WYŚWIETLENIA

16 marca 2026

WALKA Z KOMUNISTAMI W PRZEDWOJENNEJ POLSCE - Cz. III

CZYLI GDZIE CHOWAŁY SIĘ "SZCZURY"


KOMUNISTYCZNA PARTIA POLSKI
(CZYLI DZIAŁALNOŚĆ MOSKIEWSKIEJ EKSPOZYTURY W POLSCE)
Cz. III




Po zakończeniu Wojny polsko-bolszewickiej i podpisaniu pokoju w Rydze (18 marca 1921 r.) powstało państwo polskie po raz pierwszy od 150 lat w prawie pełnych swych granicach (piszę "prawie" ponieważ nie wszystkie ziemie należały wówczas jeszcze do Polski. 9 października 1920 r. oddziały Wojska Polskiego pod dowództwem gen. Lucjana Żeligowskiego, złożone głównie z mieszkańców ziemi wileńskiej, zajęły Wilno wypędzając stamtąd Litwinów. 12 października stworzono Tymczasową Komisję Rządzącą Litwy Środkowej z gen. Żeligowskim jako dowódcą wojsk Litwy Środkowej. Notabene Naczelny Wódz Józef Piłsudski, zdając sobie sprawę że odzyskanie Wilna będzie bardzo trudne politycznie - gdyż Francuzi i Anglicy a także Amerykanie, widzieli to miasto w granicach Litwy właściwej - musiał wydać rozkaz - tak, wydać rozkaz - Żeligowskiemu, aby ten... zbuntował się i zajął Wilno przez "zbuntowane" oddziały Wojska Polskiego. Tak musiało się stać, ponieważ Żeligowski nie chciał się zbuntować i dopiero gdy Komendant wydał mu rozkaz, przyjął to do wiadomości. Dla Piłsudskiego Wilno zaś było niezwykle ważne. To było miasto Jego dzieciństwa, Jego najpiękniejszych wspomnień. Napisał potem zresztą: "Wilno - rzędem biegną mury co mnie niegdyś wielkiej prawdy kochać uczyły. Miasto, symbol naszej wielkiej kultury, państwowej ongiś potęgi. Wszystko co piękne w mej duszy - przez Wilno pieszczone". 8 stycznia 1922 r. na Litwie Środkowej odbyły się wybory do Sejmu Orzekającego. Wzięło w nich udział 64% uprawnionych do głosowania, ludność litewska zbojkotowała te wybory, a rząd litewski w Kownie skierował do Rady Ligi Narodów notę protestacyjną, w której zapowiadał że nie uzna Sejmu Orzekającego. 20 stycznia Sejm Orzekający podjął decyzję o przyłączeniu Litwy Środkowej do Polski. Poza tym niepewna była przyszłość Górnego Śląska, gdzie miał się odbyć plebiscyt, mający zdecydować o przynależności tej ziemi do Polski albo do Niemiec. Nieznany był też jeszcze oficjalny status Wolnego Miasta Gdańska {utworzonego decyzją Rady Ligi Narodów 15 listopada 1920 r.}, dopiero 22 czerwca 1921 r. Rada Ligii Narodów powierzyła Polsce obronę lądową Wolnego Miasta Gdańska i przyznała prawo pobytu w porcie gdańskim polskim okrętom wojennym - których notabene jeszcze tak naprawdę nie było, flota dopiero się tworzyła - oraz budowę składnicy amunicji na Westerplatte. Poza tym zawieszona wciąż była sprawa Śląska Cieszyńskiego, który został zajęty przez Wojska Czeskie w styczniu 1920 r. Co prawda Rada Ambasadorów zwycięskich mocarstw dnia 18 lipca 1920 r. - czyli w okresie największego zagrożenia polskiej niepodległości przez Armię Czerwoną - wydała decyzję dzielącą Śląsk Cieszyński nad dwie części, a także pozostawiającą Orawę i Spisz po czeskiej stronie. Ludność polska która dominowała na Śląsku Cieszyńskim całkowicie, została na prawie dwadzieścia lat oddana pod czeskie panowanie i Czesi konsekwentnie przez te lata starali się wynarodowić Polaków tam mieszkających. Dopiero w sytuacji upadku państwa czechosłowackiego, gdy Czechy zamiast walczyć z Niemcami o swą wolność, oddały ją na tacy Hitlerowi - do tego oczywiście doprowadziła konferencja w Monachium z 29 października 1938 r. na której to Wielka Brytania i Francja a także Włochy, sprzedały Czechosłowację Niemcom. Mimo to wysyłane sygnały ze strony Polski upewniały Czechów, że jeżeli ci podejmą walkę, to Polska włączy się do tej wojny po ich stronie. Prezydent Czechosłowacji Edward Benesz był jednak wybitnym polonofobem i liczył jedynie na Francję, ewentualnie na Związek Sowiecki - na pewno zaś nie na Polskę. Po przyjęciu uzgodnień monachijskich przez Czechosłowację, 30 września 1938 r. polski poseł w Pradze Kazimierz Papee przekazał ultimatum z żądaniem natychmiastowego odstąpienia Polsce obszaru zamieszkiwanego przez większość polską na Śląsku Cieszyńskim. Czechosłowacja ultimatum przyjęła i w dniach 2 do 11 października Wojsko Polskie zajęło Zaolzie, zaś od 1 do 30 listopada Spisz i Górną Orawę. Śląsk Cieszyński wracał do Macierzy, ale należy też dodać kilka słów, które będą swoistym dziegciem w tej beczce miodu. A mianowicie pisarz i publicysta Ryszard Wojna, który jako młody chłopak w styczniu 1939 r. pojechał na te tereny, wspominał potem że nie był tam przyjęty życzliwie, a ludzie powtarzali: "Za czeskich czasów panował większy porządek").




Tak więc odrodzona Polska była państwem niepełnym (przynajmniej na razie), ale już wolnym, już niepodległym, już mogącym oddychać pełną piersią wolności, dbać o swe dobre imię i zapisać nową kartę swych dziejów. Nie wszystko jednak szło dobrze. W ludziach nadal tkwiła pamięć niewoli, pamięć zaborów, która była silna, bo wdarła się w dusze i umysły i przeżarła się przez nie powodując, że ci ludzie nie byli zdolni myśleć jak ludzie wolni, wciąż bowiem posługiwali się kalkami z czasów niewoli. Dobitnym tego przykładem było chociażby podpisanie traktatu ryskiego, pozostawiającego po sowieckiej stronie setki tysięcy Polaków, z takimi miastami jak Mińsk, Słuck, Zasław, Płoskirów, Lubar czy Kamieniec Podolski. Oddawano tych ludzi w dalszą niewolę i co prawda mogli oni się stamtąd wynieść i przenieść do odrodzonej Polski, ale jednocześnie tym krokiem kładziono kres wielowiekowej polskości tych ziem. Komisja która pojechała toczyć rozmowy z Sowietami do Rygi (złożona z polityków partii narodowych, ludowych i socjalistycznych), pozbawiona była zupełnie tradycji, na której budowali i którą wykuwali w pocie czoła Tadeusz Kościuszko czy książę Józef Poniatowski, nie wspominając o wcześniejszych wielkich hetmanach Najjaśniejszej Rzeczypospolitej. Historyk Szymon Askenazy pisał w 1937 r.: "Przedstuletni przywódcy Polski (...) Nigdy prokrustowej nie uznawali etnografii (...) Kościuszko wyzwolił wraz Kraków, Warszawę i Wilno, książę Józef odbierał Kraków i szturmował Smoleńsk", bo tam wszędzie, tam właśnie wszędzie były polskie ślady, były polskie kości i była polska tradycja - choćbyśmy dzisiaj próbowali to zupełnie zatrzeć w naszej pamięci. Oczywiście nie chodzi o to, żeby próbować dzisiaj te ziemie odzyskiwać czy je zajmować, wręcz przeciwnie. Chodzi o budowę i pamięć naszego etnosu, który jest niesamowity i który budowany był nie na sile oręża, a na Sile Ducha i nawet jeśli język tych Ludów był ruski (czy jakikolwiek inny), to sam fakt, że czuli się oni Polakami, że polska tradycja Wolności była dla nich najważniejsza, jest podstawą tego o czym piszę (przykładem tego niech będzie chociaż poeta Jarosław Marek Rymkiewicz - już nieżyjący, który z pochodzenia był po części Tatarem po części Rusinem, po części Niemcem po części Litwinem, natomiast polskiej krwi tam w nim nie było wcale, a mimo to był jednym z największych polskich patriotów i otwarcie twierdził że siła polskości nie tkwi w krwi czy pochodzeniu, ale Sile Ducha - zresztą ja sam też mogę to powiedzieć po tradycji własnej rodziny. "Jestem Polakiem, bo tak mi się podoba" - jak mawiał Rymkiewicz). Dzisiaj to, co nam pozostało po tamtej tradycji, to jest wspólnota Międzymorza i Trójmorza i na niej trzeba się opierać aby nie popełnić błędów głąbów sprzed 100 lat, którzy w Rydze decydowali o naszych granicach wschodnich i wytyczyli nam je tak chujowe (przepraszam za wulgaryzm), że nie sposób nie ciskać dzisiaj na nich za to gromów.




Inną kwestią był stosunek owych polityków do naszych sojuszników, czyli do oddziałów białoruskich baćki Bułak-Bałachowicza i do Wojsk Ukraińskich atamana Semena Petlury. Zgodnie z uzgodnieniami zawartymi z Sowietami w Rydze, mieli oni być internowani w obozach i następnie usunięci z terenów Rzeczpospolitej. Ci ludzie walczyli z nami ramię w ramię, przelewali wspólnie krew, walcząc nie tylko o własne niepodległe państwa - do których mieli prawo - ale również za wspólną tradycję oręża Ludów tworzących Wielką Rzeczpospolitą, i ci ludzie teraz mieli zostać umieszczeni w obozach internowania? Bo co? Bo z Sowietami umówiła się w tym temacie grupka politykierów, którzy w czasie Wojny nawet nie powąchali prochu, siedząc bezpiecznie w swoich gabinetach? Szczać należało na umowy z Sowietami, a tych ludzi traktować tak, jak należało traktować sojuszników. I tak właśnie do sprawy podchodził Marszałek Józef Piłsudski, który polecił dać Armii Petlury całkowitą autonomię wewnątrz obozów (mało tego - wejścia do obozu strzegła warta złożona z żołnierzy ukraińskich, a nie polskich). 15 maja 1921 r. Marszałek przybył do takiego ukraińskiego obozu w Szczypiornie, powitany uroczyście w świetlicy udekorowanej w barwy Polski i Ukrainy. Wysłuchał tam przemówienia gen. Bezruczki, który dziękował mu za warunki panujące w obozie i za przybycie, sam zaś nie wysuwał żadnych próśb. Marszałek wspomniał o podpisanym traktacie ryskim, po czym zamilkł i przez chwilę wpatrywał się w zgromadzonych na sali żołnierzy ukraińskich, a następnie rzekł: "Ja Was przepraszam panowie, ja was przepraszam!". Gen. Bezruczko zwrócił się potem do płk. Ulrychta (a słowa te przytoczył Ulrycht w swym "Pamiętniku Trzydziestolecia Niepodległości Polski" wydanym w Nowym Jorku w 1948 r.) a brzmiały one: "Wasz Pan Marszałek to wielki rycerz...". Szkoda że w owej odrodzonej Polsce ludzie o mentalności dawnych rycerzy Rzeczpospolitej ginęli w tłumie wszelkich miernot, głupców lub też zwyczajnych karierowiczów.




20 marca 1921 r. odbył się plebiscyt na Górnym Śląsku. Frekwencja była niezwykle wysoka bo aż 97 %, a w głosowaniu tym wzięło udział 1 190 846 osób. Za przynależnością do Polski wypowiedziało się 479 359 głosujących, za przynależnością do Niemiec wypowiedziało się 707 605 głosujących, unieważniono 3882 głosy. W głosowaniu tym wziąć udział mogli wszyscy Górnoślązacy, nie tylko ci, którzy tam mieszkali, ale również ci, którzy się tam urodzili, a potem stamtąd wyjechali. Z tego powodu zarówno Polacy jak i Niemcy sprowadzili na Górny Śląsk kilkadziesiąt tysięcy byłych mieszkańców tej krainy, a dokładnie Polska sprowadziła 10 000 głosujących, Niemcy zaś 200 000. Zwycięstwo Niemiec było przede wszystkim wynikiem skutecznej niemieckiej propagandy, która jeszcze w czasie Wojny polsko-bolszewickiej straszyła Górnoślązaków, iż jeśli przyłączą się do Polski, to staną się mięsem armatnim. Poza tym oczywiście podkreślano słabość i nietrwałość Polski oraz jej zacofanie gospodarcze. To wszystko zrobiło skuteczną robotę na terenach, które w większości były zdominowane przez ludność polską. Oczywiście owe wyborcze zwycięstwo nie oznaczało - tak jak myśleli Niemcy - że oto teraz cały Górny Śląsk przypadnie im. Wśród zwycięskich mocarstw I Wojny Światowej pojawiły się bowiem różnice zdań na ten temat. Francja uważała że teren Górnego Śląska należy podzielić pomiędzy Polskę i Niemcy (zresztą Francuzi trzymali się koncepcji wygłoszonej przez jednego z francuskich przedstawicieli na konferencję pokojową w Wersalu w 1919 w. który na pytanie jaka według niego powinna być Polska, odpowiedział: "Jak największa, i silna, bardzo silna"), natomiast Wielka Brytania i wspierające ją Włochy oraz Stany Zjednoczone twierdziły, że tylko niewielkie rejony należy przyznać Polsce, natomiast cały Górny Śląsk oddać Niemcom. W związku z tymi planami, zebrani w Bytomiu przedstawiciele polskich partii i organizacji wojskowych na Górnym Śląsku, podjęli decyzję o rozpoczęciu III Powstania Śląskiego w nocy z 2 na 3 maja 1921 r. Czas między plebiscytem a powstaniem obie strony zorganizowały na przygotowanie się do walki. Polska Organizacja Wojskowa na Śląsku została lepiej uzbrojona i liczyła 40 000 ludzi a jej dowódcą został podpułkownik Maciej Mielżyński. 1 maja gruchnęła wiadomość że Niemcy zamierzają przygotować się na podział Górnego Śląska i zniszczyć te fabryki, które miałyby znaleźć się po polskiej stronie, tak więc 2 maja rozpoczął się strajk generalny i tego też dnia przywódcy Powstania powiadomili Warszawę o zamiarze rozpoczęcia walki. Polski rząd nie był z tego powodu zadowolony i starał się hamować zbyt wojownicze nastroje, ale było już na to za późno i w nocy z 2 na 3 maja rozpoczęły się działania zbrojne na Górnym Śląsku, a Wojciech Korfanty ogłosił się dyktatorem Powstania.

 




W ciągu pierwszych trzech dni walki Powstańcy opanowali prawie cały obszar plebiscytowy z wyjątkiem dużych miast, gdzie znajdowały się alianckie garnizony. Polski rząd dążył do jak najszybszego zakończenia Powstania, gdyż podważało ono autorytet Polski na arenie międzynarodowej, ale społeczeństwo polskie bardzo żywo odpowiedziało na owe walki. Zgłaszali się też licznie ochotnicy (i to zarówno po stronie polskiej jak i niemieckiej). Powstańcy doszli na południu do lewego brzegu Odry powyżej Raciborza. Najcięższe zaś walki trwały w dniach 21 mają do 5 czerwca o Górę Świętej Anny. Bitwę tę wygrali Niemcy, odzyskując samą Górę i część terenu z Kędzierzynem na czele, ale w ich planach była również ofensywa na tereny przemysłowe Górnego Śląska, co już im się nie udało. Prawie cały obszar plebiscytowy nadal pozostawał w rękach Powstańców. Pod wpływem Ligii Narodów (szczególnie zaś Francuzów, bardzo aktywnych w tym gremium) 11 czerwca realnie walki ustały, a obie strony pozostały na swoich stanowiskach do 5 lipca, kiedy wycofano z terenu Górnego Śląska siły polskie i niemieckie. III Powstanie Śląskie miało olbrzymi wpływ na decyzję Rady Ambasadorów zwycięskich mocarstw, które 12 października 1921 r. zdecydowały o podziale Górnego Śląska między Polskę a Niemcy. Polsce przypadło 29 % owego terenu, wraz z 46 % zamieszkującej go ludności. Wszystkie największe miasta Górnego Śląska i największe fabryki znalazły się po polskiej stronie (choć niestety często podział doprowadzał do ich ruiny, gdyż linia nowej granicy polsko-niemieckiej na Górnym Śląsku biegła niekiedy w taki sposób, że fabryka znajdowała się np. po polskiej stronie, ale już tartak albo piec hutniczy po stronie niemieckiej). W każdym razie po polskiej stronie znalazło się 80 % kopalń węgla, 66 % kopalń cynku i ołowiu i 60 % wielkich pieców. Oczywiście Komunistyczna Partia Robotnicza Polski stała na stanowisku, że cały obszar Górnego Śląska powinien wrócić do Niemiec i takie ta partia miała stanowisko aż do 1933 r. czyli do przejęcia władzy przez Hitlera w Niemczech.

W 1921 r. KPRP udaje się stworzyć frakcję komunistyczną w Sejmie Ustawodawczym, pozyskując dwóch posłów - doktora Tomasza Dąbala i kolejarza (należącego wcześniej do Polskiej Partii Socjalistycznej) Stanisława Łańcuckiego. Ma to być komunistyczna awangarda przyszłej partyjnej roboty w "burżuazyjnym sejmie" (swoją drogą zarówno Dąbal jak i Łańcucki skończyli tak, że musieli wyjechać do ZSRS i tam robić tzw. "partyjną karierę"). 25 kwietnia 1921 r. Komisja Centralna Związków Zawodowych podjęła decyzję o zerwaniu jakichkolwiek stosunków z Komunistyczną Partią Robotniczą Polski, oraz zwalczaniu wszelkich komunistycznych wpływów w ruchu związkowym. Rzeczywiście było to potrzebne ponieważ już w lutym 1921 r. na fali demobilizacji Armii, wyszli komuniści z postulatem strajku kolejarzy i strajku powszechnego. Potem w tym roku organizowali strajki w przemyśle chemicznym, metalowym i robotników rolnych w Wielkopolsce (latem 1921 r.), głęboko wierząc że to wszystko wkrótce się wywróci i burżuazyjna Polska padnie pod ciężarem kolejnych strajków, a wtedy oni przejmą władzę - czy to samodzielnie, czy też z kolejnym wsparciem Armii Czerwonej. Był to okres bardzo sprzyjający takim właśnie ekscesom, gdyż Polska wychodziła z Wojny Światowej i Wojny z bolszewikami jako kraj bardzo biedny, wyniszczony, przeorany wojną. Inflacja szalała, a bieda i drożyzna były naturalnym ówczesnym krajobrazem. W maju 1921 r. odbyła się III Rada Partyjna KPRP, na której obradowano właśnie nad formami walki w nowej sytuacji politycznej - czyli po zakończeniu Wojny. Pomimo klęski Armii Czerwonej i dużej dezintegracji partii w czasie wojennym, nastroje były tam bardzo optymistyczne. Wręcz głośno się mówiło że wkrótce dojdzie do ponownej inwazji Armii Czerwonej na Polskę a trzonem tej armii tutaj będzie właśnie partia, która zupełnie inaczej przygotuje się do tej walki, niż stało się to w lipcu i sierpniu 1920, gdzie partia tak naprawdę oczekiwała przyjścia Sowietów, niewiele samemu robiąc. Teraz miała stać się awangardą, awangardą proletariatu w Polsce.

Odzyskana Niepodległość nie mogła być tylko piękną ideą w ustach pięknoduchów i musiała zostać namacalnie dotknięta. Musiała przez lud, który swą pracą przyczynił się do wzrostu i potęgi odrodzonej Polski, musiała owa Niepodległość przez ten lud zostać zaakceptowana jako matka, a nie macocha. Nie mogło w odrodzonym kraju - jeśli nie chciał aby hulała tutaj ekspozytura bolszewicka lub jakakolwiek inna - nie mogło być zgody na traktowanie najuboższych i najsłabszych tak, jak działo się to jeszcze pod zaborami. W odrodzonym państwie nie mogło dochodzić do patologii, jakie miały miejsce w czasach niewoli. Aby sobie uświadomić o czym piszę, przedstawię pewne wydarzenie, które miało miejsce dnia 4 maja 1892 r. w Łodzi. Wówczas od 2 maja trwał strajk robotników fabryki Scheiblera, a owego 4 maja doszło do spotkania pracowników z dyrektorem i współwłaścicielem owej fabryki, niejakim Herbstem. Robotnicy domagali się od kierownictwa zakładu zwolnienia jednego z dyrektorów który uchodził za okrutnika, podwyższenia stawki o 15% i skrócenia czasu pracy z 12 do 10 godzin. Oto jak wyglądała rozmowa fabrykanta z pracownikami, spisana przez jednego z obecnych tam socjalistów: "To ode mnie nie zależy, ja zrobić tego nie mogę" - powiedział Herbst. - "idźcie do roboty!" Na to odezwali się robotnicy: "To niech pan przynajmniej podwyższy żonatym, my z żonami i dziećmi obstać za tę płacę nie możemy!" Herbst w tym momencie zirytował się i rzekł: "To po kiego diabła się żenicie, jeśli nie macie na to, to się nie żeńcie!" Tutaj nerwy puściły już samym robotnikom i natychmiast zniknął "wielmożny pan i pan": "Du verfluchter, ty łajdaku, ty psiakrew, oddaj nam swoją żonę i córki (...) Isz go, jaki mądrek! Bić ścierwo po mordzie i tylo!" Herbst musiał stamtąd szybko uciekać, ale już następnego dnia, 5 maja stojący na ulicy robotnicy poznali go, gdy ten jechał powozem. Wyciągnęli go zeń i poturbowali kijami. Pobito też innego fabrykanta Ignacego Poznańskiego, a to spowodowało że ostatecznie łódzcy przemysłowcy zgodzili się wspólnie podwyższyć pensję robotnikom o 8% i skrócić czas pracy o godzinę. Jednak strajk ów przerodził się w rozruchy antyżydowskie (których zarzewiem była plotka o tym, że jakiś żydowski rzeźnik rozłupał głowę pewnej kobiety i o tym, że Żydzi znieważali księży i bezcześcili kościoły). Tak zostały opisane wydarzenia z 5 maja 1892 r.: "Nadciągnęli bałuciarze (nazwa nadana od Bałut, jednej z dzielnic Łodzi) i poczęła się gorąca walka, w której niejednego Żyda zabito na śmierć, w której niejeden też chrześcijanin, wciągnięty w bramę przez Żydów, utracił życie. Żydzi prócz tego strzelali z okien z rewolwerów, leli wrzącą wodę i rzucali na głowy przechodniów kamieniami (…) Na tłumy napadające i uciekające zarówno wpadali kozacy i strażnicy, bijąc, siekąc pałaszami i strzelając naprzód ślepemi, a potem i ostremi ładunkami. Tłum począł się bronić, paru kozaków zranionych kamieniami spadło z koni (…) Formalnie polowano na Żydów, cywilizowanych i obdartych, idących pieszo czy jadących dorożką". Ostatecznie generał gubernator Warszawy (a tak naprawdę całego tak zwanego "Pryvislinskiego kraju") Josif Hurko (wyjątkowo antypolska menda, nawet jak na Moskala) wydał rozkaz ściągniętym przez siebie do Łodzi posiłkom: "Tłumu nie rozpędzać, ale przeciwnie, starać się przyprzeć go do jakiejkolwiek przeszkody, nabojów nie szczędzić, a do jutrzejszego rana przywrócić porządek". Z czego głównie zapamiętano: "Strzelać, nabojów nie żałować!" Padło wówczas wielu zabitych i rannych.




Tak więc odrodzona Ojczyzna nie mogła pozwolić sobie na powtórkę z czegoś tak haniebnego. Godność ludzka bowiem nie ma ceny, a podstawą wszystkiego jest sprawiedliwość, a co za tym idzie również sprawiedliwe wynagradzanie pracownika za wykonywaną przez niego pracę. Chodziło też o to, aby Polacy uświadomili sobie że odrodzona Polska to jest ich Dom i że nie muszą już szukać szczęścia za granicą, a często za oceanem. Przytoczę tutaj inny list polskiego emigranta do USA z 1853 r. aby pokazać że - jak pisał Kazimierz Przerwa-Tetmajer: "Lepsze polskie gówno w polu, niźli fiołki w Neapolu". Emigrant ów postanowił przenieść się do Stanów Zjednoczonych, wierząc głęboko w to, że tam, w Nowym Świecie zupełnie inaczej podchodzi się do człowieka, że tam za oceanem ludziom powodzi się lepiej, że są lepiej traktowani niż tutaj w kraju, czy nawet w Europie, oto jego spisana relacja: "Przeklęta godzina, w której puściliśmy się do Ameryki! (…) Wszystko, co w Europie prawią, albo piszą o Ameryce, jest przesadzone, z wyjątkiem biedy i nędzy, o której Europa nie ma nawet wyobrażenia. Kto nie przywiózł z sobą pieniędzy na zagospodarowanie się lub rozpoczęcie handlu, kto nie umie - i to doskonale - jakiego rzemiosła, a nie przyzwyczajony jest do ciężkiej ręcznej pracy, ten zgubiony tu niepowrotnie (…). Na nieszczęście, my polscy emigranci, wszyscy bez wyjątku w tym się znajdujemy położeniu. Czytać i pisać po polsku, czasem po niemiecku, albo po francusku, umiemy, słyszeliśmy też trochę o Rzymianach, Grekach itp. ale z tym nikt tutaj nawet do szpitala nie dojdzie, czeka go śmierć głodna na publicznej drodze. Jakoż największa część z naszych zmuszona została, po wielu dniach głodu i zmartwień, udać się do najcięższych prac ręcznych przy budowie dróg żelaznych, tłuc skały i kamienie, przykuć się do taczek na skwarze lub na słocie najokropniejszej, że zaś strawę i do pracy potrzebne narzędzia, jako to: rydle, łopaty, haki, młoty, taczki itd. dostarcza kompanija, i za to sobie z zarobku ile chce potrąca, wszyscy więc po kilku miesiącach najcięższej bezowocnej pracy, obdarci, bosi i z podmarnowanym zdrowiem wrócili do New-Yorka". Oczywiście nie wszystkim rodakom było źle za oceanem, ale wszyscy pracowali tam jako robotnicy budowlani, kamieniarze, lub też w innych pracach wymagających fizycznej siły i sprawności. Teraz zaś po odzyskanej wolności i suwerenności, po odrodzeniu Ojczyzny miłej, można było przynajmniej na jakiś czas zahamować ten ludzki potok, który podążał za chlebem do USA. Tak Józef Okołowicz pisał w 1920 r. po swym powrocie ze Stanów: "Sam miałem sposobność spotykania w Stanach Zjednoczonych takich rodaków, którzy, poprzednio zupełnie już pod każdym względem zamerykanizowani, poczuli się Polakami dopiero po zapisaniu się do "Sokoła" (…) gdzie na nowo uczyli się zapomnianej już i być może dawniej pogardzanej mowy ojczystej".






Piszę o tym, ponieważ bieda i nędza jakie szczególnie zapanowały po zakończeniu I Wojny Światowej i Wojny z bolszewikami, były pożywką dla wszelkich bolszewickich agitacji, które mogły w jakiś sposób zakłócić stabilność odrodzonego Państwa. Tym bardziej że od połowy 1921 r. polscy komuniści bardzo liczyli na wybuch jakiegoś społecznego fermentu, większego niezadowolenia, które mogłoby przerodzić się w rewolucję, wspomaganą z zewnątrz siłami Armii Czerwonej. Szlachcianka Janina Konarska pisała w swym pamiętniku - co prawda jeszcze w listopadzie 1918 r. ale można było założyć że jeśli nic się nie poprawi w odrodzonym państwie, to agitacja bolszewicka zyska znacznie większe wsparcie niż stało się to w czasie wojny roku 1920, gdzie rzeczywiście chłopi masowo występowali w obronie odrodzonej Ojczyzny. Natomiast Konarska pisała o wydarzeniach związanych z rodzącą się Polską w roku 1918 na przykładzie chłopów w taki oto sposób: "Wszędzie tylko widać orzełki i amaranty. Wszyscy wstępują do wojska. Uniwersytet w Krakowie zamknięty, młodzież się zaciągnęła. Tylko na wsi cicho niestety - tej bryły nic nie poruszy, szczególnie, jak chodzi o czyn patriotyczny (…) Agitacja bolszewicka szerzy się przerażająco, a choć chłopi jeszcze na nią nie reagują - nie można jednak się łudzić, by tak było do końca, bo z drugiej strony apetyty na ziemię bardzo rozbudzone. Ci wszyscy, co byli w Rosji i obecnie powracają, mówią, że tam się tak samo zaczynało". Konarska co prawda obawiała się tego, że jej ziemia rodowa zostanie rozdzielona pomiędzy bezrolnych chłopów, ale mimo wszystko dosyć ciekawie opisała panujące wówczas w listopadzie 1918 roku nastroje w mieście i na wsi odradzającej się Polski. Wpis w jej Pamiętniku z 17 listopada był następujący (jednocześnie dosyć optymistyczny): "Dwór odwiedziło trzech kandydatów na ułanów (…) hrabia Antoni Potocki z Parzymiech, Piotrowski i Frank - zdążali do Kielc, gdzie tworzy się pułk ułanów polskich, i u nas popasali. Byli na obiedzie. Zajechali konno, ze strzelbami, z orzełkami i amarantowymi kokardkami na sztykach - tak to dziarsko i mile wyglądało". Zaś w styczniu 1919 r. znów pisała o wsi i chłopach w taki sposób: "A tu poboru jak nie ma, tak nie ma. Tam garstka młodzieży, kobiet i dzieci ginie, bohatersko broniąc Kresów polskich, a tu tysiące młodych i zdrowych chłopaków wałęsają się na wsi i cieszą się, że tam "szlachtę mordują". Teraz chodziło o to, aby, jak pisał Krzysztof Jelitczyk w broszurze z 1916 r. "Nasz obowiązek, aby wszystkie stany w ojczyźnie naszej kochały się i pomagały sobie wzajemnie jak bracia i dzieci jednego Ojca Niebieskiego i jednej matki-ziemi polskiej!" (Należy też pamiętać że ogromna część chłopów była niepiśmienna, skąd oni mieli czuć przywiązanie jedność z tym duchem polskim skoro nie potrafili czytać i pisać. Przecież jak ja sam bym się urodził w rodzinie chłopskiej i byłbym analfabetą, to zapewne głosy bolszewickie również by i na mnie podziałały - chociaż... trudno powiedzieć 🤔. Dlatego ciężka praca oświecenia narodu - szczególnie ludu chłopskiego - zakładania szkół ludowych na wsiach i kształcenia tych ludzi w polskim duchu, była podstawą i mimo wszystko ta praca do roku 1939 została według mnie wykonana na... czwórkę z plusem).


CDN. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

HENRYK VIII I JEGO ŻONY - Cz. X

  OD KATARZYNY ARAGOŃSKIEJ  DO KATARZYNY PARR KATARZYNA ARAGOŃSKA (Czyli hiszpańskie noce)  Cz. VIII DZIECIŃSTWO KRÓLOWEJ KATARZYNY Cz. VII ...