WYŚWIETLENIA

28 grudnia 2025

WSPOMNIENIA... - Cz. I

...WYRWANE PIASKOM CZASU


W tej serii tematycznej pragnę zaprezentować znane lub całkowicie nieznane (a często wręcz zapomniane) pamiętniki, wspomnienia, relacje i opowiadania ludzi (jak i o ludziach), którzy żyli na długo przed nami, a którzy dzięki spisanym dziejom swego życia - unieśmiertelnili się w oczach potomnych. Relacje i wspomnienia które tutaj zamierzam opublikować, starał się będę wybierać w taki sposób, aby były sprzed 1914 r czyli sprzed wybuchu I Wojny Światowej, aczkolwiek nie jest to dogmat którym zamierzam się w stu procentach kierować, raczej coś na wzór założenia, a jak to będzie w praktyce, zobaczymy.  W pierwszej części tej serii zamierzam zaprezentować Pamiętniki pani Margaret Hill Morris czasów Wojny o Niepodległości Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej



I
DZIENNIK PANI MARGARET HILL MORRIS


PONIŻSZY OBRAZEK PRZEDSTAWIA SCENĘ Z WOJNY SECESYJNEJ, A NIE Z WOJNY O NIEPODLEGŁOŚĆ USA, ALE POMIMO TEGO TRZYMA SIĘ KLIMATU DZISIEJSZEGO TEMATU, DLATEGO GO TUTAJ UMIEŚCIŁEM



Gdy mówimy o amerykańskiej Wojnie o Niepodległość, najczęściej pojawiają nam się przed oczyma bohaterscy amerykańscy patrioci walczących o wolność dla siebie, swych potomków i niepodległość swej ziemi, która pragnie być wolna od jakiejkolwiek tyranii (choćby nawet ów tyran nosił koronę królewską). Pięknie ten motyw utrwalił nam chociażby film "Patriota" z Melem Gibsonem z 2000 roku, w którym pokazane jest jak (początkowo) garstka idealistycznych zapaleńców pragnie wyzwolić swoją ziemię spod tyranii okrutnych Brytyjczyków. Ale jak wiemy życie nie pisze tak czarno-białych scenariuszy i każda wojna przynosi ze sobą okropne morze cierpienia, szczególnie dla cywili (choć oczywiście w tamtych wojnach głównie jednak ginęli żołnierze). Wojna amerykańsko-brytyjska z lat 1775-1781/83 jest tutaj wyjątkowym przykładem, ponieważ idealistyczna wizja amerykańskich pięknoduchów walczących za Ojczyznę i brytyjskich morderców nie jest (do końca) prawdziwa. Tak naprawdę nie można powiedzieć że jedna strona była "tą dobrą" a druga "tą złą", ponieważ obie strony w tej wojnie dopuszczały się nieprawdopodobnych wręcz okrucieństw i zbrodni. Spalenie kościoła z zamkniętymi w środku ludźmi (z filmu "Patriota") jest tego dobitnym przykładem, ale tak postępowali również Amerykanie - czyli ci, którzy walczyli o niepodległość własnej ziemi. Jedna i druga strona dopuszczała się potwornych okrucieństw i trudno ten konflikt porównać z jakimkolwiek innym, nawet z późniejszą Wojną Secesyjną z lat 1861-1865 (która również była niezwykle brutalna). Dlatego mówienie o pięknoduchostwie tamtych Amerykanów służy tylko i wyłącznie umacnianiu ducha patriotyzmu w narodzie (jeśli w ogóle możemy jeszcze dzisiaj tak określić mieszkańców Stanów Zjednoczonych). Inną sprawą jest fakt, że wcale nie wszyscy Amerykanie tak chętnie podjęli walkę o niepodległość. Było wśród nich wielu niezdecydowanych i równie wielu zdeklarowanych zwolenników Korony, którzy ów bunt i wszczętą w jego wyniku wojnę, uznali za zdradę wobec króla i ojczyzny. Oczywiście, zwolenników Niepodległości było więcej, ale to wcale nie oznacza że ta druga strona nie była równie zdeterminowana i gotowa do wsparcia dla wojsk Jego Królewskiej Mości, króla Jerzego III.




Kwestia Niepodległości była bardzo żywym tematem w tamtym czasie i dosłownie dzieliła między siebie rodziny do tego stopnia, że syn stawał przeciwko ojcu, brat przeciw bratu, rozpadały się małżeństwa, ojcowie wychodzili w pole by walczyć o Niepodległość, a synowie przyłączali się do zwolenników Korony - albo na odwrót. Najbardziej intensywne walki pomiędzy tymi dwoma przedstawicielami ówczesnego amerykańskiego społeczeństwa, miały miejsce w New Jersey, gdzie walka między wigami (w większości zwolennikami Niepodległości) i torysami (w większości zwolennikami Korony) wydawała się najbardziej zacięta i spektakularna. W tym właśnie regionie (z chwilą gdy Armia Brytyjska zdobyła Nowy Jork - koniec sierpnia 1776 r. z tym że Armia Kontynentalna pod dowództwem Jerzego Waszyngtona utrzymała się na Bronksie do połowy października), miasto to stało się głównym centrum zrzeszającym lokalnych zwolenników Korony. Wielu lojalistów wyjechało więc tam, gdzie uczucia patriotyczne nie były tak silne jak na prowincji (choćby we Freehold, miasteczku gdzie patrioci powiesili kilku prominentnych torysów - swoich sąsiadów - a większość z nich wtrącili do więzienia). To właśnie w Nowym Jorku założono kompanię wojskową pod nazwą "Stowarzyszenie Lojalistów" którą dowodził William Temple Franklin (syn Benjamina Franklina - tego który wynalazł piorunochron i który już w 1754 r. czyli na 20 lat przed wybuchem Amerykańskiej Rewolucji - która tak naprawdę rewolucją nie była, ale nie o tym teraz - w "Pensylvannia Gazette" umieścił karykaturę podzielonego na 13 części węża z podpisem "zjednoczenie albo śmierć"), a który został mianowany przez króla gubernatorem New Jersey (to był właśnie jeden z przytoczonych przeze mnie wyżej przykładów dzielących rodziny, tym bardziej że konflikt pomiędzy starszym a młodszym Franklinem był dosyć ostry). Lojaliści co prawda byli w mniejszości, ale należy pamiętać że zwolennicy Niepodległości z 4 lipca 1776 r. nie gwarantowali owej równości - o której pisali - dla wszystkich ludzi, a wręcz przeciwnie - w dużej mierze "Amerykańska Rewolucja" była rewolucją bogatych, chociaż oczywiście krew w bitwach najczęściej przelewali najbiedniejsi (wśród których pojawiały się też i takie głosy, że ci z "Filadelfii nas sprzedali"). Zresztą pierwotnie Kongres Kontynentalny nie chciał wcale uchwalenia Niepodległości i jeszcze w 1775 r. wzdragał się przed taką myślą, deklarując jednocześnie swoją wierność Koronie. Potem oczywiście to się zmieniło ze względu na nieustępliwość króla Jerzego, ale lojalistów mimo to było bardzo wielu i o jednej z takich osób pragnę opowiedzieć.




Pani Margaret Hill Morris mieszkała w Burlington i była kwakierką (owo zgromadzenie religijne wyrzekało się m.in. przemocy - co oczywiście nie oznaczało że kwakrzy nie uczestniczyli w tej wojnie). Była też gorącą zwolenniczką Korony czyli lojalistką. W swych pamiętnikach opisuje pewne wydarzenie, które miało miejsce w styczniu 1777 r. a w którym ona osobiście uczestniczyła, ukrywając jednego ze ściganych lojalistów w swoim domu. Pani Morris była majętną wdową mieszkającą (wraz z dwoma synami) w dzielnicy Green Bank, jednej z najpiękniejszych części Burlington z widokiem na rzekę. W jej domu przebywał nawet gubernator Franklin, z czego była bardzo dumna. Prawdopodobnie też jej zmarły małżonek zbudował w tym domu pewne ukryte pomieszczenie, do którego wchodziło się przez szafę na bieliznę (chociaż było ono przestronne i wygodne). Aby się do niego dostać, należało zdjąć pościel z półek, wyciągnąć półki i otworzyć małe drzwiczki z tyłu szafy, tak, że do tego ciemnego pokoju można było wejść tylko mocno się schylając. Człowiek który uzyskał schronienie w jej domu (i ukrywany był w tym właśnie pomieszczeniu) nazywał się Jonathan Odell i był rektorem Kościoła Mariackiego w Burlington. Był on zarówno pastorem, lekarzem jak i torysem - czyli lojalistycznym zwolennikiem Korony. Gdy do Burlington wcześniej wkroczyły najemnę oddziały niemieckie (służące w Armii Brytyjskiej) z Hesji-Darmstadt, to właśnie dzięki jego autorytetowi miasto nie zostało przez nich splądrowane, czym niezwykle wsławił się wśród mieszkańców. Gdy zaś do miasta wkroczyli "patrioci", Odell musiał się ukryć (bo inaczej zapewne zostałby powieszony), a ową kryjówkę znalazł właśnie w domu pani Margaret Hill Morris. Ona to prowadziła pamiętnik w którym opisała całe to zdarzenie (dziś przytoczę kilka fragmentów z tego pamiętnika, przy czym takie określenia jak "wróg" czy "gondole" odnoszą się zarówno do zwolenników Niepodległości, jak i do amerykańskich kanonierek). Pani Morris zapisała:

"Od 13 do 16 stycznia otrzymaliśmy różne doniesienia o zbliżaniu się i wycofywaniu wroga; grupy uzbrojonych ludzi brutalnie wkroczyły do miasta i przeprowadzono pilne poszukiwania torysów. Część szlachty gondolowej włamała się i splądrowała dom Reda Smitha około południa tego dnia. 

Straszna relacja o tysiącach przybywających do miasta, a teraz faktycznie widzianych na Gallows Hill: mój nieostrożny syn chwycił lunetę i pobiegł w stronę młyna, żeby im się przyjrzeć".




Syn pani Morris szukał najpierw dobrego miejsca skąd mógłby obserwować zbliżających się do miasta żołnierzy Armii Kontynentalnej, ale nie udało mu się takowego znaleźć i poszedł nad rzekę, skąd obserwował płynące gondole. Tam został jednak dostrzeżony i ruszono za nim w pogoń, a on uciekał w stronę domu. Grupka mężczyzn pobiegła w tym kierunku i zaczęła głośno pukać do drzwi domu pani Morris (gdzie też schował się jej syn). Ta, będąc śmiertelnie przerażoną, otworzyła drzwi i spytała czego od niej chcą, a gdy powiedzieli jej że widzieli szpiega, który ich obserwował i że zapewne schronił się w tym domu; wtedy stwierdziła, że to był tylko jej syn, który jako chłopiec był ciekawy tego, co się dzieje, zabrał lunetę z domu i chciał zobaczyć żołnierzy. Nie jest on jednak ich wrogiem i nie wspiera torysów ani tym bardziej Brytyjczyków. Żołnierze powiedzieli że mimo to szukają pewnego ukrywającego się tutaj w okolicy "uchodźcy" (tak zwolennicy Niepodległości nazywali lojalistów), a w tym czasie już Jonathan Odell przebywał w jej domu w owym ukrytym pokoju. Widząc że żołnierze mają ochotę wejść i przeszukać jej posiadłość, zapytała:

- "Mam nadzieję że nie jesteście Hesjanami?" (niemieccy najemnicy słynęli z tego, że byli dosyć brutalni. Zresztą trudno się dziwić, skoro byli najemnikami i zależało im tylko na tym, co można zdobyć - skoro wojna była tylko biznesem).

- "Czy wyglądamy na Hesjan?" - zapytał żołnierz.

- "Tego nie wiem?" odpowiedziała kobieta.

- "Czy widziałaś kiedyś Hesjanina?"

- "Nie, nigdy w życiu. Ale z tego co wiem, to oni są ludźmi i wy jesteście ludźmi i możecie być Hesjanami. Ale pójdę z wami do domu pułkownika Koxa, chociaż tam w młynie to rzeczywiście był mój syn, który nic złego nie robił i chciał tylko zobaczyć żołnierzy".

Ponieważ dom pułkownika Coxa był pusty, a klucz znajdował się u pani Morris, zaprowadziła ona tych żołnierzy właśnie tam, gdyż tego chcieli, a po dokonaniu rewizji przeszukali jeszcze dwa sąsiednie domy i niczego nie znalazłszy odpuścili sobie przeszukiwanie domu pani Morris, zdając sobie sprawę że zapewne i tam niczego nie znajdą. Dzięki temu ukryty tam Jonathan Odell mógł ujść bezpiecznie, ale i tak jeszcze tej samej nocy - w obawie że żołnierze powrócą, pani Morris zaprowadziła pastora Odell'a do miasta, gdzie jego ochroną zajęli się inni ludzie. Potem udało mu się przedostać do Nowego Jorku będącego w rękach Brytyjczyków. Dalej jednak w swym pamiętniku pani Morris daje upust refleksjom moralnym na temat tej toczącej się wojny.

"14 stycznia. Słyszałam, że gen. Howe wysłał prośbę do Waszyngtona, prosząc o trzydniowe zaprzestanie walki w celu opieki nad rannymi i pogrzebania zmarłych, czego mu jednak odmówiono: jakąż żałosną tendencją jest wojna, która zatwardza ludzkie serce przeciwko delikatności ludzkich uczuć. Cóż, można to nazwać okropną sztuką zmieniania natury człowieka. Myślałam, że nawet narody barbarzyńskie żywią pewien rodzaj religijnego szacunku dla swoich zmarłych".




Gdy jakiś czas potem generał Putnam przybył do Burlington aby sądzić tutaj kilku schwytanych torysów, przywiózł też ze sobą (płynąc na gondolach) znaczną ilość chorych i słabych żołnierzy, którymi opiekowały się ich żony (zapewne zabrane tam charakterze kucharek i pielęgniarek). Ponieważ liczyli że w Burlington znajdą zawodowych lekarzy, mocno się zdziwili, gdy okazało się że żadnych lekarzy nie ma w mieście, bowiem ci, którzy wspierali patriotów, poszli do Armii Kontynentalnej, a reszta dołączyła do wojsk brytyjskich. Opieką medyczną musiały więc zajmować się lokalne kobiety, które leczyły za pomocą herbat ziołowych, domowych plastrów i mikstur. Oczywiście pani Morris była jedną z najbardziej zaangażowanych w pomoc medyczną kobiet z miasta Burlington. Wszyscy sobie chwalili jej życzliwość i pomoc oraz to, że realnie pełniła tam rolę lekarza. Właśnie wówczas (z gen. Putnamem) przybyli do miasta żołnierze chorzy na malarię, wśród których lady Morris poznała dwóch z tych, którzy wcześniej chcieli ukarać jej syna za podglądanie ich nad brzegiem rzeki. Pani Morris tak to opisała:

"Myślałam, że otrzymałam całą moją zapłatę, kiedy z wdzięcznością przyjęli całą moją dobroć, ale wkrótce potem do drzwi podszedł bardzo szorstki, źle wyglądający mężczyzna i zapytał o mnie. Kiedy do niego podeszłam, on odciągnął mnie na bok i zapytał, czy mam jakichś przyjaciół w Filadelfii. Pytanie to mnie zaniepokoiło, sądząc, że szykuje się jakaś krzywda temu biednemu miastu, ale spokojnie odpowiedziałam:

- Mam starego teścia, kilka sióstr i innych bliskich przyjaciół. 

- No cóż - powiedział mężczyzna, - Czy chcesz ich wysłuchać lub wysłać im coś w ramach pokrzepienia? Jeśli tak, zajmę się tym i przyniosę ci wszystko, o co poślesz.  

Byłam oczywiście bardzo zaskoczona i myślałam, że chcę tylko zaopatrzyć się w prowiant na gondole, kiedy powiedział mi, że jego żonie dałam lekarstwa i że tylko w ten sposób mógł mi zapłacić za moją dobroć. Serce podskoczyło z radości i zabrałam się za przygotowanie czegoś dla moich drogich, nieobecnych przyjaciół. Wkrótce przyniesiono ćwiartkę wołowiny, trochę cielęciny, drobiu i mąki, a około północy przyszedł człowiek i zabrał je na swoją łódź".

Dwie noce później rozległo się intensywne pukanie do jej drzwi, tak to opisała:

"Otwierając okno usłyszeliśmy męski głos mówiący: 

- Zejdź cicho i otwórz drzwi, ale nie wnoś światła. 

Było coś tajemniczego w takim wezwaniu, więc postanowiliśmy zejść na dół i zapalić świecę w kuchni. Kiedy dotarliśmy do drzwi wejściowych, zapytaliśmy: 

- Kim jesteś? 

Mężczyzna odpowiedział:

- Przyjaciel, otwórzcie szybko.

Więc drzwi się otworzyły, a kto to powinien być, jeśli nie nasz uczciwy gondolista z listem, korcem soli, dzbankiem melasy, torbą ryżu, trochę herbaty, kawy i cukru i trochę szmatek na płaszcz dla moich biednych chłopców - wszystko przysłane przez moje dobre siostry. Jak nasze serca i oczy przepełniły się miłością do nich i wdzięcznością naszemu Ojcu Niebieskiemu za tak szczodre zapasy. Obyśmy nigdy o tym nie zapomnieli. Będąc teraz tak bogaci, uznaliśmy za swój obowiązek rozdać trochę biednym wokół nas, którzy opłakiwali brak soli, więc podzieliliśmy buszel i daliśmy po kuflu każdemu biednemu, który po niego przyszedł".

Pani Margaret Hill Morris przeżyła tę wojnę i dopiero po jej zakończeniu (czyli po upadku Yorktown w 1781 r.) mogła bezpiecznie odwiedzić swoich bliskich w Filadelfii. Teraz byli oni już obywatelami nowego państwa (chociaż jeszcze oficjalnie nie był on zjednoczony, ale zwycięska Wojna o Niepodległość dała ku temu asumpt) czyli Stanów Zjednoczonych Ameryki, uznanego przez Koronę brytyjską dopiero w 1783 r. w pokoju paryskim.




CDN.

JAK OBCHODZONO NOWY ROK...? - Cz. II

W ANTYCZNEJ GRECJI I STAROŻYTNYM RZYMIE





ANTYCZNA GRECJA
(CZYLI KAŻDY SOBIE RZEPKĘ SKROBIE)
Cz. II


LIKURG
PRAWODAWCA SPARTY



Sparta - miasto wojowników. Jakże tam obchodzono Nowy Rok? W Lacedemonie ostatni miesiąc ateńskiego roku czyli Skiroforion (maj-czerwiec) nosił nazwę Fliasios, a pierwszy miesiąc ateńskiego Nowego Roku Hekatombajon (czerwiec-lipiec) w kraju nad Eurotasem zwano Hekatombeus, nie był on jednak początkiem roku dla Spartan. Dla nich ostatnim miesiącem w roku był Panamos (sierpień-wrzesień) który w ateńskim kalendarzu nosił nazwę Boedromion. Panamos następował po Karnejosie (w Atenach miesiąc ten zwano Metageition, czyli lipiec-sierpień). Karnejos warto tutaj wymienić, ponieważ w tym właśnie miesiącu wypadało najważniejsze święto całej Sparty i tak jak Panatenaje były największym i najważniejszym świętem Ateńczyków, tak Karnea była takim świętem dla Lacedemończyków. Karnea przypadała na 7 dzień miesiąca Karnejos (koniec lipca) i poświęcona była bogu Apollinowi Karnejskiemu. Święto to było bardzo stare, ponoć Apolla Karnejskiego czcili jeszcze Achajowie, którzy zasiedlali Peloponez przed inwazją Dorów z których to wyłonili się (m.in.) Lacedemończycy (Dorów/Gorów, pamiętajmy bowiem że migracja tych ludów nastąpiła z północnej Europy ok. 1200 r. p.n.e. i z ogromnym prawdopodobieństwem można stwierdzić że Dorowie/Gorowie byli plemieniem słowiańskim). Tak więc Karnea rozpoczynała się 7 dnia miesiąca Karnejos i trwała dziewięć dni. Było to oczywiście święto wojenne, wychwalające cnoty wojskowe, tak więc pierwszego dnia rozbijano wokół Lacedemonu 9 namiotów a w każdym z nich zamieszkiwało dziewięciu mężczyzn wykonujących rozkazy herolda. Przed namiotami umieszczano na łodzi - ozdobiony girlandami - posąg Apolla Karnejskiego (łódź była nawiązaniem do mitycznego przejścia Dorów z Naupaktos na Peloponez, o którym to pisałem w temacie Ludów Morza). Ofiary bogu składał w tym czasie kapłan noszący nazwę agetes, który do pomocy miał pięciu nieżonatych mężczyzn, zwanych karneatami (którzy pełnili tę funkcję przez cztery kolejne lata i przez ten czas nie mogli się żenić). Każda z dziewięciu grup toczyła ze sobą udawane walki zręcznościowe, których celem było wyłonienie zwycięzcy igrzysk Karnei. Oczywiście nie tylko zmagania wojskowe były istotne, równie ważne były chociażby konkursy muzyczne (najsławniejszym autorem greckiej muzyki klasycznej i jednocześnie poezji lirycznej był niejaki Terpander z Lesbos, który przybył do Sparty w czasie, gdy ta toczyła II Wojnę Meseńską z lat 685-668 p.n.e. i podczas festiwalu Karnei zdobył pierwsze miejsce w zawodach poezji lirycznej ok. 676 r. p.n.e. potem zamieszkał w Lacedemonie i stał się jednym z najsławniejszych obywateli tego grodu). Podczas trwania Karnei żaden Spartiata nie miał prawa opuścić miasta z bronią w ręku, dlatego też Spartanie odmówili pomocy Ateńczykom, gdy ci w 490 r. p.n.e. przybyli do nich z prośbą o pomoc właśnie podczas Karnei, w czasie inwazji Persów na Attykę.




Karnejos był przedostatnim miesiącem spartańskiego kalendarza, ostatnim zaś był Panamos, ale nic nie wiadomo na temat odbywających się w tym miesiącu świąt. Pierwszym miesiącem nowego roku dla Spartan był zaś Herazjusz (w ateńskim kalendarzu Pianapsjon) czyli wrzesień-październik, ale również wówczas w Lakonii i Mesenii nie obchodzono żadnych świąt. Po prostu dla Lacedemończyków Nowy Rok następował i tyle (były jeszcze dwa godne uwagi spartańskie święta, ale nie wypadały one akurat w miesiącach które nas teraz interesują).


ANTYCZNA SPARTA
(Miasto to zostało otoczone murem obronnym dopiero w III wieku p.n.e. wcześniej Lacedemończycy szczycili się tym, że "Żadna kobieta znad Eurotasu, nie widziała nigdy oręża obcego wojownika")



Delos - mała wysepka na Morzu Egejskim, na której Nowy Rok przypadał najbliżej naszej rachuby czasu, czyli w miesiącu Lenajon (grudzień-styczeń). W Atenach miesiąc ten nosił nazwę Gamelion i był bardzo modny na urządzanie wesel. Nie posiadam niestety informacji jak świętowano Lenajon na Delos, w każdym razie był to zapewne jedyny zimowy miesiąc, w którym w Helladzie obchodzono Nowy Rok. W Beocji zaś (czyli m.in. w Tebach) Nowy Rok obchodzono w miesiącu Panamos, który w przeciwieństwie do Sparty wypadał w miesiącach lipiec-sierpień (gdy w Lacedemonie świętowano Karneę). Niestety, tak jak wyżej i tak jak przy kolejnych greckich regionach, nie mam już żadnych informacji na temat obchodzonych w tych miastach świąt. W Delfach, w świętym okręgu Apollina Nowy Rok przypadał na miesiąc Herajos (wrzesień-październik). Na Rodos był to Dalios (sierpień-wrzesień). W Bitynii miesiąc Herajos (sierpień-wrzesień). W Milecie był to Metageition (lipiec-sierpień). W Macedonii miesiąc Hiperberetajos (wrzesień-październik). Wydaje się że nie ma sensu wymieniać kolejnych regionów Hellady, gdyż nie wnoszą one już nic ciekawego do tego tematu. Przejdźmy zatem do Rzymu.





STAROŻYTNY RZYM
(SŁOŃCE TO, CZY KSIĘŻYC JEST NAD NAMI?)
Cz. I





"TEN, KTO NIE WIE, CO SIĘ WYDARZYŁO, NIM PRZYSZEDŁ NA ŚWIAT, POZOSTANIE NA ZAWSZE DZIECKIEM. BO CÓŻ WARTE JEST NASZE ŻYCIE, JEŚLI PRZEZ ZNAJOMOŚĆ HISTORII NIE WIĄŻE SIĘ Z ŻYCIEM NASZYCH PRZODKÓW"

CYCERON
"ORATOR"
(46 r. p.n.e.)



Kiedy Rzymianie obchodzili Nowy Rok? Odpowiedź najprostsza brzmi - gdy władzę obejmowali kolejni konsulowie. A kiedy to następowało? No właśnie, z tym już jest większy problem, ponieważ najprostszą odpowiedzią byłby - 1 styczeń, gdyż rzeczywiście w tym dniu konsulowie obejmowali urząd. Ale działo się tak dopiero od roku 153 p.n.e., wcześniej zaś 1 stycznia nie był początkiem Nowego Roku, gdyż tego dnia konsulowie nie tylko nie obejmowali urzędu, ale w pierwszych latach Republiki i w czasach Monarchii rzymskiej... styczeń w ogóle nie istniał w rzymskim kalendarzu. Od czasów Romulusa pierwszym miesiącem Nowego Roku był marzec (martius), który swą nazwę zawdzięczał bogu wojny - Marsowi. Teoretycznie więc pierwotny rzymski kalendarz liczył 305 dni, czyli 10 miesięcy w roku (zaraz wyjaśnię dlaczego napisałem "teoretycznie"). Pierwszym miesiącem w roku był więc marzec, czyli martius, ale dlaczego pominięto dwa zimowe miesiące (choć realnie one istniały). Żeby sobie odpowiedzieć na to pytanie, to trzeba się cofnąć w odległą przeszłość, czyli do początków Rzymu. Rzym za Romulusa składał się z kilku pierwotnie od siebie niezależnych osad, budowanych na kształt dominującej na tym terenie wówczas kultury Villanowa (czyli na ogół okrągłych drewnianych domków) i pierwotnie składał się z trzech nad-tybrzańskich wzgórz: Kapitolu, Palatynu i części Celiusa. Według tradycji Romulus miał panować w latach 753-717 p.n.e. i choć Rzym wciąż wówczas nie przypominał jeszcze klasycznego miasta (i długo, długo nie będzie przypominał), to jednak pewne dotychczasowe tradycje musiały ulec zmianom. Do nich należało bowiem zaprzestanie grzebania zmarłych poza osadami dotychczasowych wzgórz, gdyż utrudniało to rozwój miasta. Wszystko to odtąd miało być ager publicus (czyli ziemią publiczną), a granice miasta określało zaoranie etrusco ritu (to właśnie podczas wyznaczania granicy miasta miało dojść do konfliktu pomiędzy Romulusem a jego bratem Remusem, który zakończył się śmiercią tego drugiego. Swoją drogą warto tutaj przedstawić ciekawą opowieść, która przekazywana była sobie przez starożytnych Rzymian, a dotyczyła właśnie obu braci. Mianowicie pewnego razu leżąc na polanie, spoglądali oni w niebo licząc napływające chmury. Miał być to bowiem znak, któremu z braci bogowie bardziej sprzyjają. Remus doliczył się tylko sześciu chmur, a Romulus dwunastu. Tą przypowieść zaczęto interpretować w formie przepowiedni o tym, że w przypadku gdyby to Remus objął władzę, miasto miało się cieszyć sześcioma wiekami chwały, gdyby zaś Romulus został królem - aż dwunastoma. Zapewne ta historyjka została wymyślona dużo później, aczkolwiek wpasowuje się w ważne dla Rzymu wydarzenia. Sześć wieków chwały, to upadek Rzymu w czasie najazdów Cymbrów i Teutonów z ostatniej dekady II wieku p.n.e. Rzymian ocalił wówczas Gajusz Mariusz reformując armię i tworząc z niej wojsko zawodowe w miejsce dotychczasowej armii republikańskiej. Natomiast dwanaście wieków Romulusa, to upadek Rzymu mniej więcej w połowie V wieku naszej ery, czyli - tak jak to się stało w rzeczywistości - w 455 r. spustoszenie miasta przez Wandalów, a w 476 r. obalenie ostatniego, małoletniego cesarza - Romulusa Augustulusa). Dlatego też należało od tej pory chować zmarłych poza murami wspólnego miasta, czyli poza etrusco ritu.

 


Ale nie to było głównym powodem, dla którego to właśnie marzec był pierwszym miesiącem Nowego Roku dla Rzymian w tamtym okresie (bowiem kalendarz zmieniał się jeszcze co najmniej dwukrotnie - oczywiście wyjaśnię też dlaczego napisałem "co najmniej"). Głównym powodem dla którego to właśnie marzec stał się pierwszym miesiącem roku dla Rzymian, był fakt związany z pierwotnym na tym terenie prawem długu. Na początku marca, tuż przed rozpoczęciem cyklu rolniczego, chłopi (którzy w większości nie posiadali ani sprzętu rolniczego, ani zwierząt którymi mogli uprawiać ziemię) mogli to wszystko uzyskać od majętniejszych sąsiadów, na zasadzie zwyczajowego prawa mancypacji. Wyglądało to następująco - otrzymywali zwierzę (lub narzędzie rolnicze potrzebne im do pracy) i nie musieli za nie płacić od razu, tylko składali przed Saturnem (potem ten bóg ziemi został utożsamiony z greckim Kronosem) uroczystą przysięgę, że po zakończeniu cyklu rolniczego (czyli jesienią tego samego roku) oddadzą właścicielowi wypożyczonej rzeczy lub zwierzęcia, określoną kwotę z własnych plonów (oczywiście wówczas jeszcze - a mówimy o VIII wieku p.n.e. pieniądze nie istniały - przynajmniej na terenach o których mówimy, tak więc wszelka wymiana odbywała się w naturze). Spłata długu wypadała zawsze na dzień przed rozpoczęciem Saturnaliów (grudzień), a już w listopadzie rozpoczynano trzydziestodniowe odliczanie terminu spłaty. Ci zaś dłużnicy, którzy nie zebrali wystarczających plonów aby oddać dług, kończyli marnie, bowiem składając przysięgę Saturnowi, w tym momencie łamali dane bogu słowo. Karą była śmierć, a owi nieszczęśnicy byli rytualnie składani w ofierze Saturnowi z końcem grudnia (czyli w czasie Saturnaliów). To okrutne prawo składania ludzi w ofierze bogom zniósł następca Romulusa, drugi król Rzymu (panujący w latach 715-673 p.n.e., rok 716 miał być rokiem bezkrólewia) Sabińczyk z pochodzenia - Numa Pompiliusz (prócz tego że pochodził on z plemienia Sabinów - które wraz z Latynami budowało nowe miasto nad Tybrem - to miał liczne kontakty w miastach etruskich i wydaje się że był też spokrewniony z etruskimi klanami, a jego żona Lukrecja z pewnością była kobietą z ludu Etrusków. O Etruskach też jeszcze zamierzam napisać i ich jakże ukrywanym do dzisiaj pochodzeniu, chociaż wszystkie znaki na niebie i ziemi sugerują że lud ten - podobnie zresztą jak Dorowie/Gorowie na Peloponezie, przybył z Europy Środkowej). Wprowadził on wiele reform do zwyczajnego prawa pierwotnego Rzymu, rozszerzył etrusco ritu (pierwotnie zasiedlił z plemieniem Sabinów - Kwirynał) aż po Janiculum (gdzie też został pochowany) i założył pierwsze zgromadzenie westalek (początkowo były tylko dwie owe święte niewiasty, służebnice bogini Westy). On też właśnie zamienił rytualne składanie ofiary z dłużnika na ołtarzu Saturna, na bardziej ekonomicznie opłacalną dla pożyczkodawcy niewolę (oczywiście nie wyglądało to tak, że człowiek który trafiał do niewoli stawał się już niewolnikiem, wręcz przeciwnie. Był nim tylko teoretycznie przez 60 dni zimowych - od 23 grudnia do 23 lutego - na które to był zamykany w podziemnym pomieszczeniu i traktowany jak nieżywy - choć oczywiście karmiono go tam. W tym czasie jego synowie lub krewni musieli spłacić dług - a dokonać tego mogli trzykrotnie, na początku, w połowie i na końcu sześćdziesięciodniowego okresu niewoli - jeśli tego nie uczyniono, wierzyciel miał prawo postąpić z nim według własnej woli (czyli np. mógł go zagłodzić w owej celi, lub też - jeśli obaj się porozumieli - mógł go sprzedać za Tyber, np. do Etrusków, uzyskując wówczas zwrot poniesionych przez siebie kosztów).


RZYM ZA PIERWSZYCH CZTERECH LATYŃSKO-SABIŃSKICH KRÓLÓW
(753 p.n.e. - 617 p.n.e.)



Biorąc pod uwagę ten właśnie fakt, można wtedy zrozumieć dlaczego w czasach Romulusa rzymski kalendarz liczył tylko 10 miesięcy i pozbawiony był dwóch miesięcy zimowych (styczeń, luty), które poświęcone były bogom podziemnym i w czasie których zamierała cała natura. Po prostu tych dni nie świętowano i traktowano tak, jakby ich w ogóle nie było, (co oczywiście nie znaczy że ich nie było 👍). Aż do czasu wielkiej reformy rzymskiego kalendarza z czasów Juliusza Cezara (który wszedł oficjalnie w roku 45 p.n.e. a został skopiowany przez Cezara z wzorców egipskich - o których też jeszcze napiszę, a z których Cezar zapewne czerpał pełnymi garściami podczas swych wojaży po Nilu z Kleopatrą) i który po raz pierwszy był kalendarzem słonecznym, liczącym 365 dni, wcześniejsze kalendarze rzymskie były kalendarzami księżycowymi, a tutaj cykl przypada na 355 dni w roku. Oczywiście pojawia się też pewien problem. Można bowiem założyć, że te 355 dni dzielone były w następujący sposób na poszczególne miesiące: 31 dni liczyły marzec, maj, lipiec i październik, 29 dni styczeń, kwiecień, czerwiec, sierpień, wrzesień, listopad i grudzień. Jedyny miesiąc który liczył 28 dni to był luty (to był ewenement w rzymskim kalendarzu, gdyż po reformie Cezara Rzymianie nie stosowali już liczb parzystych, uważając je za pechowe). Wydaje się jednak że zarówno za Romulusa jak i za Numy Pompiliusza rzymski rok liczył 365 dni, gdyż pięć grudniowych dni (Saturnalia) nie były oficjalnie wliczone do cyklu kalendarzowego, podobnie jak pięć lutowych dni (Terminalia). Zresztą za Romulusa było tylko 10 miesięcy które miały swoje nazwy i dopiero Numa Pompiliusz (na wzór etruski - co też bardzo ważne) dorzucił (czy też raczej nadał imiona dwóm nienazwanym dotąd, bo traktowanym jako miesiące przeznaczone dla bogów podziemi, miesiące wegetatywne, gdy cała natura obumiera) miesiące styczeń, luty. Ale wróćmy jeszcze do początku, bo wydaje mi się że jeszcze nie wyczerpałem tego tematu. Mianowicie rok romulański zaczynał się 17 marca. Rok po reformie Numy Pompiliusza również, z tym tylko, że miesiące zimowe miały już swoje nazwy, co było bardzo ważne z chwilą nastania Republiki, ponieważ nowi konsulowie rozpoczynali swoje rządy zarówno 17 marca, jak i... 1 stycznia (zresztą mogli objąć swoją władzę w każdy kolejny dzień marca i stycznia, gdyż nie było to w żaden sposób ujednolicone i sprecyzowane, aż do roku 222 p.n.e., o czym zresztą będę jeszcze pisał). Bez wątpienia data styczniowa została sprowadzona do Rzymu z tradycji etruskiej i chociaż głównie skupiam się tutaj na święcie Nowego Roku, to jednak warto wymienić również poszczególne miesiące, jakie przypadały w rzymskim kalendarzu.


NUMA POMPILIUSZ



Od czasów Romulusa Nowy Rok rozpoczynał się 17 marca (Martius - miesiąc poświęcony bogu Marsowi). Tego dnia odbywało się bowiem święto początku roku związanego z Marsem i zwanego agonalia (święto to po raz pierwszy wprowadził Numa Pompiliusz). Mars był pierwotnym bogiem latyńskim i choć nie miał ani swoich wizerunków, ani też nie miał swojej świątyni przez bardzo długi czas (wydaje się że pierwszą świątynię Marsa zbudowano dopiero w czasach Republiki), to bez wątpienia był bogiem pierwotnym gminy latyńskiej, bogiem zarówno wojny jak i urodzaju związanego z dobrymi plonami. Pierwotnie utożsamiany był tylko poprzez włócznię i tarczę, które trzymano w Regii. Ponieważ zaś zarówno prace na roli jak i wyprawy wojskowe Rzymianie odbywali w miesiącach marzec-październik (w zimie jak wiadomo, miesiącu bogów podziemia, wypraw wojennych nie urządzano, a Mars wówczas drzemał - a przynajmniej tak myślano). Wiosną lub wczesnym latem, z nastaniem wyprawy wojennej, król (lub w późniejszych czasach konsul) wchodził do Regii, potrząsał włócznią i tarczą i mówił: "Marsie, czuwaj!" tym samym budząc go do życia i zyskując jego wsparcie podczas wojny. W przypadku zaś katastrof (zarówno naturalnych jak i wojennych), na ołtarzu Marsa natychmiast należało złożyć dary, zarówno z płodów rolnych, jak i... z ludzi (oczywiście z chwilą zniesienia krwawych ofiar z ludzi za Numy Pompiliusza, odbywało się to w nieco inny sposób; ale również w wiekach późniejszych zdarzało się że Rzymianie powracali do tej barbarzyńskiej praktyki. Ostatni raz w swoich dziejach Rzymianie złożyli krwawe ofiary z ludzi w roku 216 p.n.e. po straszliwej klęsce zadanej im przez Hannibala pod Kannami, gdzie polec miał aż... 80 000 Rzymian, co było totalną katastrofą i każde hellenistyczne mocarstwo na Wschodzie po takiej klęsce już by się nie podniosło. Rzymian też ogarnęło przerażenie, część senatorów zawiązała spisek, mający na celu opuszczenie miasta - wraz z żonami i dziećmi, dobytkiem i zaufanymi ludźmi - i przeniesienie się gdzieś do południowej Galii, albo północnej Hiszpanii i tam założenie "Nowej Romy". Plany te zostały udarnione przez młodego, bo zaledwie 20-letniego Publiusza Korneliusza Scypiona - który 14 lat później pod Zamą pokonał Hannibala - a w owym czasie, wraz z innymi młodzieńcami, zmusił owych senatorów {przekładając im miecze do gardeł} aby poniechali planu opuszczenia Rzymu. Szukając jednak winnych całej tej katastrofy kannejskiej, Rzymianie poświęcili wówczas dwójkę schwytanych cudzoziemców, Gala i Galijkę oraz Greka i Greczynkę - zakupując ich żywcem do ziemi). Ofiary z roślin, warzyw i zwierząt składano natychmiast, natomiast ludzi poświęcano Marsowi jeszcze jako dzieci, a gdy podrośli, musieli opuścić miasto i udać się na poszukiwanie nowego życia w inne regiony Italii. Oczywiście wiązało się to niechybnie z koniecznością podjęcia walki na nowym terenie (bo nie każdy chciał przyjąć do siebie uchodźców czy wygnańców) i to właśnie było dopełnieniem ofiary Marsa. Zapewne tak też założony został Rzym przez dwóch braci i ich towarzyszy, którzy wyszli z rodzinnego miasta Alba Longa (położonego w górach albańskich, na południe od Rzymu). Odpowiednikiem Marsa dla Sabinów (czyli drugiego ludu, który wraz z Latynami stworzył Rzym) był bóg Kwirynus (od którego to imienia otrzymało nazwę wzgórze Kwirynału). Miał dokładnie te same atrybuty co Mars, choć były i drobne różnice, jak choćby fakt, że od najdawniejszych czasów ten bóg miał na Kwirynale swoją świątynię, ale obchody jego święta były bardzo blade w porównaniu z tymi, które odprawiano na cześć Marsa. Poza tym w czasach Republiki opowiadano sobie taką legendę, że gdy Romulusa porwała burza i zaginął, pewien senator (w obawie o oskarżenia że mógł zostać zabity przez senatorów) o imieniu Prokulus Julus stwierdził, że Romulus został żywcem wzięty do nieba i stał się Kwirynem (w każdym razie Romulusa bardzo często później utożsamiano z Kwirynem). Rzymianie zaś zaczęli siebie samych nazywać kwirytami (było to określenie obywatelskie, stwierdzenie pokojowej wspólnoty ludów tworzących miasto nad siedmioma wzgórzami).


RZYM W CZASACH KRÓLÓW ETRUSKICH i PIERWSZYCH WIEKACH REPUBLIKI
(616 p.n.e. - 387 p.n.e.)



Drugim miesiącem pierwotnego rzymskiego kalendarza księżycowego, był Aprilis - czyli kwiecień - innymi słowy "zalany słońcem". Trzeci miesiąc to Majus (rzymska konotacja tej nazwy nie jest mi znana), czwarty - Julus czyli czerwiec (jego pierwotne pochodzenie też nie jest mi znane) i na tym w zasadzie kończą się nazwy poszczególnych rzymskich miesięcy kalendarza romulańskiego (swoje nazwy otrzymają jeszcze styczeń i luty, ale do tego dojdziemy). Kolejne miesiące był już tylko liczone, czyli piąty, szósty, siódmy aż do dziesiątego (z tym że po wprowadzeniu zmian i dodaniu miesięcy lutowych, a potem przejściu na kalendarz słoneczny wyglądało to dosyć komicznie, bo piąty miesiąc był miesiącem siódmym, szósty ósmym itd.). Zatem kolejne miesiące to Quintilis (lipiec), Sextilis (sierpień), September (wrzesień), October (październik), November (listopad) i December (grudzień). Zapewne Rzymianom nie chciało się już wymyślać oddzielnych nazw pod te miesiące (podobnie zresztą postępowali w rodzinach, tylko czterej pierwsi synowie otrzymywali swoje imiona, piąty już zwany był Kwintusem, szósty - Sekstusem itd. w przypadku córek ten proces zaczynał się już od trzeciej - Tertia). Zaś dodane za Numy Pompiliusza dwa miesiące zimowe nosiły nazwy: Januarius (styczeń), od nazwy Janusa - boga wszelkiego początku i Februarius (luty), nazwa pochodzi od februs - magicznych rzemyków których kapłani (flamini) używali do rytualnego oczyszczania miasta. Rzymskie społeczeństwo z czasów trzech pierwszych królów: Romulusa, Numy Pompiliusza i Tullusa Hostiliusza (wnuka Hersylii, Sabinki porwanej jeszcze za czasów Romulusa, panować miał w latach 673-642 p.n.e.) składało się z w miarę jednolitego stanu latyńsko-sabińskiego (z którego potem potworzyły się rody patrycjuszowskie). Ale częste wojenne wyprawy czwartego króla - Ankusa Marcjusza (wnuka Numy Pompiliusza, panował w latach 641-617 p.n.e.) doprowadziły do uformowania się w mieście nowej warstwy społecznej, zwanej plebejuszami (a wzięło się to z faktu, że król po prostu atakował, podbijał i przesiedlał ludność okolicznych miasteczek, takich jak Politoria, Fikania czy Tellen do Rzymu. I choć od Ankusa Marcjusza wpływy etruskie w Rzymie były coraz silniejsze (nie chodzi tutaj tylko o kalendarz, ale również chociażby o jasne rozgraniczenie na dobro i zło, a raczej na demony i anioły, które w kulturze etruskiej występowały, natomiast w pierwotnej kulturze rzymskiej ich nie było), to jednak ludność etruska - która również napływała do tego miasta, nie była traktowana jako warstwa rządząca, a wręcz przeciwnie - zasilała szeregi plebejuszy. Społeczność latyńsko-sabińska (patrycjuszowska - pierwotnie jednak stworzona z... chłopów,) żyła odseparowana od społeczności plebejsko-etruskiej, czego dowodem był choćby fakt, że w czasach Republiki jedni konsulowie na początek swoich rządów wybierali etruski miesiąc styczeń, a drudzy latyńsko-sabiński marzec (poza tym wprowadzono całkowity zakaz małżeństw pomiędzy patrycjuszami i plebejuszami, ale o tym konflikcie opowiem w kolejnej części.




CDN.

27 grudnia 2025

JAK OBCHODZONO NOWY ROK...? - Cz. I

W ANTYCZNEJ GRECJI I STAROŻYTNYM RZYMIE





Święta, święta i po świętach! Jakoś tak szybko w tym roku mnie one zleciały (chociaż miałem trochę obowiązków, gdyż jeśli chodzi o święta to ja gotuję i siebie w domu, moja Dama zaś czyni to w dni powszednie - tak żeśmy się... umówili 😉, tym bardziej że ja lubię gotować od czasu do czasu, głównie właśnie przed świętami - w końcu najlepsi kucharze na świecie to faceci 🥳). Tak więc Święta Bożego Narodzenia nam zleciały, ale przed nami Nowy Rok, a to oznacza że właśnie dziś, w ramach "antycznych lekcji krajoznawczych" (ponieważ antyk jest moją ulubioną epoką historyczną) zapraszam do zgłębienia tajemnic Nowego Roku jaki obchodzono w antycznej Grecji i starożytnym Rzymie. W naszej kulturze - która wyrosła na tradycji chrześcijańskiej - przywykło się liczyć Nowy Rok od narodzin Zbawiciela Jezusa Chrystusa (które to narodziny i tak notabene zostały pomylone o kilka lat i do dziś ten błąd nie został skorygowany, a zapewne już nie zostanie, gdyż wiązałoby się to z ogromnym chaosem spowodowanym przestawianiem dat o kilka lat wstecz). Jednak zarówno owe lata liczone od narodzin Mistrza, jak i jakiekolwiek inne, są zaledwie ulotnym mgnieniem w całej odległej historii naszej planety, a też i nasza planeta jest niczym, w historii Wszechświata, który to również istnieje przez chwilę (biorąc pod uwagę Bożą Nieskończoność), następując po tych które już przeminęły, a po nim będą następne i następne i jeszcze następne. Z tej perspektywy życie człowieka - choćby nawet trwało 1000 albo więcej lat, nie ma najmniejszego znaczenia w całej wielkiej i długiej historii Wszechświata i na skali tej historii zapewne takie życie nawet nie zostałoby odnotowane gdyż byłyby to jakieś totalne czasowe mikromile. My, żyjąc na naszej planecie (a zapewne również w tym Wszechświecie) podlegamy nieustannie wahaniom czasu, który to wyznacza nam zakres naszego życia. Ale oczywiście czas realnie nie istnieje, istnie tylko stopniowe, aczkolwiek nieuchronne zużycie materiału który posiadamy (np. naszego ciała). Z chwilą narodzin ciało nasze już jest poddane degradacji i jest pewne, że zacznie się ono wcześniej czy później psuć, bo takie są koleje fizyczności. I choćbyśmy nawet wynaleźli eliksir młodości zapewniający nam długie i młode życie, to wcześniej czy później efekt psucia się ciała które posiadamy nastąpi. Wszystko bowiem co fizyczne, kończy się i nie ma znaczenia czy jest to ludzkie ciało, czy wytwór pracy ludzkich rąk, czy też coś takiego jak planeta lub Wszechświat. Nie sposób bowiem zadomowić się i zamieszkać na stałe w iluzji fizyczności, gdyż jest ona tylko iluzją, a nie naszym Domem. Powracamy tutaj aby zanurzyć się w tej iluzji, aby jej doświadczyć i aby doświadczyć również iluzji czasu, wyobrażanego jako przemijanie. A przecież nic tak człowieka nie przeraża, jak koniec istnienia.

Ponieważ czas jest głównym wyznacznikiem naszego fizycznego przemijania (co możemy prześledzić chociażby po zmianach, które dokonują się z naszym ciałem lub też z ciałami osób nam bliskich), zatem umiejętność jego zliczania jest niezwykle istotnym fundamentem każdej cywilizacji (które zresztą wcześniej czy później i tak przeminą, bo jak pisał Kohelet: "Marność nad marnościami i wszystko marność"), każdy bowiem chce wiedzieć jak długo żył i jak to jego życie ma się do poprzednich oraz następnych pokoleń. Oczywiście to, że tkwimy w iluzji fizyczności która jest jednocześnie iluzją czasu (przynajmniej dla nas) nie oznacza, abyśmy popadali w jakiś pesymizm czy dekadencję. To jest tylko proces który można sprowadzić do dziecięcej zabawy i tak należałoby to potraktować, a jeszcze lepiej tak, jak do życia podchodził rzymski senator z czasów Nerona, zwany również "arbitrem elegancji" - Gajusz Petroniusz (który popełnił samobójstwo, wcześniej wysyłając do Nerona list wyszczydzający jego umiejętności wokalne), mawiał on bowiem "Życie jest śmiechu warte, więc się śmieję!" Ktoś może powiedzieć że jest to podejście niewłaściwe, gdyż (jak mawiał Stalin) "Życie to nie jest temat do żartów" (🤔), ale przecież nie chodzi o to, aby śmiać się durnie ze wszystkiego jak błazen, tylko o to, żeby śmiejąc się w duszy z życia które nam zostało darowane (a raczej które sami żeśmy sobie wybrali) wiedzieć, że to tylko zabawa i że wcześniej czy później się skończy (choćby była dla nas okrutna i tragiczna).




Czas jest nieodłącznym elementem naszej fizyczności, zatem nad czasem też się pochylmy, tym bardziej że przed nami nowy 2026 rok (powiedzmy sobie szczerze, rok umowny, ale i tak związany z niesamowitą liczbą celów, pragnień i zapowiedzi, jakie każdy z nas układa sobie w swojej głowie, sercu i umyśle). Przejdźmy zatem do czasu, takiego jakim widzieli go antyczni (ponieważ jednak nie zamierzam się zbytnio rozpisywać i dotykać zbyt wielu innych cywilizacji oraz kultur, skupię się zatem jedynie na antycznej Grecji i starożytnym Rzymie, jako tych dwóch filarach współczesnej cywilizacji euro-amerykańskiej - trzecim filarem czy też trzecią kolumną podtrzymującą całą tę świątynię jest oczywiście chrześcijaństwo, i nie ma tutaj znaczenia czy ktoś jest ateistą czy wyznaje inne religie. Tak po prostu jest, że nasza cywilizacja zbudowana została właśnie na tych trzech fundamentach). Zatem zapraszam do poznania obchodów święta Nowego Roku ludzi antyku.



ANTYCZNA GRECJA
(CZYLI KAŻDY SOBIE RZEPKĘ SKROBIE)
Cz. I





"WSZYSTKO PŁYNIE"

HERAKLIT z EFEZU



Podstawą antycznej Grecji było niepodległe polis, czyli miasto-państwo które miało swój własny obszar, wojsko, święta, tradycje i oczywiście... pory roku (a co za tym idzie, również świętowanie Nowego Roku). Oczywiście te największe i najsilniejsze greckie polis z reguły narzucały tym słabszym swoją wolę (a tamte dla swej obrony, łączyły się w większe związki złożone z kilku polis). Nie zmieniało to jednak faktu, że ich własna kultura i tradycja nie ulegała zmianie i nawet w różnych miastach Attyki świętowano Nowy Rok zgodnie z lokalną tradycją, a nie tak, jak to miało miejsce w samych Atenach. W tym temacie postaram się omówić w miarę szczegółowo święto Nowego Roku nie tylko w Atenach ale również w innych najważniejszych regionach antycznej Grecji, gdyż Nowy Rok obchodzono zupełnie niezależnie od siebie, czasem był to środek lata (jak w Atenach), czasem jesień (jak w Sparcie), a czasem Nowy Rok zaczynał się zimą. Ponieważ zebrałem na ten temat sporo informacji, postaram się więc je tutaj dokładnie omówić (oczywiście najwięcej danych jest z Aten).






Starożytni Grecy liczyli lata w systemie czteroletnim, począwszy od 776 r. p.n.e czyli od pierwszej Olimpiady (Igrzyska Olimpijskie były organizowane również wcześniej - choć nie ma na to żadnych dowodów, poza skromnymi stwierdzeniami antycznych autorów - natomiast lista zawodników znana jest właśnie od tego roku i przyjmuje się, że to właśnie były pierwsze antyczne Igrzyska Olimpijskie) i jest to w zasadzie jedyny pewnik który możemy przyjąć. Natomiast skupiając się na kalendarzu ateńskim (który zamierzam omówić jako pierwszy i o którym mam najwięcej wiadomości) trzeba stwierdzić, że poszczególne miesiące to było prawdziwe pomieszanie z poplątaniem. Rok grecki był rokiem księżycowym, składającym się z 12 miesięcy po 354 dni. Jedne miesiące były pełne - licząc 30 dni, inne "puste" tylko 29. Aby rok księżycowy był zgodny z rokiem słonecznym, liczącym 365 (a co 4 lata 366 dni), a przede wszystkim z porami świąt, które były niezwykle ważne dla Greków, archontowie ateńscy co kilka lat (z reguły co trzy, ale nie był to stały dogmat) dodawali do swojego kalendarza 13 miesiąc (metoda interkalacji). Jeśli prześledzimy sobie poszczególne greckie lata, począwszy od 776 r. p.n.e. to dojdziemy do wniosku że 13 miesiąc występuje mniej więcej co 3 lata, ale nie zawsze tak jest. 13 miesiąc występuje np. w pierwszym roku pierwszej Olimpiady (czyli 776 p.n.e.) licząc 30 dni, a następnie w czwartym roku pierwszej olimpiady (773 r. p.n.e.) licząc już 29 dni. Następnie w trzecim roku drugiej Olimpiady (770 r. p.n.e.) i w pierwszym oraz czwartym roku trzeciej Olimpiady (768, 765 p.n.e.). Mniej więcej wychodzi więc co 3 lata dodatkowy 13 miesiąc w roku (ale jak widać oczywiście nie jest to regułą). Nie na tym jednak będziemy się skupiać (jako ciekawostkę można dodać, że obecnie mamy dokładnie koniec pierwszego i początek drugiego roku 701 Olimpiady - w przeliczeniu na starogrecką rachubę czasu - z tym że rok drugi zacznie się dopiero w połowie czerwca 2026 r.).




Nowy Rok w Atenach zaczynał się w połowie czerwca i trwał do połowy lipca (licząc naszą rachubą czasu). Miesiąc grudniowy, czyli ostatni miesiąc ateńskiego kalendarza (który dla Ateńczyków był miesiącem maj-czerwiec) nosił nazwę Skiroforion (od słowa skira - czyli parasol). Na ten miesiąc w mieście dziewiczej Pallady przypadały następujące święta: 

3 dnia tego miesiąca przypadało święto Areforia - ku czci bogini Ateny. Gromadzono się wówczas (i składano ofiary) zarówno w świątyni dziewiczej Pallady na Akropolu, jak i w świątyniach Zeusa i Posejdona (a także pomniejszych lokalnych bóstw jak Kourotrofosa, Aglaurosa czy Pandrososa w Erchii). Było to święto początków miasta, obchodzone ku czci króla-herosa Erechteusza I (Ateńczycy uważali się za Erechteidów, potomków Erechteusza). Według mitu był on synem boga-kowala Hefajstosa i Gai bogini ziemi. Pewnego razu brzydki, kulawy i odpychający Hefajstos chciał zgwałcić Atenę, ta mu jednak uciekła i kilka kropel jego nasienia spadło na ziemię, zapładniając Gaję. Z tego związku narodził się Erechteusz. Ale Gaja nie chciała chłopca i ofiarowała go Atenie. Ta zamknęła go w pudełku i przekazała trzem siostrom: Herse, Pandrosii i Aglaurii zakazując im jednak otwierać owe pudełko, mówiąc że jeśli to uczynią, to sprowadzą na siebie same i swoją ziemię kłopoty. Siostry jednak były ciekawe co też bogini podarowała im w darze (i jednocześnie zabroniła otwierać wieko) dlatego też otworzyły pudło i ujrzały tam noworodka, małego Erechteusza. Herse i Aglauria na ten widok straciły zmysły i z krzykiem na ustach rzuciły się ze szczytu Akropolu, ponosząc śmierć na miejscu (Pandrosii z nimi nie było, dlatego też ona ocalała). Następnie Atena przygarnęła małego Erechteusza i wychowała go jak swego syna, a gdy chłopiec dorósł, został pierwszym królem Aten. Nauczył on swój lud nie tylko uprawiać ziemię, wytapiać srebro i zaprzęgać konie do rydwanów, ale wzniósł pierwsze zabudowania Akropolu i ustanowił święto ku czci swej przybranej matki Ateny, czyli Panatenaje. Zginął on zabity przez Zeusa (lub Posejdona) za karę za zabicie niejakiego Himmaradosa z Tracji podczas wojny Aten z Eleusis. Jego następcą został syn Pandion I (będący według mitu pół człowiekiem, pół wężem). Święto Areforia ku czci Erechteusza przebiegało więc następująco: dwie przybrane w białe szaty dziewczyny, córki archonta-basileusa (czyli wybranego na dany rok urzędnika, zwanego archontem-królem) przez cały rok mieszkały przy świątyni Ateny Pallas, tkając dla niej peplos (czyli szatę, w którą ubierano boginię podczas Panatenajów). Pod koniec roku kapłanka Ateny ofiarowała im zamkniętą paczkę, której zawartości nie znały ani one, ani ona. Następnie dziewczęta pod osłoną nocy, tajną drogą zanosiły ową paczkę do ogrodów świątyni Afrodyty na Kollitusie (południowa dzielnica Aten) i tam odbierały kolejną paczkę o nieznanej im zawartości - paczkę tę otwierała tylko kapłanka Ateny. Nie wiadomo co znajdowało się w paczkach, można jednak przypuszczać że były to gałązki oliwne z małymi oliwkami, natomiast w paczkach przeznaczonych dla dziewcząt znajdował się lekki chlebek o nazwie Anastatos, które one spożywały. 

12 dnia miesiąca Skiroforion (czyli koniec naszego czerwca) obchodzono uroczyście święto Skira, czyli święto parasoli, będące festiwalem ku czci Ateny, Posejdona, Apolla, Demeter i Heliosa. Ateńczycy wychodzili więc na miasto (i do świątyń) z parasolkami, oddając tym samym cześć bogom, a kapłani i kapłanki (pod wielkim białym parasolem) udawali się ze świątyni Ateny na Akropolu, do świątyni Heliosa (boga słońca), aby uprościć bóstwa o ochronę ziemi przed suszą i niszczącym wpływem promieni słonecznych.

14 dnia miesiąca Skiroforion przypadało święto ku czci Zeusa Poleiusa, zwane Bufonią (nic więcej nie wiem na temat tego święta, poza tym, że w innych polis zwano je Dipolią). Trzy prawa nadane Ateńczykom przez mitycznego Tryptolemosa brzmiały: "Szanujcie starszych, oddawajcie ofiarę bogom z pierwszych darów waszej pracy (chodziło tutaj o zebrane płody rolne) i nie czyńcie krzywdy zwierzęciu pracującemu w polu". Pierwszym który złamał to przykazanie według mitu, był niejaki Taulon, który widząc że w święto pokutne wół zjada potrawy przeznaczone na ołtarzu dla bogów, zabił owe zwierzę, czym sprowadził na siebie kłopoty i musiał uciekać. Obchody tego święta były raczej niezbyt miłe i wbrew przykazaniom co roku dokonywano rytualnego zabicia wołu. Wyglądało to następująco: cały dzień poprzedni i noc wybrane kobiety ostrzyły noże, którymi na drugi dzień kapłan - udający Taulona miał zabić wołu. Gdy do tego doszło, kapłan rzucał się do ucieczki, a mięso wołu było dzielone, gotowane i spożywane. Następnie skórę zwierzęcia wypychano i ustawiano ją przy pługu - co miało symbolizować powrót zwierzęcia do życia. Kapłan który dokonał mordu na tym zwierzęciu, zostawał schwytany i odbywał się sąd w Prytaneum, na którym oskarżano o morderstwo nie tylko jego samego, ale wszystkich, którzy brali udział w spożyciu mięsa zabitego zwierzęcia. Wszyscy oskarżeni zrzucali winę na innych. Ci, którzy rozpalali ogień zrzucali winę na tych, którzy przynieśli drewno, tamci na tych co nosili wodę, ci znowu na tych co kroili mięso zwierzęcia, tamci oskarżali samego zabójcę, a ten twierdził, że to jednak nie on zabił, ale nóż którym się posłużył. Ostatecznie winym czyniono nóż i za karę wyrzucono go do morza, jednocześnie uniewinniając z zarzutu morderstwa zwierzęcia wszystkich oskarżonych.




I oto przechodzimy do Nowego Roku, czyli miesiąca o nazwie Hekatombajon (czerwiec-lipiec). Należy jednak pamiętać że Ateńczycy (i w ogóle Grecy) nie świętowali Nowego Roku jako takiego, po prostu on następował i tyle. Skupiano się bowiem na pozostałych świętach tego miesiąca.

12 dnia miesiąca Hekatombajon obchodzono więc święto o nazwie Kronia (na cześć boga Kronosa, ojca Zeusa, Posejdona i Hadesa) i było to święto najbardziej zbliżone do współczesnego Sylwestra, gdyż nosiło nazwę Święta Świateł (rzymskim odpowiednikiem Kroni były Saturnalia). W ciągu dnia świętowano dożynki, a nocą Grecy przy swoich domach zapalali mnóstwo świateł (głównie lampek). Po uroczystej kolacji całe rodziny gromadziły się przy tych lampkach przed domami, modląc się jednocześnie do Kronosa by ten przyniósł im w nowym roku dobre plony, spełnienie marzeń i inne życzenia, jakie kto tam miał w głowie (niczym współczesny Święty Mikołaj). Należy jednak dodać, że nie tylko Grecy i nie tylko Rzymianie świętowali Kronię. To święto było obchodzone również w Egipcie (Święto Lamp ku czci zmartwychwstania Ozyrysa), ale również w Mezopotamii ku czci boga Ningirsu (który zamienił ciemność w światło). Wydaje się że zarówno Kronia jak i Saturnalia miały być swoistym powrotem do Złotego Wieku Ludzkości, w którym wszystkim żyło się dobrze, nikt nie chorował a bogowie żyli wśród ludzi i opiekowali się nimi (to takie ukryte marzenia jakie przejawiali ludzie różnych epok na temat stworzenia raju na ziemi. Na ziemi, na której nigdy raju nie było i nigdy nie będzie, bo nie żyjemy po to, aby zanurzać się w fizyczności i nią podniecać aż do ubóstwienia - powiem więcej, choć zabrzmi to może nieco brutalnie: nie żyjemy po to, aby było nam dobrze i bezpiecznie, a wręcz przeciwnie - żyjemy aby doświadczyć tego życia - głównie poprzez cierpienie - i nauczyć się powrotu do Domu autostradą bezinteresownej Miłości, wszystko inne jest wtórne i na dobrą sprawę zupełnie pozbawione jakiegokolwiek znaczenia, ale... jak to się mówi, jakże piękne są marzenia).

16 dnia miesiąca Hekatombajon (początek lipca, licząc naszą rachubą czasu), obchodzono w Atenach i Attyce święto zjednoczeniowe, zwane Sunoikia (obchodzono je co dwa lata). Według legendy święto to miał założyć mityczny Tezeusz, syn króla Aten Egeusza (Tezeusz wyprawił się na Kretę, do Knossos, aby zgładzić tamtejszego potwora ukrytego w Labiryncie, zwanego Minotaurem - pół człowieka, pół byka. Aby jednak nie zgubić się w owym Labiryncie, córka władcy Krety Minosa, Ariadna podarowała mu kłębek nici, dzięki której mógł się stamtąd wydostać. Jego zaś ojciec - Egeusz, nakazał marynarzom, którzy udali się w tę podróż z Tezeuszem, aby w przypadku powodzenia wyprawy zawiesili białe żagle, zaś gdyby Tezeusz zginął - czarne. Tezeusz zaś zabrał ze sobą Ariadnę i zamierzał się z nią ożenić w Atenach, ale po drodze zostawił ją na wyspie Naxos - według jednego z mitów uczynił tak, ponieważ Ariadna spodobała się Bogu Dionizosowi który pragnął ją poślubić. Nie mogąc jednak przeboleć tej straty, nakazał Tezeusz wywiesić czarne żagle na swym okręcie. Ojciec jego, widząc z oddali okręt z czarnymi żaglami i sądząc że syn zginął w starciu z Minotaurem, rzucił się do morza, które od jego imienia otrzymało nazwę Egejskiego, a Tezeusz został nowym królem Aten).




 Święto Sunoikia miało podwójne znaczenie, gdyż co prawda czczone było jako dzień zjednoczenia wszystkich gmin Attyki (i w tym dniu składano dary bogini Atenie), ale świętowano go również jako Metoikia - czyli święto uchodźców którzy znaleźli się w Attyce. W każdym razie obie te uroczystości poświęcone były bogini Atenie.

23 dnia tego miesiąca wypadało bodajże największe święto Aten i całej Attyki, czyli boskie Panatenaje - święto ku czci patronki miasta, bogini Ateny. Święto to dzieliło się na dwie części: Małe Panatenaje i Wielkie Panatenaje - te ostatnie obchodzono co 4 lata, w trzecim roku każdej olimpiady (czyli np. licząc od tak zwanej klasycznej historii ateńskiej dominacji, czyli od reformy ustrojowej Efialtesa i Peryklesa z 462 r. p.n.e. wprowadzającego klasyczną i nie podlegającą dyskusji, radykalną demokrację - w przeciwieństwie do wcześniejszej demokracji, która miała w sobie jeszcze wiele elementów oligarchizujących, to pierwsze Wielkie Panatenaje jakie urządzono ku czci Pallady, wypadły cztery lata później, czyli w 458 r. p.n.e.). Małe Panatenaje oczywiście obchodzono corocznie, z tym że trwały one dwa dni, Wielkie zaś Panatenaje aż pięć dni. Święto to miał wprowadzić Tezeusz i było ono świętem ogólnoateńskim (pan-Atenae), a tego dnia wszyscy Ateńczycy mogli świętować fakt życia w mieście, które aspirowało do roli hegemona całej Hellady (w epoce Peryklesa, szczególnie w latach 40-tych i 30-tych V wieku p.n.e. na Wielkie Panatenaje obowiązkowo musili przybyć wszyscy "sojusznicy" Aten ze Związku Morskiego, a urządzane w mieście przedstawienie było swoistym symbolem potęgi ateńskiej i pokazywało cele polityki Aten, zmierzające do podporządkowania sobie całej Grecji. Symbolem upokorzenia miast członkowskich Związku Morskiego były np. tablice, które nieśli młodzieńcy ateńscy ubrani w piękne białe tuniki. Na tych tablicach wypisano nazwy miast które zapłaciły składkę członkowską Związku Morskiego, natomiast niewolnicy przebrani w czarne szaty, nieśli tablice z nazwami miast które jeszcze nie zapłaciły. Oczywiście od 454/453 r. p.n.e. i przeniesienia skarbca związkowego z wyspy Delos do Aten, nikt nie kontrolował wydatków wspólnego skarbu, lecz było dokładnie wiadome na co idą te pieniądze. Ci, którzy przybywali na Wielkie Panatenaje, mogli podziwiać rozbudowę miasta, budowę Partenonu (największej świątyni bogini Ateny, której ruiny po dziś dzień zapierają dech w piersiach), świątyni Nike (bogini zwycięstwa) tuż u wejścia na Akropolis, Propylei, świątyni Artemidy Brauronia, Chalkoteki, imponującego posągu Ateny Promachos stojącego u wejścia do Partenonu czy choćby świątyni Dionizosa, nie mówiąc już o nowym Erechtejonie (który w dawnych czasach służył jako pałac królewski lub tyrański - jak w czasach rządów Pizystratydów. Dawny Erechtejon został jednak spalony - jak większość miasta - po inwazji Persów w 480 r. p.n.e. i odbudowany w latach 421-408 p.n.e.) 




Ale przecież nie tylko budowle Akropolu raziły oczy przyjezdnych, powodując ich ukrywany gniew i żal z powodu własnej niemocy. W tym czasie powstał przecież Odeon Peryklesa na południowo-wschodnim podejściu do Akropolu, wyrównanie i wyłożenie płytami miejsca zgromadzeń ludowych, czyli wzgórza Pnyx - symbolu ateńskiej demokracji (wcześniej było to miejsce porośnięte cytrusami i trawą), a także rozbudowa Agory i Aeropagu (miejsca zgromadzeń sądowych). Ateńczycy zresztą tak bardzo się wycwanili, że od swych sprzymierzeńców nie żądali już - tak jak wcześniej - dostarczenia okrętów i żołnierzy w przypadku wypraw wojennych, a teraz tylko i wyłącznie pieniędzy, dzięki którym całkowicie zlikwidowali bezrobocie w swoim mieście i rozbudowali flotę do takich rozmiarów, że stała się pierwszą flotą Hellady i drugą - po kartagińskiej - na Morzu Śródziemnym. Miasta zaś które odmawiały płacenia wspólnych składek, były najpierw napominane, a gdy to nie pomagało, Ateńczycy wysyłali tam swą flotę, która łupiła dane polis, wysiedlała mieszkańców a na ich miejsce wprowadzała ateńskich kolonistów - czyli kleruchów. Nic więc dziwnego że wielu wolało zapłacić i mieć spokój, niż stracić majętności, wolność i życie.


TEATR DIONIZOSA W ATENACH



Panatenaje rozpoczynały się uroczystą procesją Ateńczyków na Akropol, do Partenonu. W pochodzie tym szedł cały przekrój społeczny: rzemieślnicy różnych zawodów, chłopi, wspomniani wyżej młodzieńcy z nazwami miast, kobiety, niewolnicy itd (wszyscy oni nieśli ze sobą oczywiście zwierzęta ofiarne, które miały zostać poświęcone na ołtarzu Ateny). Wymienione w poprzedniej części córki archonta-basileusa miasta, każdego roku tkały dla bogini nowy peplos w który co roku ubierano boginię (to znaczy dziewcząt które tkały i haftowały tę szatę było znacznie więcej, natomiast te dwie córki archonta nadzorowały owe robótki). Szata ta była bardzo kolorowa i przedstawiała różne motywy, np. wydarzenia z wojny trojańskiej, z walk bogów z tytanami, czy też były tam umieszczane nazwiska tych Ateńczyków, którzy zasłużyli się w walkach (np. w "Rycerzach" Arystofanesa, chór mówi: "Chcemy wychwalać naszych ojców, którzy byli zaszczytem dla tego kraju i godni są peplos". Peplos umieszczano na maszcie małego okrętu, który niesiono w uroczystej ceremonii na Akropol i składano w Partenonie u stóp bogini. Po owej uroczystej procesji rozpoczynały się recitale poematów epickich w Odeonie, które w drugiej połowie V wieku p.n.e. zastąpione zostały konkursami muzycznymi (również odbywającymi się w teatrze - notabene wielki teatr Dionizosa wzniesiono w Atenach w latach 350-324 p.n.e., wcześniej zaś tę funkcję pełnił znacznie mniejszy Odeon Peryklesa). W latach 40-tych V wieku p.n.e. (prawdopodobnie ok. 446 r. p.n.e.) Perykles wprowadził jeszcze jedną zmianę, a mianowicie od tego czasu zaczęto upamiętniać bohaterów bitwy pod Maratonem (z 490 r. p.n.e.), dzięki których poświęceniu król Persji - Dariusz ze swą wielką armią (dowodzoną przez Datysa i Artafernesa) nie podbił wówczas Attyki i nie zajął Aten. Panatenaje były ostatnim świętem przypadającym na pierwszy miesiąc ateńskiego Nowego Roku, dlatego też teraz przejdziemy do innych greckich polis.


CDN.

23 grudnia 2025

PIERZASTY WĄŻ NADCIĄGA ZE WSCHODU - Cz. III

W POSZUKIWANIU ELDORADO





BIALI BOGOWIE W DOLINIE ANAHUAC






Gdy czcigodny Acamapichtli oddawał swe ostatnie tchnienie, syn jego - Huitzilihuitl został już zaakceptowany (styczeń 1396 r.) przez naczelników 12 klanów Tenochtitlanu. Młody, 16-letni tlatoani był już też żonaty, a jego małżonka - Miyahuaxochtzin była księżniczką z miasta Tlacopan. Wydała ona na świat syna - Huehue Zaca, lecz zmarła przy jego porodzie. Jeszcze w tym samym roku młody tlatoani poślubił księżniczkę z ludu Tepaneków - jednej z trzech ówczesnych potężnych konfederacji, czyli ludów: Culhua i Acolhuacanów, istniejących w Dolinie Anahuac (dolina wokół jeziora Texcoco). Nosiła ona imię - Ayauhcihuatl i była córką wielkiego wojownika - Tezozomoca, króla Azcapotzalco. To właśnie jego wasalem był Pióro Kolibra (czyli Huitzilihuitl). Był to krok śmiały dla przywódcy plemienia, które jeszcze jakiś czas temu należało do pogardzanych przez wszystkie ludy Doliny i błąkających się w trudzie i znoju bez własnej ojczyzny koczowników. Teraz, dzięki temu małżeństwu tlatoani Tenochtitlanu stawał się równy swemu suzerenowi z Azcapotzalco. Wkrótce potem (1397 r.) Ayauhcihuatl wydała na świat syna, który otrzymał imię - Chimalpopoca (Dymna Tarcza). W tym samym czasie Pióro Kolibra postarał się o rękę księżniczki Miahuaxihuitl z plemienia Tlahuica z miasta Cuauhnahuac, leżącym za górami na dalekim południu, poza Doliną Anahuac. Jednak Turkusowy Kwiat Kukurydzy była pilnie strzeżona przez swego ojca - króla Tezcacohuatzina, który na propozycję Huitzilihuitla odpowiedział wyniośle i obraźliwie. Pytał się cóż ów kandydat na małżonka może dać jego córce, która nosi bawełniane szaty i otoczona jest przepychem swego miasta i pozycją jej ojca wśród lokalnych tlatoani. Teraz miałaby się przenieść na bagna, gdzie do niedawna panował jeszcze głód i gdzie dominuje wielki tlatoani - Tezozomoc z Azcapotzalco? Nie wyraził więc Tezcacohuatzina zgody na małżeństwo, a dziewczyna była pod stałą ochroną nie tylko ludzi z jego otoczenia, ale i skorpionów czy pająków, które ponoć potrafił sobie podporządkować ten władca.

Ostatecznie jednak podstępem (strzałą z jadeitem, która spodobała się księżniczce) zdołał Huitzilihuitl zdobyć dziewczynę i spłodził z nią kolejnego syna o imieniu - Montezuma (co znaczy Gniewny), który od początku był swoistym wyrzutkiem, jako że spłodzony został z księżniczki spoza gór otaczających Dolinę Anahuac i do tego był najmłodszym z braci, więc władza królewska mu nie groziła. Nie miał też co się pokazywać w rodzinnym mieście matki, jako że ojciec jego porwał matkę podstępem. Szczęście jednak sprzyjało Montezumie. Pan Turkusowego Roku i Pan Domu Czerwonej Jutrzenki - czyli bogowie południa i północy strzegli to dziecię od jego narodzin w roku Dziesiątego Królik (1398 r.). Otrzymał on też dodatkowe imię - Ilhuicamina, czyli Niebieski Łucznik. Huitzilihuitl miał więc już trzy żony, bowiem prócz Miahuaxihuitl i Ayauhcihuatl była jeszcze Cacamacihuatl z Teocalhuiyacanu, która urodziła mu syna o imieniu Tlacaelel (Okrutny). Ponoć urodził się on tego samego dnia co Montezuma. Niemowlęta po urodzeniu otrzymały od ojca maleńki łuk i strzały, aby przygotować się do przyszłej roli wojowników (dziewczynki zaś otrzymywały przy narodzeniu równie niewielkie przyrządy do przędzenia i tkania a także miotłę do zamiatania, by uczyły się swych przyszłych obowiązków jako żony i matki). Małe "orły" (jak zwano dzieci płci męskiej) przebywają jak wiadomo u boku matki do trzeciego a czasem czwartego roku życia, potem przechodzą już bezpośrednio pod nadzór ojca, który przygotowuje ich do roli wojowników lub następców tronu. Dziewczynki zaś pozostają przy matce aż do uzyskania dojrzałości. Następnie te zrodzone w rodzie tlatoani i innych możnych klanów, oddawane są na służbę do świątyni, by tam, w szkole świątynnej dla kobiet, uczyć się niezbędnych im obowiązków, takich jak tkanie, hafciarstwo, śpiew i taniec w Domu Pieśni. 




Te oto moje rozmyślania przerwała wiadomość o przybyciu posłów jakich oczekiwałem już od dawna. Mieli oni za zadanie udać się do owych dziwnych, białych przybyszy, którzy objawili się niedawno na brzegu Wielkiego Morza (Ocean Atlantycki). Ja, Montezuma Xocoyotzin - ja piąty hueytlatoani (wielki władca), posłałem tych pięciu kapłanów z Yochualichanu, Huehuetlanu, Tepoztlanu, Tizatlanu i Mictlanu do przybyszy, którym przewodził ktoś, kogo kapłani uznali za dobrego boga Quatzalcoatla. Czy był to rzeczywiście bóg? Wieści od naczelników z Nauhtla, Tuztlanu i Mictlancuauhtlanu mówiły iż przybysze ci dosiadają okrakiem dziwne stworzenia, podobne kształtem do jeleni, że ciało ich przyobleka stal, że cali wręcz są pokryci stalą, nawet głowy mają nią pokryte. Ciało przybyszy jest białe, nawet powieki, a wszyscy oni noszą długie brody. Czy są to bogowie, czy też demony? A może to ludzie - jacyś dziwni, nieznani ludzie? Te pytania nie dawały mi spokoju i w oczekiwaniu na powrót posłów nie mogłem ni jeść ni spać. Cóż Koliber Południa pragnie mi tym samym powiedzieć? Czy to sam Quatzalcoatl przybywa ponownie we własnej osobie by objąć władzę nad swoim królestwem, czy też nie, a przybysze owi są tylko ludźmi. Już wkrótce się tego dowiem i niepewność moja dobiegnie kresu. Kazałem wysłać przybyszom szlachetne dary, gdyż, jeśli są to bogowie, ich gniew w przypadku obrazy byłby straszny. Ofiarowałem więc przybyłym ze Wschodu: opaskę na piersi - utkaną z piór quetzala, maskę węża - wyłożoną turkusami, naszyjnik ze złota z tarczą w środku, parę zausznic w kształcie węży, płaszcz - którym owija się pan z Tlalacanu, diadem ze skór jaguara i wiele innych turkusowych, perłowych i złotych darów. Ciekaw jestem niezmiernie jak przybysze na nie zareagowali. Co się z nami stanie, jeśli ofiary te okazały się zbyt małe jak dla bogów? Teraz, gdy wiem że posłowie przybyli i na własne oczy widzieli owych bogów i z nimi mówili, serce moje tym bardziej nie zazna spokoju póki nie dowiem się wszystkiego.

Poleciłem więc by posłowie oczekiwali mnie w Domu Węża i by natychmiast złożono w ofierze Huitzilopochtli (Kolibra Południa) dwóch jeńców, a ich krwią skropiono przybyłych posłów. Gdy wszedłem do sali, kapłani upadli na kolana aby oddać cześć swemu tlatoani. Wówczas przykazałem by opowiedzieli co widzieli i jakie wrażenie zrobili na nich przybysze ze Wschodu. Posłowie opowiedzieli więc o dziwnych zwyczajach jakie praktykują przybysze. O ich ubiorze pokrytym stalą, pod którą mieli kolorowe kaftany - jedni czerwone, inni niebieskie, inni znów brązowe, a jeszcze inni zielone. Potwierdzili też, że ciała ich są białe, niczym ośnieżone szczyty świętej góry Popocatepetl. Że zwierzęta ich podobne są do jeleni i że jeżdżą na nich okrakiem. Że żywią się dziwnym jadłem i że wszyscy noszą długie brody i włosy. Największe jednak zdziwienie wzbudziła we mnie informacja, że przybysze szczególnie cenią sobie dary ze złota. Jeden z wysłanych kapłanów stwierdził nawet że: "Rzucali się na złoto jak małpy, a ich twarze przy tym jaśniały" i wciąż dopytywali się gdzie jest więcej złota, więcej złota! Nie wiem po co jest im ono potrzebne w takich ilościach, ale z relacji posłów wynikało jakoby się nim... żywili. Czy ludzie byliby do tego zdolni? Przecież złoto jest co prawda świętym kruszcem, używanym w świątyniach przez kapłanów, ale nijak się ma do turkusu czy jadeitu. Jeśli więc to nie są bogowie, to kim owi przybysze mogą być? Wielkie zdziwienie wzbudziła też ich broń. Z opowieści posłów wynika że miota ona śmiercionośny ogień i iskry, czyniąc przy tym wielki grzmot, którego siła rozkrusza skały. Następnie wydobywa się z nich cuchnący dym, podobny w zapachu do zgniłego błota. Przenika on do mózgu, czyniąc potworne mdłości. Czyżby jednak były to demony? Serce moje przepełniła obawa i nie czekając chwili poleciłem by wysłano do przybyszy jeńców, aby złożyć ich w ofierze. Należało uczynić tak wcześniej, aby gniew owych demonicznych bogów, nie spowodował naszej zagłady.




Dzikusy znów pojawiły się w obozie na Wielkanoc. Naczelny wódz Cortez zapytał ich ponownie czy przynieśli złoto. Owszem, przynieśli, ale było go znacznie mniej niż poprzednio, co już wzbudziło w nas pewne podejrzenia, iż nie jest to wymarzona przez nas kraina Eldorado. Następnie Cortez pokazał stojącemu na ich czele naczelnikowi wielki krzyż, jaki wznieśliśmy niedawno i zaprosił tych brudasów na mszę świętą, którą wygłosił brat Bartolomeo de Olmedo. Patrzyłem się na tych Indian i zdawało mi się że ich twarze nie wyrażają żadnych emocji, stali tam niczym kukły. Wierzyliśmy że to Eldorado - Kraina Złota, trudno mi jednak w to uwierzyć, gdyż Indianie przynoszą go coraz mniej. Do tego ten wszechobecny upał i nie dające spokoju moskity - przeklęty kraj dzikich ludzi, którzy składają ofiary z ludzi i jedzą ich mięso. Rzeczywiście, wyglądają na kanibali. Nasze oburzenie spotęgował fakt, iż przybyli Indianie zamierzali... złożyć ofiarę Cortezowi z dobrze odżywionego niewolnika, zwanego w ich języku "Wielkobrzuchym". Poseł ich zapytał czy Cortez nie ma przypadkiem ochoty zjeść kawałka ciała niewolnika i napić się jego krwi. Wywołało to u nas silne wzburzenie, które spotęgował jeszcze fakt przyniesienia nam potraw spryskanych ludzką krwią. Ta krew cuchnęła siarką. Nic dziwnego że ludzie gadają że to demony z piekła rodem. Ja sam odczuwałem mdłości na ich widok, ale ponoć, jak mówiła Dona Marina (która wcześniej zwała się Malinche i pochodziła z miasta Painala, a jej rodzice byli lokalnymi kacykami. Po śmierci ojca jej matka wyszła ponownie za mąż za azteckiego naczelnika, który sprzedał Malinche w niewolę ludowi Tabasków, a ci przekazali ją w podaruku przybyłemu Hernando Cortezowi. Za sprowadzenie jej do roli niewolnicy, Malinche, która po przyjęciu chrztu zwała się Dona Marina - śmiertelnie nienawidziła Azteków) skaładanie krwawych ofiar z ludzi i spożywanie ich ciał jest praktykowane przez ten barbarzyński lud.




O Panie i Królu nasz. Ty, co rozświetlasz mroki Południa i Północy, co niesiesz przed sobą pióra Quatzelcoatla i cieniem jesteś Tetzatlipoca - pana ludzkiego przeznaczenia - przynosimy wieści o przybyłych "białych bogach" ze Wschodu. Otóż ich wódz nie chciał tknąć mięsa ani krwi twego niewolnika - Cuitlalpitoca, nie ruszył też potraw skropionych krwią. Według gwiazd to Quatzelcoatl we własnej osobie przybywa ze Wschodu, jak obiecał przed wiekami naszym przodkom, by ponownie objąć władzę w kraju Mechikanów (Azteków). Ponownie zadumał się Montezuma - czyli jednak to prawda, długobrody wódz o jasnej skórze jest wyczekiwanym dobrym bogiem Quatzelcoatlem - Gwiazdą Poranną. Ponoć wciąż pytają się o złoto i usłyszawszy że wiecej go jest w Tenochtitlanie, postanowili tu przybyć. Nie było rady, należało jak najprędzej wysłać do przybyszy wróżbitów, którzy swymi urokami będą się starali odwieść ich w dotarciu do Tenochtitlanu. Tym bardziej że wieści o bogach ze Wschodu szybko rozeszły się po całym kraju. Zapanował wielki niepokój i trwoga ogromna. Ludzie gadali że oto nadszedł kres wszystkich pokoleń i że wszyscy zginą. Rozglądano się w poszukiwaniu miejsc, w których możnaby było przeczekać zagładę i ocalić swe kobiety, dzieci oraz majątek przed gniewem bogów. Oby więc magom udało się przebłagać boskich brodaczy i skłonić ich do odstąpienia od stolicy. Posłałem ich pod ochroną wojowników ze szkoły Jaguara i szkoły Orła, z hojnymi darami dla przybyszy, wśród których były jaja, kury i placki kukurydziane. Jednocześnie otrzymali oni zadanie rzucenia uroku, tak aby ich ciało pokryło się wrodami, lub by zachorowali i musieli wrócić tam, skąd przybyli - aby przekonać się naocznie czy to są naprawdę bogowie, czy tylko ludzie. Niestety, gdy ponownie przybyli przed me oblicze, nie mieli dobrych informacji. O Panie i Królu nasz - rzekli - nie jesteśmy im równi i niczym jesteśmy przy nich! Te słowa wzbudziły jeszcze większą panikę w mieście. Ludzie upadali na duchu, płakali, mawiali do swych dzieci: "Synowie moi, co się z wami stanie?". Ja sam, wielki tlatoani zacząłem przemyśliwać o ucieczce, gdy doniesiono mi że wielki Quatzelcoatl pragnie mnie ujrzeć. Dumałem nad miejscem schronienia, czy wybrać Dom Słońca i Ziemi Tlaloca czy też Dom Cintli. Zdecydowałem się na to ostatnie miejsce, lecz duch tak bardzo opuścił mą pierś, że nie byłem zdolny nawet do tego by uciec. Ja, wielki wojownik, wielki tlatoani, bałem się tego, co niesie za sobą spotkanie owych brodatych bogów ze Wschodu. Oczekiwał więc swego przeznaczenia i przyszłości ludu Mechikanów-Azteków, ponownie pogrążajac się w myślach nad dawną, chlubną przeszłością wybranego przez Kolibra Południa ludu.




CDN.

HENRYK VIII I JEGO ŻONY - Cz. X

  OD KATARZYNY ARAGOŃSKIEJ  DO KATARZYNY PARR KATARZYNA ARAGOŃSKA (Czyli hiszpańskie noce)  Cz. VIII DZIECIŃSTWO KRÓLOWEJ KATARZYNY Cz. VII ...