WYŚWIETLENIA

31 stycznia 2026

GWAŁT - CZY NIEODZOWNY ELEMENT KOBIECEGO LOSU? - Cz. IV

NAJDZIWNIEJSZE I (NIEKIEDY)
NAJBRUTALNIEJSZE PRZYPADKI
GWAŁTÓW W HISTORII





III
GWAŁTY W CESARSKIM PAŁACU
   40 r. 
Cz. II


GERMANIK



26 maja 17 r. Gajusz Klaudiusz Druzus Cezar Germanik odbył wspaniały triumf w Rzymie, wzbudzając wielkie emocje także tym, że za nim w drugim rydwanie jechały wszystkie jego dzieci, co wywoływało wybuchy radości zgromadzonych Rzymian. Tyberiusz zdawał sobie sprawę, że pozostawienie Germanika w Rzymie może okazać się dla niego bardzo niebezpieczne, dlatego wkrótce po triumfie wyznaczył mu nową misję. Teraz miał się udać na wschód, do Syrii, aby stłumić pojawiające się tam żołnierskie niezadowolenie. Tyberiusz prawdopodobnie celowo wyznaczył Germanika na głównodowodzącego Armią Wschodu (Orientu) i kontrolera namiestników tamtejszych prowincji, jednocześnie namiestnikiem Syrii wyznaczył Gnejusza Pizona, który znany był ze swej niechęci do Germanika i z gwałtownego charakteru. Tak więc rodzina Gajusza Juliusza Cezara (Kaliguli) po zaledwie kilku miesiącach przebywania w Rzymie, znów szykowała się do kolejnej podróży. Podróż do Syrii na cesarskim okręcie, nie mogła też przebiegać łagodnie, bowiem ani Germanik z Pizonem, ani też Agrypina z żoną Pizona - Plancyną, nie mogli dojść do porozumienia. W trakcie podróży (styczeń lub luty 18 r.) zatrzymano się na krótko na Lesbos, gdzie Agrypina urodziła swoje szóste (a w rzeczywistości dziewiąte, bowiem trójka dzieci zmarła w niemowlęctwie i dzieciństwie) dziecko, córkę - Julię Liwillę. Po czym ruszono w dalszą drogę. Już w Syrii konflikt Germanika z Pizonem przybrał jeszcze ostrzejszą formę.

Pizon starał się przeszkadzać i torpedować wszelkie przedsięwzięcia Germanika (prawdopodobnie czynił tak na polecenie cezara Tyberiusza), choć i w Syrii udało się Germanikowi odnieść kilka sukcesów. Pierwszym było zawarcie przymierza między Rzymem a Królestwem Partów, najpotężniejszym państwem za Eufratem, z którym ze zmiennym szczęściem walczyli już Marek Licyniusz Krassus (to ten, który pokonał Spartakusa i ostatecznie zakończył jego powstanie w 71 r. p.n.e. Poniósł klęskę i znalazł śmierć w bitwie z Partami pod Carrhae w 53 r. p.n.e. i to śmierć okrutną, wlano mu bowiem do gardła roztopione złoto) czy Marek Antoniusz (wyprawa 36 r. p.n.e. do Armenii także zakończyła się klęską a Antoniusz o mały włos nie podzielił losu Krassusa). Juliusz Cezar także planował wielką wojnę z Partami i powtórzenie sukcesu Aleksandra Wielkiego, ale... nie zdążył, Brutus, Kasjusz i inni zamachowcy byli szybsi. W 20 r. p.n.e. Oktawian August odniósł duży sukces polityczny, odzyskując od Partów wszystkie znaki legionowe i jeszcze żyjących jeńców rzymskich z armii Krassusa (wówczas zamienionych przez Partów w niewolników). Był to ogromny sukces, choć nie militarny a dyplomatyczny. Teraz, w 37 lat później Germanik odnowił sojusz z Partami i tym samym zabezpieczył wschodnią granicę przed ich atakami (18 r.). W 19 r. aby lepiej przyjrzeć się działaniom tamtejszego namiestnika, Germanik udał się do Egiptu. Krok ten jednak jeszcze bardziej oddalił Germanika od Tyberiusza, bowiem przed wyjazdem nie poprosił on o cesarską zgodę (a była ona konieczna, bowiem jeszcze August po podboju Egiptu i śmierci królowej Kleopatry VII w 30 r. p.n.e. wprowadził zakaz wstępu do Egiptu dla członków stanu senatorskiego bez osobistego zezwolenia cesarza, a chciał tym samym podkreślić wyjątkowy status Egiptu w ramach rzymskich prowincji). Pizon słał jedną skargę za drugą do cesarza na postępowanie Germanika, a ich konfrontacja zaczęła przybierać znamiona wzajemnej nienawiści.


KATASTROFALNA WYPRAWA MARKA ANTONIUSZA DO ARMENII W ROKU 36 p.n.e.
(W TYM TEŻ ROKU GAJUSZ JULIUSZ CEZAR OKTAWIAN POKONAŁ W BITWIE MORSKIEJ POD NAULOCHOS SEKSTIUSZA POMPEJUSZA - SYNA POMPEJUSZA WIELKIEGO, KTÓRY Z SYCYLII, SARDYNII I KORSYKI UCZYNIŁ SOBIE PIRACKIE PAŃSTEWKO, A SAM OGŁOSIŁ SIĘ NOWYM NEPTUNEM.
Chociaż tak na dobrą sprawę pod Naulochos zwyciężył Marek Agryppa, przyjaciel, druh a potem zięć Oktawiana Augusta)



Tak więc, gdy na przełomie września i października 19 r. Germanik ciężko zaniemógł, jak pisze Swetoniusz: "W Rzymie na pierwszą wiadomość o chorobie ludność, jakby rażona piorunem, pogrążyła się w smutku, oczekując następnych nowin. Nagle, już wieczorem, rozeszła się pogłoska, nie wiadomo za czyją sprawą, że wreszcie nastąpiła poprawa. Tłumy z pochodniami i ofiarnymi zwierzętami co tchu, bezładnie ruszyły na Kapitol i omal nie wyważono wrót świątyni, aby co prędzej złożyć z radością dziękczynne ofiary. Tyberiusza ze snu obudziły okrzyki obywateli radujących się po całym mieście, wyśpiewujących: Rzym ocalony, ojczyzna także, Germanik zdrów" (Germanik był bardzo popularny i bardzo lubiany wśród rzymskiego ludu, który widział go jako jedynego następcę Oktawiana Augusta, natomiast jego wuj - cesarz Tyberiusz, nie był lubiany wśród zwykłych Rzymian). Poprawa jego stanu zdrowia, jeśli rzeczywiście nastąpiła, była zwodnicza - Gajusz Klaudiusz Druzus Cezar Germanik (jak oficjalnie brzmiało jego imię), zmarł 10 października 19 r. w wieku zaledwie 33 lat. Jak dalej pisze Swetoniusz: "Gdy wreszcie została ogłoszona oficjalnie wiadomość o jego zgonie, nie można było ukoić powszechnej żałości ani żadnymi słowami pociechy, ani żadnymi obwieszczeniami. Trwała ona jeszcze przez całe święta miesiąca grudnia. Chwałę zmarłego i żal po nim pomnożyła groza nadchodzących czasów". Agrypina długo rozpaczała przy zwłokach męża i prawie siłą musiano ją odciągnąć, aby Germanika złożyć na marach i ciało podpalić. 




Teraz ta kobieta, będąca wnuczką Oktawiana Augusta (która za młodu, zwiedzając wraz z matką cieśninę Akcjum, śmiała się na jej słowa, że właśnie tutaj jeden dziadek z drugim dziadkiem walczyli na śmierć i życie o pierwszeństwo w państwie - chodziło oczywiście o bitwę morską pod Akcjum z 31 r. p.n.e. w której to Oktawian August ostatecznie pokonał Marka Antoniusza, który przegrał bitwę w dużej mierze na własne życzenie, opuszczając walczących żołnierzy i płynąc za odpływającym okrętem królowej Kleopatry - w tym momencie należałoby przytoczyć słowa z "Orestesa" Eurypidesa: "Kobiety zawsze bywały przeszkodą dla mężczyzn, los ich wikłając i niszcząc", oraz satyry Semonidesa: "Że los jednak nas łączy, nie wiemy. Bo Zeus kobietę głównym złem uczynił. Niestarganymi nas spętał więzami"), pozostała sama z dziećmi. Ale była ona potomkinią sławnych mężów i wzbierała w niej złość. Postanowiła więc poświęcić życie aby ukarać nie tylko bezpośrednich sprawców śmierci jej męża, za których uważała Pizona i jego żonę Plancynę, ale również doprowadzić do upadku Tyberiusza - głównego, jej zdaniem winowajcy śmierci Germanika. I choć (ponoć) sam Germanik przed śmiercią poprosił żonę aby nie szukała zemsty, w tej jednej, jedynej sprawie nie zamierzała słuchać ukochanego męża. Zaraz po skremowaniu jego zwłok, wyruszyła w drogę do Rzymu, podjąć batalię o wyjaśnienie tej śmierci i ukaranie wszystkich winowajców. Wraz z nią w drogę ruszyły również jej dzieci, w tym 7-letni Gajusz Kaligula.               


OBAJ DZIADKOWIE AGRYPINY - GAJUSZ JULIUSZ CEZAR OKTAWIAN I MAREK ANTONIUSZ - ODZNACZALI SIĘ ZUPEŁNIE INNYMI CHARAKTERAMI



Po spaleniu ciała Germanika na głównym placu w Antiochii - stolicy rzymskiej prowincji Syrii, Agrypina zebrała jego prochy i wsiadłszy na statek, skierowała się w stronę Rzymu, aby tam walczyć o sprawiedliwość i domagać się ukarania tych, których podejrzewała o otrucie swego męża (czyli właśnie namiestnika Gnejusza Kalpurniusza Pizona i jego żony Plancyny). Podróż przebiegała wzdłuż brzegów Syrii i Azji Mniejszej w kierunku Grecji, dłuższy odpoczynek (kilkudniowy) zaplanowano jedynie na Korkirze - greckiej wyspie leżącej na Morzu Jońskim, po czym okręt Agrypiny ruszył w kierunku portu Brundyzjum w Italii. Tam ją i jej dzieci powitały prawdziwe tłumy, gdyż wieść o śmierci Germanika rozeszła się momentalnie po Imperium, powodując wśród wielu prawdziwą rozpacz. W Brundyzjum witając Agrypinę, płakali (według Tacyta) zarówno mężczyźni jak i kobiety, gdy ta niosła urnę z prochami uwielbianego Germanika. Potem miał miejsce niezwykły żywy marsz do Rzymu. Jego niezwykłość wzięła się stąd, że Agrypina w towarzystwie tłumów, odbywała go pieszo z Brundyzjum do Rzymu, niosąc w rękach urnę z prochami swego męża (w tym czasie jej dzieci zostały odeskortowane przez żołnierzy w pojazdach do stolicy, nie musiały więc uczestniczyć w tym morderczym marszu). Agrypinie wielokrotnie brakowało sił, więc urządzano dłuższe postoje - była to niewątpliwie pokutna procesja, która jednocześnie mogła okazać się bardzo niebezpieczna dla władającego Imperium Tyberiusza (z czego ten z pewnością zdawał sobie sprawę, bowiem po Rzymie już rozeszły się plotki że Pizon zamordował Germanika z polecenia cesarza i jego matki Liwii Druzylli). 


AGRYPINA Z PROCHAMI GERMANIKA 
W PORCIE BRUNDYZJUM



Na spotkanie z Agrypiną stawili się więc na drodze jej marszu nowo wybrani konsulowie roku 20 (Agrypina przybyła do Italii w styczniu roku 20) - Marek Waleriusz Messala Barbatus i Marek Aureliusz Kotta oraz brat zmarłego Germanika - Klaudiusz (przyszły cesarz) i syn cesarza Tyberiusza - Druzus Juliusz Cezar. Trasa marszu była jednak tak męcząca, że Agrypina dała się przekonać już w drugim dniu marszu aby oddała urnę z prochami Germanika żołnierzom, którzy również pieszo zanieśliby ją do Rzymu (żołnierze mogli się zmieniać). Widząc że może nie dać sobie rady, Agrypina przystała na tę prośbę. Potem, gdy żałobna procesja dotarła już do Rzymu, odbyła się ceremonia pogrzebowa (urnę z prochami Germanika złożono w Mauzoleum Augusta leżącym przy Via Lata, drodze prowadzącej na północ bezpośrednio z Forum Romanum, przez Saepta Julia - wielkim budynku wzniesionym pierwotnie przez Marka Agryppę - również dziadka Agrypiny, mającym służyć jako miejsce obrad Senatu, szybko jednak przemianowanym do zupełnie innego celu - w Saepta Julia szkolono i oklaskiwano walki gladiatorów w czasie, gdy nie odbywały się żadne publiczne igrzyska w cyrkach i amfiteatrach. Następnie droga wiodła wzdłuż Portyku Argonautów - czyli taki starożytny mega supermarket, gdzie można było dostać każdy towar, od najdelikatniejszych tkanin i najróżniejszych aromatycznych pachnideł, po najpiękniejszych niewolników specjalnie sprowadzanych dla majętnej klienteli. Następnie mijano marmurowy Ołtarz Pokoju - wzniesiony przez Augusta w 9 r. p.n.e., mający utwierdzić powszechny pokój panujący w Imperium - Pax Romana i tuż nad brzegiem Tybru dochodzono do Mauzoleum Augusta).



 
W pogrzebie Germanika nie uczestniczył jednak cesarz Tyberiusz ani jego matka Liwia Druzylla, co wzbudziło szczególny gniew wśród ludu. Tłumy żegnające prochy Germanika i nazywające Agrypinę "Ozdobą Ojczyzny", "Prawowitą krwią Augusta" czy "Dawnych obyczajów wzorem" musiały powodować niezadowolenie Tyberiusza, szczególnie gdy modlono się również o to, aby potomstwo Germanika i Agrypiny bogowie raczyli zachować w zdrowiu i długim życiu, tak, aby przeżyło wszystkich swych wrogów (w domyśle wskazywano właśnie na Tyberiusza). Na nieszczęście Rzymian owe modły zostały wysłuchane w osobie Gajusza Kaliguli czy jego siostry - Agrypiny Młodszej, niezwykle ambitnej kobiety, której odsunięcie od władzy w 55 r. i zamordowanie jej przez syna cesarza Nerona w 59 r. zostało uznane powszechnie za... dobry znak dla Imperium (np. wychowawca Nerona - filozof Lucjusz Anneusz Seneka stwierdził że śmierć tej kobiety przyniesie dla państwa więcej dobrego niż złego), ale na razie nie wyprzedzajmy faktów. Agrypina Starsza zaczęła teraz przyjmować w swej willi na Palatynie licznych przyjaciół męża, aby z nimi rozmawiać nad następnymi krokami, które pragnęła podjąć. Powszechnie wiadomym było że to cesarz Tyberiusz był najbardziej wrogi Germanikowi, ale tego akurat nie można było oficjalnie przyznać, dlatego postanowiono uderzyć w wykonawców, za których uważano Pizona i jego żonę. Wielu przyjaciół Germanika zapewniało wdowę o swojej pomocy, deklarując że wytoczą mu publiczny proces o morderstwo przed Senatem. Swoje poparcie w kwestii wyjaśnienia tej sprawy zadeklarowała sędziwa już, ale otoczona powszechnym szacunkiem obywateli - Liwia Druzylla, żona Augusta i matka Tyberiusza. Ta 77-letnia kobieta (wciąż cieszyła się w miarę dobrym zdrowiem, choć miała już problemy z samodzielnym chodzeniem) także odwiedzała Agrypinę w jej domu.




Liwia była bodajże najbogatszą Rzymianką swoich czasów, jej majątek bowiem był ogromny i obejmował posiadłości rozsiane po wielu ziemiach Imperium (wielu z nich Liwia nigdy nie odwiedziła w ciągu swego długiego życia), samych osobistych niewolników w Rzymie miała ok. 1000 (były to w dużej części podarki od wdzięcznych senatorów lub miast Imperium, którym dopomogła, wstawiając się za nimi u Augusta). Była też uważana we wschodnich prowincjach za uosobienie bogini Kybele i bogini Izydy, zresztą jeszcze za życia modlono się do niej niczym do bogini, a wielu senatorów zawdzięczało jej karierę i majątki (jak choćby Serwiusz Sulpicjusza Galba, późniejszy cesarz - w roku 69, obalony przez Wespazjana - który przez całe swe życie wielbił pamięć o Liwii, gdyż dzięki jej zapiskom mógł stać się najmajętniejszym z Rzymian, jednakże kruczki prawne jej syna pozbawiły go zapisanego przez nią ogromnego majątku 500 milionów sestercji). Ona również zapewniała Agrypinę o swej pomocy i wsparciu. Nic więc dziwnego, że przyparty do muru (co prawda nie było żadnych dowodów że to właśnie Tyberiusz zlecił morderstwo, ale istniały ku temu pewne poszlaki) Tyberiusz zlecił oficjalne śledztwo w tej sprawie. Zawezwał też z Syrii Gnejusza Kaplurniusza Pizona i jego żonę Plancynę. Ci stawili się w Rzymie w świetnych nastrojach, pewni swego (albo byli tak pewni swojej niewinności, albo też tak ufni w gwarancje bezpieczeństwa Tyberiusza). Jakież też musiało być zdziwienie Pizona, gdy został on publicznie przed Senatem oskarżony o morderstwo Germanika i debatowano teraz nad wyrokiem. Wszyscy byli zgodni - śmierć za śmierć. Pizon poprosił o audiencję u Tyberiusza, ale odmówiono mu tego. Cesarz zaś przysłał mu list, w którym zachęcał go do honorowego kroku, jakim miałoby być samobójstwo. Sprawy zaszły bowiem tak daleko że afera ze śmiercią Germanika mogła podważyć prawa Tyberiusza do władzy, dlatego też należało dać opinii publicznej kozłów ofiarnych. Byli nimi Pizon i jego żona - oni musieli zginąć, aby sprawa mogła ucichnąć. Tak też się stało, Pizon został zmuszony do samobójstwa (podciął sobie żyły), Plancyna zaś otrzymała przebaczenie, w zamian za co miała za wszystko obarczyć swego męża. Tak też uczyniła, ocaliwszy życie oczerniła za wszystko Pizona (choć wcześniej deklarowała że podąży w jego ślady i też popełni samobójstwo).

Agrypina mogła triumfować, wrogowie jej i jej męża zostali ukarani - nie żyli lub też zostali upokorzeni (zabroniono też Plancynie i każdej innej kobiecie opłakiwać Pizona czy też nosić żałobne stroje), ale za prawdziwego sprawcę śmierci uważała ona Tyberiusza i postanowiła szkodzić mu gdzie tylko się da. Kolejne lata upływały w spokoju, choć teraz to Agrypina odwiedzała sędziwą już Liwię w jej willi. Ta zaś zapewne dawała jej dobre rady odnośnie pogodzenia się jej z Tyberiuszem, przytaczając jej opowieści ze swojej młodości, z czasów gdy poznała Augusta, dziadka Agrypiny. Zapewniała ją że siła kobiet nie tkwi w nienawiści czy wojowniczości, ale właśnie w uległości. Być może Liwia wypowiadała te oto słowa: "Zajmowałam się sprawami państwowymi, ale tylko wtedy gdy August mnie o to poprosił i zechciał mi się z nich zwierzyć. Byliśmy bardzo szczęśliwi do ostatnich lat jego życia, a zawdzięczaliśmy to mojej uległości. Wierz mi Agrypino, więcej siły jest w kobiecej słodyczy i uległości niźli w gwałtowności i nienawiści jakie nosimy w swym sercu". Kolejny etap aktywności politycznej Agrypiny był związany ze śmiercią Druzusa Juliusza Cezara (zwanego również Druzusem Kastorem), syna Tyberiusza, który został otruty z polecenia wszechwładnego prefekta pretorianów - Lucjusza Eljusza Sejana w roku 23. Odtąd rozpoczęła się zażarta konfrontacja jej i Sejana, która doprowadzi ją i dwóch jej synów do śmierci. Ocalały zaś Gajusz Kaligula, da potem wszystkim do mocno do wiwatu.


PIERWSZE SPOTKANIE OKTAWIANA I LIWII DRUZYLLI 
(Pobrali się w 39 r. p.n.e.)



i W OSTATNICH LATACH ICH DŁUGIEGO ŻYCIA



CDN.

30 stycznia 2026

WŁADYSŁAW IV I PLANY WIELKIEJ WOJNY Z IMPERIUM OSMAŃSKIM - Cz. VII

CZYLI JAK TO KRÓL
RZECZYPOSPOLITEJ WŁADYSŁAW IV
PLANOWAŁ ODBUDOWAĆ DAWNE
CHRZEŚCIJAŃSKIE PAŃSTWO
W KONSTANTYNOPOLU





1645 r.
IMPERIUM OSMAŃSKIE
Cz. III


MURAD IV



Rządy sułtana Mustafy I chyliły się ku upadkowi. Janczarzy wciąż domagali się złota, niezadowolenie spahisów sięgnęło dna, gdy okazało się że dostali oni mniejsze nagrody od janczarów i grozili kolejnym buntem jeśli nie zostanie to im wyrównane. Sułtanka Halime nakazała czym prędzej przenieść pustoszejący skarbiec do pałacu sułtańskiego, gdzie przetapiano złote i srebrne naczynia na monety, które następnie ofiarowywano zbuntowanym janczarom i spahisom. Poza tym wiele było nierozwiązanych problemów, które z każdym kolejnym miesiącem przybliżały upadek tej władzy. Bunt w Syrii nie został zakończony, ale poważniejsze znaczenie miało wielkie powstanie w Anatolii pod wodzą gubernatora Erzurumu - Abazy Mehmeda Paszy. Zgromadził on pod swoimi rozkazami znaczną grupę lokalnych mieszkańców, którym obiecał sprawiedliwe rządy i ukaranie wszystkich, którzy brali udział w obaleniu i śmierci prawowitego sułtana - Osmana II. Nowy wezyr Mere Husajn Pasza wysłał przeciwko nim armię złożoną z tzw. "askerów" ("kapi kulu askeri" - czyli łączonych formacji, pozostających na żołdzie sułtańskim), które jednak po dotarciu do Anatolii... połączyły się z wojskami Abazy Mehmeda Paszy, również dążąc do obalenia szalonego sułtana. Tymczasem wielki wezyr zaangażował się w próbę skłócenia janczarów ze spahisami, aby przy pomocy tych drugich, wymordować tych pierwszych. Plan ten się nie powiódł i gdy jego intencje wyszły na jaw, przerażony Abazy Mehmed oddał janczarom całe złoto ze skarbca, aby tylko zachować życie. Nie uchroniło go to jednak przed utratą władzy i 30 sierpnia 1623 r. został usunięty i zastąpiony przez Kemankesza Kara Ali Paszę.

Stan państwa był katastrofalny - skarbiec świecił pustkami, gubernatorzy prowincji odmawiali przysyłania pieniędzy z podatków, twierdząc że nie uznają za władcę szalonego Mustafy I, za którego decyzję podejmuje jego matka i mianowani przez nią wezyrowie. Bunt w Anatolii się rozszerzał, a poza tym znów groził kolejny bunt janczarów i spahisów. Wezyr Ali Pasza zebrał więc we wrześniu ulemów i ogłosił iż konieczna jest zmiana władcy, w przeciwnym razie on sam, wszyscy ulemowie i wyżsi urzędnicy państwowi narażają się nie tylko na kolejne rewolty, ale i na utratę życia. Decyzja zapadła, jednak mufti Konstantynopola wystosował petycję do sułtanki Halime, z prośbą o zbadanie sułtana Mustafy pod kątem możliwości dalszego sprawowania przez niego władzy. Halime wyraziła zgodę i podczas obrad Dywanu sułtan poddawany był kolejnym pytaniom, mającym określić stan jego poczytalności. Zaczęto od prostych pytań, typu "jaki mamy dzień", "jak się nazywa", "kto jest jego ojcem" by przejść do bardziej konkretnych i złożonych pytań, opisujących stan państwa i ewentualne środki, jakie sułtan użyłby do ich rozwiązania. Badanie wypadło negatywnie, co przedstawiono zrozpaczonej sułtance Halime. Mustafa musiał zostać usunięty z tronu, jednak Halime prosiła aby nie robić mu krzywdy, miała powiedzieć: "Posadźcie na tronie kogo chcecie, ale darujcie życie mojego syna". 10 września 1623 r. Mustafa I został usunięty (panował zaledwie 15 miesięcy i 21 dni) a nowym sułtanem ogłoszono 11-letniego syna sułtanki Kosem - Murada, który teraz miał panować jako sułtan Murad IV. Mustafa zaś trafił do swojego trzypokojowego budynku, zwanego Simsirlikiem (było to miejsce bez okien i drzwi, sułtana wprowadzano tam przez otwór w dachu, miał też mniejsze otwory na przyjmowanie pokarmów i opium, którego nie szczędzono zamkniętym tam sułtańskim braciom. Wraz z nim zamknięto w tym budynku dwie zrozpaczone - że do śmierci Mustafy nie ujrzą już słońca - haremowe niewolnice, które miały dbać o jego potrzeby w owej "Złotej klatce". Prawdopodobnie były to Gencinihan Hatun - którą osobiście wybrała i wyszkoliła sułtanka Halime, aby sprawiała przyjemność jej synowi - zapewne też tylko przy niej Mustafa mógł "zachować się jak mężczyzna", gdyż normalnie unikał kobiet i uważany był za człowieka aseksualnego. Drugą z niewolnic mogła być niejaka Zamane, z pochodzenia Gruzinka, do której również przywiązał się Mustafa. Obie, przez kolejne szesnaście lat, aż do śmierci Mustafy, przebywały w Simsirliku jedynie w towarzystwie chorego umysłowo księcia).




Teraz zaczynało się nowe panowanie, szalonego władcę miał zastąpić władca-dziecko, co powodowało iż miejsce jednej kobiety u władzy - sułtanki Halime, zajmie inna - sułtanka Kosem, matka młodego Murada IV. Znów zaczynały się jej rządy, zgarnęła więc całą pulę, choć stan państwa podczas intronizacji jej syna był katastrofalny. Kosem nakazała więc że jego wyniesienie będzie niezwykle skromne i takie też było, aby uzmysłowić mieszkańcom Konstantynopola i Imperium, w jakim położeniu znalazło się państwo. Na jej barkach zostało postawionych teraz mnóstwo problemów trapiących państwo. Sułtan był dzieckiem (który - ponoć - bał się nawet samemu sypiać w swojej komnacie i przychodził spać do matki, która jednak napominała go aby sypiał sam, jak prawdziwy, mężny sułtan, którym według niej miał się stać). W Anatolii i Syrii trwały lokalne powstania, w Bagdadzie zbuntował się aga janczarów - Bekir Subasi, co umożliwiło perskim Safawidom w styczniu 1624 r. zdobycie tego potężnego (będącego w posiadaniu Osmanów od 90 lat) miasta. Poza tym, pieniędzy domagali się janczarzy i spahisi, którzy co prawda we wrześniu roku poprzedniego zrezygnowali z przewidzianej podczas każdej kolejnej intronizacji premii, ale już w kilka miesięcy później domagali się wypłaty zaległych pieniędzy, co zmusiło sułtankę Kosem do sięgnięcia po wewnętrzny - przeznaczony na potrzeby samych sułtanów - skarbiec i zapłacenia złotem za wierność obu formacji. Nieudolność wielkiego wezyra Kemankesza Kara Ali Paszy, spowodowała iż w początkach kwietnia 1624 r. został on pozbawiony urzędu i stracony (gdyż długo ukrywał fakt upadku Bagdadu) oraz zastąpiony Cerkeszem Mehmedem Paszą, który miał za zadanie zdławić bunty i odzyskać Bagdad. Jednocześnie młody sułtan miał obiecać wówczas matce, że osobiście odzyska to miasto (spełnił obietnicę w czternaście lat później - w grudniu 1638 r. ponownie zdobywając Bagdad).

W lipcu 1624 r. w Konstantynopolu wybuchła panika. Okazało się bowiem że zbuntowany gubernator Erzurumu - Abazy Mehmed Pasza, rozbił w bitwie (stoczonej w środkowej Anatolii) siły wysłane przez wezyra Cerkesza Mehmeda Paszy i złożone w ogromnej większości z janczarów. Gruchnęła wieść, że zwycięski Abazy Pasza ruszył na Konstantynopol aby wymordować wszystkich janczarów (uważając ich za sprawców śmierci Osmana II), oraz zrzucić z tronu niepełnoletniego syna Kosem. Informacja o ataku na stolicę okazała się jednak nieprawdziwa, ale już w październiku 1624 r. wybuchła kolejna panika mieszkańców Konstantynopola. Oto bowiem, dosłownie u bram miasta zjawili się - nie widziani od prawie dekady - Kozacy, którzy na swych czajkach przepłynęli Morze Czarne i spalili wioski Buyukdere i Yenikoy. Natychmiast rozpięto łańcuch, uniemożliwiający wpłynięcie okrętom do Złotego Rogu i rozciągnięty między Uskudarem a samym Konstantynopolem, oraz wysłano na Kozaków flotę złożoną z 60 okrętów, oraz lądem 10 000 janczarów. Flota osmańska nie doścignęła jednak Kozaków, którzy uciekli z łupem na morze i wrócili do siebie. Po kilkunastu dniach jednak... ponownie wrócili pod Konstantynopol, jeszcze liczniejsi, paląc i plądrując tereny pod murami stolicy i uprowadzając znaczną liczbę lokalnych kobiet. Nim flota osmańska zebrała się do walki, Kozacy wypłynęli na morze i nie niepokojeni powrócili na Ukrainę. Kosem zagroziła Cerkeszowi Paszy utratą życia, podobnie jak to się stało z Kemenkeszem Ali Paszą, jeśli ten nie ukarze kozackich sprawców napadu na stolicę, lecz nim ten zdołał dojść do ujścia Dniepru, w grudniu gruchnęła kolejna wiadomość, tym razem prawdziwa o ataku sił Abazego Paszy na osmańską stolicę.




Anatolijski watażka zdobył twierdzę Sivas, jednak (po kilku mniejszych potyczkach) uznał że nie zdobędzie Konstantynopola i postanowił zawrócić do Erzurumu. Na czele janczarów podążył za nim Cerkesz Mehmed Pasza, ale ze względu na zimową porę nie dochodziło do walk. Kosem postanowiła jednak inaczej rozwiązać sprawę zbuntowanej Anatolii, a mianowicie zaproponowała Abazemu Paszy przebaczenie win i pozostawienie go na stanowisku gubernatora Erzurumu, pod warunkiem wszakże, że ten zrezygnuje ze swojej zemsty na janczarach za śmierć Osmana II. Abazy Pasza przystał na tę propozycję i porozumienie zostało zawarte a bunt w Anatolii dobiegł końca. Teraz najważniejsza była sprawa odzyskania Bagdadu i ukarania Kozaków za ich śmiałą akcję pod Konstantynopolem. Nim jednak do tego doszło, zmarł Cerkesz Mehmed Pasza (28 stycznia 1625 r.), a jego następcą został w lutym Hafiz Ahmed Pasza. Nowy wielki wezyr zaczął od Kozaków, przeciwko którym wysłał admirała floty - Redżepa Paszę, który dopłynął do ujścia Dniepru i tam oczekiwał kozackich czajek. Okazało się jednak że przybył za późno, gdyż Kozacy już wypłynęli, prawdopodobnie kierując się na Trebizond lub Synopę. Turecki admirał postanowił że poczeka sobie na nich u ujścia Dniepru, gdy będą już wracać z łupami i ich rozbije. Jego okręty stały więc tam przez półtora miesiąca czekając na powrót Kozaków, którzy jednak się nie zjawiali. Przerażony myślą że on sobie tutaj czeka, a Kozacy może ponownie plądrują przedmieścia stolicy, nakazał wypłynięcie flocie wzdłuż brzegów do Konstantynopola. Kozackie czajki napotkał (listopad 1625 r.) na wysokości miasteczka Karaharman, ci, widząc osmańską flotę, ruszyli przeciwko niej i ponieważ posiadali przewagę liczebną (kilka kozackich czajek przypadało na jeden turecki okręt), szybko dopadli osmańską flotę. Doszło do krwawej bitwy, która zakończyła się porażką Kozaków (ponoć z 350 czajek miało powrócić jedynie 30), choć straty floty osmańskiej również były spore - większa część okrętów została albo spalona, albo całkowicie unieruchomiona (uwolniono też chrześcijańskich niewolników, którzy przykuci byli do galer i zmuszeni do wiosłowania), sam okręt admirała Redżepa Paszy cudem uniknął zniszczenia. Sukces ów więc był opłacony ogromnymi stratami.




Wcześniej, bo w lipcu 1625 r. wybuchła w Konstantynopolu epidemia dżumy, która pociągała za sobą szereg ofiar i powodowała wzrost niechęci mieszkańców stolicy i wojska do panowania sułtana Murada IV i sułtanki Kosem. Potrzebowali oni jakiegoś sukcesu, który odwróciłby niekorzystny trend. Kosem ogłosiła więc publiczne modły do Allaha, prosząc go o powstrzymanie dżumy, dodatkowo uwolniła i uniewinniła skazańców, uwięzionych za długi z więzienia Baba Cafer. Ogłosiła też, że wkrótce zamierza wydać za mąż 200 kobiet z haremu, które nie mogły liczyć na względy sułtana-dziecka i które spędziły tam sporo lat (gdy sułtan Murad IV podrósł i zmężniał, ponownie napełnił harem nowymi kobietami, przy czym był dość okrutny, zmuszał np. swoje niewolnice by nurkowały w basenie i długo pozostawały pod wodą, a do tych, które się wynurzały zbyt szybko, strzelał z broni pomiędzy ich głowami. Część niewolnic ze strachu utopiła się, niektóre... zginęły od zabłąkanej sułtańskiej kuli). Teraz miały wyjść za mąż za ludzi z kręgów dworskiej arystokracji, zwanych Osmanli (w przeciwieństwie do pogardliwego określenia - "Turk" - jakim nazywano ubogą, nie posiadającą wpływów ludność państwa osmańskiego, złożoną głównie z mieszczan i chłopów).




Kolejne lata upływały pod znakiem dalszych niepokojów. Z początkiem 1626 r. chan tatarski Mehmed III Girej, wysłał do Konstantynopola swego posła - Zulfikar-agę z prośbą zbudowania u ujścia Dniepru do Morza Czarnego dwóch twierdz, chroniących Chanat przed atakami Kozaków. W liście, wysłanym do sułtana Murada IV, chan krymski pisał iż dotychczasowa twierdza, wzniesiona jeszcze za Sulejmana Wspaniałego, obecnie popadła w ruinę i nie nadaje się do celów obronnych, dlatego też proponował sułtanowi wzniesienie dwóch nowych twierdz granicznych, przy czym budowę jednej brał na siebie, a o zbudowanie drugiej prosił sułtana Murada. Ten poparł propozycję chana i nakazał gubernatorom Iflaku i Bogdanu, dostarczenie wszelkich potrzebnych materiałów do budowy owych twierdz, a na zarządcę robót wyznaczył gubernatora Bośni - Hasana Paszę. Prace budowlane ruszyły w kwietniu 1626 r. Wcześniej jednak należało osuszyć koryto Dniepru, a co za tym idzie, wysiedlić lokalną ludność chłopską, które to zadanie zostało powierzone bejlerbejowi Kaffiru. Pewni swego pohańcy, ruszyli teraz na ziemie Rzeczypospolitej z zamiarem rabowania, palenia i wzięcia jasyru. Prawie 15 000 Tatarów pustoszyło ziemie Ukrainy, biorąc w niewolę okoliczną ludność (wódz tej wyprawy - Buhar, podzielił wojsko na czambuły, aby swobodnie mogły plądrować ziemię i uprowadzoną ludność wlec do wspólnego kosza - czyli tymczasowego obozu). Na polecenie hetmana Stanisława Koniecpolskiego, strażnik wielki koronny - Stefan Chmielecki dopadł Tatarów pod Białą Cerkwią (9 października 1626 r.) i na czele ok. 5000 żołnierzy rozbił ich doszczętnie przy niewielkich stratach własnych (po polskiej stronie miało polec jedynie 40 żołnierzy), uwalniając cały jasyr i biorąc wielu jeńców tatarskich (w odebranym Tatarom jasyrze, było wiele dzieci, które następnie odwieziono do Lwowa i innych miast, by oddać je matkom).






Wkrótce potem do Konstantynopola przybył poseł Rzeczpospolitej, który wiózł skargę do sułtana na tatarski napad, jednocześnie podkreślając że władze Rzeczypospolitej dbają o to, aby Kozacy nie dokonywali napadów na tatarskie i tureckie tereny. Sułtan Murad odciął się od tego najazdu, deklarując że nie miał z nim nic wspólnego i że o nim nie wiedział. Na dowód prawdziwości swych słów i zgody pomiędzy obu państwami, postanowił wysłać do chana rozkaz, aby wszystkich Tatarów z Budziaku przeniósł (czy to dobrowolnie czy też gwałtem) na Krym, jednocześnie nakazał wycofać się z Budziaku owemu Kantemirowi, o którego usunięcie postulował cztery lata wcześniej poseł Krzysztof Zbaraski. Zawarto więc układ, podobny do tego, który zawarł z Sulejmanem Wspaniałym król Zygmunt I w 1533 r., po czym sułtan Murad wysłał kopię traktatu do Bachczysaraju, z nakazem jego respektowania przez Tatarów. Tymczasem źle działo się w armii osmańskiej, oblegającej Bagdad. Żołnierze byli niezadowoleni przedłużającą się wojną, dużymi stratami i ciężkimi warunkami i oto wszystko oskarżyli starego Gurcu Paszę. Kosem chroniła go jak mogła, ale gdy w grudniu 1626 r. wybuchł jawny bunt spahisów, którzy domagali się głowy paszy - deklarując że w przypadku odmowy, sułtana Murada może spotkać taki sam los, jaki dosięgnął sułtana Osmana II - Kosem ustąpiła. Wydała starego człowieka (który siedemdziesiąt lat służył państwu osmańskiemu) na pastwę żołdactwa, które go zamordowało. Nie poprawiło to oczywiście w żaden sposób sytuacji wojsk walczących z perskimi Safawidami, które już w lipcu 1626 r. zostały pokonane pod Bagdadem i zmuszone do odwrotu. 

Klęska na froncie wschodnim nie była dobrym prognostykiem dla młodego władcy i nie mogła zapewnić mu szerokiego poparcia wśród wojska i ludu. Przerażony wizją utraty władzy i śmierci, 14-letni sułtan nakazał muftiemu Konstantynopola wydać fatwę na swego szalonego wuja - Mustafę (który przebywał w swym trzypokojowym więzieniu, bez okien i drzwi zwanym Simsirlikiem), ale wielki mufti odmówił wydania fatwy (i skazania Mustafy na śmierć), twierdząc że szaleńców nie można skazywać na śmierć. W grudniu 1626 r. zmienił się też wielki wezyr i Hafiza Ahmeda Paszę zastąpił Damat Halil Pasza. Poza tym rok ten upłynął dość spokojnie, szczególnie w Konstantynopolu, gdzie odbył się ślub i wesele 200 niewolnic z haremu Murada IV, które sułtanka Kosem wydała (z własnych pieniędzy) za lokalnych bejlerbejów i paszów. W 1627 r. wybuchł nowy bunt Abazy Paszy w Anatolii, który szybko opanował duże tereny wokół Erzurumu. Poza tym kotłowało się w Chanacie Krymskim, gdzie niepokorny brat chana Mehmeda III Gireja - Szahin Girej skonfrontował się z Kantemirem, po czym obaj zaczęli gromadzić wojsko do bitwy. Doszło do niej pod Dobruczą, gdzie Kantemir pobił Szahin Gireja i zmusił go do ucieczki z Krymu. Natomiast z początkiem 1628 r. młody sułtan stanął przed nie lada wyzwaniem, jakim było stłumienie buntu Abazy Paszy w Anatolii i rozwiązanie problemu krymskiego.

 


CDN.

MEMORIAM - Cz. XIII

ZEMSTA JEST ROZKOSZĄ BOGÓW





SULLA SZCZĘŚLIWY




Nim jeszcze Lucjusz Korneliusz Sulla dotarł z wojskiem do Kapui - zmierzający do niego na czele sformowanych przez siebie w Picenum trzech legionów - młody Gnejusz Pompejusz musiał rozprawić się z atakami mariańskich oficerów, jak choćby Gajusza Karrynasa, Celiusza i Marka Juniusza Brutusa. Brutusa pobił na samym początku, dając przykłady wielkiego męstwa, gdy ciosem włóczni powalił zmierzającego ku niemu jeźdźca i rzucił się w tłum walczących a za nim cała jego armia. Potem wystąpiła przeciw Pompejuszowi armia konsularna Lucjusza Korneliusza Scypiona, ale wojsko to nie parło od razu do decydującej bitwy i zamknęło się w obozie, czekając sposobniejszej chwili do ataku. Tymczasem pod Kapuą naprzeciw Sulli stanęła armia drugiego konsula - Gajusza Norbanusa, która jednak w tejże bitwie została kompletnie rozbita (tracąc siedem tysięcy poległych żołnierzy). W tym czasie Pompejusz musiał zmierzyć się nad Aesis (graniczna rzeczka między Picenum a Umbrią, dziś nosi nazwę Esino) z jazdą, wysłaną przez Gnejusza Papiriusza Karbona (stronnika Mariusza i Cynny, który wraz z tym ostatnim władał Rzymem od 86 r. p.n.e. a po śmierci Cynny w 84 r. p.n.e. już niepodzielnie jako przywódca stronnictwa popularów). Pompejusz jednak zwyciężył te oddziały i zmusił je do ucieczki, zaś Sulla doprowadził do kapitulacji armii konsularnej Lucjusza Korneliusza Scypiona, obiecując jego żołnierzom (w zamian za przyłączenie się do wojsk Sulli) wyższy żołd (Scypion zachował życie i został puszczony wolno). Tak oto Karbon już na początku wojny utracił dwie armie konsularne, oraz większą część południowej i środkowej Italii, a jego władztwo sprowadzało się przy końcu tego roku (83 p.n.e.) zaledwie do Lacjum, Etrurii, Umbrii i Galii Przedpadańskiej. Sulla - powiadomiony o bohaterstwie Pompejusza - wreszcie się z nim połączył, a powitany jak na wodza naczelnego przystało (żołnierze stali przystrojeni w galowe płaszcze i w paradnej zbroi), zwrócił się Sulla do tego zaledwie 23-letniego młodziaka słowami: "Witaj Imperatorze" (które to określenie zarezerwowane było tylko i wyłącznie dla dowódcy całej armii). Było to doprawdy niezwykłe widowisko, gdy stary polityk i wódz, mający na swym koncie wiele zwycięstw i uporczywie walczący o władzę imperatorską z Mariuszem, Cynną i Scypionami, teraz nie tylko zwracał się tym tytułem do młodzieńca - który jeszcze nie rozpoczął własnej kariery politycznej i nawet nie zasiadał w Senacie - ale także zdjął na jego widok swój hełm wojskowy, co było bez wątpienia niezwykłym wydarzeniem.

Nim do tego jednak doszło, w nocy, na dzień przed nonami miesiąca Kwinktilis, który to miesiąc dziś zwiemy już Julius (noc z 5 na 6 lipca 83 r. p.n.e.) Kapitol, ze swą sławną Świątynią Jowisza Największego Najlepszego - stanął w płomieniach (spłonął wówczas również egzemplarz proroctw Sybilli z Kum italskich). Ludzie powszechnie przywoływali sobie słowa wyroczni sybillińskiej, które brzmiały w odniesieniu do tysiąc setnej rocznicy upadku Troi, która to data przypadała właśnie na ten rok: "Kiedy spełni się okres dla życia ludzkiego najdłuższy (...) Wtedy, o Rzymie, pamiętaj, chociażbyś o sobie zapomniał - o tym, co powiem, pamiętaj (...) Cała zaś ziemia italska i cała kraina latyńska, berłu powolnemu twojemu, swój kark tobie odda pod jarzmo". Była to doprawdy przepowiednia iście przerażająca, tym bardziej że przypadała na okres, w którym to kapłani haruspikowie wyznaczali kres istnienia Rzymu, a czas ten liczono w tysiąc sto lat po upadku Troi, czyli dokładnie wówczas gdy toczyła się owa krwawa wojna pomiędzy Sullą a Karbonem i między stronnictwem optymatów a popularów. Spłonięcie Świątyni Kapitolińskiej było tylko tego potwierdzeniem i teraz dopiero spodziewano się nastania jeszcze większych klęsk i zniszczeń, aż po kres istnienia rzymskiego świata. Lud cały w trwodze zapełniał świątynie, gdzie w przejęciu i z wyraźnym lękiem oczekiwano trzeciego uderzenia pioruna, po którym to miała nadejść ostateczna zagłada Rzymu. Świątynia Jowisza na Kapitolu była bowiem tak stara, że pamiętała początki Republiki (dokładnie miała zostać otwarta 13 września 509 r. p.n.e.). Jej zniszczenie więc symbolizowało całkowity upadek dotychczasowego świata. Wówczas to, niesiony mistycznym zapałem, udał się Kwintus Sertoriusz na poszukiwanie Wysp Szczęśliwych i minąwszy Słupy Herkulesa (Gibraltar), dotarł ponoć do jakichś wysp na Zachodzie (były to Wyspy Kanaryjskie).




A tymczasem zbliżała się zima i dalsze walki odłożono do wiosny roku następnego. Jednak obie strony nie próżnowały i o ile Karbon zdołał odbudować utracone wojsko, o tyle Sulla powysyłał swych zwolenników do wielu pozaitalskich ziem, aby zdobyć tamtejsze placówki i tym samym uniemożliwić nadejście stamtąd jakiejkolwiek odsieczy dla popularów. Legat Sulli - Lucjusz Filip zajął wówczas Sardynię, wypędziwszy stamtąd mariańczyka - Kwintusa Antoniusza. Pompejusz zaś posłany został do Galii Narbońskiej (dzisiejsza Prowansja), aby wesprzeć tam propretora Kwintusa Cecyliusza Metellusa Piusa, który niezbyt dobrze radził sobie ze zwolennikami Mariusza. Ponoć gdy Pompejusz przybył na miejsce i miał już w dłoni rozkaz Sulli zastąpienia Metellusa Piusa na stanowisku dowódcy tamtejszych legionów oraz namiestnika Galii (południowej - gdyż reszta ówczesnej Galii wciąż była niepodległa i zdobędzie ją dopiero Juliusz Cezar w kampanii z lat 58-51 p.n.e.) stwierdził, że jako młodszy wiekiem i doświadczeniem nie zamierza odbierać dowództwa Piusowi, a jeśli tamten zechce, dołączy do niego i będzie go jedynie wspierał w dalszej wojnie. Ten oczywiście przystał na taki układ i wspólnie objęli kontrolę nad Narbonną oraz alpejskimi szlakami górskimi wiodącymi do Italii. Sukcesy Pompejusza, jego sława oraz uznanie w oczach Sulli, powodowały zazdrość drugiego wielkiego wodza - Marka Licyniusza Krassusa. On, który osiem miesięcy ukrywał się przed siepaczami Korneliusza Cynny w południowej Hiszpanii, teraz miał olbrzymie ambicje co do dalszej swej kariery u boku Sulli. Notabene z czasów gdy ukrywał się w Hiszpanii, przetrwała ciekawa opowiastka o tym, jak w ogóle przetrwał ten okres. Ponoć ukrywając się w pewnej grocie skalnej, stojącej nad brzegiem morza - żywność i wodę dostarczał mu wówczas jego przyjaciel - Wibiusz Pakcjanus, mający majatek w nieodległej równinie. Dbał on nie tylko o to, aby jedzenie było obfite i smaczne, ale również starał się zapewnić Krassusowi i inne przyjemności. Pewnego razu wziął bowiem ze sobą dwie piękne niewolnice i poszedł z nimi nad morze. Następnie kazał im wejść do jaskini i choć dziewczęta początkowo obawiały się na co mogą natknąć się wewnątrz, ten poradził im aby się nie bały, gdyż w środku znajdą ukojenie. Tam obie dziewczyny znalazły ukrytego Krassusa, który na pytanie skąd są i po co przyszły - odpowiedziały że pouczono je iż w środku odnajdą swego pana, który się tam ukrywa. Potem owe niewolnice przychodziły jeszcze co jakiś czas i stały się informatorkami Wibiusza czego jeszcze potrzebuje jego przyjaciel (jedna z tych niewolnic dożyła sędziwego wieku i potem już jako staruszka w czasach Oktawiana Augusta, wspominała tamte lata, gdy w grocie skalnej oddawała się miłosnym igraszkom z Krassusem, późniejszym pogromcą Spartakusa i jednym z członków - wraz z Pompejuszem i Cezarem - pierwszego triumwiratu z lat 60 r. p.n.e. - 53 r. p.n.e.). 


MAREK LICYNIUSZ KRASSUS 



Po ośmiu miesiącach takiego życia, gdy dowiedział się Krassus o śmierci Cynny (początek 84 r. p.n.e.) opuścił jaskinię i zaczął formować po okolicy swych zwolenników (ponoć miał nawet splądrować Malagę - czemu potem stanowczo zaprzeczał). Ostatecznie udał się najpierw do Afryki, gdzie wraz z Kwintusem Cecyliuszem Metellusem Piusem dotarł do Italii i tam przyłączył się do wojsk Sulli. Sulla miał o nim jednak znacznie gorsze zdanie, niż o Pompejuszu. Gdy wysłał go więc do kraju Marsów (środkowa Italia nad jeziorem Fucinius), ten jednocześnie zażądał ochrony, gdyż był to region opanowany przez przeciwnika. Sulla jednak odpowiedział mu na owe żądanie tymi oto słowy: "Daję ci strażników w twym ojcu, bracie, w przyjaciołach i w krewnych" (innymi słowy, już samo urodzenie i pozycja społeczna rodziny Licyniuszów miała być odpowiednią i wystarczającą gwarancją bezpieczeństwa). Swoją drogą doszło tu też do pewnego odwrócenia wektorów, gdy bowiem młody Krassus, nie mając zbyt dobrej opinii wśród sobie współczesnych (oczywiście zdania te były podzielone, bowiem dla przyjaciół potrafił być niesamowicie towarzyskim kompanem), o tyle Pompejusz zdobywał uznanie nie tylko swą przystępną naturą, ale i czynami bojowymi i stanowił przeciwwagę dla swego ojca, który raczej zapisał się niekorzystnie w opinii jemu współczesnych, zaś ojciec Krassusa na odwrót - był bardzo popularnym i niezwykle szanowanym obywatelem oraz dobrym dowódcą wojskowym. W tym przypadku jabłka padły więc znacznie dalej od jabłoni. Negatywną opinię o Krassusie Młodszym potwierdziły też oskarżenia z Umbrii, gdy zajął jedno z tamtejszych miast - Tudercję - ponoć przywłaszczył sobie dużą część majętności należących do tamtejszych mieszkańców. Oskarżony o to przed Sullą, zarzekał się iż próbowano go spotwarzyć oraz odebrać dobrą cześć jego rodzinie i całej formacji optymatów. Do dziś nie wiadomo jaka była prawda, gdyż niczego Krassusowi nie udowodniono, ale pamiętać należy że w swym życiu odczuwał on tylko dwie wielkie namiętności - do złota i do pięknych kobiet. 




W ciągu zimy (83/82 r. p.n.e.) Gnejusz Papiriusz Karbon zdołał odzyskać utracone wpływy w południowej Italii, a szczególnie kraj Samnitów. Poza tym konsulem nowego roku (82 p.n.e.) został 27-letni syn Gajusza Mariusza, noszący to samo imię co ojciec - Gajusz Mariusz Młodszy (drugim konsulem był oczywiście Karbon). Już samo nazwisko mobilizowało dotychczasowych weteranów jego ojca, którzy niezbyt chętnie garnęli się do służby w poprzednim roku. Teraz zaś, dowodzeni przez syna wielkiego Mariusza, zgłaszali się ochoczo, zdając sobie sprawę że ewentualna klęska ich patrona, będzie jednocześnie ich własną klęską a ziemie które otrzymali, przejdą we władanie weteranów Sulli. Tak oto po jednej i drugiej stronie głos decydujący w wojnie zaczęli zdobywać młodzi wodzowie, którzy jednak byli w taki czy inny sposób związani z wcześniejszymi układami, sojuszami oraz stronnictwami. Aby zdobyć pieniądze, potrzebne na wyposażenie i opłacenie wojska, Mariusz Młodszy zdecydował się na krok świętokradczy a mianowicie polecił ograbić z wszelkich kosztowności rzymskie świątynie, zaś pretor Lucjusz Damasyppus otrzymał rozkaz zabicia każdego, kto tylko odważy się w tej sprawie protestować (tak ponoć miał zginąć przewodniczący kolegium pontyfików - Kwintus Mucjusz Scewola. A należy też pamiętać że przewodniczący kolegium pontyfików był jednocześnie Najwyższym Kapłanem w Rzymie, zaś kolegium to - składające się z 4 patrycjuszy i 5 plebejuszy - wyznaczało święte dni w rzymskim kalendarzu, natomiast dom najwyższego Pontifexa musiał być zawsze otwarty dla ludu rzymskiego, jeśli ten tylko potrzebował wsparcia w kwestii religii czy duchowości. To właśnie z tego kolegium zostało przejęte w późnej epoce średniowiecza - kolegium kardynalskie a sam papież stał się następcą Pontifex Maximusa).

Z początkiem nowego roku (82 p.n.e.) linia frontu biegła od Kampanii na południu, przez kraj Samnitów, ku północnym wybrzeżom Adriatyku, jednak bardzo szybko ta sytuacja zaczęła ulegać zmianom. Oto bowiem Sulla ruszył na północ, w kierunku Lacjum, gdzie pod Sakryportem rozbił wojska Mariusza Młodszego, które próbowały zamknąć mu drogę na Rzym. Po klęsce Mariusz Młodszy zbiegł do pobliskiego miasta Praeneste, gdzie zamierzał się schronić, ale wieści o klęsce dotarły tu szybciej niż on sam i bramy miasta zastał już zamknięte. Jednak na wieść, że do środka zamierza dostać się syn wielkiego Mariusza, spuszczono mu z murów liny, po których musiał się wdrapać. Droga do Rzymu została otwarta dla wojsk Sulli, lecz ten forsownym marszem ruszył na północ, omijając stolicę, w której popularzy dopuścili się ostatniego pogromu nobilów, co do których istniała obawa iż potajemnie wspierają Sullę. Gdyby Sulla wkroczył wówczas do Rzymu, położyłby kres masakrze, ale ten postanowił najpierw ostatecznie rozprawić się wojskami Karbona, które stacjonowały w Etrurii, pod miejscowością Kluzjum. Tam też doszło do kolejnej bitwy w której wojska Sulli okazały się górą, ale nie udało im się ostatecznie rozbić nieprzyjaciela tak jak pod Sakryportem, zaś Karbon zdołał się wycofać najpierw do Galii Przedpadańskiej, gdzie poniósł ostateczną klęskę w bitwie pod Fawencją (na drodze emiliańskiej pomiędzy Ariminum a Placentią), a potem dostał się na okręt i uciekł z Italii, co też oznaczało że cała jego armia na północy albo została ostatecznie rozbita, albo też poddała się zwycięskiemu Sulli i innym jego wodzom (Krassus i Pompejusz wtargnęli z Picenum w dorzecze Tybru, Kwintus Metellus wkroczył na nizinę italską i miał swój udział w zwycięstwie Sulli w bitwie pod Fawencją), ewentualnie rozproszyła się, zdążając na południe. Front północny uległ całkowitemu rozbiciu i jedyną jeszcze siłą zdolną oprzeć się zwycięskim legionom optymatów, stały się nieliczne oddziały Mariusza Młodszego zamknięte w Praeneste, oraz 70-tysięczna armia samnicka pod wodzą Telesynosa, który zmierzał na odsiecz odciętemu Mariuszowi.




Już jednak kroczyły ku niemu dwie armie, jedna pod wodzą samego Sulli, a druga, mająca wyjść na jego tyły, pod dowództwem Pompejusza. Telesynos, dowiedziawszy się o zbliżających ku niemu legionach nieprzyjaciela i zdając sobie sprawę że owe połączone armie z pewnością rozbiją jego własne siły, postanowił wyjść temu naprzeciw i odciągnąć armię Sulli, pobić ją, a potem ruszyć na Praeneste, by tutaj zniszczyć siły Pompejusza. Dokonał iście genialnego manewru (który był powtórzeniem marszu Hannibala z Kapui sprzed ponad stu trzydziestu lat) i postanowił... zdobyć Rzym. Gdyby to mu się udało, z całą pewnością doprowadziłby do spalenia tego miasta (i wówczas przepowiednia Sybilli sprawdziłaby się w całej swej pełni, Rzym uległby zagładzie w ogniu płomieni, spalony przez samnijskich żołnierzy, których kolejne pokolenia marzyły by wreszcie tego dokonać na znienawidzonej stolicy swego wymuszonego sojusznika). Sulla jednak, powiadomiony o obejściu Telsynosa, podzielił swoje siły na dwa korpusy i ruszył za nim w pościg. Dopadł go już pod Rzymem, dziesięć stadiów od Bramy Kollińskiej - gdzie doszło do ostatecznej bitwy w tej wojnie domowej, której koniec miał jeszcze długo nie nastapić, przerywany kolejnymi buntami i ambicjami poszczególnych wodzów. O prawdziwych zamiarach Telesynosa w stosunku do Rzymu niech zaświadczy to, jak postąpił z witającymi go jako wybawiciela (spod rządów popularów) młodzieńcami z senatorskich rodów, którzy na koniach wyjechali aby powitać go u Bramy Kollińskiej. Telesynos jednak, bez zdania racji nakazał ich zrzucić z koni i zamordować. W mieście wybuchła panika, a kobiety wszczęły srogi lament, obawiając się nie tylko mordów swych ojców, synów i braci ale i gwałtów na nich samych. Telesynos zaś czekał, uradowany przerażeniem jakie potęgowała jego armia, stojąca u bram Wiecznego Miasta. Wreszcie w oddali dostrzeżono też pierwsze oddziały Sulli. Bitwa, która się wówczas rozpoczęła, była krwawa i niezwykle zacięta, a zwycięstwo długo niepewne. Na lewym skrzydle wojsk Sulli Rzymianie poczęli się cofać przed przeważającymi siłami niaprzyjaciela, a widząc to Sulla sam ruszył w to miejsce na białym rumaku i z obnażonym mieczem w dłoni. O mało tam wówczas nie zginął, gdy dwukrotnie ciśnięto w jego stronę oszczepy, lecz udawało mu się odskoczyć na koniu (potem owe cudowne ocalenie przypisywano figurce Apollina, jaką Sulla ponoć cały czas nosił na szyi). 




Jego interwencja na niewiele się jednak zdała, gdyż całe lewe rzymskie skrzydło zostało przerwane, a sam Sulla musiał schronić się w swym obozie. I w tym czasie poczęło mu się zdawać że stolica jest już stracona, przeto modlił się głośno do Apollina: "Apollo Pytyjski! Ty, który Sullę Korneliusza Szczęsnego już w tylu bitwach do sławy i wielkości wyniosłeś, chyba nie na to prowadziłeś go tutaj, by u bram ojczystego miasta powalić na ziemię i pozwolić mu zginąć najhaniebniej wraz ze wszystkimi jego współobywatelami". Dopiero nocą, gdy wydawało się już że bitwa została przegrana (nawet gruchnęła wiadomość o śmierci Sulli, która dotarła też i do Praeneste), do obozu Sulli przybył posłaniec od Krassusa z prośbą o prowiant dla żołnierzy i wiadomością że ten przeniósł się do miejscowości Antemna, gdyż w czasie bitwy na prawym skrzydle zmusił Samnitów do ucieczki w tamtym właśnie kierunku. Czyli nie wszystko było jeszcze stracone. Co prawda Samnici na lewym skrzydle byli górą, ale na prawym ponieśli całkowitą klęskę. Przeniósł się więc Sulla obozem pod Antemnę, gdzie do niewoli Krassusa dostało się 3000 żołnierzy nieprzyjaciela. Wódz naczelny obiecał im darowanie życia oraz wolność, jeśli przyłączą się do jego sił i sami napadną na swych współbraci. Jeśli by zaś odmówili - czekałaby ich natychmiastowa egzekucja - przyjęli więc tę nieszczęsną propozycję.




 Następnego dnia doszło do drugiej części bitwy pod Rzymem, która teraz zakończyła się już całkowitą klęską Samnitów. Wielu z nich, w tym sam Telesynos - zginęło w walce, zaś do niewoli ostatecznie dostało się 8000 żołnierzy nieprzyjaciela. Rzym był ocalony - Sulla Szczęśliwy, Rzeczpospolita w rękach optymatów - mógł więc ze spokojem zwycięski wódz wkroczyć w mury stolicy. Witany jak wybawiciel, na początku nakazał rozgłosić, by lud cały zgromadził się na arenie Cyrku Wielkiego, gdzie miano urządzić (wedle tego co rozgłaszano) wielkie widowisko. Jednocześnie polecił Sulla zebrać się senatorom w świątyni bogini Bellony (rzymska bogini wojny - siostra Marsa). Tam też przemówił do senatorów, zapowiadając nastanie nowych rządów które ocalą i odbudują Republikę. W tym samym czasie urządzono przedstawienie dla ludności, polegające na... zbiorowym uśmiercaniu wziętych do niewoli samnickich wojowników (i to pomimo danego wcześniej przez Sullę słowa o darowaniu im życia). Po kolei, w okrutny sposób mordowano ludzi, aż wreszcie 8000 samnickich jeńców, wśród krzyków odcinanych im członków (najpierw odcinano im ręce i nogi, niekiedy również nosy i uszy, ale z reguły pozostawiono tak aby się wykrwawili lub dobijano ich) - wyzionęło ducha a piasek Cyrku Wielkiego zabarwił się na kolor czerwony od nadmiaru przelanej krwi. Była to jednocześnie zapowiedź nadejścia zemsty, jaka czekała nobilów pod nowymi, sullańskimi rządami. Zemsty, która bez wątpienia dla Sulli była wyczekiwaną od dawna rozkoszą bogów.




CDN.

29 stycznia 2026

HISTORIA ŻYCIA - WSZECHŚWIATA - WSZELKIEJ CYWILIZACJI - Cz. XXXII

STWORZENIE
ADAMA i EWY
cz. II


ADAPA
PIERWSZY BIBLIJNY 
ADAM




Po udanym eksperymencie z pierwszym "ludzkim małpoludem" (a należy pamiętać że przed narodzinami pierwszego Adamu podjęto się wielu nieudanych krzyżówek, które doprowadzały do najróżniejszych ułomności - jak np. upośledzenie umysłowe, lub tworzyły prawdziwe dziwolągi: ludzie-ptaki, ludzie-węże itd.). Enki postanowił stworzyć więcej takich istot, których przeznaczeniem miała być ciężka praca w kopalniach przy wydobywaniu złota, potrzebnego do uratowania planety-okrętu Nibiru. Wybrał więc do tego zadania czternaście "bogiń" (czyli nibiruańskich kobiet), których zadaniem miało być urodzenie czternaściorga Adamu, a raczej LU-LU. Podzielił te kobiety w taki sposób, że siedem z nich miało urodzić chłopców a siedem kolejnych - dziewczynki. Tak też się stało, co potem powtarzano jeszcze przez jakiś czas, gdyż Nibiruanie domagali się zwiększenia ilości prymitywnych LU-LU. Ale to wszystko trwało zbyt długo, poza tym... nowo stworzony niewolnik był bezpłodny - nie mógł się sam rozmnażać, co powodowało  wyczerpującą konieczność ciągłych narodzin nowych osobników przez specjalnie do tego zadania wyselekcjonowane "boginie". Trwało to przez jakiś czas, aż w końcu ciągłe porody doprowadziły do fizycznego wyczerpania Nibiruanek. Gdy zaczęły się pierwsze zgony wśród tych kobiet, Enki uznał że dotychczasowa metoda "produkowania" prymitywnych robotników, nie powiodła się. Była zbyt długa, kosztowana i niezwykle mecząca a i tak nie dawała w pełni satysfakcjonujących rezultatów ze względu na dużą ilość zwierzęcych cech wśród nowo stworzonych LU-LU. Enki długo myślał jak udoskonalić nowo narodzone istoty, "dodając" im m.in.: umiejętność rozmnażania, oraz jak ograniczyć (lub wyeliminować) wśród nich cechy zwierzęce.

Na niewiele się to zdało - projekt, którego był (wraz z Ninhursag) autorem, zdawał się być jedną wielką klapą. Dopiero pojawienie się na Ziemi plejadiańskich osadników, którzy pod wodzą ich króla (imieniem PELAGON) doprowadzili do przyspieszenia prac nad projektem - zmieniło całkiem sytuację. Pelagon zjawił się jednak na Ziemi dopiero ok. 49 000 lat temu (czyli jakieś 150 000 lat po urodzeniu przez Ninlil pierwszego Adamu). Dokonano wówczas czegoś, co zwie się "pomieszaniem genów". Postanowiono całkowicie zrezygnować z prymitywnych istot żyjących na Ziemi, jako pośredniczek przy zapłodnieniu ich komórek jajowych przez SZIRU któregoś z Nibiruan. Zamierzano odtąd stworzyć istotę, która będzie w całości zapłodniona i zrodzona przez "bogów". W tym celu "pomieszano geny" Enkiego i Pelagona tak, aby stworzyć "wspólne" SZIRU (pracowano nad tym dość długo bo ok. 300 lat, by sperma jednego i drugiego zbiła się w jedną całość na poziomie molekuł). Gdy to się w końcu udało, tak "stworzonym" SZIRU zapłodniono komórkę jajową samej Ninhursag. Cały proces był skrupulatnie monitorowany, a każde niepowodzenie mogło nawet spowodować śmierć "bogini". Obawiano się najróżniejszych powikłań związanych z zapłodnieniem, ciążą czy (co szczególnie) samym porodem. Obawiano się także, by z tak połączonych genów nie zrodził się jakiś potwór (co już wcześniej przecież miało miejsce, o czym wspomniałem wyżej), oraz tego, by organizm Ninhursag zaakceptował tak "dopracowany" zarodek. Ciąża trwała normalnie dziewięć miesięcy i zakończyła się pełnym sukcesem.




Ok. 48 700 lat temu narodziło się dziecię, które otrzymało imię - ADAPA. Było to dziecko doskonałe, powstałe z połączenia dwóch ras (a w zasadzie to co najmniej pięciu, licząc geny Enkiego, Ninhursag i Pelagona). Ninhursag była oczarowana swym potomkiem i jako matka - obdarzyła go wielką miłością oraz opieką. Ojcem został Enki (Pelagon nie wtrącał się w wychowanie Adapy), który z biegiem lat przekazywał mu swą wiedzę na temat świata i najróżniejszych umiejętności. Dziecko było otoczone ciepłem i rodzicielską miłością, miało też zapewnione wszelkie wygody w ogrodzie EDEN, oraz całkowite bezpieczeństwo. Zamierzano uczyć dziecko wszystkiego, co mogłoby mu się przydać w życiu, lecz nie traktowano go jak niewolnika czy robotnika - był po prostu ich synem i jako "Syn Bogów" miał zostać... panem EDENU (taki był plan Ninhursag, do którego to namówiła Enkiego a ten ponoć się zgodził). Pozostawało co prawda przekonać do tego innych Nibiruan, ale i z tym zamierzano sobie poradzić, jako że ADAPA pozbawiony był cech zwierzęcych, nie miał też żadnych genów istoty znanej jako Homo Erectus. Był wspólnym dzieckiem Enkiego i Ninhursag (oczywiście przy udziale Pelagona, ale o tym nie wspominano). Natomiast w najstarszych opowieściach Nibiruan (pochodzących jeszcze z ich rodzinnej planety - Malony) dziecię zrodzone z brata i siostry, pochodzących z królewskiego rodu - ma pierwszeństwo w walce o tron, z potomstwem zrodzonym z innymi "bogami". Adapa był więc oczkiem w głowie swych rodziców i przeznaczono go z góry na tego, który: "Uczyni sobie tę Ziemię poddaną" - jak głosi Biblia. Teraz zaś nowemu ADAMOWI brakowało jedynie partnerki, by mogli założyć dynastię i panować nad Edenem jako król i królowa. Lecz wkrótce i o tym pomyśleli jego rodzice.



PIERWSZA KOBIETA
"DRZEWO POZNANIA" i...
POWSTANIE WĘŻOWEGO BRACTWA




"Wtedy to Pan sprawił, że mężczyzna pogrążył się w głębokim śnie, i gdy spał wyjął jedno z jego żeber (...) Po czym Pan Bóg z żebra, które wyjął z mężczyzny, zbudował niewiastę"

(Rdz. 2, 21-24)


Na samym wstępie pragnę od razu coś wyjaśnić. Przede wszystkim należy wyjaśnić trzy kwestie, które wyżej potraktowałem trochę po macoszemu. Po pierwsze - pisząc o ADAPIE - czyli pierwszym człowieku zrodzonym i spłodzonym "z bogów" (czyli z Ninhursag, Enkiego i Pelagona), wciąż piszę o niemowlęciu, lub dziecku do drugiego roku życia - a nie o dorosłym mężczyźnie, tak jak to przedstawione zostało w Biblii. Wszystko co napisałem o Adapie, odnosiło się do dziecka, a nie do w pełni dojrzałego mężczyzny - to po pierwsze. Po drugie - o ile pierwszego LU-LU stworzono w afrykańskiej bazie Enkiego w ABZU, o tyle narodziny Adapy, miały miejsce w Shuruppak - ośrodku medycznym, będącym pod kontrolą Ninhursag. Shuruppak, wraz z pozostałymi ośrodkami (Sippar - Nippur i E.DIN), tworzyły cztery ziemskie bazy Nibiruan, które określano jedną wspólną nazwą - EDEN. Tak więc nasz przodek, pierwszy człowiek na Ziemi (mam tu na myśli naszą, ziemską linię genetyczną) narodził się w Edenie, a nie w ABZU - to z kolei po drugie. Po trzecie wreszcie - to stosunek innych Nibiruan do Adapy, który (co szczególnie ciekawe) był bardzo przyjazny (nawet Enlil - brat i konkurent Enkiego do władzy, uznawał go za jednego z "bogów" - Nibiruanina - i pozwalał poruszać się po całym ogromnym obszarze Edenu). Enki był jego ojcem, wychowawcą i nauczycielem, Ninhursag matką, a inni "bogowie" byli jego kompanami i przewodnikami po tym nowym, nieznanym świecie.

Dziecko rosło i rozwijało się znakomicie, bawiąc się i ucząc otoczone miłością i szczęściem. Jego rodzice jednak nie chcieli by był sam - chcieli dać mu towarzyszkę, z którą potem będzie się mógł rozmnażać i "zdobywać świat". Gdy wiec Adapa ukończył drugi rok życia, Ninhursag utuliła go do snu, po czym... pobrała jego nasienie. Następnie tym nasieniem zapłodniła swą własną komórkę jajową, by dać Adapie nową towarzyszkę zabaw. Po dziewięciu miesiącach na świat przyszła dziewczynka (płeć dziecka została wybrana od samego początku), nadano jej imię... Lilith. Dzieci szybko się polubiły i rosły, spędzając czas na wzajemnych zabawach i nauce. Gdy Adapa i Lilith osiągnęli już pełnoletność - pobrali się. Ceremonia odbywała się zgodnie z plejadiańskim obyczajem zaślubin, a na ślub i "wesele" przybył drugi ojciec Adapy, król ERRY - Pelagon. Odtąd Adapa i Lilith byli mężem i żoną. Adapa był uczony przez Enkiego i przygotowywany do zajęcia kluczowej pozycji zarówno w samym Edenie, jak i w Wielkiej Radzie Nibiruan. Enki, aby przekazać mu swą wiedzę, założył specjalną szkołę w Edenie i nazwał ją : "Wężowym Bractwem". W Wężowym Bractwie Enki zamierzał przekazać Adapie i Lilith (oraz oczywiście ich potomkom) całą wiedzę na temat ich niebiańskiego pochodzenia, historii Nibiru, planety Malona, historii Federacji Galaktycznej i konfliktu z Gadami - jednym słowem, wszystkiego co uważał za konieczne, by jego potomek był dokładnie przygotowany do pełnienia w przyszłości kierowniczej roli wśród Nibiruan.




Ale nie podobało się to jednemu z "bogów" - Enlilowi. Synonimem wiedzy, przekazywanej w Wężowym Bractwie - jest oczywiście biblijne Drzewo Poznania Dobra i Zła, a biblijnym Bogiem, zakazującym Adamowi i Ewie "spożywać z niego owoców" - był oczywiście... Enlil. Enlil obawiał się że zbyt duża wiedza, ofiarowana Adapie i Lilith, może zagrozić jego władzy oraz pozycji jego potomków. Poza tym obawiał się również, że zbyt duży nadmiar wiedzy, może doprowadzić Adapę do szaleństwa, a w konsekwencji może on zniszczyć (lub próbować zniszczyć) cały Eden. Enlil nie pragnął jednak ogłupiać Adapę, chciał jedynie by wiedza, którą miał zdobywać - płynęła do niego powoli, okresowo, falami, a Enki zaś pragnął przekazać synowi jak najwięcej posiadanej przez siebie wiedzy. Dowód na to że Enlil nie miał złych zamiarów w stosunku do Adapy i Lilith, świadczy, iż otoczył ich w Edenie szczególną ochroną, a dodatkowo powierzył nad nimi pieczę syriańskim kolonistom. Enki zaś, choć nazwa jego szkoły (jak i jego własne pochodzenie) świadczyło o dużej ilości gadzich cech - pragnął ochronić syna i jego żonę przed eksterminacją z rąk... Reptilian (a ci właśnie mieli takie plany). Dlatego też środki bezpieczeństwa podjęte przez Enkiego, Ninhursag i Enlila - prowadziły do zapewnienia jak największej ochrony i bezpieczeństwa "pierwszej ludzkiej pary". Enki uznał jednak że najlepiej będzie jeśli Adapa i Lilith będą potrafili sami się dodatkowo obronić. Aby im to umożliwić - założył właśnie "Wężowe Bractwo".

Prócz normalnych zajęć, uczył ich również technik operowania energią, przekazywał sekrety geometrii, oraz uczył otwartości dla aspektu duchowego. Co ciekawe - prowadził również (wbrew woli Enlila) nauki seksualne (Enki był wielkim kobieciarzem i jego nauki były zapewne niezwykle barwne i dosadne). Enlil nie godził się jednak na to. W sumeryjskich tekstach zachowały się opisy wzajemnych kłótni pomiędzy braćmi, właśnie na temat "nauczania seksualnego". Enlil uważał że im później Adapa i Lilith skosztują tego "zakazanego owocu" - tym lepiej dla nich samych, Enki był zaś przeciwnego zdania. Enlil starał się udowodnić bratu, że powinien przede wszystkim postawić na aspekt duchowy, aspekt "Boskiej Kreacji", natomiast po-małżeńskie nauki seksualne powinien odłożyć na czas nieokreślony. Enki odmówił i kontynuował nauki - wkrótce doszło do pierwszego poważnego wstrząsu, jednak nie pomiędzy Enlilem a Enkim, lecz... między Adapą a Lilith.  




CDN.

28 stycznia 2026

UMIERAMY I CO DALEJ? - czyli co się z nami dzieje po śmierci? - Cz. VIII

SAMOBÓJSTWO 
I CO DALEJ?





Czym jest nasze ciało? Do czego służy i do czego jest nam potrzebne? Jak to do czego - odpowiemy, ciało służy nam do poruszania się, mówienia, pisania, czytania etc. etc. etc. Innymi słowy służy nam do życia. Zresztą ciało to my, jak uważają miliony ludzi na całym świecie. Ja jednak pozwolę sobie odpowiedzieć na to pytanie, posługując się sformułowaniami ludzi, będących w stanie hipnozy. Oczywiście różni ludzie, różnie określają pewne "cielesne" aspekty naszego jestestwa, jednak całość sprowadza się do niepodważalnego stwierdzenia - nasze materialne ciało jest naszym darem, jest skarbem o który powinniśmy się troszczyć. My je zasiedlamy, jesteśmy więc jego właścicielami, choć nie oznacza to że możemy z nim zrobić co nam się rzewnie podoba. My o tym nie pamiętamy, ale "Ktoś" - "Gdzieś" obdarzył nas zaufaniem. Uwierzono w naszą odwagę i umiejętność pokonywania trudności. Tym bardziej że każde kolejne ciało, było przez nas wielokrotnie oglądane (w rożnych aspektach przyszłego życia), wielokrotnie też pytano się nas - czy to jest już nasz ostateczny wybór oraz czy to wybrane przez nas ciało nam odpowiada? Wówczas nie protestowaliśmy, stwierdziliśmy że jest dobre, że czekające nas w nim doświadczenia (głównie te negatywne), damy radę pokonać. Odbierając sobie życie - jednocześnie łamiemy dane (zarówno Przewodnikowi jak i Założycielom) słowo. Nic dziwnego że Oni nie są zadowoleni z naszej postawy.

We wcześniejszych tematach opisałem już jak wygląda rozmowa Przewodnika z duszą, która dopuściła się samobójstwa. Teraz chciałbym opisać jak wygląda rozmowa takiej duszy z... Założycielami. To właśnie Założyciele są najmniej zadowoleni z naszej postawy, gdyż udowodniliśmy naszą niedojrzałość, a Oni przecież wielokrotnie (przed narodzinami duszy w owym ciele) pytali się: "Czy to ciało ci odpowiada, czy je chcesz - czy to jest Twoja ostateczna decyzja?". Na te pytania udzielaliśmy twierdzących odpowiedzi, a potem... daliśmy plamę. Tak więc taka dusza staje przed Radą Założycieli, w miejscu, gdzie wcześniej sama wybierała sobie kolejne ciało. Dusza idąc na takie "spotkanie" już od razu wie, że będzie ono trudne, gdyż będzie musiała wyjaśnić konkretne przyczyny swego postępowania. Ona sama zaś już dobrze wie że popełniła głupstwo. Pewien mężczyzna poddany hipnozie, opisuje właśnie rozmowę z Założycielami, przed którymi stanął po swej ostatniej śmierci w wyniku samobójstwa. Założyciele/Starsi zapytali: "Dlaczego kolejny już raz pojawiasz się tutaj tak wcześnie? Czy nie nauczyłeś się jeszcze, że ten sam test, staje się jeszcze trudniejszy z każdym kolejnym wcieleniem, które zbyt wcześnie kończysz? Zachowałeś się nieodpowiedzialnie i samolubnie, uciekłeś pozostawiając na Ziemi swych bliskich. Ile jeszcze razy uciekniesz, ile razy odrzucisz dobre ciała, które ci dajemy? Prosimy byś nas powiadomił, gdy już zdecydujesz się zaprzestać litować nad samym sobą i wreszcie docenisz swoje własne możliwości".

Co ciekawe, w tym życiu ów pacjent również próbował popełnić samobójstwo, choć jego ciało nie ma żadnych "defektów", jest zdrowy, silny - nie potrafił jednak tego docenić, wciąż czegoś szukał. Po wizycie u hipnoterapeuty i sesji hipnotycznej którą odbył - ponoć na wspomnienie rozmowy z członkami Rady Założycieli/Starszych, od razu przechodzi mu myśl o samobójstwie, która ciągle jeszcze gdzieś kołacze mu się w głowie. Jaki wiec był efekt rozmowy z Założycielami dla duszy owego mężczyzny? Na pewno sama myśl o tym działała na niego odstraszająco, gdyż nie chciał kolejny już raz stawać przed "Starszymi" i tłumaczyć się ze swojej niedojrzałości i nieodpowiedzialności. Jednak czy na samej "trudnej" rozmowie z Założycielami cała sprawa się kończy? Otóż nie! Są dwa rodzaje działania w przypadku dusz-samobójców. Pierwszy dotyczy jedynie tych dusz, którym samobójstwo się po prostu "przydarzyło", choć nie mieli ku niemu najmniejszych powodów (ich ciała były młode i zdrowe). Wówczas (na własną prośbę), owa dusza wybiera sobie kolejne ciało i "dość szybko" (nawet w przeciągu kilku - 2-5 lat od samobójstwa), powraca ponownie na Ziemię, rodząc się w wybranym przez siebie ciele, by jak najszybciej "dokończyć" zadania i przeżyć doświadczenia (głównie te traumatyczne i bolesne), przeznaczone dla poprzedniego ciała. Inaczej sytuacja wygląda dla dusz tzw.: "recydywistów", którzy mają tendencję do częstego "wypisywania się" z życia.

Te dusze są kierowane do miejsca izolacji, które dana dusza sama sobie wybiera. Może to być na przykład jakaś piękna, kwitnąca, niezamieszkała planeta, gdzie dana dusza w izolacji rozmyśla nad swoimi wyborami. Często odwiedza ją tutaj jej Przewodnik, któremu ona zwierza się ze swoich przemyśleń i wniosków do jakich doszła w owej "samotni". Gdy zarówno dusza jak i jej Przewodnik, dojdą do wniosku że czas kontemplacji dobiegł końca - udają się z powrotem do "Świata Dusz" i owa dusza wraca do swojej grupy Przyjaciół. Nie wszystkim duszom jednak udaje się rozwiązać problemy swojej "ziemskiej fizyczności". Niektóre dusze (pochodzące z innych planet), mogą nie potrafić dostroić się do ziemskich wibracji, dlatego też takie dusze już więcej nie powrócą w swych materialnych wcieleniach na Ziemię, a trafią na te planety, na których wcześniej inkarnowały. Innym sposobem radzenia sobie z duszami popełniającymi "błąd samobójstwa" (prócz dobrowolnego odosobnienia na odludnej planecie, lub szybkich ponownych narodzinach na Ziemi), jest także głęboka, ponowna regeneracja energii owej duszy. Owa regeneracja polega na dokładnym przestudiowaniu wcześniejszych aspektów życia, które doprowadziło do tragicznego finału, zakończonego samobójstwem. A gdzie dusza ma możliwość przejrzenia swych wcześniejszych wyborów i alternatywnych scenariuszy swego niedawno zakończonego życia - jak nie w bibliotece? Pewna kobieta poddana hipnozie, opowiedziała hipnoterapeucie że poprzednie jej życie zakończyło się właśnie samobójstwem. Dokonała tego jako młoda, 16-letnia dziewczyna, a powodem była ciąża w którą zaszła oraz niespodziewana śmierć ojca jej nienarodzonego dziecka. Dziewczyna żyła w wiosce w XIX-wiecznej Anglii. Mężczyzna z którym zaszła w ciążę, był w "Zaświatach" członkiem jej grupy docelowej. Nie widząc dla siebie innego wyjścia (bała się by wieś nie uznała jej za "ladacznicę" z bękartem), postanowiła zakończyć swe życie i utopiła się w jeziorze. W drodze do "Świata Dusz", zaraz na powitanie jej Przewodniczki, była bardzo niezadowolona, gdyż uznała że wydarzenia z jej życia potoczyły się zupełnie innym torem, niż ona to wcześniej widziała podczas wyboru nowego życia wśród Rady Założycieli. Na spotkanie i uspokojenie (dusza owej kobiety była dość wzburzona tym, czego musiała dokonać) wyszła również dusza jej chłopaka, który zginął podczas pracy przy remoncie dachu jednego z pobliskich domów. On również miał wybór, ponoć jakaś wewnętrzna siła odradzała mu przyjęcie tej roboty - mimo to zdecydował się na to. To miała być lekcja głównie dla niej, chodziło o sprawdzenie jak silna wewnętrznie jest dusza owej kobiety. Sądzono że poradzi sobie ze stratą ukochanego, gdyż zarówno jej Przewodniczka, jak i dusza owego mężczyzny z jej grupy - sądzili że jest do tego wystarczająco przygotowana (wcześniejsze jej inkarnacje potwierdzały owe przypuszczenia).

Ona jednak nie poradziła sobie z tymi problemami. Bała się nie tylko oskarżeń o cudzołóstwo, określeń - "ladacznica", czy niechęci mieszkańców owej wioski w której mieszkała, lecz także tego, z czego utrzyma siebie samą i swe nienarodzone dziecię. Bała się że nawet jeśli wyjedzie do Londynu, będzie zmuszona się prostytuować by zarobić na chleb. Uznała że to, tak gwałtownie zakończone życie, było nie tylko zmarnowane, lecz także że nie potoczyło się według przestudiowanych wcześniej wariantów, wedle których miała wyjść za mąż za swego chłopaka, urodzić mu dzieci i żyć z nim długo w owej wiosce. Jej Przewodniczka wyjaśniła, że przeglądany przez nią wariant wydarzeń był tylko... jedną z możliwych alternatyw. Wszystko w tym momencie zależało od jej chłopaka, gdyby nie przyjął owej pracy na dachu (jak podpowiadał mu "wewnętrzny głos"), nie zginąłby tam i "być może" (gdyż w przypadku gdyby nawet jej chłopak nie zginął i pobraliby się, czyhały i inne... "doświadczenia", które w taki czy inny sposób mogłyby "zamotać" jej życiem). Chodziło po prostu o to, by sprawdzić jej wewnętrzną odporność i samodyscyplinę na fizyczne i psychiczne "życiowe wstrząsy" i cierpienia. Było to konieczne, gdyż dusza owej kobiety miała wkrótce otrzymać swoją własną grupę młodych dusz-uczniów i stać się ich początkującą Przewodniczką. Jej Przewodniczka wytłumaczyła, że jeśli chce kiedykolwiek pomagać innym (szczególnie tym niedoświadczonym, młodym duszom) w trudnych życiowych sytuacjach, sama najpierw musi pokonać własną słabość i ograniczenia. Kobieta jednak postanowiła dokładniej sprawdzić swe poprzednie życie (i idące za tym alternatywne jego warianty) w Jej osobistej Księdze Życia, mieszczącej się w bibliotece.





BIBLIOTEKA


Następnie owa kobieta przybywa do wielkiej sali, w której mieści się Biblioteka Dusz. Na powitanie wychodzi jej Przewodnik-Bibliotekarz, który zaprasza ją do niewielkiego pomieszczenia, gdzie będą mogli swobodnie porozmawiać nie przeszkadzając innym duszom w "lekturze" ich Ksiąg Życia (wedle opisu kobiety - dusze siedzą obok siebie, przy bardzo długich, potężnych, marmurowych stołach). W pokoju - do którego zaprasza duszę owej kobiety Bibliotekarz, znajduje się jedynie niewielki "stolik" i "krzesło" (indywidualne wyobrażenia duszy). Bibliotekarz niesie w ręku grubą księgę, którą kładzie na stole w sposób pionowy i ją otwiera, a obok kładzie zwój, który miał pod pachą. Zwój ów pokazuje różne grubsze i cieńsze linie, wszystkie wychodzące od jednej najgrubszej linii, niczym gałęzie od korony drzewa. Są to linie życia, jej poprzedniego życia! Grube linie to główne doświadczenia, które należy w życiu przeżyć, cienkie linie to okoliczności, alternatywy i przeciwieństwa prawdopodobieństwa. Innymi słowy, grube linie to główne warianty naszego życia które mieliśmy przeżyć, cienkie to ich alternatywy, których doświadczyliśmy poprzez nasze prywatne wybory (Wolna Wola). Bibliotekarz tłumaczy dziewczynie że popełniła błąd odbierając sobie życie, lecz jego wykład przerywa... głośna pretensja kobiety, która krzyczy do Niego: "Dlaczego sam nie spróbowałeś mojego życia, łatwo jest krytykować, to było naprawdę ciężkie życie, sam tego nie doświadczyłeś, więc mnie nie krytykuj".

Na te słowa Bibliotekarz nagle opuszcza pokój i zostawia duszę kobiety samą. Po chwili jednak wraca, niosąc w rękach inną księgę. Kładzie ją na stole obok tej wcześniejszej i otwiera, po czym wydarzenia przebiegają niczym w puszczonym właśnie filmie. Księga Życia pokazuje mężczyznę ginącego na arenie cyrkowej i rozrywanego na strzępy przez dzikie zwierzęta. Owym mężczyzną, który zginął za wiarę chrześcijańską w czasach Cesarstwa Rzymskiego, był właśnie ów Bibliotekarz, a to było jedno z Jego wcześniejszych wcieleń. Następnie ów Przewodnik odkłada swą księgę i ponownie otwiera Księgę Życia kobiety. Na pierwszej stronie wyświetla się obraz powstania Wszechświata (naszego Wszechświata), na następnej nasz układ słoneczny i Ziemia - docelowe miejsce inkarnacji duszy tej kobiety. Potem Bibliotekarz przerzuca kilka stron dalej i na "ekranie" Księgi Życia pojawia się wioska w Anglii, w której żyła dusza tej kobiety podczas ostatniego wcielenia (należy tutaj wyjaśnić, że sceny z Księgi Życia nie są jedynie odwzorowaniem i zapisem tego co już było - lub będzie - są niezwykle rzeczywiste, wręcz namacalne dla duszy). Archiwista pokazuje jej scenę, podczas której odebrała sobie życie topiąc się w jeziorze, a następnie... tę samą scenę znad jeziora, gdzie pokazana w niej dziewczyna, po długim namyśle, stojąc nogami w wodzie - rezygnuje z samobójstwa i wraca do wioski. Następnie pokazane są wydarzenia które mogłyby się odbyć, gdyby dziewczyna nie odebrała sobie wcześniej życia.

W jednej z nich dziewczyna opowiada swej matce o ciąży z mężczyzną, który niedawno uległ śmiertelnemu wypadkowi. Matka nie jest zadowolona tym faktem, ale obejmuje córkę, pociesza, wspólnie płaczą. Tutaj też są alternatywy, jedną z nich jest wyprowadzka całej rodziny owej dziewczyny (ojca i matki) wraz z nią do innej wioski. Tam dziewczyna rodzi piękną córeczkę, a po jakimś czasie wychodzi za mąż za innego mężczyznę. W jeszcze innej alternatywie - w której też zrezygnowała ona z popełnienia samobójstwa - wraca do domu i informuje ojca o ciąży. Ten krzyczy na nią i karze się wynosić z domu. Daje córce trochę pieniędzy i każe wyjechać do Londynu, by znalazła sobie pracę jako służąca. W tej alternatywie, po przybyciu do Londynu, pieniądze szybko się kończą, a pracy nie ma. Zostaje więc prostytutką i w końcu umiera młodo, pobita na śmierć podczas jednego z "miłosnych spotkań". Dziecko trafia do sierocińca, gdzie... także umiera. W trzeciej alternatywie ojciec również wyrzuca ją z domu, lecz pozwala poczekać na wędrownego handlarza z którym zabierze się (po wcześniejszym opłaceniu podróży przez ojca dziewczyny) do innych wiosek. W jednej z nich znajduje pracę na służbie w pewnym majątku ziemskim, informując swych pracodawców że jej mąż został zabity a ona jest wdową z nienarodzonym dzieckiem. Lata mijają, ona nadal pracuje na farmie, lecz jej córeczka wyrasta na zdrową i piękną dziewczynę.

Alternatyw jest więcej, ale dusza owej kobiety prosi o zakończenie seansu, czuje się przybita i zmęczona emocjonalnie. Wie że popełniła głupstwo odbierając sobie życie, lecz czuje, że nie jest jeszcze gotowa na ponowny wybór kolejnego wcielenia i "szybkie" narodziny na Ziemi. Wybiera odpoczynek i osamotnienie, chce przemyśleć swe wybory i kolejne możliwości wcieleń. Często też odwiedza Bibliotekę, by śledzić swe poprzednie wcielenia i ich alternatywne wybory w Księgach Życia. Księgi Życia tylko z nazwy (i "okładki") przypominają książki. Wewnątrz są bardziej podobne do laptopów i konsoli, na których odtwarzane są sekwencje życia w sposób "filmowy". Dusza nie tylko może je obserwować, ale także (jeśli zechce)... bezpośrednio w nich uczestniczyć, poprzez oddzielenie części swej energii i "wejście" do Księgi Życia. Może tam uczestniczyć w wydarzeniach na dwa sposoby - bierny, jako tzw.: "duch", obserwujący wszystko z boku, lub też jako wybrana fizyczna postać, która może nawet... zmienić autentyczny bieg wydarzeń w tamtym życiu. Przypomina to trochę grę, w którą możemy się zaangażować osobiście i wybrać sobie "postać", którą w tej grze będziemy odgrywać. Oczywiście fakt iż my zmienimy sekwencje naszego życia, wybierając daną postać, nic nie znaczy, służy bardziej rozrywce niż rzeczywistej zmianie, bowiem to, co się już wydarzyło (poprzednie wcielenie), zostało natychmiast w taki sposób "zarejestrowane" i zmienić tego dusza już nie może. Mimo to "dla rozrywki" dusza może dane wydarzenia ze swojej Księgi Życia cofać, przyspieszać, zatrzymywać itd.

Inny przypadek to mężczyzna, który odwiedził Bibliotekę po szczególnie okrutnym życiu, podczas którego zadawał wielu ludziom cierpienie i wielu uśmiercił. Teraz pragnie prześledzić poprzednie wcielenia i obejrzeć swe ewentualne kolejne wybory pod względem celów, jakie sobie stawia w przyszłym życiu. Na spotkanie wychodzi mu Przewodniczka-Bibliotekarka o "jasnych włosach". Uśmiecha się i zaprasza go do stołu. Według przekazu mężczyzny, Biblioteka jest lśniąco biała, pod ścianami stoją rzędy regałów z dużymi, grubymi księgami. Na środku stoją marmurowe stoły, które nie mają końca (przynajmniej dusza nie jest w stanie dostrzec ich końca). Przy nich siedzą dusze przeglądające swe Księgi Życia, lub ewentualne kolejne wybory następnych wcieleń. Pomiędzy poszczególnymi duszami panuje spora przestrzeń, każdy więc w samotności i spokoju może analizować swe wybory i kolejne alternatywy. Każda dusza wie, gdzie szukać swoich Ksiąg Życia, gdyż mienią się one intensywniejszym od innych blaskiem, ale (co ciekawe) dusze same nie zdejmują ich z półek, czynią to za nich Przewodnicy-Bibliotekarze. Łatwo jest odgadnąć którą z okoliczności należałoby prześledzić, gdyż poszczególne rozdziały (które powinniśmy przejrzeć) świecą się impulsywnie poprzez umieszczone na nich symbole (dość pogmatwany opis hipnotyczny, świadczy jednak o tym iż nie zawsze świadomy ludzki umysł jest w stanie przetłumaczyć to, co widzi na "Tamtym Świecie").

Podczas przeglądania Księgi Życia, część energii owego mężczyzny wniknęła w wydarzenia dziejące się autentycznie w jego poprzednim życiu, najpierw w formie realnej (to znaczy takiej, jaka była w rzeczywistości), podczas której on krzywdził innych ludzi - zabijał i gwałcił młode kobiety. Lecz chwilę potem relacje się odwróciły, to on był bity i gwałcony przez innych mężczyzn. Czuł to wszystko osobiście, gdyż część jego energii wniknęła do Księgi Życia. To była zmienna rzeczywistość o której wyżej wspomniałem, czyli taka, która nie wydarzyła się realnie podczas jego życia, ale która mogła się wydarzyć. Doświadczył tego, czym sam obdarowywał innych, choć oczywiście trwało to zaledwie chwilkę i w żadnym razie nie zmieniło to wydarzeń z jego poprzedniego życia zawartych w Księdze. Było jedynie rodzajem lekcji, jaką doświadczył i mogło być przydatne podczas wyboru nowego wcielenia. Co ciekawe "fizyczność" owych krótkotrwałych zmiennych scen, które realnie się nie wydarzyły, pokazuje jedno - że (tak naprawdę) prawo przyczyny i skutku także jest iluzją, jak cały ten materialny świat. Ma ono bowiem za zadanie kontrolować nasze poczynania i trzymać w ryzach rozpasanie naszej energii - nie jest jednak stałe i może być zmienne w zależności od naszych indywidualnych wyborów i celów.


CDN.
 

HENRYK VIII I JEGO ŻONY - Cz. X

  OD KATARZYNY ARAGOŃSKIEJ  DO KATARZYNY PARR KATARZYNA ARAGOŃSKA (Czyli hiszpańskie noce)  Cz. VIII DZIECIŃSTWO KRÓLOWEJ KATARZYNY Cz. VII ...