WYŚWIETLENIA

17 maja 2026

REWOLUCJA BEZ ŻADNYCH REWOLUCYJNYCH KONSEKWENCJI! - Cz. III

CZYLI MIĘDZYNARODOWE REAKCJE NA ZAMACH STANU JÓZEFA PIŁSUDSKIEGO W POLSCE z 12 MAJA 1926 i PÓŹNIEJSZE RZĄDY OBOZU SANACYJNEGO





SANACJA
CZYLI IDEOLOGIA BEZ IDEOLOGII



Czym była Sanacja? Trudno to jasno sprecyzować i sądzę że ci, którzy używali tego słowa, również mieli problem ze zdefiniowaniem czym tak naprawdę była Sanacja. Nie była to bowiem żadna sformalizowana idea jak faszyzm czy komunizm, nie posiadała żadnego programu i nie miała swoich ściśle określonych założeń. Cały bowiem program sanacyjny sprowadzał się do jednego, do... idei Marszałka Józefa Piłsudskiego - i tyle, w zasadzie już moglibyśmy zakończyć ten temat - ale to byłoby zbyt proste. Nie było żadnego programu sanacyjnego, a ci, którzy byli u boku Marszałka i wprowadzali te założenia sanacyjne w życie - sami nie potrafiliby dokładnie odpowiedzieć na pytanie czym one właściwie są. Ideologia sanacyjna była reprezentowana przez ludzi z bliższego (i dalszego) otoczenia Marszałka Piłsudskiego, których nazywano piłsudczykami (ja sam uważam się również za piłsudczyka, choć mój pradziadek był hallerczykiem i pewnie nie pochwaliłby moich przekonań), mimo to postaram się obiektywnie zinterpretować tę ideologię, która tak naprawdę nie zawierała w sobie żadnej ideologii.

Czym bowiem była Sanacja? Był to ruch który stawiał sobie za cel wzmocnienie wewnętrzne i zewnętrzne Polski, uczynienie z niej centrum gospodarczego, militarnego, a co najważniejsze (wręcz kluczowe) kulturowego całego rejonu państw Międzymorza, czyli całej Europy Środkowo-Wschodniej. Jak w 1936 r. pisał na łamach "Prosto z Mostu" Stanisław Piasecki (notabene Piasecki był narodowcem a nie piłsudczykiem, ale jego tekst wpisuje się całkowicie w poglądy ludzi zwanych piłsudczykami i systemu zwanego "sanacyjnym"): "Musimy zbudować potęgę trzecią (co do Niemiec i Rosji), która tamtym materialistycznym poglądom przeciwstawi swój idealistyczny pogląd na świat. I skupić wokół niego wszystkich, którzy między Morzem Bałtyckim a Czarnym i Śródziemnym tak samo czują jak my, a są słabi i rozbici". Piasecki dodawał również: "W tym miejscu jesteśmy (...) na przeciągu wichrów ze wschodu i zachodu. Tu można być tylko albo czymś wielkim i potężnym, albo nie być (wcale)". Celem więc Sanacji, celem Marszałka Piłsudskiego i ludzi skupionych wokół Niego, było uczynienie z Polski (a raczej z Rzeczpospolitej - rozumianej co najmniej jako wspólne państwo polsko-litewsko-ruskie, ale nie na zasadzie centralizacji, tylko podobne do tego sprzed zaborów, w którym była Korona, była Litwa i była Ruś - choć ta ostatnia nie miała podmiotowości politycznej, ale wszystko spajała kultura polska i polski język, a najważniejsze decyzje praktycznie zawsze zapadały w Koronie) centrum cywilizacji duchowej, promieniującej na całą Europę Południową i Środkowo-Wschodnią (dziś widać np. że budzi się Wielka Brytania, budzi się również - a wiem to z potwierdzonych źródeł - Hiszpania i Francja, w tych bowiem krajach w ostatnim czasie było niezwykle wiele powrotów do Kościoła Chrystusowego i ten trend tam wciąż postępuje. Laicyzacja Europy to już przeszłość, teraz powstaje pytanie czy Europa będzie chrześcijańska czy będzie islamska. A ta iskra już wyszła z Polski i wystarczy sobie poczytać komentarze o naszym kraju jakie zamieszczają Brytyjczycy, Francuzi, Amerykanie, Hiszpanie, Włosi nawet Niemcy, wszyscy są wręcz zafascynowani Polską, tym jak tutaj jest bezpiecznie, jak jest... normalnie. I to jest dopiero początek, choć oczywiście są tacy, którzy pragną aby w tym naszym Domu również naśmiecić, aby upodobnić go do reszty z Zachodniej Europy. Tylko że coraz więcej Polaków też otwiera oczy i to zarówno na naszych sąsiadów zza wschodniej granicy, jak i na to co płynie z tego tak zwanego "postępowego" Zachodu). 










Celem Sanacji było stworzenie silnego, opartego na potędze militarnej Rzeczpospolitan/Polaków, potędze gospodarczej (od Bałtyku ku Morzu Czarnemu i Adriatykowi, tak jak to było od średniowiecza, gdy polscy władcy w prezentach ofiarowywali rzymskim cesarzom wielbłądy lub słonie, które to zwierzęta wówczas w Niemczech budziły prawdziwy zachwyt i zdumienie - a brało się to stąd, że główny kierunek gospodarczy ówczesnej Polski był skierowany na tereny Morza Czarnego, Bizancjum i Grecji a stamtąd ku Syrii, Lewantowi i Arabii, stąd takie zwierzęta jak waśnie słonie czy wielbłądy były dość częstym widokiem na polskich dworach. Czyli kierunek z północy na południe, a nie ze wschodu na zachód, jak to jest obecnie), a przede wszystkim potędze kulturowej i duchowej, która była najsilniejszym lepiszczem.

Sanacja za czasów Marszałka Piłsudskiego nie posiadała żadnych ściśle zorganizowanych struktur, żadnych organizacji młodzieżowych (jak to było np. w hitlerowskich Niemczech, faszystowskich Włoszech, frankistowskiej Hiszpanii, salazarowskiej Portugalii, austro-faszystowskiej Austrii, nie mówiąc już o komunistycznej Rosji). Oczywiście idea sanacyjna była bardzo silna w już istniejących organizacjach młodzieżowych (jak choćby w Harcerstwie), ale równie silne były tam idee narodowe (endeckie) czy nawet socjalistyczne, zaś wszelkie próby stworzenia młodzieżowych organizacji piłsudczykowskich były bardzo źle odbierane przez samego Marszałka. Marszałek Piłsudski - jako człowiek wychowany w tradycji Wielkiej Rzeczypospolitej, brzydził się wszelkimi spędami młodzieży i publicznymi przemowami do wiwatujących tłumów (które to elementy były nieodłącznym krajobrazem wszelkich totalitaryzmów). Sanacja była więc bodajże jedyną w świecie ideologią nie posiadającą żadnej sprecyzowanej ideologii i nie mającej ściśle podporządkowanych sobie kadr organizacyjnych. Nie znaczy to oczywiście że takich kadr nie było w wielu innych organizacjach, bowiem idea Marszałka Piłsudskiego, była ideą niezwykle popularną. W Wojsku Polskim np. istniał prawdziwy "kult" Marszałka (oczywiście rozumiany jako niezwykły szacunek, którym żołnierze otaczali twórcę polskiej Armii i tego, który wyprowadził Polskę z niewoli trzech "czarnych orłów" i rozgromił bolszewicką nawałę w 1920 r.), jednak poza wojskiem piłsudczycy już nigdzie nie dominowali. Należy też dodać - bo to bardzo ważne - że idea Marszałka Piłsudskiego była ideą niezwykle elitarną, zakładała bowiem że są ludzie, którzy dzięki przymiotom własnego umysłu, charakteru lub też w jakiś inny sposób są w stanie przewodzić innym ludziom i prowadzić ich ku wspólnemu dobru (no niestety, może ktoś się na to obrazić, ale ja również uważam że tak właśnie jest, że wpływ wielkich ludzi w historii był często niebagatelny na późniejsze wydarzenia, chociaż teoria "skrzydeł motyla" mówi że nawet... brak dobrego seksu może zmienić nasze dzieje 😉)




Jednym z nurtów idei piłsudczykowskiej był także Prometeizm - który choć narodził się jeszcze w XIX wieku, swoją ostateczną formę przybrał właśnie w latach 20-tych i 30-tych wieku XX. Czym był Prometeizm, który forsował (aktywnie do 1920 r., potem już nieco bardziej pasywnie) Marszałek Piłsudski? Jeśli mielibyśmy zdefiniować go w krótkich słowach, to powiedzielibyśmy że była to idea rozsadzenia Rosji poprzez oddzielenie od niej narodów nie-rosyjskich, które ona w ciągu wieków podbiła i ciemiężyła. Już w 1904 r. płynąc do Japonii (która toczyła wówczas wojnę z Rosją), Józef Piłsudski opracował "Memoriał" dla cesarza i rządu japońskiego, w którym zawarte zostały słynne słowa: "Rosję należy rwać po szwach narodowych". W 1908 r. Leon Wasilewski (również PPS-iak i bliski współpracownik Józefa Piłsudskiego) opracował tajną broszurę w której propagował ideę "rozbicia Rosji i utworzenia (na jej terenie) niepodległych państw narodowych". Jednak w swej pełni zaczął się ten nurt urzeczywistniać dopiero z chwilą wybuchu Rewolucji Październikowej (chyba tylko z przyzwyczajenia piszę o niej dużymi literami) 1917 r. Wówczas do działania przystąpiło wielu ukrytych prometeistów, jak choćby hrabia Bogdan Hutten-Czapski czy Feliks Dzierżyński. Prometeiści nie stanowili bowiem zwartej organizacyjnie grupy, lecz byli rozdzieleni i często wspierali ruchy wzajemnie się wykluczające. 

Właśnie tacy ludzie jak hrabia Hutten-Czapski i hrabia Harry Kessler (który spotkał Piłsudskiego jeszcze podczas I Wojny Światowej w okopach i po krótkiej z nim rozmowie stał się gorącym zwolennikiem nie tylko Prometeizmu jako ideologii rozbicia Rosji, ale także pełnej niepodległości Polski - o czym zresztą już pisałem), którzy przyczynili się do wysłania przez Niemcy do Rosji (w zaplombowanym wagonie kolejowym) Włodzimierza Lenina, zdając sobie sprawę że doprowadzi on do takiego wewnętrznego rozkładu Rosji, iż cel prometeizmu zostanie urzeczywistniony. Feliks Dzierżyński - ów wielki zbrodniarz, który za młodu dał swemu nauczycielowi po gębie, gdy ten zakazał mu mówić po polsku (notabene w młodym wieku Dzierżyński popełnił również zbrodnię, zabijając własną siostrę. Stało się tak, gdy wziął nabitą strzelbę swego ojca i bawiąc się z siostrą wymierzył do niej a następnie... strzelba wystrzeliła i dziewczyna padła martwa. Dzierżyński do końca życia nie mógł sobie tego wybaczyć), niszczył Rosję od środka, mordując najlepszych synów rosyjskiej ziemi. Znamienne są słowa, jakie w Rydze w 1921 r. wypowiedział Dzierżyński do swego przyjaciela z lat dziecinnych - Leona Wasilewskiego: "Ja nie zabijam ludzi, ja zabijam ruskich". A dziś Rosjanie uważają Dzierżyńskiego za jednego ze swoich bohaterów - no cóż, turański naród który w swych dziejach wielbił morderców i wszelkich degeneratów (podobnie jak banderowska Ukraina). Celem prometeizmu było więc dążenie do rozpadu Rosji wszelkimi możliwymi sposobami, ale oczywiście zaistniała pustka musiałby zostać wypełniona przez coś nowego. Tym nowym była również koncepcja polskiego Mesjanizmu, czyli innymi słowy: "koncepcja wypełnienia przez Polskę szczególnej roli na Wschodzie i konieczność stworzenia sobie warunków, aby kierować w znacznym stopniu przebiegiem zjawisk".




Największą popularność idea prometejska zyskała właśnie w środowisku piłsudczykowskim, a do jej realizacji miały posłużyć najróżniejsze inicjatywy wśród przedstawicieli narodów ciemiężonych przez Rosję: Gruzinów, Ormian, Tatarów, Azerów, Ukraińców czy nawet Białorusinów, wspieranych zarówno przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych oraz Wydział Wschodni, na którego czele stali zagorzali prometeiści (jak choćby Tadeusz Hołówko, Tadeusz Schaetzel czy Tadeusz Kobylański). Powstały więc takie inicjatywy jak "Związek Zbliżenia Narodów Odrodzonych" (1921-1923), "Ludowy Związek Obrony Ojczyzny i Wolności" - powołany do życia w styczniu 1921 r. przez przebywającego w Polsce, rosyjskiego antykomunistę Borysa Sawinkowa. Projekt ten upadł, gdy Sawinkow został podstępnie zwabiony w sierpniu 1924 r. do Rosji (całą tę misterną akcję zorganizowało OGPU - czyli sowiecki wywiad, którego członkowie podszyli się pod rosyjskich antykomunistów, wmawiając Sawinkowowi że cała Rosja wrze i czeka tylko na niego, jako przywódcy do walki z Czerwonymi. Po śmierci Lenina w styczniu 1924 r. Sawinkow, dotąd bardzo podejrzliwy i nieufny - nie ufał nikomu oprócz swego osobistego ochroniarza, który potem został zabity {przez sowiecki wywiad} - dał się wreszcie przekonać i pojechał do Rosji przejąć ster kontrrewolucji. Po przekroczeniu granicy - 15 sierpnia 1924 r. - natychmiast został aresztowany. W wiezieniu - aby uniknąć cierpień fizycznych - zgodził się przyznać do wszystkiego, jednocześnie w zamian za darowanie mu życia uznał władzę sowiecką i apelował do wszystkich Rosjan o to samo. Sowieci nie dotrzymali jednak danego słowa i 7 maja 1925 r. Sawinkow został zabity w niewinnej zdawałoby się sprzeczce między więźniami. Sowieci uzyskali to, co chcieli - po pierwsze wyeliminowali groźnego wroga, który mógł im napsuć krwi, po drugie upokorzyli go, zmuszając do deklaracji prokomunistycznych i piętnujących jego działania, a potem po prostu go zabili w dobrze zorganizowanym zamachu, tak aby wyglądało to na wypadek). Do 1927 r. Moskwa rozbiła lub zneutralizowała wszelkie rosyjskie grupy antykomunistyczne.




Polski wywiad (sławna "Dwójka" - Oddział II Sztabu Generalnego Wojska Polskiego), a szczególnie Wydział Wschodni, odniosły jednak kilka znaczących sukcesów na polu prometejskiego rozbijania Rosji. Pierwszym, zdecydowanym sukcesem, było zawarcie sojuszu polityczno-wojskowego pomiędzy Rzeczpospolitą Polską a Ukraińską Republiką Ludową Symona Petlury 22 i 24 kwietnia 1920 r. Jej realizacją było wspólne zdobycie Kijowa 7 maja 1920 r. i przesunięcie linii frontu polsko-bolszewickiego daleko na południowy-wschód. Drugim sukcesem z okresu lat wojny z bolszewikami (1920 r.), był chociażby apel prezydenta Tatarskiego Zgromadzenia Narodowego na Krymie - Muhameda Ayaz Ishaki do Ligii Narodów o objęcie Krymu polskim protektoratem. W tym czasie zawiązane zostało szereg wzajemnych sojuszy pomiędzy przedstawicielami rządów państw takich jak Armenia czy Gruzja na uchodźstwie i to właśnie w Polsce ci ludzie przygotowywali się do ewentualnej wojny z Sowietami i wyzwolenia ich ojczyzn przy współdziałaniu Wojska Polskiego (o tym że wcześniej czy później dojdzie do wojny polsko-sowieckiej zarówno Piłsudski jak i korpus oficerski Wojska Polskiego zdawał sobie sprawę dosyć dobrze. Zresztą nie mogło być inaczej, Sowieci bowiem dążyli do wywołania rewolucji światowej a pierwszym etapem tej rewolucji i pierwszą przeszkodą było pokonanie Polski, która przed II Wojną Światową była w Sowietach największym złem jaki kiedykolwiek istniał - na temat Polski powstało w Sowietach ponad 70 filmów propagandowych, więcej niż na temat wszystkich innych państw świata... razem wziętych. Polska zresztą była zawalidrogą, przeszkodą na drodze do rewolucji europejskiej, zresztą Niemcy również nas w ten sposób postrzegali w projektowaniu swojej ekspansji na Wschód). W Polsce też szkoliły się kadry przyszłych narodowych armii państw przez Rosję podbitych i uciemiężonych, oraz takich, które byłyby w stanie przygotować antykomunistyczne (i antyrosyjskie - bo to się nie wykluczało) powstania w swoich krajach. Polacy, na prośbę reprezentantów innych krajów, delegowali własnych oficerów do kadr tworzących się armii (np. gruzińskiej, ormiańskiej czy białoruskiej), choć oficerowie ci musieli mieć korzenie z tych właśnie krajów. Polska łożyła też na utrzymanie oddziałów tworzących się armii sprzymierzonych (w przypadku wojny z Sowietami powołanoby do życia odpowiednie dywizje a nawet armie narodowe).




Prometeizm polski skupiał się w latach 20-tych i 30-tych XX wieku głównie na narodach kaukaskich, których przedstawiciele byli częstymi gośćmi zarówno w Sulejówku u Komendanta, jak i w sferach wojskowych i rządowych II Rzeczypospolitej. Tacy ludzie jak: Noe Rasziwili, Nikola Czcheidze, Dżafer Sejdamet, Kakutsa Czołokaszwili (przywódca sierpniowego powstania Gruzinów w 1924 r.), Władimir Żabotyński (założyciel Legionu Żydowskiego i twórca Betaru, który potem walczył z Arabami w Palestynie o niepodległość Izraela i... mordował Brytyjczyków) - wszyscy oni szkolili się i zdobywali swoje doświadczenie wojskowe, organizacyjne i konspiracyjne właśnie w Polsce. Polacy (a raczej polscy Żydzi) byli też twórcami państwa Izrael, którego pierwszym językiem był właśnie język polski (a gdy w latach 60-tych i 70-tych Izrael toczył wojny z państwami muzułmańskimi, w Polsce cieszono się że: "Nasi Żydzi biją ruskich Arabów" - kto by pomyślał że Żydzi się tak bardzo zdegenerują jako naród? Ale to nie dziwota, w końcu napłynęło tam wielu Żydów że w Związku sowieckiego i dzisiaj język rosyjski jest znacznie bardziej popularny w Izraelu niż hebrajski czy idisz). Nie będę rozpisywał się na temat poszczególnych akcji (tym bardziej że nie o wszystkich wiem) prometeistów, bowiem byłoby to zbyt długie i sądzę że chyba raczej nudne, w każdym razie warto zapamiętać że ruch prometejski (którego symbolem stał się właśnie zakuty w kajdany Prometeusz, któremu sęp wydziobywał wątrobę - a tym sępem była właśnie Rosja, zaś Prometeusz to symbol zniewolonych i cierpiących narodów pod rosyjskim butem. Według mitu sępa zastrzelił z łuku właśnie Herakles i takim Herkulesem wśród uciemiężonych narodów miała być sanacyjna Polska, która w 1920 roku pokazała jak powinno się zwyciężać Moskali) swoją ostateczną formę przybrał właśnie w Dwudziestoleciu Międzywojennym (a szczególnie po roku 1926).


"STAĆ BĘDZIE KRAJ NASZ CAŁY - 
STAĆ BĘDZIE PIASTÓW GRÓD
ZWYCIĘŻY ORZEŁ BIAŁY - ZWYCIĘŻY POLSKI LUD"



Kolejnym nurtem Sanacji, była również koncepcja kolonialno-mocarstwowa, dążąca do zdobycia dla Polski kolonii w Afryce lub Ameryce Południowej. Po zaledwie piętnastu latach od odzyskania niepodległości Polska już uważała się za lokalne mocarstwo, dążąc do uzyskania statutu mocarstwa regionalnego a nawet kontynentalnego. Silne wojsko, silna flota, Prometeizm, kolonie zamorskie, Międzymorze - to wszystko składało się na politykę ludzi tworzących rzeczywistość tamtej Polski, jakże różnych od wielu dzisiejszych polityków czy raczej politykierów. Tamci ludzie wyrośli w niewoli, a potrafili nie tylko myśleć jak wolni ludzie, ale i swoje myśli w czyn przekładać. Mało tego, oni nie tylko myśleli jak ludzie wolni, oni działali z pełną premedytacją jak ci, którzy tę wolność tylko własnej pracy i wysiłkowi zawdzięczają - i dzięki temu tworzyli podstawy potęgi tamtej naszej Ojczyzny. A jak jest dzisiaj... szkoda gadać, większość polityków myśli tak, jakby miała łańcuchy z tytanu których nie sposób rozerwać (a reszta nie myśli w ogóle). To są niewolnicy, zupełnie inna mentalność. Według mnie należy takich ludzi odseparować od polityki z wilczym biletem i jednocześnie doprowadzić do tego, aby coraz więcej młodych ludzi do niej wchodziło. Młodzi, zdrowo myślący, mający szczere patriotyczne poglądy - tacy ludzie są nam dziś potrzebni. Dlaczego bowiem Mojżesz błąkał się przez czterdzieści lat po Synaju nie wchodząc do Ziemi Obiecanej, choć odległość tę mógłby pokonać w kilka miesięcy? Dlatego że nie mógł znaleźć drogi? Nie, dlatego że musiało wymrzeć pokolenie niewolników, którzy co prawda już fizycznie byli wolni, ale mentalnie i psychicznie wciąż pozostawali niewolnikami. Nie sposób jest rozmawiać z niewolnikiem jak z człowiekiem wolnym i nie sposób budować z nimi wolnego narodu - bo to jest zupełnie inna mentalność - dlatego dopiero dzieci tych ludzi - nie mające doświadczeń ich rodziców, mogli stworzyć naprawdę niepodległe i wolne społeczeństwo.



"NIECH KAŻDY ŻOŁNIERZ, ZACZĄWSZY OD NAJWYŻSZEGO DOWÓDCY, KOŃCZĄC NA NAJŚWIEŻSZYM REKRUCIE, PAMIĘTA, ŻE OD JEGO SUMIENNOŚCI W PRACY, OD JEGO WYSIŁKU ZALEŻY, CZY ZABEZPIECZYMY NARODOWI TO, CZEGO PO NAS, ŻOŁNIERZACH, NARÓD SPODZIEWAĆ SIĘ MA PRAWO - NIEZALEŻNOŚĆ I PEŁNĄ SWOBODĘ URZĄDZENIA SIĘ PO SWOJEMU W WOLNEJ OJCZYŹNIE"


 "IM PRĘDZEJ POZOSTAŁOŚCI NIEWOLI ZOSTANĄ ZAPOMNIANE I WYRZUCONE POZA NAWIAS ŻYCIA POLITYCZNEGO POLSKI, TYM LEPIEJ DLA NIEJ I DLA PRACY ODBUDOWY OJCZYZNY"


"SĄ W ŻYCIU NARODÓW I PAŃSTW ZMAGANIA, KTÓRE NIGDY NIE USTAJĄ. POLSKĘ NA RÓWNI Z INNYMI NARODAMI OCZEKUJE WALKA WE WSZECHŚWIATOWYCH ZAPASACH O PIERWSZEŃSTWO W DZIEDZINIE ORGANIZACJI I KULTURY. POLSKA MUSI MIEĆ TRIUMFY I W TEJ POKOJOWEJ WALCE. ZDAĆ MUSI WIELKI EGZAMIN, BY NIE DAĆ SIĘ UBIEC W TYM KULTURALNYM WYŚCIGU"


"POLSKA MA PRZED SOBĄ WIELKĄ PRACĘ. POLSKA, TA WYŚNIONA, WYMARZONA, MA WSZELKIE ZEWNĘTRZNE CECHY, KTÓRYMI MY, WYCHOWANI W NIEWOLI, CIESZYĆ SIĘ MOŻEMY: WIELKIE WOJSKO, WIELKIE TRIUMFY, WIELKĄ ZEWNĘTRZNĄ SIŁĘ, WIELKĄ POTĘGĘ, KTÓRĄ I WROGOWIE I PRZYJACIELE SZANOWAĆ I UZNAWAĆ - CHOĆBY NIE CHCIELI - MUSZĄ. MAMY ORŁA BIAŁEGO, SZUMIĄCEGO NAD GŁOWAMI, MAMY TYSIĄCE POWODÓW, KTÓRYMI SERCA NASZE CIESZYĆ MOŻEMY. LECZ UDERZMY SIĘ W PIERSI. CZY MAMY DOŚĆ WEWNĘTRZNEJ SIŁY? CZY MAMY DOŚĆ TEJ POTĘGI DUSZY? CZY MAMY DOŚĆ TEJ POTĘGI MATERIALNEJ, ABY WYTRZYMAĆ JESZCZE TE PRÓBY, KTÓRE NAS CZEKAJĄ?"


"PRZED POLSKĄ LEŻY I STOI WIELKIE PYTANIE: CZY MA BYĆ PAŃSTWEM RÓWNORZĘDNYM Z WIELKIMI POTĘGAMI ŚWIATA, CZY MA BYĆ PAŃSTWEM MAŁYM, POTRZEBUJĄCYM OPIEKI MOŻNYCH. NA TO PYTANIE POLSKA JESZCZE NIE ODPOWIEDZIAŁA. TEN EGZAMIN Z SIŁ SWOICH JESZCZE ZDAĆ MUSI. CZEKA NAS POD TYM WZGLĘDEM WIELKI WYSIŁEK, NA KTÓRY MY WSZYSCY, NOWOCZESNE POKOLENIE, ZDOBYĆ SIĘ MUSIMY, JEŻELI CHCEMY ZABEZPIECZYĆ NASTĘPNYM POKOLENIOM ŁATWE ŻYCIE, JEŻELI CHCEMY OBRÓCIĆ TAK DALEKO KOŁO HISTORII, ABY WIELKA RZECZPOSPOLITA POLSKA BYŁA NAJWIĘKSZĄ POTĘGĄ NIE TYLKO WOJENNĄ, LECZ TAKŻE KULTURALNĄ NA CAŁYM WSCHODZIE. WSKRZESIĆ I TAK JĄ POSTAWIĆ W SILE I MOCY, POTĘDZE DUCHA I WIELKIEJ KULTURY MUSIMY, ABY SIĘ MOGŁA OSTAĆ W TYCH WIELKICH, BYĆ MOŻE, PRZEWROTACH, KTÓRE LUDZKOŚĆ CZEKAJĄ"


"W DZIECIŃSTWIE MOIM CIĄGLE MI SZEPTANO W USZY TAK ZWANE MĄDRE PRZYSŁOWIA: "NIE DMUCHAJ POD WIATR", "GŁOWĄ MURU NIE PRZEBIJESZ", "NIE PORYWAJ SIĘ Z MOTYKĄ NA SŁOŃCE". DOSZEDŁEM PÓŹNIEJ DO TEGO, ŻE SILNA WOLA, ENERGIA I ZAPAŁ MOGĄ TE WŁAŚNIE ZASADY ZŁAMAĆ"


 "SZUKAJ PRAWDY W DUSZY. PATRZ W OCZY, PRAWDA JEST SIŁĄ I JEST MOCĄ DUSZY"

 


CDN.

WŁADYSŁAW IV I PLANY WIELKIEJ WOJNY Z IMPERIUM OSMAŃSKIM - Cz. XIV

CZYLI JAK TO KRÓL
RZECZYPOSPOLITEJ WŁADYSŁAW IV
PLANOWAŁ ODBUDOWAĆ DAWNE
CHRZEŚCIJAŃSKIE PAŃSTWO
W KONSTANTYNOPOLU





1645 - (48)
RZECZPOSPOLITA
Cz. V


KRÓLOWA LUDWIKA MARIA GONZAGA



 Gdy w 1637 r. król Władysław IV brał ślub po raz pierwszy z arcyksiężniczką austriacką Cecylią Renatą, na Zamku Królewskim w Warszawie miała swoje pokoje królewska kochanka, mieszczka lwowska - Jadwiga Łuszkowska. Cecylia Renata musiała toczyć o nią z królem istne awantury, nim ten zdecydował się umieścić ją z dala od Zamku, teraz jednak sytuacja znów się powtarzała. Król miał drugą żonę, lecz na Zamku, w jego apartamentach królowała kolejna kochanka - Róża Małgorzata von Eckenberg. Teraz jednak król starał się być ostrożniejszy, tak że panna Eckenberg oficjalnie nie zamieszkała na Zamku, ale prawie każde noce spędzała w pokojach króla, natomiast królowa Ludwika Maria sypiała w samotności. Noc poślubna i kolejne noce przez pierwsze kilka tygodni małżeństwa upłynęły więc w taki właśnie sposób i to pomimo starań madame Renee de Guebriant, która otrzymała polecenie od samego kardynała Mazarina, aby starała się doprowadzić królewską parę do wspólnego łoża. Nie udało jej się to i aby uniknąć oskarżeń, obwiniła o wszystko... Ludwikę Marię, która w listach do Mazarina musiała się tłumaczyć ze swej nieśmiałości (ale dodawała że król jest oziębły wobec wszelkich jej amorów). Tak oto w państwie, prócz królewskich planów wojny z Osmanami i Tatarami, pojawił się kolejny problem - jak przekonać króla do małżeńskich figli z żoną. Wojewoda poznański - Krzysztof Opaliński wpadł wówczas na pewien pomysł, a mianowicie poinformował francuskiego posła w Rzeczpospolitej - Nicolasa de Bergy, aby przekazał dwórkom Ludwiki Marii informację, że królowa powinna być śmielsza w okazywaniu uczuć, gdyż: "król nasz pan miłościwy jest cokolwiek lubieżny w okazywaniu materii miłosnej" (król lubił spędzać czas w towarzystwie kobiet, na które trwonił fortunę i gdy wreszcie Sejm nie chciał ofiarować królowi więcej pieniędzy, twierdząc że na niemoralne idą eskapady, Władysław w gniewie krzyknął: "Niech to tak będzie, żem ja te kilkakroć sto tysięcy kurwom moim rozdał")




Królowa spędzała więc wciąż samotne noce, otoczona jedynie swymi dwórkami, perskimi kobiercami i renesansowymi arrasami zawieszonymi na ścianach, które szczególnie jej się podobały. Bardzo też spodobała jej się komnata w której sypiała (jej łóżko specjalnie było ozdobione baldachimem) i cały wystrój wnętrz Zamku Królewskiego, czemu dawała wyraz w swych listach do Mazarina: "Zdziwisz się Waszmość, gdy się dowiesz, że nigdy nie widziałam na dworze francuskim obić tak pięknych jak tutejsze, najmniejsze przejścia w moim gabinecie, jak i w pokojach pani de Guebriant są wyłożone złotogłowiem" (swoją drogą zastanawiające jest, że Ludwika Maria bardzo zdziwiła się widząc zamkowe toalety, bowiem w liście do Mazarina pisze o "gabinecie, w którym się znajduje rezerwuar z wodą" i nazwała to miejsce: "pomieszczeniem czystości". Skoro ona się zdziwiła na widok toalety, co dopiero powiedzieć o samym królu Ludwiku XIV, który w Wersalu nie przewidział ani jednej toalety. Ponoć ten król, który żył 77 lat z czego panował lat 72 a realnie władał Francją przez 54 lata, ten król kąpał się tylko... dwa razy w życiu, raz w dzieciństwie i drugi raz już gdy wstąpił na tron. Oba doświadczenia były dla niego tak traumatyczne, że... postanowił już nigdy więcej się nie myć. Miało to swoje tragiczne wręcz skutki, król cuchnął tak bardzo że posłowie którzy przychodzili do niego na audiencję, nie byli w stanie wytrzymać tego odoru i wielu wymiotowało w obecności króla. Dzisiaj mówi się że Francja jest ojczyzną perfum, ale tak naprawdę w tamtych czasach perfumy były koniecznością, aby zakryć odór jaki wytwarzał nie tylko sam król ale również jego dworacy w Wersalu - który był regularnie zasrywany i zaszczawany z racji faktu, że nie zaprojektowano w nim żadnych toalet. A dzisiaj niektórzy żałośni ideolodzy twierdzą że to średniowiecze było brudne. Średniowiecze przy epoce Ludwika XIV to był niezwykle czysty i wręcz pachnący okres w dziejach świata). Jednak radość z miejsca zamieszkania przysłaniał jej smutek królewskiej oziębłości w stosunku do jej osoby. Smutek królowej trwał do 7 kwietnia 1646 r. (czyli niecały miesiąc od jej ślubu z Władysławem IV) bowiem tego dnia oficjalnie król zaprosił swą małżonkę na wspólne polowanie. Kto wpłynął w tej materii na króla - nie wiadomo, wiadomo jednak że była to też pierwsza noc, jaką król i królowa spędzili we wspólnym, małżeńskim łożu. Wkrótce takich nocy było więcej, a król oddalił swą kochankę pannę von Eckenberg z Zamku. 

Tymczasem przygotowania do wojny z Tatarami i Osmanami trwały pełną parą. Król ściągnął z Niderlandów sławnego generała, Polaka który jakiś czas temu wyjechał na Zachód i tam uzyskał międzynarodową sławę walcząc najpierw w służbie holenderskiej od 1623 r. (tam będąc, jako prawdopodobnie pierwszy człowiek w historii w 1625 r. nurkował po dnie Morza Północnego - w poprzedniej części napisałem "Oceanu Atlantyckiego", przepraszam, mój błąd), następnie od 1626 r. przeszedł na służbę francuską (i w latach 1627-1628 r. zdobywał twierdzę hugenotów w La Rochelle). W 1629 r. zaciągnął się do służby w Holenderskiej Kompanii Zachodnioindyjskiej, z którą dotarł do Brazylii. To on był również założycielem tamtejszych portów: Rio de Janeiro, Bahia i Pernambuco. Oczywiście chodzi o generała artylerii Krzysztofa Arciszewskiego. Teraz Arciszewski (po śmierci dotychczasowego dowódcy - Pawła Grodzickiego) miał objąć dowodzenie nad całą artylerią w projektowanej królewskiej wyprawie antytureckiej. W lutym zjechali do Warszawy posłowie mołdawski i wołoski, a w marcu przybyło poselstwo od cara Rosji - Aleksego I (Strieszniew i Projestiew), które zostało przyjęte na audiencji 30 marca 1646 r. Przede wszystkim złożyli oficjalne gratulacje królowi z okazji zaślubin z Ludwiką Marią (taki był oficjalny cel ich wizyty), poza tym zaproponowali wspólny sojusz skierowany przeciwko Tatarom (w grudniu 1645 r. doszło do niezwykle niszczycielskiego ataku Tatarów na ziemie rosyjskie, podczas którego splądrowali oni Bilsk, Kursk i Putywl oraz zabrali ze sobą kilkanaście tysięcy jasyru. Car był wściekły i gotował się do wojny). Król był rad iż dojdzie do zawarcia tego przymierza, ale gdy okazało się że posłowie nie mają żadnych pełnomocnictw do zawarcia oficjalnego sojuszu, Senat sprawę odroczył. Posłowie moskiewscy wyjechali jednak z Warszawy (27 kwietnia) w dość dobrych nastrojach, co mogło być spowodowane chociażby królewską obietnicą co do wsparcia armii moskiewskiej, jeśli ta zdecyduje się ruszyć na Krym. W równie dobrych nastrojach wyjechali posłowie mołdawski i wołoski.




Mołdawia i Wołoszczyzna były bowiem oficjalnymi lennami Porty Ottomańskiej, a władcy tych krain mieli tylko tyle wolności, ile zdołali sobie kupić oficjalnymi (i nieoficjalnymi) daninami dla sułtana, wielkiego wezyra i tych wszystkich, którzy coś znaczyli w państwie osmańskim. Ich los zależał od humoru sułtanów i wezyrów, którzy otaczali ich dwory swoimi szpiegami. Nic więc dziwnego że władcy tych krain zamierzali zrzucić z siebie osmańską zależność. Słabą ich stroną była jednak wzajemna niechęć (przechodząca wręcz w nienawiść) Wasyla Lupula - hospodara mołdawskiego i Macieja Bessaraby - hospodara wołoskiego. Jeden i drugi wzajemnie na siebie donosili do sułtana i czyhali na swoją zgubę. Sułtan Ibrahim pozwolił im władać tylko dlatego, że podwyższył im niewyobrażalnie daniny które musieli płacić, przez co przymykał oczy na ich wzajemne waśnie. Dodatkowo jedna z córek Wasyla Lupula trafiła jeszcze w 1645 r. do sułtańskiego haremu (drugą, Marię - wydał za mąż za Janusza Radziwiłła). Teraz ci dwaj władcy, wysławszy swoje poselstwa do króla Władysława, doszli do przekonania że co prawda bardziej ograniczoną, ale pewniejszą i bezpieczniejszą mieliby władzę pod zwierzchnictwem Rzeczpospolitej, niż z pozoru niezależną, a tak naprawdę całkowicie kontrolowaną, niepewną i chwiejną władzę, jaką posiadali pod zwierzchnictwem osmańskim. Z końcem marca 1646 r. do Warszawy przybyło również i inne poselstwo, złożone z dwóch zakonników bazyliańskich z Góry Athos, którzy przywieźli ze sobą listy od patriarchów Konstantynopola, Aleksandrii i Jerozolimy, w których ci deklarowali zorganizowanie powstań antytureckich na sobie podległych terenach, jeśli dojdzie do wojny Rzeczpospolitej z Portą. 




Bez wątpienia króla musiała miło łechtać taka wizja wyzwolenia i zjednoczenia pod swoim berłem chrześcijan Zachodu i Wschodu. Już wcześniej zorganizował debatę religijną katolików i protestantów pod nazwą Colloquium Charitativum (o czym pisałem w poprzedniej części), teraz marzył o zjednoczeniu katolików i prawosławnych w zdobytym Konstantynopolu. Zbierał więc Władysław wojsko (również zagraniczne zaciągi nad którymi dowództwo miał sprawować Francuz vice-hrabia d'Arpajon, który przywiózł królowi Order św. Ducha od Ludwika XIV). Król miał bardzo szerokie plany, śnił bowiem nie tylko o zdobyciu Konstantynopola, ale również o odbiciu Grobu Świętego w Jerozolimie, a nawet do Egiptu zamierzał pomaszerować, śladami Aleksandra Wielkiego. Król już miał wszystko przemyślane, co prawda śmierć hetmana wielkiego koronnego - Stanisława Koniecpolskiego (11 marca 1646 r. - nazajutrz po ożenku Władysława z Ludwiką Marią), który w armii miał większe uznanie niż król, to nieco pokrzyżowało królewskie plany, ale ich nie przekreśliło. To właśnie Koniecpolski opracował plan wojny z Tatarami, który teraz Władysław pragną zmodyfikować. Mianowicie zamyślał sobie tak - gdy zbierze armię, ruszy do Mołdawii i zasilony posiłkami mołdawskimi i wołoskimi przekroczy Dunaj, wkraczając do Bułgarii i prąc na Konstantynopol (podobnie ponad 220 lat wcześniej próbował uczynić jego imiennik - Władysław III Jagiellończyk, o czym piszę w innej serii). W tym samym czasie Moskwa ruszy na Tatarów Krymskich a Wenecja, Francja i Papiestwo udzieli wsparcia ze strony morza. Po zajęciu Konstantynopola ruszy się dalej, do Jerozolimy i Aleksandrii. Prawda że ciekawy plan? Tylko problem był tego typu że nie wszystkie państwa tej koalicji garnęły się do walki z Portą, zresztą i w Rzeczpospolitej nie było na to zgody (np. wojewoda krakowski Stanisław Lubomirski, ten, który 25 lat wcześniej wraz z hetmanem wielkim Stanisławem Żółkiewskim odniósł wielkie zwycięstwo nad potęgą sułtana pod Chocimiem, teraz, gdy ujrzał w Krakowie nielegalny pobór żołnierzy do królewskiego wojska, doboszowi kazał rozbić bęben o jego łeb, a swoim ludziom rozpędzić już zebraną piechotę; wojewoda czernichowski -  Marcin Kalinowski {którego ojciec poległ pod Cecorą w 1620 r.} ogłosił wręcz że jeśli król samowolnie przekroczy z wojskiem granicę państwa, to on położy się na drodze tej armii i swym ciałem zagrodzi jej drogę; zaś kanclerz wielki litewski Albrycht Stanisław Radziwiłł stwierdził oficjalnie, że gotów jest "pierwej rękę sobie odrąbać", niż przyłożyć swój podpis do królewskich listów przypowiednich - zwołujących żołnierzy na przyszłą wojnę z Osmanami. Poza tym szlachta w całym kraju przytaczała kasus żołnierzy Aleksandra Wielkiego - podkreślając że król chciałby podążyć jego śladami - oni twierdzili że jeśli tak się stanie, to oni podzielą los żołnierzy Aleksandra, którzy wyruszali na wyprawę z Persją jako wolni ludzie, a zakończyli ją jako królewscy niewolnicy. Dopytywano też wszem i wobec: "Gdzie się tedy podzieje wolności nasza, gdy król w Aleksandra się zamieni?"). 

Ale zostawmy na razie te kwestie i wróćmy na królewski dwór do Warszawy. Oto bowiem przyszła wiosna, nastał maj a z nim powróciła ciepła pogoda. Królowa Ludwika Maria wybrała się teraz do pałacu Ogrodowego, który położony był wokół pięknego ogrodu. Nieopodal zaś, w pobliskim parku król trzymał kilka zwierząt (jelenie, sarny, kaczki, żurawie, łabędzie). W samym ogrodzie stał też warzywnik, w którym pielęgnowano lecznicze rośliny, a także sad drzew pomarańczowych, cytrynowych i figowców. Ponadto Ludwikę Marię zachwyciły kwietne tarasy, wychodzące od strony Wisły. Bez wątpienia Zamek Królewski, pałac w Ujazdowie (gdzie nawet była kanalizacja) i pałac Ogrodowy, były najpiękniejszymi miejscami w których przebywała królowa, ale było też coś, czego nie znosiła. Nie cierpiała polskich zim, a to dlatego że jako Francuzka nieprzyzwyczajona do chłodów, marzła w komnatach królewskich (oczywiście były tam pięknie zdobione kafelkowe piece, które ogrzewały całe pomieszczenia, na podłodze zaś rozkładano ciepłe skóry niedźwiedzi, rysi i fok - które grzały najlepiej, ale królowej to było za mało, jako że wówczas nie używano jeszcze szyb, a okna wypełniano błoną papierową nasyconą olejem, lub używano krzemiennych szybek, oprawionych w ołów i cynę, co jakiś czas do komnaty wpadał mroźny powiew wiatru, wiejący od Wisły. Idąc do łoża zimą okrywano się kocami ze skóry niedźwiedzia podbitej wełnianą tkaniną, a stopy wkładano do aksamitnego worka, podszytego wilczymi ogonami. Zimy nie były więc ulubioną porą roku królowej Ludwiki Marii. Przeszkadzał jej też tryb życia króla, który wstawał z łoża dość późno, po godzinie dwunastej lub pierwszej w południe. W łożu jadał i śniadanie i obiad, jedynie kolację spożywał przy stole, królowa zaś przyzwyczajona była do porannego wstawania.


ZAMEK KRÓLEWSKI 
i KOLUMNA ZYGMUNTA III WAZY 
(ojca Władysława IV) 



Królowa przeniosła również nad Wisłę zwyczaj picia słodkiej czekolady (którą królowa zwykła pijać szczególnie po południu, a czasem na kolację), która to początkowo nie była popularna na dworze (Jan Andrzej Morsztyn pisał o czekoladzie w ten sposób: "szkaradny napój, tak brzydka trucizna i jady, co żadnej śliny nie puszcza za zęby, niech chrześcijańskiej nie plugawią gęby"). Był to jedyny zwyczaj kuchni francuskiej przeniesiony do kuchni polskiej za czasów Ludwiki Marii, poza tym Francuzi rozpływali się nad polskimi potrawami, nie mogąc się ich nachwalić (szczególnie do gustu przypadły im przyprawy i dekoracja potraw). Tak oto kultury nie tylko higieny, kulinariów ale również mody, wzajemnie się przenikały. Francuzi bowiem przywieźli nad Wisłę modę na wydekoltowane suknie dam. Oczywiście takie suknie też były w Polsce używane wcześniej, z tym że polskie szlachcianki najpierw nakładały pod nie płócienne koszule, które osłaniały dekolt, Francuzki zaś nosiły odkryte dekolty (w 1635 r. dla swej kochanki Jadwigi Łuszkowskiej, król Władysław IV sprowadził z Francji specjalną suknię, która... zupełnie odsłaniała nie tylko piersi, ale również miała spore wycięcie z przodu i z tyłu co ukazywało zarówno pupę jak i clitoris). Poza tym zapanowała na dworze francuska moda na "loczki", czyli fikuśne uczesanie dam. Królowa bardzo pilnowała moralności swych dziewcząt i jeśli wobec którejś potwierdziły się przypuszczenia o nieobyczajne prowadzenie się, natychmiast odsyłano ją do Francji. Jednocześnie Ludwika Maria dbała o przyszłość swego fraucymeru i starała się korzystnie wydać je za mąż. 




Maj 1646 r. zaczął się więc wesoło i radośnie. Król Władysław bowiem udał się ze swoją francuską małżonką na wypoczynek wiejski, zabierając ze sobą malutki domek na kółkach (który rozstawiano następnie niczym namiot i w którym król pomieszkiwał, będąc np. na polowaniu). Król był w dobrym humorze, bowiem plany wojny z bisurmanem (jak mawiano o Osmanach w Rzeczpospolitej) były na dobrej drodze do realizacji, dlatego też Władysław nie rezygnował z przyjemności, jakim się oddawał przez lata. Oto bowiem zorganizowano na Zamku Królewskim w Warszawie bal przebierańców, zwany "niemiecką zabawą", podczas której zarówno król, królowa jak i członkowie dworu losowali kartki, na których było zapisane w co mają się przebrać. Na przykład podczas jednej z poprzednich takich zabaw, mającej miejsce w roku 1641 (jeszcze za życia poprzedniej królowej Cecylii Renaty) królowi przypadło przebranie za Maura, królowej za niewolnicę z osmańskiego haremu, żonie kanclerza wielkiego koronnego - Jerzego Ossolińskiego - Izabeli Ossolińskiej (z domu Daniłowicz) za Wenecjankę, hetmanowi wielkiemu koronnemu Stanisławowi Koniecpolskiemu przypadło przebranie gospodarza (czy raczej zarządcy karczmy), zaś wojewodzie ruskiemu Jeremiemu Wiśniowieckiemu rola kupca. Podczas przyjęcia z 1646 r. królowi przypadła rola Hiszpana a królowej rola chłopki (a raczej ruskiej dziewki). Była to też pierwsza wiosna królowej Ludwiki Marii w jej nowej ojczyźnie, dlatego też starała się ona jak najwięcej poznać, a przede wszystkim - zdobyć własnych zwolenników, którzy mogliby stworzyć coś na wzór "stronnictwa królowej". Tym bardziej że Ludwika Maria żywo interesowała się polityką.




Król co prawda starał się trzymać ją na dystans od spraw kraju, ale ona wiedziała dobrze, że jej pozycja nie jest mocna i koniecznie musi zdobyć szersze poparcie, szczególnie wśród magnaterii. Dwór królowej bowiem składał się z prawie samych Francuzów, przez co nie mógł stanowić żadnego wsparcia dla jej politycznych celów. Pozyskanie możnych polskich panów było więc niezwykle ważne i korzystne z jej punktu widzenia. Należy jednak też pamiętać, że choć w Rzeczpospolitej politykę (podobnie jak i w innych krajach) robili wyłącznie mężczyźni, to jednak pozycja polskich kobiet w polityce była niezwykle mocna i już z początkiem XVI wieku można oficjalnie mówić o tzw.: "damskiej frakcji" lub po prostu... "kwokach" ("Kobiety po całych sesjach przesiadują na ganku w izbie sejmowej, dają znaki posłom i senatorom przymileniem ust lub marszczeniem czoła, co im się podoba a co nie podoba" - jak pisał Kitowicz, a Niemcewicz dodawał: "Kwoki otaczają króla" 🤭). Jednak prawdziwą szkołą wychowania i ogłady panien polskich był albo dwór królewski (gdzie magnackie i szlacheckie córy pełniły role dwórek królowej), lub też dwory magnackie. Dwór królowej Ludwiki Marii był jednak wypełniony samymi Francuzkami (nad którymi królowa sprawowała pieczę), tak więc żadna polska szlachcianka raczej nie mogła się tam dostać. Pomimo tej niezwykle silnej (także w polityce) pośród innych krajów pozycji polskiej kobiety, należy uczciwie dodać że wiele z tych panien (także z magnackich rodów) często nie potrafiło czytać i pisać, jeśli wcześniej ich ojciec nie zadbał o edukację córek. Dochodziło więc niekiedy do kuriozów, gdy ambitne, inteligentne i żywo zainteresowane polityką polskie niewiasty, nie potrafiły się często nawet podpisać. Dlatego też magnaci i szlachcice starali się o wysłanie swych córek na królewski dwór, w nadziei że tam zdobędą wiedzę, umiejętność konwersacji i (przede wszystkim) dobrego męża.


"UMIESZ CZYTAĆ?"
 "TAK... ALE NIE WSZYSTKO. JAK NAPISZESZ "SEBASTIAN" TO PRZECZYTAM, BO TO MOJE IMIĘ I TEGO SIĘ NAUCZYŁEM" 😉



CDN.

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...