WYŚWIETLENIA

19 czerwca 2025

AMERICAN STORY - Cz. II

DZIEJE
STANÓW ZJEDNOCZONYCH AMERYKI
OPOWIEDZIANE PRZEZ PRYZMAT
KOLEJNYCH POKOLEŃ AMERYKANÓW





POKOLENIE I
WŁÓCZĘDZY I PIRACI
Cz. II



ANGLIA XV-XVI WIEKU
"KRAJ TYSIĄCA DZWONÓW"





Anglia podjęła się polityki kolonizacyjnej stosunkowo późno (końcówka XVI wieku) i była na tym polu prawdziwym nowicjuszem. Plany kolonizacji Nowego Świata (czyli terenów Ameryki Północnej i Południowej), zaczęto wprowadzać w życie dopiero wówczas, gdy ustabilizowana została sytuacja wewnętrzna w samej Anglii. Bowiem po krwawej wojnie Dwóch Róż (1455-1485), która wybuchła w wyniku wzajemnej rywalizacji dwóch bocznych linii "czarciej dynastii" (jak w średniowieczu mówiono o rodzie Plantagenetów których protoplastą miał ponoć być sam szatan) - Lancasterów (mających w herbie czerwoną różę) i Yorków (biała róża), kraj był zniszczony i wewnętrznie rozdarty. Potrzebowano spokoju, który doprowadziłby do odrodzenia angielskiej gospodarki i pozycji w Europie. Krajem wciąż rządziły wielkie rody magnackie, takie jak Mortimerowie (ród wielkich baronów, mający swe główne posiadłości na zamkach Wigmore i Ludlow, oraz kontrolujący ziemie wzdłuż granicy z Walią, oraz w samej Walii, jak również Dorset, Somerset, Grenville, March i Lacy), Staffordowie, Percy, Neville'owie, Beauchampowie, Courtaneyowie czy FitzAlanowie, których przedstawiciele wchodzili w skład rady królewskiej, zwanej Izbą Lordów (swoją drogą rody te, podobne są do naszych wielkich rodów magnackich: Zamojskich, Radziwiłłów, Sobieskich, Paców, Potockich, Firlejów, Lanckorońskich, Szafrańców, Ossolińskich, Opalińskich, Leszczyńskich czy Wiśniowieckich, gdyż tak jak tamte kontrolowały kraj), spory wpływ jednak zyskiwali nowobogaccy i drobna szlachta (W Rzeczpospolitej każdy szlachcic, bez względu na to czy posiadał jakikolwiek majątek, czy nie, miał prawo decydować o polityce swojego kraju, zaś w Anglii o polityce kraju mogli decydować albo dobrze urodzeni arystokraci, albo też nowobogacka klasa średnia, która zbiła majątek na handlu).

Takim władcą, który po latach zamętu i walk zapewnił spokój, był pochodzący z rodziny królewskich bękartów Henryk VII Tudor (jego dziadek, zwykły rycerz - Owen Tudor, był kochankiem królowej Anglii - Katarzyny de Valois, małżonki króla Henryka V Lancastera, zwycięzcy bitwy z Francuzami pod Azincourt w 1415 r. - jednej z dwóch największych bitew średniowiecza, po Grunwaldzie). Zaprowadził on w kraju pokój i pomimo bardzo niepewnych praw do korony Anglii, pozostawił następcę, swego syna - Henryka (pierwszy syn Henryka VII - Artur, zmarł jeszcze za życia ojca), który przeszedł do historii jako sławny Henryk VIII, ten który aby spłodzić prawowitego męskiego potomka, musiał się żenić aż sześć razy, z czego dwie ze swych żon skazał na śmierć. Pragnienie Henryka VIII, aby pozostawić po sobie legalnego potomka płci męskiej, brało się z tego, że ród Tudorów był powszechnie (wśród starej szlachty) uważany za uzurpatorów, gdyż ich prawa do tronu oparte były na tak wątłych podstawach, iż można było je łatwo podważyć, tym bardziej że w Anglii wciąż żyli tacy, którzy posiadali większe prawa do korony tego kraju. Poza tym musiał to być koniecznie syn, bowiem panowanie królewskiej córki - kobiety, było bardzo źle widziane w całym społeczeństwie angielskim. Krótkotrwałe (półroczne) rządy ambitnej królowej Matyldy, która w 1141 r. odebrała tron swemu kuzynowi - królowi Stefanowi z Blois, przeszły do ludowej legendy i były przykładem kobiecej nieudolności w sprawowaniu władzy. Powszechnie twierdzono ze płeć piękna nie jest stworzona do panowania lecz do służenia (w 1393 r. nieznany autor dzieła: "The Goodman of Paris" - ["Dobroczyńca z Paryża"] zalecał wprost kobietom w Anglii by w związku małżeńskim zawsze był posłuszne swoim mężom, wykonywały ich polecenia niczym "wierne psy". Mąż - jak głosiło owe dzieło - jest panem rodziny, podobnie jak Bóg panem Świata, więc kobieta, która sprzeciwia się mężowi, jest niczym zły duch, który sprzeciwia się Bogu. Głównym obowiązkiem żony jest więc posłuszeństwo i zadowolenie swego męża). Dlatego też Henryk VIII miał taką obsesję na punkcie pełnoprawnego dziedzica płci męskiej.

Ze swą pierwszą (Katarzyną Aragońską) i drugą żoną (Anną Boleyn) miał Henryk VIII dwie córki (Marię i Elżbietę), które zupełnie nie nadawały się na dziedziców korony i tronu Anglii, potrzebny był syn - dziedzic, który ugruntuje panowanie dynastii na kolejne dekady. I takiego syna urodziła dopiero trzecia żona Henryka - Jane Seymour, która jednak zmarła w wyniku powikłań poporodowych w kilka dni po narodzinach. Młody Edward był teraz oczkiem w głowie swego taty, który nakazywał nawet (codziennie) czyścić podłogi oraz ściany w komnatach w których przebywał syn. Był wynagradzany za sam fakt że w ogóle się urodził, zaś córki króla - Maria i Elżbieta, często publicznie upokarzane (obawiały się że pewnego razu tatuś może im przysłać kata). Uznawane za bękarty i pozbawiane praw do tronu, potem prawo to ponownie odnawiano, ale mogły panować dopiero po swym młodszym bracie i jego ewentualnych następcach. W każdym razie ciągle żyły w strachu (Henryk nie chciał płacić nawet za suknie swych córek, gdy pewnego razu jego osobisty doradca Tomasz Cromwell stwierdził iż młoda Elżbieta wyrosła z sukien i prosi Jego Królewską Mość o nowe, on odpowiedział: "Dlaczego mam płacić? To nie moje dziecko, jej matka była dziwką"). Po śmierci Henryka VIII nowym królem został młody, zaledwie 9-letni Edward VI, który jednak był dzieckiem dość słabowitym i zmarł po sześciu latach panowania. Dopiero po jego śmierci tron i koronę przejęły starsze siostry - Maria I i Elżbieta I.




W tym czasie Anglia znacznie się zmieniła. Przede wszystkim kraj zerwał związki z Rzymem, co oznaczało powstanie religii krajowej - anglikanizmu. Tym samym Anglia wypisała się ze społeczności zjednoczonej Europy średniowiecza (zjednoczonej pod względem religijnym). Nie ona pierwsza zresztą, cała Europa została wówczas zainfekowana pierwszym wielkim wirusem, jakim był tzw.: humanizm (polegał on w głównie na zastąpieniu racjonalnej filozofii Arystotelesa, przez utopijną, totalitaryzującą filozofię Platona - "Nowy Człowiek i Nowy Świat" - komuniści jeszcze bardziej rozwinęli te pojęcia). Nie przyniósł on jednak pokoju, gdyż zniszczenie wspólnoty religijnej zachodniego chrześcijaństwa, spowodowało rozlew krwi ludzkiej na skalę tak wielką, że dopiero XX-wieczne komunistyczno-nazistowskie totalitaryzmy był w stanie ten rekord pobić. W każdym razie Anglia, kraj "tysiąca dzwonów" (jak ją nazywano jeszcze w XVI wieku), stała się krajem w którym osobista wola monarchy w kwestii wiary, była jednoznaczna z wolą Boga. Doprowadzi to w XVII wieku do wybuchu wojny religijnej w Anglii, której celem będzie wybicie wszystkich, pozostających w kraju katolików. Ponieważ zaś to się nie powiedzie i stroną zwycięską będą bardziej umiarkowani protestanci (którzy dążyć będą "jedynie" do politycznego i społecznego upokorzenia katolików w Anglii), ci najbardziej radykalni "misjonarze", wsiądą na statek i przypłyną do Nowego Świata, aby tam budować swoje "Królestwo Boże" wolne od katolików. Będzie to kolejna migracja, typowo już religijna, która nada kształt przyszłemu państwu - Stanom Zjednoczonym Ameryki.




Po ogłoszeniu Aktu Supremacji i zerwaniu związku Anglii z Rzymem (1534 r.), zaczęła zmieniać się również struktura społeczna tego kraju. Oto bowiem przejmowane przez państwo majątki zakonów i klasztorów, były następnie odsprzedawane, a ponieważ dużą cześć nabywców tych posiadłości zaczęli stanowić przedsiębiorcy, którzy dorobili się na handlu (głównie wełną) i którzy nie posiadali żadnych szlacheckich korzeni, doprowadziło to do zmiany nie tylko stosunków społecznych, ale również gospodarczych. Oto bowiem system feudalny, który w swych majątkach preferowała arystokracja, okazał się niewystarczający, gdy ich nowobogaccy sąsiedzi zaczęli wprowadzać stosunki oparte na produkcji typu kapitalistycznego, przenoszącej większy dochód. Szlachta angielska uznała że system pańszczyźniany jest już obecnie nieprzystający do nowych czasów i wzorem swych sąsiadów zaczęła zastępować ją płatną pracą najemną i dzierżawą gruntów. Przynosiło to im większe zyski, ale miało również negatywne skutki. Oto bowiem grodzenia i dzierżawy pozbawiały pracy znacznej ilości ludzi, dotąd praktycznie trudniącej się tylko pracą na polu wielkiego pana. Ludzie którzy nie mieli pracy, nie mogli też wyżywić rodziny, tak więc jedynym wyjściem dla nich było opuszczenie rodzinnej wsi i przeniesienie się do miasta - głównie zaś do Londynu. Stolica była uważana za miasto, w którym znikną wszelkie problemy i gdzie człowiek będzie mógł godnie żyć. Już w latach 90-tych XV wieku William Danbur pisał w swym wierszu: "Mocne są mury, co trwają nad tobą, mądrzy to ludzie co tutaj mieszkają (...) Możni są kupcy twoi, z ich bogactwami, każda ich żona z nadobności słynie. Dziewice czyste, krzepkie pod sukniami, kwiatem miast wszystkich jesteś ty, Londynie".

Tam jednak także nie znajdowali wymarzonego miejsca do życia, a ponieważ nie mogli nigdzie znaleźć pracy, zapełniali szeregi włóczęgów, żebraków i oczywiście zbójników. Ulice miast i wsi pełne były żebrzących ludzi, ciemne zaś zaułki i lasy wszelakich bandytów. Plaga ta była powszechna w Anglii XVI wieku, a ponieważ poprzez grodzenia i dzierżawy na wsi potrzebna była tylko niewielka ilość ludzi, cała reszta z konieczności musiała trudnić się zbójectwem. Złapani zaś na kradzieży kończyli na szubienicy. Prace przymusowe, organizowane dla ubogich przez państwo nie rozwiązywały problemu, dlatego coraz częściej zaczęto zastanawiać się nad możliwością przesiedlenia ich do Ameryki i tym samym pozbycia się palącego problemu społecznego. Ale Anglia była bardzo zapóźniona pod względem eksploracji Nowego Świata. Pierwszą angielską wyprawą do Ameryki, była ta, zorganizowana przez Johna Cabota - weneckiego żeglarza i podróżnika w 1497 r. Cabot dotarł do dzisiejszej Kanady, gdzie zatrzymał się i zszedł na lad w dwóch miejscach, najpierw w południowo-wschodnim Labradorze (niedaleko Nowej Fundlandii), a następnie na wyspie Cape Breton, po czym odpłynął do Anglii. Podobne były próby badawcze jego syna - Sebastiana Cabota, który w służbie Anglii przedsięwziął wyprawę w roku 1504 i 1508-1509. W 1521 r. planował on przedsięwzięcie wielkiej wyprawy do Nowego Świata, której celem mogłoby być nawet założenie tam jakiejś faktorii, ale angielscy kupcy uznali że przedsięwzięcie jest zbyt kosztowne a do tego mocno ryzykowne i nie zamierzali sfinansować mu tej wyprawy, co spowodowało że obrażony opuścił Anglię i przeniósł się do Hiszpanii. Przez większość XVI wieku, po 1509 r. Anglicy nie podjęli już prób eksploracji wybrzeża amerykańskiego, aż do wydania przez Humpreya Gilberta w 1576 r. pracy o potrzebie wypraw dalekomorskich i odkryciu nowej drogi do Azji.

Ożywiło to wyobraźnię ówczesnych ludzi i na Ocean Atlantycki wyruszył w 1576 r. (pierwszy bodajże) angielski żeglarz - Martin Frobister (kontynuował on swoje wyprawy w 1577 i 1578 r.). Jednak to właśnie Humprey Gilbert otrzymał od królowej Elżbiety I - 11 czerwca 1578 r. jedyny patent nie tylko na: "poszukiwania, odkrycia, zwiedzania i wybrania odległych ziem barbarzyńskich i pogańskich, nie będących dotąd we władaniu żadnego chrześcijańskiego księcia", ale również do władzy i ściągania opłat z wszystkich, którzy tam następnie mogą przybyć z Anglii i Irlandii (nie wolno mu było jednak napadać i rabować poddanych angielskiej królowej ani zaprzyjaźnionych z nią władców). Patent królowej Elżbiety I z 1578 r. czynił de facto Gilberta... panem i władcą całej Ameryki (a w praktyce oczywiście tylko tych ziem, które zdołał zasiedlić i których nie odebraliby mu następnie Hiszpanie). Był to bowiem pierwszy angielski patent, upoważniający do założenia na amerykańskim brzegu angielskiej kolonii. Nad wszystkim jednak czuwali Hiszpanie, którzy byli wówczas prawdziwymi panami Atlantyku. Hiszpańskie galeony, wypełnione złotem z Nowego Świata, płynęły najpierw na Hispaniolę i inne wyspy Karaibów, a następnie bezpośrednio do Kadyksu, La Coruny lub Malagi, napełniając bogactwa tamtejszych donów. Król Hiszpanii - Filip II Habsburg, był (jak opisał go pewien anonimowy Anglik) "najpotężniejszym monarchą chrześcijaństwa (...) i posiadł teraz władzę tak wielką, że słońce poza jego włościami ni wstać ni zajść nie może".




Kontrolował on znaczne tereny Ameryki Środkowej i Południowej (od najdalszej kolonii na terenach dzisiejszego Chile w Patagonii - Valdivii, złożonej w 1552 r., poprzez takie ośrodki jak Valparaiso (1541 r.), Santiago (1541 r.) Cordobę (1573 r.),Buenos Aires (1536 r.), Limę (1535 r.), Karakas (1567 r.), Panamę (1519 r.), Bogotę (1538 r.), Kartagenę (1533 r.) po Veracruz (1519 r.) Meksyk (1522 r.) po Hispaniolę, całe Karaiby, Florydę (fort St. Augustine założony w 1565 r. po zniszczeniu, założonego rok wcześniej francuskiego Fortu Caroliny). Założono dwa główne wicekrólestwa, terytorialnie obejmujące po kilka a nawet kilkanaście krajów Europy. Wicekrólestwo Nowej Hiszpanii (założone realnie w 1527 r. choć formalnie dopiero w 1535 r.), oraz Wicekrólestwo Peru ze stolicą w (założone w 1544 r.). Podlegały one, założonej w 1524 r. Radzie Indii (kompetencje administracyjne i sądowe nad amerykańskimi koloniami), oraz Domu Transakcji (kompetencje gospodarcze). Stolicą Hiszpanii od czasu oficjalnego zjednoczenia Kastylii i Aragonii w 1479 r. było Toledo. W 1561 r. król Filip II przeniósł stolicę do Madrytu, a w 1601 r. król Filip III do Valladolid, skąd ponownie (już na stałe) hiszpański dwór przeniósł się do Madrytu w 1606 r. Hiszpania owego czasu była również krajem, skąd płynęły wszelkie nowinki np. na temat mody. Na zachodnioeuropejskich dworach ubierano się w XVI wieku na modę hiszpańską - bufiaste rękawy, kryza wokół szyi, krótko przystrzyżone włosy wśród mężczyzn i spiczasta bródka oraz wąsy, do tego długie, czarne buty i kapelusze o małym rondzie. Kobiety zaś nosiły suknie, zwane vertigadinami lub quardainfantenami (ciasno przylegające do ciała i nie odkrywające niczego, poza głową i rękoma "strażniczki ciała" kobiet, oraz ciasny gorset, który ściskał piersi i talię dzieląc je na dwie części, oraz niezwykle szerokie spódnice. Hiszpanie przodowali w owym czasie w praktycznie każdym względzie, stąd ten okres nazywany jest: "Złotym Wiekiem Hiszpanii".

W 1580 r. król Filip II zajął Portugalię i koronował się na jej króla w roku następnym jako Filip I. Tym samym pod jednym berłem zjednoczył oba państwa iberyjskie. Było to potężne imperium którego monarcha, pewny siebie Filip II, mógł uważać się za największego władcę Europy. Ale nawet na tym tak wspaniale i bogato udekorowanym obrazku, zaczęły powstawać pierwsze rysy. Otóż Hiszpanię tego okresu możemy porównać do jej monarchy - Filipa II. On bowiem, jako młody władca, był przystojny i pewny siebie, ale już na swych ostatnich obrazach było widać (mimo prób zacierania owych oznak przez malarza) że król łysieje, jest zmęczony, oczy jego są smutne, pobladłe i tępo wpatrują się przed siebie. Na obrazie Pantoi de la Cruz za królem stoi również wózek inwalidzki. W niczym nie przypominał tego młodzieńca z pierwszych lat swego panowania. I taka też była Hiszpania pod jego rządami - pozostawione mu w 1556 r. przez ojca króla Karola I (panował również jako cesarz rzymski Karol V) imperium, zostawiał w 1598 r. w bardzo trudnym położeniu, a jego następcy jeszcze je pogłębiali, tak iż po koniec XVII wieku, Hiszpania nie była już zdolna zapewnić ochronę samej sobie i stała się igraszką w ręku wzrastających potęg - Francji, Anglii i austriackiej monarchii habsburskiej. Ale należy tutaj dodać, że Filip II, jako człowiek był niezwykle rodzinny. Martwił się każdym, nawet najlżejszym przeziębieniem czy katarem swych dzieci, córki obsypywał lalkami, synów ołowianymi żołnierzykami. Latem wszystkich zabierał na wieś, gdzie razem spędzali czas, chodząc po lesie lub uczestnicząc w polowaniach. Kupował im też specjalnie sprowadzane słodycze i konfitury, ale czynił tak dopiero, gdy dzieci skończyły piąty rok życia. Wcześniej ani nie bawił się z nimi ani też ponoć ich nie tulił. Prawdopodobnie bał się przywiązać do tak wątłego, nowo narodzonego maleństwa, które w owym czasie było znacznie bardziej narażone na na wszelkie przeciwności losu i podatne na szybszą niż człowiek dorosły śmierć.

Królowa Elżbieta I wydając więc patent Humpreyowi Gilbertowi co do założenia kolonii w Nowym Świecie, kierowała się pewnie takim oto przekonaniem, że Bóg niesprawiedliwie doświadczył Anglików. Oto bowiem Hiszpanie stworzyli potężne zamorskie imperium, kontrolują szlaki handlowe do Ameryk i bogacą się na amerykańskim złocie, a Anglia? Na swej przeludnionej Wyspie, Anglicy zamieniają się w rzezimieszków i zbójów i muszą klepać swoją nędzę, ciesząc się solonymi rybami i nieprzyprawiona baraniną. Niesprawiedliwe prawda? A czyż sprawiedliwe jest ulokowanie Polski pomiędzy Niemcami a Rosją? Uważam że jak najbardziej, gdyż dzięki temu mamy możliwość stać się potęgą (lub przestać istnieć), gdyż nie ma dla nas innej, pośredniej drogi. Już Józef Piłsudski powiedział: "Polska albo będzie wielka, albo nie będzie jej wcale", nie ma innej drogi. Podobnie Anglia Elżbiety I nie miała innej drogi, jak rzucić wyzwanie potężnej Hiszpanii i o ile jeszcze królowa odczuwała strach przed bezpośrednią konfrontacją z Madrytem, o tyle jej poddani szybko się z tego wyleczyli i podjęli skuteczną walkę z Hiszpanami, przejmując ich wypełnione złotem galeony i atakując hiszpańskie wybrzeża. W sto lat po śmierci Elżbiety i Filipa byli potęga, decydującą o losach ubezwłasnowolnionej iberyjskiej monarchii - i tak się właśnie buduje wielkość. "Cała naprzód i na pohybel sukinsynom" - jak mawiał gen. Patton.


CDN.

18 czerwca 2025

AMERICAN STORY - Cz. I

DZIEJE 
STANÓW ZJEDNOCZONYCH AMERYKI
OPOWIEDZIANE PRZEZ PRYZMAT
KOLEJNYCH POKOLEŃ AMERYKANÓW





Do podjęcia się napisania tego tematu, skłoniła mnie potrzeba zaprezentowania dość szczegółowej historii Stanów Zjednoczonych Ameryki. USA to bowiem duża ciekawostka - kraj, który jest obecnie najpotężniejszym supermocarstwem naszego globu, najsilniejszym ekonomicznie i najsprawniejszym politycznie państwem świata - który nie posiada własnej kultury. To jest rzecz niezwykle interesująca i dająca do myślenia, jak kraj, będący światową superpotęgą, nigdy nie stworzył własnej, oryginalnej amerykańskiej kultury (i nie mam tutaj na myśli "kultury" typu McDonald, bo to jest raczej kulinarna antykultura). Rzecz niebywała, prawda? Przecież nawet Rzymianie, którzy praktycznie wszystko co najlepsze i największe w swej kulturze i religii ściągnęli z Greków (i innych podbitych ludów), sami posiadali swoją własną, oryginalną latyńską kulturę i religię - temu nikt nie może zaprzeczyć. Lud rzymski zresztą od początku był mieszanką ludności neolitycznej i indoeuropejskich przybyszów z Północy (tak właśnie powstała latyńska grupa etniczna), która potem rozszerzała się i rozszerzała (212 r. edyktem cesarza Karakalli wszyscy mieszkańcy Imperium stawali się automatycznie obywatelami Rzymu), a potem jej kultura (będąca mieszanką kultury latyńskiej, greckiej i chrześcijaństwa) zaczęła promieniować na inne ludy, powstałe na gruzach starego Imperium. Podobnie Bizancjum (kontynuujące tradycję Rzymu), oparte było na pierwotnej kulturze helleńskiej, z tą różnicą że nie pogańskiej a chrześcijańskiej. 

Podobnie było z innymi wielkimi imperiami, jak choćby z komunistycznym Związkiem Sowieckim. Można powiedzieć że komunizm nie wywodził się z kultury rosyjskiej - to prawda, powiem więcej komunizm niszczył kulturę rosyjską jak i całą rosyjską religię i tradycję, ale tylko do pewnego etapu (mniej więcej do śmierci Lenina). Potem komunizm został skrupulatnie złączony tak z samym państwem, jak i z rosyjską kulturą do tego stopnia, że dziś jest postrzegany jako nieodłączna część kultury rosyjskiej (obok siebie istnieją dwie tradycje - ta dawna imperialna tradycja samodzierżawnych carów moskiewskich i nowa tradycja rosyjskiego komunizmu imperialnego, które co ciekawe już się nie zwalczają a łączą w jedną nową, postkomunistyczną tradycję rosyjską). Natomiast Stany Zjednoczone nie posiadają swojej własnej, pierwotnej tradycji i kultury, wszystko czym dysponują, co stanowi o ich potędze, zostało importowane z zewnątrz. Pierwotnie była to Anglia - "wyspa matka", której kultura została całkowicie importowana za Ocean. Potem dochodziły inne kultury i tradycje, innych państw Hiszpanii, Francji, częściowo krajów Afryki, itd.). Oczywiście kultura angielska wciąż jest najsilniejsza, ale jedynie w bezpośrednim starciu z każdą inną kulturą amerykańską, bowiem w połączeniu z nimi wszystkimi obecnie już jest w mniejszości. No w każdym razie tak ten proces wygląda i dlatego też postanowiłem sobie podjąć się trudu opisania historii Stanów Zjednoczonych przez pryzmat kolejnych pokoleń Amerykanów. Dzięki temu będę też miał możliwość pokazać jak bardzo zmieniało się amerykańskie społeczeństwo (np. w latach 20-tych i 30-tych XX wieku Amerykanie byli znacznie bardziej liberalnym społeczeństwem (i to pod każdym praktycznie względem), niż potem, w latach 40-tych, 50-tych i 60-tych. gdzie nastąpił całkowity powrót do konserwatyzmu (zapewne w dużej mierze pod wpływem wydarzeń II Wojny Światowej). 

Ale rewolucja marksistowska 1968 r. ponownie odwróciła ten trend. 
Jednak aby nie przedłużać, cofnijmy się do początków - gdy to wszystko się zaczęło:



POKOLENIE I
WŁÓCZĘDZY I PIRACI
Cz. I





"Była zrazu niechętna. Podrapała mnie pazurami tak, że pożałowałem. Jednakowoż (...) wziąłem tedy kawałek sznura i solidnie ją wybatożyłem. Wydała wtedy z siebie takie wrzaski, że nie uwierzyłbyś. Ostatecznie przeszliśmy jednak do takich terminów, zapewniam Cię, że pomyślałbyś, iż wychowywała się w najprawdziwszej szkole dziwek"

Hiszpański konkwistador - MICHELE de CUNEO
o jednej z indiańskich kobiet, 
ofiarowanej mu jako niewolnica seksualna przez samego Krzysztofa Kolumba



Nie, nie zamierzam cofać się aż do czasów Kolumba i (ponownego) odkrycia Ameryki przez Europejczyków (lecz z tym - ponownym - odkryciem to też nie jest do końca tak, jak się nam mówi, gdyż nie tylko już wikingowie w X wieku odkryli ten amerykański kontynent jako pierwsi, ale ponoć Portugalczycy twierdzili - już po dotarciu Kolumba na Karaiby - iż wiedzieli o tej nowej ziemi od kilkudziesięciu lat, choć pewnie były to tylko ich przechwałki). Nie miałoby to większego sensu, gdyż celem moim jest opowiedzenie o historii Stanów Zjednoczonych, czyli kraju, którego pierwotną ojczyzną była ziemia angielska, a nie o kolonizacji Ameryki Północnej i Środkowej w ogóle. Przytaczając powyższą opinię, przedstawioną przez hiszpańskiego konkwistadora - Michele de Cuneo, chciałem jedynie zademonstrować stosunek Europejczyków (w tym również Anglików) do Indian, w tym również do ich kobiet, które bez pardonu były przekazywane jako podarki i nagrody dla wyróżniających się oficerów i żołnierzy. Ale nie wyprzedzajmy faktów, przyjrzyjmy się natomiast pierwotnej ekspansji Anglików na kontynent amerykański i temu, jak wielką rolę w powstaniu angielskich kolonii (głównie chodzi mi tutaj o Jamestown - pierwszą stałą kolonię, którą Anglicy utrzymali i z której też rozpoczęli swoją późniejszą ekspansję), odegrali przybysze z Polski



"MOJE OCZY WIDZIAŁY CZYNY TAK OBCE LUDZKIEJ NATURZE, 
ŻE NAWET TERAZ DRŻĘ, GDY O NICH PISZĘ"

 ojciec Bartolome de las Casas 
o zbrodniach, jakich dopuszczali się Europejczycy na ludności indiańskiej


Dziś powszechnie uważa się Krzysztofa Kolumba za myśliciela i prekursora nowych idei (kulistości Ziemi), zupełnie tak, jak wciąż jacyś pseudointeligenci nazywają Karola Marksa filozofem który chciał dobrze, ale któremu się nie udało (innymi słowy to inni: Stalin, Hitler, Mao, Pol Pot etc. są winni temu, że piękna idea komunizmu Marksa się nie udała - no patrzcie, co to za uczniowie, którzy nie potrafili przenieść łopatologicznie napisanego, niby dla półgłówków Manifestu Komunistycznego, w którym jest napisane czarno na białym - rewolucja komunistyczna, to wyrżnięcie kapitalistów przez uciskaną klasę robotniczą, koniec kropka, reszta to tylko uzupełniające pustosłowie. Czyli wychodzi na to że uczniowie Marksa za mało zamordowali ludzi, gdyż nie udało im się stworzyć upragnionego ustroju komunistycznego na stałe. Marks, gdyby miał ich władzę, pewnie wymordowałby więcej ludzi, niż oni wszyscy razem wzięci). Krzysztof Kolumb nie był bowiem żadnym myślicielem, jego wywody często były naukowo zbijane przez uczonych ludzi tamtej epoki, jak choćby ojca Hernando de Talavera (stojącego na czele Świętej Inkwizycji, który wyliczał błędy Kolumba, tyczące obwodu Ziemi, opierając swe wyliczenia na Ptolemeuszu z Tebaidy, a jak wiadomo w owym czasie nie było ludzi posiadających większą wiedzę, od księży i zakonników). Poza tym Kolumb był zwykłym rozbójnikiem i złodziejem, którego celem było tylko i wyłącznie zdobyć złoto i niewolników. Tak oto pisał o Indianach po przybyciu na Santo Domingo: "Byli dobrze zbudowani, więź ciała i wygląd twarzy mieli niezwykle miły (...) Broni nie mają i nie wiedzą, co to jest; gdyż kiedy pokazałem im miecze, niewiedza ich była taka, że chwytali je za ostrza i pocięli sobie palce (...) Można z nich zrobić doskonałych robotników (...) pięćdziesięciu ludzi starczyłoby zupełnie, aby utrzymać ich w ryzach i kazać im wykonywać wszystko, cokolwiek by się od nich żądało".




Kolumb nakazał również Indianom co trzy miesiące dostarczać określoną ilość złota, ci którzy je dostarczyli, byli nagradzani miedzianymi odznakami, zawieszanymi na szyki, zaś ci, którym się to nie udało - odcinano dłonie i pozostawiano tak, aż się nie wykrwawią. Indianie stali się niewolnikami - mężczyźni musieli pracować przy kamieniołomach w poszukiwaniu złota, zaś kobiety musiały uprawiać ziemię (a dodatkowo stawały się niewolnicami seksualnymi Hiszpanów, ofiarowanymi przez Admirała Oceanu Krzysztofa Kolumba swym oficerom w nagrodę). Mężczyźni i kobiety spotykali się tylko raz na: "osiem lub dziesięć miesięcy, podczas tych spotkań byli zaś tak wyczerpani i przygnębieni (...) że przestali się rozmnażać. Noworodki umierały wcześnie, bowiem ich matki, przepracowane i wygłodzone, nie miały mleka, aby je karmić (...) w ciągu trzech miesięcy zmarło siedem tysięcy dzieci. Niektóre matki, z czystej desperacji, same nawet topiły swoje potomstwo". Zresztą Kolumb dopuszczał się okrucieństw nie tylko wobec Indian, znana jest sprawa, gdy pewna hiszpańska dama, oskarżyła go iż nie pochodzi z możnego rodu. Za karę brat Kolumba - Bartolomeu, zdarł z niej suknię, wsadził nagą na muła i tak musiała paradować jadąc przez całe miasto, w towarzystwie wyzwisk i rzucanych w nią owoców. Na koniec kazał wyrwać nieszczęsnej kobiecie język za jej "oszczerstwa". Kolumb zaś publicznie pochwalił swego brata za dbanie o honor rodziny.

Oczywiście wszystkie te opinie dotyczą hiszpańskich konkwistadorów, przybywających do Nowego Świata z Krzysztofem Kolumbem, Hernanem Cortezem czy Francisem Pizarro, ale przecież w innych krajach europejskich było bardzo podobnie, a ponieważ w tym temacie pragnę omówić historię Stanów Zjednoczonych Ameryki, to oczywiście muszę się skupić głównie na kraju, który zapoczątkował owe Trzynaście Kolonii, z których następnie narodzi się kraj Wuja Sama. Dzieje Ameryki są niezwykle poplątane, a jednocześnie dość znacznie... zakłamane. Często mówimy o ludziach, pokazując ich w zupełnie innym świetle niż byli naprawdę (przykład chociażby prezydenta USA Woodrow Wilsona, którego uważa się za szczerego demokratę i zwolennika liberalnego, wolnego świata - totalna bzdura, Wilson był wrogiem amerykańskiej demokracji a konstytucji swego kraju nie szanował zupełnie. Był bardziej prekursorem silnego państwa typu faszystowskiego (ale nie należy przykładać tutaj miary faszyzmu włoskiego, gdyż faszyzm wilsonowski był zupełnie innego typu). Stąd też w tym temacie będę się starał wyjaśniać nieścisłości i prostować zawiłości (oraz przekłamania) amerykańskiej historii. Wróćmy jednak do korzeni, czyli do Anglii panowania króla Jakuba I Stuarta (z małym cofnięciem się w czasie do epoki Elżbiety I, Henryka VIII i Wojny Dwóch Róż).



ANGLIA XV-XVI WIEKU
"OGRÓD OTOCZONY MORZEM"




 
Piękna jest angielska ziemia w opisach odwiedzających ją podróżnych z innych krain w XV stuleciu. Ten kraj: "malowniczych dolin, przyjemnych dla oczu falistych wzgórz, pięknych lasów, rozległych łąk (...) obfitujący w złoto, srebro, oraz wszelkie bogactwa, pełen przyjemności i rozkoszy", spotkała w drugiej połowie XV wieku katastrofa - wybuchła bowiem w nim wojna domowa, która przeszła do historii jako Wojna Dwóch Róż. Ale nim przejdę do owego konfliktu (który opiszę w dużym skrócie, aby niepotrzebnie nie zmieniać tematu i nie wchodzić na jakieś boczne koleiny, których niestety jestem mistrzem, a moja skłonność do rozwlekania tematów powoduje, iż sam jestem na siebie zły, gdyż pragnąc przedstawić problem w skrócie, często przypominają mi się jeszcze jakieś informacje, przez co temat dodatkowy rozwleka się w czasie i ciągnie w nieskończoność. Postaram się jednak nad tym zapanować), parę informacji na temat Anglii XV wieku. 

Panorama Anglii XV wieku wygląda następująco - większość kraju pokrywają lasy. Nie są ona może tak wielkie jak litewskie knieje czy amerykańskie lasy (które dla angielskich kolonizatorów były niczym niekończący się labirynt drzew), ale i tak większość kraju w owym czasie porasta mnogość drzew. Polany zaś były miejscem głównie wypasu ogromnych stad owiec (sukiennictwo było w owym czasie podstawą gospodarki Anglii, zaś w czasach Tudorów Anglia stanie się prawdziwym eksporterem wełny na całą Europę, podobnie jak Rzeczpospolita polsko-litewska była największym eksporterem zboża), zaś gruntów uprawnych było znacznie mniej na Wyspie. Kraj szpeciły jednak wyludnione i wymarłe wsie, których w XV wieku wciąż było sporo (efekt epidemii Czarnej Śmierci z która nawiedziła Anglię w latach 1348-1349), teraz przejętych przez nowych właścicieli, zagrodzonych, częściowo rozebranych i przeznaczonych pod wypas owiec. Dobrze utrzymane były jedynie drogi główne, boczne zaś trakty, były w tak złym stanie i tak niebezpieczne, że bez lokalnego przewodnika często nie można ich było przebyć (drogi zamieniały się w bajora po intensywnych opadach, a ponieważ deszcze wówczas padały znacznie częściej niż obecnie, trakty takie prawie ciągle były nieprzejezdne). Poza tym na drogach i w lasach grasowali rabusie, których liczba znacznie wzrosła w XVI wieku (prekursor zakładania kolonii w Ameryce sir Humphrey Gilbert tak oto pisał w 1576 r. w swym traktacie o konieczności wypraw dalekomorskich i zakładaniu kolonii w Nowym Świecie: "Będziemy także mogli zasiedlić niektóre części tych ziem, umieszczając tam ubogich naszego kraju, którzy są obecnie kłopotem dla państwa i którzy nędzą zmuszeni popełniają ciężkie przestępstwa, za które codziennie giną na szubienicach".

Miasta były ludne, ale... bez przesady, Londyn liczył ok. 1470 r. prawie 70 000 mieszkańców (gdzie mu było np. do stolicy Azteków - Tenochtitlan, zasiedlonego przez ponad 500 000 Indian środkowoamerykańskich). Drugim, pod względem liczby ludności miastem w Anglii był York (ok. 15 000 mieszkańców), a reszta miast nie przekraczała 7 000 ludności. Anglicy owego czasu byli jednak postrzegani przez przybyszów jako samolubni, zaściankowi i przywiązani do tradycji ("Gdyby król zaproponował jakąkolwiek zmianę starych ustanowionych reguł, każdy z nich odniósłby wrażenie, jakby odebrano mu życie"). Francuzi zaś określali ich jako cholerycznych i swawolnych (swoją droga, ciekawe że w XIX i XX wieku takie same opinie mieli Anglicy o... Polakach, np. po zwycięstwie w Bitwie Warszawskiej w sierpniu 1920 r. Lloyd George powiedział że było to możliwe jedynie wśród Polaków, narodu nieprzewidywalnego, emocjonalnego i rozgorączkowanego z którym nigdy nic nie wiadomo - a potem dodał że skoro Polacy "zaspokoili już własną próżność" powinni wreszcie zakończyć tę wojnę - miał tu również na myśli zwycięstwo warszawskie oraz zakończenie wojny z sowiecką Rosją. Swoją drogą człowiek który był gotowy bez mrugnięciem oczu oddać nie tylko Polskę lecz dużą część Europy Środkowo-Wschodniej w krwawe łapy bolszewików, jeszcze śmiał dawać nam jakieś lekcje co do tego jak powinniśmy postępować z czerwonym przedpieklem), choć jednocześnie podziwiali waleczność angielskich rycerzy. Mimo to byli Anglicy uważani za ludzi wytwornych, rozmiłowanych w dobrym stroju, jadle i napitku. Oczywiście były widoczne różnice pomiędzy północą a południem kraju, gdzie bogatsi południowcy byli bardziej skorzy do wygód i uciech życia, a zamieszkujący północ Anglicy postrzegani jako bardziej nieokrzesani.

Kraj był podzielony nie tylko na bogate południe i biedną północ, ale również istniały (znacznie większe niż dziś) różnice w dialektach na poszczególnych terenach i często mieszkańcy sąsiednich hrabstw mieli trudność ze swobodnym porozumiewaniem się ze sobą (mało tego, często dochodziło do takich paradoksów, iż mieszkańcy jednego hrabstwa uważali siebie za Anglików a swój kraj za Anglię, zaś swych sąsiadów z innego hrabstwa za obcych). O ile Anglicy postrzegani byli albo jako samolubni Wyspiarze, albo dzielni i nieustępliwi rycerze (francuski kronikarz Philippe de Commines, który wychwalał dzielność Anglików, dodawał jednocześnie że i tak nie dorównują oni odwagą rycerstwu francuskiemu), to angielskie kobiety, uważane były za prawdziwe... seksualne diablice. Panowało przekonanie że najlepsze prostytutki powinny się swego fachu uczyć od najbardziej zacnych angielskich dam (oczywiście przekonanie to nie było do końca prawdziwe, bowiem ci którzy tak mówili, niewątpliwie nie znali erotycznego temperamentu Francuzek, Włoszek czy Hiszpanek). To właśnie w Anglii wyszedł zwyczaj (nie praktykowany w Europie) całowania się w usta pomiędzy kobietami a mężczyznami na powitanie (w innych krajach Europy albo podawano sobie ręce, albo też na znak szacunku całowano w rękę kobietę).




CDN.

16 czerwca 2025

MORITURI TE SALUTANT - Cz. IX

CZYLI DZIEJE IMPERIUM 
WSCHODU I ZACHODU





MIASTO RZYM 
W CZASACH OKTAWIANA AUGUSTA 
(4 r. p.n.e.)
Cz. II





 Jadąc dalej Świętą Drogą (Via Sacra - która zaczynała się na wzgórzu Velia i biegła przez Forum Romanum aż do Kapitolu) w kierunku północno-zachodnim ku Forum Romanum i mijając po swej lewej stronie Palatyn, opuszczam region Capita Bubula (północno-wschodni obszar Palatynu) i budynek 4 starych Kurii (zobacz zobacz mapa Starożytnego Rzymu), po prawej zaś stronie roztacza się przede mną wzgórze Velia i na nim ładnie zachowany budynek (z czasów późno-republikańskich) rzymskiego domostwa, na którym znajduje się wymowny napis: "Pan niech strzeże twego wejścia i twego wyjścia" (ów budynek znajduje się po lewej stronie ulicy, po której w czasach Wespazjana i Tytusa po prawej stronie tej samej ulicy powstanie sławne Koloseum, którego otwarcie będzie miało miejsce w roku 80 naszej ery. Dodam jeszcze, że pozostałości budynku o którym właśnie wspomina wymyślona przeze mnie na potrzeby tej konwencji postać Gajusza Sylwiusza Kastora zostaną odkopane przez współczesnych archeologów i będą znajdowały się pod wschodnią stroną podium zbudowanej w późniejszym czasie Świątyni Wenus i Romy - której to umiejscowienie znajduje się na powyższej mapie). Jedziemy dalej. Gdy dojeżdżam do skrzyżowania z Via Nova (która biegła ku południowi i przechodziła przez środek Palatynu - mapa) moim oczom ukazują się prace renowacyjne przy Świątyni Larów - rozpoczęte niedawno przez naszego Augusta (prace renowacyjne przy Świątyni Larów zaczęły się właśnie w roku 4 p.n.e.). Pracują tutaj cechy murarzy, cieśli, przewoźników (korporacje transportowe), malarzy i wielu innych (każdy zawód w Rzymie związany z pracą w budowlance czy wykończeniach wnętrz, miał swój odrębny cech i tak był cech woźniców, cech malarzy, cech żeglarzy - którzy transportowali potrzebne materiały Tybrem itd.) itp. niektóre z tych korporacji rzemieślniczych wykorzystują do tych prac niewolników, ale w większości pracują tam ludzie wolni. 

Piękna świątynia naszych Larów wkrótce odzyska swój blask (bożek zwany Larem miał swe podwójne znaczenie w religijności starożytnych Rzymian. Przede wszystkim był to ojciec domu - opiekun całej familii, do którego szczególnie modlono się o bezpieczny powrót do domu {lub też do określonego celu} i powodzenie w różnych przedsięwzięciach które miały zabezpieczyć rodzinę. W swym dzielę "Kupiec" Plaut wkłada w usta głównego bohatera - który musi opuścić rodzinny dom - takie oto słowa: "Koniec ze mną! O Penaty, w bogi mych ojców, i ty, Larze, ojcze domu, wam oto polecam mienie mych rodzicieli - strzeżcie je tu dobrze! Szukać mam innego Lara i innych Penatów, innych miast, ojczyzny innej - mam dosyć tych Aten!" Następnie ów mężczyzna zwraca się do swej małżonki: "A ty, żono, módl się, żeby to mieszkanie przyniosło nam szczęście, pomyślność i powodzenie"). Były jednak jeszcze Lary przydrożne - którym często stawiano kapliczki na rozstajach dróg {w Pompejach takich kapliczek znaleziono bardzo wiele}. Tymi kapliczkami opiekowali się mieszkańcy okolicznych domów znajdujący się na danej ulicy, a zajmowanie się nimi było niezwykle zaszczytnym obowiązkiem, przez co niekiedy dochodziło do kłótni między sąsiadami o to, kto może pierwszy modlić się do przydrożnych Larów i kto odpowiada za utrzymanie danej kapliczki. Ostatecznie z reguły dzielono ten czas pomiędzy mieszkańców danej ulicy. Natomiast święto Larów przydrożnych było świętem ruchomym i wyznaczał je pretor wkrótce po zakończeniu Saturnaliów, w dniu pełni księżyca grudniowego. To święto było szczególnie ulubione przez niewolników, jako że po wspólnej modlitwie członków rodziny rozpoczynała się uczta, w której często brali udział mieszkańcy całej ulicy, lub też jej fragmentu. Natomiast niewolnicy tego dnia mieli większą swobodę, dostawali też od swych panów dzban wina, aby również mogli świętować "dzień Larów". Było to szczególnie wesołe i radosne święto dla domowników, które często kończyło się opowiadanymi sobie dowcipami, popisami artystycznymi, albo też zapasami czy walką na pięści czy to niewolników, czy też ludzi wolnych). Świątynia Larów nie jest duża (przypominała bardziej niewielką kapliczkę) a mieści się przy bramie mugońskiej (Porta Mugonia) i Świątyni Jowisza Statora (nieopodal Świątyni Larów 75 lat później powstanie Łuk Tytusa).


TRIUMF TYTUSA 
PROCESJA ZMIERZA NA KAPITOL 
71 r.



Świątynia Jowisza Statora ("Stojącego", "Stałego") znajduje się nieco na południe od Świątyni Larów, choć praktycznie do niej przylega. Według legendy świątynię tę założył sam Romulus - nasz pierwszy król, składając przysięgę Jowiszowi w czasie bitwy z Sabinami (gdy ci przybyli po swoje kobiety, które wcześniej pierwsi Rzymianie pod wodzą Romulusa porwali ich kraju - do tego porwania miało dojść - jeśli legenda jest prawdziwa - w sierpniu 753 r. p.n.e., czyli wkrótce po założeniu miasta, wytyczeniu etrusco ricu {miejskiej granicy, która wówczas obejmowała jedynie wzgórze palatyńskie), oraz po zabójstwie Remusa przez Romulusa). Świątynia ta zbudowana została przy ówczesnej bramie mugońskiej, zamykającej wówczas drogę na Palatyn (wzgórze palatyńskie w czasach Romulusa i późniejszych królów, było tak naprawdę właściwym miastem, na którym to mieściło się najpierw kilka, potem coraz więcej drewnianych chatek). Istnieje jednak i inna teoria, która mówi że Romulus nie zbudował Świątyni Jowisza Statora, a jedynie poświęcił teren pod jej budowę (miejsce to było uświęcone aż do roku 294 p.n.e. gdy ostatecznie konsul Marek Atiliusz Regulus w czasie jednej z bitew z Samnitami, ślubował jej zbudowanie i zobowiązał do tego senat który na koszt państwa rozpoczął prace). Prawdopodobnie świątynię tę zbudował Senat na wniosek Marka Atiliusza Regulusa (Owidiusz umieszcza Świątynię Jowisza Statora tuż przed Palatynem, przy Porta Mugonia, na południe od Via Sacra i przy Via Nova, nieopodal domu Tarkwiniusza Pysznego {siódmego i ostatniego króla Rzymu - jego panowanie przypadać ma na lata 535-510 p.n.e.}. Owidiusz podaje też datę poświęcenia świątyni na 27 czerwca. W świątyni Jowisza Statora odbyło się też posiedzenie Senatu, zwołane przez Marka Tulliusza Cycerona w roku 63 p.n.e. - gdy ten sprawował swój konsulat i na początku zamachu stanu, który próbował przeprowadzić Lucjusz Sergiusz Katylina, a który Cyceron krwawo stłumił).


OSKARŻENIE KATYLINY PRZEZ CYCERONA O PRÓBĘ ZAMACHU STANU



Na skrzyżowaniu w Via Sacra (z ulicą o nieznanej w starożytności nazwie, zwanej przez historyków i archeologów dla uproszczenia klifem palatyńskim) po prawej stronie (jadąc od późniejszego Koloseum w kierunku Forum Romanum) znajduje się druga Świątynia Honosa i Virtusa (o pierwszej, zlokalizowanej przy wejściu do bramy kapeńskiej pisałem w poprzednich częściach) czyli świątynia honoru i męstwa, wzniesiona za konsulatu Gajusza Mariusza (w 101 r. p.n.e.), miała stać się częścią projektowanego przez Mariusza, a ostatecznie niezrealizowanego Forum (nad którym prace zaczęły się w 98 r. p.n.e. i szły niezwykle opornie, a ostatecznie zostały przerwane przez wojnę z Italikami, a potem wojnę domową). Świątynia ta znajduje się na południowo-zachodnich zboczach wzgórza Velia, na linii augurów (Arx) (potem w jej pobliżu stanie Łuk Tytusa, a także południowo-zachodni portyk Świątyni Wenus i Romy). Ponieważ nadal jadę Via Sacra w kierunku Forum Romanum i nie skręcam w ulicę wiodącą ku Palatynowi, warto jednak dodać, że na południe od Świątyni Jowisza Statora znajdują się pozostałości bramy mugońskiej - wiodącej na Palatyn w czasach Romulusa. Te resztki są słabo zachowane i praktycznie ta brama już nie istnieje. Jadąc dalej, nieco na północ od świątyni Honosa i Virtusa znajduje się magazyn i hale (centrum handlowe) przy Via Sacra. Jest to bez wątpienia najbardziej popularne miejsce robienia zakupów w Rzymie, umiejscowione w samym centrum miasta. Budynek ten wzniesiony został prawie stulecie temu, a ma kształt jednej dużej hali, otoczonej czterema dziedzińcami, na których mieszczą się sklepy, stragany i tawerny. Handluje się tutaj praktycznie wszystkim (głównie żywnością, precjozami, a także kosztownymi naszyjnikami i pierścieniami), oczywiście oprócz niewolników (są na to inne miejsca). Jest to również częste miejsce spotkań Rzymian obojga płci, gdyż znajduje się tam również niewielka łaźnia (która oczywiście miała wejścia do basenów dla mężczyzn i kobiet).




Kątem oka - przejeżdżając ulicą - dostrzegam stosy owoców wyłożone w koszach przy straganach na owej hali targowej, przekrzykujących się handlarzy win - najróżniejszych gatunków, sprowadzanych do portu w Ostii z najdalszych regionów Imperium. Można tam kupić wino galijskie i greckie, a także coraz częściej wina syryjskie. Dostrzegam też dwie kobiety - prawdopodobnie przyjaciółki - które pochylają się nad straganem z jedwabną odzieżą. Obie ewidentnie pochodzą z klasy wyższej, jako że (w roli ochroniarza i tragarza) towarzyszy im niewolnik o śniadej cerze, który z posępną miną złowrogo przygląda się każdemu, kto tylko zbliża się do owych dam. My w każdym razie jedziemy dalej. Po drugiej stronie tej ulicy (Via Sacra) na południe od hal targowych, mieści się przepiękna rezydencja rodu Emiliuszy. Jej właścicielem jest znany poeta i mówca Mamerkus Emiliusz Skaurus. Jest on wnukiem pretora (z 56 r. p.n.e.) Marka Emiliusza Skaurusa - przyjaciela Pompejusza Wielkiego i synem Marka Emiliusza Skaurusa Młodszego, który był przyrodnim bratem Sekstusa Pompejusza - syna Pompejusza Wielkiego, po matce, Murcji, byłej żonie Gnejsza Pompejusza Wielkiego). Początkowo był on mocno związany ze swym przyrodnim bratem i nawet udał się z nim na Sycylię, którą ten kontrolował i na której ogłosił się nawet z "Synem Neptuna" tworząc tam swoiste pirackie państewko. Ostatecznie zdradził Sekstusa, wydając go w ręce ludzi Marka Antoniusza. Po bitwie pod Akcjum wpadł Emiliusz Skaurus w ręce Oktawiana Cezara, ale ostatecznie (dzięki wsparciu swej matki) uzyskał przebaczenie. Mamerkus nie zajmuje się już jednak polityką, woli poezję i spędzanie czasu na ucztach i przyjęciach. Należy też do jednych z najzamożniejszych współczesnych Rzymian. Opowiem może o wyglądzie jego villi, bo na to zasługuje ten wspaniały budynek, zatem...




CDN.
 

14 czerwca 2025

MORITURI TE SALUTANT - Cz. VIII

CZYLI DZIEJE IMPERIUM 
WSCHODU I ZACHODU





MIASTO RZYM 
W CZASACH OKTAWIANA AUGUSTA
(4 r. p.n.e.)





Nasz spacer po Imperium Rzymskim począwszy od rządów Oktawiana Cezara a skończywszy na inwazji plemienia Longobardów na Italię w roku 568, rozpoczniemy od ówczesnego centrum świata, czyli miasta Romulusa, wzniesionego na siedmiu nadtybrzańskich wzgórzach, które to miasto od czasów Cesarstwa poświęcone było bogini Romie i Augustowi. Prześledźmy dokładnie jak wyglądało to miasto w 23 lata po tym, jak Oktawian Cezar zrzekł się władzy imperatorskiej i konsularnej przed Senatem, a Senat "wyprosił" na nim pozostanie u władzy, dając mu najpierw imperium na kolejne 10 lat, a potem znów je przedłużając. Uznałem że rok 4 p.n.e. będzie najlepszy do rozpoczęcia tej podróży, jako że od trzech lat miasto Rzym było podzielone na 14 nowych dzielnic (tribus). August w 7 r. p.n.e. dokonał reformy administracji miasta, dzieląc dotychczasowe 4 dzielnice na mniejsze ośrodki, którymi zarządzali prefekci dzielnicowi. Oczywiście Rzym w tym czasie znacznie się poszerzył terytorialnie. Już zresztą za Cezara, Sulli czy nawet braci Grakchów w drugiej połowie II wieku p.n.e. miasto Rzym przekroczyło ciasny gorset murów serwiańskich i zaczęło rozbudowywać się poza obszarem pierwotnego urbs (miasta). Nowy podział pociągnął za sobą również reformę straży pożarnej, gdyż każda z dzielnic otrzymała swoją własną straż ogniową, aczkolwiek już rok później (w 6 r. p.n.e.) August uznał że to jest nieefektywne i powołał stałego urzędnika do spraw pożarnictwa (wywodzącego się zawsze ze stanu ekwitów), czyli prefekta vigilum, który miał pod sobą brygadę strażaków, liczącą już wówczas 3500 ludzi (podzielonych na 7 oddziałów - kohort). Wszyscy strażacy miejscy musieli być wyzwoleńcami (taki był wymóg), tak więc obywatel rzymski realnie nie mógł zajmować się gaszeniem pożarów. 

Miasto Rzym w roku 4 p.n.e. liczyło już prawie milion mieszkańców (można to wyliczyć z prostego faktu, w 5 r. p.n.e. August chwalił się że rozdał po 60 denarów każdemu z 320 000 obywateli pochodzących z plebsu. A ponieważ do tej listy nie zaliczano kobiet i dzieci, tylko samych mężczyzn i chłopców którzy ukończyli 11 rok życia, to można śmiało założyć że liczba wolnych obywateli (plebejuszy) mężczyzn, kobiet i dzieci wynosiła mniej więcej w tym czasie 675 000 mieszkańców. Do tej liczby należy dodać przedstawicieli stanu ekwitów, nobilitas, niewolników, ludzi przyjezdnych (których w Rzymie nigdy nie brakowało), 10 000 korpus pretoriański (który wówczas jeszcze nie był skoszarowany w jednym miejscu), oraz licząca tyle samo (mniej więcej - nie mam bowiem dokładnych statystyk odnoszących się do tej formacji w czasach Augusta) straż miejska (swoista policja rzymska). Z tej liczby 320 000 najbiedniejszych obywateli należy odjąć również 150 000 tych, których żyli w nędzy i których nie było stać nawet na jedzenie, a co za tym idzie byli uprawnieni do darmowych racji zboża (taka bowiem liczba najbiedniejszych obywateli rzymskich figuruje w spisach kontyngentów zboża przyznawanych w czasach Cezara i Augusta). Zabezpieczenie Rzymu w zboże (z Egiptu i z Afryki), a tym samym rozwiązanie problemu głodu w mieście, było obowiązkiem każdego rzymskiego władcy, również przed epoką Cesarstwa (w końcu czy to dyktatorzy, triumwirowie czy konsulowie, musieli oni potem tłumić rozruchy rozszalałego z głodu rzymskiego ludu), dlatego też wszelkie uzurpacje czy bunty, które wybuchały w prowincji Afryka czy w prowincji Egipt, mogły zaważyć na władzy tego, lub innego imperatora (zresztą tamte prowincje były na ogół bezpieczne i spokojne, szczególnie Afryka była niezwykle bogata i jakby żyjąca w innym świecie, biorąc pod uwagę że barbarzyńskie hordy z północy niszczyły prowincje naddunajskie i nadreńskie, wchodziły do Italii, Dalmacji a nawet do Grecji, południowa zaś w Hiszpania też była atakowana (od czasów Marka Aureliusza) przez berberyjskie hordy z północnej Afryki (jakaś analogia nam się tutaj nasuwa 🤔), natomiast prowincja Afryka, ze swą stolicą w Kartaginie (odbudowanej przez Cezara w roku 45 p.n.e. po stu latach od zniszczenia przez Publiusza Korneliusza Scypriona Afrykańskiego Młodszego) tylko się bogaciła, i liczyła sestercje.




Rok 4 p.n.e. wybrałem również jako początek naszej podróży po Imperium Rzymskim również dlatego, że tym roku w odległej od centrum ówczesnego świata miejscowości Betlejem narodził się Jezus zwany Chrystusem - Syn Człowieczy wysłany tutaj z bożą misją "naprawy świata". Tyle gwoli wstępu. Ponieważ jednak chciałbym aby ta nasza podróż przybrała nieco charakter swoistej opowieści, przeto tak właśnie zamierzam uczynić i podróż swoją po Rzymie rozpocznę powrotem do tego miasta (z dalekiej syryjskiej prowincji) pewnego rzymskiego nobila - Gajusza Sylwiusza Kastora (przydomek "kastor" uzyskał jeszcze jego dziadek Tytus Sylwiusz, który walczył w X Legionie Cezara w Galii, a zdobył go w bitwie z belgijskimi plemionami Nerwiów, Atrebatów i Wiromandów nad rzeką Sabis w roku 57 p.n.e., gdy Rzymianie budujący obóz zostali niespodziewanie zaatakowani. Tytus Sylwiusz zdążył zbudować jednak takie umocnienia, gdzie znaczna część wysuniętych posterunków budujących obóz, zdołała się schronić na bagnistym terenie rzeki Sabis, nim wreszcie nadeszła odsiecz Tytusa Labienusa. Po bitwie otrzymał więc przydomek "kastor" czyli bóbr). Tak więc jego wnuk, Gajusz Sylwiusz Kastor wraca z Antiochii przez port w Brundyzjum Via Appia i przejeżdża przez południowo-wschodnią bramę miejską, czyli Porta Capena (od razu pragnę oświadczyć, że opis którego tutaj dokonam, jest opisem Rzymu dokładnie z czasów Augusta, nie z okresu późniejszego czy wcześniejszego, natomiast w późniejszych wpisach będę jedynie dodawał opis powstawania nowych publicznych budynków, świątyń lub ewentualnie willi i domów czynszowych - jeżeli takowe powstały): 




Nim przekroczyłem bramę miejską w dzielnicy Porta Capena, nim wjechałem do miasta, noc jeszcze okrywała ziemię swoją poświatą, a blask słońca nie mógł się przez nią przebić. Nie było mnie w Rzymie cztery lata, w czasie których pełniłem urząd namiestnika prowincji syryjskiej, gdy zostałem tam wysłany po powrocie z kampanii nadreńskiej i po śmierci Klaudiusza Druzusa Germanika, młodszego syna Liwii Druzylii o której to krążyły plotki, że to na jej polecenie życia pozbawił Druzusa wysłany przez nią lekarz (wrzesień 9 r. p.n.e.). Widziałem wówczas rozpacz dostojnej Antonii (córki Marka Antoniusza i Oktawii - siostry Augusta) i tak zachodzę w głowę, że doprawdy trudno mi znaleźć drugą taką rodzinę w Rzymie, która by się tak miłowała. Trójka dzieci zrodzonych z tego związku: Germanik, Liwilla i młody niepełnosprawny Klaudiusz, zostali sierotami. Druzus nie miał nawet 30 lat gdy tam, w nadreńskim obozie oddał swe ostatnie tchnienie, ja zaś mam lat 35, jestem więc w wieku Julii, jedynej córki Cezara Augusta. To bardzo sympatyczna i otwarta kobieta, chociaż mam wrażenie że nieco... za otwarta (😘). Gdy zbliżam się do Porta Capena - miejskiej bramy, prócz odgłosów kopyt koni z mojego orszaku, nic więcej nie słychać, miasto zdaje się być pogrążone w zupełnej ciszy. Nim jednak przekroczyłem bramę miejską, po lewej stronie na Drodze Appijskiej którą jechałem, rozciągał się widok zalesionych ogrodów Asyniusza (200 lat później w tym miejscu powstaną termy Karakalli). Po prawej stronie drzew było znacznie mniej, jakieś drobne budynki - bardziej wiejskie niż miejskie i gdzieś tam w oddali migocząca (gasnącym blaskiem pochodni) na wzgórzu willa (Celimontana). Następnie po prawej stronie mijam Camenarum, czyli Fons Camenae (fontannę kamenaryjską). To źródło, leżące tuż przed wjazdem do miasta, w świętym gaju wodnych muz, zwane jest również fontanną Egerii, jako najważniejszej z bogiń słodkiej wody, boskich pomocnic Neptuna. Ów obszar świętego gaju jeszcze kilkanaście lat temu był bardziej zalesiony, jednak na polecenie Augusta sporą część drzew ścięto, teren nieco wyrównano, a te z drzew które pozostały, objęto ochroną (nie wolno ich ściąć pod groźbą kary śmierci). 




Na horyzoncie widać już połyskujące pierwsze promienie wschodzącego słońca, gdy dostrzegam dwie święte dziewice Westy, pochylone nad nimfeum boskiej sadzawki z doliny Egerii. To właśnie tylko z tego jednego źródła mogą zaopatrywać się w wodę westalki i czynią to tuż przed świtem, aby pozostałe siostry - jak wstaną z łoża - miały już wodę (do picia i do mycia). Pochylam głowę w ukłonie przed świętymi panienkami, boskimi dziewicami Westy i jadę dalej. Następnie moim oczom ukazuje się (wciąż patrząc w prawą stronę od drogi appijskiej, jadąc w stronę Cyrku Wielkiego) podwójna świątynia Honosa i Virtusa - dwóch bogów, którzy odpowiadają honorowi i męstwu. Do starej świątyni Honosa - zdobywca Syrakuz Marek Klaudiusz Marcellus (który w czasie niezwykle uciążliwego oblężenia tego greckiego miasta w latach 214-212 p.n.e. -należy bowiem pamiętać że Grekom swoimi wynalazkami pomagał wówczas Archimedes, a jednym z jego dzieł była wielka żelazna łapa, która miała chwytać rzymskie okręty i je miażdżyć) ślubował bogom po zwycięstwie odnowienie świątyni honoru i wzniesienie świątyni męstwa). Prace rozpoczęto (w roku 208 p.n.e.) ale kapłani nie zgodzili się na poświęcenie odrestaurowanej świątyni dwóm bogom jednocześnie - Honosowi i Virtusowi, gdyż gdyby w tym przybytku zdarzył się jakiś cud, nie wiedziano by któremu z bogów za to podziękować i któremu złożyć ofiary. Sprawę rozwiązano więc w prosty sposób, do odnowionej świątyni Honosa Marcellus dobudował drugą świątynię Virtusa, tak, że teraz jedna świątynia stoi obok drugiej - z tym że do świątyni Honosa można wejść tylko przez świątynię Virtusa (innymi słowy, żeby zdobyć honor, należy wcześniej wykazać się męstwem). Budowę owych świątyń zakończył jednak dopiero syn Marcellusa (konsekracja miała miejsce w 205 r. p.n.e.), gdyż temu wcześniej się zmarło (jeszcze w 208 r. p.n.e.). Z tego co opowiadał mi dziadek, to w czasach jego pradziada świątynia ta pełna była jeszcze łupów zdobytych przez Marcellusa w Syrakuzach, dziś zaś już praktycznie nic z tego nie pozostało. Przed wejściem do tej świątyni stoi niedawno wzniesiony (19 r. p.n.e.) ołtarz Fortuny Redux, który miał upamiętnić zwycięski powrót naszego Cezara Augusta ze Wschodu (gdy w roku 20 p.n.e. August porozumiał się z Partami i w pokojowy sposób odzyskał zarówno sztandary jak i żyjących jeszcze w partyjskiej niewoli ostatnich żołnierzy armii Marka Licyniusza Krassusa, który poniósł klęskę w bitwie pod Carrhae w 53 r. p.n.e. Było to wielkie zwycięstwo, choć odniesione drogą pokojową, dlatego też wzniesiono przy świątyni Honosa i Virtusa ołtarz bogini Fortuny). W świątyni Honosa i Virtusa znajdują się również grobowce Klaudiusza Marcellusa i jego syna.

Wreszcie mijam bramę kapeńską, której wrota notabene są ciągle wilgotne i mokre (brało się to stąd, że nad Porta Capena przechodził akwedukt Aqua Appia i woda stamtąd po prostu skapywała prosto na bramę). Jestem już w Urbs, bezpośrednio za murami serwiańskimi, choć ich stan techniczny pozostawia wiele do życzenia. Ale któż mógłby zagrozić miastu Romulusa? Ostatni raz stanęły tam oddziały Italików (Samnitów i Lukanów) jakieś 80 lat temu (w roku 82 p.n.e. pokonał ich wówczas w bitwie pod Bramą Kollińską przybyły ze swymi legionami z Grecji - Lucjusz Korneliusz Sulla. Miasto powoli budzi się do życia, choć niektórzy mówią że Rzym nigdy nie zasypia - ale ta cisza która wita mnie wjeżdżającego, może zaświadczyć że tak nie jest. Pod bramą kapeńską swoje "legowiska" mają żebracy. Jest też dużo cudzoziemców, tym Żydów. Potrafię ich odróżnić, w Syrii też ich było sporo. Obecnie stan bezpieczeństwa w mieście bardzo się poprawił, ale jakieś 20 kilka lat temu nie było tak wesoło. Bandy najróżniejszych rzezimieszków kontrolowały poszczególne ulice i regiony miasta, jak również hale targowe w Emporium i na Forum Boarium (Byczy Rynek). Jak wiadomo wojny domowe i wewnętrzna anarchia służą powstawaniu takich właśnie kreatur. Ale to już dawno się skończyło, pamiętam że byłem jeszcze chłopcem, gdy nasz Cezar August ukrócił ich bandycką samowolę. Dalej kieruję się prostą drogą ku północy (ta ulica o której wspomina nasz bohater, ma nieznaną nazwę starożytną. Wiadomo tylko że od lat 80-tych I wieku "prawdopodobnie" zwano ją ulicą przy Koloseum, bo tam właśnie znajdował się ów amfiteatr. W średniowieczu zaś otrzymała ona nazwę ulicy św Grzegorza). Dużo tu jest tawern (tabernae - czyli sklepy, gdzie można było coś zjeść i się napić). Mieszczą się one na parterach domów czynszowych (insulae). Teraz jednak, gdy już słońce zaczyna wschodzić, kupcy i sprzedawcy pojawiają się przed swoimi sklepami, wyjmują ciężkie drewniane płyty wpuszczone w podłogę i odbezpieczają rygle. Dzień się rozpoczyna, czekają na klientów których nigdy nie zabraknie (notabene któż wie że to właśnie Rzymianie wymyślili fast foody, czyli szybkie dania, które można było zjeść w trakcie spaceru. Oczywiście były to potrawy dosyć proste i tanie, przeznaczone bezpośrednio dla najuboższych. Myślę też, że gdybyśmy cofnęli się do tamtych czasów i zjedli takiego fast fooda, to moglibyśmy po nim dostać albo biegunki, albo wzięłoby nas na wymioty. Lepiej bowiem było udać się do nieco droższej karczmy, gdzie można było zjeść coś stałego - choć oczywiście tamte potrawy też były na gorąco).




Po prawej stronie mijamy piękną willę w starym stylu (z czasów republikańskich). Widać krzątających się po obejściu niewolników, którzy zawsze wstają pierwsi gdyż mają mnóstwo pracy. Ta willa (należąca do jakichś dostojnych nobili) nie jest jednak duża, choć nieco odizolowana od reszty zabudowań. Ściany przypominają raczej fortecę, okna są małe i umieszczone wysoko, dom (domus) pozbawiony jest też balkonów. Jest to jednak dosyć stary budynek, pamiętający zapewne czasy Scypionów (ta willa przetrwała bardzo długo i ostatecznie została zniszczona dopiero w roku 1939 gdy rozpoczęto budowę nowej linii metra w Rzymie). Drzwi owej willi są grube, drewniane, na których znajduje się metalowa kołatka w formie pierścienia, którą podtrzymuje wilcza głowa odlana z brązu. Mój dom znajduje się nieco dalej, na Kwirynale - dokąd też zmierzam, ale ta willa na wzgórzu Celius - pomimo tego że nie jest zbyt obszerna (w rzymskich warunkach ciasnych ulic i blisko stojących obok siebie budynków, większe wille były rzadkością), to jednak ma w sobie ukryte piękno. Ale nie ma co się zbyt długo nad tym zastanawiać, jedźmy dalej. Dosłownie po drugiej stronie ulicy którą podróżuję, tuż na wschodnich zboczach wzgórza palatyńskiego (ulica o której piszę, biegła pośrodku wzgórza Celius po stronie prawej - jeśli jedziemy {tak jak nasz bohater} ku północy - i wzgórza Palatyn po stronie lewej), znajduje się świątynia Fortuny Troskliwej (Fortuna Respiciens). Było to miejsce schronienia dla wszelkiego rodzaju żebraków i pozbawionych domu ubogich, choć przebywanie tam w ciągu dnia było surowo zabronione przez kapłanów, a jedynie nocą można było przycupnąć przy murze świątynnym i przespać się. Dalej dojeżdżając do skrzyżowania ulic, skręcam w lewo (jeśli spojrzymy na przytoczoną wyżej mapę Rzymu, jest to dokładnie miejsce u południowych stóp Koloseum, czyli Amfiteatru Flawiuszów, które w omawianym przeze mnie okresie jeszcze nie istniało). Jest to tak zwany obszar Capita Bubula, na której znajduje się po mojej lewej stronie (wciąż Palatyn mam po stronie lewej, natomiast po prawej znajduje się dzielnica zwana Świątynią Pokoju - Templum Pacis). Na Capita Bubula znajduje się budynek Starych Kurii (Curiae Veteres - czyli czterech tradycyjnych podziałów ludu rzymskiego, ustanowionych według legendy jeszcze przez Romulusa - pierwszego króla). Owe sanktuarium czterech kurii ma już dziś zastosowanie czysto historyczne, a nie praktyczne. Już świta, słońce wzeszło a noc ustąpiła. Nim dojadę na Kwirynał, przejadę jeszcze przez Forum Romanum (potem wrócimy jeszcze do poszczególnych dzielnic, omawiając dokładnie i skrupulatnie wszystkie ważne miejsca jakie znajdowały się wówczas w Rzymie w czasach Oktawiana Augusta).




CDN.

MORITURI TE SALUTANT - Cz. VII

CZYLI DZIEJE IMPERIUM 
WSCHODU I ZACHODU





PROLOG
Cz. VII




Najczęściej dzieje się tak, że ważne wydarzenia historyczne dzieją się prawie niezauważenie, przemykają między nami jak woda przelewa się przez palce. Następne pokolenia zaś uczą się o tych doniosłych wydarzeniach z ksiąg historycznych w taki sposób, że daty owych wydarzeń, stanowiące cezury początku jednej i końca innej epoki to jakby inny świat, biorąc pod uwagę że najczęściej współcześni tym wydarzeniom w ogóle ich nie dostrzegali. Dziś na przykład uczymy się że w roku 476 upadło Zachodnie Cesarstwo Rzymskie, czyli jest to cezura historyczna oznaczająca koniec pewnej epoki i początek innej. A gdybym powiedział że współcześni temu wydarzeniu Rzymianie (czy mieszkańcy Italii)... w ogóle tego nie zauważyli. Jaki koniec Cesarstwa, co prawda ówczesny opiekun 11-letniego cesarza Romulusa Augustulusa - Odoaker (wywodzący się z ludów północnych, zwanych "germańskimi") usunął władcę z tronu (którego powołał Nani zaledwie rok wcześniej) a cesarską koronę odesłał do Konstantynopola, do cesarza rzymskiego Wschodu - Zenona. Tym samym chciał zyskać poparcie Wschodniego Cesarstwa dla swoich planów, gdyż ogłosił się on królem Rzymian. Można by więc było sądzić, że wydarzenie takie było doniosłe, gdyż na taką skalę nic podobnego wcześniej się nie zdarzyło (20 lat wcześniej inny "barbarzyński" wódz Rycymer, też był "twórcą cesarzy", którzy realnie byli jego marionetkami, a ci, którzy starali się wybić na niezależność, byli usuwani i zastępowani innymi, ale on nie odesłał cesarskiej korony na Wschód). Można więc było sądzić, że ten akt został odnotowany i zapamiętany przez współczesnych temu Rzymian. Nic bardziej mylnego, oczywiście usunięcie chłopca i przyjęcie tytułu króla Rzymian przez Odoakera zostało zauważone, ale sądzono że to jest chwilowy kaprys losu i że wkrótce Cesarstwo na Zachodzie powróci (tym bardziej że w Dalmacji - za zgodą Zenona - przebywał, obalony w 475 r. cesarz Zachodu - Juliusz Nepos). Tak się jednak nie stało, Odoaker został królem Rzymian i władał Italią aż do swej śmierci w roku 493.


CEZAR STOJĄCY NAD BRZEGIEM RUBIKONU 
(Styczeń 49 r. p.n.e.)






Podobnie rzecz miała się z przekroczeniem Rubikonu przez Cezara. Owszem była to rzeka graniczna pomiędzy Italią a Galią z Cisalpejską (Przedalpejską), ale bez przesady, to była tak naprawdę rzeczka, bez większego znaczenia strategicznego (do jej przekroczenia nie trzeba było budować nawet mostu). Ale przejście tej rzeki w styczniu 49 r. p.n.e. przez Gajusza Juliusza Cezara rozpoczęło wojnę domową z Senatem i Pompejuszem, która zakończyła się najpierw zwycięstwem Cezara, a potem śmiercią w teatrze Pompejusza w marcu 44 r. p.n.e. niby nic, a tak to się zaczęło. Podobnie rzecz miała się z Oktawianem Cezarem, który w styczniu roku 27 p.n.e. udawał się do Kurii Julii na obrady Senatu, gdzie zdecydowany był zrezygnować z dalszej władzy imperatorskiej i żyć odtąd jako człowiek prywatny. Oczywiście miał on w tyle głowy co to może oznaczać (ewidentny przykład dyktatora Korneliusza Sulli), a mimo to zdecydował się na taki krok. W Senacie Oktawian zabrał głos, deklarując że osiągnął wszystko to, co zapowiadał, odnowił i przywrócił Rzeczpospolitą, przeto od tego dnia (16 stycznia) rezygnuje z wszelkiej władzy i zamierza wycofać się z życia politycznego na zawsze. Jednak ta deklaracja wywołała przerażenie i trwogę wśród senatorów, którzy jeden przez drugiego poczuli prosić go aby ich nie opuszczał, aby pozostał na czele państwa, aby dalej nim kierował, przyznając mu (na wniosek Munacjusza Plankusa) tytułu "Augusta". Był to tytuł honorowy, wyróżniający, ale nie wiązała się z nim realnie żadna większa władza niż ta, którą do tej pory Oktawian sprawował, jako triumwir, a potem jako konsul. Tytułu imperator używał już od roku 40 p.n.e., nazwisko i przydomek "Juliusz Cezar" nosił prawnie od chwili adopcji do rodu juliuszy (w testamencie zamordowanego Cezara) z marca 44 r p.n.e., teraz doszedł tylko tytuł "Augustus". Po latach, gdy 70-letni Oktawian Cezar spisywał najważniejsze wydarzenia swego życia, tak zanotował ten moment z roku 27 p.n.e. gdy miał zaledwie lat 36: "W czasie mego szóstego i siódmego konsulatu, kiedy położyłem już kres wojnom domowym, a na mocy zgodnego żądania wszystkich sprawowałem rządy nad całością, przekazałem Rzeczpospolitą spod swojej władzy senatowi i ludowi rzymskiemu, do swobodnej decyzji. Dla tej to mojej zasługi uchwałą senatu nazwano mnie "Augustus"; drzwi mego domu przybrano na koszt państwa złotymi gałązkami lauru; nad bramą zawieszono wieniec obywatelski; w gmachu Kurii Julii umieszczono złotą tarczę, której napis głosił, że ofiarował mi ją senat i lud rzymski, z powodu mej odwagi, łagodności, sprawiedliwości, pobożności. Od tego czasu nad wszystkimi górowałem powagą, władzy jednak nie miałem nic więcej niż inni, którzy byli mymi kolegami w urzędzie".


OKTAWIAN AUGUST POD KONIEC ŻYCIA 



Fajne są wspominki. Po latach człowiek chce widzieć pewne wydarzenia ze swojej przeszłości w jak najlepszych barwach, najbardziej wzniosłych, tak, aby samemu przed sobą przyznać, że coś mi się w tym życiu udało, osiągnąłem coś, czego nie osiągnęli inni, dzięki swej "odwadze, łagodności, sprawiedliwości i pobożności". Gówno prawda! I od razu chciałbym tutaj zadeklarować: Oktawian August jest postacią, do której czuję bliżej niesprecyzowaną więź. Ona jest zupełnie inna, niż mój stosunek do takich postaci jak Józef Piłsudski czy Napoleon Bonaparte (których to uważam za wielkich ludzi swoich czasów). W przypadku Oktawiana Cezara... trudno mi to nazwać, ale to jest coś takiego, jakbym czuł osobistą bliskość z tą osobą, choć trudno mi to też wyjaśnić. W każdym razie ten piękny, wyżej przytoczony opis zdarzeń, jakie miały miejsce dnia 16 stycznia 27 r. p.n.e. gdy Oktawian Cezar z ponurą miną szedł do Senatu, aby tam złożyć władzę, tak naprawdę niewiele miał z tym wszystkim wspólnego. Oktawian doskonale zdawał sobie sprawę z konsekwencji każdej swojej decyzji i jak już wspomniałem w poprzedniej części, zarówno zrzeczenie się władzy, jak i kurczowe jej się trzymanie prowadziło w rzymskich warunkach... do śmierci, trzeba było więc wymyślić coś innego. Jak już powiedziałem wcześniej (w poprzedniej części) Oktawian zrobił czystkę w Senacie, pozostawiając tylko tych, co do których uznał, że zdobyli swoje prawo do zasiadania weń w sposób uczciwy. Jednocześnie tych ludzi uzależnił od siebie i zyskał ich wdzięczność (oczywiście wiadomo że w polityce wdzięczność nie istnieje, ale mówimy tutaj o wyjątkowym przykładzie wdzięczności, takim podbudowanym 28 legionami nad którymi wciąż kontrolę sprawował Oktawian Cezar i które były mu wierne). Cóż też za przypadek, że człowiek który złożył wniosek o to, aby Oktawianowi nadać tytuł "Augusta", czyli Munacjusz Plankus, był jednym z ludzi z jego otoczenia.




Innymi słowy, Oktawian Cezar owego dnia 16 stycznia 27 r. p.n.e. nie szedł do Kurii Senatu zdecydowany oddać wszystko co posiadał, czyli całą swoją władzę i złożyć swój los w niepewną ręce senatorów (którzy zapewne również marzyli o tym, aby zdobyć taką pozycję i taką władzę, jaką piastował Cezar, a potem młody Oktawian). Nic tam nie było kwestią przypadku, nic nie zostało zdane na ślepy los. Oktawian po prostu przygotował cały plan, który w oczach ludu miał uprawomocnić go do dalszej władzy, a co za tym idzie - zapewnić bezpieczeństwo. Cały teatr, z proszącymi go o pozostanie i temu aby nie porzucał ojczyzny w potrzebie - senatorami, był wyreżyserowany, od początku do końca. Tak właśnie miało się to skończyć, Oktawian otrzymał Imperium na kolejne 10 lat, a co za tym idzie władzę nad większością legionów gdyż państwo podzielono na prowincję "cesarskie" i senatorskie. Do tych pierwszych należały Galia Zaalpejska, większa część Hiszpanii, Syria, Iliria, Galacja i oczywiście Egipt, pozostałe zaś prowincje (spokojne i w większości już zromanizowane), pozostały pod kontrolą Senatu, z tym że były one praktycznie pozbawione wojska. Nad pierwszymi władzę sprawował Cezar, przez mianowanych przez siebie prefektów, nad drugimi Senat, przez wyznaczonych namiestników prowincji. Tak oto podzielono Imperium, odnowiono Republikę i jednocześnie - całkiem niezauważalnie - stworzono zupełnie nowy ustrój zwany Pryncypatem (od określenia "princeps senatus" czyli "pierwszy senator"), lub też - jak dzisiaj się go nazywa - Cesarstwem). 

Tak oto powstał nowy ustrój, ale Imperium było stare. A jak ono wyglądało, z jakich ziem się składało, jak wyglądały poszczególne prowincje i najważniejsze miasta Imperium Rzymskiego w czasach rządów Oktawiana Augusta - czyli w ciągu czterdziestu lat (27 p.n.e. - 14 rok naszej ery)? O tym wszystkim zamierzam właśnie opowiedzieć w tej serii. Naszą podróż zaś zaczniemy od Rzymu, czyli od miasta które zmieniło się już za Cezara, ale my opowiemy o nim w czasie rządów pierwszego princepsa, czyli właśnie Oktawiana Augusta Cezara - człowieka którego nie znam znać nie mogę, ale co do którego mam wrażenie jakbym go jednak znał całe życie. 🤔




CDN.

MORITURI TE SALUTANT - Cz. VI

CZYLI DZIEJE IMPERIUM 
WSCHODU I ZACHODU





PROLOG 
Cz. VI


 OKTAWIAN CEZAR 



Triumf jaki miał miejsce 13 sierpnia 29 r. p.n.e. był pierwszym z trzech, które odbywały się kolejno po sobie w ciągu następnych dni. Ten świętowano z okazji zwycięstw Oktawiana Cezara w walkach z Dalmatami w Ilirii (w latach 35-33 r. p.n.e.). Następnego dnia świętowano zwycięstwa w bitwach morskich pod Naulochus (36 r. p.n.e. w wyniku której zniszczono sycylijskie państewko Sekstusa Pompejusza - który sam siebie nazywał "Synem Neptuna") dopiero 15 sierpnia odbył się główny triumf nad Antoniuszem i Kleopatrą. W pochodzie tym zaprezentowano posąg Kleopatry leżącej na śmiertelnym łożu, za którym podążały jej dzieci (wzbudzały one litość wśród mieszkańców Rzymu, tym bardziej że płakały za matką). W trakcie tego triumfu zaprezentowano ogromne skarby zrabowane z Egiptu (pojawienie się takich kosztowności w Rzymie w tamtym czasie spowodowało znaczne obniżenie cen złota, chociaż nie trwało to długo gdyż rynek rzymski był bardzo chłonny i już w ciągu kilku kolejnych miesięcy wszystko wróciło do normy). Oktawian jechał na swym rydwanie zaprzężonym w cztery konie. Na jednym z nich po prawej stronie siedział jego 13-letni siostrzeniec Marek Klaudiusz Marcellus (którego Oktawian bardzo kochał i którego widział jako swego następcę, niestety chłopak zmarł w dziwnych okolicznościach w wieku lat 19. Prawdopodobnie - bo nie ma na to dowodów - stała za tym żona Oktawiana, Liwia Druzylla, która czyniła wszystko aby następcą jej męża został jej syn z pierwszego małżeństwa czyli...) na drugim zaś koniu po lewej stronie jechał Tyberiusz. Obaj chłopcy byli rówieśnikami i widziani byli jako potencjalni następcy Oktawiana Cezara (oczywiście nieoficjalnie, gdyż wciąż przecież istniała Republika i nie można było mówić o żadnych następcach, szczególnie że Oktawian wielokrotnie deklarował chęć przywrócenia Republiki i zrzeczenia się władzy, gdy tylko niebezpieczeństwo ze strony Kleopatry i Antoniusza zniknie). Jednak było wiele znaków które pokazywały że Cezar Oktawian nie jest zbyt skłonny do przywrócenia dawnej Republiki, jednym z nich był taki choćby drobiazg, iż w owym marszu triumfalnym senatorowie podążali za rydwanem zwycięskiego Oktawiana, a nie jak dotąd zwykło się to czynić - przed.




Rzym oczywiście w tych sierpniowych dniach przeżywał wybuch radości i nadziei na szczęśliwą przyszłość. Zorganizowano wspaniałe munera (walki gladiatorów), trwające kilkanaście dni, podczas których ekscytowano się nie tylko nowymi wojownikami na arenie (Swebami zza Renu i Dakami znad Dunaju), ale przede wszystkim pokazano nigdy wcześniej nie widziane w Rzymie dzikie zwierzęta (zabrane głównie z królewskiego ogrodu zoologicznego w Aleksandrii), nosorożca i hipopotama. Z okazji zwycięstwa żołnierze otrzymali po 1000 sestercji na głowę, mieszkańcy miasta zaś po 400 sestercji. Pomiędzy igrzyskami odbywały się również otwarcia nowych budynków, takich jak choćby Curia Julia - nowe miejsce posiedzeń Senatu (otwarcie nastąpiło 28 sierpnia), świątyni "Boskiego Cezara" (otwarcie 18 sierpnia) która stanęła dokładnie w tym samym miejscu, gdzie przed 15 laty spoczęło na marach ciało zamordowanego Gajusza Juliusza (co ciekawe w tamtym momencie nie było jeszcze pewne kogo poprze lud. Czy Brutusa i Kasjusza oraz innych morderców Cezara, czy też tych, którzy przerażeni starali się uciec z miasta z piętnem rodziny lub przyjaciół dyktatora. Wówczas to głos zabrał Marek Antoniusz który w płomiennej mowie zdołał przekonać lud rzymski do wystąpienia przeciwko mordercom, którzy w ciągu kilku kolejnych dni zaczęli opuszczać Rzym). Na Forum Romanum tuż przed budynkiem kurii Senatu stanął jeszcze posąg bogini Viktorii (bogini zwycięstwa), który stał się symbolem Rzymu przez kolejne 400 lat, gdy w roku 382 z polecenia cesarza Flawiusza Gracjana i przy ogromnej radości chrześcijańskiej już wówczas - w ogromnej większości - ludności Rzymu, usunięto ten pomnik. Protesty zaś pogańskich mieszkańców Rzymu - którzy odwoływali się nie tyle do religii, co do tradycji - zbyto milczeniem). Po zakończeniu tych wszystkich uroczystości Rzym, Italia i Imperium wkraczało teraz w nowy okres swych dziejów, których tak naprawdę jeszcze wówczas nie znano i nie wiedziano jaki przyjmie on kierunek. Wszyscy spoglądali na młodego Cezara (jakby nie patrzeć miał przecież wówczas dopiero 34 lata) w końcu obiecał on że przywróci starą Republikę, oczekiwano więc jego decyzji.


MAREK ANTONIUSZ PRZEMAWIA DO LUDU RZYMSKIEGO PRZY MARACH CEZARA




PLANY UCIECZKI CEZARIAN Z RZYMU ZOSTAŁY POKAZANE W SERIALU "ROME"



Ale Oktawian nie lubił pośpiechu, jego dewiza brzmiała zresztą "spiesz się powoli", zresztą nigdzie nie musiał gonić, nikt przecież na niego nie naciskał, a stan zawieszenia i niepewności nie był do końca dla wszystkich aż taki zły. Szczególnie żołnierze nie chcieli aby ich wódz ustępował. Po pierwsze dlatego, że dzięki niemu mieli ziemi w Italii którą im obiecał i wywiązał się z danego słowa, po drugie dostali pieniądze, po trzecie zaś liczyli na kolejne profity za jego rządów. Dlatego jego ustąpienie nie było im na rękę, a była to pokaźna siła, bo nawet po demobilizacji części wojsk, wciąż pod bronią było 28 legionów (stan ten utrzyma się przez dłuższy czas prawie bez zmian, np. za cesarza Hadriana w latach 117-138 liczba legionów wzrosła zaledwie do 30, czyli o 2. Notabene z z Hadrianem związana jest też pewna anegdota, a mianowicie pewien rzymski poeta w rozmowie z cesarzem nie poprawił władcy gdy ten mylnie przedstawił jakiś pogląd, na co potem inni jego towarzysze zwrócili mu uwagę, pytając: "Dlaczego nie zaprzeczyłeś, gdy cezar się pomylił?", na co on odparł: "Nierozsądnie jest poprawiać kogoś, kto posiada 30 legionów 🤭). Oczywiście najbardziej skorzy do przywrócenie dawnej wolności (a co za tym idzie niestety również swawoli i często bezkarności) byli nobilitas - stan senatorski. Tym bardziej że formalnie prawny stosunek władzy Oktawiana wygasł. Co prawda nadal sprawował on imperium posiadając tytuł konsula (odnawiany co roku, ale jednocześnie dzielone zawsze z jeszcze jedną osobą i ściśle unormowany prawnie). Tytuł ten nie wystarczył do sprawowania pełni władzy. Nawet bowiem ogłoszenie się dyktatorem (choćby przy akceptacji Senatu) było nierealne, sprowadzało bowiem zbyt duże zagrożenie ewentualnym zamachem (a chętnych do takiego kroku wcale nie brakowało i to pomimo doświadczeń Cezara i jego morderców). Dyktatura więc też odpadała, co więc zostawało? Co należało uczynić aby pozostać u władzy? A może lepiej było dać sobie z tym wszystkim spokój i od tej pory żyć jak człowiek prywatny w ciszy i spokoju?


DYKTATOR SULLA 



Takie myśli z pewnością nawiedzały Oktawiana w tamtym czasie. Dokładnie 50 lat wcześniej w 79 r. p.n.e. dyktator Lucjusz Korneliusz Sulla zrzekł się władzy, którą zdobył mieczem w roku 82, rozpoczynając niezwykle krwawe proskrypcje swych politycznych wrogów. Ale teraz - po tym jak wprowadził ustrój oparty na wszech władzy Senatu (i stronnictwa optymatów - taka rzymska prawica, chociaż te współczesne określenia nie pasują do tamtych czasów) uznał, że dopiął swego i może teraz odpocząć. Wycofał się więc do swej willi, gdzie doglądał gospodarstwa, łowił ryby nad rzeką i baraszkował ze swą młodą żoną. Emeryt można by powiedzieć, nie musiał się już o nic martwić. No właśnie, kilka miesięcy po zrzeczeniu się władzy znaleziono go martwego, gdy w słomkowym kapeluszu łowił ryby. 30 lat później, stojąc nad brzegiem Rubikonu Gajusz Juliusz Cezar stwierdził oficjalnie że Sulla był głupcem skoro zrezygnował z władzy, ten bowiem nie zamierzał tego czynić. Pięć lat później leżał w kałuży krwi przy pomniku swego przyjaciela oraz konkurenta - Pompejusza Wielkiego w teatrze jego imienia (dokąd przeniesiono wówczas obrady Senatu, gdyż sala obrad Senatu była w tamtym czasie w remoncie). Tak więc Oktawian Cezar miał do wyboru dwie drogi polityczne. Żadne nie gwarantowały bezpieczeństwa, żadne też nie dawały podstaw pod rządy jednowładcze. Jaką więc drogę należało obrać, w którym kierunku podążać, aby nie skończyć tak jak Sulla i tak jak Cezar. Oktawian zdawał sobie jednak sprawę że całkowity powrót do Republiki wiąże się z nowymi wojnami domowymi, a co za tym idzie polityczną anarchią i cierpieniem obywateli. Oczywiście w Rzymie nie brakowało ambitnych polityków, którym taka opcja bardzo by odpowiadała, gdyż zdobycie intratnej prowincji - w której stacjonowało kilka legionów - dawało okazję do podjęcia walki o władzę nad całym Imperium. Ale znowu kurczowe trzymanie się władzy uruchomi te same siły, tylko w innych proporcjach, a mianowicie w postaci zamachowców, pragnących odzyskać wolność i "usunąć tyrana". Koronowanie się zaś na króla i wprowadzenie monarchii typu wschodniego też nie wchodziło w grę, gdyż Rzymianie nie znali tego typu ustroju, a słowo "rex" było im tak nienawistne, że nawet Cezar po swym zwycięstwie w wojnie domowej, czynił co mógł, aby tylko nie zostać posądzony o dążenie do władzy królewskiej. Oktawian miał wiele miesięcy do namysłu nad tym co uczynić, jaką drogą pójść, aby nie narazić się na gniew ludu, a co za tym idzie - na śmierć. I... wymyślił. 

Żeby można było wprowadzić nowy ustrój polityczny, przede wszystkim trzeba zapewnić sobie poparcie Senatu, a poparcie Senatu można zdobyć wprowadzając tam swoich zwolenników, lub też potwierdzając dotychczasowe przywileje już zasiadających tam osób. Problem polegał tylko na tym, że w czasach wojen domowych liczba senatorów gwałtownie wzrosła i to do tego stopnia, że liczyła wówczas prawie 1000 członków. Spora część z nich zdobyła swój tytuł bezprawnie, lub też w bardzo niejasnych okolicznościach. Jednak aby naprawić te błędy i pozbawić ich funkcji senatorów, należało sprawować cenzurę. A z tym był problem, gdyż cenzorów nie wybierano już od... 20 lat. Po raz pierwszy ten urząd (zajmujący się nie tylko staniem na straży moralności, a co za tym idzie cenzurą wszelkich przedstawień teatralnych, pism czy nawet piosenek, które uznano by chociażby za "deprawujące młodzież" ale również przeprowadzaniem spisu ludności, oraz liczby senatorów) został zlikwidowany przez Korneliusza Sullę w roku 81 p.n.e. Potem konsulat Gnejsza Pompejusza Wielkiego i Marka Licyniusza Krassusa przywrócił ten urząd (70 r. p.n.e.), ale wybuch wojny domowej Cezara z Pompejuszem i kolejne walki jakie miały miejsce po tym czasie spowodowały, że nikt nie miał ochoty do zajmowania się wyborem "strażników moralności". Tak właśnie było aż do roku 28 p.n.e. gdy w styczniu konsulat ponownie (po raz szósty) objął Cezar Oktawian, a jego kolegą na urzędzie został jego przyjaciel i wódz jego armii Marek Wipsaniusz Agryppa. Ponieważ sprawowali oni konsulat, nie mogli jednocześnie zostać cenzorami, ale wybrnięto z tego na inny sposób, a mianowicie... zostali konsulami o kompetencjach cenzorskich. Przeprowadzili oni dokładny spis członków Senatu i wyszło im, że jakieś 200 osób nabyło te prawa w podejrzanych okolicznościach. Oktawian zwrócił się najpierw (nie używając nazwisk) do tych senatorów, aby dobrowolnie zrzekli się oni urzędu. Na ten apel odpowiedział jednak tylko 40 osób, więc pozostałe 160 skreślono oficjalnie z listy Senatu, który od tej pory liczył 800 osób. Oktawian i Agryppa przeprowadzili również (pierwszy od 42 lat) spis ludności Imperium. Tamten, z roku 70 p.n.e. wykazał liczbę 910 000 obywateli rzymskich (oczywiście liczono tylko samych dorosłych mężczyzn, bez dzieci, chłopców, kobiet, niewolników i mieszkańców prowincji którzy nie posiadali rzymskiego obywatelstwa). Teraz spis ludności wykazał 4 miliony 63 000 obywateli.


DWAJ PRZYJACIELE 
OKTAWIAN I AGRYPPA 



Tak "odchudzony" Senat przyznał Oktawianowi tytuł "pierwszego senatora" ("princeps senatus") co było kolejnym krokiem ku jednowładzwu. Jednocześnie Cezar Oktawian zaliczył poczet patrycjatu wiele nowych rzymskich rodzin, zyskując w nich wsparcie. Teraz, po dokonaniu tych wszystkich zmian i przeprowadzeniu uroczystości religijnej zwanej "lustrum" (mającej na celu oczyszczenie Rzeczpospolitej) a polegającej na złożeniu ofiar bogu Marsowi na Polu Marsowym z trzech zwierząt: owcy, świni i byka; Cezar Oktawia mógł przejść do kolejnej fazy swego planu (jeżeli przyjmiemy że ten plan miał już w tym czasie ukształtowany). 9 października 28 r. p.n.e. na Palatynie stanęła przepiękna świątynia Apollona, do której to przeniesiono - spisane na nowo (w latach wojen domowych wiele z nich uległo zniszczeniu) księgi sybillińskie. Przy tej świątyni (o której więcej opowiem już wkrótce, gdy przyjdę do opisu Rzymu za czasów Oktawiana) powstała również biblioteka (pierwsza biblioteka publiczna w Rzymie). Świątynia ta powstała w całości za prywatne pieniądze Oktawiana, który W 36 r. p.n.e. wykupił na Palatynie kilka willi i domów zamożnych Rzymian (początkowo z myślą o budowie swojej własnej willi, gdyż jego skromny dom, znajdujący się przy Forum Romanum stał w miejscu dosyć hałaśliwym i ludnym. Jednak gdy pewnej nocy piorun uderzył w to właśnie miejsce, uznano że bogowie pragną wznieść tutaj świątynię i tak właśnie rozpoczęto budowę Świątyni Apolla. Co się zaś tyczy nowego mieszkania Oktawiana, to Senat - zaskoczony jego hojnością - jeszcze w tym samym 36 r. p.n.e. zakupił stojący na Palatynie dawny dom Hortensjusza, który po krótkim remoncie i zakupieniu sąsiedniego domu - należącego dawniej do Lucjusza Sergiusza Katyliny - stał się nową siedzibą Oktawiana, zwanym "Domus Augustus" - ale trudno byłoby go nazwać pałacem, gdyż Oktawian nie znosił przepychu i żył bardzo skromnie. O jego domu, pożarze który wybuchł tam w 3 roku naszej ery i nowej odbudowie - również wkrótce opowiem. Warto jeszcze dodać, że w tym samym 28 r. p.n.e. rozpoczęto na polu marsowym budowę okazałego mauzoleum rodziny juliuszów, zwanego następnie Mauzoleum Augusta). Te wszystkie nowe budynki i zmiany w składzie Senatu, nadal jednak nie odpowiadały na proste pytanie - co dalej z Republiką?




CDN.

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...