WYŚWIETLENIA

22 sierpnia 2025

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. I

FILARY SPOŁECZNEGO 
ROZWOJU LUDZKOŚCI 
I METODY PATOLOGIZACJI 
NA PRZESTRZENI WIEKÓW





"Cała władza pochodzi od Boga" - tytuł tej serii jest aż nadto oczywisty i niepodlegający dyskusji, ale niestety jest to stwierdzenie nie do końca pełne, gdyż naprawdę powinno ono brzmieć - "Non est vita ultra Deo" ("Nie ma życia poza Bogiem"). Nie istnieje życie, które nie pochodziłoby bezpośrednio od Boga, czyli Stwórcy Wszechrzeczy. Pytanie tylko się nasuwa, jakie to może być życie? No właśnie - Bóg tak naprawdę nie bierze bezpośredniego udziału w tym wszystkim, z czym my tutaj, żyjący na Ziemi ludzie (lub szerzej, w tej materialnej części Wszechświata), musimy się na co dzień zmagać. To może zabrzmieć dosyć nietypowo (i jest też niezgodne z oficjalną nauką Kościoła), ale pozwólcie że postaram się to wytłumaczyć, na tyle, na ile moje możliwości umysłowe na to pozwolą. Bóg jest jeden - tak, JEDEN JEDYNY, WSZECH-WIECZNY PIERWSZY PORUSZYCIEL. Jakie są Jego prawdziwe cele i motywy - nie sądzę aby wiedziały o tym istoty od nas potężniejsze, oraz te duchowe, które są bliżej Niego, wiec nie będę się tutaj wymądrzał. Zakładam jednak, iż pewną podstawą boskich działań jest Rozwój (jakkolwiek byśmy tego nie interpretowali, zapewne nie jest to to samo co my rozumiemy pod tym terminem). I to powinno nam wystarczyć, gdyż próba zrozumienia boskich działań jest według mnie niemożliwa dla istot takich jak my (istot inkarnacyjnych), nie sądzę też, aby była zrozumiała nawet dla istot duchowych - starych dusz lub tzw.: Założycieli. 

I właśnie, tutaj przechodzimy do pewnego etapu, który (według mnie jest kluczowy) - sądzę (to oczywiste że pewności mieć nie mogę, jak i nikt inny takiej pewności mieć nie może), że to właśnie Oni, owi Założyciele stoją za całą tą "materialistyczną grą" Wszechświata i to Oni pociągają za wszystkie sznurki. To Założyciele są stwórcami tego świata (nie tylko tego świata, ale wszystkich innych światów, zarówno tych, które istniały przed powstaniem naszego Wszechświata, jak i tych, które istnieją obok naszego Wszechświata w rzeczywistości równoległej - których niewątpliwie jest nieskończenie wiele). Ale tutaj także istnieją pewne nieścisłości, którymi należałoby się zająć. Mianowicie, mówiąc "Założyciele" - mam na myśli wszystkie te formy duchowe, które są bezpośrednią emanacją Jedynego Boga Stwórcy, wszystkie one są Nim bezpośrednio, ale jednocześnie posiadają swoją własną Wolną Wolę (i zapewne Oni też nie znają dokładnego "Bożego Planu Działania"). Kierując się Wolną Wolą, a jednocześnie będąc emanacją Najwyższego Stwórcy, działają i tworzą w taki sposób, który ma wpływać na Rozwój (szeroko pojęty, zapewne również zupełnie dla nas niezrozumiały, przynajmniej na tym etapie, na którym się znajdujemy, gdyż są kolejne etapy rozwoju duchowego. Doskonaląc się w poszczególnych formach i idąc do przodu, możemy tworzyć prawdziwe cuda, żyjąc tu i teraz w materialnym ciele. Możemy siłą własnego umysłu znikać lub też przenosić się w inne miejsce, możemy za pomocą dotyku uzdrawiać, albo chociażby uruchamiać samochód dotykając ręką pojazdu. To wszystko wydaje się nam nieprawdopodobne i może mieć nieco bajkową otoczkę, ale to tak naprawdę jest tylko forma naszego własnego rozwoju duchowego i nic ponad to. Tak naprawdę powinniśmy sobie uświadomić jak potężnymi jesteśmy istotami, a jesteśmy nimi, ponieważ wszyscy pochodzimy od Boga). Ale też Założyciele nie tworzą (wszech)światów zbiorowo. Każdy z nich jest swoistym Bogiem dla swojego Wszechświata (będąc jednocześnie bezpośrednią emanacją Esencji Wszechrzeczy i posiadając przy tym swoją Wolną Wolę - pojęcia które używam nie dla wszystkich mogą być zrozumiałe, dla mnie są, więc nie chce mi się szukać odpowiedników na ich określenie). Także Bóg, który jest bogiem naszego Wszechświata, nie jest (bezpośrednio) tym samym Bogiem Stwórcą, owym Pierwszym Poruszycielem, choć posiada wszystkie Jego cechy (plus jednocześnie swoje własne, indywidualne). I takich indywidualnych Bogów jest tyle, ile istnieje Wszechświatów (czyli zapewne nieskończenie wiele). 

Jeśli celem głównym Stwórcy Wszechrzeczy jest Rozwój (tak należy założyć, choć być może jest nim jeszcze coś innego), Bogowie Wszechświatów realizują ten cel, zarówno kierując się tym, czego są bezpośrednią emanacją, jak i dokładając do tego własne "pomysły" (Wolna Wola). I to właśnie Oni stoją za powstaniem tego (wszech)świata, choć (znów mam takie przypuszczenie) Oni również bezpośrednio nie angażują się w jego dzieje, poza tzw.: Pierwszym Poruszeniem (czyli stworzeniem). Jeśli celem jest Rozwój, to musi on przebiegać dwutorowo, czyli musi się opierać na dwóch, przeciwstawnych kierunkach, które można nazwać Przeciwstawnymi Biegunami. te Bieguny (w bardzo uproszczonym, ale niezwykle bliskim naszemu zrozumieniu nazewnictwie) można określić jako "Dobro" i "Zło" lub "Niebo" i "Piekło" i wszystko co się z tym wiąże. Nie ma bowiem realnej możliwości, aby jakikolwiek Rozwój mógł postępować opierając się tylko na jednym czy drugim Biegunie, one muszą być ze sobą sprzęgnięte i dodatkowo muszą się równoważyć. W zasadzie na tym stwierdzeniu można by było zakończyć nasze "wyliczanie", gdyż wszystko już zostało powiedziane, a cała reszta powinna od tego momentu być jasna i zrozumiała, ale uważam że takie postawienie sprawy jest niepełne (przynajmniej dla niektórych). Po pierwsze - to że istnieje Zło (i Dobro) i że istnieją ciemne moce (demony etc. etc.) jest OCZYWISTE i nie powinno podlegać żadnej dyskusji, bowiem wychodzi to z samego założenia Przeciwstawnych Biegunów. Pytanie tylko powinno brzmieć, na ile my sami jesteśmy podatni na wpływy jednej lub drugiej strony "mocy" (że tak się wyrażę, posługując się terminologią z... Gwiezdnych Wojen). 

I znów, żeby to wyjaśnić i sobie uświadomić, należy (ponownie) dopowiedzieć, iż my również, wszystkie istoty inkarnacyjne - pochodzimy z tego samego Źródła Stwórcy Wszechrzeczy, z którego pochodzą Założyciele (czyli Bogowie Wszechświatów). Jesteśmy częścią emanacji Źródła (Boga Najwyższego), a przez to jesteśmy NIEŚMIERTELNI (co zapewne dla wielu jest oczywiste). Nie tylko jesteśmy nieśmiertelni, ale również nie mamy ani początku ani końca (i tutaj pragnę dopowiedzieć, że to, iż nie mamy początku i nie będziemy mieli końca nie oznacza, że nasza dusza nie została kiedyś stworzona - owszem została stworzona, powstaliśmy jako istota obdarzona własną Wolną Wolą, podobnie jak kiedyś powstali Założyciele, również obdarzeni własną Wolną Wolą. Ale my zostaliśmy stworzeni bezpośrednio z samej emanacji Stwórcy, czyli nie tylko posiadamy wszystkie cechy Stwórcy Wszechrzeczy, a dodatkowo nie mamy ani początku ani też końca. Końcem - teoretycznie - końcem naszym będzie ponowne Zjednoczenie ze Stwórcą, ale... to nie będzie wcale żaden koniec. To będzie ubogacenie Wszech-stwórcy wszystkim tym, co przez kolejne nasze etapy duchowego i nieduchowego życia zebraliśmy, łącznie z naszą Wolną Wolą. Zjednoczenie będzie czymś wspaniałym, bowiem oznaczać będzie wypełnienie naszej roli po niezwykle długim (nie do zmierzenia dla nas) okresie "zbierania doświadczeń". Skoro tak, zastanówcie się, czy dusza istniejąca z Boga Stwórcy (istniejąca bezpośrednio) może doświadczyć tego wszystkiego, co oficjalnie chce się nam wmówić, czyli wiecznego potępienia w Piekle, pełnym demonów?

Odpowiedzcie sobie na to pytanie sami, ja powiem tylko tyle - istoty, które my nazywamy demonami i które zasiedlają miejsce (będące "centrum dowodzenia" dla jednego z dwóch Przeciwstawnych Biegunów) zwane przez nas w uproszczeniu "Piekłem", są częścią gry TEGO WSZECHŚWIATA. Sądzę że nie muszę dalej wyjaśniać, gdyż większość czytelników już pojęła całą tę (teoretycznie zawiłą, a realnie niezwykle prostą) zasadę? Ale jeśli ktokolwiek jeszcze tego nie zrozumiał, to wyjaśnię - demony istnieją jako część gry Założycieli w danym, konkretnym Wszechświecie, po to, aby realizować zadanie postawione przez Boga danego Wszechświata (czyli niekończący się Rozwój). W realizacji tego celu (ogólnie przyjęte) "Zło" ma określone zadania, które polegają na sprowadzaniu człowieka na boczne tory, pobojowiska życia, oczywiście po to, aby mógł on odnaleźć równowagę i poprzez nią oczyścić się zupełnie ze zmaz Przeciwstawnych Biegunów wybierając drogę Boga Stwórcy Wszechrzeczy, Jego Esencję która jest jedynym prawdziwym życiem - Miłości! Wszystkie przeszkody naszego życia wiodą nas ku Miłości Stwórcy, choć zapewne większość z nas, żyjących tu i teraz nie uświadamia sobie tego celu, gdyż kierując się naszym (ograniczonym) życiem i materialną umysłowością - staramy się postrzegać świat w kategoriach "Tu i Teraz" (jak kiedyś napisał Marszałek Piłsudski: "Nie było nas, był las, nie będzie nas, będzie las"). Przeszkody, rzucone pod nogi naszego życia, są jedynie elementami wiodącymi nas ku Stwórcy Wszechrzeczy, naszej Esencji Istnienia - Miłości. I to od nas zależy kiedy i jak poradzimy sobie w uświadomieniu tej oczywistości, wielu zabiera to okres dość długi (niekiedy bardzo długi), przekraczający nawet... kilkadziesiąt kolejnych inkarnacji. 

Celem Bieguna "ciemnej strony mocy" jest więc czynienie wszystkiego, by nasza droga w tym materialnym Wszechświecie trwała jak najdłużej i aby była niezwykle zawiła. Ale nie ma możliwości, aby człowiek który poddaje się "ciemnej stronie" mógł trafić do miejsca, które istnieje tylko jako element gry TEGO Wszechświata, czyli do Piekła (i znów, nie oznacza to, że po śmierci niektóre dusze nie trafiają do Piekła, bo i tak się dzieje, tylko należy zrozumieć że nie jest to piekło takie, o którym jest mowa w świętych księgach, ale piekło stworzone w naszym Umyśle, dla nas samych i trwające dopóty, dopóki nie zechcemy uświadomić sobie, że to wszystko co przeżyliśmy, było jedynie elementem pewnej gry i miało nas odpowiednio uzbroić i przygotować do celu głównego - czyli uświadomienia sobie naszej roli tutaj i dążenia ku równowadze, a następnie ku całkowitej Miłości. Takie dusze wybierają często samotność i wydaje im się że Bóg ich opuścił, co dla nich jest mentalnym piekłem. Nie oznacza to jednak że stan taki jest permanentny, wręcz przeciwnie - takie dusze są otoczone opieką, choć taką, która nie podważa Wolnej Woli ich umysłowej samotni). Istoty, pochodzące bezpośrednio z Esencji Bożej Miłości Stwórcy Wszechrzeczy nie mogą trafić do miejsca, które istnieje tylko jako część gry określonego Wszechświata, który wcześniej czy później przestanie istnieć, a duchowe emanacje "ciemnej strony" wrócą do swojego miejsca stworzenia, czyli Boga naszego Wszechświata, który to też sam zjednoczy się z Wszech-wieczną Miłością. Oczywiście na podobnych zasadach działa i drugi element Przeciwstawnych Biegunów, czyli owe "Niebo", które też jest tymczasowe i pełni zadanie przygotowania nas do kolejnej wytężonej pracy w tym materialnym świecie, pełnym pokus "ciemnej strony mocy" (są ludzie, którzy wprost mówią że nie ma innego piekła poza tym, do którego trafiamy rodząc się w materialnym Wszechświecie).

Oczywiście to że Bóg Wszech-stwórca nie zajmuje się bezpośrednio naszymi sprawami, wcale nie oznacza że jesteśmy Mu całkowicie obojętni - nic z tych rzeczy. Bogu zapewne zależy na wszystkich elementach przyspieszających Rozwój, a co za tym idzie na naszych indywidualnych doświadczeniach. A ponieważ jesteśmy częścią Emanacji Jego Samego, mamy niesamowitą możliwość zawsze i wszędzie "skontaktować" się z Bogiem. Wystarczy jeden "telefon do Boga" aby nasze życie nabrało więcej kolorów, nabrało sensu, tylko musimy chcieć użyć numeru, który wszyscy dokładnie znamy, ale wielu nie chce z niego korzystać, uważając iż są najmądrzejsi i sami wiedzą wszystko (np. to, że Boga nie ma, bo przecież gdyby był, to nie pozwoliłby na istnienie zła na tym świecie - prawda? Takie niemądre stwierdzenia mogą wypowiadać tylko ludzie, którzy wciąż nie mają pojęcia o celu naszej misji w tym materialnym Wszechświecie). Ludzie nie uświadamiają sobie ani swojej roli, jaką mają do spełnienia (do której się przygotowują, będąc w tzw.: "Niebie" - miejscu wytchnienia pomiędzy wytężoną inkarnacyjną pracą), na tym świecie, ani też nie rozumieją że nigdy nie są pozostawieni sobie samym. Jesteśmy cały czas "obrabiani" zarówno przez "ciemną stronę" jak i obserwowani przez tę "jasną". A przy tym posiadamy Wolną Wolę i możliwość wyboru własnej drogi i dopóki nie uświadomimy sobie, że posiadamy cały czas numer bezpośrednio do naszego Stwórcy, Boga Jedynego - dopóty wszystko będzie nam się wydawać niezwykle zawiłe, trudne, często nie do pokonania, a przy tym tak bardzo niezrozumiałe i niepojęte (jak może istnieć dobry Bóg, skoro jest tyle zła na świecie - no jak?). Zachowujemy się niczym ślepcy, szukający drogi, idąc przez pole pełne pułapek i dziur, nie zdając sobie sprawy że obok jest pięknie oświetlona droga która wiedzie do celu. A my nie, uparcie idziemy do "celu" przez pole pełne pułapek - należałoby tylko życzyć tym uparciuchom powodzenia.


DOTKNIJ PANIE MOICH OCZU - ABYM PRZEJRZAŁ"




I właśnie w tym temacie chciałbym się zająć wszelkimi możliwymi drogami, które na przestrzeni wielu wieków przyczyniały się do rozwoju poszczególnych społeczeństw i jednocześnie prześledzić te elementy ("ciemnej strony") które prowadziły do patologizacji i wypaczania tego kierunku - wiodąc człowieka na pole pełne niebezpieczeństw, przekonując go jednocześnie ze to jest jedyna, najlepsza dla niego droga. Aby nie przedłużać, przejdźmy więc do tematu: 


CDN.
 

21 sierpnia 2025

WINO, KOBIETY I... TRON WE KRWI - CZYLI PONURY CIEŃ BIZANCJUM - Cz. II

NIM JESZCZE
NAD KONSTANTYNOPOLEM
ZAŁOPOTAŁ ZIELONY 
SZTANDAR MAHOMETA


I
JAK AZJATKA Z AFRYKANEREM
(CZYLI PIERWSZA "BIZANTYJKA"
NA RZYMSKIM PALATYNIE)
Cz. I





"WIĘC DZIŚ PIĆ TRZEBA, DZISIAJ WOLNĄ NOGĄ UDERZAĆ ZIEMIĘ Z TANECZNYM ZESPOŁEM, DZIŚ LAĆ OFIARY NA OŁTARZE BOGOM I SALARYJSKIE PRZYOZDABIAĆ STOŁY. PRZEDTEM ZDOBYWAĆ Z PIWNICY CEKUBA NIE BYŁO GODNYM, TAŃCZYĆ I UCZTOWAĆ, KAPITOLOWI, GDY GROZIŁA ZGUBA, I GDY OJCZYŹNIE GROZIŁA KRÓLOWA. GDY WIODĄC Z SOBĄ OHYDNE RZEZAŃCE, CHCIAŁA NA GRUZACH - GDZIE JEST RZYM? - ZAPYTAĆ I ZDOBYĆ ZIEMIE, AŻ PO ŚWIATA KRAŃCE, SŁAWĄ I SZAŁEM POWODZEŃ UPITA"

HORACY
"ODA DO KLEOPATRY"



Nie! Nie o królowej Kleopatrze będzie dzisiejszy temat. Ani o niej, ani o innych kobietach z tzw.: rzymskiego wschodu, które odcisnęły swe piętno na losach rzymskiego państwa. Kleopatra bowiem, jak również Berenika czy chociażby dostojna augusta Pompeja Plotyna (miłośniczka orientalizmu i języka greckiego, który potem stanie się urzędowym w Cesarstwie Bizantyjskim), mimo wielu jej prób, nie zdołała zapanować nad Rzymem. Mężczyźni, których wspierała, nie zdobyli władzy dyktatorskiej, takiej, która jej właśnie by odpowiadała. Podobnie Berenika, żydowska księżniczka i kochanka Tytusa, który miłował ją tak długo, póki nie objął władzy po śmierci swego ojca - cesarza Wespazjana w 79 r. Gdy już przywdział purpurę, jego związek z Bereniką jakoś automatycznie również dobiega końca. Co zaś się tyczy Plotyny, owszem ma ona spore zasługi w kwestii krzewienia greki na Wschodzie Imperium Rzymskiego, ale mimo wszystko nie była to kobieta, która wywodziłaby się z terenów Wschodu (pochodziła z galijskiego miasta Nemausus, dzisiejszego francuskiego Nimes). Dlatego też, pomimo wszystkich zalet tamtych kobiet, nie można ich uznać za pierwsze wschodnie władczynie (czy też współmałżonki władców) w dziejach Imperium. Bez wątpienia więc tytuł "pierwszej Azjatki" przysługuje więc innej niewieście - Julii Domnie, która przeniosła na Zachód wiele elementów wschodniego orientalizmu, łącznie z pewnymi wzorcami matriarchatu, który nigdy wcześniej nie zaistniał w Rzymie w takiej skali. Oczywiście, nie należy też przesadzać w drugą stronę, ale ów fakt jest znamienny, gdyż łączy się też w pewien sposób ze swoistą "feminizacją Rzymian", czyli odchodzeniem od surowych wzorców republikańskich i dążeniem ku przesyconemu erotyzmem, a także i despotyzmem - orientalizmowi Wschodu.

"Dwa są tylko narody w Europie" - jak mawiał cesarz Napoleon - "Dwa tylko - Wschodni i Zachodni" i tak też należy rozumieć dzieje Rzymu, który tworzył się na połączeniu (i wymieszaniu) obu tych pierwiastków. Rzymianie wyrośli na tradycji republikańskiej, na tradycji pasterzy owiec znad palatyńskich wzgórz, których kobiety - dzielne "góralki", choć posłuszne i oddane swym mężom, znały swoje miejsce w całej tej społecznej hierarchii - nie akceptowali wielu wschodnich naleciałości, które łączyły w sobie nie tylko rozbuchany erotyzm, ale i właśnie zamiłowanie do przemocy, do sadyzmu. Rzymianie to byli prości ludzie, zabijali by ukraść innym ziemię, zdobyć złoto lub niewolników - by ci na nich harowali, ale, jeśli nie zachodziła ku temu konieczność - nie znęcali się nad pokonanymi, ani też nad swoimi niewolnikami. Kultura Wschodu znała zaś takie zwyczaje, jak choćby... palenie dziećmi w piecach ku czci własnych bogów, co było nie do przyjęcia dla człowieka wyrosłego w kręgu kultury chociażby nad-tybrzańskich wzgórz, czy otoczonych górami niezależnych polis. Oczywiście ci ludzie też mieli swoje własne zwyczaje, które z punktu widzenia współczesności uznalibyśmy za co najmniej barbarzyńskie, ale sposób rozumowania mieszkańców Wschodu i Zachodu diametralnie się różnił. Na Wschodzie bowiem istniały dawne kultury, w których władza najpierw despotycznych kapłanów, a następnie królów nie znających litości nad poddanymi, była czymś naturalnym - naturalnym zjawiskiem nadanym przez potężnych bogów. Dlatego też każdy poddany (bez względu na pozycję czy stan materialny) musiał przed władcą upaść na ziemię, z głową skierowaną tak nisko, że wręcz dotykała ziemi. Władca też miał pełne prawo dysponować wszystkim co jego poddany posiadał, nie tylko majątkiem, ale również żoną, dziećmi czy wszelkim dobytkiem żywym. Mógł do woli uśmiercić każdego, kogo zapragnął, bez żadnej konsekwencji z tego wynikającej. Władza wschodniego monarchy bowiem nie podlegała żadnym ograniczeniom, no może prócz tych, które były interpretowane jako "przykazania bogów".




Oczywiście człowiek Zachodu nie był ani mniej religijny, ani dewotyczny, od tych ze Wschodu (dziś już powszechnie wiadomo, choć jeszcze kilka lat temu archeolodzy spierali się na ten temat, że pierwszą i jedyną formą lepiszcza, który spajał daną zbiorowość we wspólnym celu, nie była ani potrzeba ochrony przed wrogiem zewnętrznym, ani też bogacenie się w handlu z innymi plemionami, ale... wiara, świątynia. Żadna po-potopowa ludzka zbiorowość nie zjednoczyłaby się we wspólne plemię, gdyby nie spajała ją wiara, a pierwszą budowlą, jaką stawiało nowe plemię na swojej ziemi - była świątynia (tak samo koloniści którzy przybywali z Europy do Ameryki, pierwsze co, to stawiali kościół, nim jeszcze nawet zaczęto budować domy dla owych kolonistów). Nie ma i nigdy nie istniały oraz nie zaistnieją cywilizacje ateistyczne {nie były nimi ani komunizm, ani nazizm, a nawet technokratyzm również może stać się religią}, co oznacza że w człowieku tkwi bardzo silna potrzeba uzewnętrzniania swoich niematerialnych pragnień, ponad to, co otacza nas dokoła). To niekiedy tworzyło bardzo niebezpieczne sytuacje, które szczególnie silnie zaobserwować można na Wschodzie (co oczywiście nie oznacza że na Zachodzie ich nie było, tylko w mniej widocznej formie). Jednym z bardzo "niefajnych" kultów, jest chociażby asyryjski kult boga Assura - żądnego krwi, jak również żydowski kult boga Jahwe i wszystkich jego poprzedników. Zauważmy bowiem, że przed nastaniem epoki Jezusa z Nazaretu, Biblia, którą pozostawia nam w spadku tradycja judaistyczna, wręcz... ocieka krwią. Żydowski Jahwe wciąż domaga się kolejnych morderstw od swego "ludu wybranego", mają mordować, zabijać, niszczyć, palić, wycinać, tak aby nie pozostawić przy życiu nawet jednej kobiety z wrogiego plemienia, nawet jednego dziecka. I co ciekawe, to wszystko w ramach nazistowskiej teorii "rasy panów", bo jak inaczej można przetłumaczyć misję "ludu wybranego", powołanego przez boga do panowania nad innymi podludźmi. Wygląda na to, że w tradycji judaistycznej zakiełkowało zło, które potem po prostu przejął dla swojej teorii "rasy panów" Hitler. Wystarczy poczytać Stary Testament by przynajmniej zastanowić się, czy bóg, który przemawiał do "ludu wybranego" był tym samym, o którym mówił Jezus Chrystus, podczas swej ziemskiej wędrówki?




Nie będę teraz się nad tym rozwodził, powstaje jednak pytanie, czy bóg (jakikolwiek bóg), który pragnie wymordowania innych ludzi w imię jakiejś nazistowskiej idei "rasy panów"... jest Bogiem. A może to jakiś złośliwy demon, jakaś istota, która podawała się za boga Jahwe, aby przejąć kontrolę nad Izraelitami? Dziś te pytania pozostają już jednak w formie przypuszczeń i domysłów, a nie ślepej wiary, jako że chrześcijanie otrzymali zupełnie coś nowego - Nowy Testament, który całkowicie wyzerował ten pierwszy, czyniąc z niego jedynie formę pewnego historycznego przekazu. W Nowym Testamencie Jezus Chrystus objawia nam Boga, tego, o którym często zapominamy - Boga Stwórcę. Nawet sobie nie wyobrażamy, nie mając skali porównawczej okresów o których mówimy, jak rewolucyjną zmianą była nauka Jezusa z Nazaretu dla wszystkich pokoleń ludzi, żyjących na Ziemi. Co nie znaczy że chrześcijaństwo należy w 100 % uznać za naukę Chrystusa, ono też przez wieki zostało skutecznie wykoślawione i zdegenerowane. Ale czy sam fakt niegodziwości, zbrodni i dewiacji wielu papieży na przestrzeni wieków, może być wykładnią dla słów Jezusa: "Ty jesteś Piotr, czyli Skała, a na tej skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą". Warto się nad tym zastanowić. Wschód czerpał więc całymi garściami z despotycznych kultów, gdzie miażdżenie głów pokonanym wrogom było naturalnym przejawem panowania. Faraonowie egipscy depczą po czaszkach swoich wrogów, Asyryjczycy mordują jeńców ku chwale swego boga Assura (chociaż znacznie częściej ich przesiedlają, po raz pierwszy w dziejach na tak masową skalę), Babilończycy oddają cześć Mardukowi, który również posiada wiele negatywnych aspektów. Nie oznacza to oczywiście, że wszyscy bogowie Wschodu są postaciami negatywnymi (w dużym uogólnieniu, gdyż jak można określić boga "postacią negatywną", gdy ten wciąż domaga się od swoich wyznawców daniny krwi), zaś bogowie Zachodu byli tylko "pozytywni".

Mimo to kulty zachodnie są jakoś bardziej związane z naturą (która jednak nie zawsze bywa "pozytywna"). Zarówno Grecy, Rzymianie jak i ludy słowiańsko-celtyckie z dalekiej Północy, nie posiadają w swoim panteonie bogów aż tak wynaturzonych, którzy albo domagaliby się od nich ciągłych ofiar z ludzi, albo uważali swój lud za "wybrańców", którym wszyscy inni muszą służyć, a jeśli nie, to można ich bezkarnie zabić (wręcz jest to nakazane), łącznie z żonami i dziećmi (Holokaust jak się patrzy). Nie zamierzam jednak tutaj opisywać czy przybliżać tych religii, pragnę jednak abyśmy uświadomili sobie pewną różnicę mentalną kultów Wschodu i Zachodu. Dlatego też na młodym Oktawianie Cezarze (późniejszym Auguście) wielkie (choć negatywne) wrażenie zrobiło ukorzenie się przed nim (padając na twarz) całej dworskiej elity pokonanej królowej Kleopatry, którzy uznali go za nowego władcę Egiptu. Oktawian był Rzymianinem wyrosłym na tradycji republikańskiej, człowiekiem (pomimo młodego wieku) starej daty. Dlatego też takie przejawy upokorzonego służalstwa nie radowały go, a co najwyżej dziwiły. To samo zastał przecież w komnacie królowej, która, gdy wszedł, upadła przed nim na ziemię, oddając mu pokłon jako nowemu władcy i swemu protektorowi (czyniła wówczas wszystko, aby ocalić życie swego syna - Cezariona, zrodzonego z romansu z Cezarem, który jako syn "Boskiego Cezara" był zagrożeniem dla pozycji Oktawiana - syna adoptowanego). Ale wróćmy do tematu i do owej Julii Domny, pierwszej Azjatki w purpurze, pierwszej wschodniej cesarzowej Rzymu i pierwszej kobiety, która (kierując się orientalnymi zwyczajami Wschodu) zapoczątkowała w Rzymie okres "rządów kobiet", czy też: "rzymskiego matriarchatu".

Julia Domna przyszła na świat ok. 165 r. w syryjskim mieście Emesa (dziś Homs) nad Orontesem. Wbrew temu, co pisano na jej temat potem (próbując jej przypisać pochodzenie z ludu), wywodziła się z możnego syryjskiego rodu, spokrewnionego z dawnymi władcami Emesy. Ród ten w czasach Julii był już nie tylko zhellenizowany, ale i zromanizowany (posiadali bowiem obywatelstwo rzymskie). Ojcem Julii Domny był kapłan lokalnego bóstwa Emesy, boga Elegabala (który realnie był... meteorytem, niegdyś spadłym na ziemię, posiadającym kształt stożka i czarny odcień) o imieniu Gajusz Juliusz Basjanus. Do końca trudno ocenić jaką urodą odznaczała się młoda Syryjka, bowiem wszystkie monety ukazujące jej postać z czasów późniejszych (gdy była już mater castrorum et senatus et patriae - "matką obozów legionowych, senatu i ojczyzny"), zawsze ukazują ją z profilu (podobnie zresztą jak i wszystkie rzymskie cesarzowe). Istnieją w zasadzie dwa portrety Julii Domny, ukazujące jej twarz frontalnie. Pierwszy to drewniane malowidło z Egiptu (z czasów gdy Domna ze swym mężem zwiedzała zabytki kraju nad Nilem). Na portrecie tym cesarzowa wypada dość ładnie, aby nie powiedzieć iż jest doprawdy urocza. Drugi portret został wykuty w marmurze i znajduje się w Rzymie. Jest to tzw.: "Brama Srebrników" (Arcus Argentariorum) z 204 r., na którym znów Julia Domna wraz z rodziną została ukazana w sposób zarówno ładny jak i dostojny (jak przystało na rzymską matronę). Ale nie ma żadnych innych wiadomości na temat jej urody. Jej ojciec, jako potomek dawnych władców miasta, był też dziedzicznym kapłanem Elegabala (czarnego kamienia), co oznaczało, iż nosił bogato zdobioną koronę i przetykane złotem szaty. Julia Domna miała też starszą siostrę o imieniu Julia Meza (urodzoną ok. 160 r.)




 Przydomki "Domna" i "Meza" są pochodzenia semickiego (co oczywiście nie znaczy że żydowskiego). Domna wywodzi się z arabskiego słowa "dumayna" (czyli "czarna" - prawdopodobnie chodzi o kolor jej włosów), zaś Meza z arabskiego słowa "masa" ("chodząca powabnym krokiem"). Cognomen Domny tłumaczono również z języka aramejskiego na łacinę jako "Domina" ("Pani"). Emesa, w której się urodziła i wychowała była ładnym miastem, leżącym w niezwykle urodzajnej dolinie (stanowiła ośrodek handlowy na trasie ze Wschodu na Zachód). To właśnie w Emesie młoda dziewczyna po raz pierwszy spotkała swego przyszłego męża, choć jeszcze wówczas nie sądziła że zostanie jego żoną. Lucjusz Septymiusz Sewerus - bo o nim to mowa, był co najmniej dwadzieścia lat od niej starszy. Był co prawda mężczyzną postawnym i przystojnym, ale po pierwsze miał już żonę - Pakkę Marcjanę (i ponoć dwie córki, które zapewne zmarły w dzieciństwie, jako że nic o nich potem nie wiadomo), a poza tym, w roku, w którym po raz pierwszy się spotkali - 180, ona miała zaledwie piętnaście lat, on zaś był już 35-letnim politykiem i żołnierzem. Nie wiadomo jak układała się ta pierwsza ich relacja, ale fakt, iż po śmierci żony Sewerus wrócił do Syrii by poślubić Domnę, miast postarać się o jakąś lepszą partię z Italii czy Afryki (skąd sam pochodził), musi dawać do myślenia. Swoją drogą ich stosunek w tym czasie musiał przypominać ten z filmu "Lolita". Sewerus też nie był rdzennym Rzymianinem, urodził się bowiem w prowincji Afryka, w mieście Leptis Magna, z rodziny, która miała punickie korzenie. Jego ojciec - Publiusz Septymiusz Geta poślubił Rzymiankę Fulwię Pię. Septymiusz Sewerus był dobrze wykształcony zarówno w grece jak i w łacinie, oraz rozpoczął studia prawnicze. Po skończeniu osiemnastu lat wstąpił do wojska, gdzie dosłużył się stopnia trybuna. W 169 r. oficjalnie rozpoczął swoją karierę polityczną, otrzymując kwesturę i wchodząc do Senatu. W latach 170-171 przebywał w Hiszpanii (gdzie też sprawował kwesturę), następnie w 171 r. powrócił na krótko do Afryki, aby zająć się kwestiami spadkowymi po śmierci swego ojca, a ok. 172 r. wysłany został na Sardynię i w 173 r. znów powrócił do Afryki (tym razem już jako legat u boku namiestnika). 

W 174 r. wyjechał do Rzymu, objąć godność trybuna ludowego. W tym też czasie (ok. 175 r.) ożenił się z Pakką Marcjaną - którą zapewne szczerze kochał, jako że jeszcze długo po jej śmierci i już po ślubie z Julią Domną, fundował jej miejsca pamięci w Afryce. Dała mu ona dwie córki (nic o nich nie wiadomo, zapewne zmarły jeszcze w dzieciństwie). Potem Sewer wyjeżdża ponownie do Hiszpanii, gdzie obejmuje urząd legata. Stamtąd w 180 r. zostaje skierowany do Syrii, jako dowódca IV Legionu syryjskiego, gdzie przebywa ok. dwóch lat. W 182 r. jego kariera spowalnia, a on sam jakby zaczął wycofywać się z życia politycznego. Zapewne było to związane z wielką polityczną aferą, jaka wówczas wybuchła w Rzymie, w kręgu dworu i Senatu. Mianowicie w tymże roku (182) doszło do zamachu na młodego cesarza - Kommodusa (Lucjusza Eliusza Aureliusza Kommodusa) syna zmarłego przed dwoma laty cesarza-filozofa Marka Aureliusza. Kommodus, w chwili objęcia władzy nie miał nawet 19 lat. Od początku postępował bardzo nierozważnie. Gdy w swym namiocie konał Marek Aureliusz (do dzisiaj istnieją przypuszczenia, że to właśnie Kommodus "pomógł" ojcu opuścić ten świat), on już ogłosił, że nie zamierza dalej walczyć o poszerzenie granic Rzymu za Dunaj i rozkazał wycofanie się legionom na linię tej rzeki. Oznaczało to oddanie bez walki ogromnych terenów, wywalczonych w ciężkich bojach przez jego ojca, co spotkało się z oburzeniem i niechęcią tak wojskowych, jak i dostojników cywilnych. Szczególnie mocno zaprotestował Klaudiusz Pompejanus, wódz i przyjaciel Marka Aureliusza, żonaty z jego córką - starszą siostrą Kommodusa - Lucyllą. Powiedział że Rzym jest tam, gdzie przebywa cesarz i że obowiązkiem władcy jest dokończenie podboju ziem naddunajskich w Środkowej Europie (doszli do ziem dzisiejszych Czech). Cesarz jednak się uparł i Rzym oddał bez walki ogromne tereny, które wcześniej zdobył - był to już ostatni tak wielki wysiłek militarny Imperium na Północy, od tej chwili Rzym będzie się już tylko bronił przed atakami tamtejszych ludów.




Kommodus nie zapomniał jednak Pompejanusowi jego słów (Pompejanus jest pierwowzorem Maximusa Decimusa Meridusa z filmu "Gladiator" Ridleya Scotta z 2000 r., którego zagrał tam Russel Crowe). Pierwsze dwa lata upłynęły spokojnie i pomyślnie dla państwa (udało się np. uporządkować sytuację agrarną w Afryce, gdzie dzierżawcy narzucili tak wyśrubowane normy podwykonawcom, iż ci realnie zostali sprowadzeni do darmowej, niewolniczej siły roboczej. Ustawa z 182 r. przyznawała im znaczne pod tym względem swobody i uwalniała spod całkowitej władzy dzierżawców), a to głównie dlatego, że wciąż rządzili starzy politycy z czasów Marka Aureliusza, zaś Kommodus zupełnie do władzy się nie wtrącał. Wystarczyło mu iż mógł poświęcać się orgiom, obżarstwu (był bodajże pierwszym, który do Europy wprowadził zwyczaj zjadania pokarmu z nagich kobiecych ciał 😜), walkom gladiatorów - które uwielbiał (lubił też prywatne pokazy walczących kobiet, takich gladiatorek, które podczas jego panowania osiągnęły swoje apogeum. Ostatecznie walki kobiet na arenie zostaną zakazane przez cesarza Septymiusza Sewera w 200 r. pod wpływem skarg, płynących od obywateli, niezadowolonych z tego typu rozrywki. Po roku 200 kobiet na arenach - aż do całkowitego zakazania walk gladiatorów w 404 r. - już nie było). Lubił też wyścigi rydwanów i sam powoził (jak również występował na arenie jako odrodzony Herkules, popisując się ciosami w walce z gladiatorami, którzy przecież nie mogli go nawet zranić). Mimo to, cesarz uczynił swymi zausznikami dwóch ludzi. Pierwszym z nich był nowy prefekt pretorianów - Sekstus Tygidiusz Perennis - człowiek bez skrupułów zdolny wykonać każdy rozkaz swego władcy (choć gwoli sprawiedliwości należy również stwierdzić, że był nieprzekupny i dobrze wykształcony), oraz niejaki Saoteros, pokojowiec cesarza, który był też organizatorem jego erotycznych zabaw.




Ci dwaj dzierżyli teraz realną władzę w państwie, mimo iż senatorom wydawało się że przez wygłupy i zabawy Kommodusa, to oni rządzą państwem. Ani Perennis ani Saoteros nie wtrącali się jednak do uchwalanych ustaw, jeśli nie mieli ku temu rozkazu cesarza. A ten wolał się bawić niż zajmować nudną polityką. Saoteros sprowadzał mu kobiety, które przebierano za boginie, a Kommodus następnie odbywał z nimi stosunek (wraz ze swym pokojowcem i całą resztą zaproszonych gości), a następnie kazał publicznie rozgłaszać, że właśnie "wyruchał Artemidę" itd. Większości polityków w Rzymie to odpowiadało, uważali bowiem że lepiej jest by ów młokos deflorował panienki lub zabawiał się powożeniem rydwanem, niż zajmował realną polityką, w której mógłby doprowadzić do poważnych konsekwencji (takich, jak chociażby oddanie nabytków terytorialnych zdobytych przez swego ojca). Jedyną osobą, która z niepokojem i trwogą spoglądała na poczynania Kommodusa, była jego starsza siostra - Lucylla. Nie chodziło tylko o gorszące zachowanie cesarza, ale również o kwestie prestiżowe, jak choćby prawo do używania tytułu augusty i związane z tym honorowe przywileje. Lucylla, jako córka zmarłego cesarza Marka Aureliusza i siostra panującego władcy - Kommodusa, uważała, że ma prawo do tego tytułu. Ale w 178 r. Marek Aureliusz ożenił Kommodusa z pewną dziewczyną (mniej więcej była jego rówieśnicą) - Bruttią Kryspiną, wywodzącą się z majętnego i szlachetnego rodu Bruttiów. Stary cesarz chciał aby jego dzieci powiązać z najlepszymi i najbardziej godnymi partiami Imperium, stąd ożenek Kommodusa z Kryspiną (której ojciec, członek bractwa kapłańskiego Boskiego Hadriana, był przyjacielem Marka Aureliusza) i Lucylli z Klaudiuszem Pompejanusem, dobrym żołnierzem, wodzem i druhem. Chciał żeby jego dzieci były szczęśliwe i aby żyły dostojnie i godnie - na tym polu jednak poniósł całkowitą porażkę. 

Lucylla nie znosiła młodszej od siebie o ok. dziesięć lat Kryspiny, która, jako żona cesarza uważała, że to ona ma prawo do tytułu augusty i związanych z nim dostojeństw. Kryspina w 182 r. miała zaledwie dwadzieścia lat, była więc młoda, a wszystkie noce spędzała samotnie, jako że jej maż w ogóle nie chciał jej oglądać, poza publicznymi, oficjalnymi uroczystościami. Dlatego też spór z Lucyllą traktowała jako zadośćuczynienie swojego położenia, zdradzana notorycznie przez męża, który nie zaszczycił jej jeszcze w alkowie. Kommodus, choć starał się unikać żony, przystał jednak na jej prośbę i to właśnie jej powierzył tytuł augusty, co też oburzyło Lucyllę. Oburzyło ją to do tego stopnia, że postanowiła zorganizować zamach stanu i zamordować swego brata. Uknuła spisek, w który wciągnęła wielu polityków (w tym dalekich krewnych swego ojca - Ummidiusza Kwadratusa i Kwintianusa). Kwintianus był tutaj kluczowy, jako że brał on udział w orgiach Kommodusa i należał do grona jego przyjaciół. Miał on rzucić się ze sztyletem w ręku na cesarza w wąskim, ciemnym przejściu pod amfiteatrem, gdy ten będzie udawał się na kolejne munera (walki gladiatorów). Tak też się stało, tylko że miast od razu zadać cios, Kwintianus zabawił się w aktora. Podniósł dłoń ze sztyletem w górę i powiedział: "Oto, co posyła ci senat". To był błąd, poważny błąd. Tych kilka chwil zwłoki wystarczyło aby został obezwładniony i pojmany. Następnie poddano go straszliwym torturom, podczas których osobiście ponoć uczestniczył Kommodus. Gdy połamano mu ręce i nogi i obcięto genitalia, wydał wszystkich, którzy byli zaangażowani w spisek. W kolejnych dniach aresztowano i skazano na śmierć wszystkich uczestników spisku, łącznie z Lucyllą, którą jednak Kommodus kazał wywieźć na wyspę Capri i dopiero tam zabić. 

Cesarz teraz mścił się i srożył, bowiem sytuacja była naprawdę niebezpieczna. Spisek Lucylli był powiązany o wpływowe osobistości z grona Senatu. Poza tym okazało się też, że Lucylla planowała morderstwo nie tylko swego brata, ale także... swego męża Pompejanusa, którego nie znosiła. Chciała go zabić, a następnie poślubić Kwintianusa, cesarzem ogłosić Ummidiusza Kwadratusa. Przegrała jednak i musiała sama zapłacić najwyższą karę, ku uciesze swej konkurentki - Kryspiny (która notabene w sześć lat później, gdy totalnie znudzi się już cesarzowi, zostanie wysłana na tę samą wyspę - Capri i tam zamordowana w 191 r.). A cesarz się mścił, mścił się na każdym, na kim choćby padł cień podejrzenia o udział w zamachu. Przejmował też całe majątki skazanych na śmierć, łącznie ze wszystkimi nieruchomościami i niewolnikami. W jednym z takich majątków, należącym do Ummidiusza Kwadratusa, spotkał kobietę, która od razu przypadła mu do gustu i z którą związał się do końca życia. Była to niejaka Marcia - wyzwolenica i kochanka Kwadratusa, która teraz po prostu przypadła cesarzowi (co prawda była wolna, ale jak wiadomo wyzwoleńcy rzadko porzucali domy swoich właścicieli, jako że nie mając środków do życia, woleli dalej pełnić dotychczasowe zadania, tylko już teraz np. za pieniądze, niż szukać niepewnego szczęścia gdzieś indziej). Szybko też została kochanką cesarza i w przeciągu krótkiego czasu zbiła ogromny majątek. Miała też ogromne wpływ, znacznie większe niż Perennis i Saoteros razem wzięci. Jako jedyna mogła wchodzić do komnat cesarza bez wezwania. To ona organizowała dla niego teraz orgie (podczas których była główną bohaterką), jej majątek był tak wielki, że choć była wyzwolenicą, tytułowano ją "dostojną panią" i własnym kosztem odnowiła łaźnie w rodzinnym mieście swego ojca, w Anagni, w którym rada miejska ufundowała tablicę na jej cześć: "Dostojnej Pani Marcji Aurelii Cejonii Demetrias, która swoim kosztem przywróciła dawnemu stanowi łaźnie".




Marcja jednak była nieostrożna. Wdała się bowiem w tajny romans z niejakim Elektusem, również byłym niewolnikiem Kwadratusa, w którym zapewne się zakochała (po śmierci Kommodusa pobrali się). Musiała jednak dobrze się pilnować że ów romans nie wyszedł na jaw, gdyż gdyby wyszedł, cesarz pewnie wpadłby w paranoję. Już teraz podejrzewał wszystkich senatorów o knucie spisków na jego życie (dlatego też czasem w ich stronę kazał rzucać... żywe, choć pozbawione jadu węże, a do sali biesiadnej, w której spożywał posiłek z zaproszonymi dostojnikami, wpuszczał... lwy i tygrysy - choć pozbawione kłów i pazurów). Cóż dopiero by uczynił, gdyby dowiedział się że jedyna osoba której jeszcze ufa, zdradza go z wyzwoleńcem? W każdym razie rok 182 był niebezpieczny dla kontynuowania kariery politycznej i Septymiusz Sewer wówczas właśnie wycofał się na jakiś czas z życia politycznego (podobnie jak wcześniej uczynił to ów Pompejanus, na którego Lucylla również szykowała zamach, który to ostatecznie udał się do swych posiadłości, rezygnując z polityki. Ridley Scott nieco zmienił jego postać w "Gladiatorze", ale Maximus jako żołnierz wzoruje się właśnie na osobie Pompejanusa).




CDN.

20 sierpnia 2025

BYLIŚMY - JESTEŚMY - BĘDZIEMY! - Cz. II

CZYLI DAWNA POLSKA UCHWYCONA NA
KLISZY APARATU FOTOGRAFICZNEGO


KILKA ZDJĘĆ PREZENTUJĄCYCH OBRAZY ŚWIATA, KTÓREGO JUŻ NIE MA, KTÓRY POCHŁONĘŁA LUDZKA NIENAWIŚĆ, CHORE IDEOLOGIE I MNÓSTWO CIERPIENIA. ŚWIAT TEN PRZETRWAŁ JEDNAK NIE TYLKO W PAMIĘCI OSTATNICH ŻYJĄCYCH JESZCZE ŚWIADKÓW TAMTYCH DNI, ALE RÓWNIEŻ W POSTACI ZDJĘĆ, OBRAZÓW A NIEKIEDY AUDYCJI RADIOWYCH LUB FILMÓW. DZIĘKI TEMU MOŻEMY DZIŚ UJRZEĆ NA WŁASNE OCZY ŻYCIE LUDZI W CZASACH NIE TAK ODLEGŁYCH JESZCZE, ALE ZE WZGLĘDU NA TRAGEDIE WOJENNE XX WIEKU I ZMIANY SPOŁECZNO-MENTALNE POWSTAŁE W ICH WYNIKU, WYDAJE SIĘ JAKOBY POWSTAŁY ONE W ZUPEŁNIE INNYM ŚWIECIE. DLATEGO TEŻ TERAZ PRAGNĄŁBYM KILKA Z OWYCH ZDJĘĆ ZAPREZENTOWAĆ JAKO DOWÓD ŻE POMIMO UPŁYWU LAT I WCIĄŻ ZMIENIAJĄCYCH SIĘ RZECZYWISTOŚCI - MY, POLACY:


BYLIŚMY - JESTEŚMY - BĘDZIEMY!





POWRÓT WOJSKA PO MANEWRACH DO RZESZOWA
(1938)




PAŁAC W OSIEKU
(POLOWANIE Z PSAMI)
(1937)




WARSZAWA
AKTOR KAZIMIERZ JUNOSZA-STĘPOWSKI PRZED SWOIM SAMOCHODEM
(1930)




HANNA ROZWADOWSKA I ZBIGNIEW SAWAN 
NA PLANIE FILMU "SERCE NA ULICY"
(1930)



 
OKOLICE RUDAWY
WYCIECZKA GRUPY PRZYJACIÓŁ DO LASU
(1936)




KRAKÓW
AKTORKA TERESA SUCHECKA PODCZAS PRZEJAŻDŻKI PO MIEŚCIE
(1938)




WARSZAWA
MISTRZYNI OLIMPIJSKA W RZUCIE DYSKIEM z 1928 r.
HALINA KONOPACKA NA POKAZIE MODY
(1936)




UCZESTNICY RAJDU MOTOCYKLOWEGO
WARSZAWA-GDYNIA-WARSZAWA
(1932)




WYSOCKO MAŁE
ŚLUB KSIĘCIA LWA JERZEGO SAPIEHY Z HRABIANKĄ ZOFIĄ SZEMBEK
(1937)




TADEUSZ STYKA PODCZAS MALOWANIA PORTRETU
AKTORKI KAZIMIERY SKALSKIEJ
(1926)




WYPOCZYNEK WARSZAWSKIEJ MŁODZIEŻY 
NA BIELANACH
(1929)







NORA NEY I EUGENIUSZ BODO 
NA PLANIE FILMU "CZERWONY BŁAZEN"
(1926)




PLAC WOLNOŚCI W POZNANIU
(ok. 1935)




KRAKÓW
DEKORACJA PRZYGOTOWANA NA XIII ZJAZD LEGIONISTÓW
(1935)




HUCULI NA WYCIECZCE W KRAKOWIE
(1936)




PRZEPRAWA PRZEZ DUNAJEC
(ok. 1936)




WARSZAWA
UROCZYSTOŚĆ ODSŁONIĘCIA POMNIKA FRYDERYKA CHOPINA 
W ŁAZIENKACH KRÓLEWSKICH
(1926)




KRAKÓW
DZIEWCZYNKI PODCZAS OBCHODÓW ŚWIĘTA WIOSNY
(1934)




PRZEDSZKOLE DLA DZIECI KOLEJARZY W RADOMIU
(Początek lat 30-tych)




REKLAMA PIWA LWOWSKIEGO 
TOWARZYSTWA AKCYJNEGO BROWARÓW
(LATA 30-te)




OBCHODY 100 ROCZNICY WYBUCHU 
POWSTANIA LISTOPADOWEGO PRZED BELWEDEREM -
SIEDZIBĄ MARSZAŁKA PIŁSUDSKIEGO
(1930)




SKAUCI FRANCUSCY ODDAJĄ HONORY PRZED 
GROBEM NIEZNANEGO ŻOŁNIERZA W WARSZAWIE
(1938)




13 WILEŃSKA DRUŻYNA HARCERSKA 
im. ZAWISZY CZARNEGO 
W DRODZE DO KAZIMIERZA DOLNEGO
(1927)




OBCHODY 400-ej ROCZNICY URODZIN 
KRÓLA STEFANA BATOREGO
(1933)




OSTATNIE DNI LETNIEGO WYPOCZYNKU W PIENINACH
 (WKRÓTCE POTEM PIEKŁO WESZŁO DO RAJU)
(1939)




WETERANI POWSTANIA STYCZNIOWEGO 1863-1864

OJCOWIE, A CZĘSTO DZIADOWIE TWÓRCÓW NAJJAŚNIEJSZEJ RZECZPOSPOLITEJ
 
 
WETERANI POWSTANIA STYCZNIOWEGO BYLI UWAŻANI ZA DUCHOWYCH TWÓRCÓW POLSKIEJ NIEPODLEGŁOŚCI, DLATEGO TEŻ OTACZANO ICH NIESAMOWITYM MIREM I CZCIĄ. DZIECI W DOMACH I SZKOŁACH UCZONO ŻE "DZIADKÓW" NIEPODLEGŁOŚCI NALEŻY CAŁOWAĆ W RĘKĘ I OKAZYWAĆ IM WIELKI SZACUNEK. DOSTAWALI TEŻ SPECJALNE DODATKI EMERYTALNE, BĘDĄCE EKWIWALENTEM NP. NA ZAKUP POTRZEBNYCH LEKÓW, USTĘPOWANO IM MIEJSCA W ŚRODKACH KOMUNIKACJI MIEJSKIEJ I WSZĘDZIE GDZIE SIĘ POJAWIALI. TAK II RZECZPOSPOLITA HONOROWAŁA SWOICH DUCHOWYCH TWÓRCÓW, A JAK III RZECZPOSPOLITA HONORUJE SWOICH DUCHOWYCH TWÓRCÓW - NIEZŁOMNYCH ŻOŁNIERZY POWSTANIA ANTYKOMUNISTYCZNEGO? SZKODA NA TEN TEMAT STRZĘPIĆ JĘZYK 
 

 
WETERAN POWSTANIA - JÓZEF DRAGUN
(1929)




WETERAN POWSTANIA - WALENTY BĘTKOWSKI
(1929)




WETERAN POWSTANIA - LUDWIK NOWAKOWSKI
(1939)




WETERANI POWSTANIA STYCZNIOWEGO PODCZAS ZWIEDZANIA ZAMKU KRÓLEWSKIEGO W WARSZAWIE
(LATA 20-te)




WETERANI POWSTANIA STYCZNIOWEGO 
NA PLACU PIŁSUDSKIEGO W WARSZAWIE
(1929)




WETERANI POWSTANIA STYCZNIOWEGO - WARSZAWA
(1936)




"DZIADKOWIE" NIEPODLEGŁOŚCI -CHOCIAŻ ONI SAMI PRZEGRALI - TO JEDNAK BYLI TYM ZASIEWEM, TYM ZIARNEM Z KTÓREGO POTEM Z RODZILI SIĘ CI, KTÓRZY PONOWNIE PRZYWRÓCILI NAM POLSKĘ NA MAPĘ EUROPY I ŚWIATA I UCZYNILI JĄ WIELKĄ NA MIARĘ SWOICH MOŻLIWOŚCI (CHOĆ NIESTETY, 20 LAT NIEPODLEGŁEJ POLSKI TO TROCHĘ ZA MAŁO, ŻEBY Z PAŃSTWA KTÓREGO NIE BYŁO NA MAPIE UCZYNIĆ MOCARSTWO EUROPEJSKIE, ALE W TYM KIERUNKU POCZYNIONO OGROMNE POSTĘPY)





CZEŚĆ I CHWAŁA BOHATEROM,
 POLSKIEJ ZIEMI CZEŚĆ!





BOHATEROWIE III RZECZPOSPOLITEJ - 
ŻOŁNIERZE NIEZŁOMNI/WYKLĘCI










CDN.

UMIERAMY I CO DALEJ? - czyli co się z nami dzieje po śmierci? - Cz. III

JAK WYGLĄDA BÓG? CZYM SĄ ZAŚWIATY? I CZY MOŻEMY PO ŚMIERCI TRAFIĆ DO PIEKŁA?


PRZEWODNIK
(czyli twardy orzech do zgryzienia)



Należy teraz trochę opowiedzieć o naszych Przewodnikach, których tu na Ziemi często nazywamy "Aniołami Stróżami". Są to byty tak różne i często tak oryginalne, że nie jesteśmy sobie w stanie tego nawet wyobrazić. Gdy opuszczamy Salę Sądu (o której pisałem w poprzednim temacie), przybywamy do szkoły, czyli miejsca, gdzie uczymy się i analizujemy nasze poprzednie życiowe zawirowania. Pewna kobieta, poddana sesji hipnoterapeutycznej, opowiadała, że jej Przewodniczka i Mentorka, wyszła po nią przed budynek szkoły. Powitała ją ciepło i zaprosiła do środka. Budynek wyglądał niczym grecka świątynia o strzelistych kolumnadach (taki widok jest indywidualny, druga dusza może ów budynek widzieć zupełnie zwyczajnie - jest to związane z naszymi osobistymi ulubionymi miejscami i przywiązaniem do określonych za życia obszarów - osoba poddana hipnozie w poprzednich życiach często żyła w Grecji, a i w obecnym życiu szczególnie interesowała się dziejami dawnej Grecji i Rzymu). Jej Przewodniczka, która pełni odtąd rolę jej Nauczycielki, również ubrana była w szatę na sposób grecki, jedno ramię miała odsłonięte. Zaprowadziła ją do budynku, gdzie już czekała cała jej grupa docelowa (ok. 20 dusz). Rozpoczęło się ponowne powitanie ze znajomymi duszami.

Tak dobrze czuła się w gronie swych przyjaciół z grupy, znali się zresztą od wielu tysiącleci ziemskiej wędrówki (dusze z naszej grupy bardzo często inkarnują w swoim pobliżu, by wzajemnie na siebie oddziaływać - choć nie jest to regułą). Pod kierunkiem Przewodniczki-Nauczycielki, cała grupa analizuje swoje poprzednie wcielenia, jednocześnie pomagając sobie wzajemnie uporać się z błędami, popełnionymi za życia. Nauczycielka nie zawsze jest w ich towarzystwie, niekiedy "wychodzi", zresztą członkowie "jednej paczki", uwielbiają przebywać we własnym towarzystwie, tam jest tyle ciepła, zrozumienia i życzliwości wobec naszych życiowych wyborów, że wszyscy członkowie grupy czują się prawie jak jedna istota (chociaż, tak jak w ziemskiej szkole, są zdolniejsi i słabsi uczniowie). A gdzie znika Nauczycielka-Przewodniczka? Najlepiej widać to podczas tzw.: "przerw". Owa wspomniana przeze mnie kobieta, poddana hipnozie, widziała ją w centrum innej grupy. Tamta grupa, była właśnie jej grupą docelową, a Przewodniczka tej kobiety, sama słuchała nauk swego Nauczyciela. Są bowiem różne poziomy rozwoju duszy, na pewnym etapie rozwoju możemy stać się Przewodnikami innych młodszych dusz, by przyśpieszyć swój własny rozwój. Mentor owej Przewodniczki (przejawiał cechy męskie), również "przychodził" do "świątyni" w której "wykładała" jego Uczennica.

Cały system opiera się na wzajemnej pomocy tych bardziej doświadczonych dusz, duszom stojącym na niższym stopniu rozwoju. Stopień rozwoju duszy widać w postaci barwy, jaką promieniuje. Zacznijmy od najmłodszych dusz, kim one są i dlaczego są "najmłodsze"? Jak już wcześniej pisałem, wszystko co istnieje pochodzi z Bezkresnego Oceanu Energii Miłości (notabene tych którzy zbliżyli się do tego Oceanu jest bardzo niewielu. Dzieje się to wówczas, kiedy gotowi jesteśmy wrócić na stałe do Boga, zachowując pamięć Wielości w Jedności. Ale bardzo ciekawe są opinie ludzi poddanych sesjom hipnoterapeutycznym, którzy co prawda Boga nie widzieli, ale bardzo blisko zbliżyli się do miejsca, z którego twierdzili, że tam jest Bóg - i o tym też napiszę) Ten Ocean, my na Ziemi przywykliśmy nazywać Bogiem, lub Nieskończonością (ja osobiście lubię tę ostatnią nazwę). "Młoda dusza" to jest energia odłączona od tego Oceanu, która jeszcze nigdy nie inkarnowała fizycznie, a co za tym idzie nie posiada żadnych doświadczeń. A doświadczenia są niezbędne. Wszystko, cały sens życia tu na Ziemi, jak i w całym przeogromnym Wszechświecie (mówię tu tylko o naszym Wszechświecie, a przecież istnieją i inne równoległe do naszego światy, jak również Wszechświaty stworzone przed powstaniem naszego, jak i te, które powstaną po nim jest ich wręcz ogromna ilość znaczy można pokusić się o stwierdzenie że jest ich nieskończenie wiele) sprowadza się do jednego - zebrania jak największej ilości doświadczeń. Dopiero wzmocniona tym bagażem doświadczeń (szczególnie, co symptomatyczne - umiejętności docenienia Miłości, poprzez doświadczenie zła i cierpienia) dusza może ponownie połączyć się z Nieskończonością, czyli "wrócić do Domu".

Tak więc młode dusze, które niedawno co inkarnowały na Ziemi (jednocześnie przywiązując się do swych fizycznych ciał, a dla takich dusz śmierć jest czymś bardzo traumatycznym, gdyż doświadczywszy fizyczności, obawiają się tego, co nieuniknione - czyli właśnie śmierci) świecą jasnobiałym światłem. Są bowiem jeszcze niedoświadczone, niewiele "przeżyły" i stosując klasyfikację szkolną należałoby powiedzieć, że są na poziomie żłobka, czy przedszkola. Przewodnicy tych młodych dusz sami także posiadają swoich Nauczycieli, gdyż dopiero zaczynają swą pracę, jako "Aniołowie Stróże". Młode dusze często wiec posiadają dwóch Przewodników, pierwszego oficjalnego i drugiego, który jest jednocześnie Nauczycielem ich własnego Mentora. Często są to bardzo różne "typy osobowości", jeśli mogę użyć takiego zdania. Nasz bowiem Przewodnik, z reguły jest szczególnie empatyczny i wyrozumiały dla wszelkich naszych wad, nie potrafi jeszcze wymagać od nowych dusz zdecydowanych kroków, służących samodoskonaleniu. I właśnie tutaj wkracza ten drugi Nauczyciel, który prócz tego że posiada cechy Pierwszego (empatia, zrozumienie naszych słabości i Miłość jaką nas obdarza), jednocześnie wymaga wykonania określonej pracy, umiejętności postawienia i wyciągnięcia zdecydowanych wniosków ze swego poprzedniego życia, które posłużą dla nas jako przestroga, w celu niepopełniania ich w kolejnych żywotach.

Wejście na wyższy poziom rozwoju duszy, to również zmiana naszej osobistej aury, naszej barwy, którą każdy z nas promieniuje (po śmierci wyglądamy niczym... lampki na choince, tak się mienimy różnokolorowym światłem. Zresztą pisał o tym również w Plutarch w swym dziele: "O odwlekaniu kary przez bogów" że inne duszy są jak "świecące lampki"). Barwa nabiera koloru ciemniejszego, jest to połączenie koloru czerwonego z białym. Poziom rozwoju, upoważniający duszę do "posiadania" tej barwy, kształtuje się w przeciągu kilkunastu kolejnych inkarnacji (niekiedy udaje się uzyskać ten "poziom" barwy - czyli ten poziom doświadczenia, szybciej - po kilku żywotach ziemskich, choć są to dość rzadkie przypadki). Następnym poziomem rozwoju jest barwa biało-żółta, potem już czysto żółta. Osiągnąwszy barwę ciemno-żółtą, możemy stać się Przewodnikami i Nauczycielami młodszych dusz, choć nadal posiadamy nad sobą swego Mentora, który nas wspiera i pomaga nam "wyegzekwować" obowiązki od młodszych dusz. Wspomniana przeze mnie wyżej kobieta - poddana hipnozie, opowiadała, że jej Nauczycielka promieniowała właśnie barwą ciemno-żółtą, zaś jej Mentor posiadał barwę ciemnobłękitno-fioletową (co znaczyło o ogromnym, prawie najwyższym stopniu samorozwoju, powyżej są już tylko Założyciele). Pomiędzy ciemnobłękitno-fioletowym, a ciemno-żółtym jest jeszcze poziom jasnobłękitny i fioletowy.

Osiągnąwszy najwyższy poziom samodoskonalenia i samorozwoju (tacy duchowi Mistrzowie, są o wiele ważniejsi dla młodych dusz, niż ich osobiści Nauczyciele, gdyż pomimo faktu że są dosyć wymagający, potrafią o wiele szybciej pomóc takiej młodej duszy "awansować" na wyższy stopień rozwoju. Ich zachowanie jest często bezprzykładnie dominujące, po prostu mówią co należy zrobić i rozliczają z tego, co się udało, a co nie. Oczywiście, jak już wcześniej pisałem, nie czynią tego w sposób obraźliwy, czy upokarzający. Obdarzają nas nieograniczoną Miłością, choć jednocześnie mówią krótko (dyskusja z nimi nie ma najmniejszego sensu) - "to po prostu ma być zrobione" i już, są bardzo wymagający. Można ich przyrównać do starych, dobrych profesorów, dzięki którym udało nam się opanować cały materiał szkolny i przejść do następnej klasy, chociaż gdy chodziliśmy do szkoły, uważaliśmy ich za "tyranów", którzy niepotrzebnie męczą nas nauką. Takie porównanie jest niezwykle trafne. Należy też dodać, że ci drudzy Mentorzy, oni rzadko kiedy czuwają nad nami za życia (tym zajmują się nasi Przewodnicy, czyli z kolei uczniowie tych "wymagających profesorów"), jednak również zdarzają się sytuacje, gdy interweniują osobiście.

Nasze życie jest pełne najróżniejszych przeciwności losu, oczywiście my chcielibyśmy żeby los sprzyjał nam przez całe życie, a tak się raczej nie zdarza. Częściej jest tak, że tych szczęśliwych chwil w życiu jest o wiele mniej, niż tych nieszczęśliwych. Gdy przydarzy nam się coś złego, gdy cierpimy fizycznie lub psychicznie, gdy bolejemy nad losem naszych bliskich - często zadajemy Bogu ciekawe pytanie: "Dlaczego Boże to mnie się przytrafiło, dlaczego tyle nieszczęścia na mnie spadło, dlaczego mnie tak każesz" itp. Często gdy tych negatywnych doświadczeń jest zbyt dużo, nie wytrzymujemy i "uciekamy", czyli odbieramy sobie życie. Jest to błąd, ale nie o tym pragnę napisać. Zupełnie inaczej widzimy nasze niedawne sprawy po śmierci. Tu już nie ma żadnych wyrzutów w kierunku Boga, nie ma żadnego narzekania na zły los (co oczywiście nie znaczy, że nie pamiętamy już tych wszystkich złych doświadczeń z naszego życia - pamiętamy wszystko, o to przecież właśnie chodzi). Teraz tymi, którym się "obrywa" za nasze porażki, są nasi Przewodnicy, gdyż to właśnie ich widzimy jako pierwszych (piszę tu o ludziach naprawdę rozżalonych, którzy nie mogą się uspokoić i wciąż rozpamiętują dawne życie i wynikłe w jego trakcie złe doświadczenia). To właśnie Przewodnicy wysłuchują naszych żali po śmierci i to właśnie Oni, tłumacząc nam wszystko - uspokajają nas.

W szkole, do której się udajemy po śmierci jest wielka biblioteka. W bibliotece tej znajdują się opasłe księgi - są to księgi naszych poprzednich żyć. Otwierając taką księgę (myślą przywołujemy to, co pragniemy ujrzeć), brak w niej jest jakichkolwiek liter i tekstu, za to są w nich ruchome obrazy z naszych poprzednich żywotów. Są to żywe, wielowymiarowe obrazy, które same się poruszają i przesuwają (niczym książki i gazety w świecie Harrego Pottera). Obraz pokazuje nie tylko nasze rzeczywiste poprzednie żywota, lecz również ich alternatywne warianty, a także przyszłe wydarzenia w kolejnych inkarnacjach (choć te, są to już tylko pewne warianty do wyboru, a nie odgórnie już przeznaczone i starannie wybrane "zakończenia". Wychodzi więc na to, ze nasze życie od momentu narodzin jest ściśle ustalone, ale... to my sami wybieramy warianty poszczególnych zakończeń różnych naszych życiowych epizodów, innymi więc słowy choć mamy gotowy scenariusz naszego życia, to my decydujemy o kształcie i kierunku w jakim zmierzamy i w jakim to życie zakończymy, choć z drugiej strony... jakikolwiek nasz wybór, to tylko jedna z już wcześniej przygotowanych ewentualności).

A co się tyczy pomocy jakiej doznajemy ze strony naszych Przewodników, ciekawym jest przypadek pewnej kobiety poddanej hipnozie, która w jednym z poprzednich inkarnacji żyła w Judei, ok. 50 r. p.n.e (na jakieś 50 lat przed narodzeniem Jezusa Chrystusa). Była niewolnicą, pracującą w tawernie, mieszczącej się w jednej z judejskich wiosek. Trafiła do niewoli, gdy jej rodzice zostali zabici przez Rzymian. Życie jej było niekończącym się koszmarem, codziennie bita za najmniejsze przewinienia przez swego właściciela, a także często gwałcona przez pijanych rzymskich żołdaków stacjonujących w mieście, którzy po służbie wpadali "na jednego". W wyniku przepracowania i złego traktowania, zmarła w młodym wieku 26 lat. Ale pomimo faktu, iż jej życie było nieprzerwanym pasmem nieszczęść, była tam jedna osoba, która traktowała ją inaczej niż wszyscy. Był to sędziwy starzec, jedyna łaskawa i miła jej osoba. W wolnych chwilach uczył ją wiary w siebie, a także wiary w coś o wiele wyższego, pełnego Miłości, innego niż ci wszyscy okrutni ludzie wokół niej. Często się załamywała, nie widziała sensu życia, on uczył ją opanowania i samodyscypliny, mówił że to wszystko jest przejściowe, że nie potrwa długo, że nie warto odbierać sobie życia. Dziewczyna wzięła jego rady do serca, ale wkrótce zmarła brutalnie pobita przez gwałcących ją żołnierzy.

Potem powiedziała hipnoterapeucie, że już wie, kim był ów starzec, jedyna miła jej w tamtym życiu osoba - "To był mój Przewodnik" - powiedziała. Przybył on na Ziemię (narodził się), by uzmysłowić jej sens istnienia i zapobiec głupstwu, jakiego chciała ona popełnić, odbierając sobie życie. Nie był to jedyny raz, gdy Przewodnik osobiście (w postaci fizycznej), interweniował w jej życiu. Pojawiał się dosyć często w innych inkarnacjach, czasem jako brat, czasem jako przyjaciel, znajomy, najlepsza przyjaciółka z klasy, były też żywoty, gdy zupełnie nie inkarnował w fizycznej postaci. Gdy hipnoterapeuta zadał jej pytanie, czy domyślasz się czy twój Przewodnik przybył do ciebie również i w tym życiu, kobieta po długim milczeniu najpierw się rozpłakała, a potem powiedziała z niezwykłym podnieceniem w głosie: "O Boże, wiedziałam, wiedziałam że to on, od chwili gdy tylko go urodziłam". Mój kochany synek, przybył tu do mnie widząc jak bardzo mi ciężko w życiu (kobieta ta przeszła załamanie nerwowe w związku z presją w pracy - próbowała bowiem zająć jedno z kierowniczych stanowisk w firmie, co pociągnęło za sobą rozpad jej małżeństwa w wyniku nieporozumień finansowych - gdyż mąż zarabiał od niej mniej i to spowodowało i niej ciężką depresję). Kobieta ta mówiła, ze od chwili narodzin jej synka, czuła że było w nim coś cudownie jej znanego, mówiła że gdy patrzy synkowi w oczy - on koi jej nerwy, uspokaja i wycisza, szczególnie po ciężkim dniu pracy, gdy opiekunka pójdzie już do domu.

Więc Przewodnik tej kobiety pojawił się w obecnym jej życiu, pod postacią jej synka - nasi Przewodnicy czynią podobnie, nie opuszczają nas ani na chwilę, inkarnują fizycznie, gdy tylko widzą że możemy "uczynić jakieś głupstwo" i niepotrzebnie zmarnować sobie życie. Częściej jednak opiekują się nami ze "sfery duchowej". Należy też pamiętać że nie wszyscy Przewodnicy są do siebie podobni, gdyż są to (jak już wspomniałem) bardzo różne osobowości. Wszyscy jednak sprawiają wrażenie nadopiekuńczych rodziców, którzy martwią się każdym kolejnym życiowym wyborem ich latorośli. My nie możemy porzucić Przewodnika, lub spróbować poprosić o jego "wymianę", to Oni sami nas wybierają. Pomagają nam poradzić sobie z uczuciem izolacji i osamotnienia, jaki niekiedy odczuwamy przybywając na ten ziemski świat, a przede wszystkim obdarzają nas nieskończonym uczuciem Miłości. Potrafią koić nasze zszargane nerwy, czasami podpowiadają nam właściwe rozwiązania naszych problemów - wystarczy nasza myśl, prośba o pomoc, o radę, którą kierujemy do Boga. Oni to wszystko przechwytują, dla nich nasze myśli, a szczególnie nasze prośby, są niczym mentalny odcisk palca, są wezwaniem, którego nie można zlekceważyć. Jeśli tylko pozwolimy im dojść do głosu (wyciszając się, medytując, modląc, a niekiedy taka podpowiedź może przyjść we śnie), na pewno nie pozostawią nas samych z naszymi problemami.




Od prapoczątków (tych znanych i tych nieznanych) ludzkości zawsze towarzyszyli bogowie, bardzo różni bogowie. Odpowiadali oni za określone i im przeznaczone zadania - byli bogowie Nieba i Ziemi, powietrza, wody i ognia, macierzyństwa i błyskawic, byli bogowie okrutni i bogowie łagodni, ale wszyscy oni wymagali od ludzi jakichś ofiar, wymagali również posłuszeństwa (oczywiście w różnej formie i z różnym natężeniem, np. najbardziej okrutni i mściwi byli bogowie wywodzący się z Mezopotamii, Asyrii, Babilonii, Syrii, bogowie Mittani, Hetytów i Egiptu, a także bogowie ziemi Kanaan i bogowie Izraelitów, najmniej wymagającymi byli greccy Bogowie Olimpijscy i bogowie rzymscy. Mimo to, świat ludzi starożytnych, to był świat życia zgodnie z wolą i nakazem bogów). Z czasem te kulty poczęły się ujednolicać w wyniku podbojów i aneksji jednego terytorium do drugiego, bogowie pokonanego państwa (a szczególnie gdy to państwo stało na wyższym poziomie rozwoju obywatelskiego i kulturalnego), stawali się również bogami zwycięzcy (lub atrybuty pokonanych dodawano do już istniejących rodzimych kultów). Pięknie to jest również (a może przede wszystkim) pokazane w Biblii, na przykładzie proroka Samuela i izraelskiego króla Saula.

Samuel, kierowany wskazówkami Jahwe, nakazał Saulowi uderzyć na plemię Amalekitów i po zwycięstwie wymordować wszystko co żyje - mężczyzn, kobiety, dzieci i bydło - wszystko. Saul nie posłuchał przykazania Samuela (Jahwe) i oszczędził władcę Amalekitów Agaga, oraz bydło tego plemienia. Samuel wówczas wpadł w furię, uznał że Saul popełnił zbrodnię, gdyż "nie usłuchał nakazu Pana". Sam więc zamordował Agaga, jednocześnie oznajmiając Saulowi, że odtąd nie będzie już dłużej królem Izraela. Nurtuje mnie ta biblijna scena. Zadaję sobie pytanie - jaki Bóg żądałby zamordowania kogokolwiek? (nawet najgorszych wrogów wybranego przez niego narodu i Jego samego). Przecież jest stworzycielem wszystkiego, a skoro tak, to co za różnica kiedy Jego wrogowie do Niego wrócą, czy stanie się to wcześniej czy później - Bogu powinno być to ganc egal, jest przecież nieśmiertelnym stwórcą wszystkiego, dlaczego więc żąda zabicia własnego stworzenia? No chyba że... Samuel nie kontaktował się z Bogiem, lecz z kimś lub czymś innym (tu możliwości jest wiele, lecz wydaje się że za postać Jahwe podawały się o wiele potężniejsze istoty z innych systemów galaktycznych, prawdopodobnie byli to Reptilianie, ewentualnie Nibiruanie - którzy zresztą (m.in.) byli twórcami Adama, Lilith i Ewy). W gadzim społeczeństwie posłuszeństwo i wierność stoją na najwyższym miejscu (na równi z ich wypaczoną filozofią religijną).

Tak więc od początków ludzkości, człowiekowi zawsze towarzyszyli okrutni bogowie. Ale też od początku ludzkości towarzyszyły przyjazne bóstwa domowe, które miały za zadanie chronić mieszkańców danej rodziny i zapewniać jej bezpieczeństwo. Był bóstwa indywidualne opiekuńcze, jak i bóstwa chroniące całe rodziny, klany, miasta czy państwa. Osobiste bóstwo służyło jako taki "Anioł Stróż", do którego zawsze mógł się człowiek zwrócić w każdej chwili. Takie prywatne bóstwa totemiczne chroniły przed złem i złym urokiem, oraz złym słowem, czy spojrzeniem. Potrafiły skutecznie odeprzeć niebezpieczeństwo (przykładem zaś zbiorowej wiary w ochronną moc bóstw wspólnych dla danej społeczności, było np. malowanie wielkich oczu na kadłubach starożytnych galer - i to niezależnie od wyznawanej religii, wszystko to służyło odpędzeniu złego uroku, rzuconego na obywateli danej społeczności). Skąd ci ludzie w ogóle wiedzieli, że mogą istnieć jakiekolwiek duchy opiekuńcze, które uchronią człowieka przed złem? Jak to skąd, z... pamięci. Z pamięci ich podświadomości, z pamięci okresu jaki spędzili pomiędzy wcieleniami. Owymi totemicznymi duszkami opiekuńczymi byli przecież nasi Przewodnicy, nasi duchowi Opiekunowie, którzy przetrwali w pamięci ludzi żyjących na Ziemi.

Bardzo dobrą drogą dotarcia do naszych Opiekunów, jest modlitwa. To bardzo ważne by ludzie zrozumieli, że modlitwa o pomoc nie pozostanie bez odpowiedzi. Jeżeli tylko będziemy zrelaksowani i skoncentrowani, wewnętrzny głos naszej wyższej jaźni przemówi do nas, nie pozostawi nas samych z naszymi problemami. Dość często też się zdarza, że Przewodnicy posiadają po kilka, kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt, czy więcej dusz, im więcej tym lepiej. Wydaje się że "zajęcie się", taką ilością dusz, byłoby dość trudne. Z pewnością tak jest, dla początkującego Przewodnika, ale dla Opiekunów, którzy są w tych sprawach doświadczeni, nie stanowi to najmniejszego problemu. Oto przykład, jak radzą sobie Przewodnicy, którzy posiadają pod swoją opieką po kilkanaście lub więcej dusz. Gdy jedna z podopiecznych dusz ma kłopot, lub poważniejszy problem do rozwiązania, podpowiadają możliwe rozwiązanie, poprzez... inną duszę, czyli będącą pod ich opieką inną żyjącą osobę. Zdarza się bowiem, że po rozmowie z rodziną, znajomymi, lub nawet z zupełnie nieznaną nam osobą, rozwiązanie przychodzi jakoś samo, nagle po rozmowie z tym człowiekiem zapala się w naszej głowie lampka - wiem co powinienem (lub powinnam) zrobić. Oczywiście nasi Przewodnicy dają nam jedynie drobne wskazówki, to my sami musimy "rozwiązać nasz kłopot", ale na pewno nie zostawiają nas sam na sam z naszym problemem i w taki lub inny sposób nam pomagają.

Lecz i tu jest pewna "ścieżka", którą należy kroczyć w naszych prośbach o pomoc czy radę. Nasi Przewodnicy raczej nie pomagają nam od razu "załatwić" danej sprawy, lecz czynią to stopniowo, małymi kroczkami, dlatego też, poszukując wskazówek, najkorzystniej dla nas jest prosić naszego Anioła Stróża (lub Boga - wszystkie nasze prośby i tak dotrą do Przewodników), o pomoc w wykonaniu kolejnego kroku naprzód, lub o kolejną małą podpowiedź. Przewodnicy bowiem mają różny "temperament", co oczywiście nie znaczy że im na nas nie zależy. Zależy im bardzo, w przeciwnym razie, nie byliby naszymi Przewodnikami (a nie ma takiej żyjącej istoty, która nie miałaby swego przewodnika), czasem jednak mogą "rzucić focha". Pewna kobieta, poddana hipnozie (inna niż opisywana przeze mnie wyżej), opowiadała jak wygląda i jak zachowuje się jej Przewodnik (kobieta ta była młodą duszą i posiadała dwóch Przewodników, swoją bezpośrednią młodą Przewodniczkę i jej Mentora). Ten drugi Przewodnik, bardziej doświadczony, przypominał z "wyglądu"... leśnego skrzata, był mały, wręcz kurduplowaty, o grubych rzęsach i brodzie, sprawiał trochę komiczne wrażenie. Ale był też bardzo wymagający, wciąż udawał obrażonego mówiąc: "Nie słuchasz mnie gdy do ciebie mówię, ignorujesz mnie", po czym wyciągał ręce do tyłu i udawał obrażonego, który czeka na przeprosiny.

Należy też dodać, że nasi Opiekunowie także cierpią. Cierpią gdy widzą że i my cierpimy (fizycznie lub psychicznie), że nie potrafimy znaleźć ścieżki, która zaprowadziłaby nas do drogi wiodącej ku rozwiązaniu naszego problemu. Dlatego też Oni udostępniają nam owe ścieżki, czy jednak zechcemy słuchać naszego wewnętrznego głosu, czy też go odrzucimy, lub strywializujemy - zależy już od nas samych.


CDN.
 

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...