W STARCIU Z ARMIAMI PAŃSTW HELLENISTYCZNYCH NA PRZYKŁADZIE MACEDONII W II WIEKU P.N.E.
Na czym polegał fenomen rzymskiej armii republikańskiej z II wieku p.n.e. (jeszcze sprzed reform Gajusza Mariusza z lat 104-103 p.n.e. które realnie stworzyły rzymską armię zawodową, podległą bardziej swoim dowódcom aniżeli Senatowi i Republice), w konfrontacji z armią macedońską (i innymi armii państw hellenistycznych)? Na to pytanie można by było dosyć łatwo i krótko odpowiedzieć, iż różnica realnie polegała na tym, że armie państw hellenistycznych nie mogły pozwolić sobie na zbyt wielkie straty poniesione w bitwach, ponieważ uzupełnienie owych strat nie było tak proste, a poza tym armie państw hellenistycznych (w tym oczywiście macedońska), to były armie zawodowe, finansowane w całości przez państwo - czyli przez królów. Po raz pierwszy tę nowinkę do Macedonii wprowadził już król Filip II (ojciec Aleksandra Wielkiego) na początku swego panowania (ok. 359 r. p.n.e.). Wcześniej bowiem armia macedońska była tworzona na wzór armii greckich, które w tamtym czasie były najdoskonalszą formacją zbrojną, często wykorzystaną również przez Persów (stąd wielu Greków tak chętnie - w zamian za złoto - służyło w armii perskiej. Potem zaś Aleksander wszystkich Greków którzy walczyli po przeciwnej stronie skazał na śmierć bez żadnej litości i łaski). A greccy ciężkozbrojni falangici musieli na własny koszt zakupić włócznię, tarczę i miecz, nie wspominając oczywiście o hełmie, nagolennikach, czy (przynajmniej niektórzy) metalowym lub brązowym pancerzu osłaniającym tors. To były znaczne koszty i nie wszystkich obywateli danego polis stać było na taki wydatek. Cała więc reszta zasilała oddziały lekkozbrojnych, używając do walki głównie łuków, proc, ewentualnie włóczni i wiklinowych najczęściej tarcz. Nic więc dziwnego że w takiej sytuacji nawet najbardziej ludne i potężne greckie polis (takie jak Ateny czy Sparta, a także Teby i Korynt) mogły wystawić do bitwy co najwyżej kilka tysięcy falangitów. Bardzo rzadko liczba ta dochodziła do 10 000 i nigdy też jej nie przekraczała. Natomiast wprowadzona przez Filipa II zmiana, polegająca na państwowym uzbrojeniu żołnierzy, automatycznie zwiększała liczbę tych, którzy mogli zasilić szeregi ciężkozbrojnej piechoty (nie mówiąc oczywiście o jeździe, bo to zupełnie odrębna kwestia). Tak więc gdy Aleksander przeprawiał się do Azji na podbój Imperium Perskiego, prowadził ze sobą 12 000 falangitów i 3 500 jazdy, a w kraju pozostało drugie tyle falangi i 1 500 jazdy. Dobitnie to pokazuje że armia macedońska znacznie wzrosła właśnie dzięki poborowi wśród najbiedniejszych, których dotąd nie było stać na zakupienie sobie pełnego ekwipunku falangity. Oczywiście druga sprawa, że uzbrojenie żołnierzy pochłaniało znaczne sumy ze skarbca królewskiego, ale to i tak się opłacało, ponieważ liczna (to znaczy znacznie liczniejsza niż dotychczas) armia, do tego armia nowego wzoru, stworzona na zupełnie innych niż dotychczas zasadach, wygrywała bitwy ponad 90% częściej niż działo się to w klasycznych armiach greckich polis, a to oznaczało że poniesione koszty można było szybko uzupełnić poprzez rabunek podbitych państw. I to się zwracało w dwójnasób.
Ale armia macedońska - choć znacznie liczniejsza niż wcześniej i liczniejsza niż armie greckich polis - miała tę wadę, że nie mogła sobie pozwolić na zbyt duże straty w bitwach, gdyż szybkie uzupełnienie owych strat i wyszkolenie nowego żołnierza zajmowało pewien czas. Zbyt długi czas, aby można było sobie na to pozwolić. I tutaj właśnie leży podstawa wyższości rzymskiego legionu republikańskiego nad zawodową falangą macedońską. Sukces Rzymian nie polegał wcale na tym że byli oni lepszymi wojownikami od Greków czy Macedończyków, a właśnie na tym, że bez względu na straty zawsze mogli wystawić drugą armię. Po klęsce jaką zadał Rzymianom Hannibal w bitwie pod Kannami w 216 r. p.n.e., gdzie poległo aż 80 000 żołnierzy rzymskich - to była prawdziwa katastrofa dla Republiki, ale... Republika nie upadła. Gdyby takiej klęski doświadczył Hannibal, gdyby doświadczyli jej Macedończycy lub Egipcjanie greckich Ptolemeuszy, czy Syryjczycy greckich Seleucydów, o Grekach nawet nie wspominając - kraje te już nigdy nie podniosłyby się z upadku i natychmiast przestałyby istnieć. Republika Rzymska przetrwała tę katastrofę (chociaż powstały bardzo rachityczne co prawda, ale jednak plany opuszczenia Rzymu i założenia Nowego Miasta w południowej Galii. Chociaż plany te dotyczyły tylko grupki senatorów i nie miały przełożenia na większość społeczeństwa rzymskiego, to warto jednak wspomnieć że się pojawiły), mało tego, Republika wystawiła kolejną armię, a potem kolejną, która w Afryce pod Zamą zadała Hannibalowi ostateczny cios (202 r. p.n.e.). I to właśnie było podstawą sukcesu rzymskiego legionu republikańskiego, możliwość nieustannego (oczywiście nie w nieskończoność, ale jednak w sposób niemożliwy do przeprowadzenia dla innych państw) uzupełniania strat i wystawiania nowych armii (dokładnie tak samo jak potęga Wehrmachtu była niezwyciężona dopóty, dopóki w miarę bezpiecznie pracował niemiecki przemysł. Natomiast rozsypała się jak domek z kart z końcem 1944 i na początku 1945 r. po wielkich bombardowaniach Rzeszy z lata 1944, kiedy przemysł niemiecki został totalnie zniszczony i nie można było w żaden sposób nie tylko uzupełniać braków w postaci nowych czołgów, ale również chociażby dostarczać paliwo do jeszcze istniejących. To samo było też w Związku Sowieckim w pierwszych miesiącach 1941 r. gdy Sowieci porzucali praktycznie niezniszczone przez Niemców czołgi i to nie dlatego że uciekali na wschód, tylko dlatego że po prostu skończyło im się paliwo, a oni nie mieli możliwości w chaosie wojennym uzupełnić owych braków na miejscu).
Na korzyść macedońskiej falangi przemawiało również uzbrojenie, a przede wszystkim owe długie na 5,5 m włócznie zwane sarissami. Wytwarzane były one z drzewa dereniowego które licznie rosło w Macedonii i miało tę zaletę że ich drzewce były zarówno elastyczne (czyli łatwe do manewrowania) jak i twarde. Na końcu Drzewca umieszczony był żelazny grot, a dla równowagi po drugiej stronie sarissa posiadała żelazny kolec, który w razie potrzeby można było wbić w ziemię. Żołnierze atakowali w falandze w formacjach złożonych z szesnastu falangitów w pierwszej linii, cały zaś batalion (syntagma) liczył 256 żołnierzy, a cała falanga składała się z 64 batalionów. Ta formacja pozwalała również żołnierzom macedońskim ustawić się ściśle jeden obok drugiego, tak, że każdy dalszy szereg poza pierwszym był praktycznie osłonięty i bezpieczny od ataków wroga, natomiast pierwszy szereg też był zabezpieczony, poprzez wyciągnięte przed siebie długie włócznie (w kierunku wroga swoje sarissy wyciągało pięć pierwszych szeregów falangi, reszta trzymała włócznie w pozycji pionowej lub przygotowując do opuszczenia w pozycji ukośnej). Macedońska tarcza nie była długa i miała okrągły kształt - najczęściej była koloru białego z jasną obramówką wokół (może to trochę dziwnie zabrzmi ale jak widziałem te tarcze ściśle odwzorowane i przedstawione na rysunku, to w tym kolorze i w ten sposób przypominały mi one... smaczne lukrowe ciasteczka które kiedyś jadłem 🤭). Tarcza była przywiązana do lewej ręki falangity, tak, aby oboma rękoma mógł on trzymać długą włócznię. Szyk musiał być na tyle zwarty, aby poszczególne tarcze dotykały się jedna drugiej. Całą falangą dowodził oczywiście generał, czyli strategos (czasem był nim sam król). Jednym skrzydłem falangi (liczącym 32 bataliony) dowodził kerarcha, batalionem - syntagmatarcha, dwiema parami kolumn w jednym batalionie (64 żołnierzy) dowodził tetrarcha, czterema kolumnami (128 żołnierzy) taksjarcha. Falanga miała również pomniejszych dowódców, jak dowódca kolumny (16 żołnierzy) - lochagos, dowódca dwóch kolumn (32 żołnierzy) - dilochita, dowódca półkolumny (8 żołnierzy) - hemilochita, a także dowódca ćwiartki kolumny (4 żołnierzy) - enomotarcha.
Prócz oczywiście sariss, żołnierze macedońscy mieli przy sobie miecze, a używano najczęściej tradycyjnych mieczy greckich, czyli takich z lekko wygiętym ostrzem (zwanych kopis), lub też prostego miecza greckiego hoplity o długości ok. 60 cm. Używano też klasycznego hełmu trackiego który został nieco zmodyfikowany przez Macedończyków (z dodaniem np. czegoś, co na czubku hełmu przypominało późniejsze czapki frygijskie, noszone przez sankiulotów podczas Rewolucji Francuskiej). Hełmy te nie tylko ochraniały głowę, ale również policzki i brodę. Używano również hełmów beckich (które nieco przypominały czapkę z daszkiem). Jazda macedońska (hetajrowie) zaś (i podobne formacje w armiach innych państw hellenistycznych) była bardzo dobrze uzbrojona. Żołnierze używali również drugich włóczni i zaokrąglonych tarczy. Istniały również konne jednostki łuczników i miotaczy oszczepów. O ile też piechota macedońska ustawiała się w najróżniejsze formacje (np. otwarty trójkąt, otwarty kwadrat, półksiężyc, szyk ukośny i szyk prosty) o tyle macedońska jazda zawsze tworzyła szyk trójkątny (formacja ta zwała się "ile" składała ze 136 kawalerzystów uszeregowanych od 1 do 16), przy czym dowódca zawsze był na pierwszej linii, najbardziej wysunięty do przodu. Warto też dodać, że dyscyplina w armii macedońskiej była na znacznie niższym poziomie niż w armii rzymskiej i chociaż była to armia zawodowa, to żołnierze byli towarzyszami króla, dlatego też nie można było ich skazać za przewiny np. na karę chłosty. Było to bowiem nie do pomyślenia dla Macedończyków, a potem przyjęło się również i w innych armiach hellenistycznych. Falangitę można było ukarać poprzez uwięzienie go lub ewentualnie skazanie na śmierć, ale nie upokorzenie w taki sposób, w jaki karało się niewolników. W rzymskim legionie zaś kara chłosty nie była niczym rzadkim, nawet w legionie republikańskim.
Po zakończeniu I wojny punickiej w Rzymie prawdopodobnie przeprowadzono reformę wojskową (piszę "prawdopodobnie" ponieważ nic na ten temat nie wiadomo, natomiast pewnym jest że ok. 220 r. p.n.e. armia rzymska była już inna niż wcześniej). W czasach królów rzymską formacją zbrojną była formacja greckiej falangi, z tym że podzielona na centurie. Od czasów Romulusa w Rzymie walczyli tylko najbogatsi (czyli ci, którzy mieli najwięcej ziemi - wszystko to bowiem pierwotnie byli rolnicy). Rzymska falanga liczyła wówczas 4 000 żołnierzy podzielonych na 40 centurii i tak było za pierwszych pięciu królów. Szósty król - Serwiusz Tuliusz (panował w latach 578-535 p.n.e.) dodał do klasy najbogatszych (triarii) również dwie pozostałe klasy majątkowe średnio bogatych (hastati) i najbiedniejszych (welita) czym zwiększył skład rzymskiej armii do 6 000 dzieląc ją na 6 centurii. Z końcem IV wieku p.n.e. porzucono formację falangi i wprowadzono zupełnie nową, typowo rzymską formację legionu. W latach 20-tych III wieku p.n.e. przeprowadzono kolejną reformę, dzieląc legion na manipuły (oczywiście utrzymano również podział na centurie) i tak z chwilą wybuchu II wojny punickiej z Hannibalem (218 r. p.n.e.), rzymska armia składała się z czterech legionów, a w każdym legionie służyło 4 200 obywateli (czasami było to nawet 5 000), nie licząc oczywiście formacji sprzymierzeńców, a nawet dwóch legionów złożonych z niewolników. Legion składał się z 60 centurii. 20 centurii po 30 triarii każda (czyli 600 żołnierzy), 20 centurii po 60 hastatus (1 200 żołnierzy), 20 centurii po 60 principes (1 200 żołnierzy) oraz 1 200 welitów. Dwie centurie tworzyły manipuł. Triarii to byli najbardziej doświadczeni żołnierze, weterani których dodatkowo stać było na zakup szerokiej tarczy (sięgającej żołnierzowi od stopy do szyi), włóczni i miecza. Hastati i principes - czyli grupy średniozamożne (ci pierwsi to byli młodsi mężczyźni, ci drudzy zaś, mężczyźni w sile wieku), uzbrojone były w taką samą szeroką tarczę jak triarii, lecz zamiast włóczni posiadali dwa lekkie oszczepy, oraz oczywiście miecz. Velici zaś uzbrojeni byli w okrągłą tarczę, krótki oszczep, procę i miecz. Ci ostatni nie nosili też hełmów ani nagolenników, głowę zaś osłaniali skórami upolowanych zwierząt - najczęściej wilków.
HASTATI i PRINCIPES
W czasie bitwy w szyku bojowym hastati ustawieni byli w prostokąt, złożony ze 120 ludzi (10 rzędów po 6 żołnierzy w każdej centurii). Przed nimi stawali lekkozbrojni welici (50-60 welitów w jednym manipule) którzy szli na pierwszy ogień. Za żołnierzami formacji hastati ustawiali się principes (osłaniali oni przerwy między manipułami hastati w drugiej linii, czyli jak żołnierze stoją obok siebie, to przerwy które pomiędzy nimi występują w drugiej linii osłania formacja principes). Na końcu ustawiali się weterani czyli triarii. Bitwa rozpoczynała się od uderzenia hastati i welitów - ci pierwsi ciskali w nieprzyjaciela oszczepami i ruszali z obnażonymi mieczami do walki wręcz, ci drudzy ciskali mniejszymi oszczepami lub procami i również atakowali z mieczami w dłoni. Gdy bitwa szła dobrze, postępowali dalej a pozostałe formacje szły za nimi, gdy zaś nie układała się korzystnie, hastati i welici wycofywali, się a do walki przystępowali principes. W tym samym czasie triari klękali na jedno kolano osłaniając się tarczami i wysuwali do przodu włócznie tworząc jakoby mur, za którym przegrupowywały się oddziały hastati. W przypadku gdy formacja principes również nie była w stanie przemóc nieprzyjaciela, do ostatecznej walki przystępowali triari wspierani przez welitów. Tak wyglądał atak piechoty, rzymska jazda zaś ustawiała się na skrzydłach armii. W konfrontacji z falangą macedońską, czyli zwartą formacją stojącą jeden przy drugim, luźno działający legion rzymski tak naprawdę nie miałby szans w starciu z takim jeżem. Okazało się jednak że elementem decydującym, który przeważył nad sukcesem legionu nad falangą, były właśnie lekkie oszczepy hastati i principes, którymi oni najpierw ciskali we wroga - osłabiając tamtejsze szeregi - a potem wdzierali się z obnażonymi mieczami prosto na oddziały macedońskie w których już były poczynione wyrwy. Poza tym ogromnym atutem była również ruchliwość Rzymian, czego nie można było powiedzieć o Macedończykach. I taka właśnie formacja rzymskiego legionu wygrała dwukrotnie w wielkich bitwach z Macedończykami pod Kynoskefalaj (197 r. p.n.e.) i Pydną (168 r. p.n.e.), oraz z syryjskimi Seleucydami pod Magnezją (190 r. p.n.e.).
Na czele rzymskiej armii stał konsul, czyli najwyższy władzą przedstawiciel w Republice (każdego roku wybierano zawsze dwóch konsulów z taką samą władzą). Miał do pomocy sześciu mianowanych przez siebie trybunów. Podlegali im centurioni wybierani zwani primus pilus (centurion wybierany dowodził całym manipułem, czyli 170/200 żołnierzami - 120 hastati, principes lub triari i od 50 do 80 welitów). Łącznie manipułami dowodziło 30 wybranych centurionów. Niżej od nich stali centurioni mianowani, dowodzący tylko jedną centurią (100 żołnierzy). Rzymska jazda republikańska zaś liczyła w każdym legionie 300 ludzi (wybranych spośród ekwitów, czyli na tyle majętnych, że stać ich było na konia). Kawaleria legionowa dzieliła się na 10 turm po trzy dekurie (szwadrony), a w każdej turmie było 30 jeźdźców. Co się tyczy uzbrojenia, to podstawowym mieczem rzymskiego legionisty był gladius - niezwykle poręczny, dobrze leżący w dłoni, klasyczny krótki miecz, który doskonale sprawdził się we wszystkich wojnach toczonych przez Rzym od III wieku p.n.e. począwszy, aż na II wieku naszej ery skończywszy. Typowych hełmów greckich używano bardzo mało, raczej stosowano hełmy etruskie (z osłoną na policzki) do których można było przyczepić pióropusz, lub też hełmy italskie (również z osłoną policzkową) i ołowianą wkładką na szczycie, do której też mocowano pióropusz. Jeśli zaś idzie o osłonę ciała, to najbogatsi (czyli triari) nosili pancerz podobny do późniejszej kolczugi, ale będący czymś w rodzaju kamizelki. Mniej zamożni (hastati i principes) nosili na piersiach metalowe tabliczki w kształcie kwadratu, osłaniające piersi i część żołądka (resztę osłaniała długa tarcza). welici zaś najczęściej nosili wzmacniane pasy lub nie mieli żadnej osłony (poza lekką tuniką, która przed niczym oczywiście ich uchronić nie mogła). Poza tym noszono ochraniacze na nogi (czyli nagolenniki) ale najczęściej tylko na lewą nogę, którą wysuwano do przodu w trakcie ataku. Ale też nie wszyscy, bo welici nie mieli takich osłon wcale.
Tak oto wyglądała armia rzymska która zmierzyła się z Macedończykami i ich pokonała, a następnie z syryj syro-greckimi Seleucydami, których to król Antioch III Wielki tak pewny siebie i pyszny, odrzucał wszelkie rady Hannibala mówiące, że wojna z Rzymem w Grecji nie ma żadnego sensu, gdyż Rzym nawet tam pokonany nie spocznie, póki ostatecznie nie zniszczy wroga. Jedyna realna szansa na pokonanie Rzymian to uderzenie ich w samo serce, czyli najazd na Italię, a następnie przekonanie Italików i Samnitów do porzucenia sojuszu z Rzymem (w dużej mierze wymuszonego) i tym samym rozerwanie owej konfederacji. Antioch jednak był pewien swego, mówiąc że pragnie tylko "szybkiej zwycięskiej wojny w Grecji", za swą głupotę zapłacił najwyższą cenę.
O TYM JAK AMAZONKA STAŁA SIĘ JEDNĄ Z NAJSŁAWNIEJSZYCH KURTYZAN ŚWIATA
Jakiś czas temu przeglądając sobie Wikipedię, natrafiłem na artykuł dotyczący króla Ptolemeusza II Filadelfosa, który władał "greckim" Egiptem w III wieku p.n.e. Przeglądając jego profil, natrafiłem na informację, że król, oprócz tego że był dwukrotnie żonaty, dodatkowo miał wiele oficjalnych nałożnic (konkubin), a wśród nich była kobieta o imieniu - BILISTICHE
No właśnie, pomyślałem sobie - Bilistiche, o niej jeszcze nie pisałem, a przecież była to niezwykła kobieta (dziś już właściwie całkowicie zapomniana). Kobieta, która uwielbiała przygody i wszelakie wyzwania. Doskonale jeździła konno (bardzo kochała konie), wdrapywała się na drzewa, całymi godzinami chodziła po mokradłach z łukiem w ręku, wypatrując zdobyczy godnej upolowania a nawet... siłowała na rękę z mężczyznami z jej wioski (np. ze swym starszym bratem). Nie przywiązywała też zbytniej wagi do swego wyglądu i często (gdy był zbytni upał i słońce prażyło niemiłosiernie), zrzucała swą koszulę by wraz z chłopcami z wioski oddawać się wciąż nowym przygodom, a oni traktowali ją jak swoją kumpelę). Nie przepadała natomiast za sukniami, kosmetykami, ani też biżuterią - w ogóle nie znosiła tych wszystkich "babskich bibelotów". Uciekała też od towarzystwa innych dziewcząt, gdyż nie potrafiła się wśród nich odnaleźć. Matka siłą zmuszała ją by zasiadła do krosen, lub zajęła się innymi kobiecymi zajęciami w domu, lecz Bilistiche pod nieuwagę matki i gdy tylko na moment zostawała sama - wymykała się do swych braci i przyjaciół, by wraz z nimi polować, mocować się i cieszyć wolnością.
Była jednak wtedy jeszcze dziewczynką i czyż mogła przewidzieć że za parę lat, ten cały "kobiecy świat", którego wcześniej nie znosiła, stanie się jej światem, że będzie jedną z najpiękniejszych kobiet Egiptu swoich czasów - królewską faworytą i "Perłą Nilu". Że urodzi królowi syna i stanie się na długie lata jego ulubioną nałożnicą, a potem do końca królewskiego życia pozostanie jego przyjaciółką? Zapewne wówczas (w czasach młodzieńczej wolności), nie wyobrażała sobie w taki sposób siebie i swojej przyszłości. Wówczas myślała o czym innym - o wojaczce i przygodach wśród swych przyjaciół. Tak oto zaczyna się historia niezwykłej (choć zapomnianej już) kobiety, która w swoim czasie, należała do największych piękności królewskiego haremu.
OTO JEJ HISTORIA:
Bilistiche po raz pierwszy pojawiła się na królewskim dworze w Aleksandrii prawdopodobnie ok. 277 r. p.n.e. podczas ślubu króla Ptolemeusza II z księżniczką Arsinoe II (wówczas już prawie 40-letnią kobietą, Ptolemeusz był od niej młodszy o 7 lat). Arsinoe była dodatkowo rodzoną siostrą Ptolemeusza (z małżeństwa ich ojca - Ptolemeusza I Sotera z Bereniką), czyli pokrewieństwo było bardzo bliskie. Poza tym Arsinoe II, nim została żoną swego brata i królową Egiptu, wcześniej obaliła pierwszą żonę Ptolemeusza II - Arsinoe I, młodą macedońską księżniczkę, córkę Lizymacha (służył on jeszcze królowi Filipowi II Macedońskiemu, a następnie jego sławnemu synowi, pogromcy Persów i zdobywcy Azji - Aleksandrowi, któremu współcześni już za życia nadali przydomek "Wielki").
Ok. roku 277 p.n.e. Egipt był prawdziwym regionalnym mocarstwem na terenach Północnej Afryki i Bliskiego Wschodu, oraz dużej, wschodniej części Morza Śródziemnego. Władał nim od ośmiu prawie lat młody, 32-letni faraon - Ptolemeusz II zwany Filadelfosem (przydomek ten oznacza "Miłujący Braci"). Ptolemeusz był niezwykle inteligentnym i żądnym wiedzy mężczyzną, uwielbiał bowiem wszelakie nauki, głównie zaś - matematykę, fizykę i astronomię. Był bowiem zagorzałym astronomem i jako jeden z pierwszych władców (w znanych nam czasach starożytnych), według Izaaka Newtona - "zdawał sobie sprawę że tak naprawdę Ziemia jest okrągła".
ARSINOE II
Natomiast Arsinoe II była zupełnym przeciwieństwem brata. Była bowiem niezwykle żądną władzy i okrutną kobietą, która podstępem i zbrodnią torowała sobie drogę do korony. Pragnęła też rządzić państwem samodzielnie - jako faraon, a nie tylko jako jego małżonka. Miała też kilka cech wspólnych z Bilistiche, mianowicie była odważna i dzielna, często przywdziewała męski strój wojenny (pancerz typu greckiego - ze specjalnie wyżłobionym miejscem na piersi, kolczugę czy nagolenniki). Przy pasie zaś nosiła miecz. Była też bardzo nieprzystępna i już za życia określano ją mianem "okrutnej bogini". Była pierworodnym dzieckiem swego królewskiego ojca i najstarszą z jego córek, dlatego też uważała, iż ma "boskie" prawo do władania Egiptem jako faraon (jednak, ponieważ była kobietą, pierwszeństwo władzy i panowania należało się jej młodszemu bratu - Ptolemeuszowi Filadelfosowi, z czym ona sama nigdy się nie pogodziła i konsekwentnie dążyła do zdobycia władzy absolutnej). Mimo to, gdy zmarła (ok. 270 r. p.n.e.), Ptolemeusz II nadał jej przydomek: "Thea Filadelfos" ("Bogini Miłująca Brata").
PTOLEMEUSZ II FILADELFOS
Dążenie Arsinoe II do zdobycia władzy absolutnej nad Egiptem, uwidoczniło się chociażby w kształcie jej korony królewskiej, która w żadnym razie nie przypominała dawniejszych oznak władzy faraonów z dawnych czasów (takich jak biała korona Górnego Egiptu, czerwona korona Delty, królewskie męskie nakrycie głowy - błękitny nemes, niebieska korona - kepresz, czy żeńska korona z piór sępa). Korona królowej Arsinoe II składała się z czterech połączonych ze sobą elementów - czerwonej korony Dolnego Egiptu, rogów baranich (symbolizujących największego z egipskich bogów, utożsamionego z greckim Zeusem - boga Amona oraz... męską potencję), następnie rogów krowy (symbol bogini "żywych i umarłych" - Hathor), a także dysku słonecznego (harmonii pierwiastka męskiego i żeńskiego). Na to wszystko nakładał się jeszcze bujny różnokolorowy pióropusz. Ciekawostką jest, że żyjąca w ponad dwieście lat później, najsławniejsza przedstawicielka dynastii Ptolemeuszy - Kleopatra VII, wzorowała kształt i wielkość swojej korony właśnie na tej, z czasów Arsione II.
PTOLEMEUSZ I SOTER
Założycielem dynastii ptolemejskiej (zwanej również dynastią Lagidów), był przyjaciel Aleksandra Wielkiego i jeden z siedmiu jego osobistych ochroniarzy - Ptolemeusz (prawdopodobnie nieślubny syn Lagosa - macedońskiego szlachcica i niewolnicy króla Macedonii Filipa II, którą ten ofiarował Lagosowi - Arsinoe). Ptolemeusz był o ok. dziesięć lat starszy od Aleksandra Wielkiego, a ponieważ jego ojciec należał do grona "przyjaciół rodziny królewskiej", młody Ptolemeusz szybko pojawił się na dworze królewskim w Pelli i zaprzyjaźnił z młodym Aleksandrem. Potem (od 334 r. p.n.e.) jako prawie 33-letni oficer, uczestniczył w kampanii Aleksandra przeciwko Persji (brał udział w bitwie pod Issos - 333 r. p.n.e. i kampanii egipskiej, gdzie w 332 r. p.n.e. w oazie Siwa, Aleksander został przez egipskich kapłanów ogłoszony synem Zeusa-Amona). Po śmierci Aleksandra, gdy poszczególni wodzowie (diadochowie) jego armii, wyrywali sobie kawały dawnego imperium perskiego, Ptolemeusz zażądał Egiptu jako własnej satrapii. Była to bowiem jedna z najlepszych części Imperium Aleksandra, kraj bogaty, zasobny w ludność i ze względu na swe położenie - szybko mogący uzyskać pełną niezależność. Diadochowie wyrazili na to zgodę i w 323 r. p.n.e. w wieku prawie 45 lat, Ptolemeusz został namiestnikiem satrapii egipskiej.
ALEKSANDER WIELKI I JEGO GENERAŁOWIE
Dlaczego inni diadochowie zgodzili się na oddanie tej bogatej prowincji w ręce Ptolemeusza? Ponieważ wszyscy oni razem wzięci dążyli do opanowania innych, o wiele większych terenów dawnej monarchii perskiej i chcieli sami opanować całość tych ziem. Ptolemeusz zaś, realnie myśląc i kalkulując że nie ma szans na zajęcie całości ziem Imperium Aleksandra, postanowił po prostu zrezygnować z walki o pełnię władzy i wykroić sobie jakiś bogaty teren, którym mógłby zarządzać i skupić się tylko na nim. Tek też się stało. Tylko raz Ptolemeusz podjął się próby skonsolidowania władzy, nad całością zdobytych terenów w swoich rękach, ofiarowując w 308 r. p.n.e. propozycję małżeństwa, siostrze Aleksandra, księżniczce Kleopatrze. Jednak jej śmierć, pokrzyżowała jego plany i już więcej nie wracał do tematu zdobycia innych ziem Aleksandra, skupiając się na konsolidacji swej władzy jedynie nad Egiptem.
W 322 r. p.n.e. opanował on region Cyranejki z Cyreną jako jego stolicą, powierzając zarząd nad tą prowincją w ręce Ofellasa, który notabene rządził tam niczym niezależny władca. W 321 r. p.n.e. musiał zmierzyć się z pierwszym poważnym wyzwaniem, jakim był atak Perdikkasa (regenta Macedonii i oficjalnego zarządcy całości ziem zdobytych przez Aleksandra Wielkiego), na Egipt. Ta wojna, którą można by nazwać wojną o "ciało Aleksandra" (gdyż Perdikkas nakazał by zwłoki Aleksandra przewieźć do Macedonii i złożyć w królewskim grobowcu w Pelli, jednak gdy ciało wielkiego króla było jeszcze w Damaszku, Ptolemeusz przekonał tych, którzy ciało transportowali, że Aleksander zawsze pragnął spocząć w założonej przez siebie egipskiej Aleksandrii. Tak też się stało. To "wtrącenie" się Ptolemeusza w nie swoje sprawy, wywołało jednak kontrakcję Perdikkasa, który uderzył zbrojnie na Egipt, zajmując twierdzę Pelusion i dochodząc do Nilu (którego jednak jego żołnierze nie byli w stanie przekroczyć, często ginąc w paszczach krokodyli, co spowodowało że zbuntowali się, zabili Perdikkasa - ok. 320 r. p.n.e. - i powrócili do Macedonii). Egipt został uratowany, a ciało Aleksandra spoczywało odtąd w aleksandryjskim grobowcu do czasów rzymskich (ponoć Kleopatra VII pokazała je przebywającemu w Egipcie Gajuszowi Juliuszowi Cezarowi w 47 r. p.n.e., a Oktawian August również je obejrzał po pokonaniu Antoniusza i Kleopatry i opanowaniu Egiptu w 30 r. p.n.e. Co ciekawe, gdy egipscy kapłani chcieli mu pokazać inne grobowce królów z dynastii Ptolemeuszy, Oktawian miał odpowiedzieć: "Króla chciałem zobaczyć, zwłoki mnie nie interesują").
OKTAWIAN AUGUST
Rok 301 p.n.e. był czasem triumfu monarchii egipskiej, gdyż w tym roku w bitwie pod Ipsos koalicja sił Lizymacha, Seleukosa i Kasandra, ostatecznie rozbiła syryjsko-anatolijskie państwo Antygonidów (Demetriusza Jednookiego i jego syna Antygona). Dzięki temu (mimo iż siły Ptolemeusza nie uczestniczyły w tej bitwie), otrzymał on tereny Palestyny i Syrii. Wcześniej zaś, bo już w 305 r. p.n.e. oficjalnie koronował się (jako Ptolemeusz I Soter - co znaczy "Zbawiciel"), na faraona Egiptu, odnawiając (po prawie 40-tu latach, czyli od upadku ostatniego suwerennego faraona egipskiego - Naktanebo II i zdobyciu ówczesnej stolicy Egiptu - Memfis, przez Persów w 342 r. p.n.e.), niepodległą monarchię egipską.
Ptolemeusz II objął władzę jako koregent, jeszcze za życia swego ojca w 285 r. p.n.e. w wieku 24 lat. Ptolemeusz I zakończył żywot w dwa lata później, pozostawiając Egipt w niepodzielnych rękach swego syna. Kraj, który pierwszy monarcha z rodu Lagidów pozostawił w spadku swemu następcy, był zasobny i majętny. Skarbiec królewski był pełny, flota egipska stanowiła drugą po kartagińskiej siłę w basenie Morza Śródziemnego (wkrótce się to zmieni, gdy w 260 r. p.n.e. stworzona od podstaw przez konsula Gajusza Duliusza - flota rzymska rozbije tę kartagińską, otwierając tym samym okres dominacji rzymskiej marynarki na wszystkich morzach śródziemnomorskiego świata i jego okolic. Tutaj mała ciekawostka, gdy w kilka lat później - w bitwie morskiej pod Drepanum w 249 r. p.n.e., Kartagińczycy wezmą odwet na Rzymianach, pokonując flotę Publiusza Klaudiusza Pulchera, co spowoduje utratę wszystkich sił morskich stworzonych wcześniej przez Duliusza i zagrozi dalszej rzymskiej próbie opanowania Sycylii. Wówczas to w samym Rzymie doszło do dość niecodziennego incydentu. Mianowicie siostra Klaudiusza Pulchera - Klaudia, zmierzając pewnego słonecznego dnia na Forum Romanum, niesiona w lektyce przez swych niewolników, nie mogąc znieść upału oraz tłoku, który blokował przejście jej lektyce, wychyliła się z niej i w gniewie wykrzyknęła w stronę tłumu: "O jakże pragnęłabym aby brat mój zmartwychwstał i raz jeszcze wygubił to stado baranów". Chodziło jej oczywiście o Rzymian zalegających ulice, lecz za swe nieprzemyślane słowa musiała potem publicznie przeprosić na Forum, twierdząc ze wypowiadając te słowa nie miała na myśli Rzymian - początkowo bowiem trybun ludowy zażądał dla niej kary śmierci za zdradę i nawoływanie do zagłady ludu rzymskiego).
Tak więc państwo Ptolemeusza II Filadelfosa, gdy w 277 r. p.n.e. brał on za żonę swą starszą siostrą Arsinoe II - było zasobne, bogate i potężne. Na dworze królewskim w Aleksandrii, podczas tej ceremonii, znajdowała się wówczas także młoda dziewczyna o imieniu Bilistiche, której pogmatwane losy zaprezentuję w kolejnych częściach tej serii.
W niedzielę 7 grudnia 1941 r. o godz. 7:55 rano japońskie samoloty, startujące z sześciu lotniskowców ("Akagi", "Kaga", "Soryu", "Hiryu", "Shokaku" i "Zikaku"), bombardują amerykańska Flotę Pacyfiku, w bazie marynarki w Pearl Harbor. Oto jak potem wspominał ów atak dowodzący pierwszą japońską eskadrą bombowców - komandor Fuchida: "Pode mną leżała cała amerykańska Flota Pacyfiku w szyku, który by mi się nie marzył w moich najbardziej optymistycznych snach. Widziałem kiedyś wszystkie niemieckie okręty zgromadzone w kilońskim porcie. Widziałem także francuskie pancerniki w Breście. I w końcu często oglądałem nasze własne okręty na przeglądach przed cesarzem, ale nigdy nie widziałem w najgłębszym pokoju tyle okrętów zakotwiczonych w odległości od 500 do 1000 jardów jeden od drugiego. Flota wojenna musi zawsze czuwać, bo nie można wykluczyć niespodziewanego ataku. Ale ten obraz tu w dole był trudny do pojęcia". Zaczyna się prawdziwa "rzeź" amerykańskiej floty - pięć pancerników zostaje zatopionych, ciężko uszkodzone są zaś trzy krążowniki, trzy niszczyciele, jeden warsztatowiec i jeden transportowiec. Giną 2403 osoby a 1178 zostaje rannych. W Pearl Harbor nie było zaś głównego celu japońskiego ataku - amerykańskich lotniskowców, gdyż wcześniej zostały stamtąd wyprowadzone (Amerykanie spodziewali się japońskiego ataku, a wręcz starali się Japończyków do niego zmusić, aby mieć powód by wejść do II Wojny Światowej, Pearl Harbor dla administracji prezydenta Roosevelta był więc jedynie przynętą).
Nazajutrz po japońskim ataku, wszystkie państwa alianckie, zjednoczone w wojnie z hitlerowskimi Niemcami i Włochami Mussoliniego - wypowiadają wojnę Cesarstwu Japonii. Wszystkie, prócz... Polski. Największe państwa koalicji zachodniej (atlantyckiej) - Stany Zjednoczone i Wielka Brytania nie potrafią pojąć jak to możliwe. Polska, która zawsze pierwsza wyrywała się do walki, teraz pozostaje bierna, więcej stwarza niebezpieczny precedens, który mógłby zostać wykorzystany przez wrogów w celu rozbicia jedności koalicji. Okazuje się bowiem że blok atlantycki (antyhitlerowski), nie jest monolitem, że można go rozbić, chociażby w kwestii zdefiniowania kto jest wrogiem a kto przyjacielem, dla poszczególnych jego członków. W tej sprawie szczególnie mocno na polski rząd na uchodźstwie w Londynie naciskają Brytyjczycy. W końcu rząd polski ulega i 11 grudnia Rzeczpospolita Polska oficjalnie wypowiada wojnę Cesarstwu Japonii (notabene była to jedyna deklaracja wojenna w historii Polski od 1918 r.). No nareszcie, myślą sobie politycy w Waszyngtonie i Londynie, zniknął niebezpieczny precedens który mógłby zostać wykorzystany do rozbicia koalicji sprzymierzonych. Niestety, okazuje się że wypowiedzenie wojny Japonii przez Polskę wcale nie rozwiązuje sprawy, bowiem ... Japończycy nie przyjmują tej deklaracji.
Japoński premier, admirał Hideki Tojo stwierdza bez ogródek że on (w imieniu rządu "Cesarstwa Wielkiej Japonii" - jak brzmiała wówczas oficjalnie nazwa tego państwa), nie przyjmuje w ogóle tej polskiej deklaracji, gdyż zdaje sobie sprawę że Polacy zostali do tego kroku zmuszeni przez Brytyjczyków. Następnie dodaje, że Naród Polski, sam walczący o swą wolność (z dwoma agresorami), budzi w Japończykach podziw za swą nieugiętość i męstwo. Japonia nie widzi więc jakiegokolwiek powodu by pozostawać z Polską w stanie wojny. To był szok dla Amerykanów, Brytyjczyków, Francuzów a także innych członków zachodniej koalicji alianckiej. Nie potrafili bowiem zrozumieć jak można... nie przyjąć deklaracji wypowiedzenia wojny, a tak właśnie się stało - Japończycy nie tylko nie chcieli walczyć z Polakami, ale nawet nie uważali że (przynajmniej formalnie), są z nami w stanie wojny. Rzecz wprost nie do pomyślenia. Postanowiono więc zmienić tę niefortunną (głównie dla państw anglojęzycznych) sytuację. Powstał plan przeniesienia polskiego krążownika ORP "Dragon" z Atlantyku na Pacyfik, do ubezpieczenia tam działań amerykańskich wojsk. Nic jednak z tego nie wyszło, gdyż załoga "Dragona"... odmówiła "pójścia na Japończyków". Oczywiście nie oficjalnie, ale zaczęły się pomruki i niezadowolenie wśród polskich marynarzy, zaczęły się też podnosić głosy że deklaracja wojny z Japonią, powinna być ostatnim krokiem Polski w tej sprawie, podtrzymujemy jedność bloku atlantyckiego i wszystko, dalej już ani nie możemy, ani też nie chcemy się posunąć.
Zresztą państwo które wspólnie z Niemcami napadło na nasz kraj - Związek Sowiecki, jest uznawany przez Amerykanów i Brytyjczyków za sojusznika. My w tej wojnie walczymy przeciwko dwóm wrogom - Niemcom i Sowietom, bo już nawet nie przeciwko Włochom, a co dopiero mówić o Japończykach, z którymi wiążą nas bardzo bliskie stosunki. Japończycy uważali bowiem Polaków za "naród samurajów" (jak określił Naród Polski - Inazo Nitobe, japoński pisarz, który w 1910 r. zadedykował swoją książkę "Bushido" właśnie Polsce, której notabene nie było wówczas na mapach). Notabene, tylko wśród dwóch narodów świata pojawili się żołnierze-ochotnicy-kamikadze (nie licząc oczywiście muzułmańskich szuszfoli spod znaku Allaha, którzy wysadzają się w miejscach publicznych, bo im wmówiono że po śmierci będą mogli chędożyć kilkadziesiąt dziewic w raju, który już, już na nich czeka). Tymi krajami była właśnie Japonia i Polska. W 1939 r. bowiem Dowództwo Obrony Wybrzeża musiało zmagać się w ogromną ilością podań obywateli o możliwość uczestnictwa w samobójczych atakach na niemieckie okręty wojenne na Bałtyku w charakterze żywych torped. Ludzie ci byli bowiem tak zdeterminowani, że chcieli poświęcić własne życie w obronie zagrożonej Niepodległości państwa, które z takimi trudami odrodziło się ponownie dwadzieścia lat wcześniej. Dowództwo jednak nie zdecydowało się na przyjęcie tych ludzi do służy i skierowanie ich na akcje samobójcze, co niestety dla wielu z nich już po rozpoczęciu niemieckiej okupacji było związane z wyrokiem śmierci (po długich torturach), gdyż Niemcy na Pomorzu szczególnie intensywnie poszukiwali właśnie tych, którzy w lipcu i sierpniu 1939 r. zapragnęli poświęcić swoje życie w obronie Polski. Podobnie postępowali Japończycy w walce z Amerykanami na Pacyfiku.
Wzajemna współpraca polsko-japońska trwała nadal (nawet po owej komicznej deklaracji wojny), a wywiady Armii Krajowej i Kempetai wymieniały się informacjami wywiadowczymi (zresztą to właśnie Polacy stworzyli nowoczesny wywiad japoński), a współpraca ta była tak bliska, że w 1936 r. szef Referatu "Wschód" Oddziału II Sztagu Głównego Wojska Polskiego - kapitan Jerzy Niezbrzycki, na odprawie służbowej informował swoich podwładnych że współpraca z Japończykami: "musi być nacechowana zawsze 100-procentową lojalnością". Japończycy też swoiście pokochali Polskę (i to dosłownie). Wielką popularnością w latach 20-tych i 30-tych w Japonii cieszyła się polska muzyka (szczególnie Chopin), oraz język polski (jedną z japońskich pieśni z czasów I i II Wojny Światowej, była pieśń o Polsce). Podobnie, gdy po 17 września 1939 r. do Rumunii ewakuowali się polscy żołnierze i politycy, Japończycy jako jedyni oferowali im swą pomoc (głównie chodziło o oficerów). Gdy Polacy tworzyli ruch oporu przeciwko Hitlerowi i nazistom w Niemczech oraz przeciwko Niemcom we... Francji (wkrótce o tym napiszę, ale ciekawe są tu również słowa jednego z najlepszych agentów w historii - majora Michała Rybikowskiego, który w końcu 1939 r. przedostawszy się do Francji, stwierdził w swych raportach: "Nigdzie nie wyczuwało się chęci walki lub stawienia oporu"), postanowiono również rozpocząć zakładanie siatki wywiadowczej w Szwecji i w krajach bałtyckich. I to właśnie tamtejszy polski wywiad był współfinansowany z ambasady Japonii w Sztokholmie.
W okresie międzywojennym stosunki polsko-japońskie były wręcz wyśmienite, a Japończyków zaczęli Polacy traktować podobnie jak Węgrów - czyli jako swoich "genetycznych przyjaciół". Ale może nie powinno nas to dziwić, gdy stwierdzimy że język japoński i język węgierski... właściwie niewiele się od siebie różnią. Stwierdził to polski prof. Benon Szałek (poliglota znający 20 języków), który odkrył niesamowite podobieństwa pomiędzy językami: japońskim i węgierskim. I tak oto np. "rozpalać ogień" - to po japońsku: "hi suru", a po węgiersku: "hev surol", "czas" po japońsku to: "koro", a po węgiersku: "kor" i dalej można by wymieniać: "wszyscy" - japoński: "mina", węgierski: "mind", "inicjować" - japoński: "okosu", węgierski: "okoz", "pobliże" japoński: "hotori" węgierski: "hatar" itd. Wygląda więc na to, że przodkowie Węgrów przybyli do Europy z azjatyckich stepów, gdzie musieli się stykać z przodkami dzisiejszych Japończyków, zamieszkującymi tereny Syberii. Stąd zapewne wzięły się zapożyczenia językowe (ale co ciekawe, język japoński jest praktycznie tożsamy również z językami: tamilskim i baskijskim - też ciekawa zagwozdka, choć prof. Szałek twierdzi że zapożyczenia językowe tak różnych od siebie ludów, najprawdopodobniej wzięły się stąd, że niegdyś, co najmniej 20 tys. lat temu owe narody żyły pod władzą jednego, wielkiego imperium azjatyckiego, które wymuszało jedność - w tym również językową. Ciekawe prawda, jakie to imperium mogło istnieć na terenach azjatyckich?).
"NIE LUBIĘ RUSKICH, BO ODEBRALI NAM LWÓW I KURYLE"
NA SAMYM POCZĄTKU, CHCIAŁBYM OD RAZU WYRAZIĆ DOZGONNĄ WDZIĘCZNOŚĆ I WIELKIE PODZIĘKOWANIE JAPOŃSKIM LEKARZOM I PIELĘGNIARKOM, KTÓRE W CZASIE II WOJNY ŚWIATOWEJ RATOWAŁY OD ŚMIERCI WYGŁODZONE I PRZEMARZNIĘTE POLSKIE DZIECI, KTÓRE PO 17 WRZEŚNIA 1939 r. PRZESZŁY PRZEZ PIEKŁO SOWIECKICH ŁAGRÓW I DOMÓW DZIECKA
NIEKTÓRYM Z TYCH DZIECI UDAŁO SIĘ PRZEDOSTAĆ (PRZETRANSPORTOWAĆ), DO JAPONII, A TAM, GDYBY NIE OPIEKA I POŚWIĘCENIE JAPOŃCZYKÓW, DZIECI TE NIE PRZEŻYŁYBY POWROTU DO SWYCH RODZIN.
DLATEGO TEŻ Z MOJEJ STRONY SKŁADAM OGROMNE WYRAZY WDZIĘCZNOŚCI NARODOWI
DZIELNYCH SAMURAJÓW
A TERAZ MAŁA HISTORYCZNA OPOWIASTKA:
Japonia była jedynym państwem, któremu Polska wypowiedziała wojnę w XX wieku. JEDYNYM. A mimo to, noty wypowiedzenia wojny "Cesarstwu Wielkiej Japonii" (jak oficjalnie brzmiała wówczas nazwa tego kraju), przez "Najjaśniejszą Rzeczpospolitą Polskę" (jak nadal brzmi oficjalna nazwa naszego kraju) - rzad Japonii... nie przyjął, nie chciał nawet o tym słyszeć i przez cały okres II Wojny Światowej kontakty polsko-japońskie odbywały się bez przeszkód, tak jakby pomiędzy naszymi krajami panował nieustanny pokój. Nasze wywiady mocno ze sobą współpracowały na wielu płaszczyznach (np. wywiad Armii Krajowej przekazywał Japończykom zdobyte wiadomości na temat Sowietów, zaś oni nam na temat ich ówczesnych sojuszników - Niemiec).
A zaczęło się to jeszcze od pamiętnej wyprawy Józefa Piłsudskiego i Romana Dmowskiego do Tokio w lipcu 1904 r. Najpierw Józef Piłsudski z towarzyszącym mu Tytusem Filipowiczem odpłynęli na statku "Campania" z Liverpoolu do Nowego Jorku. Z Nowego Jorku rozpoczęli swą podróż przez Stany Zjednoczone, aż dotarli do San Francisco na Zachodnim Wybrzeżu. Stamtąd 22 czerwca wypłynęli do Jokohamy. To właśnie na tym statku, Józef Piłsudski opracował swój memoriał w sprawie polskiej do rządu Jego Cesarskiej Mości, w którym stwierdzał że "Rosja jest więzieniem dla wielu narodów" i wówczas to ogłosił swój plan przyszłych działań politycznych, który przejdzie do historii pod nazwą koncepcji "Międzymorza", a brzmiał on w prostych słowach tak:
"ROSJĘ NALEŻY RWAĆ PO SZWACH NARODOWYCH"
Gdy w początkach lipca, Piłsudski i Filipowicz dotarli do Tokio, dowiedzieli się wówczas o obecności w Japonii Romana Dmowskiego, który przyjechał tutaj... przeciwdziałać planom Piłsudskiego i przekonywać Japończyków o nie udzielaniu pomocy Polakom w walce z Rosją. Obaj panowie spotkawszy się, zaczęli wymieniać poglądy i przekonywać się do swoich racji. Jak mogła wyglądać ta rozmowa? Znając temperament i poglądy obu panów, można wręcz pokusić się o jej rekonstrukcję, na przykład tak:
Piłsudski krzyknął w stronę Dmowskiego: "Toż to skrajne skurwysyństwo! Chcecie wiecznie siedzieć w wychodku, byle tylko na ścianie sracza car zawiesił wam konfederatkę i ryngraf!", Dmowski odpowiadał: "A wy co, chcecie kolejnej rzezi jak w 1863 r.? Chcecie wysłać polski lud na rosyjskie armaty! Co niby tym osiągniecie? Będziemy narodem bez elit, będą nami rządzili Szwaby i żydowscy fabrykanci. To wasze powstanie to jakaś popieprzona fantasmagoria", na to Piłsudski: "Tak, zawsze tylko naaaród na waszych ustach, naród to, naród tamto, a tak naprawdę to jesteście grupą zafajdanych adwokatów, sklepikarzy i pieprzonych tchórzy - wszystko byle tylko nie działać, boicie się działania. Wiem jak sobie pogrywacie z Michalskim i ze Skarbem Narodowym w Szwajcarii. Łżesz mu jak bura suka, że rewolucję robi 100 Żydów, więźniów kryminalnych i wariatów wypuszczonych celowo przez carat z więzień".
Tej całej nerwowej rozmowie (która oczywiście przebiegała zupełnie inaczej, gdyż obaj panowie stosowali zasady savoir-vivrea i szanowali się wzajemnie, zatem rozmowa przebiegała w sposób jak najbardziej kulturalny) i gestykulacji przyglądali się z pewnego oddalenia dwaj japońscy oficerowie - gen. Murata Tsunewoshi i gen. Akashi Motojiro. Musieli mieć niezły ubaw, przyglądając się wyczynom dwóch dziwnych jegomościów z odległego, nieznanego kraju, którzy posługiwali się dziwnym, świszczącym językiem. Wreszcie jeden z nich, podszedł do owych mężczyzn i zaproponował rozrywkę. Tajemnicą poliszynela, jest fakt, iż Piłsudski i Dmowski zostali przez owych dwóch japońskich oficerów (nadzorowanych przez Koki Hirotę - urzędnika japońskiego MSZ), zaproszeni na sake do ekskluzywnego klubu, w którym piękne japońskie masażystki, wykonały im masaż pleców. W każdym razie obaj panowie już więcej nie wchodzili sobie w drogę podczas tej całej "japońskiej podróży".
NO CÓŻ ... KULTURA ŁAGODZI OBYCZAJE
😉
PIERWSZE SPOTKANIE JÓZEFA PIŁSUDSKIEGO
Z MARIĄ JUSZKIEWICZOWĄ (Jego pierwszą żoną) I ROMANEM DMOWSKIM
CZYLI SOWIECKA AGRESJA NA POLSKĘ 17 WRZEŚNIA 1939 r.
"Panie Przewodniczący!
Panie i Panowie Senatorowie!
To wielki zaszczyt dla mnie wystąpić tutaj, w twierdzy polskiej demokracji. Dziękuję państwu za zaproszenie. Szczególnie jestem wdzięczny za to, że zaproszono mnie, abym wystąpił właśnie dziś, 15 września. Jutro wylatuję z Polski. Moim zdaniem, były człowiek radziecki ma prawo witać świt 17 września wszędzie, tylko nie w centrum Warszawy. Nie potrafiłbym tego dnia patrzeć Polakom w oczy. W roku 1939 mój kraj, w zmowie z Hitlerem, zadał niespodziewany, zdradziecki cios w plecy broczącej krwią Polsce. Mój kraj wystąpił jako sojusznik Hitlera, jako współuczestnik i inspirator jego krwawych zbrodni. To prawda, że pierwszy na Polskę napadł Hitler. Ale stało się to możliwe tylko dlatego, że Stalin zrobił wszystko, co można, a nawet więcej, aby odrodzić niemiecką potęgę militarną. Po pierwszej wojnie światowej Niemcy w myśl Traktatu Wersalskiego zostały rozbrojone. Traktat był grabieżczy, podły i niesprawiedliwy. Zasiewał ziarna drugiej wojny światowej. Popychał Niemcy do rewanżu. Ale jednocześnie był na rękę Związkowi Radzieckiemu. Traktat zabraniał Niemcom posiadania i budowy czołgów, bombowców, okrętów podwodnych i wielu innych rodzajów nowoczesnego uzbrojenia. W tej sytuacji Związek Radziecki mógł się tylko cieszyć.
Po zwycięskiej wojnie Francja wybiera doktrynę stricte obronną. Wznosi na rubieżach coś w rodzaju Muru Chińskiego, nie zamierza wychodzić poza swoje granice. Wielka Brytania leży na wyspach, jej główną troską jest utrzymanie kolonii. Tak więc na kontynencie europejskim nie pozostała żadna wielka armia, poza Armią Czerwoną. W tych warunkach Stalin proponuje rządowi niemieckiemu, by w tajemnicy, naruszając Traktat Wersalski, Związek Radziecki rozpoczął szkolenie niemieckich czołgistów w Kazaniu, lotników - w Lipiecku, specjalistów od broni chemicznej - w Saratowie i Wolsku. I zaczyna ich szkolić. Główny trzon armii niemieckiej, która w latach 1939-1940 zmiażdżyła Europę, został stworzony w Związku Radzieckim. Ziarno drugiej wojny światowej zasiano w Wersalu, ale wzeszło ono w tajnych radzieckich cieplarniach. Poza przygotowaniem niemieckiej kadry dowódczej, w Związku Radzieckim stworzono doskonałe warunki do rozwoju niemieckiego przemysłu zbrojeniowego. Niemieccy konstruktorzy samolotów pracowali pod Moskwą. Konstruktorzy okrętów podwodnych i czołgów - w Leningradzie.
Rodzi się pytanie: jaki interes miał w tym Stalin? Po co były Stalinowi potrzebne silne, agresywne Niemcy? Przeciw komu odradzał Stalin niemiecką potęgę militarną? Jasne, że nie przeciwko sobie. A więc? Odpowiedź: przeciw całej reszcie Europy. Jednak nawet i to nie wystarczało do rozpętania drugiej wojny światowej. W Niemczech nie ma ropy naftowej, nie ma rud żelaza, nie ma wielu rodzajów surowców strategicznych, bez których nie sposób walczyć, po prostu nie sposób żyć. Embargo byłoby dla Niemiec wyrokiem śmierci. Gdyby Francja, Wielka Brytania i Związek Radziecki zablokowały Niemcy, to III Rzesza długo by się nie utrzymała. Hitler i jego generałowie byli tego świadomi. Stalin powinien był oświadczyć jasno i wyraźnie: jeżeli Hitler zaatakuje któregoś z sąsiadów, to nie otrzyma radzieckiej ropy i radzieckiego zboża. Przy takim stanowisku Związku Radzieckiego druga wojna światowa po prostu nie mogłaby wybuchnąć. Ale Stalin dokonał wręcz przeciwnego posunięcia. Oznajmił Hitlerowi: wojuj, niczego się nie obawiaj, embarga nie będzie, dam ci wszystko, czego potrzeba do prowadzenia wojny. To jest istota moskiewskiego paktu Ribbentrop-Mołotow. To jest istota podziału Polski.
Szatańska gra Stalina na tym się jednak nie kończy. 19 sierpnia 1939 roku przeprowadzono najbardziej błyskotliwą i zręczną kombinację w całej historii ludzkości. Stalin powiadomił Hitlera o gotowości podzielenia Polski. To prowadziło automatycznie do wojny europejskiej, a w konsekwencji także światowej. Stalin to rozumiał. Hitler nie. 1 września 1939 roku Hitler, działając zgodnie z umową, rozpoczął wojnę przeciwko Polsce, a Stalin ... do wojny nie przystąpił. Innymi słowy, dwaj zbrodniarze dogadali się, że wspólnie dokonają mordu. Jeden zadał cios siekierą, a drugi nie. Dlatego cała wina za rozpętanie drugiej wojny światowej spadła na hitlerowskie Niemcy.
3 września 1939, w odpowiedzi na niemiecką agresję przeciw Polsce, Wielka Brytania i Francja wypowiedziały wojnę Niemcom. Niemcy już w trzecim dniu walk toczyły wojnę na dwa fronty, to jest znalazły się w sytuacji, w której nie mogły wygrać. Za plecami Europy stała Ameryka. To sprawiało, że Niemcy były w tej wojnie skazane na porażkę. Pakt o rozbiorze Polski podpisano nie w Berlinie, ale w Moskwie. Hitler przy podpisywaniu nie był obecny - Stalin był. Jednak nikt jakoś nie uznał Stalina za agresora, nikt jemu wojny nie wypowiedział. Hitler natychmiast zwrócił się do Stalina: umówiliśmy się, że będziemy razem walczyć przeciwko Polsce, więc przystępuj do wojny! (Czyli - niech i ciebie cały świat uważa za agresora!) Na to 5 września 1939 roku rząd radziecki odpowiedział uprzejmą odmową.
I dopiero 17 września, kiedy świat był już przekonany, że agresorem są Niemcy, i tylko Niemcy, Związek Radziecki zadał niespodziewany cios w plecy państwu polskiemu. Rezultat: połowa Polski dla Hitlera, połowa dla Stalina, zgodnie z układem. Dzięki temu Hitler na wieki zapisał się na kartach historii jako sprawca wojny i agresor, a Stalin - jako przywódca neutralnego państwa, który troszczył się jedynie o umocnienie własnych granic. Wmanewrowany przez Stalina Hitler wplątał się w wojnę, którą przegrał jeszcze przed pierwszym wystrzałem. Stalin zaś poszczuł na siebie swych wrogów i odskoczył, zachowując wizerunek tego, który ma na względzie tylko pokój i powszechne bezpieczeństwo. Plan Stalina, genialny w zamyśle i wykonaniu, to szczyt politycznej, militarnej i dyplomatycznej przewrotności. Tak pięknie i prosto nikt nikogo nigdy nie wywiódł w pole. Warzyli piwo we dwójkę, a winien wszystkiemu jest tylko Hitler.
Ale to jeszcze nie koniec. 19 sierpnia 1939 roku Stalin podjął decyzję, że podpisze z Niemcami "pakt o nieagresji". Tego samego dnia podjął też inną decyzję: o rozpoczęciu tajnej mobilizacji Armii Czerwonej. Była to niepohamowana, lawinowa rozbudowa potęgi militarnej. Rankiem 1 września 1939 roku na IV nadzwyczajnym posiedzeniu Rady Najwyższej ZSRR uchwalono ustawę wprowadzającą powszechny obowiązek służby wojskowej. Już 2 września setki tysięcy młodych mężczyzn, wśród nich także mojego ojca, powołano do wojska. Teraz tłumaczy się nam, dlaczego tę ustawę uchwalono właśnie 1 września 1939 roku: tego dnia bowiem rozpoczęła się druga wojna światowa.
Ale dziwna rzecz: rankiem 1 września 1939 roku nikt w Polsce nie wiedział, że wybuchła druga wojna światowa. Świt, mgła, odgłosy wystrzałów. Może to ćwiczenia. Może prowokacja. A jeśli nawet wojna, to polsko-niemiecka. Skąd ktoś miał wiedzieć, że to druga wojna światowa? Nawet Hitler 1 września 1939 roku nie wiedział, że rozpoczęła się druga wojna światowa. W tym momencie planował jedynie zmiażdżenie Polski. Po dwóch dniach Anglia i Francja wypowiedziały Niemcom wojnę. Była to dla Hitlera bardzo niemiła, szokująca niespodzianka. Nie spodziewał się czegoś takiego. I od 3 września zaczęła się dla niego "dziwna" wojna na froncie zachodnim. Ale bynajmniej jeszcze nie wojna światowa. A u nas, w Radzie Najwyższej ZSRR, bladym świtem 1 września 1939 już wiedzieli, że rozpoczęła się druga wojna światowa, i dlatego zebrali się na nadzwyczajnym posiedzeniu i natychmiast uchwalili odpowiednią ustawę.
Z odległych kresów ZSRR droga do Moskwy jest długa i uciążliwa. Podróż niekiedy trwa 10-12 dni. Żeby ustawę można było przegłosować 1 września, zawiadomienie o nadzwyczajnym posiedzeniu Rady Najwyższej rozesłano ... 19 sierpnia. A więc 19 sierpnia 1939 roku ktoś w Moskwie już wiedział, że za parę tygodni zacznie się druga wojna światowa i potrzebna będzie nowa ustawa. Dziwny zbieg okoliczności. Stalin wyciąga do Hitlera przyjacielską dłoń: przysyłaj Ribbentropa do Moskwy, podpiszemy pakt o nieagresji. I tego samego dnia wydaje rozkaz o zwołaniu deputowanych Rady Najwyższej, żeby ci w chwili wybuchu drugiej wojny światowej już siedzieli na Kremlu i zgodnie głosowali. Jeszcze jeden zbieg okoliczności. Tego samego dnia, 19 sierpnia 1939 roku, w Związku Radzieckim rozpoczęto tajne formowanie co najmniej stu nowych dywizji. Robiono to jeszcze przed oficjalnym uchwaleniem nowej ustawy, jeszcze zanim delegaci zebrali się w Moskwie.
Dzień później rozpoczyna się masowy pobór do Armii Czerwonej. Dzięki nowej ustawie zdołano, nie ogłaszając mobilizacji i nie strasząc sąsiadów, zwiększyć liczebność Armii Czerwonej z 1 miliona (wiosną 1939 roku) do 5,5 miliona (wiosną 1941 roku). Oprócz tego ustawa pozwalała przeszkolić 18 milionów rezerwistów, aby w każdym momencie można było uzupełnić armię dowolną liczbą żołnierzy. Stalin powołał do Armii Czerwonej od razu kilka roczników, właściwie - wszystkich młodych mężczyzn. Tok jego rozumowania nie pozostawiał cienia wątpliwości: ponieważ służba w wojsku trwa dwa lata, Związek Radziecki do września 1941 roku musi przystąpić do wielkiej wojny. W przeciwnym wypadku po tej dacie miliony młodych ludzi trzeba będzie rozpuścić do domu, rozwiązać wszystkie te armie, korpusy powietrznodesantowe i zmechanizowane, dywizje pancerne, lotnicze i inne, a wówczas praktycznie nie będzie kogo powołać do armii. Utrzymywać takiej armii w czasie pokoju nie można. Armia niczego nie produkuje, zużywa natomiast wszystko, co wytwarza kraj. Przyznaje to również Ministerstwo Obrony obecnej Rosji na łamach swego oficjalnego organu: "Na utrzymywanie armii, pozostającej w gotowości bojowej, w innych celach niż wojna nie może sobie pozwolić żadne państwo: gospodarka nie wytrzymuje przeciążenia, a w zmobilizowanej armii z powodu bezczynności zaczyna się rozkład". ("Wojenno-istoriczeskij żurnał", nr 3/1999, s. 10.)
Decyzja o przystąpieniu do wielkiej wojny zapadła na Kremlu w sierpniu 1939 roku. Ustalono termin: najpóźniej lato 1941 roku. Podział Polski, tak jak rozumiał go Stalin, był tylko prologiem do wielkiej wojny - i potrzaskiem dla Hitlera. Hitler chciał dostać połowę Polski, a tymczasem wplątał się w wojnę z całym światem. Opowiadano nam i nadal się opowiada, że od 1 września 1939 roku wojna dla wszystkich jej uczestników miała charakter imperialistyczny. Otwórzmy zszywkę gazety "Prawda" z jesieni 1939 roku: "imperialiści gryzą się jak psy", "pornograficzne widowisko, trupie śmietnisko Europy, gdzie szakale szarpią się wzajem". W swoich książkach przytaczałem wiele takich cytatów. To właśnie wtedy ukształtował się stosunek do drugiej wojny światowej i nigdy się później nie zmienił. "Winowajcami wojny byli nie tylko imperialiści Niemiec, ale i całego świata". Wydrukowano to w dzienniku "Krasnaja zwiezda", oficjalnym organie Ministerstwa Obrony ZSRR, 24 września 1985 roku, w kulminacyjnym momencie Gorbaczowowskiej głasnosti i pierestrojki.
Na trupim śmietnisku Europy szakale szarpały się nawzajem do 22 czerwca 1941 roku. Ale po tym dniu wszystko się zmieniło. Niemcy "zdradziecko, bez wypowiedzenia wojny" napadły na Związek Radziecki. Od tego momentu zaczęła się Wielka Wojna Ojczyźniana. 22 czerwca 1941 roku uważa się za datę przystąpienia Związku Radzieckiego do drugiej wojny światowej. I mówi się nam, że od tego momentu charakter wojny uległ zmianie: nadal była wojną imperialistyczną i zaborczą w odniesieniu do wszystkich krajów świata, ale sprawiedliwą i wyzwoleńczą dla Związku Radzieckiego. Oto dlaczego nadal piszemy nazwę drugiej wojny światowej - wbrew zasadom rosyjskiej ortografii - małymi literami, a naszą Wielką Ojczyźnianą - wielkimi: szanować należy tylko nasze ofiary, tylko my prowadziliśmy wojnę sprawiedliwą. Nikt inny na szacunek nie zasługuje.
Zwróćmy uwagę na kuriozalny brak logiki: ideolodzy komunistyczni mówią, że Wielka Ojczyźniana była częścią drugiej wojny światowej. Ale jednocześnie każą drugą światową pisać małą literą, a jej część składową - wielką. Uczono mnie od dzieciństwa, że mam uczestników Wielkiej Ojczyźnianej kochać, szanować, okazywać im cześć. I kiedyś - miałem osiem lat - zadałem nauczycielce pytanie: a czy Hitler był uczestnikiem Wielkiej Ojczyźnianej, czy nie? Nauczycielka chwyciła mnie za prawe ucho, wykręciła je, jak się obraca klucz w zamku, i powlokła mnie do dyrektora. Natychmiast do gabinetu zleciało się z dziesięcioro nauczycieli. Wybuchł straszliwy skandal. Skuliłem się, zwinąłem w kłębuszek, a oni wrzeszczą. I nagle dostrzegłem w obozie wroga zbawienne dla mnie sprzeczności. Wrzeszczą nie na mnie, ale kłócą się między sobą, i to coraz bardziej zażarcie. Kiedy sytuacja w gabinecie dyrektora wyraźnie dojrzała do rękoczynów, wyślizgnąłem się cichutko i nikt mnie już później tam nie zawołał. Wówczas niczego nie rozumiałem: o co się sprzeczają?
Zrozumienie przyszło po wielu latach. Moje pytanie wzburzyło wszystkich nauczycieli. Ale jedni wściekli się dlatego, że ośmieliłem się przypuścić, iż Hitler był uczestnikiem Wielkiej Ojczyźnianej, inni zaś wściekli się dlatego, że ośmieliłem się przypuścić, iż nie brał udziału w Wielkiej Ojczyźnianej. I pożarli się. Nie wiem, jak się zakończyły te uczone dysputy. Później jeden z nauczycieli powiedział mi, że tego pytania nie wolno zadawać. A wtedy nasunęło mi się inne: dlaczego? Teraz już wiem. Dlatego, że każda odpowiedź prowadzi w ślepą uliczkę. Przypuśćmy, że Hitler i wszyscy hitlerowcy nie byli uczestnikami Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Wówczas okaże się, co następuje: Armia Czerwona walczy, na przykład, pod Stalingradem, ale hitlerowców pod Stalingradem nie ma, jako że nie uczestniczą w tej wojnie. Wynika z tego, że walczyliśmy, sami, bez przeciwnika. Albo może my walczyliśmy na jednej wojnie, a hitlerowcy na innej? Teraz załóżmy, że Hitler i hitlerowcy byli uczestnikami Wielkiej Ojczyźnianej. To jeszcze gorzej.
Wyobraźmy sobie obwieszczenie: "Wczoraj w Berlinie popełnił samobójstwo największy złoczyńca wszystkich czasów i narodów, potwór w ludzkim ciele, uczestnik Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, Adolf Hitler. Albo: "W Norymberdze powieszono jednego z głównych uczestników Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, Joachima von Ribbentropa". Tragedią mojego życia jest to, że strasznie lubię zadawać pytania, których zadawać nie wolno. Już samo pytanie o uczestników Wielkiej Ojczyźnianej pociąga za sobą mnóstwo kolejnych pytań. Czy Stany Zjednoczone Ameryki są uczestnikami Wielkiej Ojczyźnianej, czy nie? Amerykanie bombardują Drezno - to druga wojna światowa. Następnie zrujnowane miasto zajmują radzieccy żołnierze-wyzwoliciele. I to jest Wielka Ojczyźniana. Łatwo było zdobyć Drezno - były w nim same ruiny. A więc, jak mamy oceniać: czy Amerykanie nam pomogli, czy nie pomogli? Albo z innej strony: żołnierze radzieccy ściskają żołnierzy amerykańskich w Torgau nad Łabą. Razem Niemców bili, razem za zwycięstwo wódkę pili. Tyle że my walczyliśmy w Wielkiej Ojczyźnianej, a oni w niej nie brali udziału.
Albo taki obraz: z połtawskiego węzła lotnisk startują amerykańskie bombowce strategiczne B-17 i lecą bombardować Niemcy. Ich start osłaniają radzieckie myśliwce i towarzyszą im do granic swojego zasięgu. W tym samym czasie z Anglii startuje druga fala amerykańskich bombowców. Po zrzuceniu bomb na niemieckie miasta i zakłady przemysłowe bombowce te lądują na lotniskach w Połtawie. Czekają tam radzieckie myśliwce i osłaniają lądowanie Amerykanów. Jak to zakwalifikować? Otóż, nasze myśliwce walczą w Wielkiej Ojczyźnianej, a amerykańskie bombowce przyleciały z innej wojny. A może inaczej: wczoraj były w Anglii, na drugiej wojnie światowej, dziś przyleciały na Wielką Ojczyźnianą, a jutro znów odlecą na drugą światową. Jeżeli jednak uznamy Amerykę za uczestnika Wielkiej Ojczyźnianej, to wpiszmy tutaj i Anglię. I wszystkich sojuszników Ameryki. I przeciwników. Okaże się wtedy, że wojna między Ameryką i Japonią na Pacyfiku to również Wielka Ojczyźniana. A może ci amerykańscy lotnicy, którzy walczą przeciw Niemcom i Włochom, są z Wielkiej Ojczyźnianej, ci zaś, którzy walczą przeciw Japonii - nie są?
A czy uczestnikami Wielkiej Ojczyźnianej były Litwa, Łotwa i Estonia? Wszystkich, którzy w tych krajach występowali w obronie własnej ojczyzny, Armia Czerwona i NKWD bezlitośnie mordowały. Później zaś na pół wieku kraje te znalazły się pod radziecką okupacją. Gdyby Związek Radziecki nie zgnił, pozostawałyby w niewoli po wieczne czasy. Jak narody tych krajów miały rozumieć termin Wielka Ojczyźniana, skoro w rezultacie tejże utraciły swoją ojczyznę? A Bułgaria? Czy była uczestnikiem Wielkiej Ojczyźnianej? Jeżeli nie, to dlaczego tam wleźliśmy? Przecież nie wyrządziła nam krzywdy. Dlaczego narzuciliśmy w Bułgarii i w całej okupowanej Europie swoje ohydne porządki? Czy to też była forma wyzwalania? Weźmy Ukrainę. Tam wojna przybrała potworne rozmiary. Zginęło mnóstwo ludzi, również takich, którzy w niczym nie zawinili. Ale naród ukraiński, który tak kocha śpiewać, jakoś nie ułożył żadnej pieśni o tak zwanej Wielkiej Ojczyźnianej. O jakiej ojczyźnie mieli śpiewać? O tej, która w urodzajnych latach trzydziestych sztucznie wywołała głód i unicestwiła w czasie pokoju więcej ludzi, niż ich poległo we wszystkich krajach świata podczas całej pierwszej wojny światowej? Albo o tej, która pod przewodem Żukowa i Berii zamierzała wywieźć wszystkich Ukraińców na Syberię?
A Polska? Czy była uczestnikiem Wielkiej Ojczyźnianej? Z jednej strony polskie dywizje, korpusy i armie wraz z radzieckimi dywizjami, korpusami i armiami szturmowały Berlin według jednego planu, w jednym szyku bojowym, ramię w ramię. Czyż mogło być tak, że Rosjanie szturmują Berlin w jednej wojnie, a Polacy w jednym z nimi w szyku szturmują ten sam Berlin, ale w innej wojnie? Z drugiej strony, 17 września 1939 roku Armia Czerwona zadała cios w plecy krwawiącej Polsce. Jak to rozumieć? Czy wówczas zaczęła się dla Polski Wielka Wojna Ojczyźniana, czy był to na razie wyzwolicielski marsz Armii Czerwonej? Armia Czerwona wzięła do niewoli setki tysięcy polskich żołnierzy i 15 tysięcy oficerów. Oficerów wybito do nogi, a żołnierze wylądowali w radzieckich obozach koncentracyjnych. Jak to nazwać? Wielka Ojczyźniana, czy niezbyt wielka?
Nikt nie potrafi określić nie tylko uczestników Wielkiej Ojczyźnianej, ale i jej ram czasowych. 14 czerwca 1941 roku w "Prawdzie" opublikowano komunikat TASS o tym, że Związek Radziecki nie zamierza napadać na Niemcy, a kolosalne przemieszczenia wojsk radzieckich w kierunku niemieckich granic, to tylko przygotowania do ćwiczeń. Tenże 14 czerwca 1941 roku, to dzień żałoby narodowej na ziemiach Litwy, Łotwy, Estonii, Zachodniej Białorusi, Zachodniej Ukrainy, Mołdawii. Tego dnia, według starannie opracowanego i przygotowanego planu, setki tysięcy mieszkańców rejonów, w których wyładowywały się radzieckie dywizje, korpusy i armie, przemocą wtłoczono do bydlęcych wagonów i wysłano tam, skąd wielu już nigdy nie wróciło. I oto pytanie: czy ci ludzie - to ofiary Wielkiej Ojczyźnianej? Jeśli tak, to znaczy, że Wielka Ojczyźniana zaczęła się nie 22 czerwca, ale wcześniej. A jeżeli wysiedlenie ludzi, obywateli Związku Radzieckiego z rejonów nadgranicznych nie miało nic wspólnego z Wielką Ojczyźnianą, to wygląda to jeszcze gorzej. Okazuje się, że w czasie pokoju, nie spodziewając się napaści wroga, nasza ukochana ojczyzna tak po prostu, w ramach ćwiczeń, załadowała setki tysięcy swoich obywateli do bydlęcych wagonów, skazując ich na pewną śmierć na Syberii i Dalekiej Północy. To dopiero ojczyzna!
"TYLKO OFIARY SIĘ NIE MYLĄ
I TAK ROZUMIEĆ TRZEBA JAŁTĘ"
Wielkiej Wojny Ojczyźnianej nigdy nie było. Ta nazwa nie ma sensu. Jedno z dwojga: albo należy uznać, że Związek Radziecki walczył w niej sam, bez przeciwników i sojuszników, albo trzeba wszystkich uczestników wojny, poczynając od Hitlera, uważać za uczestników tak zwanej Wielkiej Ojczyźnianej. I jedno, i drugie przeczy elementarnej logice. Dlaczego więc czerwona propaganda wymyśliła taką dziwną nazwę? Dlaczego mówimy o Wielkiej Ojczyźnianej, skoro bez rękoczynów nie sposób ustalić, kto był jej uczestnikiem, a kto nie? Skoro nie można określić, kiedy się zaczęła i kiedy się zakończy? Oto, dlaczego. Związek Radziecki był uczestnikiem drugiej wojny światowej już od pierwszego dnia. A nawet wcześniej: od momentu podpisania moskiewskiego paktu o podziale Polski. Ale staramy się o tym zapomnieć.
Pół Polski dla Hitlera. Krzyczymy: to agresja, to druga wojna światowa! Pół Polski dla Stalina. O tym mówimy z rozbrajającą szczerością: to nie jest druga wojna światowa. To wyzwolicielski marsz Armii Czerwonej. Hitler w Norwegii. To druga wojna światowa. Stalin w Finlandii. To zapewnienie bezpieczeństwa miastu Lenina. Hitler w Holandii, we Francji. To druga wojna światowa. Stalin w Estonii, na Łotwie i Litwie. To nie wojna. To przywrócenie władzy radzieckiej. Wielka Wojna Ojczyźniana została wymyślona przez ideologów po to, by zachować w historii narodu nasze ofiary, nasze cierpienia, ale całkowicie usunąć ze świadomości ludzi wszystko, co tę tragedię poprzedziło. Między wrześniem 1939 roku a czerwcem 1941 w zmowie z Hitlerem Armia Czerwona-wyzwolicielka - dokonała agresji przeciw sześciu krajom europejskim i zagarnęła terytoria zamieszkiwane przez 23 miliony ludności.
Armia Czerwona popełniała zbrodnie na cudzej ziemi, ale my tego nie uważamy za wojnę. To się nie liczy. Ale kiedy napadniętol na nas, od tej chwili zaczyna się odliczanie naszego udziału w wojnie. Tak zwana Wielka Ojczyźniana została wymyślona po to, żeby sztucznie wydzielić drugą, całkowicie dla nas nieoczekiwaną obronną fazę wojny, z jej wspólnej historii. Wymyślono to po to, by brud, krew i plwocinę radziecko-nazistowskich marszów przez Europę i wspólnych parad wojskowych usunąć poza kadr. Wymyślono to po to, żeby pozostawić w kadrze naszą szlachetność, nasze cierpienia, nasze ofiary, ale wyrzucić zeń hańbę i podłość zmowy z Hitlerem i wspólne zniszczenie Europy. Związek Radziecki przystąpił do drugiej wojny światowej jako agresor i okupant, i zakończył ją jako agresor i okupant. Zapędziwszy pół Europy za druty kolczaste, komuniści bez żenady nazwali to obozem postępu. Wojnę prowadzili nie w celu uwolnienia narodów Europy od brunatnej zarazy, ale w celu zniewolenia tych narodów. Alternatywa była następująca: Europa - to jeden obóz koncentracyjny pod czerwonym sztandarem Hitlera, albo Europa - to jeden obóz koncentracyjny pod czerwonym sztandarem Stalina.
Wielką Ojczyźnianą wymyślono po to, żeby raz na zawsze, po wieki wieków usprawiedliwić okupację Europy. Po to, żeby ukryć cel wojny: Związek Radziecki rwał się do panowania nad światem. Owo panowanie chciano sobie zapewnić cudzymi rękami. Hitler miał zmiażdżyć Europę, a Stalin nieoczekiwanym uderzeniem wyzwolić ją spod władzy Hitlera. Po to szkolono niemieckich czołgistów i lotników w Związku Radzieckim. Po to Stalin doprowadził Hitlera do władzy. Po to Stalin dzielił Polskę. Po to zaopatrywał niemieckie czołgi i samoloty w paliwo, kiedy te miażdżyły Francję, Belgię, Holandię, Grecję, Jugosławię. Stalin zaopatrywał Hitlera ... i ostrzył topór, aby znienacka ugodzić Hitlera w plecy. Hitler zburzył plan Stalina. I wszystko runęło. Wielką Ojczyźnianą wymyślono po to, żeby ukryć tę klęskę.
Niektórzy nawet nie zauważyli, że Związek Radziecki przegrał drugą wojnę światową. Nie był przystosowany do życia w pokoju. Jak złośliwy nowotwór, mógł tylko rozprzestrzeniać się na całą planetę i zniszczyć normalne życie, albo sromotnie obumrzeć. Stalin nie zdołał zagarnąć świata i to oznaczało koniec Związku Radzieckiego. Żyć w pokoju z normalnymi krajami Związek Radziecki nie potrafił. Dlatego stale szykował się do nowej ofensywy, do trzeciej wojny światowej. Rzucił na jej przygotowanie wszystkie siły - i padł pod ciężarem własnych wydatków na zbrojenia. Ale od tamtych czasów wszystko się zmieniło. Prawda? Zmieniło się, owszem. Ale nie na lepsze. Rosja nie zapamiętała lekcji historii. Lekcje nie wyszły jej na korzyść. Oto przykład. Konwencja haska z 1907 zabrania zagarniać w charakterze reparacji bogactwa kulturalne. Stalin podpisał tę konwencję w roku 1942... i obrabował Europę. Wiedział jednak, że popełnia przestępstwo, toteż skarby, zrabowane przez jego marszałków uznano za bezpowrotnie utracone w czasie działań wojennych.
Ostatnio Duma Państwowa i Trybunał Konstytucyjny Rosji oznajmiły, że zagrabione bogactwa, poczynając od złota Troi, są własnością Rosji. Ogłoszono, że państwa-agresorzy, które rozpętały drugą wojnę światową (pisaną, jak przyjęto u komunistów, małą literą), nie mogą rościć sobie praw do zwrotu dóbr kultury. Wśród krajów-agresorów, które rozpętały drugą wojnę światową, wymieniono między innymi Bułgarię i Finlandię. A niewinną ofiarą agresji był i pozostaje miłujący pokój, niewinny, neutralny Związek Radziecki. Nie chcę wyciągać żadnych wniosków. Nie chcę narzucać swoich poglądów. Zadaję tylko pytanie:
JAK MOŻNA WZMOCNIĆ KULTURALNY POTENCJAŁ ROSJI ZA POMOCĄ ZŁOTA TROI, UKRADZIONEGO W CZASIE WOJNY, KTÓRĄ SAMI ROZPĘTALIŚMY?"
PRZEMÓWIENIE WIKTORA SUWOROWA
(byłego oficera GRU a od 1978 r. dysydenta politycznego)
Z OKAZJI ROCZNICY
SOWIECKIEJ INWAZJI NA POLSKĘ
To prawda, że od chwili wybuchu polsko-niemieckiego konfliktu politycznego o Gdańsk i Pomorze w marcu 1939 r. polska opinia publiczna traktowała Sowietów dość... życzliwie. Zarówno dziennikarze, politycy, oficerowie jak i ogromne rzesze obywateli Rzeczpospolitej, jakoś dziwnie w tych pierwszych miesiącach potęgowania się konfliktu, nie brało pod uwagę jakiegokolwiek wystąpienia Sowietów po stronie Niemiec. Na pytanie czy jeśli dojdzie do wojny z Niemcami, to Sowieci nie zaatakują nas od wschodu, najczęściej padały tak bardzo wyalienowane ze zdrowego rozsądku (oraz pozbawione elementarnej logiki) odpowiedzi, jak: "Rosja jest wielka i żadnych dodatkowych terenów nie potrzebuje" i co najgorsze, takie głupoty powtarzali najczęściej ludzie wykształceni, profesorowie uniwersyteccy, dziennikarze a nawet... oficerowie. Co w takim rozumowaniu razi najbardziej, to to, że większa część z wygłaszających takie "opinie" osób, to byli ludzie, którzy wcześniej albo doświadczyli przemocy ze strony Rosji carskiej (wywózki na Syberię, prześladowania powstańcze itd.), albo też uczestniczyli w wojnie z Sowietami w latach 1919-1920 i doskonale poznali charakter i działalność tamtejszych na wpółdzikich, krwawych hord.
Co prawda z każdym kolejnym miesiącem przed wrześniem 1939 r. częściowo te opinie (szczególnie w armii), zaczęły się zmieniać, o czym może świadczyć chociażby odpowiedź marszałka Polski Edwarda Rydza-Śmigłego z czerwca 1939 r. na pytanie gen. Sosnkowskiego "Czy jest pewien postawy Rosji Sowieckiej?", marszałek odpowiedział: "Istnieje możliwość zbrojnego wystąpienia Sowietów przeciwko Polsce, jednak tylko w końcowym okresie wojny i jedynie wtedy, gdyby pod wpływem niepomyślnego dla nas obrotu spraw rząd rosyjski doszedł do przekonania, że Polacy kampanię bezapelacyjnie przegrali". Zaś 10 sierpnia dyrektor departamentu Ministerstwa Spraw Wewnętrznych - Witold Żyborski, na skargę przedstawiciela mniejszości niemieckiej w Polsce - senatora Hasbacha, odpowiedział iż nie będzie się rozpatrywać przypadków indywidualnych Niemców: "kiedy Rzesza dąży do czwartego rozbioru Polski", jednocześnie pokazując na mapie tereny, które Niemcy mieliby ochotę okupować, a całą resztę byłyby skłonne oddać Rosji. Zaś już w drugiej połowie sierpnia 1939 r. polski wywiad w Niemczech zdobył plany "Niemieckiego podziału Polski na spółkę z Rosją", dostarczone Warszawie przez polskiego konsula w Lipsku - Feliksa Chiczewskiego (ponoć gdy plany te poznał minister spraw zagranicznych - Józef Beck, miał stwierdzić: "Toż to jest nowy rozbiór Polski").
Czy w takiej sytuacji można mówić o zdziwieniu i zaskoczeniu agresją sowiecką z 17 września 1939 r. Nie! nie można. Informacji o niepokojących ruchach Armii Czerwonej nad polską granicą wschodnią było dość dużo, a już po wybuchu wojny, 5 września 1939 r. kapitan Jerzy Niezbrzycki, szef polskiego wywiadu wojskowego (Referat "Wschód" Oddziału II Sztabu Głównego Wojska Polskiego), poinformował marszałka Rydza-Śmigłego o ruchach Armii Czerwonej na linii Stalina, oraz o możliwościach wojny na dwa fronty. 6 września, na naradzie w sztabie Naczelnego Wodza, kapitan Niezbrzycki stwierdził, iż złamanie przez Sowietów polsko-sowieckiego paktu o nieagresji z 1932 r. "jest pewne" i że nastąpi "lada moment". Stwierdził że sowiecki atak nastąpi ok. 8-10 września i dodał że obecnie Stalin jeszcze czeka, gdyż sonduje stanowisko Francji. Dodał również że jeśli Francuzi uderzyliby na froncie zachodnim z pełną mocą przed 10 września, atak sowiecki zostanie przesunięty w czasie. Niezbrzycki nie wierzył jednak w taką możliwość i postulował wdrożenie planu wyprowadzania Wojska Polskiego z kraju, by przez Węgry i Rumunię dotrzeć do Francji i "w oparciu o terytoria sojuszników, prowadzić dalszą walkę".
Co ciekawe, w lutym 1941 r. w Budapeszcie, podczas rozmowy podpułkownika Władysława Lipińskiego z marszałkiem Edwardem Rydzem-Śmigłym, na pytanie tego pierwszego co czuł, gdy opuszczał kraj 18 września 1939 r. w miejscowości Kuty, marszałek odpowiedział: "Widzisz, ja nie czułem nic szczególnego. O tym, że najpewniej będziemy zmuszeni przez działania wojenne do opuszczenia kraju, że będziemy wraz z wojskiem przekraczali którąś granicę, wiedziałem co najmniej od czerwca. Poinformowałem o tej ewentualności najważniejszych ludzi w rządzie". To oświadczenie (i inne dowody, których część tutaj przedstawiłem), obalają w niwecz późniejszy komunistyczny mit, powielany w Polsce Ludowej, że oto oficerowie zdradzili armię i zostawili ją na pastwę losu, uciekając z kraju i zabierając ze sobą zagrabione przez siebie skarby. Otóż plany opuszczenia kraju zarówno przez rząd, jak i przez naczelne dowództwo, jak i przez Wojsko Polskie - były częścią planu operacyjnego Wojska Polskiego, na wypadek właśnie... agresji sowieckiej. Zdawano sobie bowiem doskonale sprawę, że wojna na dwa fronty w ogóle nie wchodzi w rachubę, jest niemożliwa ze względu na potencjał agresorów. Należało więc ratować to, co można było uratować, by utrzymać niepodzielność zarówno polityczną jak i militarną państwa polskiego w świecie, nawet w przypadku zajęcia całego terytorium Polski przez Wehrmacht i Armię Czerwoną.
A należy pamiętać że udało się ocalić naprawdę dużo. Przede wszystkim bezpiecznie wyprowadzono praktycznie całą flotę wojenną do portów brytyjskich (Plan Operacyjny - "Peking"), na Bałtyku pozostały jedynie nieliczne okręty Polskiej Marynarki Wojennej, takie jak okręt podwodny "Orzeł", okręt podwodny "Wilk", okręt podwodny "Sęp", okręt podwodny "Ryś" i okręt podwodny "Żbik", poza tym niszczyciel "Wicher", stawiacz min "Gryf". Z czego już podczas działań wojennych, udało się dodatkowo wyprowadzić z Bałtyku... wszystkie okręty podwodne (Niemcy zatopili jedynie okręty "Gryf" i "Wicher"). Cała flota wojenna (po bardzo niebezpiecznej przeprawie przez zaminowane cieśniny duńskie), znalazła się więc w Wielkiej Brytanii. Udało się wyprowadzić również dużą część armii (żołnierze i oficerowie co prawda byli potem internowani w różnych krajach, ale wcześniej czy później wielu z nich znalazło się wreszcie we Francji, a po jej klęsce w Wielkiej Brytanii). A co równie ważne, udało się wywieść cały skarb Rzeczpospolitej (w tym oczywiście złoto).
MAKIETY WYBRANYCH POLSKICH OKRĘTÓW Z CZASÓW II RZECZPOSPOLITEJ i II WOJNY ŚWIATOWEJ W MUZEUM MARYNARKI WOJENNEJ W GDYNI
Były też i plany ofensywne (plany uderzenia na Wrocław w pierwszych dniach wojny, w ramach przygotowywanych wcześniej założeń operacyjnych). Jak choćby gra operacyjno-wojenna, urządzona w kwietniu 1939 r. przez pułkownika Stefana Roweckiego "Grota", która miała przebiegać następująco: "Osłona nasza na Prusy Wschodnie, główne uderzenie najpierw na Śląsk, na Wrocław i Głogów, a potem drugie, kolejne w czasie, na Szczecin, dla rozszerzenia korytarza pomorskiego i likwidacji w końcu Prus Wschodnich". Podobnie gen. Józef Rómmel (dowódca Armii Łódź), miał ponoć namawiać Naczelnego Wodza do uderzenia na Wrocław, aby "powtórzyć Psie Pole" (bitwa na Psim Polu pod Wrocławiem miała rozegrać się w roku 1109 i zakończyć klęską cesarskich wojsk niemieckich w ich ataku na Polskę, dziś jednak wielu historyków twierdzi, że do tej bitwy nigdy nie doszło), a 2 września Rómmel składa meldunek że jego siły mogą przekroczyć granicę i kierować się na Wrocław (nie otrzymał jednak wówczas takiego zezwolenia ze sztabu Naczelnego Wodza).
Natomiast na odcinku północnym, na Pomorzu, gen. Roman Abraham (dowódca Wielkopolskiej Brygady Kawalerii), 2 września wydaje rozkaz "o wyzwoleniu Słowian" i rusza na Wschowę. Dalej, gen. Dąb-Biernacki - dowódca Armii "Prusy" oficjalnie stwierdza że celem jest marsz na Wrocław i nie były to wcale mrzonki nie do zrealizowania. Wystarczy chociażby stwierdzić, że niemiecki wywiad... kompletnie przeoczył potężną Armię "Poznań", która przez pierwsze dni nie była kompletnie atakowana. Gdyby wykonano atak na Śląsk z Wielkopolski, nagle by się okazało że Polacy znaleźli się na tyłach dwóch najsilniejszych armii niemieckich - 8-mej i 10-tej, zamykając je w śmiertelnych kleszczach (Armia "Łódź", Armia "Prusy" i Armia "Poznań" uderzająca na niemieckie tyły, doszłoby do całkowitej rozwałki Niemców na Śląsku, przy czym wiele tamtejszych lotnisk musieliby Niemcy pospiesznie ewakuować). Poza tym społeczeństwo polskie było nastawione niezwykle bojowo, o czym świadczy chociażby zgłaszanie się ochotników do... akcji samobójczych (głównie na niemieckie okręty wojenne), nim jeszcze Japończykom plany pilotów-samobójców kamikadze przyszły w ogóle do głowy.
POJAZD GŁĘBINOWY
(ZAPEWNE NA TEGO TYPU POJAZDACH SZKOLONO ZAŁOGI DO AKCJI "ŻYWYCH TORPED" w 1939 r. CZYLI OCHOTNIKÓW SAMOBÓJCÓW KTÓRZY MIELI ATAKOWAĆ NIEMIECKIE OKRĘTY I JE ZATAPIAĆ, DO CZEGO NOTABENE ZGŁASZAŁO SIĘ BARDZO WIELU CHĘTNYCH. OSTATECZNIE ZREZYGNOWANO Z PLANÓW "ŻYWYCH TORPED", A POTEM, PODCZAS OKUPACJI NIEMCY TYCH LUDZI ŚCIGALI JAK DZIKĄ ZWIERZYNĘ)
Wracając jednak do Sowietów i ich agresji z 17 września, to należy też dodać, że o ruchach wojsk Armii Czerwonej nad polską granicą wschodnią, polski wywiad wiedział bardzo dobrze i to z różnych źródeł, jak choćby od Japończyków. W czerwcu 1939 r. bowiem wywiad japoński (który notabene został zbudowany od podstaw przez Polaków, a oficerowie japońscy przyjeżdżali do Warszawy na szkolenia), złamał 4 cyfrowy kod sowieckiej straży granicznej oraz 3 cyfrowy kod sił powietrznych (zaś po zmianie sowieckich szyfrów, zostały one ponownie złamane przez wywiad estoński (estońscy i szwedzcy oficerowie wywiadu również szkolili się w Polsce), tak więc polski wywiad znał dokładnie sowieckie ruch i plany operacyjne i nie ma mowy o żadnym zaskoczeniu, wszystko było tak, jak miało być. Klęska Wrześniowa nie miała być wcale klęska, tylko czasowym odwrotem (w przypadku realności sowieckiego ataku), lub zwartą obroną (po 3 września udało się wyprowadzić do centrum kraju prawie 900 tys. żołnierzy, czyli siła wciąż była niebagatelna i biorąc pod uwagę naturalne przeszkody (rzeki, góry), oraz skumulowanie tych armii w jeden zbity "kokon", przy wyhamowaniu impetu niemieckiego blitzkriegu i przejściu do działań wojny pozycyjnej, można było tak walczyć miesiącami, aż do ostatecznego uderzenia armii francusko-brytyjskiej na froncie zachodnim (oczywiście przy założeniu że amunicja byłaby nam dostarczana przez sojuszników do portów rumuńskich i dalej przez Przedmoście Rumuńskie, bowiem realnie amunicji mieliśmy na jakieś kilka do kilkunastu tygodni wojny - w zależności od jej rodzaju). Niestety, polskie dowództwo nie przewidziało jednego - nie przewidziano że Francuzom zupełnie odechce się walczyć nie tylko w obronie Polski i Europy ale nawet w obronie swojej własnej niepodległości i prawa do życia. Francuzi wybrali hańbę i prostytuowanie się i tego nie jest w stanie zmazać nawet działalność tzw.: "Wolnych Francuzów" de Gaulle (która to organizacja początkowo była wręcz kanapowa i zupełnie nie reprezentatywna dla francuskiego narodu). No cóż, zawsze powtarzałem że wielkość Francji skończyła się wraz z upadkiem Cesarza Napoleona, od tej chwili znaczna część francuskiej historii to są dzieje kurewstwa i wszelkiego lewactwa które niszczy ten kraj.