WYŚWIETLENIA

19 grudnia 2025

POLSKA IDEA IMPERIALNA - Cz. I

BROSZURA WYDANA w 1938 r.
POD EGIDĄ "POLITYKI"




Jej autorami byli Adolf Maria Bocheński - pisarz i publicysta,jeden z najświetniejszych umysłów Międzywojnia (opracował zagadnienia polityki zagranicznej), Aleksander Bocheński, Stanisław Skwarczyński i Kazimierz Studentowicz. Broszura pod nazwą "Polska idea imperialna", wydana we wrześniu 1938 r., obejmowała szereg zagadnień związanych z polityką międzynarodową, polityką rolną, kwestią mniejszości narodowych oraz kwestiami związanymi z wyborem najlepszego ustroju politycznego dla Polski. Szczególnie ciekawe są też zagadnienia Adolfa Bocheńskiego, odnośnie polityki jaką powinna uprawiać Polska w stosunku do Berlina i Moskwy. Tytuł owej broszury nawiązuje do koncepcji mocarstwowych, do których dążyły elity tamtej Polski, a to oznacza że będzie również odniesienie do kolonii jakie Polska w tamtym czasie chciała zdobyć w (Afryce lub Ameryce Południowej). Oczywiście koncepcja Polski mocarstwowej była tematem dość złożonym i opierała się na kilku filarach. Jednym z nich była wizja federacyjna Józefa Piłsudskiego z lat 1919-1920 która upadła wraz z podpisaniem pokoju z Sowietami w Rydze w marcu 1921 r. Drugim filarem była koncepcja Międzymorza, czyli związku państw Europy Środkowej zjednoczonych pod polskim przewodem (jednak na zasadzie "Primus inter pares") w celu wspierania wspólnych interesów tej części Europy. Trzecim filarem była właśnie koncepcja kolonialna, czyli dążenie do zdobycia przez Polskę kolonii zamorskich i rozpoczęcia polskiej emigracji na te nowe ziemie.






Czwartym filarem była koncepcja uczynienia z Wojska Polskiego realnego filaru bezpieczeństwa dla całego regionu (budżet przeznaczony wówczas na Armię dochodził do... 30% wydatków, w dzisiejszych czasach rzecz wprost nie do pomyślenia gdy większość państw NATO nie jest w stanie wydać dwóch procent swego budżetu na własne armie), a poza tym pozycja żołnierza i oficera w polskim społeczeństwie była wówczas bardzo wysoka i bardzo ceniona, a wojsko było chlubą całego narodu, było emanacją nie tylko siły państwa ale również przetrwania narodu (również silny szacunek do wojska był wówczas wyznawany w Niemczech, gdzie odrodzenie Wehrmachtu było uważane za zbawienne dla niemieckiego narodu, ale w przeciwieństwie do Polaków Niemcy po utracie armii na polach bitew, byli w zasadzie skazani na łup zwycięzców, natomiast my poza armią mieliśmy również doświadczenia powstańcze, czego przykładem był fakt że z chwilą ustania walk w październiku 1939 r. natychmiast zaczęły się tworzyć podwaliny armii podziemnej). Piątym filarem była koncepcja Prometeizmu i roli Polski jako swoistego Herkulesa, który doprowadzi narody żyjące pod rosyjskim i sowieckim jarzmem (Ukraina, Białoruś, narody Kaukazu, Kazachstan) z powrotem do wolności. Do tego dochodziły jeszcze kwestie związane z bezpieczeństwem europejskim w oparciu o Ligę Narodów (mało popularne), oraz koncepcje bezpieczeństwa tworzone przez obóz narodowy (Narodową Demokrację). 





A jak to wyglądało w broszurze z 1938 r.? Oto odpowiedź:



POLSKA IDEA IMPERIALNA
(1938)




I
ZAŁOŻENIA IDEOWE


W dążeniu do możliwie pełnego zaspokojenia swych potrzeb duchowych i fizycznych, łączy się człowiek w organizacje polityczne, gospodarcze i religijno-kulturalne. Nie ma jednak organizacji bez hierarchii i związanej z nią zależności jednych osób od drugich. Rozluźnianie więzów hierarchicznych jest związane z upadkiem organizacji i utratą związanych z nią korzyści. Nie może istnieć państwo bez silnego rządu, kościół bez dogmatów, przedsiębiorstwo bez indywidualnej inicjatywy i odpowiedzialności. Źródłem rozluźnienia organizacyjnego może być jednakże nie tylko niechęć jednostek do poddania się koniecznym rygorom organizacyjnym, ale również nadużycia władzy.

Nie może istnieć państwo bez silnego rządu. Jednym z zasadniczych celów państwa jest zapewnienie społeczeństwu bezpieczeństwa przed gwałtem fizycznym zarówno na zewnątrz, jaki w stosunkach wewnętrznych. Jednostka rezygnuje z cząstki swej wolności żeby tą drogą uzyskać w rezultacie jeszcze większą wolność. Cel zostaje jednak w samym zarodku zniweczony, gdy jednostki sprawujące władzę polityczną, zaczynają jej nadużywać, ograniczając wolność jednostek ponad istotne potrzeby państwa, a nawet wbrew oczywistym tego państwa interesom. Dlatego też równolegle z utworzeniem silnej hierarchii rządowej, muszą istnieć dostateczne gwarancje chroniące wolność jednostki przed niczym nieuzasadnionymi ograniczeniami ze strony tego rządu.

Główną podstawą wzrostu bogactwa społecznego jest podział pracy oraz gromadzenie przez jednostki cieszące się specjalnymi uzdolnieniami większych kapitałów umożliwiających im zakładanie i prowadzenie przedsiębiorstw. Poddanie się jednak rygorom systemu kapitalistycznego ma sens, jak długo przedsiębiorca zużywa rosnące w jego rękach zyski nie na cele luksusowej konsumpcji, lecz na wciąż nowe inwestycje produkujące artykuły pierwszej potrzeby dla szerokich mas ludności i zapewniające tym masom odpowiednie źródło zatrudnienia. Tą drogą dokonuje przedsiębiorca ponownej, społecznie sprawiedliwej repartycji nierównomiernie narastających zysków. System indywidualnej przedsiębiorczości traci jednak sens, gdy przedsiębiorca traktuje swój kapitał nie jako złożony w jego ręce depozyt społeczny, leczy jako swą wyłączną własność, z którą ma prawo postępować w sposób zupełnie dowolny. Dlatego też równolegle z władzą gospodarczą przedsiębiorców muszą istnieć gwarancje chroniące społeczeństwo przed nadużyciem tej władzy.


POCZĄTEK lat 90-tych XX wieku
DZIKI KAPITALIZM W POLSCE



Bez silnego rządu nie można sobie wyobrazić sprężystej i zdolnej do trwania organizacji politycznej. Bez indywidualnej inicjatywy i odpowiedzialności nie ma mowy o sprawnej organizacji gospodarczej. Zupełnie inaczej przedstawia się jednak sprawa z gwarancjami, mającymi na celu ochronę jednostki przed nadużyciami władzy politycznej i gospodarczej. System tych gwarancji jest zmienny w zależności od miejsca, czasu oraz tradycji narodowych. Jak sobie ten system wyobrażamy w konkretnych warunkach życia polskiego, nad tym będziemy się zastanawiali w dalszych rozdziałach. W tej chwili pragniemy tylko zwrócić uwagę na okoliczność o decydującym znaczeniu, a mianowicie, że jakikolwiek system gwarancji byśmy sobie wyobrazili, to nie będzie on funkcjonował i w końcu zwyrodnieje, jeżeli nie będzie przepojony światopoglądem zdolnym do utrzymania tego systemu w położeniu równowagi. (Otóż to, każdy system czy to polityczny czy gospodarczy czy jakikolwiek inny wcześniej czy później się zdegeneruje, jeśli zostanie pozbawiony możliwości kooptacji ludzi i inicjatyw, nie należących pierwotnie do partycypującej w jego zyskach elity, natomiast dzięki swojej inteligencji i własnej ciężkiej pracy, przewyższających osiągnięcia owych elit).

Najbardziej istotną cechą dzielącą różnego rodzaju światopoglądy jest ich stosunek do władzy posiadanej przez człowieka nad swym otoczeniem. Cóż pomogą jakiekolwiek gwarancje praw obywatelskich w społeczeństwie przepojonym światopoglądem bizantyjskim, a zatem światopoglądem nie usiłującym w ogóle przeciwstawić się nadużyciom władzy, lecz wpajającym od setek lat zasadę uległego poddania się wszelkim tej władzy kaprysom. W jakiej mierze mogą usunąć wyzysk społeczny ograniczenia inicjatywy gospodarczej jednostek w społeczeństwie przepojonym światopoglądem, który tak czy owak spycha zaspokajanie potrzeb jednostek na szary koniec swych zainteresowań. Martwymi są wszelkie gwarancje przeciwko nadużyciom władzy, za którymi nie stoi idea gwarancje te ożywiająca; idea wytryskująca z tradycji i kultury narodu; idea działająca nie przymusem fizycznym lub materialnym, lecz sprawująca straż nad duszą każdego człowieka i zmuszająca go do odpowiedniego postępowania.

W nicości wszelkich gwarancji przeciwko nadużyciom siły politycznej i gospodarczej, gwarancji nie popartych wielką ideą moralną, wyraża się prymat ducha nad materią. Dlatego też najwyższą ze wszystkich form władzy jest władza moralna. Panowanie określonych idei moralnych decyduje w ostatnim rzędzie o sposobie sprawowania władzy politycznej i gospodarczej jednych ludzi nad drugimi. Stąd najgroźniejszym objawem, jaki może wystąpić w społeczeństwie, jest wypaczenie tych idei moralnych, od których zawisło funkcjonowanie całokształtu ustroju społecznego. Ideami tymi są poglądy na cele życiowe jednostki oraz narodu, do którego jednostka ta należy.

Istnieją jednostki i obozy myślące i działające w Polsce tak, jakby się Ona dopiero wczoraj narodziła, nie bacząc, że posiadamy przecież za sobą tysiącletnią kulturę narodową i że kultura ta jest na wskroś katolicką. Nie wynika stąd, ażeby na kulturze tej nie tworzyły się obce naleciałości, od których należy ją czyścić, jak również ażeby nie podlegała ona schorzeniom, głębokim nawet i bardzo niebezpiecznym. Oznacza jednak, że pragnąc odrodzić polski ruch narodowy nie trzeba tworzyć niczego na nowo, lecz tylko sięgnąć do jego czystych form, zupełnie jasno naszymi dziejami określonych.

Katolickość naszej kultury narodowej decyduje o jej zachodnim charakterze odwracając nas zdecydowanie od kultury Wschodu. W stwierdzeniu, że nasza kultura narodowa jest na wskroś katolicką tkwi jednocześnie całkowita odpowiedź na pytanie światopoglądowe. Szczere stanięcie na gruncie katolicko-narodowym nie pozostawia miejsca na dalsze dyskusje co do przeciwstawności czy też zgodności celów ludzkich interesów jednostki i społeczeństwa, narodu i państwa, czy też w końcu państwa i ludzkości.

Nauka katolicka i tym samym katolicki ruch narodowy stawia bezkompromisowo rozwój osobowości ludzkiej na czele wszelkich celów ludzkich. Nauka katolicka określa równocześnie najwyższe prawo jednostki do rozwoju swej osobowości w sposób harmonizujący to prawo z celami wszelkiego rodzaju zbiorowości ludzkich, obojętnie czy to będzie rodzina, naród, państwo czy też w końcu ludzkość cała. Katolicki światopogląd rozwiązuje wszelkie sprzeczności uznając w człowieku istotę nieśmiertelną, stworzoną na obraz i podobieństwo Boga, której celem jest stałe dążenie do doskonałości. Budzi on w człowieku sumienie i zmusza do unikania wszystkiego co by to sumienie gwałciło. Tępi wyrachowany egoizm będący płodem ograniczonego rozumu ludzkiego; hartuje wolę w walce z własnymi ułomnościami; tworzy jednym słowem najdoskonalszy z punktu widzenia społecznego typ człowieka, człowieka, który sprawując jakąkolwiek władzę, posiada wewnętrzne hamulce przeciwko jej nadużywaniu; podlegając zaś władzy nie ścierpi obojętnie jej nadużyć, albowiem rodzą one w nim bunt moralny, pobudzający do oporu przeciwko tym nadużyciom; w oporze tym dodaje mu w końcu niespożyte zasoby odwagi i energii działania, wskazując zwalczanie wszelkiego zła jako najwyższy cel życiowy i najprostszą drogę do doskonałości.

Katolicki światopogląd wyłącza sprzeczność celów jednostki i społeczeństwa, ponieważ nakazuje w każdej kolizji stawiać wyżej cele społeczne, poczynając od rodziny a na ludzkości skończywszy. Podobnie jak stawia on rozwój osobowości ludzkiej jako cel najwyższy, tak samo uznaje on prawo każdego narodu do własnego życia państwowego względnie nakazuje narodowi w państwie panującemu szanować obce mu mniejszości. Katolicki światopogląd sprzeczny jest tym samym nie tylko z wszelkim egoizmem prywatnym, ale i z egoizmem narodowym, i przyznając narodowi prawo do własnego państwa, nie uznaje rozszerzenia własnej państwowości kosztem obcych narodów. Przeciwnie, pojmuje własną państwowość jako narzędzie narodowe w podnoszeniu nie tylko bytu własnego, ale i bytu całej ludzkości.




W tym położeniu geograficznym co Polska, może istnieć tylko naród wielki, mocarstwowy, o własnej odrębnej kulturze, promieniującej potężnie na zewnątrz i zdolnej do stworzenia wału ochronnego przeciwko naporowi idącemu równocześnie ze Wschodu i z Zachodu (dokładnie, w naszym regionie Europy nie może istnieć inne państwo, jak tylko duże i silne, wiedzieli o tym twórcy Unii z Litwą z 1385 r., wiedział o tym również Marszałek Piłsudski, który mówił otwarcie "Albo Polska będzie wielka, albo nie będzie jej wcale - stany pośrednie są tymczasowe"). Dzieje wskazują, że Polska tego rodzaju odrębną kulturę stworzyć potrafiła. Odrębność i atrakcyjność polskiej kultury narodowej polegała właśnie na urzeczywistnianiu nie tylko w prywatnym życiu jednostek, lecz i w działaniu politycznym państwa ideałów chrześcijańskich. Pod tym względem wyprzedziła Polska cały Zachód Europy. Nie ogniem i żelazem, ale tolerancję religijną i narodową budowała Polska swą potęgę na Wschodzie Europy, sięgając od Bałtyku po Morze Czarne. Zupełnie inaczej wyglądałyby dzieje tej części świata, gdyby niestety polska kultura narodowa nie zaczęła ulegać degeneracji, która w końcu doprowadziła państwo do zguby.

Wspomnieliśmy już, że najgroźniejszym objawem, jaki może wystąpić w społeczeństwie, jest wypaczenie tych idei moralnych, od których zawisło funkcjonowanie całokształtu ustroju społecznego. Jednym z najbardziej tragicznych przykładów tej wielkiej prawdy stały się losy państwa polskiego. Od chwili bowiem kiedy Polska zaczęła się sprzeniewierzać swej misji dziejowej na Wschodzie Europy, na skutek zwyrodnienia idei narodowej i katolickiej w społeczeństwie, zaczął się jej upadek. Odrzucane przez nacjonalizm poglądy słabości, bierności, egoizmu i bezwładu, zostały z biegiem czasu najbezwstydniej wyzwolone właśnie w nacjonalistycznych formach i pozorach. Z nadmiaru troski o wolność szlachecką doprowadzono do poniewierki władzy królewskiej. Przywiązanie do ziemi ojczystej i pracy na niej zaczęto wyrażać w pogardzie dla innych stanów oraz przez uporczywe odmawianie wszelkich praw do tej ziemi chłopom. Oddanie idei katolickiej posunięto do ciasnej bigoterii i niewyrozumiałości dla obcych przekonań religijnych. Na naszą korzyść trzeba tylko przyznać, że objawy degeneracji kulturalnej nie posunęły się w Polsce tak daleko, jak w wielu innych krajach. Fatalne jej następstwa były w znacznej mierze wynikiem naszego specyficznego położenia pomiędzy dwoma stale rosnącymi w potęgę imperiami. Tak samo długa agonia państwa polskiego świadczy o spoistości jego pierwotnych więzadeł oraz sile atrakcyjnej jego zasadniczych cech kulturalnych.




W długiej walce o niepodległość musiał naród polski przejść proces oczyszczający jego kulturę od czynników rozkładu. 
Szereg pokoleń musiało pędzić swe życie w rozpamiętywaniu błędów swych ojców, aż w końcu obecnie żyjącemu pokoleniu było dane doczekać się spełnienia marzeń o wolnym bycie państwowym (jakże szybko bo przecież już dzieci tych, którzy tak radośnie szli w kierunku utrzymania stanu rozkładu Rzeczpospolitej XVIII-wiecznej, którzy w Targowicy widzieli obronę Polskiej praworządności, potem, gdy już polski nie było na mapach, ich dzieci a szczególnie wnuki, rzucili się w wir wojen i powstań aby odrodzić tę dawną Polskę, do której upadku niewątpliwie przyczynili się ich ojcowie i dziadowie). Odzyskanie najdroższego dobra narodowego, jakim jest własne państwo, jak gdyby zamknęło epokę heroizmu narodowego. Ale jest to złudzenie. Pod pozorną szarzyzną codziennego życia biją siły nowe, młode, niespożyte, który dawny ideał odzyskania niepodległości potrafią zastąpić ideałem utrwalenia bytu i rozszerzenia potęgi Rzeczypospolitej. Jesteśmy skazani na wielkość i albo wielkość tę zdobędziemy lub się w niwecz obrócimy.


OSTATNIE MIESIĄCE POWSTANIA STYCZNIOWEGO 1863-1864 

(Ci ludzie wówczas przegrali, ale z ich poświęcenia i krwi narodzili się mściciele polskiej sprawy, którzy od 1914 r. walczyli o Niepodległą i ostatecznie wywalczyli Ją w roku 1918, a w 1920 zadali klęskę sowieckiej Armii Czerwonej, ratując Europę od czerwonego Mordoru i jednocześnie ugruntowując istnienie Polski Niepodległej)



Musimy dlatego być narodem imperialnym, prężnym inicjatywą i wolą ekspansji. Tak jak niegdyś stoją przed nami nieograniczone wprost możliwości. Ale Imperium Polskie może powstać w tym punkcie geograficznym, w którym nas Opatrzność postawiła, tylko pod warunkiem nadania mu absolutnie odmiennego charakteru od dwu sąsiadujących z nami imperiów. Tak jak przed setkami lat zaczniemy rosnąć w siłę i znaczenie, kiedy wrócimy do czystej krynicy naszej kultury narodowej; kultury wnoszącej do atmosfery przepojonej pruską butą i rosyjskim barbarzyństwem świeży powiew wielkiego posłannictwa dziejowego; posłannictwa polegającego na ułożeniu współżycia ludów Europy środkowo-wschodniej na podstawach chrześcijańskiej kultury narodowej. Musimy podjąć naszą dawną misję historyczną w odmiennych wprawdzie warunkach i wymagających odmiennych form politycznych, ale opierających się na tych samych założeniach ideowych i kierując się duchem tej samej tolerancji narodowej i religijnej. Nasze wielkie posłannictwo dziejowe rozbiło się już raz w przeszłości na skutek nieumiejętności do zorganizowania siły zdolnej do odparcia obcego najazdu. Błędu tego po raz drugi nam powtórzyć nie wolno.

(Dlatego też w II Rzeczypospolitej wojsko stało się emanacją Narodu, było uważane za siłę państwa i naturalnych praw Narodu do życia i do istnienia zgodnie z własną wolą; nic więc dziwnego że wojsko było bardzo liczne i do lat trzydziestych XX wieku zajmowało czwartą pozycję w Europie i siódmą na Świecie pod względem liczby dywizji. Zupełnie inaczej było w czasach Wielkiej Rzeczpospolitej, gdy wojsko było nieliczne, gdyż szlachta niechętnie płaciła na jego pobór i wyposażenie; czyniła to tylko wówczas, gdy zachodziła jakaś istotna potrzeba wojenna - zagrożenie najazdem lub chęć odzyskania utraconych ziem. W XVIII wieku doszło zaś do takiej patologii i paraliżu państwa, że wojska praktycznie nie było w ogóle a sejm nie był w stanie uchwalać praw dotyczących całego kraju, gdyż liberum veto blokowało wszelkie tego typu zamierzenia. Ustawy wprowadzano tylko na sejmikach, gdzie veto nie obowiązywało, ale dotyczyło to tylko danej ziemi lub ewentualnie województwa, czyli mieliśmy do czynienia z powrotem do rozbicia dzielnicowego; zaś obrady sejmu ochraniało wojsko rosyjskie a posłowie niby niepodległego kraju... przysięgali wierność carycy Katarzyny II. Jeśli to nie była patologia to doprawdy nie wiem co mogłoby nią być. Aby uniknąć więc tych samych błędów II Rzeczpospolitą zbudowano na odmiennych fundamentach, na idei niepodległego bytu utożsamianego z wybudzeniem Narodu z 50-letniego letargu {lata 1864-1914 były bowiem powolną próbą rusyfikacji Polski częściowo niestety udaną o czym świadczyła niechęć ludności Kongresówki wobec wkraczających z Galicji Legunów} i z ogromną daniną krwi, jaką Naród ów zapłacił najpierw służąc w Legionach a następnie w odtworzonym po 1918 r. w Wojsku Polskim i w wojnie z bolszewikami o przetrwanie).






Tylko w umiejętnym pogodzeniu ideałów katolickiej kultury narodowej z potęgą ramienia potrafimy stworzyć niezwyciężony wał, w oparciu o który mniejsze względnie młodsze narody tej części świata, w której żyjemy, znajdą warunki bezpiecznego bytowania. Najgłębiej zrozumiał i najgenialniej w życie zaczął wdrażać idę tę Józef Piłsudski. Dlatego też po zrealizowaniu pierwszego celu swego życia, jakim było odzyskanie niepodległości, cały swój geniusz poświęcił stworzeniu tych dwu absolutnie nieodzownych warunków bytowania i ekspansji: ładu wewnątrz kraju oraz siły na zewnątrz. W realizacji tych dwu zadań dbał jednak o to, aby równocześnie zachowane zostały warunki rozwoju dla wszystkich wartościowych elementów naszej kultury narodowej. Swe dyktatorskie stanowisko wykorzystywał tylko o tyle, o ile to było koniecznym dla rzucenia nowych fundamentów pod budowę państwa, działając poza tym w granicach prawa i odwołując się do honoru narodu. Przykładem swym uczył, że państwem nie może rządzić niczyj kaprys ani też żądza zemsty, ale honor i prawo. Tę świętą spuściznę musimy podjąć w zbiorowym wysiłku po Nim dziś, kiedy Go już nie stało między nami. Z rzuconego Jego ręką ziarna musi wzrosnąć wspaniałe drzewo odrodzonego polskiego nacjonalizmu, zdolnego zbudować nowe Polskie Imperium (Marszałek Józef Piłsudski nigdy nie był nacjonalistą i daleko mu było do takich stwierdzeń, aczkolwiek rozumiem że słowo: "odrodzony polski nacjonalizm" zostało użyte tutaj w innym kontekście niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Piłsudski zaś był reprezentantem idei dawnej Rzeczpospolitej, w której łączono w sobie wiele elementów narodowych aby powstał jeden element państwowy: Rzeczpospolitanin). Imperium niosące ludom z nami sąsiadującym wolność i braterstwo w miejsce ucisku i strachu.




W tym też celu Polska musi mieć silną armię stojącą z dala od rozgrywek politycznych oraz niezależną politykę zagraniczną - niezależną zarówno od przetargów partyjnych jak i od zakusów obcych potęg. Siłę zaś wewnętrzną może Polsce zapewnić jedynie realizacja następujących haseł:

  1. Etyki katolickiej w życiu publicznym i prywatnym.
  2. Dopuszczenia najszerszych mas ludowych do współudziału w ustawodawstwie i kontroli rządu, przy jednoczesnym zachowaniu silnej i sprężystej władzy wykonawczej.
  3. Tępienia egoizmów klasowych. Polityka gospodarcza winna zmierzać do unarodowienia i pełnego wyzyskania wszystkich sił produkcyjnych Polski, w szczególności wszystkich zdolnych do pracy rąk ludzkich oraz usunięcia rażących różnic społecznych. Zadanie to nie jest możliwe do spełnienia bez ingerencji państwa, zmierzającej do podporządkowania tak ujętej polityce wszystkich partykularnych grup interesów.
  4. Zgodnego współżycia z mniejszościami słowiańskimi.
  5. Stopniowego usuwania nadwyżki mniejszości żydowskiej bez pogromów (temu chociażby celowi służył program odrodzenia państwowości żydowskiej w Palestynie - wówczas zdominowanej przez ludność arabską i kontrolowanej przez Brytyjczyków. Strona Polska w latach 30-tych mocno naciskała na Brytyjczyków, aby ci zezwolili ludności żydowskiej na przybywanie do Palestyny i tworzyli dla niej autonomiczne sektory w których tamci mogliby kultywować swoją tradycję i religię. Wspierano również tworzenie żydowskich organizacji paramilitarnych, jak choćby Betaru Władimira Żabotyńskiego, który był sformowany dokładnie na kształt Legionów Piłsudskiego {wysyłano do Palestyny również ogromne ilości uzbrojenia, jeszcze we wrześniu 1939 r. w Warszawie były magazyny wyładowane bronią, która miała zostać wysłana do Palestyny, aby wesprzeć tamtejsze żydowskie bojówki}. Poza tym polsko-żydowska komisja w 1937 r szukała dogodnego miejsca pod ewentualną przyszłą kolonizację żydowską i na ten cel wybrano Madagaskar, który wówczas należał do Francji. Nie udało się jednak doprowadzić do masowej emigracji Żydów ani do Palestyny ani na Madagaskar przed 1939 r. {Żydzi nie chcieli wówczas wyjeżdżać ani z Polski ani z Europy}, a szkoda, bo gdyby to się udało, to nie doszłoby do Holokaustu i potwornych niemieckich zbrodni na ludności żydowskiej).

CDN.

DZIŚ NAM POTRZEBA NOWEJ SANACJI!

POTRZEBA JAK DIABLI




Być może takie hasło mocno zniesmaczy (łagodnie mówiąc) wszelkiej maści libków, komuchów starej i nowej daty, oraz zwolenników dmowszczyzny (czy też jej korwinowsko-braunowskiej odnogi), ale tak, tak właśnie uważam - dziś potrzebujemy silnej partii a raczej silnego stronnictwa kilku partii sanacyjnych, partii reformy i naprawy kraju oraz wykorzystania naszego położenia geopolitycznego i strategicznego w obecnej wojennej sytuacji na naszej wschodniej granicy. Oczywiście są to jak na razie pobożne życzenia, gdyż niczego takiego na politycznym horyzoncie nie widać, a PiS, który jak dotąd pełnił funkcję "naprawiacza" kraju, okazał się co najwyżej (i to w najlepszym tego słowa znaczeniu) grupą rekonstrukcyjną Sanacji (chociaż ja osobiście uważam że to jest bardziej jej parodia). Po Prawie i Sprawiedliwości już niczego szczególnego się nie spodziewam (to znaczy żadnych konkretnych i zdecydowanych reform, aczkolwiek biorąc pod uwagę konkurencję polityczną tej partii, to tutaj w zasadzie nie ma o czym rozmawiać, gdyż obecne "stronnictwo rządzące" - czyli mówiąc prosto, totalna folksdojczeria {mniejsza lub większa} nie nadaje się nawet na to żeby zasiadać w Sejmie w roli opozycji, a co dopiero rządzić krajem. Co zaś się tyczy obu Konfederacji, to też mam co do tego bardzo sceptyczne zdanie). Jest to jednak sytuacja wybitnie toksyczna, nie może być bowiem tak, aby partia rządząca nie miała dla siebie żadnej pozytywnej alternatywy, w postaci silnej partii opozycyjnej. Nie totalnej a kontrolnej, nie zapatrzonej na obce stolice, a słuchającej głosu obywateli (obywateli, a nie fanatyków, w tym ludzi pełnych nienawiści - co częstokroć można spotkać na różnych forach). Niestety jak na razie takiej politycznej alternatywy nie ma (oczywiście ja nie postrzegam ani PiS-u ani obu Konfederacji jako mniejszego zła w porównaniu z tym, co jest obecnie u władzy, natomiast trzeba pamiętać że PiS z tym kierownictwem które ma obecnie, niczego więcej nie osiągnie i jeśli Jarosław Kaczyńskiemu realnie zależy na przyszłości Polski, to musi powiedzieć sobie jasno - jego czas się skończył i tyle, podobnie jest w Konfederacji Mentzena który dla mnie jest pomyłką, wolałbym aby tą partię kierował Krzysztof Bosak, natomiast co się tyczy Grzegorza Brauna to mówcie co chcecie, ale dla mnie on jest influencerem politycznym a nie politykiem i realnie nie dąży do jakiejkolwiek zmiany, tylko do pajacowania i przyciągania młodych ludzi, dla których polityka to właśnie takie performersy) i nie widać aby w najbliższej przyszłości miało się coś takiego objawić. A silna partia sanacyjna jest bardzo potrzebna. Tym bardziej teraz, kiedy naprawdę mamy swoje 5 minut.

I przyznam się szczerze że los dał nam duży atut w postaci obecnego prezydenta Karola Nawrockiego (co do którego niekiedy miałem różne pretensje - jak choćby wtedy, gdy przedłużył dotychczasowe przywileje dla Ukraińców w Polsce - ale z czasem okazało się że kierowałem się zbyt pochopnymi opiniami, często emocjonalnymi, co bardzo nie służy politycznej logice). Uważam że ten człowiek - jako jedyny - obecnie w Polsce jest w stanie zjednoczyć cały obóz patriotyczny i stanąć na jego czele jako nieformalny lider. Celem musi być bowiem totalna naprawa państwa polskiego, a usunięcie z Pałacu Prezydenckiego tego żałosnego mebla, tego stołu "bez kantów", symbolu III RP żałosnego polskojęzycznego państewka, które z Polską miało tyle wspólnego, co wyrób czekoladopodobny z czekoladą - jest pierwszym jawnym czynem ku temu poczynionym (a liczą się tylko i wyłącznie czy, gdyż nawet najpiękniejsze słowa są niczym, jeśli nie pójdę za nimi zdecydowane działania). Bardzo bym chciał również, aby pan prezydent Karol Nawrocki stał pierwszym prezydentem odrodzonej Polski (czy Ją nazwiemy IV RP czy ją nazwiemy jakąś inaczej, to już semantyka, ale to musi być silne państwo Narodu Polskiego, odwołujące się do najlepszych tradycji II Rzeczpospolitej i do sławetnych tradycji Wielkiej Rzeczpospolitej, czerpiące z niej wzorce, ale przede wszystkim budujące swoją własną przyszłość na świecie), do tego jednak potrzebna jest zmiana konstytucji i wprowadzenie systemu prezydenckiego. Uważam nawet że byłaby szansa aby ponownie przyjąć Konstytucję z roku 1935, oczywiście należałoby wprowadzić tam pewne niewielkie zmiany, które są niezbędne z racji minionych 90 lat) i wreszcie odesłać w polityczny niezbyt tę żałosną "konstytucję Kwaśniewskiego" z 1997 r. która jest zbiorem tak niepełnych i często ze sobą sprzecznych zapisów, że mogła powstać tylko w państwie słabym, państwie tworzonym przez układy postkomunistów i postsolidaruchów (ale oczywiście tylko tych nomenklaturowych, którzy w Magdalence pili wódkę z komuchami, a potem się z nimi dogadywali przy okrągłym stole naszym kosztem) którym wzajemnie to odpowiadało.






Musimy zmienić kraj dla naszej przyszłości, spowodować aby zniknęła mentalność niewolnicza, która obecnie jest dominująca wśród tzw "polskiej elity" (polskiej?). Jeżeli bowiem nie uwierzymy że coś możemy uczynić, to choćbyśmy podjęli się takiej pracy, nie będzie żadnego efektu, lub zgoła żałosny (tak jak żałosna teraz wydaje się cała ta III RP). Słyszałem kiedyś o pewnym bokserze, który był niezwykle silny, wysoki i potrafił wygrywać wiele walk przez nokaut, ale miał jedną wadę - był bardzo słaby psychicznie i gdy przed walką jego trener (albo ktokolwiek z jego otoczenia) powiedział mu, że jego przeciwnik jest nie do pokonania, to ów bokser (chociaż był od tamtego silniejszy) taką walkę przegrywał. Przegrywał, ponieważ przegrał ją już wcześniej w swojej głowie, jeszcze przed wyjściem na ring. Dlatego mentalność niewolnicza, mentalność niemocy jest tak paraliżująca, a często zaraźliwa i mamy tego liczne przypadki w historii. Już przecież Mojżesz po wyjściu z Egiptu, 40 lat krążyć miał po pustyni Synaj - po co, w jakim celu? Odpowiedź jest prosta - aby wymarło pokolenie pamiętające niewolę, aby ci ludzie nie weszli do Kanaanu, gdyż opanowanie tej ziemi przez ludzi wychowanych w niewoli, byłoby praktycznie niemożliwe, gdyż oni ugięliby się przed wieloma problemami i trudami które niewątpliwie czekały tam Izraelitów - i to nim jeszcze realnie mieliby możliwość się z nimi zmierzyć, gdyż oni na samą myśl o tych problemach woleliby się ukorzyć, i podporządkować niż podjąć walkę o przyszłość swoją i swoich dzieci. Lenin miał jedno dobre powiedzenie, które niewątpliwie jest ponadczasowe: "Kadry decydują o wszystkim!", tak, nie ma bowiem możliwości stworzyć wielkiego i wspaniałego gmachu z ludźmi, którzy realnie w to nie wierzą, którzy zgodzą się z każdą prowizorką, byle tylko mieć "święty spokój". Ja tak nie potrafię, ja tak nie umiem; i nie jest to jednocześnie zarzut do wszystkich tych, którzy mają inne zdanie. Każdy bowiem jest inny, ale czy to znaczy że ja mam się godzić na prowizorkę, czy to znaczy że mam się godzić na istnienie III RP, państwa powstałego na zasadzie tzw transformacji ustrojowej, utworzonego przez dotychczasową komunistyczną nomenklaturę partyjną i "wybrańców" z Solidarności (notabene ci ludzie byli potomkami komunistów zainstalowanych tutaj po roku 1944-45 którzy przybyli na sowieckich tankach, często mieli oni również korzenie żydowskie, co powodowało że ich dzieci nie mogły wykształcić się na polskich patriotów. Czasem sobie robię takie porównanie i zestawiam ze sobą rodzinę Witolda Pileckiego i rodzinę Adama Michnika. A potem porównuję sobie II Rzeczpospolitą z obecnym polskojęzycznym państewkiem - kadry decydują o wszystkim!)






 III Rzeczpospolita jest dla mnie swoistą hybrydą, ciałem obcym - które wykluło się z narzuconego nam miotu z okresu komunizmu - rządzona przez (jak to powiedział Stefan Ossendowski) "szubrawców i świnie". To właśnie korzenie rodzinne i świadomość utraty dotychczasowych wpływów oraz odepchnięcie od koryta władzy, stanowi dla tych ludzi - którzy na zewnątrz szukają wsparcia przeciwko własnemu narodowi - determinację i chęć do dalszego wypróżniania się na własny kraj (załóżmy bowiem że to jest również i ich kraj, chociaż pewnie bliżej im jest do jakiejś ponadnarodowej i ponadpaństwowej "wspólnoty ludów" w stylu Związku Sowieckiego czy obecnie Unii Europejskiej, która stać się ma jednorodnym państwem totalitarnym). Już Stefan Żeromski powiedział o Polakach - którzy w 1920 r. wraz z Armią Czerwoną szli na podbój własnego kraju: "Kto na ziemię ojczystą, chociażby grzeszną i złą, wroga odwiecznego naprowadził, zdeptał ją, splądrował, spalił, złupił rękoma cudzoziemskiego żołdactwa, ten się wyzuł z ojczyzny. Nie może ona być dla niego już nigdy domem, ni miejscem spoczynku. Na ziemi polskiej nie ma dla tych ludzi już ani tyle miejsca, ile zajmą stopy człowieka, ani tyle, ile zajmie mogiła". I to nie są słowa odnoszące się do historii, to są słowa jak najbardziej aktualne, dotyczące ludzi i spraw nam współczesnych, gdyż sytuacja jest analogiczna do tej, która była sto lat temu. Teraz i wówczas pojawiły się swoiste czerwie (nie przepadam za tymi owadzimi odniesieniami, aczkolwiek są one w tym znaczeniu niezwykle trafne), które za pomocą innych, obcych sił, pragną/eły stłamsić nasze siły i chęci twórcze całego narodu. Żeromski pisał że: "Trzeba ruszyć z posad Polskę starą, strupieszałą, gnijącą w jadach, którymi ją nasycili najeźdźcy" i można słowa te odnieść w całości do czasów nam współczesnych. Gdyby bowiem wrogowie Polski zostawili nas w spokoju i pozwolili się rozwijać, bardzo szybko pokazalibyśmy całej Europie i Światu naszą siłę, a nasza rozpędzona gospodarka stanowiłaby poważną przeszkodę dla gospodarek innych krajów (w tym Niemiec i Francji). Zauważmy bowiem kiedy nas atakowano, czy wtedy, gdy byliśmy słabi i nic nie mogliśmy uczynić, czy też wtedy jak zaczynaliśmy wybijać się na lokalne a nawet regionalne mocarstwo? Dlaczego atak na Polskę nastąpił w 1939 r. gdy opracowano śmiałe plany rozwoju gospodarczego do 1954 r., gdy powstał Centralny Okręg Przemysłowy a port w Gdyni stał się największym i najnowocześniejszym portem na Bałtyku, gdy Polska wysłała największy na świecie balon stratosferyczny (1938 r.), a jego zniszczenie związane było z działaniami sąsiednich wywiadów. Dlaczego Polskę zaatakowano po 1791 r. gdy opracowaliśmy pierwszą w Europie, nowoczesną Konstytucję (i drugą na świecie po amerykańskiej) i gdy Rzeczpospolita zaczęła wychodzić z marazmu, w jakim trwała od początku XVIII wieku? Dlaczego dziś próbuje się Polskę przywoływać do porządku i ustawiać w roli (jak to lubi podkreślać Targowica:) "prymusa" którym dotąd byliśmy w Unii? Ponieważ tak postanowiono przy "okrągłym stole" który teraz właśnie jest wynoszony z Pałacu Prezydenckiego i jako mebel trafia do Muzeum Historii Polski.


"JAKIE SĄ SZANSE, IŻ WOJENNA INICJATYWA REMOCARSTWOWIENIA RZECZYPOSPOLITEJ MOGŁABY SIĘ POWIEŚĆ? PRIMO: DZIEJOWE FATUM, KTÓRE OD DAWNA SPRAWIA, ŻE POLAKOM UDAJĄ SIĘ RZECZY NAJWIĘKSZE. RAFAŁ ZIEMKIEWICZ PRZYPOMNIAŁ W STYCZNIU 2012 (NA ŁAMACH "RZECZYPOSPOLITEJ"), O PEWNYM MIĘDZYNARODOWYM SPOTKANIU PREZYDENTA KACZYŃSKIEGO. PRZYWÓDCY EUROPEJSCY, CHCĄC TAM WYRAZIĆ ŻYCZLIWOŚĆ WOBEC POLSKI, UZNALI, ŻE NAJLEPIEJ TO ZROBIĄ DEKLARUJĄC WSPÓŁCZUCIE WOBEC POLSKICH DZIEJÓW, PEŁNYCH TRAGEDII I KLĘSK. "KACZOR" WYSŁUCHAŁ TEGO SPOKOJNIE, PO CZYM ZROBIŁ LEKKO ZDZIWIONĄ MINĘ I ODPARŁ: "ALEŻ, PROSZĘ PAŃSTWA, NASZA HISTORIA JEST TAKA, ŻE WPIERW ZATRZYMALIŚMY NA KILKASET LAT EKSPANSJĘ NIEMCÓW KU WSCHODOWI, PÓŹNIEJ PARCIE ISLAMU KU ZACHODOWI, A WRESZCIE MARSZ REWOLUCJI BOLSZEWICKIEJ. W MIĘDZYCZASIE STWORZYLIŚMY PIERWSZĄ EUROPEJSKĄ REPUBLIKĘ Z OBIERALNYM, ODPOWIEDZIALNYM PRZED PRAWEM WŁADCĄ, I Z ZASADĄ RÓWNOUPRAWNIENIA RELIGII, A KIEDY PRZYSZEDŁ XX WIEK, PIERWSI STAWILIŚMY OPÓR HITLEROWI, ZMUSZAJĄC ZACHÓD, BY ROZPRAWI SIĘ Z HITLEROWSKĄ RZESZĄ. ROZPRAWIENIE SIĘ Z SOWIETAMI ZOSTAŁO WSZCZĘTE PRZEZ POLSKĄ "SOLIDARNOŚĆ". JASNO WIDAĆ, ŻE KRAJ, KTÓRY STWORZYŁ SILNE FUNDAMENTY UPADKU DWÓCH NAJWIĘKSZYCH TOTALITARNYCH SYSTEMÓW XX STULECIA - MOŻE WSZYSTKO, ŻADNE WYZWANIA MU NIESTRASZNE". 

WALDEMAR ŁYSIAK

18 grudnia 2025

ŚMIECH TO ZDROWIE - Cz. II

ZABAWY NASZYCH BRACI MNIEJSZYCH


DZIŚ ZAPRASZAM NA KILKA ZABAWNYCH HISTORYJEK OBRAZKOWYCH KTÓRYCH GŁÓWNYMI BOHATERAMI SĄ ZWIERZĘTA. ZATEM DO DZIEŁA:



MAGIK




AKROBATA




"WILKI? JA ICH CAŁĄ ZGRAJĘ POZABIJAM I POKRAJĘ!"




ZDERZENIE Z MEWĄ... LODOWĄ?




"ILE RAZY K...A MAM POWTARZAĆ? RYBY MAJĄ BYĆ LEKKO SCHŁODZONE, A NIE W TEMPERATURZE POKOJOWEJ!"




NOWA PRACA?!




TO NIE ZDROWO JAK MASZ W SOBIE ZA DUŻO ŻELAZA 😉




"MÓWIŁEM CI GIENIA, ŻE TEN POMYSŁ Z WYPADEM NA ŻAGLE TO STRZAŁ W DZIESIĄTKĘ"




NIE MA TO JAK LODZIK O PORANKU




"A JAK IM MÓWIŁEM ŻE UMIEM CHODZIĆ PO ŚCIANIE JAK SPIDERMAN, TO MI BARANY NIE WIERZYŁY"










 

17 grudnia 2025

CIOS W SERCE

CZYLI JAK TO W XV WIEKU 
PLANOWANO WYMORDOWAĆ 
CAŁĄ DYNASTIĘ JAGIELLONÓW





"PRZY OSŁABIENIU WŁADZY KRÓLEWSKIEJ, A WZROŚCIE DOMOWEJ SZCZĘŚLIWOŚCI, UPOWSZECHNIŁO SIĘ MIĘDZY NIMI ŻYCIE WOLNE, ROZPUSTNE"

TEODOR MORAWSKI





Wydarzenie o którym pragnę wspomnieć, jest już praktycznie całkowicie zapomniane w świadomości historycznej Polaków (jeśli w ogóle kiedykolwiek było ono znane), choć sprawa przecież jest ważka i niebagatelna - chodzi bowiem o próbę zamachu, który miał doprowadzić do... wymordowania całego królewskiego rodu Jagiellonów (prócz królowej-małżonki, którą zamachowcy planowali osadzić w lochu). Mimo to owo wydarzenie jest traktowane w sposób całkowicie marginalny i zasługujący wręcz na kilka zaledwie słów, jako swoisty dodatek przy opisie bardziej kluczowych (dla autorów) wydarzeń XV stulecia. Temat ten jest więc marginalizowany i uważany za mało interesujący (zapewne dlatego, że się nie powiódł), należy jednak pamiętać że gdyby zamachowcom udało się doprowadzić swój plan do końca i nic nie stanęło na przeszkodzie jego realizacji - diametralnie zmieniłoby się oblicze całej Europy, a przynajmniej tej środkowo-wschodniej i południowo-wschodniej jej części. W literaturze historycznej niewiele na ten temat można znaleźć i jeśli chce się ten temat nieco naświetlić, należy intensywnie poszperać w źródłach i poszukać dodatkowych informacji, które oficjalnie są pomijane, a które jednak miały kluczowe znaczenie dla niepowodzenia owego zamachu. I tutaj znów dochodzimy do pytania - czy czynnik ludzki jest determinantem dziejów i czy człowiek (jako jednostka) może mieć kluczowy wpływ na rozwój wypadków, czy też jest jedynie elementem dziejowych wydarzeń, całkowicie od niego niezależnych, pod które on sam może się jedynie "podpiąć". Ja osobiście uważam że człowiek jest determinantem dziejów, a jego pomijanie i marginalizowanie wydaje mi się całkowicie nieuzasadnione. Czy bowiem Aleksander Wielki lub Juliusz Cezar byli tylko pionkami na szachownicy dziejów, czy też realnymi ich kreatorami? Przecież mieli ogromny wpływ na losy milionów ludzi, którzy od nich to właśnie wywodzili koniec i początek dziejów. To ich decyzje były kluczowe dla życia i bezpieczeństwa ówcześnie żyjących - gdyby bowiem Cezar przeczytał pismo, jakie zostało mu doręczone nim wszedł do budynku Teatru Pompejusza (w którym wówczas obradował Senat), informujące go o spisku senatorów i planie zamachu na jego życie - historia z pewnością potoczyłaby się zupełnie inaczej. Czy lepiej, czy też gorzej - tego nie wiemy, ale z pewnością inaczej. A co by się stało, gdyby Aleksander Wielki dożył późnej starości? Jak wówczas zmieniłaby się historia świata? (planował on bowiem podbój całej Italii oraz Kartaginy i dojście do Słupów Heraklesa, czyli Cieśniny Gibraltarskiej). Czy Rzym przetrwałby ze swoją Republiką i potrafił zbudować Imperium jakie znamy z historii, czy też cały świat w średniowieczu mówiłby po grecku (a przynajmniej greka zastąpiłaby łacinę jako międzynarodowy język dyplomacji, nauki i religii). Dlatego też uważam, że człowiek jest determinantem dziejów (co oczywiście nie oznacza, że dzieje te nie muszą być ściśle określone - ale to już zupełnie inna kwestia), a wybitna jednostka może zmienić losy świata za sprawą prozaicznych sytuacji z życia wziętych.




I oto też właśnie będzie chodziło w tej historii, gdyż to za sprawą jednego człowieka, który (przez przypadek) odkrył plany zamachowców, cała próba mordu rodziny królewskiej zakończyła się całkowitym fiaskiem. Jednak przejdźmy do konkretów aby już dłużej nie operować ogólnikami. Otóż rzecz miała miejsce za panowania króla Kazimierza IV Jagiellończyka - syna Władysława II Jagiełły (założyciela dynastii Jagiellonów) i Zofii (Sonki) Holszańskiej. Czasy panowania tego władcy, to okres ogromnego wzrostu i umocnienia się Królestwa Polskiego oraz samej dynastii Jagiellonów, która wówczas zasiadała na trzech tronach europejskich (Polska, Węgry, Czechy) oraz wielkoksiążęcym stolcu litewskim. Biorąc zaś pod uwagę ówczesną rozległość owych krajów, należałoby stwierdzić że Jagiellonowie panowali od wrót Moskwy na wschodzie, granic dzisiejszej Łotwy na północy, do Dunaju na południu i granic Austrii, Saksonii i Bawarii na zachodzie. Były to więc ogromne tereny, znacznie większe, niż liczyło ówczesne Imperium Osmańskie. Oczywiście ów zamach dotyczyć miał jedynie członków polsko-litewskiej linii, ale była to linia główna i po jej upadku Jagiellonowie w zasadzie przestaliby pełnić większą rolę w Europie. Trzeba jednak sobie też uczciwie powiedzieć, że druga połowa XV wieku, to był czas wielkich zmian i to zarówno w polityce, jak i w kulturze czy też nauce. Renesans coraz silniej zaczął wkraczać w życie ludzi, następowało ponowne zafascynowanie antykiem (także z wieloma negatywnymi tego skutkami). W polityce zaś państw naszego regionu, do roli coraz poważniejszych wyzwań wzrosły Imperium Osmańskie, Tatarzy i Moskwa, traciły zaś swe znaczenie dotychczasowe potęgi - Zakon Krzyżacki, Czechy i Węgry. W tych zmieniających się realiach upadającego świata średniowiecza (z jego lennami, tradycją rycerską i jedną wspólną religią) musiała się jakoś odnaleźć ówczesna Polska wraz z Litwą, nad którymi to właśnie panował Kazimierz Jagiellończyk. Nie było to wcale zadanie łatwe, gdyż oznaczało zmianę pierwotnych wektorów i przestawienie nie tylko polityczne i militarne, ale przede wszystkim mentalne. Dla Polaków żyjących w drugiej połowie XV wieku, Moskwa, Tatarzy czy Turcy to jeszcze mimo wszystko były pojęcia dość abstrakcyjne, związane z jakimiś odległymi, dzikimi i pogańskimi ludami. Litwini już jednak mogli bezpośrednio doświadczyć wzrostu potęgi tych ludów, szczególnie że w przypadku np. takich Tatarów to ataki na Wielkie Księstwo powtarzały się cyklicznie, praktycznie co roku. 
 



Można sobie wyobrazić życie ludzi w zagrożeniu ciągłym najazdem, porwaniem, niewolą. Jak trzeba było żyć i funkcjonować na tych ziemiach, skoro miało się świadomość, że wiosną znów nadejdą Tatarzy i wszystko zniszczą, a ludność uprowadzą w jasyr? Tym bardziej że południe Wielkiego Księstwa, począwszy od Morza Czarnego, Odessy i granic z Chanatem Krymskim, to były ziemie niezaludnione, porosłe gęstymi lasami pełnymi dzikiego zwierza i grasujących tam band zbójców. Tak więc każdy, kto przemierzał te tereny (jak na przykład wenecki poseł Ambroży Contarini w 1474 r.) musiał mieć nie lada odwagę, widząc kraj "tak przerażająco pusty, bez osad, wsi, warowni, ziemie lesiste, pełne zbójów", a dotarcie do pierwszego drewnianego miasta na tym szlaku Zwinogródka, Bracławia, Winnicy, Czerkas, Kaniowa czy Żytomierza było świętowane wręcz jako wybawienie ze sporych kłopotów i świadectwo bożej pomyślności (właśnie dlatego ziemie te zwano Dzikimi Polami). Czy można się dziwić że w takich warunkach czambuły tatarskie swobodnie podchodziły pod Kijów, Lwów a nawet Przemyśl, bezlitośnie grabiąc całą okolicę a ludność uprowadzając w jasyr (potem ci ludzie byli sprzedawani na targach niewolników w Bakczysaraju, Synopie, Konstantynopolu, a popyt na nich był zawsze, gdyż Turcy szczególnie lubowali się w białolicych i blondwłosych niewiastach i młodych mężczyznach). Moskwa wcale nie postępowała inaczej, grabiąc okoliczne ziemie litewskie, a ludność tych terenów przesiedlając w głąb państwa moskiewskiego. A w tym samym czasie Polacy żyli w niczym nieskrępowanej swobodzie. Wojen z Czechami, Węgrami czy Zakonem Krzyżackim już (prawie) wówczas nie toczono (a jeżeli już, to były to krótkotrwałe zatargi pomiędzy pretendentami do korony, lub też kwestie ambicjonalne władców o wpływy na danych terenach), a na granicach panował niczym niezmącony pokój i jedynie od czasu do czasu napływały wiadomości o kolejnych atakach Tatarów lub Moskwy na Wielkie Księstwo Litewskie, Podole czy Ruś Halicką. Organizowano więc ochotnicze oddziały rycerskie wspomagające Litwinów i Rusinów w ich walkach z najeźdźcami i tyle - poza tym panował w Koronie całkowity spokój, a kraj dalej rozwijał się gospodarczo (a po odzyskaniu dostępu do Morza Bałtyckiego w 1466 r.), handlując z resztą Europy takimi towarami jak: zboże, sól czy ołów (były to najważniejsze produkty eksportowe Królestwa Polskiego w XV wieku i później zresztą też, czasami jeszcze dochodziło do tego złoto i srebro, choć już nie w takich ilościach jak w wiekach wcześniejszych).




Król Kazimierz IV Jagiellończyk był ojcem wielu synów i córek, łącznie miał ich trzynaścioro (6 synów i 7 córek) i wszystkie spłodził z jedną kobietą, swą małżonką, królową Elżbietą Habsburg (zwaną też Rakuszanką). Była to niezwykle płodna kobieta (rodziła dzieci praktycznie rok w rok), która jednak nie odznaczała się zbytnią urodą i gdy Kazimierz ujrzał ją po raz pierwszy - nie był zadowolony z takiej kandydatki na żonę (a Elżbieta zaczęła nawet obawiać się zerwania zaręczyn, co w jej sytuacji - miała już 18 lat i wciąż żadnego kandydata na męża - nie było perspektywą optymistyczną, gdyż zostanie "starą panną" było najgorszym możliwym wyjściem dla ówczesnych kobiet, dlatego też matki tych dziewcząt, które nie znalazły adoratorów, celowo... sprzedawały je np. Tatarom, aby przynajmniej w haremie chana czy sułtana owe niewiasty znalazły dla siebie jakieś miejsce i przyszłość). Mimo to małżeństwo Kazimierza i Elżbiety było szczęśliwe i przeżyli ze sobą łącznie w zgodzie i zapewne w miłości - 38 lat. Kazimierz był wiernym mężem (raz tylko, w 1461 r. wdał się w krótkotrwały "romans" z przybyłą na dwór krakowski księżniczką Zofią, żoną syna i następcy księcia pomorskiego Ottona III - Eryka. Księżniczka ta zrobiła na Kazimierzu ogromne wrażenie i choć do romansu sensu stricte nie doszło - dlatego wziąłem go w cudzysłów - to, jak zanotował Długosz: "Powiadają, że król rozmyślał nieraz o jej wdziękach i dowcipie". Ponoć również narzekał na swój los, iż jest już żonaty, gdyż z chęcią poślubiłby Zofię. Nie wiadomo jak wizyta tej księżniczki wpłynęła na zachowanie królowej Elżbiety, ale można się domyślać że nie była z tego zadowolona). Elżbieta również całe życie pozostała wierna swemu mężowi. Pomimo braku oszałamiającej urody (jaką cieszyła się ponoć księżniczka Zofia) królowa Elżbieta odznaczała się innymi przymiotami. Cieszyła się bardzo dobrym zdrowiem (rzadko chorowała) i wykształceniem (znała łacinę, język niemiecki, włoski, węgierski i francuski, natomiast języka polskiego uczyła się od chwili przybycia do Polski i swej koronacji na królową - 10 lutego 1454 r. i choć zajęło jej to kilka ładnych lat, ostatecznie opanowała również i ten język, mimo iż całe życie mówiła z wyraźnym, niemieckim akcentem. Poza tym poznała wiadomości z zakresu historii, geografii i teologii, a także korespondowała ze swym nauczycielem i przyjacielem z czasów dzieciństwa, znanym europejskim humanistą - Eneaszem Sylwiuszem Piccolominim, również wtedy, gdy ten w 1458 r. został wybrany na papieża pod imieniem Piusa II). 
 



Królowa Elżbieta miała jednak pewną widoczną wadę i nie była nią jej uroda. Otóż była ona przekonana o wyjątkowości (wręcz boskości) pochodzenia królów i książąt, a przez to była wyjątkowo dumna i wyniosła dla ludzi niedorównujących jej urodzeniem. Lubiła siebie określać jako "wnuczkę cesarza (Zygmunta Luksemburskiego), córkę, siostrę i żonę królów". Z pogardą odnosiła się do mieszczan i gminu i to w tak wyniosły sposób, że Jan Długosz zapisał w swych "Rocznikach, czyli kronikach sławnego Królestwa Polskiego", iż nie pamiętała, że: "nie inaczej niż inni ludzie, monarchowie także powstali z błota". Była natomiast osobą głębokiej wiary i to głównie łączyło ją z jej poddanymi, którym nie szczędziła opieki w imię chrześcijańskiego miłosierdzia i Chrystusowej wiary. Bardzo dbała też o wszystkie swoje dzieci i pragnęła znaleźć im (szczególnie córkom) jak najlepszych kandydatów na małżonków (gdy w kwietniu 1468 r. na Wawel zjechał poseł króla Węgier - Macieja I Hunyadiego, zwanego Korwinem, syna znanego węgierskiego wielmoży i wielokrotnego pogromcy Turków Jana Hunyadiego, który zdobył tron Węgier po śmierci (w 1457 r.) brata królowej Elżbiety, Władysława II Habsburga, zwanego Pogrobowcem - z propozycją potrójnego polsko-węgiersko-czeskiego aliansu, w wyniku którego po śmierci króla Czech - Jerzego z Podiebradów, tron ten miał przypaść Jagiellonom, a zyskiem Macieja Korwina byłoby małżeństwo z królewną Jadwigą, córką Kazimierza i Elżbiety, ta jednak gwałtownie zaprotestowała, twierdząc że nigdy nie zgodzi się na to małżeństwo, gdyż, jak twierdziła: "Maciej to chłop, pies, Wołoch, nie godzien jej". Elżbieta wierzyła bowiem, że Maciej przyczynił się do śmierci jej brata, darowując mu zatrute jabłko poprzez żonę króla Czech - Jerzego z Podiebradów, którego również nienawidziła. Faktem jest że Władysław Pogrobowiec zmarł w młodym wieku, zaledwie 17 lat i nie zdążył nawet się ożenić, a jadąca do niego na ślub wybranka, francuska królewna - Magdalena, na wieść o zgonie narzeczonego, musiała zawrócić do swego kraju (potem poślubiła Gastona, hrabiego de Foix). Najbardziej jednak ze wszystkich swoich dzieci, królowa Elżbieta kochała Jana Albrechta (zwanego też Olbrachtem), który po śmierci ojca w 1492 r. został nowym królem Polski. Inni jej synowie - najstarszy Władysław (został królem Czech w 1471 r. a Węgier w 1490 r.), Aleksander (wybrany po śmierci ojca wielkim księciem Litwy w 1492 r. przez tamtejszych bojarów, bez porozumienia z Polakami, co też oznaczało realnie zerwanie - na krótko - unii personalnej z Koroną) i najmłodszy Fryderyk (biskup krakowski, a od kwietnia 1493 r. również arcybiskup gnieźnieński i prymas Polski, co oznaczało że podczas nieobecności brata w kraju sprawował funkcję wicekróla) otrzymali własne trony i godności (dwaj pozostali bracia, czyli: Kazimierz - który zmarł w młodym wieku 25 lat jako spodziewany następca tronu w marcu 1484 r., oraz Zygmunt - został królem po bezdzietnej śmierci dwóch starszych braci Jana Olbrachta i Aleksandra w 1506 r., dlatego też zwano go "Starym". Był on przedostatnim władcą Polski i Litwy z dynastii Jagiellonów, mężem włoskiej księżniczki Bony Sforzy i ojcem Zygmunta II Augusta. Natomiast syn i następca króla Czech i Węgier - Władysława II, Ludwik II Jagiellończyk zginął w bitwie z Turkami sułtana Sulejmana Wspaniałego pod Mohaczem w 1526 r. i tak władztwo Jagiellonów na tych ziemiach przeszło w ręce Habsburgów, Turków i lokalnych węgierskich możnowładców z Siedmiogrodu).


WŁOSKA KSIĘŻNICZKA BONA SFORZA 
 MAŁŻONKA KRÓLA ZYGMUNTA I "STAREGO"  JAGIELLOŃCZYKA



ZARÓWNO ZYGMUNT JAK I BONA PRZYJAŹNILI SIĘ (BO TAK MOŻNA TO NAZWAĆ) Z OSMAŃSKIM WŁADCĄ SULEJMANEM WSPANIAŁYM I JEGO MAŁŻONKĄ  ROKSOLANĄ/HURREM, ŚWIADCZĄ O TYM LICZNE LISTY WYSYŁANE POMIĘDZY KRAKOWEM A KONSTANTYNOPOLEM (ZAŚ OD ROKU 1533 POMIĘDZY RZECZPOSPOLITĄ A IMPERIUM OSMAŃSKIM PANOWAŁ "WIECZNY POKÓJ" KTÓRY PRZETRWAŁ - NIE LICZĄC PRYWATNYCH INWAZJI MAGNATÓW NA POSIADŁOŚCI TURKÓW W SIEDMIOGRODZIE, MOŁDAWII, WOŁOSZCZYŹNIEI NA KRYM, AŻ DO 1620 r.)
OD 1541 r. POD PROTEKCJĄ SULEJMANA ZNAJDOWAŁA SIĘ RÓWNIEŻ IZABELA JAGIELLONKA, ŻONA ZMARŁEGO KRÓLA WĘGIER I CÓRKA ZYGMUNTA ORAZ BONY





Tak oto dynastia Jagiellonów znacznie obrodziła - choć od swych początków nie miała zapewnionego przetrwania, jako że jej założyciel Władysław II Jagiełło doczekał się jednie córki - księżniczki Jadwigi, która jednak zmarła w młodym wieku 23 lat, w grudniu 1431 r. Ów monarcha doczekał się synów w bardzo późnym wieku, gdy już nic nie wskazywało na to, że kiedykolwiek jeszcze będzie miał potomków. Pierwszy syn Jagiełły - Władysław III Warneńczyk, urodził się gdy miał on już 70 lat w 1424 r., drugi zaś - Kazimierz IV Jagiellończyk przyszedł na świat trzy lat później. Władysław Jagiełło był więc starcem gdy został ojcem, a mimo to (według ówczesnych kronikarzy) wciąż jeszcze odznaczał się dość dużą energią życiową. Jego czwarta małżonka - królowa Zofia (Sonka) z litewskiego rodu Holszańskich z Oszmian (namiestników Kijowa i Nowogrodu Wielkiego), była od niego młodsza o ponad... 50 lat i w chwili ślubu (1422 r.) mogła być jego wnuczką (a nawet prawnuczką). Dynastia Jagiellonów przetrwała dzięki niej, a następnie dzięki jej synowej - Elżbiecie Habsburg (Rakuszance), która ze względu na swą płodność, jest nazywana "matką królów" (stosunki między teściową a synową układały się dość dobrze, tym bardziej że Elżbieta była wyciszona i uległa w stosunku do Sonki. Po ślubie i koronacji Elżbiety w 1454 r. królowa-matka przeniosła się ze swych dotychczasowych apartamentów na Wawelu, do "Palatium Reginae Antiquae" - czyli "Pałacu Starej Królowej". Mimo to obie królowe często się odwiedzały, a nawet razem podróżowały po kraju. W dzień zaślubin i koronacji Elżbiety (10 lutego 1454 r.) gdy pogoda nie dopisała i padał siarczysty deszcz - a strój Kazimierza ze złotogłowiu przemókł do suchej nitki - Sonka zaprosiła Elżbietę do swego powozu, podobnie jak trzydzieści lat wcześniej, podczas własnej koronacji - zabrała ona do powozu babkę Elżbiety - Barbarę Cyllejską (słynącą z tego, że uwielbiała towarzystwo mężczyzn, szczególnie młodych i przystojnych, co też rodziło plotki na temat jej seksualnego temperamentu i małżeńskiej wierności względem cesarza Zygmunta Luksemburskiego, którego ponoć Barbara chciała nawet otruć, aby wyjść za mąż za znacznie młodszego od siebie księcia). Dzięki tym dwóm kobietom (Sonka zmarła w 1461 r. w wieku ok. 56 lat) dynastia Jagiellonów przetrwała i znacznie się rozrodziła, choć ostatecznie w XVI wieku i tak jej ostatnim przedstawicielem był Zygmunt II August. Jego matka, królowa Bona Sforza poroniła drugiego syna - Olbrachta podczas owego feralnego polowania w Niepołomicach (wrzesień 1527 r.) gdy królową zaatakował rozjuszony niedźwiedź.
 



Nie byłoby jednak tego rozrostu dynastii, gdyby powiódł się ów projektowany zamach na rodzinę królewską, który miał doprowadzić do jej unicestwienia. Rzecz ta wydarzyła się w kwietniu 1481 r. w Kijowie, a przynajmniej to tam właśnie miało dojść do fizycznej likwidacji dynastii Jagiellonów. Warto jednak przytoczyć kontekst tej sprawy, bowiem zamachy (czy też nienawiści) nie rodzą się przecież z niczego i zawsze istnieć musi jakieś podłoże, jakiś powód do podjęcia tak radykalnych kroków. Wielkie Księstwo Litewskie było państwem ogromnym, panującym nad wielkimi połaciami Wschodniej Europy, ale też realnie słabym i to zarówno militarnie, jak i ekonomicznie. Dlatego też doszło do zawarcia unii z Polską, bowiem sama Litwa nie miała najmniejszych szans przetrwać w konfrontacji z potęgą Zakonu Krzyżackiego na Zachodzie i Północy, wzrastającą siłą Moskwy na Wschodzie i nieustannymi atakami Tatarów z Południa. Państwo to nie miało też nic do zaoferowania prawosławnym Rusinom pod względem kultury (sama Litwa długo była też pogańska i dopiero akcja chrystianizacyjna, dokonana w latach 1386/1387 przez Władysława Jagiełłę i jego pierwszą małżonkę, królową Jadwigę Andegawenkę - zmieniło nieco oblicze tego kraju). Tak naprawdę kraj był zlepkiem księstw - mniej lub bardziej zależnych od wielkiego księcia rezydującego w Wilnie - nad którymi często panowały ruskie książęce rody, wywodzące się od Rurykowiczów. Częścią Wielkiego Księstwa były również takie krainy jak Ruś Halicka (zwana również Czerwoną), Podole i Wołyń, choć te dwie pierwsze zostały przyłączone do Korony Polskiej i dość szybko spolonizowane (co również oznaczało dominację na tych terenach religii katolickiej, a nie prawosławnej), jedynie Wołyń w mniejszym stopniu uległ tym procesom i choć polskie wpływy wciąż były tutaj bardzo silne (prawdziwym lepiszczem który przywiązywał Rusinów do Korony, były właśnie owe osławione "wolności polskie", które wyznaczały zupełnie inny poziom cywilizacyjny dla mieszkańców tych terenów, gdyż przestawali być oni tylko poddanymi absolutnego władcy, a stawali się obywatelami, mającymi prawa i przywileje. Dlatego też już w czasie pierwszej konferencji Rusinów z Polakami na Wołyniu w latach 1436-1437, zażądali oni rozszerzenia przywileju jedleńsko-krakowskiego z 1430 r. również i na tę ziemię. Bowiem otrzymanie owych przywilejów automatycznie przenosiło miejscową szlachtę na wyższy poziom relacji, zazdroszczono więc Polakom tej wolności i mieszkańcy okolicznych ziem chcieli się połączyć z Koroną, byle tylko stać się takimi jak Polacy. W 1564 r. Stanisław Orzechowski w swym dziele: "Quincunx, to jest wzór Korony Polskiej" pisał co inne ludy mawiały wówczas o Polakach: "Patrzajcie na hardego wolnością a świetnego swobodą Polaka, szatę nosi Polak znamienitą, to jest równą ze swym królem wolność (...) Takowym będąc Polak, zawsze wesołym w królestwie swym jest, śpiewa, tańcuje swobodnie, nie mając na sobie niewolniczego obowiązku żadnego, nie będąc nic królowi panu swemu zwierzchniemu innego winien, jak tylko wezwanie na proces w imieniu króla, dwa grosze podatku z łanu i stawienie się na pospolite ruszenie szlachty". To wówczas właśnie wykształciło się powiedzenie: "Rusin z pochodzenia, z narodowości Polak" przypieczętujące kulturową polonizację tych ziem, nie za pomocą przelanej krwi i miecza, a dzięki sile wolności i dobrowolnych unii), to jednak mieszały się one na Wołyniu z działaniami książąt czernihowskich i smoleńskich.
 



 Kijowszczyzna również była polem ekspancji polskiej kultury i kolonizacji (jednak proces ten relanie zaczął się dopiero z końcem XV i początkiem XVI stulecia). Polska szła na Wschód z ideą miłości chrześcijańskiej, najlepiej i najdobitniej przedstawionej w programie unii horodelskiej z 1413 r., gdzie zostało jasno zapisane: "Wiadomo wszystkim, że nie dostąpi zbawienia ten, kto nie bedzie wspierany tajemnicą miłości, która zwaśnionych godzi, pokłóconych łączy, usuwa nienawiści, uśmierza gniewy i daje wszystkim pokarm pokoju, rozproszone zbiera, znękane krzepi, szorstkie wyrównuje, krzywe prostuje, wszystkie cnoty wspomaga, nikogo nie krzywdzi tak, że ktokolwiek w jej ramiona się ucieka, znajdzie bezpieczeństwo i nie będzie się obawiał niczyjej napaści. Przez miłość prawa się tworzą, królestwa rządzą, miasta porządkują (...) Ona to wśród wszystkich cnót pierwsze miejsce zajmuje, a kto nią wzgardzi - wszelkie dobro utraci". Paweł Włodkowic rozszerzył zaś tę zasadę w 1415 r. na soborze w Konstancji - na forum międzynarodowym - twierdząc, że co prawda istnieją narody bardziej oświecone i posłane do cywilizacyjnego posłannictwa dzieła Jezusa Chrystusa, jednak każdy naród ma prawo do życia i swobodnego rozwoju, choćby nawet byli to poganie, gdyż ziemie te zostały im dane przez Boga i nie wolno wkraczać w ich granice z mieczem w ręku, paląc wszystko na swej drodze, tylko oparłszy się na słowie Bożym, wypełniać Chrystusową Misję. Tym samym Polska jawnie propagowała zupełnie inny model cywilizacyjny, jednocześnie zdecydowanie sprzeciwiając się dotychczasowemu modelowi niemieckiemu, opartemu na potędze ognia i miecza, którym chrześcijanie mieli niszczyć wszystkich swych wrogów. Również w dziedzinie prawno-społecznej była Polska jednym z najbardziej postępowych państw ówczesnej Europy. Opierając się bowiem na tradycji Rzymu republikańskiego, w rezultacie stała się Polska państwem opartym o doktrynę wolności naturalnej, odrzucając absolutyzm w każdych jego przejawach, tym samym wytworzyła się idea zwierzchności narodu nad państwem i równość praw politycznych wszystkich obywateli (oczywiście słowo "obywatel" ograniczało się jedynie do szlachty, gdyż mieszczanie i chłopi byli z tego wykluczeni, ale mimo wszystko swobody polityczne panujące w Polsce, w porównaniu z tym, co było wówczas w Europie Zachodniej, o moskiewskim zamordyzmie nawet nie wspominając - stało się przejawem niesamowitego postępu cywilizacyjnego, czego efektem były bezkrwawe unie polityczne, gdyż każdy chciał poczuć się tak samo wolnym, jak było to w Polsce - innymi słowy każdy wówczas chciał być Polakiem (gwoli ciekawości jeszcze dodam, że gdy przyjeżdżali do Rzeczypospolitej posłowie z Europy Zachodniej, szlachta śmiała się z nich, mawiając: "Patrzcie, niewolniki przyjechały!").

Tak też było i na Kijowszczyźnie, gdzie co prawda dominował rusiński język i religia prawosławna, ale postępowała też stopniowa polonizacja i rozwój katolicyzmu. Co prawda Polska jako państwo nigdy nie prowadziła polityki narodowej i nie propagowała tendencji nacjonalistycznych, starając się raczej oprzeć na podstawie wolności i tolerancji i tym samym przekształcić lokalny żywioł litewski czy ruski w polskie (rozumiane kulturowo a nie etnicznie) elementy cywilizacyjnie twórcze (wielu tego procesu stało się potem dziedzicami, jak choćby moja rodzina od strony ojca, która była rodziną niemiecką a totalnie się spolonizowała i stało się tak w czasach, gdy Polski nie było na mapach, co pokazuje jak silna była potęga polskiej kultury nawet wówczas, gdy nie było polskiego państwa). Mimo to różnice narodowościowe i religijne były również wówczas bardzo istotne, dlatego też, gdy w 1470 r. zmarł książę kijowski - Semen Olelkowicz (syn kniazia Olelka - wnuka Olgierda, a co za tym idzie siostrzeńca Władysława Jagiełły), jego koń, miecz i łuk zostały wysłany królowi Kazimierzowi IV (oficjalnie stało się to za wolą umierającego księcia, realnie zapewne wymusili to na nim lokalni możnowładcy, którzy nie chcieli już dalej być poddanymi jakiegoś książątka, a wejść bezpośrednio w obręb mieszkańców Litwy i tym samym przybliżyć się do obywatelstwa i polonizacji). Kazimierz przyjął dary (był to symboliczny akt przejęcia władzy nad danym księstwem) i wysłał do Kijowa swego namiestnika - Marcina Gasztołda. Pomimo iż był on powinowatym zmarłego, nie został zaakceptowany przez mieszkańców Kijowa, którzy po prostu... zamknęli przed nim bramy miasta, jako przed "Lachem" (czyli przywiązanie narodowe musiało być silne, pomimo rozmiekczania go poprzez wierność danemu władcy). Twierdzili bowiem, iż nie wpuszczą do miasta litewskiego cudzoziemca, który: "Nie tylko nie książę był, ale jako Lach był". A jak wiadomo, słowo "Lach" było na Wschodzie tożsame ze słowem "Polak" (a brało się od dawnego ludu słowiańskich Lechitów). W rezultacie Marcin Gasztołd musiał szturmować Kijów zbrojnie (zdobył go wiosną 1471 r. ) Już wówczas król zamierzał zlikwidować księstwo kijowskie i wprowadzić tam urząd wojewody, jednak na razie jeszcze nie odważył się na taki krok i jedynie utrzymywał "stan przejściowy" w postaci rządów swego namiestnika (ten jednak, ze względu na niechęć mieszkańców co do jego osoby i nieumiejętność w odparciu najazdów tatarskich z lat 1473 i 1474, ostatecznie opuścił w 1475 r. Kijów i wyjechał na Litwę, jednak oficjalnie wciąż piastował urząd królewskiego namiestnika Kijowszczyzny przez kolejne pięć lat).
 
Dopiero w roku 1480 Kazimierz ostatecznie zlikwidował księstwo kijowskie i utworzył tam litewskie województwo, podległe bezpośrednio mianowanemu przez siebie wojewodzie. I tutaj właśnie zrodzi się bezpośredni powód do ostatecznej rozprawy z domem Jagiellonów, gdyż brat zmarłego Semena - Michał Olelkowicz nie zaakceptował tego stanu rzeczy. Namiestnika jeszcze mógł ścierpieć, gdyż był to stan przejściowy i zawsze można było powrócić do wcześniejszej formy rządów, ale oficjalna likwidacja księstwa to już był krok bez odwrotu, dlatego też ów kniaź postanowił działać aby ratować rodową spuściznę. Zawiązał więc spisek z Fedorem Bielskim (księciem na Toropcu u granic Moskwy) oraz Janem Holszańskim (z kniaziów Holszańskich, namiestników Nowogrodu Wielkiego, a jednocześnie krewnym królowej Sonki, matki Kazimierza IV). Gdy więc król wyznaczył na pierwszego wojewodę Rusina - Iwana (Iwaszkę) Chodkiewicza (pra-pra dziada sławnego hetmana z początku XVII wieku - Jana Karola Chodkiewicza, pogromcę Szwedów, Tatarów, Moskali i Turków), plan zamachowców był już prawie na ukończeniu. Spiskowcy chcieli bowiem wykorzystać fakt pobytu na Litwie króla Kazimierza wraz z rodziną (przybył tam na wiosnę 1480 r. szykując wspólny atak na Moskwę z Tatarami z Wielkiej Ordy chana Sid Achmeda). Wizyta monarchy była konieczna, bowiem w ciągu ostatnich lat nie miał okazji aby skutecznie zająć się sprawami wschodnimi, gdyż wciąż zajmowały go kwestie a to konfliktu z Węgrami Macieja Korwina, a to wojny z Zakonem Krzyżackim o Warmię (tzw." "wojna klesza" z lat 1478-1479 o obsadę biskupstwa warmińskiego i przywołanie do porządku wielkiego mistrza, który na mocy decyzji pokoju toruńskiego z 1466 r. stawał się lennikiem króla polskiego, a tym samym był zobowiązany do złożenia mu hołdu. A obrany wielkim mistrzem w roku 1477 Martin Truchsess von Wetzhause stwierdził butnie, iż woli być "żywcem obdarty ze skóry", niż ukorzyć się przed polskim monarchą i szukał sojuszników do pomocy w zrzuceniu "polskiego jarzma", znajdując go ostatecznie w osobie króla Węgier Macieja Korwina). W 1477 r. poprzedni wielki mistrz Zakonu - Henryk Reffle von Richtenberg oddał całe Prusy Zakonne w lenno Węgrom, tak samo postąpił jego nastepca - von Wetzhause i w wyniku tego w 1478 r. wybuchła wojna o obsadę biskupstwa warmińskiego. Wielki mistrz popierał Niemca - Mikołaja Tungena, natomiast król Kazimierz zamierzał obsadzić to biskupstwo dotychczasowym biskupem chełmińskim - Wincentym Kiełbasą. W wyniku działań wojennych królewscy rotmistrze Jan Biały ze Sroczkowa, Jan Żelezieński i Piotr Dunin - starosta Malborka, zdobyli kolejno w październiku i listopadzie 1478 r.: Ornetę, Pieniężno, Frombork, Brunsbergę i ostatecznie Kwidzyn. Wielki mistrz nie odwarzył się przyjąć bitwy (nie otrzymawszy posiłków węgierskich, a jedynie najemni Czesi próbowali przedrzeć się przez Wielkopolskę i Pomorze do Prus, ale ponieśli klęskę pod Krosnem Odrzańskim), wycofał się z Heilsbergu do Królewca. 2 kwietnia 1479 r. Maciej Korwin zawarł w Budzie pokój z Kazimierzem IV i przestał wspierać wielkiego mistrza. Ten, nie mając już innego wyjścia, musiał się ugiąć. Najpierw 15 lipca 1479 r. na sejmie w Piotrkowie przed królem ukorzył się biskup Mikołaj Tungen (król pozostawił mu biskupstwo warmińskie, ale w traktacie pokojowym zawarto formułę że każdy jego następca musi być odtąd "miły królowi". Sformułowanie to nie było jednak precyzyjne i pozostawiało wiele możliwości swobodnej interpretacji, co też próbowali potem wykorzystywać Krzyżacy). Natomiast wielki mistrz złożył ostatecznie hołd lenny polskiemu królowi (wcześniej deklarując że nigdy tego nie uczyni) w Nowym Mieście Korczynie, niedaleko Krakowa - 3 października 1479 r. (przybył tam w żałobnych, czarnych szatach).




Nim jeszcze ów konflikt trwał, na Wschodzie, w Moskwie zaszły ogromne zmiany, które zaważyły na przyszłości stosunków litewsko-rosyjskich a co za tym idzie również i polsko-rosyjskich. Już w 1448 r. synod prawosławny wybrał na moskiewskiego metropolitę biskupa Donasza, a dokonało się to po raz pierwszy w historii bez zatwierdzenia ze strony patriarchy Konstantynopola. Dało to też początek autokefalicznemu rosyjskiemu Kościołowi prawosławnemu, podporządkowanemu władcy Moskwy. Gdy w 1453 r. Turcy Osmańscy Mehmeda II Zdobywcy opanowali Konstantynopol - przenosząc tam siedzibę sułtanatu, Moskwa zaczęła się uważać za jedyne centrum prawosławnej wiary. Wiedząc co się z tym wiąże i jakie to niesie zagrożenia dla Wielkiego Księstwa Litewskiego w którym żyło wielu prawosławnych mieszkańców, zaczęto dążyć do autokefalii wśród Rusinów na Litwie i w 1458 r. w Kijowie powstało pierwsze autokefaliczne arcybiskupstwo prawosławne dla Litwy i Rusi. W trzy lata później sytuacja się odwróciła, gdy chan Tatarów Krymskich - Hadżi Girej wydał słynny jarłyk (22 września 1461 r.) w którym przekazywał królowi polskiemu formalne prawo do wszystkich wschodnich i południowych ziem ruskich, którymi niegdyś władali Mongołowie i Tatarzy. To wydarzenie oznaczało jawne podporządkowanie całej Rusi, w tym również Moskwy pod władzę Polski i Litwy, a to dla moskiewskiego kniazia - Iwana III Srogiego, było nie do pomyślenia. Rozpoczął on więc poszukiwanie dróg wyjścia z tych polsko-litewskich kleszczy i w 1463 r. nawiązał sojusz z austriackimi Habsburgami, przyjmując (po raz pierwszy w dziejach) tytuł gosudara (lecz jeszcze nie cara) i wprowadzając czarnego, cesarskiego dwugłowego orła Habsburgów, jako herb Wielkiego Księstwa Moskiewskiego (miast dotychczasowego herbu św. Andrzeja zabijającego smoka) a także bizantyjski ceremoniał dworski. W wyniku tego kroku, król Kazimierz napisał list do chana krymskiego, prosząc o potwierdzenie jarłyku z nadaniem praw do władania całą Rusią wraz z Moskwą i taki jarłyk został wydany przez chana Mengli Gireja w 1468 r. (jednak w tym dokumencie chan zwiększał władzę króla, nadając mu dodatkowo dominację nad Riazaniem, Perejesławem Zaleskim, Pskowem i Nowogrodem). Znów zaczęła się podjazdowa wojna polityczna, gdyż kniaź Moskwy (tytułu gosudara z kolei nie uznawał król Polski) za nic nie uznawał tego aktu. To jednak nie wystarczyło i potrzebował on międzynarodowego podkreślenia swej niezależności od Litwy i Polski. W 1472 r. udało się Iwanowi III poślubić bratanicę ostatniego cesarza bizantyjskiego - Konstantyna XI Dragazesa - Zoe (Zofię) Paleolog i wówczas to Iwan III ogłosił się następcą cesarzy rzymskich, a także zaczęto lansować ideę Moskwy jako "Trzeciego Rzymu" (po mieście Romulusa, z którego stolicę do Konstantynopola przeniósł Konstantyn Wielki w 330 r., a po zdobyciu tego miasta przez Turków, Moskwa miała stać się już do końca świata i ponownego przyjścia Chrystusa - "Trzecim Rzymem"). Od 1478 r. Iwan zaczął używać w oficjalnych dokumentach tytułu władcy Wszechrusi (oficjalnie: "gosudara wsieja Rusi, wielkiego kniazia Moskwy, Włodzimierza, Nowogrodu, Pskowa, Tweru, Ugry, Wiaty, Permu oraz kniazia Bułgarów")
 



W niektórych dokumentach Iwan czasami przemycał słowo "car", lecz czynił to bardzo ostrożnie i rzadko, obawiając się reakcji tatarskich chanów Wielkiej Ordy, którym tytuł ten przysługiwał od 1265 r., jednak kierunek już został wyznaczony i było wiadomo że to tylko kwestia czasu, gdy Moskwa zechce zrzucić tatarskie jarzmo i władcę swego ogłosić cesarzem na wzór bizantyjski, a to oznaczało upadek tradycji rusińskiej, tradycji wolnych plemion i miast kupieckich które zabijała imperialna idea "Trzeciego Rzymu". Moskwa stała się prawdziwym wrzodem na ciele Rusi (i jest nim po dziś dzień, podobnie jak Berlin i Prusy były i są wrzodem na ciele Niemiec). Jest to bowiem mongoloidalny twór, wrogi wolnym wschodnim Słowianom. Wraz z imperialnymi planami "Trzeciego Rzymu", pojawiło się pojęcie "zbierania ziem ruskich", które co prawda istniało jeszcze w czasach mongolskich, ale nabrało zupełnie innego znaczenia za panowania Iwana III. Uznał on bowiem wszystkie ziemie dawnej Rusi Kijowskiej, Halickiej i Włodzimierskiej za swoją domenę i ojcowiznę i począł zbierać te ziemie do moskiewskiego "koszyczka". Najpierw w 1454 r. Wasyl II (ojciec Iwana III) narzucił zwierzchność księstwu twerskiemu (które odtąd musiało prowadzić wspólną z Moskwą politykę zagraniczną). W 1456 r. zajął Możajsk i włączył do Moskwy, a księstwo riazańskie uzależnił od siebie. W tym samym roku wyprawił się Wasyl przeciw Republice Nowogrodu Wielkiego, który opowiedział się po stronie Litwy i przyjął namiestnika króla Kazimierza IV. W bitwie pod Starą Russą pokonał wojska Nowogrodu i zmusił tę kupiecką Republikę do rezygnacji z prowadzenia suwerennej polityki zagranicznej. Z chwilą wstąpienia na wielkoksiążęcy stolec Iwana III w 1462 r. rozpoczęła się ostateczna batalia o nadanie Moskwie dominującej pozycji wśród ruskich księstw. W 1464 r. Republika Pskowska musiała wyrzec się prowadzenia własnej polityki zagranicznej (ostatecznie Psków zostanie włączony do Moskwy w 1510 r.). W tym samym roku Moskwa podporządkowała sobie księstwa Jarosławlskie i ponownie Riazańskie (które próbowało wyrwać się ze szponów czarnego, dwugłowego orła). W 1465 r. gdy Nowogród Wielki ponownie nawiązał relacje z Litwą, szukając wsparcia w konfrontacji z Moskwą, na tę Republikę spadła karna wyprawa moskiewska i powrócono do sytuacji z 1456 r. W 1470 r. Nowogród ponownie sprzymierzył się z Kazimierzem IV (w tym celu król wybrał się z całą rodziną w podróż inspekcyjną po wschodnich terenach swego państwa i zawitał do Połocka, Witebska oraz Smoleńska - gdzie przyjął posłów nowogrodzkich. Padły tam słowa: "Precz z Moskwą!" wypowiedziane przez Marfę - wdowę po Izaaku Boreckim, posadniku nowogrodzkim. Przy obecności arcybiskupa Nowogrodu - Teofila i pod wpływem mnicha Pimena, podpisano tam układ, na mocy którego Polska i Litwa gwarantowały Nowogrodowi niezależność, wysyłając tam swego namiestnika, w zamian za co Republika ta zobowiązywała się do uiszczania pewnych danin na rzecz Litwy).

Car nie mógł tego zaakceptować, więc ponownie wyprawił się zbrojnie na Nowogród w 1471 r., który to z nadzieją oczekiwał przybycia polsko-litewskiej odsieczy, lecz się jej nie doczekał (w 1469 r. miał miejsce wielki atak Tatarów zawołżańskich na Kijowszczyznę, Wołyń i Ruś Halicką. Czambuły chana Sid Achmeta i beja Maniaka doszczętnie spustoszyły tamte tereny. Książę Sołtan Zbaraski rozbił wówczas jeden czambuł pod Włodzimierzem Wołyńskim, a gdy przyłączyło się do niego pospolite ruszenie starosty lwowskiego Rafała Jarosławskiego i starosty bełskiego Pawła Jasieńskiego, Tatarzy czym prędzej wycofali się z jasyrem do siebie, unikając starcia. Poza tym w 1471 r. wybuchła wojna polsko-węgierska o tron Czech, a w tym samym roku nastąpiła wyprawa Tatarów Krymskich Ajdara - syna chana Hadżi Gireja - na Podole. Król zajęty był więc zupełnie innymi sprawami). Po klęsce nad rzeką Szełonią Nowogród musiał się poddać. Miasto utraciło całkowicie swą suwerenność (Iwan zakazał nawet używania tytułu "władca Nowogrodu"), a wielu obywateli tej Republiki zostało upodlonych (główni wodzowie obrony miasta zostali natychmiast ścięci, a inni, którzy należeli do frakcji pro-litewskiej, stracili nosy, wargi a niektórzy nawet oczy). Jednak Iwan nie pozostawił w Nowogrodzie swej załogi (wiedział że byłoby to zerwaniem pokoju z Litwą, zawartego w 1449 r. i dałoby królowi Kazimierzowi jasny casus belli do wojny z Moskwą, a tego Iwan wówczas nie pragnął) i szybko się wycofał). W 1477 r. w wyniku odmowy Nowogrodzian tytułowania Iwana III gosudarem Wszechrusi, ten ponownie wyprawił się przeciw tej kupieckiej Republice. 14 grudnia 1477 r. Nowogród Wielki (znów nie mając znikąd pomocy) musiał skapitulować, a 18 stycznia 1478 r. podpisany został w siedzibie arcybiskupa Nowogrodu akt wiernopoddańczej zależności, oznaczający całkowite rozwiązanie Republiki i przyłączenie jej w całości, wraz z terenami aż po Morze Białe do Moskwy. Symbolem upadku państwa było wywiezienie do Moskwy nowogrodzkiego Wielkiego Dzwonu (Kołokołu), zwołujacego mieszkańców na wiec, tym samym triumf dzikiej, barbarzyńskiej, moskiewskiej turańszczyzny nad wolnymi Słowianami został oficjalnie potwierdzony. Ta kupiecka, ruska Republika nie znała baskaków (mianowanych przez Mongołów nadzorców), rządziła się prawami ludu (wiec) i Senatu. Jak pisał Długosz, Republika ta: "Słynęła szlachetnością słowiańską, która odróżniała jej mieszkańców od Moskali, kaziły ją tylko zbytki i zniewieściałość, prawie nieodłączne od bogactwa i swobody", po czym dodawał: "Teraz zostanie nędznym gródkiem (...) zniknie dusza, zgaśnie honor nowogrodzki , nieżywe, nikczemne ciało upadnie pod samowładztwem (...) kupcy (...) postradają majątki i pomrą w więzieniach, domowi mieszkańce, jedni na wygnanie, drudzy pójdą na przedaż Tatarom, świetny ów handel przeniesie się do Narwy i Rewla". Upadek Nowogrodu doprowadził również do nieprawdopodobnych okrucieństw i gwałtów na mieszkańcach. Według tego, co piszą kroniki, Moskwicyni nie żałowali sobie niczego i maltretowali ludność w najwymyślniejszy sposób. Na przykład kobietom obcinano piersi (lub też zgniatano), ciężarnym obcinano brzuchy i wyjmowano niemowlęta, po czym ciskano je o ściany lub też bezpośrednio wrzucano w taflę zamarzniętej rzeki Wołchow. Innym obcinano ręce i nogi, wlewano do ust rozgrzanego ołowiu itd. Lista okrucieństw jakich dopuścili się najeźdźcy, jest nieprawdopodobna i dopiero car Iwan IV Groźny zdołał pokonać swego dziadka w zbiorowym zadawaniu bólu.

Lecz właśnie upadek Nowogrodu Wielkiego dał Kazimierzowi IV pretekst do podjęcia przygotowań, zmierzających do wojny z Moskwą i w tym też celu przybył on (ponownie z całą rodziną) na Litwę. I ten właśnie fakt postanowili wykorzystać spiskowcy. Zamach wyznaczono na Niedzielę Palmową - 15 kwietnia 1481 r. Jednak nie doszło do niego, gdyż nad jego niepowodzeniem zaważył jeden drobny szczegół, o którym pisałem na początku - czynnik ludzki. Otóż tapicer, który przystrajał komnaty weselne Fedora Bielskiego (jednego ze spiskowców), mającego się żenić z księżną Anną Kobryńską (i na które to wesele został zaproszony król, wraz z całą swoją rodziną), zauważył coś niepokojącego, a mianowicie we framugach ścian ukryta została broń. Postanowił sprawdzić skąd ona się tam wzieła, ale nie poinformował o tym nikogo, a sam zaczaił się, by wyśledzić winnego i tak doszedł do autorów spisku na życie króla i jego dzieci. Natychmiast posłał swego ucznia z wiadomością do króla. Kazimierz nie przybył więc na wesele, twierdząc iż czuje się zmęczony intensywnymi łowami. Tak naprawdę jednak sam przygotował pułapkę na spiskowców i zwabiwszy ich do Wilna, kazał ich uwięzić (30 sierpnia 1481 r.), a po wyroku sądu (bowiem od czasu "Neminem captivabimus..." z 1425 r. król nie mógł uwięzić i skazać na śmierć książąt i szlachty - czyli obywateli - bez wyroku sądowego) zostali oni skazani na ścięcie (tylko Michał Olelkowicz i Iwan Holszański, gdyż Fedor Bielski zbiegł do Moskwy i tam już osiadł). Tak zakończyła się próba wymordowania dynastii Jagiellonów, która przetrwała jeszcze 91 lat i ostatecznie wygasła wraz ze śmiercią Zygmunta II Augusta w 1572 r. Dało to też początek Rzeczpospolitej Obojga Narodów - państwa którego husarskie hufce grasowały od Moskwy i Estonii, aż po Dunaj, siejąc przerażenie wśród Turków, Tatarów, Szwedów i Moskali. Ale to już zupełnie inna historia.
 

OSTATNI KRÓL POLSKI Z DYNASTII JAGIELLONÓW - ZYGMUNT II AUGUST (SYN ZYGMUNTA I BONY SFORZY) NIE MÓGŁ DOCZEKAĆ SIĘ POTOMKÓW Z ŻADNEJ ZE SWOICH TRZECH ŻON.
OSTATNIA ZAŚ - KATARZYNA HABSBURZANKA UDAWAŁA NAWET CIĄŻĘ (WYPYCHAJĄC SOBIE BRZUCH PODUSZKAMI), A POZA TYM CIERPIAŁA NA EPILEPSJĘ PRZEZ CO ZYGMUNT CZUŁ DO NIEJ NIECHĘĆ




ROK 1666 - CZY KONIEC RUSKIEGO MIRU?

CZYLI O PEWNEJ PSYCHOZIE, 
JAKA OPANOWAŁA MOSKALI





Dziś opowiem o pewnym wydarzeniu mającym miejsce w przeszłości, które dziś zostało już całkowicie zapomniane, choć warte jest wspomnienia choćby z tego powodu, że oznaczać miało koniec tamtego świata, w tym ruskiego miru - gdyż rzecz cała miała miejsce właśnie w ówczesnej Rosji 



Otóż rok 1666, był to dziwny rok, zwiastujący jakoweś klęski - aby na wstępie posłużyć się słowami Henryka Sienkiewicza ze wstępu do "Ogniem i Mieczem". I rzeczywiście, był to bowiem rok, w którym na świat miał przyjść... Antychryst. Wielkie przerażenie ogarnęło wówczas Moskwę - gdyż to właśnie tam najbardziej obawiano się końca świata i nadejścia szatana, bowiem od chwili powstania Moskiewskiego Patriarchatu w 1589 r. i utrwalenia się idei Moskwy jako "Trzeciego Rzymu" nie działo się dobrze w rosyjskiej Cerkwi prawosławnej. Mnisi w monasterach w ogromnej większości pozostawali analfabetami co budziło ogromny kontrast z tym, co nie tylko miało miejsce w Europie (gdzie przy kościołach i klasztorach istniały szkoły, gdzie dzieci z ubogich rodzin mogły nauczyć się czytać i pisać), ale chociażby na takiej Ukrainie, na której została wykonana ogromna praca cywilizacyjna (po czasach niewoli tatarskiej). Zarówno dokumenty archiwalne, jak i świadectwa współczesnych Rusinów zgodnie twierdziły o zupełnym upadku moralnym i umysłowym całego kleru ruskiego w wiekach XV i XVI, od episkopatu poczynając, a na mnichach i proboszczach kończąc. Wśród metropolitów prawosławnych na Ukrainie było niewielu, którzy potrafili czytać i pisać (to co powiedzieć o niższym duchowieństwie), gdyż na całej Rusi do połowy XVI wieku nie było ani jednej szkoły średniej a niższe szkoły początkowe (przy klasztorach i parafiach) ograniczały się jedynie do nauki elementarza i śpiewu chóralnego. Po 1569 r. (czyli Unii Lubelskiej) Ruś prawosławna otworzyła się na wpływ kultury polskiej i jak grzyby po deszczu zaczęły tam powstawać klasztory i kościoły katolickie (oraz ewangelickie) we Lwowie, w Przemyślu, Kijowie, Łucku, Kamieńcu Podolskim, Ołyce, Ostrogu czy Perejesławiu - a przy nich powstawały również przyklasztorne szkoły. Po założeniu Akademii Zamojskiej przez kanclerza wielkiego koronnego - Jana Zamoyskiego w 1595 r. otwarła się droga dla młodzieży ruskiej do studiowania na uczelniach wyższych nie tylko w kraju, ale i w Europie. Krzewienie się katolicyzmu i szkolnictwa polskiego na ziemiach litewsko-ruskich nie było jednak przyczyną, lecz skutkiem samorzutnej polonizacji kulturalnej tych krajów. Rzeczpospolita nie prowadziła bowiem polityki egoistyczno-narodowej, ukierunkowanej na jakąś odgórną polonizację i nie propagowała tendencji nacjonalistycznych, lecz hasła asymilacji kulturalnej i państwowej. Jako państwo wielonarodowościowe, nie opierała się Rzeczpospolita jedynie na swej polskiej "podstawie", lecz przy pomocy tolerancji pragnęła żywioł litewski i ruski przekształcić w elementy twórcze - państwowe i cywilizacyjne. Te zmiany cywilizacyjne bardzo silnie oddziaływały również na ruskie prawosławie na Ukrainie i Białej oraz Czarnej Rusi. Co prawda ruski szlachcic, jeżdżący na sejmy do Warszawy, ocierający się o dwór królewski, podróżujący do Italii, krajów Rzeszy czy Francji, oraz wysyłający synów na tamtejsze uniwersytety, nie chciał pozostawać dłużej w kręgu religii prawosławnej i albo przyjmował katolicyzm albo jedno z wyznań protestanckich - ale mimo to wpływ, jaki ta wielka cywilizacyjna praca poczyniła, działał twórczo na samo ruskie prawosławie.




Już na początku XVII wieku ośrodkiem ruchu literackiego na Rusi południowej stał się Kijów i tamtejsza Ławra Peczerska, skupiająca cały szereg wybitnych wykładowców. Zaś gdy w 1632 r. Piotr Mohyła założył w Kijowie Szkołę (zwaną od jego nazwiska Mohylańską), przekształconą w 1658 r. w Akademię - rusińskie prawosławie nabrało nowego wiatru w swe skrzydła. W tym samym czasie kulturowa polonizacja Ukrainy postępowała w bardzo szybkim tempie - miasta na Rusi przekształcały się na kształt tych w Koronie (czyli powstał lokalny samorząd i własne formy prawno-ustrojowe), postępowała też szybka urbanizacja. Bojarzy polonizowali się jeszcze szybciej a język polski stał się oficjalnym językiem Litwy i Rusi (dziś, gdy okazuje się że język polski jest najlepszym językiem do przekazywania poleceń AI, co to oznacza że w przyszłości   najdokładniejsze procesy twórcze z wykorzystaniem sztucznej inteligencji będą wymagały znajomości języka polskiego. Biorąc to pod uwagę, dopiero teraz zrozumiałem przepowiednię ojca Klimuszko {zmarłego w roku 1980}, który w jednej ze swoich wizji stwierdził: "Polska stanie się światową potęgą, a w języku polskim będą pisane przyszłe ustawy obowiązujące w świecie". Dotąd tego nie rozumiałem, ale teraz wszystko staje się jasne). Mimo to wielu Rusinów nie porzuciło religii prawosławnej i choć mówili (i coraz częściej myśleli) po polsku, pozostali wierni religii przodków - ale religii już znacznie odmienionej (np. w 1581 r. w Ostrogu na Wołyniu książę Konstanty Ostrogski założył Akademię i Drukarnię prawosławną, będącą pierwszą na ruskich ziemiach akademią nauk wyzwolonych). Cerkiew prawosławna na Ukrainie zasadniczo się zmieniła, kler przestał już być niepiśmienną masą, a stał się (na wzór katolickich księży) podporą życia religijno-umysłowego Rusi. Porzucane są hasła pesymistycznej koncepcji świata i bizantyjskiego dualizmu, na korzyść haseł czynu (zbawienie poprzez czyny oraz czystość serca i umysłu). W tym samym zaś czasie Moskwa tkwi w dotychczasowej "umysłowej ciemności" i zabobonie. Kler cerkiewny całkowicie pozostający pod władzą gosudara a potem cara, zacofany i niepiśmienny, potrafiący jedynie powtarzać zasłyszane i wyuczone na pamięć formułki - nie był żadną cywilizacyjną konkurencją dla prawosławnej Rusi i gdy Kijów propagował oświatę - uważając ją za środek służący do podniesienia z upadku prawosławia - Moskwa głosiła zasadę że: "logika i wiedza są wrogami religii". Idea ta pociągnęła za sobą skostnienie w formalizmie wyznaniowym i odseparowanie się od wszystkiego, co obce i co mogłoby wprowadzić najdrobniejsze odchylenie od tej zasady. Wyjazd za granicę był surowo zakazany i to zarówno przez cara jak i przez Cerkiew moskiewską. W tej sytuacji wiedza została całkowicie potępiona, jako wróg religii i moralności (mnich Filiteusz - jeden z autorów koncepcji Moskwy jako "Trzeciego Rzymu", tak oto z dumą pisał o sobie: "Jestem sobie człowiek wiejski i prostak niewykształcony, nie rodziłem się w Atenach, u mędrców filozofii nie uczyłem się, ani u filozofów na biesiadach nie bywałem, kształciłem się za to na księgach błogosławionych, aby zbawić mą grzeszną duszę i ocalić ją od wiecznych mąk", był on również autorem stwierdzenia, że: "rozumowanie jest powtórnym upadkiem". Zresztą w moskiewskich księgach dydaktycznych można znaleźć i takie stwierdzenie, że: "Niemiły jest Bogu każdy, kto lubi geometrię; kochaj prostotę bardziej, niż mądrość, nie poszukuj tego co za wysokie, nie roztrząsaj tego co za głębokie, a trzymaj tę wiedzę, jaką ci Bóg dał" - taki też był codzienny katechizm moskiewskiej Cerkwi prawosławnej.

I teraz, wracając do wydarzeń z 1666 r. Otóż w 1648 r. w "Księdze wiary" (będącej czymś na kształt rzymskich ksiąg sybillińskich) pojawiła się przepowiednia, jakoby szatan miał być związany przez tysiąc lat po Chrystusie, a jego uwolnienie przewidywano właśnie na rok 1666 (dodając do tej daty liczbę bestii - czyli trzy szóstki z Apokalipsy św. Jana). wówczas to należało oczekiwać nastania rządów szatana, które trwać miały czterdzieści dwa miesiące (tzw. "Mały Czas"), czyli w latach 1666-1669, a potem miał nastąpić koniec świata. Słońce miało się zaćmić, gwiazdy miały spaść z nieba, ziemia zaś zostałaby pochłonięta przez ogień a na koniec trąba archanioła Gabriela miała zwołać wszystkich sprawiedliwych i grzesznych na Sąd Ostateczny. Proroctwo to miało niesłychane i wprost straszne powodzenie. Od roku 1668 przestano w Rosji obsiewać pola, a w roku następnym ludność wiejska porzucała swoje chaty i uciekała, aby nasłuchiwać "trąb archanioła Gabriela". Całe państwo stanęło przed katastrofą rozpadu, szczególnie zaś problem mieli bojarzy, którym uciekali ich prywatni niewolnicy - czyli właśnie chłopi moskiewscy. Lud upatrywał antychrysta w osobie patriarchy Moskwy - Nikona (który w 1658 r. opuścił Moskwę i odtąd żył w jednym z monasterów); stojąc więc przed rozpadem całego państwa, car - Aleksy I polecił aresztować patriarchę i wywieźć go (w owym 1666 r.) daleko na Północ, aż nad Morze Białe, aby tym samym uspokoić lud. Lecz to nie pomogło. Ludzie zaczęli niszczyć ikony (zjawisko to nie było wcale nowe w Rosji i już na sejmie w 1609 r. kasztelan małogoski - Mikołaj Oleśnicki tak mówił o Moskwiczanach: "Obrazy obyczajem pogańskim chwalą, nad temi, kiedy się im nie po myśli wiedzie mszczą się, kiedy zaś co szczęście pomyślnego naniesie, to owym ofiary składają, właśnie jako poganie bogom swym wyrządzali". Podobnie pisał podwojewodzi nowogrodzki - Samuel Maskiewicz: "Grubiaństwo wielkie między prostym ludem około wiary. Pod ten czas, kiedy król pod Smoleńsk podstąpił (1609 r.), ludzie okoliczni do lasów z bydłem uciekać poczęli, biorąc z sobą i obrazy z domów w których oni nazbyt wielką ufność pokładają, zatem kiedy nasi żywności w lesie szukając i trafiwszy na nie, bydło im pobrali, oni rozgniewawszy się na obrazy, powieszali ich w górę nogami na drzewie, na wzgardę ich, mówiąc: my się modlimy, a wy nas od Litwy nie strzegli. A drugi, kiedy mu wołu z obory wywiódł złodziej w nocy, porwawszy obraz ze ściany wyrzucił go oknem na oborę, że wpadł w kał, mówiąc: ja tebe się molu, a ty mene od zacia ne boronysz?" Dziwiły Polaków i inne obyczaje związane z moskiewskim ruchem cerkiewnym, jak choćby izolacja kobiet i ich bezwzględne podporządkowanie mężczyznom. Jak bowiem dalej pisał Maskiewicz: "Moskale z żonami i białymi głowami nie konwersują publicznie, ani im pozwalają między ludzie chodzić, oprócz do cerkwi", a Oleśnicki dodawał: "Moskale postacią jedno są chrześcijanie, a sprawy i serca pogańskie mają (...) że małżeństwa świętego, najprzedniejszego sakramentu nie zachowują, bo każdy z nich kilka żon ma, jako mu się jedna nie podoba, to z nią do czarnic (klasztoru) a z drugą wolną mieszkał").




W tym czasie pewne wpływy w Moskwie zdobyła Akademia Mohylańska w Kijowie (który od 1654 r. był zajęty przez Moskali, a w 1667 r. w rozejmie andruszowskim oddany został Moskwie na dwa lata, jednak już nigdy nie zwrócony Rzeczpospolitej i w 1686 r. w "pokoju wieczystym" przekazany został Moskwie), zresztą zawsze wszelkie odrodzenie cerkiewne przychodziło do Rosji z Południa - z Kijowa i tamtejszej Lawry Peczerskiej. Pojawienie się drukowanych ksiąg cerkiewnych w Moskwie, wywołało ogromne oburzenie zacofanego kleru prawosławnego. Tym bardziej, że księgi te pisano w języku ruskim a nie staro-cerkiewno-słowiańskim jakim jedynie posługiwali się patriarchowie i nieliczni prawosławni biskupi. Patriarcha Nikon był wielkim zwolennikiem ksiąg drukowanych i liturgicznego języka greckiego, choć czasem głośno krytykował braci z Kijowa jako "łacinników" (gdyż znali łacinę i opierali się o kulturę polską). Jednak już w 1654 r. na zwołanym przez Nikona soborze, zastanawiano się czy nie należy wprowadzić drukowanych ksiąg liturgicznych, a tym samym zmusić kler do monotonnej nauki czytania i pisania, czy też pozostawić wszystko po staremu. Konflikt wybuchał o sprawy tak z pozoru błahe, jak żegnanie się trzema palcami zamiast dwóch, czy pisanie imienia Zbawiciela jako "Isus" a nie jak dotychczas "Jisus". W 1658 r. Nikon opuścił Moskwę a osiem lat później car poświęcił patriarchę, aby uspokoić swój lud, który obawiał się nadejścia Antychrysta. I właśnie Nikon był postrzegany przez lud jako Antychryst, gdyż zezwalał na odprawianie liturgii z heretyckich ksiąg. W 1668 r. centrum opozycji staroobrzędowców (czyli przeciwników reform Nikona i "Kijowszczyków" z Akademii Mohyły - od których zaczęły się owe reformy) stał się klasztor Sołowiecki na dalekiej Północy. Tak też zrodził się "Raskoł" - czyli odszczepieństwo, rozłam. Nieszczęściem dla Moskwy nie utrzymała się kultura kijowska. Sam Kijów - poprzez odcięcie go od kultury polskiej - też bardzo szybko tracił na znaczeniu. Wszystko zmarniało, a wkrótce potem upadł sam Kijów - popadłszy w moskiewską ciemnotę pod berłem gosudara Wszech-Rusi.




Lecz co się działo z końcem świata (i "ruskiego miru"). Otóż, gdy nadszedł 1669 r. a koniec świata nie następował, uznano że jednak musiało dojść do pomyłki i źle policzono lata, wywodząc je od narodzin Chrystusa, a powinno się liczyć od Jego śmierci na krzyżu, czyli do roku 1669 dodać 33 chrystusowe lata i to miał być prawdziwy termin nadejścia Antychrysta. Ale gdy ponownie nadszedł ów rok 1702, były już inne czasy i panował car Piotr I, który przemocą wymuszał na bojarach westernizację i nawet osobiście golił im brody. Do tego doszła Wielka Wojna Północna ze Szwecją Karola XII i nikt w Moskwie nie pamiętał już o nadejściu Antychrysta i końcu świata - i tak krwawy ruski mir trwa po dziś dzień, na przekór zdrowemu rozsądkowi i wszelkiej ludzkiej przyzwoitości.



NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...