CZYLI JAK TO KRÓL RZECZYPOSPOLITEJ WŁADYSŁAW IV PLANOWAŁ ODBUDOWAĆ DAWNE CHRZEŚCIJAŃSKIE PAŃSTWO W KONSTANTYNOPOLU
1645 r.
IMPERIUM OSMAŃSKIE
Cz. VI
Przygotowania do zbrojnej wyprawy na Bagdad trwały z początkiem 1638 r. pełną parą, ale paradoksalnie, choć sam sułtan Murad zaangażował się w owe zbrojenia i osobiście doglądał postępów, jego zachowanie wciąż budziło przerażenie najbliższego otoczenia, a szczególnie sułtanki-matki Kosem. Murad był człowiekiem okrutnym, potrafił być bezlitosny, zabijał z zimną krwią za choćby krzywe spojrzenie na siebie, a jednocześnie... często darowywał życie prawdziwym winowajcom, którzy jawnie łamali jego zakazy. To było bardzo dziwne i niepokojące zachowanie, gdy np. sułtan Murad potrafił skazywać pijących wino w tawernach (dokąd udawał się w przebraniu wraz ze swoją strażą przyboczną), skazywał na śmierć wezyrów i bejlerbejów, którzy dopuścili się choćby najmniejszego uchybienia (doszło do tego, że strach w stolicy i poszczególnych prowincjach Imperium Osmańskiego był tak wielki, że lokalni zarządcy bali się przyjąć jakąkolwiek kwotę łapówki, gdyż karą za to była natychmiastowa śmierć - przez co, paradoksalnie, udało się Muradowi IV na pewien czas całkowicie wyplenić korupcję z Imperium). Znęcał się też nad swoimi kobietami z haremu. Pisałem już wcześniej jak kazał im nurkować w basenie i strzelał z broni palnej pomiędzy głowami tych, które się wynurzyły, ale przecież miał i inne "rozrywki". Kobietom z haremu nie wolno było np. śpiewać bez pozwolenia, a te, które to czyniły, były topione. Urządzał też "zawody" polegające na tym, że do słupów przywiązywano kobiety, kładziono im na głowę jakiś owoc, po czym sułtan konno objeżdżał je na koniu, jednocześnie strzelając ponad ich głowami do owego owocu - nie zawsze trafiał, część z owych dziewcząt została wówczas zabita.
Miał kompleks własnej osoby, wydawało mu się że inni go nie szanują i jedynie przemocą może wzbudzić w nich prócz strachu również i szacunek. Dopuszczał się zbrodni z pobudek doprawdy kuriozalnych, np. pewnego razu doniesiono mu że jedna z jego faworyt siedzi znudzona w swym pokoju, oczekując jego przyjścia. Gdy do niej przyszedł, pocałował ją w czoło, po czym wyciągnął miecz i rozpłatał jej brzuch. Uznał bowiem że dziewczyna dopuściła się zniewagi jego osoby, skoro oczekiwała go w znudzeniu. Ale potrafił też być niezwykle łagodny dla osób które jawnie z niego kpiły, jak choćby pewnego razu, gdy spotkał na Bosforze kupca palącego zioło (co było zakazane jego dekretem). Spytał się owego kupca (a był wówczas w przebraniu) co robi? Ten odpowiedział że pali zioło i poczęstował nim sułtana. Ten wziął, zaciągnął się, po czym z gniewem krzyknął: "Wiesz kim ja jestem, sułtanem Muradem, jak śmiesz łamać mój zakaz". Ten popatrzył na Murada chwilę, po czym... wybuchnął gromkim śmiechem mówiąc: "Już 30 lat palę zioło, i nigdy nie przytrafiło mi się coś podobnego, a ty palisz po raz pierwszy i na boga... już uważasz się za padyszacha?" 🤭. Murad nie tylko darował mu życie, ale też zezwolił dalej palić zioło (takich przykładów było kilka w ciągu całego jego panowania). Takie wahania nastrojów władcy był bardzo niepokojące, szczególnie obawiała się ich sułtanka Kosem, wiedząc że Murad jest człowiekiem nieobliczalnym i w każdej chwili może uśmiercić jej synów, a swoich pozostałych braci, którzy teraz siedzieli w Simsirliku.
MURAD i KASIM
Jej obawy niestety okazały się prawdziwe, jeszcze w lutym (lub na początku marca) 1638 r. otrzymała ona wiadomość, która spowodowała że dosłownie nogi się pod nią ugięły. Oto bowiem posłaniec przyniósł jej informację, że jej syn, książę Kasim został zamordowany z rozkazu sułtana. Wydała wtedy z siebie tak przerażający krzyk, że zbiegli się wszyscy obecni w okolicy słudzy. Zamknęła się w swych komnatach, nie chcąc nikogo widzieć, ale gdzieś tak w połowie dnia odwiedził ją sam sułtan Murad, ten, który kazał zamordować własnego brata. Zapowiedział że uczynił tak dla dobra państwa, gdy musi wyruszyć na wojnę z Persją i zapowiedział że nic złego nie stanie się Ibrahimowi, pod warunkiem wszakże że jego matka nie będzie stawiała go jako ewentualnego konkurenta do władzy. Kosem miała ponoć przekląć dzień, w którym urodziła Murada i przeklęła też "całe jego państwo". Murad miał ponoć zapytać: "Czego ode mnie oczekujesz? To ty mnie stworzyłaś, to ty od najmłodszych lat powtarzałaś że litość jest oznaką słabości niegodną padyszacha. Gdy ginęli Bajazyd i Sulejman nie protestowałaś, uznałaś że tak będzie lepiej dla dobra państwa, a oni też byli moimi braćmi, ale już nie twoimi synami. Teraz rozpaczasz i przeklinasz państwo, na czele którego stoję, bo życie oddał twój syn". Miał też dodać że dopóki żyje, nie stanie się jej nic złego, ale nie pozwoli też aby Kosem stanęła pomiędzy nim a Ibrahimem, gdyż tym samym wyda na niego wyrok śmierci. W marcu sułtan opuścił Konstantynopol, udając się na Bagdad.
Krwawe walki pod samym Bagdadem trwały ponad miesiąc (listopad-grudzień 1638 r.). Sułtan poprzysiągł że nie powróci do stolicy, jeśli nie zdobędzie tego miasta. Murad, choć sam przyzwyczajony do wysiłku fizycznego (potrafił walczyć z kilkoma napastnikami naraz, rzucał do tarczy włócznią tak, że potrafił przebić ją na wylot, nosił miecz o wadze 50 kg., napinał łuk jedną ręką i nikt też nie potrafił rozprostować jego zgiętej pięści), także odczuwał już trudy tej kampanii. Ale zmęczenie było również widoczne wśród Persów. Po czterdziestu dniach oblężenia i walk safawidzki gubernator Bagdadu - Bektesz Chan, oświadczył że gotów jest poddać miasto, pod warunkiem wszakże że sułtan daruje życie wszystkim obrońcom. Murad wyraził zgodę i 25 grudnia Bagdad ponownie, po czternastu latach perskiej okupacji wrócił pod zarząd Imperium Osmańskiego. Sułtan przebywał w zdobytym mieście do końca stycznia 1639 r. jednocześnie powierzając wielkiemu wezyrowi - Kemenkesowi Kara Mustafie Paszy, zadanie zawarcia pokoju z Persami (który ostatecznie został zawarty 17 maja 1639 r. wyznaczając granicę turecko-perską taką, jaka przetrwała do dziś i istnieje pomiędzy Irakiem a Iranem). Z Bagdadu sułtan wyruszył najpierw do Diyarbakiru, gdzie zostawił (zabraną wcześniej ze sobą z haremu w podróż) niewolnicę Aysę, którą wyniósł do rangi sułtanki. Dziewczyna (w 1639 r. miała już 25 lat), starała się łagodzić sułtańskie wybuchy złości, ale nie zawsze jej się to udawało. Ayse ok. 1630 r. podarowała Muradowi matka, wcześniej przygotowując ją, aby była mu zawsze uległa i łagodziła jego trudny charakter. I taka właśnie była Ayse, nie śniło jej się nawet aby mieć jakieś własne zdanie, podobało jej się tylko to, co było miłe sułtanowi, nie miała jednak łatwego zadania, bowiem Murad był cholerykiem.
Razem - w okazałym pochodzie triumfalnym - wjechali do stolicy z początkiem lutego 1639 r. (łupy zrabowane na Persach w Bagdadzie płynęły do Konstantynopola na dziesięciu galerach). W tym czasie sułtan otrzymał wiadomość, że 20 stycznia w swym pokoju w Simsirliku zmarł jego wuj - 47-letni Mustafa Szalony. Teraz jedynym kandydatem do tronu został tylko brat sułtana - Ibrahim (co prawda Murad miał kilku synów z kolejnych nałożnic, ale większość z nich zmarła do 1639 r. jeszcze jako dzieci, ostatnimi którzy zmarli byli 10-letni Ahmed w 1638 r. i 7-letni Sulejman w 1639 r. Żył jeszcze książę Selim, urodzony w 1637 r. ale zmarł wkrótce potem w 1640 r.). Murad IV nie pozostawił po sobie męskich następców, więc jedynym żyjącym członkiem dynastii pozostawał właśnie Ibrahim, który zamknięty w Simsirliku, ciągle obawiając się wysłanych przez brata morderców - powoli tracił zmysły (przysięgał że nie opuści tego pokoju do końca życia i poświęci się na czytanie książek i Koranu, rezygnuje też z wszelkich praw do władzy, byle tylko brat darował mu życie). Ale właśnie myśl o tym, że po zabiciu Ibrahima mógłby zostać ostatnim żyjącym męskim członkiem dynastii Osmanów i tym samym nikt nie odważyłby się szachować go jakimkolwiek innym konkurentem do władzy (z sułtanką Kosem włącznie), działała na Murada pobudzająco. Byłby ostatnim, czyli to od niego zależałaby przyszłość dynastii. Plany zamordowania Ibrahima zaczęły poważnie dojrzewać w jego umyśle po powrocie z Bagdadu. Ale jednocześnie w tym samym czasie nasiliły się bóle, na jakie już wcześniej cierpiał sułtan. Co jakiś czas zwalały go z nóg i cierpiał ogromne katusze, żądając od lekarzy by uśmierzyli ból, a ci, którym się to nie udawało, musieli pożegnać się z życiem (jak pewien medyk, któremu Murad - gdy doszedł do siebie - kazał zażyć truciznę, gdyż ten nie był w stanie uśmierzyć jego bólu).
CIEKAWA SCENA UDERZENIA SUŁTANKI SAH (KTÓRA RZECZYWIŚCIE SIĘ WYDARZYŁA), SIOSTRY SULEJMANA WSPANIAŁEGO, PRZEZ JEJ MĘŻA - WIELKIEGO WEZYRA LUTFI PASZĘ
(NOTABENE - AKTORKA GRAJĄCA SUŁTANKĘ SAH, CHCIAŁA ABY NAPRAWDĘ JĄ UDERZONO, BY WSZYSTKO WYGLĄDAŁO REALISTYCZNIE I RZECZYWIŚCIE DOSTAŁA MOCNY CIOS)
W haremie pojawiały się (oczywiście nieoficjalne, gdyż nikt nie śmiałby tego powiedzieć głośno) głosy, iż sułtan jest poważnie chory, być może nawet śmiertelnie. Sułtanka Ayse siedziała przy jego łożu, gotowa dopomóc w cierpieniu jej pana, niewiele to jednak pomagało. Sułtan cierpiał ogromne bóle, krzyczał też że jeśli lekarze mu nie pomogą, wszystkich każe ściąć - nie zdążył. Podobnie jak z rozkazem, który miał wydać po wieczór 7 lutego 1640 r. zamordowania Ibrahima. Rozkaz ów nie został wykonany, gdyż wszyscy widzieli że Murad nie przeżyje kolejnego dnia. I tak się właśnie stało, nad ranem 8 lutego 1640 r. w wieku 27 lat, zmarł sułtan Murad IV, jeden z najokrutniejszych i najdziwniejszych władców Imperium Osmańskiego w historii. Rozpoczynało się teraz nowe panowanie - sułtana Ibrahima, kolejnego syna Kosem, który jednak - gdy doniesiono mu o śmierci brata - nie chciał uwierzyć i zarzekał się że jest i pozostaje wiernym poddanym sułtana, nie pragnie władzy i chce pozostać w swej złotej klatce w Simsirliku do śmierci. Nie pomogły nawet słowa sułtanki Kosem, która prosiła Ibrahima aby wyszedł, gdyż został nowym władcą Imperium. Ten zażądał wreszcie, aby mu przyniesiono ciało brata, dopiero, gdy dotknął go i przekonał się że naprawdę nie żyje, dopiero wówczas dał się przekonać i opuścił swoje więzienie.
FILARY SPOŁECZNEGO ROZWOJU LUDZKOŚCI I METODY PATOLOGIZACJI NA PRZESTRZENI WIEKÓW
TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI:
Cz. XVIII
SŁOWIANIE I CELTOWIE
Cz. XVIII
PIERWSZE EUROPEJSKIE CYWILIZACJE:
SŁOWIANIE
(CYWILIZACJA FILISTYŃSKA)
(ok. 1200 r. p.n.e. - 925 r. p.n.e.)
Cz. VI
FILISTEA
CZASY EKSPANSJI
(ok. 1100 - 925 r. p.n.e.)
Cz. V
FILISTYŃSKIE PENTAPOLIS
(W EPOCE EKSPANSJI)
ASZKELON
Potężny port morski i najważniejszy (obok Gazy) morski ośrodek handlowy całego Pentapolis. Miasto niezwykle bogate, posiadające mnóstwo wykopanych studni (mimo że nie było tam ani jednego źródła). Kontakt z morzem zapewniał mieszkańcom bogactwo, a miastu rozwój. Aszkelon w epoce ekspansji, był również silnym ośrodkiem wojskowym, którego władcy utrzymywali liczne i dobrze wyćwiczone wojsko, o czym przekonał się w bitwie pod Gilboa (ok. 1006 r. p.n.e.) sam król Saul, gdy połączone siły Aszkelonu, Gat i (prawdopodobnie) Aszdod zadały Izraelitom dotkliwą klęskę, w wyniku której Saul poniósł śmierć. W Księdze Samuela znajduje się krótka pieśń żałobna mówiąca o tych wydarzeniach, która brzmi: "Chluba twoja, o Izraelu, na twoich wzgórzach poległa, jakże padli bohaterzy! Nie mówcie o tym w Gat, nie głoście po ulicach Aszkelonu, aby się nie weseliły córki filistyńskie, aby nie wykrzykiwały radośnie córki nieobrzezanych!" (2 Sm. 1,19-20). Niestety, pomimo to, o samym Aszkelonie jest w Biblii poświęcone najmniej miejsca ze wszystkich miast Filistei.
ASZDOD
Kolejny potężny gród Filistynów i bodajże jeden z największych wrogów zjednoczonego Izraela, a jednocześnie miasto, z którego promieniowała kultura filistyńska na cały obszar Kanaanu. Izraelici często ulegali tej kulturowej przewadze i poślubiali "córy Aszdodu" a potem często się integrowali z nowym społeczeństwem i porzucali wiarę w Jahwe. Prorok Nehemiasz (żyjący w V wieku p.n.e., czyli ponad pięć wieków później) twierdził wręcz, że kulturowa ekspansja Filistynów z Aszdod przyniosła Żydom więcej strat, niż nawet największa klęska zadana w bitwie, gdyż Izraelici którzy ulegli czarowi kobiet z Aszdodu, jednocześnie porzucali swoją wiarę, tradycję i swój lud, a dzieci wychowane w takich rodzinach - jak dodawał: "Nie umiały już mówić po żydowsku". Władcy Aszdodu otaczali się luksusem, który promieniował na inne okoliczne ludy (w tym na Izraelitów - spragnionych żyć nieco lepiej niż ich przodkowie w pasterskich namiotach, lub prowizorycznych drewnianych domach). Potęga Aszdodu przetrwała egipski najazd faraona Szeszonka I w 925 r. p.n.e. i trwała przez kolejne dwieście lat, aż do najazdu asyryjskiego króla Sargona II w 712 r. p.n.e. Tak więc, przez ponad dwieście lat po egipskim ataku - który totalnie przeorał dawny filistyński porządek ustanowiony w Kanaanie po inwazji tzw. "Ludów Morza" - Aszdod pozostało niezależnym miastem-państwem, jednym z nielicznych pozostałości potężnego niegdyś Pentapolis.
GAT
Wojownicy z Gat brali udział (prócz tych z Ekronu i Aszdod) w zwycięskiej dla Filistynów bitwie z Izraelitami pod Afek (Eben-Ezer) ok. 1050 r. p.n.e., w wyniku której świątynia Jahwe w Szilo została spalona (pod wrażeniem tej klęski zmarł wówczas - prawdopodobnie na zawał serca - arcykapłan Heli, nauczyciel i protektor późniejszego proroka Samuela, który to ok. 1042 r. p.n.e. na równinie Gibea koronował Saula na pierwszego króla zjednoczonego Izraela), a Arka Przymierza znalazła się w rękach serenów (czyli władców) Ekronu a następnie Aszdod (na krótko trafiła również do Gat, do domu Obed-Edoma). To również wojownicy z Gat stanęli naprzeciw wojsk króla Saula, wystawiając do boju olbrzyma Goliata (naprzeciw któremu stanął Dawid). Gdy zaś tron Izraela w zdobytej Jerozolimie (wcześniej miasto to zwało się Jebuz i należało do plemienia Jebuzytów) objął król Dawid, musiał się on opłacać właśnie serenom z Gat (co dobitnie oznacza że Izrael nie był wówczas wcale niepodległy, jak to się przyjęło uznawać, biorąc pod uwagę informacje zawarte w Starym Testamencie), w zamian za co oddziały z Gat chroniły króla (część Gitejczyków osiedliła się nawet w Jerozolimie wraz z rodzinami). Czasy wielkiej świetności miasta przypadają na okres panowania króla - Akisza (nazwanego w Starym Testamencie Abimelekiem), syna króla Maachy. Warto też podkreślić że z rejonu Gat pochodziło wino, które sprowadzano nawet do Egiptu i Babilonii (co też świadczy o jego renomie). Gat przetrwał egipską inwazję i upadł dopiero w końcu IX wieku p.n.e. po najeździe władcy Damaszku i Aramu - Hazaela.
EKRON
Siostrzane miasto Gat, choć zasiedlone przez lud Dana, pokrewny Filistynom (Peleset), to jednak nie tożsamy z nimi (choć traktowany we wspólnym Pentapolis jak jedno z miast filistyńskich). Wojownicy z Ekronu ponieśli klęskę w bitwie z Izraelczykami pod Mizpą (ok. 1045 r. p.n.e.) gdzie wykazał się przyszły król - Saul. W tym mieście znajdowała się świątynia Baal-Zabuba, który potem został uznany za antytezę dla Jahwe i przyrównany do szatana (jako Belzebub), jak również świątynia Dagona. Miasto prężnie się rozwijało w okresie ekspansji i przetrwało egipski najazd faraona Szeszonka I, a choć utraciło niezależność polityczną (pod rządami Asyrii) to jednak przetrwało aż do roku 146 p.n.e., gdy władca państwa Seleucydów - Aleksander I Balas zdobył i spalił to miasto (w tym samym roku zniszczone zostały dwa inne, wielkie ośrodki Antyku - Korynt w Grecji, zniszczony przez legiony Lucjusza Mummiusza i Kartagina, zdobyta przez Publiusza Korneliusza Scypiona). Spokojnie jednak można twierdzić że Ekron istniał co najmniej tysiąc lat.
GAZA
Gaza była drugim wielkim portowym miastem Filistei, stojącym na granicy z Synajem i Egiptem. Pierwotnie miasto zasiedlali Chiwijczycy, ale po inwazji Ludów Morza osiedlili się tam Filistyni (zwani tam również Kaforytami, jakoby przybyć mieli z Krety, lub po prostu z terenów Grecji, które również zniszczone zostały przez Ludy Morza - o czym pisałem w poprzednich częściach). Filistynów z Gazy zwano też Anakitami. Był to silny ośrodek wojskowy, posiadający potężne mury i wieże. Miasto było praktycznie nie do zdobycia dla ówczesnych wojowników i przez to jego wojownicy budzili grozę oraz szacunek okolicznych ludów, lecz nie byli niezwyciężeni. Po raz pierwszy (co zostało odnotowane w źródłach biblijnych) Anakici z Gazy ponieśli klęskę w bitwie z Izraelitami jeszcze za czasów Saula (zwycięzcą miał być syn tego króla - Jonatan), ale realnie przestali się liczyć po inwazji Szeszonka I, który zdobył Gazę (udowadniając wszystkim ludom że jest to możliwe) i zamienił to miasto w zwykłą egipską twierdzę (ludność oczywiście zabrał ze sobą w niewolę do Egiptu). Tak oto miasto to utraciło jakąkolwiek podmiotowość i było już jedynie kartą przetargową pomiędzy Egiptem a imperiami idącymi z Bliskiego Wschodu.
To są główne miasta filistyńskiego Pentapolis, ale istniały również pomniejsze ośrodki Filistei, kontrolowane przez serenów z wyżej wymienionych miast, a były to:
SZARUCHEN
Miasto leżące w południowej Filistei, zasiedlone (zapewne) przez lud zwany Perezytami. O samym mieście niewiele można powiedzieć - była to zapewne wysunięta na południowy wschód obronna faktoria Gazy - więcej można rzec o plemieniu Perezytów. Otóż byli to "mieszkańcy osad otwartych" ("p(e)razon"), autochtoni Kanaanu, żyjący na tych ziemiach jeszcze przed przybyciem (z terenów dzisiejszej Europy Środkowej) tzw.: "Ludów Morza". Ponieważ lud ten zamieszkiwał osady wiejskie, przeto ośrodki przezeń zasiedlone nie mogły być niczym innym, jak po prostu wiejskimi ośrodkami (w Księdze Ezechiela jest zapisane: "Wyruszę przeciwko ziemi otwartej, napadnę ludzi spokojnych, którzy mieszkają bezpiecznie; mieszkają w miejscowościach, które nie mają ani murów, ani zawór, ani bram" (Ez. 28,11). Wydaje się jednak że część Perezytów przeniosła się do miast filistyńskich i szybko zintegrowali się ze słowiańskimi najeźdźcami.
JURSA
Kolejna wiejska faktoria Perezytów w Filistei podporządkowana Gazie. Nic więcej nie wiadomo.
BET-EGLAIN
Kupiecka faktoria Gazy, znajdująca się na południe od miasta i zasiedlona przez Anakitów (czyli Filistynów z Gazy).
GERAR
Miasto leżące na pograniczu Filistei i Szefeli (krainy na wschód od Pentapolis, podbitej, zasiedlonej i uzależnionej przez Filistynów) na drodze między Gazą a Beer-Szebą. Gród istniejący jeszcze przed najazdem Ludów Morza i posiadający dużą autonomię wewnętrzną od miast Pentapolis (mający nawet swoich królów - np. król Asa zwyciężyć miał w walce koczownicze plemię Kuszytów), zasiedlony zresztą przez Filistynów. Miasto bohatersko broniło się w 925 r. p.n.e. przed najazdem Egipcjan, zadając im spore straty. Ostatecznie zostało zdobyte, ale mieszkańcy (którzy jeszcze pozostali przy życiu) popełnili samobójstwo (najpierw zabito dzieci, potem mężowie zabijali swe żony a na końcu sami odbierali sobie życie). Pamięć o mieszkańcach Gerar była bardzo silna w całym Kanaanie nawet tysiąc lat później (jeszcze w epoce hellenistycznej, gdy cały ten region zajęty został przez Greków i Macedończyków, o mieszkańcach Gerar wciąż opowiadano sobie legendy). Zwycięzcy Egipcjanie spalili całą okolicę tak, iż po Gerar nie pozostały nawet ruiny.
ZIKLAG (SIKLAG?)
Miasto leżące w kraju Szefeli, politycznie podporządkowane było serenom z Gat, choć znajdowało się daleko na południe od tego miasta (bliżej z Ziklag było do Gazy). Zasiedlone zostało przez Filistynów (plemię Ludu Morza o nazwie Tjeker/Czeker) i prawdopodobnie jakąś inną ludność (być może sprowadzone z Anatolii niedobitki Hetytów, przybyłe do Kanaanu jako jeńcy Ludów Morza). Zniszczone przez Egipcjan w 925 r. p.n.e. a ludność uprowadzona w niewolę.
EGLON
Prawdopodobnie miasto zasiedlone przez Filistynów, Kananejczyków (czyli autochtonów) oraz Aramejczyków. Cieszyło się sporą samodzielnością polityczną (nie było bezpośrednio zależne od żadnego z miast Pentapolis) i miało swoich królów, a jednym z nich (wymienionym w kontekście walk z Izraelitami) był niejaki Debir. Miasto zostało zdobyte przez Egipcjan, jednak uniknęło zniszczenia (zapewne ludność też nie została wysiedlona, co może świadczyć o tym, że Eglon skapitulował przed Szeszonkiem - ale to jest tylko moja hipoteza, gdyż nie ma co do tego żadnej pewności). Wiadomo tylko że miasto przetrwało egipską inwazję, lecz padło kilka (kilkanaście?) lat później, zdobyte przez władców Judy. Eglon leżał na granicy Szefeli.
MIASTA SZEFELI
(KRAJU ZAJĘTEGO PRZEZ FILISTYNÓW)
LAKISZ
Miasto Filistynów i Amorytów. Oficjalnie niezależne od Pentapolis, jednak nieustannie oczekujące stamtąd wsparcia militarnego przeciwko Izraelitom, co realnie skutkowało podporządkowaniu polityki miasta serenom z Aszdod (którzy udzielali największego wsparcia mieszkańcom Lakisz). Miasto nie było w stanie oprzeć się najazdowi Szeszonka I w 925 r. p.n.e. i zostało przez Egipcjan zdobyte. Potem jednak odbudowało się, ale wpadło w zależność od królów Judy i odtąd Lakisz było miastem zależnym, a z czasem w ogóle zostało zasiedlone przez Żydów (ponoć mieszkańcy Lakisz mieli duży - negatywny wpływ na Jerozolimę, o czym wspomina Księga Micheasza: "Zaprzęgajcie rumaki do rydwanów, mieszkańcy Lakiszu! Ono było początkiem grzechu córki syjońskiej, gdyż u ciebie znaleziono przestępstwa Izraela" (Mi. 1,13). O jakie "przestępstwa" chodziło prorokowi? Można się tylko domyślać).
LIBNA
W czasach ekspansji było to miasto zależne od Gat, jednak po roku 925 p.n.e. znalazło się w strefie wpływów władców Izraela (Północne Królestwo). Ale ok. 850 r. p.n.e. mieszkańcy Libny zbuntowali się i wywalczyli sobie niezależność. Niestety, nie na długo, wkrótce bowiem miasto popadło w zależność od Judy (Południowe Królestwo). Król Judy - Jozjasz, wziął sobie za żonę córkę władcy Libny - Chamutal. Miasto zostało zdobyte w 609 r. p.n.e. przez faraona Nechona II i od tej chwili przestało istnieć.
TIMNA
Miasto podległe Ekronowi, należące do ziem plemienia Dana. To właśnie tutaj Samson poznał Dalilę, to z tego miasta wywodziła się też biblijna Tamar (która w Starym Testamencie jest wyraźnie pokazana jako kobieta obca, nie-Żydówka). Ponieważ jednak (jak pisałem już w poprzednich częściach) Danici ulegli stopniowej hebraizacji (po 925 r. p.n.e. podporządkowali się władcom Judy), przeto i Samson i Dalila i Tamar znaleźli się ostatecznie w kręgu biblijnej genealogii Izraela oraz Judy.
BET-SZEMESZ (LECHI)
Bet-Szemesz (zwane też Lechi?) podporządkowane było Ekronowi, a zajęte zostało przez Izraelitów jeszcze przed koronacją Saula (to tutaj Żydzi odesłali Arkę Przymierza, po odzyskaniu jej z rąk Filistynów, za co zresztą zapłacili karę, gdyż większość z nich była tak podniecona faktem odzyskania Arki, że z ciekawości zaglądali do środka, a to doprowadziło do prawdziwej katastrofy, gdyż wszyscy ciekawscy wkrótce zaczęli chorować i umierać w wielkich cierpieniach. Zginąć w ten sposób miało 50 070 mężów {wydaje się ta liczba nieco przesadzona, aczkolwiek pokazuje rozmiar owej katastrofy, która z pewnością związana była z napromieniowaniem tych ludzi, a w konsekwencji ich bolesną śmiercią}. Czyżby więc Arka była silnie radioaktywną bronią, pozostawioną tu przez "bogów" z przedhistorycznych czasów?).
GEZER
Miasto podległe serenom z Gat (choć przez pewien czas uzależnione od Aszdodu). Zniszczone w 925 r. p.n.e. przez Egipcjan, potem odbudowane jako część Królestwa Izraela (tego Północnego, ze stolicą w Samarii) i zamienione zostało w warownię.
JABNE (JAMNIA)
Miasto będące swoistą faktorią handlową na wschodzie, gdyż było silnie powiązane z takimi miastami jak: Aszkelon, Aszdod i Gat. Częste miejsce potyczek Filistynów i Izraelitów, choć nie zostało zdobyte przez tych ostatnich aż do II wieku p.n.e.
AZEKA
Zależne od Gat (to w tym rejonie miało dojść do sławetnej walki Dawida z Goliatem, który jednak wcale nie zginął z ręki młodego pasterza - jak głosi biblijny przekaz, a został zabity nieco później i jego zabójcą wcale nie był Dawid. Ale do tego jeszcze wrócę w kolejnych częściach). Zdobyte przez Egipcjan a następnie uzależnione od Judy (król Roboam zamienił to miasto w twierdzę) i zasiedlone przez Żydów.
JARMUT
Faktoria handlowa Kraju Nadmorskiego (Filistei) - znaleziono tam liczne pozostałości filistyńskiej ceramiki z XI i X wieku p.n.e. Zajęte i spalone przez Egipcjan, a po 925 r. p.n.e. odbudowane i zasiedlone przez Żydów z Judy.
I tu się kończą polityczne wpływy Filistynów (kulturowe i gospodarcze obejmowały całą ziemię Kanaan i przekraczały Jordan, obejmując takie plemiona jak Edomici, Moabici, Ammonici, Amalekici czy Midianici). W kolejnej części przejdę już do miast Izraela, a następnie powrócę do czasów panowania Saula, Dawida i Salomona (oraz wyjaśnię dlaczego to nie Dawid był sprawcą śmierci Goliata na polach Azeki w niedalekiej odległości od Gat).
(CZYLI DZIAŁALNOŚĆ MOSKIEWSKIEJ EKSPOZYTURY W POLSCE)
Cz. III
Po zakończeniu Wojny polsko-bolszewickiej i podpisaniu pokoju w Rydze (18 marca 1921 r.) powstało państwo polskie po raz pierwszy od 150 lat w prawie pełnych swych granicach (piszę "prawie" ponieważ nie wszystkie ziemie należały wówczas jeszcze do Polski. 9 października 1920 r. oddziały Wojska Polskiego pod dowództwem gen. Lucjana Żeligowskiego, złożone głównie z mieszkańców ziemi wileńskiej, zajęły Wilno wypędzając stamtąd Litwinów. 12 października stworzono Tymczasową Komisję Rządzącą Litwy Środkowej z gen. Żeligowskim jako dowódcą wojsk Litwy Środkowej. Notabene Naczelny Wódz Józef Piłsudski, zdając sobie sprawę że odzyskanie Wilna będzie bardzo trudne politycznie - gdyż Francuzi i Anglicy a także Amerykanie, widzieli to miasto w granicach Litwy właściwej - musiał wydać rozkaz - tak, wydać rozkaz - Żeligowskiemu, aby ten... zbuntował się i zajął Wilno przez "zbuntowane" oddziały Wojska Polskiego. Tak musiało się stać, ponieważ Żeligowski nie chciał się zbuntować i dopiero gdy Komendant wydał mu rozkaz, przyjął to do wiadomości. Dla Piłsudskiego Wilno zaś było niezwykle ważne. To było miasto Jego dzieciństwa, Jego najpiękniejszych wspomnień. Napisał potem zresztą: "Wilno - rzędem biegną mury co mnie niegdyś wielkiej prawdy kochać uczyły. Miasto, symbol naszej wielkiej kultury, państwowej ongiś potęgi. Wszystko co piękne w mej duszy - przez Wilno pieszczone". 8 stycznia 1922 r. na Litwie Środkowej odbyły się wybory do Sejmu Orzekającego. Wzięło w nich udział 64% uprawnionych do głosowania, ludność litewska zbojkotowała te wybory, a rząd litewski w Kownie skierował do Rady Ligi Narodów notę protestacyjną, w której zapowiadał że nie uzna Sejmu Orzekającego. 20 stycznia Sejm Orzekający podjął decyzję o przyłączeniu Litwy Środkowej do Polski. Poza tym niepewna była przyszłość Górnego Śląska, gdzie miał się odbyć plebiscyt, mający zdecydować o przynależności tej ziemi do Polski albo do Niemiec. Nieznany był też jeszcze oficjalny status Wolnego Miasta Gdańska {utworzonego decyzją Rady Ligi Narodów 15 listopada 1920 r.}, dopiero 22 czerwca 1921 r. Rada Ligii Narodów powierzyła Polsce obronę lądową Wolnego Miasta Gdańska i przyznała prawo pobytu w porcie gdańskim polskim okrętom wojennym - których notabene jeszcze tak naprawdę nie było, flota dopiero się tworzyła - oraz budowę składnicy amunicji na Westerplatte. Poza tym zawieszona wciąż była sprawa Śląska Cieszyńskiego, który został zajęty przez Wojska Czeskie w styczniu 1920 r. Co prawda Rada Ambasadorów zwycięskich mocarstw dnia 18 lipca 1920 r. - czyli w okresie największego zagrożenia polskiej niepodległości przez Armię Czerwoną - wydała decyzję dzielącą Śląsk Cieszyński nad dwie części, a także pozostawiającą Orawę i Spisz po czeskiej stronie. Ludność polska która dominowała na Śląsku Cieszyńskim całkowicie, została na prawie dwadzieścia lat oddana pod czeskie panowanie i Czesi konsekwentnie przez te lata starali się wynarodowić Polaków tam mieszkających. Dopiero w sytuacji upadku państwa czechosłowackiego, gdy Czechy zamiast walczyć z Niemcami o swą wolność, oddały ją na tacy Hitlerowi - do tego oczywiście doprowadziła konferencja w Monachium z 29 października 1938 r. na której to Wielka Brytania i Francja a także Włochy, sprzedały Czechosłowację Niemcom. Mimo to wysyłane sygnały ze strony Polski upewniały Czechów, że jeżeli ci podejmą walkę, to Polska włączy się do tej wojny po ich stronie. Prezydent Czechosłowacji Edward Benesz był jednak wybitnym polonofobem i liczył jedynie na Francję, ewentualnie na Związek Sowiecki - na pewno zaś nie na Polskę. Po przyjęciu uzgodnień monachijskich przez Czechosłowację, 30 września 1938 r. polski poseł w Pradze Kazimierz Papee przekazał ultimatum z żądaniem natychmiastowego odstąpienia Polsce obszaru zamieszkiwanego przez większość polską na Śląsku Cieszyńskim. Czechosłowacja ultimatum przyjęła i w dniach 2 do 11 października Wojsko Polskie zajęło Zaolzie, zaś od 1 do 30 listopada Spisz i Górną Orawę. Śląsk Cieszyński wracał do Macierzy, ale należy też dodać kilka słów, które będą swoistym dziegciem w tej beczce miodu. A mianowicie pisarz i publicysta Ryszard Wojna, który jako młody chłopak w styczniu 1939 r. pojechał na te tereny, wspominał potem że nie był tam przyjęty życzliwie, a ludzie powtarzali: "Za czeskich czasów panował większy porządek").
Tak więc odrodzona Polska była państwem niepełnym (przynajmniej na razie), ale już wolnym, już niepodległym, już mogącym oddychać pełną piersią wolności, dbać o swe dobre imię i zapisać nową kartę swych dziejów. Nie wszystko jednak szło dobrze. W ludziach nadal tkwiła pamięć niewoli, pamięć zaborów, która była silna, bo wdarła się w dusze i umysły i przeżarła się przez nie powodując, że ci ludzie nie byli zdolni myśleć jak ludzie wolni, wciąż bowiem posługiwali się kalkami z czasów niewoli. Dobitnym tego przykładem było chociażby podpisanie traktatu ryskiego, pozostawiającego po sowieckiej stronie setki tysięcy Polaków, z takimi miastami jak Mińsk, Słuck, Zasław, Płoskirów, Lubar czy Kamieniec Podolski. Oddawano tych ludzi w dalszą niewolę i co prawda mogli oni się stamtąd wynieść i przenieść do odrodzonej Polski, ale jednocześnie tym krokiem kładziono kres wielowiekowej polskości tych ziem. Komisja która pojechała toczyć rozmowy z Sowietami do Rygi (złożona z polityków partii narodowych, ludowych i socjalistycznych), pozbawiona była zupełnie tradycji, na której budowali i którą wykuwali w pocie czoła Tadeusz Kościuszko czy książę Józef Poniatowski, nie wspominając o wcześniejszych wielkich hetmanach Najjaśniejszej Rzeczypospolitej. Historyk Szymon Askenazy pisał w 1937 r.: "Przedstuletni przywódcy Polski (...) Nigdy prokrustowej nie uznawali etnografii (...) Kościuszko wyzwolił wraz Kraków, Warszawę i Wilno, książę Józef odbierał Kraków i szturmował Smoleńsk", bo tam wszędzie, tam właśnie wszędzie były polskie ślady, były polskie kości i była polska tradycja - choćbyśmy dzisiaj próbowali to zupełnie zatrzeć w naszej pamięci. Oczywiście nie chodzi o to, żeby próbować dzisiaj te ziemie odzyskiwać czy je zajmować, wręcz przeciwnie. Chodzi o budowę i pamięć naszego etnosu, który jest niesamowity i który budowany był nie na sile oręża, a na Sile Ducha i nawet jeśli język tych Ludów był ruski (czy jakikolwiek inny), to sam fakt, że czuli się oni Polakami, że polska tradycja Wolności była dla nich najważniejsza, jest podstawą tego o czym piszę (przykładem tego niech będzie chociaż poeta Jarosław Marek Rymkiewicz - już nieżyjący, który z pochodzenia był po części Tatarem po części Rusinem, po części Niemcem po części Litwinem, natomiast polskiej krwi tam w nim nie było wcale, a mimo to był jednym z największych polskich patriotów i otwarcie twierdził że siła polskości nie tkwi w krwi czy pochodzeniu, ale Sile Ducha - zresztą ja sam też mogę to powiedzieć po tradycji własnej rodziny. "Jestem Polakiem, bo tak mi się podoba" - jak mawiał Rymkiewicz). Dzisiaj to, co nam pozostało po tamtej tradycji, to jest wspólnota Międzymorza i Trójmorza i na niej trzeba się opierać aby nie popełnić błędów głąbów sprzed 100 lat, którzy w Rydze decydowali o naszych granicach wschodnich i wytyczyli nam je tak chujowe (przepraszam za wulgaryzm), że nie sposób nie ciskać dzisiaj na nich za to gromów.
Inną kwestią był stosunek owych polityków do naszych sojuszników, czyli do oddziałów białoruskich baćki Bułak-Bałachowicza i do Wojsk Ukraińskich atamana Semena Petlury. Zgodnie z uzgodnieniami zawartymi z Sowietami w Rydze, mieli oni być internowani w obozach i następnie usunięci z terenów Rzeczpospolitej. Ci ludzie walczyli z nami ramię w ramię, przelewali wspólnie krew, walcząc nie tylko o własne niepodległe państwa - do których mieli prawo - ale również za wspólną tradycję oręża Ludów tworzących Wielką Rzeczpospolitą, i ci ludzie teraz mieli zostać umieszczeni w obozach internowania? Bo co? Bo z Sowietami umówiła się w tym temacie grupka politykierów, którzy w czasie Wojny nawet nie powąchali prochu, siedząc bezpiecznie w swoich gabinetach? Szczać należało na umowy z Sowietami, a tych ludzi traktować tak, jak należało traktować sojuszników. I tak właśnie do sprawy podchodził Marszałek Józef Piłsudski, który polecił dać Armii Petlury całkowitą autonomię wewnątrz obozów (mało tego - wejścia do obozu strzegła warta złożona z żołnierzy ukraińskich, a nie polskich). 15 maja 1921 r. Marszałek przybył do takiego ukraińskiego obozu w Szczypiornie, powitany uroczyście w świetlicy udekorowanej w barwy Polski i Ukrainy. Wysłuchał tam przemówienia gen. Bezruczki, który dziękował mu za warunki panujące w obozie i za przybycie, sam zaś nie wysuwał żadnych próśb. Marszałek wspomniał o podpisanym traktacie ryskim, po czym zamilkł i przez chwilę wpatrywał się w zgromadzonych na sali żołnierzy ukraińskich, a następnie rzekł: "Ja Was przepraszam panowie, ja was przepraszam!". Gen. Bezruczko zwrócił się potem do płk. Ulrychta (a słowa te przytoczył Ulrycht w swym "Pamiętniku Trzydziestolecia Niepodległości Polski" wydanym w Nowym Jorku w 1948 r.) a brzmiały one: "Wasz Pan Marszałek to wielki rycerz...". Szkoda że w owej odrodzonej Polsce ludzie o mentalności dawnych rycerzy Rzeczpospolitej ginęli w tłumie wszelkich miernot, głupców lub też zwyczajnych karierowiczów.
20 marca 1921 r. odbył się plebiscyt na Górnym Śląsku. Frekwencja była niezwykle wysoka bo aż 97 %, a w głosowaniu tym wzięło udział 1 190 846 osób. Za przynależnością do Polski wypowiedziało się 479 359 głosujących, za przynależnością do Niemiec wypowiedziało się 707 605 głosujących, unieważniono 3882 głosy. W głosowaniu tym wziąć udział mogli wszyscy Górnoślązacy, nie tylko ci, którzy tam mieszkali, ale również ci, którzy się tam urodzili, a potem stamtąd wyjechali. Z tego powodu zarówno Polacy jak i Niemcy sprowadzili na Górny Śląsk kilkadziesiąt tysięcy byłych mieszkańców tej krainy, a dokładnie Polska sprowadziła 10 000 głosujących, Niemcy zaś 200 000. Zwycięstwo Niemiec było przede wszystkim wynikiem skutecznej niemieckiej propagandy, która jeszcze w czasie Wojny polsko-bolszewickiej straszyła Górnoślązaków, iż jeśli przyłączą się do Polski, to staną się mięsem armatnim. Poza tym oczywiście podkreślano słabość i nietrwałość Polski oraz jej zacofanie gospodarcze. To wszystko zrobiło skuteczną robotę na terenach, które w większości były zdominowane przez ludność polską. Oczywiście owe wyborcze zwycięstwo nie oznaczało - tak jak myśleli Niemcy - że oto teraz cały Górny Śląsk przypadnie im. Wśród zwycięskich mocarstw I Wojny Światowej pojawiły się bowiem różnice zdań na ten temat. Francja uważała że teren Górnego Śląska należy podzielić pomiędzy Polskę i Niemcy (zresztą Francuzi trzymali się koncepcji wygłoszonej przez jednego z francuskich przedstawicieli na konferencję pokojową w Wersalu w 1919 w. który na pytanie jaka według niego powinna być Polska, odpowiedział: "Jak największa, i silna, bardzo silna"), natomiast Wielka Brytania i wspierające ją Włochy oraz Stany Zjednoczone twierdziły, że tylko niewielkie rejony należy przyznać Polsce, natomiast cały Górny Śląsk oddać Niemcom. W związku z tymi planami, zebrani w Bytomiu przedstawiciele polskich partii i organizacji wojskowych na Górnym Śląsku, podjęli decyzję o rozpoczęciu III Powstania Śląskiego w nocy z 2 na 3 maja 1921 r. Czas między plebiscytem a powstaniem obie strony zorganizowały na przygotowanie się do walki. Polska Organizacja Wojskowa na Śląsku została lepiej uzbrojona i liczyła 40 000 ludzi a jej dowódcą został podpułkownik Maciej Mielżyński. 1 maja gruchnęła wiadomość że Niemcy zamierzają przygotować się na podział Górnego Śląska i zniszczyć te fabryki, które miałyby znaleźć się po polskiej stronie, tak więc 2 maja rozpoczął się strajk generalny i tego też dnia przywódcy Powstania powiadomili Warszawę o zamiarze rozpoczęcia walki. Polski rząd nie był z tego powodu zadowolony i starał się hamować zbyt wojownicze nastroje, ale było już na to za późno i w nocy z 2 na 3 maja rozpoczęły się działania zbrojne na Górnym Śląsku, a Wojciech Korfanty ogłosił się dyktatorem Powstania.
W ciągu pierwszych trzech dni walki Powstańcy opanowali prawie cały obszar plebiscytowy z wyjątkiem dużych miast, gdzie znajdowały się alianckie garnizony. Polski rząd dążył do jak najszybszego zakończenia Powstania, gdyż podważało ono autorytet Polski na arenie międzynarodowej, ale społeczeństwo polskie bardzo żywo odpowiedziało na owe walki. Zgłaszali się też licznie ochotnicy (i to zarówno po stronie polskiej jak i niemieckiej). Powstańcy doszli na południu do lewego brzegu Odry powyżej Raciborza. Najcięższe zaś walki trwały w dniach 21 mają do 5 czerwca o Górę Świętej Anny. Bitwę tę wygrali Niemcy, odzyskując samą Górę i część terenu z Kędzierzynem na czele, ale w ich planach była również ofensywa na tereny przemysłowe Górnego Śląska, co już im się nie udało. Prawie cały obszar plebiscytowy nadal pozostawał w rękach Powstańców. Pod wpływem Ligii Narodów (szczególnie zaś Francuzów, bardzo aktywnych w tym gremium) 11 czerwca realnie walki ustały, a obie strony pozostały na swoich stanowiskach do 5 lipca, kiedy wycofano z terenu Górnego Śląska siły polskie i niemieckie. III Powstanie Śląskie miało olbrzymi wpływ na decyzję Rady Ambasadorów zwycięskich mocarstw, które 12 października 1921 r. zdecydowały o podziale Górnego Śląska między Polskę a Niemcy. Polsce przypadło 29 % owego terenu, wraz z 46 % zamieszkującej go ludności. Wszystkie największe miasta Górnego Śląska i największe fabryki znalazły się po polskiej stronie (choć niestety często podział doprowadzał do ich ruiny, gdyż linia nowej granicy polsko-niemieckiej na Górnym Śląsku biegła niekiedy w taki sposób, że fabryka znajdowała się np. po polskiej stronie, ale już tartak albo piec hutniczy po stronie niemieckiej). W każdym razie po polskiej stronie znalazło się 80 % kopalń węgla, 66 % kopalń cynku i ołowiu i 60 % wielkich pieców. Oczywiście Komunistyczna Partia Robotnicza Polski stała na stanowisku, że cały obszar Górnego Śląska powinien wrócić do Niemiec i takie ta partia miała stanowisko aż do 1933 r. czyli do przejęcia władzy przez Hitlera w Niemczech.
W 1921 r. KPRP udaje się stworzyć frakcję komunistyczną w Sejmie Ustawodawczym, pozyskując dwóch posłów - doktora Tomasza Dąbala i kolejarza (należącego wcześniej do Polskiej Partii Socjalistycznej) Stanisława Łańcuckiego. Ma to być komunistyczna awangarda przyszłej partyjnej roboty w "burżuazyjnym sejmie" (swoją drogą zarówno Dąbal jak i Łańcucki skończyli tak, że musieli wyjechać do ZSRS i tam robić tzw. "partyjną karierę"). 25 kwietnia 1921 r. Komisja Centralna Związków Zawodowych podjęła decyzję o zerwaniu jakichkolwiek stosunków z Komunistyczną Partią Robotniczą Polski, oraz zwalczaniu wszelkich komunistycznych wpływów w ruchu związkowym. Rzeczywiście było to potrzebne ponieważ już w lutym 1921 r. na fali demobilizacji Armii, wyszli komuniści z postulatem strajku kolejarzy i strajku powszechnego. Potem w tym roku organizowali strajki w przemyśle chemicznym, metalowym i robotników rolnych w Wielkopolsce (latem 1921 r.), głęboko wierząc że to wszystko wkrótce się wywróci i burżuazyjna Polska padnie pod ciężarem kolejnych strajków, a wtedy oni przejmą władzę - czy to samodzielnie, czy też z kolejnym wsparciem Armii Czerwonej. Był to okres bardzo sprzyjający takim właśnie ekscesom, gdyż Polska wychodziła z Wojny Światowej i Wojny z bolszewikami jako kraj bardzo biedny, wyniszczony, przeorany wojną. Inflacja szalała, a bieda i drożyzna były naturalnym ówczesnym krajobrazem. W maju 1921 r. odbyła się III Rada Partyjna KPRP, na której obradowano właśnie nad formami walki w nowej sytuacji politycznej - czyli po zakończeniu Wojny. Pomimo klęski Armii Czerwonej i dużej dezintegracji partii w czasie wojennym, nastroje były tam bardzo optymistyczne. Wręcz głośno się mówiło że wkrótce dojdzie do ponownej inwazji Armii Czerwonej na Polskę a trzonem tej armii tutaj będzie właśnie partia, która zupełnie inaczej przygotuje się do tej walki, niż stało się to w lipcu i sierpniu 1920, gdzie partia tak naprawdę oczekiwała przyjścia Sowietów, niewiele samemu robiąc. Teraz miała stać się awangardą, awangardą proletariatu w Polsce.
Odzyskana Niepodległość nie mogła być tylko piękną ideą w ustach pięknoduchów i musiała zostać namacalnie dotknięta. Musiała przez lud, który swą pracą przyczynił się do wzrostu i potęgi odrodzonej Polski, musiała owa Niepodległość przez ten lud zostać zaakceptowana jako matka, a nie macocha. Nie mogło w odrodzonym kraju - jeśli nie chciał aby hulała tutaj ekspozytura bolszewicka lub jakakolwiek inna - nie mogło być zgody na traktowanie najuboższych i najsłabszych tak, jak działo się to jeszcze pod zaborami. W odrodzonym państwie nie mogło dochodzić do patologii, jakie miały miejsce w czasach niewoli. Aby sobie uświadomić o czym piszę, przedstawię pewne wydarzenie, które miało miejsce dnia 4 maja 1892 r. w Łodzi. Wówczas od 2 maja trwał strajk robotników fabryki Scheiblera, a owego 4 maja doszło do spotkania pracowników z dyrektorem i współwłaścicielem owej fabryki, niejakim Herbstem. Robotnicy domagali się od kierownictwa zakładu zwolnienia jednego z dyrektorów który uchodził za okrutnika, podwyższenia stawki o 15% i skrócenia czasu pracy z 12 do 10 godzin. Oto jak wyglądała rozmowa fabrykanta z pracownikami, spisana przez jednego z obecnych tam socjalistów: "To ode mnie nie zależy, ja zrobić tego nie mogę" - powiedział Herbst. - "idźcie do roboty!" Na to odezwali się robotnicy: "To niech pan przynajmniej podwyższy żonatym, my z żonami i dziećmi obstać za tę płacę nie możemy!" Herbst w tym momencie zirytował się i rzekł: "To po kiego diabła się żenicie, jeśli nie macie na to, to się nie żeńcie!" Tutaj nerwy puściły już samym robotnikom i natychmiast zniknął "wielmożny pan i pan": "Du verfluchter, ty łajdaku, ty psiakrew, oddaj nam swoją żonę i córki (...) Isz go, jaki mądrek! Bić ścierwo po mordzie i tylo!" Herbst musiał stamtąd szybko uciekać, ale już następnego dnia, 5 maja stojący na ulicy robotnicy poznali go, gdy ten jechał powozem. Wyciągnęli go zeń i poturbowali kijami. Pobito też innego fabrykanta Ignacego Poznańskiego, a to spowodowało że ostatecznie łódzcy przemysłowcy zgodzili się wspólnie podwyższyć pensję robotnikom o 8% i skrócić czas pracy o godzinę. Jednak strajk ów przerodził się w rozruchy antyżydowskie (których zarzewiem była plotka o tym, że jakiś żydowski rzeźnik rozłupał głowę pewnej kobiety i o tym, że Żydzi znieważali księży i bezcześcili kościoły). Tak zostały opisane wydarzenia z 5 maja 1892 r.: "Nadciągnęli bałuciarze (nazwa nadana od Bałut, jednej z dzielnic Łodzi) i poczęła się gorąca walka, w której niejednego Żyda zabito na śmierć, w której niejeden też chrześcijanin, wciągnięty w bramę przez Żydów, utracił życie. Żydzi prócz tego strzelali z okien z rewolwerów, leli wrzącą wodę i rzucali na głowy przechodniów kamieniami (…) Na tłumy napadające i uciekające zarówno wpadali kozacy i strażnicy, bijąc, siekąc pałaszami i strzelając naprzód ślepemi, a potem i ostremi ładunkami. Tłum począł się bronić, paru kozaków zranionych kamieniami spadło z koni (…) Formalnie polowano na Żydów, cywilizowanych i obdartych, idących pieszo czy jadących dorożką". Ostatecznie generał gubernator Warszawy (a tak naprawdę całego tak zwanego "Pryvislinskiego kraju") Josif Hurko (wyjątkowo antypolska menda, nawet jak na Moskala) wydał rozkaz ściągniętym przez siebie do Łodzi posiłkom: "Tłumu nie rozpędzać, ale przeciwnie, starać się przyprzeć go do jakiejkolwiek przeszkody, nabojów nie szczędzić, a do jutrzejszego rana przywrócić porządek". Z czego głównie zapamiętano: "Strzelać, nabojów nie żałować!" Padło wówczas wielu zabitych i rannych.
Tak więc odrodzona Ojczyzna nie mogła pozwolić sobie na powtórkę z czegoś tak haniebnego. Godność ludzka bowiem nie ma ceny, a podstawą wszystkiego jest sprawiedliwość, a co za tym idzie również sprawiedliwe wynagradzanie pracownika za wykonywaną przez niego pracę. Chodziło też o to, aby Polacy uświadomili sobie że odrodzona Polska to jest ich Dom i że nie muszą już szukać szczęścia za granicą, a często za oceanem. Przytoczę tutaj inny list polskiego emigranta do USA z 1853 r. aby pokazać że - jak pisał Kazimierz Przerwa-Tetmajer: "Lepsze polskie gówno w polu, niźli fiołki w Neapolu". Emigrant ów postanowił przenieść się do Stanów Zjednoczonych, wierząc głęboko w to, że tam, w Nowym Świecie zupełnie inaczej podchodzi się do człowieka, że tam za oceanem ludziom powodzi się lepiej, że są lepiej traktowani niż tutaj w kraju, czy nawet w Europie, oto jego spisana relacja: "Przeklęta godzina, w której puściliśmy się do Ameryki! (…) Wszystko, co w Europie prawią, albo piszą o Ameryce, jest przesadzone, z wyjątkiem biedy i nędzy, o której Europa nie ma nawet wyobrażenia. Kto nie przywiózł z sobą pieniędzy na zagospodarowanie się lub rozpoczęcie handlu, kto nie umie - i to doskonale - jakiego rzemiosła, a nie przyzwyczajony jest do ciężkiej ręcznej pracy, ten zgubiony tu niepowrotnie (…). Na nieszczęście, my polscy emigranci, wszyscy bez wyjątku w tym się znajdujemy położeniu. Czytać i pisać po polsku, czasem po niemiecku, albo po francusku, umiemy, słyszeliśmy też trochę o Rzymianach, Grekach itp. ale z tym nikt tutaj nawet do szpitala nie dojdzie, czeka go śmierć głodna na publicznej drodze. Jakoż największa część z naszych zmuszona została, po wielu dniach głodu i zmartwień, udać się do najcięższych prac ręcznych przy budowie dróg żelaznych, tłuc skały i kamienie, przykuć się do taczek na skwarze lub na słocie najokropniejszej, że zaś strawę i do pracy potrzebne narzędzia, jako to: rydle, łopaty, haki, młoty, taczki itd. dostarcza kompanija, i za to sobie z zarobku ile chce potrąca, wszyscy więc po kilku miesiącach najcięższej bezowocnej pracy, obdarci, bosi i z podmarnowanym zdrowiem wrócili do New-Yorka". Oczywiście nie wszystkim rodakom było źle za oceanem, ale wszyscy pracowali tam jako robotnicy budowlani, kamieniarze, lub też w innych pracach wymagających fizycznej siły i sprawności. Teraz zaś po odzyskanej wolności i suwerenności, po odrodzeniu Ojczyzny miłej, można było przynajmniej na jakiś czas zahamować ten ludzki potok, który podążał za chlebem do USA. Tak Józef Okołowicz pisał w 1920 r. po swym powrocie ze Stanów: "Sam miałem sposobność spotykania w Stanach Zjednoczonych takich rodaków, którzy, poprzednio zupełnie już pod każdym względem zamerykanizowani, poczuli się Polakami dopiero po zapisaniu się do "Sokoła" (…) gdzie na nowo uczyli się zapomnianej już i być może dawniej pogardzanej mowy ojczystej".
Piszę o tym, ponieważ bieda i nędza jakie szczególnie zapanowały po zakończeniu I Wojny Światowej i Wojny z bolszewikami, były pożywką dla wszelkich bolszewickich agitacji, które mogły w jakiś sposób zakłócić stabilność odrodzonego Państwa. Tym bardziej że od połowy 1921 r. polscy komuniści bardzo liczyli na wybuch jakiegoś społecznego fermentu, większego niezadowolenia, które mogłoby przerodzić się w rewolucję, wspomaganą z zewnątrz siłami Armii Czerwonej. Szlachcianka Janina Konarska pisała w swym pamiętniku - co prawda jeszcze w listopadzie 1918 r. ale można było założyć że jeśli nic się nie poprawi w odrodzonym państwie, to agitacja bolszewicka zyska znacznie większe wsparcie niż stało się to w czasie wojny roku 1920, gdzie rzeczywiście chłopi masowo występowali w obronie odrodzonej Ojczyzny. Natomiast Konarska pisała o wydarzeniach związanych z rodzącą się Polską w roku 1918 na przykładzie chłopów w taki oto sposób: "Wszędzie tylko widać orzełki i amaranty. Wszyscy wstępują do wojska. Uniwersytet w Krakowie zamknięty, młodzież się zaciągnęła. Tylko na wsi cicho niestety - tej bryły nic nie poruszy, szczególnie, jak chodzi o czyn patriotyczny (…) Agitacja bolszewicka szerzy się przerażająco, a choć chłopi jeszcze na nią nie reagują - nie można jednak się łudzić, by tak było do końca, bo z drugiej strony apetyty na ziemię bardzo rozbudzone. Ci wszyscy, co byli w Rosji i obecnie powracają, mówią, że tam się tak samo zaczynało". Konarska co prawda obawiała się tego, że jej ziemia rodowa zostanie rozdzielona pomiędzy bezrolnych chłopów, ale mimo wszystko dosyć ciekawie opisała panujące wówczas w listopadzie 1918 roku nastroje w mieście i na wsi odradzającej się Polski. Wpis w jej Pamiętniku z 17 listopada był następujący (jednocześnie dosyć optymistyczny): "Dwór odwiedziło trzech kandydatów na ułanów (…) hrabia Antoni Potocki z Parzymiech, Piotrowski i Frank - zdążali do Kielc, gdzie tworzy się pułk ułanów polskich, i u nas popasali. Byli na obiedzie. Zajechali konno, ze strzelbami, z orzełkami i amarantowymi kokardkami na sztykach - tak to dziarsko i mile wyglądało". Zaś w styczniu 1919 r. znów pisała o wsi i chłopach w taki sposób: "A tu poboru jak nie ma, tak nie ma. Tam garstka młodzieży, kobiet i dzieci ginie, bohatersko broniąc Kresów polskich, a tu tysiące młodych i zdrowych chłopaków wałęsają się na wsi i cieszą się, że tam "szlachtę mordują". Teraz chodziło o to, aby, jak pisał Krzysztof Jelitczyk w broszurze z 1916 r. "Nasz obowiązek, aby wszystkie stany w ojczyźnie naszej kochały się i pomagały sobie wzajemnie jak bracia i dzieci jednego Ojca Niebieskiego i jednej matki-ziemi polskiej!" (Należy też pamiętać że ogromna część chłopów była niepiśmienna, skąd oni mieli czuć przywiązanie jedność z tym duchem polskim skoro nie potrafili czytać i pisać. Przecież jak ja sam bym się urodził w rodzinie chłopskiej i byłbym analfabetą, to zapewne głosy bolszewickie również by i na mnie podziałały - chociaż... trudno powiedzieć 🤔. Dlatego ciężka praca oświecenia narodu - szczególnie ludu chłopskiego - zakładania szkół ludowych na wsiach i kształcenia tych ludzi w polskim duchu, była podstawą i mimo wszystko ta praca do roku 1939 została według mnie wykonana na... czwórkę z plusem).
Pierwszą zbrojną akcję przeciw Grenadzie przedsięwziął markiz Kadyksu - Rodrigo Ponce de Leõn, które postanowił zdobyć twierdzę Alhamę, leżącą w bogatym, rolniczym centrum Emiratu Grenady, na drodze pomiędzy Grenadą a Malagą. Atak nastąpił nocą (podobnie jak wcześniej muzułmański atak emira Abu al-Hasana Alego na Zaharę w grudniu 1481 r.) dnia 27 lutego 1482 r. Szturm był szybki i zdecydowany, miasto padło szybko a Kastylijczycy (a raczej Andaluzyjczycy) zabili w walce 800 muzułmanów i wzięli do niewoli 3000 (głównie kobiet i dzieci), a na wieży twierdzy ustawili wielki krzyż. Upadek Alhamy był szokiem dla muzułmanów z Grenady, gdyż twierdza ta była kluczową w łańcuchu otaczających Grenadę twierdz i zwano ją "Oczami Grenady", gdyż posterunki Alhamy ostrzegały mieszkańców stolicy Emiratu przed kastylijskimi zagonami. Rozmiaru przerażenia i wściekłości muzułmanów dopełnił również fakt, że ciała zabitych wojowników Emiratu zwycięzcy Hiszpanie wyrzucali za mury i zostawiali tak na pastwę psów i innych zwierząt. Emir Abu al-Hasan Ali gdy tylko dowiedział się o upadku Alhamy i tym co tam uczyniono wyznawcom Allaha, wpadł w taką wściekłość, że kazał zabić posłańców, którzy mu tę wieść przynieśli. W Grenadzie natychmiast ogłoszono mobilizację w celu odzyskania tej kluczowej twierdzy i pomszczenia hańby, jaką prawowiernym uczyniły Giaury (było to muzułmańskie pogardliwe określenie wyznawców chrześcijaństwa, szczególnie popularne właśnie w Hiszpanii). Tymczasem do spędzających zimę na południu kraju w Medina del Campo Izabeli i Ferdynanda (ze względu na niewielkie środki, jakie w styczniu 1482 r. uchwaliły Kortezy na wojnę z Maurami, para królewska zmuszona była również do znacznych oszczędności, a to oznaczało pożegnanie się z częścią służby, czym zajęła się właśnie królowa, odsyłając wiele dziewcząt ze swego dworu), przybyli niespodziewani goście. Byli to posłańcy wysłani przez Boabdila - syna emira al-Hasana, którzy oczekiwali wsparcia dla swego pana od królowej i króla w celu obalenia dotychczasowego emira i zainstalowania w Grenadzie Boabdila. Ferdynand podjął się tych rozmów i trwały one przez jakiś czas, a tymczasem emir al-Hasan wyruszył aby odzyskać utraconą niedawno twierdzę.
Przybywszy pod mury Alhamy doznał szoku, gdy ujrzał rozkładające się ciała wojowników islamu, które były zjadane przez błąkające się po okolicy, wygłodniałe psy i wilki. Była to hańba nie do wyobrażenia, jako że islamie pies jest zwierzęciem nieczystym (ponoć pies miał ugryźć Mahometa i przez to właśnie stał się nieczysty 🦮), a tutaj dodatkowo ciała zabitych wojowników były zjadane przez te zwierzęta. Furia w jaką wpadł emir (i inni muzułmanie), spowodowała że odzyskanie tej twierdzy i ukaranie "niewiernych", stał się teraz jego obsesją. Kolejne szturmy były jednak powstrzymywane przez obrońców, lecz jednocześnie kończyła im się zarówno żywność jak i przede wszystkim zapasy wody, a to oznaczało że bez szybkiej odsieczy długo nie wytrzymają. Udało im się wysłać posłańca z twierdzy, który miał dotrzeć do pary królewskiej i poinformować ich o ciężkim położeniu obrońców Alhamy oraz o szybkiej odsieczy, gdyż w przeciwnym razie triumf odniesiony na początku tego roku zostanie zaprzepaszczony. Tymczasem para królewska w połowie kwietnia 1482 r. przeniosła się do Kordoby, tam też przybył posłaniec z oblężonej Alhamy. Ferdynand natychmiast zorganizował wojsko, osobiście dowodząc odsieczą, królowa zaś zajęła się - jak zwykle - szukaniem oszczędności i organizowaniem aprowizacji dla owej armii (w tym czasie była już w zaawansowanej ciąży i lada tydzień miała urodzić). Po wyjeździe małżonka z Kordoby - na czele wojsk idących z odsieczą Alhamie, królowa spędzała dnie bardzo pracowicie. Rano ubawszy się w luźne kaftany (takie, jakie nosiły z reguły wieśniaczki, aby się tak bardzo nie pocić podczas pracy) udawała się na spacer po ogrodzie alkazaru Cordoby, następnie spożywała śniadanie i od tego czasu praktycznie aż do wieczora (z krótką przerwą na wieczorny posiłek) pracowała nad organizacją nowych funduszy dla wojska. Było to niezwykle męczące zajęcie, tym bardziej że królowa spodziewała się iż zacznie rodzić lada dzień. Nie ona jedna zaangażowała się we wsparcie walczących mężczyzn pod Alhamą, drugą taką "wilczycą" była małżonka markiza Kadyksu - zamkniętego teraz z resztą swych żołnierzy w twierdzy oblężonej przez Maurów, niczym sardynki w puszce - która osobiście udała się do księcia Medina Sidonia - osobistego wroga i jej małżonka (obaj panowie mocno się poróżnili, ponoć nawet dali sobie po pysku, a nawet doszło między nimi do walki orężnej), prosząc go, by również dołączył do owej odsieczy i pomógł jej małżonkowi wyjść cało z tej zawieruchy. Medina Sidonia (który pałał do markiza Kadyksu żywą nienawiścią) zareagował natychmiast, szybko zorganizował oddział - na czele którego stanął i ruszył pod Alhamę, gdzie połączył się z armią królewską.
Muzułmanie bardzo szybko doszli do wniosku, że nie zdołają zwyciężyć tej batalii i nie zdobędą Alhamy w sytuacji szybkiej królewskiej odsieczy. Emir al-Hasan zarządził więc odwrót (ale jednocześnie przysiągł na Allaha że powróci tutaj i pomści śmierć prawowiernych). Nim wojska królewskie przybyły pod oblężoną twierdzę, obóz Maurów został zwinięty, a oni wycofali się czym prędzej ku Grenadzie. Radość jaka zapanowała w Alhamie na widok królewskiego sztandaru była nie do opisania, tym bardziej że żołnierze w twierdzy umierali już częściej z pragnienia i głodu, niż od mieczy i dział atakujących Maurów. Ukoronowaniem tego sukcesu była zaś zgoda, jaką tam wówczas zawarli ze sobą książę Medina Sidonia i markiz Kadyksu, podając sobie ręce (tak oto małżonka Rodrigo Ponce de Leõn, zmniejszyła liczbę wrogów swego męża o jednego potężnego księcia). Tymczasem al-Hasan był niezadowolony. Wiedział że gdyby nie ta odsiecz, zdobyłby twierdzę i ukarał wszystkich chrześcijan którzy się tam znajdowali, ale jego myśli bardzo szybko musiały pójść w zupełnie innym kierunku. Oto bowiem dotarła do niego wiadomość, że w czasie gdy on walczył pod Alhamą dla Allaha, jego syn Boabdil ogłosił się nowym emirem Muhammadem XII. Wiedział że nie ma po co wracać teraz do Grenady, a jego siły były zbyt słabe, aby móc podjąć szturm na to dobrze umocnione i zaopatrzone miasto. Nie mając innego wyjścia, wycofał się do Malagi (której notabene burmistrzem był jego brat Az-Zagal Waleczny) i tam przygotowywał się do powrotu na tron Emiratu, organizując wojsko. Ferdynand tymczasem powrócił do Kordoby i para królewska była w jak najlepszych nastrojach, podbudowanych nie tylko odsieczą Alhamy, ale również zdobyciem Otranto - które padło we wrześniu 1481 r. (Otranto - miasto leżące w południowo-wschodnich Włoszech, zostało zdobyte przez Turków Osmańskich w sierpniu 1480 r. ale bardzo szybko papież Sykstus IV ogłosił wyprawę w celu jego odzyskania, na którą odpowiedział król Neapolu Ferdynand I a posiłki przysłał również król Węgier Maciej I Korwin. Otranto zostało odzyskane po 13 miesiącach tureckich w nim rządów). To wszystko napawało nadzieją na skuteczne zakończenie wojny Emiratem Grenady.
Tymczasem 28 czerwca 1482 r. podczas obrad Rady Królewskiej królowa dostała skurczy porodowych, a wkrótce potem odeszły jej wody. Ferdynand przyniósł ją do łoża i następnie rozpoczął się niezwykle ciężki poród, który trwał dokładnie 24 godziny. 29 czerwca wyczerpana totalnie królowa powiła dziewczynkę (było to już trzecie dziecko jej i Ferdynanda, w tym druga dziewczynka. Oczywiście nie licząc syna, którego królowa poroniła w maju 1475 r. jadąc konno na środku polnej drogi, do tego w strugach rzęsistego deszczu - o czym pisałem w poprzednich częściach). Ale szybko okazało się że narodziny dziewczynki to nie koniec, królowa miała w łonie również drugie dziecko, bliźniaka. Niestety, była totalnie wyczerpana narodzinami córki i ta druga córka (z częściowo zdeformowaną twarzą) urodziła się martwa. Królowa bardzo rozpaczała, tym bardziej że narodziny martwego dziecka - bez ochrzczenia go przed śmiercią - oznaczało w mentalności ludzi tamtego czasu, iż trafi ono do Czyśćca a nie do Raju. Żywo modliła się za jej duszą, aby jednak dziewczynka mogła dostąpić nieba, często też płakała z tego powodu, jednak królowa musiała szybko wrócić do siebie, tym bardziej że wciąż trwała wojna i była ona potrzebna swemu małżonkowi w tym, co jej wychodziło naprawdę dobrze, czyli organizowaniu zaplecza dla armii. Ferdynand teraz planował zdobycie Loji - twierdzy leżącej w pobliżu zarówno Alhamy jak i Grenady. Narodzoną córeczkę nazwano Maria, ale powrót królowej do jej codziennych obowiązków nieco się wydłużał i gdy w w połowie lipca 1482 r. na czele 11-tysięcznej armii Ferdynand ponownie opuszczał Kordobę, królowa wciąż jeszcze leżała w łożu. Jej powrót do pełni zdrowia zajął nieco więcej czasu, ale gdy tylko królowa wstała z łoża i ponownie mogła spacerować po ogrodzie, codziennie modliła się za duszę swej zmarłej córeczki w ogromnej katedrze Kordoby - która pierwotnie zbudowana była jako meczet, a następnie zamieniona na chrześcijańską katedrę po zdobyciu Kordoby przez Kastylijczyków w roku 1236 (notabene przed jej wzniesieniem w tym miejscu, stał tam kościół wizygocki pod wezwaniem Świętego Wincentego, a jeszcze wcześniej w tym miejscu stała rzymska świątynia ku czci Apolla i Artemidy - pięknie to pokazuje ową zmianę religijną na przestrzeni dziejów).
Oblężenie twierdzy Loja szło Hiszpanom znacznie gorzej, niż wcześniejsze kampanie. Teren był górzysty i bardzo ciężki, ale wojska królewskie były dobrej myśli, sytuacja mogła działać na ich korzyść, zresztą podobnie było w Alhamie, gdy zdobywał ją markiz Kadyksu. Niestety, Hiszpanie tutaj całkowicie przeszacowali. Wkrótce bowiem na wzgórzach Albohacen zjawiły się wojska kadiego Ali Atara, który zepchnął Kastylijczyków do wąwozu, gdzie wywiązała się niezwykle krwawa bitwa (nie pierwsza i nie ostatnia, zresztą jak pisał kronikarz Zurita: "Wojna była tak dzika i okrutna, że nie znalazłoby się ani jedno miejsce w królestwie, którego by nie wykrwawiła - śmierć ponosili i zwycięzcy i pokonani". Padło wielu zabitych i rannych wśród Kastylijczyków, w tym wśród samych grandów. Zginął trafiony dwiema strzałami (w tym jedną zatrutą) wielki mistrz Zakonu Calatrawa - Rodrigo Tellez Girõn, a głowy pokonanych Kastylijczyków Maurowie przyczepiali sobie do siodeł (jazda Ali Atara była niezwykle szybka i skuteczna). Poważnie ranni zostali także hrabia Haro i hrabia Tendili, ale przede wszystkim zagrożony został sam król, któremu życie uratował właśnie markiz Kadyksu Rodrigo Ponce de Leõn. Bitwa była przegrana, Hiszpanie musieli się wycofać spod Loji i poszarpanymi sztandarami, często ranni dotarli do Kordoby. Okazało się że ta wojna nie będzie łatwym i szybkim spacerkiem - jak się pierwotnie wydawało. Maurowie z Grenady wciąż jeszcze dysponowali znaczną siłą i żeby ich stamtąd wypędzić, trzeba było jeszcze więcej wysiłku, a przede wszystkim jeszcze więcej pieniędzy. Klęska pod Loją była dla pary królewskiej katastrofą (tym bardziej że żeby zebrać i weekwipować armię, królowa wyprzedawała nawet własne suknie), a teraz cała artyleria i sprzęt oblężniczy został utracony. Królowa co prawda nie czyniła mężowi wyrzutów (tak jak po jego powrocie do Tordesillas po klęsce pod Toro w lipcu 1475 r.), ale nie była zadowolona (prawdopodobnie fakt, iż Izabela tak źle potraktowała Ferdynanda po jego powrocie do Tordesillas w tamtym czasie, był powodem ostrej kłótni małżeńskiej, gdyż Ferdynand zarzucił jej - takie są przypuszczenia historyków - iż nie będąc na miejscu, wymagała od niego nadludzkich poświęceń i że pewnie bardziej ucieszyłaby się z jego śmierci niż z powrotu).
W marcu 1483 r. grandowie Andaluzji postanowili pomścić klęskę pod Loja i zdobyć Malagę, duży port morski który zaopatrywał bezpośrednio Grenadę. Przygotowywano się do tego jakby jechano na bal, możni jechali we wspaniałych strojach bogato zdobionych, zaprzęgnięto kupców i wiele wozów na których miano załadować zdobyte w Maladze łupy - wszyscy byli pewni łatwego i szybkiego zwycięstwa. Palono i niszczono głównie wioski, sądząc że to będzie przedsmak przyszłego triumfu, ale pycha zawsze kroczy przed upadkiem i gdy te oddziały przechodziły przez wąwóz Axarquii na drodze idącej ku Maladze, na jego wzniesieniach już czekali muzułmanie, którzy zasypali Andaluzyjczyków gradem strzał i kamieni, jednocześnie odcinając im drogę ucieczki. To była masakra, prawdziwa rzeź. Grandowie ginęli we krwi, ochlapując nią swe piękne stroje, w jakich wyruszyli na tę kampanię. Zginęło tam 800 jeźdźców a 1500 wzięto w niewolę (Andaluzyjczycy byli tak przerażeni tym, co ich spotkało, że poddawali się nawet kobietom). Wyprawa była katastrofą, a jedynym który się jej sprzeciwiał, był markiz Kadyksu Rodrigo Ponce de Leõn (jemu udało się przeżyć i ujść cało, ale w tej bitwie zginęli dwaj jego bracia Diego i Beltrán). Gdy wieści o owej kolejnej klęsce dotarły do Izabeli, przebywała ona wówczas w Madrycie (natomiast Ferdynand musiał się udać do Galicji, by rozwiązać tam jakiś poważny spór, a poza tym naglące sprawy czekały w jego Królestwie w Aragonii - nie był w stanie się rozdwoić, a wszędzie wymagano jego obecności). Królową te wieści znów podłamały (była ona bowiem osobą która nie godziła się na niepotrzebne śmierci wśród swoich poddanych a szczególnie ludzi z jej otoczenia, a wojna niestety niesie za sobą straty i jeśli chce się zwyciężyć trzeba myśleć do przodu, a nie do tyłu). Gdy przed Bożym Narodzeniem 1482 r. Ferdynand przybył do Madrytu, para królewska tam właśnie spędziła święta, oczekując że następny rok będzie znacznie lepszy jeśli chodzi o toczącą się wojnę z Maurami.
A tymczasem emir al-Hasan postanowił ostatecznie rozprawić się ze swym zdradzieckim synem Boabdilem/Muhammadem XII, który odebrał mu władzę w Grenadzie. Do buntu przeciwko ojcu namówiła Boabdila jego matka, małżonka al-Hasana i pierwsza kobieta w jego haremie - Aisza. Była ona córką emira Grenady Muhammada IX i kuzynką swego małżonka al-Hasana, stąd była nie tylko muzułmanką z urodzenia, ale również członkinią panującej dynastii Nasrydów. Kochała swojego małżonka i on kochał ją, wzajemnie się też uzupełniali a on dopuszczał ją do wielu spraw związanych z zrządzeniem państwem. Niestety, al-Hasan zafascynował się jedną z niewolnic, sprowadzoną do jego haremu z miasteczka Martos nieopodal Jaen - Isabel de Solis. Była ona córką burmistrza Martos, uprowadzona w niewolę, trafiła do haremu emira i bardzo szybko wpadła mu w oko. Od tego czasu spędzał on noce tylko w jej towarzystwie, całkowicie pomijając Aiszę (i inne kobiety z haremu). Gdy Isabel przeszła na islam i przyjęła imię Zoraja, a następnie urodziła emirowi dwoje dzieci, stała się poważnym zagrożeniem dla przyszłości syna Aiszy. Ponieważ Aisza była muzułmanką z urodzenia i szlachetną damą rodu Nasrydów, jej pozycja była znacznie większa niż Isabel/Zoraji, miała też wiele sług którymi mogła dysponować. Wydała więc na dziewczynę wyrok, pragnąc ją uśmiercić, ale próba jej zabójstwa, jakiej dopuścili się ludzie z jej otoczenia, gdy Zoraja zażywała relaksu w saunie, nie udała się. Potem Aisza próbowała uśmiercić dzieci Zoraji, co również okazało się nieskuteczne. Ostatecznie więc w zemście na swym małżonku namówiła syna, aby się zbuntował przeciwko ojcu i odebrał mu władzę w Emiracie. Teraz jednak wzmocniony nowymi oddziałami emir al-Hasan w towarzystwie swego brata Az-Zagala, szykował się do odzyskania tego, co i jak twierdził należało mu się z woli Allaha i przykładnego ukarania zarówno swego syna jak i jego matki.