WYŚWIETLENIA

27 grudnia 2025

JAK OBCHODZONO NOWY ROK...? - Cz. I

W ANTYCZNEJ GRECJI I STAROŻYTNYM RZYMIE





Święta, święta i po świętach! Jakoś tak szybko w tym roku mnie one zleciały (chociaż miałem trochę obowiązków, gdyż jeśli chodzi o święta to ja gotuję i siebie w domu, moja Dama zaś czyni to w dni powszednie - tak żeśmy się... umówili 😉, tym bardziej że ja lubię gotować od czasu do czasu, głównie właśnie przed świętami - w końcu najlepsi kucharze na świecie to faceci 🥳). Tak więc Święta Bożego Narodzenia nam zleciały, ale przed nami Nowy Rok, a to oznacza że właśnie dziś, w ramach "antycznych lekcji krajoznawczych" (ponieważ antyk jest moją ulubioną epoką historyczną) zapraszam do zgłębienia tajemnic Nowego Roku jaki obchodzono w antycznej Grecji i starożytnym Rzymie. W naszej kulturze - która wyrosła na tradycji chrześcijańskiej - przywykło się liczyć Nowy Rok od narodzin Zbawiciela Jezusa Chrystusa (które to narodziny i tak notabene zostały pomylone o kilka lat i do dziś ten błąd nie został skorygowany, a zapewne już nie zostanie, gdyż wiązałoby się to z ogromnym chaosem spowodowanym przestawianiem dat o kilka lat wstecz). Jednak zarówno owe lata liczone od narodzin Mistrza, jak i jakiekolwiek inne, są zaledwie ulotnym mgnieniem w całej odległej historii naszej planety, a też i nasza planeta jest niczym, w historii Wszechświata, który to również istnieje przez chwilę (biorąc pod uwagę Bożą Nieskończoność), następując po tych które już przeminęły, a po nim będą następne i następne i jeszcze następne. Z tej perspektywy życie człowieka - choćby nawet trwało 1000 albo więcej lat, nie ma najmniejszego znaczenia w całej wielkiej i długiej historii Wszechświata i na skali tej historii zapewne takie życie nawet nie zostałoby odnotowane gdyż byłyby to jakieś totalne czasowe mikromile. My, żyjąc na naszej planecie (a zapewne również w tym Wszechświecie) podlegamy nieustannie wahaniom czasu, który to wyznacza nam zakres naszego życia. Ale oczywiście czas realnie nie istnieje, istnie tylko stopniowe, aczkolwiek nieuchronne zużycie materiału który posiadamy (np. naszego ciała). Z chwilą narodzin ciało nasze już jest poddane degradacji i jest pewne, że zacznie się ono wcześniej czy później psuć, bo takie są koleje fizyczności. I choćbyśmy nawet wynaleźli eliksir młodości zapewniający nam długie i młode życie, to wcześniej czy później efekt psucia się ciała które posiadamy nastąpi. Wszystko bowiem co fizyczne, kończy się i nie ma znaczenia czy jest to ludzkie ciało, czy wytwór pracy ludzkich rąk, czy też coś takiego jak planeta lub Wszechświat. Nie sposób bowiem zadomowić się i zamieszkać na stałe w iluzji fizyczności, gdyż jest ona tylko iluzją, a nie naszym Domem. Powracamy tutaj aby zanurzyć się w tej iluzji, aby jej doświadczyć i aby doświadczyć również iluzji czasu, wyobrażanego jako przemijanie. A przecież nic tak człowieka nie przeraża, jak koniec istnienia.

Ponieważ czas jest głównym wyznacznikiem naszego fizycznego przemijania (co możemy prześledzić chociażby po zmianach, które dokonują się z naszym ciałem lub też z ciałami osób nam bliskich), zatem umiejętność jego zliczania jest niezwykle istotnym fundamentem każdej cywilizacji (które zresztą wcześniej czy później i tak przeminą, bo jak pisał Kohelet: "Marność nad marnościami i wszystko marność"), każdy bowiem chce wiedzieć jak długo żył i jak to jego życie ma się do poprzednich oraz następnych pokoleń. Oczywiście to, że tkwimy w iluzji fizyczności która jest jednocześnie iluzją czasu (przynajmniej dla nas) nie oznacza, abyśmy popadali w jakiś pesymizm czy dekadencję. To jest tylko proces który można sprowadzić do dziecięcej zabawy i tak należałoby to potraktować, a jeszcze lepiej tak, jak do życia podchodził rzymski senator z czasów Nerona, zwany również "arbitrem elegancji" - Gajusz Petroniusz (który popełnił samobójstwo, wcześniej wysyłając do Nerona list wyszczydzający jego umiejętności wokalne), mawiał on bowiem "Życie jest śmiechu warte, więc się śmieję!" Ktoś może powiedzieć że jest to podejście niewłaściwe, gdyż (jak mawiał Stalin) "Życie to nie jest temat do żartów" (🤔), ale przecież nie chodzi o to, aby śmiać się durnie ze wszystkiego jak błazen, tylko o to, żeby śmiejąc się w duszy z życia które nam zostało darowane (a raczej które sami żeśmy sobie wybrali) wiedzieć, że to tylko zabawa i że wcześniej czy później się skończy (choćby była dla nas okrutna i tragiczna).




Czas jest nieodłącznym elementem naszej fizyczności, zatem nad czasem też się pochylmy, tym bardziej że przed nami nowy 2026 rok (powiedzmy sobie szczerze, rok umowny, ale i tak związany z niesamowitą liczbą celów, pragnień i zapowiedzi, jakie każdy z nas układa sobie w swojej głowie, sercu i umyśle). Przejdźmy zatem do czasu, takiego jakim widzieli go antyczni (ponieważ jednak nie zamierzam się zbytnio rozpisywać i dotykać zbyt wielu innych cywilizacji oraz kultur, skupię się zatem jedynie na antycznej Grecji i starożytnym Rzymie, jako tych dwóch filarach współczesnej cywilizacji euro-amerykańskiej - trzecim filarem czy też trzecią kolumną podtrzymującą całą tę świątynię jest oczywiście chrześcijaństwo, i nie ma tutaj znaczenia czy ktoś jest ateistą czy wyznaje inne religie. Tak po prostu jest, że nasza cywilizacja zbudowana została właśnie na tych trzech fundamentach). Zatem zapraszam do poznania obchodów święta Nowego Roku ludzi antyku.



ANTYCZNA GRECJA
(CZYLI KAŻDY SOBIE RZEPKĘ SKROBIE)
Cz. I





"WSZYSTKO PŁYNIE"

HERAKLIT z EFEZU



Podstawą antycznej Grecji było niepodległe polis, czyli miasto-państwo które miało swój własny obszar, wojsko, święta, tradycje i oczywiście... pory roku (a co za tym idzie, również świętowanie Nowego Roku). Oczywiście te największe i najsilniejsze greckie polis z reguły narzucały tym słabszym swoją wolę (a tamte dla swej obrony, łączyły się w większe związki złożone z kilku polis). Nie zmieniało to jednak faktu, że ich własna kultura i tradycja nie ulegała zmianie i nawet w różnych miastach Attyki świętowano Nowy Rok zgodnie z lokalną tradycją, a nie tak, jak to miało miejsce w samych Atenach. W tym temacie postaram się omówić w miarę szczegółowo święto Nowego Roku nie tylko w Atenach ale również w innych najważniejszych regionach antycznej Grecji, gdyż Nowy Rok obchodzono zupełnie niezależnie od siebie, czasem był to środek lata (jak w Atenach), czasem jesień (jak w Sparcie), a czasem Nowy Rok zaczynał się zimą. Ponieważ zebrałem na ten temat sporo informacji, postaram się więc je tutaj dokładnie omówić (oczywiście najwięcej danych jest z Aten).






Starożytni Grecy liczyli lata w systemie czteroletnim, począwszy od 776 r. p.n.e czyli od pierwszej Olimpiady (Igrzyska Olimpijskie były organizowane również wcześniej - choć nie ma na to żadnych dowodów, poza skromnymi stwierdzeniami antycznych autorów - natomiast lista zawodników znana jest właśnie od tego roku i przyjmuje się, że to właśnie były pierwsze antyczne Igrzyska Olimpijskie) i jest to w zasadzie jedyny pewnik który możemy przyjąć. Natomiast skupiając się na kalendarzu ateńskim (który zamierzam omówić jako pierwszy i o którym mam najwięcej wiadomości) trzeba stwierdzić, że poszczególne miesiące to było prawdziwe pomieszanie z poplątaniem. Rok grecki był rokiem księżycowym, składającym się z 12 miesięcy po 354 dni. Jedne miesiące były pełne - licząc 30 dni, inne "puste" tylko 29. Aby rok księżycowy był zgodny z rokiem słonecznym, liczącym 365 (a co 4 lata 366 dni), a przede wszystkim z porami świąt, które były niezwykle ważne dla Greków, archontowie ateńscy co kilka lat (z reguły co trzy, ale nie był to stały dogmat) dodawali do swojego kalendarza 13 miesiąc (metoda interkalacji). Jeśli prześledzimy sobie poszczególne greckie lata, począwszy od 776 r. p.n.e. to dojdziemy do wniosku że 13 miesiąc występuje mniej więcej co 3 lata, ale nie zawsze tak jest. 13 miesiąc występuje np. w pierwszym roku pierwszej Olimpiady (czyli 776 p.n.e.) licząc 30 dni, a następnie w czwartym roku pierwszej olimpiady (773 r. p.n.e.) licząc już 29 dni. Następnie w trzecim roku drugiej Olimpiady (770 r. p.n.e.) i w pierwszym oraz czwartym roku trzeciej Olimpiady (768, 765 p.n.e.). Mniej więcej wychodzi więc co 3 lata dodatkowy 13 miesiąc w roku (ale jak widać oczywiście nie jest to regułą). Nie na tym jednak będziemy się skupiać (jako ciekawostkę można dodać, że obecnie mamy dokładnie koniec pierwszego i początek drugiego roku 701 Olimpiady - w przeliczeniu na starogrecką rachubę czasu - z tym że rok drugi zacznie się dopiero w połowie czerwca 2026 r.).




Nowy Rok w Atenach zaczynał się w połowie czerwca i trwał do połowy lipca (licząc naszą rachubą czasu). Miesiąc grudniowy, czyli ostatni miesiąc ateńskiego kalendarza (który dla Ateńczyków był miesiącem maj-czerwiec) nosił nazwę Skiroforion (od słowa skira - czyli parasol). Na ten miesiąc w mieście dziewiczej Pallady przypadały następujące święta: 

3 dnia tego miesiąca przypadało święto Areforia - ku czci bogini Ateny. Gromadzono się wówczas (i składano ofiary) zarówno w świątyni dziewiczej Pallady na Akropolu, jak i w świątyniach Zeusa i Posejdona (a także pomniejszych lokalnych bóstw jak Kourotrofosa, Aglaurosa czy Pandrososa w Erchii). Było to święto początków miasta, obchodzone ku czci króla-herosa Erechteusza I (Ateńczycy uważali się za Erechteidów, potomków Erechteusza). Według mitu był on synem boga-kowala Hefajstosa i Gai bogini ziemi. Pewnego razu brzydki, kulawy i odpychający Hefajstos chciał zgwałcić Atenę, ta mu jednak uciekła i kilka kropel jego nasienia spadło na ziemię, zapładniając Gaję. Z tego związku narodził się Erechteusz. Ale Gaja nie chciała chłopca i ofiarowała go Atenie. Ta zamknęła go w pudełku i przekazała trzem siostrom: Herse, Pandrosii i Aglaurii zakazując im jednak otwierać owe pudełko, mówiąc że jeśli to uczynią, to sprowadzą na siebie same i swoją ziemię kłopoty. Siostry jednak były ciekawe co też bogini podarowała im w darze (i jednocześnie zabroniła otwierać wieko) dlatego też otworzyły pudło i ujrzały tam noworodka, małego Erechteusza. Herse i Aglauria na ten widok straciły zmysły i z krzykiem na ustach rzuciły się ze szczytu Akropolu, ponosząc śmierć na miejscu (Pandrosii z nimi nie było, dlatego też ona ocalała). Następnie Atena przygarnęła małego Erechteusza i wychowała go jak swego syna, a gdy chłopiec dorósł, został pierwszym królem Aten. Nauczył on swój lud nie tylko uprawiać ziemię, wytapiać srebro i zaprzęgać konie do rydwanów, ale wzniósł pierwsze zabudowania Akropolu i ustanowił święto ku czci swej przybranej matki Ateny, czyli Panatenaje. Zginął on zabity przez Zeusa (lub Posejdona) za karę za zabicie niejakiego Himmaradosa z Tracji podczas wojny Aten z Eleusis. Jego następcą został syn Pandion I (będący według mitu pół człowiekiem, pół wężem). Święto Areforia ku czci Erechteusza przebiegało więc następująco: dwie przybrane w białe szaty dziewczyny, córki archonta-basileusa (czyli wybranego na dany rok urzędnika, zwanego archontem-królem) przez cały rok mieszkały przy świątyni Ateny Pallas, tkając dla niej peplos (czyli szatę, w którą ubierano boginię podczas Panatenajów). Pod koniec roku kapłanka Ateny ofiarowała im zamkniętą paczkę, której zawartości nie znały ani one, ani ona. Następnie dziewczęta pod osłoną nocy, tajną drogą zanosiły ową paczkę do ogrodów świątyni Afrodyty na Kollitusie (południowa dzielnica Aten) i tam odbierały kolejną paczkę o nieznanej im zawartości - paczkę tę otwierała tylko kapłanka Ateny. Nie wiadomo co znajdowało się w paczkach, można jednak przypuszczać że były to gałązki oliwne z małymi oliwkami, natomiast w paczkach przeznaczonych dla dziewcząt znajdował się lekki chlebek o nazwie Anastatos, które one spożywały. 

12 dnia miesiąca Skiroforion (czyli koniec naszego czerwca) obchodzono uroczyście święto Skira, czyli święto parasoli, będące festiwalem ku czci Ateny, Posejdona, Apolla, Demeter i Heliosa. Ateńczycy wychodzili więc na miasto (i do świątyń) z parasolkami, oddając tym samym cześć bogom, a kapłani i kapłanki (pod wielkim białym parasolem) udawali się ze świątyni Ateny na Akropolu, do świątyni Heliosa (boga słońca), aby uprościć bóstwa o ochronę ziemi przed suszą i niszczącym wpływem promieni słonecznych.

14 dnia miesiąca Skiroforion przypadało święto ku czci Zeusa Poleiusa, zwane Bufonią (nic więcej nie wiem na temat tego święta, poza tym, że w innych polis zwano je Dipolią). Trzy prawa nadane Ateńczykom przez mitycznego Tryptolemosa brzmiały: "Szanujcie starszych, oddawajcie ofiarę bogom z pierwszych darów waszej pracy (chodziło tutaj o zebrane płody rolne) i nie czyńcie krzywdy zwierzęciu pracującemu w polu". Pierwszym który złamał to przykazanie według mitu, był niejaki Taulon, który widząc że w święto pokutne wół zjada potrawy przeznaczone na ołtarzu dla bogów, zabił owe zwierzę, czym sprowadził na siebie kłopoty i musiał uciekać. Obchody tego święta były raczej niezbyt miłe i wbrew przykazaniom co roku dokonywano rytualnego zabicia wołu. Wyglądało to następująco: cały dzień poprzedni i noc wybrane kobiety ostrzyły noże, którymi na drugi dzień kapłan - udający Taulona miał zabić wołu. Gdy do tego doszło, kapłan rzucał się do ucieczki, a mięso wołu było dzielone, gotowane i spożywane. Następnie skórę zwierzęcia wypychano i ustawiano ją przy pługu - co miało symbolizować powrót zwierzęcia do życia. Kapłan który dokonał mordu na tym zwierzęciu, zostawał schwytany i odbywał się sąd w Prytaneum, na którym oskarżano o morderstwo nie tylko jego samego, ale wszystkich, którzy brali udział w spożyciu mięsa zabitego zwierzęcia. Wszyscy oskarżeni zrzucali winę na innych. Ci, którzy rozpalali ogień zrzucali winę na tych, którzy przynieśli drewno, tamci na tych co nosili wodę, ci znowu na tych co kroili mięso zwierzęcia, tamci oskarżali samego zabójcę, a ten twierdził, że to jednak nie on zabił, ale nóż którym się posłużył. Ostatecznie winym czyniono nóż i za karę wyrzucono go do morza, jednocześnie uniewinniając z zarzutu morderstwa zwierzęcia wszystkich oskarżonych.




I oto przechodzimy do Nowego Roku, czyli miesiąca o nazwie Hekatombajon (czerwiec-lipiec). Należy jednak pamiętać że Ateńczycy (i w ogóle Grecy) nie świętowali Nowego Roku jako takiego, po prostu on następował i tyle. Skupiano się bowiem na pozostałych świętach tego miesiąca.

12 dnia miesiąca Hekatombajon obchodzono więc święto o nazwie Kronia (na cześć boga Kronosa, ojca Zeusa, Posejdona i Hadesa) i było to święto najbardziej zbliżone do współczesnego Sylwestra, gdyż nosiło nazwę Święta Świateł (rzymskim odpowiednikiem Kroni były Saturnalia). W ciągu dnia świętowano dożynki, a nocą Grecy przy swoich domach zapalali mnóstwo świateł (głównie lampek). Po uroczystej kolacji całe rodziny gromadziły się przy tych lampkach przed domami, modląc się jednocześnie do Kronosa by ten przyniósł im w nowym roku dobre plony, spełnienie marzeń i inne życzenia, jakie kto tam miał w głowie (niczym współczesny Święty Mikołaj). Należy jednak dodać, że nie tylko Grecy i nie tylko Rzymianie świętowali Kronię. To święto było obchodzone również w Egipcie (Święto Lamp ku czci zmartwychwstania Ozyrysa), ale również w Mezopotamii ku czci boga Ningirsu (który zamienił ciemność w światło). Wydaje się że zarówno Kronia jak i Saturnalia miały być swoistym powrotem do Złotego Wieku Ludzkości, w którym wszystkim żyło się dobrze, nikt nie chorował a bogowie żyli wśród ludzi i opiekowali się nimi (to takie ukryte marzenia jakie przejawiali ludzie różnych epok na temat stworzenia raju na ziemi. Na ziemi, na której nigdy raju nie było i nigdy nie będzie, bo nie żyjemy po to, aby zanurzać się w fizyczności i nią podniecać aż do ubóstwienia - powiem więcej, choć zabrzmi to może nieco brutalnie: nie żyjemy po to, aby było nam dobrze i bezpiecznie, a wręcz przeciwnie - żyjemy aby doświadczyć tego życia - głównie poprzez cierpienie - i nauczyć się powrotu do Domu autostradą bezinteresownej Miłości, wszystko inne jest wtórne i na dobrą sprawę zupełnie pozbawione jakiegokolwiek znaczenia, ale... jak to się mówi, jakże piękne są marzenia).

16 dnia miesiąca Hekatombajon (początek lipca, licząc naszą rachubą czasu), obchodzono w Atenach i Attyce święto zjednoczeniowe, zwane Sunoikia (obchodzono je co dwa lata). Według legendy święto to miał założyć mityczny Tezeusz, syn króla Aten Egeusza (Tezeusz wyprawił się na Kretę, do Knossos, aby zgładzić tamtejszego potwora ukrytego w Labiryncie, zwanego Minotaurem - pół człowieka, pół byka. Aby jednak nie zgubić się w owym Labiryncie, córka władcy Krety Minosa, Ariadna podarowała mu kłębek nici, dzięki której mógł się stamtąd wydostać. Jego zaś ojciec - Egeusz, nakazał marynarzom, którzy udali się w tę podróż z Tezeuszem, aby w przypadku powodzenia wyprawy zawiesili białe żagle, zaś gdyby Tezeusz zginął - czarne. Tezeusz zaś zabrał ze sobą Ariadnę i zamierzał się z nią ożenić w Atenach, ale po drodze zostawił ją na wyspie Naxos - według jednego z mitów uczynił tak, ponieważ Ariadna spodobała się Bogu Dionizosowi który pragnął ją poślubić. Nie mogąc jednak przeboleć tej straty, nakazał Tezeusz wywiesić czarne żagle na swym okręcie. Ojciec jego, widząc z oddali okręt z czarnymi żaglami i sądząc że syn zginął w starciu z Minotaurem, rzucił się do morza, które od jego imienia otrzymało nazwę Egejskiego, a Tezeusz został nowym królem Aten).




 Święto Sunoikia miało podwójne znaczenie, gdyż co prawda czczone było jako dzień zjednoczenia wszystkich gmin Attyki (i w tym dniu składano dary bogini Atenie), ale świętowano go również jako Metoikia - czyli święto uchodźców którzy znaleźli się w Attyce. W każdym razie obie te uroczystości poświęcone były bogini Atenie.

23 dnia tego miesiąca wypadało bodajże największe święto Aten i całej Attyki, czyli boskie Panatenaje - święto ku czci patronki miasta, bogini Ateny. Święto to dzieliło się na dwie części: Małe Panatenaje i Wielkie Panatenaje - te ostatnie obchodzono co 4 lata, w trzecim roku każdej olimpiady (czyli np. licząc od tak zwanej klasycznej historii ateńskiej dominacji, czyli od reformy ustrojowej Efialtesa i Peryklesa z 462 r. p.n.e. wprowadzającego klasyczną i nie podlegającą dyskusji, radykalną demokrację - w przeciwieństwie do wcześniejszej demokracji, która miała w sobie jeszcze wiele elementów oligarchizujących, to pierwsze Wielkie Panatenaje jakie urządzono ku czci Pallady, wypadły cztery lata później, czyli w 458 r. p.n.e.). Małe Panatenaje oczywiście obchodzono corocznie, z tym że trwały one dwa dni, Wielkie zaś Panatenaje aż pięć dni. Święto to miał wprowadzić Tezeusz i było ono świętem ogólnoateńskim (pan-Atenae), a tego dnia wszyscy Ateńczycy mogli świętować fakt życia w mieście, które aspirowało do roli hegemona całej Hellady (w epoce Peryklesa, szczególnie w latach 40-tych i 30-tych V wieku p.n.e. na Wielkie Panatenaje obowiązkowo musili przybyć wszyscy "sojusznicy" Aten ze Związku Morskiego, a urządzane w mieście przedstawienie było swoistym symbolem potęgi ateńskiej i pokazywało cele polityki Aten, zmierzające do podporządkowania sobie całej Grecji. Symbolem upokorzenia miast członkowskich Związku Morskiego były np. tablice, które nieśli młodzieńcy ateńscy ubrani w piękne białe tuniki. Na tych tablicach wypisano nazwy miast które zapłaciły składkę członkowską Związku Morskiego, natomiast niewolnicy przebrani w czarne szaty, nieśli tablice z nazwami miast które jeszcze nie zapłaciły. Oczywiście od 454/453 r. p.n.e. i przeniesienia skarbca związkowego z wyspy Delos do Aten, nikt nie kontrolował wydatków wspólnego skarbu, lecz było dokładnie wiadome na co idą te pieniądze. Ci, którzy przybywali na Wielkie Panatenaje, mogli podziwiać rozbudowę miasta, budowę Partenonu (największej świątyni bogini Ateny, której ruiny po dziś dzień zapierają dech w piersiach), świątyni Nike (bogini zwycięstwa) tuż u wejścia na Akropolis, Propylei, świątyni Artemidy Brauronia, Chalkoteki, imponującego posągu Ateny Promachos stojącego u wejścia do Partenonu czy choćby świątyni Dionizosa, nie mówiąc już o nowym Erechtejonie (który w dawnych czasach służył jako pałac królewski lub tyrański - jak w czasach rządów Pizystratydów. Dawny Erechtejon został jednak spalony - jak większość miasta - po inwazji Persów w 480 r. p.n.e. i odbudowany w latach 421-408 p.n.e.) 




Ale przecież nie tylko budowle Akropolu raziły oczy przyjezdnych, powodując ich ukrywany gniew i żal z powodu własnej niemocy. W tym czasie powstał przecież Odeon Peryklesa na południowo-wschodnim podejściu do Akropolu, wyrównanie i wyłożenie płytami miejsca zgromadzeń ludowych, czyli wzgórza Pnyx - symbolu ateńskiej demokracji (wcześniej było to miejsce porośnięte cytrusami i trawą), a także rozbudowa Agory i Aeropagu (miejsca zgromadzeń sądowych). Ateńczycy zresztą tak bardzo się wycwanili, że od swych sprzymierzeńców nie żądali już - tak jak wcześniej - dostarczenia okrętów i żołnierzy w przypadku wypraw wojennych, a teraz tylko i wyłącznie pieniędzy, dzięki którym całkowicie zlikwidowali bezrobocie w swoim mieście i rozbudowali flotę do takich rozmiarów, że stała się pierwszą flotą Hellady i drugą - po kartagińskiej - na Morzu Śródziemnym. Miasta zaś które odmawiały płacenia wspólnych składek, były najpierw napominane, a gdy to nie pomagało, Ateńczycy wysyłali tam swą flotę, która łupiła dane polis, wysiedlała mieszkańców a na ich miejsce wprowadzała ateńskich kolonistów - czyli kleruchów. Nic więc dziwnego że wielu wolało zapłacić i mieć spokój, niż stracić majętności, wolność i życie.


TEATR DIONIZOSA W ATENACH



Panatenaje rozpoczynały się uroczystą procesją Ateńczyków na Akropol, do Partenonu. W pochodzie tym szedł cały przekrój społeczny: rzemieślnicy różnych zawodów, chłopi, wspomniani wyżej młodzieńcy z nazwami miast, kobiety, niewolnicy itd (wszyscy oni nieśli ze sobą oczywiście zwierzęta ofiarne, które miały zostać poświęcone na ołtarzu Ateny). Wymienione w poprzedniej części córki archonta-basileusa miasta, każdego roku tkały dla bogini nowy peplos w który co roku ubierano boginię (to znaczy dziewcząt które tkały i haftowały tę szatę było znacznie więcej, natomiast te dwie córki archonta nadzorowały owe robótki). Szata ta była bardzo kolorowa i przedstawiała różne motywy, np. wydarzenia z wojny trojańskiej, z walk bogów z tytanami, czy też były tam umieszczane nazwiska tych Ateńczyków, którzy zasłużyli się w walkach (np. w "Rycerzach" Arystofanesa, chór mówi: "Chcemy wychwalać naszych ojców, którzy byli zaszczytem dla tego kraju i godni są peplos". Peplos umieszczano na maszcie małego okrętu, który niesiono w uroczystej ceremonii na Akropol i składano w Partenonie u stóp bogini. Po owej uroczystej procesji rozpoczynały się recitale poematów epickich w Odeonie, które w drugiej połowie V wieku p.n.e. zastąpione zostały konkursami muzycznymi (również odbywającymi się w teatrze - notabene wielki teatr Dionizosa wzniesiono w Atenach w latach 350-324 p.n.e., wcześniej zaś tę funkcję pełnił znacznie mniejszy Odeon Peryklesa). W latach 40-tych V wieku p.n.e. (prawdopodobnie ok. 446 r. p.n.e.) Perykles wprowadził jeszcze jedną zmianę, a mianowicie od tego czasu zaczęto upamiętniać bohaterów bitwy pod Maratonem (z 490 r. p.n.e.), dzięki których poświęceniu król Persji - Dariusz ze swą wielką armią (dowodzoną przez Datysa i Artafernesa) nie podbił wówczas Attyki i nie zajął Aten. Panatenaje były ostatnim świętem przypadającym na pierwszy miesiąc ateńskiego Nowego Roku, dlatego też teraz przejdziemy do innych greckich polis.


CDN.

23 grudnia 2025

PIERZASTY WĄŻ NADCIĄGA ZE WSCHODU - Cz. III

W POSZUKIWANIU ELDORADO





BIALI BOGOWIE W DOLINIE ANAHUAC






Gdy czcigodny Acamapichtli oddawał swe ostatnie tchnienie, syn jego - Huitzilihuitl został już zaakceptowany (styczeń 1396 r.) przez naczelników 12 klanów Tenochtitlanu. Młody, 16-letni tlatoani był już też żonaty, a jego małżonka - Miyahuaxochtzin była księżniczką z miasta Tlacopan. Wydała ona na świat syna - Huehue Zaca, lecz zmarła przy jego porodzie. Jeszcze w tym samym roku młody tlatoani poślubił księżniczkę z ludu Tepaneków - jednej z trzech ówczesnych potężnych konfederacji, czyli ludów: Culhua i Acolhuacanów, istniejących w Dolinie Anahuac (dolina wokół jeziora Texcoco). Nosiła ona imię - Ayauhcihuatl i była córką wielkiego wojownika - Tezozomoca, króla Azcapotzalco. To właśnie jego wasalem był Pióro Kolibra (czyli Huitzilihuitl). Był to krok śmiały dla przywódcy plemienia, które jeszcze jakiś czas temu należało do pogardzanych przez wszystkie ludy Doliny i błąkających się w trudzie i znoju bez własnej ojczyzny koczowników. Teraz, dzięki temu małżeństwu tlatoani Tenochtitlanu stawał się równy swemu suzerenowi z Azcapotzalco. Wkrótce potem (1397 r.) Ayauhcihuatl wydała na świat syna, który otrzymał imię - Chimalpopoca (Dymna Tarcza). W tym samym czasie Pióro Kolibra postarał się o rękę księżniczki Miahuaxihuitl z plemienia Tlahuica z miasta Cuauhnahuac, leżącym za górami na dalekim południu, poza Doliną Anahuac. Jednak Turkusowy Kwiat Kukurydzy była pilnie strzeżona przez swego ojca - króla Tezcacohuatzina, który na propozycję Huitzilihuitla odpowiedział wyniośle i obraźliwie. Pytał się cóż ów kandydat na małżonka może dać jego córce, która nosi bawełniane szaty i otoczona jest przepychem swego miasta i pozycją jej ojca wśród lokalnych tlatoani. Teraz miałaby się przenieść na bagna, gdzie do niedawna panował jeszcze głód i gdzie dominuje wielki tlatoani - Tezozomoc z Azcapotzalco? Nie wyraził więc Tezcacohuatzina zgody na małżeństwo, a dziewczyna była pod stałą ochroną nie tylko ludzi z jego otoczenia, ale i skorpionów czy pająków, które ponoć potrafił sobie podporządkować ten władca.

Ostatecznie jednak podstępem (strzałą z jadeitem, która spodobała się księżniczce) zdołał Huitzilihuitl zdobyć dziewczynę i spłodził z nią kolejnego syna o imieniu - Montezuma (co znaczy Gniewny), który od początku był swoistym wyrzutkiem, jako że spłodzony został z księżniczki spoza gór otaczających Dolinę Anahuac i do tego był najmłodszym z braci, więc władza królewska mu nie groziła. Nie miał też co się pokazywać w rodzinnym mieście matki, jako że ojciec jego porwał matkę podstępem. Szczęście jednak sprzyjało Montezumie. Pan Turkusowego Roku i Pan Domu Czerwonej Jutrzenki - czyli bogowie południa i północy strzegli to dziecię od jego narodzin w roku Dziesiątego Królik (1398 r.). Otrzymał on też dodatkowe imię - Ilhuicamina, czyli Niebieski Łucznik. Huitzilihuitl miał więc już trzy żony, bowiem prócz Miahuaxihuitl i Ayauhcihuatl była jeszcze Cacamacihuatl z Teocalhuiyacanu, która urodziła mu syna o imieniu Tlacaelel (Okrutny). Ponoć urodził się on tego samego dnia co Montezuma. Niemowlęta po urodzeniu otrzymały od ojca maleńki łuk i strzały, aby przygotować się do przyszłej roli wojowników (dziewczynki zaś otrzymywały przy narodzeniu równie niewielkie przyrządy do przędzenia i tkania a także miotłę do zamiatania, by uczyły się swych przyszłych obowiązków jako żony i matki). Małe "orły" (jak zwano dzieci płci męskiej) przebywają jak wiadomo u boku matki do trzeciego a czasem czwartego roku życia, potem przechodzą już bezpośrednio pod nadzór ojca, który przygotowuje ich do roli wojowników lub następców tronu. Dziewczynki zaś pozostają przy matce aż do uzyskania dojrzałości. Następnie te zrodzone w rodzie tlatoani i innych możnych klanów, oddawane są na służbę do świątyni, by tam, w szkole świątynnej dla kobiet, uczyć się niezbędnych im obowiązków, takich jak tkanie, hafciarstwo, śpiew i taniec w Domu Pieśni. 




Te oto moje rozmyślania przerwała wiadomość o przybyciu posłów jakich oczekiwałem już od dawna. Mieli oni za zadanie udać się do owych dziwnych, białych przybyszy, którzy objawili się niedawno na brzegu Wielkiego Morza (Ocean Atlantycki). Ja, Montezuma Xocoyotzin - ja piąty hueytlatoani (wielki władca), posłałem tych pięciu kapłanów z Yochualichanu, Huehuetlanu, Tepoztlanu, Tizatlanu i Mictlanu do przybyszy, którym przewodził ktoś, kogo kapłani uznali za dobrego boga Quatzalcoatla. Czy był to rzeczywiście bóg? Wieści od naczelników z Nauhtla, Tuztlanu i Mictlancuauhtlanu mówiły iż przybysze ci dosiadają okrakiem dziwne stworzenia, podobne kształtem do jeleni, że ciało ich przyobleka stal, że cali wręcz są pokryci stalą, nawet głowy mają nią pokryte. Ciało przybyszy jest białe, nawet powieki, a wszyscy oni noszą długie brody. Czy są to bogowie, czy też demony? A może to ludzie - jacyś dziwni, nieznani ludzie? Te pytania nie dawały mi spokoju i w oczekiwaniu na powrót posłów nie mogłem ni jeść ni spać. Cóż Koliber Południa pragnie mi tym samym powiedzieć? Czy to sam Quatzalcoatl przybywa ponownie we własnej osobie by objąć władzę nad swoim królestwem, czy też nie, a przybysze owi są tylko ludźmi. Już wkrótce się tego dowiem i niepewność moja dobiegnie kresu. Kazałem wysłać przybyszom szlachetne dary, gdyż, jeśli są to bogowie, ich gniew w przypadku obrazy byłby straszny. Ofiarowałem więc przybyłym ze Wschodu: opaskę na piersi - utkaną z piór quetzala, maskę węża - wyłożoną turkusami, naszyjnik ze złota z tarczą w środku, parę zausznic w kształcie węży, płaszcz - którym owija się pan z Tlalacanu, diadem ze skór jaguara i wiele innych turkusowych, perłowych i złotych darów. Ciekaw jestem niezmiernie jak przybysze na nie zareagowali. Co się z nami stanie, jeśli ofiary te okazały się zbyt małe jak dla bogów? Teraz, gdy wiem że posłowie przybyli i na własne oczy widzieli owych bogów i z nimi mówili, serce moje tym bardziej nie zazna spokoju póki nie dowiem się wszystkiego.

Poleciłem więc by posłowie oczekiwali mnie w Domu Węża i by natychmiast złożono w ofierze Huitzilopochtli (Kolibra Południa) dwóch jeńców, a ich krwią skropiono przybyłych posłów. Gdy wszedłem do sali, kapłani upadli na kolana aby oddać cześć swemu tlatoani. Wówczas przykazałem by opowiedzieli co widzieli i jakie wrażenie zrobili na nich przybysze ze Wschodu. Posłowie opowiedzieli więc o dziwnych zwyczajach jakie praktykują przybysze. O ich ubiorze pokrytym stalą, pod którą mieli kolorowe kaftany - jedni czerwone, inni niebieskie, inni znów brązowe, a jeszcze inni zielone. Potwierdzili też, że ciała ich są białe, niczym ośnieżone szczyty świętej góry Popocatepetl. Że zwierzęta ich podobne są do jeleni i że jeżdżą na nich okrakiem. Że żywią się dziwnym jadłem i że wszyscy noszą długie brody i włosy. Największe jednak zdziwienie wzbudziła we mnie informacja, że przybysze szczególnie cenią sobie dary ze złota. Jeden z wysłanych kapłanów stwierdził nawet że: "Rzucali się na złoto jak małpy, a ich twarze przy tym jaśniały" i wciąż dopytywali się gdzie jest więcej złota, więcej złota! Nie wiem po co jest im ono potrzebne w takich ilościach, ale z relacji posłów wynikało jakoby się nim... żywili. Czy ludzie byliby do tego zdolni? Przecież złoto jest co prawda świętym kruszcem, używanym w świątyniach przez kapłanów, ale nijak się ma do turkusu czy jadeitu. Jeśli więc to nie są bogowie, to kim owi przybysze mogą być? Wielkie zdziwienie wzbudziła też ich broń. Z opowieści posłów wynika że miota ona śmiercionośny ogień i iskry, czyniąc przy tym wielki grzmot, którego siła rozkrusza skały. Następnie wydobywa się z nich cuchnący dym, podobny w zapachu do zgniłego błota. Przenika on do mózgu, czyniąc potworne mdłości. Czyżby jednak były to demony? Serce moje przepełniła obawa i nie czekając chwili poleciłem by wysłano do przybyszy jeńców, aby złożyć ich w ofierze. Należało uczynić tak wcześniej, aby gniew owych demonicznych bogów, nie spowodował naszej zagłady.




Dzikusy znów pojawiły się w obozie na Wielkanoc. Naczelny wódz Cortez zapytał ich ponownie czy przynieśli złoto. Owszem, przynieśli, ale było go znacznie mniej niż poprzednio, co już wzbudziło w nas pewne podejrzenia, iż nie jest to wymarzona przez nas kraina Eldorado. Następnie Cortez pokazał stojącemu na ich czele naczelnikowi wielki krzyż, jaki wznieśliśmy niedawno i zaprosił tych brudasów na mszę świętą, którą wygłosił brat Bartolomeo de Olmedo. Patrzyłem się na tych Indian i zdawało mi się że ich twarze nie wyrażają żadnych emocji, stali tam niczym kukły. Wierzyliśmy że to Eldorado - Kraina Złota, trudno mi jednak w to uwierzyć, gdyż Indianie przynoszą go coraz mniej. Do tego ten wszechobecny upał i nie dające spokoju moskity - przeklęty kraj dzikich ludzi, którzy składają ofiary z ludzi i jedzą ich mięso. Rzeczywiście, wyglądają na kanibali. Nasze oburzenie spotęgował fakt, iż przybyli Indianie zamierzali... złożyć ofiarę Cortezowi z dobrze odżywionego niewolnika, zwanego w ich języku "Wielkobrzuchym". Poseł ich zapytał czy Cortez nie ma przypadkiem ochoty zjeść kawałka ciała niewolnika i napić się jego krwi. Wywołało to u nas silne wzburzenie, które spotęgował jeszcze fakt przyniesienia nam potraw spryskanych ludzką krwią. Ta krew cuchnęła siarką. Nic dziwnego że ludzie gadają że to demony z piekła rodem. Ja sam odczuwałem mdłości na ich widok, ale ponoć, jak mówiła Dona Marina (która wcześniej zwała się Malinche i pochodziła z miasta Painala, a jej rodzice byli lokalnymi kacykami. Po śmierci ojca jej matka wyszła ponownie za mąż za azteckiego naczelnika, który sprzedał Malinche w niewolę ludowi Tabasków, a ci przekazali ją w podaruku przybyłemu Hernando Cortezowi. Za sprowadzenie jej do roli niewolnicy, Malinche, która po przyjęciu chrztu zwała się Dona Marina - śmiertelnie nienawidziła Azteków) skaładanie krwawych ofiar z ludzi i spożywanie ich ciał jest praktykowane przez ten barbarzyński lud.




O Panie i Królu nasz. Ty, co rozświetlasz mroki Południa i Północy, co niesiesz przed sobą pióra Quatzelcoatla i cieniem jesteś Tetzatlipoca - pana ludzkiego przeznaczenia - przynosimy wieści o przybyłych "białych bogach" ze Wschodu. Otóż ich wódz nie chciał tknąć mięsa ani krwi twego niewolnika - Cuitlalpitoca, nie ruszył też potraw skropionych krwią. Według gwiazd to Quatzelcoatl we własnej osobie przybywa ze Wschodu, jak obiecał przed wiekami naszym przodkom, by ponownie objąć władzę w kraju Mechikanów (Azteków). Ponownie zadumał się Montezuma - czyli jednak to prawda, długobrody wódz o jasnej skórze jest wyczekiwanym dobrym bogiem Quatzelcoatlem - Gwiazdą Poranną. Ponoć wciąż pytają się o złoto i usłyszawszy że wiecej go jest w Tenochtitlanie, postanowili tu przybyć. Nie było rady, należało jak najprędzej wysłać do przybyszy wróżbitów, którzy swymi urokami będą się starali odwieść ich w dotarciu do Tenochtitlanu. Tym bardziej że wieści o bogach ze Wschodu szybko rozeszły się po całym kraju. Zapanował wielki niepokój i trwoga ogromna. Ludzie gadali że oto nadszedł kres wszystkich pokoleń i że wszyscy zginą. Rozglądano się w poszukiwaniu miejsc, w których możnaby było przeczekać zagładę i ocalić swe kobiety, dzieci oraz majątek przed gniewem bogów. Oby więc magom udało się przebłagać boskich brodaczy i skłonić ich do odstąpienia od stolicy. Posłałem ich pod ochroną wojowników ze szkoły Jaguara i szkoły Orła, z hojnymi darami dla przybyszy, wśród których były jaja, kury i placki kukurydziane. Jednocześnie otrzymali oni zadanie rzucenia uroku, tak aby ich ciało pokryło się wrodami, lub by zachorowali i musieli wrócić tam, skąd przybyli - aby przekonać się naocznie czy to są naprawdę bogowie, czy tylko ludzie. Niestety, gdy ponownie przybyli przed me oblicze, nie mieli dobrych informacji. O Panie i Królu nasz - rzekli - nie jesteśmy im równi i niczym jesteśmy przy nich! Te słowa wzbudziły jeszcze większą panikę w mieście. Ludzie upadali na duchu, płakali, mawiali do swych dzieci: "Synowie moi, co się z wami stanie?". Ja sam, wielki tlatoani zacząłem przemyśliwać o ucieczce, gdy doniesiono mi że wielki Quatzelcoatl pragnie mnie ujrzeć. Dumałem nad miejscem schronienia, czy wybrać Dom Słońca i Ziemi Tlaloca czy też Dom Cintli. Zdecydowałem się na to ostatnie miejsce, lecz duch tak bardzo opuścił mą pierś, że nie byłem zdolny nawet do tego by uciec. Ja, wielki wojownik, wielki tlatoani, bałem się tego, co niesie za sobą spotkanie owych brodatych bogów ze Wschodu. Oczekiwał więc swego przeznaczenia i przyszłości ludu Mechikanów-Azteków, ponownie pogrążajac się w myślach nad dawną, chlubną przeszłością wybranego przez Kolibra Południa ludu.




CDN.

21 grudnia 2025

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. X

FILARY SPOŁECZNEGO 
ROZWOJU LUDZKOŚCI 
I METODY PATOLOGIZACJI 
NA PRZESTRZENI WIEKÓW





TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI:
Cz. VII



SŁOWIANIE I CELTOWIE
Cz. VII






SŁOWIANIE W ANATOLII, NA BLISKIM WSCHODZIE I W EGIPCIE 
(ok. 1200 r. p.n.e. - ok. 1180 r. p.n.e.)
Cz. II



BLISKI WSCHÓD W OGNIU SŁOWIAŃSKICH ŻAGIEW
(ok. 1200 r. p.n.e. - 1170 r. p.n.e.)
Cz. III






 EGIPT
PIERWSZA INWAZJA
(ok. 1207 r. p.n.e.)



W czasie tej pierwszej inwazji "Ludów Morza" na Egipt, władzę w tym kraju sprawował faraon Merenptah - syn Ramzesa II Wielkiego i królowej Isetneferet. Nie był on ani pierwszym, ani też drugim synem króla, a jednym z kolejnych (prawdopodobnie trzynastym), dlatego też panowanie nie było jego przeznaczeniem. Miał zbyt wielu braci aby mógł marzyć o podwójnej koronie Górnego i Dolnego Egiptu. Jednak długie rządy jego ojca (66 lat) spowodowały że wielu braci zaczęło się wykruszać i ustępować z walki o tron faraonów. Choroby oraz upływający czas robiły swoje i pierwsi następcy Ramzesa dawno już poszli w zapomnienie. Pierwszą i najważniejszą kobietą w życiu Ramzesa II była jego matka - królowa Tuja. Jej posągi (tak nieliczne za rządów ojca Ramzesa - Setiego I) zapełniły wszystkie świątynie wzniesione przez jej syna, od czasu jego wstąpienia na tron ok. 1279 r. p.n.e. Miała też specjalną świątynię dedykowaną tylko sobie, a mieściła się ona w Tebach Zachodnich, nieopodal Ramasseum i choć oficjalnie poświęcona była bogini Hathor, to miała ona głowę królowej Tuje (być może złożono tam również groby jej rodziców: Raja - będącego dowódcą rydwanów i jego żonę Ruję, choć nie odnaleziono tam szczątków ich ciał, a wiadomo o nich jedynie z napisów nagrobnych na ścianach tej świątyni. Zapewne więc w wiekach późniejszych - w obawie przed złodziejami grobowców królewskich - ich ciała zostały przeniesione w inne miejsce). Przez ponad dwadzieścia lat to właśnie ona zarządzała królewskim haremem swego syna - ona, a nie któraś z jego najważniejszych żon - tak więc Tuje łącznie sprawowała władzę w babińcu Ramzesa II przez ponad trzydzieści lat (dokładnie 33 lata, licząc od ok. 1290 r. p.n.e. i wstąpienia na tron Egiptu Setiego I). Doczekała zawarcia traktatu pokojowego z Hetytami (21 rok panowania Ramzesa II, a dokładnie początek 1258 r. p.n.e.) i nawet wysłała oficjalną depeszę gratulacyjną na dwór hetycki Hattusilisa III. Zmarła w 22 roku rządów swego syna (ok. 1257 r. p.n.e.) i została pochowana w granitowym sarkofagu w swym grobowcu w Dolinie Królowych.




Prócz matki (którą Ramzes szczególnie miłował) miał on jeszcze kilka innych, drogich mu kobiet w życiu, do których należały np. jego siostry. Starszą - Tiję, uczynił on "Śpiewaczką Amona-Re Wsławionego Zwycięstwami" i oddał jej do tego celu świątynię w Memfis (kontrolowała również drugą świątynię Amona-Re w Heliopolis), a jej mężem został królewski Nadzorca Skarbca i Kontroler Bydła w Ramasseum - Tia. Młodszą zaś - Chentmire, poślubił osobiście, jako jedną ze swych haremowych żon (nie wydaje się jednak aby Ramzes praktykował kazirodztwo, czego dowodem jest fakt, iż wizerunki Chentmire są nieliczne, co znaczy że była ona jego żoną tylko nominalnie - bowiem zgodnie z tradycją, każda siostra panującego faraona i każda jego córka, której ten nie zezwolił poślubić innego mężczyzny, stawała się automatycznie jedną z królewskich małżonek swego brata i cały swój żywot spędzała w haremie (co akurat nie było czymś nudnym, jako że w egipskich haremach zawsze coś się działo i nie przypominały one ani późniejszych haremów arabskich, ani tureckich, ani też chińskich - gdzie kobiety były całkowicie odcięte od świata zewnętrznego. W haremach egipskich można było przyjmować gości - obojga płci - a także je opuszczać i udawać się na przechadzki po mieście lub też podróżować - jednak to ostatnie mogły czynić głównie księżniczki z rodu panującego władcy, a rzadko kiedy pozwalano by oficjalna małżonka królewska opuściła dwór bez swego króla i męża).




Pierwszą żoną Ramzesa Wielkiego, została dziewczyna o imieniu Nefertari, która odznaczała się wdziękiem i urokiem. Prawdopodobnie została mu ona poślubiona jeszcze za rządów jego ojca - Setiego I, nie wiadomo tylko czy to on sam ją sobie wybrał, czy też taka była wola rodziców, aby ci dwaj się ze sobą związali. On był wówczas młodym, zaledwie dwudziestokilkuletnim mężczyzną, który doskonale posługiwał się włócznią i strzelał z łuku (również podczas powożenia rydwanem - co było jednym z kluczowych nauk następcy tronu, przygotowujących go do przyszłych obowiązków wojennych), ona zaś bardzo ładną dziewczyną. Musieli wpaść sobie w oko, choć nie wiadomo jak ona reagowała na jego nieodłącznego towarzysza zabaw i treningów - lwa, którego Ramzes odnalazł rannego i porzuconego na pustyni, gdy ten był jeszcze lwiątkiem i zabrał go ze sobą, wytresował, a następnie używał do celów bojowych w walkach z wrogiem (np. podczas sławnej bitwy pod Kadesz z 1274 r. p.n.e.). Nie wiadomo też, jakie było pochodzenie społeczne Nefertari, ale można przyjąć, że jej rodzina musiała przynajmniej pełnić funkcję sekretarzy, lub nadzorców królewskiego (ewentualnie świątynnego) bydła - co było nie tylko dochodowym, ale i powszechnie cenionym wówczas zajęciem. Ona to piastowała tytuł Wielkiej Małżonki Królewskiej i ona stała u boku swego męża, gdy ten mianował Nebunenefa na arcykapłana Świątyni Amona-Re w Luksorze (1279 r. p.n.e.), oraz gdy ten opuszczał królewskie Teby, udając się na wojnę z Hetytami, zaś jej grób został uznany za najpiękniejszy ze wszystkich "domów wieczności", jakie kiedykolwiek powstały w Dolinie Królowych. To również Nefertari dała Ramzesowi pierwszego syna i następcę tronu, zaś ok. 1255 r. p.n.e. wzięła udział w wielkiej podróży królewskiej do Abu Simbel, gdzie odsłoniono i poświęcono tamtejszą świątynię Hathor (bogini miała twarz królowej Nefertari) i sławne "Kolosy Memnona". Wkrótce po powrocie do Pi-Ramzes, Nefertari zmarła. Miała zapewne czterdzieści kilka, lub nawet pięćdziesiąt lat.






Drugą kobietą u boku Ramzesa Wielkiego, była niejaka Isetneferet. O niej wiadomo jeszcze mniej, niż o Nefertari, ale z pewnością była "drugą żoną" (zapasową 😄) i pozostawała w cieniu zarówno Królowej Matki jak i Wielkiej Małżonki Królewskiej. Ale to właśnie ona urodziła władcy zarówno najstarszą córkę - Bint-Anath, jak i syna, który ostatecznie objął tron po śmierci ojca - Merenptaha. Nie wiadomo jakie relacje panowały pomiędzy Nefertari a Isetneferet (wiadomo zaś, że z królową Tują a nawet z Chentmire miała ta pierwsza bardzo dobry kontakt, czego dowodem było choćby poświęcenie wspólnej świątyni w Dolinie Królowych dla synowej i teściowej). Wiadomo tylko że Isetneferet długo znosiła rolę drugiej żony i dopiero po śmierci Nefertari została oficjalnie Wielką Małżonką Królewską (sama musiała mieć zapewne wówczas około czterdziestu lat - czyli, jak na ówczesne standardy była już "starą babą"). Jej pomniki są mniej liczne (nawet jej grobowiec w Dolinie Królowych nie został do dziś odnaleziony), ale to ona była matką następcy tronu. Zmarła w 34 roku panowania swego królewskiego męża (ok. 1246/1245 r. p.n.e.). Po jej śmierci tytuł Wielkiej Królewskiej Małżonki odziedziczyła jej córka - Bint-Anath, zaś najstarsza córka Nefertari - Merytamon, stała się drugą królową. Proporcje władzy i przywilejów zostały więc w tym przypadku odwrócone.


"STARA BABA JEST GORSZA NIŻ LEŚNY DEMON" 🤭😉



Obie królewskie małżonki były płodne i bardzo często (zapewne co roku były w ciąży i krótkie okresy po narodzinach kolejnych dzieci były z pewnością dla nich tak przelotne, że prawie niewidoczne) rodziły kolejne potomstwo (łącznie Ramzes - z różnymi kobietami - miał spłodzić setkę dzieci, w tym pięćdziesięciu synów). Pierwszego syna urodziła Nefertari, otrzymał on imię - Amonherunemef ("Amon stoi po Jego Prawicy"). Potem narodził się Preherunemef ("Re ... ...."). Pierwszy syn którego urodziła Isetneferet - Ramzes, był drugim w kolejności do tronu po swym najstarszym bracie Amonherunemefie. Drugi jej syn (a czwarty w kolejności do tronu) otrzymał imię - Chaemuaset. Byli to długo ulubieni synowie władcy, zaś najstarszy - Amonherunemef stał się oficjalnie uznanym następcą tronu i ojciec zmienił mu imię na Amonherchepeszef ("Amon jest z Jego Silnym Ramieniem") i gdy skończył wiek dziecięcy a potem wszedł w okres młodzieńczy, otrzymał dowództwo nad całą armią. Preherunemefa nagrodził zaś ojciec tytułem "Najdzielniejszego" (gdyż jeszcze jako dziecko był on obecny u boku ojca podczas bitwy pod Kadesz, a w sytuacji zagrożenia, gdy dwie egipskie dywizje zostały totalnie zmasakrowane przez Hetytów, towarzyszący księciu oficer natychmiast wycofał jego rydwan z walki - oficjalnie aby iść po pomoc. Ojciec, nagradzając męstwo syna na polu bitwy, przyznał mu właśnie ten tytuł). Z biegiem lat rodzili się kolejni synowie (i córki), a ci, którzy jeszcze do niedawna byli dziećmi lub młodzieńcami, teraz mężnieli a z czasem... zaczynali się starzeć. Ojciec żył i żył, ostatecznie pierwsi synowie stracili wszelką nadzieję na to, że kiedykolwiek zasiądą na tronie. Gdy nadszedł 1260 r. p.n.e. Ramzes Wielki żegnał swego pierwszego syna - Amonherhepeszefa, składając go do przeznaczonego dla niego grobowca. W kilka lat później odszedł z tego świata Preherunemef (w wieku dwudziestu kilku lat), a następnie jego młodsi bracia (Seti i Mery-Re).


NAUKA PRZYSZŁEGO EGIPSKIEGO NASTĘPCY TRONU 



Ok. 1255 r. p.n.e. po śmierci Preherunemefa, następcą Ramzesa Wielkiego został książę Ramzes - syn Isetneferet. Miał on nadzieję że uda mu się ostatecznie objąć tron faraonów, ale nie było mu to dane - zmarł ok. 1230 r. p.n.e. Teraz następcą został jego rodzony brat - Chaemuaset. Był to bodajże najzdolniejszy ze wszystkich synów Ramzesa Wielkiego i najbardziej nadawał się do objęcia władzy. Co prawda nie przepadał za ćwiczeniami wojskowymi ani uczestnictwem w kampaniach wojennych (jak był jeszcze mały, ojciec zabrał go na wojnę do Nubii, co mu się nie spodobało), ale za to lubił czytać, interesował się literaturą, sztuką, naukami gospodarskimi (np. o melioracji), a także teologią i... magią. To on brał udział w uroczystościach składania do grobu zabalsamowanego świętego byka Apisa (swoją drogą kult Apisa był bardzo silny w Egipcie w tym czasie, a należy pamiętać że jest to jednocześnie okres, gdy następuje wyjście Izraelitów - czyli ludu Apiru - z Egiptu pod przewodnictwem Mojżesza. I choć oczywiście wyjście z Egiptu nie było jednorazowym wydarzeniem, a nastąpiły co najmniej trzy duże "wyjścia" w latach 1270 - 1210 p.n.e., to jednak w Biblii znajduje się wiele odniesień właśnie do okresu panowania Ramzesa Wielkiego, jak choćby plaga egipska w postaci śmierci pierworodnych synów - Amonherhepeszef zmarł jeszcze w młodym wieku, choć zapewne był już wówczas dojrzałym mężczyzną - a także Złoty Cielec, którego stworzyli sobie Izraelici gdy Mojżesz poszedł na "spotkanie z Bogiem" i przez długi czas do nich nie wracał. Ów Złoty Cielec był właśnie nawiązaniem do kultu byka Apisa, tak popularnego wówczas w Egipcie, a ponieważ lud Apiru przebywał tam przez kilka kolejnych pokoleń, przeto dobrze poznał tę wiarę, która potem w kilku aspektach została przejęta do religii judaistycznej - już sam wybór Aarona - brata Mojżesza - na pierwszego arcykapłana był nawiązaniem do tradycji egipskiej, a co za tym idzie dawni niewolnicy nadal mentalnie tkwili w kraju swoich panów i ciemiężycieli).




Chaemuaset był bardzo zdolnym księciem (nie ma jednak sensu wymieniać wszystkich jego dokonań na lądzie i morzu - a takie posiadał), ale również jemu nie było dane osiąść na tronie swego ojca i ok. 1225 r. p.n.e. jego ciało trafiło w uroczystej procesji "drogi Ozyrysa" do grobowca. Dopiero wówczas kolejnym następcą starego już, bezzębnego faraona Ramzesa Wielkiego, został jego prawie 60-letni, trzynasty syn - Merenptah. A władca żył dalej i zmarł po ponad kolejnej dekadzie (ok. 1213 r. p.n.e.) jako prawie stuletni starzec. W niczym już nie przypominał owego sprawnego i silnego mężczyzny, który wstępował na tron i który w ramionach tulił swe młode żony, a u boku miał wiernego lwa-towarzysza (zdechł on zapewne ok. 1270 r. p.n.e.). Merenptah też nie był już młody i sprawny, ale początkowo jego panowanie upływało spokojnie. W pierwszym roku swych rządów złożył ofiarę Nilowi w Silsila. W 1212 r. p.n.e. nakazał swemu wezyrowi - Jotiemu "spisać wszystkich bogów Północy i Południa" (innymi słowy - przeprowadzić spis majątkowy ludności). Jednak ok. 1208 r. p.n.e. w Palestynie (Kanaanie i południowej Syrii) wybuchło lokalne powstanie i po raz pierwszy od pięćdziesięciu lat (czyli od zawarcia pokoju z Hetytami) egipski władca musiał osobiście udać się na te tereny i zdławić owo powstanie. Zdobył on Askalon i Gezer i zmusił wielu lokalnych książąt do uległości. Zadowolony z tego zwycięstwa, ok. 1207 r. p.n.e. wystawił stelę (zwaną obecnie "stelą Izraela"), której zapis brzmiał następująco: "Książęta padli na twarz, mówiąc: pokój! Pomiędzy Dziewięciu Łukami nikt nie podnosi głowy, Tehenu (Libia) jest spustoszona, Hatti jest w pokoju, Aszkelon uprowadzony w niewolę, opanowano Gezer. Janoam jest jakby jej nie było. Izrael został zniszczony, nie ma już nasienia. Charu (Palestyna) jest jak wdowa wobec Egiptu. We wszystkich krajach zaprowadzono pokój".




Radość zwycięstwa była jednak krótkotrwała, bowiem wkrótce potem (ok. 1207 r. p.n.e.) na Egipt spadła okrutna inwazja nieznanych im Ludów Północy, która była zaledwie preludium tego, co spotkać miało Egipt prawie trzydzieści lat później. Niebezpieczeństwo pojawiło się tym razem na zachodniej granicy, gdzie tamtejsze plemiona Libijczyków - podporządkowane wcześniej Egiptowi i uważane przez nich za barbarzyńców lub w najlepszym przypadku płatnych najemników - sprzymierzyły się teraz z pewną grupą plemion, które w tym właśnie czasie pojawiły się na południowo-wschodnich wodach Morza Śródziemnego. Jakie to były plemiona? Hmm. Na pewno z ziem Tehenu uderzyli Szardanowie (lud Šardana), a za nimi poszli Lukka (zwani też potem Libu). Zjawiły się też na swych okrętach plemiona: Maszuasz (lud Mešweš), Akauasz (lud Aqi-waša), Szakalasz (lud Šekeleš) i Tursza (lud Turiša). Atak nastąpił jedynie ze strony lądu, czyli "Ludy Morza" musiały już wylądować i dalej prowadzić swe działania w przymierzu z bardzo przywiązanymi do ziemi plemionami Tehenu (Libii). Wiadomo też w którym kierunku postępował atak - ku południowi, a Egipcjanie zostali nim kompletnie zaskoczeni. Najeźdźcy niszczyli i palili na swej drodze wszystko co napotkali, a gdy dotarli do oazy Farafra, posłali emisariuszy na południe, do Nubii, aby i tam wzniecono bunt. Miesiąc czasu zajęła Egipcjanom pełna mobilizacja, a w tym czasie przybysze z Północy (ze swoimi hełmami przypominającymi czapki noszone jeszcze dziś przez naszych górali) stanęli już u wrót Delty. Miasta ogarnęła panika, bowiem słyszano o tym, co działo się w innych regionach, np. w Anatolii, która doszczętnie została spalona (jeszcze ok. 1210 r. p.n.e. faraon Merenptah posłał Hetytom statki wypełnione zbożem - na wieść iż wybuchła tam klęska głodu, o której pisałem w poprzedniej części - ale na niewiele się to zdało). Do bitwy doszło gdzieś w Delcie (nie wiadomo dokładnie gdzie, być może w rejonie Athribis, jako że stamtąd dość łatwo można było odciąć Deltę od reszty kraju, a ponoć najeźdźcy mieli swymi wojskami okrążyć dolinę Nilu).


CZY TE HEŁMY "LUDÓW MORZA" CZEGOŚ NAM NIE PRZYPOMINAJĄ?





W każdym razie bitwa, która się tam rozegrała, zatrzymała dalszy marsz Libijczyków i "Ludów Morza" na Egipt. Wedle przekazów egipskich polec miało wówczas ok. 6000 wojowników nieprzyjaciela a 9000 dostało się do niewoli. Nie wiadomo zaś jakie były straty Egipcjan. Wiadomo jednak coś innego - otóż najeźdźcy... wcale nie zostali pokonani i choć zatrzymano ich pochód na Egipt, to nie udało się ich całkowicie rozbić. "Za zgodą Merenptaha" przybysze osiedlili się wówczas w kraju Tehenu (czyli w Libii), a jeden z tych nowych słowiańskich ludów (Lukka/Libu) dał nazwę całej tej krainie, która to odtąd zwać się będzie... Libią (zaś w dwieście pięćdziesiąt lat później Libijczycy - spokrewnieni już ze słowiańskimi przybyszami z Północy - po raz pierwszy w swych dziejach potrafili najechać Egipt i narzucić mu swoją własną dynastię, ale była to już dynastia... słowiańska, dynastia niebieskookich władców o jasnych włosach - jak można przeczytać w egipskich źródłach, więc zapewne nie byli to lokalni mieszkańcy Libii, którzy niewiele różnili się od Egipcjan - ale o tym jeszcze opowiem). Wówczas pierwsza próba opanowania Egiptu nie powiodła się "białym jak śnieg" najeźdźcom, ale teraz Egipt oczekiwał na kolejny, znacznie groźniejszy najazd.


CDN.

20 grudnia 2025

PRZEDZIWNE WYDARZENIA ROKU PAŃSKIEGO 1461

CO SIĘ WYDARZYŁO W KRAKOWIE?





PLAN KRAKOWA
XV wiek



Rok 1461 nie należał do najspokojniejszych. Już bowiem od siedmiu lat toczyła się (prowadzona ze zmiennym szczęściem) krwawa wojna z Zakonem Krzyżackim. Zakon (czyli Zakon Szpitala Najświętszej Maryi Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie) został sprowadzony na ziemie polskie (a konkretnie na tereny zamieszkane przez pogańskie plemiona Prusów i Jaćwięgów, którzy należeli do grupy ludów bałtyjskich) w roku 1226. Sam Zakon rycerski powstał w Jerozolimie w roku 1198 i składał się z niemieckich rycerzy, którzy przybyli do Palestyny wraz z cesarzem Fryderykiem I Barbarossą w czasie III wyprawy krzyżowej (1189-1192). Brali oni później udział w zwycięskiej dla krzyżowców obronie przed muzułmanami - Akki. Co prawda niemieccy rycerze, którzy pozostali w Palestynie po zakończeniu krucjaty (i ci, którzy przybyli później) założyli zakon rycerski dopiero z końcem XII wieku, ale już od 1127 r. działał w Jerozolimie szpital (czy raczej hospicjum) zakonników niemieckich (nie będących rycerzami), który właśnie nosił tę samą nazwę - Szpital Najświętszej Maryi Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie. Niemieckie hospicjum przestało istnieć po zdobyciu Jerozolimy przez egipskie wojska sułtana Saladyna w 1187 r. 

Swoją drogą powstanie niemieckiego zakonu rycerskiego w Jerozolimie po zakończeniu III krucjaty, było spowodowane... niechęcią innych krzyżowców-szpitalników (Francuzów i Anglików) do przyjmowania do swego grona niemieckich rycerzy. Ci, pozbawieni opieki lekarskiej (dzięki pieniądzom przysłanym przez mieszczan Bremy i Lubeki), założyli więc sobie w 1190 r. własny mały szpitalik, który był zlokalizowany pod... kadłubem uszkodzonego okrętu, wyciągniętego na ląd). Szpital rozwinął się po roku 1191, a pierwszym jego przełożonym został kapelan Konrad z Moguncji. W 1198 r. zapowiedziano kolejną krucjatę (do której jednak nie doszło), co spowodowało zwiększony napływ rycerstwa zachodnioeuropejskiego (również z Niemiec) do Palestyny. Dzięki protekcji (wówczas już) arcybiskupa Konrada z Moguncji, zgodę na powstanie kolejnego zakonu rycerskiego wydali wielcy mistrzowie już wówczas istniejących zakonów - Templariuszy i Joannitów, a pierwszym wielkim mistrzem krzyżackim został, pochodzący z możnego rodu von Bassenheimów z Nadrenii - Henryk Walpot. W Zakonie obowiązywały bardzo surowe obyczaje, a rycerzowi krzyżackiemu nie wolno było rozmawiać z kobietami (szczególnie młodymi), nie mógł nawet pocałować własnej matki i musiał przestrzegać skrupulatnie wyznaczonych modlitw i spowiedzi. 




Dzięki staraniom przedsiębiorczego Hermanna von Salzy (czwartego wielkiego mistrza Zakonu Krzyżackiego w latach 1210-1239), który pragnął uczynić z Zakonu finansową potęgę na wzór Zakonu Templariuszy we Francji (którzy zgromadzili ogromne bogactwa i ziemskie przydziały - lenna - pełnili też najróżniejsze funkcje związane z finansami i bankowością). W 1211 r. udało mu się uzyskać od króla Węgier - Andrzeja II, niewielki przydział ziemski w Siedmiogrodzie (w ziemi Burza) nad Dunajem. Węgierski władca chciał tym samym zabezpieczyć sobie południową granicę przed atakami Połowców. Od 1212 r. niemieccy rycerze-zakonnicy zaczęli opuszczać Akkę i przenosić się do swego nowego lenna (oczywiście nie wszyscy się przenieśli, część pozostała w Akce i wraz z Templariuszami dalej walczyła z muzułmanami). W latach 1217-1218 Salza bezprawnie zajął (podczas nieobecności w kraju króla Andrzeja II, który brał udział w V krucjacie) kilka nowych zamków i ziem, ale po powrocie do kraju w 1222 r. król Andrzej pozwolił im je zatrzymać. Miarka się jednak przebrała w 1224 r. gdy Hermann von Salza uzyskał od papieża - Honoriusza III, zgodę na objęcie w wieczyste posiadanie przez Zakon ziemi Burza, jako - "Ojcowizny św. Piotra". Król Węgier nie mógł się na to zgodzić, więc w 1225 r. wkroczył zbrojnie do posiadłości Krzyżaków, opanował ich zamki, spustoszył ziemie i wypędził ich ze swego kraju. 




Uzyskali oni schronienie w rejonie Styrii (planowano też powrót do Akki), lecz (za namową Salzy) 26 marca 1226 r. w Rimini, papież Honoriusz III przyznał w lenno Zakonowi Krzyżackiemu ziemię chełmińską, oraz całe Prusy (które dopiero należało zdobyć). Nie jest więc prawdą, że to książę mazowiecki - Konrad I, sprowadził Krzyżaków do Polski. Do Polski sprowadził ich papież Honoriusz III na prośbę wielkiego mistrza Zakonu Krzyżackiego Hermanna von Salzy. Pierwsi niemieccy rycerze-zakonnicy pojawili się w ziemi dobrzyńskiej dopiero w 1228 r. (ów rekonesans stanowiło wówczas zaledwie... trzech rycerzy krzyżackich, ale w kolejnych miesiącach i latach przybyło ich znacznie więcej) W 1230 r. sfałszowali dokument Konrada I (Falsyfikat Kruszwicki), który miał im przyznawać ziemię chełmińską w wieczyste posiadanie, co jednak spowodowało że kolejny papież Grzegorz IX przyznał im te tereny "w wieczyste posiadanie" w roku 1234. Rok później te nadania oficjalnie w swej bulli potwierdził cesarz rzymsko-niemiecki - Fryderyk II (potem antydatowano ten dokument na 1226 r.). I tak oto Krzyżacy znaleźli się na polskiej ziemi. Po ostatecznym podboju plemion pruskich do 1273 r. państwo Zakonu stawało się z roku na rok coraz potężniejsze.




Po raz pierwszy Krzyżacy wystąpili zbrojnie przeciwko (wówczas dopiero scalanej po długim okresie rozbicia dzielnicowego) Polsce w 1309 r. zajmując Pomorze Gdańskie, zdobywając Gdańsk i mordując całą tamtejszą polską załogę. Kolejna wojna (1330-1331) też nie przyniosła żadnego pozytywnego rozstrzygnięcia w kwestii Pomorza, a Zakon wciąż stawał się coraz potężniejszy. W 1343 r. król Kazimierz III Wielki podpisał ostatecznie z Krzyżakami pokój w Kaliszu (po długoletnim okresie sporów sądowych przed papieżem o zwrot Pomorza Gdańskiego), w którym król zrzekał się Pomorza (zachowując jednak tytuł władcy tej ziemi), który to przetrwał aż do 1409 r. Czas ten został wykorzystany na wewnętrzne scalenie kraju i jego gruntowną przebudowę oraz modernizację pod prawie każdym względem. Reformy króla Kazimierza Wielkiego (panował w latach 1333-1370), pozwoliły zakończyć decydującym zwycięstwem Wielką Wojnę z Zakonem Krzyżackim, toczoną w latach 1409-1411. W jej wyniku miały miejsce dwie wielkie bitwy, stoczone w 1410 r. - pod Grunwaldem (jest uznawana za największą bitwę średniowiecza), oraz pod Koronowem. Obie zakończyły się całkowitym zwycięstwem polskiego rycerstwa i zdruzgotaniem potęgi Zakonu (oraz wspierających Zakon rycerzy z Europy Zachodniej). Od roku 1410 Zakon będzie już tylko słabnął, zaś Królestwo Polskie będzie już tylko rosło do przyszłej potęgi. Zwycięska wojna nie spowodowała jednak odzyskania Pomorza Gdańskiego (stanie się to dopiero w 1466 r.), mimo to pozwoliła usadowić Polskę wśród największych mocarstw tamtej epoki.






Potem dochodziło jeszcze do kolejnych wojen (1414 - wojna głodowa, gdy Krzyżacy pozamykali się w zamkach i unikali jakiejkolwiek zbrojnej konfrontacji z polskim rycerstwem, 1422 - zwycięstwo Polski, 1431-1435 - zwycięstwo Polski, Wojna Trzynastoletnia 1454-1466 - zakończona wielkim zwycięstwem Królestwa Polskiego, odzyskaniem Pomorza Gdańskiego i uczynieniem z Zakonu polskiego lenna. Doszło jeszcze do dwóch wojen, w wyniku których Zakon próbował zrzucić polską zwierzchność - 1478-1479 i 1519-1521 - obie zakończone całkowitą klęską i rozwiązaniem Zakonu (tylko w samych Prusach, gdyż odnoga zakonu w Rzeszy istnieje do dzisiaj), oraz sekularyzacją całego państwa w 1525 r. W tymże roku ostatni wielki mistrz - Albrecht Hohenzollern, złożył na krakowskim rynku oficjalny (ponawiany przez jego następców) hołd polskiemu królowi - Zygmuntowi I Jagiellończykowi. Od tej chwili (za zgodą polskiego monarchy) stawał się świeckim księciem i otrzymywał prawo przekazania swego państwa w spadku swoim potomkom (oczywiście każdy z nich musiał odnowić w Krakowie, czy potem już w Warszawie - hołd lenny). Potem (1618 r.), również za zgodą polskiego monarchy władzę nad Prusami otrzymali również Hohenzollernowie z Brandenburgii. W 1701 r. kolejny brandenburski elektor - Fryderyk I Hohenzollern koronował się w Królewcu na pierwszego "króla w Prusiech". Odtąd Brandenburczyków zaczęto nazywać Prusakami, a potem po zwycięskich wojnach z Austrią (1866 r.) i Francją (1870-1871 r.) zjednoczą oni całe Niemcy pod nazwą II Rzeszy. Tak oto Prusacy, dawni polscy lennicy, staną się twórcami zjednoczonego niemieckiego państwa.

 
HOŁD PRUSKI
1525 r.





No ale teraz (po dość przydługim przedstawieniu procesu wojen polsko-krzyżackich, a jednocześnie całkowitym pominięciu działań wojennych, toczonych podczas Wojny Trzynastoletniej - lecz pozwolę sobie to już pominąć, bowiem zajęłoby zbyt wiele czasu) przechodzę bezpośrednio do tematu. Cóż takiego wydarzyło się w Krakowie, w roku 1461? Otóż dnia 16 lipca tego roku, do warsztatu krakowskiego płatnerza Klemensa wkroczył Andrzej Tęczyński, rycerz, wielki pan, człowiek służący specjalnym poruczeniom i pełniący ważne misje przy królu Kazimierzu IV Jagiellończyku. Tęczyński przyszedł odebrać zbroję, którą pozostawił w warsztacie dla oczyszczenia. Długosz podaje, że mistrz Klemens nie wywiązał się z zadania należycie i zbroi po prostu nie oczyścił. Krakowskie zaś akta miejskie mówią coś innego. To mianowicie, że za usługę mistrz policzył sobie dwa floreny, co było - przy wahających się w tych wysokościach cenach zbroi - jakimś absurdem, jeśli wręcz nie prowokacją. Tęczyński zadeklarował chęć wypłacenia płatnerzowi 10 groszy za usługę, na co ten się nie zgodził, zaś niezgodę swoją wyraził słowami szyderczymi i obraźliwymi, bo już w następnej chwili Andrzej Tęczyński uderzył go w twarz. Nie było to zachowanie zwyczajne i trudno było szukać dla niego precedensu, ale to, co stało się później, było jeszcze bardziej dziwaczne, niezrozumiałe i... potworne. 

Najpierw jednak należy wyjaśnić kim właściwie był ów rycerz, pan Andrzej Tęczyński? Urodził się w 1412 r. Brał udział w działaniach zbrojnych Wojny Trzynastoletniej, zaś ostatnią jego sławną misją w czasie tej wojny, było negocjowanie warunków opuszczenia zamku malborskiego przez załogę czeską w 1457 r. i poddanie tej stolicy Zakonu Krzyżackiego Polakom. Jednak za poddanie twierdzy Czesi zażądali monstrualnej sumy - 436 tysięcy dukatów. Skarb zapłacił połowę. Połowę, czyli 218 tysięcy, a to daje dwa razy więcej niż roczny dochód skarbu Brandenburgii i więcej niż połowa rocznego dochodu wielkich i bogatych Węgier. Była to jednak tylko połowa haraczu. Kto zapłacił drugą połowę? Miasta pruskie. Ktoś jednak musiał zebrać te aktywa w jednym miejscu, policzyć, pokwitować odbiór, wziąć odpowiedzialność na swoje barki i z całym tym bogactwem ruszyć za mury miasta, żeby porozumieć się z Czechami. Nie było to ani proste, ani bezpieczne, człowiek taki musiał mieć jakąś płaszczyznę porozumienia z tymi ludźmi, którzy byli po prostu zgrają uzbrojonych i dobrze wyszkolonych bandytów, wymachujących, prócz włóczni, dodatkowo swoją doktryną religijną (byli bowiem husytami), wielce dla części społeczeństwa średniowiecznego atrakcyjną, bo obiecującą nie tylko łatwy zysk, ale jeszcze przygody i wesołe życie w ciągle zmieniających się okolicznościach. W końcu Czesi wynajmowali się do walki w różnych krajach, dużo podróżowali, co zapewne podnosiło atrakcyjność ich oferty.




Żeby się z nimi porozumieć, trzeba było mieć podobne doświadczenia i podobne spojrzenie na życie, ale trzeba było także być lojalnym wobec króla i państwa. I takim człowiekiem właśnie był Andrzej Tęczyński. Miał on za sobą pewne doświadczenia, które stawiały go wobec Czechów w świetle dosyć korzystnym i mogły budzić ich zaufanie - był bowiem pan Andrzej dawnymi laty członkiem konfederacji Spytka z Melsztyna, czyli należał po prostu do tak zwanych polskich husytów. Jak się z tego wykręcił po klęsce zadanej przez biskupa Oleśnickiego wojskom Spytka nad Nidą (maj 1439 r.), nie wiadomo. Jagiellonowie nie lubili Oleśnickiego, ale lubił go papież. Gwarantował on bowiem, że kraj pozostanie przy katolicyzmie i nie popadnie w herezję. Oleśnicki gwarantował także że magnateria będzie wierna Kościołowi nawet wtedy, kiedy król pobłądzi i zacznie skręcać w kierunku jakichś dziwnych doktryn. Tęczyński zaś popierał tę opcję jako magnat i jako katolik. Nie oznaczało to bynajmniej zdrady wobec króla, chciał Andrzej Tęczyński jedynie tego, by biskupem krakowskim został bratanek jego dotychczasowego protektora - Zbigniewa Oleśnickiego.

Tak więc, podsumowując - Tęczyński, zwolennik biskupa Oleśnickiego, człowiek mający za sobą dość poważną misję, popierający papieskiego kandydata na biskupstwo krakowskie, idzie odebrać od płatnerza Klemensa zbroję, którą zostawił tam dla oczyszczenia. Jednak ów płatnerz żąda za usługę ogromnej sumy dwóch florenów. Tęczyński odmawia, płatnerz nie daje za wygraną. Od słowa do słowa dochodzi do awantury. Poważnej awantury, bo czynne znieważenie męża nie było wówczas błahostką. Tęczyński policzkuje Klemensa i wychodzi z warsztatu. Jest jednak świadom tego, co zrobił, bo nie idzie wcale do karczmy, żeby tam z przyjaciółmi spędzić wieczór przy kufelku i poszydzić sobie trochę z owego bezczelnego człeka, ale zmierza wprost do ratusza, żeby złożyć w tej sprawie zeznanie przed rajcami, zanim zrobi to płatnerz Klemens. To ważny i wielce wymowny szczegół. Magnat, pan z panów, dokonawszy czynu niegodnego, idzie wprost do rady miasta, żeby złożyć zeznania i skargę na mieszczanina oraz szukać tam sprawiedliwości. Po złożeniu zeznań Andrzej Tęczyński wychodzi z ratusza i idzie na ulicę Bracką do kamienicy, w której wynajmował mieszkanie wraz ze swoim synem Janem. Kamienica ta należy do rajcy miejskiego Mikołaja Kridlara. W tym samym domu mieszka także inny członek rady miasta - Walter Kesling.

"Nieszczęśliwym trafem" - jak pisze Stanisław Waltoś w "Pitavalu krakowskim" - obok kamienicy przy Brackiej przechodził akurat płatnerz Klemens prowadzony do ratusza na przesłuchanie przez miejskiego pachołka. Zobaczył Tęczyńskiego i zawołał: "Panie, pobiłeś mnie i dałeś mi policzek sromotnie w moim własnym domu, ale nie będziesz mnie już więcej bił". Jeśli tak rzeczywiście było, to zauważcie że prawo w Polsce traktowano całkiem serio i dotyczyło to wszystkich stanów, ze szlacheckim na czele. Jeden policzek wymierzony w czasie sprzeczki i Tęczyński, brat kasztelana krakowskiego, pędzi do ratusza, by się tam tłumaczyć ze swojego temperamentu. Natomiast płatnerz Klemens, płacący jeden tylko podatek - szos - w wysokości 2 groszy od grzywny dochodu, podchodzi do całej sprawy raczej bezstresowo - Długosz twierdzi, że nie dość, że wdał się w ponowną kłótnię z Tęczyńskim, będąc pewnym swojej racji, to jeszcze groził, że "lepiej mu zapłaci". Czyli groził Tęczyńskiemu w obecności świadków. Andrzej Tęczyński wówczas już nie wytrzymał nerwowo i rzucił się na Klemensa, pobiwszy go dotkliwie. Pomagał mu przy tym syn Jan i wierna służba. Pachołkowie miejscy, którzy przyglądali się całej scenie nie interweniując, odnieśli pobitego Klemensa do domu. Nie zeznawał on tego dnia w ratuszu. Ciekawe okazały się natomiast reakcje dwóch rajców, którzy mieszkali w tym samym co Tęczyński domu. Pobiegli oni natychmiast do rady opowiedzieć co się wydarzyło. Opowiedzieć o tym, że magnat pobił płatnerza po raz drugi.

 


Tymczasem bardzo szybko z ratusza cała sprawa przedostała się na miasto. W mieście zaczynają bić dzwony, a na rynku gromadzą się spore grupki mieszczan których powiadomiono o zajściu. Te grupki są bardzo agresywne i uzbrojone w noże, widły, oraz inne niebezpieczne narzędzia. Niestety nie znamy imion i nazwisk tych, którzy gromadzili się tamtego lipcowego wieczora z bronią w ręku na krakowskim rynku, nie wiemy też, czy byli to rzeczywiście mieszczanie, a jeśli tak, to z jakiego miasta pochodzili. Czy z Krakowa? Czy może z jakiegoś innego, nawet bardzo odległego, na przykład... z Wrocławia, który w tamtych czasach mocno z Krakowem konkurował. Ot, po prostu tłum zaczął gromadzić się na rynku, słysząc dźwięk dzwonów. Uzbrojony tłum. Tymczasem rada miejska próbowała jeszcze zapobiec ewentualnym ekscesom i załagodzić konflikt. Delegacja rady udała się więc na zamek królewski ze skargą na postępek Tęczyńskiego. Rajcy krakowscy: Kridlar, u którego Tęczyński mieszkał z synem i służbą, któremu płacił komorne i u którego zostawił dobytek i rozmaite dobro oraz Kesling, widząc, jak płatnerz Klemens prowokuje ich gościa, a wcześniej słysząc jak cała sprawa się przedstawiała, idą wraz z innymi rajcami do królowej - Elżbiety Rakuszanki (małżonki króla Kazimierza Jagiellończyka, który stał wówczas obozem pod Inowrocławiem i szykował się do kolejnej ofensywy na Krzyżaków) żeby tam się poskarżyć na tegoż właśnie Tęczyńskiego. Wcześniej zaś każą zamknąć bramy miasta, żeby Andrzej Tęczyński ani nikt z jego ludzi nie uciekł z Krakowa przed zwołanym dzwonami uzbrojonym tłumem. Postępowanie królowej Elżbiety świadczyć może o tym, że miała ona pełną świadomość tego, co się odbywa w mieście i jak poważne sprawy przychodzi jej rozpatrywać.




Ta 24-letnia, młoda królowa (która jednak nie odznaczała się zbytnią urodą, przez co czasem zwana jest przez historyków "brzydką królową") została sama, musząc teraz kierować zarówno sprawami kraju jak i miasta. Stała przed dużym dylematem, bowiem musiała teraz rozsądzić spór pomiędzy człowiekiem nieprzychylnym, ale potrzebnym jej mężowi oraz kierowaną przez nieznane jej osoby, zdecydowaną na wiele mafią, która również była potrzebna jej mężowi i jej rodzinie. Po wysłuchaniu skarg, królowa zarządziła co następuje - w mieście ma być spokój, a strona, która go zakłóci, musi zapłacić stronie przeciwnej 80 tysięcy grzywien srebra (grzywna krakowska zaś to 48 groszy praskich). Tyle zdecydowała królowa na początek, deklarując, że sprawę całą rozsądzi nazajutrz. Kazała również wezwać Tęczyńskiego na Wawel (uczyniła to ponoć na prośbę panów rady). Na ulicach wciąż gromadziło się coraz więcej uzbrojonych ludzi, którzy - jak podają "Monumenta Poloniae historica" wołali do rajców: "oto patrzcie jaki gwałt popełniono, tyle razy skarżyliśmy się na nasze krzywdy, a nigdy nie staraliście się nas obronić". Niesamowite - prawda? Oto bowiem rzemieślnik, świadomy tego z całą pewnością że znacznie zawyża cenę za usługę płatnerską - po co to robi? Przecież albo musiał się wcześniej z Tęczyńskim na jakieś pieniądze umówić, albo też obaj znali ceny usług płatnerskich i wiedzieli jakie będą rozliczenia. Płatnerz jednak (najprawdopodobniej, gdyż inaczej szlachcic nie uderzył by go w twarz) obraża jakimś słowem Tęczyńskiego, a ten go policzkuje. Sprawca chce się oddać sprawiedliwości i złożyć zeznania. Znów dochodzi jednak do konfliktu z płatnerzem (Klemens musiał prowokować Tęczyńskiego świadomie - ciekawe komu służył?) w czasie którego ten zostaje dotkliwie pobity przez Andrzeja Tęczyńskiego i jego ludzi.

Na ulicach pośpiesznie (nie wiadomo przez kogo zwołany) pojawia się uzbrojony tłum, który za nic ma prawo i obecność w mieście królowej. Tłum ten uaktywnia się w chwili, kiedy rajcy ustalają z królową że Tęczyński ma iść przez całe miasto wprost do zamku i wytłumaczyć się przed jej majestatem. Długosz zaprzecza legendom, jakoby rajcy miejscy próbowali opanować nastroje tłumu, a to oznacza, że pozwalali na ich podsycanie znajdującym się w tłumie prowokatorom. Andrzej Tęczyński - nie byle kto, brat kasztelana krakowskiego i pan wielu zamków - jest teraz w poważnym kłopocie. Doskonale zdaje sobie bowiem sprawę z tego, że cała sytuacja przybiera charakter zemsty. Nie wie tylko za co jest ta zemsta i kto za nią stoi. Jedyne co może zrobić, to zabarykadować się w kamienicy Kridlara wraz z synem i służbą. Widać już bowiem gołym okiem, że miasto za nic ma decyzję królowej o wpłaceniu wadium za zakłócanie spokoju, że 80 tysięcy grzywien srebra nie robi na mieszczanach wrażenia. Sprawa ta zaczyna się coraz bardziej klarować i niewątpliwie chodzi o to, by Tęczyńskiego... zabić. Andrzej Tęczyński ani myśli wychodzić na miasto. Wie, że jest w pułapce, którą zastawili Kridlar i Kesling. Wie, że żądanie, by stawił się na Wawelu, to prowokacja, mająca skłonić go do opuszczenia domu. Jeśli to zrobi, jeśli wyjdzie na ulicę, nic go nie uratuje. Zabiją go na pewno, a z nim jego syna Jana i całą służbę.

Nie pomoże mu ani brat, kasztelan krakowski, ani też inni możni panowie (większość z nich bowiem jest teraz w obozie królewskim pod Inowrocławiem). Chce się bronić. Razem z nim w kamienicy Kridlara zamknięci zostali: Spytko z Melsztyna, syn zabitego pod Grotnikami (1439 r.) polskiego husyty, Mikołaj Secygniewski, syn Jan zwany Rabsztyńskim, kilku przyjaciół oraz służba. Wszyscy otoczeni to wielcy panowie piastujący poważne funkcje. Spytko jest kasztelanem zawichojskim, Secygniewski to dworzanin króla, postać wówczas powszechnie znana. Nie ma to jednak żadnego znaczenia. Są otoczeni w kamienicy przy ulicy Brackiej przez wrogi i uzbrojony tłum. Tymczasem królowa znajduje się na Wawelu i oczekuje na przybycie Tęczyńskiego. Nie ma jednak szans na to, by spełnić jej żądanie. I wszyscy o tym wiedzą (ciekawe czy wie o tym również i sama królowa?). Kiedy sytuacja robi się naprawdę groźna, Tęczyński podejmuje decyzję o ucieczce. Przedostaje się wraz z towarzyszącymi mu osobami do pobliskiego kościoła Franciszkanów, który otoczony jest ogrodem przylegającym do terenów zamkowych. Chce w tajemnicy dostać się do królowej. Tłum tymczasem przeszukuje pustą już kamienicę Kridlara. Wkrótce jednak cała sprawa się wydaje i wśród tłumu słychać okrzyki: "Tęczyński jest u Franciszkanów". Tęczyński próbuje teraz schronić się na wieży kościoła Franciszkanów. Wie jednak że wieża to pułapka, schodzi więc po schodach żeby poszukać lepszej kryjówki. Tłum jest już w kościele. Tęczyński przywołuje wówczas po cichu kręcącego się w pobliżu Jana Dojzwona pochodzącego z Warszawy i prosi go o ratunek. Oferuje mu nawet 200 złotych (sumę na owe czasy ogromną), ale ten (obawiając się prawdopodobnie również o własne życie), odrzuca propozycję i krzyczy do tłumu: "Pan Andrzej zdaje się na waszą łaskę i prosi was o bezpieczne przejście, bo chce się stawić przed urzędem radzieckim na ratuszu" - jak opisuje całe wydarzenie Długosz.




Mamy więc sytuację kuriozalną. Oto bowiem w zakrystii siedzi przerażony Tęczyński, w kościele kłębi się tłum z nożami i kordami w rękach, a koło ołtarza kręci się osobnik nazwiskiem Jan Dojzwon, który w dodatku pochodzi z Warszawy. Ta zaś leży na Mazowszu. Do dziś nie wiadomo kim był ten człowiek. Wiadomo natomiast, że Spytko z Melsztyna był także kasztelanem wiskim, Wizna zaś była grodem na Mazowszu broniącym tegoż Mazowsza od strony Prus (a jeszcze wcześniej od strony pogańskiej Litwy). Wizna leżała również na ważnym szlaku handlowym prowadzącym z Krakowa przez Warszawę do Wilna, miała sporo przywilejów i do Warszawy było stąd stosunkowo niedaleko. Sprawa teraz się coraz bardziej gmatwa i wychodzi z niej prawdziwa teoria spiskowa. Skąd mianowicie Jan Dojzwon znalazł się akurat tego dnia, o tym czasie w kościele Franciszkanów w Krakowie, nie wchodził bowiem w skład rozjuszonego tłumu. Dziwne - prawda? Ale przejdźmy dalej, aby nie ujawniać zakończenia tej przedziwnej i poplątanej historii zbyt wcześnie. Po słowach Dojzwona, mających (przynajmniej w powszechnym założeniu) uspokoić emocje, tłum w jeszcze większym gniewie rzuca się na przerażonego Tęczyńskiego. 




Pierwszy cios dosięgnął Tęczyńskiego na progu zakrystii (nie wiadomo czym go zadano, ale na pewno było to narzędzie bardzo specjalistyczne i człowiek który zadał ów cios musiał być nie lada mistrzem w posługiwaniu się tym sprzętem). Tęczyński został po prostu... oskalpowany - za jednym zamachem. Oddajmy głos Janowi Długoszowi: "Głowa długo opierająca się zabójczym ciosom pękła i mózg z niej wytrysnął. Pastwił się lud jeszcze nad ciałem zabitego, wlokąc je z kościoła aż do ratusza kanałem ulicznym, w błocie uwalane, a od miejsca do miejsca skłute i skrwawione, z obszarpaną brodą i głową obdartą. Przez dwa dni leżało potem na ratuszu, a dopiero trzeciego dnia przeniesiono je do kościoła św. Wojciecha, a czwartego oddano przyjaciołom, którzy je pochowali w Wielkim Książu". Ciekawy jest natomiast los pozostałych towarzyszy Tęczyńskiego, którzy razem z nim zamknęli się w wieży przed rozszalałym tłumem. Syn zabitego - Jan, korzystając z chwilowej nieuwagi tłumu uciekł z wieży i schronił się w... piecu chlebowym, który stał w mieszkaniu nieznanej z nazwiska wdowy. Stamtąd zaś poprzez dom Długosza i ulicę Kanoniczą przedostał się za mury miasta. Reszta, jak podaje Długosz, broniła się w wieży do nocy i cały następny dzień. Potem Secygniewski i Melsztyński dostali od mieszczan gwarancję osobistego bezpieczeństwa i zostali odprowadzeni do ratusza, gdzie - jak pisze Długosz pojednali się z rajcami i zostali wypuszczeni na wolność. 

Dlaczego jednak Andrzej Tęczyński - rycerz, człowiek miecza, dla którego nie stanowi problemu wyrżnięcie w pysk oszukującego go jawnie rzemieślnika, zamiast dobyć miecza i drogo sprzedać swoje życie, ucieka przed tłumem. Dlaczego? Otóż dlatego, że wierzy on w sprawiedliwość królewską i opamiętanie mieszczan. Jest bowiem człowiekiem króla, który zlecał mu różne ważne misje. Nie wierzy w to, że coś złego może mu się stać w grodzie królewskim, pod ochroną i opieką królowej. Nie zabija też nikogo, nikogo nawet nie rani. Nie robi nic, co mogłoby pogorszyć jego sytuację w czasie ewentualnego, przyszłego procesu przed królem. I to go właśnie gubi. Lecz król (co pomijają historycy - w tym Jan Długosz) - Kazimierz IV Jagiellończyk, jest człowiekiem skrytym i nieufnym. Potrafi on nieoficjalnie realizować i inicjować najróżniejsze potajemne machinacje (to w rodzie Jagiellonów było przekazywane z pokolenia na pokolenie, wystarczy bowiem poczytać sobie jak jego ojciec - król Władysław II Jagiełło - panujący w latach 1386-1434 - rozgrywał biskupa Oleśnickiego i inne frakcje na swoim dworze. Polityka (zarówno ta krajowa, jak i europejska) wymagały pewnej elastyczności, a przede wszystkim zmysłu politycznego aby rozgrywać (zwyciężyć) przeciwnika bez walki. I tak właśnie się stało w tym przypadku - dawna rozprawa z Melsztyńskim, której dokonali Oleśnicki i Tęczyński (1439 r.), była korzystna zarówno dla państwa jak i dla Kościoła. Potem jednak przyszedł czas zmian.


STARY JUŻ KRÓL WŁADYSŁAW JAGIEŁŁO I BISKUP ZBIGNIEW OLEŚNICKI 



Król Władysław III Warneńczyk (starszy brat Kazimierza IV i syn Władysława Jagiełły, panujący w latach 1434-1444), przywrócił rodzinę Melsztyńskich do czci i zwrócił im dobra. Kazimierz Jagiellończyk (panował w latach 1447-1492, po trzyletnim bezkrólewiu, spowodowanym śmiercią - choć nie znaleziono jego ciała - i oczekiwaniem na ewentualny powrót Władysława Warneńczyka po bitwie z Turkami Osmańskimi pod Warną w 1444 r. Niektórzy mówili potem że widziano go w Portugalii, na Maderze, oraz że... był prawdziwym ojcem Krzysztofa Kolumba - odkrywcy Ameryki) wprost poparł jego stronników, a także uczynił coś, co można by nazwać opcją czeską (problemy pierwszych lat panowania króla Kazimierza są dość ciekawe i warte opisania w oddzielnym temacie). Było mu to potrzebne z początku do ustawienia właściwych relacji z bandami czeskich najemników wynajmowanych przez Krzyżakom, a potem, już po śmierci Andrzeja Tęczyńskiego, do osadzenia na tronie w Pradze swego najstarszego syna - Władysława Jagiellończyka, który został królem Czech w 1471 r. (panował do 1516 r.). Władysław w 1490 r. został również królem Węgier i tak w rękach dynastii Jagiellonów (najpotężniejszej wówczas dynastii w Europie) znalazły się ogromne tereny począwszy od rogatek Moskwy na wschodzie, a skończywszy na Łabie na zachodzie, Dunaju na południu i Dźwinie na północy. Innymi słowy Dynastia Jagiellonów panowała w Polsce, na Litwie, w Rusi, na Węgrzech i w Czechach. Pod władzą tej dynastii był Zakon Krzyżacki (uzależniony od Polski), Hospodarstwo Mołdawskie (uzależnione od Polski), Inflanty - niemiecki Zakon Kawalerów Mieczowych (uzależniony od Polski), oraz Księstwa Wierzchowskie i Dzikie Pola (uzależnione od Litwy). 




Tak więc z całą pewnością to sam król stał za zamachem na życie Andrzeja Tęczyńskiego, gdyż było ceną, jaką wyznaczyli Melsztyńscy za włączenie się w program królewski? Nie jedyną zapewne, jeśli dodamy do tego dobra sieniawskie i kasztelanię wiską. Innymi słowy król początkowo postawił na Tęczyńskiego i to on właśnie negocjował z Czechami opuszczenie Malborka. Potem król połapał się już jak sprawy wyglądają i posłał kogoś do Melsztyńskich na rozmowy. Oni zaś, mając świadomość palących potrzeb, postawili warunki nie dość że twarde, to jeszcze trudne do realizacji. Udało się jednak. Płatnerz Klemens, Jan Dojzwon, rajcy krakowscy i sam Melsztyński nie zawiedli (wszyscy byli wtajemniczeni w ów spisek lub po prostu przekupieni). Tęczyński zginął, a jego ciało dwa dni leżało sprofanowane na ratuszu, w mieście, w którym kasztelanem był jego rodzony brat. W mieście, w którym rezydowała królowa, mająca moc rozsądzania takich sporów. To był prawdziwy skandal i należało od tego skandalu koniecznie odwrócić uwagę. Uczyniono to z niesłychanym wprost hukiem. Zanim jednak doszło do procesu i wyroków skazujących, należy powiedzieć co się stało z niektórymi pomniejszymi bohaterami tego dramatu. 

Otóż płatnerz Klemens uciekł do Wrocławia (ciekawe - prawda?). Tam jednak miejscowa rada - mająca bez przerwy na pieńku z Krakowem, Polską, królem i kupcami z Polski, kazała mu się wynosić. Pojechał więc do Żagania i tam w niedługim czasie umarł na coś, co Długosz określa bólem i dusznościami w piersiach. Mieszkaniec Warszawy nazwiskiem Dojzwon zniknął z miasta, a jego publiczny występ przed ołtarzem w kościele Franciszkanów, kiedy to wzywał uzbrojonych Stanów by przepuścili Tęczyńskiego na Wawel (a tak naprawdę aby go uśmiercili), był ostatnim znakiem życia, jaki przekazał. Nikt więcej o nim nie słyszał. Mikołaj Kridlar, któremu jako jednemu z pierwszych opowiedział Tęczyński o swojej niefortunnej przygodzie, wyniósł się wprost na zamek Melsztyńskich, gdzie żył w dostatku do końca swych dni. Król dowiedział się o śmierci Tęczyńskiego około 20 sierpnia. Stał wtedy obozem pod wsią Kamień na Pomorzu. Nie wiadomo jak zareagował. Nie wiadomo też czy uśmiechnął się, czy skrzywił, czy pokiwał głową w zadumie. Wiadomo zaś, że szlachta ziemi krakowskiej i sandomierskiej, która poczuwała się do solidarności ze zmarłym i jego rodziną, chciała natychmiast porzucić obóz i całą krzyżacką kampanię i ruszać do Krakowa celem zemsty na rajcach. To jest już jednak zupełnie inna historia.



NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...