WYŚWIETLENIA

09 maja 2026

PRZYSZŁOŚĆ POLSKI I EUROPY WEDŁUG OBJAWIEŃ I PRZEPOWIEDNI - Cz. II

ZNANI I MNIEJ ZNANI JASNOWIDZE O TYM, CO W PRZYSZŁOŚCI WYDARZY SIĘ W POLSCE, EUROPIE I ŚWIECIE





PRZEPOWIEDNIA JOHANNSONA




"OD POLSKI ZALEŻEĆ BĘDZIE
PRZYSZŁOŚĆ EUROPY (...) 
ONA BĘDZIE JEDYNYM PAŃSTWEM,
KTÓRE ZE ŚWIATOWEGO KATAKLIZMU
WYJDZIE SILNIEJSZE, POTĘŻNIEJSZE 
I WSPANIALSZE (...) 
ONA BĘDZIE PRZYGARNIAĆ, 
CHRONIĆ, NIEŚĆ POMOC"


Anton Johannson, szwedzki rybak urodzony w 1858 r. długo wiódł żywot "normalnego człowieka". Dopiero na dwa lata przed swoją śmiercią zaczął mieć wizję dotyczącą przyszłości Europy i Świata. W roku 1907 Johannson wyjawił publicznie to, co wówczas ujrzał w swym umyśle.


III WOJNA ŚWIATOWA
"STRASZNA INWAZJA"




W 1907 r. Anton Johannson zapowiedział wybuch "Wielkiej Wojny w Europie". Ma ona wybuchnąć w 120 lat od ogłoszenia owej przepowiedni (2027 r.). W jej wyniku dojdzie do wielkich zniszczeń i śmierci 25 % populacji świata. Nim jednak owa wojna wybuchnie, według Johannsona, Europę czeka inna katastrofa, którą on nazywa "Straszną rewolucją" lub "Straszną inwazją". Ta wojna zacznie się na południu Europy, a będzie ona konfliktem chrześcijaństwa i islamu. Dojdzie do strasznych scen, walki będą się toczyły w centrach wielkich miast. Najeźdźcy użyją trujących oparów (chodzi tu zapewne o broń chemiczną), co zwiększy śmiertelność i spowoduje że większość ludzi albo ucieknie z miast w rejony górskie (lub morskie), albo też pochowa się w swych domach (niczym bunkrach). Walka będzie niezwykle krwawa a najeźdźcy przez długi czas będą odnosili zwycięstwa. W konsekwencji jednak przegrają i zostaną zmuszeni do ucieczki przez "Wielką Wodę" (zapewne Morze Śródziemne). Nim to się jednak stanie wymordują wielką liczbę Europejczyków. 

Gdy wojna ta będzie już zbliżać się do końca (lub jeszcze w jej trakcie, gdyż nie jest to wyjaśnione i oba konflikty częściowo się ze sobą pokrywają - jak choćby fakt, że według Johannsona - wybuch wojny rosyjsko-chińskiej będzie pretekstem do muzułmańskiej inwazji na Europę), wybuchnie wielka wojna w Azji. Stronami tego konfliktu będą Chiny i Rosja. Wojna ta właśnie ma wybuchnąć w roku 2027. Ale konflikt na Dalekim Wschodzie będzie wypadkową wojny w Europie, gdyż wcześniej (choć jeszcze prawdopodobnie w tym samym roku) Rosja ma zbrojnie najechać Finlandię, Szwecję, Norwegię, Litwę, Łotwę i Estonię. To właśnie w ich obronie (?) wystąpią Chiny, atakując ze wschodu Rosję. Będzie to również wojna atomowa, która pochłonie 1/4 ludności tych obu największych państw świata. Na "froncie zachodnim" (w Skandynawii i krajach bałtyckich) Rosja ma odnieść spory sukces, szybko opanowując te kraje. Jednak na Wschodzie, w walce z Chinami potęga rosyjskiej armii (mimo że wsparta bronią nuklearną) zacznie ustępować Chińczykom, którzy opanują spore tereny Syberii i rosyjskiego Dalekiego Wschodu.




Aby nie dopuścić do klęski i rozpadu Rosji, Moskwa zdobędzie nieoczekiwanego sojusznika. Będą nim Stany Zjednoczone, które początkowo dyplomatycznie, a potem również i militarnie zaczną wspierać Rosjan (choć bez osobistego zaangażowania militarnego). To spowoduje wypowiedzenie wojny USA - przez Chiny i inwazję armii chińskiej na Alaskę i Kanadę. Chińczycy w swej sile dotrą na amerykańską ziemię (prawdopodobnie Kalifornia -Waszyngton - Oregon - Idaho i Montana?), tutaj rozpocznie się wojna pozycyjna. Prawdopodobnie jednak Chińczycy nie dojdą dalej, niż do tych stanów. Wojna zakończy się klęską i rozpadem Rosji na Wschodzie, oraz klęską i ucieczką Chińczyków z USA, choć same Stany Zjednoczone tak bardzo osłabną, że nie będą w stanie przeprowadzić jakiejkolwiek większej akcji poza swoim terytorium (o ataku na same Chiny nie wspominając). Zniszczonych też zostanie wiele amerykańskich miast, oraz zginą miliony amerykańskich obywateli. Chiny też wyjdą z tego konfliktu bardzo mocno osłabione, ale będą w stanie wymusić na pokonanej Rosji oddanie większości jej dzisiejszych ziem na Wschodzie, które (prawdopodobnie) nie zostaną od razu wcielone do Chin, a otrzymają taką swoistą quasi-niezależność (jak np. Ludowa Republika Syberii?).


POLSKA
WOJNA z NIEMCAMI




Według Antona Johannsona, Niemcy nie wezmą udziału w owym konflikcie pomiędzy Rosją i Ameryką a Chinami, choć nie ominie ich tzw.: "Straszna Inwazja" z Południa. Prawdopodobnie jednak Niemcy (tak jak i inne narody zachodnioeuropejskie) wyjdą z niej ostatecznie zwycięsko i pragnąc wykorzystać nadażającą się okazję (w wyniku konfliktu dalekowschodniego), będą chcieli wymusić na Polsce jakieś koncesje (terytorialne lub materialne - nie jest to wyjaśnione). Polska odmówi i Niemcy ponownie ("ponownie" - bowiem wciąż pamiętamy 1939 r.) na nas uderzą i rozpocznie się nowa wojna w Europie Środkowej. Wojna jednak nie potrwa długo (może z miesiąc, może dwa?), gdyż na pomoc Polsce przyjdą Węgry, Rumunia, Czechy, Francja i Wielka Brytania. Niemcy zostaną pokonane i okupowane, lecz dopiero wówczas nastąpi niesamowity (według Johannsona) wzrost pozycji naszego kraju w Europie. 


POLSKA po WOJNIE




Polska zapoczątkuje nowy okres ładu europejskiego, stając się największym i najpotężniejszym mocarstwem w Europie. Pod polskim przewodem zjednoczy Ukrainę, Węgry, Czechy, Rumunię, Białoruś, Litwę, Łotwę, Estonię i... część zachodniej Rosji (która wówczas odłączy się już od Moskwy i ogłosi niepodległość). Na całym świecie nastąpi swoiste "przebiegunowanie", które oznaczać będzie koniec światowej dominacji narodów germańskich (która to trwa od co najmniej V wieku naszej ery) - czyli Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Niemiec (Francja ma się stać według Johannsona najpotężniejszym państwem Zachodu, ale jej potęga będzie znacznie przyćmiona potęgą "Imperium Polskiego"). Nastąpi dominacja narodów słowiańskich w Świecie, na których czele będzie stała Polska. Mimo to (jak twierdzi Johannson) ludność Aryjska (która miała nastąpić po tzw.: ludności Atlantydzkiej, która z kolei nastąpiła po ludności Lemuryjskiej), nadal będzie dominowała w świecie, z tą tylko różnicą, że nastąpi kolejne "przebiegunowanie" jej poszczególnych odłamów (szczepów). Johannson twierdzi że pierwszym szczepem aryjskim, który zdobył przewodzenie po zagładzie Atlantydy, był szczep praindyjski. Po nim nastąpił kolejny szczep aryjski - prairański, następnie chaldejsko-babiloński, potem grecko-rzymski i obecnie żyjemy pod panowaniem piątego szczepu aryjskiego - szczepu germańskiego (USA, Wlk. Brytania, Niemcy). Szóstym i ostatnim szczepem aryjskim ma być szczep słowiański, który przejmie władzę w Europie ok. 2045-2050 r.


PS: W kolejnej części tej serii przejdę do całkowicie już zapomnianej przepowiedni ojca eustachiusza dotyczącej przyszłości polski z ok. 1450 r., wizji Abrahama Lincolna na temat przyszłości Stanów Zjednoczonych, przepowiedni Wernyhory, ojca Czesława Klimuszko, i wielu innych (często już zapomnianych) jasnowidzów.




CDN.
 

08 maja 2026

MEMORIAM - Cz. XIX

VIRGINES VESTALES i 

TRZY CIOSY





UMIŁOWANY POKÓJ
I ZŁUDNE NADZIEJE 
SIEDEMDZIESIĄTYCH LAT
Cz. IV






SPARTAKUS ZWYCIĘSKI


Po zwycięstwie pod Wezuwiuszem nad siłami propretora - Klaudiusza Glabera, do gladiatorów Spartakusa zaczęli przyłączać się zbiegli od swych panów lokalni niewolnicy, miejscowi zawadiacy, a nawet okoliczni pasterze owiec. Wszyscy oni liczyli na poprawę własnego losu i zdobycie bogatych łupów na możnych panach. Spowodowało to że (już jesienią 73 r. p.n.e.) armia niewolnicza liczyła ok. 70 000 ludzi. Co prawda znaczna ich liczba to byli ludzie nie obyci z bronią i nie znający się na walce oraz kobiety, ale i tak spora część z nich nadawała się do walki orężnej. A tymczasem Kwiryci znów zlekceważyli buntownika i cały ten - niezwykle niebezpieczny dla państwa - niewolniczy zryw. Co prawda powierzono kolejne dowództwo pretorowi Publiuszowi Waryniuszowi, ale przydzielono mu zaledwie jeden legion, wsparty niewielkimi kontyngentami posiłkowymi (łącznie siły Waryniusza liczyły ok. 12 000 żołnierzy), zaś sam pretor również nie odznaczał się rozsądkiem. Wiedząc o zupełnej klęsce sił Glabera (w liczbie 3000 żołnierzy), dodatkowo podzielił on swoje siły na trzy części, licząc na to, że wycofujący się spod Wezuwiusza Spartakus ze względu na znaczną liczbę zbiegłych doń ludzi, będzie zmuszony poruszać się wolno, co ułatwiłoby atak Rzymian w dowolnym kierunku i w wybranym przez nich momencie. Niestety, ów niewolnik jakim był Spartakus, doskonale zdawał sobie sprawę ze swego położenia - co też przemawia za jego królewskim pochodzeniem (nie ma żadnych dowodów że Spartakus wywodził się z królewskiego rodu, ani że był spokrewniony z dynastią Spartokidów z Bosforu Kimmeryjskiego. Tę informację przekazywali autorzy antyczni, aby tym samym udowodnić że jedynie ktoś wywodzący się ze szlachetnego rodu mógł skutecznie stawić czoła Rzymianom w walce). Wiedział też że odwrót spod góry wystawi go na ataki Rzymian i zmusi jedynie do obrony. Postanowił więc samemu przejść do kontrataku i po kolei zaczaił się na trzy podzielone oddziały Waryniusza. 
 



Najpierw zasadził się na siły (liczące ok. 3000 legionistów) pod dowództwem niejakiego Furiusza. Uderzył na nie nocą, rozbił i zmusił do ucieczki. Następnie przygotował zasadzkę na dowódcę drugiego oddziału - Kossyniusza. Spartakus początkowo planował uderzyć na niego (i go porwać), gdy ten zatrzymał się w rejonie Salin i zażywał tam kąpieli. Kossyniusz postąpił bardzo nierozważnie, bo nie tylko zlekceważył przeciwnika, ale również zachowywał się tak, jakby wyjechał sobie na odpoczynek, stąd też praktycznie nie miał przy sobie ochrony. Gdy więc Spartakus uderzył i odgłos zbliżającego się nieprzyjaciela dotarł do uszu Rzymianina, ten czym prędzej uszedł stamtąd, wybiegając nagi i mokry prosto z wanny, po czym dosiadł konia i w towarzystwie zaledwie kilku żołnierzy dotarł do swego oddziału. Spartakus zdobył jednak cały jego sprzęt i rzeczy osobiste, a potem ruszył ku niemu i zajął cały jego obóz, likwidując tym samym drugi wydzielony oddział Waryniusza (Kossyniusz poległ w tej walce). Mając już zdecydowaną przewagę liczebną, ruszył teraz Spartakus na niewielkie siły samego Waryniusza, okrążył je i doszczętnie rozbił (grudzień 73 r. p.n.e.), tym samym likwidując drugą już wysłaną przeciwko niemu armię Rzymian. Po tych zwycięstwach w całej Kampanii, Lukanii, Samnium i Apulii zapanowała wielka trwoga. Co bogatsi obywatele uciekali do Rzymu w obawie o własne życie, gdyż ataki na większe majątki Kwirytów należały do głównych praktyk niewolniczej armii Spartakusa. Zrabowane złoto i inne kosztowności stanowiły jednak własność ogółu i były przeznaczane na zakup uzbrojenia od kupców, którzy nieodłącznie towarzyszyli buntownikom, stale dostarczając im żelazo lub spiż. Dużym problemem był właśnie brak wystarczającej ilości broni dla tak licznej armii niewolniczej, dlatego też dodatkowo uruchomiono własną produkcję potrzebnego sprzętu (w oddziałach Spartakusa było wielu zbiegłych kowali i rzemieślników, którzy doskonale znali się na produkcji broni, zaś potrzebne produkty dostarczali kupcy, którym płacono zrabowanym z okolicznych latyfundiów rzymskim złotem i srebrem).




Znacznie gorzej wyglądała kwestia zaopatrzenia w żywność - szczególnie przy tak wielkiej ilości ludzi, jaka znajdowała się wówczas w szeregach armii Spartakusa. Jedyną możliwością pozyskiwania żywności były ataki na majątki nobilów i ekwitów oraz zabranie stamtąd wszystkiego, co tylko nadawało się do zjedzenia. Zasady jakie wprowadził Spartakus (wszystko wspólne, nawet broń, zakaz posiadania czegokolwiek więcej, niż tego co potrzebne jest do niezbędnej egzystencji) budziły niezadowolenie, tym bardziej że zarówno gladiatorzy jak i zbiegli niewolnicy pałali chęcią zemsty na swych panach i rwali się do mordów, grabieży i gwałtów. Oczywiście licznie do nich dochodziło (nie można było tego uniknąć z wiadomych względów, ale Spartakus starał się przynajmniej ograniczać ataki na drobnych właścicieli - których i tak w tym czasie było już niewielu w Italii - prowadząc swoje wojsko często przez górskie szlaki, lub też trudno dostępnymi drogami, co też stwarzało wiele niebezpieczeństw. Poza tym wódz zbuntowanych niewolników wybierał tereny, na których było wiele latyfundiów, aby tym samym uzupełnić braki w aprowizacji, oraz dać możliwość wyżycia się swym ludziom na wielkich panach), jednak ofiarami padali głównie nobile lub ekwici (choć częste był też i ataki na zwykłych chłopów, szczególnie podejmowane na własną rękę przez grupki niezadowolonych niewolników, które czasem odłączały się od głównej armii, aby rabować i gwałcić). Spartakus poprowadził swoich ludzi do Lukanii i Brutium, a tam stanęli na leża zimowe (roku 73/72 p.n.e.) pod Thurioi. Lecz wciąż dołączający nowi niewolnicy spowodowali że rejon gwałtów tej buntowniczej armii sięgał Cosentii na południu (w czasie zimy oddziały Spartakusa wzrosły do ponad 100 000 ludzi - choć wśród nich nie brakowało też i kobiet z dziećmi oraz kalek nie nadających się do walki orężnej. Tym ludziom też trzeba było zapewnić żywność, a Spartakus - nawet jeśliby chciał, nie mógł ich wypędzić, gdyż tym samym skazałby siebie i swoją armię na brak pomocy ubogiej lokalnej ludności i niewolników, a to byłby początek jego klęski).




Senat dopiero teraz, z końcem roku przejrzał na oczy i uświadomił sobie że bunt gladiatorów z Kapui nie jest tylko lokalną, mało znaczącą ruchawką, lecz groźnym powstaniem, które może wręcz przerodzić się w nową wojnę w samej Italii i zagrozić Rzymowi w jego bezpośredniej egzystencji. Wiosną (72 r. p.n.e.) powstańcza armia Spartakusa ruszyła spod Thurioi w Brutium na północ do Lukanii. Tam podstępem (nie miał bowiem ani sprzętu oblężniczego ani też żadnego doświadczenia w walkach o miasta), opanował miasto Metapontum. Tam też od razu dała się poznać różnica wynikająca z podejścia niewolników wiejskich i niewolników miejskich do jego buntu. Otóż bowiem jeśli niewolnicy wiejscy często uciekali od swych właścicieli i przyłączali się do armii Spartakusa, o tyle niewolnicy miejscy wprost przeciwnie - pozostawali wierni swym panom i woleli niewolę niż niepewny los ściganego buntownika (zresztą niewolnicy miejscy mieli w głębokiej pogardzie niewolników wiejskich, uważając ich za gorszych od siebie. Trudno się zresztą dziwić, gdyż tamci żyli w bardzo trudnych warunkach, ciężko pracując praktycznie od świtu do zmierzchu, więc nocą jedyne czego pragnęli to było tych parę godzin snu. Natomiast niewolnicy w miastach żyli o wiele wygodniej - jeśli byli własnością możnego i bogatego pana, to nawet ich stroje były lepsze niż ubrania wolnych, choć ubogich Rzymian. Poza tym nie musieli martwić się o jedzenie, gdyż mieli pewną strawę w domu swego właściciela. Natomiast wolny acz ubogi Rzymianin każdego ranka nie miał pewności czy zarobi chociaż na miskę soczewicy).


POSIŁEK RZYMSKIEGO LEGIONISTY
(I/II wiek naszej ery)



WBREW POZOROM RZYMSCY LEGIONIŚCI JEDLI BARDZO DOBRZE, CZĘSTO ZNACZNIE LEPIEJ NIŻ WIĘKSZOŚĆ UBOGICH RZYMIAN 
(Ale trudno się temu dziwić, bo jak mówi Ferdek kiepski to w końcu jest życie, prawda?! 😉👍)



 Warto też w tym miejscu przytoczyć opowieść Tytusa Macciusza Plauta o dwóch niewolnikach, w jego dziele pt.: "Mostellaria" ("Strachy"), w którym dokładnie opisuje owe antagonistyczne postawy:


"Grunio - niewolnik zatrudniony w posiadłości wiejskiej.
Tranio - niewolnik w domu pana w Atenach, zaufany młodego panicza.
 
Grunio (przyszedł ze wsi z koszykami po paszę, stoi przed domem i woła do siedzącego w kuchni Traniona): "Ty, może byś tak wyszedł z tej kuchni, gałganie! Bo tam siedzisz wśród rondli i drzesz się tu ze mną. No, wyjdźże z tego domu, zgubo twego pana! Czekaj, ja ci odpłacę - bym tak zdrów był - na wsi! Wyjdź mówię, smrodzie, z kuchni, czemu się ukrywasz?"
 
Tranio (wychodzi): "Co za wrzaski wyprawiasz, chorobo, przed domem? Czy myślisz, żeś jest na wsi? Odsuń się od domu. Idź na wieś, idź do diabła, odejdź stąd, od drzwi. (Wali go w gębę) Masz! - Po coś tu przyszedł?"
 
Grunio: "Oj, po cóż mnie bijesz?" 
 
Tranio: "Boś jest po to!" 
 
Grunio (płaczliwie): "Dobrze, - dobrze! Niech no stary wróci! Niech tylko wróci cało ten, co ty go zjadasz!"
 
Tranio: "Bredzisz, kołku, To nawet nieprawdopodobne! Tak jakby mógł ktoś kogoś zjeść w nieobecności!"  

Grunio: "Więc ty, miejski elegant, faworyt ulicy, Mnie wsią oczy wycierasz? To stąd myślę, Tranio, że wiesz, iż cię niebawem do żaren oddadzą. Dalibóg, w krótkim czasie powiększysz, mój Tranio, liczbę wiejskich mieszkańców, "w żelaza ubranych"! Teraz, póki ci wolno, pij, rujnuj majątek, psuj panicza naszego, wzorowego chłopca, przez dnie całe i noce - pijcie, lampartujcie, dziewki sobie kupujcie, wyzwalajcie, paście pieczeniarzy, kupujcie najdroższe przysmaki! To ci stary przykazał, gdy w drogę wyruszał? W takim tutaj swe mienie zastanie porządku? Więc to, myślisz, należy do sługi dobrego, mienie pańskie rujnować, psuć syna pańskiego? Bo on, mówię, zepsuty, jeśli tym się para! Co dotychczas wśród całej attyckiej młodzieży nikt nie był tak oszczędny - mówili - i skromny, jak on: teraz jest pierwszy w całkiem innych rzeczach! To jest twoja zasługa i twoje nauki!"
 
Tranio: "Co ci do mnie, chorobo, i do mego życia? Czy mało na wsi wołów, byś się o nie troszczył? Chce mi się tu pić, kochać i dziewki sprowadzać! Ja moim grzbietem za to, nie twoim, nałożę!"

 Grunio: "O, jaki pewny siebie!"
 
Tranio: "A niechże cię Jowisz, wszystkie bogi zatracą! A pfuj! Śmierdzisz czosnkiem - Gnoju czysty, ty chamie, koźle, świński chlewie - psim smrodem razem z koźlim!" 
 
Grunio: "Trudno, cóż poradzić? Nie wszyscy mogą pachnąć olejkiem zamorskim. Jak ty - leżeć przy stole na miejscu dostojnym i takie wyszukane, jak ty, jeść potrawy. Trzymaj sobie te ryby, drób, synogarlice! A ja, niechże się karmię, jak mój los, mym czosnkiem, tyś szczęśliwy - ja biedny. Trudno, niech tak będzie. Mnie niech czeka me dobro, a ciebie zło twoje."
 
Tranio: "A więc ty mi zazdrościsz, jak ja widzę, Grunio, że mnie dobrze, źle tobie. Wszak to jak najsłuszniej: mnie przystoi się kochać, a tobie paść woły. Mnie przystoi żyć pięknie, a tobie w psi sposób."
 
Grunio: "O ty, sito katowskie! Ja wiem, że tak będzie. Bo cię bodźcem zdziurawię, gnając rozpiętego przez ulice - gdy tylko stary tu powróci!"
 
Tranio: "Skąd wiesz? Może to ciebie, pierwej niż mnie, spotka?"
 
Grunio: "O - nigdym nie zasłużył. Ty - zawsze i teraz!"
 
Tranio: "Możesz sobie oszczędzić twojego gadania, jeśli nie chcesz oberwać... czegoś potężnego!"
 
Grunio: "Dacie wykę dla wołów, żebym mógł ją zabrać? Sypcie groszem szubrawcom i róbcie tak dalej, jakeście już zaczęli: pijcie, lampartujcie, żrejcie, pchajcie w swe brzuchy, jadło kiereszujcie!"
 
Tranio: "Bądź cicho i idź na wieś! Ja do Pireusu iść muszę, ryby kupić, dziś wieczór potrzebne, wykę ci tam ktoś jutro na folwark przyniesie. Co się tak na mnie gapisz? Ty szubieniczniku!"
 
Grunio: "To będzie twoje imię, ja myślę, niebawem!"
 
Tranio: "Jak długo jest "tymczasem", nie dbam o "niebawem"!"
 
Grunio: "Dobrze, lecz wiedz to jedno, że o wiele szybciej to przychodzi, co przykre, niż to, czego pragniesz!"
 
Tranio: "Więc mi się nie naprzykrzaj - odsuń się, idź na wieś! Już ja ci się tu dłużej nie dam zatrzymywać!" (Odchodzi do portu).

Grunio: "Więc poszedł! I nic nie dba o wszystko, com mówił! Bogowie nieśmiertelni! Bądźcie miłościwi! Zrządźcie, niech tu powróci najprędzej nasz stary, od trzech lat nieobecny - nim wszystko przepadnie, i rola, i domostwa, bo jeśli nie wróci - Zostaną resztki ledwie na parę miesięcy. Teraz na wieś odchodzę. A otóż syn pański, złajdaczony! - A dawniej był wzorem młodzieńca!"




Po uzupełnieniu zapasów w Metapontum, Spartakus skierował się następnie ku Tarentowi - dużemu miastu w południowej Italii i zajął je takim samym sposobem jak wcześniej Metapont. To właśnie tam zapewne powstał plan dalszych zbrojnych działań zbuntowanych niewolników, którzy musieli wybrać co dalej zamierzają czynić. Spartakus twierdził że należy iść na północ, w kierunku Alp, a po ich przekroczeniu niewolnicy i gladiatorzy mieli się rozejść do swych rodzinnych krajów. Planowano pierwotnie wspólny marsz do Umbrii i tam rozdzielenie sił: Galowie i Iberowie mieli skierować się na zachód idąc przez Ligurię i omijając góry, natomiast Iliryjczycy, Trakowie i Germanie poszliby na wschód ku kraju Lingonów i dalej ku Karnom i Pannonom. Plan ten jednak nie zyskał akceptacji wśród samych dowódców buntu, do których (prócz Spartkausa) należeli Kriksos z Galii, Celt Gannikus o nieznanym pochodzeniu, oraz Ojnomaos i Kastus - obaj z Galii. Największe zastrzeżenia co do tego planu miał Kriksos, który stwierdził że Rzymianie są słabi i można ich zniszczyć na italskiej ziemi, bez konieczności ucieczki na północ. Spartakus jednak rozsądnie zauważał, że jeśli rebelia ma się powieść, to nie może trwać w nieskończoność i na pewno nie w Italii, gdzie Rzymianie mają stałą bazę rekrutacyjną - również wśród sojuszników. Przecież Italikowie, którzy jeszcze dwadzieścia lat wcześniej toczyli z Rzymem krwawą wojnę domową w Italii, teraz wcale nie palili się do zasilania sił Spartakusa, a wręcz przeciwnie pozostawali wierni Rzymowi. Zapewne miało to związek z przyznaniem im już siedemnaście lat wcześniej obywatelstwa rzymskiego, a także z żywą wciąż pamięcią okrucieństw, jakich dopuszczali się niewolnicy, walczący w czasie wojny domowej pod rzymskimi rozkazami. Nic więc dziwnego, że teraz ci sami ludzie nie zamierzali przykładać ręki do pomocy zbuntowanym niewolnikom - mordercom ich rodzin. Dlatego też Spartakus zdawał sobie sprawę że wojna w Italii prowadzi do klęski i śmierci wszystkich niewolników zasilających jego szeregi, a jedyną nadzieją na ocalenie było opuszczenie tej "przeklętej italskiej ziemi" i wyjście do swoich ojczyzn, gdzie Rzymianie z pewnością już nie mogliby ich ścigać.




Kriksos jednak postawił na swoim i zgromadził wokół siebie 30 000 takich samych zwolenników pozostania w Italii, którzy roili nawet o ataku na Rzym. Wiekszość niewolników którzy poszli za Kriksosem, to byli Germanie, część Galów i ci niewolnicy, którzy urodzili się już na italskiej ziemi w drugim, trzecim lub czwartym pokoleniu i nie znali oraz nie pamiętali swojej ojczyzny. Chcieli też dalej plądrować, gwałcić i zabijać znienawidzonych Rzymian, a poza tym nie odpowiadała im żelazna dyscyplina, wprowadzona przez Spartakusa i zakaz gromadzenia zrabowanych kosztowności. Zresztą Kriksos wystąpił z planem wyzwolenia wszystkich niewolników w Italii i wywłaszczenia majątków zajętych przez nobilitas i ekwitów, a następnie przekazania ich w ręce niewolników i Italików (aby zyskać ich poparcie). Plan był niezwykle ambitny, niestety - nierealny. Kriksos dysponował zbyt małymi siłami aby w ogóle mógł pokusić się o zbliżenie do Rzymu, nie mówiąc już o zajęciu całej Italii i rozpoczęcia realizacji swego planu. Spartakus, Gannikus i Ojnomaos dostrzegali to, czego nie chciał widzieć Kriksos - dłuższe pozostanie w Italii było niemożliwe, tym bardziej że wciąż były duże braki w aprowizacji, a nie można było też ciągle liczyć na to, że armia niewolnicza wykarmi się rabunkami zajętych na Kwirytach majątków ziemskich. Jedynym wyjściem było opuszczenie Italii i marsz za Alpy, tylko problem polegał na tym, że nie było wiadomo co potem czynić dalej. Czego mieli szukać niewolnicy urodzeni i wychowani w słonecznej Italii, w zimnych i nieprzystępnych krajach Północy, wśród ludów, które nie znały wszelkich dobrodziejstw grecko-rzymskiej cywilizacji? Było więc oczywiste że ci niewolnicy nie zgodzą się na opuszczenie ziemi swych narodzin tylko po to, by podążać do krajów jakichś dzikich barbarzyńców, z których ręki również mogli zginąć. Nastąpił więc podział i oddział pod dowództwem Kriksosa opuścił główne siły niewolniczej armii Spartakusa.
 



A tymczasem Senat wystawił do walki z buntownikami aż dwie armie konsularne. Pierwsza pod wodzą konsula Lucjusza Gelliusza Publikoli (przyjaciela Cycerona) a druga pod dowództwem konsula Gnejusza Korneliusza Lentulusa (przyjaciela Pompejusza). Łącznie siły Republiki liczyły ok. 45 000 żołnierzy, jednak obaj konsulowie nie działali razem, tylko znów podzielili swoje armie i skierowali się: Gelliusz przeciwko Kriksosowi, zaś Lentulus ruszył na Spartakusa. Gdy więc siły Kriksosa udały się do północnej Apulii, podążył za nimi również i Gelliusz, który dopadł niewolników pod górą Garganus. Doszło wówczas do bitwy, jednak nie uczestniczył w niej sam Gelliusz (kto wie, być może obawiał się klęski?), tylko wyznaczył dowódcą pretora Kwintusa Arriusza, a ten wyśmienicie pokierował wojskiem i zadał wielką klęskę buntownikom Kriksosa (sam Kriksos poległ wśród swych towarzyszy), likwidując tym samym całą germańsko-italską odnogę buntu. Spartakus znajdował się wówczas w dość bliskiej odległości od toczącej się bitwy i na wiadomość o ataku armii Gelliusza na Kriksosa, natychmiast pospieszył temu drugiemu z odsieczą, lecz dotarł za późno i zdołał jedynie rozbić dopiero co zwycięskie legiony Gelliusza i Arriusza (uderzył w chwili, gdy Rzymianie w ogóle się tego nie spodziewali, będąc upojeni stosunkowo łatwym zwycięstwem nad Kriksosem). Wielu Rzymian poległo w tej bitwie, a ponad 300 dostało się do niewoli. Ostatecznie Spartakus wyprawił okazały pogrzeb Kriksosowi, oraz urządził swoiste igrzyska, na których - jako gladiatorzy - musieli walczyć ze sobą wzięci do niewoli Rzymianie. Raz jeszcze Spartakus okazał się zwycięski i pomimo wystawienia podwójnej armii, znów Kwiryci niczego nie zyskali. Wciąż pozostawała co prawda armia konsula Lentulusa i w niej właśnie upatrywano nadzieje na ostateczne rozbicie sił buntowników.






A tymczasem Spartakus wyruszył na północ, idąc wschodnim pasem Italii ku Alpom. Jego siły liczyły ok. 100 000 ludzi i były tak liczne, że nie zezwalał już na dołączanie doń kolejnych grup zbiegłych niewolników (chyba że byli to ludzie doskonale obeznani z bronią i potrafiący walczyć - lecz takich nie było wielu). Miał zbyt dużo kobiet, dzieci i kalek, a idąc kolumnami, musiał kroczyć powoli i wyglądało to tak, że tył ostatniej kolumny na drugi dzień był dopiero tam, gdzie dnia poprzedniego wyruszał przód kolumny pierwszej. A tymczasem Lentulus, świadom trudności przeciwnika, zaszedł siły Spartakusa w rejonie Picenum. Obie armie przygotowywały się do nieuniknionego starcia, jednak Spartakus postanowił podstępem zwieść armię wroga i umieścił przed swym obozem wbite w ziemię pale, które przypominały wartowników, a dookoła kazał rozpalić ogniska, sam natomiast z większością swych sił opuścił obóz i ruszył na siły Lentulusa, zachodząc je z tyłu i z boku. Armia Spartakusa była uformowana podobnie jak legiony i podzielona na poszczególne centurie. Nie posiadała jednak zbyt wielu włóczni, co oznaczało że siły Spartaka dążyły do jak najszybszego starcia bezpośredniego i próby okrążenia przeciwnika. Okrążenie  co prawda się nie udało (w końcu było to zawodowe wojsko, a nie hałastra zebrana po okolicy, jak w przypadku Glabera czy nawet Waryniusza), jednak zaskoczenie i tak było całkowite a Rzymianie poszli w rozsypkę, zaś niewolnicy zdobyli cały rzymski obóz wraz z zaopatrzeniem. Tak oto armia Lentulusa przestała istnieć. Spartakus rozkazał po bitwie spalić nieużyteczny sprzęt wojskowy, zarżnąć zwierzęta juczne i wymordować wszystkich jeńców, gdyż były to przeszkody, które mogły znacznie spowolnić marsz niewolników ku Alpom. Tym samym dawał jednocześnie do zrozumienia, że nie zamierza atakować Rzymu i pragnie jedynie wydostać się z Italii na północ. Jednak w Rzymie i tak wybuchła panika, podobna do tej, którą przed stu czterdziestu laty sprowokował Hannibal, czy też barbarzyńskie armie Cymbrów i Teutonów zaledwie trzydzieści lat wcześniej. Co prawda Rzym był otoczony murem serwiańskim, ale brakowało ludzi do jego obstawienia. W trwodze więc Kwiryci oczekiwali najgorszego.




Spartakus jednak nie był przygotowany do ataku na Rzym (nie uczynił tego nawet znacznie lepiej wyposażony i posiadający bardziej wyszkoloną armię - Hannibal, a co dopiero przywódca zgrai zrewoltowanych niewolników), a spalenie sprzętu - pozyskanego w rzymskim obozie Lentulusa - było ostatecznym dowodem że atak taki w ogóle nie wchodzi w rachubę. Tak więc, gdy Spartakus skierował się w dalszy marsz ku północy, Kwiryci już nie zamierzali mu przeszkadzać, mając nadzieję że ostatecznie opuści on Italię i wszelki słuch po nim zaginie. Jednak prokonsul Galii Przedalpejskiej - Lucjusz Kasjusz - dysponujący dwoma legionami, postanowił zastąpić drogę buntownikom pod miejscowością Mutina w Dolinie Nadpadańskiej. Do kolejnej bitwy doszło więc już w połowie lipca (72 r. p.n.e.) po ok. czterech miesiącach intensywnego marszu Spartakusa na północ. Bitwa tam stoczona, to był kolejny już pogrom rzymskiej armii - dotąd uważanej za niepokonaną, a panika, jaka wybuchła w obozie Rzymian już po bitwie, spowodowała że Spartakus prawie bez walki opanował samą Mutinę, gdzie niewolnicy uzupełnili brakujące zapasy (głównie żywności i broni) a następnie przygotowali się do dalszej drogi za rzekę Pad, gdzie Spartakus stanął na początku sierpnia. Droga do Alp stała teraz otworem i można było urzeczywistnić plany wyprowadzenia niewolniczych rzesz poza obszar rzymskiego świata i rzymskiej władzy. Jednak właśnie wówczas, już tam nad Padem, nastąpiła zdecydowana zmiana planów, która ostatecznie przywiodła Spartaka do klęski, a jego wojowników do hańbiącej śmierci na krzyżu.




CDN.

07 maja 2026

WALKA Z KOMUNISTAMI W PRZEDWOJENNEJ POLSCE - Cz. VII

CZYLI GDZIE CHOWAŁY SIĘ "SZCZURY"





KOMUNISTYCZNA PARTIA POLSKI
(CZYLI DZIAŁALNOŚĆ MOSKIEWSKIEJ EKSPOZYTURY W POLSCE)
Cz. VII



"NIEPODLEGŁOŚĆ POLSKI TO DROBNOMIESZCZAŃSKIE, REAKCYJNE ZBOCZENIE"

HASŁO JAKIE PADAŁO NAJPIERW W SDKPIL
A NASTĘPNIE W 
KOMUNISTYCZNEJ PARTII POLSKI



15 marca 1923 r. Konferencja Ambasadorów Rady Ligii Narodów ostatecznie uznała wschodnią granicę Rzeczpospolitej na odcinku z Rosją sowiecką i z Litwą. Było to ostateczne dopełnienie naszych starań o odzyskanie dawnych polskich ziem na Wschodzie. Było to też ostateczne pogrzebanie traktatów rozbiorowych i chociaż tereny które wytyczone zostały w traktacie ryskim z marca 1921 r. nie odpowiadały realnie polskiemu osadnictwu na Wschodzie (sięgało ono bowiem znacznie dalej), to jednak można z całą pewnością stwierdzić, że dopełniła się wówczas dziejowa sprawiedliwość - Rzeczypospolita Polska wracała na swe odwieczne ziemie. Był to również wielki triumf rządu gen. Władysława Sikorskiego, który już 16 marca w Sejmie stwierdził: "Uchwała stanowi uwieńczenie dzieła wskrzeszenia Polski niepodległej (...) stwierdza fakty, dobrze Polakom znane i sercu polskiemu tak drogie, bo polską krwią okupione, stwierdza, że polskie Wilno, dwukrotnie wysiłkiem naszego żołnierza wyrwane barbarzyństwu, także i ze stanowiska międzynarodowego należy odtąd na zawsze do Macierzy - stwierdza, że obroniony piersiami własnych synów prastary polski Lwów wraz z Małopolską Wschodnią, dzielić będzie z państwem polskim na wieki wieków dolę i rozkwit". Wkrótce potem skomponowano piosenkę, której słowa brzmiały: "Nie damy morza ani Pomorza, skoro wróciła je ręka Boża, nie damy Śląska bo to piastowska ziemia ojcowska, nie damy Wilna nie damy Lwowa, bo to też nasza scheda ojcowa. Nie chcem cudzego, nie damy swego!" Amen.




A tymczasem kotłuje się na Zachodzie. 13 lutego zachodnia granica celna Rzeszy, zostaje przesunięta na wschodnią granicę okupowanego przez Francję i Belgię Zagłębia Ruhry. Wcześniej zaś, 24 stycznia za odmowę dostarczenia węgla do Francji, właściciel kopalni Fritz Thyssen zostaje skazany przez francuski sąd wojskowy w Moguncji na wysoką karę finansową. Bierny opór społeczeństwa niemieckiego w Zagłębiu Ruhry i w całej Nadrenii postępuje, Francuzi i Belgowie nie mają więc z owej okupacji (która rozpoczęła się 11 stycznia 1923 r., 15 stycznia Francuzi zajęli Bochum, Witten, Recklinghausen i Dortmund, a 4 lutego Offenburg i Appenweier) zbyt wiele pożytku. Sytuacja zaognia się z każdym kolejnym tygodniem i 20 lutego dowódca francuskich wojsk okupacyjnych w Zagłębiu Ruhry, wydaje zakaz wjazdu i pobytu na teren Zagłębia członków rządu niemieckiego, a 1 marca Francuzi grożą karą śmierci każdemu Niemcowi, który dokona aktów sabotażu, lub będzie kontynuował bierny opór w transporcie kolejowym. Premier Rajmond Poincaré jest głodny sukcesu, a poza tym chce złamać upór Niemców w Zagłębiu i zmusić ich do wypłat zaległych reparacji, których Francja bardzo potrzebuje. Władze niemieckie odpowiadają jednak równie konfrontacyjnym tonem. 3 marca prezydent Rzeszy - Friedrich Ebert podpisuje dekret o szpiegostwie, na mocy którego każda współpraca z francuskimi i belgijskimi siłami okupacyjnymi w Zagłębiu Ruhry będzie karana długoletnim więzieniem. Sytuacja się zaognia jeszcze bardziej, gdy tego samego dnia wojska francuskie okupują warsztaty kolejowe w Darmstadt i obiekty portowe w Karlsruhe.




18 marca w Moskwie zostaje utworzona Międzynarodowa Organizacja Pomocy Rewolucjonistom, zwana również (szczególnie w Polsce) "Czerwoną Pomocą". Pierwszym przewodniczącym MOPR został Julian Marchlewski. Pamiętam te filmowe hasła takich prl-owskich "dzieł" z lat 50-tych, jak "Żołnierz Zwycięstwa" czy "Pod gwiazdą frygijską", gdzie padały hasła: "Towarzysze! nie dawać na kopiec Piłsudskiego, wszyscy dajemy na więźniów politycznych, na Czerwoną Pomoc" itd. itp.

W dniach 21-26 marca 1923 r. odbył się w Moskwie pokazowy proces arcybiskupa sufragana mohylowskiego - Jana Cieplaka i 14 innych księży katolickich (Polaków). Arcybiskup Cieplak i prałat Konstanty Budkiewicz zostali skazani na karę śmierci, a pozostali księża na długoletnie więzienie na Wyspach Sołowieckich. Oczywiście zarzuty były takie same jak zawsze, szpiegostwo na korzyść Polski, podburzanie do kontrrewolucji i tym podobne. W sprawie Cieplaka i Budkiewicza interweniował rząd Rzeczypospolitej. Premier Władysław Sikorski osobiście zajął się tą sprawą i ostatecznie doprowadził do zmiany wyroku na arcybiskupa, którego wyrok został teraz zamieniony na dożywotnie więzienie, jednak prałata Budkiewicza uratować się nie udało i został rozstrzelany przez Sowietów. Stanowisko rządu polskiego utrudniał również fakt, że owi skazani na śmierć kapłani byli obywatelami sowieckimi, a nie polskimi. Natomiast powoływanie się na zapisy traktatu ryskiego odnośnie mniejszości narodowych też były niebezpieczną praktyką, gdyż w drugą stronę pozwalały Sowietom na ingerencje w wewnętrzne sprawy Rzeczypospolitej.

W ogóle antyreligijna paranoja w Związku Sowieckim nabiera wówczas rozpędu. Dla bolszewików bowiem religia była "opium dla mas" (a raczej konkurencją dla ich własnej religii totalnej kontroli, tyranii i mordu). Cerkwia prawosławna na terenach kontrolowanych przez bolszewików została rozwiązana już 20 stycznia 1918 r. a wielu duchownych stało się teraz ludźmi drugiej kategorii (wraz z kapitalistami, obszarnikami, kupcami, funkcjonariuszami dawnej carskiej policji, kryminalistami i "imbecylami" - jak głosiło sowieckie prawodawstwo). Wielu prawosławnych popów i księży katolickich zostało zabitych w czasie Rewolucji i Wojny Domowej, wielu innych trafiło do więzień i wciąż było prześladowanych po zwycięstwie bolszewików. Komuniści jednak zdawali sobie sprawę że nie wystarczy zabić paru księży, nie wystarczy rozwiązać Cerkwi, gdyż lud jest w dalszym ciągu przywiązany do religii. Należy więc "uświadamiać" ciemne masy, jakim niebezpieczeństwem i głupotą jest religijność oraz wiara w Boga. Symbole religijne oczywiście były wyszydzane lub niszczone w czasie Rewolucji, ale po jej zakończeniu sądzono że okres prześladowań dobiegnie już końca - a przynajmniej mocno złagodnieje. Oczywiście ci, którzy tak sądzili byli w błędzie, bowiem komuniści nie mogli pozwolić sobie na utrzymywanie konkurencyjnej ideologii (jak oni to określali) w państwie socjalistycznym. Już 6 stycznia 1923 r. odbyło się pierwsze komsomolskie Boże Narodzenie (Komsomoł to komunistyczny Związek Młodzieży). Wówczas to odbyła się karnawałowa parada studentów i młodzieży (z klasy robotniczej) przebranych za klaunów, którzy śpiewali "Międzynarodówkę" i palili wizerunki świętych oraz postaci biblijnych. Tym sposobem miano przekonać wiernych do porzucenia religii (🤭). Jednak taki pokaz spowodował tylko że ludzie wierzący byli bardzo zniesmaczeni owym cyrkiem, a oburzenie było tak duże, że Komitet Centralny Partii bolszewickiej stwierdził, że kolejne komsomolskie Boże Narodzenie powinno już przebiegać inaczej, a młodzież skupiać się ma na wykładach, filmach i sztukach teatralnych pokazujących szkodliwość religii. Już wkrótce (bo w roku następnym - 1924) zacznie ukazywać się gazeta "Bezbożnik" i powstaną też kółka przyjaciół "Bezbożnika" złożone z czytelników i nowych "nawróconych" na bolszewizm ateistów.


SOWIECKI KOMSOMOŁ w 1940 r.
(Zebranie odbywa się zniszczonym kościele katolickim gdzieś na naszych Kresach wschodnich po 17 września 1939)



Jednak sowiecka prasa oczywiście znacznie wcześniej podjęła się zdecydowanej walki z "ciemnotą". Oto 15 maja 1923 r. "Moskiewska Prawda" zaprezentowała taki tekst: "Komitet Gubernatorski Iwanowo-Woźnieseńska Rosyjskiej Partii Komunistycznej poświęca wystarczającą uwagę propagandzie antyreligijnej. W ostatnim okresie prowadzono zakrojoną na szeroką skalę akcję antyreligijną, Odbywały się dysputy i wykłady, składano sprawozdania i referencje, w czym czynny udział brała Gubernatorska Administracja Edukacji Politycznej. Ale rezultaty nie zawsze były takie same: spory toczone w okręgach przemysłowych i między robotnikami dawały wspaniałe rezultaty, natomiast wśród chłopów i drobnej burżuazji rezultaty nie zawsze były pozytywne, a w niektórych przypadkach nawet negatywne. Duchowni rosyjscy, korzystając z prostoty audiencji, stosowali z bardzo dobrym skutkiem wszelkiego rodzaju zabiegi demagogiczne. Na przykład w Boniachalu podczas sporu, gdzie obecni byli chłopi, starsze kobiety i mężczyźni, duchowny wzruszył zgromadzenie do łez, narzekając na obecne i przeszłe prześladowania Kościoła. Wrażenie i efekt tego wzruszającego dyskursu były ogromne. Jest rzeczą oczywistą, że spory wśród prostych chłopów wzbudzą uczucia na korzyść Kościoła i papieży. Zdarzały się przypadki, gdy mówca nie mógł dokończyć swoich wniosków. Ale takie spory wywarły zupełnie inne wrażenie wśród robotników, a zwłaszcza wśród młodzieży. Publiczność stanęła całkowicie po stronie komunistów, a spory odniosły prawdziwy sukces we wszystkich fabrykach i w mieście. Wykłady cieszyły się większym powodzeniem wśród chłopów, nie mówiąc już o ludności miasta. To prawda, czasem słychać od starego chłopa: "Ale miejmy Boga, nie dotykajmy tego". Ale to wszystko. Stosunek do duchowieństwa staje się zdecydowanie niekorzystny. Środowiska antyreligijne Komitetu Gubernalnego wzięły pod uwagę te doświadczenia i zdecydowały się trzymać następujących metod: Każdy wykładowca musi przede wszystkim wziąć pod uwagę swoją publiczność, a sposób i treść sprawozdania lub wykładu musi być zgodna z odpowiednimi przepisami publiczności. Jest jeden sposób dla Czerwonej Gwardii i dla młodzieży; inne metody należy stosować wobec chłopów i robotników. Nie należy już prowadzić sporów pomiędzy prostymi chłopami i niewykształconymi klasami ludności, lecz poważne raporty i wykłady, nie raniąc uczuć religijnych słuchaczy. Świetne rezultaty dają antyreligijne wieczorne spotkania poświęcone Brunonowi, Galileuszowi i Kopernikowi. Spotkania takie organizował Komitet Związku Młodzieży i uczestniczyły w nich tysiące członków młodzieżowych kół robotniczo-chłopskich i Gwardii Czerwonej. Nie ma już wątpliwości, że młodzież wymknęła się ze sfery mistyfikacji religijnej i klerykalnej".

Czyli jak zwykle: starzy ludzie to ciemnota i zabobon, a młodzi to nowoczesność i przyszłość. Problem tylko polega na tym, że starych już trudniej do czegoś głupiego namówić, a młodych można kształtować od zera, jak czystą kartę i stąd ta propaganda która miała wbić klin między pokolenia (Hitler przecież też mówił, że najbardziej lubi "psy i dzieci" 🤪). Wszystkie reżimy totalitarne zawsze zaczynają od dzieci, bo tylko tak mogą zapewnić sobie fanatycznych zwolenników i oddanych żołnierzy. Jednak biorąc pod uwagę samą kwestię wiary, to muszę powiedzieć że choć oczywiście szanuję ludzi którym wiara jest potrzebna i którzy muszą wierzyć, to jednak ja sam wiary już nie potrzebuję. Może zabrzmi to trochę cynicznie, może trochę pysznie, ale ja skupiam się na wiedzy, nie na wierze. Wiara (szczególnie ta wiara która jest w obecnych religiach na świecie) jest tak prymitywna, że na dłuższą metę trudno pogodzić ją z moją wrażliwością, aczkolwiek uważam że jest ona potrzebna, szczególnie biorąc pod uwagę korzenie na których wyrośliśmy i na których powinniśmy nadal chować nasze dzieci. Nie ma bowiem możliwości porzucić wiary religijnej i nagle stwierdzić że ateizm to jest ta droga, którą ja wybieram (choć oczywiście nie potępiam ateistów, każdy może sobie żyć jak chce, to nie ma żadnego znaczenia w co wierzysz, czy w co nie wierzysz, znaczenie ma tylko wiedza. Wiedza, że przyszliśmy tutaj w jakimś celu i wrócimy wcześniej czy później do Domu i że Świat do którego wrócimy jest tak niesamowicie cudowny, że brakuje nam słów aby choć w drobnej części próbować to opisać). Większość ludzi potrzebuje wiary, potrzebuje jej jak powietrza, bowiem nie jest w stanie pewnych rzeczy sobie uświadomić i przypomnieć (mnie akurat było to dane i nie chodzi już tylko o to, że przypomniałem sobie poprzednie wcielenie - o czym wielokrotnie pisałem. Zapewne było to mi potrzebne do rozwoju tutaj, w tym życiu, inaczej nie zachowałbym tej pamięci). W każdym razie strach przed śmiercią powoduje to, że ludzie potrzebują wiary w Siłę Wyższą, nawet przedstawianą w tak prymitywny sposób, w jaki czynią tą religie na świecie. Nie chciałbym znów się powtarzać, ale warto rozmawiać z ludźmi i przekonywać ich, że pewne utarte schematy które tutaj zostały im wpojone do głów (jak choćby strach przed śmiercią) są głupotą (bez obrazy oczywiście). Śmierć tak naprawdę nie istnieje, jedyne co istnieje to My (My jako Świadomość), a skoro My istniejemy bez początku i bez końca i jesteśmy częścią Bożej Miłości (a raczej częścią tej energii Bożej Miłości) to ta energia nie może cały czas być jednorodna i ona musi co jakiś czas się zmieniać. A wówczas następuje coś takiego jak śmierć, choć to jest tylko zmiana energetyczna - wyzwalamy się z pewnego materialnego obciążenia, które było nam potrzebne tutaj, aby się czegoś nauczyć i czegoś doświadczyć i tyle (a nasze doświadczenia są niezwykle ważne w Świecie, do którego się udajemy po naszej tak zwanej śmierci). Dlatego też nie myślmy sobie że Bóg jest tak bardzo niesprawiedliwy, że odbiera dzieci które niczemu nie zawiniły, w młodym wieku, często w chorobie, w okropnych bólach, a innym (często ludziom o bardzo podejrzanej reputacji) daje długie życie i finansową wolność. To są tylko nasze karmiczne naleciałości, każdy zbiera to, co zasiał. A poza tym musimy się wciąż rozwijać i jeżeli dziecko umiera w wieku 6 lat (choć dla nas jest to okropna tragedia), to on wybrał sobie takie życie, on sam (widocznie takie właśnie życie było mu potrzebne, ani dłuższe, ani krótsze, tylko że nikt przy takiej stracie nie jest w stanie rozumować w ten właśnie sposób. Ale jeżeli uświadomimy sobie że śmierci nie ma, że przychodzimy tu tylko żeby zbierać doświadczenia, że tworzymy światy, cudowne światy w miejscu do którego się udajemy po śmierci i te doświadczenia są nam w tym niezbędne - to wtedy inaczej spojrzymy na wszelkie możliwe katastrofy. Notabene pamiętam że kiedyś ktoś zapytał co się dzieje z ludźmi, którzy giną w zbiorowych katastrofach, na przykład w katastrofie samolotowej, kolejowej lub tym podobnych. Czy tacy ludzie widzą siebie po śmierci i czy mogą się ze sobą porozumieć. Otóż powiem wam otwarcie - w przypadku wielkich katastrof, gdy giną setki a nawet tysiące ludzi, ludzie ci nie doświadczają bezpośrednio śmierci swoich najbliższych i się z nimi nie kontaktują zaraz po śmierci, gdyż w momencie katastrofy... wyskakują, do miejsca, w którym zawsze czuli się najlepiej. To jest właśnie taki duchowy balsam dla duszy, moment katastrofy i bach - jesteśmy w miejscu w którym jest nam najlepiej, lub gdzie lubiliśmy przebywać, gdzie przeżyliśmy cudowne chwile. Co ciekawe, czujemy się wyśmienicie i dopiero po pewnym czasie dochodzimy do wniosku, że... już nie mamy ciała fizycznego, a potem to już z górki - wracamy do naszych światów w "Niebie" aby przygotowywać się do kolejnych narodzin i zbierać kolejne doświadczenia). Póki my uświadomimy sobie że jesteśmy częścią niesamowitego Oceanu Życia, które tutaj pulsuje i które potrzebuje tego świata materialnego po to, aby się kształcić i rozwijać, dopóki będziemy naprawdę potrzebowali ciemnych religijnych zaklęć, które będą nam wmawiać że jak oddamy pokłon temu Bogu to będzie dobrze, a tamtemu to będzie źle, a jak złożymy temu ofiarę (np. krwawą) to wtedy urośniemy w siłę i w ogóle osiągniemy wszelkie możliwe łaski. Jedyne co mamy sobie przypomnieć i do czego powinniśmy dążyć - to jest Miłość i to Miłość Boża, Bezinteresowna - choć rzeczywiście jest to cholernie trudne. Kończąc ten długi wykład nie na temat, zacytuję słowa papieża Jana Pawła II który często powtarzał: "Nie lękajcie się!" Ja bym dodał jeszcze: Nie lękajcie się! Istniejecie! Śmierci nie ma a jedynie po trudach nauki wracacie do Domu który jest niesamowitym miejscem z którego najchętniej nigdy byśmy nie wyszli gdybyśmy nie musieli się kształcić, a które notabene my sami tworzymy. 


BARDZO CIEKAWY OPIS JAK WYGLĄDA ŚWIAT BOGA OCZAMI DUSZY, ZAPREZENTOWANY NA KANALE JASNOWIDZA KRZYSZTOFA JACKOWSKIEGO 

"Kojarzy mi się Wielki Wir, a z niego wyłaniają się prostokątne światła. (...) Są trzy wymiary - wymiar twojej osobistej wolności, trzeci to jest wymiar twojego zniewolenia, a drugiego nie potrafię nazwać. (...) Każdy z tych wymiarów to jest twoja decyzja, (...) odchodzisz, wpadasz w ten wir, w te kolory i potem masz trzy wymiary które musisz przejść, pobyć w nich i przeanalizować. (...) A z boku jest piękne Światło, do niego się zwrócisz. Dzięki temu Światłu możesz stworzyć co chcesz. (...) Gdy idziesz to Światła, nie ma kompletnie znaczenia jak żyłeś tutaj, co zrobiłeś. (...) Tam idziesz do swojego świata, który sam stworzyłeś. (...) Jak tam się odchodzi, to to co z życia ziemskiego jest istotne, to są doznania. (...) Te światy (czyli światy które każdy z nas tam tworzy) są jak takie piękne mgiełki, a przestrzeń wokół nich ma taką ciepłą jasno-piaskową barwę. (...) Tamten Wymiar jest doskonały i nasze doświadczenia muszą ten wymiar pobudzać aby ze względu na swoją doskonałość nie stał się drętwy (innymi słowy: nie można poznać Miłości jeśli nie widzi się Jej przeciwieństwa). (...) Twoja wyobraźnia w twoim Świecie (Mgiełce) jest w stanie ożywić wszystko co tylko sobie zechcesz i czego doświadczyłeś na Ziemi (lub też na innych planetach). Nie tylko krajobrazy, domy, lasy, zamki ale również ludzi. Twoja wyobraźnia ożywi to i to będzie żyło swoim życiem i będzie niepowtarzalne".



W Rosji sowieckiej w latach 20-tych wyraźnie zaznaczyła się przepaść pokoleniowa pomiędzy starszymi (rodzicami a szczególnie dziadkami, wychowanymi w innej rzeczywistości), a młodzieżą przesiąkniętą komunistyczną propagandą. W rodzinach pojawiał się dylemat, bo z jednej strony starano się wdrażać dzieciom stare tradycje i przekonania, z drugiej strony dzieci musiały być kształcone na dobrych komunistów, a do tego również przyczynić miało się wychowanie domowe - nie tylko szkolne i pozaszkolne. Jelena Bonner (wychowywana przez babcię, bo rodzice byli albo w pracy albo na masówkach partyjnych), wspominała po latach w swych pamiętnikach: "Istniał kolosalny spór co do naszego wychowania. Babcia przynosiła do domu książki ze Złotej Biblioteki Dziecięcej, rozmaite głupstwa, i mama z dezaprobatą
sznurowała usta, choć nigdy nie śmiała zwrócić babci uwagi. Mama dawała mi do
czytania inne książki, na przykład o Pawce Korczaginie którą przyniosła mi jeszcze w maszynopisie. Nie wiedziałam, które książki bardziej mi się podobają". Jelena pisała dalej: "Zawsze uważałam przyjaciół mamy i taty za ludzi mojego pokroju, a przyjaciół Batanii (babci) za obcych. W gruncie rzeczy już wtedy należałam do partii". Anatolij Gołowni (późniejszy operator filmowy) wspominał zaś, że jego mama - Lidija uczęszczała przed Rewolucją do szkoły panien z dobrych domów, mieszczącym się w petersburskim Instytucie Smolnym i przez całe życie miała maniery arystokratki, choć ubierała się skromnie. Dbała ona również o to, aby dzieci jej syna były ochrzczone (uczyniła to bez wiedzy i zgody Anatolija), z wnukami chodziła do cerkwi i uczyła je religijnych obrzędów. Tak było w sporej części rosyjskich domów, ale rodzice dzieci najczęściej starali się aby wpływ babć i dziadków był jak najmniejszy na ich pociechy. Jeśli dziecko bowiem przyznałoby się do swojej wiary, mogło to mieć poważne konsekwencje dla kariery rodziców (a w okresie późniejszym również dla ich bezpieczeństwa). Jewginija Jewangułowa (urodzona w 1918 r.) wspominała zaś, że gdy babcia dała jej krzyżyk który nosiła na szyi pod ubraniem, i gdy koledzy w szkole się o tym dowiedzieli, to robili jej przykrości, krzycząc wszem i wobec "Patrzcie ona wierzy w Boga!". Wiele więc rosyjskich rodzin - by dalej praktykować swoją wiarę, w niedziele i święta paliło świece i modliło się do ikon (które następnie chowano do szuflad lub w inne zakamarki, aby tylko nie wydało się że są wierzący).

 


Z takich ciekawostek warto też dodać, że w dniach 27-29 stycznia 1923 r. w Monachium (w Circus Krone) odbyła się pierwsza konferencja Narodowosocjalistycznej Niemieckiej Partii Robotników - czyli kierowanej przez Adolfa Hitlera NSDAP. Założona 5 stycznia 1919 r. przez Antona Drexlera Niemiecka Partia Robotników, do której jesienią 1919 r. przyłączył się Adolf Hitler - 24 lutego 1920 r. podczas masowej imprezy w monachijskim Hofbraühaus - zmieniła nazwę na NSDAP. Doskonały mówca - Hitler (którego bano się utracić) wygrał walkę o przewodnictwo w partii i na walnym zgromadzeniu 29 lipca 1921 r. uzyskał władzę dyktatorską w partii.


"HITLER PRZEMAWIA"
MONACHIUM - CIRCUS KRONE
(27-29 stycznia 1923 r.)



20 marca 1923 r. bawarskie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych odrzuca wniosek Socialdemokratycznej Partii Niemiec (SPD) i Niemieckiej Partii Demokratycznej (DDP) o rozwiązanie Brygad Szturmowych SA. Hitler jak na razie skupia się głównie na Bawarii. Tutaj czuje się dobrze, tutaj jego ludzie zawierają kontakty z przedstawicielami wojska, policji a także częściowo rządu, i tutaj wreszcie czuje się w miarę bezpieczny, planując swój wielki zamach. W tych latach bowiem Hitler brzydził się parlamentaryzmem i planował zdobycie władzy w sposób siłowy. Dopiero później dojdzie do wniosku że równie dobrze władzę może zdobyć w sposób parlamentarny - i tak też się stanie.

Tymczasem w Prusach, minister spraw wewnętrznych tego kraju - Carl Severing (z SPD), obawiając się próby zamachu stanu, której dokonać miała prawicowa Niemiecka Partia Wolności Narodowej (DVFT), 22 marca nakazuje zakaz działalności tej partii.




31 marca zaś w Zagłębiu Ruhry dochodzi do rozlewu krwi, gdy francuscy żołnierze zabijają 13 niemieckich robotników z zakładów Kruppa w Essen, którzy protestują przeciwko konfiskacie samochodów należących do fabryki. Europa krótko żyje tym wydarzeniem (choć początkowo europejskie gazety - szczególnie brytyjskie - wypowiadają się dosyć ostro na temat francuskiego okrucieństwa). Natomiast 7 kwietnia również w Essen francuska żandarmeria aresztowała byłego żołnierza Freikorpsu - 28-letniego Alberta Leo Schlagetera, oskarżonego o udział w ataku na linię kolejową Dortmund-Duisburg (i tym samym zapobieżenie transportowi węgla do Francji). Schlageter już w 1914 r. na początku I Wojny Światowej zgłosił się na ochotnika do Armii (do 76 Pułku Artylerii Polowej), a w 1918 r. został odznaczony Krzyżem Żelaznym I klasy. W latach 1919-1920 wstąpił do Freikorpsu, a następnie wyjechał do Prus Wschodnich gdzie pracował jako robotnik rolny. W styczniu 1921 r. wyjeżdża na Górny Śląsk, gdzie w maju-lipcu tego roku bierze udział w walkach z polskimi powstańcami na Górnym Śląsku. W 1922 r. zapisuje się do NSDAP i w styczniu 1923 r. bierze udział w pierwszym zjeździe tej partii w Monachium (w Circus Krone). Potem wyjeżdża do Nadrenii gdzie dokonuje kilku aktów sabotażu. 7 kwietnia zostaje aresztowany przez Francuzów, a miesiąc później francuski sąd wojskowy skazuje go na śmierć. Wyrok zostaje wykonany 26 maja 1923 r. w Dusseldorfie. Od tej pory Schlageter staje się jednym z męczenników ruchu narodowosocjalistycznego. Akty sabotażu w Nadrenii jednak nie ustają. Tego samego 7 kwietnia (gdy aresztowano Schlagetera), dokonany został akt sabotażu na kanale Ren-Herne, co znacznie utrudniło wydobycie dużych ilości węgla przez Francuzów.

10 kwietnia w berlińskim Reichstagu (z udziałem prezydenta Rzeszy Friedricha Eberta) odbyło się nabożeństwo żałobne za robotników rozstrzelanych w Essen. Problem jednak pozostał i doskwiera on zarówno Niemcom jak i Francuzom, którzy niewiele osiągnęli po zajęciu Zagłębia Ruhry. Rząd niemiecki zaś ma o tyle problem, że musi rekompensować straty przedsiębiorcom, których namawia do stosowania biernego oporu wobec wojsk francuskich, a co za tym idzie, ponoszą oni straty finansowe z tego tytułu. W takiej sytuacji - aby sprostać wypłatom odszkodowań dla przedsiębiorców z Nadrenii - rząd drukuje coraz więcej pieniędzy, co jeszcze bardziej napędza już i tak szalejącą hiperinflację. Ktoś będzie musiał ustąpić w sprawie tego konfliktu, pytanie tylko kto będzie pierwszy?

Ale żeby nie było nam tak różowo, przenieśmy się teraz do naszego Sejmu i przyjrzyjmy się wypowiedzią jakie padają z trybuny sejmowej. Otóż w kierunku Witosa i Dąbskiego padają takie epitety: "Bandyto! Nie parobkuj! Kulka w łeb! Jak wam zęby wybiją, będziecie inaczej patrzeć! Cicho, fornalu! Taki kretyn był prezydentem ministrów! Był pan lalką, pociąganą za czerwony sznurek z Belwederu! Marionetka belwederska! Oszukujecie cały świat! Fałszujecie Konstytucję, wszystko fałszujecie! Wariat wyrabia sceny!" itp. Konstanty Ildefons Gałczyński dodaje do tego jeszcze taki oto wierszyk: "Skumbrie w tomacie, skumbrie w tomacie! Chcieliście Polski, no to ją macie!" I dzięki Bogu, bowiem jaka by Ona nie była - jest święta i jest Nasza.




CDN.

06 maja 2026

HISTORIA ŻYCIA - WSZECHŚWIATA - WSZELKIEJ CYWILIZACJI - Cz. XLIX

II IMPERIUM ATLANTYDY 
Cz. III





TORVALL KRÓL
POWRÓT MONARCHII i DRUGI 
"ZŁOTY WIEK" ATLANTYDY
(OKRES PRZED-IMPERIALNY)
40 000 r. p.n.e. - 25 000 r. p.n.e.





Nim jeszcze urząd Patriarchy zaczął sprawować najwyższy kapłan zakonu "Synów Beliala" o imieniu - Bolandos, religia zakonu znacznie się zdegenerowała przez te 10 000 lat, jakie upłynęły od czasów Alta z Quoaudy, czyli zdobycia władzy nad wyspą, przez białych kolonistów z innych światów (głównie z planety Malona i z Alpha Centauri). Obalano ołtarze słońca, gaszono "Wieczne Ognie", ścinano świątynne ogrody, rozbijano "Białe Kamienie", a w zamian instalowano w dawnych świątyniach "Jednego Prawa" posągi i popiersia ludzi i zwierząt, które miały być alegoriami bogów opiekujących się daną sferą ludzkiej działalności, lub też były odpowiednikami sił natury. Obrzędy religijne stały się coraz bardziej dziwaczne - tańczono "dla bogów" w rytm hałaśliwych dźwięków, które nie przypominały już dawnej kojącej muzyki Atlantów. Tańce też stały się perwersyjne, podczas których uprawiano stosunki seksualne i okaleczano się również dla "chwały bogów". Kadzidła, narkotyki i mocne trunki stały się podstawą każdych misteriów zakonu "Synów Beliala". Zaczęto też składać krwawe ofiary ze zwierząt, a ok. 40 000 r. p.n.e. (czyli już w czasach rządów patriarchy Bolandosa), religia Atlantów doszła do takiego stopnia wewnętrznej degeneracji, że na ołtarzach składano również niemowlęta (przelewając ich krew do specjalnych pojemników, a potem je spożywając), odebrane rodzinom buntowników, lub ludzi uważanych ze element "aspołeczny" (czyli takich, którzy nie godzili się na samowolę patriarchów i rządy zakonu). Stworzono więc religię zgrozy i rozpusty gdzie modlono się do kozłów i hybryd zwierzo-ludzi, lecz co ciekawe, ta degeneracja objęła głównie samą stolicę i największe ośrodki miejskie Poseidii, natomiast na wsiach religia zachowała w miarę łagodny kształt (nie była aż tak bardzo wulgarna i odhumanizowana). Stamtąd też nadeszła rewolucja religijna w postaci ruchu "Odnowy" kapłana Ozyrysa (nastąpi to jednak dopiero ok. 22 000 r. p.n.e.)

  

  PATRIARCHA BOLANDOS




Późniejszy patriarcha Bolandos, miał przyjść na świat w stolicy - Atlantydzie i był synem jednego z wielkich kapłanów zakonu "Synów Beliala", a jednocześnie bogatego i wpływowego Atlanty "czystej krwi" (jak twierdzą channelingi), oraz kobiety, która była niewolnicą lub nałożnicą jego ojca. Historia Bolandosa, jest historią jego miłości do pewnej dziewczyny, którą ten (wbrew prawu zakonnemu) postanowił poślubić. Dziewczyna była niewolnicą, więc mogła co najwyżej awansować do roli nałożnicy, jednak Bolandos postawił na swoim - chciał ją poślubić i uczynić swą małżonką (czyniąc tak po raz pierwszy od ponad 10 000 lat). Ponoć przysięgli sobie miłość w świątyni boga śmierci, a dziewczyna wkrótce powiła też syna. Kolegium zakonne nie zamierzało się jednak godzić na ślub swego przywódcy i dopiero gdy zagroził wprowadzeniem zmian w prawie (co było równoznaczne ze zmianami w łonie samej religii zakonu, gdyż w okresie - 50 722 r. p.n.e. - ok. 40 000 r. p.n.e. - niepodzielnie rządził kler zakonny), kapłani ustąpili. Ślub doszedł do skutku, lecz rządy Bolandosa po tym wydarzeniu nie trwały długo. Patriarcha został uśmiercony sztyletem przez jednego z niewolników nasłanych przez kapłanów.




Nowym patriarchą został Penox, konkurent Bolandosa do władzy w radzie kapłańskiej zakonu "Synów Beliala". Pierwszym jego postanowieniem było obdarzenie owego niewolnika (który dokonał zamachu na Bolandosa) wolnością. Jednak jako formę kary za zabójstwo - skazał go na wygnanie (biorąc pod uwagę że ówczesne prawo Atlantów spod znaku "Synów Beliala" było niezwykle okrutne - a zabójstwo, szczególnie zaś zabójstwo kapłana, nie mówiąc już o patriarsze - karano w sposób pokazowy po kolei obcinając nieszczęśnikowi części ciała, obdzierając ze skóry lub po trochu paląc go żywcem. Niekiedy, nim ostatecznie uśmiercono takiego "delikwenta" upływały miesiące długich tortur). Ukarał natomiast żonę Bolandosa, zmuszając ją by w ramach "oczyszczenia", tygodniami (przez dwanaście godzin) klęczała na kamieniach z rękoma wzniesionymi do góry (w formie modlitwy do bogów o przebaczenie). Jeśli nie potrafiła przez ten czas utrzymać rąk w górze, była bita przez stojącego za jej plecami niewolnika. Nim jednak do tego doszło, zdążyła ukryć swoje dziecko (ze związku z Bolandosem), które umieściła na małej barce i puściła rzeką. Owym dzieckiem był chłopiec, który potem otrzymał imię - Torvall. Doprowadził on do upadku Patriarchatu i odnowił dawną monarchię Atlantydy.



POWSTANIE TORVALLA
ODNOWIENIE MONARCHII
ok. 40 000 r. p.n.e.




Nie wiadomo jak wyglądało i jak przebiegało powstanie Torvalla. Wiadomo jedynie że obalił on władzę patriarchy Penoxa i umieścił go w lochu, zmuszając do noszenia żelaznego łańcucha na szyi. Ogłosił też nowe prawo. Obalił Patriarchat wprowadzając w jego miejsce dziedziczną Monarchię Atlantydy (I Dynastia), ze sobą jako pierwszym królem. Kapłani utracili swą uprzywilejowaną pozycję społeczną, odtąd każde ich przewinienia karano na tych samych zasadach co zwykłych obywateli. Najwyższymi kapłanami zostawali teraz ludzie mianowani przez króla, których preferował do tego wiek i posiadana wiedza, nie zaś majątek i koneksje. Natomiast charakter religii "Synów Beliala" nie uległ znaczącym zmianom. Miały one jedynie personalny i polityczny kształt, lecz nie została wprowadzona duchowa odnowa. Stanie się to dopiero ok. 22 000 r. p.n.e. w efekcie reformy religijnej kapłana Ozyrysa. Nim jednak do tego dojdzie, na Atlantydzie zapanuje okres tzw.: "Drugiego ("Pierwszy" - był w czasach świetności I Imperium Atlantydy od ok. 70 000 - 58 000 r. p.n.e.) Złotego Wieku". Natomiast od ok. 25 000 r. p.n.e. rozpocznie się czas wielkiej ekspansji militarnej Atlantydy, w wyniku którego (do ok. 20 000 r. p.n.e.) Atlanci opanują prawie cały ówczesny świat.



II ZŁOTY WIEK ATLANTYDY
HISTORIA POLITYCZNA
40 000 r. p.n.e. - 25 000 r. p.n.e.


MAPA ZIEMI 
(ok. 40 000 r. p.n.e.)



Torvall - pierwszy król odnowionej monarchii II Imperium Atlantydy, miał żyć tysiąc dwieście lat. Przez ten czas poślubił tysiąc kobiet ze swego haremu. Jednak jedynymi pretendentami do władzy nad Imperium pozostawali tylko dwaj jego synowie - starszy SZADID i młodszy SZEDAD. Po śmierci Torvalla na tron wstąpił starszy z braci, lecz o panowaniu Szadida nic nie wiadomo. Nie wiemy też czy został on obalony przez swego młodszego brata, czy też po prostu zakończył życie w jakiś inny sposób. W każdym razie to właśnie Szedad stał się drugim po ojcu najsławniejszym z władców II Imperium Atlantydy, o którym wspominają channelingi (a także inne źródła). Szedad znany jest chociażby z budowy nowego Pałacu Królewskiego w Atlantydzie, który otoczył kolumnami o wspaniałych ornamentach, oraz ogromnymi ogrodami. Nowy król słynął też z wielkiej siły fizycznej (mógł sam dźwignąć kamienny blok skalny) i wytrzymałości (biegał na długie dystanse wokół całego ogromnego miasta Atlantydy). Odnowił stolicę i upiększył ją nowymi, pięknymi budowlami. Wzniósł Wielką Piramidę w Atlantydzie, która pełniła funkcje sakralno-astrologiczne (Szedad wyznawał wiarę w kult gwiazd i przepowiedni). W jego czasach znacznie wzrosła pozycja i majętność białych mieszkańców Atlantydy.




Szedad ponoć nie znosił kapłanów zakonu "Synów Beliala", sam miał oddawać się kultowi Słońca w zbudowanej przez siebie piramidzie. Wierzył w nieśmiertelność ludzkiej duszy. Nawiązał również szerokie kontakty dyplomatyczne z innymi krajami (m.in.: z Mardukiem, który wówczas władał już mezopotamskim - EDENEM, gdzie niegdyś Enki stworzył pierwszą parę ludzką Adama, Lilit i Ewę). Szedad miał też poślubić kobietę z Edenu o imieniu - HEVA. Z tego związku narodziło się dwóch synów, starszy - ADON i młodszy - MASZAB. O Adonie znów nic nie wiadomo, natomiast nowym królem Atlantydy po śmierci ojca został właśnie młodszy syn - Maszab. Otrzymał on przydomek: "Ojca Obecnego Świata". Miał też dość liczne potomstwo. Jego panowanie charakteryzuje się kolejnym okresem ogromnego dobrobytu i bogactwa Imperium Atlantydy (co ciekawe, nie prowadzono wówczas wojen zdobywczych). Maszab znany jest z sadzenia i upiększania nowych ogrodów tak w samej Atlantydzie jak i innych miastach Poseidii. Za jego czasów Atlantyda stała się potęgą gospodarczą i polityczną ówczesnego świata. Po śmierci Maszaba w Atlantydzie panowało jeszcze wielu jego potomków (syn - SESTROM, wnuk - ORMANDORT i prawnuk - POLCYTIN), doprowadzając kraj do wielkiej potęgi, która wyrazi się ok. 25 000 r. p.n.e. w postaci wojen zdobywczych i opanowania większości terenów ówczesnego świata.


PAŁACOWE OGRODY SZEDADA





Ok. 33 000 r. p.n.e. na tron Imperium Atlantydy wstąpił syn Polcytina - ATLAS. Poślubił on (jak już pisałem we wcześniejszych częściach) córkę władcy Imperium Ujghur - króla MURASA - KARYATIDE. Atlas nie był najstarszym synem Polcytina, przed nim jeszcze panował przez jakiś czas jego starszy brat - HYPERION. Należy też dodać, że późniejsi buntownicy, którzy zostaną umieszczeni na terenach dzisiejszej Hellady (po 22 000 r. p.n.e.), byli nie tylko wyznawcami "Odnowy" religijnej kapłana Ozyrysa, lecz także liczyli początek owej odnowy (jeszcze przed narodzinami Ozyrysa) na ok. rok 35 000 p.n.e., czyli na czasy panowania króla Polcytina i jego synów. Ci buntownicy, wśród których nie brakowało członków dworu królewskiego, naukowców i elity Atlantów - nazwani zostali "IONAMI" (czyli właśnie "buntownikami"). Natomiast czas stworzenia własnej doktryny religijnej, który wywodzili od początków panowania króla Polcytina, dał się potem zrekonstruować w późniejszej mitologii starożytnej Grecji w postaci mitów i legend. Jednym z takich mitów była legenda o bogu URANOSIE, władającym "Wielkim królestwem na Zachodzie". Uranos to właśnie król Polcytin, miał on mieć trzech synów (zapewne miał więcej potomstwa, lecz ci trzej byli najważniejszymi konkurentami do władzy). Najstarszym z nich był Hyperion, młodszym Atlas, a najmłodszym... KRONOS. Po śmierci Polcytina (Uranosa), na tron wstąpił jego najstarszy syn - Hyperion. Wkrótce jednak miał zostać zamordowany (według greckiego mitu - przez Tytanów). Kim byli Tytani? Ciekawe pytanie. Nie ma niestety na nie jednoznacznej odpowiedzi, wydaje się jednak, że skoro ową mitologię stworzyli wygnani do Hellady buntownicy (Ionowie), to należałoby zapytać przeciwko komu oni się zbuntowali?




Kim byli "Ionowie?" W zasadzie trudno to określić jednym zdaniem, ale właśnie ok. 35 000 r. p.n.e. rozpoczął się wielki ruch odnowy społecznej II Imperium Atlantydy, który swe apogeum osiągnął właśnie po 22 000 r. p.n.e. i reformie religijnej kapłana Ozyrysa. "Ionowie" byli pierwotnie młodym pokoleniem, które nie godziło się na panujące wówczas na Atlantydzie porządki. Byli głosem buntu i wielkiego społecznego sprzeciwu tak wobec kapłanów zakonu "Synów Beliala" (i ich odhumanizowanej religijności), jak i sprzeciwu wobec porządków politycznych w samym Imperium. Ci ludzie, którzy podjęli próbę odnowy polityczno-moralnej społeczeństwa Atlantów, twierdzili że Imperium jest w stanie kryzysu i domagali się powrotu do systemu rządów, takich jakie były ustalone w czasach świetności I Imperium Atlantydy. Tytanami dla owych reformatorów byli więc bez wątpienia zakonnicy i zwolennicy starej doktryny "Synów Beliala". Oni to też mieli zamordować Hyperiona.

Kolejnym władcą Atlantydy został więc Atlas. Natomiast Kronos stanął na czele ruchu odnowy. Święta zaś góra starożytnych Greków - Olimp (siedziba bogów) otrzyma tę nazwę na pamiątkę po Atlantydzie (greckie słowo: "Olumpos" - Olimp, zbliżone jest w swym kształcie do określenia "Otlontis" - Atlantyda, choć z biegiem wieków nabrało ono trochę innych skojarzeń). Można by więc zaryzykować stwierdzenie, że mitologia grecka jest tak naprawdę opisem historycznym, politycznych wydarzeń zaistniałych w odległej starożytności na wyspie Atlantydzie. Mitologia grecka wspomina też o dziesięcioletniej wojnie pomiędzy Tytanami a Bogami Olimpijskimi pod wodzą Kronosa i Zeusa, oraz o ich ostatecznym pokonaniu i strąceniu do Tartaru (piekła). Jeśli przyjąć to założenie, należałoby stwierdzić że ów konflikt trwał co najmniej 10 000 lat i raczej nie zakończył się dobrze dla "bogów", którzy przecież zostali wygnani do Hellady jako "Ionowie". Należy też od razu dodać, że potomkowie Kronosa (owi "Bogowie Olimpijscy" z greckiej mitologii), nie władali już Atlantydą. Władało nią potomstwo Atlasa i Karyatide. Lecz Kronos i jego syn Dzeus (oraz jego potomkowie), stali na czele ruchu odnowy, który swój kulminacyjny moment nabierze około 22 000 r. p.n.e.


PS: W kolejnej części przyjdę do opisu wydarzeń społecznych dziejących się w II Imperium Atlantydy, łącznie z prawami kobiet, językiem i alfabetem


CDN.

ZAPRZAŃSTWO JAKICH MAŁO! - Cz. VII

CZYLI HISTORYCZNA REFLEKSJA JAKO MEMENTO DLA WSPÓŁCZESNOŚCI POWSTANIE i WOJNA Cz. VII WŁADYSŁAW IV W MŁODOŚCI  Poselstwo na którego czele st...