WYŚWIETLENIA

11 września 2025

WODZU PROWADŹ NA... MOSKWĘ?

CZYLI ROSJA, UKRAINA I DRONY




 Tytuł jest oczywiście jawną prowokacją, całkowicie przeze mnie zamierzoną, gdyż patrząc na to, co się obecnie w naszym kraju odwala, nie mogłem sobie darować tego typu nawiązania. Ponieważ wszyscy już wiemy co się wydarzyło w naszym kraju w dniu wczorajszym, jak to 19 (?) rosyjskich dronów wleciało w naszą przestrzeń powietrzną i jak bohatersko rząd Donalda Tuska walczył z tymi dronami, to obserwując to, co się wówczas działo jak i to, co się obecnie dzieje i jaką narrację stara się narzucić rządowa (ale nie tylko rządowa) propaganda, postanowiłem wyskrobać tych kilka słów, bo jasna cholera mnie bierze gdy widzę że część moich rodaków ulega temu propagandowemu ściekowi, wydobywającemu się z przekazu naszego nowego Wołodymyra Żełenskiego (nawet taką fajną kurteczkę sobie sprawił w typie wojskowym, występując na tle samolotów bojowych, brakuje mu chyba tylko zarostu a la Żelenski, ale to da się dopracować, to są detale).

Chciałbym pewne rzeczy wyjaśnić z mojego punktu widzenia i jednocześnie z mojego toku rozumowania, które nie musi być oczywiście prawidłowe, ale jeśli nawet się mylę, to warto o tym porozmawiać; natomiast słuchanie tego propagandowego gówna które wydobywa się z praktycznie wszystkich rządowych (i opozycyjnych co ciekawe) kanałów, przyprawia mnie o wymioty. Ta antyrosyjska narracja działa na mnie kontrskutecznie, lecz nim ktokolwiek określi mnie "ruską onucą", pragnę od razu wyjaśnić, że ja jestem piłsudczykiem! Dla mnie (zresztą nie tylko dla mnie, bądźmy szczerzy dla Polski w ogóle) Rosja jest głównym wrogiem, przeciwnikiem i konkurentem - tak było jest i będzie, póki Rosja się nie rozpadnie. Rosja od 500 lat stanowi dla Rzeczpospolitej z zagrożenie, ale... czy tylko Rosja jest naszym wrogiem? Przecież wokół siebie (jednak bliżej drugie nieco dalej) mamy państwa, które niczym się od Rosji nie różnią (może tylko skalą antypolskich działań). Są państwa które jawnie udają naszych przyjaciół i sojuszników, a tak naprawdę są wrogami, (niektóre wręcz odwiecznymi wrogami jak choćby nasz zachodni sąsiad, z którym konkurujemy już od ponad 1000 lat). Nie trzeba mniej więc przekonywać to tego, że Rosja stanowi dla Polski realne niebezpieczeństwo. Problem tylko polega na tym, że w tej propagandowej narracji która obecnie ma służyć przede wszystkim wykreowaniu nowego Żełenskiego (czyli naszego "rodzimego" folksdojcza, ryżego szmalcownika) na nowego zbawcę narodu, tylko po to, aby ocalić go od niechybnej klęski całej tej jego pożal się Boże formacji politycznej i jego samego jako premiera - w tej narracji nic mi się nie spina.

Po pierwsze: jak to jest że w polską przestrzeń powietrzną wleciało 19 dronów które miały nadlecieć najpierw z Ukrainy, potem z Rosji, potem jeszcze z Białorusi, a teraz to już w zasadzie nie wiadomo czy przyleciały z Ukrainy czy z Białorusi (bo z tego co mówił chociażby Marek Jakubiak, to zarówno stąd jak i stamtąd). Jeśli przyleciały one z Ukrainy (jako część nocnych nalotów rosyjskich na Kijów i inne ukraińskie miasta), to skąd zostały wystrzelone, bo według mnie nie z Rosji, a prawdopodobnie z Białorusi (gdyż z zasięg takich dronów bojowych, to jest zdaje się ponad 700 km. Czyli nie jest możliwe aby przeleciały one przez odcinek granicy rosyjsko-białorusko- ukraińskiej i wleciały następnie na ponad 200 km. w polską przestrzeń powietrzną). Staram to sobie jakoś uporządkować, bo nawet jeśli drony te wysłane zostały z Rosji z zamiarem niszczenia obiektów na terytorium Ukrainy, natomiast Ukraińcy zagłuszyli te drony, przekierowując je na zachód, w stronę Polski (nie zestrzeliwując ich), to pytanie czy rzeczywiście wysłano je z Rosji, czy też z Białorusi, gdyż odcinek jaki przemierzyły jest zbyt duży na możliwości takiego sprzętu bojowego. Ja oczywiście przechylam się do takiej właśnie możliwości, że drony te zostały celowo (albo nie celowo) przechwycone przez Ukraińców i skierowane na zachód, gdyż powiedzmy sobie szczerze Ukraina obecnie wykrwawia się w wojnie pozycyjnej na wschodzie swego kraju w sposób nieprawdopodobnie duży. Tam nie tyle obecnie potrzeba czołgów, artylerii czy nawet samolotów, ile właśnie ludzi, kolokwialnie mówiąc "mięsa armatniego" którego zaczęło brakować, gdyż duża część Ukraińców po prostu uciekła z kraju, nie chcąc stać się takowym właśnie mięsnym atrybutem wojennym (i też nie ma co się im do końca dziwić, patrząc na ich skorumpowane władze, które zarabiają dziesiątki a nawet setki milionów dolarów czy euro na tej wojnie, skazując zwykłych, prostych Ukraińców na możliwość utraty zdrowia i życia w wojnie, toczonej tak naprawdę przez elity dla elit). Wiadomym też jest, że szczególnie na zachodzie, wśród zachodnich czy to europejskich czy amerykańskich analityków wojskowości, politykach i wszelkiej maści ekspertach dominuje przekonanie, że rosyjska gospodarka jest w stanie głębokiego kryzysu, i to tak dużego, że wcześniej czy później Rosja się gospodarczo załamie, ale niestety zajmie to jeszcze prawdopodobnie około dwóch lat. No i właśnie tutaj mamy problem, bo dwa lata to jest za dużo aby Ukraina przy tych niedoborach zwykłego żołnierza mogła wytrzymać. Przydałoby się więc wciągnąć do tej wojny (na jakieś 2 może nawet 3 lata) jakiś inny kraj, tak żeby dać Ukraińcom odetchnąć, a Moskali w dalszym ciągu osłabiać (tak, aby byli podatni na narzucone im przez Waszyngton propozycje odnośnie współdziałania przeciwko Chinom, bo przecież Amerykanie tutaj głównie widzą zagrożenie dla siebie). Tylko skąd wziąć nowego rekruta, skąd wziąć państwo które mogłoby zluzować Ukraińców na wschodnim froncie. Cóż, po co długo szukać, przecież Polacy są pod ręką i mogą zrobić za nowe "mięso armatnie" w tej grze wielkich interesów i wielkich mocarstw. Ukraina się wykrwawia, nic więc dziwnego że wciągnięcie nas do wojny, byłoby dla nich wybawieniem; nic też dziwnego że nie strącili dronów, które wleciały w naszą przestrzeń powietrzną, gdyż nie było to w ich interesie (zresztą Żełenski zapytany dlaczego nie zestrzelili tych dronów, odpowiedział po prostu że: "Nie zagrażały one bezpieczeństwu Ukrainy!").




Inną dosyć ciekawą sprawą jest fakt, że jeśli nawet Rosjanie zaplanowali (jak chce propagandowy przekaz tuskoidów i niestety również pisowców) celowo wlecieć w naszą przestrzeń powietrzną, aby nas sprawdzić, aby - że tak się wyrażę rozpoznać bojem nasze możliwości obronne, to tutaj też znowu nic się nie spina. W takiej sytuacji najważniejszy jest przecież element zaskoczenia, trzeba sprawdzić jak działa obrona przeciwlotnicza wrogiego państwa, jak szybko nastąpi reakcja, i jak ona będzie wyglądała. Jeśli Moskale chcieli to sprawdzić, to powiedzcie mi proszę jakim cudem Białorusini (którzy przecież są realnie kontrolowani przez Moskwę), już o godzinie 23:00 - 9 września (czyli na pół godziny przed pojawieniem się w naszej przestrzeni powietrznej pierwszych dronów), poinformowali nas i Litwinów (gdzie nie było żadnego zagrożenia, ale pewnie oni o tym nie wiedzieli) że coś niebezpiecznie dziwnego leci w naszym kierunku? Skoro Mińsk poinformował Warszawę (i Wilno) o tym, że lecą w naszym kierunku ruskie drony, to ja się pytam gdzie tu jest element zaskoczenia? Gdzie tu jest możliwość sprawdzenia przygotowań obronnych wroga? przecież to się ze sobą zupełnie nie klei, a rządowa papka propagandowa rozsypuje się niczym domek z piasku. Po co Białorusini nas informowali, skoro Rosjanie chcieli nas przetestować (a być może nawet zaatakować, jak niektórzy sądzą?). A może zdali sobie sprawę że kilkanaście dronów wymknęło się spod kontroli właśnie poprzez zakłócenia systemów dronowych przez Ukrainę (oczywiście taka informacja do Mińska musiała trafić bezpośrednio od Rosjan, bo nie ma innej możliwości) i obawiając się nerwowych ruchów ze strony Polski, woleli zabezpieczyć się przed ewentualnym jakimś naszym głupim działaniem, w stylu wysłania samolotów bojowych, czy chociażby nawet zrzucenie jakiejś rakiety na ich terytorium w ramach retorsji. To wydaje się bardzo logiczne, znacznie bardziej niż cała ta propagandowa papka z sączona nam przez naszego nowego ryżego Żełenskiego i wspierający go obóz "sinych razem".

Swoją drogą jacy oni wszyscy teraz zrobili się bojowi, jacy chętni do "nowej szybkiej wojenki", bo przecież wiadomo że nieprzygotowana do wojny Polska (jak zresztą cała Europa, a sądzę że również USA) wraz z wykrwawioną Ukrainą w ciągu miesiąca pewnie zajmą Moskwę, aby na Kremlu napisać "zabrania się mówić po rosyjsku" (to moja kolejna wrzutka, nawiązująca do planów Józefa Piłsudskiego gdy chodził on jeszcze do gimnazjum w którym zabraniało się tępiło wszelkie przejawy polskości a nauczyciele zabraniali nie tylko mówić po polsku na lekcjach, ale również na przerwach. Wówczas to stwierdził, że jak podrośnie to zdobędzie Moskwę, a na murach Kremla każe napisać słowa: "Zabrania się mówić po rosyjsku". Jednak gdybym miał taką możliwość, gdy zarówno zachodni doradcy francusko-brytyjscy, jak również przedstawiciele rosyjskiej Białej Armii gen. Denikina, namawiali Naczelnika Państwa wiosną 1920 r. do takiego właśnie marszu na Moskwę w celu obalenia bolszewików, on odmówił. Doskonale wiedział bowiem że pójście na Moskwę nic mu nie da, poza początkowym propagandowym wrzaskiem. Wiedział doskonale że Napoleon 1812 roku popełnił błąd idąc na Moskwę, gdyby bowiem tak jak chciał książę Józef Poniatowski skierować się na Ukrainę, "odkroić" ją od Rosji i rozpocząć tam pobór nowej armii odrodzonej Rzeczpospolitej, to nie byłoby takiej siły, która byłaby zdolna wówczas pokonać reaktywowaną do życia Rzeczpospolitą i napoleońską Francję. Zresztą Rosjanie nie mogli sobie pozwolić na utratę Ukrainy, musieli więc uderzyć, a wówczas spotkałaby ich totalna klęska i pokój - tak wymarzony przez Napoleona - wreszcie mógłby się ziścić. Co dało bowiem Napoleonowi zajęcie Moskwy? Nic, totalnie nic, a było wręcz wstępem do jego upadku. Józef Piłsudski nie popełnił tego błędu i wiosną 1920 zamiast iść na Moskwę, poszedł na Kijów, którego 7 maja wkroczyło Wojsko Polskie. Mając więc możliwość odreagowania swoich traum z młodości, "w podłej, rosyjskiej szkole" - jak pisał, nie uczynił tego, bo nie miało to militarnego sensu. Sens zaś miało stworzenie niepodległej Ukrainy, Białorusi, Litwy, Łotwy i Estonii i powiązanie tych państw z odrodzoną Polską, jako bufor odgradzający nas od tego "więzienia ludów" - jak zwano Rosję. Natomiast nasi współcześni dom rośnie znawcy zagadnień militarnych bardzo chętnie wpuściliby nas w wojenny kanał, bo na takiej wojence można wiele ugrać z punktu widzenia polityków (jak choćby - patrząc na Ukrainę - można zarobić na wojnie miliony, a kto wie czy nie miliardy, a poza tym wówczas wprowadzony został by stan wyjątkowy, odbierający nam realnie wolność i prawa, i podporządkowując nas nakazom władz - bo przecież toczymy wojnę).




Dla mnie niestety jest jasne, że ta wojna musi się zakończyć jak najszybciej, gdyż Ukraina sama jej nie wygra (a nawet przy pomocy większości państw NATO nie jest w stanie w wojnie pozycyjnej pokonać Rosję),. My zaś do żadnej wojny wejść nie możemy, tym bardziej - co prawda Rosja stanowi dla nas zagrożenie - nie jesteśmy zupełnie przygotowani na taką wojnę, a nawet jeśli bylibyśmy, to trzeba nie mieć rozumu, żeby ładować się do wojny w interesie obcego państwa i ponadnarodowych ośrodków które mogłyby mieć w tym interes. Jak to się mówi: "Najgorszy dzień pokoju jest lepszy od najlepszego dnia wojny". Nie sądzę też, aby rosyjska gospodarka realnie załamała się w ciągu dwóch lat, uważam to za mrzonki, tym bardziej że wielu analityków którzy wypowiadają takie bezmyślne brednie, nie bierze pod uwagę mentalności "ruskich". Zwykli Rosjanie bowiem (chociażby z tej prowincjonalnej gubinki) gotowi są jeść suchy chleb i popijać go wódką, albo spirytusem, ale cieszyć się że Rosja jest wielka, jest potęgą i wszyscy muszą się z nią liczyć. Spadek poziomu życia dla Rosjanina jest kwestią niezbyt istotną, dla nich liczy się bowiem duma z bycia "ruskim" i to, że wszyscy się ich boją. To jest inna mentalność i tak naprawdę inny świat i żeby ich pokonać trzeba samemu myśleć tak jak oni, a niestety ani polskie społeczeństwo, ani społeczeństwa innych krajów Europy nie są gotowe na znaczne obniżenie poziomu życia, i na kolejne ograniczenia (w tym ograniczenia wolności), w zupełnie dla nich obcej wojnie. To samo też myślą Amerykanie. Na X-ie można poczytać opinie zwykłych Amerykanów, co sądzą nie tylko o "ataku dronowym" na Polskę, ale również o tym, gdzie mają Ukrainę i inne państwa naszego regionu, a jest to miejsce gdzie światło Słońca nie dochodzi - mówiąc kolokwialnie.

Chciałbym się jeszcze odnieść do tego, co różnej maści propagandyści (na przykład pani Eliza Michalik - wyjątkowo agresywna propagandystka o wybitnie... antypolskim ostrzu) wygadują, chwaląc jak zwykle rząd naszego nowego Żełenskiego i to, że ponownie zdaliśmy egzamin (tak jak po Smoleńsku państwo polskie zdało egzamin oddając śledztwo w ręce Moskwy). Otóż drodzy propagandyści spod znaku "sinych razem" i cała reszta tego zgromadzenia naszej polskiej "koalicji chętnych" - Polska została ośmieszona i to na kilka sposobów. Jeśli Moskwa chciała nas przetestować (w co wątpię, ale im się jednak udało), to odnieśli sukces, a okazało się bowiem że jesteśmy całkowicie nieprzygotowani nie tylko do odparcia 19 dronów, które (jak już teraz wiadomo) nie były uzbrojone (były to raczej finki, a nie prawdziwe drony bojowe, czyli innymi słowy sklejki, łączone ze sobą trytytkami i taśmą klejącą). Myśmy przeciwko tym nieuzbrojonym dronom (poinformowani wcześniej przez stronę białoruską), skierowali samoloty bojowe, wykorzystując do zestrzelenia ich rakiety, których koszt odpalenia był większy, niż koszt wszystkich tych dronów razem wziętych które wleciały w naszą przestrzeń powietrzną. Przecież to jest kompletna kpina, to jest ośmieszenie naszego państwa przez ten żałosny rząd, tym bardziej że zestrzelono tylko... 4 drony, reszta albo zawróciła, albo gdzieś wylądowała. Innymi słowy Moskwa już wie że nasza obrona przeciwlotnicza nie istnieje, bo gdyby to nie były sklejki, które wleciały w naszą przestrzeń powietrzną, tylko ruskie migi (też w liczbie kilkunastu samolotów), to co byśmy zrobili? Jak zachowałyby się państwa NATO takie jak Holandia czy Niemcy? przecież to byłby jawny wstęp do III wojny światowej. Przyznam się szczerze że brakuje mi już słów, aby w sposób kulturalny wypowiadać się na temat tego żałosnego nierządu (jak również tego, co dzieje się po stronie opozycyjnej, choć w przypadku Konfederacji uważam że jako jedyni bodajże zachowali zimną krew, szczególnie Mentzen - za którym osobiście nie przepadam). 

Mam nadzieję że Polacy nie dadzą się oszukać naszemu nowemu wodzusiowi, Żełenskiemu Donaldowi i całej tej jego zgrai ze swoim przekazem, że oto on teraz stoi tutaj pod biało-czerwonym sztandarem i będzie bronił nas przed Moskwą!!! Im szybciej ten rząd zakończy swoje istnienie, tym będzie lepiej dla nas wszystkich, natomiast bezwzględnie należy się zbroić, tak, aby żadnemu państwu nam wrogiemu nie przyszło nawet przez myśl, żeby można było czy to wlecieć w naszą przestrzeń powietrzną, czy też cokolwiek uczynić przeciwko suwerenności Najjaśniejszej  Rzeczpospolitej Polski i jej obywateli! 




TO TYLE NA DZIŚ Z MOJEJ STRONY 
 

ŁZY DLA DŻENTELMENÓW - Cz. I

OPOWIADANIE BDSM OPARTE NA
PRAWDZIWYCH WYDARZENIACH


PRZYJEMNE I "LEKKOSTRAWNE" OPOWIADANIE W STYLU BDSM, OPARTE NA PRAWDZIWYCH ZWIERZENIACH KOBIETY, KTÓRA LATEM 2020 ROKU SPĘDZIŁA MIŁE WAKACJE W TOSKANII. PONIEWAŻ OPOWIEŚĆ JEST AUTENTYCZNA, IMIONA I NIEKTÓRE INNE NAZWY ZOSTAŁY ZMIENIONE






OPOWIADANIE TYLKO DLA OSÓB 18 +






PROLOG
(POLSKA - OKOLICE WROCŁAWIA)


Mój Mąż - którego ja zawsze i wszędzie mam obowiązek nazywać moim Panem, lub moim Mistrzem (wyjątek stanowią tylko wizyty u rodziny, która nie jest uświadomiona w naszych relacjach i wówczas zwracam się do Męża po prostu "kochanie", mam bowiem zakaz zwracać się do Niego po imieniu) - postanowił o tym wyjeździe dość nieoczekiwanie, gdyż początkowo mieliśmy wyjechać na Majorkę, ale pandemia koronawirusa popsuła nam nieco szyki. Mój Pan - po wcześniejszej rozmowie z innymi Dżentelmenami i ich kobietami, z którymi mieliśmy tam wyjechać - podjął decyzję że wakacje jednak się odbędą, a miejscem do którego wszyscy się udamy, będą Włochy, a dokładnie słoneczna Toskania, gdzie Panowie wynajęli dla nas przytulny domek nieopodal Florencji. Choć termin wybrany został z wyprzedzeniem półrocznym, mój Pan kazał mi do tego czasu rozwiązać wszystkie sprawy, które w jakikolwiek sposób mogłyby nam te tygodniowe wakacje uniemożliwić. Dlatego też dzieci oddałam na ten czas mamie, choć najmłodszy, 2-letni Jaś nie pozwala mi nawet na samodzielne pójście do ubikacji i gdy tylko ginę mu z oczu, zaczyna płakać. Musiałam go jednak do czasu naszego wyjazdu powoli przyzwyczajać z moją nieobecnością i moja mama bardzo mi w tym pomogła.
 
Dzień wyjazdu był dniem bardzo nerwowym, a jednocześnie podniecającym i gdy spakowałam rzeczy zarówno swoje (skąpe, letnie sukienki, gorsety, seksowną bieliznę), jak i mojego Pana, On włożył je do bagażnika naszego auta - gdyż ze względu na ograniczenia covid-19 postanowiliśmy pojechać do Włoch samochodem - i ruszyliśmy w podróż pełną niesamowitych przeżyć, na którą ja w podnieceniu bardzo czekałam. Chciałam też spotkać się już z moimi siostrami-niewolnicami, z którymi nie utrzymywałam kontaktu od ponad roku, by wspólnie wymienić się doświadczeniami ze szkoleń naszych Mistrzów, lub ot tak, po prostu poplotkować.





TOSKANIA
DZIEŃ - 1


Dzień w którym przybyliśmy na miejsce był niestety deszczowy. Bałam się że będzie padać przez cały tydzień, a i mój Pan był zmartwiony, obawiając się, że powitanie i inspekcja przybywających niewolnic nie pójdzie tak, jak to sobie wcześniej zaplanowali nasi Mistrzowie. Było już około południa, gdy zjechaliśmy z utwardzonej drogi w pobliżu San Gimignano na wyboistą polną drogę. Stąd ścieżka wiła się dwa lub trzy kilometry wzdłuż winnicy, aż do bramy prowadzącej na posesję naszej willi. Widok zapierał dech w piersiach - nawet w ten deszczowy dzień. Pośrodku wzgórza, otoczony gęsto porośniętymi winoroślami i gajami oliwnymi, stał duży, stary dom wiejski. A dookoła roztaczał się widok toskańskich gór, cyprysów i lasów. Naprawdę fantastyczna, choć nieco kiczowata oprawa na wyjątkowy tydzień. Solidna kamienna podłoga, duży kominek w holu i stary łuk na parterze wciąż przypominały o pierwotnym domu wiejskim. Duża kuchnia i piękne sypialnie z własnymi łazienkami zostały zmodernizowane dla zepsutych turystów - takich jak my. I oczywiście był fantastyczny basen.
 
Pozostali goście również przybywali późnym popołudniem i wieczorem. Byli to: Pan J, samotny dżentelmen, Lelia ze swoim Panem, Helena ze swoim Mistrzem, Polina ze swoim Panem, oraz Roza, samotna niewolnica, która przybyła tu sama, co Mistrzowie uznali za godny podziwu i niesamowicie odważny krok. Łącznie były więc 4 pary, jeden Mistrz i jedna niewolnica. Mój Pan przyjął niewolnice przy bramie. Musiały one natychmiast zdjąć wszystkie elementy swojej garderoby. Z zasłoniętymi oczami i zakneblowanymi ustami, zabrano dziewczęta do głównego holu. Tam zostałyśmy ustawione i pozostawione w pozycji Drugiej (stojąc z rękami założonymi za szyją). Panowie dokładnie przyjrzeli się dziewczętom i pokazali im pozycje, których dziewczyny musiały się nauczyć w ramach przygotowań do szkolenia. Po skończonej inspekcji pozwolono nam zdjąć knebel oraz opaskę z oczu i powitano nas kieliszkiem szampana - oczywiście z czułym pocałunkiem.
 
Pierwszy wieczór był przytulnym wieczorem powitalnym, podczas którego ustawiono poduszki, na których niewolnice mogły klęczeć na podłodze (kamienna podłoga była dość twarda). W holu do haka w suficie przymocowano słup, na którym można było łatwo zawiesić niewolnicę za jej kajdanki - które każda z nas miała założone u rąk i nóg. W międzyczasie mogliśmy rozmawiać przy szampanie i przekąskach. Rozmawialiśmy ochoczo i serdecznie między sobą, ponieważ z powodu ograniczeń w kontaktach i ostrzeżeń dotyczących podróży nie widzieliśmy się zbyt długo. Od czasu do czasu jeden lub drugi Dżentelmen wziął niewolnicę (lub dwie) i pozwolił im się trochę rozpieszczać, ale nie to było głównym celem tego wieczoru. A potem w pewnym momencie późnym wieczorem przygnębiający deszcz w końcu ustał i pozwolił nam na tydzień najlepszej toskańskiej pogody. Ten tydzień dla nas właśnie się rozpoczął.




TOSKANIA
DZIEŃ - 2


Od rana drugiego dnia pobytu w naszej willi uprawialiśmy sport. Smutne, ale prawdziwe, pierwszą naprawdę masochistyczną torturą pierwszego ranka w naszej willi, był bieg górski. Mój Mistrz i ja naprawdę nie mogliśmy się doczekać, kiedy w końcu będziemy mogli razem biegać. Tak jak w czasach, kiedy nie mieliśmy jeszcze dzieci i nie trzeba było uważać, żeby sobie nie zrobili nawzajem krzywdy (a moje chłopaki są dość zadziorne). Jedyną trasą, którą można było przejść z willi, było wejście na naprawdę strasznie stromą górę, którą potem musieliśmy zejść równie stromo. Droga przez mękę. Ale wszystko zrekompensował nam czarujący widok: poniżej w dolinach wciąż unosiły się ostatnie chmury deszczu minionych dni, a nad porannym łagodnym słońcem lśniło winorośle i cyprysy. Drugą rekompensatą był basen, w którym mogliśmy się ochłodzić po biegu - i to jest moje wielkie marzenie: pobiegać, a potem nago wskoczyć do orzeźwiającej wody! Pływanie nago w wodzie to naprawdę najpiękniejsza rzecz na świecie. Człowiek jest najgłupszą istotą na świecie, skoro wchodząc do wody zakłada kostium kąpielowy. Czy ktoś to pojmuje?




Potem nastał spokojny poranek, jakiego mały niewolnik we mnie mógł sobie tylko zażyczyć: my niewolnice przygotowywałyśmy śniadanie dla naszych Panów w kuchni i przynosiłyśmy im do stołu, podczas gdy Panowie siedzieli wygodnie w porannym słońcu i rozmawiali. Cieszyłam się że wreszcie mogę spokojnie przygotować posiłek i zaparzyć kawę dla mojego Pana, bez kogoś wiszącego na mojej nodze, lub szukającego mnie wzrokiem po pokoju i z zapłakaną twarzą cedzącego słowo "ma-ma" 😉. W czasie przygotowywania śniadania wszystkie niewolnice ubrane były w bardzo skąpe stroje, mój Pan pozwolił mi dziś założyć krótką białą spódniczkę, która nie zakrywała nawet połowy moich pośladków i równie krótką białą koszulkę, odkrywającą moje ramiona, brzuch i pępek. Majtki i staniki oczywiście dla nas wszystkich były kategorycznie zakazane, podobnie jak rozpuszczone włosy, które każda z nas spięła w warkocze lub w kok. Podczas śniadania mój Pan nakarmił mnie ze swojego talerza, a ja usiadłam obok niego na podłodze z moją włoską kawą. Później przy basenie my, niewolnice, leżałyśmy obok siebie na leżakach w słońcu, smarowałyśmy się kremami i wymieniałyśmy wiadomościami, plotkami i uczuciami. Było bardzo siostrzanie, bardzo uczciwie i bez żadnego tabu. Wystarczy przyzwyczaić się do takiego życia, a kiedy już to nastąpi, nie będziesz chciała tego porzucić i ponownie wrócić do tak zwanego "normalnego świata". Po prostu będziesz już częścią nowego świata i w nim się cała rozpłyniesz.
 
W pewnym momencie mój mistrz zabrał mnie znad basenu, bym sprawiła mu radość, robiąc najlepszego loda, jakiego tylko potrafię. Oczywiście wszystkie byłyśmy ciągle dostępne dla naszych Panów w dowolnym momencie i bez żadnych ograniczeń. Poszłam więc za Nim i zgrabnie uklękłam między jego nogami. Potem lizałam Jego jądra i kutasa moim ciepłym językiem, aż mój Mistrz miał dość moich ust. Kazał mi przyprowadzić dla niego moją siostrzaną niewolnicę Polinę i kazał mi uklęknąć obok jej Pana i czekać na dalsze rozkazy od niego. Posłuchałam grzecznie, a rozkaz Mistrza Poliny był taki, żebym wyjęła jego kutasa ze spodni. Następnie kazał mi wziąć go do ust i trzymać tak, dopóki nie stało się to dla niego zbyt niewygodne. Wstał więc i poszedł do następnego łóżka obok mojego Pana i Poliny. Tam przerzucił mnie przez kolano i mocno bił mnie w tyłek. Potem zrobił krótką przerwę i ponownie wrócił do bicia, wykonując gwałtowne ciosy ręką w mój nagi tyłek. Gdy skończył, podziękowałam grzecznie za klapsy, choć było wyraźnie widać że łzy napłynęły mi do oczu. Była to przyjemność dla mojego Pana, a także bolesna przyjemność dla mnie. Mój Pan wyjaśnił też Panu Poliny, że moje łzy nie powinny być dla niego powodem do przerwania bicia, a Pan Poliny natychmiast znalazł poetyckie słowa na moje żałosne szlochanie: nazwał moje łzy: "perłami dla Dżentelmenów". Wydało mi się to tak piękne, że musiałam od razu zanotować je w pamięci.




 O jedenastej nas, niewolnice wezwano do wielkiej sali i miałyśmy tam stać przed kominkiem. Tam dowiedziałyśmy się, że Polina będzie dzisiaj tą, która zostanie rytualnie ukarana. Związano więc jej ręce, a Panowie zabierali się do pracy z wybranymi przez siebie "instrumentami". Ja dziś miałam być tylko dodatkiem i pełnić rolę "pocieszycielki" - było to bardzo siostrzane stanowisko. Stałam w pobliżu, a jeśli Panowie zrobili sobie przerwę w wymierzaniu Polinie batów, miałam ją pocieszać i trochę ochłodzić piekące ją pośladki. Kara Poliny była bardzo onieśmielająca dla reszty nas, niewolnic, a jej zachowanie było godne podziwu. Już w międzyczasie szeptała do mnie podczas przerw, że nie muszę się martwić, widać bardzo jej się to podobało i tego właśnie potrzebowała. Polina naprawdę doceniała otoczenie, które zaoferowała nam toskańska willa: niesamowicie piękne otoczenie, całkowite odosobnienie, brak powodu by tłumić krzyki i polecenia naszych Panów. Potem opisała to najpiękniejszymi słowami i była bardzo szczęśliwa, że mogła spędzić tyle czasu w swojej "podprzestrzeni". Jej zachowanie sprawiło, że zaniemówiłam i oczywiście miałam wielki szacunek, a także dużo strachu przed dniem, w którym to mój Pan wymierzy mi taką karę. Mój Pan przyciągnął mnie do siebie (siedział przede mną na krześle) i pocałował mnie z taką zawziętością, że gotowa byłam natychmiast oddać mu się w całości.
 
Gorący, ekscytujący i pełen napięcia dzień powoli dobiegał końca, gdy przybyła ostatnia para: moja słodka siostra-niewolnica Samanta i jej Pan. W pełnym kręgu mogłyśmy tego wieczoru jeść razem z naszymi Mistrzami przy długim stole obok basenu o zachodzie słońca. Życie było takie, jakie powinno być: dobra muzyka, zabawa, wyluzowane i żywiołowe dziewczyny, nasi kochani Mistrzowie, a nad nami rozgwieżdżone niebo. Później tej nocy mój Mistrz posadził mnie przy ścianie obok basenu na wygodnej dla niego wysokości i rozpieszczał językiem, który był dla mnie naprawdę najpiękniejszą rzeczą, jaką mogę sobie wyobrazić. Tak więc obserwowana przez błyszczące gwiazdy i pośród moich tańczących przyjaciół, pozwolono mi osiągnąć tego dnia wielki finał.




TOSKANIA
DZIEŃ - 3


Trzeci dzień rozpoczął się dobrą włoską kawą w porannym słońcu, którą pozwolono mi pić nago u stóp mojego Pana. Wkrótce potem sporządzono nazwy kar dnia, a dzisiaj uderzyło to w Rozę, pocieszaną przez Lelię. Codzienna kara z pewnością wywarła pożądany wpływ na nas, niewolnice. Unosiłyśmy się w napięciu i niepewności, dopóki nazwiska nie zostały ogłoszone. Potem niecierpliwie czekałyśmy na karę, nie uciekając przed naszym losem. Imiona niewolnic losowano zwykle rano, a chłosta odbywała się późnym popołudniem. Panowie zaplanowali to bardzo czule, trzeba im to przyznać. Byłam podekscytowana każdym losowaniem. Z jednej strony bałam się, że właśnie mnie wybiorą, z drugiej tak bardzo pragnęłam, aby moje imię zostało wyczytane, a napięte oczekiwanie dobiegło końca. Dzień wcześniej mogłyśmy obserwować surowość kary naszych Mistrzów na Polinie, a miecz Damoklesa wciąż unosił się nad każdą z nas.
 
Tego dnia miałam wiele okazji, by służyć różnym Dżentelmenom. I nie zawsze chodziło tylko o dobre samopoczucie seksualne Mężczyzn. Na przykład rano pozwolono mi zrobić panu J. obszerny masaż. Jego leżak był wygodnie umieszczony w cieniu, olejek do masażu był gotowy i mogłam wówczas udowodnić swoje umiejętności masażystki. Byłam oczywiście naga i starałam się raz po raz dotykać Pana swoimi piersiami - tak przez przypadek - jak nauczył mnie mój Mistrz. Później inny Pan poprosił o "książkę audio", co oznaczało, że mogłam usiąść obok Niego i czytać wybraną przez Niego książkę, podczas gdy inna niewolnica "opiekowała" się jego penisem. Kiedy przyszło do codziennej kary i ręce Rozy były zakute w kajdanki i przywieszone do rusztowania, byłam bardzo spięta. Roza przybyła do willi jako samotna niewolnica i nie miała ze sobą "swojego" Pana, który znałby ją od podszewki, tak jak inne dziewczyny. Nasi Mistrzowie potrafią zinterpretować każdą najmniejszą reakcję w nas, dlatego też podczas ciężkiej nauki wiemy, że zawsze jesteśmy dokładnie tam, gdzie chcą. Ale jak to by było w przypadku Rozy? Kara szybko stała się bardzo interesująca dla nas wszystkich, łącznie z samą Rozą: ślady i krwawe paski na jej ciele pojawiły się z zapierającą dech w piersiach szybkością. Moją pierwszą reakcją była totalna zazdrość. W bardzo krótkim czasie można było zobaczyć na jej tyłku, gdzie uderzyły ją bicze: w uda, piersi, plecy i oczywiście pupę. Mój Pan zawsze musi tak ciężko pracować, żeby zobaczyć takie ślady na moim ciele. A z Rozą stało się to tak szybko!
 
Ale bardzo szybko zgodziłam się, że nie mogę być zazdrosna o tę rzekomą zdolność. Początkowo Panowie nie byli pod wrażeniem reakcji skóry Rozy. Kiedy jednak jej tyłek wyglądał naprawdę przerażająco, obawy przeważyły i wśród Dżentelmenów pojawiły się wątpliwości czy w ogóle będzie mogła kontynuować swój pobyt w willi i brać udział w naszych zabawach. Rzeczywiście, w kilku miejscach na jej tyłku pękła skóra i zaczęła krwawić. Panowie zakończyli więc zabawę. Roza była wyraźnie rozczarowana, że nie otrzymała takiego lania jak Polina. W kółko powtarzała, że tak naprawdę nie czuje się źle, a jej ciało może jeszcze wiele wytrzymać. My, dziewczyny, jesteśmy tak różne, żadna nie jest taka jak inne. Oczywiście musiałyśmy wciąż podziwiać osiągnięcia naszych Panów i wyrażać nasz entuzjazm, gdy ciało Rozy pokrywały krwawe pasy.  
 
Tego wieczora mój Pan kazał mi włożyć ciasny, czerwony gorset odsłaniający moje piersi, czarny pas do pończoch i czarne pończochy. Na stopy włożyłam czarne szpilki ze złotym paskiem - prezent od mojego Mistrza. Oczywiście cały czas robiłam się na bóstwo i czułam, jakbym malowała się dwadzieścia razy dziennie. Tego wieczora nałożyłam na usta ciemnoczerwoną szminkę, błękitny cień do oczu i najpiękniejszą biżuterię jaką posiadałam. Pozostałe niewolnice również były bardzo seksowne i prowokacyjnie przygotowane do obiadu. Podawałyśmy naszym Mistrzom przygotowane przez nas dania, chodząc wokół nich na wysokich obcasach - i flirtując z nimi - niczym modelki po wybiegu. Jestem pewna że widok krzątających się w tę i z powrotem niewolnic na tle zachodzącego słońca, musiał bardzo podobać się naszym Panom.
 



Po obiedzie zostałyśmy niewolnicami jednego z panów w dużej sali. Piękne, prowokacyjne i seksowne, siedziałyśmy na przydzielonych nam miejscach, póki inni Panowie nie weszli i nie przyjrzeli się nam, niczym żywemu inwentarzowi, który miał im osłodzić dzisiejszy wieczór. Chodzili, sprawdzali, oglądali i dotykali swój towar, a my musiałyśmy wykonywać wszystkie polecenia, jakie padły z Ich ust. Pan Leli kazał mi pokazać tyłek i westchnął że: "nie ma jeszcze nic do oglądania". Następnie wziął mnie na ręce i położył nad stołem, a następnie kazał wypiąć moje pośladki w jego stronę i mocno "ogrzał" je swoją dłonią. Musiałam liczyć każde uderzenie, ale ostatecznie Mistrz nie był zadowolony ze swojego dzieła i sięgnął po inne "instrumenty wychowawcze". Najbardziej bolesna była gruba laska, za pomocą której skrupulatnie rysował regularne linie na moich pośladkach, często kilka razy w tym samym miejscu, aby stworzyć naprawdę prostą i trwałą linię. Ból był intensywny, ale moje myśli krążyły tylko wokół pytania czy wystarczająco ładnie ukazuję Mistrzowi swój tyłek i czy On jest ze mnie zadowolony. Chciałam, żeby mój Pan, gdyby spojrzał w moją stronę, zobaczył jak dobrze i cicho przyjmowałam ciosy i że zawsze miałam ładnie wygięte plecy, tak jak nauczył mnie mój Mistrz.




Chociaż byłam bardzo zajęta tą myślą, wciąż słyszałam jak inne niewolnice jęczą z bólu lub z przyjemności. Szczególnie dwie niewolnice jęczały z wielką przyjemnością i to coraz głośniej. Były to Lelia i Polina. Było to niezwykle zabawne i mnie samej chciało się śmiać, szczególnie jak słyszałam głos Lelii, która brzmiała niczym mała dziewczynka prosząca o lizaka. A tymczasem Pan Lelii kontynuował pracę wokół mojej sempiterny i bolesne, ciągłe ciosy, spadające na mój tyłek spowodowały, że bardzo szybko przestałam myśleć o całej reszcie i skupiłam się na tej niezwykłej chwili. Ostatecznie Pan Lelii był bardziej zadowolony ze swojej pracy, a mój tyłek pokrywały czerwone ślady i linie, będące nagrodą każdego dobrego niewolnika. Gdy skończył, gwałtownie przewrócił mnie na stole na plecy i przysunął sobie krzesło, po czym przystąpił do wylizywania mi szparki. Byłam więc lizana, leżąc na obolałym tyłku na twardym stole. Mistrz sprawiał mi ogromną przyjemność, a ja z każdą sekundą byłam bardziej napalona, choć nie wolno mi było się poruszyć. Całe szkolenie z moim Panem, potrzeba poddania się Jego woli, wszystko to w końcu się opłaciło. Może też atmosfera tamtego miejsca, tamtej, odosobnionej od świata willi i naszego towarzystwa - w każdym razie pozwolono mi trzykrotnie zaznać wówczas radości - trzykrotnie!
 
Następnie Mistrz Lelii wyjął z torby - którą trzymał przy sobie - małą tabliczkę i kawałek kredy i położył je przede mną. Kazał mi napisać w czym byłam szczególnie dobra. Czułam się jak mała uczennica, gdy napisałam "klapsy". Następnie Pan Lelii wyciągnął ze spodni swojego penisa i kazał mi go celebrować ustami. Mój Mistrz przywiązuje do tego bardzo dużą wagę, a ja zawsze zaczynam od jajek, delikatnie i wilgotno liżę cały worek wokół penisa, a dopiero potem biorę go głęboko w usta. Od czasu do czasu pomagam sobie ręką i znów wracam językiem do jajek, liżąc tam wszystko, podczas gdy moja wilgotna dłoń nadal szarpie kutasa. Mój Pan cieszy się tym, dopóki nie chwyta mnie za głowę swoimi rękoma i ostro pieprzy mnie w usta, aż do rozwiązania. Gdy więc lizałam Pana Lelii, od czasu do czasu spoglądałam na niego jak mała dziewczynka, do czego też mój Pan przywiązuje wielką wagę, aż język jego ciała sprawił, że zrozumiałam, iż teraz chce wejść do moich ust. Przyjęłam go więc całego i zwiększyłam tempo, aż się zrelaksował i był ze mnie zadowolony gdy wszedł w moje wilgotne usta.
 
Potem był mały konkurs dildo dla nas, niewolnic. Powinnyśmy zawsze stawać dwójkami i wkładać do ust podwójne dildo, każda z jednej strony. Zwyciężczynią została ta dziewczyna, która miała najbardziej "pojemne" gardło. Nie byłam najgorsza, ale też zdecydowanie nie najlepsza. Z absolutnym podziwem patrzyłam jak Polina i Samanta, na znak Dżentelmena trzymającego dildo, wzięły to coś tak głęboko w gardła z zapierającą dech w piersiach prędkością, że mogły nawet pocałować się na środku. Niesamowite. Było to tak imponujące, że musiały to zrobić po raz drugi, ale tym razem miały rzeczywiście pocałować się na samym środku tego przyrządu. My, niewolnice, musiałyśmy bez zazdrości przyznać, że obie były po prostu lepiej wyszkolone w tym względzie i biłyśmy im brawo, gdy ostatecznie musnęły się ze sobą ustami.




Pod koniec wieczoru pozwolono mi wykonać seksowny taniec na kolanach Pana Samanty. Jak nauczył mnie mój Mistrz, pocierałam tyłek o jego krocze, od czasu do czasu tańcząc tak, że moje piersi dotykały jego twarzy. Oczywiście spoglądałam na mojego Pana, aby zobaczyć czy i On mnie obserwuje i czy jest również ze mnie zadowolony (Jego uśmiech pokazał mi że jest). Kiedy potem nadal siedziałyśmy razem, ja i Samanta na podłodze, powiedziała mi szeptem jak wspaniałe było to moje oddanie dla mego Pana. Przyznałam że i ja to w niej dostrzegam. Ten blask w oczach Samanty, gdy patrzy na swojego Pana, to jest ten sam blask bezwarunkowej miłości, który widzi się w oczach dobrego szczeniaka dla jego pana. W obecności swojego Pana może być sobą, może być słaba, może być małą dziewczynką i widać że jest Mu za to bardzo wdzięczna. Rozmawiałyśmy również o tym, jak wygląda związek D/s na starość i Samanta również dużo na ten temat myślała. Ona i jej Pan byli bowiem najstarszą parą w willi. Ale muszę szczerze powiedzieć, że nie dostrzegam jej wieku. To, co widzę, to prawdziwie oddaną niewolnicę i dobrego Pana. Wiek bowiem jest dla mnie prawie niewidoczny w parach D/s. Czy młody czy stary, gruby czy chudy - to, co widzę (i mój Mistrz czuje to samo), to wewnętrzne nastawienie, które jest tysiąc razy ważniejsze niż zewnętrzność. Najpiękniejsza osoba nie może mnie długo fascynować, jeśli nie pasuje do niej wewnętrzne piękno. I odwrotnie, nie widzę fizycznych wad u ludzi, którzy mają diament w swojej duszy i widzą świat tak, jak ja go widzę. Zwłaszcza jeśli chodzi o siostrzane niewolnice.



KONIEC PIERWSZEJ CZĘŚCI 

Pisałem już kiedyś, że ja również jestem ogromnym miłośnikiem spankingu i uważam że jest to bardzo ciekawe doświadczenie, móc kompleksowo "wytrzepać" pupę swojej kobiety. Oczywiście nie chcę tutaj nikogo urazić, i mam nadzieję że nie urażam też żadnej społeczności, chociaż, kto wie? 
🤔🥴😉

10 września 2025

DRUGA KADROWA - Cz. I

CZYLI - JAK TO KONTYNUATORZY
DZIEŁA MARSZAŁKA PIŁSUDSKIEGO 
z PROMETEJSKIEJ "HYDRY"
ZAMIERZALI WYRWAĆ KRAJ 
SPOD SOWIECKIEJ OKUPACJI po 1945 r.





"W ŻYCIU LUDZKOŚCI NIE MA TAKICH ZACISZY, W CZASIE KTÓRYCH MOŻNA BY SPOKOJNIE I BEZPIECZNIE WIĆ SOBIE GNIAZDO CICHEGO SZCZĘŚCIA, NIE MA TYCH ZACISZY, W CZASIE KTÓRYCH NARÓD MÓGŁBY SOBIE POWIEDZIEĆ: DOŚĆ JUŻ SIĘ NAHAROWAŁEM, DOŚĆ JUŻ TEJ WIECZNEJ SŁUŻBY NA POSTERUNKU, DOŚĆ JUŻ TEGO WYSIŁKU. NARÓD, ZDOLNY DO WYPEŁNIENIA SWEJ MISJI DZIEJOWEJ, WIELKOŚCIĄ SWEGO WYSIŁKU I JEGO DŁUGOTRWAŁOŚCIĄ MIERZY SWE SIŁY ŻYWOTNE (...) TAKI NARÓD WIE, ŻE Z POSTERUNKU NIGDY SIĘ NIE SCHODZI, ŻE MOŻE BYĆ TYLKO MOWA O LUZOWANIU NA TYM POSTERUNKU, O LUZOWANIU JEDNEGO POKOLENIA PRZEZ POKOLENIE NASTĘPNE"

MARSZAŁEK EDWARD RYDZ-ŚMIGŁY



Czym był "Ruch Prometejski" i "Prometejska Konspiracja"? Zapewne bardzo niewielu ma o tym zjawisku jakieś większe pojęcie, gdyż określenie to praktycznie nie istnieje w odniesieniu do kluczowych zjawisk historycznych, jakie miały miejsce w Europie (i na Świecie) w ciągu ostatnich stu lat. Praktycznie rzecz biorąc, jeśli w ogóle mówi się o Prometeizmie, to tylko w odniesieniu do koncepcji Józefa Piłsudskiego zrodzonej już po odzyskaniu niepodległości Polski w 1918 r. i kształtowanej dopiero w latach 20-tych i 30-tych ubiegłego stulecia - czyli innymi słowy: Ruch Prometejski był autorstwa Piłsudskiego i dążył do politycznego rozczłonkowania Rosji (a raczej Związku Sowieckiego), poprzez wzmacnianie ruchów odśrodkowych wśród zgnębionych przez Moskali innych narodów wchodzących w skład byłego Imperium Rosyjskiego, a potem Związku Socjalistycznych Republik Sowieckich. I w zasadzie nasza wiedza na ten temat w tym miejscu już się kończy. Ruch Prometejski okazuje się nie spełnił swoich zamierzeń politycznych, przez co został zmarginalizowany i ostatecznie przestał istnieć. To tyle - jeśli chodzi o jakąkolwiek wiedzę na ten temat. Szkoda że jest ona tak płytka i tak powierzchowna, iż opiera się tylko na oficjalnych definicjach, które - co prawda odzwierciedlają pewien stan faktyczny, ale - jednak nie opisują nam całości zagadnienia i nawet nie próbują udawać że na poważnie podchodzą do tematu. Pytanie bowiem nie brzmi tylko i wyłącznie czym był Ruch Prometejski, ale również (a może przede wszystkim) jakie były/są jego prawdziwe korzenie, kiedy tak naprawdę powstał, oraz (co równie ważne) czy istnieje po dziś dzień? Na te pytania postaram się odpowiedzieć w tej właśnie blogowej serii. Może więc warto poznać prawdziwe dzieje tej formacji, aby uświadomić sobie, że zarówno jej początek jak i koniec wcale nie nastąpiły tam, gdzie chcieliby je widzieć autorzy piszący (choćby w Wikipedii) o tym właśnie pojęciu. Mało tego, Ruch Prometejski nie tylko że nie zakończył swej działalności po roku 1945 i końcu II Wojny Światowej, ale działał jeszcze długie lata - i to często w samym sercu sowieckiego "ula" - mało tego ... on nigdy nie przestał działać!



PROLOG



Bezpośrednim powodem wykrystalizowania się koncepcji prometejskiej, stał się upadek państwa polskiego w końcu XVIII wieku, upadek do którego w ogromnej mierze przyczyniła się rodzima targowica. Warto jednak (pokrótce) przypomnieć sobie jak to się w ogóle stało, że pojawili się ludzie, którzy gotowi byli jawnie działać przeciwko interesowi Rzeczypospolitej, żebrząc wręcz o interwencję obcych mocarstw w celu przywrócenia w Polsce "demokracji" (zwanej wówczas "Złotą Wolnością") Uświadomienie sobie tego aspektu jest o tyle ważne, że żyjąc współcześnie i obserwując historyczne wydarzenia, bogatsi o wiedzę kolejnych dziesięcioleci - często ulegamy pewnym kalkom myślowym, które przekładają obecną wiedzę na tamte czasy. Tak dzieje się również wśród historyków, którzy np. twierdzą że lepiej byłoby dla Polski, gdyby król Jan III Sobieski nie wyruszył na odsiecz obleganego przez Turków Wiednia, bo wówczas z gry zostałby wyeliminowany austriacki zaborca. Myślenie to jest o tyle płytkie, że opiera się jedynie o analizę wiedzy historycznej którą posiadamy my, natomiast tej wiedzy nie mieli ludzie żyjący w tamtym czasie i dla nich wówczas ogromnym zagrożeniem była właśnie ekspansja muzułmańska na Europę. Przecież po upadku Wiednia, co prawda Austria Habsburgów przestałaby istnieć i nie stałaby się w sto lat później jednym z zaborców Rzeczypospolitej, ale... jej miejsce mogła równie dobrze zająć Porta Osmańska i dziś zastanawialibyśmy się czy lepiej by było, gdyby Sobieski jednak wyruszył na odsiecz Wiednia. Ta sama kwestia dotyczy i innych aspektów historii, polityki i geopolityki. Ktoś bowiem powie: nie doszłoby do rozbiorów, gdyby w XV lub XVI wieku Korona Polska i Wielkie Księstwo Litewskie "usunęło" Rosję z mapy Europy (i Azji), a była wówczas taka możliwość. Gdyby w pierwszych dekadach XVII wieku Rzeczpospolita wykorzystała sprzyjającą sytuację i rozbiła Rosję - również nie doszłoby do rozbiorów. A Prusy Książęce (główna przyczyna późniejszego rozbioru ze strony Brandenburgii), gdyby je włączyć w granice Polski już po sekularyzacji w 1525 r. sprawa byłaby rozwiązana. To prawda, problem polega jednak na tym, że tak wówczas nie rozumowano. Bowiem sądzono iż zarówno zhołdowanie Zakonu Krzyżackiego, jak i wyrwanie Moskwie ogromnych terenów na Wschodzie - jest już wystarczającym sukcesem i rzeczywiście, mimo wszystko na tamte czasy to były bezapelacyjne triumfy. Tyle tylko że my, bogatsi o dzisiejszą wiedzę historyczną, możemy mieć co do tego pewne zastrzeżenia.




Należy też pamiętać, że Rzeczpospolita była potęgą, była mocarstwem, ale mocarstwem... pokojowym, w którym siła budowana była nie poprzez miecz i krew, a właśnie poprzez dobrowolne unie polityczne, które przyciągały do nas inne państwa i inne ludy - niczym magnes (wówczas bycie Polakiem, to było coś niesamowicie wręcz nobilitującego). Oczywiście nie znaczy to, że siła Polski opierała się wówczas tylko na uniach, układach i sojuszach - bo to nie prawda. Do dziś w polskiej świadomości historycznej istnieje na przykład mit Grunwaldu - bitwy, w czasie której Korona Polska i Litwa ostatecznie powstrzymały ekspansywną politykę Zakonu Krzyżackiego. Niestety - to bzdura! Grunwald 1410 r. nie był wcale bitwą obronną, bitwą gdzie jedynie broniliśmy się przed teutońską ekspansją. Bitwa ta bowiem była początkiem mocarstwa, które następnie dominowało w Europie Środkowej i Wschodniej przez kolejne cztery wieki. Grunwald był więc aktem erekcyjnym przyszłego Imperium Polonorum, a nie żadnym powstrzymaniem ekspansji niemieckiej. To ta właśnie bitwa dała początek państwu o silnej demokracji i samorządności, o posuniętym niekiedy do przesady umiłowaniu wolności, o sile prawa (oczywiście im dalej na wschód, tym oddziaływanie prawa było słabsze), o powszechnej tolerancji religijnej, a jednocześnie państwa przed którym drżały sąsiednie mocarstwa, państwa które (jako jedyne w historii Europy, nie licząc krótkiego epizodu napoleońskiego) zajęło i utrzymało Moskwę, które narzucało swoje prawa i swoje obyczaje okolicznym ludom i które dominowało od Dunaju po Estonię i od granic miasta Moskwy do rzeki Odry. Cztery wieki takiej potęgi, gdzie król miał bardzo słabą pozycję polityczną i gdzie dominowała "wola ludu" wyrażana na sejmach i sejmikach ziemskich (a należy pamiętać że demokracje z reguły są słabsze od dyktatur, jako że podejmowane decyzje muszą tam uwzględniać tzw.: opinię publiczną - która często bywa zmienna, natomiast w dyktaturach i monarchiach absolutnych liczy się tylko wola władcy) i gdzie szlachta bardzo sceptycznie podchodziła do królewskich planów zwiększenia wojska - widząc w tym zamach na własne prawa i na ową demokrację, która wówczas stała się dla nich wręcz nową religią (znając oczywiście różnice, można to porównać z ubóstwieniem demokracji, jaka cechowała Ateńczyków w IV wieku p.n.e.). A mimo to w polu wojsko Rzeczypospolitej było praktycznie nie do zatrzymania (i to nie tylko wojsko zaciężne, ale również pospolite ruszenie szlacheckie, które wielokrotnie - wbrew istniejącym kalkom propagandowym, aplikowanym naszemu społeczeństwu w czasach komunizmu - rozgramiało w bitwach liczniejszą od siebie zawodową armię wroga).

 


Na czym jednak polegała słabość Rzeczypospolitej, bowiem taka słabość rzeczywiście istniała? Otóż polegała ona na tym, że szlachta (tworząca naród Rzeczpospolitej) była aż do bólu pacyfistyczna i jeżeli istniała możliwość załagodzenia konfliktu na drodze pokojowej, to angażowano się w to, nie myśląc już nawet o wojaczce (tak właśnie zaprzepaszczona została koncepcja wielkiej wojny z Osmanami i wyzwolenia Bałkanów oraz likwidacji muzułmańskiego zagrożenia Europy, jaką chciał w latach 40-tych XVII wieku przeprowadzić król Władysław IV - o czym zresztą pisałem w oddzielnej serii blogowej). Szlachta bowiem bała się wojować nie dlatego że była pacyfistyczna ze swej natury (bo to bzdura), a właśnie dlatego, iż uważała że każda wojna prowadzi do nowych podatków, zaś sformowanie stałego wojska oznaczać może tylko jedno - wzmocnienie władzy królewskiej i wzrost tendencji absolutystycznych, a co za tym idzie powolny upadek demokracji szlacheckiej i odebranie szlachcie przywilejów jej "Złotej Wolności". Żeby to tak ładnie podsumować i dobitnie podkreślić, należałoby stwierdzić - Rzeczpospolita nie chciała się bić będąc bardzo silną i dlatego musiała potem bić się, będąc już bardzo słabą. I to właśnie jest całe podsumowanie naszej szlacheckiej tradycji (która - co bardzo ważne - realnie wykrystalizowała genotyp Polaka i to bez względu na jego pochodzenie społeczne. Przecież oglądając "Potop" czy "Pana Wołodyjowskiego" w kinach w latach 70-tych, potomkowie chłopów i mieszczan polskich przeżywali to w taki sposób, jakby rzeczywiście byli dziedzicami tamtej polskości i potomkami tamtych narodowych bohaterów - wywodzących się przecież w ogromnej większości ze szlachty). Dawna Rzeczpospolita nie padła więc dlatego, że nasi sąsiedzi byli tacy potężni, ale dlatego że my sami zrezygnowaliśmy z naszej potęgi, zaczynając realnie wierzyć że jesteśmy słabi. A skoro już uwierzyliśmy że staliśmy się słabi - to naturalnym stało się, iż musieliśmy mieć nad sobą jakiegoś protektora.


PACYFISTYCZNE MYŚLENIE SZLACHTY ZOSTAŁO PIĘKNIE UKAZANE CHOCIAŻBY TUTAJ 



Długo trwały roszady kogo wybrać do tej roli - króla Szwecji - Karola XII, czy też cara Rosji - Piotra I (stąd wzięło się potem powiedzenie "Jedni do Sasa, drudzy do Lasa" - mające być odpowiedzią na kierunek "sojuszu", czy też podległości w czasie toczącej się Wojny Północnej, gdyż dotychczasowego króla Polski i elektora Saksonii - Augusta II Mocnego wspierał car Piotr, natomiast Stanisława Leszczyńskiego - "króla Piasta" - Karol XII). Dopiero 1 lutego 1717 r. na Sejmie Niemym (nazwa wzięła się stąd, iż żadnego z posłów nie dopuszczono wówczas do głosu, a nową konstytucję sejmową przyjęto jedynie poprzez jej odczytanie) opowiedziano się za protektoratem, czy też - jak twierdzono - sojuszem z Moskwą. Rzeczpospolita wówczas stawała się realnie "sojusznikiem" Rosji, a car Piotr publicznie deklarował iż: "wolności polskiej nie odstąpi", i przedstawiał się jako jedyny gwarant nienaruszalności ustroju Rzeczpospolitej. Sejm ten obradował w Warszawie pod rosyjskimi bagnetami (wysłany przez cara gen. Roenne wkroczył w granice Rzeczpospolitej z 18 000 żołnierzy już z końcem września roku poprzedniego) i jedynie milcząco potwierdzał warunki podpisanego 3 listopada 1716 r. traktatu warszawskiego. Warunki te sprowadzały się do kategorycznego usunięcia z Polski saskich urzędników króla Augusta II (na tym etapie August i Piotr konkurowali już o nowy model ustrojowy Rzeczpospolitej, przy czym ten pierwszy dążył do umocnienia swej królewskiej władzy w Polsce - również obsadzając stanowiska ministrami z Saksonii, co bardzo drażniło polską szlachtę, zaś ten drugi uznał, że utrzymanie dotychczasowego ustroju Rzeczpospolitej - to znaczy decentralizacji państwa, liberum veto, oraz postępującej anarchizacji życia politycznego - jest jak najbardziej korzystne z punktu widzenia interesów rosyjskich. Dlatego też ogłosił się obrońcą "polskich swobód" [jak to się powtarza - prawda? Ktoś już kiedyś powiedział, że wystarczy jedynie nauczyć się historii naszego upadku z XVIII wieku - aby mieć podkładkę również i pod wydarzenia dziejące się współcześnie 😬]). Poza tym zmniejszono wówczas liczbę wojska do 24 000 (choć przeznaczono na jego potrzeby stałe podatki), królowi zabroniono wszczynać wojen bez zgody sejmu i więzić szlachtę bez wyroku sądowego (ale to wszystko obowiązywało już od czasu ustawy "Neminem captivabimus..." z 1425 r.). Wprowadzono także nienaruszalność "praw kardynalnych", czyli artykułów henrykowskich i pacta conventa, wolnej erekcji elekcji, liberum veto, nietykalności osobistej szlachty oraz dożywotności sprawowanych urzędów. Car Rosji bardzo szybko, gdyż już w lutym 1720 r. zawarł dodatkowo jeszcze układ z Prusami/Brandenburgią, mający na celu utrzymanie w Rzeczpospolitej "Złotej Wolności" i nie dopuszczenie do jakichkolwiek zmian ustrojowych.




Wojska rosyjskie opuściły granice Rzeczpospolitej w grudniu 1718 r., jednak nie wyniosły się Kurlandii (będącej od 1561 r. lennem Rzeczypospolitej). Przez długie lata istniał konflikt o opuszczenie Kurlandii przez rosyjskie wojsko (w styczniu 1719 r. zawarto nawet w tej sprawie sojusz między Polską, Austrią i Wielką Brytanią, które to państwa miały zmusić Moskwę do opuszczenia kurlandzkiej ziemi, ale oczywiście nic z tego nie wyszło. Potem jeszcze dwukrotnie w 1726 i 1731 r. wzywano Rosję do przestrzegania granic i opuszczenia zajętego terytorium - bezskutecznie, bowiem władzę w Kurlandii sprawowała od 1711 r. Anna Iwanowna Romanowa - córka cara Iwana V). Po raz kolejny wojska moskiewskie wkroczyły w granice Rzeczpospolitej w październiku 1733 r. (w czasie wojny o sukcesję polską z lat 1733-1735) i przebywały tutaj do końca tej wojny. W 1736 r. Sejm ponownie wezwał Moskwę do opuszczenia Kurlandii i wezwanie ponownie okazało się bezskuteczne (dyplomacja bez siły militarnej, jest niczym motyl bez skrzydeł), dodatkowo też w latach 1738 i 1739 wojska rosyjskie dwukrotnie naruszyły granicę z Rzeczpospolitą na Ukrainie, zaś w 1748 r. caryca Elżbieta Piotrowna (córka Piotra I) wysłała wojska, które miały przemaszerować do Niemiec przez terytorium Polski (w czasie wojny o sukcesję austriacką, toczoną w latach 1740-1748) - i tak też się stało. Jednak okres między 1735 a 1757 r. uważany był w Polsce za niezwykle długi czas pokoju i to właśnie wówczas narodziło się powiedzenie: "Za króla Sasa, jedz, pij i popuszczaj pasa". Rosjanie ponownie przekroczyli granicę Rzeczpospolitej w lecie 1757 r. na początku wojny siedmioletniej (toczonej w latach 1756-1763) i przeszli przez Litwę, czyniąc tam ogromne szkody (w samych dobrach kanclerza litewskiego - Michała Czartoryskiego spalono kilkanaście wiosek), zaś w lutym 1759 r. do Wielkopolski wkroczyli także Prusacy Fryderyka Wielkiego - czyniąc kolejne spustoszenia. Prusacy ostatecznie wycofali się jednak do 1763 r. (ostatnie ich większe starcie na ziemiach polskich z Rosjanami miało miejsce w lecie 1761 r.), natomiast Moskale pozostali tu aż do... 1789 r.

Warto tutaj również odnotować zgubny wpływ liberum veto na polski parlamentaryzm i skuteczne wykorzystywanie go przez inne państwa do blokowania jakichkolwiek (niekorzystnych z punktu widzenia obcych dworów) zmian ustrojowych w Rzeczpospolitej. Weto po raz pierwszy zostało użyte na Sejmie 9 marca 1652 r. przez posła z Upity - Władysława Sicińskiego (który potem był symbolem najgorszych klęsk Rzeczpospolitej. Mówiono też, że za ów postępek trafił go piorun, a ziemia nie chciała przyjąć jego zwłok, dlatego też po 1672 r. zabalsamowano je i pokazywano przez długie lata - jeszcze w XIX wieku - w kościele w Upicie - jako symbol zdrady i upadku dawnej Rzeczpospolitej), zaś w kolejnych dziesięcioleciach stało się tak popularne, że mało który sejm w XVIII wieku doszedł do skutku i zdążył uchwalić konstytucję (niektóre zrywano nawet jeszcze przed wyborem marszałka sejmu). Problem z liberum veto polegał na tym, że w polskim parlamentaryzmie obowiązywała zasada jednomyślności (czyli po staropolsku "ucierania się"), a obrady trwały tak długo, aż osiągnięto wspólny konsensus. Dlatego też nawet jeden głos zdecydowanego sprzeciwu, oznaczać mógł storpedowanie długo przygotowywanych planów reform ustrojowych i wzmocnienia wojska, co też powodowało że ze zrywania sejmów korzystały szczególnie obce dwory. I tak, Moskwa (przez przekupionych posłów), zerwała sejmy w latach: 1718, 1719, 1720, 1722, 1724, 1726, 1729, 1730, 1732, 1733, 1760 i 1762. Francja zerwała sejmy w latach: 1681, 1698, 1735, 1744, 1746, 1748, 1750, 1752, 1754 i 1758. O Prusach zaś nie ma co nawet pisać, bo z ich inicjatywy zostały zerwane praktycznie wszystkie sejmy, począwszy od XVIII wieku, więc nie ma sensu ich wymieniać. Warto jeszcze dodać, że sejmy zrywali też polscy magnaci, jak choćby Potoccy, którzy czynili to w latach: 1720, 1729, 1730, 1732, 1738, 1740, 1744, 1746, 1748, 1750, 1752, 1758 i 1760. Sapiehowie: 1688, 1689, 1695, 1698, 1701, 1729 i 1730. Lubomirscy: 1664, 1665, 1666 i 1754. Warto zauważyć że wiele dat się wzajemnie pokrywa, co oznacza że interes magnaterii częstokroć szedł w parze z interesem obcych mocarstw. W każdym razie Rzeczpospolita stała się pośmiewiskiem Europy, niezdolnym do przyjęcia jakiegokolwiek prawa i podjęcia decyzji, trwała zaś jedynie siłą rozpędu, wpadając coraz bardziej w całkowitą zależność od Moskwy (Wielki Wezyr osmański - Ali Pasza żalił się publicznie w 1743 r. - iż system panujący w Rzeczpospolitej przypomina całkowitą anarchię i nic nie można tam uzgodnić - pisał więc: "Cóż mamy czynić z narodem, gdzie dla wykonania jakiejś rzeczy, trzeba najpierw trzydzieści tysięcy głów nakryć jedną czapką"). W takich warunkach wypracowanie wspólnego konsensusu było praktycznie niemożliwe.

Inną zupełnie kwestią były projektowane plany rozbiorów tego apatycznego już wówczas i pogrążającego się w coraz większej politycznej anarchii państwa, jakim stała się Rzeczpospolita Obojga Narodów. Pierwszy plan rozbioru Polski został przedstawiony... we wrześniu 1392 r. przez księcia Władysława Opolczyka (założyciela klasztoru na Jasnej Górze w Częstochowie i tego, który przewiózł i umieścił w tym klasztorze w 1384 r. cudowny obraz Madonny z Jezusem), proponował on wówczas Krzyżakom rozbiór ziem Korony Polskiej pomiędzy Zakon, Czechy i Węgry (jak oczywiście wiadomo, plany te nigdy nie doszły do skutku, gdyż Polska była na drodze ku potędze, a po 1410 r. i bitwie pod Grunwaldem, stała się jednym z największych europejskich mocarstw). Ponownie powrócono do planów rozbiorowych w czasie Potopu szwedzkiego, wojny z Moskwą i agresji księcia siedmiogrodzkiego - Jerzego II Rakoczego w 1657 r., ale i wówczas okazały się one jedynie wydmuszką (Rakoczy został rozbity w bitwach pod Magierowem i Czarnym Ostrowem i to tak, iż musiał podpisać kapitulację, Szwedzi zaś zostali wypędzeni z Rzeczpospolitej do 1658 r. zaś Moskwa - która od 1654 r. zajęła sporą część Litwy, Ukrainy i Białorusi, została rozbita w bitwach pod Lachowiczami, Połonką, Basią i Cudnowem w 1660 r. zaś od roku następnego działania wojenne toczyły się już na terytorium rosyjskim. A teraz pokażcie mi drugie takie państwo, które zostało prawie całkowicie podbite, całkowicie, przez czterech wrogów {czwartym byli Kozacy Chmielnickiego}, a mimo to każdego z nich zdołało pokonać, zniszczyć wypędzić lub unieszkodliwić i odzyskać kraj. Porównując to, co działo się w latach 1654-1660 do roku 1939 to należałoby stwierdzić, że po zajęciu Polski przez Niemcy i Związek Sowiecki, utrzymując niewielki tylko pas w rejonie Kut nad granicą z Rumunią, zdołalibyśmy stamtąd przeprowadzić tak wielką ofensywę, która by wyzwoliłaby cały kraj w ciągu kilku, może kilkunastu miesięcy. Dopiero takie porównanie daje nam prawdziwy obraz tego, co wówczas uczynili nasi przodkowie). Wówczas więc, póki Rzeczpospolita była silna, plany rozbiorów mogły co najwyżej powstać na papierze i warte były tyle, co ów papier na którym zostały wydrukowane. Jednak już w XVIII wieku, gdy Korona Polska nie była zdolna do przeprowadzenia podstawowych reform ustrojowych, rozbiory stały się realnym zagrożeniem. Już w styczniu 1733 r. król August II Mocny zaproponował (w rozmowie z pruskim ministrem Fryderykiem Grumbkowem) zajęcie Prus Królewskich wraz z Toruniem (bez Gdańska), zaś Ukrainę, Białoruś i dużą część Litwy (bez Wilna) zamierzał oddać Rosji. Plan ten ostatecznie nie doszedł do skutku, gdyż August Mocny zmarł 1 lutego 1733 r. w Warszawie.




Kolejny plan rozbioru Rzeczpospolitej, opracowała już nowa władczyni Rosji, zaraz po swym wstąpieniu na tron w lipcu 1762 r. - Katarzyna II. Plan ten przewidywał, iż Kurlandia i Inflanty Polskie zostaną włączone do Rosji, w zamian za to Polska miała otrzymać kosztem Prus - Prusy Książęce z Królewcem. Plan ten wciąż przewidywał utrzymanie Rzeczpospolitej w stanie zależności od Moskwy. Nie mógł też się powieść, gdyż po pierwsze został opracowany "na gorąco" (zaraz po obaleniu i zamordowaniu męża Katarzyny - cara Piotra III, który był wielkim miłośnikiem Prus i pruskiego militaryzmu) jako policzek wymierzony w męża carycy, a po drugie Fryderyk II z pewnością nie zgodziłby się na jego realizację i pomimo osłabienia królestwa w długiej wojnie siedmioletniej, toczyłby dalsze walki o Prusy Książęce, a tej wojny Katarzyna już nie zamierzała prowadzić. W 1768 r. opracowano (tym razem w Wiedniu) kolejny plan rozbiorowy. Cesarzowa Austrii - Maria Teresa zaproponowała Katarzynie i Fryderykowi następujący podział ziem polskich: Prusy otrzymają Kurlandię, Semigalię i Warmię, w zamian za co zwrócą Austrii Śląsk (zdobyty przez Fryderyka w roku w 1742 r.). Rosja natomiast miała utrzymać w Rzeczpospolitej w dalszym ciągu stan całkowitej zależności. Plan ten jednak został storpedowany przez Prusaków, gdyż król Fryderyk nie zamierzał oddawać swej najbogatszej prowincji w zamian za niewiele znaczące ziemie w Prusach i Inflantach. Dlatego też już w 1769 r. opracowany został plan Fryderyka, który zakładał podział ziem polskich: Pomorze i Żmudź miały zostać włączone do Prus (ewentualnie jeszcze Wielkopolska, ale z niej król pruski mógł zrezygnować, gdyby napotkał zbyt duży opór ze strony Rosji), reszta Polski miała zaś zostać włączona bezpośrednio do Rosji. Projekt króla Prus nie spodobał się Katarzynie (zresztą trudno się dziwić i tak kontrolowała całą Polskę, po co więc miała doprowadzać do rozbiorów i dzielić się tymi ziemiami z Prusakami). Jednak jeszcze w tym samym 1769 r. Austria zajęła Spisz i Orawę (ziemie na Węgrzech będące we władaniu Rzeczpospolitej od 1412 r.), zaś w 1770 r. dodatkowo jeszcze Sądecczyznę i Podhale wraz z kopalniami soli w Wieliczce i Bochni, dlatego też stosunek Katarzyny do rozbiorów uległ zmianie. 


MAPA PIERWSZEGO ROZBIORU RZECZPOSPOLITEJ 
1772



Rzeczpospolita była już realnie od 1768 r. (i podpisaniu niekorzystnego układu z Moskwą o "wieczystej przyjaźni", w którym co prawda Katarzyna dawała gwarancje nienaruszalności granic Polski, ale jednak Rosja stawała się gwarantem utrzymania "Złotej Wolności" szlacheckiej i ustroju panującego w Rzeczpospolitej. Tym samym Polska realnie i oficjalnie stawała się rosyjskim protektoratem). Wybuch antyrosyjskiej konfederacji barskiej (z lat 1768-1772) przyspieszył tylko zgodę carycy na rozbiór ziem polskich, do którego doszło ostatecznie 5 sierpnia 1772 r. układem podpisanym przez trzy mocarstwa: Rosję, Prusy i Austrię w Petersburgu. Rosja zajęła 92 tysiące kilometrów kwadratowych i 1 milion 300 tysięcy ludności, były to ziemie województw połockiego, witebskiego i mścisławskiego - tworząc tam gubernię białoruską. Prusy zajęły 36,5 tys. km. kw. i 580 tysięcy ludności - całe Pomorze (bez Gdańska), Warmię, Kujawy i ziemię chełmińską, tworząc tam Okręg Nadnotecki i Prusy Zachodnie. Austrii zaś przypadło 81 tys. km. kw. i 2 miliony 650 tysięcy mieszkańców - czyli województwa krakowskie, ruskie, bełskie i część sandomierskiego. Rzeczpospolita utraciła łącznie 30 procent swego terytorium. Oczywiście zaborcy domagali się aby rozbiory zatwierdził Sejm, jednak, aby nie doszło do jego zerwania przez liberum veto (i teraz właśnie weto byłoby bardzo pomocne) caryca domagała się, aby Sejm przekształcić w konfederację, gdzie decyzje miały zapadać zwykłą większością głosów i tak właśnie się stało - 18 września 1773 r. przekształcony w konfederację Sejm (którego marszałkiem wybrany został kuchmistrz koronny, płatny szpieg Moskwy Adam Koniński) zatwierdził rozbiór. Był to pierwszy w historii rozbiór ziem polskich, dwa kolejne miały nadejść jeszcze w XVIII wieku, zaś do czwartego doszło w... 1939 r. gdy hitlerowskie Niemcy i stalinowski Związek Sowiecki napadły na Polskę i ją sobie wzajemnie podzieliły między siebie (jak również całą Europę Środkową). Lecz prometejska konspiracja, która doprowadziła do odrodzenia Polski w 1918 r., cały czas intensywnie pracowała nad "rwaniem" - owego sowieckiego kolosa - głównie po szwach narodowych, choć nie tylko. I to się udało, w latach 1989-1991 cały blok komunistyczny musiał upaść (inna sprawa że komuniści mieli przygotowane wyjście awaryjne w postaci "transformacji ustrojowej"). Pamiętajcie też że prometejska hydra [w takiej lub innej formie] działa intensywnie po dziś dzień.





PS: Co ciekawe, o ile w czasach panowania Augusta II Mocnego na 13 sejmów zerwano aż 9, za jego syna - Augusta III na 13 sejmów zerwano... 12, natomiast za panowania króla Stanisława Augusta Poniatowskiego... nie został zerwany żaden sejm, dlaczego? Odpowiedź jest bardzo prosta, o ile pozycja Rosji, jako hegemona w Rzeczpospolitej nie była wcześniej oficjalna, o tyle Moskwa musiała polegać na sprzedajnych posłach i ich wecie wobec niekorzystnych dla siebie ustaw i propozycji reform. Ale odkąd Rzeczpospolita już realnie stała się rosyjską kolonią, utrzymywanie weta jako politycznej blokady wprowadzanych ustaw było nie tylko niepotrzebne, ale wręcz stawało się szkodliwe z punktu widzenia Moskwy. Tym bardziej że za króla Stasia i tak głosowano na sejmach to, czego życzyła sobie caryca Katarzyna, dlatego też weto było tylko zagrożeniem i mogło służyć do blokowania korzystnych dla Rosji ustaw. Więc żaden sejm w latach 1764-1795 nie został już zerwany za pomocą tej broni (inna sprawa że liberum veto zostało zniesione przez Konstytucję 3 Maja w 1791 r.). I wszyscy posłowie musieli się temu podporządkować, a kto był oporny, to czekał go los owych nieszczęśników: biskupa krakowskiego Kajetana Sołtyka, biskupa kijowskiego Józefa Andrzeja Załuskiego, hetmana polnego koronnego Wacława Rzewuskiego i jego syna Seweryna, porwanych na Sejmie delegacyjnym na rozkaz rosyjskiego ambasadora - Nikołaja Repnina - 14 października 1767 r. i wywiezionych do Kaługi. 


PS2: W kolejnej części omówię jeszcze dwa pozostałe rozbiory i przejdę już bezpośrednio do prezentacji początków Ruchu Prometejskiego, który (a jakże) najbardziej sprzyjające warunki zyskał u boku korsykańskiego generała, co wkrótce potem stał się cesarzem Francuzów, a w 1812 r. rozpoczął próbę wskrzeszenia dawnej Rzeczypospolitej, najeżdżając Rosję i ogłaszając II Wojnę Polską (stąd potem powstał nawet na ten temat wiersz, który brzmiał: "Głupi Napoleonie, gdybyś za Renem siedział nigdy by się o tobie Hudson Lowe nie dowiedział". Dla przypomnienia - Hudson Lowe był brytyjskim gubernatorem św. Heleny na którą trafił Cesarz Napoleon po swej ostatecznej klęsce pod Waterloo w 1815 r.). Tak więc u boku Bonapartego, zrodziła się konspiracja, która przetrwała potem cały XIX wiek, pracując intensywnie nad jednym celem - rozbicia Rosji i wskrzeszenia Polski (oraz innych ciemiężonych przez Moskali narodów) i to im się ostatecznie udało w listopadzie 1918 r. (nic więc dziwnego że po klęsce Polski w 1939 r. Stalin z takim zamiłowaniem na przełomie 1939/1940 r. oglądał sztukę Michała Glinki pt.: "Życie za cara", opowiadającej o wypędzeniu Polaków z Moskwy w 1612 r. Szczególnie zaś podobała mu się jedna scena - właściwie to oglądał tę sztukę tylko dla niej - pokazująca jak Polacy ostatecznie tonęli w bagnie. Potem zaś był Katyń... Czyżby Stalin tak bardzo bał się prometejskiej Hydry, że wydał rozkaz zabicia wziętych do niewoli, ponad 22 000 żołnierzy i oficerów Niepodległej Polski?






CDN.

TAK, BYLIŚMY IMPERIUM!

KU PAMIĘCI I DUMIE Z
RZECZPOSPOLITEJ OBOJGA NARODÓW





W jednym ze skeczy Kabaretu Neo-Nówka jest takie stwierdzenie tłumaczące amerykańskiemu prezydentowi - Barackowi Obamie - gdzie leży Polska, otóż: "Jak tu jest Rosja, to jakby jej nie było, to Polska graniczyłaby z Afganistanem". Oczywiście jest to żart, ale dobitnie pokazuje on że tradycja, pamięć, język a nawet moda dawnej Rzeczpospolitej Obojga Narodów wcale nie zniknęła i że przetrwała w podświadomości oraz kodzie genetycznym wielu narodów, żyjących dziś nawet w takich krajach jak Mołdowa czy Gruzja. Jest to tradycja genetycznej więzi i pamięci Rzeczpospolitan - niesamowitego społeczno-kulturowego tworu, powstałego pomiędzy Bałtykiem, Adriatykiem a Morzem Czarnym. Niestety, lata zaborów, a szczególnie komunistycznego zniewolenia zrobiły swoje i dziś tamta pamięć strasznie się zamazała, poblakła i poczerniała. Dotyczy to również mentalności Polaków jak również (a może przede wszystkim) naszych elit - które w dużej mierze utraciły zdolność myślenia i analizowania polityki oraz geopolityki w taki sposób, który przede wszystkim służyłby Rzeczpospolitej (zupełnie inną sprawą jest fakt sprawdzenia skąd tej elicie wystają nogi i to zarówno pod względem ideologicznym jak i genetycznym, duża część bowiem te elity nie ma nic wspólnego z Polską, Polskością i Polakami). Orientacje, które istnieją w polskiej polityce, to efekt zarówno długiego okresu zaborów, jak i komunizmu - gdzie orientowano się na "Wschód" czy (rzadziej) na "Zachód" (jak na przykład czynili niektórzy politycy w II Rzeczpospolitej). Oczywiście rozumiem że w obecnej sytuacji geopolitycznej orientowanie się na sojusz z jakimś mocarstwem jest konieczne - gdyż sami jeszcze nie jesteśmy w stanie wybić się na pełną suwerenność - ale powinny, a wręcz muszą być jasno zdefiniowane pewne pryncypia, które ustalałyby relacje i jasno pokazywały kierunki naszych zainteresowań. Takie na przykład jak choćby stwierdzenia: "Wschód jest nasz!". A to oznacza, że stosunki z Kijowem, Mińskiem, Wilnem, Rygą, Tallinem, Tbilisi czy Kiszyniowem nie mogą w żadnym razie toczyć się bez zgody i akceptacji Warszawy. To może dla niektórych brzmi nieco dziwnie (a nawet niebezpiecznie), ale tak właśnie postępować należy, gdyż jedynie Polska (ze wszystkich krajów regionu) w Europie Środkowo-Wschodniej, ma realną możliwość odrodzenia dawnej wspólnoty Środkowoeuropejskiej, zwanej Rzeczpospolitą Obojga Narodów.

Tak, bowiem dawna Rzeczpospolita była imperium (choć niektórzy twierdzą inaczej), była mocarstwem nie tylko militarnym, politycznym i gospodarczym, ale także społecznym, obyczajowym i... lingwistycznym, zaś obszar wpływów tamtej Polski sięgał daleko poza jej nieprzepastne granice, zaś pamięć o tamtym państwie przetrwała wśród elit II Rzeczpospolitej - wśród których panowała właśnie imperialna duma (te wszystkie zamorskie projekty kolonialne, te plany wojny ofensywnej przeciwko Związkowi Sowieckiemu, te deklaracje, iż nie potrzebujemy ani Anglików ani Francuzów aby spuścić łomot Niemcom etc. etc.). Czym były hasła o mocarstwowości, jeśli nie pamięcią genetyczną elit II Rzeczpospolitej o dawnym imperium? To wszystko musimy na powrót odrodzić, powoli acz konsekwentnie (należy bowiem pamiętać o tym, że nie wszystko to, co my uważamy za słuszne i oczywiste, jest takowym w oczach naszych sojuszników. Zupełnie inną sprawą jest również fakt, że takiej Wspólnoty nie da się budować z ludźmi, którzy nie tylko tego nie chcą, ale wręcz nie są tego godni, a mam tutaj na myśli ludzi o mentalności komunistycznej, moskalofilskiej i oczywiście... jawnych wyznawców Bandery) odrodzić dawną pamięć o Rzeczpospolitej Obojga Narodów, pamięć o narodzie wolnych od wszelkiej tyranii obywateli - Rzeczpospolitan, o dawnej tradycji, którą wielu chciało wyplenić, a która i tak pomimo prześladowań, mordów i przesiedleń - przetrwała i choć jest ona nieco przyblakła - to jednak jest i to stanowi już ogromny kapitał na przyszłość. Dlatego też, mając na uwadze tamtą pamięć, chciałbym zaprezentować wywiad, jakiego (jeszcze w 2012 r.) udzielił dla tygodnika "Uważam Rze Historia" - prof. Andrzej Nowak (autor "Dziejów Polski"). Przejdźmy zatem do owego wywiadu i jak mówił klasyk: "Bach, babkę w piach, a teściową w klatkę piersiową". Rozmowę z profesorem Nowakiem przeprowadził redaktor Maciej Rosalak, zaś tekst nosi tytuł:       

 
"400 LAT ODDECHU"




Maciej Rosalak: Rozszerzanie się Polski na wschód było elementem "Drang nach Osten" - szerszego zjawiska w średniowiecznej Europie, obejmującego poza nami i Niemcami również Francję. Mówi się, że obecność Polaków na Rusi Czerwonej, a później na Wołyniu, Ukrainie, Rusi Białej i Czarnej oraz na Litwie nie wynikała jednak z podboju. Czy więc była w pełni prawomocna?

Andrzej Nowak: Najbardziej błyskotliwe poszerzenie obszaru wspólnoty politycznej, która połączyła Polaków z mieszkańcami ziem litewsko-ruskich, nastąpiło w wyniku unii, a nie podboju. Kwestia Rusi Czerwonej jest już bardziej złożona. W trójkącie geopolitycznym, który stanowiły już podczas rozbicia dzielnicowego księstwa polskie, zachodnie księstwa ruskie i królestwo węgierskie, toczyły się jednak walki zbrojne. W XIV wieku do zmagań o Wołyń włączyła się jeszcze Litwa. Ważniejsze od militarnych aspektów wydaje się jednak pewnego rodzaju starcie cywilizacyjne. Mamy ślady jego świadomości już w roku 1147. W tym czasie rozpatrywano w Europie konieczność kolejnej wyprawy krzyżowej i wzmocnienia przyczółków chrześcijańskich uzyskanych wcześniej w Ziemi Świętej. Inicjator wyprawy Bernard z Clairvaux stał się wtedy adresatem listu biskupa krakowskiego Mateusza (jest on pierwszym Polakiem, którego tekst literacki dotrwał do naszych czasów). Tłumaczy on sytuację polskich książąt, którzy nie pójdą na wyprawę do Palestyny, ponieważ tuż za wschodnią granicą mają podobną misję do spełnienia. "Ruthenia est quasi alter orbis" - pisał Mateusz. Ruś jest jakby innym światem, z inną religią, i tam musimy dokonać podboju duchowego, aby otworzyć ów świat na wpływy łacińskie. Już wtedy - mimo licznych mariaży Piastów i Piastówien z Rurykowiczami i Rórykowiczównami - zaznaczyła się różnica cywilizacyjna związana z różnym wyborem źródeł chrześcijaństwa - na Rusi było to Bizancjum, w Polsce - Rzym.

Maciej Rosalak: Wszelako ponad 400 lat później mamy konfederację warszawską (1573 r.), która - w przeciwieństwie do pogrążonej w wojnach wyznaniowych Europy - wprowadza u nas tolerancję religijną.

Andrzej Nowak: Tak, oczywiście. Skoro przechodzimy do czasów jagiellońskich, spójrzmy na Litwę, z którą zawarliśmy układ w Krewie (1385 r.). Stworzyła ona rozległe państwo nie tyle dzięki podbojowi, ile dzięki chętnemu poddaniu się księstw dawnej Rusi Kijowskiej słabej władzy litewskiej na miejsce srogiego panowania Mongołów. Litwinów było dziesięć razy mniej w tym państwie niż ludności prawosławno-ruskiej. Byli też dużo słabsi kulturowo. Wnieśli jednak dużą energię i zdolności organizacyjne, ale w krótkiej perspektywie czasu byli skazani na przekształcenie litewskiego imperium w państwo w sensie kulturowym, językowym i religijnym rusko-prawosławne. Przez krakowski chrzest Jagiełły i jego drużyny w obrządku łacińskim Litwa ocaliła swoją odrębną od ruskiej tożsamość. Pogańską pozostać nie mogła, a przyjmując ostatecznie prawosławie, przypieczętowałaby swoją asymilację z kulturą ruską. Unia została potwierdzona w Horodle (1413 r.) pięknym aktem "miłości braterskiej", bez którego - jak napisano w jej wstępie - nie ma żadnego trwałego związku. Kilkadziesiąt rodów litewskich zostało przyjętych do rodów polskich. Przywileje szlachty miały obejmować z początku tylko katolików litewskich, ale już w 1432 r. Jagiełło rozszerzył je na prawosławnych. Tak więc okres dający większe prawa katolikom trwał bardzo krótko, po czym nastąpiło pełne równouprawnienie wyznań. I to jest rzeczywiście wyjątkowe w skali europejskiej. Nigdzie indziej przez następne wieki nie istniało takie państwo jak polsko-litewskie. Na przestrzeni niemal miliona kilometrów kwadratowych koegzystowały za Jagiellonów, a później w Rzeczpospolitej, tak różne wyznania: katolickie, prawosławne, od XVI wieku także protestanckie. Fakt, że nie doszło tu do żadnej wojny religijnej, jest fenomenem. Konflikty rozwiązywano pokojowo, za pomocą aktów prawnych, jak uczyniła to wspomniana przez pana konfederacja warszawska.


ŚLUB KRÓLOWEJ POLSKI - JADWIGI I WIELKIEGO KSIĘCIA LITWY JOGAIŁY (PÓŹNIEJSZEGO WŁADYSŁAWA II), ZAŁOŻYCIELA DYNASTII JAGIELLONÓW 
PIERWSZY KROK KU RZECZYPOSPOLITEJ
(1386 r.)



Maciej Rosalak: Od niemal tysiąca lat mówi się o Polsce jako przedmurzu chrześcijaństwa, broniącym Europy przed Tatarami, Turkami oraz tyranią moskiewską, zwłaszcza - w XX wieku - bolszewicką. Bardziej jednak zwraca się uwagę na aspekt militarny niż cywilizacyjny. Co Polska przyniosła Kresom w dziedzinie kultury i prawa?

Andrzej Nowak: W istocie od czasów Batorego Polska nie może się wykazać jakąś szczególnie błyskotliwą historią militarną. Mamy wprawdzie zwycięstwo nad Krzyżakami pod Grunwaldem (z walnym udziałem Litwinów i Rusinów) czy nad Moskwą pod Orszą (1514 r.), ale częściej przegrywaliśmy z nacierającą od końca XV wieku Moskwą, która chciała zagarnąć wszystkie ziemie dawnej Rusi. Aż do wojen kozackich, moskiewskich i szwedzkich połowy XVII wieku ponad dwa stulecia od zawarcia unii z Litwą wypełniają nie wojny, lecz właśnie praca cywilizacyjna. Jej symbolem jest Uniwersytet Krakowski, który po to został odnowiony przez Jagiełłę i Jadwigę, żeby służyć związkowi z Litwą, żeby kształcić kadry zdolne ten związek polityczny spajać pracą administracyjną i kulturową. Już drugim rektorem odnowionego uniwersytetu został Litwin - książę drohiczyński Jan, krewniak Jagiełły. Praca cywilizacyjna dała efekty dostrzegalne gołym okiem i widoczne do dziś: kopuły cerkwi stykają się z wieżami gotyckich i barokowych kościołów na Ukrainie, Białorusi i Litwie. Sama architektura maluje więc na tych obszarach fascynujący obraz dyfuzji kulturowej wschodu i zachodu Europy. Symbolem mniej widocznym jest pomnik prawa magdeburskiego, na którym lokowano miasta. Niech pan zgadnie, gdzie stoi taki pomnik?

Maciej Rosalak: We Lwowie?

Andrzej Nowak: W Kijowie. Dowodzi on, że Polska stała się rodzajem pasa transmisyjnego dla kultury prawnej przecież nie własnej, nie w Polsce wymyślonej, ale zachodnioeuropejskiej. Polska przenosi ją na obszary wschodnie, które stopniowo wchodzą w jej granice od końca XIV wieku. Stopniowo wnosi jednak również własną specyfikę ustrojową - kulturę wolności republikańskiej, która kształtuje się we wspólnym państwie polsko-litewskim dzięki "oswajaniu" dynastii jagiellońskiej przez szlachtę. Owym wolnościowym ustrojem niejako "zaraża" całą społeczność rozległego kraju. To, że dziś istnieją odrębne państwa Ukrainy, Białorusi, Litwy, wynika z faktu, że kiedyś Wielkie Księstwo Litewskie otarło się o Koronę. Litwa, powtarzam, rozpuściłaby się w tyglu prawosławnym, a wspólnoty Ukrainy i Białorusi nie znalazłyby wystarczająco silnego impulsu, aby wyodrębnić się z ogarniającej je szerszej wspólnoty wschodniosłowiańskiej, gdyby nie wpływ zachodniej cywilizacji idącej z Krakowa, Poznania, Sandomierza - do Wilna, Grodna, Lwowa i Kijowa. Niektórzy historycy, zwłaszcza ci z tak zwanej szkoły krakowskiej, wielce ubolewali jednak nad unią z Litwą, twierdząc, że dużo straciliśmy, idąc na wschód. Że trzeba było wszystkie siły poświęcić dla tej mniejszej ojczyzny piastowskiej, a nie rozrzedzać ich na wschodzie. 

Maciej Rosalak: Tę opinię utrwalił w świadomości naszego społeczeństwa, poza propagandą komunistyczną, głównie Paweł Jasienica. Wielu Polaków szczerze upatruje w zwrocie na wschód przyczyny trwałej utraty przez nas na 600 lat Śląska i Pomorza, a także rozluźnienia związków z cywilizacją łacińską. Czy więc Polska zyskała, czy straciła na Kresach?

Andrzej Nowak: Przytoczę tu cytat z Józefa Szujskiego, mistrza szkoły krakowskiej i mistrza Jasienicy o Polsce: "Im więcej w imię wolności zagarnęła surowych żywiołów, tym bardziej rozrzedzać się musiała ta siła rdzenna, zwyciężać indywidualność, wracać bezradność, nieorganiczność pierwotnej kupy słowiańskiej". Przez unię, przez otwarcie na wschód - twierdzą pogrobowcy stańczyków - wróciliśmy do "pierwotnej kupy słowiańskiej", zamiast identyfikować nasz rozwój tak, jak zaczął to skutecznie robić ostatni silny Piast Kazimierz Wielki.Tego rodzaju ostry osąd nie bierze jednak po uwagę jednego czynnika: geopolitycznego. Historia to nie szachy, w których sąsiedzi czekają na nasz ruch. Nie, zanim zrobimy ten ruch, oni mogą zrobić 20. Gdybyśmy nie weszli na obszary wschodnie, one nie pozostałyby bezpańskie, ale nieuchronnie stałyby się częścią wielkiej potęgi wschodniosłowiańskiej. Moskwa miała program, wolę i siły, aby zjednoczyć ziemie dawnej Rusi i to czyniła. 

Maciej Rosalak: Unia polsko-litewska opóźniła ten proces?

Andrzej Nowak: O cztery wieki. I dziś jej konsekwencje cywilizacyjne stoją temu procesowi nadal na przeszkodzie. Teraz wyobraźmy sobie, że już w XV wieku za naszą wschodnią granicą na Bugu stoi potężne państwo wschodniosłowiańskie. Czy pomaga nam to odzyskać Śląsk? Przecież Luksemburgowie, a potem Habsburgowie nie patrzyliby z założonymi rękami, jak odbieramy im najbogatszy kraj korony czeskiej, tylko w każdej chwili mogliby zawrzeć sojusz przeciw Krakowowi z imperium wschodnioeuropejskim. I to imperium mogłoby uderzyć już w XV wieku znad Bugu, a nie znad górnej Wołgi.


HUSARIA 
Pierwotnie pochodzenia serbsko-węgierskiego, już w XVI wieku stała się rdzeniem polskiej skuteczności, siły i militarnego geniuszu. Jedyna formacja która przez 123 lata swego istnienia nie przegrała żadnej bitwy (a i tak największe swe sukcesy odniosła dopiero później), jedyna formacja polskiego autoramentu, której nie byli w stanie podrobić ani skopiować nigdzie indziej, czy to na Wschodzie czy na Zachodzie. Mówiło się że jeśli husarii nie zatrzyma się do trzeciego szeregu piechoty, to już jest po bitwie i nawet ucieczka jest już niemożliwa. Gdzie husaria tam zwycięstwo!



 Maciej Rosalak: Brzmi znajomo.

Andrzej Nowak: Polska leży między dwiema największymi, starszymi od niej i bez porównania potężniejszymi od niej - od samego początku naszych dziejów - wspólnotami etniczno-historycznymi w Europie: wschodniosłowiańską i germańską. Czy mała Polska wciśnięta między dwie potęgi - na wschodzie i na zachodzie - obroniłaby swoje miejsce na mapie, swoją odrębną ścieżkę w historii i kulturze europejskiej? Myślę, że dzięki unii z Litwą, dzięki wysiłkowi, jaki został włożony w próbę sprostania temu cywilizacyjnemu wyzwaniu, zyskaliśmy olbrzymią przestrzeń nie tylko politycznego, ale także kulturalnego oddechu. Kiedy kultura polska wydaje swoje najwspanialsze owoce? W czasach unii lubelskiej, w czasach Kochanowskiego, Reja, Sępa-Szarzyńskiego, Skargi, w potem w XIX wieku, w czasach Słowackiego, Mickiewicza, Moniuszki. Czy wydałaby je, gdyby już w XV wieku pogodziła się z miejscem ograniczonym do malutkiego aneksu zachodnich potęg Europy? Ten oddech pomógł Polsce przetrwać w najgorszym położeniu geopolitycznym na świecie. I nie tylko przetrwać. To, że między Rosją i Niemcami pojawiły się jeszcze Litwa, Białoruś i Ukraina, zawdzięczamy właśnie podjęciu owej próby dziejowej - unii z Litwą. Próba powiodła się w tym przynajmniej sensie, że przyniosła trwałe rezultaty cywilizacyjne, stworzony został odrębny wariant kultury europejskiej. W ciągu kilkuset lat od XIV do XVIII wieku rozwijał się ustrój specyficznej kultury politycznej, wspólnoty republikańskiej, wspólnoty wielu narodów. Pojawiło się coś odrębnego, coś, co daje nam autonomiczny charakter, co powoduje, że Polska nie jest małym krajem o małej historii i małej kulturze.

Maciej Rosalak: Wspominał pan profesor wcześniej o "oswajaniu Jagiellonów przez szlachtę". Wszelako to oswajanie polegało na zapewnianiu jagiellońskiej ciągłości dynastycznej kosztem osłabiania władzy centralnej i prowadziło do anarchii ustrojowej. Czy wiec unia z Litwą nie okazała się zabójcza dla Rzeczpospolitej?

Andrzej Nowak: Zdaniem Szujskiego i wszystkich jego następców znaczące powiększenie państwa musiało prowadzić do jego wewnętrznego osłabienia. Najbardziej przedsiębiorcze elementy, zamiast umacniać Polskę "właściwą", uciekały na wschód, robiąc tam łatwe, wielkie kariery. Jak pisał, nastąpiło dla Polski fatalne "rozwolnienie w przestrzeniach". Szujski zwrócił też uwagę, że impet szlacheckiego ruchu egzekucyjnego czasów ostatnich Jagiellonów zanika, kiedy w wyniku unii lubelskiej (1569 r.) szlachta polska zyskała szansę zagospodarowania ogromnych terenów na Ukrainie, włączonych wówczas decyzją Zygmunta Augusta do Korony. Z pewnością unia lubelska otwierała przed naszą szlachtą spore możliwości ekonomiczne. Ogromne fortuny, które wtedy powstawały, dały też niewątpliwie przewagę czynnikowi możnowładczemu. W czasach Władysława IV Wiśniowieccy byli na ziemiach ukrainnych właścicielami 200 tys. dusz (2 procent ludności całego państwa), Koniecpolscy blisko 150 tys. Rola wolnego głosu obywatela malała, bo stawał się on coraz bardziej klientem magnata. To prawda. Ale co było alternatywą dla objęcia tego obszaru? Zostawić go? Rządzić nim żelazną ręką z silnego centrum w Warszawie czy w Krakowie i w ten sposób bronić oraz zagospodarowywać Dzikie Pola? To byłby sposób jak na XVI-XVII wiek nowoczesny, ale wymagający zupełnie innego państwa niż Rzeczpospolita. To musiałoby być imperium. Polska mogła wygrać z Rosją, ale pod warunkiem, że stałaby się drugą Rosją, a może drugą Francją - w każdym razie scentralizowanym imperium, zdolnym do podboju sąsiadów i na to nastawionym. Ale obywatele nie chcieli imperium. Albo obrona obywatelskiej wolności, albo wzmacnianie państwa, konieczne do stawienia czoła sąsiednim, agresywnym imperiom (Moskwie, Turcji, Szwecji, Habsburgom) - ten dylemat stale towarzyszył Rzeczypospolitej. Nie była ona, jak Anglia, oddzielona bezpiecznym kanałem od potencjalnych wrogów, by móc bezpiecznie dochodzić przez wieki do "rządnej wolności". Doszła w rewolucji 3 maja, ale sąsiedzkie imperia były czujne i ten piękny eksperyment zdławiły natychmiast.

Maciej Rosalak: Czy powodem upadku Rzeczypospolitej nie był również fakt,że była państwem tylko Dwojga, nie zaś Trojga Narodów? Znamienne, że Polacy zmienili punkt widzenia po upadku swego państwa. Na sztandarach powstańców styczniowych przedstawiano zwykle - obok Orła Białego i Pogoni - również Archanioła Michała, symbol Rusi.

Andrzej Nowak: Z jakże różnych punktów widzenia patrzono na te symbole... Litwinom unia kojarzy się z aktem lubelskim z 1569 r., który odebrał im ogromne obszary na południe od Prypeci (przypomnijmy: to sam ich władca je odebrał). Ale to, co dla Litwinów było złe, z punktu widzenia ziem ruskich stanowić mogło dobro: przywrócono im jedność, której nie miały od XIV wieku, czyli od czasu zajęcia Rusi Czerwonej przez Kazimierza Wielkiego i Jadwigę. Ukraina, można powiedzieć, zyskała swój przyszły kształt terytorialny. Białoruś z kolei kształtowała się w ramach Wielkiego Księstwa. Różne nacje różnie dziś patrzą na unię i jej symbole. To, co je łączyło, to poczucie zniszczenia wszystkiego, co było dobre w naszym związku, przez ekspansję rosyjską. Zlikwidowane decyzją carską Zaporoże mogło zadawać sobie pytanie: a może z Rzecząpospolitą było nam lepiej? Na fali tych sentymentów odżyją w XIX wieku, już podczas walki "o wolność waszą i naszą", te nadzieje i koncepcje wspólnej walki: równych z równymi, wolnych z wolnymi, czyli właśnie Litwinów i Ukraińców razem z Polakami, współbraci w jednej Rzeczpospolitej, na przekór rozwijającym się równolegle z wielką siłą nacjonalizmom.

Maciej Rosalak: Czy stąd wywodzą się idee federacyjne Józefa Piłsudskiego, urodzonego trzy lata po upadku powstania styczniowego? Plan budowy związku równoprawnych państw, stanowiących od Bałtyku po Morze Czarne zaporę przed bolszewicką Rosją, został zaprzepaszczony w traktacie ryskim, mimo wygranej w 1920 r. wojny.

Andrzej Nowak: Piłsudski nie był federacjonistą, tylko realistą. Często - może za często - cytuje się jego list do Wasilewskiego, w którym pisał, że formułki federacyjne są aktualnie modne na Zachodzie, więc do nich nawiązuje, ale lubi rozmawiać o rzeczywistości z rewolwerem w kieszeni... Na pewno chciał postawić tamę imperializmowi rosyjskiemu i wiedział, że sama etniczna Polska tego nie dokona. Rozumiał konieczność współdziałania z państwami tworzącymi się na naszych dawnych rubieżach wschodnich. Jego wizję celnie określił litewski współpracownik (do 1919 r.) Piłsudskiego - Michał Romer. Określił on ideał polityczny Marszałka jako wschodnioeuropejskie Imperium Dominiów (Polski, Litwy, Białorusi, Ukrainy). Miały je tworzyć cztery narody, ale kluczowe było słowo "imperium": musiała w nim istnieć silna, jasno określona władza państwowa . Zdolna przeciwstawić się i wewnętrznym nacjonalizmom, i sąsiednim imperiom. Piłsudski chciał odnowić jagiellońską potęgę, ale nie w republikańskiej, tylko w imperialnej formie.

Maciej Rosalak: Niestety nie udało się.

Andrzej Nowak: Wbrew rozpowszechnionym przez piłsudczyków mitom endecja wcale nie zepsuła w Rydze idei federacyjnej. Nie było tak, że bolszewicy dawali nam Mińsk, a my go nie chcieliśmy... Idea Piłsudskiego przegrała nie w Rydze, ale w Kijowie w maju-czerwcu 1920 r. Właśnie opublikowana została fundamentalna praca Jerzego Borzęckiego, historyka kanadyjskiego, który jako pierwszy odtworzył dzień po dniu przebieg rokowań ryskich w oparciu o archiwa sowieckie. Nie było żadnego momentu, kiedy Sowieci godziliby się na oddanie Mińska. Ani przez sekundę nie chcieli oddać Białorusi. Ani Grabski ochoczo nie godził się na odstąpienie Mińska, ani Piłsudski na jego wzięcie wcale nie nalegał. W tym momencie pragnął ratować tyle, ile udało mu się "ugrać" w 1920 r.: bezpieczeństwo Polski. Koniecznie chciał oddzielić Rosję bolszewicką od Litwy, którą nie bez przyczyny musiał traktować jako wrogi korytarz mogący połączyć Sowiety z Niemcami. I to zostało wynegocjowane: granica Polski sięgnęła Łotwy i oddzieliła państwo sowieckie od Litwy (a przez nią i od Niemiec). Na tyle było stać Polskę w 1920 r. Niestety, tylko na tyle. 

Maciej Rosalak: Czy dziś coś zostało z Kresów?

Andrzej Nowak: Wielowiekowe przygody Rzeczypospolitej, państwa tylu nacji, kultur i wyznań, powstałego w wyniku unii zawartych w Krewie, Horodle i Lublinie, z pewnością mogą wiele wnieść do tej unii, w której jesteśmy obecnie. Ile jedności, ile różnorodności (także religijnej, cywilizacyjnej)? Ile wolności, ile potrzebnej centralizacji wysiłków? - to są zagadnienia współczesne, które doświadczenia państwa polsko-litewskiego oświetlają w pouczający sposób. Uderza jednak także oczywista różnica: unia polsko-litewska tworzyła się w samorządach, sejmikach, we wspaniałej kulturze obywatelskiej wolności; Unię Europejską tworzy natomiast przede wszystkim gigantyczna biurokracja, obywająca się coraz widoczniej bez obywateli. Unia polsko-litewska przetrwała 400 lat. Zastanawiam się: jak trwałe będzie dzieło biurokracji? 






To tyle. Chciałbym tylko dodać że co się tyczy meritum, to oczywiście w ogromnej większości zgadzam się z panem profesorem Nowakiem, ale mam kilka istotnych zastrzeżeń co do pewnych fragmentów jego wypowiedzi - pozwolę sobie jednak już ich w tym temacie nie rozwijać. Na zakończenie chciałbym jeszcze zaprezentować fragment tekstu, jaki ukazał się na portalu "Racjonalista.pl", a który dotyczy kwestii przeze mnie już kilkukrotnie poruszanej. A mianowicie o kulturowej, a szczególnie językowej dominacji języka polskiego na obszarze pomiędzy Bałtykiem, Adriatykiem a Uralem. Oto wybrane fragmenty owego artykułu pt: "W XVII wieku język polski był językiem międzynarodowym", którego całość znajduje się TUTAJ:


"Wiele się mówi o sukcesach militarnych dawnej Rzeczypospolitej, niewiele natomiast o sukcesach kulturowych, zwłaszcza o sukcesach polszczyzny, która w XVII w. była językiem międzynarodowym z prawdziwego zdarzenia. 

Język polski był bardzo popularny do XVII wieku w środkowo-wschodniej Europie ze względu na szerokie kontakty handlowe z państwami ościennymi i panującą wolność wyznaniową i światopoglądową dla cudzoziemców. Przy pomocy "sarmackiej mowy" każdy kupiec może przebyć bez tłumacza "ogromne przestrzenie między Adriatykiem a Morzem Kaspijskim", obejmujące wiele narodów i królestw [Krzyżanowski 1980, 242-243]. 

W czasach nowożytnych Rzeczpospolita tworzyła duży i znaczący w Europie organizm państwowy, leżący na ważnych szlakach handlowych i pośredniczący w kontaktach zachodu ze wschodem. Do ery wojen XVII w. była też krajem bogatym, o stosunkowo wysokiej stopie życia, ze względu na panującą w niej wolność wyznaniową, etniczną i światopoglądową, chętnie zamieszkiwanym przez cudzoziemców.

W 1642 roku gdański drukarz, księgarz i wydawca, Andrzej Hünefeld, w przedmowie do słownika łacińsko-polsko-niemieckiego podkreślał, iż są to języki konieczne dla rozwoju stosunków międzynarodowych i prowadzenia handlu [Klemensiewicz 1974, 280]. 

Gdański profesor, Jan Schultz-Szulecki, pisał w 1694 r., iż język słowiański miał tu od czasów najdawniejszych aż po dnie dzisiejsze "wagę i znaczenie języka państwowego" (publica fuit autoritas). Przez słowiański ten nobilitowany "Prusak" rozumiał przede wszystkim polszczyznę.

Szlachta szczyciła się swym męstwem i wolnościami, wielkością terytorialną państwa i jego bogactwem, natomiast wzmianki na temat triumfów polszczyzny są stosunkowo nieliczne. Nadrzędny charakter polszczyzny uchodził w oczach przedstawicieli innych nacji, zamieszkujących ówczesną Rzeczpospolitą, za coś oczywistego. Przekonaniu temu dawali wyraz zwłaszcza mieszkańcy Prus Królewskich, przeciwstawiający ją niemczyźnie, w której widziano język regionalny, czy też "krajowy". W 1668 r. Zygmunt Kontzewitz Kotzer pisał, że język polski stanowi: "eine von den vornemsten und Hauptsprachen" ("jeden z najważniejszych i głównych języków").

Znaczenie handlowe i polityczne sprawiło że język polski stał się międzynarodową mową we wschodniej części kontynentu. Posługiwało się nim wiele narodów zamieszkujących tereny Rzeczypospolitej, oraz był popularny w krajach ościennych. Języka polskiego często używali kupcy niemieccy i czescy. Od połowy XVI wieku do początku wieku XVIII polszczyzna była językiem dworskim w Rosji, i tą drogą przeniknął do języka rosyjskiego szereg wyrazów pochodzenia zachodnioeuropejskiego, przyswojonych wcześniej przez język polski, oraz wyrazów rdzennie polskich. Pod koniec XVII w. język polski był popularny i modny także wśród wyższych warstw Moskwy, a jego znajomość była miernikiem wykształcenia i kultury. Posługiwała się nim również kancelaria Chanatu Krymskiego w celu sporządzania dokumentów.

Język polski wywarł znaczny wpływ na takie języki jak: ukraiński, białoruski, litewski, rosyjski, jidysz, hebrajski, czeski, rumuński, węgierski. Wpływ Polski na inne kraje europejskie nie sięgał jedynie języka. Polska wywierała znaczny wpływ tak na modę jak i na sztukę wojenną. Wielką popularnością cieszyły się także traktaty polityczne i teologiczne polskich autorów. Chwalono także polski ustrój demokratyczny, choć zmiany w systemach politycznych państw europejskich, oparte na ideach Machiavellego, zdążały w przeciwnym kierunku. 

U schyłku Rzeczypospolitej śląski poeta, Chrystian Rohrman, tak pisał o sile kultury polskiej: "A choćby wolność polska zaginęła Sława języka jej będzie słynęła". 

Na okres rozbiorów przypada druga szczytowa fala ekspansji polskiej kultury. Jej najgorliwszych propagatorów spotykamy właśnie wśród potomków obcych imigrantów, dzieci austriackich urzędników czy oficerów nie wyłączając. "Pochodniami polskości" stają się twórcy patriotycznego malarstwa: Michał Elwiro Andriolli, Artur Grottger i Jan Matejko, literatury: Władysław Ludwik Anczyc (von Anschűtz), Adam Asnyk (Aasnick) i Wincenty Pol (Pohl, Pol von Pollenburg). W nauce zabłyśli ludzie, którzy bądź to spolonizowali częściowo swe nazwiska, jak Estreicherowie (Ősterreicher) i Joachim Lelewel (Loelheffel), bądź też pozostali przy ich dawnym brzmieniu (J.W. i S. J. Bandtkie, B.S. Linde, L. Finkel, O. Balzer). Przywódcami ruchów niepodległościowych byli ludzie wywodzący się z rodzin niemieckich, a do tego często i gęsto i protestanckich (E. Jurgens, K. Ruprecht, B. Szwarc). W ten sposób spłacali niejako dług wdzięczności za schronienie udzielone ich dziadom i pradziadom na gościnnej ziemi polskiej".





KIEDYŚ W NECIE ZNALAZŁEM KOMENTARZ, KTÓRY BARDZO MI SIĘ SPODOBAŁ I KTÓRYM PODSUMUJĘ TEN MÓJ DZISIEJSZY WPIS, A BRZMIAŁ ON:


"KIEDYŚ BYLIŚMY TAK ZAJEBIŚCI, 
ŻE NAWET NIE MIEŚCILIŚMY SIĘ NA MAPACH"
 👏😉

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...