NIM JESZCZE NAD KONSTANTYNOPOLEM ZAŁOPOTAŁ ZIELONY SZTANDAR MAHOMETA
I
JAK AZJATKA Z AFRYKANEREM
(CZYLI PIERWSZA "BIZANTYJKA"
NA RZYMSKIM PALATYNIE)
Cz. III
Rzym roku 190, czyli w ostatnich latach rządów Kommodusa, był już zupełnie innym Rzymem niż jeszcze pięćdziesiąt lat wcześniej. Co prawda negatywne tendencje zarówno w polityce, wojskowości jak i przede wszystkim w gospodarce jeszcze nie wystąpiły z taką siłą jak w III wieku, to jednak zostały one już rozpoczęte i zwiastowały koniec pewnego świata. To co narodzi się później i co ponownie uporządkuje rzymską państwowość z czasów Aureliana, Probusa, Dioklecjana czy Konstantyna Wielkiego, będzie już budowane na zupełnie innych podstawach niż ów Pryncypat stworzony przez Augusta i jego następców. Nie będzie to więc kontynuacja, a budowa zupełnie czegoś nowego, zupełnie innego ustroju społeczno-polityczno-gospodarczego. Można wręcz powiedzieć że kryzys III wieku (który był nieporównywalnie dotkliwszy dla ludności Imperium, niż kryzysy czasów końca Republiki i zamiany jej w jedynowładztwo Augusta), narodził się właśnie w ostatnich dwóch dziesięcioleciach wieku II, czyli pod rządami Kommodusa. Bardzo zmienił się rzymski świat lat 80-tych II wieku, od tego sprzed zaledwie pięćdziesięciu lat, z roku 143, gdy Eliusz Arystydes pisał swą pochwałę Rzymu, twierdząc iż świat w którym żyje jest najlepszym z możliwych światów, a czasy najlepszymi ze wszystkich wcześniejszych. Wojen wówczas nie prowadzono nawet na najodleglejszych rubieżach Imperium Romanum (były od tego nieliczne wyjątki, ale nie miały one żadnego znaczenia dla ludności Imperium, a poza tym te "operacje specjalne" - bo tak można by je nazwać, trwały z reguły dosyć krótko), miasta kwitły i prześcigały się w swej piękności i świetności, upiększane wspaniałymi budynkami: teatrami, bazylikami czy amfiteatrami, wznoszonymi na modłę rzymskiego Koloseum (notabene, to właśnie te budowle doprowadziły w III wieku do kryzysu finansowego wielu miast Imperium, gdyż, choć majestatyczne i piękne, nie były funkcjonalne i same na siebie nie zarabiały. Ale dzięki temu że je wznoszono, dziś jeszcze możemy podziwiać ich ruiny które przetrwały wieki). W czasach rządów Kommodusa i jego następców, w tym również Septymiusza Sewera - rozpoczął się proces rozkładu, który w III wieku doprowadzi do kryzysu politycznego i anarchizacji życia społecznego. To co się narodzi potem, ów system zwany Dominatem - będzie już zupełnie innym tworem politycznym, budowanym też na zupełnie innym społeczeństwie, niż to z czasów Eliusza Arystydesa.
A tymczasem dwór cesarski pod wpływem oderwanych od rzeczywistości kaprysów Kommodusa, żył w swoim świecie. Cesarz zaczął do swej tytulatury dokładać kolejne przydomki: i tak zwał się już "Pobożnym", "Niezwyciężonym", "Szczęsnym", "Obrońcą Pokoju", "Sarmackim", Brytańskim", "Germańskim". Urządzał częste munera (walki gladiatorów) podczas których sam, odziany w skórę lwa bądź lamparta, z maczugą w dłoni walczył z dzikimi zwierzętami niczym zwycięski Herkules. Owe dzikie zwierzęta tak naprawdę były odpowiednio dobierane by nie mogły wyrządzić władcy żadnej krzywdy. Z reguły bezpośrednio walczył on na arenie głównie ze... strusiami, którym ścinał głowy mieczem (a potem z zadowoloną miną pokazywał ów ścięty łeb strusia struchlałym z przerażenia senatorom, tak jakby chciał powiedzieć: "spójrzcie, oto co i was czeka"). Jeśli walczył z innymi drapieżnikami, to tylko w taki sposób że wyznaczano tym zwierzętom odpowiedni tunel, po którym mogły się przemieszczać, tak, aby nie stanowiły zagrożenia dla stojącego na arenie cesarza, który ciskał w nich swą włócznią (czasem ciskał nią także ze swojej cesarskiej loży) i ponoć po jednym ciosie nie musiał zwierzęcia drugi raz dobijać, taką miał mieć celność. Walki te były skrupulatnie organizowane i pieczołowicie się do nich przygotowywano. Kommodus realnie wierzył że jest wcieleniem Herkulesa, niezwyciężonym władcą i obrońcą ludu. Podczas tych pokazów wszystko było z góry wyreżyserowane a poszczególni aktorzy tego kabaretu wiedzieli jak mają się zachować (choć niejednemu chciało się śmiać na widok cesarza goniącego za strusiami i ścinającego im głowy). Swą kochankę - Marcję, przebierał zaś Kommodus w strój amazonki i kazał jej tak publicznie paradować i oklaskiwać jego wyczyny w amfiteatrze. Do kobiety jednak coraz częściej docierało że władca nie jest w pełni zdrowy na umyśle i że pogłębiająca się paranoja - skazywanie na śmierć kolejnych współpracowników i ulubieńców, może doprowadzić z czasem do tego, że i ona sama stanie się obiektem cesarskich podejrzeń, a co za tym idzie czeka ją egzekucja (z tym akurat Kommodus nie miał najmniejszych problemów i skazywał ludzi bez mrugnięcia okiem na śmierć, jeśli tylko padł na nich choćby cień podejrzenia o udział w ewentualnym spisku na jego życie).
W 191 r. Kommodus jednak poszedł dalej w swej paranoi. Oto bowiem nakazał ogłosić ludowi że miasto Rzym otrzymało nową nazwę i zwie się odtąd: "Colonia Commodiana". Cesarz uznał się też nowym założycielem Rzymu na wzór Romulusa. Natomiast z początkiem roku 192 ogłosił się już oficjalnie (wcześniej bowiem jedynie popisywał się w Koloseum swoją celnością i siłą na wzór Herkulesa, ale były to tylko zabawy dla ludu. Teraz jednak ogłosił się już oficjalnie bogiem) "Niezwyciężonym Herkulesem" - "Obrońcą Pokoju". Każdy, kto tylko miał jakiekolwiek ku temu obiekcje, kończył marnie, bowiem cesarz opłacał mnóstwo donosicieli oraz rozbudował tajną policję ("Frumentari"), której zadanie polegało właśnie na ściganiu nieprawomyślnych zachowań, poglądów i postaw. Wszyscy dworzanie musieli się do niego zwracać jak do boga i oddawać mu boską cześć. Zaczął też liczyć czas od momentu swego "ziemskiego objawienia", kazał nazywać okres swego panowania "Złotym Wiekiem". Zmienił też nazwy miesięcy i tak lipiec miał się odtąd zwać "Aurelius" (nazwisko rodowe Kommodusa), sierpień - "Commodius", październik - "Herculeus", a styczeń, na cześć Marcji, nazwano: "Amazonius". Powstało też mnóstwo popiersi i obrazów cesarza (zniszczono je wszystkie po jego upadku), przedstawiających go jako Herkulesa. Jako nowy bóg i heros w jednej osobie, postanowił ulżyć ludowi i ogłosił obniżenie cen żywności. Piękne, ale wówczas kompletnie nierealne ze względu na potęgujący się kryzys gospodarczy. Tak więc wkrótce po obniżeniu cen żywności, większość żywności zniknęła z miejskich targowisk, a ta żywność, która się ponownie pojawiła, była sprzedawana po znacznie wyższych cenach niż przed "obniżką". Jeśli bowiem wcześniej ok. 500 gram mięsa kosztowało (oczywiście w zależności od jakości) od 6 do 20 denarów, a litr wina od 8 do 30 denarów, para butów zaś od 50 do 120 denarów, o tyle po "obniżce" ceny te wzrosły co najmniej dwukrotnie. A należy pamiętać że rzemieślnik otrzymywał wówczas ok. 50 denarów dniówki (przy czym płacono mu tylko za czas wykonywanej pracy, nie otrzymywał zaś stawki miesięcznej i jeśli nie miał zleceń to przymierał głodem), rolnik 25 denarów dniówki. Można sobie policzyć ile tym ludziom zostawało pieniędzy w kieszeni po opłaceniu czynszu za mieszkanie, podatków publicznych (ściąganych np. na cesarskie munera), zakupie jakiejś odzieży (przynajmniej dwóch par - do pracy i do domu), oraz wyżywienia dla swej rodziny? Ci ludzie po prostu żyli na granicy minimum biologicznego.
Kommodus zaś - żyjący w swoim świecie zabaw, orgii i występów cyrkowych - w ogóle nie był świadomy stopnia zubożenia rzymskiego ludu. Co ciekawe kryzys ten dotknął również warstwy wyższe. Rozsypywał się dawny porządek społeczny, oparty na urodzeniu i wynikających z tego tytułu wpływach i bogactwie. W czasach Kommodusa ten proces był już widoczny, a stara arystokracja budziła wśród ludu często wyraz politowania niż szacunek i zazdrość. Niegdyś wielu nowobogackich ekwitów starało się jakoś wżenić w struktury nobilitas, widząc w tym podstawę swego znaczenia i władzy w przyszłości. Teraz wręcz przeciwnie, nie urodzenie było ważne a kompetencje, umiejętności i przede wszystkim odwaga na polu bitwy. Ów upadek potęgi nobilitas pokazuje choćby zmiana stosunku do miejskich "honores" - niegdyś tak bardzo pożądanych przywilejów, które teraz stały się potwornym obciążeniem finansowym dla jego członków i wielu chciało się z tego "honoru" uwolnić (a zdarzało się że wręcz zmuszano do tej godności obywateli siłą). Przestało mieć znaczenie czy ktoś posiada obywatelstwo czy nie, czy ktoś pochodzi z Italii czy nie, piramida społeczna zaczęła się zupełnie zacierać. Teraz liczył się przede wszystkim majątek i oparcie w armii, kto posiadł te dwie rzeczy, mógł pretendować do władzy najwyższej i nie miało żadnego znaczenia gdzie się urodził, czy z jakiej klasy społecznej się wywodził i czy piastował wcześniej jakiekolwiek funkcje publiczne. Senat w zasadzie został sprowadzony do roli rady miejskiej, która utraciła realny wpływ na politykę. Zresztą upadek i zniewieścienie przedstawicieli klasy nobilitas było tak duże, że - powołując się niekiedy na przykład przodków ("mos maiorum" - "obyczaj przodków"), których byli potomkami, a którzy zapisali się bohaterskimi czynami wojennymi lub krasomówstwem politycznym - ich potomkowie lubowali się np. w... tańcu lub popisach aktorskich na scenie (co niegdyś było praktyką całkowicie hańbiącą - przykładem niech będzie Neron, który lubił komponować muzykę i wygrywał na kitarze swe pieśni - uważany był co najmniej przez arystokratów za oderwanego od rzeczywistości cudaka - ale notabene lud rzymski kochał go właśnie za to, że taki był). Więc utyskiwania Kasjusza Diona iż: "teraz nawet dawni tancerze otrzymać mogą ważne funkcje dowódcze" (w rozumieniu ludzi nie wywodzących się z arystokracji senatorskiej) - było wybitnie nie na miejscu. Ta epoka rozkładu i zniewieścienia (którą zapoczątkowało panowanie Kommodusa) pozwoli z końcem III wieku uformować nowe, silne osobowości, które jednak sformatowane będą na zupełnie innych podstawach i zupełnie inny model wychowania będzie im przyświecał.
A tymczasem rządy Kommodusa stawały się coraz mniej popularne (co prawda ratowało je częste urządzanie igrzysk w amfiteatrach i sprowadzanie najróżniejszych gatunków zwierząt, które potem ginęły na piaskach aren Rzymu i całego Imperium, to jednak igrzyska nie mogły ludowi zapewnić chleba. Niewielu pewnie wie, iż sławne, często przytaczane w kulturze słowa: "Chleba i Igrzysk", wzięły się z niezadowolenia mieszańców Rzymu, że władze urządzają dla nich przedstawienia a oni sami przymierają głodem - "Nie chcemy Igrzysk, dajcie nam chleba" - słowa te miały paść po raz pierwszy z widowni Koloseum właśnie w roku 190, czyli za rządów Kommodusa). Nic dziwnego że podejrzliwy cesarz zaczął baczniej przyglądać się swojemu otoczeniu i sprawdzać czy przypadkiem nie knują oni jakiegoś nowego zamachu na jego życie (w obawie oczywiście o własne tyłki). Rzeczywiście, najbardziej zaangażowaną osobą, która obawiała się że to na niej teraz skupią się cesarskie podejrzenia - była Marcja. Po upadku wszechwładnego prefekta Kleandra (190 r. p.n.e. - o czym pisałem w poprzedniej części) to właśnie ona stała się najbardziej wpływową i najbliższą cesarzowi osobą. To do niej ustawiały się kolejki petentów, prosząc o wsparcie u Kommodusa. To na jej życzenie cesarz powołał i odwołał trzech kolejnych prefektów pretorianów w przeciągu roku - Lucjusza Gratusa Julianusa, Regillusa i Motilenusa (190-191 r.). Czwarty z nich - Kwintus Emiliusz Letus również był człowiekiem wybranym przez Marcję. To z nim właśnie porozumiała się ona odnośnie dalszych losów Kommodusa.
Nim jednak taki plan się zrodził, Marcja wspierała również chrześcijan (ponoć sama miała być chrześcijanką, co w tamtym czasie wcale nie musiało być trudne ani całkowicie wyodrębniać daną osobę z rzymskiego świata kultów i wartości. Pierwsi chrześcijanie z I wieku rzeczywiście mieli problem, bowiem samo przyjęcie chrztu automatycznie ustawiało ich poza obrębem rodziny i pozbawiało jakichkolwiek karier zawodowych. Rzymian bowiem przerażało to, co chrześcijanie mówili, a mianowicie o nadchodzącym końcu świata i wyrzekaniu się dóbr doczesnych, oraz potępieniu istniejącego porządku społeczno-religijnego w rzymskim świecie. Można sobie wyobrazić jak bardzo konfliktogennym był fakt, iż członek rzymskiej rodziny nagle deklarował że przyjął chrzest i stał się odtąd chrześcijaninem - tak na marginesie Jezus Chrystus miał powiedzieć do swych uczniów: "Nie pokój Wam przynosze lecz miecz (...) mąż powstanie przeciwko żonie, ojciec przeciw synowi, matka przeciw córce". Rzymianie często też mylili chrześcijan z Żydami - dla nich były to praktycznie te same kulty - co oczywiście bardzo drażniło Żydów. Jednak prześladowania z czasów Nerona objęły tylko samo miasto Rzym, a już poza jego granicami do prześladowań chrześcijan nie dochodziło. Natomiast w II i III wieku chrześcijanie zaczęli zupełnie inaczej podchodzić do pewnych kwestii. Nie odwracali się od rodzin, często ukrywali przyjęcie chrztu lub starali się jakoś połączyć to z tradycyjnymi wierzeniami {np. Lary i Penaty opiekujące się domem, utożsamiano z Aniołami}. Nie rezygnowano także już z kariery w wojsku czy administracji, wychodząc z założenia że są to swoiste elementy służące rozwojowi i utrwalaniu religii Jezusa Chrystusa. Może jest to dość nieprzyjemne porównanie, ale jednak był to taki swoisty stopniowy i trwający dziesiątki lat, ale bez wątpienia konsekwentny chrześcijański "marsz przez instytucje").
W 189 r. biskupem Rzymu (papieżem) został Wiktor, który zajął miejsce zmarłego Eleuteriusza (piastującego biskupstwo w latach 174-189). W Aleksandrii - drugim najważniejszym wówczas ośrodku chrześcijaństwa, biskupem w owym 189 r. został Demetrios. Na czele Kościoła antiocheńskiego stał zaś biskup Serapion, w Cezarei Palestyńskiej biskupem był Teofil, w Koryncie - Bakchilos, w Efezie - Polikrates, a w Jerozolimie funkcję tę piastował Narcyz. Biskup Wiktor zwrócił się do Marcji o wsparcie i ochronę dla Kościoła Rzymskiego i o pomoc w uwolnieniu wielu chrześcijan z Azji Mniejszej, Italii i Rzymu, którzy trafili do kopalń na Sardynii. Wstawiennictwo Marcji u Kommodusa spowodowało że zostali oni zwolnieni i mogli wrócić do swych domów (co pokazuje jak wielki miała ona wówczas wpływ na cesarza i jak często on jej ulegał). Jako ciekawostkę można jeszcze dodać, że w tym samym czasie pomiędzy poszczególnymi Kościołami powstał spór "o święcenie Wielkanocy". Kościół: Antiocheński, Jerozolimski i Efeski głosiły iż na podstawie starej tradycji, święto "Paschy Chrystusowej" (Wielkanocy), należy obchodzić 14 dnia księżyca, kiedy Żydzi mieli rozkaz ofiarowania baranka i że tego właśnie dnia należy zakończyć post. Kościoły: Rzymski, Aleksandryjski, Koryncki i Kościoły Zachodnie uważały iż święto Wielkiejnocy należy obchodzić zawsze w niedzielę i tylko tego dnia kończyć posty paschalne. Ponieważ nie sposób było dojść do porozumienia, papież Wiktor zaproponował odcięcie jedności Kościołów Azjatyckich od całej reszty (tak jakby uznane zostały za innowiercze - choć to słowo wówczas nie padło). Nie spodobało się to całej gminie chrześcijańskiej, wśród której znalazło się wielu napominających papieża do utrzymania jedności (jak choćby biskup Ireneusz, który pisał z Galii: "Otóż nie tylko o kwestię dnia spór się toczy, ale także o sam sposób poszczenia. Jedni bowiem sądzą, że tylko przez jeden dzień pościć powinni, inni znowu, że przez dwa dni, inni wreszcie, że jeszcze dłużej. Są prócz tego tacy, którzy dzień sobie obliczają na czterdzieści godzin dziennych i nocnych. Taka różnolitość zwyczajów nie powstała dopiero dzisiaj, za dni naszych, ale już wiele dawniej, przed nami, wśród naszych poprzedników, którzy z nieuwagi, jak się zdaje, przez swą prostotę i niewiadomość, zwyczaj ten przyjęli i swym następcom do zachowania przekazali. Wszyscy przecie mimo to żyli w pokoju, i my jedni z drugimi w pokoju żyjmy, a różnica w poście stwierdza tylko wiary w jedność").
Marcja i prefekt pretorianów - Kwintus Letus, postanowili pozbyć się Kommodusa, gdyż jego paranoja zaczęła być już niebezpieczna dla nich samych. Najpierw zaplanowano otruć cesarza. Marcja podczas kolacji podała Kommodusowi zatrute mięso, jednak ponieważ pił on tego dnia sporo wina, zwymiotował wraz z nim również i ową truciznę. Mimo to zapadł na zdrowiu (dostał torsji) i Marcja zaleciła aby przygotować dla cesarza gorącą kąpiel. Gdy Kommodus wypoczywał w wannie wypełnionej wodą, spiskowcy postanowili dokończyć dzieła. Niejaki Elektus (pokojowiec Kommodusa i kochanek Marcji) został wciągnięty do spisku i przekupił gladiatora o imieniu Narcyz, aby ten dokonał zbrodni na cesarzu. Narcyz został wpuszczony do komnaty cesarskiej przez Elektusa i złapawszy osłabionego Kommodusa za gardło - udusił go na miejscu. W taki to sposób zakończył swój żywot syn Marka Aureliusza - "Niezwyciężony Herkules", który jeszcze do niedawna uważał się za "pana świata" i "zbawcę ludu". Umierał w kąpieli, wśród pozostałości własnych żygowin, duszony przez niewolnika. Dokonał żywota ostatniego dnia grudnia (30 grudnia w kalendarzu rzymskim) 192 r. w wieku 31 lat. W zbrodni uczestniczyła kobieta, była niewolnica, którą on pokochał i którą wyzwolił oraz uczynił niezwykle wpływową osobą. Spędzili ze sobą całą dekadę. Problem polegał jednak na tym że Marcja obawiała się iż cesarz zapragnie zastąpić ją jakąś inną kobietą (spośród sporowadzanych sobie na orgie niewiast). Poza tym była zakochana w wyzwoleńcu Kommodusa - Elektusie (miała z nim romans i obawiała się że może się wydać. Ponoć zaszła też z nim w ciążę, co niewątpliwie przyspieszyło decyzję o zamachu). Po dokonaniu morderstwa, zwłoki Kommodusa owinięto w kobierzec i tak wyniesiono z pałacu na Palatynie. Świąteczny okres nowego roku nie sprzyjał zbytniej czujności żołnierzy pilnujących wejścia, toteż udało im się (a raczej owemu Narcyzowi) wynieść owinięte w kobierzec ciało cesarza na zewnątrz, następnie wrzucić je na wózek i tak wywieść za miasto i je tam zakopać.
Tymczasem perekt pretorianów - Kwintus Letus i Elektus, pospieszyli do domu prefekta Rzymu - Publiusza Helwiusza Pertynaksa, który został przez zamachowców wybrany na nowego władcę Imperium, gdyż był to już człowiek sędziwy (mający 66 lat), poza tym jego ojciec był wyzwoleńcem i drobnym handlarzem - nie stanowił więc wielkiego niebezpieczeństwa dla zamachowców. Udali się oni więc już o świcie w kalendy stycznia (1 stycznia 193 r.) do jego domu, nie zdając sobie zapewne sprawny, jak ich obecność zostanie odebrana. Bowiem w Rzymie Kommodusa - mieście w którym donosicielstwo zostało uznane za przejaw patriotyzmu (i dobrze opłacane), a policja polityczna ("Frumentari") miała rozległe kompetencje, łącznie z prawem aresztowania obywateli w nocy z ich domów i zamykania w lochu lub pozbawiania życia za najmniejszy przejaw krytyki wykazanej w stosunku do władcy - panowała z tego powodu istna psychoza. Nic więc dziwnego że gdy niewolnik Pertynaksa ujrzał zbliżających się żołnierzy, rzekł swemu panu tylko jedno słowo, które oboje dobrze zrozumieli: "Przyszli!". Wiadomo było kto i po co przyszedł. Pertynaks kazał wpuścić pretorianów do środka i gdy weszli powiedział: "Czekałem na to już od dawna każdej nocy. Właściwie sam się dziwiłem, że Kommodus zwleka tak długo, skoro jestem ostatnim pozostałym przy życiu przyjacielem jego ojca. Czyńcie, co wam rozkazano. Dla mnie będzie to wyzwoleniem od złudnych nadziei i ciągłego strachu". Jakież musiało być jego zdziwienie, gdy po którymś razie zdołał sobie wytłumaczyć iż nie przyszli oni go zabić, a ogłosić nowym cesarzem, gdyż Kommodus zginął a on jest uważany za najbardziej godnego cesarskiej purpury. Pertynaks długo odmawiał, gdyż uważał że jest to zwykła prowokacja, a Kommodus chce wybadać jego lojalność. Wreszcie zgodził się wysłać zaufanego człowieka, który obejrzał ciało cesarza i dopiero wówczas pozwolił odprowadzić się do Pałacu Cesarskiego na Palatynie.
Zanim przejdę do opisywania przykładów duszy zaawansowanej, powiem na samym wstępie że dobitnym i wręcz namacalnym przykładem takiej duszy w naszym świecie, był - Karol Wojtyła, czyli papież JAN PAWEŁ II. Co zatem charakteryzuje taką duszę? Przede wszystkim ogromna cierpliwość i zrozumienie drugiego człowieka. To są ludzie których za życia cechuje opanowanie, spokój i dobroć w stosunku do innych ludzi oraz dość duża wiedza wyrosła z doświadczenia. To dusze, których cykl inkarnacyjny jest z reguły bardzo długi, sięgający niekiedy nawet kilkuset tysięcy do miliona lat p.n.e. Jak wcześniej już pisałem, są różne "podpoziomy" duszy zaawansowanej i rozwija się ona nadal inkarnując fizycznie, ale nie przeszkadza to jej także w tym samym czasie pełnić funkcję Przewodnika swojej własnej grupy (lub grup), którymi się opiekuje. Dzielenie (jak już też wcześniej pisałem) nie jest problemem dla duszy, gdyż (choć niekiedy trudno to pojąć) nawet w trakcie podziału każda cząstka nas jest wciąż jedną całością. Dla duszy z poziomu średniego może sprawiać początkowo pewien problem konieczność przebywania w dwóch (lub kilku formach) jednocześnie, ale dla duszy zaawansowanej ten problem już nie istnieje - to tylko kwestia przyzwyczajenia.
Posiadając swoją własną grupę, która jest pod opieką duszy zaawansowanej, na tym etapie rozwoju można już "bezpośrednio" (czy raczej "osobiście" - choć oba sformułowania w przypadku istot duchowych brzmią dość dziwnie), kontaktować się i wzajemnie wymieniać doświadczenia z innymi Przewodnikami, którzy "kiedyś" byli członkami naszej grupy docelowej i z którymi razem dana dusza nabierała doświadczenia, samodoskonalenia i wiedzy pod kierunkiem innego (wspólnego jej grupie) Przewodnika. Przewodnicy dusz zaawansowanych, ci którzy zdobyli wystarczające duchowe doświadczenie, aspirują do wyższej formy istnienia (choć jak wcześniej pisałem, nie ma to nic wspólnego z hierarchią ważności), której są... Założyciele. Założyciele opiekują się wszystkimi aspektami stworzenia i nadzorują cały proces duchowego samodoskonalenia, a jednocześnie są już tak blisko Domu, tak blisko Boga, że kwestia ich zjednoczenia ze Źródłem pozostaje praktycznie kwestią ich dobrowolnego wyboru. Mimo to, nawet ci Przewodnicy, którzy stają się już Założycielami (w sesjach hipnoterapeutycznych dominuje określenie "Starsi"), nie tracą nigdy kontaktu z grupami, które wcześniej były pod ich opieką, teraz tylko zwiększa się zakres ich zadań i odpowiedzialności na całą ludzką populację.
Inną kwestią jest, że dusze zaawansowane tworzą już bardziej złożone (niż skały, liście i drzewa) organizmy żywe. Są to już organizmy fizyczne jak ptaki, zwierzęta... ludzie. Gdy hipnoterapeuta zapytał się kobiety poddanej sesji hipnotycznej, a będącej duszą zaawansowaną, by ta powiedziała mu czy jest w stanie stworzyć rybę, zapytał: "Naprawdę, potrafisz stworzyć całą rybę, posługując się jedynie energią umysłu?", jej odpowiedź w pewien sposób zaskoczyła go, gdyż kobieta odpowiedziała: "Chyba żartujesz! Nie stwarzam od razu całej ryby, zaczynam od embrionów. Zaczynamy od mniejszych komórek - myślałam że wiesz". I tutaj małe wytłumaczenie, dusze zaawansowane są często niechętne w opowiadaniu wszystkich detali tego, czym zajmują się w świecie duchowym. Często też hipnoterapeuci muszą zwracać się z osobistą prośbą o pozwolenie na zaczerpnięcie kolejnej informacji do samego Przewodnika duszy zaawansowanej, który częstokroć blokuje zbyt dużą ilość wiadomości, uznając że nie są one istotne. Co ciekawe, stwarzanie kodu DNA i wysyłanie cząsteczek energii do protoplazmy, musi być skoordynowane z... energią słoneczną, gdyż nowy organizm musi posiadać właściwości umożliwiające mu życie na danej planecie, ogrzewanej przez określone słońce (by wyeliminować np. spalenie żywcem, lub zamrożenie danej komórki, nim jeszcze powstanie z tego życie). Dusze zaawansowane (oczywiście w zależności od stopnia zaawansowania) mogą nawet stwarzać słońca i planety (choć z reguły są one wielkości piłek lub kulek do gry). Słońca, planety, gwiazdy wszystko to tworzą dopiero Założyciele.
Dusza zaawansowana jest jednak poddawana bardzo różnym przeciwnościom. Jej duchowa dojrzałość często jest wystawiana na próbę, gdy danej duszy przychodzi zmagać się z wieloma życiowymi problemami i nieszczęściami. Dlaczego tak się dzieje? Gdyż Źródło, czyli Bóg, Stwórca po prostu wyraża siebie samego poprzez nas wszystkich, dzieli się z nami możliwością swojej własnej doskonałości, jednocześnie czerpiąc z naszych życiowych doświadczeń. Źródło jest wszechobecne, ale my odłączając się od Niego (tylko tak nam się wydaje, gdyż wciąż jesteśmy z Nim, tylko obdarzeni indywidualną tożsamością, niczym rozkwitający kwiat, który czuje niesamowitą radość właśnie tym, że rozkwita), często "zapominamy" o jedności z Nim i choć dusze (na każdym etapie swego rozwoju) czują ciągłą obecność ogromnej energetycznej siły, zaczynają funkcjonować jako indywidualne byty. I tak ma być, gdyż Stwórca wyraża siebie samego poprzez nas - dając nam indywidualną możliwość rozwoju. Powrót zaś jest tym, co moglibyśmy określić jako okrycie Miłości, w którym jest nieprzemijające ciepło i dobroć, a z którego tak naprawdę... nigdy nie wyszliśmy. Bóg dając nam indywidualną świadomość tworzy budulec, który jednocześnie wzmacnia samo Źródło - zaś zjednoczenie tych indywidualnych dusz, które zdobyły bagaż ogromnego doświadczenia, czyni Źródło jeszcze silniejszym, jednocześnie nie zmieniając oblicza istnienia "zjednoczonej indywidualności". Wszystkie dusze zaawansowane pragną stać się Założycielami, a Założyciele połączyć się ponownie ze Źródłem.
JAN PAWEŁ II
PRZYKŁAD DUSZY ZAAWANSOWANEJ
SZKOŁA
Jak już napisałem w poprzednich częściach, budynek szkoły każda dusza widzi jako indywidualne miejsce, wyrosłe z jej własnych wyobrażeń o nim samym. Jednak wewnątrz owej "świątyni", "hali", "biurowca", czy "katedry" znajdują się poszczególne korytarze, wiodące do kolejnych "sal lekcyjnych". W każdej z owych sal znajdują się kolejne grupy dusz, wzajemnie pracujące w samotności, w dwu, lub trzyosobowych grupkach, lub wszystkie razem (zależy to od doświadczeń jakie muszą przerobić, a które miały, bądź też będą miały znaczenie w kolejnych wspólnych inkarnacjach). Wszystkie korytarze łączą się ze sobą w centralnym miejscu, który tworzy ogromną aulę, będącą centrum całej "szkoły". Każda nowo przybyła na lekcje dusza (nieważne czy jest to młoda duszyczka, czy też dusza która niedawno zakończyła swój fizyczny żywot), jest witana w swojej "klasie" okrzykami radości i pocałunkami. Niektóre dusze wstają by odprowadzić ją na swoje miejsce, do jej "ławki szkolnej" (tak właśnie opisują to ludzie poddani hipnozie). Dla samej duszy zaś (mówię tu o duszy, która niedawno zakończyła ziemski żywot) owe "rozstanie" z grupą wydaje się chwilowe, tak jakby tylko "na moment wyskoczyła i już jest z powrotem". Pewien mężczyzna tak opisuje swoje wrażenie z przybycia do swej "klasy szkolnej": "Ten cały czas, gdy mnie nie było z Nimi, wydaje mi się krótką chwilą, jak gdybym poszedł do sklepu za rogiem, kupić karton mleka".
Istnieją też poszczególne piętra "budynku szkoły". Na najniższym piętrze uczą się "pierwszaki", czyli najmłodsze dusze, niedawno przybyłe z tzw.: "wylęgarni". Niektóre "starsze" dusze, jeszcze przed udaniem się do swoich "klas", przybywają do owych pierwszaków, by się z nimi zaznajomić. Czynią tak szczególnie te Dusze Średnie, które same szkolą się na Nauczycieli-Przewodników. Lecz ów "budynek szkolny" jest zdaje się jedynym miejscem, gdzie Przewodnicy starają się zbytnio "nie spoufalać" ze swymi "uczniami", czyli z grupą dusz, jaką sami sobie wybrali. Dlatego też tutaj, w tym szkolnym miejscu, starają się być nad wyraz wymagający, co oczywiście nie oznacza że są "napuszeni" i nieprzystępni, lecz pragną po prostu by owe "dzieci" (jak nazwał młode dusze pewien mężczyzna będący początkującym Przewodnikiem) "nie właziły" im na głowy. Ów wspomniany wyżej mężczyzna, będący początkującym Przewodnikiem, po przybyciu pod "opieką" swojej Przewodniczki do budynku szkoły - został przez Nią skierowany do swojej "sali lekcyjnej". Jak sam przyznał Jej słowa były dość stanowcze, co nigdy (poza tym budynkiem) Jej się nie zdarzało, lecz zaraz dodała że... nie musi się śpieszyć i sam zdecyduje kiedy dołączy do swojej grupy. Po czym znów w sposób dość stanowczy zakomunikowała mu że zobaczą się później. Mężczyzna udaje się więc do "pierwszaków", by się z nimi zaznajomić i sprawdzić postępy w nauce (jedną z "klas" złożonych z młodziutkich dusz do których przybywa, prowadzi - też jako początkująca Przewodniczka-Nauczycielka - jego Przyjaciółka z tej samej grupy docelowej, z którą również pragnie się spotkać).
Przejście z poziomu "ucznia", na poziom "Nauczyciela-Przewodnika", wymaga od duszy bardzo dużo pracy (głównie nad samym sobą), oraz zrozumienia harmonii własnej egzystencji z resztą dusz. Owi przyszli Nauczyciele - są to już dusze bardzo rozwinięte (w porównaniu z duszami młodymi, czy też "pierwszakami", lecz i tak wiele im brakuje do ich własnych Przewodników), emanujące wielkim ciepłem i Miłością, wręcz "naznaczone Boską Esencją" - jak wyraził się o nich (podczas sesji hipnoterapeutycznej) pewien mężczyzna, będący młodą duszą. Kandydaci na Przewodników zajmują więc ostatnie, trzecie "piętro", lecz gdy już "awansują" i wybiorą swoją własną grupę dusz, z którą dalej będą pracować - wówczas kończą swoją edukację w tej szkole. Wtedy pojawiają się w niej jedynie na lekcjach (trzeba zaznaczyć że dość rzadko się tam zjawiają). Przewodnicy-Nauczyciele nie kontrolują jednak swych uczniów non-stop, a wręcz przeciwnie, pozwalają im na bardzo wiele niezależności i uciechy z przebywania we własnym gronie. Zlecają im pewne zadania do opracowania, pewne ćwiczenia do wykonania, a potem po prostu... zjawiają się by sprawdzić stan wiedzy swych podopiecznych i dopomóc im we wszelkich problemach, jakie na tej drodze napotykają. Mimo to sale wykładowe nie są wcale jedynymi miejscami, gdzie "młodzież" może zgłębiać wiedzę - równie pomocna jest w tym względzie... biblioteka szkolna.
Jest to wyjątkowe miejsce, które (zgodnie - niezmiennie) pojawia się we wszystkich przekazach ludzi poddanych hipnozie. Bibliotekę opisują oni jako długą, prostokątną salę, z ogromnymi regałami dookoła. W centrum, czyli na samym środku sali, mieszczą się ogromne stoły, przy których dusze mogą przeglądać wybrane pozycje. Sala i owe stoły są tak długie, że dana dusza nie jest w stanie ujrzeć końca stołu z drugiej strony, gdyż widok ten jest poza polem widzenia duszy (innymi słowy, dusza nie sięga "wzrokiem" aż tak daleko, by ujrzeć koniec stołu). Dusze w większości same odszukują wybrane pozycje, gdy jednak mają problemy ze znalezieniem danej księgi - proszą o pomoc Archiwistów. Są to stare dusze Przewodników, którzy pomagają młodym duszom (i co ważne również innym Przewodnikom) w odnalezieniu właściwej i pomocnej im Księgi Życia. Pamięć owych bibliotek (a szczególnie znajdujących się tam Ksiąg Życia) przetrwała w... buddyzmie, w formie tzw.: "Ksiąg Akaszy". Jednak (co też bardzo szczególne), ziemskie religie (każda z religii nosi w sobie jakieś ziarno prawdy, lecz obudowana jest późniejszymi nadinterpretacjami i... jawnymi zmyśleniami) potrafią skutecznie wypaczać owe przekazy. Tak też jest w buddyzmie, który głosi że owe Księgi Akaszy mogą służyć nie tylko do zdobywania przez dusze wiedzy, ale także na jej niekorzyść... jako dowody w sprawie jej popełnionych za życia win i błędów.
Są też ludzie (w kulturze Wschodu), którzy twierdzą że posiedli dar "wglądu" do owych Ksiąg i wiedzą jaka kara może spotkać daną osobę. Aby więc odwrócić przeznaczenie - należy... podporządkować się danemu "wglądającemu" i być mu całkowicie posłusznym, jako swoistemu guru i jedynemu "zbawcy ludzkości". Hinduizm, buddyzm i w ogóle cała filozofia Wschodu też ma wiele "głupot" na swym koncie. Biblioteka stanowi miejsce nie "Sądu Bożego" i "trybunału kar", lecz samopoznaniu i samooczyszczeniu. Bardzo często do owej biblioteki przybywają te dusze, które popełniły za życia jakieś zbrodnie, lub które popełniły samobójstwo. O samobójcach i samobójstwie już trochę wcześniej pisałem, choć jak widać były to tylko szczątkowe informacje. Samobójstwo (co bardzo ważne), nie jest w "Zaświatach" traktowane jako "grzech śmiertelny". Więcej, ponoć dopuszcza się (co znaczy iż - mamy prawo) zdecydować się na "miłosierdzie śmierci" (czyli samobójstwo) w sytuacji gdy cierpimy potworne fizyczne lub psychiczne męki, gdy nie potrafimy uwolnić się od fizycznego bólu i upokorzenia, doznanego na "tym świecie". Bardzo często dusze, które popełniły samobójstwo w takim właśnie momencie swego życia, nie tylko że nie czują żadnej "skruchy" za pozbawienie się życia - lecz również ich Przewodnicy prawie ich o to nie pytają. Co innego, gdy decydujemy się popełnić samobójstwo pod wpływem chwilowej depresji, strachu lub niepewności, posiadając jednocześnie zdrowe i silne ciało.
Nie oznacza to oczywiście też żadnej "pośmiertnej kary" za ów czyn, lecz jest powodem głębokiego osądu, zarówno dla samej duszy jak i dla jej Przewodnika. Z taką duszą należy długo i intensywnie pracować indywidualnie, nie można jej zostawiać samej sobie (jak czynią to Przewodnicy z innymi duszami, będącymi pod ich pieczą). Zdarza się bowiem, że traumatyczne doświadczenia własnego samobójstwa, mogą odcisnąć swe piętno w kolejnym życiu, w postaci zwid, depresji, niechęci do innych ludzi etc. Mało tego, mogą nawet (w skrajnych przypadkach) przenieść się na kilka następnych wcieleń. Dlatego też ci, którzy popełnili samobójstwo z przyczyn "nieistotnych" (a takimi są chociażby nieumiejętność zaaklimatyzowania się w społeczeństwie, lub nawiązywania kontaktów z innymi ludźmi - chęć samotności i izolacji, obawa przed innymi, obawa przed ich osądem i strach przed "złym słowem") muszą skrupulatnie przećwiczyć wszystko "od początku", każdy aspekt ich życia pod kierunkiem ich Przewodnika (lub Przewodników). Powoli, nie spiesząc się, przećwiczyć wszystko z powrotem od początku. Do tego służą również biblioteki. Zdarza się też, że samobójcami bywają (i to nawet dość często) te dusze, które dopiero od niedawna wcielają się na Ziemi, zaś wcześniej inkarnowały na innych planetach (niekiedy łagodniejszych od Ziemi - możecie mi wierzyć lub nie, ale ja osobiście uważam że moja dusza nie pochodzi z Ziemi. Co prawda inkarnuję tutaj gdzieś tak od starożytności - szczególnie bliski jest mi I wiek p.n.e./ I wiek naszej ery, głównie zaś otoczenie Oktawiana Augusta - o czym bodajże jeszcze nie pisałem, ale takie mam dziwne i niezrozumiałe przeświadczenie, tym bardziej że samego Oktawiana Augusta nie uważam za nazbyt wielką postać historyczną i mógłbym wymienić znacznie ważniejsze osoby w dziejach świata, które ja sam osobiście uważam za swoje autorytety, ale jednak to właśnie do tej postaci czuję jakąś dziwną i niezrozumiałą sympatię. Mimo to jednak nie czuję się nadal do końca "zgrany" z tą planetą - jakkolwiek byście tego nie rozumieli, co oczywiście nie oznacza że nie potrafię normalnie żyć). Dusze te, mają w pamięci podświadomości przekazy wyniesione z "ich rodzimych światów" i kontakt z "prymitywizmem" ludzkiego ciała i społeczeństwa, bywa dla nich dojmujący. Te dusze po prostu chcą się stąd jak najszybciej wydostać.
Lecz "po śmierci" każda dusza, która popełniła ów błąd (samobójstwo z błahego powodu), prawie natychmiast po wydostaniu się z ciała czuje żal, smutek i... wstyd przed Przyjaciółmi z grupy. Ludzie, którzy w poprzednich wcieleniach popełnili samobójstwo, bardzo często pytają się siebie, zwracając się oczywiście do hipnoterapeuty: "Dlaczego to zrobiłem?", lub "Ale byłem głupi". Dusze te, tak bardzo wstydzą się swojego czynu, że czują się "gorsze" i "mniej ważne" od swych Przyjaciół z grupy. Dusze te czują się tak, jakby były wyrzutkami, którym cała reszta robi łaskę, że z nimi w ogóle rozmawia. Dlaczego? Uświadamiają sobie bowiem że każde kolejne życie jest naszym darem, a jego wybranie kosztowało nas przecież sporo wysiłku. Zastanawialiśmy się nad różnymi jego aspektami, przećwiczyliśmy różne wydarzenia (indywidualnie, w grupie wraz z Przyjaciółmi, czy też jedynie z naszym Przewodnikiem). Teraz jednak "daliśmy plamę na całego", odebraliśmy sobie życie tylko dlatego, ze nie potrafiliśmy sobie z nim poradzić. Nie doświadczaliśmy ani choroby ani bólu fizycznego, mimo to zdecydowaliśmy się (niczym banda wyrostków) porzucić ciało z powodu chwilowego niedopasowania, lub jakiegoś innego indywidualnego niepowodzenia (np. utrata pracy, niepewność o losy rodziny). Zapomnieliśmy że "po nocy zawsze przychodzi nowy dzień", oraz że "nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło". Nawet utrata pracy nie musi być katastrofą, być może jest to jedynie sygnał do większego zaangażowania, do zmiany środowiska, do "wypłynięcia na głębsze wody". Nie zawsze to, co wydaje się nam tragedią bez wyjścia, jest nią w rzeczywistości, a z perspektywy czasu widzimy że to co było złe w danej chwili okazuje się niezwykle korzystne z biegiem czasu - i ja sam też mogę o tym co nieco powiedzieć.
III WIELKA KOLONIZACJA WSZECHŚWIATA i KOLONIZACJA ZIEMI
ODBUDOWA CYWILIZACJI GALAKTYCZNEJ LUDZKOŚCI WE WSZECHŚWIECIE PO ZAKOŃCZENIU WALK Z REPTILIANAMI
W poprzedniej części napisałem że Nibiru została "wkrótce" po zakończeniu wojny z Gadami - porzucona przez jej mieszkańców. Owszem, tylko że to "wkrótce" trwało przez jakieś kilkaset tysięcy lat. Przez ten czas kolejne pokolenia na Nibiru doświadczały szkodliwego promieniowania, co spowodowało zwiększoną umieralność i w konsekwencji decyzję do ewakuacji z tej "Błyszczącej Gwiazdy Przejścia" - jak zwali ją starożytni Egipcjanie. Kiedy nastąpiła ewakuacja? Dokładnie nie wiadomo, na pewno po 400 000 r. p.n.e. (prawdopodobnie była zamieszkała jeszcze ok. 30 000 r. p.n.e.). W ciągu następujących po sobie tysiącleci (od ok. 1 240 000 do 900 000 lat temu) Federacja skupiała się przede wszystkim na ponownym zasiedleniu innych niż nasza galaktyk, pozostawiając Ziemię i okoliczne planety naszego Układu Słonecznego poza obrębem kolonizacji Galaktycznej Ludzkości. Stało się tak, ponieważ większość planet w naszym Układzie została albo poważnie uszkodzona, albo też nie nadawała się (jak np. Maldek czy Mars) do ponownego zasiedlenia. Tymczasem skupiono się na ponownej kolonizacji światów wcześniej odebranych i zasiedlonych przez Gady - jak: Altair i Procjon. Wzmocniono nowymi osiedleńcami Syriusza i Alpha Centauri. Zasiedlono galaktykę Leo i Virgo (choć ta nie doznała większych skutków działań wojennych), a także Carinę i częściowo Fornaxa. Trwało to do ok. 900 000 r. p.n.e., następnie Federacja Galaktyczna przystąpiła wreszcie do zasiedlania naszego Układu Słonecznego.
Zaczęto od Marsa. Nie wiadomo jednak właściwie po co wylądowano na tym pozbawionym atmosfery globie, w każdym razie udało się nawiązać kontakt z przebywającymi (i żyjącymi) już od setek tysięcy lat pod powierzchnią planety - dawnymi Marsjanami. Rozpoczęto również prace nad odbudową atmosfery planety i ponownym jej zalesieniu - (nie udało się to na dłuższą metę, jedynie czasowo uzyskano satysfakcjonujące skutki). Po zwycięstwie nad Gadami na powierzchni Marsa tamtejsza ocalała Ludzkość - wybudowała monumenty, mające być zarówno świadectwem wielkiego zwycięstwa, oraz przypominać następnym pokoleniom o wielkiej cywilizacji marsjańskiej, która tu (przed atakiem Gadów) niegdyś istniała. Owymi monumentami były wielkie stożkowate piramidy, a także ogromne rzeźby ludzkich podobizn (być może dawnych władców i przywódców planety). Marsjanie zaczęli więc odbudowę (przy pomocy Federacji - głównie Plejadian i Lirian) swojej dawnej "naziemnej" cywilizacji.
Podobnie odbudowano (i zasiedlono) planetę Wenus, gdzie mieściła się główna rada naszego Układu Słonecznego (placówka Federacji Galaktycznej), stojąca na straży bezpieczeństwa całej naszej galaktyki - zwana Radą Zendara. Księżyc - jak już pisałem - dryfował sobie po niestabilnej orbicie do czasu ponownej kolonizacji jego powierzchni przez Galaktyczną Ludzkość (z Nibiru) ok. 489 000 lat temu. Jednak na orbicie okołoziemskiej Księżyc został umieszczony dopiero 450 000 lat temu. Ponowna kolonizacja wielu galaktyk przebiegała więc sprawnie i dość "szybko" (jeśli można w ogóle użyć takiego słowa w odniesieniu do kilkudziesięciu lub kilkuset tysięcy lat trwania owej kolonizacji).
A co z Gadami można by zapytać? Ich populacja została mocno ograniczona (nie tylko w wyniku działań wojennych, lecz także świadomych mordów, popełnianych przez Galaktyczną Ludzkość). Przetrwali jedynie na kilku już posiadanych przez siebie światach, takich jak - galaktyka Smoka, Ursa Minor i Ursa Maior oraz w galaktyce Sagittariusa. Galaktyka Bellatrix (wraz z Radą Anchara) została zniszczona w wyniku działań wojennych (choć i tam zaczęła się powolna odbudowa gadziej -już znacznie odmienionej - cywilizacji). Stracili Maldeka, Chowtę i większość z dotychczasowych światów, musieli odtąd uciekać by chronić swe życie i resztki upadającej cywilizacji Anchara. Stali się mniejszością, a zasiedlone przez nich światy były wysepkami w morzu Wszechświata kontrolowanym przez Galaktyczną Ludzkość. Reptilianie, nie mogąc odbudować swej dawnej potęgi, będą odtąd działali w sposób zakulisowy na szkodę Ludzkości w różnych galaktykach - głównie zaś w naszym Układzie Słonecznym (ów biblijny wąż który skusił Ewę, to również personifikacja ich rasy, chociaż tam był również i inny problem. Chodziło bowiem o uniemożliwienie stworzonym przez Annunaki - głównie Nibiruanie, ale swe geny dali również Plejadianie i Lirianie -"pierwszym" ludziom zdobycie wiedzy o ich przeszłości i dziedzictwie, to było owo zakazane "Drzewo poznania Dobra i Zła" - więcej opowiem o tym gdy przyjdę do tematu stworzenia pierwszego "Adamu", ale to będzie już po tym, jak na świecie pojawią się pierwsze człekokształtne Lulusy (m.in. Neandertalczycy) również wytwór działalności pozaziemskich "bogów" ).
PONOWNA KOLONIZACJA ZIEMI
Gady dwukrotnie próbowały skolonizować Ziemię - i dwukrotnie im się to nie udało. Za pierwszym razem (ok. 1 318 000 lat temu) na przeszkodzie po temu stanęły siły natury - rozpadający się na dwie części wielki kontynent Lamar (środkowa część tego kontynentu została zalana przez ocean) spowodował wzrost aktywności wulkanicznej, oraz trzęsień ziemi, gigantycznych tornad i tsunami - które zniszczyły pierwszą cywilizację Reptilian na Ziemi. Druga próba również okazała się nieudana, a to z tego względu że podjęto ją praktycznie już przed samą klęską Ligii Anchara i zwycięstwem Federacji Galaktycznej - co oczywiście doprowadziło do opuszczenia Ziemi przez Gady (w obawie przed zniszczeniem ich siedzib przez siły Federacji). Przez kolejne prawie 350 000 lat Ziemia nie była zasiedlana. Zmieniło się to dopiero ok. 900 000 lat temu, gdy Rada Federacji Galaktycznej podjęła decyzję o ponownym zasiedleniu naszej planety. Postanowiono że Ziemię skolonizują wszystkie ludzkie rasy we Wszechświecie, bez względu na swoją kulturę, wiarę i tradycję - wszyscy mieli mieć zapewniony równy start i możliwość rozwoju własnych potrzeb i działalności. Prócz Ludzkości - gwiazdoloty Federacji zaczęły przewozić z innych systemów gwiezdnych na Ziemię drzewa, nasiona, kwiaty, zwierzęta i inne formy życia, potrzebne do odbudowy ludzkiej cywilizacji na tej planecie.
Wszystkich początkowo przewożono w jedno miejsce, które wydawało się najdogodniejsze pod rozwój dalszej kolonizacji (dziś ta ziemia już nie istnieje, a w jej miejscu znajdują się obecnie wody Oceanu Spokojnego). Była to najdogodniejsza część kontynentu Lamar (znajdujący się pomiędzy dzisiejszą Afryką a Australią). Choć pierwsi koloniści przybywali z bardzo różnych galaktyk i systemów gwiezdnych, to jednak dominowały wyraźnie dwie ludzkie rasy - Lirian i Syrian (potem się to trochę zmieni, gdy przybędą masy Plejadian i Centaurian, jednak stanie się to dopiero ok. 50 000 r. p.n.e., czyli stosunkowo późno). Poszczególne grupy ludzkich kolonistów zaczęły teraz zakładać swoje ośrodki i pielęgnować swoją tradycję i kulturę (niekiedy dochodziło do utarczek, ale nie przerodziły się one w poważniejsze konflikty i szybko były pacyfikowane). Technika i technologia była bardzo rozwinięta (istniał nawet "telepatyczny" internet, dzięki któremu w kilka sekund można było połączyć się z każdą osobą na planecie, bez względu na to gdzie przebywała). Na Ziemię wówczas ściągali nie tylko Galaktyczni Ludzie, lecz także Felinianie (Lwi-Ludzie), Karianie (Ludzie o głowach ibisów - opisywałem ich w pierwszych częściach tego tematu), a także (nie opisani przeze mnie) Ludzie-Małpy. Każda z tych ras wniosła swój wkład w rozwój naszej planety. Polaryzacja społeczeństwa była duża, przybywali bowiem Galaktyczni Ludzie o rożnych specjalnościach i zawodach - od wojowników po cywili.
Wszystko rozwijało się dobrze przez 100 000 lat. Jednak ok. 800 000 r. p.n.e. doszło do podobnej katastrofy, która wcześniej zmiotła całą pierwszą próbę reptiliańskiej kolonizacji planety. Kontynent Lamar znów zaczął się rozpadać. Znów wybuchły wulkany, nastąpiły gwałtowne powodzie i trzęsienia ziemi. Na Atlantyku wyrosła z wód nowa ziemia (która potem będzie się zwać Atlantydą). Oderwał się kontynent, będący dziś Ameryką Północną. Jednocześnie z oceanu wyrósł inny kontynent na zachód od Afryki - dziś zwany Ameryką Południową. Te dwa kontynenty amerykańskie zaczęły się do siebie zbliżać, aż w konsekwencji utworzyły wspólne połączenie, zwane Ameryką Środkową. Grenlandia oddzieliła się od Islandii, Szkocji, Norwegii i Szwecji (część ziem tych dwóch ostatnich państw pochłonęła woda). Najbardziej ucierpiała Afryka (ludzkie społeczeństwa które tam żyły, a które w porę nie zdążyły się ewakuować - zostały zniszczone), najmniej zaś rejony dzisiejszej Syberii oraz Australia (nie licząc potężnej aktywności wulkanicznej na jej środkowej części, która doprowadziła ogromne połacie tego kraju do ruiny, zamieniając je w dzisiejsze piaszczyste pustkowie). Gdy proces ten się zakończył - powstały nowe kontynenty - obie Ameryki, dwie wielkie wyspy (które składać się będą w przyszłości na Atlantydę), na terenach dzisiejszej Sahary powstało morze ("afrykańskie"), Europa Północna (początkowo całkowicie zalana) zaczęła ponownie wyłaniać się z morskich odstępów i połączyła się z resztą tego kontynentu.
Ludzkość po przetrwaniu katastrofy, z biegiem dziesięcioleci ponownie rozprzestrzeniła się po całej powierzchni nowego globu, tworząc nowe państwa i potężne organizacje polityczne. Żadne jednak z nich nie zdobyły aż takiej przewagi, by zdominować innych. Dopiero ok. 500 000 r. p.n.e., udała się ta sztuka potężnej cywilizacji Gor - która stworzyła silnie spolaryzowane społeczeństwo w rejonie dzisiejszej Antarktydy.
CZYLI TURYSTYKA OD STAROŻYTNOŚCI PO CZASY WSPÓŁCZESNE
Już dawno przymierzałem się do podjęcia tego tematu i ostatecznie się udało, przystąpiłem do zadania opisania podróży sławnych i mniej sławnych ludzi w dziejach (np. podróże Jakuba Sobieskiego - syna króla Jana III - po Europie, albo podróż Thomasa Jeffersona po Francji i Włoszech, albo też podróże po Moskwie za czasów Stalina, lub po przedwojennym Berlinie w latach 30-tych XX wieku). Temat ten nie jest i nie będzie uporządkowany chronologicznie, ponieważ jest wiele interesujących historii które można w taki sposób niechybnie pominąć, a postanowiłem kierować się w tej kwestii zasadą tego, co bardziej w danej chwili wydaje mi się interesujące. Dlatego też informacje o antycznych podróżach i sposobach spędzania wolnego czasu mogą się przeplatać tematycznie ze średniowiecznymi lub renesansowymi wyprawami, nie mówiąc już o współczesnych urlopach zimowych i letnich (😉). To wszystko będę ze sobą przeplatał i łączył, tak, że nie może być tutaj mowy o żadnej chronologii (aczkolwiek zapewne uda się takową ułożyć, kierując się poszczególnymi opisami i tematami). Jako pierwszy zamierzam opisać trzymiesięczny pobyt Marszałka Józefa Piłsudskiego na portugalskiej wyspie Maderze - na którą wybrał się, w celu podreperowania swego zdrowia
I
PODRÓŻ MARSZAŁKA PIŁSUDSKIEGO
NA MADERĘ
(Grudzień 1930 - Marzec 1931)
"Płk. Becka zastałem w łóżku. Był niezdrów. Zaraz na wstępie zapytał mnie, czy nie chciałbym pojechać na jakiś czas za granicę. Bez wahania odpowiedziałem, że tak, że wyjadę chętnie. Pułkownik zadał mi wtedy pytanie, czy znam język portugalski. Zdumiało mnie to, lecz oczywiście, odpowiedziałem, że znam. Wtedy pułkownik przystąpił do sedna sprawy. (...) - Jest taka sprawa: Marszałek Piłsudski wyjeżdża wkrótce na urlop, na Maderę... Czy znacie tę wyspę? - Tak jest, byłem na niej cztery razy. - To dobrze. Otóż trzeba abyście towarzyszyli Komendantowi w tej podróży"
Z Pamiętnika adiutanta Marszałka Piłsudskiego - kapitana Mieczysława Lepeckiego
O tym że Marszałek Piłsudski potrzebuje dłuższego urlopu wiedziano od dawna, ale ponieważ Piłsudski nie badał się i nie dbał o swoje zdrowie (nie znosił lekarzy, nazywając ich konowałami), a krótkie pobyty w Druskiennikach (gdzie Marszałek miał mały domek i gdzie mieszkał od czerwca 1924 r. zjeżdżając tam z rodziną głównie na okres wakacji) niewiele dawały. Józef Piłsudski często spacerował, w tym również po niemeńskim brzegu, po którego drugiej stronie była Litwa (sam Marszałek uważał się bowiem za "Starego Litwina" i choć ostro ganił antypolską politykę "rządu kowieńskiego" - jak mawiał o ówczesnym rządzie litewskim - to jednak zawsze podkreślał: "Nie można zapomnieć o drogim, kochanym Wilnie, stolicy, wzniesionej nie ręką polską, ale wysiłkiem narodu litewskiego i niezwykłych bohaterów Litwy pogańskiej, budujących państwo od morza do morza rękami Kiejstutów, Olgierdów, Witolda, Jagiełły (...) nie mogę nie wyciągnąć przez kordon nas dzielący ręki do tych tam w Kownie. (...) Nie mogę nie wyciągnąć ręki, nawołując do zgody i miłości. Nie mogę nie uważać ich za braci". Litwa wówczas - od czasu zajęcia Wilna przez "zbuntowane" na rozkaz Piłsudskiego oddziały gen. Żeligowskiego dnia 9 października 1920 r. - nie utrzymywała z Polską żadnych kontaktów, ani dyplomatycznych, ani handlowych, ani kulturalnych, ani nawet drogowych, czy granicznych. Granica przypominała tę, pomiędzy dzisiejszą Koreą Południową a Koreą Północną, z tą wszakże różnicą że nie było tam tyle wojska ani umocnień, choć oczywiście Korpus Ochrony Pogranicza czuwał.
DRUSKIENNIKI ZNAJDOWAŁY SIĘ W WOJEWÓDZTWIE BIAŁOSTOCKIM,
NA PÓŁNOC OD GRODNA, TUŻ NAD GRANICĄ Z LITWĄ
Sytuacja ta uległa zmianie dopiero siedemnaście lat później, gdy Polska - 17 marca 1938 r. - wysłała ultimatum wobec Litwy, grożąc wojną w przypadku odmowy nawiązania normalnych stosunków dyplomatycznych i granicznych. Stało się tak, ponieważ z terytorium Litwy były organizowane - podobnie jak dziś z Białorusi - ataki na polskie pogranicze, a poza tym Litwa była dogodnym miejscem do uprawiania antypolskiej działalności wywiadowczej przez Moskwę i Berlin. Stosunki dyplomatyczne z Litwą zostały zawiązane 31 marca 1938 r. a poprzedzała je ostra kampania prowojenna, łącznie z hasłami - tak bardzo wyszydzanymi potem w czasach komunizmu - "Wodzu, prowadź na Kowno" czy "Niech żyje Polska mocarstwowa".
Poza tym podczas ostatniego wypoczynku w Pikieliszkach Marszałek Piłsudski zachorował i postanowiono przekonać go, aby wybrał się wreszcie na dłuższy urlop, najlepiej do ciepłych krajów.
OTWARCIE GRANICY POLSKO-LITEWSKIEJ
Marzec 1938
Marszałek Piłsudski - przekonany przez swoje córki Wandę i Jadwigę (Jadwiga Piłsudska podczas II Wojny Światowej służyła w brytyjskim RAF w czasie Bitwy o Anglię i w kolejnych latach) - ostatecznie postanowił wyjechać na urlop i od lata 1930 r. przeglądał przewodniki oraz książki opisujące dalekie kraje w Ameryce Południowej i w Afryce. Ostatecznie zdecydował się na dwa miejsca: Egipt lub Maderę, ale ostateczna decyzja należała do Jego córek, które jednak wybrały Maderę - portugalską wyspę, leżącą na Oceanie Atlantyckim (kapitan Lepecki pisał o tym tak: "Nie wiem, czym dziewczynki się powodowały, doradzając Maderę a nie Egipt. Może sądziły, że w Egipcie są lwy, a na Maderze nie ma, może po prostu dźwięk nazwy lepiej im się podobał - nie wiem. Dość że wybrały Maderę"). Piłsudski był bardzo rodzinnym człowiekiem i jak wspominała Jego małżonka - pani Aleksandra Piłsudska: "Mąż, gdy zrzucał z siebie na chwilę odpoczynku ciężar obowiązków i odpowiedzialności zmieniał się nie do poznania. Młodniał, był wesoły, pogodny". Marszałek był też dobrym ojcem, zbyt dobrym, jak twierdziła pani Aleksandra, która pisała: "Dzieci wychowywałam sama. Mąż tylko je psuł i rozpuszczał". Zawsze pamiętał o urodzinach i imieninach swej żony oraz córek, a gdy nie mógł uczestniczyć w tych uroczystościach rodzinnych, zawsze wysyłał pocztówki, w których tłumaczył się ze swojej nieobecności (Aleksandra Piłsudska pisała: "Jednego roku moje imieniny wypadały w czasie, kiedy był w Genewie, w sprawie Litwy [1927 r.]. Mógł więc tylko wysłać depeszę z życzeniami. Wzruszona byłam później dowiedziawszy się, że mimo tylu spraw, które w tym czasie miał na głowie, w dniu tym zwierzył się jednemu dziennikarzowi, jak mu jest przykro, że wskutek spóźnienia powrotu nie będzie mógł złożyć życzeń "swojej pani" osobiście". I dalej: "23 czerwca wypadają imieniny Wandzi. Któregoś roku mąż był w tym czasie na kuracji w Druskiennikach, a ja z dziewczynkami byłam w Sulejówku. Wandzia martwiła się zawczasu, że na imieninach nie będzie Tatusia. W wigilię tego dnia przyjechała do nas serdeczna przyjaciółka naszej rodziny, Halina Sujkowska, nasza kochana "Ciocia Hala". Przywiozła list od męża z życzeniami dla Wandzi, przesłany na jej ręce z prośbą aby rano, w dniu imienin położyła ten list przy śniadaniu pod jej talerzyk. (...) Wandzia wpadła do mnie podniecona, mówiąc, że dostała list-łamigłówkę, pisaną dużymi literami drukowanymi, rozrzuconymi w rozmaite esy-floresy. Wynikało z tego listu, że jeden pan jęczy i szlocha nie mogąc przyjechać na jej imieniny. Oczywiście, domyśliła się od razu, że to Tatuś ten list przysłał. (...) Po obiedzie nagle usłyszeliśmy znany stukot zajeżdżającego samochodu. Dziewczynki wybiegły do ogrodu. Rzeczywiście przed domem stał samochód, a w nim Tatuś. Radość nie miała granic dla nas i dla znajomych, którzy przyjechali na imieniny Wandzi i nie spodziewali się spotkać męża").
PIKIELISZKI
Samochód przed domem rodziny Piłsudskich.
Dworek w Sulejówku był bardzo podobny
(1931)
15 grudnia 1930 r. Marszałek Piłsudski wyjechał pociągiem z Dworca Głównego w Warszawie o godz. 19:30. Salonka Marszałka - jak zresztą większa część Jego życia - była bardzo skromna (Piłsudski nie pobierał nawet pensji ze stanowiska Generalnego Inspektora Sił Zbrojnych, twierdząc, że nie powinien obciążać dopiero co odrodzonej Polski swymi problemami finansowymi i utrzymywał się przede wszystkim ze sprzedaży książek, oraz odczytów i laudacji. Poza tym Marszałek nie nosił przy sobie pieniędzy - gdyż tego nie lubił - i nawet gdy zabierał córki by kupić im urodzinowy bądź imieninowy prezent, to obok Niego szedł adiutant, który właśnie miał przy sobie pieniądze i który płacił. Za to Piłsudski zawsze nosił przy sobie w kieszeni płaszcza - rewolwer. To przyzwyczajenie pozostało mu jeszcze z czasów walk o Niepodległość), nie było w owej salonce nawet żadnych przewodów elektrycznych, aby można było choćby posłuchać radia. Marszałek nie zgodził się również na wysłanie na Maderę ochrony dla siebie, czym tylko przyprawiał kłopotu kapitanowi Bolesławowi Ziemiańskiemu - komendantowi ochrony osobistej Marszałka, oraz pułkownikowi Tadeuszowi Pełczyńskiemu - szefowi Oddziału II Sztabu Głównego Wojska Polskiego (czyli wywiadu). Piłsudski kategorycznie odmawiał jakiejkolwiek ochrony dla siebie i gdy nawet wychodził z domu, ochroniarze musieli być bardzo dyskretni, aby ich nie wypatrzył, bo wtedy sypał "ostrymi przekleństwami" - a ponieważ Piłsudski dostawał wiele anonimów z życzeniami śmierci - ochrona była więc w Jego przypadku niezbędna. Wraz z Marszałkiem jechały wówczas w salonce tylko dwie osoby - dr. Marcin Woyczyński i dr. Eugenia Lewicka (kapitan Lepecki też jechał wówczas na Maderę, ale przebywał dyskretnie w innym przedziale tego pociągu). Uważa się, że dr. Lewicka była wówczas kochanką Marszałka (choć nie ma na to większych dowodów). Była bowiem młoda (prawie trzydzieści lat młodsza od Komendanta i piętnaście lat młodsza od Jego żony, urodzona w 1897 r.), pochodziła - podobnie jak Piłsudski ze szlachty, a przede wszystkim była wysokiej klasy lekarzem (specjalizowała się co prawda w chorobach kobiecych, ale jednocześnie propagowała zdrowe odżywianie i ruch na świeżym powietrzu - "Słońce-Woda-Ruch". Codziennie też uprawiała gimnastykę i pływała, a z jej inicjatywy powstał w Druskiennikach - gdzie pracowała jako lekarz uzdrowiskowy - zakład przyrodoleczniczy, dwa boiska i korty tenisowe). Lewicka i Piłsudski poznali się w 1924 r. w Druskiennikach, a w lutym 1927 r. Eugenia Lewicka znalazła się w Państwowej Radzie Naukowej Wychowania Fizycznego, którego patronat osobiście objął Piłsudski (czego z reguły unikał). Tam właśnie bardzo często spotykała się z Marszałkiem i pisała dla Niego publikacje na temat zdrowia, gimnastyki i kultury fizycznej.
Pociąg jechał przez Czechosłowację, Austrię, Szwajcarię, Francję (na pierwszej stacji, tuż po przekroczeniu francuskiej granicy, do salonki Marszałka przybył lokalny prefekt departamentu granicznego, wraz z polskim posłem Alfredem Chłapowskim i attache wojskowym - płk. Jerzym Ferek-Błeszczyńskim. Następnie w Lyonie zgłosili się miejscowi przedstawiciele francuskich władz miasta i departamentu, a także dowódca miejscowego okręgu korpusu Armii Francuskiej. W Bordeaux Marszałek spędził kilka godzin czekając na zmianę pociągu, a w tym czasie udał się zwiedzić miasto wraz z francuskim dowódcą lokalnego okręgu korpusu, który przysłał wojskowy samochód - Marszałek miał tylko kilka godzin i udało mu się niestety jedynie zwiedzić sam port w Bordeaux) i Hiszpanię (na granicy francusko-hiszpańskiej w Irun trzeba było zamienić salonki, gdyż rozkład torów w Hiszpanii był inny niż w reszcie Europy i podobny do tych z Rosji). W salonce polskiej pozostała jednak przez nieuwagę szabla Marszałka, co potem miało szeroki wydźwięk w prasie Europy, gdyż pisano, że szabla została skradziona, jej utratę odkryto jednak dopiero w Lizbonie, czyli w Portugalii. Temat szabli stał się bardzo głośną sprawą i prasa oraz agencje informacyjne żyły nią prawie... trzy miesiące (pisano że szabla została podstępnie skradziona z pociągu, że jej rękojeść była wysadzana diamentami i szafirami, organizowano poszukiwania szabli - np. prasa amerykańska rozpisywała się o ogromnej wartości materialnej skradzionej szabli, Francuzi zrzucali winę na Hiszpanów, ci znów na Francuzów, a Piłsudski gdy czytał te gazety, ponoć śmiał się do rozpuku i niczego nie prostował ani nie dementował, bo bardzo bawiła go ta cała "afera z szablą". Ostatecznie szabla ta - a była to zwykła szabla wojskowa - została odnaleziona i po cichu wysłana na Maderę). 19 grudnia pociąg Marszałka Piłsudskiego wjechał na stację główną w Lizbonie, gdzie już czekały tłumy ludzi, pragnące poznać: "największego i najsławniejszego Polaka", pogromcę "straszliwych bolszewików" (kapitan Lepecki pisał: "Pełne cztery dni męczącej podróży kolejowej niemal przez całą Europę nie pozostawiły na Marszałku najmniejszego śladu. Przez dworzec szedł równie sprężystym i dziarskim krokiem, jak gdyby przejechał z Belwederu do Mokotowa na rewię wojskową"). Następnego dnia (20 grudnia) Marszałek Piłsudski spotkał się z prezydentem Republiki Portugalii - Antonio Oscarem de Carmoną. Obaj panowie zjedli ze sobą śniadanie w Palacio de Belem, a następnie prezydent Carmona uhonorował Piłsudskiego portugalskim orderem "Wieży i Szpady".
Następnie Marszałek udał się do portu, gdzie spotkał się jeszcze z lokalną Polonią, po czym wszedł na pokład okrętu pasażerskiego "Angola" (który z tego powodu został specjalnie odmalowany i wyszorowany), co to miał wypłynąć z Lizbony do Funchalu na Maderze (kapitan Lepecki również znalazł się na tym statku, ale jak pisał: "Jeszcze przed przybyciem Marszałka udałem się również na pokład "Angoli", gdzie przezornie usadowiłem się jak najdalej od Jego kajuty"). Tak rozpoczęła się podróż Józefa Piłsudskiego ku brzegom Madery (kapitan Lepecki notował iż: "Klimat Madery jest jednym z najzdrowszych i najprzyjemniejszych klimatów świata. Jego cechą charakterystyczną jest łagodność i równomierność. Na wyspie są nieznane uciążliwe upały, jak również i chłody"), rozpoczynająca Jego trzymiesięczny urlop - bodajże najdłuższy, jaki ten człowiek miał w całym swoim życiu.
DOKTOR EUGENIA LEWICKA OBECNA NA OBU ZDJĘCIACH
Z PODRÓŻY JÓZEFA PIŁSUDSKIEGO NA MADERĘ
Cała podróż przebiegała spokojnie, choć grudniowa pora roku nie była najlepszą do wycieczek wodami Oceanu Atlantyckiego. Według relacji kapitana Mieczysława Lepeckiego - który na pokładzie "Angoli" przebywał incognito i miał za zadanie chronić Marszałka Piłsudskiego, ale nie ujawniać swojej przy Nim obecności (spotkać mieli się "przypadkiem" już na Maderze, a kpt. Lepecki miał powiedzieć że również podróżuje po tej wyspie) stwierdził iż "fale kołysały Angolą nie na żarty" a "szczury lądowe" zapewne doświadczały wówczas choroby morskiej. Ale nie Marszałek. Ponoć bardzo spokojnie przyjął tę podróż i cały pierwszy wieczór na morzu (20/21 grudnia 1930 r.) Marszałek spędził na czytaniu książek i spożywaniu posiłku, dostarczanego do Jego kajuty przez stewarda. Piłsudski żył i jadał bardzo skromnie i miał niewielkie potrzeby (gdyby mu kazano spać na ziemi czy na prostej desce, spałby zapewne równie dobrze, jak na łóżku czy materacu). Lubił też proste posiłki (nie przepadał za bigosami, litewskimi kołdunami czy zupami, szczególnie zaś za grochówkami) ale bardzo pilnował - szczególnie w domu - czasu spożywania obiadu, a była to zawsze godz. trzecia po południu (Piłsudski mawiał że lubi tę część dnia zaraz po posiłku, kiedy można się zrelaksować) i bywał bardzo niezadowolony, gdy panna Adela Heybutowicz, kucharka rodziny Piłsudskich - nieco spóźniała się z obiadem, choć jednocześnie należy przyznać że Marszałek nigdy w domu na nikogo nie podnosił głosu i nigdy nie rzucał złego słowa, a swoje niezadowolenie pokazywał zaledwie grymasami i dąsami. Obiady lubił też Józef Piłsudski spożywać tylko w gronie rodzinnym, celebrując tę chwilę jako coś wybitnie prywatnego (dlatego też tak rzadko w obiadach w Sulejówku czy w Belwederze uczestniczyli jacyś zaproszeni goście, a ci, którzy brali w nich udział, dostrzegali niezwykłą prostotę, skromność i naturalność całej rodziny). Marszałek nie lubił i nie spożywał również alkoholu, co najwyżej wina (szczególnie węgierski tokaj) i to w niewielkich ilościach, najczęściej jeden kieliszek po wstaniu z łóżka, drugi przed śniadaniem i następny po kolacji. Lubił jednak produkty Wedla (najstarsza polska rodzinna firma cukiernicza, założona w Warszawie w 1851 r. przez niemieckiego cukiernika - Karla Ernsta Heinricha Wedla, który to, podobnie jak i jego potomkowie, szybko się spolonizował, a firma "E.Wedel" stała się synonimem najlepszych łakoci na ziemiach polskich i to zarówno pod zaborami, jak i potem w niepodległej Polsce), ale najczęściej spożywał wedlowskie herbatniki (w tym krakersy) natomiast wszelkie inne słodycze tej firmy pomijał. Uwielbiał jednak Marszałek domowe ciasta i słodkie leguminy oraz kruche placki z zapiekaną pianką, pieczone przez Adelcię. Poza tym przy Jego biurku zawsze stała paczka landrynek i talerz z owocami.
Marszałek wstawał z reguły o godz. 8 rano (chyba że akurat - tak jak w Sulejówku w latach 1923-1926 nie miał żadnych obowiązków zawodowych, to spał do dziesiątej). Żona - Aleksandra Piłsudska - przynosiła mu śniadanie do łóżka oraz gazety (najczęściej "Kurier Poranny" i "Expres"). Pani Aleksandra żaliła się później, że mąż nic w domu nie robił i wszystko było na jej głowie, On natomiast - gdy nie miał żadnych obowiązków służbowych - lubił przechadzać się po ogrodzie i doglądać drzewek ofiarowanych mu przez legionistów (którymi jednak sam się nie zajmował - wszystko to robiła pani Aleksandra wraz z Adelą i ogrodnikiem). Piłsudski lubił zaś obserwować jak jego żona zajmuje się owymi drzewkami, sam siedząc na bujanym fotelu i paląc papierosy lub pijąc mocną herbatę (papierosy też były Jego ogromnym nałogiem z którego nie potrafił zrezygnować). Pani Aleksandra pomagała mężowi również przy pisaniu książek - On dyktował (chodząc cały czas po pokoju - gdyż taki miał zwyczaj; w Sulejówku był nawet salonik, w którym widać było wydeptane ślady na zakrętach), Ona zaś pisała na maszynie, a po skończonej pracy razem pijali herbatę, gdy przez okno - jak wspominała pani Aleksandra - "wpływał chłodny powiew poranka, a gdzieś w akacjach śpiewał słowik. Byliśmy wówczas sami wśród śpiewającego świata". Marszałek Piłsudski jednak pomimo całego nimbu jakim otaczał rodzinę, nie potrafił poskromić w sobie namiętności do innych kobiet, a podróż na Maderę bez żony i córek, za to z panią doktor Eugenią Lewicką był tego wyraźnym dowodem. Aleksandra wiedziała o tym związku i przyprawiał on ją o coraz gorsze samopoczucie (np. do Druskiennik, gdzie pani Lewicka była lekarzem, Marszałek wyjeżdżał sam, zaś pani Aleksandra pozostawała z córkami w domu w Sulejówku lub w Belwederze, a czasem z nimi wyjeżdżała do Pikieliszek, jak to miało miejsce w 1929 r. gdy wyjechali razem, ale On skierował się do Druskiennik, a Ona i córki do Pikieliszek) i twierdziła że klimat Druskiennik nie służy jej zdrowiu. Zapewne to nie klimat był powodem niechęci wyjazdu tam z mężem, a właśnie owa panna Lewicka, która wyraźnie stawała się konkurentką do serca męża Aleksandry i ta, nie mogąc tego znieść, popadała w coraz większą melancholię i smutek (Piłsudski zwykł nazywać swoją żonę "Smutną Panią"). Należy jednak dodać, że sama za młodu odbiła Józefa Piłsudskiego jego pierwszej żonie - Marii Piłsudskiej, aż ta zmarła z żalu na atak serca w sierpniu 1921 r.). Niechęć do konkurentki i nowej kochanki męża była tak wielka, że w swoich "Wspomnieniach" pani Aleksandra nigdzie nawet słówkiem nie wspomniała o postaci Eugenii Lewickiej, a spotkała się z nią tylko raz, zaraz po jej powrocie z Madery, ale o tym zdążę jeszcze wspomnieć.
Tymczasem wróćmy na pokład Angoli, który to statek przez wzburzone fale Atlantyku zmierzał pewnie ku Funchalu - głównemu miastu Madery. Marszałek Piłsudski zjawił się na pokładzie o godz. 9 rano drugiego dnia podróży (21 grudnia). Pogoda była wówczas piękna, niebo błękitne dlatego też większość pasażerów wyszła pospacerować sobie po okrętowym deptaku, a pojawienie się tam Piłsudskiego wzbudziło szerokie zainteresowanie podróżnych. Marszałek nie lubił zbytnich objawów zainteresowania swoją osobą i gdy tak się działo z reguły uciekał stamtąd (nie lubił też być fotografowany), ale na pokładzie Angoli uciec raczej nie miał dokąd - chyba że do własnej kajuty, a tego nie chciał, jako że czas spędzony w pociągu i potem jeszcze w kajucie był dla Niego nieprzyjemny i pragnął nieco rozprostować nogi. Dlatego też spędził na pokładzie wśród tłumów ciekawskich osób jakieś trzy godziny, wdając się w pogawędki lub opowiadając zabawne anegdoty (Piłsudski bardzo lubił żartować i często ubolewał że: "Witaliśmy odrodzoną Polskę nie dźwięcznym śmiechem odrodzenia, lecz jakimś kwasem śledzienników i jakąś zgryźliwością ludzi o chorych żołądkach. Więc głosem z trąby błagam" matki i ojcowie (...) Niech się śmieją polskie dzieci śmiechem odrodzenia, gdy wy tego nie umiecie"). Nocą, tego samego dnia, Marszałek również wyszedł na pokład i milcząc wpatrywał się w mroki nocy, po czym udał się do swojej kajuty na spoczynek. Statek dobił do portu w Funchalu 22 grudnia o godz. 9 rano. Bardzo szybko okręt otoczył prawdziwy rój drobnych łódeczek z kupcami oferującymi do sprzedaży miejscowe wyroby, a po jakimś czasie zjawiła się tam również motorówka, wioząca przedstawiciela gubernatora wyspy. Madera była częstym kierunkiem ówczesnych wakacyjnych podróży Europejczyków, jako że łatwo i bezpiecznie można było się tam dostać statkiem. Co prawda leżące nieopodal Wyspy Kanaryjskie i nieco dalej położone Bermudy stanowiły dlań pewną konkurencję, ale i tak rokrocznie na tę wyspę przybywali znani politycy, koronowane głowy, literaci i inni milionerzy. Mimo jednak przyzwyczajenia mieszkańców Madery do częstych gości z Europy, wizyta Marszałka Piłsudskiego była dla nich dość wyjątkowa, a to dlatego że o Polsce mało kto tam wiedział i jeśli już, to postrzegano nasz kraj jako prawie cały czas ścięty mrozem oraz śniegiem i będący sąsiadem bolszewickiej Rosji. Polska - kraj dziwny, tajemniczy, niczym z jakichś opowiadań o dalekich, nieznanych lądach (cóż, nawet dzisiaj w dobie internetu i podróży kosmicznych jest wielu takich na Zachodzie, którzy nadal myślą że Polska to jakiś biedny kraj, gdzie chodzą niedźwiedzie polarne po ulicach i gdzie jeżdżą dorożki konne. Pamiętam że przed 2020 rokiem i całym tym "pomorem" narzuconym światu, pewna dziennikarka z Holandii została wysłana do naszego kraju i naprawdę, póki tutaj nie przyleciała, myślała że jedzie do kraju trzeciego świata, to jakiś biednej zapuszczonej krainy. Ale ostatnio słyszałem o amerykańskim żołnierzu pochodzącym z Teksasu, który stacjonował u nas w latach 2022/2023, który również myślał - i powiedział o tym otwarcie w wywiadzie - że jedzie do kraju podobnego do Afganistanu, gdzie są domki z drewna. Jakież było jego zdziwienie gdy odkrył że Polska jest nie tylko normalnym krajem zachodnim, ale wiele osiągnięć cywilizacyjnych stoi na znacznie wyższym poziomie niż w USA. Niestety tego typu myślenie jest naprawdę wciąż jeszcze obecne w sporej części - szczególnie starszych - ludzi na Zachodzie którzy myślą kalkami z lat 80-tych lub 90-tych).
SZCZEGÓLNIE ZAŚ BEZPIECZEŃSTWO JEST TYM, CO NIEZWYKLE POZYTYWNIE ODRÓŻNIA NAS OD CAŁEJ RESZTY ZACHODNIEGO, JAK RÓWNIEŻ WSCHODNIEGO ŚWIATA
I wówczas pojawił się On - najsławniejszy Polak ubrany w swój jasny mundur, w czapce maciejówce na głowie, przepasany orderem prezydenta Portugalii - tajemnicza postać pogromcy bolszewików zjawiła się nagle na ich wyspie, niczym tajemny czarnoksiężnik z legend. Nic więc dziwnego że przybycie Piłsudskiego na Maderę wzbudziło prawdziwą sensację. Dla Marszałka (i jego dwóch towarzyszy - doktora Marcina Woyczyńskiego i doktor Eugenii Lewickiej) podstawiono samochód, którym odjechali oni do willi w Sao-Martinho (willą ów budynek był tylko z nazwy, gdyż realnie był to skromny piętrowy domek, jakich wiele stało wówczas w tej dzielnicy miasta). Leżała ona otoczona pięknym ogrodem, pełnym kwiatów i klombów (Marszałek bardzo lubił kwiaty, drzewa i przyrodę, ale niestety nie potrafił o nie dbać, dlatego też tym zajmowała się jego małżonka - pani Aleksandra). Była to piękna okolica, skąpana w promieniach południowego słońca, gdy o tej porze roku w większej części Europy zalegał śnieg a ludzie przygotowywali się do Wigilii i Świąt Bożego Narodzenia. Z ogrodu owej willi, w której Marszałek zamieszkał, roztaczał się wspaniały widok na plantacje trzciny cukrowej i winnic, poprzecinanych gajami bananowymi. Można było też dostrzec wybrzeże morskie i niebieską toń morskiej fali, a na niej kołyszące się z daleka statki. Marszałek często spoglądał w tę dal, wiodąc wzrokiem hen, tam za horyzont, jakby szukając w swych myślach odpowiedzi na dręczące go problemy. Przy domu znajdowała się też mała altanka i parę ławeczek, a przed bramą wjazdową do willi stał zawsze portugalski policjant, a u jego stóp leżał mały czarny psiak - obaj wspaniale się uzupełniali. Tak więc w tym spokojnym, "balsamicznym" krajobrazie, na dalekiej wyspie położonej na Atlantyku z dala od kraju, swoje grudniowe wakacje spędzał "Protektor Republiki Polskiej" (jak Józefa Piłsudskiego nazywali mieszkańcy Madery).
Dzień Marszałka Piłsudskiego rozpoczynał się tak samo. Wstawał rano o godzinie ósmej i udawał się na śniadanie. Następnie wychodził do ogrodu (chyba że padał deszcz), po czym odbywał długą przechadzkę wokół domu (pani Aleksandra Piłsudska śmiała się czasem, że gdy męża odwiedzali jego bracia: Adam i Kazimierz, to wszyscy trzej nie potrafili usiąść w jednym miejscu i chodzili wokół stołu, co sprawiało dość komiczne wrażenie). Następnie siadał sobie w altance i czytał książki (głównie dzieła autorów francuskich, najczęściej o tematyce militarnej, np. "Guerre d'Italie" Napoleona Bonaparte). O godz. 11-ej zaczynało się drugie śniadanie, na które zapraszała Marszałka pokojówka Georgina, udając się do ogrodu i informując o tym zaczytanego bądź zamyślonego gościa. Marszałek wypijał wówczas herbatę i spożywał maślane bułeczki lub ciasto, najczęściej w towarzystwie dr. Marcina Woyczyńskiego (po kilku latach okazało się, że żona doktora Woyczyńskiego była sowiecką agentką i została za to prawomocnie skazana przez sąd, a wówczas dr. Woyczyński został odsunięty od Marszałka). Potem jeszcze raz spacerował po ogrodzie (niekiedy też witał się z mieszkańcami wyspy, którzy specjalnie w celu spotkania z "Protektorem Republiki Polskiej" przychodzili pod bramę willi czy przyjaźnie machali doń z okolicznych domostw), lub pisał (kończył "Poprawki historyczne"). Obiad przygotowywano między godz. 14 a 15, a kucharz - Teixeira bardzo się starał aby gościom przypadły do gustu jego przysmaki i był niezadowolony, gdy Marszałek ani nie pochwalił ani też nie skrytykował jego starań (powiedział potem kapitanowi Lepeckiemu, że Marszałek Piłsudski nie miał żadnych życzeń specjalnych co do posiłków i jadł to, co mu przygotowano). Po obiedzie najważniejszy gość udawał się do swego pokoju na krótką drzemkę, a ok. godz. 16-ej był już w ogrodzie, gdzie siedział na wiklinowym fotelu. Potem udawał się na przechadzkę po mieście (najczęściej w towarzystwie dr. Eugenii Lewickiej). Boże Narodzenie też spędzono mało tradycyjnie, a miast świątecznego karpia na talerzu znalazła się inna ryba, których to na Maderze było pod dostatkiem (dieta przeciętnego mieszkańca wyspy składała się przede wszystkim z ryb).
Listy na Wyspę przychodziły dość często, ale częściej najróżniejsze telegramy (czasem nawet piętnaście razy na dobę), które były prawdziwym utrapieniem (Marszałek nie lubił telegramów, gdyż zawsze obawiał się że przynoszą one jakieś złe wieści, np. czyjąś chorobę lub śmierć). Prawdziwa lawina listów nastąpiła jednak z początkiem marca 1931 r., gdy przed zbliżającymi się imieninami Marszałka (19 marca) Jego współpracownicy (a przede wszystkim Walery Sławek) wpadli na pomysł "akcji pocztówkowej". "Komitet Główny Obchodów Imienin Marszałka Piłsudskiego" wezwał cały Naród do wysyłania na Maderę kartek pocztowych z imieninowymi życzeniami dla Marszałka Polski. Prasa piłsudczykowska (głównie "Gazeta Polska", "Nowy Kurier Polski" oraz "Polska Zbrojna") podniosła ten temat (gazety lewicowe, prawicowe i konserwatywne apel ten pominęły). Na łamach gazet informowano społeczeństwo jak prawidłowo należy zaadresować i wysłać kartki ("Madera, Funchal, Moussier le Marechal Joseph Piłsudski") i jaki znaczek dobrać. Pojawiły się też ulgi dla nadawców zbiorowych, zaś najbiedniejsi mogli wysłać życzenia bezpośrednio do Belwederu, płacąc jedynie 5 groszy. Już do 4 marca 1931 r. nabyto w całym kraju ponad 2 miliony kart pocztowych, co wzbudziło prawdziwe przerażenie na Maderze. Poczta na Wyspie nie spodziewała się bowiem takiego "desantu" listów i aby je obsłużyć gubernator Madery - Jose Maria Freitas - zarządził konfiskatę wszystkich pojazdów na Wyspie, a także osłów i mułów. Już do 10 marca zgromadzono na Poczcie Polskiej 5 milionów kart pocztowych, a spodziewano się że to jeszcze nie jest koniec. I mieli rację, kolejne dni przyniosły taki napływ kart i listów, że poczta na Maderze nie była w stanie tego przerobić (przychodziło ponad 200 000 kart dziennie). Ostatecznie jednak nie wszystkie karty zostały wysłane (na Maderę dotarło jakieś 1 040 000 kartek), a głównym tego powodem były błędy poczynione w adresie (14 marca "Ilustrowany Kurier Codzienny" - czyli popularny "IKaC", na swych łamach donosił: "Mimo pożądanej izolacji, dociera do Marszałka bardzo liczna korespondencja, wskazująca jednak na słabe uświadomienie geograficzne autorów listów. Przychodzą bowiem listy różnie adresowane, jak np. "Madera - Hiszpania", "Madera - Ameryka", "Madera - Francja", "Kolonia polska Madera" (!?), albo jeszcze inaczej: "Półwysep Madera - miasto Angola". (...) Niestety wiele osób nadsyła listy do Marszałka, nie zastanowiwszy się nad ich celowością, jak np. niejaki pan Filewicz, który, wyrażając zadowolenie, iż Marszałek bawi na Maderze, pisze: "Sam jestem ogrodnikiem i lubię ogrody, a więc nie dziwię się, że Pan Marszałek czuje się na Maderze dobrze". Życzenia na kartach pocztowych były też najróżniejsze, np. takie: "Kochany Dziadku! Dla chwały Polski i na złość wrogom musisz żyć nie 100 a 150 lat", lub "Kochanemu Marszałkowi, budowniczemu Kochanej Ojczyzny", lub "Najmilszemu Wskrzesicielowi Najjaśniejszej Naszej Polski". Ludzie pisywali również wiersze jak choćby taki: "W dal, gdzie przebywasz, życzenie płynie, byś żył, Wodzu, choćby sto lat i by dobrobyt w Twojej krainie promieniał zawsze na cały świat". "Akcja pocztówkowa" była prawdziwym Armagedonem dla mieszkańców Madery i wbiła w nich na długo pamięć o pobycie "Protektora Republiki Polskiej" na ich Wyspie.
Wcześniej jeszcze, bo na początku lutego 1931 r. rząd portugalski wydał dekret, na mocy którego znacznie wzrastało cło na wwóz na Maderę zboża i mąki, co wywołało społeczne niepokoje na Maderze, jako że ta Wyspa była całkowicie pozbawiona roślin chlebodajnych i uzależniona od importu zboża z Portugalii lub z Kanady. Bunt wzbierał z każdym kolejnym dniem i wreszcie ogłoszono strajk powszechny, zamykając wszystkie fabryki, sklepy i instytucje na Wyspie. Trzeciego dnia buntu - 7 lutego doszło do poważnych starć z policją pod starą gorzelnią, a napierający tłum zmusił policjantów do ucieczki. Policja użyła więc broni i wśród protestujących padło kilku zabitych oraz rannych. Tego samego dnia (7 lutego) z Lizbony wyruszył Delegat Rządu portugalskiego płk. Silva Leal, który miał przy sobie 120 ludzi i cztery ciężkie karabiny maszynowe z obsługą liczącą 40 ludzi. Płynął do Funchalu na pasażerskim statku "Pedro Gomez", a on sam i znaczna część korpusu oficerskiego po hucznym pożegnaniu, jeszcze nad ranem 8 lutego była zapewne wciąż pijana. 8 lutego zaś w Funchalu (a była to niedziela) wojsko rozpoczęło aresztowanie przywódców buntu, ale i tutaj doszło do rozbieżności, bowiem w obronie aresztowanych wystąpili artylerzyści, którzy starli się z piechotą. Nowy Delegat Rządu przybył do Funchalu 10 lutego, a w dniu następnym objął władzę nad Wyspą w starej cytadeli (pochodzącej jeszcze z XVII wieku), gdzie przyjął dymisję Jose Mari Freitasa - dotychczasowego gubernatora Madery, a na jego miejsce mianował kapitana Artura de Almeidę Cabaco - dowódcę 2 pułku strzelców pieszych. Pułkownik Silvia Leal zapowiedział również surowe kary dla wszystkich buntujących się, a jednocześnie ogłosił wstrzymanie obowiązywania rządowego dekretu o podwyżce ceł na zboże i mąkę dla Wyspy do "czasu rozważenia słusznych życzeń ludu". Marszałek Piłsudski, gdy dowiedział się o dymisji gubernatora Freitasa, stwierdził krótko: "Szkoda, ten Freitas wyglądał mi poczciwie, on jest podobny do Radziwiłła" (Marszałek miał na myśli księcia Janusza Radziwiłła z którym się czasem spotykał, a ponieważ spotkania te były niekiedy organizowane późno w nocy lub nawet nad ranem - gdyż Marszałek kładł się spać często o drugiej lub trzeciej w nocy, a nawet i później - przeto ów książę nie wiedział jak ma się ubrać. Czy przywdziać strój odpowiedni na wieczór, czy też właściwy dla godzin porannych, co też w Marszałku wzbudzało dobry humor).
Kapitan Lepecki - który przypłynął z Marszałkiem na Maderę na pokładzie tego samego statku - długo nie ujawniał swojej obecności. Zamieszkał w pensjonacie w mieście, nieopodal parku, a za sąsiadów miał samych Anglików. Kapitan Lepecki szybko też skontaktował się z gubernatorem Wyspy i komendantem policji, informując ich o przybyciu Marszałka i jego samego nieoficjalnym tutaj pobycie, oraz przekazał im instrukcję "roztoczenia opieki" nad miejscem pobytu Marszałka Piłsudskiego. Z początkiem stycznia 1931 r. na Maderę przybył jeszcze jeden oficer - rotmistrz Antoni Grudziński, który przebywał tam ponad miesiąc i - jak pisał kapitan Lepecki: "Teraz we dwóch, a więc dla mnie raźniej, poczęliśmy się troszczyć o osobę Marszałka (...) Parotygodniowa obecność Grudzińskiego była dla mnie miłym intermezzem w nudzie pobytu na wyspie. Towarzyski, wesoły, rozmiłowany w dobrym winie, był świetnym kompanem i towarzyszem". Dopiero po jego wyjeździe w połowie lutego, doktor Woyczyński zawiadomił Marszałka o pobycie kapitana Lepeckiego na Wyspie. Spotkali się, Marszałek siedział w wiklinowym fotelu i czytał książkę, a kapitan Lepecki stanął przed Nim i zameldował się. "To pan tam wszędzie był" - zapytał Marszałek nie odrywając oczu od książki, "Wszędzie?" - odparł Lepecki, "W tych wszystkich krajach", "Tak jest, panie Marszałku", "I nie nudno panu tak wciąż jeździć?... No ja myślę, gdzieżby mogła sprzykrzyć się podróż". Na zakończenie rozmowy Piłsudski rzekł do Lepeckiego: "Możecie sobie tu przychodzić ile chcecie, włóczęgo. Tak, tak, jesteście włóczęgą". Od tej chwili Lepecki był częstym gościem w willi w Sao-Martinho, gdzie wraz z dr. Woyczyńskim uzgadniano powrót Marszałka do kraju i postanowiono że wracał będzie na pokładzie polskiego okrętu wojennego, gdyż nigdzie lepiej nie będzie można zapewnić mu bezpieczeństwa, niż właśnie na polskim okręcie. Postanowiono że tym okrętem będzie niedawno zwodowany kontrtorpedowiec ORP "Wicher". Potrzeba rozbudowy floty (handlowej i wojennej) miała stać się zaczątkiem mocarstwowości Polski i zdobycia kolonii. Kraj, który jeszcze piętnaście lat wcześniej cierpiał niewolę i był igraszką w rękach wielkich mocarstw, teraz sam pragnął stać się mocarstwem i zdobyć dla siebie nowe ziemie pozaeuropejskie, aby z państwa europejskiego stać się państwem światowym (jak mawiał gen. Gustaw Orlicz-Dreszer).
ZDOBYCIE KOLONII ZAMORSKICH BYŁO
MARZENIEM ELIT TAMTEJ POLSKI
A tymczasem związek Marszałka z panią Eugenią Lewicką kwitł przez pierwsze tygodnie do czasu, gdy stało się coś dziwnego i pani doktor skróciła swój pobyt na Wyspie, wyjeżdżając wcześniej do kraju. Co takiego się stało? Tego niestety nikt nie wie. Prawdopodobnie młodej kobiecie zamarzyło się małżeństwo i pragnęła zająć miejsce pani Aleksandry Piłsudskiej (z domu Szczerbińskiej), tak, jak ta wcześniej zajęła miejsce Marii Piłsudskiej (z domu Koplewskiej, choć po pierwszym mężu - Juszkiewiczowej). O rękę Marii konkurowali ze sobą dwaj najwięksi antagoniści tamtych czasów - Józef Piłsudski i Roman Dmowski - twórca Ligii Narodowej i ideowy przywódca polskich nacjonalistów (przez lata mówiło się że Polską w sferze mentalno-obyczajowej rządzą dwie trumny: Piłsudskiego i Dmowskiego, do tego czasami dochodził jeszcze Paderewski, Korfanty i Witos). Ostatecznie walkę o względy Marii Juszkiewiczowej wygrał Piłsudski i poślubił ją w lipcu 1899 r. (Maria co prawda rozwiodła się ze swym pierwszym mężem, ale ponieważ Kościół Katolicki nie uznawał rozwodów i tamto małżeństwo było wciąż ważne, przeto para młoda musiała zmienić wiarę i przejść na luteranizm. Piłsudski wrócił do katolicyzmu po śmierci Marii w sierpniu 1921 r.). W każdym razie pani doktor Lewicka zapewne pragnęła usankcjonować swój związek z Marszałkiem, a ten nie zamierzał już opuszczać rodziny i zakładać nowej. To musiało doprowadzić do jakiejś kłótni, która zaowocowała wcześniejszym wyjazdem Lewickiej z Wyspy i trwałym rozstaniem z Piłsudskim (już nigdy więcej się nie spotkali). Po jej powrocie do kraju, w marcu 1931 r. odwiedziła ją Aleksandra Piłsudska, ale nie wiadomo o czym obie panie rozmawiały, choć z pewnością dla żadnej z nich nie była to miła rozmowa. Pani Eugenia Lewicka zmarła wkrótce potem - 29 czerwca 1931 r. (nie miała nawet 35 lat). Przyczyną zgonu miało być zatrucie środkami chemicznymi nieznanego pochodzenia i początkowo spekulowano nawet samobójstwo. Ale profesor Stanisław Malinowski - znajomy dr. Lewickiej stwierdził, że widział ją "w dobrym nastroju, pogodną i spokojną" na kilka godzin przed tym, jak zemdlała w budynku Urzędu Wychowania Fizycznego, gdzie pracowała - dnia 27 czerwca. Przewieziona do szpitala, zmarła tam dwa dni później. Zaczęto więc twierdzić, że otoczenie Marszałka "pozbyło się" tej kobiety i dlatego upozorowano jej samobójstwo. Nie wiadomo jednak jaka była prawda, ale wiadomo że po rozstaniu z Lewicką (nie była ona ostatnią kochanką Marszałka, gdyż ostatnią była Jadwiga Burhard urodzona w 1901 r.) starzał się On bardzo szybko, z roku na rok tracił zdrowie i siły. Ostatecznie zmarł 12 maja 1935 r. w wieku zaledwie 67 lat, a wyglądał na osiemdziesięciolatka. Cóż papierosy, niezdrowy tryb życia, brak snu i... kobiety skutecznie popsuły zdrowie i życie owemu "Protektorowi Republiki Polskiej")
PIERWSZE SPOTKANIE JÓZEFA PIŁSUDSKIEGO
Z MARIĄ JUSZKIEWICZOWĄ I ROMANEM DMOWSKIM
(lata 90-te XIX wieku)
Okręt ORP "Wicher" przybył do Funchalu 22 marca 1931 r. (trzy dni po imieninach Marszałka) przed godz. siódmą rano, a dowódca okrętu - komandor podporucznik Tadeusz Morgenstern-Podjazd zameldował się z willi Marszałka i zakomunikował że już wszystko gotowe do wypłynięcia. Pożegnanie Marszałka wyznaczono na godz. 16:30 i do portu przybyli wówczas przedstawiciele władz Madery (zarówno ci nowi, jak i ci zdymisjonowani), jak i konsulowie honorowi: polski oraz francuski, a poza tym oczywiście tłumy ludzi. Marszałek z wszystkimi się pożegnał i stwierdził że jest bardzo zadowolony z pobytu na Wyspie, ale co do propozycji ponownych odwiedzin nic nie odpowiedział. Następnie łódź motorowa zawiozła Marszałka i Jego towarzyszy na okręt, który stał kilkanaście metrów od brzegu. Wchodząc na pokład, Józef Piłsudski spoglądał w kierunku wyspy Porto Santo na której niegdyś mieszkał odkrywca Ameryki - Krzysztof Kolumb (który prawdopodobnie mógł mieć również polskie korzenie). Potem, na pokładzie okrętu Marszałek stawiał pasjanse, studiował mapy i oglądał okrętowe działa, oraz dużo rozmawiał i dowcipkował z oficerami (m.in. miał stwierdził: "Ja wam morze zaczaruję. Kiedyś jeden z moich pradziadków porwał sprzed świętego znicza kapłankę-wajdelotkę i ożenił się z nią. Po niej odziedziczyłem te moje zrośnięte brwi i potrafię zamówić pogodę". Nie tylko On miał wówczas dobry humor, również dr. Woyczyński dowcipkował i gdy okręt zbliżał się do Zatoki Biskajskiej, gdzie fale są wysokie a burze długie, stwierdził: "Marszałek Piłsudski ma takie szczęście, że wody zatoki zastaniemy na pewno tak gładkie, jak w jeziorku przed Pałacem Łazienkowskim". I rzeczywiście, podróż przebiegała spokojnie). 25 marca rano "Wicher" zawitał do Cherbourga, tam uzupełniono zapasy paliwa i jednocześnie był czas, aby spotkać się z przedstawicielami francuskich władz miasta, a nadbrzeżna artyleria na powitanie oddała 19 wystrzałów.
W Cherbourgu w tym właśnie czasie znajdowały się dwa francuskie okręty wojenne i pięć polskich (dwa kontrtorpedowce i trzy łodzie podwodne), jednak wypłynięcie z portu owego dnia stało się niemożliwe z powodu gęstej mgły, która uniemożliwiała skuteczne rozpoznanie terenu (mgła na morzu jest gorsza niż sztorm, jako że w czasie sztormu człowiek przynajmniej wie co go czeka i może się przygotować, a w czasie mgły nic nie wiadomo. Okręt ogarnia swoista maź, w której skutecznie nikną zarówno światła, jak i sygnały dźwiękowe i łatwo można wpaść na jakieś skały czy lodowe kry). Ruszono w dalszą drogę dopiero 26 marca o godz. piątej rano, gdy mgła już opadała. Dalsza podróż przez Kanał La Manche przebiegała bez przeszkód, a morze było wyjątkowo spokojne (dr. Woyczyński powtarzał wówczas: "A nie mówiłem, Marszałek zawsze ma takie szczęście"). 28 marca rano "Wicher" wpłynął w Kanał Kiloński i dotarł do Kilonii. Tam, na pokładzie zameldował się niemiecki oficer, który w imieniu admirała Ericha Raedera zapytywał czy czegoś podróżnym nie potrzeba, po czym pożegnał się i wyszedł. Wreszcie okręt wpłynął na "polskie morze" czyli na Bałtyk. 29 marca o wpół do dziesiątej rano na horyzoncie ukazały się sylwetki trzech polskich kontrtorpedowców, wysłanych na powitanie Wichra przez admirała Jerzego Świrskiego. Oddały one strzały armatnie na powitanie okrętu płynącego pod banderą ministra spraw wojskowych, a następnie "Wicher" wpłynął do portu wojennego w Gdyni. Tam już oczekiwała na Marszałka jego żona i córki, a także premier Walery Sławek i ministrowie: Sławoj-Składkowski, płk. Józef Beck, Alfons Kuhn, Daniel Konarzewski, major Adam Sokołowski i wielu innych dygnitarzy. Gdy Marszałek schodził na ląd, wszędzie wokół leżał śnieg i było zimno. Jaka wówczas była myśl Józefa Piłsudskiego, który jeszcze do niedawna pławił się w gorącym słońcu Madery? Zapewne brzmiała ona: "Żegnaj Madero, żegnaj bezpowrotnie".