił. Maksymilian został wzięty do niewoli i uwięziony w dobrach Zamojskiego w Krasnymstawie. Dokładnie o tym poinformował Londyn właśnie Stephen Powle w swej relacji z 2 lutego. Zresztą o zwycięstwie wojsk polskich w bitwie pod Byczyną donosili również dworowi londyńskiemu - Henry Killigrew (w liście z 16 lutego) i Thomas Lovell (w relacji z 18 lutego).

Angielska relacja dość szczegółowo omawiała stosunek Jana Zamojskiego do wziętego w niewolę Maksymiliana, który Anglicy opisywali jako niezwykle uprzejmy. Rzeczywiście, gdy Maksymilian zachorował, Jan Zamojski ofiarował mu gościnę we własnym domu, a nawet poprosił go by został ojcem chrzestnym jego dziecka. Zdziwienie Anglików (i nie tylko ich) takim traktowaniem pokonanego nieprzyjaciela, wynikało z niezrozumienia polskiej tradycji politycznej i militarnej, która określana była poprzez słowa Ewangelii: "Miłujcie nieprzyjacioły wasze" i tak też była realizowana, aż stała się częścią realnej polskiej praktyki w odniesieniu do pokonanych wrogów. Tak też się stało, gdy na Sejmie pacyfikacyjnym (obradującym w dniach 6 marca - 23 kwietnia 1589 r.) szlachta uchwaliła przebaczenie win dla polskich stronników Maksymiliana (a przecież popierali oni przeciwnika zwycięskiego monarchy, w każdym innym europejskim kraju była to jawna zdrada i groził za nią katowski topór). Teraz, gdy kandydatura Maksymiliana przepadła (choć on sam zrzekł się praw do polskiej korony, dopiero w 1598 r.), a na tronie Rzeczpospolitej zasiadł młody szwedzki monarcha, spokrewniony poprzez matkę z Jagiellonami, Anglicy postanowili wykorzystać ten fakt i próbować stworzyć z Polską antyhabsburską koalicję (w 1588 r. król Hiszpanii Filip II dokonał próby nieudanego desantu morskiego na Anglię, znanego w historii pod nazwą: Klęski Wielkiej Armady).




Tak więc w lecie 1590 r. Edward Barton - ambasador angielski w Konstantynopolu, wysłał do Krakowa swego sekretarza - Thomasa Wilcoxa, który miał za zadanie poinformować polskiego monarchę, dwór krakowski i szlachtę sejmikową o tym, jak wiele uczynił Barton, by odwrócić Turcję od planów ataku na Polskę. Z końcem lipca tego roku osobiście za to dziękował listownie Elżbiecie I - kanclerz Jan Zamojski. Także król Zygmunt III napisał osobiście list do angielskiej monarchini (29 sierpnia), w którym także osobiście podziękował jej za oddalenie tureckiego najazdu. W odpowiedzi z 28 września, Elżbieta I stwierdzała, iż wiele katolickich państw opuściło Polskę w chwili próby - pozostała przy niej tylko anglikańska Anglia. Jednak kwestia wojny polsko-tureckiej, to była jedna strona wzajemnych relacji, gdzie panowała wzajemna zgoda; druga (krańcowo przeciwna) dotyczyła konfliktu angielsko-hiszpańskiego. W 1579 r. angielscy kupcy założyli Kompanię Wschodnią. Od tej pory dwór angielski starał się wytargować zatwierdzenie tejże Kompanii i otwarcie jej filii w Elblągu, przez kolejnych polskich monarchów - najpierw Stefana Batorego, teraz Zygmunta III. W styczniu 1595 r. właśnie w tym celu został wysłany do Polski angielski poseł - Christopher Parkins. Instrukcja jaką otrzymał od lorda Burghleya, zawierała długi wykład na temat konieczności wprowadzania i utrzymywania blokady morskiej (co preferowała Anglia, a przeciwko czemu twardo sprzeciwiała się właśnie Polska).

Według tej instrukcji lord Burghley radził Parkinsowi dążenie do uzyskania jak najszybszej audiencji u polskiego monarchy, by zapewnić "naszego dobrego brata" (jak pisała Elżbieta I o Zygmuncie III) o starej i silnej przyjaźni, łączącej obu monarchów i oba dwory. Misja Burghley'a nie była łatwa, gdyż Elżbieta I domagała się od niego pozytywnego załatwienia sprawy Kompanii Wschodniej, a jednocześnie do króla polskiego wpływały skargi gdańskich kupców, którym zostały zarekwirowane okręty ze zbożem, płynące do Hiszpanii (na mocy rozporządzenia z 18 maja 1589 r. Tajna Rada poleciła admirałom angielskim Johnowi Norrisowi i Francisowi Drake'owi, zatrzymywać wszystkie statki ze zbożem płynące do Hiszpanii i Portugalii - a tak się jednak składało, że ponad 90 % dostaw zboża do tych krajów, pochodziło właśnie z Polski i było transportowane przez port w Gdańsku). Lord Burghley polecił zatem Parkinsowi, by wyjaśnił królowi polskiemu, iż podczas wojny każda ze stron konfliktu może i powinna szukać wszelkich środków, służących obronie własnego terytorium, a to oznacza również prawo do prewencyjnego ataku, choćby w postaci blokady morskiej. Burghley nakazał też by Parkins zwrócił Polakom uwagę, iż podczas wojny północnej (w latach 1563-1570) angielscy kupcy również ponieśli ogromne straty na skutek zastosowanej wówczas przez Rzeczpospolitą bałtyckiej blokady portów moskiewskich. Parkins przekazał wszystko, co nakazano mu w instrukcji, jednocześnie wyraził również nadzieję, że Polacy zrozumieją angielski punkt widzenia i zaprzestaną dostarczać broni i żywności wrogom Anglii.




Król miał odpowiedzieć, że Rzeczpospolita nie może tolerować utrzymywania angielskiej blokady morskiej, gdyż dochody całej szlachty pochodzą z eksportu zboża. Parkins wówczas stwierdził, iż Anglia nie utrudnia Polsce wywozu zboża, pragnie jedynie nie dopuścić do zaopatrywania w żywność swego największego wroga - Hiszpanii. Wówczas głos zabrał kanclerz Zamojski, który stwierdził że w świetle prawa narodów nie wolno gwałcić zasady wolności mórz, ponieważ zagadnienie wywozu zboża dotyczy gospodarki a nie wojny. Parkins wówczas dość dobitnie wyłożył zasady prowadzenia wojny, które obowiązują niezmiennie po dziś dzień. Stwierdził bowiem: "Różnica między stanem wojny i pokoju polega na tym, że rzeczy zgodne z prawem w okresie pokoju, przestają być legalne w czasie wojny". Stwierdził również że Polacy sami postąpili w dokładnie taki sposób, gdy zbrojnie wkroczyli na Śląsk i wzięli w niewolę arcyksięcia Maksymiliana na obcym terytorium, poza granicami własnego państwa. Nie uzyskano kompromisu - ani Anglia nie otrzymała prawa do założenia placówki Kompanii Wschodniej w Elblągu, ani też Rzeczpospolita nie wymogła na Anglii zwrotu towarów, statków lub pieniędzy za skonfiskowane okręty. Sytuacja wzajemnego napięcia, która zaczęła wzrastać w Krakowie, znalazła swoje ujście dwa lata później, podczas głośnego (w całej Europie) poselstwa polskiego Pawła Działyńskiego na dwór Elżbiety I.

Działyński (syn kasztelana dobrzyńskiego, wywodzący się ze znanego rodu polskiego z Pomorza - czyli ówczesnych Prus Królewskich) przybył do Anglii dnia 2 lipca 1597 r. Wcześniej pełnił on funkcję ambasadora Rzeczpospolitej w Hadze, gdzie popełnił szereg dyplomatycznych gaf, jak choćby wzywając Holendrów (którzy prowadzili wojnę o niepodległość swego kraju z Koroną Hiszpańską od prawie 30 lat - 1568) do podporządkowania się hiszpańskiemu monarsze. Dodatkowo wprawił Holendrów w przerażenie, gdyż zagroził, iż w przeciwnym razie Polska wstrzyma dostawy zboża do tego kraju (był to oczywisty blef, ale blef bardzo realny, o czym świadczy zachowanie Holendrów, którzy zwołali radę i planowali wysłać poselstwo do Warszawy - wówczas od 1596 r. nieoficjalnie nowej stolicy Korony Polskiej, choć oficjalnie nastąpi to dopiero w 1611 r., a tak naprawdę to do końca istnienia Rzeczpospolitej stolicą nadal pozostanie Kraków), prosząc o nie wstrzymywanie dostaw. Król, świadomy afery jaka się wytworzyła, nakazał Działyńskiemu opuścić Hagę i udać się z misją dyplomatyczną do Londynu. Tam Działyński popisał się jeszcze większą dyplomatyczną "elokwencją", która omal nie doprowadził do wybuchu wojny między Anglią a Polską.


ELŻBIETA I TUDOR



Królowa Elżbieta I bardzo dużo sobie obiecywała po tej wizycie, poleciła więc by polski poseł został przyjęty w sposób szczególny. Nakazała też wyszukać w Londynie odpowiednią siedzibę dla posła, czym osobiście zajął się Lord Mayor Londynu, który przeglądał wszelkie londyńskie pałace. Królowa z niecierpliwością oczekiwała posła, zważywszy że opinia jaką wystawił jej o Działyńskim - William Cecil, który wcześniej już spotkał się z Polakiem, była bardzo zachęcająca. Cecil tak oto zaprezentował Elżbiecie osobę Pawła Działyńskiego: "Jest to szlachcic o wspaniałej postawie, dowcipie, elokwencji, znajomości języków i pełen uroku osobistego". Taka opinia spowodowała, iż nie tylko sama Elżbieta, lecz cały angielski dwór zaczęli przywiązywać bardzo dużą wagę do tej wizyty. Sądzono bowiem że celem misji dyplomatycznej Działyńskiego jest próba mediacji w konflikcie angielsko-hiszpańskim, lub nawet zawarcie układu polsko-angielskiego.

Działyński nie od razu po swym przybyciu do Londynu spotkał się z królową. Mimo wszystko musiał czekać ponad miesiąc, nim udzielono mu publicznej audiencji. Stało się to dnia 4 sierpnia 1597 r. Elżbieta podjęła posła w swym letnim pałacu w Greenwich (wówczas pod Londynem, dziś jedna z jego dzielnic). Działyński przypłynął do Greenwich okrętem. W podróży po Tamizie towarzyszyło mu dwóch angielskich szlachciców (królowa chciała by nie czuł się osamotniony w swej podróży). Ubrany był w strój polski - kontusz, przyozdobiony klejnotami. Do Greenwich zjechała się cała ówczesna angielska śmietanka arystokratyczna, o czym wspominał w swym liście do Roberta Devereux, hrabiego Essex - William Cecil. Po przybiciu do brzegu, Działyński i dwaj angielscy lordowie (idąc po jego bokach), odprowadzili go w stronę pałacu królewskiego. Za nimi podążył cały orszak, z jakim przybył do Anglii Działyński. Korytarz wiodący do głównej sali, w której oczekiwała monarchini, był odpowiednio oświetlony większą ilością świec. Po jego obu stronach ustawili się dworzanie Elżbiety I - po jednej stronie sami mężczyźni, po drugiej kobiety - wszyscy we wspaniałych strojach. Gdy tylko Działyński (i jego orszak) przekroczyli próg sali, w której przebywała królowa, nagle rozbrzmiał dźwięk cytr i innych instrumentów muzycznych, tworząc symfonię powitalną.

Po kurtuazyjnych gestach powitalnych, pierwszy głos zabrał Działyński. Mówił po łacinie, lecz tonem wyniosłym i podwyższonym głosem. Tak oto rozpoczął on swą wypowiedź: "Pan mój miłościwy (...) poddanym Waszej Królewskiej Mości (...) tej samej prawie swobody handlowania w swych państwach udzielił, z których korzystają jego właśni poddani, a Wasza Królewska Mość nie tylko zdaje się nie nadawać nowych przywilejów jego poddanym, lecz również te, które im od przodków Waszej Królewskiej Mości zostały nadane i zatwierdzone, odbiera, bądź pozbawiając ich majątku, bądź zakazując handlu w swym państwie (...), gdy uprzednio zostali pozbawieni niemal całkowicie możliwości handlu w Anglii, później doznali jeszcze przeszkód i utrudnień w żegludze morskiej, która z prawa natury powinna być wolna wszystkim, najbardziej jednak w drodze do Hiszpanii (...), wydano edykty, którymi wszelka żegluga do Hiszpanii została im zakazana, bądź że - gdy pomni swego i publicznego prawa korzystali z niego - statki ich przez ludzi Waszej Królewskiej Mości zostały w sposób nieprzyjacielski opanowane i odprowadzone do portów, towary zabrane na rzecz skarbu oraz cały szereg innych ciężkich szkód i krzywd ich spotykał (...) Sprawy te (...) dotyczą nie tylko kupców, na których [król Polski], rzecz jasna, słusznie winien mieć wzgląd, jako na swych poddanych, lecz także niemal całej szlachty państw i krajów jego, której prawie cały dochód i majątek mieści się w tych towarach, rodzących się w jej domach (...) panu memu miłościwemu nie mogła być obca myśl powstrzymania tych szkód swych poddanych i oddania wet za wet, a mimo to już kilkakrotnie najpierw pisemnie Waszej Królewskiej Mości o krzywdach ich donosił i aż do tej chwili jak najcierpliwiej całą sprawę znosi".

Dalej Działyński domagał się od Elżbiety I - zwrócenia kupcom gdańskim ich okrętów, wraz ze skonfiskowanymi towarami; cofnięcia sankcji handlu z Hiszpanią oraz wypłacenia odszkodowania za bezprawne przetrzymywanie okrętów w angielskich portach. Na zakończenie Paweł Działyński stwierdził: "Bowiem tak jak wszystkie morza, tak samo i żegluga jest przedmiotem prawa publicznego. Nie ten czyni krzywdę drugiemu, kto korzysta ze swego prawa, lecz ten, kto mu przeszkadza w korzystaniu z jego własnego prawa (...) liczne i słuszne związki łączą Jego Królewską Mość, pana mego miłościwego, z najjaśniejszym królem Hiszpanów, gdy bowiem między najjaśniejszymi domami austriackim i jagiellońskim istniało dawne pokrewieństwo, teraz Jego Królewska Mość wziąwszy żonę z najjaśniejszego domu austriackiego poprzednie więzy nie tylko odnowił, lecz także wzmocnił".


ZYGMUNT III WAZA



Obecni na sali z coraz większym niepokojem spoglądali na twarz Elżbiety I, która nie przyzwyczajona do pouczeń i ponagleń, a raczej nawykła do pochlebstw i kurtuazyjnych oracji poselskich, z coraz większym wzburzeniem przysłuchiwała się mowie polskiego posła. Szczególnie nerwowo reagowała (choć cały czas starała się ukryć swe emocje), na wzmianki o odwecie i groźbach. Gdy Paweł Działyński zakończył swą orację, głos wreszcie zabrała Elżbieta, która równie podniesionym głosem i władczym tonem stwierdziła: "O, jakże zawiodłam się! Oczekiwałam poselstwa, a ty przywiozłeś mi skargę. Na podstawie listów uwierzytelniających uważałam cię za posła, a znalazłam w tobie herolda. Nigdy w całym swym życiu nie słyszałam podobnej mowy. Podziwiam zaiste, podziwiam taką i w publicznym miejscu niezwykłą zuchwałość. Nie mogę uwierzyć, by twój król polecił ci, byś takie słowa wygłosił. Jeśli zaś coś takiego nakazał ci w instrukcji, w co jednak bardzo wątpię, to sądzę, iż należy przypisać temu, że król, jako młodzieniec, i nie tyle na mocy prawa pochodzenia, jak prawa wyboru, i to świeżo wyniesiony na tron, nie potrafi tak dobrze prowadzić sprawy z innymi władcami, jak albo jego przodkowie z nami to czynili, albo jak może uczynią inni, którzy w przyszłości jego miejsce będą piastować. Co się tyczy ciebie, zdaje mi się, że przeczytałeś wiele książek, lecz właśnie nie pojąłeś ich sensu i w ogóle nie rozumiesz, co godzi się między władcami. Bowiem skoro tak usilnie przypominasz prawo natury i narodów, to wiedz, że na tym ono polega, że gdy między władcami ma miejsce wojna, może jeden drugiemu przejmować skądkolwiek dostarczane środki służące wojnie i zapobiegać, by nie zostały na jego niekorzyść obrócone, i to jest - powtarzam - prawo natury i narodów. Ponieważ zaś wspominasz nowe więzy pokrewieństwa z domem austriackim, które chciałbyś już tak silnymi widzieć, niech nie uchodzi twej uwadze, iż w tym domu nie zabrakło takich, którzy twemu królowi chcieli odebrać Królestwo Polskie".

Na tym zakończyło się spotkanie i wizyta Działyńskiego w Anglii, ale reperkusje polityczne owego wystąpienia (zarówno samego posła jak i monarchini), były żywo komentowane w całym Londynie. Robert Beale pisał (następnego dnia po wizycie Działyńskiego w Greenwich) do Roberta Cecila o obraźliwym zachowaniu polskiego posła w odniesieniu do monarchini. Ale nie tylko mowa polskiego posła została uznana za obraźliwą, również odpowiedź Elżbiety poczytywano za co najmniej - mocno nie taktowną. Obawiano się, że sposób w jaki Elżbieta I potraktowała polskiego posła, może doprowadzić do wybuchu wojny polsko-angielskiej i wsparciu Rzeczpospolitej dla cesarza i króla Hiszpanii w dalszych próbach podbicia Anglii. Obawiano się również zawarcia sojuszu Polski ze Szkocją i próbach okrążenia Anglii z trzech stron. Dlatego też lordowie angielscy na drugi dzień wyprawili na cześć Działyńskiego przyjęcie pożegnalne, mające załagodzić ostre słowa monarchini, zaś jeszcze 21 września William Carr pisał o wielkim strachu, jaki zapanował w Anglii po wizycie polskiego posła i możliwości wybuchu wojny pomiędzy oboma królestwami. Kolejne tego typu informacje (o udziale Polski w koalicji anty-angielskiej) spowodowały jednak ugięcie się Anglików i podjęcie rozmów z Polską na sporne tematy.

W tym celu został wysłany do Warszawy (w czerwcu 1598 r.) nowy angielski ambasador - George Carew. Miał on za zadanie przekonać króla, magnaterię i szlachtę o nie udzielaniu wsparcia Habsburgom w ich anty-angielskiej polityce, a w przypadku gdyby to zawiodło i Polacy wykazywali silny opór, miał wrócić do spraw zwrócenia kupcom gdańskim skonfiskowanych wcześniej statków wraz z całym towarem. Sprawy tej wówczas nie załatwiono, ale po długich negocjacjach uzgodniono kompromis - okręty zostaną oddane, jeśli tylko Polska (na czas wojny angielsko-hiszpańskiej) nie będzie wwozić do Hiszpanii broni ani żywności (zgodzono się jednak na nie konfiskowanie polskich okrętów, płynących do Hiszpanii, jeśli przewoziły inne niż wyżej wymienione towary). Dodatkowo należy zaznaczyć, że w tym okresie (koniec XVI wieku, Polacy jako pierwsi w Europie podjęli się zagadnienia "wolności mórz", które zostało potem oficjalnie spisane i przyjęte w Traktacie Wersalskim z 1919 r.).



 Obraz "Ambasadorowie" Hansa Holbeina Młodszego, wykonany w 1533 r. z okazji koronacji Anny Boleyn na królową Anglii - matki Elżbiety I (notabene był to również rok narodzin samej Elżbiety)

Po prawej stronie stoi Georges de Selve - biskup Lavaur i ambasador króla Francji Franciszka I przy dworze cesarskim w Wiedniu. 

Po lewej stronie stoi Jean de Dinteville - francuski ambasador przy dworze Henryka VIII

 

PRAWDZIWA HISTORIA UPROWADZONEJ DO SERAJU!

KOBIETA w HAREMIE





W tym temacie zaprezentuję prawdziwą relację kobiety, która została porwana przez piratów i sprzedana do haremu sułtana Maroka Abdullaha bin Ismaila as-Samina z dynastii Alawitów. Porwano ją gdy miała 27 lat, a w sułtańskim haremie spędziła 12 lat, aż do chwili gdy została odkupiona (wraz z innymi chrześcijańskimi niewolnikami) przez jej ojczyznę - Holandię. Po powrocie do domu spisała przygody, jakich doświadczyła w Maroku. Jej relacja jest tym niezwykła, iż jako jedyna w historii została spisana przez kobietę. Dziewczyna o której pragnę opowiedzieć na imię miała - Maria. 


Maria Meetelen (a raczej ter Meetelen), urodziła się 20 czerwca 1704 r. w Amsterdamie. Jej rodzicami byli Caspar ter Meetelen - piekarz i Lukrecja van der Heijden. Caspar był rodowitym Niemcem z Warendorfu, który porzucił, przenosząc się do Amsterdamu. Zarówno ojciec jak i matka byli katolikami - czyli należeli do zdecydowanej mniejszości w protestanckiej (kalwińskiej) Holandii. Lukrecja trzykrotnie rodziła dzieci (Maria była trzecim i ostatnim), lecz równie szybko zmarła (w 1717 r.). Wówczas Caspar ożenił się po raz drugi, a nowa macocha traktowała młodą Marię jak swoją służącą. Zdarzało się również że biła ją za najmniejsze przewinienia i publicznie upokarzała. Nic dziwnego że 13-latka częściej lubiła przebywać poza domem, bawiąc się z innymi dziećmi na ulicy. Ponieważ macocha ograniczała jej za karę posiłki i nazywała "leniwą", młoda Maria często musiała (z miejscowymi łobuziakami) kraść jedzenie z ulicznych straganów.

Gdy skończyła 21 lat, postanowiła uciec z domu i wyjechać do Francji lub Hiszpanii (często słuchała o tych krajach od podróżników, kupców lub żołnierzy, którzy przybywali do miejskich, amsterdamskich karczem). Tak też uczyniła, prosząc pewnego kupca by zabrał ją ze sobą. Wraz z nim przemierzyła całą Francję, razem też udali się do Hiszpanii. Tu w mieście Vitoria, dziewczyna postanowiła rozstać się z kupcem i... wstąpić w szeregi lokalnego pułku dragonów. Był tylko jeden szkopuł - była kobietą. Chciała jednak przeżyć przygody jakie słyszała z ust żołnierzy, przybywających do Amsterdamu, dlatego też postanowiła przerobić się na mężczyznę. Szybko zdobyła właściwe odzienie (przy jej złodziejskim doświadczeniu zapewne nie było to wcale trudne) i odtąd nosiła męskie portki, kurtkę (lub kapotę) oraz kapelusz (ścięła włosy) i... została przyjęta. Jednak jej żołnierska kariera nie trwała długo i skończyła się po kilku miesiącach (i tak długo wytrzymała), gdy została odkryta. Musiała ratować się ucieczką, by... uniknąć gwałtu. Tak więc z początkiem 1727 r. dotarła się do Madrytu. Tu ponownie wykorzystała swój spryt, mianowicie ukradła habit z pobliskiego zakonu, przebrała się w niego i przekonała żonę pewnego podoficera, który wracał do Madrytu, by zabrali ją ze sobą. Tak też się stało.




Po przybyciu do Madrytu zawarła znajomość z niejakim Claesem van der Meer, który również przybył do stolicy Hiszpanii. Claes był Holendrem (tak jak ona), kupcem i żeglarzem, a przy tym dość majętnym mężczyzną. Takiego właśnie potrzebowała Maria, by zapewnić sobie w miarę godziwe życie. Nie przeszkadzało jej nawet to - że Claes van der Meer był na tyle sędziwy, iż... mógłby być jej dziadkiem. Pobrali się w październiku 1728 r. i przenieśli do Kadyksu, gdzie Claes prowadził interesy. W Kadyksie mieszkali razem przez trzy kolejne lata, lecz w lipcu 1731 r., Claes postanowił zamknąć swój interes i wrócić do rodzinnego Alkmaaru w Holandii - Maria oczywiście podążała za nim. Tak też się stało, van der Meer załadował cały dobytek na swój okręt i wyruszył w kierunku Holandii. Prócz Marii i Claesa na pokładzie znajdowało się jeszcze dwóch pasażerów (nie wiadomo kim byli) i siedmiu członków załogi. Podróż mijała im dość swobodnie i szybko, lecz do chwili nim nie minęli Cieśniny Gibraltarskiej, mogli się spodziewać ataku lokalnych berberyjskich piratów, grasujących na tych wodach. Gdy zaś bez przeszkód minęli już Cieśninę postanowili trzymać się dalej brzegów Portugalii, Hiszpanii i Francji, by w razie czego spróbować uciec do któregoś z nadbrzeżnych portów.

Był wietrzny dzień 31 lipca 1731 r. gdy Maria (jak czyniła to od chwili wypłynięcia) spoglądała aż po horyzont, wypatrując brzegów rodzinnej Holandii. Nagle jej oczom ukazał się okręt, płynący wprost ku nim. Gdy okręt się zbliżył - załoga wpadła w panikę, okazało się że są to piraci. Nie było szans ani na ucieczkę (statek van der Meera był zbyt wolny, a do tego obładowany kosztownościami), ani na próbę obrony - cała załoga (włącznie z kobietami) liczyła 11 osób, zaś piratów było (jak potem opisała to Maria) stu pięćdziesięciu, a ich okręt zaopatrzony był w dwadzieścia armat. Cała załoga dostała się więc bez walki w ręce berberyjskich korsarzy. Statek został odeskortowany do Tangeru, a potem cała załoga (pod kontrolą piratów) ruszyła w podróż do ówczesnej stolicy Sułtanatu Maroka - Meknes. Od początku było wiadome co piraci zamierzają zrobić z jeńcami - wszyscy mieli stać się własnością sułtana Abdullaha bin Ismaila as-Samina. Piratom zależało bowiem na godziwym zarobku, a najlepiej i najwięcej płacił właśnie sułtan (szczególnie za białe, chrześcijańskie kobiety). Claes nie wytrzymał jednak trudów podroży i warunków w jakich został umieszczony - wiek i choroby jakie mu doskwierały, spowodowały iż zmarł już w sześć tygodni po przybyciu do Meknes.

Maria została sama. Czekały ją dwie alternatywy - pierwsza niezbyt dla niej przyjemna to zostanie konkubiną sułtana i spędzenie reszty życia zamknięta w haremie władcy. Drugim wyjściem była próba ucieczki, ale nie było to wcale proste. Przede wszystkim dlatego, że gdyby nawet zbiegła ze swego więzienia (co prawda młode, białe kobiety o "świeżej skórze" - jak to wówczas określano, nie były związane ani przykute, gdyż obawiano się uszkodzić ich ciało, co natychmiast obniżyłoby ich cenę. Trzymane więc były razem w jednym dużym lochu) nie uciekłaby daleko, gdyż Meknes otaczała dokoła pustynia. Szybko więc padłaby ze zmęczenia i pragnienia. Było jeszcze trzecie wyjście z którego postanowiła skorzystać Maria - to wyjście to... czym prędzej znaleźć sobie nowego męża. Wybrała nawet odpowiedniego kandydata - był nim Piotr Janszoon - też Holender (pochodził z miasteczka Mademblik). Piotr również był niewolnikiem już od 12 lat (od chwili gdy jako młody wioślarz dostał się do pirackiej niewoli i został sprzedany jako własność sułtana w 1719 r.). Teraz Piotr był przywódcą wszystkich holenderskich niewolników, którzy byli własnością Abdullaha as-Samina - łącznie ok. 50 osób.




Tak więc Maria już nazajutrz po śmierci Claesa, zaproponowała Piotrowi ożenek. Dlaczego wybrała akurat Piotra? Dlatego że chciała być wolna, a rodzina Piotra przez te wszystkie lata zbierała pieniądze na jego uwolnienie. Sądziła że jako jego żona, również zostanie wykupiona. Piotr początkowo był przeciwny małżeństwu, ale szybko dał się przekonać (jakich Maria użyła ku temu sposobów - o tym niestety nie pisze). Był wszakże jeden ważny problem natury religijnej. Maria była katoliczką a Piotr protestantem. Jednak i tutaj Maria wykazała się sprytem i przebiegłością - obiecała Piotrowi że gdy tylko się pobiorą i wrócą do Holandii - ona przejdzie na protestantyzm, tymczasem aby małżeństwo było ważne, musiał udzielić go jakiś kapłan. Tak się złożyło że do Meknes przybyła grupa ojców franciszkanów, którzy doglądali chrześcijańskich niewolników z zamiarem ich wykupienia. Maria uprosiła jednego z nich, by jej i Piotrowi dał ślub w obrządku katolickim (Piotra oczywiście przekonała obietnicą swej konwersji na protestantyzm zaraz po powrocie do Holandii). Już w tydzień po śmierci Claesa, Maria była żoną Piotra. Ale mimo dopełnienia wszelkich religijnych formalności, małżeństwo nie było ważne, gdyż zarówno ona jak i on byli niewolnikami. Niewolnicy zaś nie mogli pobierać się i płodzić dzieci bez zgody swego właściciela - w tym przypadku sułtana Abdullaha.

Oczywiście sułtan unieważnił związek (którego w jego oczach w ogóle nie było). Ożenek bez zgody pana (a szczególnie ożenek w obrządku chrześcijańskim) był w krajach muzułmańskich surowo karany, jednak sułtan postanowił obejrzeć sobie kobietę, nim skaże ją za karę na tortury. Maria już wiedziała (zresztą jak pisze, wszyscy dokoła jej to uświadamiali) że jej jedyną szansą jest spodobać się władcy, tak, by on "ją polubił". Gdy przestąpiła drzwi wiodące do haremu władcy, jej oczom ukazał się przedziwny widok, jak sama pisze: "W sali u stóp sułtana leżało na poduszkach i matach z pięćdziesiąt kobiet. Jedna piękniejsza od drugiej (...) Ubrane były jak boginie, nadzwyczaj oszałamiająco. Każda miała przy sobie jakiś instrument, na którym grała i śpiewała". Jak dalej opowiada, widać było również hierarchię wśród samych kobiet. Najbliżej sułtana siedziały na barwnych krzesłach cztery jego główne żony: "Lśniły złotem, srebrem i pięknymi perłami. Nosiły również niezwykle cenne złote korony, które dodatkowo ozdobione zostały szlachetnymi kamieniami. Miały również złote pierścienie na każdym z palców".




Następnie Maria spojrzała na samego sułtana, który leżał rozciągnięty pomiędzy swymi żonami. Głowę miał na kolanach jednej a stopy na kolanach drugiej. Dodatkowo dwie pozostałe żony, jedna z jednej, a druga z drugiej strony: "Pieściły go" - jak dodaje Maria. Sułtan, gdy ją ujrzał, kazał jej wziąć do ręki cytrę i zagrać coś dla niego u jego stóp. Muzyka zapewne mu się spodobała, gdyż od razu postanowił uczynić z Marii swą konkubinę, lecz nakazał jej jednocześnie, by czym prędzej przeszła na islam. Maria... odmówiła. Ani sułtan, ani nikt z jego otoczenia nie był przyzwyczajony do otwartego sprzeciwu, a tym bardziej wypowiedzianego z ust kobiety. Nim sam władca zdążył ochłonąć po owej kategorycznej odmowie wypełnienia jego woli, jedna z żon podeszła do Marii i wyprowadziła ją z sali. Jak pisze Maria: "Żona ta, zajmowała się wynajdywaniem, kupowaniem i przygotowywaniem młodych dziewic dla sułtana, gdyż ten żądał nowej dziewicy w każdy piątek". Następnie żona ta zwołała inne nowe dziewczęta, które niedawno stały się własnością sułtana i wszystkim zakomunikowała że jeśli któraś z nich odmówi konwersji na islam, jej skóra będzie nacinana i zrywana płatami po kawałku. I jeśli nadal któraś nie zgodzi się na zmianę wyznania - już okaleczone miejsca będą dodatkowo przypalane, tak, by pozostawić bolesne i hańbiące blizny.

Pięć obecnych wraz z nią kobiet zgodziło się na zmianę wyznania, lecz Maria... ponownie odmówiła. Wówczas: "Zaczęła (owa żona), mnie bić i pluć na mnie", w tym momencie Maria uciekła się do ostateczności i stwierdziła ze jest już w ciąży i prosiła by tamta, jako kobieta, ulitowała się nad nią i jej nienarodzonym dzieckiem. Sułtańska małżonka przestała ją bić, a nawet obiecała że wstawi się za nią u sułtana. To oczywiście był blef, Maria nie była w ciąży, jednak postanowiła spróbować czy w ten sposób uda jej się coś wywalczyć i przetrwać. Nie była już dziewicą, więc jej wartość w oczach sułtana spadła. Przez kolejnych kilka tygodni sułtan próbował ją przekonać do konwersji na islam - bez skutku. Wreszcie zgodził się na jej małżeństwo z Piotrem Janszoonem. Związek został więc uznany za ważny przez samego sułtana, a Piotr stał się jednym z ulubionych niewolników sułtana i został nawet mianowany przez niego - przywódcą wszystkich niewolników. Pozycja Piotra brała się również z tego, że jako dawny przemytnik, potrafił wszystko "załatwić". Szczególnie pożądliwym towarem był alkohol (którego oficjalnie muzułmanom zabraniała spożywać ich religia). On, jako niewolnik i chrześcijanin, mógł więc bez przeszkód załatwiać alkohol dla sułtana, a w zamian ten obdarował go pokaźną willą z ogrodem i niewielką służbą. Maria, jako żona Piotra - żyła odtąd bardzo wygodnie, a para doczekała się... ośmiorga dzieci.




Jednak nadal byli niewolnikami i ich dalszy los zależał od kaprysu władcy. O tym jak ulotne mogą być pomyślne chwile, przekonali się Piotr i Maria w 1734 r. W sierpniu tego roku sułtan Abdullah został zrzucony z tronu i uwięziony przez swego brata Alego. Szansą pary na przetrwanie było podporządkować się nowemu władcy (pomimo tego, że wszystko zawdzięczali Abdullahowi). Tak też uczynił Piotr, który obiecał zdobyć z okazji objęcia tronu przez nowego sułtana (oczywiście nieoficjalnie) jeszcze większej niż dotychczas ilości alkoholu. Udało mu się to, gdyż nowy władca nic nie zmienił w dotychczasowym życiu pary. Niezwykła pozycja jaką posiadali Piotr i Maria w Sułtanacie Maroka (jeśli chodzi o chrześcijan) nie była tylko jego udziałem. Owszem, alkohol lał się w pałacu niczym woda, ale swe przetrwanie para zawdzięczała również Marii, która zaprzyjaźniła się z matką Alego - dostojną Halimą (w przeszłości również chrześcijańską niewolnicą, sprzedaną ojcu Alego i Abdullaha - Ismailowi ibn Sharifowi - jednemu z największych władców w historii Maroka, który przyjaźnił się z królem Francji Ludwikiem XIV - a który to uczynił ją jedną ze swych żon).

Tak więc pozycja Piotra i Marii w najmniejszym stopniu nie ucierpiała na zmianie panującego, a wręcz jeszcze wzrosła. Maria opisuje jak nowy sułtan Ali wezwał/zaprosił do swego pałacu Piotra, a następnie do sali weszły dwie młode dziewczyny, ubrane w mocno haftowane stroje. Sułtan powiedział: "Pokażę ci je", a następnie nakazał im rozpiąć górę sukni tak, by odsłoniły piersi. Następnie polecił im rozpuścić włosy, które były związane, a gdy to uczyniły długość ich kruczoczarnych loków sięgała prawie do bioder. Ponieważ Piotr nie przejawiał zainteresowania, sułtan powiedział: "Pokażę ci całą resztę", po czym nakazał by dziewczyny zrzuciły suknie i stanęły zupełnie nago. Następnie zapytał: "Czyż nie są piękne? Pochodzą z Italii, weź je sobie - są twoje!", ponoć Piotr nie chciał przyjmować "podarku", ale odmowa mogłaby obrazić władcę - wziął je więc na służące dla Marii.




A tymczasem Maria postanowiła dopomóc ciężkiemu położeniu (głównie chrześcijańskich) niewolników, którzy zostali zmuszeni do pracy ponad siły w kamieniołomach lub kopalniach, a ich jedyną racją żywnościową była kromka suchego chleba i łyk śmierdzącej wody dziennie. Najpierw zaczęła donosić im potajemnie żywność i alkohol, ale gdy wydało się że ktoś rozpija niewolników, całe podejrzenie mogłoby paść na Piotra, zaprzestała więc dostarczania alkoholu i odtąd (przez swe służące) przekazywała niewolnikom tylko jedzenie (jako ciekawostkę napiszę jeszcze że z opisu Marii wynika, iż sułtan wprowadził w haremie nową modę, która polegała na kolorowych, jednobarwnych strojach, noszonych przez cały tydzień przez sułtańskie konkubiny. Odtąd przez tydzień dziewczyny - które wylosowały z puli zieloną wstążkę - miały nosić zielone suknie i zwane były odtąd "Panią Zieleń", te które wylosowały niebieską - zwane były "Panią Błękit", a te które czerwoną - "Panią Czerwień" itd. Kobiety nosiły swe jednokolorowe suknie przez tydzień, do następnego losowania - oczywiście nie oznacza to, że przez tydzień chodziły w jednym i tym samym).




Pozycja, jaką osiągnęli Maria i Piotr, była w świecie muzułmańskim niezwykła i raczej niespotykana, jeśli chodzi o chrześcijan. Chrześcijańscy niewolnicy (mężczyźni) z reguły trafiali do kamieniołomów lub kopalni (ewentualnie na galery), gdzie pracując ponad siły, często zapadali na przeróżne choroby i szybko umierali (tym bardziej że muzułmanie nie dbali o tego typu niewolników, dając im częstokroć wodę lub żywność nie nadające się już do spożycia). Młodych, białych, chrześcijańskich chłopców - przeznaczano (po kastracji) na eunuchów w haremie sułtana, lub prywatnych, domowych haremach wielmożów. Zaś największy popyt był na młode, białe kobiety z Europy. Jeśli zaś dziewczyna nadal była dziewicą - jej cena wzrastała co najmniej dwukrotnie. Oczywiście nie wszystkie kobiety były przeznaczane do haremów, część kierowano do zwykłych prac domowych lub publicznych (w Maroku to właśnie niewolnice obsługiwały łaźnie miejskie, przynosząc z tego niekiedy znaczny dochód ich muzułmańskim panom).

Ale nie wszyscy niewolnicy musieli cierpieć zniewagi, bicie, wyczerpującą pracę ponad siły, czy tortury. Byli też tacy, którzy jak Piotr Janszoon - należeli do ulubieńców swych właścicieli. Wielu z nich nie tylko mogło posiadać własny majątek i niewolników, ale także pobierać dla siebie procent z transakcji przeprowadzanych w imieniu swych panów. Był tylko jeden warunek, za to niezwykle ważny - każdy niewolnik, który chciał polepszyć swój los, musiał przyjąć islam. To był warunek konieczny - niepodlegający dyskusji. Przypadek Piotra i Marii był więc wyjątkowy również dlatego, że należeli oni do samego władcy państwa, a nie zwykłego wielmoży. Mimo to - "Przywódca Prawowiernych" (jakiego tytułu używali między innymi sułtani) zezwolił im na pozostanie przy wierze chrześcijańskiej. Bez wątpienia był to przypadek odosobniony i niespotykany.

Jak już wspomniałem, w samym haremie władcy też panowała ścisła hierarchia, której nie wolno było przekroczyć. Na samej górze były cztery żony władcy (a wśród nich ważniejsze były te, które urodziły synów). Te żony, które urodziły chłopców - były w zasadzie samodzielnymi władczyniami haremu, mogły swobodnie decydować (bez porozumienia z sułtanem) o życiu i śmierci każdej zamkniętej w nim kobiety. Poza tym miały pierwszeństwo w kontaktach z władcą (a wśród nich szczególnie ta - której syna sułtan wybrał na swego następcę). Żony które urodziły synów, nosiły przepięknie zdobione, wykładane złotem i drogimi kamieniami - korony, oraz miały prawo do noszenia sobolowego futra i własne, prywatne komnaty w haremie, które niejednokrotnie same były małymi haremami. Poza tym łatwo było rozpoznać która żona jest tą pierwszą - gdyż to właśnie ona jako pierwsza, całowała dłoń władcy gdy przybywał do haremu (to też był przywilej). Żonom władcy podlegali również wszyscy haremowi eunuchowie (a to, że zostali oni pozbawieni męskości, nie oznaczało, że często nie dochodziło między nimi, a kobietami zamkniętymi w haremie do swoistych romansów. Wszystko oczywiście musiało pozostać w ścisłej tajemnicy, którą jednak w haremie rzadko kiedy można było utrzymać), włącznie z najważniejszym z nich, zwanym "Kyzłar Agasy" (naczelnik eunuchów). Te kobiety, którym udało się urodzić władcy syna i przekonać do ożenku - żyły niczym księżniczki z baśni z 1000 i jednej nocy, a wszystko w haremie podporządkowane było ich kaprysom.




Reszta kobiet musiała zadowolić się tytułem "Haseki Kadyn" (co znaczy - "Pani"). Gdy władca pojawiał się w haremie, każda "pani" musiała upaść do jego stóp, tak, by nie spojrzeć mu w oczy. Gdy któraś bez pozwolenia samego sułtana spojrzałaby na jego twarz, natychmiast zostałaby ukarana i poddana wymyślnym torturom (oczywiście nadzorczyniami kary byłyby żony władcy, które ściśle przestrzegały zasad panujących w haremie i surowo karały każdy przejaw niesubordynacji - a dodatkowo zazdrosne były o nowe dziewczęta, które mógłby wybrać sobie władca i spłodzić z nimi synów). Pozycja żon tym bardziej wzrastała, gdy to właśnie one decydowały która z haremowych dziewcząt odwiedzi sułtana danej nocy (były sporządzane prawdziwe grafiki i tylko dobra wola sułtańskiej małżonki mogła zdecydować o częstotliwości wizyt. A trzeba tu od razu zaznaczyć, że te kobiety były zamknięte w haremie bez możliwości jakiegokolwiek innego kontaktu z mężczyzną - każda z nich też miała swoje potrzeby seksualne, a tylko sułtan mógł tym potrzebom zadośćuczynić i jeśli nie zażyczył sobie konkretnej dziewczyny, to o kolejności i częstotliwości spędzanych z nim nocy decydowały wybrane żony władcy).

Życie w haremie zaczynało się bardzo wcześnie. Po porannej toalecie przychodził czas na bardzo skromne śniadanie a potem na podział obowiązków. Żony dzieliły zadania pomiędzy dziewczęta i tak "Pani Szaty" nadzorowała niewolnice (dziewczyny te były własnością wszystkich kobiet haremu), które szyły nowe ubrania dla kobiet (ubrania dla samego władcy szyły osobiście jego żony). "Pani Kawy" - zajmowała się nadzorowaniem tych niewolnic, które zaopatrywały mieszkanki haremu w najróżniejsze napoje, szczególnie kawę. Były tez "Panie", które zajmowały się zaopatrywaniem kobiet w owoce i przysmaki oraz oczywiście śniadanie, obiad i kolację. Była "Pani" nadzorująca niewolnice zajmujące się haremowym ogrodem i wiele innych podobnych zadań. Żony rzadko kiedy przebywały w otoczeniu innych mieszkanek haremu, raczej korzystały z przywileju prywatności - zamknięte w swych apartamentach. A reszta dziewcząt wówczas spędzała czas same ze sobą. Był to jednak czas bardzo przyjemny - zajmowały się głównie upiększaniem własnego ciała, kąpielami, spacerami w ogrodzie, piknikami na trawie, grą na różnych instrumentach i tańcem. Obiad był zawsze w południe i był obfitszy niż śniadanie, a kolacje należały do bardzo wystawnych.

Były też indywidualne święta, wyznaczane przez sułtana lub jego małżonki. Okazją do świętowania było np. poznanie nowej faworyty władcy lub defloracja nowej dziewicy. To były takie małe święta w haremie, chociaż okazji do świętowania nigdy nie brakowało (kobiety ucztowały po prostu z nudów). W haremie nie brakowało też kosztowności, pereł, złota. Każda z dziewcząt otoczona była zewsząd całym tym przepychem (nawet buty były ozdabiane drogimi kamieniami). Niektóre dziewczęta wybierano na degustatorki sułtańskich potraw. Od tej chwili ich życie wisiało na bardzo cienkim włosku, wystarczyło bowiem by potrawa którą próbowały nim skosztował jej władca, była zatruta - dziewczyna częstokroć umierała w strasznych mękach, a wówczas po prostu... wybierano nową degustatorkę.

 


Kolejne lata, to okres dość burzliwy w dziejach Maroka. Już w 1736 r. uwięziony sułtan Abdullah Ismail as-Samin obalił swego przyrodniego brata Alego i ponownie objął tron (po półtorarocznej przerwie). Teraz to on uwięził Alego. Aby jednak ten nie próbował ponownie zdobyć tronu, kazał go oślepić i trzymać w zamkniętej celi (nie mógł go jednak zabić, gdyż Ali, tak jak i on sam byli braćmi pochodzącymi z jednego rodu. Gdyby kazał zamordować brata, oznaczałoby to iż nie ma szacunku do własnego rodu, gdyż przelanie krwi członka rodziny sułtańskiej - było równoznaczne z wystąpieniem przeciwko Allahowi. Gdyby go zamordował, ktoś inny mógłby zamordować jego samego). Mimo to Abdullahowi nie było dane panować w spokoju. Już bowiem w dwa miesiące po odzyskaniu władzy, został... ponownie obalony i uwięziony. Tym razem przez kolejnego swego brata przyrodniego - Mohameda, który koronował się jako Mohamed II. Również i jego rządy były krótkie, w czerwcu 1738 r., (po prawie dwóch latach panowania) i ten władca został obalony przez kolejnego (czwartego już) brata przyrodniego - Al-Mustadiego. I jego rządy nie przetrwały długo, w lutym 1740 r. został obalony i uwięziony przez Abdullaha, który objął już tron po raz trzeci (1729 - 1736 - 1740).

Przez cały ten okres wewnętrznych zawirowań i politycznych niesnasek w łonie dynastii panującej, pozycja Piotra i Marii w żaden sposób nie uległa zmianie. W dużej mierze należy przypisać to umiejętnościom samej Marii, która zaprzyjaźniła się z wieloma kobietami z sułtańskiego haremu, a dzięki nim docierała do samego sułtana. Każdy kolejny władca potwierdzał pozycję jaką Piotr i Maria posiadali, a ponieważ on wciąż pośredniczył w handlu alkoholem - ich majątek wciąż rósł. Postanowili że jeśli zbiorą odpowiednią kwotę - wykupią się z niewoli i wrócą razem do Holandii. Niestety, żaden z kolejnych władców Maroka nie chciał się zgodzić na wyjazd Marii i Piotra z jego kraju (kto by ich wtedy zaopatrywał w alkohol 😉). Nie godzono się także na wykup ich przez państwo holenderskie. Przez siedem lat Maria próbowała przekonać kolejnych władców by pozwolili jej z mężem odpłynąć do Holandii - wszystko daremnie. Nie pomagały ani wstawiennictwo sułtańskich matek, ani innych faworyt sułtańskiego haremu - Abdullah nie chciał się zgodzić na wyjazd kogoś, kto zapewniał mu stały napływ alkoholu do pałacu (a jako muzułmanin nie mógł tego alkoholu kupić oficjalnie).


Oto jak Maria opisuje jedną ze swoich wizyt w haremie sułtańskim w Meknes:

"Przechodząc pomiędzy rzędami eunuchów, minęliśmy wejście do haremu, prowadzące do wielkiej sali. Na środku dziedzińca, prowadził ciąg płytkich podłużnych basenów, połączonych ze sobą wąskimi kanałami, przez które woda sączyła się do znajdującego się w centralnym punkcie sali srebrzystego basenu. Na kamiennej ławce wokół basenu siedziała piękna, młoda i bezwstydnie naga biała kobieta, której włosami zajmowała się inna, czarna kobieta, ubrana w kolorowy strój afrykański. W centrum basenu była fontanna, z której tryskała woda, a dwie nagie dziewczyny pluskały się w niej, skrzecząc jak podekscytowane dzieci. Z każdej strony sala była otoczona kolumnadą piętrzących się łuków, wokół których siedziały kobiety różnych narodowości i koloru skóry. Pomiędzy kolumnadami były drzwi, prowadzące do mniejszych sal. Nim weszłam do jednej z nich, zatrzymał mnie eunuch, o skórze ciemnej niczym heban. Wskazując na bicz, przywieszony do pasa, kazał mi zaczekać. On tymczasem poszedł do komnaty Safiy, jednej z ulubionych żon sułtana, z pytaniem czy zechce mnie dziś przyjąć".
  
Safira przyjęła wówczas Marię, ale niewiele z tego wynikło. Przez siedem lat Maria starała się uzyskać sułtańską zgodę na wyjazd z Piotrem z Maroka - bezskutecznie. Jednak w 1743 r. (po dwunastu latach spędzonych w niewoli przez Marię i 24 spędzonych w niewoli przez Piotra Janszoona) sułtan wreszcie dał się przekonać. Co zaważyło na jego decyzji? Prawdopodobnie pieniądze, które za ową dwójkę i innych holenderskich niewolników miało zapłacić państwo holenderskie. Sułtan Abdullah, wciąż zagrożony kolejnymi przewrotami pałacowymi i niesnaskami rodzinnymi, potrzebował pieniędzy, by opłacić nimi swych zwolenników i wierne mu wojsko. Transakcja została więc zawarta - Maria, Piotr i dwójka ich dzieci (z ośmiorga które się im urodziły w Maroku - sześcioro zmarło w młodym wieku, nim cała rodzina uzyskała wolność), wrócili do Holandii w lecie 1743 r. Zamieszkali w rodzinnym domu Piotra w miejscowości Medemblik. Jednak osiadłe życie bardzo nudziło Piotra. Pragnął ponownie wypłynąć na morze, do odległych krain (a poza tym kończyły się pieniądze, które Piotr zbił na handlu alkoholem w Maroku). Aby więc dopomóc rodzinie (i własnej pogoni za przygodą) w 1745 r. zaciągnął się Piotr na jeden z okrętów handlowych, płynących do Indii. Nie jest wiadome z czego przez ten czas utrzymywała się Maria, ale najprawdopodobniej z tych oszczędności, które jej jeszcze pozostały.

Gdy i one zaczeły się kończyć, Maria postanowiła... napisać książkę i opisać w niej wszystkie swoje przygody, które przeżyła u boku Piotra w sułtańskim Meknes w Maroku. Książka ukazała się w 1748 r. i natychmiast stała się prawdziwym bestsellerem w Holandii, a wkrótce w całej chrześcijańskiej Europie. (czytano ją także na królewskich dworach). Popularność tej książki brała się stąd, iż ludzi byli ciekawi, jak to się stało że chrześcijańska kobieta, która trafiła do haremu, nie tylko wytrwała w swej wierze, ale zbiła tam majątek, a w konsekwencji została uwolniona i wróciła do kraju. A jeszcze większą ciekawość budził fakt, iż zdecydowała się opisać swoje przygody (jej relacja jest jedyną tego typu relacją spisaną przez kobietę do XIX wieku). Dzięki popularności tej książki (i jej losów) - Maria znów stała się bogatą osobą, przeżyła jednak wówczas osobiste dramaty, jeden po drugim. W przeciągu kilku następnych miesięcy 1748-49 r. zmarło dwoje dzieci Marii i Piotra (te, z którymi wrócili z Maroka), a w 1750 r. Maria otrzymała wiadomość, że Piotr również zmarł gdzieś w Indiach. Ponownie była sama. Miała już 46 lat i straciła wszystkich swych bliskich - męża, z którym przeżyli tyle wspólnych przygód w marokańskiej niewoli i ośmioro dzieci. Nic już jej nie trzymało w Holandii.

W marcu 1751 r. wypłynęła (na jednym z okrętów) do Południowej Afryki (wówczas holenderskiej kolonii ze stolicą w Kapsztadzie) zwanej wówczas Kolonią Przylądkową. Nie wiadomo jakie były jej dalsze losy w tym kraju (najprawdopodobniej zmarła lub zginęła tam niedługo po swym przyjeździe, gdyż nie ma jakiejkolwiek dalszej informacji na jej temat).

Tymczasem sułtan Abdullah w 1747 r... ponownie został obalony, przez Al-Mosadiego i po raz czwarty powrócił do władzy w październiku 1748 r. już na stałe (wcześniej oślepiając Al-Mosadiego i innych swych braci). W 1757 r. po jego śmierci, na tron Maroka wstąpił jego najstarszy syn (ze związku z Safiyą) - Mohamed III.




Tak kończą się losy kobiety, dzięki której opowieściom Zachód poznał tajemnice sułtańskich haremów i dzięki nim ukształtował sobie wizerunek orientalnego władcy, jego haremu i zamkniętych w nim kobiet na długie lata (powielane potem przez kino i film).

14 września 2025

WINO, KOBIETY I... TRON WE KRWI - CZYLI PONURY CIEŃ BIZANCJUM - Cz. III

NIM JESZCZE 
NAD KONSTANTYNOPOLEM
ZAŁOPOTAŁ ZIELONY
SZTANDAR MAHOMETA





I
JAK AZJATKA Z AFRYKANEREM
(CZYLI PIERWSZA "BIZANTYJKA"
NA RZYMSKIM PALATYNIE)
Cz. II 




"GDY KOLOSEUM STOI, RZYM STAŁ BĘDZIE,
GDY ONO PADNIE - I RZYM SIĘ POWALI,
A Z RZYMEM LEGNIE I ŚWIAT W JEDNYM RZĘDZIE"

GEORGE GORDON BYRON


Tak więc po roku 182 i aferze związanej z planami zamordowania młodego władcy - Kommodusa, Lucjusz Septymiusz Sewer wycofał się całkowicie z życia politycznego i wyjechał z żoną Pakką Marcjaną do Aten, gdzie na krótko osiadł. Tam zwiedzał zabytki, studiował prawo i retorykę i wyczekiwał bezpieczniejszych czasów. Tymczasem Rzymem władało (po 182 r.) troję ludzi - zamknięty w swym pałacu na Palatynie (i w podmiejskich willach), całkowicie odizolowany od mieszkańców, pogrążony w swych lękach i fobiach oraz rozpuście, cesarz Kommodus, jego kochanka, była niewolnica, obecnie wyzwolenica - Marcja (która miała na niego ogromny wpływ), oraz prefekt pretorianów - Sekstus Tygidiusz Perennis, przy czym to właśnie ten ostatni zapragnął teraz uzyskać niepodzielne uznanie władcy. Czynił to w sposób wręcz bezczelny, taki, który jawnie narażał go na niebezpieczeństwo posądzenia o... dążenie do uzyskania cesarskiej purpury. Mając kilku synów, powierzał im najlepsze i najzamożniejsze urzędy namiestników prowincji i dowódców legionowych, stworzył też sieć donosicieli, którzy mieli go informować o tym jakie są nastroje zarówno wśród rzymskiej elity jak i rzymskiego plebsu. Wkrótce jednak zaczęły mnożyć się problemy. Oto bowiem większość pieniędzy szła na wyposażenie cesarskiego dworu, a to sprawiało iż pieniędzy zaczęło brakować dla wojska. Oczywiście Perennis dbał by nie zabrakło ich dla żołnierzy gwardii pretoriańskiej, jako że to właśnie oni byli jedyną siłą, mogącą bezpośrednio wpływać na wybór każdego kolejnego władcy, ale już dla wojsk pogranicznych żołd przychodził z dużym opóźnieniem, co często prowadziło do lokalnych buntów wojskowych. 

W 184 r. ostatecznie wstrzymano wszelkie płatności na rzecz fundacji alimentacyjnych (wspomagające ubogie dzieci, samotne kobiety czy bezdomnych mieszkańców miasta). Aby zdobyć pieniądze, Perennis zaczął zmuszać zamożnych mieszkańców do przymusowych opłat, pod groźbą kary (a przecież wystarczył donos iż taki a taki obywatel źle życzy cesarzowi, aby wytoczyć mu proces i skazać na śmierć, jednocześnie konfiskując cały jego majątek, dlatego też większość wolała zapłacić pewną kwotę, niż potem stracić wszystko). Perennis oszczędzał Marcję, jako że zdając sobie sprawę z ogromnego wpływu jaki miała ona na Kommodusa, uznał że jeszcze nie czas by się jej pozbywać. Wydawało mu się że kontroluje wszystko w mieście i że żadna intryga nie może przejść bez jego wiedzy, ale (jak wielu przed nim i po nim) przeliczył się. Niepostrzeżenie wyrósł mu bowiem silny konkurent, który na pierwszy rzut oka nie sprawiał wrażenia kogoś, kto mógłby zagrozić władzy Perennisa. Owym konkurentem okazał się niejaki Kleander. Był to przebiegły osiłek, który co prawda jedyne do czego się nadawał, to było noszenie ciężarów, jednak zdobył sobie (własną siłą) uznanie Kommodusa i postanowił to wykorzystać dla własnej kariery. Był co prawda niewolnikiem (podobnie jak wcześniej Marcja) i pochodził z Azji Mniejszej, został jednak kupiony do służby pałacowej (jeszcze za Marka Aureliusza) i szybko zyskał uznanie młodego Kommodusa swoją wytrzymałością (także seksualną) i pomysłowością w organizowaniu kolejnych orgii. Kommodus cenił w nim zarówno siłę (np. każąc mu by podczas orgii chędożył jedną, lub nawet dwie partnerki, trzymając obie na rękach) jak i spryt, za które to wyzwolił Kleandra i uczynił zamożnym człowiekiem (podobnie jak Marcję). Gdy zabrakło Saoterosa (byłego pokojowca Kommodusa i organizatora jego orgii - skazanego na śmierć w 182 r. jako współwinnego spisku siostry cesarza Lucylli - o czym pisałem w poprzedniej części), jego miejsce zastąpili właśnie Marcja i Kleander. 

Pozycja jaką zdobył w pałacu cesarskim, wybitnie nie wystarczała Kleandrowi. Zaczął nawet marzyć o władzy nad... cały Imperium. Jednak aby tak się stało, należało obalić wszechwładnego Perennisa. Będąc bezpośrednio w otoczeniu cesarza, starał się schlebiać jego próżnościom tak, aby uzyskać dzięki temu coraz większe dla siebie przywileje. Gdy Kommodus uznał się za wcielenie nowego Herkulesa, to właśnie Kleander jako pierwszy miał mu podsunąć ten pomysł, twierdząc że ktokolwiek nie ujrzy we władcy Herkulesa, ten jest jego wrogiem i zasługuje na śmierć. Tak więc teraz Kommodus biegał po arenie Koloseum opasany skórami zwierząt, jako nowy Herkules i zabijał maczugą dzikie zwierzęta (które jednak były już poranione lub trzymane na specjalnych łańcuchach, tak, aby nie mogły wyrządzić władcy żadnej krzywdy), przez co w oczach tłumu wychodził na niezwyciężonego. Tak więc Kommodus bawił się w taki sposób, a Perennis i Kleander zaczęli ostro ze sobą rywalizować. Oto bowiem w 185 r. nadarzyła się okazja do bezpośredniego uderzenia w Perennisa, gdy z Brytanii przybyła delegacja z oficjalną skargą na prefekta pretorianów, który obsadził w roli namiestnika tej prowincji, jednego ze swoich synów. Doprowadziło to wręcz do buntu tamtejszych trzech legionów i spowodowało że przerażony obrotem spraw Kommodus, oskarżył Perennisa o zdradę stanu i skazał go na śmierć (oraz konfiskatę mienia). Natomiast na jego miejsce powołał właśnie... Kleandra. Tak oto były niewolnik stał się teraz prefektem pretorianów i prawdziwym władcą Rzymu. Pod jego pięcioletnimi rządami korupcja w mieście osiągnęła swoje apogeum, a nowy prefekt kazał sobie sowicie płacić za każdy publiczny urząd. Każdy, bez względu na to czy starał się o stanowisko sędziego czy urzędnika miejskiego, musiał najpierw sowicie opłacić się Kleandrowi, za którego wsparciem cesarz dopiero mianował kolejnych kandydatów (a stawki były olbrzymie, o czym świadczy los pewnego bogacza, który za możliwość otrzymania nobilitacji senatorskiej, zapłacił Kleandrowi... całym swoim majątkiem, a potem śmiano się z niego że: "został wygnany do Senatu"). O skali patologii jaka się wówczas namnożyła, świadczy fakt, iż w przeciągu tylko jednego roku zmieniło się... 25 konsulów i każdy za swój urząd musiał opłacić się Kleandrowi.


KOMMODUS JAKO NOWY HERKULES



Zdobywszy ogromny majątek, Kleander postanowił się ożenić. Na żonę wybrał sobie jedną z kobiet uczestniczących w orgiach Kommodusa, a przyjęcie weselne zorganizował sam władca. Kleander żył niczym prawdziwy lord, posiadał kilka willi i domów w Rzymie, jego majątek liczył kilkaset milionów sesterców, oraz tysiące niewolników (miał prywatnych cukierników, piekarzy, kucharzy i wielu innych sług). Ale podczas gdy dwór cesarski opływał w dostatki, lud doświadczył pierwszych (od lat) oznak głodu. Co prawda zamiast chleba, organizowano dla ludu igrzyska (już w czasach Marka Aureliusza było aż 180 dni igrzysk w roku, czyli dni wolnych od pracy), to jednak zaczęły się pierwsze poważne niepokoje. Niezadowolenie w Brytanii, Galii i Hiszpanii pociągało za sobą pewne społeczne konsekwencje, ale kulminacja nieszczęść nastąpiła w 186 r. gdy nie tylko w Rzymie, ale w całej Italii zapanował głód. Powstały dwa światy - świat oderwanych od rzeczywistości bogaczy, należących do cesarskiego dworu, uczestniczących w orgiach i przyjęciach podczas których podawano najwykwintniejsze dania, a wino lało się strumieniami. Świat w którym niewolnicy i byli niewolnicy stawali się bajecznie bogatymi, wręcz udzielnymi książętami i w którym seks i przemoc była nieodzownym elementem codzienności. Drugim światem był świat niemajętnych mieszkańców Rzymu, coraz bardziej ubożejącej klasy średniej (ekwitów) i ludu, który często polegał na państwowych zapomogach (wstrzymanie środków dla funduszy alimentacyjnych doprowadziło do prawdziwej katastrofy i ogromnego wzrostu bandytyzmu na rzymskich ulicach). Pojawiła się też drożyzna, jako że większość towarów szła na zaopatrzenie dworu i możnych, a to co zostawało dla obywateli, było wybitnie niewystarczające. Nic więc dziwnego że w tych trudnych czasach pojawił się człowiek, którego dziś byśmy mogli porównać z Robin Hood'em lub naszym Janosikiem, który "zabierał bogatym a dawał biednym". Człowiek ten nosił imię Maternus.


"PIENIĘDZMI PRZYJAŹNI HETMAŃSKIEJ NIE KUPUJE SIĘ PANIE!"



Nim wkroczył na drogę występku (został bowiem uznany przez władze za bandytę), był żołnierzem i służył w jednym z nadreńskich legionów w Galii. Nie należał też do ludzi przestrzegających dyscypliny, za co był kilkukrotnie karany. Wreszcie zdezerterował z wojska i w krótkim czasie zgromadził wokół siebie sobie podobnych śmiałków, z których stworzył "leśne wojsko" (185 r.). Na ich czele dokonywał cudów odwagi, napadając np. na miasteczka i każąc skorumpowanych lub surowych naczelników. Rozbijał więzienia uwalniając zbiegów i rzezimieszków, którzy dołączali do jego "leśnej armii". Rabował bogaczy zgarniając ich łupy (choć obiecywał równy ich podział tym, którzy dołączyliby do jego oddziału). Okoliczny lud (a także niewolnicy) zaczął w nim widzieć wybawiciela od swego ciężkiego losu, przeto szeregi Maternusa rosły bardzo szybko. Każdy bowiem chciał uszczknąć coś z owych bogactw, które bogaczom zabierał Maternus. Dla nowo przybyłych zorganizowano szkolenia wojskowe, tak, aby uczynić z nich regularną armię. A ludu było dużo, o czym świadczy fakt, że jeszcze w owym 185 r. Maternus zdecydował się uderzyć na dobrze ufortyfikowane miasto Argentoratum (dzisiejszy Strasburg), w którym stacjonował VIII Legion Augusta. Atak co prawda zakończył się porażką (gdyż "ósemka" obroniła miasto), ale sam fakt że w ogóle do niego doszło, świadczy o sile i liczebności oddziałów Maternusa, które zresztą po tej porażce wcale się nie rozpadły. Wieści o tym szybko też dotarły do Rzymu, gdzie wzburzony Kommodus słał listy do namiestników okolicznych prowincji, żądając szybkiego zdławienia buntu i ukarania zbiegów. Wysłał też do Galii Gajusza Pescenniusza Nigra, lecz ostatecznie bunt stłumił najprawdopodobniej (bo nie ma co do tego zgodności) namiestnik Germanii Superior - Marek Helwiusz Klemens Detrianus w marcu 187 r. Mimo to nie udało mu się ani pojmać Maternusa, ani też schwytać jego ludzi. 




Maternus z garstką swych żołnierzy przetrwał bowiem bitwę i teraz postanowił zemścić się na... samym cesarzu Kommodusie. Postanowił zamordować cesarza w samym Rzymie, najlepiej na oczach tłumu podczas igrzysk. Przekradł się więc z towarzyszami przez Alpy i wszedł do Italii. Zamach planował przeprowadzić dnia 25 kwietnia, w święto Matki Bogów (było to po prostu święto karnawałowe, w czasie którego ludzie przebierali się za kogo chcieli). Postanowił to uczynić przebrany w strój pretorianina. Zamach jednak się nie powiódł, gdyż zaważył "czynnik ludzki". Mianowicie kilku członków bandy Maternusa było zazdrosnych o jego sławę i obawiało się by w przypadku sukcesu zamachu, nie został on właśnie wybrany nowym cesarzem (sądzili że gdyby zabił cesarza podczas igrzysk, lud mógłby właśnie jego obrać kolejnym władcą, co oczywiście było dość groteskowym pomysłem, gdyż z pewnością wcześniej Maternus ległby pod ciosami mieczy pretorianów). Maternus został więc zdradzony, aresztowany, poddany torturom i skazany na śmierć. Zginął wraz z tymi, którzy... go zdradzili. Ten spisek jednak spotęgował jeszcze paranoję Kommodusa, który podwoił liczbę własnej ochrony i całkowicie już odizolował się od reszty społeczeństwa. Jednak pod wpływem tych wydarzeń i rozruchów jakie miały miejsce w Galii (Hiszpanii i Brytanii), Kommodus postanowił uczynić coś, aby ułatwić sprowadzanie zboża z Afryki, które miało zapobiec pojawiającej się w Italii epidemii głodu. Jeszcze w 186 r. utworzył stałą linię żeglugową pomiędzy Ostią (i innymi miastami Italii) a Kartaginą (i kilku innymi miastami Afryki), wzorując się na wcześniejszej linii rzymsko-egipskiej (classis Alexandrina), powstałej za czasów Wespazjana (czyli ponad sto lat wcześniej) i w tym okresie już nie istniejącej. Miało to rozładować wzburzone nastroje ludu i poprawić zaopatrzenie Italii w żywność. Okazało się jednak powodem do kolejnego niezadowolenia mieszkańców Italii.




Nim jednak do tego doszło, należy słów parę powiedzieć o losach Septymiusza Sewera i jego wybranki. Otóż bowiem ok. 185 r. Septymiusz został wezwany do Rzymu przez Kommodusa i otrzymał namiestnictwo prowincji Galii Lugdunensis (obejmującej m.in. takie miasta jak: Lugdunum - dzisiejszy Lyon, czy Lutecja - dzisiejszy Paryż, całą Normandię i Bretanię). Przeniósł się więc do Lugdunum z Aten wraz z żoną, która w kilka miesięcy później (już w 186 r.) tam zmarła. Prawdopodobnie nie służyło jej tamtejsze powietrze, choć oczywiście powody jej zgonu ciężko dziś przewidzieć. Po śmierci pierwszej żony, Sewer postanowił ożenić się po raz drugi. A ponieważ lubował się w astrologii, miał ponoć (choć ja osobiście uważam że stały za tym inne niż "astronomiczne" przesłanki) uznać, iż układ gwiazd jego i córki kapłana boga Elagabala - Julii Domny, jest tożsamy i że przez to są sobie przeznaczeni. Najpierw więc przez przyjaciół obecnych w Syrii, a potem osobiście udając się do Emesy, poprosił o rękę młodej dziewczyny. Latem 187 r. odbył się w Emesie ślub 42-letniego Septymiusza Sewera i 22-letniej Julii Domny. Bardzo szybko doczekał się też synów - 4 kwietnia 188 r. urodził się Marek Septymiusz Basjanus (znany potem jako cesarz Karakalla), oraz 7 marca 189 r. drugi syn Publiusz Septymiusz Geta. Także w 189 r. Septymiusz Sewer powrócił do Rzymu, gdzie sprawował swój pierwszy konsulat, zaś w 190 r. został namiestnikiem Panonii Górnej nad Dunajem (tereny dzisiejszej Austrii oraz Słowenii). Tam, w przeciągu dwóch lat zdobył dużą popularność wśród żołnierzy, dzięki której zaraz po zamordowaniu Kommodusa zostanie okrzyknięty nowym cezarem. Ale nim to nastąpi, wróćmy jeszcze do Rzymu.      




Oto bowiem prefekt miasta Rzymu, który nienawidził Kleandra, postanowił doprowadzić do wstrzymania dostaw zboża afrykańskiego do Rzymu (przetrzymując je w magazynach w Kartaginie) i jednocześnie ogłaszając, że powodem zwłoki jest nieudolność Kleandra, który nie potrafi dobrze wykonywać powierzonych mu obowiązków. Ludzie prefekta zaczęli też podburzać tłum, wszędzie rozgłaszając że Kleander celowo opóźnia dostawy, aby, gdy lud będzie już na skraju wytrzymałości, sprzedać je po zawyżonych cenach. Zaczęły się więc zamieszki (190 r.), które najpierw rozpoczęły się w Cyrku Wielkim (ta eliptyczna budowla widoczna na pierwszym planie powyższego zdjęcia) podczas wyścigów rydwanów. Lud zaczął wówczas skandować: "chcemy chleba, nie igrzysk" (co potem urosło do rangi symbolu). Potem zamieszki rozlały się po całym mieście. Wzburzony lud protestował pod pałacem Kleandra z zamiarem spalenia go (uniemożliwił im to oddział pretorianów, który ochraniał dom Kleandra). Ale rewolta wzburzonego ludu rozlała się poza mury miasta i dotarła do pod-rzymskich posiadłości cesarza. Kleander skierował przeciwko nim jazdę pałacową, która zmusiła lud do wycofania się do miasta (padło wielu zabitych i rannych). Pod wpływem jednak tej masakry od Kleandra odwrócili się... pretorianie, którzy teraz stanęli po stronie miejskiego ludu. Znów ruszono na podmiejską willę cesarza. Kommodus właśnie wypoczywał po skończonym posiłku, gdy do jego komnaty weszła przerażona Marcja, informując go o nadchodzącym wzburzonym tłumie ludu rzymskiego, wspartym pretorianami. Cesarz zareagował jak zwykle w takich warunkach, nakazał przyprowadzić do siebie Kleandra, po czym kazał go zamordować. Następnie zabito jeszcze małego synka Kleandra (jego matka, która trzymała go na rękach, też została poważnie zraniona), a ich trupy rzucono ludowi na pastwę. Wzburzony lud bił więc kijami ciało znienawidzonego prefekta, po czym odcięto mu głowę i nabito na włócznię, obnosząc ją wszędzie po ulicach Rzymu (ciało wrzucono do Tybru). A tymczasem Kommodus postanowił się... ubóstwić i zaliczyć w poczet żyjących bogów. 🥴




CDN.

WIELKA WOJNA NA WSCHODZIE - Cz. V

OSTATNIA WOJNA 
HELLEŃSKIEGO ŚWIATA





EGIPT PTOLEMEUSZY
(RETROSPEKCJA)
Cz. V




Gdy zbiegły z miejsca koncentracji perskich wojsk w Palestynie, grecki strateg Ifikrates, ponownie przybył do Aten (listopad 373 r. p.n.e.) mieszkańcy miasta na Zgromadzeniu Ludowym obrali go dowódcą ateńskiej floty (która była teraz główną flotą odrodzonego w 378 r. p.n.e. II Związku Morskiego). Jego powrót nie wszystkim Ateńczykom przypadł do gustu, szczególnie zaś najmniej cieszył się z tego niejaki Timoteos, który teraz został pozbawiony dowództwa floty na korzyść Ifikratesa. Pomimo niepewnej sytuacji w różnych satrapiach swego wielkiego Imperium, Król Królów Artakserkses II potrafił jednak doskonale rozgrywać między sobą nie tylko greckie polis (wymuszając na nich przestrzeganie zasad pokoju Antalkidasa - bardzo korzystnego dla Persji, zawartego zaś w latach 387-386 p.n.e. - ta kilkumiesięczna zwłoka brała się stąd, że niektóre polis trzeba było przekonać groźbą do podpisania tego pokoju, a czynili to głównie Lacedemończycy i Ateńczycy), ale również samych Greków przeciwko sobie. Gdy więc władca Persji dowiedział się o zastąpieniu Timoteosa Ifikratesem na stanowisku dowódcy ateńskiej floty, natychmiast wysłał swych przedstawicieli do Aten, aby porozumieć się z Timoteosem i zaproponować mu robotę, tę samą, którą porzucił z obawy o własne życie Ifikrates, czyli objęcia dowództwa nad greckimi najemnikami w Syrii i Palestynie, przed spodziewaną kolejną inwazją perską na Egipt. Zapewne porozumiano się w tej sprawie, gdyż już w maju 372 r. p.n.e. Timoteos był w drodze do Syrii i wkrótce objął dowództwo nad greckim kontyngentem najemnym, będącym na perskim żołdzie (przybywać tam będzie przez kolejne pięć lat). A tymczasem w różnych satrapiach Imperium (głównie zachodnich), dojrzewały lokalne ośrodki buntu przeciwko władzy "Wielkiego Króla". Na razie nie było to jeszcze tak oczywiste i nie zawsze ci, którzy na pierwszy rzut oka wydawali się być pewnymi buntownikami, takowymi się ostatecznie okazywali, częściej buntowali się ci, którzy władali małymi satrapiami, lub tymi, które miały większy kontakt z kulturą grecką. Mimo to wzrok dworu królewskiego w sardes padł teraz na niejakiego Datamesa (po aramejsku jego imię brzmiało Tadanmu), który był satrapą dużej prowincji, znajdującej się w środkowej i północnej części Azji Mniejszej - Kapadocji. Ów Datames właśnie w 373 r. p.n.e. zaczął bić własną monetę (a począwszy od starożytności aż po nasze czasy, ci, którzy mają możliwość kontroli pieniądza, ci mają realną władzę). A na monetach które wybijał Datames, kazał siebie portretować siedzącego na tronie, w obu rękach trzymał strzały, pod tronem z kwiatem lotosu znajdował się fenicki bóg Baal, natomiast nad postacią Datamesa czuwał perski Ahura Mazda. Artakserkses jednak nie wyciągnął przeciwko niemu żadnych konsekwencji, tym bardziej że wcześniej sam nakazał bić nowe monety i werbować wojsko do kolejnej inwazji na Egipt. Niespokojnie było również w sąsiadującej z Kapadocją Paflagonii, którą władał niejaki Tys - kuzyn Datamesa. Jedynym pocieszeniem dla Wielkiego Króla był fakt, że ta dwójka wzajemnie się nienawidziła, i to co czynił jeden, drugi automatycznie robił na przekór. W lesistej Kataonii na południu Azji Mniejszej znajdował się też kolejny przyszły buntownik, o imieniu Aspis.


PAŁAC KRÓLA KRÓLÓW W PERSEPOLIS 



W Karii zaś, satrapi położonej w południowo-zachodniej Azji Mniejszej tuż nad granicą z Jonią, od 377 r. p.n.e. władał Mauzolos, najstarszy syn satrapy Hekatomnosa (który wywodził się z dynastii lokalnych władców Mylasy, największego miasta w Karii i jako pierwszy w rodzie został satrapą całej prowincji w 395 r. p.n.e., która dla niego była ojczyzną, gdyż był on rodowitym Karyjczykiem). Mauzolos co prawda urodził się i wychował w Karii, ale realnie on, jego ojciec, a nawet dziadek - Hysaldomos z Mylasy - byli w stu procentach zhellenizowani i zapewne bardziej czuli się Grekami niż Karyjczykami (chociaż bliskość tej satrapii do greckich polis w Joni czy Eolii nie mogła świadczyć o niczym innym, niż tylko o hellenizacji lokalnych władców - co się zaś tyczy mapki, to dokładną mapę Karii i Joni, a także Lidii i Eolii zamieściłem w III części tej serii). Mauzolos poślubił swą siostrę Artemizję i było to niezwykle zgodne i dobre małżeństwo (Artemizja bardzo kochała swego męża-brata i to tego stopnia, że po jego śmierci kazała jego ciało spalić, a następnie wsypywała te prochy sobie do wina i piła je, jednocześnie w każdym miesiącem tracąc urodę i witalność. Ostatecznie zmarła w dwa lata po jego śmierci. Była ona również autorką wspaniałego monumentu, który został zapisany jako jedno z Siedmiu Cudów Starożytnego Świata - Mauzoleum w Halikarnasie - nowej stolicy Mauzolosa, gdzie przeniósł on dwór  z Mylasy. Mauzoleum Mauzolosa zostało zaprojektowane i rozpoczęto jego budowę jeszcze za życia władcy, dokończyła je zaś Artemizja. Ostatecznie projekt dwóch greckich architektów Satyrusa i Pytiusza został ukończony w roku 350 p.n.e. trzy lata po śmierci Mauzolosa i w rok po śmierci Artemizji. Było to majestatyczne mauzoleum o wysokości 45 m zbudowane z białego marmuru, będące miejscem pochówku Mauzolosa i jego siostry-żony. Lukian w "Dialogach zmarłych" tak oto opisywał ów cud świata, który widział na własne oczy: "Mam nad sobą w Halikarnasie gigantyczny pomnik, jakiego nie miał żaden inny zmarły, ozdobiony w najwspanialszy sposób posągami koni i ludzi, wyrzeźbionymi niezwykle realistycznie z najlepszej jakości marmuru"). Wracając zaś do początków rządów Mauzolosa, gdy tylko objął on władzę po swym ojcu (377 r. p.n.e.), to wówczas postanowił przenieść się z niewygodnej dla niego i niezbyt greckiej Mylasy, do nowo zbudowanego miasta nad brzegiem morza - Halikarnasu, siedziby godnej królów. Budową miasta król (chyba można go chyba tak tytułować, tym bardziej że dla Karyjczyków był ich królem, a nie satrapą) zajmował się osobiście, doglądał plany, osobiście uczestniczył przy budowie murów miejskich, swego pałacu i innych miejsc, jak choćby teatru greckiego czy portu. Chciał stworzyć dla swych poddanych w tym mieście luksusowe miejsce, bardzo wygodne i niezwykle snobistyczne. Uznał też, że wszyscy ci, których się sprowadzi do tego miasta, powinni być wdzięczni za sam fakt, iż dostąpili zaszczytu że mogą tu mieszkać. No i się zaczęło. Zaczęto prześledlać mieszkańców miast: Pedasy, Telmissos, Termery, Medmassy, Side i Uranium (mieszkańców Syangeli i Myndos pozostawiono w spokoju). W przekazach historycznych można znaleźć informację, że przesiedlenie odbywało się dobrowolnie, ale wydaje się jednak że nie całkiem, jako że Diodor pisze o niezadowoleniu mieszkańców plemienia Lelegów z Pedasy z ich nowego miejsca pobytu, w kilka lat po przesiedleniu, które (wraz z budową miasta) trwało zapewne jakieś dziesięć lat (począwszy od 377/76 do 367/66 r. p.n.e.), gdyż pod datą 362 r p.n.e. Diodor pisze o przesiedleniu, jako fakcie już dokonanym. Większe jednak bunty czy protesty przesiedlonej ludności nie zostały odnotowane.


MAUZOLEUM w HALIKARNASIE 



Skoro jesteśmy przy Karii, to warto również przenieść się do kontynentalnej Grecji (przynajmniej na moment) gdyż będzie to ważne chociażby z tej przyczyny, iż już w roku 371 p.n.e Król Królów Artakserkses II zdoła narzucić Hellenom z kontynentalnej Grecji nowy pokój Antalkidasa (zwany też "Pokojem Królewskim"). Jak mu się to udało, i dlaczego Grecy ponownie się na to zgodzili? No właśnie - dlaczego?. Otóż należy po klęsce Aten i ich sojuszników ze Związku Morskiego w II wojnie peloponeskiej (404 r. p.n.e.), Hellada została poddana spartańskiej dominacji. Natomiast najpotężniejszym wówczas człowiekiem w Lacedemonie był nijaki Lizander syn Aristokritosa, który co prawda twierdził że jego ród wywodzi się od Heraklesa, ale realnie była to uboga rodzina, a sam Lizander dorastał w biedzie (Fylarchos twierdzi wręcz że lizander nie był nawet z spartiatą, a należał do kasty motaków {mothakes}. Była to grupa ludności wolnej, napływowej, która wychowywała się wraz z synami spartiatów, dzięki temu zyskując jakby równe prawa). Lizander już w 408 r p.n.e. został naumarchą (czyli dowódcą floty) i pokonał Ateńczyków pod Notion (407 r. p.n.e.). On też realnie dowodził spartańską flotą w bitwie morskiej pod Aigospotamoi (405 r. p.n.e), choć formalnie dowódcą był Arakos, ale Lizander był jego zastępcą i realnym wodzem (to właśnie zastosowana przez niego taktyka "żabich skoków" - czyli pojedynczego zdobywania ateńskich trier, okazała się niezwykle skuteczna). Klęska w tej bitwie realnie zmusiła Ateny do kapitulacji, co stało się na wiosną roku 404 pne i realnie zakończyło tę trwającą od prawie 30 lat wielką wojnę Hellenów. Pokonane Ateny zostały zmuszone do zburzenia swych Długich Murów (łączących miasto z portem w Pireusie), obalenia demokracji i zainstalowania posłusznego Sparcie rządu 30 obywateli (zwanych powszechnie "30 Tyranami"). Nad całym tym procesem czuwał Lizander, który teraz (w roku 404 p.n.e.) był najpotężniejszym człowiekiem w całej Helladzie. Najważniejszym jego celem było teraz ostatecznie podporządkowanie Aten, a ów marionetkowy rząd 30 obywateli miał mu w tym dopomóc (nazwa 30 Tyranów nie wzięła się znikąd, chociaż zostali oni powołani aby ponownie przywrócić w Atenach "ustrój przodków" - czyli oligarchię i władali miastem tylko przez 8 miesięcy, to ich rządy zakończyły się krwawymi represjami, zamordowaniem ok. 5% ludności Aten i konfiskatami majątku. A przecież wielu członków tego nowego, kolaboracyjnego rządu, to byli ludzie wykształceni, często filozofowie - wielu z nich było też uczniami Sokratesa {stąd potem, po reaktywowaniu demokracji i obaleniu tego rządu, Sokrates został uznany za "wroga ludu" i skazany na śmierć przez wypicie cykuty - 399 r. p.n.e.}. Uczniem Sokratesa był chociażby Kritiasz - przywódca owych 30 Tyranów i postać dosyć mroczna w historii Aten, albo wręcz nieszczęśliwa. Młodszy od Sokratesa o zaledwie 10 lat, chłonął jego słowa, w których ten krytykował demokrację jako ustrój, w którym kilku głupców jest w stanie przegłosować jednego rozsądnie myślącego człowieka. Wyrobiło to w nim ogromną niechęć, a wręcz nienawiść do demokracji i gdy tylko przejął władzę, za samo podejrzenie obywatela o sympatie demokratyczne, była konfiskata majątku i wpisanie na listę śmierci. Kritiasz był też wujem Platona. On i inni tyrani stworzyli sobie bojówki w liczbie 300 tzw.: "noszących baty", które siały postrach wśród Ateńczyków. Platon pisał że rząd 30 Tyranów były tak okrutne, że wszystkie niedoskonałości ustroju demokratycznego wydawały się przy ich rządach "złotym wiekiem". Ostatecznie sam Sokrates zaczął protestować przeciwko krwawym rządom nowego reżimu i starał się przemówić do rozsądku Kritiaszowi, ale bezskutecznie. Uzyskał tylko tyle, że Kritiasz i jego przydupas Charykles - zabronili mu rozmawiać z mężczyznami poniżej 30 roku życia. Sokrates wówczas zapytał, czy wolno mu będzie prosić o jedzenie na targu i  całkowicie zignorował ów zakaz).


SOKRATES WYPIJAJĄCY CYKUTĘ 


🤭



Krwawe rządy 30 Tyranów tak bardzo dały Ateńczykom we znaki, że wybuch buntu był tylko kwestią czasu. I tak też się stało wygnany wcześniej z miasta ateński strateg trasybulos (mówi się że do buntu pchnęła go osobista zniewaga, gdy jeden ze spartańskich żołnierzy - którzy zostali zainstalowani przez Lizandra na Akropolu - zgwałcił jego siostrę, chociaż wydaje się to nieco naciągane, tym bardziej że Trazybul miał od dawna bardzo silnie pro-demokratyczne poglądy i był zwolennikiem demokracji peryklejskiej, a także mocarstwowej polityki Aten). Tak więc, gdy tylko powrócił Trazybul ze swymi zwolennikami z Teb, pokonał 30 Tyranów w bitwie pod Munichią (w której to poległ Kritiasz) i zajął miasto (maj 403 r. p.n.e.). Tak oto, po zaledwie ośmiu miesiącach władza 30 Tyranów dobiegła końca a demokracja została odtworzona (i realnie deifkowana). Teraz oligarchowie zbiegli do Eleuzis, gdzie stworzyli swój "rząd na uchodźstwie" i słali ponaglenia do Lacedemonu z z prośbą o pomoc. Co prawda początkowo władzę w Atenach wciąż dzierżyli umiarkowani oligarchowie (aby nie prowokować Sparty do wojny), ale demokracja została odtworzona, a lacedemoński garnizon musiał opuścić Akropol (zmuszony do tego głodem) i wycofać się z Aten. Lizander był oczywiście zwolennikiem natychmiastowego działania, w celu przywrócenia dotychczasowego status quo w Atenach. Dowództwo floty przekazał w ręce swego brata Libisa, a sam stanął na czele wojsk lądowych. Plan był prosty, flota miała przeprowadzić blokadę Pireusu, a armia uderzyć na Ateny, lecz nim Lizander był w stanie pomaszerować na nową wojnę, do akcji wkroczyli jego wrogowie, którzy obawiali się, że gdy zdobędzie Ateny, uzyska tak wielką władzę, że realnie będzie mógł zmienić ustrój Lacedemonu i na przykład koronować się na króla z władzą absolutną. Król Pauzaniasz przekonał więc do swych racji trzech (z pięciu) spartańskich eforów i wyprowadził armię z miasta. Nie mając innego wyjścia Lizander musiał zgodzić się na przekazanie komendy królowi, ale armia która wyruszyła do Attyki nie miała walczyć (co było z zamiarem Lizandra). Pauzaniasz wszedł w rozmowy z Trazybulem i ateńskimi demokratami, ostatecznie doprowadzając do ugody pomiędzy nimi a oligarchami na tej zasadzie, że w Atenach mieli rządzić demokraci, natomiast oligarchowie w Eleuzis (wrzesień 403 r. p.n.e.). Po powrocie do Sparty przez jakiś czas trwał jeszcze konflikt pomiędzy zwolennikami Lizandra i króla Pauzaniasza, a był to tak naprawdę spór o kształt polityki Sparty w stosunku do Hellady, a nawet do Persji. Lizander opowiadał się za bezwzględną hegemonią i polityką opartą na dawnych ateńskich wzorach mocarstwowości, w których sojusznicy traktowani byli jak poddani, a ci, którzy się buntowali - potem szybko tego żałowali. Pauzaniasz zaś i stojąca za nim arystokracja (głównie skupiona wokół eforatu), opowiadała się za bardziej stonowaną polityką, gdzie siłę miał zastąpić spartański autorytet i nimb pogromcy Aten. Ogólnie Lacedemon dryfował w tym drugim kierunku, ale w wielu zdominowanych teraz przez spartańską hegemonię greckich miastach, nie miało to większego znaczenia. Co prawda - wbrew radom Lizandra - Spartanie nie interweniowali, gdy Trazybul postanowił zakończyć dwu władzę w Attyce (jeden rząd był demokratyczny w Atenach, drugi oligarchiczny w Eleuzis) i zaprosiwszy oligarchów z północy na rozmowy, po prostu demokraci ich wymordowali (401 r. p.n.e.), tym samym jednocząc kraj. Nie zmieniło to jednak w żaden sposób pozycji Lacedemonu w Helladzie i przez kolejne lata Spartanie stali się równie znienawidzeni, jak wcześniej byli nimi Ateńczycy (nic dziwnego że pomimo tak bardzo złych doświadczeń ze Związkiem Morskim, wiele polis postanowiło ponownie reaktywować ten sojusz w 378 r. p.n.e., gdyż pamięć o ateńskiej tyrani już nieco wyblakła, natomiast w tamtym czasie wciąż wszyscy widzieli jedynie dominację Lacedemonu, a także rosnącą potęgę Persji, która po pokoju Antalkidasa wracała do swych egejskich posiadłości).




Wzrost mocarstwowych tendencji Sparty, szedł poniekąd w parze z pewną zmianą obyczajowo mentalną, jaka dokonała się w tym, jakże wojowniczym (a także - i nie będę tutaj chyba zbyt daleko idącym, gdy powiem - słowiańskim) polis (argumenty na temat słowiańskości ludu Dorów/Gorów wkrótce przedstawię, inną sprawą są imiona. Jak patrzę na imiona wielu mieszkańców krainy zwanej Lakonią, której to istniało miasto zwane Spartą, to nie mogę wyjść z przekonania jak bardzo są one zbliżone do imion słowiańskich, na przykład Borysenita czy Epitadeus. Ale nie o tym chciałem teraz pisać). Zwycięstwo nad Atenami i zalanie miasta nad Eurotasem ogromną ilością łupów (ponoć Lizander zebrał tam łupy o wartości 1970 talentów - co było sumą olbrzymią, a do tego dochodziło 1000 talentów trybutu rocznie z pokonanych miast). Bogactwo zaczęło zmieniać przyzwyczajenia (np. rzymscy historycy często opłakiwali upadek Kartaginy, twierdząc, że po zdobyciu tego miasta Rzymianie zmienili się z wojowników w miłośników luksusu. Nie mając bowiem realnego zagrożenia u swych granic, przestali się obawiać o swój los, a co za tym idzie mężczyźni zaczęli coraz bardziej niewieścieć i oddawać się przyjemnością łoża oraz stołu. Czasem myśl o wojaczce w ogóle stała się im nieprzyjemna, bowiem po co ginąć, skoro jest za co i po co żyć {natomiast problem niewieścienia samców i maskulinizacji samic jest procesem zbadanym naukowo. W latach 60-tych w USA zrobiono pewien eksperyment na myszach, w czasie którego zapewniono mysiej kolonii wspaniałe warunki do życia. Mnóstwo jedzenia, brak drapieżników, a co za tym idzie brak obawy o swoje bezpieczeństwo i wszelkie możliwe wygody. Co się okazało? Już w drugim pokoleniu mysiej populacji dało się zauważyć zupełnie odmienne zachowania od dotychczasowych norm. Samce coraz bardziej zaczęły dbać o swoje futerko, w ogóle nie przejmując się tym aby kopulować i tworzyć kolejne mysie kolonie. Samice zaś też coraz rzadziej dopuszczały samców do siebie, dało się też zauważyć mordowanie już urodzonych miotów przez matki {taka myśl aborcja}. Ogólnie prześledzono kilka pokoleń populacji tych myszy i wszystkie one miały doskonałe warunki do życia i do rozmnażania się, natomiast nie korzystały z nich. Ich liczba w kolejnych miotach gwałtownie spadała. Ostatecznie po kilku latach trwania tego eksperymentu zdechła ostatnia mysz, która już się nie rozmnażała. Tak jest zawsze gdy nie ma niebezpieczeństwa i gdy nie musimy walczyć o lepsze dobro dla naszych dzieci. Natomiast to lepsze dobro powoduje większe zło dla kolejnych pokoleń! Tak niestety jest). Tak więc po zalaniu Sparty bogactwem nagromadzonym po zwycięstwie w wojnie peloponeskiej, pomimo dalszego istnienia dotychczasowych norm prawnych Lacedemonu (na przykład zabraniających obywatelowi miasta posiadania przy sobie pieniędzy), wielokrotnie dało się zauważyć łamanie zasad przodków. Pieniądze które miały być publiczne, coraz częściej były prywatne. Można było spotkać obywateli, którzy się posługiwali pieniędzmi przywiezionymi przez Lizandra w formie łupu (Plutarch pisał o tym: "Początkiem zepsucia obyczajów i niezdrowych stosunków w Sparcie, było niewątpliwie obalenie hegemonii ateńskiej i obłowienie się przy tej sposobności złotem i srebrem"). Nie będę wcale przesadzał jeśli powiem, że bogactwo które napłynęło wówczas to Sparty, uczyniło z tego polis najbogatsze miasto całej Hellady.




I to właśnie stało się początkiem problemów. Co prawda wprowadzono prawo, w którym stwierdzono że jeśli przy kimś znajdzie się pieniądze, to ta osoba zostanie skazana na śmierć i rzeczywiście przez jakiś czas ten straszak działał (jedyną osobą, jaką skazano z tego paragrafu na śmierć, to był niejaki Thorax, przyjaciel Lizandra. Ale wydaje się że jego sprawa miała podtekst polityczny. Po prostu konflikt króla Pauzaniasza z Lizandrem wszedł już na takie etapy że zaczęto atakować swoich najbliższych przyjaciół, nie mogąc bezpośrednio uderzyć w siebie samych. Do tej śmierci doszło prawdopodobnie w 402/401 r. p.n.e.). Jednak już po kilku latach u wielu obywateli zaczęły pojawiać się pieniądze, a oni sami przestali się bać. Powodem upadku dawnej Sparty było - według Plutarcha - wydarzenie, które on sam nazwał rhetrą Epitadeusa. Ponieważ Plutarch jako jedyny z historyków mówi o tym jak i podaje nazwisko Epitadeusa, nie wiadomo dokładnie kiedy to się wydarzyło. Istnieją co do tego bardzo różne interpretacje, niektórzy historycy twierdzą, że rhetra Epitadeusa wydarzyła się jeszcze w czasie wojny peloponeskiej - czyli w V wieku p.n.e., inni że dopiero w latach 50-tych IV wieku p.n.e., natomiast najbardziej prawdopodobną datą tego wydarzenia (jeżeli w ogóle było ono prawdziwe) jest czas po zakończeniu wojny peloponeskiej, czyli ok. 400 r. p.n.e. Wszystko to opierało się bowiem na jednej rzeczy - dotychczasowym dziedziczeniu majątku ruchomego i nieruchomego z ojca na syna. O tym mówiły prawa Likurga (dawnego prawodawcy Sparty, który opracował wszystkie zasady znane nam do dzisiaj z tego polis) i były one niepodważalne. Jednak efor Epitadeus, wpływowy człowiek, który jednocześnie był mocno poróżniony ze swym z synem, przeprowadził rhetrę (taką ustawę) pozwalającą każdemu zarówno za życia, jak i w testamencie po swej śmierci przekazać swój dom i ruchomości każdemu, komu tylko zechce. Niby nic szczególnego, a jednak Plutarch pisze, że to doprowadziło wręcz do wysadzenia w powietrze ustroju starożytnej Sparty: "Odkąd możni już bez litości zaczęli wysadzać spadkobierców z ich posiadłości, i skupiać je w swych rękach, tak, że majątki znalazły się niebawem w posiadaniu niewielu bogaczy, a ogół obywateli popadł w zupełną nędzę". Najprawdopodobniej rhetra Epitadeusa nigdy się nie wydarzyła, natomiast wyrażone w niej negatywne tendencje, jakie zaczęły trapić społeczeństwo Lacedemonu, spowodowane było właśnie napływem wielkich bogactw po zakończeniu wojny peloponeskiej. Natomiast bezwzględnie wydarzył się spisek niejakiego Kinadona (399 r. p.n.e.). Był to młody spartiata (około 30-letni, chociaż niektóre źródła podają że mógł mieć nawet 18 lat, ale wydają się mało prawdopodobne). Stworzył on dobrze zakonspirowaną grupę, która za cel obrała sobie walkę ze spartiatami, uważając za swych wrogów królów (w Lacedemonie zawsze było dwóch królów panujących jednocześnie), eforów, gerontów i w ogóle wszystkich spartiatów, nawet tych, znajdujących się poza miastem w swych posiadłościach wiejskich. Za sojuszników zaś obrał wszystkich pozostałych: periojków (była to grupa bardzo niejednorodna, mieszana, częściowo napływowa, częściowo zaś stanowiła ona dawną przeddorycką ludność Lakonii, czyli ludność achajską. Oczywiście była to ludności wolna, ale nie posiadająca praw politycznych), neodamodów (byli to wyzwoleni heloci, którzy wejść mieli do społeczności spatiatów i teoretycznie byli wolni, posiadali też obowiązki spartiatów, ale nie mieli pełnych praw politycznych - byli jakby nowymi ludźmi: "neos" - "damos" - "nowy lud"), hypomeionów (tych, którzy utracili pełne prawa obywatelskie i ze stanu spartiatów zostali zdegradowani), oraz częściowo motaków (mothakes - ci, spośród ludności napływowej, którzy wychowywali się razem ze spartiatami i dzięki temu zyskiwali prawa obywatelskie). Spartiaci we własnym państwie stanowili wybitną mniejszość, ale mniejszość rządzącą która trzymała za kark większość mieszkańców Lakonii i Mesenii (czyli dwóch krain, z jakich składał się Lacedemon). Prawdopodobnie Kinadon planował jakąś rewoltę i przejęcie władzy przez te warstwy uciśnione (w tym również helotów, czyli państwowych niewolników), natomiast obalenie tej niewielkiej rządzącej grupki spartiatów (niewielkiej, gdyż ze względu na liczne wojny które toczyła Sparta w których to brali udział przede wszystkim z partiaci ich liczba nieustannie się zmniejszała, natomiast przyrost naturalny nie był w stanie tego skutecznie uzupełnić i o ile jeszcze w VI wieku p.n.e. spartiatów było niecałe 70 000, o tyle już w IV wieku p.n.e. ich liczba spadła do niecałych 5000 co pokazuje jak wielki to był spadek). Kinadon został pochwycony i stanął przed Eforatem, gdzie zapytano go o liczbę spiskowców, na co ten odpowiedział że jest ich wielu, a przywódcy spisku wiedzą tylko o kilku najbliższych sobie i wszystkich nie znają natomiast deklarował że mają oni poparcie helotów, neodamodów, periojków i zubożałych spartiatów. Eforowie (czyli wybieralni na rok urzędnicy państwowi w liczbie 5) byli przerażeni słowami Kinadona. Skontaktowali się jedynie z Radą Gerontów (czyli 30 najstarszymi obywatelami, w skład których wchodzili również dwaj królowie Sparty) nie zwołując nawet Zgromadzenia Ludowego (apellę). Pochwycono kilku najbliższych współpracowników Kinadona, w tym wieszczka Tisamenosa i pewną młodą ładną kobietę z miasta Aulon w Mesenii (która okazywała pogardę spartiatom pragnącym się do niej zbliżyć). Kinadon został skazany na tortury, w wyniku których chciano poznać resztę zakonspirowanej grupy, ale pochwycono zaledwie garstkę spiskowców. Potem wszyscy oni zostali zakłóci w dyby i publicznie na miejskiej Agorze kłóci byli włóczniami aż wyzionęli ducha. Miała to być nauczka dla wszystkich innych, żeby nie buntować się przeciwko zastanemu status quo. 




Jak widać wszystkie te wydarzenia nastąpiły w kilka zaledwie lat po zwycięstwie Sparty w wojnie peloponeskiej. Ale dominacja spartiatów w samej Lakonii i Messieni (szczególnie wobec helotów, co do których stosowano okrutne praktyki aby zmniejszyć ich liczbę, np. spartiaccy młodzieńcy co roku urządzali napady na jedną z niewolniczych wsi helockich, okrążając ją i mordując wszystkich mieszkańców - kobiety i dzieci również. Nazywano te "zabawy" krypteia i były one ćwiczeniami wojennymi na ludności zniewolonej, szkolącymi młodych obywateli w warunkach bojowych). Ta dominacja i ta buta z spartiatów po zwycięstwie w wojnie peloponeskiej przeniosła się teraz na resztę Hellenów, którzy do tej pory widzieli w Lacedemonie obrońcę przeciwko ateńskiej hegemonii, a teraz nastąpiła zmiana i dotychczasowy obrońca zajął miejsce kata. Nic więc dziwnego że gdy Ateńczycy zaczęli bić się w piersi i przepraszać za swoją przeszłość, zapraszając innych Helenów do nowego Związku Morskiego, tamci przystali na to, mając w pamięci jednak ten okrutny czas, gdy ateńska flota była nie tylko obrońcą przeciwko perskim zakusom i pirackim napadom, ale również okrutnym najeźdźcą, w przypadku gdy dane polis nie zapłaciło narzuconej przez Ateny kontrybucji do kasy związkowej. Spartanie co prawda nie stosowali takich metod, ale ich dominująca postawa była również rzucająca się w oczy i bardzo raziła innych Hellenów. Wojna koryncka (która trwała w latach 395-387 p.n.e. była pierwszą próbą zrzucenia lacedemońskiego jarzma narzuconego Helladzie. Zakończyła się jednak utrzymaniem spartańskiej hegemonii i podpisaniem pokoju Antalkidasa, który oddawał szereg greckich polis na małoazjatyckim wybrzeżu (Jonię i Eolię) ponownie pod władzę Króla Królów. Paradoksalnie po zakończeniu tej wojny Sparta stała się głównym żandarmem w Helladzie, który dążył do utrzymania tego stanu rzeczy. Ich pozycja znacznie wzrosła, a miasta które nie chciały się im podporządkować były bezwzględnie najeżdżane i zmuszane do uległości. Zmienił się też stosunek Lacedemończyków do ich sojuszników ze Związku Peloponeskiego i nastąpiła prawdziwa "atenizacja" polityki Sparty. Dotąd bowiem sojusznicy mieli dostarczać jedynie kontyngenty wojskowe w przypadku wojny, teraz jednak Spartanie uznali że lepsza będzie kasa, którą sojusznicy mieli wpłacać do wspólnego skarbca, znajdującego się oczywiście w Lacedemonie (stawka wynosiła jedną drachmę egineską za konnego i pół drachmy za hoplitę dziennie). Tak jak Ateny w V wieku p.n.e. wszędzie wśród wszystkich swoich "sojuszników" instalowali rządy demokratyczne, tak teraz Sparta we wszystkich państwach sobie podległych sprzymierzonych instalowała rządy oligarchów. Nie wszystkie greckie polis się jednak z tym zgadzały.

Gdy podporządkowaniu się spartańskim żądaniom zainstalowania w mieście ponownie rządów oligarchicznych odmówiły miasta Mantineja i Flius - znajdujące się na Poleponezie i będące częścią Związku Peloponeskiego (widziały one bowiem jak z reguły kończyło się takie przekazanie władzy, np w Koryncie gdy obalono demokrację na żądanie Sparty i zainstalowano rządy oligarchów, ci szybko i krwawo rozprawili się ze swoimi przeciwnikami politycznymi i przejęli pełnię władzę). Nie mogło to być, nikt nie mógł sprzeciwiać się Lacedemonowi, tym bardziej sojusznicze polis, dlatego też w roku 385 p.n.e. Sparta zażądała od Mantinei zburzenia jej murów obronnych, deklarując że ma być to kara za zbyt opieszałe wspomaganie Sparty w czasie wojny korynckiej. Mantinejczycy oczywiście ponownie odmówili, a to oznaczało wojnę. Wysłano więc zaraz posłów do nieodległego Argos (w którym też rządzili demokraci) jak i do Aten, z prośbą o natychmiastową pomoc. Zarówno Argos jak i Ateny zajęte były własnymi sprawami (niechcący też prowokować nowej wielkiej wojny) i odmówiły przyjścia z pomocą, Mantineja zdana więc była tylko na własne siły. Dzielnie się bronili Mantinejczycy, a trwało to kilka miesięcy, gdy wreszcie Spartanie odwrócili bieg nieodległej rzeki którą puścili tak, że podmyła ona fundamenty części murów i te zawaliły się. Mantinea została zdobyta. Warunki Spartan były straszne. miasto miało  zburzyć swoje mury obronne, a ludność miała je opuścić i wrócić do pierwotnego zamieszkiwania w obrębie czterech (jak pisze Ksenofont) lub pięciu (jak pisze Diodor) wsi. W mieście pozwolono zostać jedynie personelowi świątynnemu, ale mieszkańcy nie mogli już tam zamieszkiwać. Była to więc dziwna sytuacja w której obok kilku ludnych wsi istniało miasto, całkowicie pozbawione mieszkańców (oprócz kilku kapłanów i ich sług). Demokratom pozwolono odejść w spokoju, a rządy w owych pięciu wsiach objęli oligarchowie z nadania Lacedemonu. Widząc jak postąpiono z Mantineą, mieszkańcy flius natychmiast przystali na spartańskie żądania, aby przyjąć ponownie do miasta wygnanych oligarchów i zwrócić im majętności (384 r. p.n.e.), ciesząc się że tylko takie warunki zostały postawione. Jednak już trzy lata później oligarchowie z Flius przybyli ponownie do Sparty, skarżąc się że w mieście dzieje im się krzywda. Natychmiast wsparł i król Agesilaos II który miał wśród nich wielu przyjaciół. Demokraci z Flius próbowali się tłumaczyć - na próżno, Agesilaos zażądał przekazania władzy w mieście oligarchom i opuszczenia miejskiego Akropolu przez demokratów. Mieszkańcy oczywiście odmówili, wcześniej zaś przygotowali miasto do obrony i gdy rozpoczęło się oblężenie (Agesilaos uzbroił również oligarchów i ich sojuszników, którzy teraz walczyli przeciwko swym rodakom z Flius) było ono długie, trwało aż dwadzieścia miesięcy. Ostatecznie demokraci musieli się poddać (379 r p.n.e.). W mieście władzę przejęli oligarchowie, a dla ich ochrony na sześć miesięcy Agesilaos zainstalował na Akropolu w Flius spartański garnizon. Do władzy powołano 50 oligarchów i 50 ich stronników, którzy mieli teraz prawo sądzenia i skazywania na śmierć obywateli (podobnie jak niegdyś 30 Tyranów w Atenach). Władzę przejęła teraz skrajna oligarchia, która karała śmiercią za wszelkie pro-demokratyczne sympatie.


KRÓL AGESILAOS II 



Były to oczywiście najbardziej skrajne przypadki lacedemońskiego zamordyzmu, aczkolwiek w wielu innych polis proces ten trwał w miarę najmniej "inwazyjnie". W 384 r. p.n.e. Spartanie rozmieścili swoje garnizony w Tespiach, rok później w Platejach (mieszkańcy tego polis w 431 r p.n.e. na początku wojny peloponeskiej wymordowali tebańskich posłów, a następnie za zgodą Aten opuścili miasto i przenieśli się w obręb Długich Murów ateńskich {w obawie oczywiście przed zemstą Tebańczyków}. W mieście pozostawiono jedynie 400 hoplitów i 110 kobiet {nie wiadomo po co, gdyż Plateje szybko zostały zdobyte przez Teby}. Po podpisaniu pokoju Antalkidasa w 387 r p.n.e. mieszkańcy Platei mogli wreszcie wrócić do swojego polis. Wkrótce potem Spartanie zainstalowali tam swój garnizon - oficjalnie dla ochrony ludności miasta). Jednak aby zrozumieć jak Królowi Królów Artakserksesowi II udało się narzucić Grekom ponownie przyjęcie drugiego Pokoju Królewskiego w 371 r. p.n.e. należy pamiętać, że to, co Spartanie czyni w innych polis miało się nijak do tego, co zrobili w Tebach. 


CDN.
 

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...