CZYLI JAK TO KRÓL
RZECZYPOSPOLITEJ WŁADYSŁAW IV
PLANOWAŁ ODBUDOWAĆ DAWNE
CHRZEŚCIJAŃSKIE PAŃSTWO
W KONSTANTYNOPOLU
1645 - (48)
RZECZPOSPOLITA
Cz. IV
"PEWNE, ŻE BÓG SAM KRÓLUJE W NIEBIE,
MY, WŁADYSŁAWIE KRÓLEWICZE, CIEBIE
BOGIEM MIEĆ BĘDZIEM, KIEDY DO KORONY
PRZYŁĄCZYSZ MOSKWĘ I SEPTEMTRYJONY"
(SZWECJĘ)
SEBASTIAN PETRYCY
"HORATIUS FLACCUS W TRUDACH WIĘZIENIA MOSKIEWSKIEGO"
1610 r.
Wszystko układało się po myśli króla Władysława i wydawało się że plany wojny przeciwko Turkom i Tatarom już wkrótce się urzeczywistnią. Sprzyjały temu zarówno zewnętrzne jak i wewnętrzne okoliczności, jak choćby wielkie zwycięstwo pod Ochmatowem ze stycznia 1644 r. hetmana Stanisława Koniecpolskiego i rozbicie ordy tatarskiej Tuhaj-Beja. Śmierć papieża Urbana VIII (29 lipca 1644 r.), który był niechętny wojnie z Osmanami i wolał zajmować się walkami o dominację włoskich państewek w Italii, oraz wybór nowego papieża - Innocentego X (15 września), bardziej skorego do zawiązania sojuszu anty-osmańskiego. Sukcesy w negocjacjach z Persami (choć wysłany dwukrotnie do Isfahanu Teofil Szemberg został zamordowany w drodze powrotnej jeszcze w Dagestanie w początkach 1640 r. przez miejscowych "Lezginów". Szach Persji - Safi I w tym samym 1640 r. wyprawił się na Lezginów, pobił ich i wydobył ciało Szemberga, chowając je na terenie należącego do polskiej misji - katolickiego kościoła w Isfahanie.), szczególnie od 1644 r. Władysław sądził że teraz na pewno nic już nie może stanąć mu na drodze w jego wojennych planach podboju Krymu, wyzwolenia Bałkanów i zajęcia Konstantynopola, wszystko jak na razie układało się po jego myśli. Na horyzoncie już szykował się poważny konflikt militarny Turcji z Wenecją i choć jeszcze do niego nie doszło otwarcie, obie strony przygotowywały się do nieuniknionej konfrontacji. W głowie króla Władysława powstał wówczas plan uderzenia na Turków od strony Bałkanów, tak, aby wzięci w dwa ognie nie mieli realnej szansy na jakąkolwiek obronę.
Tymczasem 13 lutego 1645 r. do Warszawy zwołany został Sejm, na którym (m.in.) radzono nad ewentualną wojną z Turkami i Tatarami. Szlachta zgodziła się jedynie na "Potrzebę stanowczej rozprawy z Tatarami, jako warunku spokoju i ładu na południowo-wschodnich granicach Rzeczypospolitej". Król jednak przekonywał że jakakolwiek rozprawa orężna z Tatarami, spowoduje natychmiastową kontrakcję Porty Osmańskiej, dlatego też należy radzić nad planami wojny zarówno przeciw chanowi jak i sułtanowi Ibrahimowi. Na tę propozycję zdecydowanie odpowiedziała szlachta, która wystąpiła z zarzutami co do komisji granicznej pod przewodnictwem Jędrzeja Szołdrskiego - biskupa poznańskiego, wysłanej w roku ubiegłym do Trubecka, mającej przygotować to miasto na oddanie Moskwie, w celu zyskania jej poparcia dla wojny przeciw Osmanom i Tatarom. Zdecydowany sprzeciw przedstawicieli Trubecka, którzy przybyli na Sejm (choć miasto w ogromnej większości zasiedlali prawosławni, posługujący się też głównie mową ruską), zapowiedzieli że podejmą walkę w obronie swego miasta, gdyby król zdecydował się: "sprzedać nas Moskwicinom". Szlachta wsparła przedstawicieli Trubecka i zapowiedziała że o żadnej korekcie granicznej z Moskwą nie ma mowy. Sejm zakończył się 27 marca odmową przekazania Moskwie Trubecka oraz odmową wobec królewskich planów wojny z Turcją i Tatarami. W tym momencie w królewskich planach zaświtała inna myśl, która spokojnie pozwoliłaby obejść zgodę szlachty na tę wyprawę wojenną. Otóż króla liczył na to, że wkrótce ruszy kolejny rabunkowy najazd tatarski na południowo-wschodnie kresy Rzeczypospolitej, wówczas... można było bardzo łatwo przejść od obrony do ataku. Po prostu można było gonić Ordę aż do granic Chanatu, przekroczyć ją i teraz już bez przeszkód iść na Bakczysaraj, doprowadzając do upadku Krymu. Szlachta nie mogłaby się sprzeciwić, gdyż (przynajmniej teoretycznie) wciąż byłby to element wojny obronnej, podczas której to król był najwyższym wodzem. I tak właśnie monarcha zamierzał postąpić.
KRÓL WŁADYSŁAW IV
(Na początku lat 30-tych XVII wieku, potem nieco mu się przytyło 🥴)
Tymczasem król rozpoczął rokowania z cesarzem Ferdynandem III Habsburgiem (bratem jego zmarłej niedawno żony - Cecylii Renaty - która zmarła 24 marca 1644 r.) o stałą ojcowiznę dla swego syna - Zygmunta Kazimierza (tron w Rzeczypospolitej nie był dziedziczny a obieralny). W zamian za 600 000 złotych reńskich, otrzymywał od cesarza na 50 lat księstwo raciborsko-opolskie na Śląsku (30 maja 1645 r.). Teraz celem króla (oprócz doprowadzenia do wojny z Osmanami) stało się przejęcie mediacji nad toczącą się w Europie od 1618 r. czyli już wówczas prawie 30 lat - Wojną Trzydziestoletnią. Władysław obmyślił sobie, że jeśli zostanie mediatorem w tym konflikcie i doprowadzi do zgody wszystkie strony biorące w nim udział (tak katolików jak i protestantów), zyska sławę i poważanie, a przede wszystkim uwolni siły chrześcijańskie od wyniszczającego się wzajemnego konfliktu i skieruje je przeciwko muzułmanom z Imperium Osmańskiego. Francja wsparła pomysł Władysława i poddała się jego mediacji (kardynał Mazzarini w swych listach wychwalał cnoty Władysława i deklarował swoje poparcie dla królewskich planów), ale inne kraje były przeciwne. W czerwcu 1645 r. wybuchła z całą siłą wojna wenecko-turecka, a Turcy wysadzili desant na Krecie i oblegli tamtejszą wenecką twierdzę - Kandię. Król uznał że oto nadszedł właściwy czas i postanowił przyspieszyć swoje starania o pozyskanie poparcia dla swych planów wojennych w Europie. Pragnął stać się mediatorem pomiędzy katolikami i protestantami i aby udowodnić swoją wolę, postanowił zorganizować kongres religijny pod nazwą Colloquium Charitativum ("Rozmowa Przyjacielska") w Toruniu - 29 sierpnia 1645 r. Zaproszeni zostali katolicy i protestanci różnych wyznań w celu podjęcia wspólnej debaty na tematy teologiczne (jedynej takiej wówczas w całej Europie, gdzie wyznawcy różnych odłamów chrześcijaństwa wzajemnie się mordowali i palili sobie kościoły oraz zbory, ale nie podjęli się wspólnej debaty która doprowadziłaby zwarcia pokoju).
WOJNA TRZYDZIESTOLETNIA
(1618 - 1648)
"Rozmowa Przyjacielska" stała się sławna w całej ówczesnej Europie i choć wielu obstawało przy "czystości swojej doktryny", przybyli do Torunia aby wzajemnie, po przyjacielsku, w gronie wyznawców Jezusa Chrystusa podebatować. Katolicy (Rzym) wybrał na swego głównego reprezentanta biskupa żmudzkiego Tyszkiewicza, bracia czescy na synodzie w Lesznie wybrali sobie Goldensterna - starostę sztumskiego, kalwiniści zaś na synodzie w Chmielniku i potem w Orli - Gorajskiego - kasztelana chełmskiego, bracia polscy zaś mistrza Kaliksta z Helmstatu. Luteran reprezentował profesor Jan Hulsemann z Wittenbergi, cieszący się wielkim autorytetem wśród swych współwyznawców i stojący twardo na gruncie "czystości doktryny". Każdy reprezentant miał przy sobie spore grono teologów (collocatores). Tyszkiewicz miał łącznie 24 zakonników i profesorów Akademii Krakowskiej, odłamy protestanckie miały po 23 uczonych z całej Europy każda. Rozmowy od początku były trudne, bowiem każda ze stron starała się przekonać drugich do swojej racji, jednocześnie samemu stając na gruncie czystości własnej doktryny. Katolicy nawet wysłali specjalny list do papieża, w którym twierdzili że Colloquium Charitativum zostało zorganizowane tylko po to, aby... umożliwić przyjście na łono Kościoła zbłąkanym heretykom. Bracia czescy namawiali luteran, aby wspólny z nimi utworzyli front przeciwko wspólnemu wrogowi, czyli "papistom". Luteranie modlili się zaś o tych, którzy "splugawili Kościół Święty" i odmówili wspólnego błogosławieństwa na otwarcie obrad z katolikami. Przez pierwsze dni w zasadzie rozmawiano tylko na tematy proceduralne (król nakazał aby wszystkie mowy i modlitwy były drukowane, zobowiązując do tego Radę Miasta Torunia), prawdziwa debata rozpoczęła się dopiero 7 września.
Najpierw radzono nad katolickim wyznaniem wiary (rozdane zgromadzonym 1 września). 1 września swoje wyznanie wiary wręczyli również kalwiniści, luteranie uczynili to 7 i 9 września. Do pierwszego, dużego zgrzytu doszło 16 września, gdy przewodniczący obrad Jerzy Ossoliński, odmówił wciągnięcia kalwińskiego wyznania wiary do oficjalnego tekstu protokołu, ponieważ katolicy dopatrzyli się tam obrazy własnego Kościoła. Po raz kolejny doszło do sporu 22 września, gdy katolicy odmówili odczytania luterańskiego wyznania wiary, ponieważ znalazło się tam określenie "Antychryst" w odniesieniu do papieża, Ossoliński i wówczas im przyznał rację. Pewne odprężenie nastąpiło dopiero 25 września, gdy król zmienił przewodniczącego obrad i tak kanclerza wielkiego koronnego Jerzego Ossolińskiego (tego, który dokonał sławnego wjazdu do Rzymu w 1633 r. podczas którego m.in.: konie gubiły złote podkowy, a Rzymianie mieli sposobność ujrzeć prawdziwych jeńców tureckich jadących na wielbłądach) zastąpił kasztelan gnieźnieński - Jan Leszczyński. Zmiana podyktowana była kwestiami politycznymi, oto bowiem do Warszawy przybył wenecki poseł Giovanni Tiepolo, z którym król podjął rozmowy nad zawarciem ewentualnego układu anty-osmańskiego. Ale do gorączkowych sporów wrócono z początkiem października (doszło nawet do oskarżeń o podburzanie poddanych króla), dlatego też 7 października Leszczyński zawiesił obrady. Wznowiono je ponownie 10 października. Wówczas to jezuita Grzegorz Szónhof zaproponował aby zajmowano się jedynie ustaleniem jakie prawdy dzielą poszczególne wyznania, a jakie są im wspólne (chodziło o to, aby uniknąć wzajemnego obrażania uczuć religijnych każdej ze stron). Ta propozycja stała się powodem kolejnych oskarżeń o stronniczość i o zwalenie winy za ewentualne niepowodzenie obrad na protestantów (Szónhof teraz mógł bowiem w dowolnym momencie rozwiązać obrady, deklarując że np. strona protestancka ponosi winę za ich zerwanie).
17 października znów przerwano obrady. Wówczas to udali się do króla przedstawiciele protestantów - Zygmunt Guldenstern i Adam Rey z oficjalną skargą na Szónhofa i domaganiem się zmiany rezolucji z 10 października. Król nakazał im aby usunęli ze swoich deklaracji wszystkie sformułowania, które obrażają katolików i aby przestrzegali instrukcji obrad. Debata została wznowiona 24 października, ale nie poprawiło to atmosfery obrad. Rozmowy zostały zawieszone po raz trzeci 10 listopada (wraz z wyjazdem Jana Leszczyńskiego). W ciągu tych siedmiu dni, jakie upłynęły przed kolejnym wznowieniem obrad, trwały potajemne układy, mające stworzyć sojusz antykatolicki wśród protestantów (luteranie namawiali do tego kalwinistów, ale akurat kalwiniści weszli w układy z katolikami, więc do protestanckiego sojuszu nie doszło). 18 listopada, gdy wznowiono debatę, Jan Leszczyński poinformował zebranych że jeśli protestanci nie przyjmą katolickich postulatów, to katolicy nie będą dalej uczestniczyć w rozmowach, gdyż oni tylko wypełniają królewskie polecenie przestrzegania instrukcji obrad i cała wina za niepowodzenie spadnie na protestantów. W kolejnych dniach atmosfera się nieco uspokoiła, ale gdy 21 listopada luteranie ostro zaatakowali katolików, oskarżając ich o złamanie procedury obrad, Leszczyński rozwiązał zgromadzenie. Tak oto "Rozmowa Przyjacielska" zakończyła się bez większych efektów. Jednak już samo zorganizowanie owej debaty pomiędzy skłóconymi stronami wspólnej religii Chrystusowej, było czymś niebagatelnym i niespotykanym w ówczesnej Europie. Była to bowiem jedyna wówczas możliwość swobodnego prezentowania swych racji na gruncie teologii oraz prawa, a nie mordu i zniszczenia, jaki wówczas zapanował w krajach Europy Zachodniej.
A tymczasem w Paryżu (po długiej przerwie, jaką było skupienie się na Imperium Osmańskim, wracam do opowieści z IV części tej serii), Maria Ludwika (która będąc tam jeszcze zmieniła imię na Ludwika Maria, gdyż w Polsce używanie imienia Matki Boskiej było niedopuszczalne) 27 listopada wsiadła do swojej karocy (żegnana przez siedmioletniego króla Francji - Ludwika XIV) i pod ochroną straży poselskiej wyruszyła w długą (trwającą ponad trzy miesiące) drogę do swego nowego królestwa, o którym nie miała zielonego pojęcia. W jej głowie pojawiały się zapewne obrazy dziwnych, barbarzyńskich ludów, bo przecież cóż mogła wiedzieć na temat Polski? Droga była długa, uciążliwa, nieprzyjemna, Ludwika Maria z przerażeniem spoglądała w lusterko, widząc jak bardzo blednie jej skóra, jak się marszczy, a ona nie może nic z tym zrobić. Do tego dochodziło zmęczenie i trudy długiej podróży. Równie wycieńczone były jej dwórki, które zabrała ze sobą z Francji. Kobiety cierpiały trzymiesięczne trudy podróży, gdzie wszystko wokoło powodowało kolejne utrudnienia (np. wypróżnianie się i konieczność zorganizowania przez ową eskortę osłony dla owych pań przed wścibskimi oczyma, poza tym czasem trzeba było też się umyć i tutaj również należało osłonić owe niewiasty przed niepożądanymi oczyma. Kobiety w podróży miały zresztą znacznie gorzej niż mężczyźni, a poza tym te długie suknie też nie sprawiały że czuły się one komfortowo). Mimo to nie czyniono większych postojów, gdyż czym prędzej starano się dowieźć do celu przyszłą królową (było to również serdeczne pragnienie samej Ludwiki Marii). A tymczasem 5 stycznia 1646 r. król Władysław przedstawił swój plan (oczekiwania na tatarski atak, by idąc za ciosem wkroczyć do Chanatu) w Senacie. Nie spodobało się to senatorom. Król jednak się tym nie zraził, postanowił że i tak zrealizuje swój plan, czy to się komuś podoba, czy nie. Już 10 stycznia 1646 r. zawezwał do Warszawy hetmana wielkiego koronnego - Stanisława Koniecpolskiego i zwierzył mu się ze swoich planów. Hetman poparł króla, aczkolwiek uważał że należałoby przede wszystkim skierować główne siły przeciw Tatarom, tak, aby definitywnie zlikwidować Chanat. Co do wojny z Osmanami to był po temu sceptyczny.
13 stycznia podpisano tajny układ z Wenecją, na mocy którego Rzeczpospolita miała wejść do wojny z Portą Osmańską, a zamian Wenecja miała zapłacić w ciągu dwóch lat 500 000 talarów na zaciągi wojskowe. Rozpoczęły się teraz wielkie przygotowania do wojny. Oczywiście wszystko miało pozostać oficjalnie tajne, do czasu, aż wojsko nie będzie gotowe do wymarszu, jednak ciężko było całkowicie ukryć owe plany. Teraz zbierano pieniądze i mobilizowano wojsko, co nie mogło pozostać niezauważone przez szlachtę, która reagowała alergicznie na każde propozycje wojny z Osmanami i mówiła: "Gdy wszędzie wrzą marsowe burze, u nas z łaski Najwyższego jest cichusieńko". Król jednak nie próżnował i choć miał już pięćdziesiąt lat, zachowywał się niczym młodzian, tak wizja wojny z Turkami napawała go energią. Uzupełnił bronią arsenały w Krakowie, Warszawie, Lwowie, Barze, Pucku i Malborku (w samej zbrojowni warszawskiej ulano 80 nowych armat). Pałac Ujazdowski w Warszawie zamienił w prawdziwy obóz wojskowy, otoczony namiotami i zapełniony wojskiem, gdzie miała być kwatera główna. Rozpoczął też werbowanie żołnierza w Niemczech, dzięki czemu do połowy 1646 r. miał już 4000 żołnierzy kwarcianych na samej granicy, 600 muszkieterów w twierdzy Kudak, kilkuset dragonów, kilkanaście tysięcy piechoty oraz 1200 niemieckich gwardzistów, którymi dowodził oboźny litewski - Osiński. Natomiast hetman Koniecpolski organizował strategię i propagandę przyszłej wojny. To on opracował: "Dyskurs o zniesieniu Tatarów" i plany wojny z Chanatem oraz Portą Osmańską. W tym celu wysłał na rekonesans do Krymu swego inżyniera, który miał dokładnie zbadać najsłabsze i najmocniejsze punkty oporu Tatarów na obszarze Morza Czarnego.
W POWIEŚCI HENRYKA SIENKIEWICZA "OGNIEM I MIECZEM" OPOWIADAJĄCYM O WYBUCHU POWSTANIA CHMIELNICKIEGO W ROKU 1648,
TAKIM WYSŁANNIKIEM KTÓRY UDAĆ SIĘ MIAŁ NA KRYM,
BYŁ JAN SKRZETUSKI
Koniecpolski podchodził do tego zadania bardzo poważnie, ale akurat pech chciał że miał na głowie i inne ważne sprawy, a mianowicie przygotowania do trzeciego już swojego małżeństwa z młodszą od siebie o ponad 30 lat - Zofią Opalińską. Po ślubie (16 stycznia 1646 r.) tak bardzo hetman Koniecpolski chciał dogodzić swej młodej żonie w łóżku, że kazał przygotowywać dla siebie różne mikstury na pobudzenie "męskiej mocy", które w konsekwencji... doprowadziły go do śmierci (11 marca 1646 r.). Ponoć na wieść o śmierci Koniecpolskiego hospodar mołdawski Bazyli Lupu miał rzec: "Wy, Polacy, nie wiecie jeszcze coście stracili, ale nie miną dwa, a najdalej trzy lata, kiedy nie tylko wy, ale i całe chrześcijaństwo żałować będzie straty tak wielkiego senatora i hetmana". Rzeczywiście, hetman Stanisław Koniecpolski był ostatnim hetmanem Złotego Wieku Rzeczypospolitej. Od Stefana Czarnieckiego zaczynają się bowiem hetmani Srebrnego Wieku. A tymczasem królowa Ludwika Maria przekroczyła granicę pomorsko-polską i z początkiem lutego 1646 r. wjechała do Gdańska. Królowa była wyczerpana długą podróżą, co odbiło się na jej urodzie. Nie mogła też patrzyć na siebie w lustrze i wciąż dopytywała się (jak zanotował w swych "Pamiętnikach" oczarowany jej osobą i eskortujący ją w podróży - Albrecht Radziwiłł): "czy spodoba się królowi". Pod Gdańskiem oczekiwał już na nią osobiście biskup wrocławski i płocki - Karol Ferdynand Waza (młodszy brat króla Władysława IV), który jako pierwszy powitał Ludwikę Marię jako królową. Gdy korowód wjechał do miasta, cały lud i magistrat miejski wylegli aby powitać swoją nową monarchinię. Urządzono wspaniałe "komedyje" (przedstawienia teatralne, opery), aż sama królowa miała rzec, iż (jak twierdził w "Pamiętnikach" Albrecht Radziwiłł): "Nic podziwienia godniejszego nie widziała". Królowa w Gdańsku odpoczęła i zrelaksowała się, popracowano też nad jej urodą. Dla jej przyjemności wystawiano sztuki warte kilkadziesiąt tysięcy talarów (jak choćby "Kupidyn z Psychą" Puccitelliego, za którą dwór królewski zapłacił aż 100 000 talarów). Królowej przygrywali najlepsi muzycy z samym mistrzem Sachim na czele. Po jednym z takich oper, królowa wręczyła pewnemu gdańskiemu rajcy swój pierścień jako podarek. Ten pierścień potem był przechowywany w rodzinie owego rajcy, aż do początku XX wieku. Gdy 10 lutego 1920 r. w Pucku Wojsko Polskie ponownie oficjalnie przejęło Pomorze Gdańskie z zaboru prusko-niemieckiego, gen. Józef Haller (wywodzący się ze spolonizowanej odnogi rodu von Hallenburgów), miał właśnie ów pierścień wrzucić w fale morskie Bałtyku, jako symbol zaślubin Polski z morzem.
"ZAŚLUBIAM CIĘ NA PAMIĄTKĘ WIECZYSTEGO NASZEGO PANOWANIA"
Zorganizowano również dla królowej balet, którego głównym motywem był taniec dwóch orłów - białego i czarnego (wyobrażających herby króla i królowej). Wreszcie zorganizowano zabawę dla ludu, polegającą na ustawieniu wysokiego masztu (wysmarowanego tłuszczem), na którego szczycie zawieszono nagrodę. Wielu Gdańszczan próbowało tedy swych sił, wspinając się po maszcie na szczyt dla radości królowej. Dodatkową atrakcją był jeszcze sztuczny gmach cały z ognia. Wreszcie w początkach marca 1646 r. na czele pochodu Ludwika Maria wyjechała z Gdańska, kierując się ku Warszawie. Zatrzymała się jeszcze w wiejskiej posiadłości króla w Falentach pod Warszawą, gdzie przyjął ją i przywitał pięcioletni syn króla Władysława - królewicz Zygmunt Kazimierz. Królowa po raz pierwszy ujrzała króla Władysława dopiero 10 marca, w dniu swego ślubu, ale... nie przypadła mu do gustu. Jego oczom bowiem miast pięknej Francuzki (której portret wcześniej widział), ukazała się zziębnięta, zmęczona niewygodną podróżą w karocy, 34-letnia (czyli już podstarzała) kobieta. Jej cera była zszarzała po długiej podróży, ale przecież król też nie był już młodzieniaszkiem. Miał 50 lat, był już otyły i niedawno przeszedł poważny atak podagry, który unieruchomił go w łożu na dwa miesiące (styczeń-marzec 1646 r.). Mimo tych niedogodności, monarcha podał Ludwice Marii dłoń i zaprowadził do kolegiaty św. Jana Chrzciciela, gdzie odbyły się zaślubiny. Król był jednak wyraźnie niezadowolony z urody swojej nowej małżonki, miał nawet rzec do swych doradców iż: "Nie taką w królowej Jej Mości gładkość widział, jaką mu obiecywano", a gdy podczas zaślubin królowa upadła Władysławowi do stóp, ten nie raczył wykonać żadnego gestu. Ta oziębłość będzie zmorą pierwszych tygodni Ludwiki Marii jako królewskiej małżonki, o czym bardzo szybko się ona przekona.
LUDWIKA MARIA GONZAGA
CDN.






