WYŚWIETLENIA

05 lutego 2026

PIERZASTY WĄŻ NADCIĄGA ZE WSCHODU - Cz. IV

W POSZUKIWANIU ELDORADO





"NIECH TROCHĘ ODPOCZNĄ"
CZYLI NA DRODZE KU POTĘDZE






"ZAPAMIĘTAJ SOBIE TĘ OPOWIEŚĆ, TY, KTÓRY JESTEŚ NASZYM DZIECKIEM, TY, KTÓRY POCHODZISZ Z MECHIKAS, TY, KTÓRY POCHODZISZ Z TENOCHCAN..."



Mijał rok za rokiem szczęśliwego panowania drugiego tlatoani - Huitzilihuitla i choć mieszkańcy bagnistej wyspy, na której założono sławny dziś Tenochcan (Tenochtitlan) wciąż musieli zmagać się z wieloma przeciwnościami zarówno samej natury, jak i niechętnych im sąsiadów, to jednak szybko pokonywano kolejne przeszkody. Ówcześni ludzie w niczym - prócz samego wyglądu - nie przypominali dzisiejszych mieszkańców miasta, odzianych w bawełniane szaty i czerpiących pełną garścią z obfitości, jakie daje nam nasze położenie i nasza potęga. Tamci, biedni ludzie, cieszyli się, jak złapali rybę na jeziorze, nisko lecącego ptaka a nawet bagienną trawę, pełną owadzich jajeczek. Minęło trochę czasu nim nauczyli się pleść półki wodne ze splątanych ze sobą pasów długich wodorostów (chinampas) i na nich zaczęli uprawę roślin, poczynając od fasoli a kończąc na kukurydzy, która szybko stała się podstawowym posiłkiem naszych przodków. Miasto było jeszcze bardzo małe, z dominującą wciąż trzcinową zabudową i oprócz terenów wokół głównej świątyni, istniały tylko takie dzielnice jak: Huitzilah na drodze ku Itzapalapy na południu wyspy, Tzapotlah na zachodzie na drodze do Tlacopan i część dzisiejszej dzielnicy Atzacoalco na wschodzie, poza tym od kilku już dziesięcioleci rozwijało się odrębne miasto na północy wyspy - Tlatelolco, z własną świątynią (Tenochtitlan oficjalnie założono w 1325 r., Tlatelolco zaś w 1358 r. a w 1473 r. pod wodzą wojowniczego króla Axayacatla, północna część wyspy została włączona bezpośrednio do Tenochtitlanu, po zrzuceniu tamtejszego władcy ze schodów Wielkiej Świątyni, a Tlatelolco stało się północno-zachodnią dzielnicą miasta) i własnym tlatoani. Przodek mój - Huitzilihuitl nawiązał też przyjazne stosunki w kilkoma sąsiadami, jak Huexotzinco, Tlaxcala czy Cuauhnauac, co zaowocowało również rozwojem handlu. Były to czasy pokoju otaczane opieką przez Kwieciste Pióro - Coatlicue - Matki Ziemi w sukni z węży, boga Tlaloca - patrona deszczu i plonów rolnych, oraz boga Quatzelcoatla - dobroczynną Gwiazdę Poranną. Niestety, nie wszyscy bogowie byli zadowoleni z tego stanu rzeczy i wreszcie Huitzilopochtli - Koliber Lewej Strony (Południa), bogini Cihuacoatl - Kobieta-Wąż, oraz Xipe Totec - Pan Obdarty ze Skóry, zaczęli domagać się krwi jeńców wojennych. 

Huitzilihuitl nie mógł więc sprzeciwić się woli bogów. W roku Dwóch Trzcin (1403 r.) wyprawił się więc tlatoani wraz z wojownikami przeciw miastom Mixquic i Cuitlahuac i zdołano zniszczyć czółna rolników uprawiających chinampas, pochwycono też kilku jeńców wojennych, których następnie złożono w ofierze Huitzilopochtli i innym bogom w Wielkiej Świątyni Tenochcanu (jak wyglądała scena złożenia takiego nieszczęśnika w ofierze? Pewną, choć niepełną odpowiedzią na to pytanie niech będzie relacja jezuickiego kapłana z 1637 r., który osobiście widział jak plemię Huronów złożyło w ofierze wojownika Seneków. Oczywiście nie wszystko należy tutaj odnosić do praktyk popełnianych przez Azteków, ale warto przynajmniej uzmysłowić sobie jak wyglądało to u tych ludów z północy, otóż: "Wyznaczonego wieczoru, wkrótce po zapadnięciu zmroku i po odbyciu przepisowego szeregu uczt, wzdłuż całego domu narad rozpalono jedenaście ognisk. Wśród przybyłego, ciasno stłoczonego tłumu pełno było młodych ludzi z pochodniami, rozradowanych i głośno pokrzykujących - uprzedzono ich, aby hamowali swój entuzjazm, gdyż ofiara musiała wytrzymać przez całą noc. Następnie, podczas gdy wódz powiadamiał zebranych o podziale ciała jeńca, co miało nastąpić po jego śmierci, wprowadzono więźnia śpiewającego pieśń wojenną (...) potem zaczął on biegać w koło między ogniskami, raz za razem, a wszyscy usiłowali go przypalić, kiedy ich mijał. Wrzeszczał jak potępieniec i cała chata rozbrzmiewała wrzaskami i okrzykami. Niektórzy go przypalali, inni łapali za ręce i łamali mu kości, inni wbijali mu patyki do uszu, jeszcze inni zarzucali mu sznury na nadgarstki, ciągnąc za ich końce z całej siły, aby rozciąć ciało i skruszyć kości". Ów rytuał trwał przez całą noc, a gdy nieszczęśnik mdlał, cucono go wodą, a nawet podawano żywność i ponownie zmuszano do tego makabrycznego rytuału. O świcie, gdy ledwie przytomny, poraniony nieszczęśnik nie mógł już chodzić, przywiązywano go do słupa i przypiekano w różne miejsca rozpalonymi ostrzami toporów. Gdy całkowicie opadł z sił, obcinano mu dłonie, stopy i wreszcie głowę, po czym wręczano je tym, którzy mieli to obiecane przez wodza. Następnie te części ciała gotowano i spożywano. Jak już mówiłem, u Azteków rytuał ten przebiegał nieco inaczej - choć również kończył się śmiercią i dzieleniem ciała ofiary na części, które spożywali kapłani i wybrani członkowie elity. O tym, jak wyglądała ta praktyka u Azteków opowiem w kolejnych częściach, gdy dojdziemy już do końca wieku XV, a szczególnie poświęcenia nowej Wielkiej Świątyni w 1487 r. przez króla Ahuitzotla - gdzie w czasie kilku zaledwie dni świątecznych złożono na ołtarzu ofiarnym ponad... 20 000 ludzi - a należy pamiętać że są to najniższe liczbowo dane, gdyż sugeruje się że uśmiercono wówczas nawet ponad 70 000 wziętych do niewoli jeńców. I nich mi teraz ktoś powie że wspaniałą cywilizację Azteków zniszczyli podli Europejczycy, którzy przybyli do Nowego Świata ze swoim Bogiem zrodzonym w odległym Betlejem i którzy ostatecznie położyli kres tym barbarzyńskim praktykom).




W roku Sześciu Trzcin (1407) zamierzano powtórzyć tamtą wyprawę, tym razem kierując się jednak w stronę odległego Chalco (z którym dotąd Aztekowie współpracowali przy uprawie i magazynowaniu kukurydzy). Oskarżono wówczas o nieuczciwość dwóch nadzorców (dozorców kukurydzy) z Chalco i domagano się ich wydania w celu złożenia w ofierze. Tamtejszy tlatoani odmówił jednak ich wydania, a wsparli go mieszkańcy innych okolicznych miast (Xico, Tlapacoyan, Chimalpa a przede wszystkim Cuitlahuac), którzy rzekli: "Niech no tylko Mechikanie (Aztekowie) spróbują przyjść do nas ze swoimi strzałami i tarczami". Wzajemne wsparcie miast znad jeziora Chalco, doprowadziło ostatecznie do odwołania wyprawy wojennej, a zamiast owych nadzorców musiano poświęcić w Tenochtitlanie jakichś niewolników. Huitzilihuitl zrezygnował z wyprawy, mimo że miał ciche poparcie samego hueytlatoani (wielkiego władcy) Tezozomoca, króla Tepaneków z Azcapotzalco. Szczególnym ulubieńcem Tezozomoca był jego wnuk - Chimalpopoca (Dymiąca Tarcza), dzięki któremu Tenochtitlan uzyskało wiele dobrodziejstw z jego strony, a szczególnie korzystne dla dalszego rozwoju miasta było ograniczenie daniny (Aztekowie bowiem, będąc poddanymi Tepanaków z Azcapotzalco, musieli płacić im narzucony odgórnie pokaźny roczny trybut), który to od czasów narodzin Chimalpopoki (1397 r.) został obniżony do wręcz symbolicznej sumy (dwie kaczki, kilka ryb, parę żab i trochę owadów). Tezozomoc zwykł mawiać, mając na myśli Tenochtitlan: "Niech trochę odpoczną", co jednak nie podobało się ani starszyźnie Azcapotzalco, ani też jego synom, a szczególnie młodszemu i wojowniczemu Maxtli, który uważał że ojciec popełnia błąd, pozwalając wzrosnąć "podłemu miastu na bagnach", kosztem rodzinnego Azcapotzalco. Jednak wola Tezozomoca - wielkiego władcy, którego sława dochodziła do najdalszych krańców ziemi - była niepodważalna i bezdyskusyjna.

Wreszcie nadszedł rok (ok. 1410) będący końcem 52-letniego niebiańskiego cyklu. Następował tedy czas chaosu i zniszczenia do którego należało się przygotować (Aztekowie używali dwóch kalendarzy, 260-dniowego i 365-dniowego. Ten pierwszy, tzw. kalendarz wróżbiarski - podzielony był na dni od 1 do 13 reprezentujących 20 symboli, takich jak np. Krokodyl, Wiatr, Dom, Jaszczurka, Królik, Trzcina, przy czym każdy kolejny był numerycznie większy od poprzedniego, jak na przykład po roku Pierwszy Królik, następował rok Drugi Trzcin, następnie rok Trzeci Noża, potem rok Czwarty Dom itd. aż do 13-go i znów nastepowała zmiana, polegająca na tym, że rozpoczynano od Pierwszej Trzciny, Drugiego Noża, Trzeciego Dom itd. Na to nakładało się 18 miesięcy po 20 dni + 5 dni dodatkowych 365-dniowego roku "religijnego" - lub "niebiańskiego", wyznaczającego święta religijne. Natomiast moment w którym oba kalendarze nachodziły na siebie, powtarzał się dokładnie co 52 lata, stąd Aztekowie liczyli okresy istnienia świata właśnie co 52 lata. Był to jednak moment kryzysowy dla państwa i wszystkich jego mieszkańców, gdyż zapowiadał najróżniejsze katastrofy, łącznie z zagładą istniejącego świata, który właśnie umierał w swym 52-letnim gwiezdnym cyklu. Noc końca jednego i początku drugiego cyklu, była niezwykle ważna, gdyż świat przechodził na chwilę przez fazę powrotu do stanu chaosu, który poprzedzał powstanie nowego cyklu. Nikt więc tej nocy nie mógł zasnąć, a szczególnie dbano by spać nie poszły małe dzieci, jako że wierzono iż w momencie przesilenia, dzieci które zasnęły, zamienią się w... myszy. Tej nocy należało też wygasić wszystkie ogniska w domach - aby nie prowokować nieszczęścia, oraz usunąć z domów wizerunki bogów i kamieni z palenisk wrzucając je wszystkie do jeziora. Następnie przystępowano do wskrzeszenia nowego ognia - będącego symbolem cyklu stwarzania świata. Jeśliby się nie udało rozniecić takiego ognia, wówczas było pewne że bogowie przeznaczyli owemu nieszczęśnikowi zgubną przyszłość. Dlatego też, aby nie prowokować losu, kobiety w ciąży tej nocy były zamykane w spichlerzach, ponieważ wierzono że w przypadku niepowodzenia przy ponownym roznieceniu ognia, zamienią się one w krwiożercze bestie, które wraz z demonami pożrą wszystkich domowników).




(Dlatego też tej nocy wszyscy oczekiwali poranka z duszą na ramieniu i gromadzono się w większe grupy, by wpólnie oczekiwać przejścia chaosu w stan narodzin nowego świata. Przed północą miała miejsce jeszcze publiczna procesja kapłanów, którzy nazywani teonenemi - "kroczący jak bogowie", szli jeden za drugim pod przewodnictwem kapłana z dzielnicy Copolco na szczyt wzgórza Huixachtlanu, położonego pomiędzy miastami Ixtapalapan i Colhuacan - by tam rozniecić ogień narodzin nowego świata. Nie była to jednak bezpieczna podróż, gdyż obawiano się ataków gwiezdnych demonów - tzitzimime, które miały atakować ludzi lub powodować wśród nich panikę. Gdy udało się rozpalić ogień - a rozpalano go na piersi leżącego jeńca, tuż po wyrwaniu z niego serca i stamtąd dopiero rozniecano ogień w wielkim palenisku, gdzie wrzucano wyrwane serce i całą resztę ciała nieszczęśnika - ludzie gromadzili się przy nim, oczekując wzejścia słońca. Gdy zaświtał nowy dzień, ludzie rzucali się sobie w ramiona, całowali, radując się że bezpiecznie przeszli do nowego cyklu istnienia świata - był to czas powszechnej radości. Następnie przystępowano do generalnych porządków, czyszczono swe domy i zaopatrywano się w nowe sprzęty, łącznie z wizerunkami bóstw). Po dokonaniu tej ceremonii, wkrótce potem (1411 r.) lud Mechikanów ostatecznie pokonał i zdobył miasto Chalco, z którym wadził się (od co najmniej 1407 r.) już od kilku lat. Była to druga większa zdobycz wojenna Tenochcanu, po opanowaniu żyznych ziem uprawnych terytorium Xaltocanu na północy Jeziora Texcoco (1398 r.). Jednak wśród Tepanaków z Azcapotzalco zrodził się wówczas potężny sprzeciw wobec ekspansji terytorialnej "Miasta na Jeziorze" i domagano się podporządkowania Chalco bezpośrednio Azcapotzalco, jako suwerenowi Tenochtitlanu. Huitzilihuitl musiał się ugiąć i podporządkować, nie miał bowiem jeszcze ani sił ani poparcia by próbować sprzeciwić się potędze Tepanaków. Tak więc Azcapotzalco przejęło teraz Chalco. Był to policzek, który synowie tlatoani z Tenochtitlanu (a szczególnie Montezuma Ilhuicamina - Niebieski Łucznik) dobrze sobie zapamiętali.




W tym samym czasie na tronie w Texcoco (mieście po wschodniej stronie Doliny Meksyku) zasiadł ambitny władca o imieniu Ixtlilxochitla i koronował się na niezależnego (od Azcapotzalco) Wielkiego Chichimecatla. Taki jawny bunt, wymierzony w niepodlegającą dotąd żadnej dyskusji dominację Tepanaków w całej Dolinie Anahuac, musiał spowodować kontrakcję wielkiego tlatoani Tezozomoca. Władca ten co prawda nie podjął wyprawy zbrojnej, ale zaprotestował w inny sposób - zrywając wszelkie kontakty handlowe z Texcoco i nakazując uczynić to samo również Tenochtitlanowi i innym podległym sobie miastom, licząc na to, że owa blokada handlowa doprowadzi do ukorzenia się i ponownego podporządkowania Iztlilxochitla władzy Azcapotzalco. Okazało się jednak że nie doprowadziło to do otrzeźwienia chichimecatla z Texcoco, a wręcz przeciwnie, demonstracyjnie mianował on swego synka - Nezahualcoyotla (Głodnego Kojota), kolejnym władcą (a jedynym, który mógł mianować lub potwierdzić następstwo tronu w kraju lennym, był jego suweren, czyli w tym przypadku właśnie Tezozomoc) i stało się oczywiste że bez wyprawy orężnej się nie obędzie. A tymczasem zakończył swój ziemski żywot drugi tlatoani z Tenochcanu - Huitzilihuitl (1417 r.). Rodzimy się bowiem na tym świecie jako esencje duchowe poprzednich istot, obdarzeni "zimnymi" i "gorącymi" pierwiastkami wzrostu. Pierwszy aspekt odpowiada za nasz wzrost i rozwój, drugi zaś - słaby zrazu i niewielki - z czasem zaczyna rosnąć i dominować i odpowiada za wysychanie naszego ciała - co my widzimy jedynie w formie starzejącej się skóry. Esencja duchowa Huitzilihuitla podążyła prosto ku bramom Tlalocanu - wilgotnego, pełnego owoców i kwiatów miejsca wszelkiej obfitości i szczęścia, skąd podąży następnie do Tamoanchanu - centrum kosmosu i pnia świata. Nie wszyscy jednak mogą zmierzać ku bramom Tlalocanu, nie wszyscy są godni by je przekroczyć. Większość ludzi podąża do Mictlanu - krainy zmarłych, zaś ci, którzy odeszli z tego świata w hańbie, zabrała ich choroba zakaźna lub nie odnieśli w boju żadnej chwały - zmierzają prosto ku najniższej z krain podziemnych - Chicnauhmictlanu. Polegli zaś w boju odchodzą na cztery lata ku słońcu, gdzie towarzyszą mu w jego codziennej wędrówce - zapełniając je swą życiodajną siłą - po czym przechodzą bezpośrednio do Tamoanchanu - miejsca początku wszelkiej istniejącej boskiej esencji.

Nowym, trzecim tlatoani Tenochtitlanu został syn Huitzilihuitla, zrodzony z córki wielkiego Tezozomoca - księżniczki Ayauhcihuatl - zaledwie dwudziestoletni Chimalpopoca (Dymna Tarcza). Jego najbliższym doradcą i powiernikiem został stryj Itzcoatl (Obsydianowy Wąż), brat zmarłego władcy. Nowy tlatoani dokonał rytualnego objazdu miasta na łodzi, witając swych poddanych i obiecując im pomyślność bogów oraz przychylność władców (ze szczególnym uwzględnieniem Tezozomoca, od którego przecież zależało utrzymanie symbolicznej wartości wypłacanych Azcapotzalco danin). I rzeczywiście, już wkrótce młody Chimalpopoca musiał zwrócić się z prośbą do swego dziadka Tezozomoca, prosząc go o umożliwienie mieszkańcom Tenochtitlanu dostępu do słodkiej wody na Wzgórzu Pasikonika w Chapultepec, lub też zezwolić na budowę w "Mieście na Jeziorze" akweduktu, gdyż rozwój chinampas (wodnych pól uprawnych, budowanych głównie na okolicznych bagnach wokół wyspy) powodowała, że mieszkańcy pili brudną, zamuloną wodę. Druga z próśb Chimalpopoki została od razu odrzucona przez starszyznę Azcapotzalco pod przewodem syna Tezozomoca - Maxtli. Nikt z nich nie zamierzał ani pomagać Mechicanom w dostarczeniu budulca - potrzebnego do budowy akweduktu - ani też wyrażać zgody na jego powstanie. Pod wpływem Maxtli odrzucono też pierwszą prośbę, umożliwiającą ludności miasta korzystanie ze źródeł słodkiej wody na Wzgórzu Pasikonika w Chapultepec, jednak tego było już za wiele i potężny Tezozomoc (choć bardzo stary), zdołał przełamać opór możnych i zezwolił mieszkańcom Tenochtitlanu na korzystanie z tych źródeł. W kilka lat później (1426 r.) zezwolono również (przy otwartym buncie Maxtli) Mechicanom na budowę własnego akweduktu i nawet dostarczono im potrzebne do tego materiały oraz ludzi (oczywiście na niepodlegające dyskusji polecenie Tezozomoca, który nie zamierzał opuszczać wnuka w potrzebie).




A tymczasem nadeszła chwila ostatecznego uporania się ze zbuntowanym Texcoco. Ambitny i żądny zwycięstw oraz władzy Maxtla stanął na czele armii Azcapotzalco i pomaszerował wzdłuż Doliny Anahuac (Doliny Meksyku), na spotkanie ze zbuntowanym miastem. Doszło do bitwy (1418 r.) u podnóża Góry Tlaloka, w czasie której armia Ixtlilxochitla została rozgromiona, a on sam dostał się do niewoli i został zamordowany (jego syn, będąc jeszcze niepełnoletnim - Nezahualcoyotl ukrył się na drzewie i dzięki temu, schowany wśród liści uniknął pogromu). Texcoco ponownie więc popadło w całkowitą zależność od Azcapotzalco. Dzięki temu zwycięstwu pozycja Maxtli w spodziewanym konflikcie o władzę po śmierci sędziwego Tezozomoca, znacznie teraz wzrosła a i starszyzna zaczęła w nim widzieć kolejnego tlatoani (mimo że nie był najstarszym synem władcy Azcapotzalco). Ojciec, widząc wzrastające poparcie Maxtli wśród możnych i ludu swego potężnego miasta (o którym mawiano że ludzi jest tam tak wiele, jak mrówek w mrowisku), a jednocześnie pragnąc okazać sprawiedliwość nastarszemu synowi - Tayauhowi - któremu zgodnie z prawem należało się pierwszeństwo w objęciu władzy - starał się godzić wzajemną niechęć pomiędzy synami, jednocześnie coraz częściej ulegał żądaniom Maxtli. Gdy więc (w 1426 r.) Chimalpopoca poprosił o możliwość zbudowania akweduktu w Tenochtitlanie i dostarczenie potrzebnych do tego materiałów oraz ludzi do budowy, władca Azcapotzalco początkowo wyraził zgodę i wysłał swych ludzi by wznieśli akwedukt w "Mieście na Jeziorze". Jednak, gdy Maxtla zdecydowanie zaprotestował, twierdząc że jest to dowód odwrócenia zależności lennej i teraz to Tepanakowie pracują dla ludu Mechikas, król chcąc nie chcąc, musiał przyznać mu rację. Wysłani zaś do Tenochtitlanu inżynierowie z Azcapotzalco z trudem zaciskali zęby, będąc zmuszeni do pracy w tak prowincjonalnym i zależnym politycznie mieście, które w żaden sposób nie mogło się równać z potęgą Azcapotzalco - miasta leżącego po zachodniej stronie Doliny Anahuac. Maxtla wreszcie zażądał od ojca, by ten udowodnił że nie pragnie uwolnić Tenochcanu spod zależności lennej i że "Miasto na Jeziorze" wciąż będzie płacić daniny (zażądał też ich zwiększenia). Tezozomoc, będąc już u kresu swych sił witlanych, a jednocześnie pragnąc zachować pokój między synami po swej śmierci, postanowił zawezwać Chimalpopocę do Azcapotzalco, aby tutaj żył i tym samym nie mógł wyzwolić się spod jego kurateli. Nim jednak wdrożył w życie swój plan, zmarł w wieku lat stu pięciu, z czego panował przez prawie sześćdziesiąt (1426 r.). 




Do Azcapotzalco zdążali teraz przywódcy ludów podporządkowanych Tepanakom, a wśród nich byli m.in. Chimalpopoca z Tenochtitlanu, Tlacateotl z Tlatelolco i Nezahualcoyotl z Texcoco. Ciało wielkiego króla Tezozomoca przez cztery dni spoczywało na trzcinowej macie, by każdy przybyły mógł oddać mu ostatni pokłon, nim ciało zostanie spalone i przeniesione przez Równinę Wielkich Noży, gdzie ostatecznie spocznie. Sędziwy tlatoani pokryty był aż siedemnastoma kocami, wykąpany i przebrany w bogate szaty, w usta włożony miał klejnot jadeitu - symbol życia i śmierci, a twarz jego przykryto turkusową maską. Gdy uroczystości pożegnania zostały już dopełnione, przeniesiono ciało na stos pogrzebowy. Najpierw złożono w ofierze tych niewolników, którzy mieli umrzeć wraz z władcą. Wydarto z ich ciał serca i wrzucono na szczyt płonącego stosu z sosnowych bierwion. Potem zabito karłów i garbatych, którzy również musieli się poświęcić dla swego pana, oraz małego psa (który miał pomóc Tezozomocowi odnaleźć drogę w Zaświatach). Gdy ceremonia dobiegła wreszcie końca, wszyscy przybyli na tę uroczystość rozjechali się do swych domen, a tymczasem w Azcapotzalco rozgorzał spór o władzę pomiędzy braćmi: Maxtlą i Tayauhą - spór od którego szły iskry tak wielkie, że raziły i spalały za sobą lokalnych władców z innych miast. Pożar ów, wskrzeszony od iskier wzajemnej nienawiści obu braci, nie ominął też ani Texcoco ani Tenochtitlanu.


CDN.

04 lutego 2026

KRÓLOWA - DZIEDZICZKA WĘŻOWEGO RODU - Cz. I

URODZONA BY 
WŁADAĆ MĘŻCZYZNAMI





"Tuż pod Krakowem, pośród kwitnących łąk było rozesłane szkarłatne sukno, na którym stał namiot dla królewskiej pary. Król Zygmunt, choć raczej powolny i nigdy nie tracący spokoju, tym razem pospieszył na powitanie małżonki, której podobizna zapowiadała młódkę wielkiej urody. Opuścił tedy namiot, ledwo zagrzmiały okrzyki, wiwaty, i zobaczył z daleka zatrzymującą się karocę oraz swoich posłów, Ostroroga z Zarembą, pomagających wysiąść księżniczce italskiej na drugim końcu barwistego sukna. Stali przez chwilę i on, i ona, stali bez ruchu, ale gdy zagrzmiały trąby i huknęły działa, zaczęli zbliżać się ku sobie, oboje ciekawi, oboje świadomi, że na ich przywitanie patrzeć będzie tysiące oczu. Jak opowiadali sobie potem dworzanie, jego zachwyciła niezwykła uroda wybranki, oczy jeszcze bardziej podobne do czarnego aksamitu przy jasnych, złocistych włosach, ją zdumiała jego postać wysoka, potężna, a mimo to kształtna, i rumieniec na ogorzałych policzkach. (...) królewska para zeszła się w pół drogi i Bona skłoniła głowę, on zaś najpierw wyciągnął ku niej rękę, ale gdy chciała ją ucałować, objął pochyloną w ukłonie gorącym uściskiem. Przy dźwiękach trąb i huku dział ustawionych pod murami grodu król wprowadził swoją wybrankę do namiotu, gdzie powitał ją łacińską oracją prymas Łaski, a odpowiadał doktor Alifio. Zaraz potem marszałek nadworny Piotr Kmita, przedstawiony młodej pani wraz z innymi dygnitarzami dworu, zarządził sformowanie nowego pochodu. Jadąc na białej klaczy obok króla, Bona widziała przed sobą posłów cesarskich, wysłańców króla Czech i Węgier, dygnitarzy i dworzan królewskich, ogromny orszak panów duchownych i świeckich wprowadzający ją do Krakowa"
 
Fragment książki Haliny Auderskiej pt.: "Smok w herbie. Królowa Bona".






Była niesamowitą kobietą, niezwykle inteligentna, energiczna, pomysłowa, ogromna patriotka rodu Sforza i dynastii Jagiellonów. Kobieta która była prekursorką wielu ciekawych reform wprowadzonych w Królestwie Polskim i Wielkim Księstwie Litewskim, założyła kilka miast (w tym potężne miasto-twierdzę Bar na Podolu, którego nazwa nawiązywała do jej rodzinnego Bari w południowo-wschodniej Italii). Korespondowała z sułtanką Roksolaną/Hurrem (podobnie jak jej małżonek - król Zygmunt I Jagiellończyk z sułtanem Sulejmanem Wspaniałym). Dość sroga matka (głównie dla swoich córek), swego zaś jednego syna Zygmunta II Augusta - kochała miłością szczególną, zdając sobie sprawę że jest on jedyną nadzieją dynastii Jagiellonów. Królowa Bona Sforza - bo o niej to mowa - nienawidziła też wrogów zarówno Sforzów jak i Jagiellonów, czyli Habsburgów i Hohenzollernów i starała się im szkodzić wszędzie tam, gdzie tylko miała ku temu możliwość. Niezwykle sroga, a nawet okrutna wobec wszystkich trzech żon swego syna Zygmunta Augusta (niejednokrotnie doprowadzała te dziewczęta do płaczu). Całe swoje życie poświęciła na wzmocnienie i przedłużenie dynastii Jagiellonów, a bezdzietność Zygmunta Augusta z każdą z jego trzech (często chorych) żon, tłumaczyła również swoją winą, jako że podczas polowania w 1527 r. w Niepołomicach pod Krakowem, rozjuszony niedźwiedź zaatakował królową, która wówczas była w ciąży. Co prawda ostatecznie niedźwiedź został zabity, ale wystraszony koń zrzucił Bonę ze swego grzbietu i spadła ona na ziemię, co spowodowało poronienie. To był syn, który nigdy się nie narodził - otrzymał imię Olbrachta. Miał być młodszym bratem Zygmunta Augusta i szansą na przedłużenie dynastii Jagiellonów. Tak się jednak nie stało. W 1556 r. (po 38 latach spędzonych w Polsce), w wieku 62 lat królowa Bona Sforza opuściła  Królestwo Polskie i wyjechała do Italii, do swego rodzinnego Bari - gdzie zmarła rok później, otruta przez swe najbliższe sługi. Oto jej historia.




PROLOG
Cz. I


Król Zygmunt I Jagiellończyk - po śmierci swej pierwszej żony Barbary Zapolyi (która zmarła w wieku zaledwie 20 lat - 2 października 1515 r. będąc żoną Zygmunta zaledwie trzy lata i osiem miesięcy), szukał kolejnej kandydatki na żonę. W połowie września 1517 r. wysłał do Bari swoich posłów: sekretarza królewskiego Jana Konarskiego i kasztelana kaliskiego Stanisława Ostroroga. Ich podróż trwała ponad sześć tygodni i była niezwykle męcząca, a gdy już dotarli na miejsce - 5 listopada 1517 r. zamek w Bari świecił pustkami. Księżna Izabela, wraz córką Boną, wyjechała do Neapolu. Ewidentnie ambitna Włoszka bawiła się z nimi w kotka i myszkę, tylko pytanie kto w tym wszystkim był kotem, a kto myszą?

Nie zastawszy na zamku w Bari księżnej Izabeli i jej córki Bony, królewscy posłowie zmuszeni byli podążać dalej na południe, do Neapolu, gdzie - jak ich poinformowano - udała się księżna pani wraz ze swą córką. Po drodze docierały do nich wieści (rozsiewane przez wrogów Sforzów), jakoby księżna Izabela była zwykłą intrygantką, starającą się jak najlepiej "sprzedać" swoją córkę, zaś o Bonie mawiano że "jest brzydka jak noc" i biegła w umiejętności skutecznego ukrywania swej brzydoty. Rozmijało się to wiele z wcześniejszymi wyobrażeniami i opiniami, jakie docierały do Krakowa o włoskich księżniczkach z Bari, dlatego też posłowie byli mocno skonfundowani udając się w dalszą drogę do Neapolu. Oskarżenia o brzydotę okazały się oczywiście nieprawdą, ale jednocześnie zarówno król Zygmunt Jagiellończyk, jak też spora część jego dworzan liczyła na to, że poślubi on jakąś nieśmiałą białogłowę, która przypominałaby baśniową królewnę, a tymczasem księżniczka Bona - pomimo młodego wieku - była pewną siebie, bezwzględną kobietą, zdecydowanie dążącą do raz obranego celu - a odziedziczyła te przymioty po swej matce Izabelli Aragońskiej. 20 listopada 1517 r. dwaj polscy posłowie ujrzeli wreszcie księżnę Izabelę i jej córkę w miasteczku Marigliano, dokąd to obie damy przybyły na powitanie wysłanników króla. W sporządzonym tego dnia raporcie dla króla Zygmunta, tak oto sportretowano młodą Bonę: "Włosy ma śliczne jasnopłowe, podczas gdy (rzecz dziwna) rzęsy i brwi są zupełnie czarne. Oczy raczej anielskie niż ludzkie, czoło promienne i pogodne. Nos prosty bez żadnego garbu ani zakrzywienia. Lica rumiane jakby wrodzoną wstydliwością zdobyte. Usta jak koral najczerwieńszy, zęby równe i nadzwyczaj białe, szyja prosta i okrągła. Pierś śnieżnej białości, ramiona najudatniejsze, rączki piękniejszej widzieć nie można. Wszystko zaś wzięte razem, czy cała figura, czy każdy członek z osobna, tworzą najśliczniejszą i najpowabniejszą całość". Dodatkowo posłowie wychwalali intelekt dziewczyny i jej umiejętności taneczne.




21 listopada orszak księżnej pani wjechał uroczyście do Neapolu (przy dźwiękach trąb i w świetle zachodzącego słońca - co musiało sprawiać wyjątkowe wrażenie estetyczne, a Izabella była mistrzynią w odpowiednim dobieraniu środków, które posłużyć miały do realizacji danego celu). Orszak poprzedzało 60 wspaniałych koni różnej barwy, dalej szło 18 mułów - dźwigających skrzynie wypełnione posagiem ślubnym księżniczki Bony, następnie weszło dwunastu paziów w ozdobnych strojach, 18 koni z karmazynowymi kapami, potem 60 jeźdźców z orszaków poselskich a następnie cała reszta notabli. Na przyjęciu zorganizowanym tej nocy na zamku, księżniczka Bona wystąpiła w oszałamiającej kreacji - haftowanej złotem sukni obszytej w palmy symbolizujące zwycięstwo. Po kolejnych kilku dniach spędzonych w neapolitańskim zamku, całe to towarzystwo (w którym nie brakowało licznych wysłanników cesarza Maksymiliana Habsburga - niechętnego mariażowi Zygmunta Jagiellończyka z włoską księżniczką) przeniosło się do nieodległego miasteczka Castel Capuano, gdzie przez kolejne dwa tygodnie trwały przyjęcia, bale i turnieje organizowane na koszt księżnej pani - Izabelli Aragońskiej. Królewscy posłowie - Konarski i Ostroróg zaczęli wówczas furczeć pod nosem, gdyż nic nie tłumaczyło tej przedłużającej się zwłoki, a oni chcieli wracać do kraju jak najszybciej, gdyż przedłużający się pobyt generował jedynie koszty, a także liczono na to, że nowa królowa zostanie ukoronowana w zapusty (w czasie karnawału), tak jak dotąd inne polskie królowe, jednak pobyt Bony w Castel Capuano wciąż się przedłużał i polscy posłowie nie wiedzieli co jest tego powodem. A powód był raczej błahy - choć dla mieszkańców Italii być może okazał się ważny, a mianowicie... księżniczka nie miała odpowiednich futer, które mogłyby ją osłonić przed - jak sądzono we Włoszech - przeraźliwymi polskimi mrozami, w czasie których "słowa zamarzają w gardle". Był też jeszcze jeden powód tej zwłoki, gdyż księżna pani chciała by ślub (per procura) odbył się w Neapolu, a tym samym by została potwierdzona jej pozycja, jako "matki królowej". W tym zaś czasie, spędzonym na radosnych pląsach w Castel Capuano, Bona przygotowywała się do rozpoczęcia nowego życia na dalekiej Północy, pakując kufry pełne sukien (zabrała ich dwadzieścia jeden, a wszystkie obszyte były złotem i klejnotami - obliczono potem że za suknie Bony można było wystawić i utrzymać przez kilka miesięcy całą chorągiew jazdy oraz zaopatrzyć ją w dobre konie i broń).

W Królestwie Neapolu doszło też do kilku nietaktów dyplomatycznych, gdy np. Włosi uznali że Polacy uwielbiają ciężkie potrawy, pełne ostrych przypraw, podano im zupę tak pieprzną, że nie dało się tego zjeść. Innym razem podano do stołu pieczone kapłony, nazywając je "specjałem italskiej kuchni" (pieczone kapłony był zaś często potrawą kuchni polskiej i uważano je wówczas za "polski przysmak"). Księżna Izabela starała się zapewnić zgromadzonym gościom rozrywkę na odpowiednim poziomie, tak, aby widziano w niej potężną władczynię, godną roli matki "reginae Poloniae" i z tego powodu nie liczyła się z kosztami. Kazała nawet wznieść atrapę zamku, na którym to umieszczono dostojne damy, zaś neapolitańscy rycerze starali się je uwolnić (podobne przedstawienie urządził król Anglii - Henryk VIII - 4 marca 1522 r. i nosiło ono tytuł: "Zielony Zamek", to tam właśnie po raz pierwszy poznał Annę Boleyn, która grała rolę jednej z cnót - "Wytrwałości"). Ostroróg i Konarski starali się też znacznie ograniczyć liczbę dam dworu, jakie chciała ze sobą zabrać księżniczka Bona i twierdzili że optymalna liczba dam z jej włoskiego fraucymeru nie powinna być większa niż dwie panny. Izabela sprzeciwiła się temu, twierdząc że żona "tak potężnego władcy" nie może ograniczać się tylko do dwóch dam i ostatecznie zgodzono się na zwiększenie włoskiego dworu Bony do sześciu panien i dwóch matron (posłowie ci działali zapewne zgodnie z racją królewskich interesów oraz kiesy, bowiem koniecznością każdego monarchy po poślubieniu nowej żony, było odcięcie jej od jej korzeni i dotychczasowego środowiska, aby uniknąć niepożądanych intryg i zminimalizować wpływ obcych agentów, działających jawnie na królewskim dworze. Poza tym wydanie obcych panien za mąż, wiązało się także z obciążeniem dla królewskiej kiesy, gdyż to król musiał wypłacić im posag dla ich przyszłego męża). Pobyt księżniczki Bony w Neapolu niepokojąco się przedłużał i gdy nadeszły Święta Bożego Narodzenia, polscy posłowie ostro zaprotestowali i domagali się natychmiastowego wyjazdu, jeszcze w trakcie trwania świąt. Księżna Izabela nie miała żadnych argumentów przemawiających za dalszym zatrzymywaniem córki i musiała wyrazić zgodę na jej wyjazd, zaplanowany na 26 grudnia 1517 r.


PIERWSZE SPOTKANIE HENRYKA VIII Z ANNĄ BOLEYN
(4 marca 1522 r.)



Księżniczka Bona w nocy poprzedzającej wyjazd z Neapolu, wymknęła się z zamku w samej białej szacie przykrytej płaszczem i kapturem zarzuconym na głowę, w towarzystwie dwóch innych dam (damy dworu i pewnej mniszki). Udała się konno do położonych za miastem ruin rzymskiego amfiteatru. Tam owe panny odnalazły tajemną jaskinię (do której z pewnością przybywały nie pierwszy raz), która to wypełniona była lekkim dymem. W środku przebywał "czarodziej" czyli człowiek, z usług którego Bona korzystała nie pierwszy raz, a był to zapewne astrolog trudniący się przepowiadaniem przyszłości, niczym dzisiejsze wróżki (astrologia dla takich ludzi to była dodatkowa fucha, którą zajmowali się po godzinach, natomiast żyli z układania horoskopów, bo za to właśnie głównie byli wynagradzani. Podobnie Mikołaj Kopernik, żeby zarobić pieniądze trudnił się również układaniem horoskopów). Księżniczka chciała zapewne dowiedzieć się co ją jeszcze czeka u boku polskiego monarchy. Ów "czarodziej" przepowiedział przyszłej królowej że będzie potężną władczynią, ale musi się strzec drugiego smoka (Sforzowie mieli w swym herbie węża lub smoka, stąd pierwszym wężem miała być sama Bona, a drugi przez jakiś czas pozostawał nieznany, póki królowa nie dowiedziała się - będąc już w Krakowie - że istnieje legenda o Smoku Wawelskim z podkrakowskiej groty). Ów człowiek miał ją także ostrzec przed trucizną, która pozbawiła życia jej ojca (królowa Bona została otruta w listopadzie 1557 r. w wieku 63 lat). Ponoć bardzo przeraziło to młodą kobietę i szczególnie dbała potem o bezpieczeństwo zarówno swoje, jak i swoich dzieci. Nazajutrz, przystrojona w brokatową suknię, na białym koniu okrytym pozłacaną kapą z aksamitu, wyruszyła w podróż do nowego kraju. Była już wtedy oficjalnie żoną Zygmunta Jagiellończyka (ślub "w zastępstwie" - zgodnie z życzeniem księżnej Izabelli - zawarto w Neapolu 6 grudnia 1517 r., ale oczywiście prawdziwa uroczystość miała się odbyć już w Krakowie). Księżniczka zabierała ze sobą do dalekiego i nieznanego kraju: 21 dostojnych sukien, 20 haftowanych jedwabiem prześcieradeł, 115 koszul (w tym 12 nocnych), 120 przetykanych złotem chustek do nosa, 96 nakryć głowy (w tym 36 męskich czapek, jako prezent dla męża). Ale była to zaledwie niewielka część tego, co też do Krakowa zabrała ze sobą Bona (a mianowicie wzięła również całą swą sypialnię, z wielkim łożem, czterema materacami pokrytymi niebieskim jedwabiem, zasłoną, pozłacanym, aksamitnym baldachimem oraz niezliczoną ilością poduch ozdobionych srebrnymi wzorami). Cały Neapol żegnał wyjeżdżającą księżniczkę, która mogła być dumna i czuć się uradowana (osiągnęła przecież to, czego wraz z matką pragnęły - koronę jakiegoś znacznego królestwa, zaś Polska była pod tym względem krajem wyjątkowym, szczególnie jeśli bierzemy pod uwagę fakt, iż posiadłości wielu magnatów na Kresach Rzeczpospolitej były znacznie większe, niż kilka włoskich księstw razem wziętych. Był to więc kraj ogromny, potężny i doskonale się zapowiadający - jednak dopiero po przyjeździe do Krakowa Bona dostrzegła również wiele problemów, jakie trapiły to Królestwo, jak choćby bardzo słaba władza królewska, król uzależniony był od szlachty i możnych, kraj co prawda duży, ale skarb prawie pusty ze względu na niechęć szlachty do płacenia podatków oraz wyprzedawanie lub oddawanie pod zastaw domen królewskich z których potem już kto inny - król bowiem z reguły nie miał pieniędzy aby je wykupić - czerpał zyski. Ona sama starała się potem wiele z tego naprawić. Jednym z najpotężniejszych magnatów w kraju był biskup krakowski, który dysponował ponad 230 wsiami i 4 miastami w Królestwie, oraz zarządzał całym udzielnym księstwem siewierskim z większością znajdujących się tam wsi i 3 miastami. Pozycja biskupa krakowskiego była tak nobilitująca z racji przebywania tegoż w Krakowie, u boku króla, iż nawet awans na arcybiskupa gnieźnieńskiego i prymasa Polski był niechętnie widziany i związany ze znacznym zmniejszeniem wpływów nominata, stąd np. Zbigniew Oleśnicki wolał w 1423 r. otrzymać sakrę biskupa krakowskiego, niż awans na arcybiskupstwo gnieźnieńskie, bo to się również wiązało z władzą, a biskup krakowski miał stały dostęp do króla).




 Zatem uradowana (choć wciąż pewnie pełna niepokoju o swoją przyszłość), zmierzała teraz księżniczka Bona ku nowemu życiu do królestwa, którego nie znała i które dopiero zamierzała odkryć. W głowie tej młodej kobiety zapewne wciąż dźwięczały słowa matki: "Nie jesteś zwykłą dziewczyną, ty urodziłaś się do rządzenia, one do służenia przyszły na świat, one cedzidłem i wrzecionem niech się posługują, ty prawami, nauką i dobrymi obyczajami". Podobnie mawiał osobisty nauczyciel Bony i jej siostry Hippolity, zatrudniony przez jej matkę - Antoni de Ferrariis "Galaeto", który przekonywał ją: "Wam, księżnym, danym jest panować nawet nad mężczyznami, przeglądajcie księgi świętych mężów i filozofów (...) abyście okazały się godne i mogły rozkazywać mężczyznom".


CDN.

03 lutego 2026

HISTORIA ŻYCIA - WSZECHŚWIATA - WSZELKIEJ CYWILIZACJI - Cz. XXXIII

STWORZENIE
ADAMA i EWY
cz. III


ADAM, EWA i LILITH



NARODZINY EWY


Konflikt pomiędzy Enkim a Enlilem o uświadomienie seksualne "pierwszej" pary ludzkiej (celowo w cudzysłowie, jako że musimy pamiętać że oprócz tego iż posiadamy geny Adapy, to przez millenia były one łączone z genami innych ludów i ras, które przybywały tu - na tę łupinę orzecha zwaną Ziemią - i tworzyły swoje własne kultury. Stąd odpowiedź na biblijne pytanie, że skoro Adam i Ewa byli jedynymi ludźmi na ziemi, to skąd się wzięła żona ich syn Kaina - na to pytanie również odpowiem) - był jednocześnie wypadkową konfliktu, jaki zrodził się pomiędzy Adapą a Lilith. Enki (jak już wspomniałem w poprzednim temacie), był nie tylko wielkim kobieciarzem, ale także (choć wspominają o tym jedynie sumeryjskie tabliczki Atra-Hasis, natomiast channelingi całkowicie milczą na ten temat) - gwałcicielem. Jeśli opierać się na sumeryjskich tekstach, można się dowiedzieć że nie tylko uwiódł swemu bratu - Enlilowi jego żonę - Ninlil (którą potem cynicznie przeznaczył do udziału w eksperymencie stworzenia pierwszego LU-LU), ale także miał... zgwałcić jego wnuczkę, a swoją bratanicę - Inannę (swoją drogą to aż dziw bierze że Enlil to wszystko tak długo tolerował). Nie ma co do tego oczywiście pewności, ale późniejsze zachowanie i stosunek Inanny do kwestii Adapy i Lilith, można by w dużej mierze tłumaczyć postępowaniem jej stryjecznego dziadka. Enlil nie chciał by Adapa i Lilith zbyt szybko poznali tajemnicę "zakazanego owocu", gdyż obawiał się, że spłodzeni przez rodzeństwo - Enkiego i Ninhursag, mają nie tylko pierwszeństwo w walce o tron Edenu, lecz mogą konkurować o przewodnictwo w zdobyciu władzy nad planetą-okrętem Nibiru. Poza tym posiadali oni geny plejadiańskie i mogli być wsparci przez siłę Federacji Plejad (o poszczególnych federacjach wchodzących w skład Federacji Galaktycznej opowiem w kolejnych częściach, łącznie z innymi rasami które istnieją we Wszechświecie, w tym z Insektoidami - gdzie też jest ciekawy podział na grupy nam przychylne, wrogie i neutralne). Tym samym znacznie zagrozili by (a być może nawet uniemożliwili) objęcie władzy nad Edenem i Nibiru przez potomków Enlila.

Póki więc Adapa i Lilith nie mieli pojęcia o własnej seksualności i możliwościach jakie się za nią kryją - nie byli aż tak groźni jako konkurenci do władzy. Enki pragnął jednak czym prędzej naprawić ten błąd. W założonym przez siebie Wężowym Bractwie (gdzie przekazywał pierwszej parze całą swoją wiedzę na temat historii Wszechświata i wszelkiego stworzenia) wyjawił im również tajemnicę ich seksualności (uczynił to oczywiście wbrew woli Enlila). Wcześniej bowiem, zarówno Adapa jak i Lilith nie patrzyli na siebie jak na mężczyznę i kobietę, a raczej byli przyjaciółmi, partnerami, towarzyszami zabaw - uważali siebie też za równych pod każdym względem (także i dziedziczenia władzy). Wyjawienie "tajemnicy seksualności" (czyli... pierwsze zerwanie "jabłka" z "Drzewa Poznania Dobra i Zła", bo będzie również i drugie - które notabene... zostanie potem opisane w Biblii) zmieniło bardzo wiele. Enki wyjawił bowiem pierwszej parze tajemnicę stworzenia, a co się za tym kryje - również i kopulacji. Adapa/Adam bardzo zainteresował się tym tematem, gdyż jednocześnie Enki głosił, iż dzięki temu może on przewodzić i dominować nad kobietą. Lilith była zaś tym wszystkim poważnie zniesmaczona i odmówiła Adamowi (od teraz będę używał imienia Adam na określenie Adapy) pierwszego współżycia. Doszło między nimi do kłótni, gdyż Lilith nie chciała być uważana za... kobietę, chciała nadal być "człowiekiem" - kumplem i towarzyszem Adama - nie chciała być mu podległa w żadnej mierze i w żadnym z zachowań - nawet w seksie.




Adam zapragnął jednak władzy. Dzięki tajemnicy, jaką otrzymał od swego ojca, pragnął spłodzić z Lilith synów, którzy będą mogli w przyszłości zagrozić władzy Enlila i jego potomków oraz wywalczyć dominację nad całym Edenem. Dlatego też usilnie namawiał Lilith do pierwszego stosunku. Lilith jednak obraziła się tak bardzo, że zaczęła unikać kontaktów ze swym mężem - pocieszenia szukając gdzie indziej. I tutaj na arenie niezgody obydwu małżonków pojawia się "bogini" Inanna. Wsparła ona Lilith i zaczęła ją przekonywać o słuszności jej decyzji (jednocześnie uniemożliwiając dostęp do niej Adamowi). Adam do realizacji swej wizji władzy potrzebował jednak kobiety, a raczej potrzebował jej... macicy, by dała mu potomstwo, by dała mu synów i następców, pod nową ludzką dynastię w Edenie. Tego pragnął Enki, tego teraz zapragnął również i Adam. Chciał stworzyć nie tylko nową dynastię, lecz całkowicie Nowy Świat, w którym to on będzie władcą, królem i panem (w tych planach miał całkowite wsparcie Enkiego). Dlatego też Adam nie ustawał w próbach kontaktu z Lilith, była ona jednak dobrze pilnowana przez Inannę. Adam poskarżył się więc Enlilowi że Inanna uniemożliwia mu kontakt z własną żoną - wytargował jedynie możliwość krótkich kontaktów... ale to mu wystarczyło. Lilith także zatęskniła za Adamem (jedno wiedziało o drugim wszystko, razem rośli, bawili się, wychowywali - i zapewne szczerze kochali się, choć... jak brat i siostra), nie chciała jednak słyszeć o kontakcie seksualnym i płodzeniu dzieci.

Adam nie ustawał w namowach i po pewnym czasie Lilith zgodziła się na zbliżenie. Sam akt seksualny musiał być dla niej jednak potężnym wstrząsem, gdyż potem zapowiedziała że już nigdy więcej tego nie powtórzy (Biblia mówi że Lilith nie godziła się na pozycję pasywną - pod Adamem). Ale ten raz wystarczył by zaciążyła. Po dziewięciu miesiącach na świat przyszła dziewczynka, nadano jej imię - EVA. Adam był więc nie mężem a ojcem biblijnej Ewy, zaś jej matką była Lilith. Matka zabrała Evę do "posiadłości" Inanny (prawdopodobnie mieściła się ona poza Edenem, być może w rejonie dzisiejszej rzeki Indus), by wychowywać ją według własnych planów i zamierzeń. Trzeba tutaj jednak wyjaśnić, że Enki przekazał Adamowi i Lilith nie tylko wiedzę na temat seksualności, lecz także na temat wzajemnie się uzupełniających komplementarności, znanych jako - Anima i Animus. Anima i Animus były odniesieniami "Kobiecości" i "Męskości" - razem były Jednością, lecz każdej towarzyszyła inna cecha. Anima - miała dar czerpania i przetwarzania energii płynących bezpośrednio z Kosmosu. Była Mądrością pochodzącą bezpośrednio od Źródła - Ona była Treścią Wszystkiego. Animus - z kolei był Wiedzą pochodzącą z Intelektu. Miał dar wspierania Ewolucji i zbierania oraz magazynowania Wiedzy, co umożliwiało rozwój wszelakich Talentów. On zaś był Formą Wszystkiego. Taką też wiedzę przekazał Enki swemu synowi i jego małżonce w Wężowym Bractwie.




Ewa rosła i dojrzewała z dala od Edenu i jej ojca Adama. Lilith (wspierana przez Inannę ) nie informowała jej o Adamie, ani też o fakcie że on jest jej ojcem. Dziewczyna rosła w zupełnej nieświadomości, za to Adam nie ustawał w próbach ujrzenia córki . Z chwilą pierwszego stosunku z Lilith, utracił on wsparcie Enlila, mimo to wciąż próbował. Ewa była całkowicie odizolowana od świata zewnętrznego. Mieszkała i żyła w posiadłościach Inanny i nie miała pojęcia o otaczającym ją świecie. Nie znała swego ojca i w ogóle nie widziała żadnego mężczyzny (Lilith zadbała o to, by jej córka nigdy nie prze żyła tego samego, co ona przeszła podczas stosunku seksualnego z Adamem, który dla niej musiał być prawdziwym wstrząsem fizycznym i psychicznym). Ale pewnego razu nadarzyła się okazja do spotkania ojca i córki. W tej sprawie Adamowi udzielił wsparcia Enki, który przewiózł go nad Indus, gdzie czekali sposobności gdy dziewczyna będzie sama. Po dłuższym oczekiwaniu, ich trud został nagrodzony powodzeniem - nie tylko ujrzeli Ewę, lecz nawet... udało im się ją uprowadzić do Edenu. Nie ma pewności jak to się dokładnie stało, jednak dziewczyna oddzieliła się od swej matki, gdy wyszły poza mury posiadłości Inanny (ponoć nie było to nic niezwykłego, gdyż wcześniej obie kobiety wielokrotnie opuszczały razem zamknięty teren "nadinduskiego Edenu". Teraz jednak dziewczyna oddaliła się od Lilith by wykąpać się w jeziorze. Tam też ujrzeli ją Adam i Enki. Adam uwiedziony jej pięknem, zapragnął ją posiąść i tak też się stało - Ewa została uprowadzona do Edenu.




Tam ojciec uwiódł córkę. Dopiero po tym fizycznym akcie seksualnym poinformował ją, że jest jej ojcem. I to jest właśnie owe (drugie) zerwanie przez Ewę zakazanego owocu - tym "owocem" było jej dziewictwo, a "wężem" który skusił ją do "złego" - był jej własny ojciec (poprzez Enkiego - Adam nosił w sobie również i gadzie geny). Adam zdołał potem przekonać innych Nibiruan o potrzebie poślubienia Ewy (oczywiście sprzeciwiła się temu Inanna i Lilith). Lecz tak właśnie się stało - Ewa została żoną Adama i podążyła za nim, rozpoczynając służbę w oddaniu męskiej energii Animusa. Była oddana i wierna swemu ojco-mężowi, była wzorem późniejszej biblijnej kobiety, poddanej i uległej wobec swego mężczyzny. Miała też ogromne pretensje do swojej matki, że tak długo uniemożliwiała jej kontakt z ojcem. Te pretensje były tak wielkie, że - wyrzekła się Lilith na zawsze. Ewa była kobietą doskonałą, całkowicie zakochana w Adamie, ulegała mu we wszystkich jego kaprysach - była tym, kim on pragnął uczynić Lilith. Z nią nie było tych samych konfliktów co z jej matką, która nie godziła się na "leżenie na plecach". Z Ewą Adam mógł robić wszystko, gdyż godziła się na wszystko. To nie Lilith ani Adam zerwali "zakazany owoc" z Drzewa Poznania, uczyniła to za nich Ewa (na prośbę Adama). Ale (paradoksalnie) właśnie ów czyn stał się początkiem upadku Adama i wygnania go wraz z Ewą z "rajskiego" Edenu. Dlaczego tak się stało, skoro przecież "bogowie" wcale się lepiej nie zachowywali, kopulując z siostrami, wnuczkami lub bratanicami? Zaważył o tym charakter Adama.

Adam, z chwilą uwiedzenia Ewy, znacznie się zmienił. Odtąd zapragnął rzucić Nibiruanom wyzwanie i podjąć próbę opanowania Edenu. Zaczął w tym celu gromadzić wszystko, co mogło mu się potem przydać . Adam szybko odkrył, że wiedza jaką obdarował go Enki, jest źródłem, dzięki któremu może on stać się "równy bogom", a nawet zmusić ich by to jemu służyli. Zapragnął dominować nad Edenem, lub... zniszczyć go (tego właśnie wcześniej najbardziej obawiał się Enlil). Adam odwrócił się również od Enkiego, chciał bowiem by ten uznał go za jedynego Pana i Króla Edenu. Enki nie mógł (mimo iż wcześniej sam tego pragnął) przystać na takie żądanie syna. Nie było rady, Enki porozumiał się z Enlilem i postanowiono zmusić Adama do opuszczenia Edenu. Doszło do krótkotrwałej walki, lecz Adam (w pojedynkę - nie licząc Ewy), nie miał szans w walce z obu "bogami", musiał więc się poddać i zaakceptować ich warunki. A brzmiały one następująco: Adam miał na zawsze opuścić Eden wraz ze swą żoną (Ewa nie została wygnana, ale podążyła za Adamem), oraz swym potomstwem, które z nią miał spłodzić . Odtąd miał żyć na własny rachunek, bez udogodnień ofiarowanych przez rajski Eden (i bez technologii Nibiruan). Adam zaczął żyć na nowo (bez energii elektrycznej, broni atomowej czy pojazdów gwiezdnych). Jednocześnie (w tym samym momencie) zaczynał się powolny rozwój naszej (ludzkiej) cywilizacji, która mozolnie odbudowuje to, co wcześniej utracił jej praojciec.





KAIN i ABEL
CZYLI NIEZNANA HISTORIA ADAMA i EWY PO WYGNANIU Z EDENU


Niewiele jest wiadomości w Biblii odnoszących się do późniejszego życia Adama i Ewy, po wygnaniu ich z rajskiego ogrodu Eden - wiadomo jedynie że zamieszkali na wschód od tego miejsca, w krainie Elda (Księga Jubileuszy 3:28). Postaram się więc teraz rzucić trochę więcej światła na późniejsze życie Adama i Ewy poza Edenem. Należy tu jednak wyjaśnić pewien szczegół, który jest niezwykle ważny w całej tej historii. Mianowicie - z Edenu został wypędzony TYLKO ADAM! Ponieważ tylko Adam wszczął bunt i pragnął doprowadzić do przejęcia władzy nad całą bazą Nibiruan w Edenie - tylko on został z niej wygnany. Dlaczego więc mówimy o wygnaniu z Raju Adama i Ewy? Dlatego że Ewa podążyła za Adamem (jej ojco-mężem) z własnej, nieprzymuszonej woli, po to, by wieść życie takie jak on, oraz pomagać i wspierać go w tej ciężkiej próbie. Ewa, to nie była Lilith - nie miała cech swej matki (takich jak upór, dążenie do wiedzy i wolności), Ewa (zakochana w Adamie po uszy) gotowa była na wszystko, byle tylko móc być przy nim - by go wspierać i mu służyć (według mitologii Lapończyków - wszyscy jesteśmy dziećmi Ojca Słońce i Matki Słońce, tylko zostaliśmy wychowani przez Matkę Księżyc). Jaka więc była dalsza historia Adama i Ewy po ich odejściu z Edenu? Oto ona.




Gdy Adam i Ewa zostali zmuszeni do opuszczenia Edenu, sojusz Enkiego z Enlilem rychło się zakończył. Enlil bowiem od tej chwili przestał sobie zawracać głowę tą dwójką ludzi, ale Enki nie zamierzał skazywać ich na tułaczy (niepewny) los. Dlatego też, zaraz po ich wypędzeniu, zabrał ich ze sobą i osiedlił niedaleko swej afrykańskiej bazy - ABZU. W tym czasie Ewa była już brzemienna. Wkrótce na świat przyszli dwaj chłopcy - bliźnięta, które otrzymały imiona - KAIN i ABEL. Przez cały czas Enki pomagał Adamowi i Ewie (wspierał ich we wszystkich problemach dnia codziennego, a nawet użyczał technologii Nibiruan by ich ogrzać, lub zapewnić stałe oświetlenie). Tak więc nowo narodzeni chłopcy przyszli na świat w warunkach niewiele gorszych od tych, w jakich wychowali się Adam i Lilith. Enki zapewniał im bowiem wszystkie możliwe wygody, łącznie z dostarczaniem pożywienia (pochodzącego bezpośrednio z nibiruańskiej "kuchni"). Pomógł również Adamowi zbudować dom i czuwał nad bezpieczeństwem wnuków, oraz... zaczął już szukać dla nich przyszłych żon. W tym celu zabrał ich nawet (jeszcze jako niemowlęta) na Nibiru, aby pokazać ich swemu ojcu Anu i zdecydować o ich przyszłości. Miał bowiem nadzieję, że wina ich rodziców (a właściwie samego Adama) - zostanie im oszczędzona i będą mogli powrócić do Edenu. Anu nie wyraził zgody by chłopcy wychowywali się na Nibiru, ale zgodził się by opiekę nad nimi powierzyć Nibiruanom. Enki, jako najodpowiedniejszego nauczyciela wybrał swego najstarszego syna - Marduka (biblijna "afera wieży Babel" - czyli pomieszanie języków, będzie potem jego udziałem). Ale nie zgodził się na to Enlil. Anu zdecydował się więc na kompromisowe rozwiązanie konfliktu - Marduk będzie opiekunem i nauczycielem - Abla, zaś Ninurta (najstarszy syn Enlila) - Kaina. Tak też się stało.

Chłopcy dorastali na Ziemi, w domu swoich rodziców mieszczącym się niedaleko ABZU i strzeżonym przez Nibiruan z oddziałów Enkiego. Kain i Abel zostali wychowani po "nibiruańsku", przekazywano im tę samą wiedzę, którą wcześniej w "Wężowym Bractwie" Enki przekazał Adamowi i Lilith. Bracia jednak często ze sobą rywalizowali, co szczególnie niepokoiło Ewę. Pragnęła ona by chłopcy zamieszkali osobno, tak, aby jeden nie miał o nic pretensji do drugiego. Ich życie nie było jednak wcale monotonne, zważywszy iż często podróżowali (np. na księżycową bazę IGGI, do ABZU, do EDENU, a nawet na Nibiru). Gdy więc wyrośli już z wieku chłopięcego i zmężnieli, Enki (poproszony o to przez Adama i Ewę ), przekonał swego ojca (był bowiem doskonałym mówcą ) - Anu, brata Enlila i innych Nibiruan, by odtąd chłopcy zamieszkali w jednej z wybranych przez siebie - nibiruańskich baz (ABZU, EDENIE lub IGGI). Zaznaczał że na chłopcach nie ciąży wina ich ojca i mają prawo ubiegać się o miejsce i urząd godne ich pozycji i rodu z którego się wywodzą. Rada Nibiruan uznała rację Enkiego, lecz by zostali oni uznani za pełnoprawnych Nibiruan (a tym samym, mogli konkurować o władzę i pozycję w tym społeczeństwie), musieli przejść obrzęd inicjacji, wywodzący się jeszcze z planety Malona. Obrzęd polegał na złożeniu symbolicznych darów dawnym przodkom i opiekunom rodu. Kain i Abel byli do tego przygotowywani zarówno przez Marduka jak i przez Ninurtę (którzy pośrednio wykorzystywali wzajemną niechęć, podburzając przeciwko sobie adamowych synów).




Gdy więc zebrała się Rada (pod przewodnictwem Anu), która miała odebrać od braci ofiarowane przez nich (symboliczne) dary, jako rodzaj szacunku dla rodu z którego się wywodzą i przodków, którzy mieszkali niegdyś na Malonie - pierwszy wystąpił Kain. Ofiarował on przodkom najdorodniejsze ziarno i kłosy zboża, które sam wyhodował (dzięki podpowiedziom Ninurty), tym samym dając symbolicznie do zrozumienia, że to w ziemi rośnie bogactwo, zapewniające przeżycie wszystkim istotom żywym. Drugi cześć przodkom oddawał Abel, który przyprowadził małe baranki (nad którymi osobiście czuwał). Dar Abla od razu spodobał się Nibiruanom, co oznaczało iż uzyskał od nich potwierdzenie swej pozycji, jako pełnoprawnego członka rodu i mógł odtąd zamieszkać tam, gdzie tylko zapragnął. Kain nie dostał promocji, ale nie oznaczało to zamknięcia jego sprawy. Rada Nibiruan obradowała przez całą zimę - ostateczna decyzja w jego sprawie miała zapaść z początkiem wiosny roku następnego. Tymczasem Abel przygotowywał się do powrotu do Edenu. Zabrał ze sobą wszystkie swoje zwierzęta, pożegnał się z rodzicami i obiecał często ich odwiedzać, oraz im dopomagać . Kain nie mógł ścierpieć przegranej, sądził bowiem że zwycięstwo ma zapewnione, gdyż zboże które pokazał, pochodziło z ziaren dostarczonych mu przez Ningishzidda (Thota - syna Enkiego ze związku z Ereszkigal) - bezpośrednio z Nibiru. A tymczasem jego dar odrzucono. Zapałał ogromnym gniewem do swego brata i postanowił nie dopuścić by wcześniej od niego dostąpił zaszczytu powrotu do Edenu.

Gdy Abel opuścił dom rodzinny i zmierzał w kierunku ABZU (gdzie czekał na niego Enki, który miał "odwieźć" go do Edenu), drogę zastąpił mu Kain. Chciał przekonać Abla by ten poczekał ze swym powrotem, aż Rada Nibiruan i jemu przyzna promocję i prawo do powrotu, lecz Abel odmówił. Stwierdzi że zwyciężył uczciwie i może teraz skorzystać z przyznanego mu przywileju, nie oglądając się na brata. To doprowadziło Kaina do furii, zaatakował Abla i pomiędzy braćmi doszło do bójki. W pewnym momencie Abel przewrócił Kaina na ziemię i gdy już wydawało się że go pokona, Kain, chwycił w rękę kamień - leżący nieopodal i wymierzył nim silny cios w głowę swemu bratu. Abel osunął się z bólu na ziemię, ale Kain nie poprzestawał - wymierzając kolejne ciosy. Gdy odreagował gniew, zobaczył co uczynił. Abel leżał martwy w kałuży krwi. Gdy ta świadomość do niego dotarła - Kain zapłakał nad martwym ciałem brata - nie pragnął go bowiem zabijać, chciał jedynie uniemożliwić mu wcześniejszy powrót do Edenu. Teraz stał się mordercą (tym gorszym, iż sam nie będąc obywatelem Nibiru, dokonał zbrodni morderstwa na kimś, kto takie obywatelstwo uzyskał). Marduk, który był mentorem Abla, zażądał dla Kaina natychmiastowej kary śmierci, ale Enki oraz Enlil postanowili najpierw zwołać sąd nad mordercą. Skład sędziowski był następujący: Enlil, Enki, Ninhursag, Ninurta i Marduk.




Marduk - podczas swojej przemowy oskarżycielskiej, oponował za karą śmierci, ale Enki w pewnym momencie nie wytrzymał i krzyknął w jego stronę: "Jest moim wnukiem - Kain ma żyć!". Taki też był wyrok sądu, jednak nie było już mowy o powrocie dla niego do Edenu, o uzyskaniu obywatelstwa nibiruańskiego. Zgodzono się jednak by dać mu za żonę jedną z Nibiruanek, imieniem AVAN. Nie wiadomo jednak czy dziewczyna zgodziła się sama na to małżeństwo (gdyż równało się ono wypędzeniem ze wszystkich baz Nibiruan i rozpoczęciem życia z dala od wszelkich dobrodziejstw, do których przywykła. Najprawdopodobniej otrzymała polecenie - być może od Enkiego lub nawet Enlila - zostania żoną Kaina, gdy tak się stało - oboje wygnano).



Rzekł Bóg: - Cóżeś uczynił? Krew brata twego głośno woła ku Mnie z ziemi. Bądź więc teraz przeklęty na tej roli, która rozwarła swą paszczę, aby wchłonąć krew brata twego, przelaną przez ciebie. Gdy rolę tę będziesz uprawiał, nie da ci już ona więcej plonu. Tułaczem i zbiegiem będziesz na ziemi.

Kain rzekł do Pana: - Zbyt wielka jest kara moja, abym mógł ją znieść. Skoro mnie teraz wypędzasz z tej roli i mam się ukrywać przed Tobą, i być tułaczem i zbiegiem na ziemi, każdy, kto mnie spotka, będzie mógł mnie zabić. 

Ale Pan mu powiedział: - O, nie! Ktokolwiek by zabił Kaina, siedmiokrotną pomstę poniesie.

 (Księga Rodzaju 4,1-15.25)





PS: W kolejnej części zaprezentuję historię Edenu do czasu narodzin Adama, Lilith i Ewy, oraz skąd tak naprawdę wywodzi się nasz ludzki ród pochodzący z genów Adapy.


PS2: zauważyłem że większość z 36 stron jakie na tym blogu umieściłem, zniknęła po zmianie nazwy bloga. Myślałem że z tym problemem sobie poradziłem, ale najwidoczniej będę musiał ponownie przywrócić wszystkie pozostałe 33 strony nie licząc trzech które stworzyłem po zmianie adresu bloga). Postaram się - w miarę możliwości - zająć się tym w ciągu kolejnych dni.


CDN.

02 lutego 2026

UMIERAMY I CO DALEJ? - czyli co się z nami dzieje po śmierci? - Cz. IX

A KIEDY WRESZCIE 
UJRZĘ BOGA?




Jak już pisałem, na "Tamtym Świecie" dusze spotykają wszystkich swych dawnych znajomych (z którymi wchodziły w przeróżne fizyczne korelacje), swych Przyjaciół z Grupy, swego Przewodnika, lub Przewodników (w zależności od stopnia zaawansowania duszy). Dusza także spotyka i widzi Założycieli/Starszych, których postrzega jako szlachetnych Mędrców, ale... nigdzie nie widzi Boga. Dlaczego? Cóż, postaram się po kolei rzucić trochę światła na to zagadnienie. Prawie każda osoba z tych, które poddają się sesjom hipnoterapeutycznym, nie ma doświadczenia "widzenia" Boga. Dla ogromnie wielu wciąż inkarnujących jest to niedościgłe marzenie, przeogromna chęć zbliżenia do... Jedności (jak to opisują), lecz jednocześnie zdania sobie sprawy z faktu że "jeszcze na to nie zasłużyli". Większość osób które poddają się hipnozie, nigdzie nie spotyka istoty, którą można by nazwać Bogiem, ale... są od tego bardzo nieliczne wyjątki. Największą możliwość poczucia Obecności Boga i Jedności z Nim, mają dusze podczas rozmów z Radą Założycieli. Już nie można bardziej (dla wielu dusz) zbliżyć się do Źródła, niż właśnie Tam. Dusze nie widzą "Tam" Boga, ale... są w stanie odczuć ogromną Energię, o wiele większą niż jakakolwiek inna dotąd (nie jest to też Energia Założycieli). Według osób będących pod wpływem hipnozy, Jedność-Obecność-Źródło, znajduje się zawsze za Starszymi z Rady.

Promieniuje Ono ogromnym blaskiem o fioletowej lub srebrnej poświacie, lecz Rada stara się nie zwracać uwagi na ów Blask i koncentruje się na rozmowie z daną duszą. Czynią tak świadomie, gdyż jeśliby pozwolono duszy na podziwianie blasku owej Energii... nie mogłaby ona skupić się na zadawanych jej pytaniach. Według osób poddanych hipnozie, jest to tak ogromna Siła i Moc, która przyciąga do siebie niczym rodzic tulący swoje dziecko, niektórzy opisują to jako "Pragnienie Jedności Dojrzałego Zrozumienia" (jakkolwiek by to dziwnie nie zabrzmiało, trzeba bowiem pamiętać, że nie wszystko co dusze opowiadają i co widzą na "Tamtym Świecie" można łatwo przetłumaczyć na ludzki język i opisać za pomocą zrozumiałych dla nas przykładów). Pewien mężczyzna opisuje to doświadczenie następująco: "Kiedy znajduję się w sali Rady i widzę Obecność Naszej Jedności (chodzi zapewne o owe Światło), przeszywa mnie odczucie nieopisanego szczęścia bliskości owej Jedności. Wiem, że moja Przewodniczka odczuwa to tak samo. To jest niczym fontanna nieskończonej Miłości i Zrozumienia, Ciepła, Bezpieczeństwa, Radości i Wolności. Gdy spotkanie z Radą się kończy i opuszczam salę, nim to nastąpi już pragnę powrócić Tu ponownie jak najszybciej". Interpretując ową relację można by powiedzieć że owe Światło jest dla dusz niczym magnez, ale tylko na zasadzie przypomnienia im Jedności z której pochodzą, oraz konsekwencji w dążeniu do ostatecznego celu - czyli Zjednoczenia.

Prawie nie ma żyjących ludzi, którzy mogliby opowiedzieć więcej o tym Świetle, owej Jedności i odczuwanej przez dusze bardzo silnej bliskości Źródła. Głównym powodem tego stanu rzeczy jest fakt, iż większość z nas nigdy nie doszła do stopnia Przewodników, choć oczywiście i od tego są wyjątki. Wśród osób decydujących się na odbycie sesji hipnoterapeutycznych też z reguły próżno szukać tych, którzy mieliby bliższy kontakt z ową Energią Jedności, ale i tam zdarzają się perełki. Pewna kobieta, która poddała się hipnozie, rzuciła na to zagadnienie trochę więcej światła. Kobieta owa była bardzo rozwiniętą Przewodniczką i mieniła się ciemnoniebieską barwą światła. Opiekowała się (opiekuje) kilkoma grupami dusz, głównie średnio-zaawansowanych i tych już rozwiniętych/starych, a już "wkrótce" miała stać się Nauczycielką innych Przewodników. Kobieta ta opowiedziała najwięcej ze wszystkich osób poddanych hipnozie, na temat Boga i naszej z nim Jedności. Inkarnuje już od bardzo dawna (czyni tak, pomimo faktu że nie musi już fizycznie "doświadczać", gdyż poziom Jej wewnętrznego rozwoju jest bardzo duży), a swoją drogę przez materialne wcielenia rozpoczęła jeszcze... przed powstaniem naszego Wszechświata. Inkarnowała w innym, który dobiegł już końca. W tym życiu owa kobieta zajmuje się leczeniem, uzdrawianiem i pomocą innym ludziom (przykład bardzo częstego wcielenia wybieranego przez zaawansowanych Przewodników).

Zresztą uzdrawianie fizycznego bólu jest bardzo mocno związane z siłą Umysłu. Według owej kobiety - można nauczyć się subtelnej sztuki takiej korelacji Energii, by uwalniać od Bólu najróżniejsze części ciała, mówi: "Jestem w stanie pomóc tym, którzy potrafią zrozumieć siłę Energii jaka jest w naszych Umysłach, a Umysł jest drogą która może przynieść ulgę w bólu. Sama pracując w ten sposób z własną Energią, nauczyłam się skuteczniej pomagać innym w ich cierpieniu". Hipnoterapeuta zadał więc jej pytanie: "Czy Ty, jako tak rozwinięta Przewodniczka Duchowa, aspirujesz do miejsca w Radzie Starszych?". Jej odpowiedź brzmiała: "Nie! Najpierw pracuję nad tym, by zostać Nauczycielem Przewodników" - "Lecz jeślibyś mogła wybrać, chciałabyś zostać członkinią Rady?" - kontynuuje hipnoterapeuta, "Nie każdy nadaje się na członka Rady, jest przecież wiele innych możliwości "specjalizacji" - odpowiada kobieta. "Lecz jeślibyś się nadawała, jak by to wyglądało?" - "Najpierw udałabym się do miejsca Naszej Jedności" - odpowiada kobieta. W tym momencie ów hipnoterapeuta poczuł, że zaczyna dziać się coś więcej, niż dotychczasowy opis "Życia po Życiu", miejsc, działań i przygotowań duszy na "Tamtym Świecie". Tutaj owa kobieta zaczyna już otwarcie przybliżać nas do samego Źródła, czyli do początków naszego Istnienia. Jej opowieść znacznie wykracza poza dotychczasowe ramy, jakie dotąd prezentowały inne osoby - inne dusze poddane hipnozie.

"Opowiedz mi o tej Jedności, czym lub kim Ona jest" - kontynuuje hipnoterapeuta. "To jest... Jedność w Wielości lub Wielość Jedności - Centrum wszelkiego Istnienia". "Czy mogłabyś powiedzieć mi coś więcej na ten temat, proszę byś opisała mi cały ten proces - jeśli oczywiście możesz?" - "Nie powiem Ci wiele, nie doświadczyłam jeszcze tego, jedynie się tam zbliżyłam", "Proszę więc byś opowiedziała mi tylko to, co powiedzieć możesz". "To jest Boskość, jest... Wszystkim" - kontynuuje kobieta, "Proszę, wyjaśnij Nam co to znaczy "Wszystkim?" - "To jest Oddech, Dźwięk, Szept... tak Czysty, tak Nieskończenie Czysty" - "Spokojnie, zatrzymaj tę myśli i zabierz mnie w swej opowieści tak daleko, jak tylko zdołasz" - mówiąc to hipnoterapeuta kładzie dłoń na czole kobiety. "Dźwięk, On... stwarza wszystko dookoła - WSZYSTKO!". "Przybliż się w kierunku tego Dźwięku, jesteś już bardzo blisko, proszę powiedz co teraz widzisz?" - "Ja... nie mogę, ja... za daleko" - odpowiada kobieta - "Jeszcze troszkę dalej, przejdź poza to, jeszcze troszkę - powiedz co tam jest?" - "Dźwięk wszystko utrzymuje i stwarza, sprawia że całość się porusza, faluje pod Jego wpływem. To jest wysokie czyste nucenie, przypomina echo, ja... nie mogę więcej..." - kobieta urywa w środku zdania. "Ostatni wysiłek, proszę Cię, wiem że dasz radę, czym jest to Echo?" - "To jest niczym Matka... przepełniona Miłością Matka... śpiewająca swemu dziecku!", to było wszystko, co mogła nam przekazać owa kobieta.

Pomimo tego opisu (choć jest najbardziej szczegółowy ze wszystkich jemu podobnych), nadal nie wiadomo jak wygląda Bóg, gdyż nawet inkarnujący Przewodnicy (bardzo nieliczne osoby które poddały się hipnozie) różnie widzą ów Dźwięk i różnie go doświadczają. Na przykład jeden z nich opisał tę muzykę jako "Łagodny dźwięk Dzwonu, rozchodzący się niczym echo - tworzący i utrzymujący wszystko dookoła", inny zaś mówił o... "Męskim Chórze". Jedno jest pewne - żyjący ludzie, choćby nawet byli Przewodnikami, nie są jeszcze gotowi aby połączyć się z ową Jednością na tyle blisko, by opowiedzieć nam jak owa "Obecność Nieskończonej Miłości" i "Dźwięk Wszystko Utrzymujący" - wygląda!



TAK MOŻE WYGLĄDAĆ OWA  
 
 JEDNOŚĆ - ŹRÓDŁO

Z KTÓREGO PŁYNIE 

"DŹWIĘK WSZYSTKO UTRZYMUJĄCY"





PYTANIE BRZMI WIĘC: 

CZY BÓG JEST MUZYKĄ? 

CZY JEDYNIE STWARZA POPRZEZ MUZYKĘ?





ZABAWY I REKREACJE
CZAS WOLNY I WAKACJE
(Czyli jak dusze spędzają swój wolny czas?)




Kiedyś słuchałem wypowiedzi pewnego mężczyzny w jednym z programów telewizyjnych, który mówiąc o Niebie i Piekle stwierdził, iż wolałby po śmierci pójść do piekła, gdyż: "Tam przynajmniej coś by się działo, a w Niebie to tylko modlitwa, śpiew i kompletna nuda". Tak, właśnie takie przeświadczenie (dotyczące tego co mogłoby nas spotkać w Niebie) ma bardzo wiele osób, które myślą o śmierci i Niebie jako o czasie nieustannej modlitwy, śpiewów dla Boga i braku jakichkolwiek ziemskich przyjemności. Choć i od tego są wyjątki - słuchałem też pewnego zaproszonego do studia telewizyjnego księdza, który zaprzeczał takim wyobrażeniom Nieba. Powiedział wprost do owego pana, który twierdził właśnie że Niebo "to kompletna nuda", iż: "Tam, jeśli zapragniesz napić się kieliszek dobrej wódki, to ten kieliszek już na Ciebie czeka. Potem kolejny i kolejny, pijesz do woli. Podobnie z innymi Twoimi pragnieniami - jeśli tylko je sobie zamarzysz one się spełnią". Cóż, wraz ze śmiercią ciała nie umiera przecież pamięć przeżytych w nim (miłych i niemiłych) chwil - zabieramy je ze sobą w "Zaświaty" (gdyby było inaczej, wówczas istota narodzin człowieka w formie materialnej - nie miałaby najmniejszego sensu). Pamięć zapachów, obrazów, dźwięków, pamięć piękna morskiej toni, wspaniałości górskich widoków, ukwieconych ogrodów, wykwintnych potraw i napojów, wreszcie pamięć dotyku ludzkiego ciała - to wszystko zabieramy ze sobą do "Świata Dusz". A "Tam" to wszystko powtarzamy... tylko "bardziej".


RÓŻNE KULINARNE PRZYSMAKI, KTÓRYCH PAMIĘĆ ZABIERAMY ZE SOBĄ PO NASZEJ "ŚMIERCI"

















Jak zatem dusze w "Zaświatach", spędzają swój wolny od zajęć szkolnych i nauki - czas? Odpowiedź oczywiście brzmi - bardzo różnie. Są dusze które pragną ten czas spędzać w gronie swych Przyjaciół ze swojej grupy docelowej, lub także z innych grup, a są dusze które po intensywnych ćwiczeniach przygotowujących do nowego życia na Ziemi, wybierają wówczas wypoczynek w samotności. Co ciekawe - są dusze które bawiąc się ze sobą, często też... flirtują. Zdarza się tak, gdy na przykład spotykają się w czasie wolnym dusze z dwóch, lub kilku różnych grup. Często wówczas dochodzi do głosu pamięć przeżytych chwil z fizycznego świata. Dusze wówczas urządzają wspólne "pikniki na trawie" i wzajemnie się poznają (podczas nauki w klasach czy przebywaniu w swoich grupach, dusze z jednej grupy docelowej nigdy nie łączą się z duszami z innych grup). Na takich "piknikach" i zabawach dusze ukierunkowane żeńsko i męsko wzajemnie ze sobą flirtują, tak jak kobieta, która poddana hipnozie mówi: "Wraz z moimi przyjaciółkami straszymy "męskie" dusze, że jeśli nie będą traktować nas odpowiednio, to w kolejnym życiu... zostaniemy ich żonami". Oczywiście to, że dana dusza ukierunkowana jest męsko czy żeńsko, nie oznacza że nie będzie ona wybierała przeciwstawnych sobie płci fizycznych, np. pewna kobieta (którą kiedyś już opisywałem), o duszy ukierunkowanej żeńsko - w jednym z poprzednich żyć wybrała sobie ciało potężnego mężczyzny - wikinga, który w VIII wieku - rabował, zabijał, gwałcił. Mówiła hipnoterapeucie: "To było wspaniałe ciało, tak wielkie, potężne, silne i wytrzymałe. Bardzo je lubiłam, gdyż wszyscy się mnie bali i byli mi posłuszni - także kobiety, które oddawały mi się same, lub niewoliłam je".

Częściej jednak dusze wybierają ciała takie, które zgodne są z ich "ukierunkowaniem" (lub też wymieniają płeć fizyczną swych kolejnych inkarnacji co kilka wcieleń). Te wzajemne spotkania są nie tylko powodem do flirtu, lecz również do wspominania wcześniej razem przeżytych chwil w ziemskich wcieleniach. Inna kobieta poddana hipnozie tak to opisuje: "Spacerujemy po pięknym, pełnym najróżniejszych kwiatów ogrodzie, pluskamy się w fontannie, wypełnionej przepiękną płynną energią - przypominającą wodę. Razem z moimi Przyjaciółkami z grupy wspólnie moczymy w niej nogi, a śmiejąc się opowiadamy sobie zabawne historie z naszych poprzednich wcieleń". Pikniki, zabawa, wspólne spacery, wyścigi (kto szybszy), kąpanie się w morzu lub jeziorze, radość, śmiech, moczenie stóp w fontannie, anegdoty - jest bardzo wiele przykładów wspólnego spędzania czasu przez dusze z tej samej, bądź różnych sobie grup, które jednak wypoczywają wspólnie i nie koniecznie muszą to być grupy, z którymi dana dusza wchodzi (lub wchodziła) w jakieś interakcje za życia. Nie zawsze tak jest, chociaż należy pamiętać że to, co nie dotyczy jednej duszy, może dotyczyć innej z tej samej im grupy docelowej. Pewien mężczyzna będący w stanie hipnozy, tak to opisuje: "W tych przelotnych chwilach odpoczynku, najbardziej podoba mi się ich spontaniczność. Można wówczas z łatwością spotkać kogoś, z kim zechcemy zostać skojarzeni w przyszłym lub kolejnym życiu".

Są jednak też i dusze, które uciekają od wspólnych zabaw i flirtów i wybierają odosobnienie. Ma to często związek z odgrywanymi w życiu wyczerpującymi rolami, które znacznie nas wymęczają. Także gwałtowna śmierć jest tego przykładem, gdyż wiąże się ona z pewnym ubytkiem energetycznym, co prowadzi do ponownej stopniowej regeneracji duszy (Dlatego też bardziej zaawansowane dusze opuszczają ciało nim jeszcze zdąży ono naprawdę umrzeć, po to właśnie by... nie tracić niepotrzebnie energii. Podam przykład - gdy następuje poślizg i samochód spada z urwiska na pobliskie skały - wówczas dusza zaawansowana, wiedząc że ciała tego, które znajduje się w pojeździe, nie da się już uratować, opuszcza je nim dojdzie do zderzenia z ziemią lub wodą. Wówczas zachowuje całą swą energię i nie przeżywa powolnego konania w morskiej toni).

Przypadek który wyżej opisałem, dotyczył pewnej kobiety, która jako młoda dziewczyna w dzień swoich osiemnastych urodzin, wybrała się ze swoim chłopakiem na przejażdżkę jego nowym samochodem. Bardzo go kochała (był w "Zaświatach" jej Bratnią Duszą - a to jest niczym połówki tego samego owocu, bratnie dusze są dla siebie niezwykle istotne) i długo przygotowywała się do tego dnia, który jej rodzice zorganizowali w jednym z najlepszych lokali w mieście. Na przyjęciu, zgodnie z poleceniem jej rodziców - nie miało być alkoholu, jednak jej chłopak wraz z kolegami przemycił tam dużą ilość wódki. Tańcząc z nią, zaproponował jej w pewnym momencie by razem "wyrwali się z przyjęcia". Zgodziła się, choć "coś" podpowiadało jej by tego nie robiła. Zabrał ją do swego samochodu, zaczęli się całować i pieścić. On jednak, aby się popisać, postanowił zabrać ją na przejażdżkę swoim nowym autem. Wyjechali poza miasto, a on już wcześniej wypił dużą ilość alkoholu. Tym bardziej prawie nie patrzył na drogę, trzymając kierownicę jedną ręką a drugą dotykając twarzy i ciała swej dziewczyny. Gdy ta poprosiła go by zwolnił nie posłuchał jej, a zakręty stawały się coraz ostrzejsze. Wreszcie przy kolejnym nie wyhamował i spadli razem z wysokości do morza. Gdy relacjonowała te wydarzenia hipnoterapeucie, jej ciało było całe niespokojne, nie mogła usiedzieć, dostała drgawek. Powiedziała że jej dusza nie chciała opuszczać ciała, tonęła więc powoli i boleśnie - te przeżycia odcisnęły się bardzo traumatycznie na jej Energii, co spowodowało że musiała ją po powrocie do "Świata Dusz" - odbudować. Zaś dusza jej chłopaka... wyszła z ciała nim doszło do uderzenia w taflę wody, przez co nie cierpiał tych bolesnych przeżyć powolnego konania.

Takie dusze wybierają więc w czasie "przerwy" od zajęć - samotność, gdyż pociąg do ciszy i spokoju stanowi dla duszy rodzaj mentalnej kontemplacji, pozwalającej jej ujrzeć "siebie samego". Skłonność dusz do samotnego przebywania nie jest jakimś defektem duszy (tak naprawdę to dość duża liczba dusz preferuje po okresach nauki - samotne spędzanie czasu), lecz wynika z przemożnej potrzeby pozostania w uświęconej sferze czystej myśli i usiłowania zbliżenia się do Źródła, które Nas zrodziło. Dusze "samotników" bardzo często są specjalistami w jednej z ulubionych przez siebie dziedzin i potrafią wnosić wielki wkład w pomoc innym... w swojej, określonej dziedzinie. Samotność też nie oznacza wcale bezczynności - dusze po prostu inaczej spędzają wolny czas, jak mężczyzna, który pod wpływem hipnozy wyznaje: "Podczas chwili wytchnienia od zajęć, zajmuję się dla relaksu tworzeniem wstęg energii, które potem splatam w gobeliny mojego poprzedniego życia oraz żywotów innych ludzi z którymi miałem kontakt za życia. Dzięki temu ukazuję bogactwo naszych wspólnych przeżyć i doświadczeń, które lśni niczym najpiękniejszy obraz. A wszystko tworzę z pomocą energii mojej Myśli".

Ale są też dusze, które (w ramach wypoczynku) wybierają... powrót na Ziemię. Dusze takie wybierają te miejsca, w których przyjemnie spędzały czas za życia i które bardzo polubiły. Co ciekawe, dusze przybywając na Ziemię i udając się do swoich ulubionych miejsc, nie czynią tego w ramach nauki lecz właśnie wypoczynku, relaksu, można by powiedzieć - wakacji. A to oznacza że mogą doświadczyć wielu przyjemności. Co mam na myśli? Mianowicie, jeśli dusza przybywa do swego ulubionego ziemskiego środowiska, na przykład - nad piękną nadmorską plażę, leżącą w urokliwej lagunie - może ona doświadczyć tych samych przyjemności, które przeżywała za życia. Jak to? - spytamy. To samo pytanie postawił jeden z hipnoterapeutów, gdy mężczyzna poddany hipnozie, zaczął opowiadać że czuje przyjemność stojąc nogami w wodzie, której fale łagodnie muskają mu stopy. Hipnoterapeuta zapytał więc: "Jak możesz doświadczać przyjemności uczucia morskiej wody, skoro nie posiadasz fizycznego ciała?". Mężczyzna odpowiedział: "Wszystko zależy od tego, ile Energii zabierzemy ze sobą na Ziemię", "Czyli ilość zebranej przez Ciebie Energii, świadczy o uczuciach, jakich możesz doświadczać na Ziemi?" - zapytuje dalej hipnoterapeuta - "Tak, ale nie bierzemy Jej dużo, z reguły jakieś 5 procent całości, ja nawet biorę jeszcze mniej".

"I to wystarczy, byś ponownie mógł odczuć fizyczną przyjemność morskiej piany?" - zapytuje dalej - "Nie tylko piany, czuję na sobie promienie słońca i mogę się wygrzewać w jego blasku. Mogę ponownie kąpać się w morzu i latać wśród mew - to wspaniałe uczucie" - odpowiada mężczyzna. "A co by było, gdybyś zabrał ze sobą 100 procent swojej Energii?" - zapytuje dalej hipnoterapeuta, "Oczywiście możemy to zrobić, ale nie jest to wskazane, gdyż po prostu nie powinniśmy... straszyć innych ludzi naszym nagłym pojawieniem się". "To znaczy że wówczas przypominalibyście duchy?" - "Nie wiem czy to jest dobre porównanie, ale tak, bylibyśmy na wpół przezroczyści, lecz jednocześnie widoczni dla innych ludzi". "Czy to znaczy że mógłbym wówczas Cię dotknąć i poczułbyś to?" - "Nie, nie poczułbym żadnego fizycznego dotyku, ani ludzkiego, ani jakiegokolwiek innego. Powiem więcej -mógłbyś na przykład przeze mnie przejść, gdybym wylegiwał się na plaży, a ja bym tego nie odczuł. To co odczuwamy, to jedynie pewne fizyczne przyjemności nie generowane przez żadną z żywych istot. W ogóle żaden kontakt fizyczny z żyjącą osobą nie jest możliwy, a odczuwamy tylko to - co chcemy poczuć". "A czy ja mógłbym "coś" poczuć, gdybym przeszedł przez Ciebie na plaży?" - zapytuje dalej hipnoterapeuta - "Niektórzy ludzie mogą "coś" odczuć, ale nie widząc nic, co mogłoby być powodem tego "uczucia" - szybko to zlekceważą. To są jednak wyjątki - ogromna większość nie czuje zupełnie nic".

Są też dusze, które ponownie pragną odwiedzić swych żyjących bliskich. Każdy z Nas w chwili śmierci zachowuje pamięć swego ziemskiego życia, a wraz z nią - pamięć o naszych ukochanych bliskich. Ta pamięć nie zanika w "Świecie Dusz", wręcz przeciwnie ona się rozwija. Lecz wizyta na Ziemi i chęć ponownego ujrzenia najbliższych nam niegdyś osób - może być... niemiłym doświadczeniem dla duszy. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że dusza musi wziąć pod uwagę kwestię upływu czasu, jaki minął od śmierci jej fizycznego ciała, do chwili ponownych "odwiedzin" żyjącej rodziny. To wiąże się jednak z pewną zmianą mentalności, czyli zmianą "zapisu zarejestrowanego" w Umyśle duszy, na ten, który ujrzała teraz. Oczywiście, ten pierwotny zapis nie zatrze się i nie zginie, lecz będzie korygowany z tym nowszym - to może, ale nie musi przynieść duszy satysfakcę z odbytej (nostalgicznej) podróży. Powiem więcej, takie doświadczenie może nawet spowodować że dusza zrezygnuje z dalszych "wakacyjnych" podróży na Ziemię i postanowi swój wolny czas spędzać inaczej. Oczywiście to żadna katastrofa, ale dla danej duszy ma znaczenie w postaci zmiany (a nawet zepsucia) sobie dawnych, idyllicznych wspomnień szczęśliwych lat spędzonych w gronie najbliższych jej osób. Zresztą dusze które odbywają "wakacyjną wycieczkę" na Ziemię, mogą na niej spotkać "zgrywusów", czyli dusze pochodzące z innych planet i na nich inkarnujące, zaś na Ziemię wpadające po to tylko, by się pośmiać i zrobić żyjącym kilka "psikusów". Taka dusza odgania więc te "złośliwe duszki" (one bywają złośliwe, ale tylko dlatego że pragną się zabawić, rozerwać, nie są jednak złe - o czym należy pamiętać) by nie przeszkadzały jej w wypoczynku i nie prześladowały dla zabawy innych ludzi. To również może być powodem niechęci wybierania przez duszę Ziemi, jako miejsca wakacyjnego wypoczynku.

Aby więc uniknąć owych spotkań i oglądać przemijający czas, który poczynił wielkie zmiany wśród naszych żyjących bliskich, dusze wybierają jeszcze inną drogę wakacyjnego wypoczynku - mianowicie same generują w "Świecie Dusz" takie środowisko, jakie jest zapisane w ich Umyśle. Tym szczęśliwym chwilom pragną nadać niepowtarzalne znaczenie, dlatego też kształtują wszystko od nowa, w taki sposób, jaki istnieje w ich pamięci. Każda dusza ma w "Świecie Dusz" miejsce tylko dla siebie, takie którym może swobodnie dysponować i je do woli kształtować. Miejsc takich może być... bardzo wiele, gdyż po każdym kolejnym życiu dochodzą następne przyjemne wspomnienia i pozostaje chęć ich kontynuacji. Tak więc dusze mogą sobie w "Zaświatach", tworzyć takie środowisko, jakie zapragną - może to być na przykład - rodzinny dom w okolicy w której dusza spędziła szczęśliwe dzieciństwo, mogą to być krajobrazy - drzewa, łąki, jeziora, lasy, wszystko co tylko sprawiało duszy przyjemność za życia. Może to być również rodzinne miasteczko, z jego ulicami, skwerami, domkami wszystkim tym - czego dusza doświadczała i co zapamiętała. Dusza nie ma najmniejszych problemów z "odtworzeniem" tych miejsc w "Zaświatach", gdyż wystarczy jej do tego jedynie posiadana pamięć. Potem już z górki, wystarczy po prostu nakierować strumień Energii na obrazy które zachował Umysł, by z powrotem powołać je do istnienia (tak to mniej więcej wygląda wg. opisu hipnotycznego), choć... trzeba w tym wszystkim też trochę wprawy, tak więc często odbywa się to pod okiem Przewodnika (gwoli prywaty, pragnę jeszcze nadmienić że moja babcia - na kilkanaście dni przed swoją śmiercią, leżąc już w szpitalu - mówiła do mnie o jakimś domku, który znajdował się w środku lasu na który padał blask słońca, chociaż ja niczego takiego nie byłem w stanie sobie przypomnieć, bo żadnego takiego domu nie mieliśmy. Ale babcia konsekwentnie mówiła że ja tam byłem wraz z moją mamą. Dopiero gdy zmarła, zaczął mi się w pamięci kształtować obraz tego domku - ale to już zupełnie inna historia).




To jest prawdziwy "plac zabaw" dla duszy. Można tam stworzyć wszystko, włącznie z ulubionymi za życia zwierzakami (o duszach zwierzęcych i o tym co się z nimi dzieje, również opowiem w dalszych częściach tej serii). Dusza może tam też przybrać takie ciało, jakie posiadała we wcześniejszych wcieleniach (nie musi to być wcale ten ostatni żywot). Inne dusze bardzo często przybywają do tych stworzonych (na obraz i podobieństwo) miejsc, by wspólnie odtwarzać przyjemne doświadczenia z przeszłych wcieleń. Dusze mogą odtwarzać wszystkie przyjemne za życia doświadczenia (pisząc "WSZYSTKIE" mam na myśli naprawdę wszystko), mianowicie nawet (co może na pierwszy rzut oka wydawać się dosyć dziwne, lecz zaraz wyjaśnię iż wcale takim nie jest) przyjemność seksualną. Dlaczego "przyjemność seksualną" i jak to możliwe, skoro dusza nie posiada fizycznego ciała? Nie musi go posiadać (naprawdę nie musi), wystarczy jej Umysł i zapisane w Nim przyjemne wspomnienia, choćby nawet i te seksualne - to wszystko można bowiem ponownie odtworzyć. W "Świecie Dusz" niemożliwe jest żadne oszukiwanie samego siebie i choć fakt nieposiadania fizycznego ciała zaopatrzonego w system nerwowy sprawia iż dusze nie mogą doznawać "Tu" żadnych wrażeń dotykowych, to jednak pamięć pełni doznań zmysłowych (w tym i erotycznych) jest możliwa dzięki sile dwóch całkowicie złączonych ze sobą umysłów. Miłość jest bowiem pragnieniem pełnego zjednoczenia się z Jej przedmiotem, a fizyczna ekspresja odtwarzana ponownie w ciałach, przypominających biologiczne - stanowi jeden z Jej elementów.


CDN.

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...