WYŚWIETLENIA

08 marca 2026

KOBIETA JEST UKORONOWANIEM STWORZENIA - Cz. VI

CZYLI KIEDY I GDZIE W HISTORII
ISTNIAŁ MATRIARCHAT?





III
(A)MAZONKI
STAROŻYTNY ZAKON 
KOBIET-WOJOWNICZEK
(ok. 1450 r. p.n.e. - ?)
Cz. I




Pisać i mówić o Amazonkach to tak, jakbyśmy zahaczali o opowieści wręcz bajkowe, pełne centaurów, wiedźm, cyklopów i olbrzymów. Są to mity ludów północnych (słowiańsko-celtyckich), w których postać kobiet została znacznie uwypuklona. Nasprowadzano do tych opowieści najróżniejszych bajkowych postaci, uczyniono też z owych Amazonek istoty o nadnaturalnej sile (łamią szczeki dzików w biegu, zabijają jednym uderzeniem pięści itd.). Nie ma to jednak wiele wspólnego nie tylko z próbą spokojnego dotarcia i poznania prawdy o Amazonkach, tylko jest to swoista baśń, pełna nieprawdopodobnych postaci i niesamowitych czynów samych Amazonek - wygląda to trochę na takie starożytne męskie fantazje o "silnych kobietach", które nie miały wiele wspólnego z rzeczywistością (tak samo jak dziś kręci się filmy, gdzie postać kobieca jest wybitnie uwypuklona i to ona stanowi centrum wszystkiego - jak choćby film "Wonder Woman", gdzie nie tylko że pokazani tam faceci to zwykłe "dupy wołowe", które nawet nie potrafią dobrze strzelać, ale jest to film, wpisujący się w ogólnie panującą obecnie ideologię genderowo-feministyczną, polegającą na ukazywaniu kobiety, jako przeciwwagi "starego, przemijającego świata mężczyzn", czego przykładem jest chociażby zniszczenie wierzy kościoła przez ową Wonder Woman, jako symbolu patriarchalnej religii mężczyzn - tak to sobie wykombinowali ci wszyscy spece od medialnej i filmowej propagandy). Podobnie rzecz się ma z Amazonkami. Tutaj nie tylko została ta historia obudowana najróżniejszymi super dodatkami, pozwalającymi ubarwić te opowieści, lecz jednocześnie ten zabieg sprowadza nam całą tę historię o Amazonkach do sfery absurdu i mitologii, zapominając że są przekazy mówiące iż takie "plemię" rzeczywiście mogło niegdyś istnieć.

Pozwolę sobie tutaj odsiać te wszystkie mitologiczne dodatki, te wszystkie greckie, perskie czy hetyckie mity, te starosłowiańskie opowieści o mitycznych bogach, z których zrodziły się Amazonki. Natomiast postaram się skupić na wyodrębnieniu szczątek prawdy o tym "plemieniu" (choć tak naprawdę nie było to plemię, a przynajmniej nie było to tylko plemię). Amazonki po dziś dzień rozpalają wyobraźnie wielu badaczy, którzy próbują dociec czy taka "organizacja", złożona z samych kobiet-wojowniczek, rzeczywiście mogłaby zaistnieć? Trudno dziś znaleźć jakieś realne dowody na istnienie takiego ludu, więc niestety zmuszeni jesteśmy kierować się opowieściami, jakie przez stulecia zostawiali o tym "plemieniu" najróżniejsi autorzy. Jedyne co możemy zrobić, to pozbawić tych opowieści bajkowej otoczki i spróbować wyobrazić sobie czy i jak rzeczywiście mogłaby wyglądać taka kobieca wspólnota. Mogła ona zaistnieć i przetrwać tylko pod dwoma warunkami. Po pierwsze - jeśli była rzeczywiście złożona z samych kobiet (w co wątpię), to musiała ograniczać się zarówno do niewielkiego terytorium, jak i grupować niewielką liczbę owych kobiet (nie wszystkie bowiem nadawałyby się do walki). Poza tym, jeśli żyłyby z rabunków, to nie sądzę aby ich bytność miała trwać długo, bowiem w starożytności istniały najróżniejsze ludy i grupy plemion, które bardzo szybko rozprawiłyby się z grupą nawet najlepiej władających bronią (jak przekonują nas owe mity) kobiet. Organizacja złożona z samych kobiet, zupełnie wyizolowanych i odciętych od świata, a jedynie dokonująca cyklicznych napadów rabunkowych, nie przetrwałaby długo. To musiała być zupełnie inna struktura.




I tutaj przechodzę już do drugiej możliwości, na jakiej mogły opierać się rządy Amazonek. Otóż Amazonki wcale nie były wyodrębnionym plemieniem kobiet-wojowniczek, przygotowywanym do walki, tylko musiał tam zaistnieć zupełnie inny czynnik. Mianowicie kobiety te były swoistym zakonem mistycznym (czymś na wzór późniejszych zakonów religijnych), które również szkoliły się w walce i posługiwaniu bronią, ale same, jako takie stanowiły elitę większego plemienia - złożonego również z mężczyzn, którzy to owe plemię ochraniali. Tak właśnie ja to widzę, bo tylko tak mogłoby to wyglądać w miarę logicznie i prawdziwie. Amazonki były elitarnym zakonem mistycznym, oddającym cześć bogini (i tutaj nie wiadomo do końca której dokładnie, bowiem jest bardzo wiele różnych relacji i nazw, należy jednak przyjąć że mogły wielbić zarówno jedną boginię Wielką Macierz, którą rozumiały pod wieloma imionami). Nie wchodźmy jednak w szczegóły, bo się zaplątamy w baśnie i mity i nic z tego nie będzie. Należy więc uzgodnić jedno - kobiety zwane Amazonkami były elitą kapłanek Wielkiej Macierzy, które to jednocześnie szkoliły się w walce i uczestniczyły w bitwach, ale nie czyniły tego same. Wręcz przeciwnie, walczyły u boku mężczyzn ze swojego plemienia (plemion?), którzy znacznie przewyższali liczebnie same Amazonki. Owe kapłanki-wojowniczki (należy tutaj odróżnić jedną rzecz - pisząc "kapłanki" - nie chcę wcale sugerować że wszystkie były kapłankami na tej samej zasadzie, nie, to nie tak. Główną kapłanką była tylko królowa i otaczający ją orszak, reszta Amazonek to swoiste "siostry zakonne", służące jako ochrona samej królowej i świątyni Wielkiej Bogini, ale nie biorące bezpośredniego udziału w odprawianiu misteriów religijnych), stanowiły religijną elitę plemienia, któremu przewodziły - tylko tyle i aż tyle. 

Należy też pamiętać że w głębokiej starożytności istniały takie miasta (czy raczej ośrodki typu miejskiego), w których istniał wyraźny podział na część żeńską i część męską. Na przykład w syberyjskiej miejscowości Malta odkryto wioskę z czasów paleolitu, gdzie istniał wyraźny podział prostokątnych domostw na dwie części, jedna przeznaczona tylko dla kobiet (tam znaleziono rzeźbione figurki żeńskich bóstw i przedmioty używane tylko przez kobiety), oraz druga, przeznaczona dla samych mężczyzn (gdzie znaleziono figurki ptaków i coś, co przypominało... fallusy, oraz pozostałe przedmioty używane przez mężczyzn). Istnieje duże prawdopodobieństwo że w tego typu osadach epoki paleolitu, mezolitu i wczesnego neolitu, istniał system matrylinearny (nie mylić z matriarchatem, bo to zupełnie co innego). Polegał on na tym, że mężczyzna przechodził do domu swej żony, a nie na odwrót. Oznaczało to jednocześnie że kobieta mogła mieć wówczas wielu mężów (co też oznacza, że mężczyzna mógł również mieć kilka żon, gdyż jeden mężczyzna i jedna kobieta, którzy byli małżeństwem, mogli mieć innych mężów i inne żony jednocześnie. Było to o tyle łatwiejsze, że nie sposób było dowieść ojcostwa dzieci, które zawsze pozostawały z matką. Tak więc kobieta mogła mieć wielu mężów, którzy jednocześnie mogli zapładniać wiele innych kobiet - dzieci zaś, zrodzone z tych związków zawsze należały do matki, gdyż nie sposób byłoby udowodnić który z mężów mógł być ojcem dziecka). System matrylinearny opierał się jeszcze na jednej zasadzie - na ziołolecznictwie i udomowieniu roślin jadalnych. A to czyniły tylko i wyłącznie kobiety, które następnie dzięki temu mogły potem awansować do roli kapłanek bogini ziemi (lub późniejszej Wielkiej Macierzy). Najważniejsze jednak było to, że skoro to one zajmowały się ziołolecznictwem i udomowieniem roślin jadalnych, to ziemia też należała do nich, przez co mężczyźni (którzy byli głównie myśliwymi) żeniąc się, przechodzili do domu żony, która jednocześnie posiadała ziemię.




Ziemia rodzi i daje plony. Są one oczywiście niewielkie i ograniczone, ale zawsze. Poza tym udomowienie roślin i odkrycie sztuki ziołolecznictwa - stawia kobiety na piedestał, bowiem to one rodzą i leczą, czyli dają życie i przedłużają życie, dzięki czemu umożliwiają dalsze istnienie każdego plemienia (to wszystko się radykalnie zmieni, gdy ludzie neolitu udomowią zboże. Gdy ujrzą że to nie ziemia "sama z siebie", niczym bogini daje życie, tylko by to nastąpiło najpierw należy wbić w nią pług, dobrze przeorać, zasiać i dopiero wtedy czekać na owoce tego, co urodzi ziemia. W sytuacji gdy mężczyźni-wojownicy i rolnicy uświadomili sobie, że ziemia nie rodzi owoców od "tak sobie", tylko musi być dobrze przygotowana, by dała konkretne efekty i gdy uświadomili sobie że skoro buhaj pokrywa jałówkę, to potem ona rodzi małe cielęta, uświadomili sobie więc że ile razy oni spółkują ze swymi żonami, to one potem zachodzą w ciążę - doszli więc do wniosku, że to nie ona jest istotą bożą która daje życie, tylko... on. Bez niego bowiem i ziemia nie da takich plonów, aby wyżywić wszystkich mieszkańców danej społeczności, ani też nie urodzą się nowi członkowie plemienia. A już w ogóle gdy okazało się że to właśnie na barkach mężczyzn stoi główne zadanie utrzymania bezpieczeństwa wspólnoty i wyparcia ewentualnych agresorów - sytuacja diametralnie się zmieniła. Niektórzy badacze nazywają ten moment dziejowy: "uświadomieniem ojcostwa", gdy mężczyzna doszedł do wniosku że to dzięki niemu kobieta urodzi nowe życie i to dzięki niemu plemię przetrwa, bo on walczy w jego obronie - rola i pozycja żony diametralnie się wówczas zmieniła. Teraz mężowie zaczęli wymagać nie tylko wierności od swych połowic, ale wręcz stało się to uświęcone religijnie, a każde odstępstwo od tego było piętnowane i wyrzucane poza nawias społeczny - z drugiej jednak strony, gdyby do tego nie doszło, nigdy nie pojawiłoby się społeczeństwo które łączyłoby się w większe organizmy, tworzące wspólny dobrobyt, a ludzie żyliby na sposób archaiczny, w jaskiniach, lub prowizorycznych drewnianych czy słomianych domostwach i lepiankach).




Zakon Amazonek był reprezentantem tej starej tradycji, która już wówczas dawno wygasła i popadła w zapomnienie. Jednocześnie łączył on kobiety jako kapłanki (czyli odniesienie do przeszłości), jak również jako wojowniczki (czyli te, które pragną być równe mężom w boju), co łączy w sobie pierwiastek męski i żeński. Amazonki pragnęły zapewne być takim swoistym Yang i Yin (męskim i żeńskim pierwiastkiem, utrzymującym swoistą równowagę). Bo przecież należy pamiętać że natura tak nas stworzyła ("natura" - wiadomo), że wzajemnie się uzupełniamy. Męska i żeńska cząstka jest niezbędna do utrzymania równowagi (a przecież zawsze i wszędzie dążymy do równowagi) i zakłócenie jednego z tych aspektów, poprzez zbytnie wywyższenie drugiego - musi prowadzić do najróżniejszych patologii. Kobiety, które chcą być męskie, uważając że dzięki temu będą równe mężczyznom, to znaczy "lepsze" (w ich wyobrażeniu), postępują głupio, podobnie jak mężczyźni, którzy np... lubią przebierać się w damskie ciuchy i zachowywać jak kobiety (jakiś czas temu na jednym z blogów wyczytałem taką informację odnośnie transwestyty, który trafił do szpitala. Chciał on aby lekarze leczyli go tam jako kobietę, bo on czuje się kobietą. Doktor, który miał podjąć się zabiegu, odmówił, co spowodowało że ów transwestyta nazwał go homofobem, szowinistą, etc. etc. i zadzwonił do jednej z organizacji broniących praw osób lgbt. Przyjechała kobieta, która domagała się aby szpital uwzględnił prośbę transwestyty i leczył go jak kobietę, grożąc że w przeciwnym razie sprawa trafi do sądu, a oni zastaną oskarżeni o nietolerancję {czy coś tam}. Lekarz wówczas się zgodził, ale pod jednym warunkiem, że owa aktywistka podpisze dokument, w którym weźmie na siebie i swoją organizację wszelkie winy za nieudaną operację. Kobieta była zdezorientowana i spytała "jak to?". Doktor wyjaśnił: "Weźmy np. sytuację że pacjent jest chory na prostatę, jeśli zaczniemy go leczyć jak kobietę, to nie tylko że mu nie pomożemy, ale może umrzeć. Czy w takiej sytuacji bierzecie na siebie prawną odpowiedzialność za przebieg leczenia mężczyzny tak jak kobiety?" Owa aktywistka nie wiedziała co odpowiedzieć, po chwili opuściła szpital i już więcej się nie pojawiła. Komentarz do tego jest zbyteczny - kto próbuje walczyć z naturą, z tym jak zostaliśmy "ukształtowani" w sposób ideologiczny, twierdząc że samo "czucie się kobietą" wystarcza by się nią stać, kończy się, gdy przychodzi podjąć naprawdę ważne decyzje. Tak też kończą się ideologiczne frazesy typu gender).

Kobiety nie stają się lepsze dlatego, że próbują zbliżyć się do zachowań męskich i być twarde, niezależne etc. etc. To nie jest kobiecość - to jakaś deformacja męskości, przy czym, nawet najsilniejsza kobieta, trenująca np. podnoszenie ciężarów czy jakiekolwiek formy sportów wytrzymałościowych, będzie gorsza od najlepszego mężczyzny, np. strongmana. To nie ulega wątpliwości, dlatego też według mnie kobiety deformują się i swoją płeć, próbując pokonać mężczyzn tam, gdzie pokonać ich nie są w stanie. Siła kobiecości nie polega na konkurowaniu z mężczyznami o palmę pierwszeństwa w byciu najsilniejszym czy najszybszym. Siła kobiecości polega na umiejętnym dawkowaniu tych wszystkich aspektów wewnętrznej mocy kobiet, przed którymi mężczyźni są słabi i bezbronni niczym dzieci (pięknym tego przykładem jest chociażby postać Galadrieli z Eldarów, z baśniowego uniwersum Tolkiena pt: "Władca Pierścieni". Przecież ona w doskonały sposób pokazuje potężną moc, tkwiącą w kobiecości, bez potrzeby deformowania jej męskimi inklinacjami siły i przemocy). Zostaliśmy stworzeni jako dwie połówki tej samej całości, posiadający i rozwijający inne cechy. Celem naszym jest rozwijanie tych cech przy jednoczesnym dążeniu ku tej drugiej połówce - dla równowagi. A równowaga stanowi główny element doskonałości, kolejnym jest już tylko całkowite oczyszczenie się z zanieczyszczeń tego świata i powrót do Domu. Ale nie chcę tutaj teraz moralizować.


NISZCZĄCA I TWÓRCZA SIŁA KOBIECOŚCI
UKAZANA NA PRZYKŁADZIE GALADRIELI



Czy Amazonki były oddzielnym plemieniem kobiet-wojowniczek, czy też była to organizacja szersza, którą przewodziły kobiety-wojowniczki i kobiety-kapłanki? Skłaniam się raczej do tej drugiej teorii, co zresztą potwierdzają niektóre wykopaliska archeologiczne, gdzie kobiety i mężczyźni zostali pochowani albo tym samym grobie, albo też w bardzo bliskich sobie grobowcach. W obu przypadkach w grobowcach kobiet została umieszczona broń, co przemawia raczej za stwierdzeniem, iż pochowane tam niewiasty były wojowniczkami. We wrześniu 2013 r. we Włoszech, podczas wykopalisk archeologicznych w ruinach starożytnego etruskiego miasta-państwa Tarquini (ok. 80 km. na północny zachód od Rzymu), odnaleziono w pewnym grobowcu dwa ciała, pochodzące z okresu ok. 620 - 610 r. p.n.e. W kręgach naukowych wzbudziło to na początku pewną sensację, gdyż uważano że oto odnaleziono ciało legendarnego, piątego króla Rzymu - Tarkwiniusza Starego, który miał panować w Rzymie w latach 616-578 p.n.e. (był on założycielem etruskiej linii rzymskiej dynastii, a pierwotnie zwał się Lukumon i przybył do rzymskiego grodu wraz ze swą żoną Tanakwilą - prawdopodobnie właśnie z Tarquini, w czasach panowania króla rzymskiego - Ankusa Marcjusza - z dynastii sabińskiej - który panował w latach 642-616 p.n.e.). Jednak po otwarciu komory grobowej przez archeologów (pod przewodnictwem Alessandro Mandolesi z Uniwersytetu w Turynie), znaleziono tam dwa ciała, leżące na dwóch równoległych do siebie katafalkach. Po lewej stronie leżał szkielet człowieka, a przy nim spoczywała wzdłuż ciała włócznia, a strzały były ułożone na klatce piersiowej. U jego stóp leżała duża misa z brązu. Po prawej zaś stronie leżały skremowane szczątki innej osoby, już bez broni (czy jakichkolwiek oznak wojskowych), przy której rozmieszczono biżuterię. Archeolodzy uznali więc, że oto (prawdopodobnie, gdyż jeszcze nie mieli stuprocentowej pewności) odkryli grób króla Tarkwiniusza Starego i jego małżonki Tanakwili. Gdy jednak zbadano kości i szczątki, okazało się że ów prawdopodobny król Tarkwiniusz był w rzeczywistości... kobietą, a szczątki leżące na drugim katafalku, wśród którego złożono biżuterię, należały do... mężczyzny. Czyli nie był to grobowiec króla, a królowej (czy może księżniczki). Kobieta w chwili śmierci miała 35-40 lat, skremowane szczątki mężczyzny szacuje się zaś na 20 do 30 lat. Początkowo owa "zamiana płci" zdziwiła archeologów, którzy zaczęli twierdzić (szczególnie prof. Mandolesi), że owa włócznia - leżąca u boku szczątków kobiety - jest symbolem ich wspólnej miłości i związku, po czym dodał że: "Nie jest to częste, aby odnaleźć ciało kobiety z lancą u boku". Co ciekawe, miesiąc wcześniej (analiza kości została przeprowadzona w październiku 2013 r.), gdy sądzono że odkryto grób króla Tarkwiniusza, owa włócznia przy "jego" boku była symbolem jego władzy i pozycji społecznej, a nie wspólnego związku z leżącą po drugiej stronie "żoną", czy tym bardziej miłości. 


ODKRYTY GRÓB W TARQUINI 
(PO LEWEJ STRONIE LEŻAŁA KRÓLOWA WOJOWNICZKA Z WŁÓCZNIĄ I STRZAŁAMI, PO PRAWEJ ZNAJDOWAŁO SIĘ SKREMOWANE CIAŁO MĘŻCZYZNY)



To znalezisko odkryto we Włoszech, ale takich przykładów jest więcej, np. w anatolijskim mieście Catal-Huyuk, w Hacilar, w Tell Ramad, w Byblos czy w Jerychu (ok. 7 500 r. p.n.e. - ok. 5 700 r. p.n.e.) odnaleziono czaszki mężczyzn, schowane za... wiszącymi na ścianie łbami byków, zaś w większości z tych miast (jak choćby w Hacilar) przedstawiono prawie wyłącznie bóstwa żeńskie, począwszy od młodej dziewczyny, poprzez dojrzałą kobietę do staruszki (niektóre z owych bogiń albo siedzą na leopardzie, albo stoją, albo leżą, albo klęczą, albo też przedstawione są w towarzystwie innych zwierząt i ptaków, natomiast figurek męskich jest bardzo mało). Co ciekawe, po roku 4 400 p.n.e. figurki kobiece z tych terenów całkowicie... znikają i zostają zastąpione figurkami męskimi (stało się to bardzo szybko, bo w przeciągu... jednego stulecia). 

W poprzednich częściach tego tematu pisałem już o kulturze kreteńskiej, która była całkowicie zdominowana przez kapłanki, oddające cześć Bogini-Matce lub Wielkiej Bogini, ale zapewne niewielu wie, że przedziwnym centrum religijnego kultu matriarchalnego, była w epoce neolitu (ok. 10 000 r. p.n.e. - ok. 3 500 r. p.n.e) wyspa Malta. W okresie 3 600 r. p.n.e. - 2 350 r.p.n.e. wyspa odgrywała prawdziwe religijne centrum Wielkiej Macierzy (dotąd na tej maleńkiej wysepce odkopano już 17 świątyń, choć przewiduje się że ich liczba była znacznie większa). Co ciekawe, domów mieszkalnych na Malcie z tego okresu jest bardzo niewiele, zaś świątyń aż siedemnaście (dotąd odkopanych), co oznacza że Malta od XXXVI wieku p.n.e. do lat 50-tych XXIV wieku p.n.e., kiedy świątynie przestają funkcjonować, była prawdziwą Isola Sacra ("Świętą Wyspą"). W odkopanych świątyniach są jedynie wizerunki kobiece (często pokazane w formie leżących na boku), zaś w centralnej części świątyni umieszczono wizerunek siedzącego, ogromnego kobiecego bóstwa. Kasta kapłańska była (zapewne) też złożona z samych kobiet (podobnie jak na Krecie). Co ciekawe, sama konstrukcja maltańskich świątyń była rozmieszczona w dość przedziwny i nietypowy sposób - w kształcie zakrzywionej linii, co niektórym z archeologów (np.: Zuntuz) skojarzyło się z... macicą (ciemne, pozbawione okien sale świątyni, przypominające wejście do wnętrza ziemi, niczym do macicy chtonicznej bogini). Podobnie groby - wykute w skale, też mają kształt zakrzywionej linii (prawdopodobnie należały do kapłanek, choć mogli tam też spocząć mężczyźni zabijani wedle kultu misteryjnego, symbolizującego śmierć i ponowne odrodzenie do życia).

I teraz wreszcie przechodzimy do terenów, na których (wedle starożytnych Greków, Scytów i Hetytów) mogło znajdować się plemię zarządzane przez kobiety-wojowniczki, zwane umownie Amazonkami (czy raczej Mazonkami). Otóż w rejonie syberyjskiego Ałtaju odkryto (z jakieś trzydzieści lat temu) doskonale zakonserwowane w lodzie ciało kobiety. Po dokonaniu badań genetycznych okazało się, że kobieta w chwili śmierci miała nie więcej jak 16 lub 17 lat. Spoczęła we wspólnym grobie, wraz ze starszym od siebie mężczyzną (w wieku ok. 45 lat), prawdopodobnie mógł być to jej ojciec. Wokół nich ułożono broń, jak i ciała sześciu koni. Ciało mężczyzny uległo bardzo szybkiemu rozkładowi i niewiele z niego zostało (prócz kości), za to ciało owej dziewczyny doskonale zakonserwowało się w lodzie, jedynie twarz uległa rozkładowi i pozostała sama czaszka, ale ręce i przedramiona  przetrwały w stanie zakonserwowanym. Dzięki temu można stwierdzić że dziewczyna była... wytatuowana. Była ona dość wysoka jak na swój wiek i mierzyła 168 cm. wzrostu. Na lewym ramieniu miała wytatuowanego (niebieskim tatuażem) - jelenia, inne tatuaże (owca, pantera i leopard) znajdowały się pod pachą i wokół talii. Oboje, mężczyzna i kobieta nosili to samo ubranie (filcowe czapki z nausznikami, zdobione złotymi lampartami, jeleniami, koniami i wilkami, oraz spodnie, ułatwiające jazdę konną). Przy jej prawym udzie ułożono sztylet z żelaza, a przy lewym zdobiony kołczan. Poza tym nad głową umieszczono łuk i strzały, zaś wokół mężczyzny złożono: topór, kołczan, łuk, strzały i tarczę. Grobowiec ów datowany jest na ok. 500 r. p.n.e. W tym okresie Grecja oczekiwała perskiego ataku, trwało powstanie greckich, małoazjatyckich polis, Rzymianie obalili Monarchię, Kartagińczycy eksplorowali Morze Śródziemne - walcząc o handlową nad nim dominację z Grekami, a Etruskowie przeżywali czas końca swego rozkwitu. Z tego to właśnie okresu pochodzą ciała obu wojowników.


ZREKONSTRUOWANY WIZERUNEK TWARZY 17-letniej KOBIETY-WOJOWNICZKI Z AŁTAJU Z ok. 500 r. p.n.e.,
(WRAZ Z TATUAŻEM JELENIA NA LEWYM RAMIENIU)



Czy owa dziewczyna i ów mężczyzna mogli należeć do plemienia sławnych Amazonek? Doprawdy, trudno to przewidzieć, ale sam fakt, iż przy młodej dziewczynie złożono broń, świadczy że w tym społeczeństwie kobiety uczono wojaczki (a szczególnie strzelania z łuku) od najmłodszych lat. Pseudo-Hipokrates twierdził, że w społeczeństwie Sarmatów z północy, dziewczynki uczy się jazdy konnej i strzelania z łuku na równi z chłopcami, aż do czasu, gdy osiągną wiek pozwalający im na zamążpójście. Gdy wyjdą za mąż, przestają dosiadać koni i strzelać z łuku (chyba że staje się to konieczne), a poświęcają się dzieciom i domowi. Nim jednak do tego dojdzie - by stać się prawdziwą kobietą - młoda wojowniczka musi zabić w walce trzech nieprzyjaciół. Dopiero wtedy będzie mogła oddać się mężczyźnie, który zostanie jej przyszłym mężem (co ciekawe, taki kandydat musiał swą wybrankę pokonać w walce). Gdy już dojdzie do ślubu, ona zajmuje się tylko dziećmi i domem, ale gdy niebezpieczeństwo zagraża ich społeczności, zdarza się że kobiety zamężne (z dziećmi na rękach lub uczepionymi spódnicy, jak opisuje pseudo-Hipokrates) uczestniczą w walce, strzelając z łuku. Takie kobiety, które potrafiły walczyć o swój dom, gdy ich mężczyźni byli daleko, lub nie mogli przybyć z odsieczą, były bardzo cenione w społeczeństwie Scytów. Natomiast Scytowie (zwani również Sakami, Skitami, Skołotami - ludźmi koła, lub Cydami - panami) to były ludy słowiańskie. Na ogromnych terenach Europy rozciągało się wówczas władztwo plemion słowiańskich i celtyckich, różnych od siebie, ale wywodzących się z jednego rdzenia genetycznego. I w obu tych społecznościach pozycja kobiety była znaczna. 

Owszem, kobiety rzadko kiedy uczestniczyły w walkach z wrogimi plemionami (Grecy opisując Amazonki, jednocześnie przypominają ich klęski w walkach - pobite, schwytane, zmuszone do ożenku, itd.), ale sam fakt że młode dziewczyny były szkolone w walce na równi z chłopcami jest bezsporny. Weźmy chociażby takich Celtów. Któż bowiem wie, że szkoleniem młodych mężczyzn do roli wojownika, zajmowały się właśnie... kobiety, nie inni mężczyźni wojownicy, ale kobiety-wojowniczki (które jednocześnie uczyły młodych mężczyzn i innej sztuki - sztuki miłości, będąc z reguły pierwszymi kobietami, z którymi ci chłopcy odbyli swój pierwszy raz. Takie szkolenie chociażby przeszedł ów sławny galijski wódz, organizator pierwszego w dziejach celtyckiego, anty-rzymskiego powstania w Galii - Wercyngetoryks). Celtyckie kobiety więc nie uczestniczyły w walkach, ale przygotowywały młodych mężczyzn do przyszłej roli wojowników. W społeczeństwie Słowian było nieco inaczej, ale tam pozycja kobiety była jeszcze większa niż u Celtów. Nic dziwnego że Grecy umiejscawiają Amazonki na terenach scytyjskich, gdyż tam właśnie przez długi czas tętniło jedno z najliczniejszych skupisk słowiańskich, ale pierwotne Amazonki nie pochodziły z tych ziem. Miały wywodzić się bowiem z terenów leżących pomiędzy rzekami... Wisłą i Bugiem. Tak, pierwotne Amazonki były Słowiankami/Lechitkam, wywodziły się bowiem z lechickiego plemienia Mazonów (Masonów - Masowiów - Mazowian - Mazowszan), ale los rzucił je na zupełnie inne ziemie, o czym opowiem w kolejnej części.


WERCYNGETORYKS 





🤭



CDN.

DZIEŃ KOBIET W ANTYCZNEJ GRECJI I STAROŻYTNYM RZYMIE

CZYLI TESMOFORIE I MATRONALIA





"PIĘKNYCH KOBIET JEST BEZ LIKU, 
ALE KOBIECE KOBIETY SĄ NIEZWYKLE RZADKIE"
 
HELEN ANDELIN
AUTORKA "FASCYNUJĄCEJ KOBIECOŚCI" z 1963 r.
(Jednej z kluczowych anty-feministycznych pozycji dla kobiet)


Z okazji przypadającego dzisiaj Międzynarodowego Dnia Kobiet, zapraszam do zapoznania się z tym, jak to starożytni Grecy i Rzymianie obchodzili ten właśnie dzień:






DZIEŃ KOBIET, MATEK I MĘŻATEK, CZYLI:


TESMOFORIE


Jedenastego, dwunastego i trzynastego dnia miesiąca pyanepsjon (koniec października, początek listopada) świętowano w Antycznej Grecji (szczególnie zaś w Atenach) prawdziwy Dzień Kobiet. A było to tzw. święto Tesmoforiów, czyli uroczystości ku czci bogini Demeter Tesmofore (patronki płodności) i jej córki Persefony-Kory. Były to uroczystości przeznaczone jedynie dla kobiet i żaden mężczyzna nie mógł w nich uczestniczyć, jeśli nie chciał znieważyć samej bogini - co było wówczas uważane za poważne przestępstwo. Ponieważ mężczyźni nie uczestniczyli w tych uroczystościach, zaś kobiety albo były niepiśmienne, albo nie zajmowały się spisywaniem dziejów i obyczajów epok w których żyły (bardzo niewiele kobiet było poetkami w Antycznej Grecji, ja doliczyłem się jedynie... trzech - Myrtis, Korynna i Safona - z czego ta pierwsza jest dziś już praktycznie całkowicie zapomniana, gdyż nie zachowało się nic z jej twórczości, poza naganą jej uczennicy - Korynny, która miała jej za złe, że: "Będąc kobietą z Pindarem śmiała w poezji się zmierzyć", notabene Pindar również miał być uczniem Myrtis), dlatego też nie ma pewnych informacji co też kobiety w owe święto czyniły i w jaki sposób wielbiły swą boginię (choć oczywiście można przytoczyć - i uczynię to niżej - trzy "fazy" tego święta). Stworzyło to szereg domysłów i mniej lub bardziej "spiskowych" teorii o obliczu Tesmoforiów (czego dowodem była chociażby komedia Arystofanesa "Kobiety świętujące Tesmoforie", wystawiona po raz pierwszy na święcie Lenajów w Atenach w 411 r. p.n.e. Sztuka ta od początku miała wybitnie mizoginiczne oblicze, choć - paradoksalnie - nie była wymierzona w kobiety. Arystofanes bowiem napisał "Tesmoforie" aby wbić szpilę w twórczość Eurypidesa - któremu zarzucał zbytnie sfeminizowanie i zohydzenie greckiej tragedii. Arystofanesa raziło - czego dawał wyraz w swych komediach, m.in. w "Acharnejczykach", "Chmurach" czy w "Lizystracie" - nowatorstwo Eurypidesa, wprowadzanie postaci kobiecych i ukazywanie miłości bohaterów - w tym również miłości seksualnej - unikanie patosu religijnego i wprowadzanie elementów życia codziennego do utworów literackich, a przede wszystkim Arystofanes miał za złe Eurypidesowi, iż ten "upokarzał" herosów i królów i ukazywał ich postawy w obliczu ludzkiej nędzy i kalectwa. Arystofanes uważał że takie przypadki "ludzkich ułomności" nie powinny pojawiać się w sztuce wysokiej, jaką bez wątpienia był grecki dramat. Dlatego też wyśmiewał te oto tematy, twierdząc na przykład, że jedyne co kobiety robią podczas święta Tesmoforiów, to - upijanie się winem do nieprzytomności i leżenie we własnych rzygowinach).

Grecy uważali też, że kobieta jest kłębowiskiem emocji i seksualnych odruchów, dlatego też jest aż dziesięciokrotnie bardziej podatna na bodźce seksualne i czerpiąca dziesięciokrotnie większą radość z seksu, niż mężczyzna. Innymi słowy kobiety, jako "wrażliwe i wciąż niedopieszczone istoty" (trudno się dziwić, skoro były zamykane na klucz w specjalnych pokojach im przeznaczonych - gyneceach - a z mężami kontaktowały się sporadycznie i jak pisał Ksenofont w swym "Ekonomikonie", przytaczając rozmowę Sokratesa z Kritobulosem, ten pierwszy pytał: "Czy znasz jakichś ludzi, z którymi mniej byś rozmawiał niż z własną żoną?", na co tamten odpowiada: "Wcale takich nie ma!") powinno się trzymać je pod kluczem i kontrolować zarówno ich seksualność jak i pracę. Inaczej - jak uważano - kobiety wejdą mężom na głowy i doprowadzą do anarchizacji oraz demoralizacji życia społecznego i politycznego. Ponieważ mężczyźni mieli szereg możliwości i okazji do "zrzucenia" z siebie napięcia seksualnego (organizowanie sympozjów - czyli przyjęć z udziałem heter, wizyty w domach publicznych, czy też stosunki z niewolnicami, a także - paradoksalnie - wyprawy wojenne), a kobiety miały bardzo niewiele tego typu okazji i możliwości (nie wolno im było nawet uczestniczyć z mężami podczas rodzinnych przyjęć i musiały siedzieć we własnym gronie w gyneceach, a jeśli już od czasu do czasu pojawiały się na sympozjonach, to jedynie aby nadzorować służbę nalewającą gościom wina i podającą potrawy. Nie mogły nawet udać się ze swoim mężem w odwiedziny do jego znajomych, gdyż takie coś było uważane za wybitnie niemoralne i... wpychające kobiety w odmęty erotycznego szaleństwa, dlatego też mężowie - zamykając swe żony na klucz w gyneceach - powtarzali im, niczym Menander w "Dziewczynie z obciętymi włosami", iż: "Uczciwa kobieta powinna przebywać w domu, ulica jest dla kobiet nic nie wartych". Pod tym więc względem, Rzymianki miały nieporównanie więcej praw i swobód, niż kobiety Hellady). Dlatego też greckie żony nie miały zbyt wielu okazji do rozładowania seksualnego napięcia i być może często zachowywały się mało racjonalnie i w oczach Greków mogły wyglądać na zdemoralizowane i całkiem uzależnione od seksu nimfomanki.




Dlatego przygotowując się do święta Tesmoforiów, musiały wykazać swoją czystość, a to oznaczało że już na kilka dni przed ową uroczystością nie mogły współżyć seksualnie ze swoim mężem lub innym mężczyzną (co akurat dla Greków nie stanowiło żadnego problemu, gdyż sypianie z własną żoną dla przyjemności w łożu, uważali oni za... co najmniej nieetyczne, żeby nie powiedzieć niemoralne. Żona miała tylko urodzić synów - aby przedłużyć ród swego męża, do zabaw seksualnych były zaś hetery i inne kochanki). Pierwszego dnia - zwanego Anodos ("Droga pod górę"), kobiety piekły ciastka z wyobrażeniem węży (jako symbolu męskich genitaliów) oraz żeńskich organów płciowych i składały je na ołtarzu bogini. Drugiego dnia, zwanego Nesteja, przypadał post i kobiety piły jedynie wodę lub wino (stąd potem zarzuty o pijaństwo), oraz powstrzymywały się od spożywania wszelkich potraw. Trzeciego dnia (noszącego nazwę Kalligeneja - czyli "Piękne pokolenie") również pito wino, oraz ofiarowywano bogini wszelkie rodzaje płodów ziemi, a także ser. Opowiadano sobie również sprośne żarty i bawiono się figurkami żeńskich organów płciowych i węży. Ostatnim przejawem tego święta, był... zbiorowy akt masochizmu, gdy kobiety obnażały swe piersi (a być może nawet rozbierały się całkiem do naga) i wzajemnie biczowały zielonymi gałązkami granatu - co miało pobudzać ich płodność. To tyle co wiadomo na temat święta Tesmoforiów. Warto jednak zaznaczyć również, że pomimo całego swego ubezwłasnowolnienia jako żony i matki, miały kobiety greckie o wiele większe możliwości realizowania się w sferze religijno-duchowej, niż np. Żydówki, które tylko mogły im zazdrościć tej swobody (tak na marginesie chciałbym na szybko dodać jedną rzecz, która bardzo mocno rzuca mi się w oczy w temacie "biblijnym". A mianowicie w kontekście chrześcijaństwa czasem pojawia się określenie religii "judeochrześcijańskiej", mającej mieć wspólny ze sobą, nierozerwalny związek. W tym kierunku podążają też niektórzy protestanci w USA, upatrując w judaizmie swoistego drogowskazu dla chrześcijaństwa - stąd też politycy amerykańscy, wywodzący się w tych właśnie kręgów {m.in. Donald Trump}, często ulegają wpływom diaspory żydowskiej, sądząc iż w ten sposób przybliżają się do samego Boga i "Ziemi Obiecanej". Cóż, nie chcę być złośliwy, ale powiem tylko że są w wielkim błędzie. Nie istnieje bowiem coś takiego jak religia judeochrześcijańska, gdyż chrześcijaństwo - mimo wspólnych korzeni {odnosząc się również do sfery poza religijnej, a skupiając chociażby na channelingach, judaizm, jak również misja Syna Człowieczego Jezusa Chrystusa, wysłane zostały przez ten sam gwiezdny lud TJehooba, z tym że w tym drugim przypadku również uczestniczyli Plejadianie - ale to już tak na marginesie jako ciekawostka} - powstało w zdecydowanej KONTRZE do judaizmu. Jezus Chrystus występował przeciwko kapłanom Świątyni Jerozolimskiej i za to właśnie został przez nich zamordowany, a chrześcijaństwo jest religią stworzoną na zupełnie innych fundamentach niż judaizm. Dlatego też nie kaleczmy uszu takimi nieprawdziwymi i nieistniejącymi sformułowaniami, jak "judeo-chrześcijaństwo". Notabene niedługo Wielkanoc, moje ulubione chrześcijańskie święto, czyli święto Zmartwychwstania. Postaram się również - opierając się chociażby na przekazach z channelingów - w innym temacie opowiedzieć jak doszło do Zmartwychwstania).


MÓJ MISTRZU - PRZEDE MNĄ DROGA, KTÓRĄ PRZEBYĆ MUSZĘ TAK, JAK TY. 
MÓJ MISTRZU - WOKOŁO LUDZIE, KTÓRYCH KOCHAĆ MUSZĘ TAK, JAK TY 



Jedna z bohaterek Eurypidesa z "Melanipe Desmotis", kapłanka bogini Ziemi - Demeter, wygłasza piękną deklarację, zachowaną do naszych czasów, która jest właśnie dowodem emancypacji greckich kobiet w religii. Oto ona, przytoczona w całości: "Tak w służbie bożej - to uważam przecież za najważniejsze - udział my bierzemy zazdrości godny. Wszak w przybytku Feba kobieta ludziom myśl objawia, u czystych progów Dodonejskich, w cieniu świętego dębu też niewiasta słowo oznajmia Zeusa tym Hellady synom, co go żądają. Też ofiary Mojrom - wraz z obrzędami bogiń bezimiennych - nie wolno mężom do nich się przybliżać, kobiety same świętość im nadają. Tak prawo swoje przed obliczem bogów myśmy zyskały w całej jego pełni, czy słusznie zatem wy poniewieracie niewieścim rodem?" W porównaniu do Greczynek, "córy Izraela" nie miały żadnych możliwości religijnej ekspresji i mogły - podobnie jak owa protestantka (która to religia w dużej części czerpie z pierwotnego judaizmu) rzec otwarcie: "Nie dziw, że nam kobietom dzieje się tak źle na świecie - przecież Bóg sam jest mężczyzną". Katoliczki nie mogą tak powiedzieć, gdyż mają one swoją "boginię", swoją orędowniczkę w Niebie - Marię, matkę Jezusa. Zresztą chrześcijaństwo w ogóle jest religią bardzo feministyczną, tak jakby stworzoną właśnie dla kobiet (już sam ten fakt, iże Jezus inaczej traktował niewiasty niż czynili to kapłani Świątyni i uczeni w Piśmie - pokazuje dobitnie że działał On na przekór judaizmowi). A ponieważ chrześcijaństwo jest religią kobiecą (powiedziałbym wręcz że wybitnie kobiecą) przeto przez całe wieki mężczyźni musieli mieć wykutą w nim dla siebie jakąś niszę, która oddawałaby istotę ich charakteru i temperamentu (szczególnie młodych mężczyzn, których rozsadza testosteron). Temu właśnie służyła gorliwość religijna i poświęcenie za wiarę, oraz krucjaty w celu odbicia, a następnie obrony Grobu Świętego w Jerozolimie. Mężczyźni musieli się w chrześcijaństwie nieco "wyszaleć", gdyż religia ta w swym podstawowym trzonie nie była realnie skierowana do nich (oczywiście nie chcę być źle zrozumiany, Dobra Nowina jaką głosił Chrystus była skierowana do wszystkich ludzi na Ziemi, ale przede wszystkim właśnie do kobiet. Zresztą w otoczeniu Chrystusa było wiele kobiet i nie można wykluczyć faktu że oprócz 12 uczniów, Chrystus miał również wiele uczennic), w przeciwieństwie np. do judaizmu czy islamu. Teraz zaś, gdy Kościół staje się taką papką politpoprawnościową dla każdego, to właśnie mężczyźni są grupą, która najczęściej wypisuje się z Kościoła, gdyż nie ma On dla nich nic do zaoferowania i nie stanowi żadnego wyzwania. Niegdyś bowiem mężczyźni wyruszali do boju z imieniem Jezusa i Matki Bożej na ustach i z wizerunkiem Maryi na ryngrafach - "i ruszała wiara w pole, od Chicago do Tobolska" - jak śpiewał Jan Pietrzak. A dziś? Jakie wyzwania współczesny Kościół stawia przed mężczyznami? Na to pytanie (i nie tylko to) Kościół jeszcze nie znalazł odpowiedzi. Cóż, czekamy.
 
  

 

W TROSCE O ŻONY I MATKI, CZYLI:




MATRONALIA


 "Hilarion śle serdeczne pozdrowienia siostrze Alis, pani matce Berus, i małemu Apollonkowi. Dowiedz się, że jeszcze i teraz jestem w Aleksandrii. (...) Proszę cię i upominam: dbaj o dziecko, a gdy tylko dostaniemy wynagrodzenie, poślę ci na miejsce. (...) Powiedziałaś do Afrodisias: "Nie zapomnij o mnie!" Jakże ja mogę ciebie zapomnieć! A więc proszę cię, abyś się nie martwiła" ("Epistulae privatae Graecae". Jest to list greckiego robotnika z Egiptu - który wyjechał w poszukiwaniu pracy do Aleksandrii - do jego żony Alis, którą, zgodnie z egipskim zwyczajem nazywa on swoją "siostrą". List ten został spisany z końcem I wieku p.n.e., czyli w czasach rządów Oktawiana Augusta, gdy Egipt należał już do Imperium Rzymskiego). Wyżej przytoczony fragment listu jest przykładem tego, jak mężowie troszczyli się o swe żony (większą część listu jednak pominąłem, gdy Hilarion pyta się o zdrowie żony i prosi ją by dbała o dziecko, choć jednocześnie - zapewne ze względów finansowych - pisze jej, że jeśli urodzi się chłopiec to dobrze, a jeśli dziewczynka, to... lepiej jej się "pozbyć"). Przejdźmy zatem teraz do rzymskiego święta kobiet, czyli owych Matronaliów. Rzymianie bardzo radośnie świętowali swoje urodziny i każdy dzień urodzin mężczyzny był świętem jego osobistego Geniusza, a poza tym dzień mężczyzn obchodzono uroczyście 17 marca, w tzw.: Liberalia (czyli święto boga Libera, do którego również wznoszono modły gdy chłopcy osiągali pełnoletność i stawali się młodymi mężczyznami, zrzucając dziecięcą purpurową togę i otrzymując czysto-białą "togę wolności" ["togam liberam"], będącą dowodem uzyskania przez nich pełni praw obywatelskich i wstąpienia w szeregi mężczyzn - Kwirytów). Jednak, podobnie jak świętowano każdy dzień urodzin męża, tak i obchodzono uroczyście również dzień urodzin żony, matki, siostry czy córki, a dzień ten był świętem jej osobistej opiekunki, boskiej Junony. I podobnie jak istniało "święto mężczyzn", tak i istniało w Starożytnym Rzymie "święto kobiet", zwane właśnie Matronalia - które obchodzono 1 marca. Jednak ponieważ (podobnie jak to było w Grecji) rolę kobiety nierozerwalnie łączono z rolą matki, przeto było to również święto matek.



KORNELIA - MATKA BRACI GRAKCHÓW:
TYBERIUSZA I GAJUSZA 
(IDEAŁ KOBIETY I MATKI, KTÓRĄ RZYMIANIE STAWIALI ZA WZÓR SWOIM ŻONOM I CÓRKOM)



Tego dnia każda żona i matka otrzymywała od swego małżonka drobne upominki, a następnie pary udawały się by wspólnie złożyć ofiary i modlić się o pomyślność w małżeństwie - do świątyni Junony Luciny, której to przybytek znajdował się na Eskwilinie (wzniesiony w roku 275 p.n.e., gdy Rzym toczył mordercze walki z królem Epiru - Pyrrusem. Był to zresztą jeszcze czas, gdy wprowadzano drakońskie kary za zbytni przepych i ostentacyjne się nim popisywanie. Na przykład w tym właśnie roku jeden z senatorów został usunięty z kurii tylko za to, że posiadał złote naczynia o zbyt dużej wartości. Potem nieco ograniczano ustawy przeciw zbytkowi, a ostatecznie obarczono nimi same... kobiety, którym w 215 r. p.n.e. - w czasie śmiertelnej wojny z Hannibalem - zakazano noszenia kolorowych sukien, powożenia w obrębie miasta rydwanem zaprzężonym w dwa konie [chyba że kobieta udawała się do świątyni, albo jeśli była pasażerką u boku swego męża, brata lub syna], nie mogła również posiadać przy sobie kwoty większej niż semuncję złota [13,65 kg.]. Z tego powodu w 195 r. p.n.e. doszło w Rzymie do prawdziwego "buntu kobiet" - o którym zresztą już pisałem - i gdy panie obległy ulice i place prosząc senatorów o cofnięcie tych przepisów - pomimo niezadowolenia Marka Porcjusza Katona - prawo to zostało ostatecznie uchylone, gdyż senatorowie doszli do wniosku że nie godzi się zabraniać zbytku jedynie kobietom, gdy oni sami i ich dzieci temu prawu nie podlegają). Małżonek przynosił swej połowicy głównie kwiaty (a Rzym w I i II wieku naszej ery tonął w różach, o czym pisał chociażby Marcjalis w "Epigramach": "Tak go miła woń kwiatów i wdzięk wiosny wszędy, tak piękno zachwyciło róż spod Pestum grzędy. Gdziekolwiek rzuci okiem, poniesie go noga, wszędzie od róż mu ciętych rumieni się droga. Więc Nilu, zawstydzony rzymską zimą nuże - swoje zboże nam przyślij, my ci damy róże"), ale rzymskie matrony otrzymywały od swych mężów zapewne również i inne podarki. W każdym razie - jak pisał Owidiusz: "Strójcie kwiatami boginię: są miłe bogini tej kwiaty. Matko, i własną skroń wiankiem kwiecistym też strój. Módlcie się słowami takimi: "Ty światło, Lucyno, nam dałaś" (...) O wejrzyj na położnice swe".




Rzymianie niezwykle cenili kobiecą wierność i oddanie mężowi oraz rodzinie. Od czasów Oktawiana Augusta (18 r. p.n.e.), kobieta, która urodziła co najmniej trójkę dzieci - była według prawa równa swemu mężowi. Istniało również szereg przywilejów w zależności od liczby posiadanego potomstwa, a poza tym kobieta - w przypadku rozwodu - mogła zatrzymać przy sobie swoje dzieci (oczywiście po wcześniejszej rozprawie sądowej, gdy jej pełnomocnik przekonał do tego sędziów), wcześniej bowiem dzieci pozostawały pod całkowitą władzą ojca (w Grecji oddanie dzieci kobiecie było wręcz nie do pomyślenia). Matronalia poświęcone były również oddaniu kobiet dla swych mężów, gdyż bardzo ceniono oddanie żon w obronie, lub też w obliczu jakiegoś nieszczęścia, jakie spadło na jej męża. Pliniusz Młodszy (którego stryj - Gajusz Pliniusz Starszy - zginął w 79 r. w Pompejach, próbując - jako dowódca floty w Misenum, ratować ludzi z zalewanego przez lawę miasta) pisał pod koniec I wieku: "Jeździłem właśnie łodzią po mym Komańskim Jeziorze, kiedy pewien starszy ode mnie wiekiem przyjaciel zwrócił mą uwagę na willę (...) która wznosi się nad jeziorem. To stąd właśnie - powiedział - pewnego dnia jedna z naszych rodaczek rzuciła się wraz ze swym mężem. Zapytałem o powód. Mąż miał wrzód narządów intymnych. Jego żona zażądała, aby pozwolił go jej zobaczyć, bowiem nikt nie powie bardziej szczerze, czy możliwe jest wyleczenie. Zobaczyła, straciła wszelką nadzieję, związała się z mężem i wraz z nim rzuciła się do jeziora". Wielu rzymskich poetów ceniło też i inne przykłady niewieściej miłości, wierności i poświęcenia (choć może niekoniecznie kosztem własnego życia - wyżej wymieniony przypadek był wyjątkiem, nawet dla Rzymian i dlatego budził sensację). Marcjalis np. bardzo wychwalał Klaudię Rufinę, która choć urodziła się w Galii - a konkretnie na ziemiach dzisiejszej Bretanii (wciąż dla autora krainie dzikiej, mimo że Galia zdobyta została przez Cezara i od tego czasu konsekwentnie romanizowana, na prawie sto lat przed jego narodzinami), to jednak - jak pisał: "ma duszę prawdziwie latyńską". Bardzo cenił też przywiązanie do męża niejakiej Nigriny: "szczęśliwszej niż Euadne czy Alcesis", której miłość porównywał do czystej duszy Sulpicji, z którą nie mogła się równać żadna kobieta. Również Pliniusz Młodszy cenił spore grono kobiet, co to miłość do męża i wierność rodzinie stawiały ponad wszystko.






Matronalia kończyły się wspólną kolacją spędzoną w gronie rodzinnym, w otoczeniu kwiatów i podarków ofiarowanych przez małżonka (i dzieci zapewne też). Tak też kończył się ów "dzień kobiet-matek", zaś 17 marca obchodzono "dzień męskiego Geniusza" ("dzień mężczyzn") i wówczas żona miała możliwość zrewanżować się swemu małżonkowi za okazane jej dobro. Jak jednak wyglądały owe Liberalia? To już temat na zupełnie inną opowieść





WSZYSTKIM CZYTELNICZKOM MOJEGO BLOGA (I W OGÓLE WSZYSTKIM PANIOM) ŻYCZĘ RADOSNEGO I SZCZĘŚLIWEGO DNIA KOBIET - OBY KAŻDY DZIEŃ PRZYNOSIŁ WAM POGODĘ DUCHA I RADOŚĆ ORAZ WIARĘ W PRAWDZIWĄ MOC KOBIECOŚCI, DRZEMIĄCĄ W KAŻDEJ Z WAS.



HENRYK VIII I JEGO ŻONY - Cz. X

  OD KATARZYNY ARAGOŃSKIEJ  DO KATARZYNY PARR KATARZYNA ARAGOŃSKA (Czyli hiszpańskie noce)  Cz. VIII DZIECIŃSTWO KRÓLOWEJ KATARZYNY Cz. VII ...