WYŚWIETLENIA

04 czerwca 2026

REWOLUCJA BEZ ŻADNYCH REWOLUCYJNYCH KONSEKWENCJI! - Cz. IV

CZYLI MIĘDZYNARODOWE REAKCJE NA ZAMACH STANU JÓZEFA PIŁSUDSKIEGO W POLSCE z 12 MAJA 1926 i PÓŹNIEJSZE RZĄDY OBOZU SANACYJNEGO





MIĘDZYNARODOWE REAKCJE NA ZAMACH STANU W POLSCE




Politycy i dyplomaci państw zachodnich (bo o nich głównie będzie tutaj mowa) mieli ogromny problem ze zdefiniowaniem zarówno politycznej sytuacji pomajowej w Polsce, jak również w jasnym określeniu systemu politycznego, jaki zapanował po maju 1926 r. Ambasador francuski w Polsce Jules Laroche (człowiek niezwykle wyważony i powściągliwy w swych poglądach), podczas swej rozmowy z Marszałkiem dnia 6 maja 1926 r. w zasadzie nie potrafił powiedzieć o co Piłsudskiemu dokładnie chodzi. W swym raporcie jeszcze z 11 kwietnia dla Quai d'Orsay pisał: "To, o czym marzy, to w żadnym razie nie rządy w rodzaju faszyzmu, a dyktatura lewicy, a poza tym ma on przekonania bliższe Garibaldiemu niż Mussoliniemu". Po czym dodawał: "Możliwe że jest germanofilem jak się mówi, ale największego wroga upatruje w Rosji, jak w ogóle Polacy" (należy tutaj od razu dodać, że ambasada francuska, mieszcząca się w Alejach Ujazdowskich, w owych dniach 12-14 maja 1926 znalazła się bezpośrednio w centrum wydarzeń i została odcięta od centrali w Paryżu, stąd też nie wiadomo jakie były raporty Laroche z tych dni). Warto teraz przytoczyć opinie dyplomatów i publicystów włoskich, gdyż wydaje mi się, że to właśnie oni byli najbliżej w odgadnięciu zarówno celów politycznych Marszałka Piłsudskiego, jak i charakteru rządów pomajowych w Polsce. Jeszcze w roku 1926 ukazała się w Rzymie broszura Francesco Tommasniego (byłego posła włoskiego w Warszawie w latach 1919-1923) pt.: " Marsz na Warszawę" (przetłumaczona na język polski w roku 1929), w którym pisał m.in. tak: "Jest wykluczone by można było uważać marsz na Warszawę jako krok nieprzemyślany. Marszałek jest człowiekiem zuchwałym, lecz nie impulsywnym. Przeciwnie, zwykł on rozmyślać długo nad swymi planami i wprowadzać je następnie w czyn z zaciętością połączoną z przebiegłością". Tommasini twierdził jednak, że ów zamach doprowadzi do spadku reputacji Polski za granicą i pogorszenia Jej sytuacji gospodarczej, poza tym dość dokładnie opisywał dzieje walki Piłsudskiego z Narodową Demokracją, nazywając ten konflikt - począwszy od powstania państwa polskiego w listopadzie 1918 r. "nieustającą wojną", przerywaną tylko krótkimi okresami zawieszenia broni. Podsumowując Tommasini stwierdził że Piłsudski nie ogłosił się dyktatorem, chociaż po zdobyciu władzy mógłby to uczynić, jak również "pozostawił dotychczasowy ustrój" zmodyfikowany jedynie korekturą konstytucji z 2 sierpnia 1926 r. wzmacniającą władzę wykonawczą. Kreślił też pewne porównania Piłsudskiego z Mussolinim, choć od razu zaznaczał że są one z góry "niebezpieczne". W każdym razie stwierdzał, że po przejęciu władzy w październiku 1922 r. Mussolini też pozostawił dotychczasowy ustrój Włoch bez większych zmian. Jednak to porównanie z Mussolinim od razu zostaje podważone, gdyż Tommasini pisze że Mussolini był socjalistą i teoretycznie Piłsudski też był socjalistą, ale według niego nie jest to do końca prawdą. Włoski dyplomata stwierdza bowiem, że Piłsudski tak naprawdę socjalistą nigdy nie był. Był zaś wywrotowcem (rewolucjonistą) i do końca pozostał polskim romantykiem ("Rozkaz dany, na Bezdany!" 😉 Po tym ataku na carski pociąg przewożący pieniądze na stacji w Bezdanach, Piłsudski w nieprzychylnych mu kręgach - szczególnie konserwatywnych i narodowych - nazywany był "bandytą z Bezdan". Takich akcji ekspropriacyjnych - czyli mające za zadanie zdobycie pieniędzy na zakup broni pod przyszłe powstanie narodowe, było kilka, organizowanych przez Polską Partię Socjalistyczną, do której wówczas należał Józef Piłsudski, natomiast akcja pod Bezdanami z roku 1908, była bodajże najsławniejszą z nich, gdyż udało się wówczas pozyskać znaczne ilości gotówki. Tak to prawda, Piłsudski był przede wszystkim polskim rewolucjonistą, socjalistą zaś był tylko z przypadku i... z konieczności).




Inny włoski polityk Carlo Sforza, nazywał wręcz Piłsudskiego "dyktatorem anachronicznym" i stwierdził że jest to człowiek XIX stulecia, zupełnie nie pasujący do XX wieku. Dla Sforzy Piłsudski to polityk wychowany w klimacie polskiego romantyzmu, kultu powstań i szlacheckiego etosu rycerskiego. Sforza pisał: "Piłsudski nie jest niczym innym, jak polskim szlachcicem pochodzenia drobnoszlacheckiego, który dzięki powodzeniu w wojnie zdobył wawrzyny". Pisał dalej: "Dyktatura Piłsudskiego jest najdziwniejszą dyktaturą, która istnieje w Europie. Wszystkie bowiem dyktatury zbudowane były na interesie pewnej klasy, albo kasty, bądź też, jak miało to miejsce u Napoleona, na szalonej ambicji jednostki. Dyktatura Piłsudskiego wypływa jedynie z uczuciowego uwielbienia dla bohatera. Nie lubi też gdy porównuje się go z innymi, dziś modnymi dyktatorami (...) Piłsudski pomimo swej indywidualności, jest jedynie uosobieniem dawnej, romantycznej, donkiszockiej, antymaterialistycznej Polski". I tutaj przyznam się szczerze, muszę się zgodzić z autorem, gdyż uważam bardzo podobnie. Natomiast wspomniany wcześniej francuski ambasador Laroche podsumowując rządy Marszałka stwierdził, iż jest to: "Reżim na pewno dyktatorski, lecz który nie mieści się w żadnej z przyjętych definicji, gdyż był przede wszystkim dostosowany do swej centralnej osobowości". Laroche był przeciwny samemu zamachowi jak również rządom pomajowym, gdyż uważał że doprowadzi to do osłabienia francuskich wpływów nad Wisłą. Natomiast francuski ambasador w Moskwie - Jean Herbette otwarcie radził w swym raporcie ministrowi Briandowi (biorąc pod uwagę sam zamach majowy w Polsce), iż: "Bezpieczeństwo Francji nie może zależeć od układów zawartych z państwami takimi jak Polska. Nie ujmując nic z zasług Polakom i ich tradycyjnych sympatii do Francji, dojść trzeba do wniosku, że cel zasadniczy polityki francuskiej jest następujący: uregulować stosunki z Rosją w takiej mierze, żeby nasze bezpieczeństwo nie zależało od zmian, jakie zachodzą w Europie Wschodniej". Innymi słowy Herbette zalecał Paryżowi sojusz z sowiecką Rosją, gdyż uważał że Polska nie spełni pokładanych w niej nadziei jako francuskiego alianta na wypadek konfliktu z Niemcami. W ogóle opinie Francuzów na temat zamachu Piłsudskiego i rządów sanacyjnych były wybitnie negatywne. Powątpiewano też w sens sojuszu militarnego z Polską, w sytuacji gdy Polsce przyjdzie toczyć wojnę na dwa fronty z Niemcami i Związkiem Sowieckim. Ambasador Laroche stwierdzał że taki sojusz będzie całkowicie nieskuteczny, gdyż Polska zagrożona z dwóch stron nie będzie zdolna realnie przyjść Francji z pomocą.




Praktycznie wszyscy francuscy politycy i publicyści byli zdania, że rządy pomajowe w Polsce nie są dla Francji zbyt korzystne. Głosów przeciwnych praktycznie nie było, ja znalazłem tylko dwa takie przykłady. Pierwszym był francuski dyplomata Jean-Baptiste Barbier (notabene zafascynowany Polską), który bez ogródek pisał że Piłsudski poznał się na kunktatorskiej polityce Paryża względem Polski i wyciągnął z tego wnioski. Drugim zaś francuski historyk prof. Alphonse Aulard (notabene gorliwy napoleonista), który stwierdził (nieco na przykładzie samego Napoleona) iż Piłsudski to "mąż opatrznościowy" Polski, który podjął się dzieła wzmocnienia i "uzdrowienia Polski". Jednak takie głosy we Francji należały do rzadkości. Negatywnie o Piłsudskim również wypowiadał się włoski pisarz polityczny Curzio Malaparty, który w swej wydanej w 1931 r. książce pt: "Technika zamachu stanu" (francuskie wydanie ukazało się w tym samym roku, a niemieckie w roku następnym) porównywał Marszałka do hiszpańskiego dyktatora Primo de Rivery (który sprawował swą władzę w latach 1923-1931) i to porównanie wypadło wybitnie niekorzystnie dla Piłsudskiego. De Rivera był bowiem tam przedstawiony jako mąż stanu, Piłsudski zaś jako oportunista i wichrzyciel (spotkało się to nawet z oficjalnym protestem Ministerstwa Spraw Zagranicznych, a podsekretarz stanu Zdzisław Lechicki w instrukcji dla ambasadora Rajmunda Przeździeckiego żądał interwencji w sprawie tej książki w Palazzo Chigi, jako szkalującej nie tylko samego Marszałka, ale również w sposób tendencyjny przedstawiającej Polskę). Wielu polityków i dyplomatów w pierwszej chwili starało się powiązać Piłsudskiego z Mussolinim i uznało że ustrój panujący w Polsce będzie zbliżony, lub nawet taki sam jak włoski faszyzm. Choć Piłsudski wielokrotnie podkreślał iż: "Nie chcę być Mussolinim i nie chcę iść (z) batem". Jednak potem trudno było wielu ustrój Polski pomajowej poprawnie zdefiniować, choć niektórym udało się właściwie przewidzieć intencje Piłsudskiego - jak ukazałem to wyżej.

Również Londyn początkowo negatywnie odnosił się do samego zamachu. "Financial Times" z 18 maja 1926 r. pisał: "Polska podobnie jak republiki Ameryki Łacińskiej ma wirus rewolucyjny w sobie (...) wyłonił się nowy Mussolini, tylko brutalniejszy". Potem jednak zaczęło się to zmieniać, częściowo pod wpływem raportów posła brytyjskiego w Warszawie Maxa-Mullera (który pisał że sytuacja się znormalizowała i w zasadzie wróciła do stanu sprzed zamachu), a częściowo dlatego, że władze Wielkiej Brytanii uznały, iż z "nową Polską" łatwiej będzie im się porozumieć, gdyż będzie mniej po-francuska niż była dotychczas. Zamach został negatywnie przyjęty w Czechach. Tamtejsi politycy z prezydentem Tomasem Masarykiem na czele, widzieli w owym "buncie Piłsudskiego" początek upadku Polski, co akurat nie było przez nich uznane za coś negatywnego. Związana z czeskim MSZ-em "Národni Politika" pisała 18 maja 1926 r. iż: "Polska anarchia (...) powraca w nowym wydaniu (...) miłość ojczyzny i uczucia patriotyczne nic nie znaczą (...) potrzebne są jeszcze zdrowe nawyki i tradycje państwowe" (notabene ciekawie jest słyszeć takie słowa z ust Czechów, którzy swą niepodległość utracili w 1526 r. a od 1620 i klęsce w bitwie pod Białą Górą nieopodal Pragi, kraj ten był poddawany intensywnej germanizacji i dopiero czeska świadomość narodowa odrodziła się w drugiej połowie wieku XIX). Nie wszyscy jednak byli zdania że upadek Polski byłby pozytywnym rozwiązaniem (co prawda czescy politycy oficjalnie też tego nie twierdzili, ale jak to się mówi pepicka czechoza dała o sobie wielokrotnie znać i to zarówno w 1920 jak i 1938 roku, a niechęć czeskich polityków - szczególnie Benesza - do Polski była wręcz legendarna). Politycy fińscy uznali że bunt Piłsudskiego może doprowadzić do osłabienia Polski, a to bardzo źle wróży dla wszystkich krajów, które odrodziły się po Wielkiej Wojnie w latach 1917-1918. Jak odnotował francuski poseł w Helsinkach, fińscy politycy i opinia publiczna uważali że Polska, jako największy i najsilniejszy spośród limitrofów, w żadnym razie nie powinien ulec osłabieniu z powodu wojny domowej, gdyż... bez Polski jako czynnika militarnego, nie byłoby możliwe obronić niepodległości innych państw regionu, począwszy od Finlandii a skończywszy na Czechosłowacji, Rumunii i Bułgarii.



Zamach stanu Marszałka Piłsudskiego negatywnie również został odebrany w Stanach Zjednoczonych. Tam również początkowo uznano że jest to eksport faszyzmu włoskiego i amerykańska opinia publiczna była bardzo negatywnie nastawiona do tych wydarzeń. Zaczęło się to jednak zmieniać z chwilą, gdy uznano że zmiany zaistniałe w Polsce są, po pierwsze nieodwracalne, a po drugie sytuacja ustabilizowała się a kryzys został przezwyciężony. Nadal pozostawał jednak problem ze sklasyfikowaniem nazwy ustroju Polski pomajowej. Hiszpański profesor Francisco Cambo pisał w 1927 r. iż "Oblicze "nowej Polski" (...) jeszcze się nie ukształtowało i nie jest w żaden sposób przesądzone". Trudność w określeniu nazwy ustroju potęgowała się, gdyż dotychczasowe definicje były tutaj całkowicie bezradne. Czym była Polska pomajowa? Z pewnością nie był to faszyzm, gdyż brakowało masowego poparcia dla władzy. Niektórzy sądzili że była to dyktatura wojskowa, ale znów i tutaj nie do końca, gdyż ogromny wpływ na władzę mieli cywile, politycy niezwiązani z wojskiem, a sam Piłsudski był określany jako "polityk w mundurze", a nie typowy wojskowy. Próbowano się ratować określeniem "dyktatura cezarystyczna", chociaż francuski historyk Charles Seingobos stwierdził, że w Europie Wschodniej powstało wiele takich dyktatur, niemających oparcia ani w doktrynie politycznej ani w ideologii, natomiast opartych na mglistej potrzebie dobra wspólnego oraz spokoju wewnętrznego. W każdym razie trudność z poprawnym zdefiniowaniem systemu pomajowych rządów w Polsce pozostała. Teraz zaś - w kolejnej części - chciałbym zaprezentować opinie, jakie na temat przewrotu majowego 1926 r. i wydarzeń w Polsce pojawiły się w Niemczech i Związku Sowieckim, gdyż te państwa szczególnie powinny nas interesować z wiadomego powodu. Także przejdźmy do tego co można określić jednym słowem - prawdziwy hardcore.




CDN.

NIEWOLNICY DO ZADAŃ SPECJALNYCH - Cz. X

CZYLI JAKIE BYŁY NAJWIĘKSZE
OŚRODKI HANDLU NIEWOLNIKAMI W
STAROŻYTNOŚCI I W ŚREDNIOWIECZU,
ORAZ SKĄD I Z JAKICH 
WARSTW SPOŁECZNYCH NAJCZĘŚCIEJ
POCHODZILI KANDYDACI 
NA NIEWOLNIKÓW





I
ANTYCZNA GRECJA 
I ŚWIAT HELLENISTYCZNY
(V wiek p.n.e. - II w. p.n.e.)
Cz. X






DELOS
MAŁA WYSPA - WIELKI RYNEK
(II wiek p.n.e. - I wiek po Chrystusie)
Cz. IV



NIEWOLNICY W ŚWIECIE RZYMSKIM 
 II wiek p.n.e.


Wyspa Delos (od mniej więcej lat 50-tych II wieku p.n.e.) była tylko jedną z wielu dróg, jakimi zaopatrywali się Rzymianie w niewolników. Największa ich liczba trafiała do Italii głównie w wyniku zdobywczych wojen i eksterminacji podbitych ludów (zwycięstwo w wojnie z Hannibalem spowodowało, że pozyskano setki tysięcy niewolników, z samego Tarentu trafiło do Rzymu 30 tys. zniewolonych ludzi, poza tym podporządkowanie Macedonii i Epiru w 168 r. p.n.e., stłumienie powstania na Sardynii w 177 r. p.n.e. i 126 r. p.n.e. - które także przyniosło masowy napływ niewolników i to do tego stopnia, że ceny drastycznie spadły a powiedzenie: "Tani jak Sard" - stało się wyznacznikiem owych czasów), mimo to rynek na Delos był niezwykle popularny wśród Rzymian i można powiedzieć że od połowy II wieku p.n.e. łowcy i handlarze niewolników prawie w całości przestawili się właśnie na italski rynek zbytu "żywego towaru", gdyż tamtejsze majątki arystokracji senatorskiej (nobilitas) potrzebowały wciąż nowych rąk do pracy. Po zwycięstwie nad Hannibalem powstała bowiem taka oto sytuacja, że gospodarstwa Rzymian i Italików - którzy przez wiele lat służby wojskowej pozostawali z dala od swych domów - znalazły się w kompletnej ruinie (spowodowanej działaniami wojennymi i kartagińską okupacją środkowej Italii). Żołnierze powracający z wojny - zastając spalone domy i zniszczoną ziemię - chcąc odbudować się z ruin, musieli zaciągać najczęściej lichwiarskie pożyczki u majętnych Rzymian, głównie pochodzących ze stanu nobilitas ale także ekwitów (stan rycerski - który można porównać do dzisiejszej klasy średniej). Pożyczki te dawano z reguły na rok, rzadziej na kilka lat, a przecież wystarczyła nawet drobna klęska nieurodzaju lub katastrofa naturalna (np. powódź, pożar, szarańcza etc.), aby taki rolnik (nie mogąc sprzedać swych płodów po odpowiedniej cenie i w odpowiedniej ilości) stawał się niewypłacalny. I co wtedy? Niewola i utrata całego majątku?

Pod tym względem w Rzymie nie było aż tak źle, to znaczy żaden obywatel rzymski nie mógł zostać w swojej ojczyźnie obrócony w niewolnika - oczywiście ani on, ani jego rodzina (na mocy lex Poetelia, wprowadzonej w życie jeszcze na początku II wojny samnickiej w 326 r. p.n.e.). Jednak cała ziemia, cała ojcowizna przechodziła na własność wierzyciela, który dzięki temu kumulował w swych rękach nawet kilkadziesiąt chłopskich posiadłości. Tak właśnie zaczęły tworzyć się wielkie italskie latyfundia (choć oficjalnie określenie to nie występuje w rzymskim języku aż do III wieku naszej ery), które ostatecznie ukształtowały się do końca lat 70-tych II wieku p.n.e. (taką cezurą jest tutaj rok 173 p.n.e. gdyż po tej dacie zakończyło się nadawanie przez państwo skonfiskowanych gruntów). Od tej pory wielkie gospodarstwa ziemskie, liczące od 300 do 500 jugerów (500 jugerów = 120 hektarów), zaczynają dominować w krajobrazie wiejskim Italii (choć znacznie więcej jest gospodarstw o wielkości 100 - 300 jugerów lub mniejszych). Natomiast dotychczasowi rolnicy, pozbawieni ziemi i środków do życia, zostali zmuszeni do opuszczenia rodzinnych stron i emigracji (głównie) do Rzymu, gdzie życie wydawało się łatwiejsze, a poza tym były darmowe atrakcje (np. coraz częstsze munera - czyli walki gladiatorów, choć do 105 r. p.n.e. były to prywatne atrakcje, organizowane najczęściej w celu uczczenia śmierci jakiejś ważnej persony i organizowane były głównie na Forum Romanum. Lud wówczas także mógł się przyglądać tym zmaganiom i współuczestniczyć w czci okazanej organizatorowi igrzysk, nie miały jednak owe zmagania wiele wspólnego z tym, co przywykliśmy utożsamiać z walkami gladiatorów i rzadko kiedy te walki kończyły się też śmiercią przegranego, gdyż bardziej chodziło o samo uczczenie pamięci zmarłego, niż o przelewanie krwi ku uciesze gapiów. Od 105 r. p.n.e. gdy po raz pierwszy zorganizowano munera na koszt państwa, zaczęło się to powoli zmieniać). Natomiast italska prowincja powoli wyludniała się (ubytek drobnych rolników był tak duży, że na prace polowe - wymagające większej niż niewolnicza liczby rąk do pracy - musiano najmować ludzi po miastach, również w Rzymie).




Natomiast latyfundia nobilitas (i ekwitów) się rozrastały. Częstokroć jeden człowiek posiadał w swych rękach więcej ziemi, niż pozwalało na to prawo (lex Licinia z 376 r. p.n.e. ustalało maksymalną powierzchnię gruntów państwowych, będących w posiadaniu osoby prywatnej - na 120 hektarów - czyli 500 jugerów), wykorzystując do tego zarówno lichwę, jak i zawierając fikcyjne umowy dzierżawy z osobami nie istniejącymi - czego i tak nikt potem nie sprawdzał. Na tak wielkich latyfundiach wciąż potrzeba było ogromnej ilości rąk do pracy, gdyż gospodarstwo musiało przynosić dochody swemu właścicielowi (który z reguły przez większość roku przebywał w Rzymie, a do swych posiadłości wpadał np. w porze letniej, aby odpocząć od zgiełku i zapachów nadtybrzańskiego wychodka - jakim bez wątpienia był wówczas Rzym). Taki właściciel musiał też zatrudnić w majątku jakiegoś zarządcę ("villicus"), który będzie po prostu dbał o jego własność przez większość roku (najlepiej i najtaniej było uczynić zarządcą jednego z niewolników, który wówczas zyskiwał pewne prawa, niedostępne dla reszty - mógł na przykład posiadać prywatną własność i mógł się żenić). Musiał on jednak zadbać o harmonijną pracę w majątku i tak rozplanować zajęcia, aby właściciel miał z tego tytułu finansową korzyść. Okres między 201 r. p.n.e. a 133 r. p.n.e. to czasy niczym nieskrępowanej samowolki w pozyskiwaniu i eksploatowaniu ziemi w Italii przez arystokrację senatorską - w tym okresie dochodziło do największych patologii i największych oszustw, wspartych prawem - oraz bezwzględnego rugowania z tych terenów drobnych rolników i zastępowania pracy najemnej (sezonowej) pracą niewolniczą na wielką skalę (stąd czasem się mówi - głównie w literaturze anglosaskiej - że oto "Niewolnicy zjedli Rzymian" - co miało ukazywać drapieżny sposób nabywania drobnych gospodarstw rolnych i zastępowania pracy drobnych rolników, pracą niewolniczą). Wówczas to też dochodzi do zmiany agrokultury. Zboże, które dotąd było podstawą produkcji rolnej Italii, w większości zostaje zastąpione przez winnice, plantacje oliwek, pastwiska lub hodowle zwierząt, natomiast Rzym coraz bardziej uzależnia się od importowanego zboża z Egiptu i Afryki (co prawda zboże to było znacznie lepszej jakości od italskiego, ale całkowite oparcie się na imporcie i zredukowanie uprawy zboża w Italii do prywatnych gospodarstw - doprowadziło w kolejnych wiekach do całkowitego porzucenia hodowli tych roślin w Italii, jako nieopłacalnej). Co prawda trybuni ludowi próbowali jeszcze kilkukrotnie (w ciągu II wieku p.n.e.) przeciwdziałać zalewaniu Italii przez egipskie, afrykańskie i czasem nawet czarnomorskie zboże - ale były to już nic nieznaczące gesty.




Natomiast zapotrzebowanie na niewolników - zarówno w samym Rzymie, jak i w latyfundiach - było ogromne. Po wojnach zdobywczych i przesunięciu się handlu niewolniczego na Delos, Faselis i do Efezu - ceny niewolników drastycznie spadły i to do tego stopnia że taniej było kupić sobie nowego, zdrowego niewolnika, niż dbać i leczyć starego lub rannego. Już Katon pisał w swej "De agri cultura" ("O gospodarstwie wiejskim") iż niewolnik musi cały dzień mieć zaplanowany pracą, od świtu do zmierzchu, tak, aby nocą nie myślał o ucieczce, tylko zmęczony, od razu zasypiał. A to właśnie w II wieku p.n.e. (choć podobne tendencje, jednak na o wiele mniejszą skalę, występują we wcześniejszym stuleciu) następuje całkowity upadek dotychczasowego systemu patriarchalnego w Rzymie - który oparty był na rodzinie i niewolnikach (często traktowanych podobnie jak reszta członków danej familii). Bowiem Rzymianin przed III/II wiekiem p.n.e. posiadał z reguły zaledwie kilku (rzadziej kilkunastu, choć już wówczas też zdarzały się wyjątki, gdzie było nawet i kilkadziesiąt zniewolonych osób) niewolników. Po zakończeniu wojny z Hannibalem i zwycięskich zmaganiach na Wschodzie (Macedonia, Grecja, Azja Mniejsza, Syria), Zachodzie (Hiszpania, południowa Galia), Południu (Kartagina) i Północy (podbój Galii Przedalpejskiej i powstrzymanie najazdu Cymbrów i Teutonów w bitwach pod Aqua Sextiae w 102 r. p.n.e. i na Polach Raudyjskich w 101 r. p.n.e. - po zakończeniu tej bitwy doszło też do sceny zbiorowego samobójstwa żon poległych wojowników cymbryjskich, które prosiły Rzymian, aby ci oddali je na służbę do westalek. Rzymianie jednak odmówili i kobiety te popełniły zbiorowe samobójstwo - zabijając również swe dzieci - aby oszczędzić sobie hańby gwałtu i niewoli), w Italii zgromadzono taką liczbę niewolników, że dotychczasowe struktury patriarchalne po prostu nie mogły przetrwać. Doprowadziło to też do upadku obyczajów i (jeszcze wówczas ledwie widocznej, ale postępującej) emancypacji kobiety rzymskiej. Niewolnicy przestali więc być traktowani jako członkowie jednej familii, a stali się "mówiącymi przedmiotami" nie posiadającymi ani praw, ani własności (z biegiem stuleci zarówno stosunek do niewolników jak i ich pozycja w strukturze rzymskiego społeczeństwa również będzie ulegała zmianie), których nie tylko bicie, ale też i pozbawianie życia nie było prawnie zakazane.

Niewolnicy zatrudnieni przy pracach polowych (nie mówiąc już o tych, pracujących w kopalniach lub kamieniołomach) byli eksploatowani ponad miarę. Katon pisze że nawet niepogoda nie może być pretekstem zwalniającym od pracy ("W pogodę deszczową obmyśl jakąś robotę, którą można wykonać pod dachem. Jeśli deszcze nie ustają, zarządź sprzątanie, by nie stanęła praca. Pamiętaj, że choćby się nic nie robiło, nie ubędzie przez to wydatków"). Nieco lepiej mieli niewolnicy zatrudnieni w zakładach rzemieślniczych, oraz ci, pracujący w domu pana. W II wieku p.n.e. doszło już do tego, że posiadanie odpowiednich niewolników do określonych zadań, stało się koniecznością wśród snobistycznych elit senatorskich. Tak więc posiadano niewolników krawców, fryzjerów, ubieraczy, kucharzy, nakrywających do stołu, usługujących w salach biesiadnych (byli na przykład niewolnicy służący do wycierania rąk gości po posiłku, a polegało to na tym, że biesiadnicy mając tłuste ręce po zjedzeniu np. kurczaka lub prosięcia - wycierali dłonie w ubrania niewolników lub - co też się zdarzało - w długie włosy niewolnic), asystujących panu (lub pani) podczas wychodzenia z domu, lektykarzy, muzykantów, kuglarzy, mimów etc. etc. Gdy podaż nie nadążała za popytem i ceny niewolników gwałtownie spadały (choć nie należy też przesadzać w drugą stronę, ceny co prawda były niskie, ale i tak duże dla wielu zwykłych Rzymian, których nie było stać na zakup choćby jednego niewolnika), wówczas taki właściciel mógł dowolnie traktować swoją własność i jeśli chciał, nie musiał o nią w ogóle dbać. Zdarzało się że niewolnicy byli wypuszczani do pracy bez cieplejszej odzieży i bez butów w chłodniejsze dni - natomiast skrupulatnie rozliczano ich z powierzonych zadań. Jeśli coś się panu nie spodobało, mógł skazać niewolnika np. na kilkaset rózeg, której to kary z reguły nie można było w całości wytrzymać bez omdlenia (co niekiedy - gdy właściciel się ulitował - ratowało życie). Niewolników pracujących w polu i tak w większości przykuwano do siebie kajdanami za ręce i nogi (aby uniemożliwić im ucieczkę), a na noc zamykano w podziemnych kazamatach, służących za zbiorową sypialnię, gdzie niewolnicy spali na gołej ziemi (ale po długim dniu pracy większość z nich i tak była potwornie zmęczona, marząc tylko o spaniu).  




Mimo to (a raczej na przekór tym szykanom) niewolnicy nie tylko podejmowali wielokrotne próby ucieczki (właściciel który miał kilkadziesiąt a często kilkuset niewolników, nie był w stanie ich wszystkich spamiętać i często nawet nie wiedział do końca który należy a który nie należy do niego). Zdarzały się też w II wieku p.n.e. otwarte bunty niewolnicze. Warto też powiedzieć słów parę o takich buntach, mających miejsce mniej więcej w tym okresie również w Helladzie. Jednym z takich otwartych niewolniczych powstań, był ten z Chios (III wiek p.n.e.), gdzie niewolnicy powstali pod przywództwem niejakiego Drymakosa i zbiegłszy w góry, stąd napadali na możnych i kupców. Ostatecznie część niewolników (z samym Drymakosem na czele) schroniła się u ołtarza w świątyni na Wyspie - a dalsze ich losy pozostają nieznane. Do groźnego powstania doszło również na Delos. Miało to miejsce w latach 20-tych II wieku p.n.e., czyli w okresie, w którym od ponad trzydziestu lat funkcjonował tamtejszy rynek niewolniczy (gdzie dzienna sprzedaż była tak duża, że w przeciągu trzech dni schodziło tam tylu niewolników, co Kwintus Fabiusz Maximus wziął po zdobyciu Tarentu - w 209 r. p.n.e. - 30 tys., lub w ciągu dwóch tygodni tylu - ilu zabrał ze sobą do Rzymu po splądrowaniu Epiru w 168/167 r. p.n.e. Lucjusz Emiliusz Paulus - 150 tys.). Nie wiadomo dokładnie gdzie wybuchło to powstanie, ale można założyć (zważywszy iż Delos jest maleńką wyspą) że właśnie na tamtejszym rynku. Niewolnikom udało się zbiec i schronić w świątyni Apolla. Ponieważ wyspa była prywatnym konsorcjum kupieckim (mafijnym) gdzie poszczególne klany podzieliły pomiędzy siebie strefy wpływów, a niewolnicy nie mieli ani okrętów, ani nadziei na jakiekolwiek wsparcie, szybko zostali spacyfikowani i zabici przez "lokalne siły porządkowe". 




Do dużego antyrzymskiego powstania doszło również w Azji Mniejszej (w Pergamonie), gdzie pod wodzą Aristonikosa (przyrodniego brata ostatniego króla Pergamonu - Attalosa III i syna - Eumenesa II) niewolnicy i najubożsi mieszkańcy powstali przeciwko wielkim właścicielom ziemskim i bogatym, zasobnym miastom. Attalos III zmarł bowiem w młodym wieku - nie pozostawiwszy następcy, a w swym testamencie Królestwo Pergamonu w całości (133 r. p.n.e.) zapisał Rzymowi (poza miastem Pergamon i kilkoma innymi miastami na wybrzeżu, które miały pozostać wolnymi polis, a Rzymianie nie mieli prawa pobierać od nich podatków). Sam Pergamon był niezwykle pięknym miastem, zwanym wówczas "Nowymi Atenami", położonym na wzgórzu, zaledwie 30 km od brzegów morza - był bez wątpienia najwspanialszym miastem całej Azji Mniejszej. Posiadał dwie agory, majestatyczny pałac królewski, oraz wielki Ołtarz Zeusa (zaliczany do Siedmiu Cudów Świata i od czasów dominacji chrześcijaństwa nazywany "Ołtarzem Szatana"), do tego oczywiście liczne świątynie, Teatr i Biblioteka (rywalka Biblioteki Aleksandryjskiej). Dzielił się na dwie części - Stare (po zachodniej stronie) i Nowe Miasto (po stronie wschodniej). Miasto było też dobrze przygotowane do długiej obrony, posiadając arsenał, liczne spichlerze i strome zbocza, które uniemożliwiały bezpośrednie podciągnięcie machin oblężniczych pod mury miejskie. Pergamon miał również rozbudowaną sieć kanalizacyjną (pozostałości kanałów przetrwały do dziś, a nie było to wcale częste zjawisko w owym czasie i można powiedzieć że prócz Pergamonu, pełną sieć kanalizacyjną posiadała jeszcze tylko Aleksandria i Antiochia). Miasto miało zapewnioną stałą ochronę policyjną (patrole dzielnicowe wysyłane na ulice przez amfodarchów - zarządców dzielnic miasta) oraz sanitarną - przez co miasto było czyste i bezpieczne (nawet nocą), a król osobiście dbał by nikt nie: "rzucał na ulicę śmieci, nie tłukł na niej kamieni, nie przygotowywał zaprawy murarskiej, nie gromadził cegieł ani nie kopał nie zakrytych rowów". W przypadku wykrycia takich zdarzeń, osoba na tym przyłapana byłaby zmuszona do naprawienia szkody, a przypadku odmowy, zostawała na nią nakładana grzywna w wysokości 10 drachm (za wyrzucanie śmieci na ulice) oraz 5 drachm (za inne przewinienia). W porównaniu do Pergamonu (Aleksandrii, Antiochii czy nawet Aten) Rzym wciąż uchodził za miasto o strukturze wiejskiej, pełen zwierząt hodowlanych (kur, wołów, świń), oraz wszelakich nieczystości i zapachów wylewanych prosto na ulice (Kleopatra VII odwiedzając Rzym w 46 r. p.n.e. musiała zatykać nos i zasłaniać firany w lektyce, aby nie oglądać jak to: "bezpański pies może tu przywlec skądś ludzką rękę, a wół potrafi wtargnąć do jadalni"). Teraz tym miastem i całym krajem mieli władać Rzymianie (oczywiście zgodnie z zapisami testamentu Attalosa III).






Pergamon był niezwykle bogatym miastem i nawet jeśli zapis Attalosa uniemożliwiał Rzymianom nakładanie podatków na jego mieszkańców, to i tak dochody z rozległych posiadłości królewskich, kopalń i warsztatów należących do dynastii Attalidów - były niezwykle łakomym kąskiem. I wówczas, po śmierci króla Attalosa III (który notabene dla jego współczesnych, uchodził za prawdziwego dziwaka, gdyż folgował dość niepopularnym wówczas obyczajom - jak choćby stronił od uczt i zabaw a wolał samotność i niekiedy dniami nie opuszczał swych pokoi, zapuszczając brodę i włosy jak pustelnik. Nosił również skromne stroje, a niektóre nawet przypominały żebracze łachmany. Nie interesował się kobietami, za to uwielbiał zabawiać się rzeźbą i sam wielokrotnie odlewał posągi i popiersia. Poza tym pasjonował się zarówno ziołolecznictwem jak i wszelkiego typu miksturami i truciznami - które to ponoć wypróbowywał na więźniach), zaprotestował przeciwko testamentowi przyrodniego brata niejaki - Aristonikos, zrodzony z królewskiej nałożnicy. Był on synem króla Eumenesa II i jego greckiej hetery (która ponoć nago przygrywała królowi do posiłku) i uważał że teraz właśnie jemu należy się korona. Jeszcze w dniu śmierci Attalosa III zmobilizował swych zwolenników w Pergamonie (skąd jednak musiał się wycofać, gdy władze miejskie nie uznały go za króla) i wystosował apel do wszystkich najbiedniejszych poddanych, do nie-Hellenów oraz do tysięcznych mas niewolników, obiecując im wszystkim poprawę bytu pod swoim panowaniem. Miasta zamknęły przed nim swe bramy, a Pergamończycy w obawie zarówno przed rewoltą niewolników, oraz najuboższych - nie posiadających praw - mieszkańców miasta, postanowili przyznać tym ostatnim pełne prawa obywatelskie. Przyjęto prawo, które zostało ogłoszone na tablicy z białego kamienia i brzmiało następująco: "Za kapłaństwa Menestratosa, syna Apollodorosa, dnia dziewiętnastego miesiąca Eumenejos (prawdopodobnie marzec-kwiecień). Lud uchwalił na wniosek strategów (...) konieczne dla wspólnego bezpieczeństwa, aby również niżej wymienione grupy otrzymały prawa obywatelskie, gdyż wykazały pełne oddanie ludowi. (...) Lud postanawia zatem nadać obywatelstwo (...) tym spośród żołnierzy najemnych, którzy mieszkają w mieście lub na jego terytorium, a także Macedończykom i Myzyjczykom, jak również osadnikom wojskowym zapisanym w twierdzy i w starym mieście (...) strażnikom i ludziom (...) posiadającym nieruchomości w mieście lub na jego terytorium oraz ich żonom i dzieciom. Na listę cudzoziemców zostają natomiast przeniesieni wyzwoleńcy i dawni niewolnicy królewscy (...) a razem z nimi także ich żony".




Tymczasem Aristonikos zajął port w Leukai (był to obszar osadnictwa wojskowego), czyniąc go swą główną bazą i przejął też część królewskiej floty. Odwoływał się zarówno do uczuć patriotycznych obywateli Pergamonu, jak i do obietnic poprawy losu najuboższych i zniewolonych mieszkańców kraju. Przez dłuższy czas istniał wiec taki duopol (wolne miasta z Pergamonem na czele i państwo niewolnicze Aristonikosa w Leukai i okolicach), gdyż Rzymianie długo zajęci byli sprawami wewnętrznymi (w tym czasie miała miejsce słynna reforma agrarna Tyberiusza Grakcha, która była jawną próba ograniczenia dotychczasowego "zbierania ziem" Italii w rękach arystokracji senatorskiej oraz ekwitów) i dopiero w 131 r. p.n.e. wysłali oni do Azji Mniejszej armię ekspedycyjną pod konsulem Publiuszem Licyniuszem Krassusem, która jednak poniosła klęskę z rąk stworzonej przez Aristonika niewolniczej armii (a Krassus został zabity przez jednego z byłych niewolników, który odciął mu głowę i zabrał ją jako trofeum). Po tym zwycięstwie swoje mury przed Aristonikosem otworzyła Fokeia (ale był to jedyny taki przypadek w tej wojnie). Wkrótce potem jednak flota Efezu (rodzinnego miasta matki Aristonika) uderzyła na flotę w Leukai i rozbiła ją definitywnie, zmuszając Aristonikosa do cofnięcia się w głąb lądu, do Myzji, gdzie ogłosił powstanie "Państwa Słońca" - Heliopolis, deklarując że w tym kraju wszyscy ludzie będą wolni i równi wobec siebie. Spowodowało to liczne zbiegostwo do jego obozu, choć schwytanych niewolników na próbie ucieczki karano bardzo dotkliwie (obcinając język i nos, oraz wypalając im na czole znak hańby), zaś wolni ludzie którzy zbiegali do Aristonika, zostawali wyjęci spod prawa, a ich majętności przechodziły na własność danego miasta. W 130 r. p.n.e. Rzym wysłał do Azji Mniejszej kolejną armię konsularną pod dowództwem Marka Perperny, który ostatecznie pokonał siły Aristonikosa, a jego samego pojmał i odesłał do więzienia w Rzymie. Walki myzyjskich i karyjskich górali, oraz rzesz zbiegłych niewolników trwały jednak dalej i dopiero w 129 r. p.n.e. Rzymianie ostatecznie uporali się z tym niebezpieczeństwem - tworząc swoją pierwszą azjatycką prowincję, która otrzymała nazwę "Azja". Oczywiście Powstanie Aristonikosa nie było jedynym powstaniem niewolniczym z jakim musieli uporać się Rzymianie w II wieku p.n.e., było ich jeszcze kilka i to zarówno w samej Italii, jak i na okolicznych wyspach. A tymczasem stały dopływ niewolników do Rzymu trwał nieprzerwanie, właśnie dzięki takim ówczesnym rynkom niewolniczym jak Delos.




CDN.
 

ZAPRZAŃSTWO JAKICH MAŁO! - Cz. VII

CZYLI HISTORYCZNA REFLEKSJA JAKO MEMENTO DLA WSPÓŁCZESNOŚCI POWSTANIE i WOJNA Cz. VII WŁADYSŁAW IV W MŁODOŚCI  Poselstwo na którego czele st...