WYŚWIETLENIA

15 marca 2026

HENRYK VIII I JEGO ŻONY - Cz. IX

OD KATARZYNY ARAGOŃSKIEJ 
DO KATARZYNY PARR





KATARZYNA ARAGOŃSKA
(Czyli hiszpańskie noce) 
Cz. VII





DZIECIŃSTWO KRÓLOWEJ KATARZYNY
Cz. VI


 Pierwszą zbrojną akcję przeciw Grenadzie przedsięwziął markiz Kadyksu - Rodrigo Ponce de Leõn, które postanowił zdobyć twierdzę Alhamę, leżącą w bogatym, rolniczym centrum Emiratu Grenady, na drodze pomiędzy Grenadą a Malagą. Atak nastąpił nocą (podobnie jak wcześniej muzułmański atak emira Abu al-Hasana Alego na Zaharę w grudniu 1481 r.) dnia 27 lutego 1482 r. Szturm był szybki i zdecydowany, miasto padło szybko a Kastylijczycy (a raczej Andaluzyjczycy) zabili w walce 800 muzułmanów i wzięli do niewoli 3000 (głównie kobiet i dzieci), a na wieży twierdzy ustawili wielki krzyż. Upadek Alhamy był szokiem dla muzułmanów z Grenady, gdyż twierdza ta była kluczową w łańcuchu otaczających Grenadę twierdz i zwano ją "Oczami Grenady", gdyż posterunki Alhamy ostrzegały mieszkańców stolicy Emiratu przed kastylijskimi zagonami. Rozmiaru przerażenia i wściekłości muzułmanów dopełnił również fakt, że ciała zabitych wojowników Emiratu zwycięzcy Hiszpanie wyrzucali za mury i zostawiali tak na pastwę psów i innych zwierząt. Emir Abu al-Hasan Ali gdy tylko dowiedział się o upadku Alhamy i tym co tam uczyniono wyznawcom Allaha, wpadł w taką wściekłość, że kazał zabić posłańców, którzy mu tę wieść przynieśli. W Grenadzie natychmiast ogłoszono mobilizację w celu odzyskania tej kluczowej twierdzy i pomszczenia hańby, jaką prawowiernym uczyniły Giaury (było to muzułmańskie pogardliwe określenie wyznawców chrześcijaństwa, szczególnie popularne właśnie w Hiszpanii). Tymczasem do spędzających zimę na południu kraju w Medina del Campo Izabeli i Ferdynanda (ze względu na niewielkie środki, jakie w styczniu 1482 r. uchwaliły Kortezy na wojnę z Maurami, para królewska zmuszona była również do znacznych oszczędności, a to oznaczało pożegnanie się z częścią służby, czym zajęła się właśnie królowa, odsyłając wiele dziewcząt ze swego dworu), przybyli niespodziewani goście. Byli to posłańcy wysłani przez Boabdila - syna emira al-Hasana, którzy oczekiwali wsparcia dla swego pana od królowej i króla w celu obalenia dotychczasowego emira i zainstalowania w Grenadzie Boabdila. Ferdynand podjął się tych rozmów i trwały one przez jakiś czas, a tymczasem emir al-Hasan wyruszył aby odzyskać utraconą niedawno twierdzę.




Przybywszy pod mury Alhamy doznał szoku, gdy ujrzał rozkładające się ciała wojowników islamu, które były zjadane przez błąkające się po okolicy, wygłodniałe psy i wilki. Była to hańba nie do wyobrażenia, jako że islamie pies jest zwierzęciem nieczystym (ponoć pies miał ugryźć Mahometa i przez to właśnie stał się nieczysty 🦮), a tutaj dodatkowo ciała zabitych wojowników były zjadane przez te zwierzęta. Furia w jaką wpadł emir (i inni muzułmanie), spowodowała że  odzyskanie tej twierdzy i ukaranie "niewiernych", stał się teraz jego obsesją. Kolejne szturmy były jednak powstrzymywane przez obrońców, lecz jednocześnie kończyła im się zarówno żywność jak i przede wszystkim zapasy wody, a to oznaczało że bez szybkiej odsieczy długo nie wytrzymają. Udało im się wysłać posłańca z twierdzy, który miał dotrzeć do pary królewskiej i poinformować ich o ciężkim położeniu obrońców Alhamy oraz o szybkiej odsieczy, gdyż w przeciwnym razie triumf odniesiony na początku tego roku zostanie zaprzepaszczony. Tymczasem para królewska w połowie kwietnia 1482 r. przeniosła się do Kordoby, tam też przybył posłaniec z oblężonej Alhamy. Ferdynand natychmiast zorganizował wojsko, osobiście dowodząc odsieczą, królowa zaś zajęła się - jak zwykle - szukaniem oszczędności i organizowaniem aprowizacji dla owej armii (w tym czasie była już w zaawansowanej ciąży i lada tydzień miała urodzić). Po wyjeździe małżonka z Kordoby - na czele wojsk idących z odsieczą Alhamie, królowa spędzała dnie bardzo pracowicie. Rano ubawszy się w luźne kaftany (takie, jakie nosiły z reguły wieśniaczki, aby się tak bardzo nie pocić podczas pracy) udawała się na spacer po ogrodzie alkazaru Cordoby, następnie spożywała śniadanie i od tego czasu praktycznie aż do wieczora (z krótką przerwą na wieczorny posiłek) pracowała nad organizacją nowych funduszy dla wojska. Było to niezwykle męczące zajęcie, tym bardziej że królowa spodziewała się iż zacznie rodzić lada dzień. Nie ona jedna zaangażowała się we wsparcie walczących mężczyzn pod Alhamą, drugą taką "wilczycą" była małżonka markiza Kadyksu - zamkniętego teraz z resztą swych żołnierzy w twierdzy oblężonej przez Maurów, niczym sardynki w puszce - która osobiście udała się do księcia Medina Sidonia - osobistego wroga i jej małżonka (obaj panowie mocno się poróżnili, ponoć nawet dali sobie po pysku, a nawet doszło między nimi do walki orężnej), prosząc go, by również dołączył do owej odsieczy i pomógł jej małżonkowi wyjść cało z tej zawieruchy. Medina Sidonia (który pałał do markiza Kadyksu żywą nienawiścią) zareagował natychmiast, szybko zorganizował oddział - na czele którego stanął i ruszył pod Alhamę, gdzie połączył się z armią królewską.

Muzułmanie bardzo szybko doszli do wniosku, że nie zdołają zwyciężyć tej batalii i nie zdobędą Alhamy w sytuacji szybkiej królewskiej odsieczy. Emir al-Hasan zarządził więc odwrót (ale jednocześnie przysiągł na Allaha że powróci tutaj i pomści śmierć prawowiernych). Nim wojska królewskie przybyły pod oblężoną twierdzę, obóz Maurów został zwinięty, a oni wycofali się czym prędzej ku Grenadzie. Radość jaka zapanowała w Alhamie na widok królewskiego sztandaru była nie do opisania, tym bardziej że żołnierze w twierdzy umierali już częściej z pragnienia i głodu, niż od mieczy i dział atakujących Maurów. Ukoronowaniem tego sukcesu była zaś zgoda, jaką tam wówczas zawarli ze sobą książę Medina Sidonia i markiz Kadyksu, podając sobie ręce (tak oto małżonka Rodrigo Ponce de Leõn, zmniejszyła liczbę wrogów swego męża o jednego potężnego księcia). Tymczasem al-Hasan był niezadowolony. Wiedział że gdyby nie ta odsiecz, zdobyłby twierdzę i ukarał wszystkich chrześcijan którzy się tam znajdowali, ale jego myśli bardzo szybko musiały pójść w zupełnie innym kierunku. Oto bowiem dotarła do niego wiadomość, że w czasie gdy on walczył pod Alhamą dla Allaha, jego syn Boabdil ogłosił się nowym emirem Muhammadem XII. Wiedział że nie ma po co wracać teraz do Grenady, a jego siły były zbyt słabe, aby móc podjąć szturm na to dobrze umocnione i zaopatrzone miasto. Nie mając innego wyjścia, wycofał się do Malagi (której notabene burmistrzem był jego brat Az-Zagal Waleczny) i tam przygotowywał się do powrotu na tron Emiratu, organizując wojsko. Ferdynand tymczasem powrócił do Kordoby i para królewska była w jak najlepszych nastrojach, podbudowanych nie tylko odsieczą Alhamy, ale również zdobyciem Otranto - które padło we wrześniu 1481 r. (Otranto - miasto leżące w południowo-wschodnich Włoszech, zostało zdobyte przez Turków Osmańskich w sierpniu 1480 r. ale bardzo szybko papież Sykstus IV ogłosił wyprawę w celu jego odzyskania, na którą odpowiedział król Neapolu Ferdynand I a posiłki przysłał również król Węgier Maciej I Korwin. Otranto zostało odzyskane po 13 miesiącach tureckich w nim rządów). To wszystko napawało nadzieją na skuteczne zakończenie wojny Emiratem Grenady.




Tymczasem 28 czerwca 1482 r. podczas obrad Rady Królewskiej królowa dostała skurczy porodowych, a wkrótce potem odeszły jej wody. Ferdynand przyniósł ją do łoża i następnie rozpoczął się niezwykle ciężki poród, który trwał dokładnie 24 godziny. 29 czerwca wyczerpana totalnie królowa powiła dziewczynkę (było to już trzecie dziecko jej i Ferdynanda, w tym druga dziewczynka. Oczywiście nie licząc syna, którego królowa poroniła w maju 1475 r. jadąc konno na środku polnej drogi, do tego w strugach rzęsistego deszczu - o czym pisałem w poprzednich częściach). Ale szybko okazało się że narodziny dziewczynki to nie koniec, królowa miała w łonie również drugie dziecko, bliźniaka. Niestety, była totalnie wyczerpana narodzinami córki i ta druga córka (z częściowo zdeformowaną twarzą) urodziła się martwa. Królowa bardzo rozpaczała, tym bardziej że narodziny martwego dziecka - bez ochrzczenia go przed śmiercią - oznaczało w mentalności ludzi tamtego czasu, iż trafi ono do Czyśćca a nie do Raju. Żywo modliła się za jej duszą, aby jednak dziewczynka mogła dostąpić nieba, często też płakała z tego powodu, jednak królowa musiała szybko wrócić do siebie, tym bardziej że wciąż trwała wojna i była ona potrzebna swemu małżonkowi w tym, co jej wychodziło naprawdę dobrze, czyli organizowaniu zaplecza dla armii. Ferdynand teraz planował zdobycie Loji - twierdzy leżącej w pobliżu zarówno Alhamy jak i Grenady. Narodzoną córeczkę nazwano Maria, ale powrót królowej do jej codziennych obowiązków nieco się wydłużał i gdy w w połowie lipca 1482 r. na czele 11-tysięcznej armii Ferdynand ponownie opuszczał Kordobę, królowa wciąż jeszcze leżała w łożu. Jej powrót do pełni zdrowia zajął nieco więcej czasu, ale gdy tylko królowa wstała z łoża i ponownie mogła spacerować po ogrodzie, codziennie modliła się za duszę swej zmarłej córeczki w ogromnej katedrze Kordoby - która pierwotnie zbudowana była jako meczet, a następnie zamieniona na chrześcijańską katedrę po zdobyciu Kordoby przez Kastylijczyków w roku 1236 (notabene przed jej wzniesieniem w tym miejscu, stał tam kościół wizygocki pod wezwaniem Świętego Wincentego, a jeszcze wcześniej w tym miejscu stała rzymska świątynia ku czci Apolla i Artemidy - pięknie to pokazuje ową zmianę religijną na przestrzeni dziejów).

Oblężenie twierdzy Loja szło Hiszpanom znacznie gorzej, niż wcześniejsze kampanie. Teren był górzysty i bardzo ciężki, ale wojska królewskie były dobrej myśli, sytuacja mogła działać na ich korzyść, zresztą podobnie było w Alhamie, gdy zdobywał ją markiz Kadyksu. Niestety, Hiszpanie tutaj całkowicie przeszacowali. Wkrótce bowiem na wzgórzach Albohacen zjawiły się wojska kadiego Ali Atara, który zepchnął Kastylijczyków do wąwozu, gdzie wywiązała się niezwykle krwawa bitwa (nie pierwsza i nie ostatnia, zresztą jak pisał kronikarz Zurita: "Wojna była tak dzika i okrutna, że nie znalazłoby się ani jedno miejsce w królestwie, którego by nie wykrwawiła - śmierć ponosili i zwycięzcy i pokonani". Padło wielu zabitych i rannych wśród Kastylijczyków, w tym wśród samych grandów. Zginął trafiony dwiema strzałami (w tym jedną zatrutą) wielki mistrz Zakonu Calatrawa - Rodrigo Tellez Girõn, a głowy pokonanych Kastylijczyków Maurowie przyczepiali sobie do siodeł (jazda Ali Atara była niezwykle szybka i skuteczna). Poważnie ranni zostali także hrabia Haro i hrabia Tendili, ale przede wszystkim zagrożony został sam król, któremu życie uratował właśnie markiz Kadyksu Rodrigo Ponce de Leõn. Bitwa była przegrana, Hiszpanie musieli się wycofać spod Loji i poszarpanymi sztandarami, często ranni dotarli do Kordoby. Okazało się że ta wojna nie będzie łatwym i szybkim spacerkiem - jak się pierwotnie wydawało. Maurowie z Grenady wciąż jeszcze dysponowali znaczną siłą i żeby ich stamtąd wypędzić, trzeba było jeszcze więcej wysiłku, a przede wszystkim jeszcze więcej pieniędzy. Klęska pod Loją była dla pary królewskiej katastrofą (tym bardziej że żeby zebrać i weekwipować armię, królowa wyprzedawała nawet własne suknie), a teraz cała artyleria i sprzęt oblężniczy został utracony. Królowa co prawda nie czyniła mężowi wyrzutów (tak jak po jego powrocie do Tordesillas po klęsce pod Toro w lipcu 1475 r.), ale nie była zadowolona (prawdopodobnie fakt, iż Izabela tak źle potraktowała Ferdynanda po jego powrocie do Tordesillas w tamtym czasie, był powodem ostrej kłótni małżeńskiej, gdyż Ferdynand zarzucił jej - takie są przypuszczenia historyków - iż nie będąc na miejscu, wymagała od niego nadludzkich poświęceń i że pewnie bardziej ucieszyłaby się z jego śmierci niż z powrotu).




W marcu 1483 r. grandowie Andaluzji postanowili pomścić klęskę pod Loja i zdobyć Malagę, duży port morski który zaopatrywał bezpośrednio Grenadę. Przygotowywano się do tego jakby jechano na bal, możni jechali we wspaniałych strojach bogato zdobionych, zaprzęgnięto kupców i wiele wozów na których miano załadować zdobyte w Maladze łupy - wszyscy byli pewni łatwego i szybkiego zwycięstwa. Palono i niszczono głównie wioski, sądząc że to będzie przedsmak przyszłego triumfu, ale pycha zawsze kroczy przed upadkiem i gdy te oddziały przechodziły przez wąwóz Axarquii na drodze idącej ku Maladze, na jego wzniesieniach już czekali muzułmanie, którzy zasypali Andaluzyjczyków gradem strzał i kamieni, jednocześnie odcinając im drogę ucieczki. To była masakra, prawdziwa rzeź. Grandowie ginęli we krwi, ochlapując nią swe piękne stroje, w jakich wyruszyli na tę kampanię. Zginęło tam 800 jeźdźców a 1500 wzięto w niewolę (Andaluzyjczycy byli tak przerażeni tym, co ich spotkało, że poddawali się nawet kobietom). Wyprawa była katastrofą, a jedynym który się jej sprzeciwiał, był markiz Kadyksu Rodrigo Ponce de Leõn (jemu udało się przeżyć i ujść cało, ale w tej bitwie zginęli dwaj jego bracia Diego i Beltrán). Gdy wieści o owej kolejnej klęsce dotarły do Izabeli, przebywała ona wówczas w Madrycie (natomiast Ferdynand musiał się udać do Galicji, by rozwiązać tam jakiś poważny spór, a poza tym naglące sprawy czekały w jego Królestwie w Aragonii - nie był w stanie się rozdwoić, a wszędzie wymagano jego obecności). Królową te wieści znów podłamały (była ona bowiem osobą która nie godziła się na niepotrzebne śmierci wśród swoich poddanych a szczególnie ludzi z jej otoczenia, a wojna niestety niesie za sobą straty i jeśli chce się zwyciężyć trzeba myśleć do przodu, a nie do tyłu). Gdy przed Bożym Narodzeniem 1482 r. Ferdynand przybył do Madrytu, para królewska tam właśnie spędziła święta, oczekując że następny rok będzie znacznie lepszy jeśli chodzi o toczącą się wojnę z Maurami.




A tymczasem emir al-Hasan postanowił ostatecznie rozprawić się ze swym zdradzieckim synem Boabdilem/Muhammadem XII, który odebrał mu władzę w Grenadzie. Do buntu przeciwko ojcu namówiła Boabdila jego matka, małżonka al-Hasana i pierwsza kobieta w jego haremie - Aisza. Była ona córką emira Grenady Muhammada IX i kuzynką swego małżonka al-Hasana, stąd była nie tylko muzułmanką z urodzenia, ale również członkinią panującej dynastii Nasrydów. Kochała swojego małżonka i on kochał ją, wzajemnie się też uzupełniali a on dopuszczał ją do wielu spraw związanych z zrządzeniem państwem. Niestety, al-Hasan zafascynował się jedną z niewolnic, sprowadzoną do jego haremu z miasteczka Martos nieopodal Jaen - Isabel de Solis. Była ona córką burmistrza Martos, uprowadzona w niewolę, trafiła do haremu emira i bardzo szybko wpadła mu w oko. Od tego czasu spędzał on noce tylko w jej towarzystwie, całkowicie pomijając Aiszę (i inne kobiety z haremu). Gdy Isabel przeszła na islam i przyjęła imię Zoraja, a następnie urodziła emirowi dwoje dzieci, stała się poważnym zagrożeniem dla przyszłości syna Aiszy. Ponieważ Aisza była muzułmanką z urodzenia i szlachetną damą rodu Nasrydów, jej pozycja była znacznie większa niż Isabel/Zoraji, miała też wiele sług którymi mogła dysponować. Wydała więc na dziewczynę wyrok, pragnąc ją uśmiercić, ale próba jej zabójstwa, jakiej dopuścili się ludzie z jej otoczenia, gdy Zoraja zażywała relaksu w saunie, nie udała się. Potem Aisza próbowała uśmiercić dzieci Zoraji, co również okazało się nieskuteczne. Ostatecznie więc w zemście na swym małżonku namówiła syna, aby się zbuntował przeciwko ojcu i odebrał mu władzę w Emiracie. Teraz jednak wzmocniony nowymi oddziałami emir al-Hasan w towarzystwie swego brata Az-Zagala, szykował się do odzyskania tego, co i jak twierdził należało mu się z woli Allaha i przykładnego ukarania zarówno swego syna jak i jego matki.




CDN.
 

14 marca 2026

HISTORIA ŻYCIA - WSZECHŚWIATA - WSZELKIEJ CYWILIZACJI - Cz. XLI

FEDERACJA GALAKTYCZNA
CZYLI
"STRAŻ WSZECHŚWIATA"
PLANETY - RADY - FRAKCJE 
 Cz. III


PIERWSZA WIZJA JOSEPHA SMITHA, KTÓREJ DOŚWIADCZYŁ w 1820 roku, JAKO 14-letni CHŁOPAK. 
 10 lat PÓŹNIEJ SMITH ZAŁOŻYŁ KOŚCIÓŁ "ŚWIĘTYCH W DNIACH OSTATNICH
(INNYMI SŁOWY - KOŚCIÓŁ MORMOŃSKI). 
 PODCZAS TEJ PIERWSZEJ WIZJI, JAK TWIERDZIŁ SMITH, MIELI MU SIĘ UKAZAĆ BÓG OJCIEC I SYN BOŻY - JEZUS CHRYSTUS 
(NAJPRAWDOPODOBNIEJ BYŁ TO JEDNAK TJEHOOBANIN - IMMANUEL I PLEJADIANIN - ASZTAR)




RADA 
TJEHOOBA


Rada TJehooba jest jedną z najstarszych frakcji w Radzie Federacji Galaktycznej. Została bowiem założona już pod koniec I Wielkiej Wojny Galaktycznej i wchodziła jeszcze w skład dawnej Federacji Liriańskiej na Avyonie (kolebce całej galaktycznej Ludzkości). Jednocześnie należy też do największych i najbardziej rozbudowanych frakcji w Radzie Federacji (w jej skład wchodzi kilkaset tysięcy do miliona planet we Wszechświecie). Ich potęga i znaczenie opiera się nie tylko na samych doświadczeniach TJehooba, lecz również (a może przede wszystkim) na doświadczeniach starszych od ludzkiej, humanoidalnych ras tworzących tę frakcję. Bowiem w jej skład wchodzą zarówno Felinianie (Lwi Ludzie) jak i Karianie (Ludzie-Ptaki). Połączona moc tych dwóch najstarszych ras we Wszechświecie, buduje ogromną pozycję i znaczenie tej frakcji. Filozofią tych ras (jak również TJehooba) jest szerzenie w całym Wszechświecie pokoju i uniwersalnej duchowości, choć metody, którymi się w tym celu posługują, niekoniecznie mówią o tym w sposób bezpośredni (TJehooba są twórcami wielu ziemskich starożytnych religii, a ich szczególnym osiągnięciem było stworzenie judaizmu, który z czasem - wraz z Plejadianami - postanowili wyewoluować w stronę uniwersalizmu duchowego, wysyłając na Ziemię z misją "Syna Człowieczego" TJehoobanina - Immanuela-Sanandę).

TJehooba wielokrotnie ukazywali się na Ziemi (i na innych planetach podobnych do naszej, na których mieszkające tam istoty - głownie ludzie - stoją na niskim, czyli zbliżonym do naszego - stopniu rozwoju tak technologicznego jak i duchowego. W poprzednich tematach opisałem dwa bezpośrednie przykłady pomocy udzielonej przez TJehooba mieszkającym tam ludziom - były to planety Bakaratini i Aremo, lecz ponoć takich przypadków jest znacznie więcej, nie posiadam jednak na ten temat już żadnych informacji). Na Ziemi zaś, ukazywali się nam wielokrotnie w postaci Jezusa, Marii, Świętych etc. etc. 


Niestety, to wszystko, co mogę napisać o tej frakcji



RADA 
ZENDARA




Rada Zendara - wbrew nazwie, nie jest jakąś odrębną frakcją w Radzie Federacji Galaktycznej. Jest to raczej "zlepek" wielu różnych frakcji, które postawiły sobie za cel - ochronę naszego Układu Słonecznego (a szczególnie Ziemi), przed ewentualną wrogą inwazją z głębi Wszechświata. Rada Zendara (zwana również Radą Saturna) jest więc prawdziwą "strażą" naszej Galaktyki, a w jej skład wchodzą zarówno plejadiańskie okręty gwiezdne Asztara, siły Syriusza (A), potęga TJehooba, jak również i innych ras, które można by skrótowo określić "Sojusznikami Ludzkości". Bez zgody Rady Zendara nie może do naszego Układu Słonecznego wlecieć żaden "obcy" okręt z głębi Wszechświata - tak przynajmniej mówią channelingi, lecz okazuje się że owa Rada przepuszcza dość swobodnie nie tylko większe asteroidy (które mogłyby zagrozić w przyszłości życiu na Ziemi), lecz także okręty Rady Tubanu (Rada Tubanu to nowa gadzia organizacja, powstała w galaktyce Alpha Draconis po rozwiązaniu Rady Anchara), zdążające na naszą planetę. Pytanie więc brzmi: czy Rada Zendara jest "dziurawa jak sito", czy też... taka "polityka" stanowi jedną z kluczowych form ich działalności (jedna z głównych zasad Federacji Galaktycznej mówi, że nie powinno się nikogo "uszczęśliwiać na siłę", a pomóc można jedynie w wyjątkowych sytuacjach, tak, by zbytnio nie ingerować w tok spraw dziejących się na danej planecie - ta zasada wszakże była wielokrotnie łamana, zarówno przez Plejadian jak i przez TJehooba, więc trudno tutaj mówić o jakiejś jednolitej linii w tej kwestii).

Siedzibą tej frakcji jest obecnie planeta Saturn. Rada Zendara powstała po zakończeniu III Wielkiej Wojny Galaktycznej, a jej pierwotną siedzibą była planeta Wenus. Celem jest ochrona naszego Układu Słonecznego, a szczególnie Ziemi. Według channelingów pochodzących od Kasjopejan - do Rady Zendara należy zarówno TJehoobanin - Immanuel jak i Plejadianin - Asztar. Członkowie tej frakcji częstokroć ukazywali się Ziemianom pod postaciami Aniołów. Wygląda więc na to, że Rada Zendara jest po prostu zbrojną placówką kilku frakcji, której członkowie postanowili chronić życie na Ziemi i pilnować bezpieczeństwa całego Układu Słonecznego. Tyle przynajmniej mówią na ten temat channelingi.



LIGA THUBANU
CZYLI
IMPERIUM DRAKONÓW

 


Ponieważ nie posiadam już więcej informacji na temat samej Federacji Galaktycznej i innych jej (dość znacznych, częstokroć będących taką federacją w federacji) frakcji międzygwiezdnych - przejdę do zaprezentowania historii i obecnej struktury reptiliańskiego Imperium Thubanu (zwanego również Ligą Thubanu). Według przekazów (głównie od Kasjopejan) pierwsze gadzie społeczeństwa zaczęły się formować w większe struktury organizacyjne, które dały początek Sojuszowi Anchara, jakieś 19 110 000 000 lat temu. Był to okres, gdy Galaktyczna Ludzkość jeszcze nie istniała w jej obecnej formie, a nasi przodkowie żyli wówczas w morzach i oceanach Avyonu. Wówczas istniały tylko cztery główne rasy w naszym Wszechświecie - pierwszą byli Felinianie, drugą Karianie, trzecią (właśnie) Reptilianie, a czwartą istoty insektoidalne. Po następnych milleniach wiele się zmieniło i Galaktyczna Ludzkość (oraz rasy humanoidalne) zdominowała Wszechświat w sposób wręcz niesamowity. Stało się to za przyzwoleniem zarówno Felinian jak i Karian, którzy "nie nadążali" za ludzkim tempem rozmnażania się i szybko stali się widoczną mniejszością. Pod względem rozmnażania i opanowywania nowych terenów z Ludzkością rywalizowały głównie Gady. To one, świadome swego starszeństwa i możliwośc jakie uzyskali od Karian, uznali się za niekwestionowanych władców całego Wszechświata. Trzy wojny galaktyczne w których ponieśli oni klęski (pierwszą Wojnę praktycznie wygrali) i trzy wielkie kolonizacje, za którymi nie nadążali - oddały ów Wszechświat we władanie Ludzkości. Gady nigdy się z tym stanem rzeczy nie pogodziły.


POWOJENNA HISTORIA REPTILIAN


DRAKON



Pierwotna rasa Reptilian została stworzona przez Karian (o czym pisałem w pierwszych tematach tej serii) na planecie Aln, leżącej w gwiazdozbiorze Oriona. To że kolebką Gadoidów była planeta Aln i że wyewoluowali (oczywiście przy pomocy Karian) w gwiazdozbiorze Oriona, nie oznacza że wszystkich, którzy tam powstali - należy zwać Orionidami. Jest to określenie umowne i dotyczy tej grupy Reptilian, która stworzona została z istot latających (zbliżonych do naszych os, szerszeni i pszczół). Drakonidzi powstali zaś z istot zamieszkujących bagna i moczary (zbliżonych do jaszczurek, żab, etc. etc.). Jest to podstawowa różnica, gdyż częstokroć rodziła ona pewne nieporozumienia jeszcze w Lidze Anchara, jak i później (po klęsce w III Wojnie Galaktycznej), gdy niektóre z inicjatyw zakończyły się klęską (np. nieudana próba opanowania Procjona - o której też już wcześniej pisałem). Wielkim ciosem dla organizacji była również utrata Capelli, gdyż traktowano ten świat jako "planetę wewnętrzną" - co znaczy uważaną za całkowicie opanowaną i zdominowaną przez Reptilian. Wielka ofensywa Federacji Galaktycznej po zwycięstwie w bitwie o Andromedę, oraz niespodziewany, potężny atak Syrian na Capellę i jej opanowanie (przy ucieczce "Straży Oriona" - floty gwiezdnej Drakonów, wysłanej w celu wsparcia rządzących planetą Orionidów), spowodowało powstanie pierwszych wielkich sporów w gronie Ligii Anchara i próby podważenia formy i metod dominacji Drakonów w Lidze.

Wracając zaś do początków reptiliańskiej rasy, to po wyewoluowaniu na Aln, obie rasy (Drakoni i Orionidzi) rozpoczęli tworzenie wspólnego społeczeństwa, najpierw na samej planecie, potem w całej konstelacji Oriona i następnie w innych galaktykach. Wszystko to odbywało się za zgodą, wiedzą, a nawet przy wyraźnym wsparciu Karian. Tak (m.in.:) zasiedlona została galaktyka Alpha Draconis, która potem stanie się głównym światem Drakonidów. Nie będę opisywał całej historii tej rasy (gdyż nie mam aż tak wiele na ten temat informacji), ale skupię się na powojennej (po III Wojnie Galaktycznej) historii buntu Orionidów i zerwania przez nich więzi z Drakonidami. Władza w Lidze Anchara skupiona była głównie (szczególnie po zakończeniu II Wielkiej Wojny Galaktycznej) w rękach Dinoidów i Reptoidów z Alpha Draconis. Reptoidy (a szczególnie Dinoidy, uważające się za równie szlachetne co ich drakońscy pobratymcy) z Oriona, były z tego powodu mocno niezadowolone. Klęski w III Wojnie Galaktycznej, nieudane przedsięwzięcia (typu próba opanowania Procjona - również uważanego za "gadzi świat"), doprowadziły w konsekwencji do otwartego buntu Orionidów. Bunt ów w przekazach Kasjopejan, nosił nazwę... Satanii. Nie wiem tylko (gdyż te channelingi są bardzo zawiłe i miejscami niezrozumiałe - co niestety powoduje również fakt że samemu muszę je interpretować, ale, za każdym razem gdy tak będzie się działo - będę o tym informował) czy "Satania" to była nazwa danego buntu, czy też świata, na którym po raz pierwszy Orionidzi powstali przeciw władzy Drakonów? 


FLOTA PLEJADIAN OSŁANIA DESANT ORIONIDÓW NA ALPHA TAURI
ok. 50 000 lat temu
(Wizja artysty)



Zaraz po buncie, Orionidzi wysłali swych przedstawicieli do wszystkich światów zasiedlonych przez Reptilian, namawiając je by opowiedziały się za powstaniem przeciw Drakonom. Część planet opowiedziała się za buntownikami, lecz większa cześć pozostała w Lidze Anchara i dochowała wierności Aplha Draconis. Mało tego, Orionidzi zwrócili się o wsparcie do... Plejadian. Plejadianie (by jeszcze bardziej osłabić i skłócić ze sobą te dwie reptiliańskie rasy) obiecali im swe wsparcie w przypadku ataku Drakonów. Mówię tutaj o wojnie domowej, która wybuchła pomiędzy tymi dwiema rasami ok. 50 000 roku p.n.e. Nim doszło do wojny, Orionidzi zebrali wokół siebie Reptilian z galaktyk Spica i Leo, uzyskali wsparcie Galaktycznej Ludzkości z Plejad i Arctura (potem dołączyli także Syrianie). Pierwszy krok w stronę wojny domowej wykonali sami Orionidzi, najeżdżając i podbijając galaktykę Alpha Tauri, która opowiedziała się za Drakonami (w tym ataku zbrojnie uczestniczyli także Plejadianie, którzy osłaniali desant Orionidów, przy pomocy floty Federacji Plejad - choć sami bezpośrednio nie uczestniczyli w ataku). Opanowanie Alpha Tauri było kluczowym krokiem do zapewnienia ciągłości kontaktów i wzmocnienia sojuszu Oriona z Plejadami. Należy jednak podkreślić, że Plejadianie nie zamierzali brać udziału w tym konflikcie. Oni po prostu dążyli do jak największego osłabienia dwóch potężnych reptiliańskich ras - zależało więc im na tym, by "reptiliańska wojna domowa" trwała jak najdłużej.




Oczywiście opanowanie Alpha Tauri spotkało się ze zdecydowaną odpowiedzią Drakonów, którzy wysłali potężną flotę galaktyczną w celu odzyskania tego świata. Plejadianie nie zamierzali walczyć i wycofali się do siebie, zaś bitwa gwiezdna w rejonie Alpha Tauri zakończyła się klęską Orionidów. Ci bronili się jeszcze na poszczególnych planetach tej galaktyki, lecz zostali odcięci i ich klęska pozostawała jedynie kwestią czasu. W tym jednak momencie Orionidzi uzyskali wsparcie ze strony, z której nigdy by się nie spodziewali. W galaktyce Alpha Tauri zjawili się... Syrianie (A), którzy zakomunikowali Drakonom, że jeśli nie zaprzestaną walki i prób odzyskania zajętych przez Orionidów planet - wówczas ci zaatakują (a za nimi miała być - jak mówią channelingi - potęga Federacji Galaktycznej). Drakoni się wycofali, choć konflikt pomiędzy nimi a Orionidami trwa po dziś dzień. Stan ten jest podtrzymywany zarówno przez Plejadian, jak i przez dumnych wojowników z Syriusza (A).


REPTILIAŃSKA WOJNA DOMOWA"
BITWA GWIEZDNA O ALPHA TAURI POMIĘDZY ORIONIDAMI A DRAKONAMI
(Wizja artysty)



RADA THUBANU


Rada Thubanu - czyli najwyższa instancja rządząca Imperium Drakonów, składa się z 24 "starszych", którzy reprezentują 24 najszlachetniejsze gadzie rody. Oczywiście są to tylko Dinoidy, gdyż to one uważane są za najstarsze i najczcigodniejsze ze wszystkich Gadoidów. Reptoidy stoją już niżej w hierarchii społecznej tej rasy. W samej Radzie są też aż cztery stronnictwa, reprezentujące cztery główne frakcje społeczeństwa Drakonów, zwane Cyanami. Są więc Błękitni Cyanowie (Ouija), Czerwoni Cyanowie (A,shayana), Biali Cyanowie (Deane) i Czarni Cyanowie (Abraxas), przy czym największe i najsilniejsze frakcje to Błękitni i Czerwoni. Symbolem każdego z Cyanów jest smok o danym kolorze, będący jednocześnie symbolem całej frakcji w społeczeństwie Drakonów. Rada Thubanu - jest najwyższą formą władzy w Alpha Draconis i całym Sojuszu, a jej decyzje nie podlegają dyskusji ani osądowi.



LIGA ORIONA




Sojusz Thubanu jest nową gadzią organizacją we Wszechświecie, powstałą po upadku Ligii Anchara, spowodowanym przegraną III Wielką Wojną Galaktyczną, oraz późniejszymi nieudanymi nabytkami, które znacznie poróżniły między sobą dwie główne gadzie rasy. Tak więc Sojusz Thubanu odnosi się przede wszystkim do gadzich istot zwanych Drakonami, których powstanie i ewolucja zaczęła się na bagnach i mokradłach planety Aln. Na tej samej planecie wyewoluowali (oczywiście z dużą genetyczną pomocą Karian) Orionidzi, których przodkami były owadzie istoty latające, zamieszkujące lasy. Uwidoczniło się to również w pierwotnym wyglądzie samych Orionidów, którzy przez długi czas różnili się od Drakonów tym - iż posiadali parę ogromnych skrzydeł wyrastających z ich pleców. Potem (nie jest wyjaśnione czy stało się to w drodze długotrwałej ewolucji, czy też genetycznej interakcji) kolejne pokolenia Orionidów utraciły skrzydła. Mimo to przetrwały inne fizyczne "odmienności", które różnią od siebie obie gadzie rasy. Orionidzi na przykład (szczególnie ich "samice"), posiadają bardzo cienką talię, przypominającą pozostałość po dawnych owadzich przodkach (w przypadku Drakonów talia jest znacznie szersza i są lepiej zbudowani fizycznie). Obie rasy nie posiadają owłosienia (Drakoni posiadają szczątkowe, prawie niezauważalne), obie też rasy mają ostre zęby w swych "paszczach", choć zęby Orionidów są znacznie mniejsze i cieńsze. Różnicą dość wymowną (która już jednak nie istnieje - została utracona podobnie jak skrzydła), był fakt, iż "samice" Orionidów dysponowały potężną bronią, którą był wytwarzany przez nie jad, powodujący paraliż, a nawet mogący pozbawić życia niegadzią istotę. Ta zdolność została już przez nie utracona (albo genetycznie zlikwidowana?). 

Karianie - którzy stworzyli to społeczeństwo - pragnęli aby obie grupy ze sobą współpracowały i nie tworzyły niepotrzebnych konfliktów. Dlatego też system władzy najpierw na Aln, a potem w całym pasie Oriona i innych światów jemu podległych - został wymieszany. Karianie, jako skupieni wokół "pierwiastka męskiego" (przeciwieństwie do Felinian - twórców Galaktycznej Ludzkości), zapodali Gadom swój system rządów, w którym to głównie dominowały "samce". Oczywiście Drakoni szybko zaakceptowali ten stan rzeczy. Trochę więcej problemów mieli z tym Orionidzi, jako że wyrośli ze "środowiska ula", w którym dominowała owadzia królowa, musieli przestawić się więc na inny tryb społeczny (jeśli można to tak nazwać), częściowo niezgodny z ich genetycznym pierwowzorem. Liga Anchara, zdominowana przez Drakonów (ale przy silnym wsparciu Orionidów) rozpoczęła następnie okres podróży badawczych i eksploracji Wszechświata. Zakładano pierwsze kolonie i stałe bazy obserwacyjne. Społeczeństwami tymi władali królowie, ale były też i królowe - jednak pozbawione jakiegokolwiek wpływu na władzę i podległe ich "Czarnym Panom" (Określenie "Czarni Panowie", lub "Czarni Władcy", co jakiś czas pojawia się w channelingach zarówno Plejadian, Andromedan jak i Kasjopejan. Zresztą to właśnie na bazie owych channelingów, George Lucas stworzył postacie Czarnych Lordów Sithów z "Gwiezdnych Wojen").




Tak więc, już na samym początku ich stworzenia - powstały dwie różniące się od siebie rasy, wyrosłe zarówno z istot bagiennych i latających. To musiało rodzić poważne konflikty. Galaktyczna Ludzkość na przykład (a co za tym idzie my - Ziemianie), powstaliśmy z w miarę jednolitego gatunku istot wodnych, który można by w skrócie nazwać - Butlonosami. "Uformowani" następnie (poprzez doświadczenia genetyczne) przez Felinian na "Ich obraz i podobieństwo", stanowiliśmy w miarę zbitą genetyczną wspólnotę pochodzenia (jedynie z twarzą Felinianom nie wyszło, a może po prostu nie chcieli nam jej zmieniać?). Gady (Orionidzi) miały więc bardziej pod górkę, gdyż musiały zaakceptować coś, co było ich genetycznym przeciwieństwem. Lecz taki stan rzeczy (wszechwładzy Czarnych Władców) utrzymywał się bardzo długo. I Wielka Wojna Galaktyczna nie zmieniła niczego w tym względzie (zważywszy że zakończyła się sporym sukcesem Reptilian). II Wojna Galaktyczna też nie przyniosła żadnej zmiany, dopiero klęska Reptilian w III Wielkiej Wojnie Galaktycznej spowodowała, że Orionidzi zaczęli coraz pewniej buntować się przeciwko władzy Drakonów, choć nie doszło jeszcze wówczas do całkowitego zerwania.

ORIONIDA



Nastąpiło ono ok. 50 000 r. p.n.e. (licząc ziemską rachubą czasu). Wojna domowa jaka wówczas wybuchła (i która notabene trwa po dziś dzień), stworzyła dwa podzielone i wrogie sobie społeczeństwa, które zaczęły żyć według własnych praw. Orionidzi powrócili do systemu społecznego ula, z którego wyrośli. Tak więc obecnie panuje tam matriarchat, a władza należy do królowych. Zarówno Drakoni jak i Orionidzi rozmnażają się poprzez inżynierię genetyczną i klonowanie, ale... nadal dostępne są naturalne procesy rozrodcze, polegające na zapłodnieniu samicy przez samca drogą naturalną i złożeniu przez nią jaj, z których wykluwają się kolejne pokolenia Reptilian (jednej i drugiej rasy). Władza w Lidze Oriona co prawda należy do królowej, która jest niepodzielną władczynią, lecz otacza się ona przede wszystkim wojownikami, którzy są "samcami" gadziego społeczeństwa Orionidów. 

Orionidzi (mimo wszystko) nie są tak agresywną i żądną dominacji gadzią rasą, jak Drakoni. Dzięki temu są w stanie obecnie kooperować zarówno z Federacją Plejad, Syriusza czy Andromedy. Ich celem jest przetrwanie w takiej formie, jaką wybrali, a to oznacza że są w stanie pójść na pewne kompromisy (co do Galaktycznej Ludzkości), byle tylko nie powrócić pod władzę i dominację Sojuszu Thubanu.



BYŁ TO MÓJ OSTATNI WPIS NA TEMAT CYWILIZACJI POZAZIEMSKICH. 
WIĘCEJ INFORMACJI O NICH NIE POSIADAM

OD NASTĘPNEGO TEMATU SKUPIAM SIĘ JUŻ TYLKO NA SAMEJ ZIEMI, 
POCZYNAJĄC OD CYWILIZACJI... 
I IMPERIUM ATLANTYDY


CDN.

13 marca 2026

WALKIRIA - CZYLI DLACZEGO HITLER ZDOBYŁ WŁADZĘ W NIEMCZECH? - Cz. V

CZYLI CO SPOWODOWAŁO
ŻE REPUBLIKA WEIMARSKA
ZMIENIŁA SIĘ W III RZESZĘ?





PLANY I MARZENIA
Cz. IV



ENTENTE CORDIALE
CZYLI CAŁY W TYM AMBARAS, 
ABY DWOJE CHCIAŁO NARAZ 
Cz. I





"DUŻA NIEMIECKA FLOTA I ZŁE NIEMIECKIE MANIERY TO WIĘCEJ NIŻ MOŻEMY ZNIEŚĆ"

ANGIELSKIE POWIEDZENIE Z POCZĄTKU XX WIEKU



Na początku nowego - XX stulecia, stosunki brytyjsko-francuskie były jak najgorsze. Wszędzie można było znaleźć tak silne punkty zapalne, które wówczas wydawały się nie do pogodzenia nawet dla największych optymistów i rzeczników sojuszu obu tych krajów. Konsekwentna polityka Otto von Bismarcka - który celowo popychał Francję na drogę ekspansji kolonialnej, zdając sobie sprawę że musi to (wcześniej czy później) spowodować konflikt z Wielką Brytanią (która posiadając najsilniejszą flotę na świecie i kontrolując 1/6 ziemskiego globu, uważała się za prawdziwe centrum świata). I rzeczywiście, osamotnieni w Europie po klęsce z 1870 r., przyblokowani przez Niemcy od wschodu i skonfliktowani z Włochami o podział Północnej Afryki, za swą jedyną drogę ekspansji uznali Francuzi zdobycie i rozbudowę nowych kolonii zamorskich, oraz utrzymanie tych już istniejących. Republikańsko-oportunistyczny rząd Juliusza Ferry'ego zdecydowanie postawił na ekspansję kolonialną i w 1881 r. wojska francuskie wylądowały w Tunezji, zajmując Tunis i wymuszając na tamtejszym beju - Muhammadzie as-Sadiqu, zawarcie traktatu, w którym Francuzi brali sobie Tunezję we władanie jako swój protektorat (traktat w Bardo pod Tunisem). W 1882 r. Włoch w służbie francuskiej - Piotr Brazza przyłączył do francuskiego Imperium kolonialnego Gabon (wówczas zwany Kongiem Francuskim). W tym samym roku Francuzi opanowali większość kluczowych osad Malgaszów na Madagaskarze, zmuszając tym samym ostatnią królową tego ludu - Ranavalonę III, do uznania francuskiego protektoratu (1885 r.). Podobnie było na Dalekim Wschodzie, gdzie do utworzonej w południowym Wietnamie w 1862 r. prowincji Kochinchina (Sajgon zajęli Francuzi już w 1859 r.), dołączyli prowincję Annam (Wietnam środkowy) i Tonking (Wietnam północny), zajmując w 1883 r. Hanoi (w tym samym czasie sprawowali już protektorat nad Kambodżą od 1863 r.). W 1885 r. wymusili zrzeczenie się przez Chińczyków zwierzchnictwa nad Wietnamem (traktat w Tien-tsin), a w 1886 r. połączyli Kochinchinę, Annam, Tonking i Kambodżę we francuską Unię Indochińską (do której w 1893 r. przyłączyli jeszcze Laos - jako swój protektorat).

Konfrontacja brytyjsko-francuska skumulowała się jednak w Egipcie oraz Sudanie, o które to kraje trwała dyplomatyczno-finansowa batalia Londynu i Paryża. W 1851 r. Brytyjczycy uzyskali od regenta Egiptu - Abbasa I (wnuka Mohammeda Alego - władającego Egiptem od 1805 r.) koncesję na remont linii kolejowej Aleksandria-Suez, ale w 1854 r. francuski przedsiębiorca i dyplomata - Ferdynand de Lesseps, zdołał przekonać wicekróla Mohammeda Saida, aby ten przydzielił mu koncesję na budowę i wykorzystanie Kanału Sueskiego. Prace przy przekopie tego kanału (to właśnie tam pracował jako inżynier, ojciec Stasia Tarkowskiego z powieści Henryka Sienkiewicza "W pustyni i w puszczy") trwały piętnaście lat i ostatecznie zakończyły się hucznym otwarciem Kanału Sueskiego (w obecności cesarza Napoleona III i cesarzowej Eugenii) 27 listopada 1869 r., gdzie wśród strzelających w niebo sztucznych ogni, grających orkiestr i świetlnych iluminacji, przepłynęło tamtędy 51 okrętów (na czele z cesarskim jachtem, wiozącym na pokładzie Napoleona i Eugenię). Od chwili budowy do otwarcia, kanał był pod kontrolą Francuzów (choć władcy Egiptu posiadali 177 tys. z 400 tys. akcji Towarzystwa Kanału Sueskiego), zaś Brytyjczycy (dla których droga do Indii zależała właśnie od tego skrótu, gdyż skracała podróż od 18 do 24 dni, w zależności od trasy podróży. Było to tempo prawdziwie rewolucyjne i godne wręcz Juliusza Verne'a) starali się odkupić od Francuzów udziały i przejąć Kanał Sueski dla siebie. Rząd premiera Benjamina Disraelego podjął decyzję o natychmiastowym zakupie akcji Towarzystwa i gdy pewnego niedzielnego popołudnia 14 listopada 1875 r. - który premier Disraeli spędził na przyjęciu w domu bankierów, przy kieliszku mocnej angielskiej brandy - przyszła doń propozycja od kolejnego wicekróla Egiptu - Isma'ila Paszy, sprzedaży jego 177 tys. akcji Kanału Sueskiego (wcześniej Disraeli złożył propozycję kupna francuskich udziałów, ale rząd francuski zabronił ich sprzedaży swym udziałowcom). Ism'ail był człowiekiem rozrzutnym. Rozmiłowany w przyjemnościach stołu i łoża, zajmował się głównie przebywaniem w swoim haremie, na który wciąż potrzebował pieniędzy. Za sprzedaż swych akcji, zażądał 4 milionów funtów, a takich pieniędzy nie było wówczas gotówką w Banku Anglii (poza tym Parlament miał przerwę w obradach, a istniał przepis że Bank Anglii może udzielić rządowi pożyczki jedynie podczas obrad Parlamentu). Nie było więc innego wyjścia i Disraeli skierował się prosto do... banku Rotschildów.




Baron Lionel de Rotschild tego dnia właśnie wypoczywał na werandzie swej willi i zajęty był jedzeniem winogron. Gdy Disraeli przybył i poprosił o 4 miliony funtów, usłyszał pytanie: "A co dostanę w zastaw?", na co brytyjski premier odparł bez zastanowienia: "Rząd Jej Królewskiej Mości". Rotschild się zgodził i dobili targu (oczywiście po wcześniejszym uzgodnieniu wysokości spłacanych odsetek). Dzięki tej inwestycji Brytyjczycy zdominowali Towarzystwo Kanału Sueskiego, bo choć posiadali jedynie 44 proc. akcji, to jednak jako jeden podmiot (rząd Wielkiej Brytanii) zdobyli najwięcej udziałów (pozostały pakiet większościowy, choć oczywiście należał głównie do Francuzów, był rozproszony pomiędzy wielu poszczególnych udziałowców) i to oni teraz zdobyli decydujący głos w sprawie Kanału Sueskiego (co prawda jeszcze nie w 100 procentach). A tymczasem sprawy wokół Kanału Sueskiego i Egiptu zaczęły nabierać tempa, gdy już w roku następnym (1876) wicekról Isma'il ogłosił bankructwo swego kraju. W ciągu zaledwie roku zdołał stracić 4 miliony funtów i znów nie miał pieniędzy, co zmusiło go do podjęcia tak radykalnego kroku. Niestety, Egipt był zadłużony po uszy (głównie we francuskich i brytyjskich bankach) zaś ogłoszenie bankructwa automatycznie oznaczało wstrzymanie spłaty rat kredytów. A na to nie było zgody zarówno w Paryżu jak i w Londynie. Francja oraz Wielka Brytania (przy akceptacji Niemiec, Austro-Węgier, Włoch i Imperium Osmańskiego) powołały do życia Międzynarodową Komisję (ds. egipskiego) Długu, która starała się wymusić na Isma'ilu spłatę pożyczek, a gdy to się nie powiodło, w 1879 r. przekonano sułtana Abdul Hamida II (który był zwierzchnikiem egipskiego wicekróla) by pozbawił go stanowiska i na jego miejsce powołał kogoś bardziej uległego. Tak też się stało i opróżnione miejsce po Isma'ilu zajął jego syn - Taufik Pasza, który był już całkowicie uzależniony od swych europejskich wierzycieli i bezdyskusyjnie wykonywał ich polecenia. Ponowne uzależnienie Egiptu od Brytyjczyków i Francuzów nie spodobało się jednak egipskiej armii i imamom, którzy podburzyli lud do buntu przeciwko władzy wicekróla Taufika - jako zależnej od niewiernych marionetki. Doszło wówczas do rozruchów, w trakcie których zabito pewną liczbę Europejczyków (początek 1882 r.), oraz poturbowano dyplomatów z kilku europejskich krajów. Na czele zbuntowanego ludu stanął pułkownik Ahmed Arabi, który dokonał zamachu stanu, wtargnął do siedziby egipskiego rządu i oblawszy atramentem ministrów, kazał im skakać z okien (na szczęście dla nich był to parter). Od tej chwili przejął pełnię władzy, zamykając wicekróla w swoistym areszcie domowym.

Rozpoczął też przygotowania do nieuniknionej konfrontacji zbrojnej z Brytyjczykami i Francuzami, nakazując umocnienie fortyfikacji Aleksandrii. Wkrótce potem zjawiła się tam brytyjska eskadra okrętów wojennych, wycelowując działa na umocnione tereny fortu i wystosowując ultimatum do pułkownika Arabi o zakończenie prześladowań Europejczyków w Egipcie, oraz o podporządkowanie się wyrokom Międzynarodowej Komisji d/s Długu. Ultimatum to zostało odrzucone i 11 lipca 1882 r. brytyjskie działa okrętowe otworzyły ogień, dokonując ogromnych spustoszeń nie tylko wśród egipskich stanowisk ogniowych w forcie, ale również w samej Aleksandrii. Pod wieczór w aleksandryjskim porcie wylądowała brytyjska piechota morska, która zajęła miasto (po kilku godzinach intensywnej artyleryjskiej kanonady). W kilka tygodni później Brytyjczycy opanowali również sam Kanał Sueski (wbrew protestom Ferdynanda Lessepsa), zaś 13 września, w bitwie pod Tell el-Kebir z armią Arabiego, brytyjski generał - Garnet Wolseley - odniósł całkowite zwycięstwo i mógł z całą pewnością powtórzyć słowa, wypowiedziane wcześniej przez młodego francuskiego generała o nazwisku Bonaparte sprzed 84 lat: "Żołnierze! znad tych piramid spogląda na was czterdzieści wieków". Teraz jednak nie byli to żołnierze z przypiętymi do klapy granatowych mundurów "trikolorami" i w bikornach na głowach. Byli to przebrani w jaskrawo-krwiste uniformy "dżentelmeni z Eton College" w białych hełmach, którzy nadzwyczaj szybko podporządkowali sobie kraj nad Nilem. Wkrótce potem nowy brytyjski premier - William Gladstone (z Partii Liberalnej), ogłosił że Brytyjczycy nie zamierzają długo pozostawać w Egipcie, a ich obecność związana jest jedynie z "zapewnieniem ochrony istniejących praw, czy to dotyczących sułtana, chedywa (wicekróla), czy też narodu angielskiego i zagranicznych wierzycieli". Stwierdził również że siły brytyjskie opuszczą ten kraj: "tak szybko, jak tylko pozwoli na to stan kraju", dodając że Wielka Brytania nigdy nie miała i nie ma zamiaru okupować Egiptu: "Ze wszystkich rzeczy na świecie to właśnie jest ta jedna, której na pewno nigdy nie uczynimy". Brytyjska okupacja Egiptu zakończyła się jednak dopiero w... 1936 r., zaś ostatnie brytyjskie oddziały wojskowe opuściły kraj nad Nilem w 1956 r. Rzeczywiście, dość "szybko" opuścili oni Egipt, biorąc pod uwagę że inne terytoria okupowali znacznie dłużej bez mrugnięcia okiem (jednocześnie niszcząc lokalne gospodarki i zmuszając pozostałych mieszkańców Imperium "Nad którym nigdy nie zachodzi Słońce", aby zaopatrywali się w najróżniejsze bibeloty właśnie w Anglii. Przecież już William Pitt Starszy grzmiał, iż nie pozwoli angielskim kolonistom w Ameryce wyprodukować "ani jednego gwoździa". Efektem takiej właśnie polityki był bunt amerykańskich stanów i powstanie USA.


"CZERWONE KURTKI"
JAK NAZYWANO BRYTYJSKICH ŻOŁNIERZY 
TUTAJ BRYTYJCZYCY Z CZASÓW INWAZJI NA EGIPT I WOJEN Z ZULUSAMI W AFRYCE



A TU BRYTYJSKI ŻOŁNIERZ Z CZASÓW WOJNY O NIEPODLEGŁOŚĆ USA



 Gdy więc Brytyjczycy podporządkowali sobie Egipt i (jak rzekł premier Gladstone już w roku 1883) "stali się egipskim rządem", jednocześnie objęli kontrolę nad Sudanem (który od 1874 r. pozostawał pod kontrolą Egiptu). Powstała jednocześnie dość dziwna sytuacja że co prawda Brytyjczycy kontrolowali egipskie państwo (choć formalnie nie pokusili się o żadne uprawomocnienie swojej okupacji, a pierwszy brytyjski protektorat utworzono tam dopiero w 1914 r. po wybuchu I Wojny Światowej), to jednak Egipt kontrolował Sudan. Powstało więc pytanie: czy Brytyjczycy mają również prawa do Sudanu, skoro i tak okupują Egipt? Gladstone był przeciwny zajmowaniu Sudanu, twierdząc że jest to "bezużyteczna ziemia", pustynny i górzysty "kraj czarnych" barbarzyńców i łowców niewolników. Jednak dla wielu brytyjskich urzędników stało się jasne, że rozciągnięcie kontroli nad Sudanem może okazać się korzystne pod względem finansowym, gdyż tamtejsi łowcy niewolników (napadający na afrykańskie wioski i wystawiający uprowadzony "heban" na niewolniczych rynkach w Chartumie, Omdurmanie czy Suakinie) musieli opłacać się egipskim gubernatorom, którzy przymykali oko na ich działalność, a ci zaś opłacali się brytyjskiemu gubernatorowi Egiptu. Powstała samonapędzająca się spirala łatwych pieniędzy, czerpana z ludzkiej rozpaczy, poniżenia i niegodziwości, której Anglicy nie zamierzali przeciwdziałać a wręcz ją wspomagali, mając jednocześnie w głębokiej pogardzie miejscowe ludy (podobnie jak i Egipcjan, zresztą angielskie kobiety, które przybyły do Egiptu lub Indii wraz ze swymi mężami, gdy tylko zachodziły w ciążę, natychmiast pierwszym statkiem wracały do Anglii, aby dziecko nie musiało potem mieć przez całe życie wpisane jako miejsce urodzenia jakiś Wisakhapatnam, Srirampur, Rangun, Omdurman czy inny Bombaj. Znacznie lepiej w brytyjskich kręgach "dżentelmenów z Eton" widziane było miejsce urodzenia w Hertford, Reading, Aldershot czy Hull. Zresztą Brytyjczycy z początku XX wieku uważali siebie samych i swój kraj za prawdziwy pępek świata, powtarzając często że "Dzikusy zaczynają się już w Calais" 😂).




Imperium Brytyjskie było wówczas największym imperium na świecie, choć należałoby wyjaśnić czymże było to imperium? Na to pytanie odpowiedzi udzielił lord Rosebery, który stwierdził: "Imperium jest to przewaga jednej rasy nad inną rasą", a Imperium Brytyjskie było bezwzględną dominacją białej rasy nad każdą inną. W swych orientalnych pałacach brytyjscy gubernatorzy podbitych prowincji, byli niczym udzielni książęta, a świat jaki ich otaczał (wraz z ich kobietami, dziećmi, personelem i innymi "Europejczykami z Eton"), mógł się wydawać dość tajemniczy i jednocześnie dość romantyczny. Bowiem ci biali brytyjscy koloniści, w swych kaskach zdobionych piórami, wsparci przez swych miejscowych służących (często w turbanach), przemierzali chaszcze Dekanu czy afrykańskie pustynie w poszukiwaniu tygrysów i lwów, a w wolnych chwilach grywali w krykieta czy polo w swych kolonialnych posiadłościach i wypijali w upalne dni litry "Whisky" lub "Sherry". W taki to mniej więcej obrazkowy sposób upływało kolonialne życie brytyjskich elit imperialnych na podbitych prowincjach tego wielkiego Imperium. Należy też pamiętać, że owe elity były niezwykle rasistowskie (biorąc pod uwagę dzisiejsze standardy, choć w tamtych czasach nie było to wcale żadnym problemem a za rasistów nie uważali Brytyjczyków nawet ich przeciwnicy polityczni czy wrogowie, jak np. Mahatma Gandi czy jemu podobni. Zauważmy jaka w tamtym czasie panowała swoboda wypowiedzi i wolność słowa) i to do tego stopnia, że uważali za "białych ludzi" tylko Europejczyków i Amerykanów (czyli mieszkańców żyjących w kręgu jedynej cywilizacji - jak mniemali).

Tak na dobrą sprawę wydaje się jednak że ów rasizm nie był domeną jedynie ówczesnych elit, ale że był obecny (zresztą do dzisiaj na swój sposób jest) w całym brytyjskim społeczeństwie. Wystarczy bowiem przytoczyć słowa, jakie padły w Izbie Gmin ok. 1900 r. Brzmiały one tak: "Wśród wszystkich Anglików (...) istnieje głębokie przekonanie podzielane zarówno przez najmożniejszych, jak i najmniej znaczących (...) przekonanie głęboko zakotwiczone w duszy, a mówiące, że przynależą oni do rasy, którą Bóg wybrał do rządzenia". Brytyjczycy doprawdy mieli prawo wierzyć w swój geniusz i swoją "dziejową i boską misję w świecie", jako że do 1914 r. nie przegrali żadnej większej wojny (poza wojną w obronie posiadłości amerykańskich, która to jest znana jako Wojna o Niepodległość Stanów Zjednoczonych Ameryki). Ich wynalazki zalewały cały cywilizowany świat, a kultura i język wypierały francuski i stawały się międzynarodowym (Alfred Austin na pytanie jak wyobraża sobie Raj, odpowiedział: "Siedzę w ogrodzie i przyjmuję posłańców przynoszących wiadomości o brytyjskich zwycięstwach: raz na morzu, raz na lądzie". Zresztą przekonanie o wyjątkowości Brytyjczyków wśród innych narodów i ludów świata, brało się również z wychowania, z domu i ze szkoły. W szkole bowiem wszczepiano młodym ludziom przywiązanie do brytyjskiej wspólnoty imperialnej, do cywilizacji, która (w mniemaniu wykładowców) była jedyną cywilizacją postępu ludzkości. Ale siła i potęga rodzi również odpowiedzialność, zatem Brytyjczycy muszą być odpowiedzialni za losy świata i innych ludów. Owa brytyjska arogancja rodziła się więc również w akademickich salach Cambridge, Oxfordu i Eton.




Imperium Brytyjskie w 1914 r. liczyło ponad 31 mln. km. kw. i posiadało jedną czwartą ludności globu. Brytyjczycy dysponowali najpotężniejszą flotą handlową i wojenną świata, szereg rozsianych baz morskich, ułatwiających zarówno prowadzenie międzynarodowego handlu jak i długotrwałej wojny morskiej, londyńskie City stało się z początkiem XX wieku najpotężniejszym centrum finansowym świata, co sprawiało że Wielka Brytania była też największym inwestorem i globalną potęgą przemysłową. Na czele państwa stał monarcha, który jednak nie posiadał realnej władzy ("Król panuje ale nie rządzi" - jak mówiło brytyjskie przysłowie). W 1901 r. zmarła długoletnia królowa i jednocześnie pierwsza cesarzowa Indii - Wiktoria (zmarła w wieku 81 lat, z czego panowała przez 63 lata, zaś cesarzową Indii była przez 24 lata). Jej następcą został syn - Edward VII (którego ona trzymała z dala od władzy i w konsekwencji nowy król był praktycznie nieprzygotowany do pełnienia swoich obowiązków). Król Edward zmarł w maju 1910 r. a jego miejsce zajął syn i wnuk Wiktorii - król Jerzy V, który panował będzie aż do 1936 r. (jego następcą zostanie najstarszy syn - Edward VIII, który zostanie obalony poprzez wspólną akcję wywiadów polskiego i amerykańskiego - bowiem istniało niebezpieczeństwo jego zbytnich proniemieckich sympatii. Stało się tak zgodnie z ostatnią wolą Marszałka Piłsudskiego, który na łożu śmierci w maju 1935 r. polecił ministrowi spraw zagranicznych - Józefowi Beckowi: "Musisz wciągnąć Brytyjczyków do wojny, słyszysz! To jest nasza jedyna szansa", dlatego też proniemiecki monarcha był tu przeszkodą, którą należało usunąć i... usunięto).


 JÓZEF PIŁSUDSKI i DOUGLAS MACARTHUR 
W OTOCZENIU OFICERÓW
(1932 r.)



EDWARD VIII i WALLIS SIMPSON NA WAKACJACH
(1936 r.)



Wplątanie się Brytyjczyków w sprawy Egiptu spowodowało wybuch kolejnego buntu (1881 r.), tym razem prowadzonego przez pustynnego ascetę z wyspy Aba na Białym Nilu (już za życia uważanego za "umiłowanego przez Allaha" czyli muzułmańskiego świętego) Mohammeda Ahmeda zwanego "Mahdim" (prorokiem). Tak oto rozpoczynało się krwawe powstanie, które trwało w Sudanie aż do 1899 r. i zakończyło się okupacją i podporządkowaniem egipskiego Sudanu przez Brytyjczyków. Ostatecznie po długotrwałej wojnie z derwiszami Mahdiego, a po jego śmierci w 1885 r. kalifa Abdullahiego (analfabety, który doskonale potrafił prowadzić działania partyzanckie i kierować uzbrojonymi w oszczepy i łuki zwolennikami świętości Mahdiego), Brytyjczycy (pod dowództwem gen. Horatio Kitchenera) zdobyli Dongolę (21 września 1896 r.), Abu Hamed (7 sierpnia 1897 r.) i rozbili mahdystów w bitwach nad rzeką Atbarą (8 kwietnia 1898 r.) i pod Omdurmanem nad Nilem (2 września 1898 r.), To właśnie po zakończeniu tej ostatniej bitwy o mało co nie doszło do wybuchu znacznie większego konfliktu, który z pewnością odmieniłby przyszłość Europy i Świata. Otóż w Faszodzie (obecnie Kodok) w południowym Sudanie, doszło do poważnej konfrontacji pomiędzy dwiema ekspedycjami: brytyjskiej flotylli kanonierek, płynącej pod dowództwem gen. Kitchenera w górę Nilu i francuskiej kolumny kapitana Jeana-Baptiste'a Marchanda, idącej drogą lądową z Dakaru do Dżibuti. Konflikt ten trwał prawie pół roku i choć obie kolumny nie otwierały do siebie ognia, to jednak żadna ze stron nie zamierzała się wycofać, co jedynie potęgowało wzajemny konflikt i w dłuższej perspektywie groziło wybuchem otwartej wojny brytyjsko-francuskiej (na co bez wątpienia liczył Berlin), tym bardziej że brytyjska Royal Navy już się szykowała do uderzenia na francuską Marine Nationale na Morzu Śródziemnym. Wówczas zadziałał jednak zdrowy rozsądek i za sprawą kilku polityków (przede wszystkim zaś Teofila Delcasse - francuskiego ministra spraw zagranicznych, który świadomy rosnących wpływów niemieckich, otwarcie dążył do zbliżenia Paryża z Londynem) udało się zakończyć ten konflikt (21 marca 1899 r. zawarto porozumienie uznające prawa Wielkiej Brytanii do całej doliny Nilu, a korpus kapitana Marchanda został wycofany z Faszody na polecenie ministra Delcasse'go).


Lord gen. HORATIO KITCHENER



KAPITAN JEAN-BAPTISTE MARCHAND



Co się tyczy lorda Kitchener'a to jako swoistą ciekawostkę dodam jedynie, że miał on dosyć oryginalny fetysz seksualny, a mianowicie lubił spółkować z pokojówkami i to nie tylko ze swoimi własnymi, ale również tymi, które służyły w domach jego przyjaciół lub też tych, których odwiedzał podczas przyjęć i rautów. Zdarzało się też nierzadko, że lord Kitchener ganiał po posiadłości swoich znajomych uciekające przed nim pokojówki, które nie godziły się na jego niekonwencjonalne fantazje seksualne (a mianowicie uwielbiał seks analny i... tak właśnie rozdziewiczał owe dziewczęta 😘).




Wracając jednak do tematu, porozumienie zawarte w marcu 1899 r było pierwszym krokiem na drodze późniejszego zbliżenia Paryża i Londynu, choć kolejny krok ku temu wyszedł teraz ze strony Anglików (za czasów urzędowania przy Quai d'Orsay ministra Gabriela Hanotaux - poprzednika Delcasse'go i zwolennika zbliżenia zarówno z Rosją jak i z Niemcami, oraz stworzenia bloku kontynentalnego, złożonego z tych trzech państw, a wymierzonego przeciw Brytyjczykom - Wielka Brytania znalazła się w izolacji i na gwałt poszukiwała sojuszników). Rozładowanie konfliktu z Faszody stwarzało doskonałą okazję pod wygaszenie narosłych przez wieki uprzedzeń oraz przezwyciężanie stereotypów narodowych (bardzo silnych w obu tych krajach), w celu realnego zbliżenia polityczno-militarnego Francji i Wielkiej Brytanii. I w tym dziele znacznie wykazał się nowy król (od 22 stycznia 1901 r.) Wielkiej Brytanii (koronowany 9 sierpnia 1902 r.) - Edward VII. Po raz pierwszy od 64 lat na tronie brytyjskim zasiadł mężczyzna, gdyż długoletnie rządy jego matki, królowej Wiktorii - zdążyły już przyzwyczaić Anglików że "Monarchia jest kobietą" (notabene, podobnie jak w czasach Elżbiety II). Anglicy rodzili się za panowania Wiktorii i umierali za panowania Wiktorii, która w pewnym momencie stała się dla nich już nie tyle żywą osobą, co wręcz pewnym symbolem czasów wielkiej brytyjskiej prosperity i rozwoju kolonialnego. To właśnie Wiktoria wprowadziła Anglię w wiek kolei (po raz pierwszy przyjechała się koleją w roku 1842 wraz z mężem), fotografii, pierwszych samochodów i samolotów. To właśnie za jej panowania powstały największe od czasów Tudorów arcydzieła brytyjskiej literatury. Królowa Wiktoria była więc symbolem nie tylko monarchii, ale wręcz brytyjskiego Imperium i wszystkich żyjących w nim ludów. Teraz zaś na tron wstępował sześćdziesięcioletni (skutecznie odsuwany przez matkę od spraw politycznych), nieco przysadzisty mężczyzna o skłonnościach do kleptomanii (nie jest do końca wiadome czy to prawda czy też plotka, ale istnieją przypuszczenia że książę Edward lubił dokonywać drobnych kradzieży w sklepach, a żeby sprawy te nie ujrzały nigdy światła dziennego, szedł za nim specjalny urzędnik dworu i na miejscu regulował ceny za skradzione przedmioty). Mimo to, jeśli chodzi o charakter, to nowy monarcha wcale nie przypominał swej nudnej (noszącej czarne suknie od śmierci swego męża w grudniu 1861 r. - czyli przez kolejne 40 lat aż do swej śmierci królowa Wiktoria nosiła tylko czarne suknie, podobnie jak cesarzowa Austro-Węgier Elżbieta {Sisi}, po 30 stycznia 1889 r. i tragedii w pałacu Mayerling - gdzie samobójstwo popełnił jej jedyny syn i miłość jej życia - Rudolf wraz ze swą kochanką. Od tego czasu aż do swej śmierci w 1898 r. cesarzowa Sisi nosiła też tylko czarne suknie. Zresztą zarówno Wiktoria jak i Elżbieta nie były jedynymi które nie potrafiły pogodzić się ze stratą najbliższych sobie osób. Podobnie było cesarzową Meksyku, córką króla Belgii - Marią Charlottą Koburg, która po egzekucji swego małżonka Maksymiliana przez nowe republikańskie władze Meksyku w 1867 r. wróciła do Francji jako lekko szalona osoba. Trzymała wokół siebie rzeczy po zmarłym małżonku i twierdziła że wciąż z nim rozmawia, również nosiła jedynie czarne suknie i kontakt z nią był często niemożliwy ze względu na jej dewocyjne zachowania. Napoleon III cesarzowa Eugenia pozwolili jej jednak pozostać we Francji. Jeszcze jedną osobą z tego grona była właśnie owa Eugenia, której życie realnie skończyło się po śmierci jej syna, miłości i nadziei jej życia - Ludwika Napoleona, który zginął służąc w Armii Brytyjskiej w roku 1879 w Południowej Afryce na wojnie z Zulusami. Nadzieja dynastii Bonaparte, Napoleon IV odszedł wówczas w wieku 23 lat, czym złamał życie swej matki, która również od tego czasu nosiła - głównie - czarne suknie) matki, której niewiele rzeczy było w stanie zadowolić (szczególnie pod koniec swego długiego życia, Wiktoria stawała się nieco zgorzkniała i marudna) i która często powtarzała podczas publicznych przedstawień, organizowanych na królewskim dworze: "Nie jesteśmy zabawieni". O Edwardzie można było powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że był nudny.


KRÓL WIELKIEJ BRYTANII - EDWARD VII



Kochał życie i dawał się lubić (miał skłonność przyciągania do siebie ludzi). Gdy jeszcze jako młody mężczyzna (w wieku 19 lat) wyjechał do Stanów Zjednoczonych, był tam witany jak zwycięski amerykański prezydent, a tłumy kłębiły się, aby tylko, choć z oddali ujrzeć księcia. Jako pierwszy brytyjski przedstawiciel dynastii panującej, złożył kwiaty na grobie Jerzego Waszyngtona, czym od razu przekonał do siebie amerykańską prasę i elity ze Wschodniego Wybrzeża. Zaś podczas oficjalnego przyjęcia w Chicago, taki tłum gości oczekiwał przyjazdu księcia że w budynku... zarwała się podłoga i 200 osób pospadało do znajdującej się niżej sali teatralnej, wprost na krzesła parteru. Nikt co prawda nie zginął, ale było wielu poważnie rannych. Amerykanie tak zakochali się w Edwardzie, że powstała nawet propozycja wysunięcia go jako kandydata w wyborach na prezydenta USA (to były te same wybory, które wygrał Abraham Lincoln i które pośrednio doprowadziły do rozpadu Unii i wybuchu Wojny Secesyjnej). Książę uwielbiał życie i zabawy, a przede wszystkim uwielbiał płeć piękną i wdawał się w liczne romanse (będąc na przykład w Paryżu, wprowadził swoje całkiem nagie kochanki - które notabene pochodziły z brytyjskiej elity arystokratycznej - okryte jedynie w wymyślne futra, na wieżę Eiffla). Spotykał się też (a potem długie lata korespondował) ze znaną kurtyzaną Katarzyną Walters. Książę był również bardzo inteligentnym człowiekiem i nawet swoją mowę tronową wygłosił własnymi słowami (a nie odczytywał jej z deklaracji Wilhelma IV z 1831 r.), czym wzbudził ogromną radość swych poddanych. Nowy król na nowe czasy (wszyscy myśleli że nowe, XX stulecie, także będzie wiekiem Brytanii), monarcha władający Imperium złożonym z 400 milionów poddanych - to właśnie on (i może jeszcze sekretarz stanu do spraw kolonii w rządzie Artura Balfoura - Joe Chamberlain, ojciec Austena i Neville'a - tego, który po powrocie z Monachium w 1938 r. twierdził że zgodą za oddanie Hitlerowi Czechosłowacji przywiózł: "Pokój naszych czasów") stał sie autorem zgody z Francją, która przeszła do historii jako "Entente Cordiale" ("Serdeczne Porozumienie"). Cóż się zresztą dziwić, skoro to właśnie we Francji książę Edward przeżył swe najlepsze, erotyczne doświadczenia.




CDN.

12 marca 2026

UMIERAMY I CO DALEJ? - czyli co się z nami dzieje po śmierci? - Cz. XII

WYBÓR NOWEGO CIAŁA




Na wstępie już od razu pragnę wyjaśnić, że na "Tamtym Świecie" nikt nas do niczego nie zmusza, to my sami decydujemy czy już jesteśmy gotowi by się ponownie narodzić. Ze strony naszych Przewodników mogą być jedynie pewne aluzje - że należy już zdecydować się co do wyboru kolejnego życia. Zdarza się jednak że niektóre dusze, które "posmakowały Tamtego Świata", nie są wcale skore wracać do kolejnego, fizycznego życia na Ziemi, co wtedy? Nic, tak jak napisałem - nie ma żadnego przymusu, jeśli nie chcesz ponownie inkarnować fizycznie - nie musisz, ale... oznacza to jednocześnie że musisz się o wiele dłużej uczyć, gdyż najlepszą i najszybszą możliwością uczenia się na własnych błędach, jest fizyczne doświadczanie przeciwieństw. Dusze decydujące się nie inkarnować ponownie, są pozbawione doświadczeń fizyczności (głównie bólu i cierpienia), a to oznacza że muszą uczyć się na doznaniach innych dusz, aby zrozumieć ich sens. Taki sposób nauki trwa niestety bardzo długo (to zresztą oczywiste, wystarczy tylko uświadomić sobie że często rodzice czy dziadkowie - którzy przeżyli pewne wydarzenia, uświadamiają swoje dzieci czy wnuki żeby postępowali inaczej, bo oni sami się sparzyli. Ale dzieci - nie mając ich doświadczeń - często traktują te ich ostrzeżenia jako "gadanie starych ludzi" i... popełniają te same błędy. Zresztą jak spojrzymy na historię, to zobaczymy że ludzkość praktycznie non stop popełnia błąd za błędem, które wcześniej były już popełnione przez ich przodków. Zresztą czas jest swoistą elipsą i prawdziwym jest stwierdzenie że jeśli człowiek żyłby wiecznie, to... "umarł by z nudów", gdyż te same mechanizmy non stop występują co któreś pokolenie). Najlepszym sposobem jest doświadczyć wszystkiego osobiście, a szczególnie w ciałach osób kalekich, zdeformowanych, ubogich, zmagających się z fizycznym bólem i psychiczną traumą. Dla nas, żyjących, jest to nie do pomyślenia, by można było zdecydować się na takie życie - a jednak, właśnie takie inkarnacje powodują iż posuwamy się niezwykle szybko na naszej ewolucyjnej drodze do Boga.

Paradoksalnie więc, takie ciężkie życie wybierają nie tylko te dusze, na których ciąży karmiczna konieczność odebrania wcześniej popełnionych niegodziwości, ale i takie, które same we wcześniejszych wcieleniach nie dopuściły się żadnej zniewagi w stosunku do innych dusz na Ziemi. Na początku więc (z reguły) to Przewodnicy (gdy przyjdzie czas) delikatnie dają do zrozumienia czy dana dusza nie uważa, że nadszedł już moment, by ponownie się narodzić. Przebywanie na "Tamtym Świecie" jest tak wspaniałe, tak piękne, tak lekkie, jesteśmy otoczeni wszechogarniającą nas Miłością, brakiem barier i wszechobecną życzliwością - że żadna dusza nie pragnie stamtąd odchodzić. Ale Opiekunowie nalegają, tłumaczą, starają się nas przekonać i oczywiście (poza nielicznymi wyjątkami) zawsze im się to udaje. I gdy już uświadomimy sobie, że wreszcie powinniśmy znów narodzić się na Ziemi (z reguły dusze które inkarnują na Ziemi, nie zmieniają swego stałego miejsca narodzin i bardzo rzadko się zdarza by "ziemska dusza" zdecydowała się narodzić na innej planecie - zresztą Ziemia jest wystarczająco dobrym miejscem dla dalszej nauki, gdyż pełno na niej jest niegodziwości, zła, niechęci, odrzucenia, obłudy, a jednocześnie empatii, życzliwości, dobroci, poświęcenia, miłości), musimy zastanowić się nad tym "gdzie", "kiedy" i w "jakim ciele", chcielibyśmy spędzić kolejne życie.

W tym celu udajemy się do miejsca, gdzie... będziemy mogli przyjrzeć się ewentualnym ciałom i obejrzeć jak (w ogólnych zarysach, gdyż to my dopiero będziemy wybierać prawdziwe drogi życia dla owego ciała), będzie wyglądało nasze życie. Najpierw decydujemy o okresie, czyli czasie w którym pragniemy się narodzić. Potem zaś - "gdzie" mają mieć miejsce nasze narodziny, dopiero na samym końcu zaczynamy "przeglądać" dostępne w tym okresie i miejscu ciała. To może brzmieć nieco komicznie, gdyż w pewnym sensie przypomina to wizytę w sklepie, w którym zastanawiamy się nad wyborem koszuli, marynarki, krawata, bądź sukienki. Ale przecież te nasze ciała to nic innego jak takie "kostiumy", w których przyjdzie nam spędzić kolejne życie, dlatego też muszą być "wygodne" i nam odpowiadać. Aby więc dobrać sobie najbardziej dla nas odpowiednie ciało, udajemy się wraz z naszym Przewodnikiem do specjalnego miejsca, w którym będziemy mogli "obejrzeć" sobie kolejne ciała i związane z nimi (ewentualne) wydarzenia na Ziemi. Pewien mężczyzna, zapytany przez hipnoterapeutę czy boi się tego miejsca?, odpowiedział: "Nie, chyba będzie ciekawie, zresztą byłem tu już tyle razy. Ciekaw jestem co mi teraz zaproponują". Na "ścianach" owego przybytku znajdują się wielkie "lustra", przypominające "ekrany" (pisząc ściany - lustra - ekrany, należy pamiętać że zupełnie nie przypominają one naszych ziemskich przedmiotów, a jedynie są pewnym ich eterycznym odwzorowaniem).

Gdy decydujesz się na określony czas i miejsce, w jakim pragniesz się narodzić, ekrany "ożywają", czyli zaczynają puszczać "film" o owym miejscu - jak ono wygląda. Ty kontrolujesz przebieg owego "filmu", jego długość i wszystko to, co pragniesz ujrzeć o owym czasie i miejscu. Jeśli chcesz zatrzymać ujęcie - zatrzymujesz, jeśli pragniesz przyśpieszyć - przyspieszasz. Na ekranach widać różne alternatywne wybory naszego przyszłego życia, oraz to, jak mogą się one potoczyć w przyszłości (o tym jak się rzeczywiście potoczą, decydujemy już sami). Jeśli zatrzymujesz daną scenę by się jej dokładniej przyjrzeć, możesz... stać się jej częścią, to znaczy że możesz "wpłynąć" do tego momentu i obserwować dane (wybrane przez ciebie wcześniej) miejsce - bezpośrednio, unosząc się nad głowami poruszających się ludzi (jednocześnie nadal pozostajesz w owym przybytku - to jest to o czym wcześniej pisałem, możliwość dzielenia własnej energii i przebywania w kilku miejscach jednocześnie). Co ciekawe, nie wszystko jednak zostanie nam pokazane - pewne elementy naszego przyszłego życia mogą zostać przed nami ukryte, a wszystko po to, byśmy sami podjęli właściwe wybory i znaleźli na nie rozwiązania już za życia (z tego jesteśmy także "rozliczani" po śmierci).

Można zadać pytanie, dlaczego nie pokazuje się nam całego naszego życia (czyli wszystkich możliwych alternatyw i ewentualnych "niespodziewanych zawirowań" w przyszłym życiu), skoro i tak po narodzinach o niczym nie będziemy pamiętali? Tak, po narodzinach (z reguły - choć nie zawsze, niektórzy później w wieku 3-4-5 lat) tracimy pamięć czasu spędzonego w "Zaświatach", to jednak posiadamy coś, co na pewnym etapie może pozwolić nam przypomnieć sobie pewne wydarzenia. To "podświadomość", klucz do pamięci naszego umysłu, a więc także klucz do pamięci o czasie spędzonym na "Tamtym Świecie". Podświadomość ma nam służyć i pomagać w naszym rozwoju, gdyż ilekroć nie jesteśmy pewni co dalej w życiu robić, możemy wyciszyć się w sobie, odpocząć, usiąść i spokojnie pomyśleć o tym gdzie już byliśmy, jednocześnie porównując to z tym gdzie chcielibyśmy się udać w przyszłości - (p)odpowiedź przyjdzie do nas sama. Tak więc w owym "sanktuarium" wybieramy sobie następne życie, czerpiąc ze wszystkich dostępnych w owym czasie i miejscu ciał (możemy zawsze zmienić zarówno czas jak i miejsce przyszłych narodzin). Gdy już dokonamy wyboru, nasz Przewodnik (wraz z Założycielami), pyta nas, czy jesteśmy zadowoleni z przyszłej inkarnacji? Jeśli odpowiemy twierdząco, nie oznacza to wcale że musi to już być nasze kolejne wcielenie, Oni bowiem dają nam znów czas do namysłu, czy naprawdę chcemy tego życia.

Udajemy się więc z powrotem do naszej grupy, do naszych przyjaciół z "paczki" (z grupy docelowej), by wspólnie zastanowić się czy ów wybór był dla nas właściwy. W tym celu możemy wspólnie (z przyjaciółmi) udać się do miejsca, gdzie można "doświadczyć cielesności", nim jeszcze rzeczywiście się narodzimy. To są kanały czasoprzestrzenne o różnych tunelach (o których już zresztą wspomniałem we wcześniejszych tematach). Niektóre są jaśniejsze, inne ciemniejsze (jaśniejsze to miejsca gęsto zaludnione, ciemniejsze to tereny, gdzie większość czasu możemy spędzić praktycznie samotnie, lub tylko w gronie najbliższych przyjaciół z naszej grupy). W tych tunelach możemy doświadczyć cielesności, wybierając sobie poszczególne życie, które jednak... nie jest ludzkim wcieleniem. Nie jest też wcieleniem zwierzęcym, a raczej organicznym, jak ogień (płomień ognia), strumień wody, lub płatki śniegu. Ten wybór nie ma znaczenia (gdyż podejmujemy go tylko po to, by "doświadczyć" życia w formie materialnej, nim rozpoczniemy kolejną inkarnację w ludzkim wcieleniu) i trwa z reguły tak długo jak zapragniemy. Nie musi też odbywać się na Ziemi, możemy udać się na inną planetę (np. wulkaniczną), by jako strumień gorącej lawy doświadczać fizycznych przyjemności przed narodzinami. Wbrew pozorom takie praktyki nie służą tylko przygotowaniu do kolejnego wcielenia, a np... zabawie. Dusze bardzo często udają się na niezamieszkałe planety i na odludne regiony, by po prostu wspólnie dobrze się bawić. Nie zawsze przybywają tam w swej formie duchowej (bezcielesnej), czasem także w postaci lawy, deszczu, powietrza lub śniegu - co kto lubi.




Są też dusze, które decydują się z góry na wybór ciężkiego (pełnego chorób, przemocy i biedy) życia, ale za to krótkiego. Pewien mężczyzna poddany hipnozie opowiedział że w poprzednim wcieleniu zmarł z głodu w wieku 7 lat. "To mi wystarczyło" - powiedział, "szukałem krótkiego, lecz treściwego życia, w którym będę mógł nauczyć się pokory - to właśnie było idealne". Zresztą łatwe i przyjemne żywoty są swoistym "fizycznym odpoczynkiem" dla duszy pomiędzy "trudniejszymi" wcieleniami (pełnymi bólu i psychicznej traumy - może to być np. życie wojownika lub żołnierza, które łączy w sobie przyjemności cielesne z możliwie odniesionymi ranami fizycznymi). "Cięższe" i "trudniejsze" życie powoduje bowiem nasz szybszy rozwój - przyspieszamy na naszej drodze wiodącej ku zjednoczeniu z Bogiem, zaś życie pełne dostatku i wygód - niewiele wnosi w nasz rozwój (bywa więc raczej wytchnieniem "pomiędzy", niźli nagrodą za dobrze przeżyte poprzednie wcielenie). Dusze same więc częściej wybierają te "cięższe" żywoty, pełne codziennej walki o godność i przeżycie (np. ciała kalekie, bardzo chore, zdeformowane lub zmagające się z problemami psychicznymi, uzależnieniami własnymi lub członków rodziny).

Problem polega jednak na tym, że z chwilą narodzin taka dusza (której w postaci eterycznej łatwo przychodzi wybór "ciężkiego" życia, gdyż ona wówczas nie doświadcza bólu fizycznego, a otoczona jest wszechogarniającą Miłością i całkowitą akceptacją jej zamierzeń i celów), żyjąc już w ciele fizycznym, często nie rozumie swojego położenia. Nie rozumie dlaczego Bóg (lub los), tak ją ukarał, dlaczego dał jej tak marne, biedne, kalekie, chore lub pełne biedy i przemocy - życie. Ludzie wówczas o swoje wybory najczęściej oskarżają więc kogo... oczywiście Boga, gdyż nie pamiętają że jedynym winowajcą, do którego mogą mieć jakiekolwiek pretensje, są - oni sami.



PRZYGOTOWANIE DO NOWEGO CIAŁA




Tak więc, gdy podejmiemy już decyzję dotyczącą wyboru kolejnego ciała, udajemy się do grupy naszych przyjaciół, by wspólnie rozważyć wszystkie "za" i "przeciw" naszego nowego życia. Zresztą wszyscy z grupy docelowej danej duszy - znają się doskonale, wiedzą o swoich słabościach i mocnych stronach charakteru, o swych dawnych klęskach i sukcesach, oraz o tym na co powinniśmy uważać w nowym życiu. Nie ma tam niechęci czy zazdrości, pomiędzy członkami grupy panuje Jedność, wyrażająca się w całkowitej akceptacji naszych wyborów i dokonań (nie oznacza to jednak, że nie wyrażają oni swych krytycznych uwag dotyczących naszego zachowania w byłych i przyszłych żywotach, ale zawsze jest to krytyka konstruktywna, zmierzająca do wspólnego poradzenia sobie z owym problemem, a nie w celu upokorzenia nas, lub wyśmiania naszych porażek, jak to często ma miejsce za życia). Nie zawsze jednak tylko omawiamy przyszłą inkarnację w gronie przyjaciół z "naszej paczki". Niekiedy przybywają członkowie innych grup, ci, którzy wybrali ciała, które w przyszłym życiu będą miały wpływ na korelacje z naszym ciałem. Gdyż nie tylko my mamy coś wynieść z nowego życia, ale także nowe wcielenie jest nauką dla innych dusz i nie tylko tych z naszej grupy. Wszyscy mamy się czegoś nauczyć, każdy (raczej) czegoś innego.

Gdy więc wspólnie ustalimy wszystkie "za" i "przeciw", oraz wyjaśnimy wątpliwości, udajemy się z tymi duszami, z którymi będziemy wchodzić w bliższe lub dalsze interakcje za życia, do specjalnego miejsca, w którym musimy wysłuchać ostatniej przed narodzinami... przemowy. Wchodzimy (raczej wpływamy) do dużego "audytorium" z podium na samym środku. Podium to przynależne jest tylko naszej grupie dusz, z którymi mamy się narodzić i wspólnie żyć. Są też i inne "podia" i inne grupy dusz, które słuchają swych własnych mówców. Istoty które na owym podium do nas przemawiają, udzielają nam ostatnich osobistych wskazówek. Dają nam znaki, byśmy mogli się "rozpoznać" za życia, oraz udzielają szczegółowych wskazówek - tych które nie zostały nam pokazane podczas przeglądania przez nas nowego życia. Znaki dotyczyć będą najróżniejszych fizycznych i materialnych szczegółów, jak choćby mimika twarzy danej osoby, szczególny rodzaj śmiechu lub ulubiony wisiorek noszony na szyi "nagle" napotkanej na ulicy osoby. Ale głównym miejscem w którym rozpoznać możemy bliską nam duszę (np. Bratnią Duszę), są oczy. Nie na darmo mówi się że to właśnie oczy są zwierciadłem duszy.

Te wszystkie znaki są ważne (nawet bardzo ważne), ale należy pamiętać, że my nie musimy wcale im ulegać. Nawet jeśli nie pójdziemy za "głosem" owej wskazówki, nie oznacza to dla nas katastrofy życiowej, po prostu nasze życie będzie... inne - czy lepsze czy też gorsze, trudno orzec. Być może nie będzie tak intensywne jak wówczas, gdybyśmy ów "sygnał ostrzegawczy" w porę dostrzegli. Zresztą do wydarzeń z naszego życia nie powinniśmy podchodzić w sposób ściśle analityczny. Wiele z naszych decyzji podejmujemy pod wpływem osobistego przeczucia, czyli instynktu. Powinniśmy im ulec i dać się im ponieść. Powinniśmy czerpać garściami wszelkie wrażenia, jakie niosą ze sobą chwile naszego życia. Zdarzają się błędy które popełniamy w życiu, ale nawet one nie są "czasem straconym", gdyż każdy z owych "błędów" uczy nas i wzmacnia, a przede wszystkim stanowi doskonały impuls do dalszego rozwoju. Gdy w naszym życiu ma się zdarzyć jakiś szczególnie ważny i przełomowy moment, to z reguły i tak się zdarzy. Wszystkie alternatywne wydarzenia z naszego życia, zostały przez nas "obejrzane" i omówione. Teraz my tylko decydujemy w jakim kierunku potoczą się nasze losy, którą z alternatyw wybierzemy i czy nasze życie przeżyjemy na tyle dobrze, by czuć się spełnionymi, a jednocześnie nie krzywdzić innych dusz, wchodzących z nami w interakcje.




Gdy więc już wysłuchamy mowy dla nas (i dusz z nami inkarnujących) przeznaczonej, udajemy się na kolejne spotkanie, do miejsca w którym byliśmy zaraz po śmierci (opisałem je we wcześniejszych tematach) - do "Rady Starszych" (czyli "Założycieli"). Tam po raz ostatni zapytują nas czy jesteśmy zadowoleni z wybranego przez nas życia, oraz przypominają o wytrwałości w dążeniu do wcześniej wypracowanych założeń, a także podkreślają korzyści z trzymania się ściśle określonego systemu wartości. To jest już ostatnia mowa przed narodzinami, po jej zakończeniu Założyciele przesyłają nam potężną dawkę pozytywnej energii, jako swoisty "prezent urodzinowy" i proszą byśmy starali się pohamować nasze negatywne uczucia, które pojawią się wraz z otrzymaniem fizycznego ciała. Pewien mężczyzna poddany hipnozie, tak wyraził się o owym spotkaniu ze "Starszymi" (Założycielami): "Gdy jestem przed obliczem tych wyjątkowych istot, na myśl przychodzi mi źródło wszelkiego stworzenia". Założyciele - jak wspomniałem wcześniej, otoczeni są niezwykle jasnym światłem, emanuje od nich zrozumienie i szacunek dla wszelkich naszych błędów i wypaczeń, oraz niekończąca się Miłość dla nas, jako indywidualnych bożych istot. Są bezpośrednią emanacją samego Źródła. Jedyna różnica (między Nimi a Bogiem) polega na fakcie obdarzenia ich indywidualizmem (Wolną Wolą). Co ciekawe - przybierają oni niekiedy również określoną płeć, choć nie ma to dla nich większego znaczenia i nie przywiązują do tego większej wagi.

Po opuszczeniu miejsca w którym po raz ostatni wysłuchaliśmy Założycieli, z powrotem udajemy się do naszej grupy przyjaciół by wspólnie oczekiwać "przydzielenia" do wybranych wcześniej ciał. Czas "oczekiwania" wykorzystujemy na wzajemne psoty, żarty i przekomarzania. Po raz ostatni (przed narodzinami) cieszymy się wszechwiedzą nabytą na "Tamtym Świecie", oraz żegnamy się z przyjaciółmi mówiąc: "Do zobaczenia" (są też figlarze, którzy dodają do tego - "...po śmierci" 🤭). Humor i figle mają ukryć prawdę, którą jest niechęć do ponownych narodzin i opuszczania "naszej paczki". Oczekujemy więc na "pierwszy szkolny dzwonek", który ponownie pozwoli nam udać się do "szkoły". Szkoły zwanej Ziemią.


CDN.

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...