WYŚWIETLENIA

06 stycznia 2026

WINO, KOBIETY I... TRON WE KRWI - CZYLI PONURY CIEŃ BIZANCJUM - Cz. IV

NIM JESZCZE 
NAD KONSTANTYNOPOLEM
ZAŁOPOTAŁ ZIELONY
SZTANDAR MAHOMETA





I
JAK AZJATKA Z AFRYKANEREM
(CZYLI PIERWSZA "BIZANTYJKA"
NA RZYMSKIM PALATYNIE)
Cz. III




Rzym roku 190, czyli w ostatnich latach rządów Kommodusa, był już zupełnie innym Rzymem niż jeszcze pięćdziesiąt lat wcześniej. Co prawda negatywne tendencje zarówno w polityce, wojskowości jak i przede wszystkim w gospodarce jeszcze nie wystąpiły z taką siłą jak w III wieku, to jednak zostały one już rozpoczęte i zwiastowały koniec pewnego świata. To co narodzi się później i co ponownie uporządkuje rzymską państwowość z czasów Aureliana, Probusa, Dioklecjana czy Konstantyna Wielkiego, będzie już budowane na zupełnie innych podstawach niż ów Pryncypat stworzony przez Augusta i jego następców. Nie będzie to więc kontynuacja, a budowa zupełnie czegoś nowego, zupełnie innego ustroju społeczno-polityczno-gospodarczego. Można wręcz powiedzieć że kryzys III wieku (który był nieporównywalnie dotkliwszy dla ludności Imperium, niż kryzysy czasów końca Republiki i zamiany jej w jedynowładztwo Augusta), narodził się właśnie w ostatnich dwóch dziesięcioleciach wieku II, czyli pod rządami Kommodusa. Bardzo zmienił się rzymski świat lat 80-tych II wieku, od tego sprzed zaledwie pięćdziesięciu lat, z roku 143, gdy Eliusz Arystydes pisał swą pochwałę Rzymu, twierdząc iż świat w którym żyje jest najlepszym z możliwych światów, a czasy najlepszymi ze wszystkich wcześniejszych. Wojen wówczas nie prowadzono nawet na najodleglejszych rubieżach Imperium Romanum (były od tego nieliczne wyjątki, ale nie miały one żadnego znaczenia dla ludności Imperium, a poza tym te "operacje specjalne" - bo tak można by je nazwać, trwały z reguły dosyć krótko), miasta kwitły i prześcigały się w swej piękności i świetności, upiększane wspaniałymi budynkami: teatrami, bazylikami czy amfiteatrami, wznoszonymi na modłę rzymskiego Koloseum (notabene, to właśnie te budowle doprowadziły w III wieku do kryzysu finansowego wielu miast Imperium, gdyż, choć majestatyczne i piękne, nie były funkcjonalne i same na siebie nie zarabiały. Ale dzięki temu że je wznoszono, dziś jeszcze możemy podziwiać ich ruiny które przetrwały wieki). W czasach rządów Kommodusa i jego następców, w tym również Septymiusza Sewera - rozpoczął się proces rozkładu, który w III wieku doprowadzi do kryzysu politycznego i anarchizacji życia społecznego. To co się narodzi potem, ów system zwany Dominatem - będzie już zupełnie innym tworem politycznym, budowanym też na zupełnie innym społeczeństwie, niż to z czasów Eliusza Arystydesa.

A tymczasem dwór cesarski pod wpływem oderwanych od rzeczywistości kaprysów Kommodusa, żył w swoim świecie. Cesarz zaczął do swej tytulatury dokładać kolejne przydomki: i tak zwał się już "Pobożnym", "Niezwyciężonym", "Szczęsnym", "Obrońcą Pokoju", "Sarmackim", Brytańskim", "Germańskim". Urządzał częste munera (walki gladiatorów) podczas których sam, odziany w skórę lwa bądź lamparta, z maczugą w dłoni walczył z dzikimi zwierzętami niczym zwycięski Herkules. Owe dzikie zwierzęta tak naprawdę były odpowiednio dobierane by nie mogły wyrządzić władcy żadnej krzywdy. Z reguły bezpośrednio walczył on na arenie głównie ze... strusiami, którym ścinał głowy mieczem (a potem z zadowoloną miną pokazywał ów ścięty łeb strusia struchlałym z przerażenia senatorom, tak jakby chciał powiedzieć: "spójrzcie, oto co i was czeka"). Jeśli walczył z innymi drapieżnikami, to tylko w taki sposób że wyznaczano tym zwierzętom odpowiedni tunel, po którym mogły się przemieszczać, tak, aby nie stanowiły zagrożenia dla stojącego na arenie cesarza, który ciskał w nich swą włócznią (czasem ciskał nią także ze swojej cesarskiej loży) i ponoć po jednym ciosie nie musiał zwierzęcia drugi raz dobijać, taką miał mieć celność. Walki te były skrupulatnie organizowane i pieczołowicie się do nich przygotowywano. Kommodus realnie wierzył że jest wcieleniem Herkulesa, niezwyciężonym władcą i obrońcą ludu. Podczas tych pokazów wszystko było z góry wyreżyserowane a poszczególni aktorzy tego kabaretu wiedzieli jak mają się zachować (choć niejednemu chciało się śmiać na widok cesarza goniącego za strusiami i ścinającego im głowy). Swą kochankę - Marcję, przebierał zaś Kommodus w strój amazonki i kazał jej tak publicznie paradować i oklaskiwać jego wyczyny w amfiteatrze. Do kobiety jednak coraz częściej docierało że władca nie jest w pełni zdrowy na umyśle i że pogłębiająca się paranoja - skazywanie na śmierć kolejnych współpracowników i ulubieńców, może doprowadzić z czasem do tego, że i ona sama stanie się obiektem cesarskich podejrzeń, a co za tym idzie czeka ją egzekucja (z tym akurat Kommodus nie miał najmniejszych problemów i skazywał ludzi bez mrugnięcia okiem na śmierć, jeśli tylko padł na nich choćby cień podejrzenia o udział w ewentualnym spisku na jego życie).




W 191 r. Kommodus jednak poszedł dalej w swej paranoi. Oto bowiem nakazał ogłosić ludowi że miasto Rzym otrzymało nową nazwę i zwie się odtąd: "Colonia Commodiana". Cesarz uznał się też nowym założycielem Rzymu na wzór Romulusa. Natomiast z początkiem roku 192 ogłosił się już oficjalnie (wcześniej bowiem jedynie popisywał się w Koloseum swoją celnością i siłą na wzór Herkulesa, ale były to tylko zabawy dla ludu. Teraz jednak ogłosił się już oficjalnie bogiem) "Niezwyciężonym Herkulesem" - "Obrońcą Pokoju". Każdy, kto tylko miał jakiekolwiek ku temu obiekcje, kończył marnie, bowiem cesarz opłacał mnóstwo donosicieli oraz rozbudował tajną policję ("Frumentari"), której zadanie polegało właśnie na ściganiu nieprawomyślnych zachowań, poglądów i postaw. Wszyscy dworzanie musieli się do niego zwracać jak do boga i oddawać mu boską cześć. Zaczął też liczyć czas od momentu swego "ziemskiego objawienia", kazał nazywać okres swego panowania "Złotym Wiekiem". Zmienił też nazwy miesięcy i tak lipiec miał się odtąd zwać "Aurelius" (nazwisko rodowe Kommodusa), sierpień - "Commodius", październik - "Herculeus", a styczeń, na cześć Marcji, nazwano: "Amazonius". Powstało też mnóstwo popiersi i obrazów cesarza (zniszczono je wszystkie po jego upadku), przedstawiających go jako Herkulesa. Jako nowy bóg i heros w jednej osobie, postanowił ulżyć ludowi i ogłosił obniżenie cen żywności. Piękne, ale wówczas kompletnie nierealne ze względu na potęgujący się kryzys gospodarczy. Tak więc wkrótce po obniżeniu cen żywności, większość żywności zniknęła z miejskich targowisk, a ta żywność, która się ponownie pojawiła, była sprzedawana po znacznie wyższych cenach niż przed "obniżką". Jeśli bowiem wcześniej ok. 500 gram mięsa kosztowało (oczywiście w zależności od jakości) od 6 do 20 denarów, a litr wina od 8 do 30 denarów, para butów zaś od 50 do 120 denarów, o tyle po "obniżce" ceny te wzrosły co najmniej dwukrotnie. A należy pamiętać że rzemieślnik otrzymywał wówczas ok. 50 denarów dniówki (przy czym płacono mu tylko za czas wykonywanej pracy, nie otrzymywał zaś stawki miesięcznej i jeśli nie miał zleceń to przymierał głodem), rolnik 25 denarów dniówki. Można sobie policzyć ile tym ludziom zostawało pieniędzy w kieszeni po opłaceniu czynszu za mieszkanie, podatków publicznych (ściąganych np. na cesarskie munera), zakupie jakiejś odzieży (przynajmniej dwóch par - do pracy i do domu), oraz wyżywienia dla swej rodziny? Ci ludzie po prostu żyli na granicy minimum biologicznego.




Kommodus zaś - żyjący w swoim świecie zabaw, orgii i występów cyrkowych - w ogóle nie był świadomy stopnia zubożenia rzymskiego ludu. Co ciekawe kryzys ten dotknął również warstwy wyższe. Rozsypywał się dawny porządek społeczny, oparty na urodzeniu i wynikających z tego tytułu wpływach i bogactwie. W czasach Kommodusa ten proces był już widoczny, a stara arystokracja budziła wśród ludu często wyraz politowania niż szacunek i zazdrość. Niegdyś wielu nowobogackich ekwitów starało się jakoś wżenić w struktury nobilitas, widząc w tym podstawę swego znaczenia i władzy w przyszłości. Teraz wręcz przeciwnie, nie urodzenie było ważne a kompetencje, umiejętności i przede wszystkim odwaga na polu bitwy. Ów upadek potęgi nobilitas pokazuje choćby zmiana stosunku do miejskich "honores" - niegdyś tak bardzo pożądanych przywilejów, które teraz stały się potwornym obciążeniem finansowym dla jego członków i wielu chciało się z tego "honoru" uwolnić (a zdarzało się że wręcz zmuszano do tej godności obywateli siłą). Przestało mieć znaczenie czy ktoś posiada obywatelstwo czy nie, czy ktoś pochodzi z Italii czy nie, piramida społeczna zaczęła się zupełnie zacierać. Teraz liczył się przede wszystkim majątek i oparcie w armii, kto posiadł te dwie rzeczy, mógł pretendować do władzy najwyższej i nie miało żadnego znaczenia gdzie się urodził, czy z jakiej klasy społecznej się wywodził i czy piastował wcześniej jakiekolwiek funkcje publiczne. Senat w zasadzie został sprowadzony do roli rady miejskiej, która utraciła realny wpływ na politykę. Zresztą upadek i zniewieścienie przedstawicieli klasy nobilitas było tak duże, że - powołując się niekiedy na przykład przodków ("mos maiorum" - "obyczaj przodków"), których byli potomkami, a którzy zapisali się bohaterskimi czynami wojennymi lub krasomówstwem politycznym - ich potomkowie lubowali się np. w... tańcu lub popisach aktorskich na scenie (co niegdyś było praktyką całkowicie hańbiącą - przykładem niech będzie Neron, który lubił komponować muzykę i wygrywał na kitarze swe pieśni - uważany był co najmniej przez arystokratów za oderwanego od rzeczywistości cudaka - ale notabene lud rzymski kochał go właśnie za to, że taki był). Więc utyskiwania Kasjusza Diona iż: "teraz nawet dawni tancerze otrzymać mogą ważne funkcje dowódcze" (w rozumieniu ludzi nie wywodzących się z arystokracji senatorskiej) - było wybitnie nie na miejscu. Ta epoka rozkładu i zniewieścienia (którą zapoczątkowało panowanie Kommodusa) pozwoli z końcem III wieku uformować nowe, silne osobowości, które jednak sformatowane będą na zupełnie innych podstawach i zupełnie inny model wychowania będzie im przyświecał.

 


A tymczasem rządy Kommodusa stawały się coraz mniej popularne (co prawda ratowało je częste urządzanie igrzysk w amfiteatrach i sprowadzanie najróżniejszych gatunków zwierząt, które potem ginęły na piaskach aren Rzymu i całego Imperium, to jednak igrzyska nie mogły ludowi zapewnić chleba. Niewielu pewnie wie, iż sławne, często przytaczane w kulturze słowa: "Chleba i Igrzysk", wzięły się z niezadowolenia mieszańców Rzymu, że władze urządzają dla nich przedstawienia a oni sami przymierają głodem - "Nie chcemy Igrzysk, dajcie nam chleba" - słowa te miały paść po raz pierwszy z widowni Koloseum właśnie w roku 190, czyli za rządów Kommodusa). Nic dziwnego że podejrzliwy cesarz zaczął baczniej przyglądać się swojemu otoczeniu i sprawdzać czy przypadkiem nie knują oni jakiegoś nowego zamachu na jego życie (w obawie oczywiście o własne tyłki). Rzeczywiście, najbardziej zaangażowaną osobą, która obawiała się że to na niej teraz skupią się cesarskie podejrzenia - była Marcja. Po upadku wszechwładnego prefekta Kleandra (190 r. p.n.e. - o czym pisałem w poprzedniej części) to właśnie ona stała się najbardziej wpływową i najbliższą cesarzowi osobą. To do niej ustawiały się kolejki petentów, prosząc o wsparcie u Kommodusa. To na jej życzenie cesarz powołał i odwołał trzech kolejnych prefektów pretorianów w przeciągu roku - Lucjusza Gratusa Julianusa, Regillusa i Motilenusa (190-191 r.). Czwarty z nich - Kwintus Emiliusz Letus również był człowiekiem wybranym przez Marcję. To z nim właśnie porozumiała się ona odnośnie dalszych losów Kommodusa. 




Nim jednak taki plan się zrodził, Marcja wspierała również chrześcijan (ponoć sama miała być chrześcijanką, co w tamtym czasie wcale nie musiało być trudne ani całkowicie wyodrębniać daną osobę z rzymskiego świata kultów i wartości. Pierwsi chrześcijanie z I wieku rzeczywiście mieli problem, bowiem samo przyjęcie chrztu automatycznie ustawiało ich poza obrębem rodziny i pozbawiało jakichkolwiek karier zawodowych. Rzymian bowiem przerażało to, co chrześcijanie mówili, a mianowicie o nadchodzącym końcu świata i wyrzekaniu się dóbr doczesnych, oraz potępieniu istniejącego porządku społeczno-religijnego w rzymskim świecie. Można sobie wyobrazić jak bardzo konfliktogennym był fakt, iż członek rzymskiej rodziny nagle deklarował że przyjął chrzest i stał się odtąd chrześcijaninem - tak na marginesie Jezus Chrystus miał powiedzieć do swych uczniów: "Nie pokój Wam przynosze lecz miecz (...) mąż powstanie przeciwko żonie, ojciec przeciw synowi, matka przeciw córce". Rzymianie często też mylili chrześcijan z Żydami - dla nich były to praktycznie te same kulty - co oczywiście bardzo drażniło Żydów. Jednak prześladowania z czasów Nerona objęły tylko samo miasto Rzym, a już poza jego granicami do prześladowań chrześcijan nie dochodziło. Natomiast w II i III wieku chrześcijanie zaczęli zupełnie inaczej podchodzić do pewnych kwestii. Nie odwracali się od rodzin, często ukrywali przyjęcie chrztu lub starali się jakoś połączyć to z tradycyjnymi wierzeniami {np. Lary i Penaty opiekujące się domem, utożsamiano z Aniołami}. Nie rezygnowano także już z kariery w wojsku czy administracji, wychodząc z założenia że są to swoiste elementy służące rozwojowi i utrwalaniu religii Jezusa Chrystusa. Może jest to dość nieprzyjemne porównanie, ale jednak był to taki swoisty stopniowy i trwający dziesiątki lat, ale bez wątpienia konsekwentny chrześcijański "marsz przez instytucje").

W 189 r. biskupem Rzymu (papieżem) został Wiktor, który zajął miejsce zmarłego Eleuteriusza (piastującego biskupstwo w latach 174-189). W Aleksandrii - drugim najważniejszym wówczas ośrodku chrześcijaństwa, biskupem w owym 189 r. został Demetrios. Na czele Kościoła antiocheńskiego stał zaś biskup Serapion, w Cezarei Palestyńskiej biskupem był Teofil, w Koryncie - Bakchilos, w Efezie - Polikrates, a w Jerozolimie funkcję tę piastował Narcyz. Biskup Wiktor zwrócił się do Marcji o wsparcie i ochronę dla Kościoła Rzymskiego i o pomoc w uwolnieniu wielu chrześcijan z Azji Mniejszej, Italii i Rzymu, którzy trafili do kopalń na Sardynii. Wstawiennictwo Marcji u Kommodusa spowodowało że zostali oni zwolnieni i mogli wrócić do swych domów (co pokazuje jak wielki miała ona wówczas wpływ na cesarza i jak często on jej ulegał). Jako ciekawostkę można jeszcze dodać, że w tym samym czasie pomiędzy poszczególnymi Kościołami powstał spór "o święcenie Wielkanocy". Kościół: Antiocheński, Jerozolimski i Efeski głosiły iż na podstawie starej tradycji, święto "Paschy Chrystusowej" (Wielkanocy), należy obchodzić 14 dnia księżyca, kiedy Żydzi mieli rozkaz ofiarowania baranka i że tego właśnie dnia należy zakończyć post. Kościoły: Rzymski, Aleksandryjski, Koryncki i Kościoły Zachodnie uważały iż święto Wielkiejnocy należy obchodzić zawsze w niedzielę i tylko tego dnia kończyć posty paschalne. Ponieważ nie sposób było dojść do porozumienia, papież Wiktor zaproponował odcięcie jedności Kościołów Azjatyckich od całej reszty (tak jakby uznane zostały za innowiercze - choć to słowo wówczas nie padło). Nie spodobało się to całej gminie chrześcijańskiej, wśród której znalazło się wielu napominających papieża do utrzymania jedności (jak choćby biskup Ireneusz, który pisał z Galii: "Otóż nie tylko o kwestię dnia spór się toczy, ale także o sam sposób poszczenia. Jedni bowiem sądzą, że tylko przez jeden dzień pościć powinni, inni znowu, że przez dwa dni, inni wreszcie, że jeszcze dłużej. Są prócz tego tacy, którzy dzień sobie obliczają na czterdzieści godzin dziennych i nocnych. Taka różnolitość zwyczajów nie powstała dopiero dzisiaj, za dni naszych, ale już wiele dawniej, przed nami, wśród naszych poprzedników, którzy z nieuwagi, jak się zdaje, przez swą prostotę i niewiadomość, zwyczaj ten przyjęli i swym następcom do zachowania przekazali. Wszyscy przecie mimo to żyli w pokoju, i my jedni z drugimi w pokoju żyjmy, a różnica w poście stwierdza tylko wiary w jedność").




Marcja i prefekt pretorianów - Kwintus Letus, postanowili pozbyć się Kommodusa, gdyż jego paranoja zaczęła być już niebezpieczna dla nich samych. Najpierw zaplanowano otruć cesarza. Marcja podczas kolacji podała Kommodusowi zatrute mięso, jednak ponieważ pił on tego dnia sporo wina, zwymiotował wraz z nim również i ową truciznę. Mimo to zapadł na zdrowiu (dostał torsji) i Marcja zaleciła aby przygotować dla cesarza gorącą kąpiel. Gdy Kommodus wypoczywał w wannie wypełnionej wodą, spiskowcy postanowili dokończyć dzieła. Niejaki Elektus (pokojowiec Kommodusa i kochanek Marcji) został wciągnięty do spisku i przekupił gladiatora o imieniu Narcyz, aby ten dokonał zbrodni na cesarzu. Narcyz został wpuszczony do komnaty cesarskiej przez Elektusa i złapawszy osłabionego Kommodusa za gardło - udusił go na miejscu. W taki to sposób zakończył swój żywot syn Marka Aureliusza - "Niezwyciężony Herkules", który jeszcze do niedawna uważał się za "pana świata" i "zbawcę ludu". Umierał w kąpieli, wśród pozostałości własnych żygowin, duszony przez niewolnika. Dokonał żywota ostatniego dnia grudnia (30 grudnia w kalendarzu rzymskim) 192 r. w wieku 31 lat. W zbrodni uczestniczyła kobieta, była niewolnica, którą on pokochał i którą wyzwolił oraz uczynił niezwykle wpływową osobą. Spędzili ze sobą całą dekadę. Problem polegał jednak na tym że Marcja obawiała się iż cesarz zapragnie zastąpić ją jakąś inną kobietą (spośród sporowadzanych sobie na orgie niewiast). Poza tym była zakochana w wyzwoleńcu Kommodusa - Elektusie (miała z nim romans i obawiała się że może się wydać. Ponoć zaszła też z nim w ciążę, co niewątpliwie przyspieszyło decyzję o zamachu). Po dokonaniu morderstwa, zwłoki Kommodusa owinięto w kobierzec i tak wyniesiono z pałacu na Palatynie. Świąteczny okres nowego roku nie sprzyjał zbytniej czujności żołnierzy pilnujących wejścia, toteż udało im się (a raczej owemu Narcyzowi) wynieść owinięte w kobierzec ciało cesarza na zewnątrz, następnie wrzucić je na wózek i tak wywieść za miasto i je tam zakopać. 




Tymczasem perekt pretorianów - Kwintus Letus i Elektus, pospieszyli do domu prefekta Rzymu - Publiusza Helwiusza Pertynaksa, który został przez zamachowców wybrany na nowego władcę Imperium, gdyż był to już człowiek sędziwy (mający 66 lat), poza tym jego ojciec był wyzwoleńcem i drobnym handlarzem - nie stanowił więc wielkiego niebezpieczeństwa dla zamachowców. Udali się oni więc już o świcie w kalendy stycznia (1 stycznia 193 r.) do jego domu, nie zdając sobie zapewne sprawny, jak ich obecność zostanie odebrana. Bowiem w Rzymie Kommodusa - mieście w którym donosicielstwo zostało uznane za przejaw patriotyzmu (i dobrze opłacane), a policja polityczna ("Frumentari") miała rozległe kompetencje, łącznie z prawem aresztowania obywateli w nocy z ich domów i zamykania w lochu lub pozbawiania życia za najmniejszy przejaw krytyki wykazanej w stosunku do władcy - panowała z tego powodu istna psychoza. Nic więc dziwnego że gdy niewolnik Pertynaksa ujrzał zbliżających się żołnierzy, rzekł swemu panu tylko jedno słowo, które oboje dobrze zrozumieli: "Przyszli!". Wiadomo było kto i po co przyszedł. Pertynaks kazał wpuścić pretorianów do środka i gdy weszli powiedział: "Czekałem na to już od dawna każdej nocy. Właściwie sam się dziwiłem, że Kommodus zwleka tak długo, skoro jestem ostatnim pozostałym przy życiu przyjacielem jego ojca. Czyńcie, co wam rozkazano. Dla mnie będzie to wyzwoleniem od złudnych nadziei i ciągłego strachu". Jakież musiało być jego zdziwienie, gdy po którymś razie zdołał sobie wytłumaczyć iż nie przyszli oni go zabić, a ogłosić nowym cesarzem, gdyż Kommodus zginął a on jest uważany za najbardziej godnego cesarskiej purpury. Pertynaks długo odmawiał, gdyż uważał że jest to zwykła prowokacja, a Kommodus chce wybadać jego lojalność. Wreszcie zgodził się wysłać zaufanego człowieka, który obejrzał ciało cesarza i dopiero wówczas pozwolił odprowadzić się do Pałacu Cesarskiego na Palatynie.




CDN.

UMIERAMY I CO DALEJ? - czyli co się z nami dzieje po śmierci? - Cz. VII

PRZYKŁAD DUSZY 
ZAAWANSOWANEJ (STAREJ)




Zanim przejdę do opisywania przykładów duszy zaawansowanej, powiem na samym wstępie że dobitnym i wręcz namacalnym przykładem takiej duszy w naszym świecie, był - Karol Wojtyła, czyli papież JAN PAWEŁ II. Co zatem charakteryzuje taką duszę? Przede wszystkim ogromna cierpliwość i zrozumienie drugiego człowieka. To są ludzie których za życia cechuje opanowanie, spokój i dobroć w stosunku do innych ludzi oraz dość duża wiedza wyrosła z doświadczenia. To dusze, których cykl inkarnacyjny jest z reguły bardzo długi, sięgający niekiedy nawet kilkuset tysięcy do miliona lat p.n.e. Jak wcześniej już pisałem, są różne "podpoziomy" duszy zaawansowanej i rozwija się ona nadal inkarnując fizycznie, ale nie przeszkadza to jej także w tym samym czasie pełnić funkcję Przewodnika swojej własnej grupy (lub grup), którymi się opiekuje. Dzielenie (jak już też wcześniej pisałem) nie jest problemem dla duszy, gdyż (choć niekiedy trudno to pojąć) nawet w trakcie podziału każda cząstka nas jest wciąż jedną całością. Dla duszy z poziomu średniego może sprawiać początkowo pewien problem konieczność przebywania w dwóch (lub kilku formach) jednocześnie, ale dla duszy zaawansowanej ten problem już nie istnieje - to tylko kwestia przyzwyczajenia.

Posiadając swoją własną grupę, która jest pod opieką duszy zaawansowanej, na tym etapie rozwoju można już "bezpośrednio" (czy raczej "osobiście" - choć oba sformułowania w przypadku istot duchowych brzmią dość dziwnie), kontaktować się i wzajemnie wymieniać doświadczenia z innymi Przewodnikami, którzy "kiedyś" byli członkami naszej grupy docelowej i z którymi razem dana dusza nabierała doświadczenia, samodoskonalenia i wiedzy pod kierunkiem innego (wspólnego jej grupie) Przewodnika. Przewodnicy dusz zaawansowanych, ci którzy zdobyli wystarczające duchowe doświadczenie, aspirują do wyższej formy istnienia (choć jak wcześniej pisałem, nie ma to nic wspólnego z hierarchią ważności), której są... Założyciele. Założyciele opiekują się wszystkimi aspektami stworzenia i nadzorują cały proces duchowego samodoskonalenia, a jednocześnie są już tak blisko Domu, tak blisko Boga, że kwestia ich zjednoczenia ze Źródłem pozostaje praktycznie kwestią ich dobrowolnego wyboru. Mimo to, nawet ci Przewodnicy, którzy stają się już Założycielami (w sesjach hipnoterapeutycznych dominuje określenie "Starsi"), nie tracą nigdy kontaktu z grupami, które wcześniej były pod ich opieką, teraz tylko zwiększa się zakres ich zadań i odpowiedzialności na całą ludzką populację.

Inną kwestią jest, że dusze zaawansowane tworzą już bardziej złożone (niż skały, liście i drzewa) organizmy żywe. Są to już organizmy fizyczne jak ptaki, zwierzęta... ludzie. Gdy hipnoterapeuta zapytał się kobiety poddanej sesji hipnotycznej, a będącej duszą zaawansowaną, by ta powiedziała mu czy jest w stanie stworzyć rybę, zapytał: "Naprawdę, potrafisz stworzyć całą rybę, posługując się jedynie energią umysłu?", jej odpowiedź w pewien sposób zaskoczyła go, gdyż kobieta odpowiedziała: "Chyba żartujesz! Nie stwarzam od razu całej ryby, zaczynam od embrionów. Zaczynamy od mniejszych komórek - myślałam że wiesz". I tutaj małe wytłumaczenie, dusze zaawansowane są często niechętne w opowiadaniu wszystkich detali tego, czym zajmują się w świecie duchowym. Często też hipnoterapeuci muszą zwracać się z osobistą prośbą o pozwolenie na zaczerpnięcie kolejnej informacji do samego Przewodnika duszy zaawansowanej, który częstokroć blokuje zbyt dużą ilość wiadomości, uznając że nie są one istotne. Co ciekawe, stwarzanie kodu DNA i wysyłanie cząsteczek energii do protoplazmy, musi być skoordynowane z... energią słoneczną, gdyż nowy organizm musi posiadać właściwości umożliwiające mu życie na danej planecie, ogrzewanej przez określone słońce (by wyeliminować np. spalenie żywcem, lub zamrożenie danej komórki, nim jeszcze powstanie z tego życie). Dusze zaawansowane (oczywiście w zależności od stopnia zaawansowania) mogą nawet stwarzać słońca i planety (choć z reguły są one wielkości piłek lub kulek do gry). Słońca, planety, gwiazdy wszystko to tworzą dopiero Założyciele.

Dusza zaawansowana jest jednak poddawana bardzo różnym przeciwnościom. Jej duchowa dojrzałość często jest wystawiana na próbę, gdy danej duszy przychodzi zmagać się z wieloma życiowymi problemami i nieszczęściami. Dlaczego tak się dzieje? Gdyż Źródło, czyli Bóg, Stwórca po prostu wyraża siebie samego poprzez nas wszystkich, dzieli się z nami możliwością swojej własnej doskonałości, jednocześnie czerpiąc z naszych życiowych doświadczeń. Źródło jest wszechobecne, ale my odłączając się od Niego (tylko tak nam się wydaje, gdyż wciąż jesteśmy z Nim, tylko obdarzeni indywidualną tożsamością, niczym rozkwitający kwiat, który czuje niesamowitą radość właśnie tym, że rozkwita), często "zapominamy" o jedności z Nim i choć dusze (na każdym etapie swego rozwoju) czują ciągłą obecność ogromnej energetycznej siły, zaczynają funkcjonować jako indywidualne byty. I tak ma być, gdyż Stwórca wyraża siebie samego poprzez nas - dając nam indywidualną możliwość rozwoju. Powrót zaś jest tym, co moglibyśmy określić jako okrycie Miłości, w którym jest nieprzemijające ciepło i dobroć, a z którego tak naprawdę... nigdy nie wyszliśmy. Bóg dając nam indywidualną świadomość tworzy budulec, który jednocześnie wzmacnia samo Źródło - zaś zjednoczenie tych indywidualnych dusz, które zdobyły bagaż ogromnego doświadczenia, czyni Źródło jeszcze silniejszym, jednocześnie nie zmieniając oblicza istnienia "zjednoczonej indywidualności". Wszystkie dusze zaawansowane pragną stać się Założycielami, a Założyciele połączyć się ponownie ze Źródłem.


JAN PAWEŁ II 
PRZYKŁAD DUSZY ZAAWANSOWANEJ




SZKOŁA


Jak już napisałem w poprzednich częściach, budynek szkoły każda dusza widzi jako indywidualne miejsce, wyrosłe z jej własnych wyobrażeń o nim samym. Jednak wewnątrz owej "świątyni", "hali", "biurowca", czy "katedry" znajdują się poszczególne korytarze, wiodące do kolejnych "sal lekcyjnych". W każdej z owych sal znajdują się kolejne grupy dusz, wzajemnie pracujące w samotności, w dwu, lub trzyosobowych grupkach, lub wszystkie razem (zależy to od doświadczeń jakie muszą przerobić, a które miały, bądź też będą miały znaczenie w kolejnych wspólnych inkarnacjach). Wszystkie korytarze łączą się ze sobą w centralnym miejscu, który tworzy ogromną aulę, będącą centrum całej "szkoły". Każda nowo przybyła na lekcje dusza (nieważne czy jest to młoda duszyczka, czy też dusza która niedawno zakończyła swój fizyczny żywot), jest witana w swojej "klasie" okrzykami radości i pocałunkami. Niektóre dusze wstają by odprowadzić ją na swoje miejsce, do jej "ławki szkolnej" (tak właśnie opisują to ludzie poddani hipnozie). Dla samej duszy zaś (mówię tu o duszy, która niedawno zakończyła ziemski żywot) owe "rozstanie" z grupą wydaje się chwilowe, tak jakby tylko "na moment wyskoczyła i już jest z powrotem". Pewien mężczyzna tak opisuje swoje wrażenie z przybycia do swej "klasy szkolnej": "Ten cały czas, gdy mnie nie było z Nimi, wydaje mi się krótką chwilą, jak gdybym poszedł do sklepu za rogiem, kupić karton mleka".

Istnieją też poszczególne piętra "budynku szkoły". Na najniższym piętrze uczą się "pierwszaki", czyli najmłodsze dusze, niedawno przybyłe z tzw.: "wylęgarni". Niektóre "starsze" dusze, jeszcze przed udaniem się do swoich "klas", przybywają do owych pierwszaków, by się z nimi zaznajomić. Czynią tak szczególnie te Dusze Średnie, które same szkolą się na Nauczycieli-Przewodników. Lecz ów "budynek szkolny" jest zdaje się jedynym miejscem, gdzie Przewodnicy starają się zbytnio "nie spoufalać" ze swymi "uczniami", czyli z grupą dusz, jaką sami sobie wybrali. Dlatego też tutaj, w tym szkolnym miejscu, starają się być nad wyraz wymagający, co oczywiście nie oznacza że są "napuszeni" i nieprzystępni, lecz pragną po prostu by owe "dzieci" (jak nazwał młode dusze pewien mężczyzna będący początkującym Przewodnikiem) "nie właziły" im na głowy. Ów wspomniany wyżej mężczyzna, będący początkującym Przewodnikiem, po przybyciu pod "opieką" swojej Przewodniczki do budynku szkoły - został przez Nią skierowany do swojej "sali lekcyjnej". Jak sam przyznał Jej słowa były dość stanowcze, co nigdy (poza tym budynkiem) Jej się nie zdarzało, lecz zaraz dodała że... nie musi się śpieszyć i sam zdecyduje kiedy dołączy do swojej grupy. Po czym znów w sposób dość stanowczy zakomunikowała mu że zobaczą się później. Mężczyzna udaje się więc do "pierwszaków", by się z nimi zaznajomić i sprawdzić postępy w nauce (jedną z "klas" złożonych z młodziutkich dusz do których przybywa, prowadzi - też jako początkująca Przewodniczka-Nauczycielka - jego Przyjaciółka z tej samej grupy docelowej, z którą również pragnie się spotkać).

Przejście z poziomu "ucznia", na poziom "Nauczyciela-Przewodnika", wymaga od duszy bardzo dużo pracy (głównie nad samym sobą), oraz zrozumienia harmonii własnej egzystencji z resztą dusz. Owi przyszli Nauczyciele - są to już dusze bardzo rozwinięte (w porównaniu z duszami młodymi, czy też "pierwszakami", lecz i tak wiele im brakuje do ich własnych Przewodników), emanujące wielkim ciepłem i Miłością, wręcz "naznaczone Boską Esencją" - jak wyraził się o nich (podczas sesji hipnoterapeutycznej) pewien mężczyzna, będący młodą duszą. Kandydaci na Przewodników zajmują więc ostatnie, trzecie "piętro", lecz gdy już "awansują" i wybiorą swoją własną grupę dusz, z którą dalej będą pracować - wówczas kończą swoją edukację w tej szkole. Wtedy pojawiają się w niej jedynie na lekcjach (trzeba zaznaczyć że dość rzadko się tam zjawiają). Przewodnicy-Nauczyciele nie kontrolują jednak swych uczniów non-stop, a wręcz przeciwnie, pozwalają im na bardzo wiele niezależności i uciechy z przebywania we własnym gronie. Zlecają im pewne zadania do opracowania, pewne ćwiczenia do wykonania, a potem po prostu... zjawiają się by sprawdzić stan wiedzy swych podopiecznych i dopomóc im we wszelkich problemach, jakie na tej drodze napotykają. Mimo to sale wykładowe nie są wcale jedynymi miejscami, gdzie "młodzież" może zgłębiać wiedzę - równie pomocna jest w tym względzie... biblioteka szkolna.

Jest to wyjątkowe miejsce, które (zgodnie - niezmiennie) pojawia się we wszystkich przekazach ludzi poddanych hipnozie. Bibliotekę opisują oni jako długą, prostokątną salę, z ogromnymi regałami dookoła. W centrum, czyli na samym środku sali, mieszczą się ogromne stoły, przy których dusze mogą przeglądać wybrane pozycje. Sala i owe stoły są tak długie, że dana dusza nie jest w stanie ujrzeć końca stołu z drugiej strony, gdyż widok ten jest poza polem widzenia duszy (innymi słowy, dusza nie sięga "wzrokiem" aż tak daleko, by ujrzeć koniec stołu). Dusze w większości same odszukują wybrane pozycje, gdy jednak mają problemy ze znalezieniem danej księgi - proszą o pomoc Archiwistów. Są to stare dusze Przewodników, którzy pomagają młodym duszom (i co ważne również innym Przewodnikom) w odnalezieniu właściwej i pomocnej im Księgi Życia. Pamięć owych bibliotek (a szczególnie znajdujących się tam Ksiąg Życia) przetrwała w... buddyzmie, w formie tzw.: "Ksiąg Akaszy". Jednak (co też bardzo szczególne), ziemskie religie (każda z religii nosi w sobie jakieś ziarno prawdy, lecz obudowana jest późniejszymi nadinterpretacjami i... jawnymi zmyśleniami) potrafią skutecznie wypaczać owe przekazy. Tak też jest w buddyzmie, który głosi że owe Księgi Akaszy mogą służyć nie tylko do zdobywania przez dusze wiedzy, ale także na jej niekorzyść... jako dowody w sprawie jej popełnionych za życia win i błędów.

Są też ludzie (w kulturze Wschodu), którzy twierdzą że posiedli dar "wglądu" do owych Ksiąg i wiedzą jaka kara może spotkać daną osobę. Aby więc odwrócić przeznaczenie - należy... podporządkować się danemu "wglądającemu" i być mu całkowicie posłusznym, jako swoistemu guru i jedynemu "zbawcy ludzkości". Hinduizm, buddyzm i w ogóle cała filozofia Wschodu też ma wiele "głupot" na swym koncie. Biblioteka stanowi miejsce nie "Sądu Bożego" i "trybunału kar", lecz samopoznaniu i samooczyszczeniu. Bardzo często do owej biblioteki przybywają te dusze, które popełniły za życia jakieś zbrodnie, lub które popełniły samobójstwo. O samobójcach i samobójstwie już trochę wcześniej pisałem, choć jak widać były to tylko szczątkowe informacje. Samobójstwo (co bardzo ważne), nie jest w "Zaświatach" traktowane jako "grzech śmiertelny". Więcej, ponoć dopuszcza się (co znaczy iż - mamy prawo) zdecydować się na "miłosierdzie śmierci" (czyli samobójstwo) w sytuacji gdy cierpimy potworne fizyczne lub psychiczne męki, gdy nie potrafimy uwolnić się od fizycznego bólu i upokorzenia, doznanego na "tym świecie". Bardzo często dusze, które popełniły samobójstwo w takim właśnie momencie swego życia, nie tylko że nie czują żadnej "skruchy" za pozbawienie się życia - lecz również ich Przewodnicy prawie ich o to nie pytają. Co innego, gdy decydujemy się popełnić samobójstwo pod wpływem chwilowej depresji, strachu lub niepewności, posiadając jednocześnie zdrowe i silne ciało.

Nie oznacza to oczywiście też żadnej "pośmiertnej kary" za ów czyn, lecz jest powodem głębokiego osądu, zarówno dla samej duszy jak i dla jej Przewodnika. Z taką duszą należy długo i intensywnie pracować indywidualnie, nie można jej zostawiać samej sobie (jak czynią to Przewodnicy z innymi duszami, będącymi pod ich pieczą). Zdarza się bowiem, że traumatyczne doświadczenia własnego samobójstwa, mogą odcisnąć swe piętno w kolejnym życiu, w postaci zwid, depresji, niechęci do innych ludzi etc. Mało tego, mogą nawet (w skrajnych przypadkach) przenieść się na kilka następnych wcieleń. Dlatego też ci, którzy popełnili samobójstwo z przyczyn "nieistotnych" (a takimi są chociażby nieumiejętność zaaklimatyzowania się w społeczeństwie, lub nawiązywania kontaktów z innymi ludźmi - chęć samotności i izolacji, obawa przed innymi, obawa przed ich osądem i strach przed "złym słowem") muszą skrupulatnie przećwiczyć wszystko "od początku", każdy aspekt ich życia pod kierunkiem ich Przewodnika (lub Przewodników). Powoli, nie spiesząc się, przećwiczyć wszystko z powrotem od początku. Do tego służą również biblioteki. Zdarza się też, że samobójcami bywają (i to nawet dość często) te dusze, które dopiero od niedawna wcielają się na Ziemi, zaś wcześniej inkarnowały na innych planetach (niekiedy łagodniejszych od Ziemi - możecie mi wierzyć lub nie, ale ja osobiście uważam że moja dusza nie pochodzi z Ziemi. Co prawda inkarnuję tutaj gdzieś tak od starożytności - szczególnie bliski jest mi I wiek p.n.e./ I wiek naszej ery, głównie zaś otoczenie Oktawiana Augusta - o czym bodajże jeszcze nie pisałem, ale takie mam dziwne i niezrozumiałe przeświadczenie, tym bardziej że samego Oktawiana Augusta nie uważam za nazbyt wielką postać historyczną i mógłbym wymienić znacznie ważniejsze osoby w dziejach świata, które ja sam osobiście uważam za swoje autorytety, ale jednak to właśnie do tej postaci czuję jakąś dziwną  i niezrozumiałą sympatię. Mimo to jednak nie czuję się nadal do końca "zgrany" z tą planetą - jakkolwiek byście tego nie rozumieli, co oczywiście nie oznacza że nie potrafię normalnie żyć). Dusze te, mają w pamięci podświadomości przekazy wyniesione z "ich rodzimych światów" i kontakt z "prymitywizmem" ludzkiego ciała i społeczeństwa, bywa dla nich dojmujący. Te dusze po prostu chcą się stąd jak najszybciej wydostać.

Lecz "po śmierci" każda dusza, która popełniła ów błąd (samobójstwo z błahego powodu), prawie natychmiast po wydostaniu się z ciała czuje żal, smutek i... wstyd przed Przyjaciółmi z grupy. Ludzie, którzy w poprzednich wcieleniach popełnili samobójstwo, bardzo często pytają się siebie, zwracając się oczywiście do hipnoterapeuty: "Dlaczego to zrobiłem?", lub "Ale byłem głupi". Dusze te, tak bardzo wstydzą się swojego czynu, że czują się "gorsze" i "mniej ważne" od swych Przyjaciół z grupy. Dusze te czują się tak, jakby były wyrzutkami, którym cała reszta robi łaskę, że z nimi w ogóle rozmawia. Dlaczego? Uświadamiają sobie bowiem że każde kolejne życie jest naszym darem, a jego wybranie kosztowało nas przecież sporo wysiłku. Zastanawialiśmy się nad różnymi jego aspektami, przećwiczyliśmy różne wydarzenia (indywidualnie, w grupie wraz z Przyjaciółmi, czy też jedynie z naszym Przewodnikiem). Teraz jednak "daliśmy plamę na całego", odebraliśmy sobie życie tylko dlatego, ze nie potrafiliśmy sobie z nim poradzić. Nie doświadczaliśmy ani choroby ani bólu fizycznego, mimo to zdecydowaliśmy się (niczym banda wyrostków) porzucić ciało z powodu chwilowego niedopasowania, lub jakiegoś innego indywidualnego niepowodzenia (np. utrata pracy, niepewność o losy rodziny). Zapomnieliśmy że "po nocy zawsze przychodzi nowy dzień", oraz że "nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło". Nawet utrata pracy nie musi być katastrofą, być może jest to jedynie sygnał do większego zaangażowania, do zmiany środowiska, do "wypłynięcia na głębsze wody". Nie zawsze to, co wydaje się nam tragedią bez wyjścia, jest nią w rzeczywistości, a z perspektywy czasu widzimy że to co było złe w danej chwili okazuje się niezwykle korzystne z biegiem czasu - i ja sam też mogę o tym co nieco powiedzieć.




HENRYK VIII I JEGO ŻONY - Cz. X

  OD KATARZYNY ARAGOŃSKIEJ  DO KATARZYNY PARR KATARZYNA ARAGOŃSKA (Czyli hiszpańskie noce)  Cz. VIII DZIECIŃSTWO KRÓLOWEJ KATARZYNY Cz. VII ...