WYŚWIETLENIA

18 stycznia 2026

PLAYBOYE U WŁADZY - Cz. II

CZYLI JAK TO WŁADZA 
DODAJE SEKSAPILU





NAPOLEON BONAPARTE
"KOBIETY SĄ WSZĘDZIE
Cz. II






II
KRÓLOWA LUIZA
AMAZONKA POSKROMIONA
Cz. I



"POWTARZAM ŻE WIERZĘ W CIEBIE JAK W BOGA"

FRAGMENT LISTU KRÓLOWEJ PRUS LUIZY DO CARA ROSJI ALEKSANDRA I, BŁAGAJĄCY GO ABY PRZYSZEDŁ Z POMOCĄ UPADAJĄCYM PRUSOM
(Listopad/Grudzień 1806 r.)



Królowa Prus (małżonka króla Fryderyka Wilhelma III) bez wątpienia była jedną z najpiękniejszych kobiet swojej epoki i jednocześnie bodajże największym wrogiem Napoleona w Królestwie Prus. To niewątpliwie ona w tym związku nosiła spodnie, bowiem zmanierowany i chwiejny Fryderyk Wilhelm III był nie tylko słabym władcą (Napoleon mówił o nim że: "jest głupi jak feldfebel" a gdy wreszcie -na prośbę cara Aleksandra - Napoleon przyjął go w swym namiocie w Tylży {26 czerwca 1807 r.} rozmawiali o... guzikach munduru huzarów, choć król Prus miał nadzieję że i jego dopuszczą do rokowań pokojowych i chodził za Napoleonem i Aleksandrem jak zbity pies). Królowa Luiza była przeciwieństwem swego męża, była bowiem dzielna i błyskotliwa, do tego swą urodą zniewalała koronowane (i nie tylko) głowy Europy. Fryderyk Wilhelm III był na tyle głupi, że nie domyślił się nawet, iż jego żona spędziła kilka upojnych chwil w ramionach cara Aleksandra, gdy ten w październiku 1805 r. przybył do Berlina, aby namówić Prusy do wojny z Francją - była to zresztą już jego druga wizyta w Prusach. Ten czas spędzony w towarzystwie Aleksandra, musiał być dla królowej bardzo przyjemny, bowiem potem w liście pisała do niego: "Aby wierzyć w doskonałość, trzeba znać Ciebie" lub: "Nie da się opisać mojego głębokiego smutku po pańskim wyjeździe. Pocieszam się tylko nadzieją że za dwa lata znów spotkamy się z Waszą Wysokością", w swych pamiętnikach zaś odnotowała ich pierwsze spotkanie z 10 czerwca 1802 r.: "Czekałam na cara - ucałował moją dłoń, pochyliłam się by mógł mnie uściskać (...) Znajomość z Nim jest warta znacznie więcej niż wszystkie góry świata (...) Każda jego decyzja wywołuje radość, każdym spojrzeniem uszczęśliwia ludzi, dzięki swojemu wdziękowi i życzliwości" - i niech mi ktoś powie że takie listy nie pisze zakochana, lub przynajmniej mocno oczarowana kobieta.

Aleksander istotnie był bawidamkiem, uwielbiał flirtować z kobietami, a ponieważ głowę jego zdobiła cesarska korona jednego z największych europejskich mocarstw ówczesnych lat, tym bardziej przez jego łoże przetaczał się tabun najróżniejszych niewiast (Aleksander lubił kokietować kobiety, przebierając się np. w mundur oficerski). Uwielbiał Polki (podobnie zresztą jak i jego młodszy brat wielki książę Konstanty Pawłowicz) i to z nimi najczęściej tańczył i przebywał na cesarskich balach otwierających przyjęcie, co nie podobało się rosyjskim oficerom i rosyjskim damom. Ale Aleksander bywał też nieznośny, gdy np. tańczył z jakąś damą, zmuszał ją do nawet kilkunastu ukłonów w jednym tańcu, niekiedy też specjalnie deptał damom po nogach, co one udawały że nie dostrzegają. Mimo to królowa Luiza była weń wpatrzona niczym w bóstwo i naprawdę wierzyła że jest on jedynym zbawieniem dla Prus, które to ona sama wplątała w tę tragiczną kabałę. Wojna z Francją Napoleona nie była bowiem Prusom do niczego potrzebna, gdyż polityka Napoleona nie kolidowała nawet z polityką Prus, a wręcz przeciwnie, pod Austerlitz w grudniu 1805 r. rozbił on Austriaków, co w Berlinie przyjęto niezwykle radośnie, gdyż osłabiało to Austrię w konfrontacji z Prusami o wpływy w Niemczech. Wojny nie pragnął też król, ale bardzo pragnęła jej królowa i pruski sztab generalny, oraz armia jako taka, bowiem Prusy od 1792 r. nie uczestniczyły w europejskim "podziale łupów" i bezczynnie obserwowały przebieg wydarzeń. A przecież to była dawna armia Fryderyka Wielkiego, armia niezwyciężona - jak sama się nazywała. Napoleon pobił jakichś tam Austriaków czy Rosjan? No to co? Ich i tak wszyscy zawsze bili, jeśliby się zaś miał zmierzyć z potężną armią pruską, zostałby szybko pokonany. Tak właśnie rozumowano i tak też myślała królowa Luiza, która często ubierała mundur i dokonywała przeglądu swych wojsk niczym wódz (gen. Blucher stwierdził też że na czele tych oddziałów królowa wkroczy do Paryża).




Sytuacja jednak przyjęła znacznie inny obrót. Wojna wybuchła 8 października 1806 r. gdy Prusy wypowiedziały ją Francji, spodziewając się szybkiego i łatwego zwycięstwa. 14 października w niecały tydzień po wypowiedzeniu wojny, pruska armia... przestała istnieć. W dwóch symultanicznie stoczonych tego dnia bitwach armie gen. Friedricha Hohenlohego pod Jeną i Karola Wilhelma Brunszwickiego pod Auerstadt, zostają rozbite przez Napoleona i marszałka Luisa Davota (bodajże najlepszy napoleoński marszałek). Koniec, wojna skończona Prusy skończone, mit armii Fryderyka Wielkiego budowanej przez poprzednie dekady, rozwiał się w zaledwie... tydzień. O trzeciej nad ranem 15 października 1806 r. Napoleon pisze list do Józefiny: "Moja przyjaciółko (...) Wczoraj odniosłem ogromne zwycięstwo. Było tam sto pięćdziesiąt tysięcy żołnierzy, wziąłem dwadzieścia tysięcy jeńców, zdobyłem setkę dział i sztandary. Byłem w pobliżu króla Prus, o krok od schwytania jego i królowej (...) Czuję się wspaniale. Żegnaj, moja przyjaciółko, życzę Ci zdrowia i kochaj mnie". Fryderyk Wilhelm jest załamany i w bardzo złym stanie psychicznym, królowa, pomimo grozy sytuacji w znacznie lepszym, choć też podupadła na zdrowiu, oboje (choć innymi drogami) zdążają teraz do Królewca. Sytuacja była jednak dramatyczna, nie tylko bowiem stracono armię, waliło się całe państwo. Natomiast Francuzi odnosili zwycięstwo za zwycięstwem, bez wystrzału poddawały im się tak potężne pruskie twierdze jak Magdeburg czy Szczecin (obsadzony przez 10 000 żołnierzy i posiadający 160 dział, a zdobyty przez 300 huzarów z "Piekielnej Brygady" Ludwika Antoniego de Lasalle, która nigdy się nie cofała, raz, gdy to uczyniła w bitwie pod Gołyminem 26 grudnia 1806 r. de Lasalle zastosował karę wyjątkową, ustawił swych żołnierzy z wyciągniętymi szablami naprzeciwko rosyjskich armat i kazał im tak stać kilka kwadransów, sam stojąc wraz z nimi. Brygada została zdziesiątkowana rosyjskimi kartaczami, ale potem już nigdy się nie cofnęła - Napoleon był pod wrażeniem tego sukcesu i wkrótce potem napisał do Joachima Murata, dowódcy francuskiej kawalerii {a prywatnie swego szwagra} taki oto zabawny list: "Jeśli pańscy huzarzy zdobywają fortece, nie pozostaje mi nic innego, jak rozpuścić korpus inżynieryjny i stopić artylerię oblężniczą").




Fryderyk Wilhelm (pod którym zabito trzy konie), uciekał non stop przez 26 godzin w kierunku Magdeburga. 18 października przybył do twierdzy w Kostrzynie nad Odrą, tymczasem królowa Luiza (wraz z dziećmi) obrała drogę dłuższą i bardziej wyczerpującą, do Kostrzyna przyjechała dopiero z końcem października, potem para królewska razem ruszyła do Królewca. 24 października Napoleon był już w Sans-Souci letniej rezydencji władców Prus, zwiedził pokoje i taras, przyglądał się obrazom i scenom batalistycznym Fryderyka Wielkiego, noc spędził w tej samej sypialni, w której w listopadzie 1805 r. sypiał car Aleksander I podczas pobytu w Prusach. Nazajutrz Cesarz dokonał przeglądu swojej armii na pałacowym dziedzińcu i zapowiedział że: "Ta wojna musi być już ostatnią", oraz wzywał żołnierzy do jeszcze jednego wysiłku: "Żołnierze, Rosjanie chwalili się, że przyjdą do nas. Pomaszerujemy im na spotkanie, oszczędzimy im połowy drogi. Znajdą Austerlitz w środku Prus". 27 października Napoleon był już w Berlinie, tymczasowo zamieszkując w pałacu Charlottenburg (gdzie w apartamencie królowej Luizy znalazł jej listy. Upokorzył ją, ale jeszcze niewystarczająco, jeszcze będzie musiała zapłacić mu za wszystkie złe słowa, jakie kiedykolwiek wypowiedziała pod jego adresem {a tych nie brakowało} - i będzie to dzień jej ogromnego upokorzenia.




Napoleon lubił lekko szczypać wszystkie swoje kochanki (ich pełną listę postaram się przedstawić począwszy od kolejnej części tej serii, choć niewątpliwie jest to dość ciężka praca i w tym celu będę musiał przejrzeć dzieła historyków francuskich, polskich i innych - nie wiem też czy uda mi się zrobić pełną listę jego faworyt, ale podejmę to wyzwanie), natomiast królową Luizę Pruską uszczypnie wkrótce tak mocno, że zrozumie ona iż godność jest tak samo ważna zarówno dla kobiety jak i mężczyzny, dla królowej, czy też dla zwykłego oficera Rewolucji, który zdobył koronę cesarską tylko dzięki swym talentom militarnym i politycznym ("To pomyłka, moje szlachectwo bierze się od Marengo" - jak miał stwierdzić Napoleon w odpowiedzi na słowa cesarza Austrii - Franciszka I Habsburga, wywodzącego jego ród od dynastii panującej w XVI wieku w Treviso, zaś na enuncjacje francuskich dziejopisów i genealogów, wywodzących ród Bonapartego od bizantyjskiej dynastii Komnenów, człowieka w żelaznej masce z czasów Ludwika XIV czy nawet od... Juliusza Cezara, Cesarz odpowiedział krótko: "Brednie, mój dom zaczyna się ode mnie". To bez wątpienia prawda i wiedzieli o tym członkowie rodu Bonaparte długo po upadku Napoleona i utraty władzy nad Francją i Europą. Księżniczka Zenajda Letycja Julia Bonaparte, córka starszego brata Napoleona Józefa Bonaparte - króla Neapolu a potem Hiszpanii; na pytanie dlaczego wciąż wielbi swego stryja, choć to przez niego ród Bonaparte nie może powrócić do Francji, odpowiedziała z niezwykłą wprost szczerością: "Gdyby nie mój stryj, dziś pewnie sprzedawałabym kapary, na jakimś straganie w Ajaccio". A tak to nawet wygnani, Bonaparte wciąż byli rodziną cesarską z tytułami książęcymi).

Królowa Luiza była więc kolejną kobietą która igrała z ogniem, podobnie jak królowa Neapolu z rodu Burbonów - Maria Karolina, małżonka króla Neapolu - Ferdynanda I Burbona i siostra zgilotynowanej podczas Rewolucji Francuskiej królowej Marii Antoniny; która miała w 1805 r. oświadczyć ambasadorowi Francji, iż pragnie aby Królestwo Neapolu stało się zapałką, która wywoła pożar niszczący Cesarstwo Francji. Oj, nieładnie bawić się zapałkami, skoro nie ma się pewności że przy okazji nie podpali się własnego domu. Tak też się stało z Królestwem Neapolu i Marią Karoliną, uciekającą wraz z mężem i dziećmi na podstawionych angielskich okrętach, gdy armia francuska już wkraczała do Neapolu (listopad 1805 r.), zaś 30 marca 1806 r. Napoleon uczynił nowym władcą Neapolu swego brata - Józefa. To samo wkrótce spotka też niepokorną amazonkę, królową Prus Luizę, za jej słowa, takie jak te: "Napoleon to tylko potwór, który wyszedł z błota". A tymczasem klęska Prus z dnia na dzień z tygodnia na tydzień tylko się pogłębiała. Napoleon rozkazał aby pruscy oficerowie, którzy buńczucznie ostrzyli swe szable o schody francuskiej ambasady przed wybuchem wojny, a którzy dostali się do francuskiej niewoli, teraz kroczyli jako jeńcy pomiędzy dwoma szpalerami francuskich wojsk, podczas parady z 27 października 1806 r. Król Prus próbował jeszcze cokolwiek zdziałać, błagając Austrię aby przyłączyła się do wojny z Napoleonem. Wysłany do Wiednia pułkownik Gotzen z listem od króla Fryderyka Wilhelma III apelował i prosił Franciszka I o pomoc, argumentując że na upadku Prus Wiedeń niczego nie zyska, a wręcz przeciwnie, tym bardziej że niejasna jest też "kwestia polska", w każdej chwili może też w Galicji wybuchnąć polskie powstanie, dlatego należy działać wspólnie, zarówno przeciwko Napoleonowi jak i przeciw Polakom. Austria jednak zachowała w tym konflikcie neutralność - cesarz wciąż pamiętał niedawną klęskę spod Austerlitz, a poza tym armia austriacka jeszcze nie była gotowa do kolejnej wojny.

Pozostawała więc jedynie Rosja, w której pomoc mocno wierzyła królowa Luiza, śląc list za listem do cara Aleksandra i deklarując w nich swe poparcie i niezachwianą wiarę w jego "doskonałość" (nazywała go w listach "Zbawicielem Prus"). Dla Rosji jednak pomoc Prusom było pewnym problemem, stawiało to bowiem cara Aleksandra jako tego, który nie potrafi nigdy wybrać sobie właściwych sojuszników (zawsze stawia na przegranych, tak było w grudniu 1805 z Austrią pod Austerlitz i tak jest obecnie), poza tym armia rosyjska także jeszcze nie została w pełni odtworzona po armageddonie jaki był jej udziałem pod Austerlitz, tak wiec car zapewne nie powinien jeszcze wkraczać do walki (pomimo całej sympatii - w tym oczywiście erotycznej, jaką darzył królową Luizę), ale do tej wojny musiał wówczas wejść, czy chciał czy też nie. I to nie dlatego że łączył go z Prusami układ o wzajemnej pomocy z lipca 1806 (car Aleksander traktował układy jak świstki papieru i dotrzymywał ich tylko wówczas, jeśli były mu one akurat na rękę). Musiał wejść do tej wojny z innego powodu, a raczej... z kilku powodów. Jednym z nich było oczywiście uczucie jakim darzył królową Luizę, ale nie było ono najważniejszym powodem i śmiało mogło zostać pominięte. Najważniejszym powodem wejścia Rosjan do wojny w obronie Prus, była obawa Aleksandra o swoją reputację w społeczeństwie rosyjskim (oczywiście jeśli piszę o "społeczeństwie rosyjskim" mam na myśli rosyjską szlachtę). Doskonale wiedział jak zginął jego ojciec, car Paweł I. Słyszał potworne krzyki mordowanego przez gwardzistów ojca (zresztą nie tylko on, jeden z morderców cara, Mikołaj Zubow, zmęczony mordowaniem, wyszedł z sali sypialni gdzie dokonywał się mord, podszedł do okna i spoglądając się miał powiedzieć do stojącego "na czatach" gen. Benningsena: "Boże, jak ten człowiek krzyczy!"), któremu skakano po brzuchu, kopano i sieczono na oślep pałkami i szablami, aby szybciej wyzionął ducha. Twarz cara Pawła po dokonanym morderstwie (23 marca 1801 r.) nie przypominała już ludzkiej, była bowiem kawałkiem zakrwawionego mięsa. Aleksander dobrze o tym wiedział, gdyż był członkiem owego oficerskiego spisku na życie swego ojca, którym pogardzał. To on wreszcie był tym, który ochronił morderców, a nawet dał im nowe tytuły i ziemskie nadania.


ALEKSANDER I ROMANOW



Zresztą w Rosji mordowanie władców należało do tradycji. Tak też zginęła babka Aleksandra I, caryca Katarzyna II, która zdechła siedząc na przerobionym na wychodek, dawnym tronie polskich władców (w poduszce ukryte były ostrza, gdy wiec Katarzyna osiadła na sedesie, ostrza się wysunęły, powodując jej zgon w ciężkich męczarniach). Cały dwór znał sprawców (Maria Fiodorowna - matka Aleksandra i żona cara Pawła I, pewnego razu na widok przywódców szajki morderców Pahlena i Panina zemdlała, polecono im więc dyskretnie aby udali się do swych włości i opuścili dwór, poza tym nie spotkała ich żadna kara, wręcz przeciwnie zostali nawet nagrodzeni przez Aleksandra), a hrabina de Bonneuil (Francuzka przebywająca na rosyjskim dworze) pisała do ministra francuskiej policji Josepha Fouchego: "Mówią u nas, że gdy młody cesarz wychodzi, to przed nim idą siepacze dziada, za nim mordercy ojca, a obok ci, którzy wnet dobiorą się do niego samego". Dlatego też car Aleksander nie mógł sobie pozwolić na utratę twarzy, szczególnie po klęsce pod Austerlitz i musiał szybko kolejną wielką bitwą zmazać tamtą hańbę, jeśli nadal chciał panować, jeśli nadal chciał żyć. Drugim bardzo ważnym powodem było jawne naruszenie interesów Rosji w regionie. Nastąpiło ono zarówno w Polsce (na ziemiach zaboru pruskiego) jak i w Turcji (z którą Rosja rozpoczynała wówczas wojnę), gdzie wybitnie na rzecz Francji działała pewna kobieta, prawdopodobnie francuska odaliska, wchodząca w skład haremu sułtana Selima III, namawiając go właśnie do konfrontacji z Rosją. Utrata wpływów w dawnej Polsce lub próba odbudowania Polski (nawet w niewielkim kształcie), oraz zagrożenie rosyjskich interesów na Bałkanach, było głównym powodem do przyłączenia się cara do wojny z Napoleonem w obronie Prus.

Tymczasem Aleksander - choć wiedział że czas nagli, nie spieszył się z podjęciem decyzji - oddając się przyjemnościom (szczególnie balom - Aleksander uwielbiał tańczyć i często spraszał na owe przyjęcia damy... bez ich mężów, aby z nimi flirtować, a może i coś więcej), postanowił więc najpierw zabawić się w dyplomatę. Wysłał do Napoleona swego oficera, generała Zastrowa, który w imieniu króla Fryderyka Wilhelma III prosił Cesarza o zakończenie walk i rozpoczęcie negocjacji pokojowych. Napoleon wyraził zgodę na podjęcie rozmów pokojowych, ale najpierw pragnął ukarać króla i królową za ich butę, poza tym wojska rosyjskie szykowały się do wkroczenia w granice Prus w celu wyparcia stąd wojsk Napoleona, pokój więc jak na razie był jedynie pobożnym życzeniem. 29 października 1806 r. "Piekielna Brygada" huzarów gen. Lassale'a zajęła twierdzę Szczecin, 7 listopada padła twierdza Magdeburg oraz Lubeka, w ten sposób cała zachodnia część państwa pruskiego była już w rękach Napoleona. Królowi i królowej Prus pozostały już tylko wschodnie prowincje ich państwa, czyli ziemie gdzie jeszcze przed jedenastu laty była dawna Rzeczpospolita Polska. Nieciekawie więc rysowała się przyszłość monarchii pruskiej bez pomocy rosyjskiej, tym bardziej że w Poznaniu i całej Wielkopolsce wybuchło polskie powstanie zbrojne (6 listopada 1806 r.) pod wodzą Jana Henryka Dąbrowskiego i Antoniego Amilkara Kosińskiego. Wkrótce (do 23 lutego 1807 r.) cała Wielkopolska została wyzwolona z pruskich wojsk okupacyjnych i wkrótce w Poznaniu i innych miastach dawnej Rzeczpospolitej rozbrzmiały głosy: "Niech żyje Cesarz, niech żyje wolna Polska". Zaś 1 stycznia 1807 r. drogę cesarskiej karocy zastąpił powóz hrabiny Marii Walewskiej, która rzekła do Cesarza te oto słowa: "Witaj Sire, witaj po tysiąckroć na naszej ziemi, która czeka na Ciebie, aby na nowo powstać!"




CDN.

WIELKA WOJNA NA WSCHODZIE - Cz. XVIII

OSTATNIA WOJNA 
HELLEŃSKIEGO ŚWIATA





EGIPT PTOLEMEUSZY
(RETROSPEKCJA)
Cz. XVIII




Tyrani zachodnich greckich polis z tak zwanej Wielkiej Grecji (czyli greckich kolonii w Italii, na Sycylii i Sardynii) opierali się na nieco innych środowiskach, niż ich odpowiednicy w Grecji Centralnej. Tamci bowiem, pochodząc najczęściej z arystokratycznych rodów, opierali swoje rządy na sile ludu, któremu przeciwstawiali potęgę oligarchicznych rodów najbardziej niechętnych ich władzy. Tyranii zachodni zaś zupełnie na odwrót, swoją potęgę opierali na arystokracji i wykorzystywali przeciwko wszelkim wolnościowym dążeniom ludu. Już Gelon sprzedawał najbiedniejszych mieszkańców sycylijskich polis w niewolę, zaś jego brat Hieron oparł na tym swoją ideę rządów i opierając się na słowach swego brata (który stwierdzić miał iż: "Prosty lud to najniewdzięczniejszy współmieszkaniec") jak tylko mógł gnębił najbiedniejszych współobywateli, zarówno przesiedlając ich do innych miast lub czyniąc niewolnikami pracującymi w majątkach arystokratów, albo też gnębił ich różnego rodzaju opłatami fiskalnymi. Do tego oczywiście dochodziła wszechobecna kontrola, polegająca na donoszeniu jeden na drugiego (donosiciele byli dobrze wynagradzani). Oczywiście działali również zawodowi szpiedzy, którzy wyszukiwali wszelkiego rodzaju niepochlebne słowa o panującej władzy i donosili o tym tyranowi. Zachodnich tyranów przerażała bowiem forma kontroli ich władzy poprzez wszelkie nowości ustrojowe związane z większą władzą daną ludowi. A już myśl o tym, że lud mógłby się zbuntować i sam przejąć władzę wprowadzając rządy demokratyczne, budził w nich realne przerażenie. Dlatego też z takim niepokojem przyglądali się temu, co działo się w Tarencie - dużym doryckim polis założonym ok. 708 r. p.n.e. przez Lacedemończyków w południowo-wschodniej Italii (jako ciekawostkę dodam, że Tarent był jedyną spartańską kolonią, która jednak założona została przez partenian - byli to potomkowie spartańskich kobiet i periojków, czyli wolnych mężczyzn osiadłych w Sparcie, nie posiadających obywatelstwa. Pozwolono na takie związki w czasach trwania I wojny meseńskiej {743-724 p.n.e.} aby zwiększyć liczbę ludności, ale po jej zakończeniu ci nie-obywatele byli uważani za obcych i wręcz życzono sobie aby stąd odeszli. Pod wpływem tych nawoływań niejaki Falantos - partenin, wraz z grupą innych nie-obywateli Sparty, wypłynął do południowej Italii i w 708 r. p.n.e. założył miasto które nazywał Taras - na cześć mitycznego herosa, syna boga morza Posejdona. Nazwę Tarent {Tarentum} nadali temu miastu dopiero Rzymianie - którzy zajęli miasto po 10-letniej wojnie w której Tarentyjczykom pomagał władca Epiru Pyrrus, a która rozpoczęła się konfliktem o miasto Turioj, skąd Rzymianie zostali wyparci przez Taryntyjczyków w 282 r. p.n.e. a gdy Senat posłał do Tarentu posłów na rozmowy, zostali oni pohańbieni przez mieszkańców miasta, a jeden z nich "postawił klocka" na środku placu, po czym podtarł się togą rzymskiego posła. Ten wypowiedział wówczas słowa, na które czekać trzeba było aż 10 lat, a mianowicie: "Zmyjesz to własną krwią"). Tam bowiem w 473 r. p.n.e. miał miejsce atak illiryjskich Japygów (zasiedlających ziemie późniejszej Apulii) na Tarent i sprzymierzony z nim Regium w Zatoce Mesańskiej. Tarent od swych narodzin rządzony był przez doryckich arystokratów (potomków Falantosa i pierwszych kolonistów), którzy posiadali nie tylko pełnię władzy, ale również opływali w największe dobra i majątki. Teraz zaś, w obliczu zagrożenia najazdem barbarzyńców to właśnie oni wystawili największe siły mające odeprzeć atak. Do bitwy doszło gdzieś w rejonie, w którym potem przebiegać będzie rzymska via Appia, prowadząca z Tarentu do portu w Brundisium i zakończyła się ona klęską Tarentian. Poległo mnóstwo arystokratów a straty były tak wielkie, że miasto realnie pozbawione zostało władzy mogącej obronić mieszkańców przed atakiem barbarzyńców. I wówczas do głosu doszedł lud, który sam zorganizował obronę odparł najazd i przejął władzę w mieście wprowadzając pierwsze w Italii rządy demokratyczne.




Powstanie pierwszego demokratycznego polis w Italii, i to tak potężnego jak Tarent, musiało spędzać sen z powiek wielu sycylijskich tyranów. Nic więc dziwnego że gdy trzeci z braci Dejnomenidów, który objął władzę w Syrakuzach (467 r. p.n.e.) Trazybulos, to wówczas wprowadził jeszcze większą kontrolę i jeszcze bardziej gnębił lud niż jego bracia. Karał śmiercią za najmniejszą krytykę swej władzy a także torturował tych, których uważał za demagogów prowokujących bunt. Doprowadziło to do ogromnego niezadowolenia ludu, który realnie zbuntował się przeciwko władzy Trazybulosa i rozpoczął z nim walkę. Tak oto w 466 r. p.n.e. Syrakuzy zapłonęły (Trazybul kontrolował tylko wschodnią część miasta wraz z portem, gdzie sprowadzał swych stronników z Etny - którą władał jego małoletni bratanek Dejnomenes - i ściągał najemników). Szybko okazało się jednak że syrakuzański demos uzyskał potężne wsparcie w takich miastach jak: Gela, Akragas, Himera i Selinunt. Sporą część najbiedniejszej populacji Geli w 484 r. p.n.e. Gelon przesiedlił do Syrakuz, ale najwidoczniej tamtejsi oligarchowie nie byli w stanie przeszkodzić udzieleniu pomocy Syrakuzańczykom przez ich własny lud. W Akragas (po obaleniu Trasydajosa - syna długoletniego tyrana Terona ok. 470 r. p.n.e.) jeszcze Hieron wprowadził pierwsze na Sycylii rządy demokratyczne (o czym wspomniałem w poprzedniej części). Podobnie było w Himerze (też rok 470 p.n.e. należy uznać za początek "rządów ludu"). Co się zaś tyczy Selinuntu, to niewiele na ten temat wiadomo, aczkolwiek po 480 r. p.n.e. miasto to należało do strefy wpływów Terona - czyli zapewne było bardzo wrażliwe na wszelkie zmiany ustrojowe zachodzące w Akragas czy w Himerze. Tak więc oparciem dla Trazybulosa była jedynie Etna (dawne Naksos - założone jeszcze w 735 r. p.n.e.) i częściowo Mesana (dawne Zankle), gdzie władali synowie tyrana Anaksilasa - nad którymi pieczę sprawował najpierw Hieron a teraz Trazybul. Mimo to był on pewny swego, kontrolował przecież najważniejsze części samych Syrakuz - wyspiarską Ortygię (gdzie znajdowały się najważniejsze miejskie świątynie w tym Ateny i Apolla) i Achradinę (gdzie znajdowała się chociażby miejska Agora). Lud zaś przejął władzę w dwóch dzielnicach, które leżały poza murami miejskimi, a były to Neapolis i Tycha. Walki o miasto były niezwykle krwawe, ale póki Trazybul posiadał swoją flotę i miał zapewniony dzięki temu dopływ najemników, był pewien że wojnę tę wygra.




Mimo to zjednoczonej flocie Selinuntu, Akragas i Himery udało się pokonać w bitwie syrakuzańską flotę Trazybula, co oznaczało że został on odcięty i zamknięty w mieście jak w puszce, w której mógł się już tylko udusić, wykrwawiając się w walkach o miasto. Słał on wiadomość za wiadomością do swego bratanka - Dejnomenesa, aby ten przyszedł mu z odsieczą, ale odpowiedź nie nadchodziła, nie było też odsieczy. Widząc w jak tragicznej sytuacji się znalazł, postanowił Trazybul uciec z miasta, dostać się do Etny, przejąć tam władzę a następnie z powrotem, na czele tamtejszych sił ruszyć na Syrakuzy. Jego plan polegał na tym, aby nocą na małym statku wymknąć się z oblężonego portu i wypłynąć na morze, nim wrogowie odkryją jego podstęp. To my się jednak nie udało, plan wypłynięcia z Portu Mniejszego (czyli głównego portu Syrakuz) zakończył się fiaskiem, a Trazybul musiał wrócić do swego pałacu na Achradinie. Gdy zaczęli dezerterować najemnicy i opuścili go już jego dotychczasowi stronnicy, przymuszony głodem w zamian za zachowanie życia, zaproponował przywódcom ludu że zrzeknie się swej władzy w mieście, jeśli pozwolą mu je opuścić i nie będą go ścigać. Ci przystali na tę propozycję, Tranzybulos zrzekł się swej władzy w Syrakuzach w imieniu swoim i swych potomków (początek 465 r. p.n.e.) a następnie pozwolono mu odpłynąć do wybranego przez niego miasta w Italii - były to Lokry Epizefryjskie gdzie dokończył swego żywota. Po wygnaniu tyrana Syrakuzańczycy wprowadzili w swym mieście rządy demokratyczne. Nakazali też złożyć broń wszystkim najemnikom i dotychczasowym stronnikom rodu Dejnomenidów (nie wszyscy podporządkowali się temu rozkazowi w obawie o swoje życie, co doprowadziło do tego, że w niektórych częściach miasta wybuchały jeszcze sporadyczne walki z byłymi stronnikami i najemnikami Trazybulosa). Wprowadzono też w mieście kult Zeusa Eleutheriosa ("Wyzwoliciela"), a ludności wcześniej wysiedlonej przez tyranów pozwolono wrócić do swych dawnych miast. Diodor pisze, że po zaprowadzeniu demokracji nastały czasy "pokoju i pomyślności", niestety jednak nie było tak różowo, jak pragnął to widzieć ów historyk. Po zaprowadzeniu demokracji pojawiło się bowiem szereg nowych problemów przed którymi musieli stanąć i z którymi musieli się uporać nowi władcy miasta, czyli miejski demos. Jednym z nich było zabezpieczenie władzy tak, aby w przyszłości nie pojawili się kolejni tyrani.

Aby temu zapobiec przejęto z Aten instytucję ostracyzmu, która w Syrakuzach zwała się petalizmem (a to z tego powodu, że imiona osób które według ludu zagrażały demokracji, pisano nie jak w Atenach na skorupkach rozbitych naczyń lub kawałkach kamieni zwanych ostrakonami, tylko na liściach oliwki, które w języku greckim nosiły nazwę petalos). Nie była to jedyna różnica dzieląca ateńską i syrakuzańską demokrację, gdyż w Atenach po głosowaniu ostrakonami dany polityk szedł na wygnanie na lat dziesięć (przy czym zachowywał oczywiście prawa do swojego majątku, do którego mógł powrócić po zakończeniu czasu swego wygnania), w Syrakuzach zaś dany delikwent szedł na wygnanie jedynie na lat pięć. Było to jedyne zabezpieczenie nowego ustroju przed pojawieniem się jakiegoś kolejnego tyrana, ale nowy ustrój nie doprowadził jednocześnie do marginalizacji starych majętnych arystokratycznych rodów, a wręcz przeciwnie - starano się dawne rody włączyć w nowy ustrój, zapewniając im nawet pierwszeństwo przy podziale ziemi. Dla Greków jednak wszelka zmiana (czy to polityczna czy rodzinna) musiała mieć silne umocowanie w religii, dlatego też poparcie bogów było nieodzowne w rozpoczęciu jakiegokolwiek przedsięwzięcia, a już szczególnie tak ważnego jak wprowadzenie nowego ustroju. Wielu poetów czy nawet historyków tamtego okresu (VI i pierwsza połowa V wieku p.n.e) traktowała mity nie jako pewien zbiór baśni kształtujących kulturę i elementarną cywilizację społeczności helleńskiej, ale jako rzeczywistość, która była niegdyś (bajanie o Złotym Wieku cywilizacji do którego ludzkość powinna wciąż dążyć), która minęła (gdy z ziemi odeszli bogowie i herosi) i która istnieje (m.in. na Olimpie) obok tej obecnej cywilizacji ludzkiej. Oczywiście nie wszyscy w to wierzyli, ale nie mało było ludzi wykształconych, którzy twierdzili że mity są podaniami autentycznymi a co za tym idzie, że to, co było, należy brać dosłownie. Nic więc dziwnego że zwykli ludzie traktowali kwestie związane z bogami jeszcze bardziej poważnie i z większym pietyzmem oraz strachem (greccy bogowie byli bowiem przede wszystkim bardzo samolubni i łatwo ich było urazić, jeśli więc człowiek był nawet dobry, pomagał innym i żył nie wadząc nikomu, a obraził bogów, mógł być pewien że ci ześlą na niego wszelkie możliwe plagi. Przynajmniej tak to sobie wyobrażano). Dlatego też, aby zadowolić bogów natychmiast przystąpiono do budowy nowych świątyń (w Syrakuzach rozbudowano świątynię Ateny a w latach 50-tych V wieku p.n.e. wzniesiono świątynię Hery Lakinii, w Geli zaczęto budować nową świątynię Ateny, w Akragas dokończono budowę świątyni Zeusa Olimpijskiego, prace rozpoczęto ok. 500 r. p.n.e. a potem przerwano).




Nie zmieniono jednak kształtu i wartości monet używanych dotąd przez tyranów (np. poeta Pindar chwalił pod niebiosa stabilność gospodarczą i bezpieczeństwo w czasach Hierona, czego dowodem miała być srebrna dekadrachma - nazwana w czasach demokracji demaratejon na cześć bogini Demeter {tak na marginesie Pindar był też w sowicie opłacany przez Hierona - jak to mówił Stalin: "Musimy znaleźć zajęcie dla każdego utalentowanego bydlaka" - czasy się zmieniają a cel zawsze ten sam - propaganda ponad wszystko}. Wszystko więc, nawet ekonomia związane było z bogami). Najwięcej problemów nastręczała jednak zgoda nowych, demokratycznych władców Syrakuz na powrót dawnych mieszkańców innych polis do swoich miast, szczególnie zaś zwrot ich dawnych majętności. Były to problemy które rodziły nowe konflikty powstałe w miejsce starych ran. Gela postanowiła odbudować dawną Kamarinę (zniszczoną jeszcze w 485 r. p.n.e. przez Gelona - o czym pisałem w poprzednich częściach), a do Katany też zmierzała dawna, wysiedlona stamtąd ludność. Problem stanowili też byli najemnicy. Co prawda zostali rozbrojeni ale jednak wciąż stanowili pokaźną i niebezpieczną grupę, która nie była mile widziana w żadnym polis. Ostatecznie po 461 r. p.n.e. przeniosą się oni do Messany, gdzie stworzą bractwo wojskowe (swoisty zakon) które będzie kontrolowało miasto pod nazwą "Synów Marsa" - Mamertynów - oczywiście jest to ich rzymska nazwa, sami zwali się zapewne bractwem Aresa (to właśnie oni staną się przyczyną wybuchu I Wojny Punickiej pomiędzy Rzymem a Kartaginą w 264 r. p.n.e.). Większość greckich polis na Sycylii i w Italii została uwolniona spod władzy tyranów, pozostały tylko dwa miasta w których jeszcze oni rządzili: Etna (Naksos) i Messana. Miasta te były izolowane, gdyż cała reszta nie chciała z nimi utrzymywać żadnych kontaktów. Duży problem stanowili również Sykulowie - rodzime plemię sycylijskie zamieszkujące wschodnią część Wyspy. Co prawda pomogli oni Grekom syrakuzańskim w wypędzeniu tyrana, ale teraz stanowili zbyt duże zagrożenie aby można ich było lekceważyć. Do tego dochodziło jeszcze niebezpieczeństwo etruskie (szczególnie ich flota stanowiła pokaźne zagrożenie na wodach okalających Sycylię). Wszystko to razem wzięte nie mogło stworzyć nowych czasów "pokoju i pomyślności" - jak chciał Diodor.

W 461 r. p.n.e. niejaki Duketios - wódz plemienia Sykulów, zawarł sojusz z Syrakuzami i postanowił zająć miasto Etna - wciąż rządzone przez tyrana Dejnomenesa. Przed atakiem doszło do podziału wpływów i ziemi w zdobytej Etnie. Miasto miało przypaść Syrakuzom, ale ludność stałaby się własnością Duketiosa. Tak też się stało, miasto zostało zdobyte, Dejnomenes prawdopodobnie poległ albo zbiegł (w każdym razie wszelki słuch o nim zaginął), Syrakuzańczycy przejęli miasto, a Duketios wyprowadził stamtąd ludność i przesiedlił do sykulskiej Inessy (głównym miastem tego plemienia była Henna). Ok. 460 r. p.n.e. skończyła się też władza synów Anaksilasa w Messanie (doszło tam do pro-demokratycznego buntu mieszkańców miasta, wspieranego przez Syrakuzy). Zaraz po tym przewrocie doszło w tymże polis do poważnych zaburzeń ekonomicznych, związanych z biciem złotej monety. Zaczęto bowiem wybijać nie tylko dotychczasowe monety z napisem Messana, ale również wrócono do starej nazwy Zankle, co powodowało bardzo wiele negatywnych perturbacji o charakterze gospodarczym i społecznym, ponieważ nie wszystkie monety były akceptowane przez nowe demokratyczne władze miasta, a to znowu rodziło problemy z tą częścią ludności, która już te monety posiadała i wprowadzała do obiegu. Konflikt zrodził się więc na samej górze nowej władzy ponieważ jedni pragnęli pozostać przy nowej nazwie, inni zaś chcieli wrócić do starej, a to generowało problemy natury społeczno-gospodarczej. Do tego doszła jeszcze zgoda Syrakuz na osiedlenie się w Messanie byłych najemników Trazybulosa. Problemy Messany żywo odbijały się również w jej bratnim mieście, położonym po drugiej stronie cieśniny - w Rhegion. Tam nowe demokratyczne władze przyjęły też nowy wizerunek monet, przedstawiający zaprzęg mułów na awersie i zająca na rewersie. Nie spodobało się to mieszkańcom miasta i wymusili oni powrót do starego systemu, wprowadzonego jeszcze przez tyrana Anaksilasa - czyli głowy lwa. Demokratyczne władze Rhegion nie mogły jednak pozwolić aby symbol tyrana dalej widniał na monetach miejskich, wprowadzono więc kompromis bijąc nowe monety, tym razem przedstawiające legendarnego założyciela miasta Jokastosa



 Obalenie tyranii w dwóch ostatnich sycylijskich miastach Etnie i Messanie (oraz w Rhegion) powinno pozytywnie wzmocnić nowe, demokratyczne władze Syrakuz. Tak się jednak nie stało i już w roku 461 p.n.e. doszło w tym polis do poważnych konfliktów i niepokojów społecznych, związanych z ustalaniem list obywatelskich i podziałem ziemi. Jak już wcześniej wspomniałem, dawne arystokratyczne rody które wspierały ustrój tyrański, suchą stopą przeszły sobie do demokracji bez żadnych uszczerbków, a jednocześnie przedstawiciele tych rodów byli przy podziale ziemi lepszej jakości. Rodziło to silne niezadowolenie społeczne a trybunem ludu został wówczas niejaki Tyndarides, który otwarcie nawoływał aby lud sam wziął sobie to, co mu się należy. Tyndarides pragnął jednak - niesiony wrogością ludności Syrakuz do nowego podziału ziemi - przejąć władzę i i odnowić ustrój tyrański, z sobą jako nowym władcą Syrakuz. System petalizmu (czyli owego syrakuzańskiego ostracyzmu) nie został jeszcze dobrze przetestowany, więc nowe władze były bezbronne wobec rosnącej liczby zwolenników Tyndaridesa. Jedyną bronią przeciwko rosnącej w siłę tyranii - która miała ponownie nastąpić w mieście, wprowadzona populistycznymi hasłami - była... tępa siła i do tego właśnie odwołały się nowe władze miasta. Podczas jednego z zebrań zwolenników Tyndaridesa, na którym nawoływał on do sprzeciwu wobec podziału ziemi preferowanego przez demokratów - władze skierowały ludzi z kijami, którzy napadli Tyndaridesa i jego stronników i zlinczowali go na miejscu (ok. 460 r. p.n.e.). To właśnie po tym wydarzeniu i ogólnym wzburzeniu ludności owym morderstwem, zaczęto na większą skalę stosować petalizm. W ciągu kolejnych sześciu lat w czasie których używano tej formy zabezpieczenia ustroju demokratycznego, skazano na wygnanie szereg obywateli, których uznano za potencjalnie niebezpiecznych dla nowej władzy. Nie przeszkodziło to jednak wielu ambitnym mieszkańcom miasta w stosowaniu populistycznej retoryki w celu walki ze swymi przeciwnikami politycznymi i wykorzystywania w tym celu petalizmu jako oręża. Wreszcie uznano go za na tyle niebezpieczną formę walki politycznej, że ostatecznie zniesiono petalizm w 454/453 r. p.n.e. Nie tylko Syrakuzy w tym czasie były wystawione na niebezpieczeństwo zamachu stanu i upadku słabego jak dotąd systemu demokratycznego, który z wielkimi trudami przyjmował się wśród Greków Zachodnich. W Akragas ogromne wpływy zdobył filozof Empedokles, który co prawda zreformował Radę Tysiąca (nadając jej bardziej demokratyczny charakter), ale jednocześnie jego osobisty wpływ na rządy był tak wielki, że realnie pełnił on nieoficjalnie władzę tyrańską (a niektórzy współobywatele zaproponowali mu nawet koronę królewską, lecz on odmówił jej przyjęcia). Empedokles swą nieprawdopodobną pozycję polityczną i władzę, jaką nieoficjalnie sprawował w Akragas, zawdzięczał swym umiejętnościom medycznym (leczył on bowiem ludzi, a ponieważ czynił to znacznie lepiej niż większość lekarzy, uważany był wręcz za cudotwórcę, a niektórzy wierzyli wręcz, iż jest posłańcem bogów - szczególnie zaś Asklepiosa - boga medycyny).

Empedokles był bez wątpienia człowiekiem niezwykle wielu umiejętności, gdyż oprócz znajomości medycyny stosował na szeroką skalę również retorykę (którą jego uczeń Gorgiasz z Leontinoi utożsamiał z magią, gdyż w podobny sposób miała działać na ludzi). Empedokles był też ekscentrykiem, który częstokroć prowokował najróżniejsze podejrzenia względem siebie. Ubierał się np. w purpurowe szaty, a przy tym twierdził, że dzięki posiadanej przez siebie wiedzy stał się ubóstwiony (równy bogom), co wielu ludzi od niego odstręczało, gdyż było to na granicy obrazy bogów. Empedokles bywał również arogancki i trzeba było odpowiednio trafić na jego dobry humor, aby go do siebie pozytywnie przekonać (innymi słowy, aby podjął się na przykład leczenia danej osoby, należało trafić na jego dobry dzień). Był to jednak jednocześnie człowiek o dwóch twarzach, gdyż z jednej strony uważał siebie za równego bogom - dzięki swym talentom i posiadanej wiedzy, z drugiej zaś uważał że wszystkie żywe istoty znajdują się na tym samym poziomie rozwoju duchowego i że wszyscy mogą stać się boscy, dlatego też za swe nauki nie pobierał pieniędzy, twierdząc że w ustroju demokratycznym wszyscy mają taką samą możliwość zdobycia wiedzy, bez względu na to czy byli majętni czy ubodzy. Jednak jego ciągłe zapewnienia że jest nieśmiertelny i że jest równy bogom wielu ludzi obrażało, ostatecznie zaś - aby im udowodnić że jest tym za kogo się uważał - postanowił ukazać im swoją nieśmiertelność... skacząc do wulkanu. Tak się też stało i miał wewnątrz owej Etny zginąć (w 434 r. p.n.e. w wieku 60 lat). Ale nim nazwiemy go szaleńcem, musimy wziąć również pod uwagę inną ewentualność, a mianowicie taką, że upozorował on swoją śmierć w taki właśnie sposób, aby rzeczywiście ludzie uwierzyli że jest równy bogom, a przynajmniej że do bogów powrócił. Istnieją bowiem pewne wzmianki w niektórych źródłach żeby Empedoknes przeniósł się następnie do Grecji właściwej i tam też zmarł wiele lat później w ciszy i spokoju (ponoć dożył wieku 109 lat, czyli wychodziłoby że zmarł dopiero w 385 r. p.n.e.). Jeśli więc tak się stało, rzeczywiście można go nazwać najbardziej sprytnym ze wszystkich "bogów".




Świadomość słabości rządów demokratycznych i silna obawa przed zamianą ich w czasie rewolucji populistycznej na starą formę - czy to oligarchii czy też tyranii, nie opuszczała Greków sycylijskich w tamtym czasie. Do tego dochodziło niebezpieczeństwo rosnącego w siłę plemienia Sykulów pod rządami Duketiosa (który ok. 459 r. p.n.e. ogłosił się królem owego plemienia). W tym czasie założył on swoje miasto Menajnon na terytorium należącym do Greków nieopodal miasta Leontinoj, zaledwie kilka kilometrów na północny-zachód od Syrakuz. W 458 r. p.n.e. zdobył Morgantinę (ostatnie nie podlegające jego władzy miasto plemienia Sykulów). Wciąż utrzymywał sojusz z Syrakuzami, ale jego ekspansja była bardzo niebezpieczna dla wszystkich helleńskich polis na Sycylii i było pewne że wcześniej czy później musi dojść miedzy nimi do konfrontacji. Początkowo jednak dążył on do kompromisu i gdy Syrakuzańczycy zaprotestowali przeciwko wdzieraniu się plemienia Sykulów na greckie ziemie - podając jako przykład miasto Menajnon, Duketios zapowiedział że opuści owe miasto i rzeczywiście tak uczynił, budując na południu nowe o nazwie Palike i przesiedlając tam ludność z opuszczonego Menajnon (453 r. p.n.e.). W tym też czasie zaczął bić własne monety na wzór grecki, tytułując się na nich królem Sykulów i Helenów, a to przesądziło o zerwaniu sojuszu i teraz wojna stała się faktem.




CDN.

HENRYK VIII I JEGO ŻONY - Cz. X

  OD KATARZYNY ARAGOŃSKIEJ  DO KATARZYNY PARR KATARZYNA ARAGOŃSKA (Czyli hiszpańskie noce)  Cz. VIII DZIECIŃSTWO KRÓLOWEJ KATARZYNY Cz. VII ...