NARODZINY
Tak więc dusze czekające na swoje nowe życie, ostatni raz śmieją się, dowcipkują i przekomarzają w gronie swych znajomych, swojej "paczki". Są też takie dusze, które w tym "ostatnim" momencie pozostają ciche i spokojne, całkowicie skupione na oczekiwaniu tego, co ma nadejść, czyli - "nieuchronnych" ponownych narodzin. Ostatni raz cieszą się wszechwiedzą którą tutaj nabyli (a raczej jedynie przypomnieli sobie). Wiedzą dobrze że wraz z ponownym "wejściem" do fizycznego ciała - utracą tę pamięć i to częstokroć powoduje żal przed opuszczeniem "Tamtego Świata", a zwłaszcza przed rozłąką z przyjaciółmi. Niektórzy wręcz dla żartów "robią zakłady" (jeśli można to w ogóle tak nazwać), typu: "Zobaczysz, jak tu powrócisz, to też nie będziesz niczego pamiętał, tak jak poprzednio", albo: "Żeby was ponownie ujrzeć, znów będę musiał umrzeć, to takie nieprzyjemne uczucie - nie lubię umierać!" itp. Potem (lub w międzyczasie) krótka rozmowa z Przewodnikiem i dopracowanie ostatnich szczegółów, ostatnich wskazówek (to wszystko trochę przypomina żołnierzy szykujących się do kolejnej misji lub bitwy). Na pytanie hipnoterapeuty: "Co czujesz w tej chwili, tuż przed swoimi narodzinami?", kobieta poddana hipnozie odpowiedziała: "Jestem podekscytowana, znów przez to przechodzę, ale... nie mogę się już tego doczekać".
Gdy Przewodnik stwierdzi że: "Już czas", następuje z reguły... kolejne, już "ostatnie" pożegnanie z grupą (świadczy to o niezwykłej bliskości członków grupy względem siebie - zresztą trudno się temu dziwić, skoro inkarnują ze sobą od początku). Gdy zakończymy pożegnanie i jesteśmy gotowi do "skoku" w kolejne ciało (niektóre osoby poddane hipnozie właśnie tak nazywają ów moment wejścia duszy do nowego ciała), zaczynamy powoli unosić się w górę, ponad naszą grupę. Towarzyszy nam oczywiście nasz Przewodnik i to on odprowadza nas w stronę "życia fizycznego". Unoszą się razem - dusza i jej Przewodnik, wzbijanie zaczyna też nabierać tępa i szybkości. Szybkość się wzmaga, tak, że w pewnym momencie nasz Przewodnik musi już nas opuścić, dalej "płyniemy" (a raczej pędzimy) sami. Wracamy tą samą drogą, którą tutaj przyszliśmy, przez pas gęstych chmur (które opisałem we wcześniejszych częściach). Zaczynają pojawiać się fałdy i kolory tracą swą przejrzystość a pozostają jedynie różne odcienie bieli. Przyspieszamy jeszcze bardziej, obraz staje się zamazany i mało widoczny, ale my pędzimy dalej, aż wreszcie... koniec drogi - spadamyyyy!
Jesteśmy w ciemnym tunelu (najprawdopodobniej jest to ten sam "tunel", przez który przeszliśmy po naszej ostatniej śmierci). Dokoła nas panuje ciemność, ale nie trwa to długo, zresztą nic nie czujemy, nic, wcale - zaraz, zaczynamy coś odczuwać, tak, czujemy - CIEPŁO, tak nam ciepło! Gdzie jesteśmy? Co to za ciasne miejsce? Ciasne, ale tak ciepłe, tak przyjemne - co to może być? Rozglądamy się na boki - no tak, jesteśmy już w łonie naszej przyszłej mamy. Ale My, gdzie My dokładnie jesteśmy? Na tak postawione pytanie hipnoterapeuty, badana kobieta odpowiedziała: "Jestem tam w środku, jestem w niemowlaku, a raczej... ja jestem niemowlęciem". Teraz jest czas na "przywyknięcie do fizyczności". Nasze ciało (fizyczne) nie jest jeszcze ukształtowane, kształtuje się powoli, a my widzimy jak rosną nam paluszki, jak powoli zaczyna zmieniać się nasz wygląd, jak rośniemy. Przez ten czas otula nas ciepło matczynego łona, spokój i błogostan. Ten czas jest przeznaczony właśnie na aklimatyzację w fizyczności, zaakceptowanie ponownego materialnego "kostiumu" i odpowiednie jego "dopasowanie". Ten czas "aklimatyzacji", ma nas przygotować do czegoś gorszego, co dopiero przed nami - do narodzin.
Narodziny (i potwierdzają to osoby poddane sesjom hipnoterapeutycznym), to najgorsza rzecz, jaka nas spotyka na tym świecie (tak mówią ci ludzie i dodają, że narodziny są o wiele gorsze i straszniejsze dla duszy "zamkniętej" w ciele noworodka - nawet od samego momentu śmierci). Taka dusza jest przerażona, a dlaczego tak się dzieje? Najpierw oślepiające światło szpitalnych lamp, potem pojawia się coś dużego i nieprzyjemnego, co chwyta nas i wyciąga z naszego miłego i ciepłego miejsca - to oczywiście ręce lekarza albo tego, kto przyjmuje poród. Wychodzimy na światło dzienne, światło jest oślepiające, poza tym zaczynamy nabierać powietrza, to jest... takie dziwne? Powietrze "leci" nam do ust i nosa, zaczynamy się krztusić (długo nieprzyzwyczajeni do takiego oddychania - wcześniej oddychaliśmy w łonie matki). Wszyscy nas dotykają, to takie nieprzyjemne, te łapska - zaczynamy płakać, nie chcemy odchodzić z matczynego, ciepłego łona. Ale już jesteśmy na zewnątrz, lekarz przecina pępowinę i mama bierze nas na ręce - to moja mama? - zapytujemy. Co ciekawe, przebywając w łonie matki, dusza nie od razu łączy się z fizycznym (kształtującym się) mózgiem noworodka, dzieje się to trochę później, jednak już w chwili narodzin zarówno nasz duchowy umysł, jak i "nasz" fizyczny mózg - stanowią odtąd jedno i to samo.
Zaczyna się z nami dziać coś dziwnego i nie mam tu na myśli obłapiających nas po całym ciele - wielkich ludzkich rąk; zaczyna się coś innego, niewidocznego - nasza dusza powoli zaczyna... zapominać to, co przeżyła w "Zaświatach". Tworzy się też nasze indywidualne ego, które kształtuje się na zasadzie obawy o przeżycie w tych dziwnych warunkach. Nasze ego "fizyczne" powoli, lecz bardzo intensywnie - zaczyna "zagłuszać" nas samych, czyli umysł naszej niefizycznej duszy. Zaczynamy odbierać świat w kategoriach: "Ja i to wszystko wokół mnie". Leżymy więc w pobliżu kobiety, w której łonie spędziliśmy ostatnie dziewięć miesięcy i myślimy sobie: "Słuchajcie, jestem głodny, dajcie mi jeść, a w ogóle, przeciąg tu jakiś czy co - zimno mi w tym kocyku, dajcie jakieś ubranko". Tak właśnie zaczynamy odbierać świat, już wraz z pierwszym naszym oddechem - indywidualistycznie i niestety coraz bardziej egoistycznie. A to dopiero przedsmak tego, co czeka nas w kolejnych latach naszego życia, gdy nasz egocentryzm jeszcze bardziej się umocni - "A tak w ogóle to czy nie uzgadnialiśmy z kimś jakichś celów, jakiegoś zadania, jakiejś lekcji do odrobienia? - nieważne dajcie mi mleka i... podkręćcie wreszcie to ogrzewanie!" (🥴) I tak zaczynamy kolejną "zabawę" naszego życia!
"SYNCHRONIZACJA" - DUSZY I CIAŁA
O co chodzi i na czym polega owa "synchronizacja duszy i ciała?" Czyżby dusza miewała problemy z "dogadaniem" się z ciałem fizycznym nim nastąpi moment narodzin? My, żyjący już ludzie, raczej nie widzimy w tym większego problemu (zresztą - rzadko kiedy widzimy jakiekolwiek "problemy" duszy), gdyż uważamy że (jeśli dusza istnieje) proces zjednoczenia jej z ciałem powinien być naturalny i oczywisty, a w każdym razie - zupełnie bezproblemowy. Otóż okazuje się właśnie, że ów proces wcale nie jest taki bezproblemowy (a przynajmniej nie we wszystkich przypadkach). Należy bowiem pamiętać że dusza posiada Wolną Wolę. Prócz niej posiada jaźń, którą możemy nazwać "EGO". Ale tworzące się ciało fizyczne noworodka również zaczyna kształtować coś, co można by określić jako szczątkowe ego. Dusza, która wchodzi (wpływa) do ciała nienarodzonego jeszcze płodu, napotyka na swej drodze owo szczątkowe ego, którym jest... tworzący się mózg dziecka. Teraz należy "tylko" dostroić się do "częstotliwości" dziecięcego mózgu i proces synchronizacji będzie zakończony. Tylko...? To jest właśnie najtrudniejsze zadanie z jakim musi sobie poradzić dusza na tym etapie fizycznego rozwoju ciała.
Pewien mężczyzna poddany hipnozie tak opisuje moment wejścia do ciała nienarodzonego płodu, w którym przyjdzie mu po narodzinach żyć: "Na początku, gdy wchodzę do łona mej matki, delikatnie podrażniam zwoje mózgowe płodu. Szukam, sonduję, badam - muszę wiedzieć o nim jak najwięcej". Dzięki temu można odebrać nie tylko wiadomości z niewykształconego mózgu noworodka, lecz także odczucia matki na poziomie emocjonalnym. Wiemy wówczas czy dziecko jest chciane czy niechciane, czy matka spodziewa się jego narodzin, czy też cała ta ciąża jest dla niej ogromnym brzemieniem, a dziecka najchętniej by się pozbyła. Bardzo ważne w tym momencie jest dopasowanie i synchronizacja duszy i dziecięcego mózgu, gdyż niedopasowanie może skutkować pewnymi psychicznymi "urazami" już po narodzinach. Ważne jest też, by dusza - która wnika do nienarodzonego jeszcze płodu, nie traktowała owych "matczynych reakcji" jak prawdy objawionej i nie alienowała się od niej (zdarza się tak właśnie w przypadku braku synchronizacji), ani będąc w łonie, ani potem już po narodzinach.
Jeśli dusza uzna, że pomimo jej wytężonych wysiłków, nie zdoła zsynchronizować swego umysłu z mózgiem dziecka przed jego narodzinami, może poprosić o... zmianę ciała. Chodzi tutaj o to, że inna dusza zajmuje miejsce tej pierwszej w nienarodzonym płodzie, a nasza opuszcza je bez żalu. Ważne jednak by stało się to jeszcze przed narodzeniem dziecka. Gdy dziecko się urodzi, wszelka zmiana jest już niemożliwa, nawet jeśli duszy nie udało się doprowadzić synchronizacji do końca. A co jeśli nie dojdzie do owej synchronizacji? Odpowiedź nie jest trudna, wystarczy przejrzeć listę seryjnych morderców, gwałcicieli, maniaków i szalonych dyktatorów (typu Hitler, Stalin, Kim Dzong-il). Oczywiście brak synchronizacji nie oznacza równocześnie, że dane ciało w którym przebywa dusza, będzie na pewno jednym z wyżej wymienionych. Nie! Ale właśnie wówczas istnieje największe prawdopodobieństwo że tak się może stać (co nie znaczy że się stanie). Wszystko zależy od innych bodźców, od procesu wychowania, socjalizacji, otoczenia dziecka i wielu innych zewnętrznych czynników, na które sama dusza nie ma najmniejszego wpływu.
Ale właśnie tak ma być, gdyż to też jest część planu jaki my musimy przejść. Ciała które mamy do wyboru w "Świecie Dusz", nie są wzięte "z księżyca". Każdy z nich odpowiada pewnym naszym właściwościom charakteru i dlatego łączą zarówno nasze wady jak i zalety. Chodzi o to, by stworzyć specyficzną, złożoną osobowość, pełną najróżnorodniejszych przeciwieństw, a jednocześnie by dusza, która "steruje ciałem", potrafiła na tyle zapanować nad ową "kierownicą", by cały "pojazd" (ciało fizyczne) nie "wpadał w poślizg", lub by nie "wypadał z drogi po której jedzie". Do tego właśnie służy ten skomplikowany i trudny proces synchronizacji duszy i ciała. Pewna kobieta - podczas sesji hipnoterapeutycznej - tak właśnie opisuje (z perspektywy siebie, czyli duszy) swój związek z kobiecym ciałem fizycznym: "Będąc w niej, czuję się jakbym jechała kolejką górską pod górę. Jest taka lekkomyślna i taka niespokojna. Wciąż wplątuje się w tyle najróżniejszych i nieprzemyślanych sytuacji, których potem nie potrafi zakończyć. Wielokrotnie próbuję ją powstrzymać przed popełnianiem najróżniejszych głupot, ale nie zawsze mnie słucha. Mimo to mam z nią dużo frajdy. Ten ciągły pęd za czymś nowym, ta pogoń za nieznanym. Ale jazda!"
A dlaczego "nie zawsze jej słucha?" Dlaczego ciało nieraz robi jedno, choć dusza chce by uczyniło coś innego? A dlaczego w samochodzie czasem puszcza układ hamulcowy i trudno jest zapanować nad pojazdem, lub dochodzi do jakiejś innej niespodziewanej okoliczności np. wyciek oleju? W przypadku samochodu ważny jest przegląd i dbanie by wszystkie elementy ze sobą współpracowały (czyli by były sprawne), tak samo jest z fizycznym ciałem i próbującą nad nim zapanować duszą. Tu nieodzowna jest SYNCHRONIZACJA. Są jednak ludzie, którzy po usłyszeniu o owej dwoistości (duszy i ciała), oraz braku niekiedy elementów którymi dusza może zapanować nad "swoim pojazdem", dochodzą do wniosków że jednak... jesteśmy śmiertelni. To znaczy że ciało, które również posiada swe własne pragnienia i ciągoty i które realizuje je niekiedy wbrew duszy - to właśnie jesteśmy my, zaś owa dusza to "coś innego", jakiś obcy twór, lecz nie wiadomo dokładnie jaki. Twierdzą że jeśli jest tak, że dusza może mieć problem z "poskromieniem ciała" to wszystko co nas spotyka za życia, jest jedynie wrażeniem doczesnym ciała, których dusza doświadcza tylko w niewielkiej ilości.
Jest to błędna konstrukcja myślowa. Błędna, gdyż osobowość ciała - które umiera - nie jest kształtowana jedynie przez to ciało, lecz przede wszystkim przez duszę (brak synchronizacji w niczym tu na dobrą sprawę nie przeszkadza). Owszem, ciało umiera, ale... wszystko co przeżyło, czego doświadczyło, czego spróbowało i co zaważyło na jego losach za życia, to wszystko jest "zmagazynowane" w pamięci duszy (nie fizycznego mózgu, który również nie jest trwały). To dusza właśnie zabiera tę zmagazynowaną pamięć do "Świata Dusz", to dusza później wielokrotnie "Tam" odtwarza relacje które przeżyła i których doświadczyła w ludzkim ciele tu na Ziemi (np. tworząc domki, zamki, lasy, góry, lub przybierając takie inkarnacje, w jakich kiedyś żyła a które najbardziej polubiła - o tym wszystkim pisałem w poprzednich tematach). Ciało umrze i potem nastąpi jego naturalny biologiczny rozkład - lecz dusza, która nie posiada ani początku, ani końca - nigdy nie zapomni tego, co przeżyła na Ziemi w określonym ciele, czasie i miejscu. Ta pamięć będzie z nią przez cały czas, aż do momentu, gdy w końcu powróci do Domu i zjednoczy się z Bogiem (czyli... z częścią samej siebie, rozumianą jako Źródło-Całość-Zbiorowość).
Dusza, która wchodzi do ciała nienarodzonego jeszcze płodu, od razu próbuje złączyć się z mózgiem noworodka. Jednak nie zawsze się to udaje i proces ten niekiedy trwa dość długo, nim mózg "zaakceptuje" nowego współlokatora (tym współlokatorem oczywiście jest dusza). Pewien mężczyzna poddany hipnozie, tak opisuje swój pierwszy kontakt z niewykształconym jeszcze mózgiem płodu: "Gdy łączę się z mózgiem nienarodzonego płodu, zwykle proces ten przebiega sprawnie, a ja bardzo szybko zostaję zaakceptowany jako nowy współlokator. Ale trzy życia temu połączyłem się z wyjątkowo tępym mózgiem. Uważał on moje pojawienie się za inwazję". Hipnoterapeuta zapytał: "Skoro uznał cię za "obcy element", to czy chciał od razu się ciebie pozbyć?", "Nie!" - odpowiada mężczyzna - "To był bardzo gęsty umysł, zamglony obszarami gęstej energii. Poszczególne jego strefy były pooddzielane od siebie - to właśnie spowodowało opór przed zaakceptowaniem mnie. Takie ospałe umysły kosztują mnie po prostu więcej pracy". "Co było dalej?" - zapytuje hipnoterapeuta. "Zacząłem pobudzać go do działania, lekko podrażniając zwoje mózgowe, ale wyczułem jednocześnie że on nie chce być przeze mnie pobudzany. W ogóle nie chce mu się myśleć, do czego go prowokowałem". "A spodziewałeś się że to pójdzie gładko?" - zapytuje hipnoterapeuta. "Podczas wyboru nowego życia, widziałem już ukształtowany mózg dorosłego mężczyzny - końcowy rezultat mojej pracy. Ale nie spodziewałem się że będę miał tyle kłopotów z dostrojeniem się do umysłu nienarodzonego dziecka".
W końcu udało się duszy tego mężczyzny "pobudzić" mózg niemowlęcia do działania i został przez niego zaakceptowany. Jak jednak wygląda owo dostrajanie się i synchronizacja duszy i ciała? Dusza nigdy (przynajmniej hipnoterapeuci nie mówią o żadnym takim przypadku) nie wchodzi do nienarodzonego płodu przed trzecim miesiącem ciąży. Nie czyni tego, gdyż nie ma to większego sensu. Mózg płodu jest bowiem jeszcze w fazie szczątkowej - a to właśnie on będzie głównym kluczem, który ma wprowadzić duszę do fizycznego ciała. Dusze wchodzą do ciał pomiędzy czwartym a szóstym miesiącem ciąży (i znowu, hipnoterapeuci mówią że nie spotykają dusz, które uczyniłyby to później, gdyż wówczas miałyby zbyt mało czasu na dostrojenie się do umysłu niemowlęcia i synchronizację z nim). Moment wejścia wygląda następująco. Dusza, która właśnie "wpłynęła" do łona swej przyszłej matki, natychmiast po wejściu do płodu, wytwarza duże pokłady energii (a konkretnie ciepłej "czerwonej energii"), kierując jej strumień w kierunku kręgosłupa niemowlęcia. Energię tę dusza rozprowadza po całym kręgosłupie w górę i w dół, cyklicznie wzdłuż sieci neuronów prowadzących bezpośrednio do mózgu. Dzięki temu dusza poznaje efektywność transmisji myśli i nerwów czuciowych płodu. Następnie delikatnie "podrażnia" zewnętrzną tkankę mózgową. To, co w tym momencie czyni dusza, przypomina (jak wyraził się o tym cytowany wyżej mężczyzna) "włączenie świateł w ciemnym pokoju", gdyż mózg dziecka przed tą czynnością jest ciemno-szary.
Gdy praca ta zostaje ukończona, poszczególne przewody mózgowe powoli zaczynają świecić, czyli oddziaływać, a co za tym idzie - myśleć. Teraz przychodzi kolej na uporanie się z "drzewem" (to też określenie owego mężczyzny). Owe "drzewo" to nic innego jak pień mózgowy nienarodzonego płodu. Dusza umiejscawia się pośrodku obu półkul mózgowych, a potem delikatnie przesuwa się wokół jego zwojów, sprawdzając tym samym funkcjonowanie poszczególnych obwodów. Sprawdza gęstość energii we włóknach kory mózgowej w poszukiwaniu zatorów (zbyt gęsta ilość energii w dużych połaciach kory mózgowej powoduje blokadę neuronową, a to automatycznie zmniejsza sprawność myślenia i działania mózgu). Gdy dusza napotyka zbyt gęste pokłady energii w zwojach kory mózgowej, przystępuje do "odkurzania", czyli usuwania tej nagromadzonej i niepotrzebnej energii w celu skuteczniejszego pobudzenia do działania fal mózgowych noworodka. Gdy ta praca zostanie doprowadzona do końca, następuje dopasowywanie poziomów oscylacyjnych (są to medyczne sformułowania, gdyż ów mężczyzna ma właśnie wykształcenie medyczne, w innym przypadku opisy nie byłyby tak fachowe) do naturalnych rytmów fal mózgowych noworodka. Gdyby jeszcze zwiększyć prędkość połączeń neuronalnych mózgu, żyjący człowiek byłby w stanie rozwinąć sztukę telepatii (to już powolutku następuje, poszczególne dusze mają ponoć coraz łatwiejsze zadania i w pewnej - być może niezbyt odległej - przyszłości, dusze będą już mogły zwiększać szybkość tych połączeń, umożliwiając ludziom komunikowanie się na odległość za pomocą myśli, a nie tylko mowy werbalnej).
Kształtujący się mózg płodu, nim przeniknie do niego dusza, jest - można by tak rzec - całkowicie prymitywny. Nie zdaje sobie sprawy nie tylko ze swojego położenia (ani miejsca w którym się znajduje - czyli łona matki), ale także nie ma zielonego pojęcia że w niedalekiej przyszłości czekają go narodziny. Jeśli dusza pojawia się wówczas, gdy zarówno mózg jak i ciało płodu są już w dużej mierze ukształtowane, wejście do ciała nie jest wtedy łatwe i szybkie (i nie powinno takie być, gdyż niektóre niedoświadczone, młode dusze nic sobie z tego nie robiąc, "pakują się do środka" niemowlaka "na siłę", mimo że ten nie wie nawet kim jest to, co właśnie przed sobą ujrzał - a to powoduje pewnego rodzaju opór przed połączeniem z ową duszą). Dusza doświadczona, nim wejdzie do mózgu takiego już prawie wykształconego niemowlęcia, najpierw wita się z nim i (co ciekawe) odpowiada na jego pytania. Płód, w końcowym okresie ciąży, ma już na tyle wykształcony mózg (choć nadal nie zdający sobie sprawy co się wokół niego dzieje), że może... zadawać pytania. Widząc duszę, która nagle objawiła mu się przed oczami, próbuje jej dotknąć, a gdy to się nie udaje, pyta (wysyła komunikat w formie myśli oczywiście): "Kim ty jesteś i czego chcesz ode mnie?". Dusze z reguły odpowiadają: "Cześć, jestem Twoim Przyjacielem. Przyszedłem tutaj aby się z Tobą pobawić. Wpuść mnie do siebie, a zobaczysz jak fajnie będziemy się razem bawili".
Hipnoterapeuta - na tak udzielone wyjaśnienie, dotyczące sposobu przenikania duszy do już prawie ukształtowanego ciała niemowlęcia, zapytał: "Czy swoim nagłym pojawieniem się nie powodujesz u dziecka uczucia strachu?". "Nie" - odpowiedział mężczyzna, "Mózg dziecka jest jeszcze zbyt prymitywny, by mógł odczuwać strach, on nie wie nic, co się wokół niego dzieje. Gdy więc się z nim witam i wysyłam myśli o miłości i przyjaźni - niemowlę akceptuje mnie natychmiast i uznaje za część siebie. Tylko nieliczni dłużej się opierają". "Ale czy ty go przypadkiem nie wprowadzasz w błąd, mówiąc że chcesz się z nim pobawić, gdy tymczasem opanowujesz jego umysł?" - zapytuje dalej hipnoterapeuta. "Czy ty naprawdę traktujesz mnie jak jakiś "obcy element? Przecież to ciało powstało właśnie dla mnie, po to abyśmy byli razem - on i ja będziemy wkrótce stanowili jedność, a teraz musimy się do tego po prostu przygotować" - odpowiedział pacjent poddany hipnozie. "Rozumiem że w momencie narodzin zarówno mózg dziecka, jak i umysł twej duszy są już połączone w jedno i proces o którym mówisz, jest już zakończony?" - dopytuje hipnoterapeuta. "Widzisz, nie do końca! Tak naprawdę funkcjonujemy trochę oddzielnie. Ja na przykład złączyłem swój umysł z mózgiem dziecka w tym wcieleniu w czwartym roku życia, choć były i takie życia, gdzie łączyłem się nawet i w piątym-szóstym roku życia dziecka. Zbyt szybkie, gwałtowne złączenie naszych umysłów, nie jest bowiem korzystne dla mózgu niemowlęcia" - odpowiada mężczyzna.
CDN.