WYŚWIETLENIA

21 grudnia 2025

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. X

FILARY SPOŁECZNEGO 
ROZWOJU LUDZKOŚCI 
I METODY PATOLOGIZACJI 
NA PRZESTRZENI WIEKÓW





TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI:
Cz. VII



SŁOWIANIE I CELTOWIE
Cz. VII






SŁOWIANIE W ANATOLII, NA BLISKIM WSCHODZIE I W EGIPCIE 
(ok. 1200 r. p.n.e. - ok. 1180 r. p.n.e.)
Cz. II



BLISKI WSCHÓD W OGNIU SŁOWIAŃSKICH ŻAGIEW
(ok. 1200 r. p.n.e. - 1170 r. p.n.e.)
Cz. III






 EGIPT
PIERWSZA INWAZJA
(ok. 1207 r. p.n.e.)



W czasie tej pierwszej inwazji "Ludów Morza" na Egipt, władzę w tym kraju sprawował faraon Merenptah - syn Ramzesa II Wielkiego i królowej Isetneferet. Nie był on ani pierwszym, ani też drugim synem króla, a jednym z kolejnych (prawdopodobnie trzynastym), dlatego też panowanie nie było jego przeznaczeniem. Miał zbyt wielu braci aby mógł marzyć o podwójnej koronie Górnego i Dolnego Egiptu. Jednak długie rządy jego ojca (66 lat) spowodowały że wielu braci zaczęło się wykruszać i ustępować z walki o tron faraonów. Choroby oraz upływający czas robiły swoje i pierwsi następcy Ramzesa dawno już poszli w zapomnienie. Pierwszą i najważniejszą kobietą w życiu Ramzesa II była jego matka - królowa Tuja. Jej posągi (tak nieliczne za rządów ojca Ramzesa - Setiego I) zapełniły wszystkie świątynie wzniesione przez jej syna, od czasu jego wstąpienia na tron ok. 1279 r. p.n.e. Miała też specjalną świątynię dedykowaną tylko sobie, a mieściła się ona w Tebach Zachodnich, nieopodal Ramasseum i choć oficjalnie poświęcona była bogini Hathor, to miała ona głowę królowej Tuje (być może złożono tam również groby jej rodziców: Raja - będącego dowódcą rydwanów i jego żonę Ruję, choć nie odnaleziono tam szczątków ich ciał, a wiadomo o nich jedynie z napisów nagrobnych na ścianach tej świątyni. Zapewne więc w wiekach późniejszych - w obawie przed złodziejami grobowców królewskich - ich ciała zostały przeniesione w inne miejsce). Przez ponad dwadzieścia lat to właśnie ona zarządzała królewskim haremem swego syna - ona, a nie któraś z jego najważniejszych żon - tak więc Tuje łącznie sprawowała władzę w babińcu Ramzesa II przez ponad trzydzieści lat (dokładnie 33 lata, licząc od ok. 1290 r. p.n.e. i wstąpienia na tron Egiptu Setiego I). Doczekała zawarcia traktatu pokojowego z Hetytami (21 rok panowania Ramzesa II, a dokładnie początek 1258 r. p.n.e.) i nawet wysłała oficjalną depeszę gratulacyjną na dwór hetycki Hattusilisa III. Zmarła w 22 roku rządów swego syna (ok. 1257 r. p.n.e.) i została pochowana w granitowym sarkofagu w swym grobowcu w Dolinie Królowych.




Prócz matki (którą Ramzes szczególnie miłował) miał on jeszcze kilka innych, drogich mu kobiet w życiu, do których należały np. jego siostry. Starszą - Tiję, uczynił on "Śpiewaczką Amona-Re Wsławionego Zwycięstwami" i oddał jej do tego celu świątynię w Memfis (kontrolowała również drugą świątynię Amona-Re w Heliopolis), a jej mężem został królewski Nadzorca Skarbca i Kontroler Bydła w Ramasseum - Tia. Młodszą zaś - Chentmire, poślubił osobiście, jako jedną ze swych haremowych żon (nie wydaje się jednak aby Ramzes praktykował kazirodztwo, czego dowodem jest fakt, iż wizerunki Chentmire są nieliczne, co znaczy że była ona jego żoną tylko nominalnie - bowiem zgodnie z tradycją, każda siostra panującego faraona i każda jego córka, której ten nie zezwolił poślubić innego mężczyzny, stawała się automatycznie jedną z królewskich małżonek swego brata i cały swój żywot spędzała w haremie (co akurat nie było czymś nudnym, jako że w egipskich haremach zawsze coś się działo i nie przypominały one ani późniejszych haremów arabskich, ani tureckich, ani też chińskich - gdzie kobiety były całkowicie odcięte od świata zewnętrznego. W haremach egipskich można było przyjmować gości - obojga płci - a także je opuszczać i udawać się na przechadzki po mieście lub też podróżować - jednak to ostatnie mogły czynić głównie księżniczki z rodu panującego władcy, a rzadko kiedy pozwalano by oficjalna małżonka królewska opuściła dwór bez swego króla i męża).




Pierwszą żoną Ramzesa Wielkiego, została dziewczyna o imieniu Nefertari, która odznaczała się wdziękiem i urokiem. Prawdopodobnie została mu ona poślubiona jeszcze za rządów jego ojca - Setiego I, nie wiadomo tylko czy to on sam ją sobie wybrał, czy też taka była wola rodziców, aby ci dwaj się ze sobą związali. On był wówczas młodym, zaledwie dwudziestokilkuletnim mężczyzną, który doskonale posługiwał się włócznią i strzelał z łuku (również podczas powożenia rydwanem - co było jednym z kluczowych nauk następcy tronu, przygotowujących go do przyszłych obowiązków wojennych), ona zaś bardzo ładną dziewczyną. Musieli wpaść sobie w oko, choć nie wiadomo jak ona reagowała na jego nieodłącznego towarzysza zabaw i treningów - lwa, którego Ramzes odnalazł rannego i porzuconego na pustyni, gdy ten był jeszcze lwiątkiem i zabrał go ze sobą, wytresował, a następnie używał do celów bojowych w walkach z wrogiem (np. podczas sławnej bitwy pod Kadesz z 1274 r. p.n.e.). Nie wiadomo też, jakie było pochodzenie społeczne Nefertari, ale można przyjąć, że jej rodzina musiała przynajmniej pełnić funkcję sekretarzy, lub nadzorców królewskiego (ewentualnie świątynnego) bydła - co było nie tylko dochodowym, ale i powszechnie cenionym wówczas zajęciem. Ona to piastowała tytuł Wielkiej Małżonki Królewskiej i ona stała u boku swego męża, gdy ten mianował Nebunenefa na arcykapłana Świątyni Amona-Re w Luksorze (1279 r. p.n.e.), oraz gdy ten opuszczał królewskie Teby, udając się na wojnę z Hetytami, zaś jej grób został uznany za najpiękniejszy ze wszystkich "domów wieczności", jakie kiedykolwiek powstały w Dolinie Królowych. To również Nefertari dała Ramzesowi pierwszego syna i następcę tronu, zaś ok. 1255 r. p.n.e. wzięła udział w wielkiej podróży królewskiej do Abu Simbel, gdzie odsłoniono i poświęcono tamtejszą świątynię Hathor (bogini miała twarz królowej Nefertari) i sławne "Kolosy Memnona". Wkrótce po powrocie do Pi-Ramzes, Nefertari zmarła. Miała zapewne czterdzieści kilka, lub nawet pięćdziesiąt lat.






Drugą kobietą u boku Ramzesa Wielkiego, była niejaka Isetneferet. O niej wiadomo jeszcze mniej, niż o Nefertari, ale z pewnością była "drugą żoną" (zapasową 😄) i pozostawała w cieniu zarówno Królowej Matki jak i Wielkiej Małżonki Królewskiej. Ale to właśnie ona urodziła władcy zarówno najstarszą córkę - Bint-Anath, jak i syna, który ostatecznie objął tron po śmierci ojca - Merenptaha. Nie wiadomo jakie relacje panowały pomiędzy Nefertari a Isetneferet (wiadomo zaś, że z królową Tują a nawet z Chentmire miała ta pierwsza bardzo dobry kontakt, czego dowodem było choćby poświęcenie wspólnej świątyni w Dolinie Królowych dla synowej i teściowej). Wiadomo tylko że Isetneferet długo znosiła rolę drugiej żony i dopiero po śmierci Nefertari została oficjalnie Wielką Małżonką Królewską (sama musiała mieć zapewne wówczas około czterdziestu lat - czyli, jak na ówczesne standardy była już "starą babą"). Jej pomniki są mniej liczne (nawet jej grobowiec w Dolinie Królowych nie został do dziś odnaleziony), ale to ona była matką następcy tronu. Zmarła w 34 roku panowania swego królewskiego męża (ok. 1246/1245 r. p.n.e.). Po jej śmierci tytuł Wielkiej Królewskiej Małżonki odziedziczyła jej córka - Bint-Anath, zaś najstarsza córka Nefertari - Merytamon, stała się drugą królową. Proporcje władzy i przywilejów zostały więc w tym przypadku odwrócone.


"STARA BABA JEST GORSZA NIŻ LEŚNY DEMON" 🤭😉



Obie królewskie małżonki były płodne i bardzo często (zapewne co roku były w ciąży i krótkie okresy po narodzinach kolejnych dzieci były z pewnością dla nich tak przelotne, że prawie niewidoczne) rodziły kolejne potomstwo (łącznie Ramzes - z różnymi kobietami - miał spłodzić setkę dzieci, w tym pięćdziesięciu synów). Pierwszego syna urodziła Nefertari, otrzymał on imię - Amonherunemef ("Amon stoi po Jego Prawicy"). Potem narodził się Preherunemef ("Re ... ...."). Pierwszy syn którego urodziła Isetneferet - Ramzes, był drugim w kolejności do tronu po swym najstarszym bracie Amonherunemefie. Drugi jej syn (a czwarty w kolejności do tronu) otrzymał imię - Chaemuaset. Byli to długo ulubieni synowie władcy, zaś najstarszy - Amonherunemef stał się oficjalnie uznanym następcą tronu i ojciec zmienił mu imię na Amonherchepeszef ("Amon jest z Jego Silnym Ramieniem") i gdy skończył wiek dziecięcy a potem wszedł w okres młodzieńczy, otrzymał dowództwo nad całą armią. Preherunemefa nagrodził zaś ojciec tytułem "Najdzielniejszego" (gdyż jeszcze jako dziecko był on obecny u boku ojca podczas bitwy pod Kadesz, a w sytuacji zagrożenia, gdy dwie egipskie dywizje zostały totalnie zmasakrowane przez Hetytów, towarzyszący księciu oficer natychmiast wycofał jego rydwan z walki - oficjalnie aby iść po pomoc. Ojciec, nagradzając męstwo syna na polu bitwy, przyznał mu właśnie ten tytuł). Z biegiem lat rodzili się kolejni synowie (i córki), a ci, którzy jeszcze do niedawna byli dziećmi lub młodzieńcami, teraz mężnieli a z czasem... zaczynali się starzeć. Ojciec żył i żył, ostatecznie pierwsi synowie stracili wszelką nadzieję na to, że kiedykolwiek zasiądą na tronie. Gdy nadszedł 1260 r. p.n.e. Ramzes Wielki żegnał swego pierwszego syna - Amonherhepeszefa, składając go do przeznaczonego dla niego grobowca. W kilka lat później odszedł z tego świata Preherunemef (w wieku dwudziestu kilku lat), a następnie jego młodsi bracia (Seti i Mery-Re).


NAUKA PRZYSZŁEGO EGIPSKIEGO NASTĘPCY TRONU 



Ok. 1255 r. p.n.e. po śmierci Preherunemefa, następcą Ramzesa Wielkiego został książę Ramzes - syn Isetneferet. Miał on nadzieję że uda mu się ostatecznie objąć tron faraonów, ale nie było mu to dane - zmarł ok. 1230 r. p.n.e. Teraz następcą został jego rodzony brat - Chaemuaset. Był to bodajże najzdolniejszy ze wszystkich synów Ramzesa Wielkiego i najbardziej nadawał się do objęcia władzy. Co prawda nie przepadał za ćwiczeniami wojskowymi ani uczestnictwem w kampaniach wojennych (jak był jeszcze mały, ojciec zabrał go na wojnę do Nubii, co mu się nie spodobało), ale za to lubił czytać, interesował się literaturą, sztuką, naukami gospodarskimi (np. o melioracji), a także teologią i... magią. To on brał udział w uroczystościach składania do grobu zabalsamowanego świętego byka Apisa (swoją drogą kult Apisa był bardzo silny w Egipcie w tym czasie, a należy pamiętać że jest to jednocześnie okres, gdy następuje wyjście Izraelitów - czyli ludu Apiru - z Egiptu pod przewodnictwem Mojżesza. I choć oczywiście wyjście z Egiptu nie było jednorazowym wydarzeniem, a nastąpiły co najmniej trzy duże "wyjścia" w latach 1270 - 1210 p.n.e., to jednak w Biblii znajduje się wiele odniesień właśnie do okresu panowania Ramzesa Wielkiego, jak choćby plaga egipska w postaci śmierci pierworodnych synów - Amonherhepeszef zmarł jeszcze w młodym wieku, choć zapewne był już wówczas dojrzałym mężczyzną - a także Złoty Cielec, którego stworzyli sobie Izraelici gdy Mojżesz poszedł na "spotkanie z Bogiem" i przez długi czas do nich nie wracał. Ów Złoty Cielec był właśnie nawiązaniem do kultu byka Apisa, tak popularnego wówczas w Egipcie, a ponieważ lud Apiru przebywał tam przez kilka kolejnych pokoleń, przeto dobrze poznał tę wiarę, która potem w kilku aspektach została przejęta do religii judaistycznej - już sam wybór Aarona - brata Mojżesza - na pierwszego arcykapłana był nawiązaniem do tradycji egipskiej, a co za tym idzie dawni niewolnicy nadal mentalnie tkwili w kraju swoich panów i ciemiężycieli).




Chaemuaset był bardzo zdolnym księciem (nie ma jednak sensu wymieniać wszystkich jego dokonań na lądzie i morzu - a takie posiadał), ale również jemu nie było dane osiąść na tronie swego ojca i ok. 1225 r. p.n.e. jego ciało trafiło w uroczystej procesji "drogi Ozyrysa" do grobowca. Dopiero wówczas kolejnym następcą starego już, bezzębnego faraona Ramzesa Wielkiego, został jego prawie 60-letni, trzynasty syn - Merenptah. A władca żył dalej i zmarł po ponad kolejnej dekadzie (ok. 1213 r. p.n.e.) jako prawie stuletni starzec. W niczym już nie przypominał owego sprawnego i silnego mężczyzny, który wstępował na tron i który w ramionach tulił swe młode żony, a u boku miał wiernego lwa-towarzysza (zdechł on zapewne ok. 1270 r. p.n.e.). Merenptah też nie był już młody i sprawny, ale początkowo jego panowanie upływało spokojnie. W pierwszym roku swych rządów złożył ofiarę Nilowi w Silsila. W 1212 r. p.n.e. nakazał swemu wezyrowi - Jotiemu "spisać wszystkich bogów Północy i Południa" (innymi słowy - przeprowadzić spis majątkowy ludności). Jednak ok. 1208 r. p.n.e. w Palestynie (Kanaanie i południowej Syrii) wybuchło lokalne powstanie i po raz pierwszy od pięćdziesięciu lat (czyli od zawarcia pokoju z Hetytami) egipski władca musiał osobiście udać się na te tereny i zdławić owo powstanie. Zdobył on Askalon i Gezer i zmusił wielu lokalnych książąt do uległości. Zadowolony z tego zwycięstwa, ok. 1207 r. p.n.e. wystawił stelę (zwaną obecnie "stelą Izraela"), której zapis brzmiał następująco: "Książęta padli na twarz, mówiąc: pokój! Pomiędzy Dziewięciu Łukami nikt nie podnosi głowy, Tehenu (Libia) jest spustoszona, Hatti jest w pokoju, Aszkelon uprowadzony w niewolę, opanowano Gezer. Janoam jest jakby jej nie było. Izrael został zniszczony, nie ma już nasienia. Charu (Palestyna) jest jak wdowa wobec Egiptu. We wszystkich krajach zaprowadzono pokój".




Radość zwycięstwa była jednak krótkotrwała, bowiem wkrótce potem (ok. 1207 r. p.n.e.) na Egipt spadła okrutna inwazja nieznanych im Ludów Północy, która była zaledwie preludium tego, co spotkać miało Egipt prawie trzydzieści lat później. Niebezpieczeństwo pojawiło się tym razem na zachodniej granicy, gdzie tamtejsze plemiona Libijczyków - podporządkowane wcześniej Egiptowi i uważane przez nich za barbarzyńców lub w najlepszym przypadku płatnych najemników - sprzymierzyły się teraz z pewną grupą plemion, które w tym właśnie czasie pojawiły się na południowo-wschodnich wodach Morza Śródziemnego. Jakie to były plemiona? Hmm. Na pewno z ziem Tehenu uderzyli Szardanowie (lud Šardana), a za nimi poszli Lukka (zwani też potem Libu). Zjawiły się też na swych okrętach plemiona: Maszuasz (lud Mešweš), Akauasz (lud Aqi-waša), Szakalasz (lud Šekeleš) i Tursza (lud Turiša). Atak nastąpił jedynie ze strony lądu, czyli "Ludy Morza" musiały już wylądować i dalej prowadzić swe działania w przymierzu z bardzo przywiązanymi do ziemi plemionami Tehenu (Libii). Wiadomo też w którym kierunku postępował atak - ku południowi, a Egipcjanie zostali nim kompletnie zaskoczeni. Najeźdźcy niszczyli i palili na swej drodze wszystko co napotkali, a gdy dotarli do oazy Farafra, posłali emisariuszy na południe, do Nubii, aby i tam wzniecono bunt. Miesiąc czasu zajęła Egipcjanom pełna mobilizacja, a w tym czasie przybysze z Północy (ze swoimi hełmami przypominającymi czapki noszone jeszcze dziś przez naszych górali) stanęli już u wrót Delty. Miasta ogarnęła panika, bowiem słyszano o tym, co działo się w innych regionach, np. w Anatolii, która doszczętnie została spalona (jeszcze ok. 1210 r. p.n.e. faraon Merenptah posłał Hetytom statki wypełnione zbożem - na wieść iż wybuchła tam klęska głodu, o której pisałem w poprzedniej części - ale na niewiele się to zdało). Do bitwy doszło gdzieś w Delcie (nie wiadomo dokładnie gdzie, być może w rejonie Athribis, jako że stamtąd dość łatwo można było odciąć Deltę od reszty kraju, a ponoć najeźdźcy mieli swymi wojskami okrążyć dolinę Nilu).


CZY TE HEŁMY "LUDÓW MORZA" CZEGOŚ NAM NIE PRZYPOMINAJĄ?





W każdym razie bitwa, która się tam rozegrała, zatrzymała dalszy marsz Libijczyków i "Ludów Morza" na Egipt. Wedle przekazów egipskich polec miało wówczas ok. 6000 wojowników nieprzyjaciela a 9000 dostało się do niewoli. Nie wiadomo zaś jakie były straty Egipcjan. Wiadomo jednak coś innego - otóż najeźdźcy... wcale nie zostali pokonani i choć zatrzymano ich pochód na Egipt, to nie udało się ich całkowicie rozbić. "Za zgodą Merenptaha" przybysze osiedlili się wówczas w kraju Tehenu (czyli w Libii), a jeden z tych nowych słowiańskich ludów (Lukka/Libu) dał nazwę całej tej krainie, która to odtąd zwać się będzie... Libią (zaś w dwieście pięćdziesiąt lat później Libijczycy - spokrewnieni już ze słowiańskimi przybyszami z Północy - po raz pierwszy w swych dziejach potrafili najechać Egipt i narzucić mu swoją własną dynastię, ale była to już dynastia... słowiańska, dynastia niebieskookich władców o jasnych włosach - jak można przeczytać w egipskich źródłach, więc zapewne nie byli to lokalni mieszkańcy Libii, którzy niewiele różnili się od Egipcjan - ale o tym jeszcze opowiem). Wówczas pierwsza próba opanowania Egiptu nie powiodła się "białym jak śnieg" najeźdźcom, ale teraz Egipt oczekiwał na kolejny, znacznie groźniejszy najazd.


CDN.

20 grudnia 2025

PRZEDZIWNE WYDARZENIA ROKU PAŃSKIEGO 1461

CO SIĘ WYDARZYŁO W KRAKOWIE?





PLAN KRAKOWA
XV wiek



Rok 1461 nie należał do najspokojniejszych. Już bowiem od siedmiu lat toczyła się (prowadzona ze zmiennym szczęściem) krwawa wojna z Zakonem Krzyżackim. Zakon (czyli Zakon Szpitala Najświętszej Maryi Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie) został sprowadzony na ziemie polskie (a konkretnie na tereny zamieszkane przez pogańskie plemiona Prusów i Jaćwięgów, którzy należeli do grupy ludów bałtyjskich) w roku 1226. Sam Zakon rycerski powstał w Jerozolimie w roku 1198 i składał się z niemieckich rycerzy, którzy przybyli do Palestyny wraz z cesarzem Fryderykiem I Barbarossą w czasie III wyprawy krzyżowej (1189-1192). Brali oni później udział w zwycięskiej dla krzyżowców obronie przed muzułmanami - Akki. Co prawda niemieccy rycerze, którzy pozostali w Palestynie po zakończeniu krucjaty (i ci, którzy przybyli później) założyli zakon rycerski dopiero z końcem XII wieku, ale już od 1127 r. działał w Jerozolimie szpital (czy raczej hospicjum) zakonników niemieckich (nie będących rycerzami), który właśnie nosił tę samą nazwę - Szpital Najświętszej Maryi Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie. Niemieckie hospicjum przestało istnieć po zdobyciu Jerozolimy przez egipskie wojska sułtana Saladyna w 1187 r. 

Swoją drogą powstanie niemieckiego zakonu rycerskiego w Jerozolimie po zakończeniu III krucjaty, było spowodowane... niechęcią innych krzyżowców-szpitalników (Francuzów i Anglików) do przyjmowania do swego grona niemieckich rycerzy. Ci, pozbawieni opieki lekarskiej (dzięki pieniądzom przysłanym przez mieszczan Bremy i Lubeki), założyli więc sobie w 1190 r. własny mały szpitalik, który był zlokalizowany pod... kadłubem uszkodzonego okrętu, wyciągniętego na ląd). Szpital rozwinął się po roku 1191, a pierwszym jego przełożonym został kapelan Konrad z Moguncji. W 1198 r. zapowiedziano kolejną krucjatę (do której jednak nie doszło), co spowodowało zwiększony napływ rycerstwa zachodnioeuropejskiego (również z Niemiec) do Palestyny. Dzięki protekcji (wówczas już) arcybiskupa Konrada z Moguncji, zgodę na powstanie kolejnego zakonu rycerskiego wydali wielcy mistrzowie już wówczas istniejących zakonów - Templariuszy i Joannitów, a pierwszym wielkim mistrzem krzyżackim został, pochodzący z możnego rodu von Bassenheimów z Nadrenii - Henryk Walpot. W Zakonie obowiązywały bardzo surowe obyczaje, a rycerzowi krzyżackiemu nie wolno było rozmawiać z kobietami (szczególnie młodymi), nie mógł nawet pocałować własnej matki i musiał przestrzegać skrupulatnie wyznaczonych modlitw i spowiedzi. 




Dzięki staraniom przedsiębiorczego Hermanna von Salzy (czwartego wielkiego mistrza Zakonu Krzyżackiego w latach 1210-1239), który pragnął uczynić z Zakonu finansową potęgę na wzór Zakonu Templariuszy we Francji (którzy zgromadzili ogromne bogactwa i ziemskie przydziały - lenna - pełnili też najróżniejsze funkcje związane z finansami i bankowością). W 1211 r. udało mu się uzyskać od króla Węgier - Andrzeja II, niewielki przydział ziemski w Siedmiogrodzie (w ziemi Burza) nad Dunajem. Węgierski władca chciał tym samym zabezpieczyć sobie południową granicę przed atakami Połowców. Od 1212 r. niemieccy rycerze-zakonnicy zaczęli opuszczać Akkę i przenosić się do swego nowego lenna (oczywiście nie wszyscy się przenieśli, część pozostała w Akce i wraz z Templariuszami dalej walczyła z muzułmanami). W latach 1217-1218 Salza bezprawnie zajął (podczas nieobecności w kraju króla Andrzeja II, który brał udział w V krucjacie) kilka nowych zamków i ziem, ale po powrocie do kraju w 1222 r. król Andrzej pozwolił im je zatrzymać. Miarka się jednak przebrała w 1224 r. gdy Hermann von Salza uzyskał od papieża - Honoriusza III, zgodę na objęcie w wieczyste posiadanie przez Zakon ziemi Burza, jako - "Ojcowizny św. Piotra". Król Węgier nie mógł się na to zgodzić, więc w 1225 r. wkroczył zbrojnie do posiadłości Krzyżaków, opanował ich zamki, spustoszył ziemie i wypędził ich ze swego kraju. 




Uzyskali oni schronienie w rejonie Styrii (planowano też powrót do Akki), lecz (za namową Salzy) 26 marca 1226 r. w Rimini, papież Honoriusz III przyznał w lenno Zakonowi Krzyżackiemu ziemię chełmińską, oraz całe Prusy (które dopiero należało zdobyć). Nie jest więc prawdą, że to książę mazowiecki - Konrad I, sprowadził Krzyżaków do Polski. Do Polski sprowadził ich papież Honoriusz III na prośbę wielkiego mistrza Zakonu Krzyżackiego Hermanna von Salzy. Pierwsi niemieccy rycerze-zakonnicy pojawili się w ziemi dobrzyńskiej dopiero w 1228 r. (ów rekonesans stanowiło wówczas zaledwie... trzech rycerzy krzyżackich, ale w kolejnych miesiącach i latach przybyło ich znacznie więcej) W 1230 r. sfałszowali dokument Konrada I (Falsyfikat Kruszwicki), który miał im przyznawać ziemię chełmińską w wieczyste posiadanie, co jednak spowodowało że kolejny papież Grzegorz IX przyznał im te tereny "w wieczyste posiadanie" w roku 1234. Rok później te nadania oficjalnie w swej bulli potwierdził cesarz rzymsko-niemiecki - Fryderyk II (potem antydatowano ten dokument na 1226 r.). I tak oto Krzyżacy znaleźli się na polskiej ziemi. Po ostatecznym podboju plemion pruskich do 1273 r. państwo Zakonu stawało się z roku na rok coraz potężniejsze.




Po raz pierwszy Krzyżacy wystąpili zbrojnie przeciwko (wówczas dopiero scalanej po długim okresie rozbicia dzielnicowego) Polsce w 1309 r. zajmując Pomorze Gdańskie, zdobywając Gdańsk i mordując całą tamtejszą polską załogę. Kolejna wojna (1330-1331) też nie przyniosła żadnego pozytywnego rozstrzygnięcia w kwestii Pomorza, a Zakon wciąż stawał się coraz potężniejszy. W 1343 r. król Kazimierz III Wielki podpisał ostatecznie z Krzyżakami pokój w Kaliszu (po długoletnim okresie sporów sądowych przed papieżem o zwrot Pomorza Gdańskiego), w którym król zrzekał się Pomorza (zachowując jednak tytuł władcy tej ziemi), który to przetrwał aż do 1409 r. Czas ten został wykorzystany na wewnętrzne scalenie kraju i jego gruntowną przebudowę oraz modernizację pod prawie każdym względem. Reformy króla Kazimierza Wielkiego (panował w latach 1333-1370), pozwoliły zakończyć decydującym zwycięstwem Wielką Wojnę z Zakonem Krzyżackim, toczoną w latach 1409-1411. W jej wyniku miały miejsce dwie wielkie bitwy, stoczone w 1410 r. - pod Grunwaldem (jest uznawana za największą bitwę średniowiecza), oraz pod Koronowem. Obie zakończyły się całkowitym zwycięstwem polskiego rycerstwa i zdruzgotaniem potęgi Zakonu (oraz wspierających Zakon rycerzy z Europy Zachodniej). Od roku 1410 Zakon będzie już tylko słabnął, zaś Królestwo Polskie będzie już tylko rosło do przyszłej potęgi. Zwycięska wojna nie spowodowała jednak odzyskania Pomorza Gdańskiego (stanie się to dopiero w 1466 r.), mimo to pozwoliła usadowić Polskę wśród największych mocarstw tamtej epoki.






Potem dochodziło jeszcze do kolejnych wojen (1414 - wojna głodowa, gdy Krzyżacy pozamykali się w zamkach i unikali jakiejkolwiek zbrojnej konfrontacji z polskim rycerstwem, 1422 - zwycięstwo Polski, 1431-1435 - zwycięstwo Polski, Wojna Trzynastoletnia 1454-1466 - zakończona wielkim zwycięstwem Królestwa Polskiego, odzyskaniem Pomorza Gdańskiego i uczynieniem z Zakonu polskiego lenna. Doszło jeszcze do dwóch wojen, w wyniku których Zakon próbował zrzucić polską zwierzchność - 1478-1479 i 1519-1521 - obie zakończone całkowitą klęską i rozwiązaniem Zakonu (tylko w samych Prusach, gdyż odnoga zakonu w Rzeszy istnieje do dzisiaj), oraz sekularyzacją całego państwa w 1525 r. W tymże roku ostatni wielki mistrz - Albrecht Hohenzollern, złożył na krakowskim rynku oficjalny (ponawiany przez jego następców) hołd polskiemu królowi - Zygmuntowi I Jagiellończykowi. Od tej chwili (za zgodą polskiego monarchy) stawał się świeckim księciem i otrzymywał prawo przekazania swego państwa w spadku swoim potomkom (oczywiście każdy z nich musiał odnowić w Krakowie, czy potem już w Warszawie - hołd lenny). Potem (1618 r.), również za zgodą polskiego monarchy władzę nad Prusami otrzymali również Hohenzollernowie z Brandenburgii. W 1701 r. kolejny brandenburski elektor - Fryderyk I Hohenzollern koronował się w Królewcu na pierwszego "króla w Prusiech". Odtąd Brandenburczyków zaczęto nazywać Prusakami, a potem po zwycięskich wojnach z Austrią (1866 r.) i Francją (1870-1871 r.) zjednoczą oni całe Niemcy pod nazwą II Rzeszy. Tak oto Prusacy, dawni polscy lennicy, staną się twórcami zjednoczonego niemieckiego państwa.

 
HOŁD PRUSKI
1525 r.





No ale teraz (po dość przydługim przedstawieniu procesu wojen polsko-krzyżackich, a jednocześnie całkowitym pominięciu działań wojennych, toczonych podczas Wojny Trzynastoletniej - lecz pozwolę sobie to już pominąć, bowiem zajęłoby zbyt wiele czasu) przechodzę bezpośrednio do tematu. Cóż takiego wydarzyło się w Krakowie, w roku 1461? Otóż dnia 16 lipca tego roku, do warsztatu krakowskiego płatnerza Klemensa wkroczył Andrzej Tęczyński, rycerz, wielki pan, człowiek służący specjalnym poruczeniom i pełniący ważne misje przy królu Kazimierzu IV Jagiellończyku. Tęczyński przyszedł odebrać zbroję, którą pozostawił w warsztacie dla oczyszczenia. Długosz podaje, że mistrz Klemens nie wywiązał się z zadania należycie i zbroi po prostu nie oczyścił. Krakowskie zaś akta miejskie mówią coś innego. To mianowicie, że za usługę mistrz policzył sobie dwa floreny, co było - przy wahających się w tych wysokościach cenach zbroi - jakimś absurdem, jeśli wręcz nie prowokacją. Tęczyński zadeklarował chęć wypłacenia płatnerzowi 10 groszy za usługę, na co ten się nie zgodził, zaś niezgodę swoją wyraził słowami szyderczymi i obraźliwymi, bo już w następnej chwili Andrzej Tęczyński uderzył go w twarz. Nie było to zachowanie zwyczajne i trudno było szukać dla niego precedensu, ale to, co stało się później, było jeszcze bardziej dziwaczne, niezrozumiałe i... potworne. 

Najpierw jednak należy wyjaśnić kim właściwie był ów rycerz, pan Andrzej Tęczyński? Urodził się w 1412 r. Brał udział w działaniach zbrojnych Wojny Trzynastoletniej, zaś ostatnią jego sławną misją w czasie tej wojny, było negocjowanie warunków opuszczenia zamku malborskiego przez załogę czeską w 1457 r. i poddanie tej stolicy Zakonu Krzyżackiego Polakom. Jednak za poddanie twierdzy Czesi zażądali monstrualnej sumy - 436 tysięcy dukatów. Skarb zapłacił połowę. Połowę, czyli 218 tysięcy, a to daje dwa razy więcej niż roczny dochód skarbu Brandenburgii i więcej niż połowa rocznego dochodu wielkich i bogatych Węgier. Była to jednak tylko połowa haraczu. Kto zapłacił drugą połowę? Miasta pruskie. Ktoś jednak musiał zebrać te aktywa w jednym miejscu, policzyć, pokwitować odbiór, wziąć odpowiedzialność na swoje barki i z całym tym bogactwem ruszyć za mury miasta, żeby porozumieć się z Czechami. Nie było to ani proste, ani bezpieczne, człowiek taki musiał mieć jakąś płaszczyznę porozumienia z tymi ludźmi, którzy byli po prostu zgrają uzbrojonych i dobrze wyszkolonych bandytów, wymachujących, prócz włóczni, dodatkowo swoją doktryną religijną (byli bowiem husytami), wielce dla części społeczeństwa średniowiecznego atrakcyjną, bo obiecującą nie tylko łatwy zysk, ale jeszcze przygody i wesołe życie w ciągle zmieniających się okolicznościach. W końcu Czesi wynajmowali się do walki w różnych krajach, dużo podróżowali, co zapewne podnosiło atrakcyjność ich oferty.




Żeby się z nimi porozumieć, trzeba było mieć podobne doświadczenia i podobne spojrzenie na życie, ale trzeba było także być lojalnym wobec króla i państwa. I takim człowiekiem właśnie był Andrzej Tęczyński. Miał on za sobą pewne doświadczenia, które stawiały go wobec Czechów w świetle dosyć korzystnym i mogły budzić ich zaufanie - był bowiem pan Andrzej dawnymi laty członkiem konfederacji Spytka z Melsztyna, czyli należał po prostu do tak zwanych polskich husytów. Jak się z tego wykręcił po klęsce zadanej przez biskupa Oleśnickiego wojskom Spytka nad Nidą (maj 1439 r.), nie wiadomo. Jagiellonowie nie lubili Oleśnickiego, ale lubił go papież. Gwarantował on bowiem, że kraj pozostanie przy katolicyzmie i nie popadnie w herezję. Oleśnicki gwarantował także że magnateria będzie wierna Kościołowi nawet wtedy, kiedy król pobłądzi i zacznie skręcać w kierunku jakichś dziwnych doktryn. Tęczyński zaś popierał tę opcję jako magnat i jako katolik. Nie oznaczało to bynajmniej zdrady wobec króla, chciał Andrzej Tęczyński jedynie tego, by biskupem krakowskim został bratanek jego dotychczasowego protektora - Zbigniewa Oleśnickiego.

Tak więc, podsumowując - Tęczyński, zwolennik biskupa Oleśnickiego, człowiek mający za sobą dość poważną misję, popierający papieskiego kandydata na biskupstwo krakowskie, idzie odebrać od płatnerza Klemensa zbroję, którą zostawił tam dla oczyszczenia. Jednak ów płatnerz żąda za usługę ogromnej sumy dwóch florenów. Tęczyński odmawia, płatnerz nie daje za wygraną. Od słowa do słowa dochodzi do awantury. Poważnej awantury, bo czynne znieważenie męża nie było wówczas błahostką. Tęczyński policzkuje Klemensa i wychodzi z warsztatu. Jest jednak świadom tego, co zrobił, bo nie idzie wcale do karczmy, żeby tam z przyjaciółmi spędzić wieczór przy kufelku i poszydzić sobie trochę z owego bezczelnego człeka, ale zmierza wprost do ratusza, żeby złożyć w tej sprawie zeznanie przed rajcami, zanim zrobi to płatnerz Klemens. To ważny i wielce wymowny szczegół. Magnat, pan z panów, dokonawszy czynu niegodnego, idzie wprost do rady miasta, żeby złożyć zeznania i skargę na mieszczanina oraz szukać tam sprawiedliwości. Po złożeniu zeznań Andrzej Tęczyński wychodzi z ratusza i idzie na ulicę Bracką do kamienicy, w której wynajmował mieszkanie wraz ze swoim synem Janem. Kamienica ta należy do rajcy miejskiego Mikołaja Kridlara. W tym samym domu mieszka także inny członek rady miasta - Walter Kesling.

"Nieszczęśliwym trafem" - jak pisze Stanisław Waltoś w "Pitavalu krakowskim" - obok kamienicy przy Brackiej przechodził akurat płatnerz Klemens prowadzony do ratusza na przesłuchanie przez miejskiego pachołka. Zobaczył Tęczyńskiego i zawołał: "Panie, pobiłeś mnie i dałeś mi policzek sromotnie w moim własnym domu, ale nie będziesz mnie już więcej bił". Jeśli tak rzeczywiście było, to zauważcie że prawo w Polsce traktowano całkiem serio i dotyczyło to wszystkich stanów, ze szlacheckim na czele. Jeden policzek wymierzony w czasie sprzeczki i Tęczyński, brat kasztelana krakowskiego, pędzi do ratusza, by się tam tłumaczyć ze swojego temperamentu. Natomiast płatnerz Klemens, płacący jeden tylko podatek - szos - w wysokości 2 groszy od grzywny dochodu, podchodzi do całej sprawy raczej bezstresowo - Długosz twierdzi, że nie dość, że wdał się w ponowną kłótnię z Tęczyńskim, będąc pewnym swojej racji, to jeszcze groził, że "lepiej mu zapłaci". Czyli groził Tęczyńskiemu w obecności świadków. Andrzej Tęczyński wówczas już nie wytrzymał nerwowo i rzucił się na Klemensa, pobiwszy go dotkliwie. Pomagał mu przy tym syn Jan i wierna służba. Pachołkowie miejscy, którzy przyglądali się całej scenie nie interweniując, odnieśli pobitego Klemensa do domu. Nie zeznawał on tego dnia w ratuszu. Ciekawe okazały się natomiast reakcje dwóch rajców, którzy mieszkali w tym samym co Tęczyński domu. Pobiegli oni natychmiast do rady opowiedzieć co się wydarzyło. Opowiedzieć o tym, że magnat pobił płatnerza po raz drugi.

 


Tymczasem bardzo szybko z ratusza cała sprawa przedostała się na miasto. W mieście zaczynają bić dzwony, a na rynku gromadzą się spore grupki mieszczan których powiadomiono o zajściu. Te grupki są bardzo agresywne i uzbrojone w noże, widły, oraz inne niebezpieczne narzędzia. Niestety nie znamy imion i nazwisk tych, którzy gromadzili się tamtego lipcowego wieczora z bronią w ręku na krakowskim rynku, nie wiemy też, czy byli to rzeczywiście mieszczanie, a jeśli tak, to z jakiego miasta pochodzili. Czy z Krakowa? Czy może z jakiegoś innego, nawet bardzo odległego, na przykład... z Wrocławia, który w tamtych czasach mocno z Krakowem konkurował. Ot, po prostu tłum zaczął gromadzić się na rynku, słysząc dźwięk dzwonów. Uzbrojony tłum. Tymczasem rada miejska próbowała jeszcze zapobiec ewentualnym ekscesom i załagodzić konflikt. Delegacja rady udała się więc na zamek królewski ze skargą na postępek Tęczyńskiego. Rajcy krakowscy: Kridlar, u którego Tęczyński mieszkał z synem i służbą, któremu płacił komorne i u którego zostawił dobytek i rozmaite dobro oraz Kesling, widząc, jak płatnerz Klemens prowokuje ich gościa, a wcześniej słysząc jak cała sprawa się przedstawiała, idą wraz z innymi rajcami do królowej - Elżbiety Rakuszanki (małżonki króla Kazimierza Jagiellończyka, który stał wówczas obozem pod Inowrocławiem i szykował się do kolejnej ofensywy na Krzyżaków) żeby tam się poskarżyć na tegoż właśnie Tęczyńskiego. Wcześniej zaś każą zamknąć bramy miasta, żeby Andrzej Tęczyński ani nikt z jego ludzi nie uciekł z Krakowa przed zwołanym dzwonami uzbrojonym tłumem. Postępowanie królowej Elżbiety świadczyć może o tym, że miała ona pełną świadomość tego, co się odbywa w mieście i jak poważne sprawy przychodzi jej rozpatrywać.




Ta 24-letnia, młoda królowa (która jednak nie odznaczała się zbytnią urodą, przez co czasem zwana jest przez historyków "brzydką królową") została sama, musząc teraz kierować zarówno sprawami kraju jak i miasta. Stała przed dużym dylematem, bowiem musiała teraz rozsądzić spór pomiędzy człowiekiem nieprzychylnym, ale potrzebnym jej mężowi oraz kierowaną przez nieznane jej osoby, zdecydowaną na wiele mafią, która również była potrzebna jej mężowi i jej rodzinie. Po wysłuchaniu skarg, królowa zarządziła co następuje - w mieście ma być spokój, a strona, która go zakłóci, musi zapłacić stronie przeciwnej 80 tysięcy grzywien srebra (grzywna krakowska zaś to 48 groszy praskich). Tyle zdecydowała królowa na początek, deklarując, że sprawę całą rozsądzi nazajutrz. Kazała również wezwać Tęczyńskiego na Wawel (uczyniła to ponoć na prośbę panów rady). Na ulicach wciąż gromadziło się coraz więcej uzbrojonych ludzi, którzy - jak podają "Monumenta Poloniae historica" wołali do rajców: "oto patrzcie jaki gwałt popełniono, tyle razy skarżyliśmy się na nasze krzywdy, a nigdy nie staraliście się nas obronić". Niesamowite - prawda? Oto bowiem rzemieślnik, świadomy tego z całą pewnością że znacznie zawyża cenę za usługę płatnerską - po co to robi? Przecież albo musiał się wcześniej z Tęczyńskim na jakieś pieniądze umówić, albo też obaj znali ceny usług płatnerskich i wiedzieli jakie będą rozliczenia. Płatnerz jednak (najprawdopodobniej, gdyż inaczej szlachcic nie uderzył by go w twarz) obraża jakimś słowem Tęczyńskiego, a ten go policzkuje. Sprawca chce się oddać sprawiedliwości i złożyć zeznania. Znów dochodzi jednak do konfliktu z płatnerzem (Klemens musiał prowokować Tęczyńskiego świadomie - ciekawe komu służył?) w czasie którego ten zostaje dotkliwie pobity przez Andrzeja Tęczyńskiego i jego ludzi.

Na ulicach pośpiesznie (nie wiadomo przez kogo zwołany) pojawia się uzbrojony tłum, który za nic ma prawo i obecność w mieście królowej. Tłum ten uaktywnia się w chwili, kiedy rajcy ustalają z królową że Tęczyński ma iść przez całe miasto wprost do zamku i wytłumaczyć się przed jej majestatem. Długosz zaprzecza legendom, jakoby rajcy miejscy próbowali opanować nastroje tłumu, a to oznacza, że pozwalali na ich podsycanie znajdującym się w tłumie prowokatorom. Andrzej Tęczyński - nie byle kto, brat kasztelana krakowskiego i pan wielu zamków - jest teraz w poważnym kłopocie. Doskonale zdaje sobie bowiem sprawę z tego, że cała sytuacja przybiera charakter zemsty. Nie wie tylko za co jest ta zemsta i kto za nią stoi. Jedyne co może zrobić, to zabarykadować się w kamienicy Kridlara wraz z synem i służbą. Widać już bowiem gołym okiem, że miasto za nic ma decyzję królowej o wpłaceniu wadium za zakłócanie spokoju, że 80 tysięcy grzywien srebra nie robi na mieszczanach wrażenia. Sprawa ta zaczyna się coraz bardziej klarować i niewątpliwie chodzi o to, by Tęczyńskiego... zabić. Andrzej Tęczyński ani myśli wychodzić na miasto. Wie, że jest w pułapce, którą zastawili Kridlar i Kesling. Wie, że żądanie, by stawił się na Wawelu, to prowokacja, mająca skłonić go do opuszczenia domu. Jeśli to zrobi, jeśli wyjdzie na ulicę, nic go nie uratuje. Zabiją go na pewno, a z nim jego syna Jana i całą służbę.

Nie pomoże mu ani brat, kasztelan krakowski, ani też inni możni panowie (większość z nich bowiem jest teraz w obozie królewskim pod Inowrocławiem). Chce się bronić. Razem z nim w kamienicy Kridlara zamknięci zostali: Spytko z Melsztyna, syn zabitego pod Grotnikami (1439 r.) polskiego husyty, Mikołaj Secygniewski, syn Jan zwany Rabsztyńskim, kilku przyjaciół oraz służba. Wszyscy otoczeni to wielcy panowie piastujący poważne funkcje. Spytko jest kasztelanem zawichojskim, Secygniewski to dworzanin króla, postać wówczas powszechnie znana. Nie ma to jednak żadnego znaczenia. Są otoczeni w kamienicy przy ulicy Brackiej przez wrogi i uzbrojony tłum. Tymczasem królowa znajduje się na Wawelu i oczekuje na przybycie Tęczyńskiego. Nie ma jednak szans na to, by spełnić jej żądanie. I wszyscy o tym wiedzą (ciekawe czy wie o tym również i sama królowa?). Kiedy sytuacja robi się naprawdę groźna, Tęczyński podejmuje decyzję o ucieczce. Przedostaje się wraz z towarzyszącymi mu osobami do pobliskiego kościoła Franciszkanów, który otoczony jest ogrodem przylegającym do terenów zamkowych. Chce w tajemnicy dostać się do królowej. Tłum tymczasem przeszukuje pustą już kamienicę Kridlara. Wkrótce jednak cała sprawa się wydaje i wśród tłumu słychać okrzyki: "Tęczyński jest u Franciszkanów". Tęczyński próbuje teraz schronić się na wieży kościoła Franciszkanów. Wie jednak że wieża to pułapka, schodzi więc po schodach żeby poszukać lepszej kryjówki. Tłum jest już w kościele. Tęczyński przywołuje wówczas po cichu kręcącego się w pobliżu Jana Dojzwona pochodzącego z Warszawy i prosi go o ratunek. Oferuje mu nawet 200 złotych (sumę na owe czasy ogromną), ale ten (obawiając się prawdopodobnie również o własne życie), odrzuca propozycję i krzyczy do tłumu: "Pan Andrzej zdaje się na waszą łaskę i prosi was o bezpieczne przejście, bo chce się stawić przed urzędem radzieckim na ratuszu" - jak opisuje całe wydarzenie Długosz.




Mamy więc sytuację kuriozalną. Oto bowiem w zakrystii siedzi przerażony Tęczyński, w kościele kłębi się tłum z nożami i kordami w rękach, a koło ołtarza kręci się osobnik nazwiskiem Jan Dojzwon, który w dodatku pochodzi z Warszawy. Ta zaś leży na Mazowszu. Do dziś nie wiadomo kim był ten człowiek. Wiadomo natomiast, że Spytko z Melsztyna był także kasztelanem wiskim, Wizna zaś była grodem na Mazowszu broniącym tegoż Mazowsza od strony Prus (a jeszcze wcześniej od strony pogańskiej Litwy). Wizna leżała również na ważnym szlaku handlowym prowadzącym z Krakowa przez Warszawę do Wilna, miała sporo przywilejów i do Warszawy było stąd stosunkowo niedaleko. Sprawa teraz się coraz bardziej gmatwa i wychodzi z niej prawdziwa teoria spiskowa. Skąd mianowicie Jan Dojzwon znalazł się akurat tego dnia, o tym czasie w kościele Franciszkanów w Krakowie, nie wchodził bowiem w skład rozjuszonego tłumu. Dziwne - prawda? Ale przejdźmy dalej, aby nie ujawniać zakończenia tej przedziwnej i poplątanej historii zbyt wcześnie. Po słowach Dojzwona, mających (przynajmniej w powszechnym założeniu) uspokoić emocje, tłum w jeszcze większym gniewie rzuca się na przerażonego Tęczyńskiego. 




Pierwszy cios dosięgnął Tęczyńskiego na progu zakrystii (nie wiadomo czym go zadano, ale na pewno było to narzędzie bardzo specjalistyczne i człowiek który zadał ów cios musiał być nie lada mistrzem w posługiwaniu się tym sprzętem). Tęczyński został po prostu... oskalpowany - za jednym zamachem. Oddajmy głos Janowi Długoszowi: "Głowa długo opierająca się zabójczym ciosom pękła i mózg z niej wytrysnął. Pastwił się lud jeszcze nad ciałem zabitego, wlokąc je z kościoła aż do ratusza kanałem ulicznym, w błocie uwalane, a od miejsca do miejsca skłute i skrwawione, z obszarpaną brodą i głową obdartą. Przez dwa dni leżało potem na ratuszu, a dopiero trzeciego dnia przeniesiono je do kościoła św. Wojciecha, a czwartego oddano przyjaciołom, którzy je pochowali w Wielkim Książu". Ciekawy jest natomiast los pozostałych towarzyszy Tęczyńskiego, którzy razem z nim zamknęli się w wieży przed rozszalałym tłumem. Syn zabitego - Jan, korzystając z chwilowej nieuwagi tłumu uciekł z wieży i schronił się w... piecu chlebowym, który stał w mieszkaniu nieznanej z nazwiska wdowy. Stamtąd zaś poprzez dom Długosza i ulicę Kanoniczą przedostał się za mury miasta. Reszta, jak podaje Długosz, broniła się w wieży do nocy i cały następny dzień. Potem Secygniewski i Melsztyński dostali od mieszczan gwarancję osobistego bezpieczeństwa i zostali odprowadzeni do ratusza, gdzie - jak pisze Długosz pojednali się z rajcami i zostali wypuszczeni na wolność. 

Dlaczego jednak Andrzej Tęczyński - rycerz, człowiek miecza, dla którego nie stanowi problemu wyrżnięcie w pysk oszukującego go jawnie rzemieślnika, zamiast dobyć miecza i drogo sprzedać swoje życie, ucieka przed tłumem. Dlaczego? Otóż dlatego, że wierzy on w sprawiedliwość królewską i opamiętanie mieszczan. Jest bowiem człowiekiem króla, który zlecał mu różne ważne misje. Nie wierzy w to, że coś złego może mu się stać w grodzie królewskim, pod ochroną i opieką królowej. Nie zabija też nikogo, nikogo nawet nie rani. Nie robi nic, co mogłoby pogorszyć jego sytuację w czasie ewentualnego, przyszłego procesu przed królem. I to go właśnie gubi. Lecz król (co pomijają historycy - w tym Jan Długosz) - Kazimierz IV Jagiellończyk, jest człowiekiem skrytym i nieufnym. Potrafi on nieoficjalnie realizować i inicjować najróżniejsze potajemne machinacje (to w rodzie Jagiellonów było przekazywane z pokolenia na pokolenie, wystarczy bowiem poczytać sobie jak jego ojciec - król Władysław II Jagiełło - panujący w latach 1386-1434 - rozgrywał biskupa Oleśnickiego i inne frakcje na swoim dworze. Polityka (zarówno ta krajowa, jak i europejska) wymagały pewnej elastyczności, a przede wszystkim zmysłu politycznego aby rozgrywać (zwyciężyć) przeciwnika bez walki. I tak właśnie się stało w tym przypadku - dawna rozprawa z Melsztyńskim, której dokonali Oleśnicki i Tęczyński (1439 r.), była korzystna zarówno dla państwa jak i dla Kościoła. Potem jednak przyszedł czas zmian.


STARY JUŻ KRÓL WŁADYSŁAW JAGIEŁŁO I BISKUP ZBIGNIEW OLEŚNICKI 



Król Władysław III Warneńczyk (starszy brat Kazimierza IV i syn Władysława Jagiełły, panujący w latach 1434-1444), przywrócił rodzinę Melsztyńskich do czci i zwrócił im dobra. Kazimierz Jagiellończyk (panował w latach 1447-1492, po trzyletnim bezkrólewiu, spowodowanym śmiercią - choć nie znaleziono jego ciała - i oczekiwaniem na ewentualny powrót Władysława Warneńczyka po bitwie z Turkami Osmańskimi pod Warną w 1444 r. Niektórzy mówili potem że widziano go w Portugalii, na Maderze, oraz że... był prawdziwym ojcem Krzysztofa Kolumba - odkrywcy Ameryki) wprost poparł jego stronników, a także uczynił coś, co można by nazwać opcją czeską (problemy pierwszych lat panowania króla Kazimierza są dość ciekawe i warte opisania w oddzielnym temacie). Było mu to potrzebne z początku do ustawienia właściwych relacji z bandami czeskich najemników wynajmowanych przez Krzyżakom, a potem, już po śmierci Andrzeja Tęczyńskiego, do osadzenia na tronie w Pradze swego najstarszego syna - Władysława Jagiellończyka, który został królem Czech w 1471 r. (panował do 1516 r.). Władysław w 1490 r. został również królem Węgier i tak w rękach dynastii Jagiellonów (najpotężniejszej wówczas dynastii w Europie) znalazły się ogromne tereny począwszy od rogatek Moskwy na wschodzie, a skończywszy na Łabie na zachodzie, Dunaju na południu i Dźwinie na północy. Innymi słowy Dynastia Jagiellonów panowała w Polsce, na Litwie, w Rusi, na Węgrzech i w Czechach. Pod władzą tej dynastii był Zakon Krzyżacki (uzależniony od Polski), Hospodarstwo Mołdawskie (uzależnione od Polski), Inflanty - niemiecki Zakon Kawalerów Mieczowych (uzależniony od Polski), oraz Księstwa Wierzchowskie i Dzikie Pola (uzależnione od Litwy). 




Tak więc z całą pewnością to sam król stał za zamachem na życie Andrzeja Tęczyńskiego, gdyż było ceną, jaką wyznaczyli Melsztyńscy za włączenie się w program królewski? Nie jedyną zapewne, jeśli dodamy do tego dobra sieniawskie i kasztelanię wiską. Innymi słowy król początkowo postawił na Tęczyńskiego i to on właśnie negocjował z Czechami opuszczenie Malborka. Potem król połapał się już jak sprawy wyglądają i posłał kogoś do Melsztyńskich na rozmowy. Oni zaś, mając świadomość palących potrzeb, postawili warunki nie dość że twarde, to jeszcze trudne do realizacji. Udało się jednak. Płatnerz Klemens, Jan Dojzwon, rajcy krakowscy i sam Melsztyński nie zawiedli (wszyscy byli wtajemniczeni w ów spisek lub po prostu przekupieni). Tęczyński zginął, a jego ciało dwa dni leżało sprofanowane na ratuszu, w mieście, w którym kasztelanem był jego rodzony brat. W mieście, w którym rezydowała królowa, mająca moc rozsądzania takich sporów. To był prawdziwy skandal i należało od tego skandalu koniecznie odwrócić uwagę. Uczyniono to z niesłychanym wprost hukiem. Zanim jednak doszło do procesu i wyroków skazujących, należy powiedzieć co się stało z niektórymi pomniejszymi bohaterami tego dramatu. 

Otóż płatnerz Klemens uciekł do Wrocławia (ciekawe - prawda?). Tam jednak miejscowa rada - mająca bez przerwy na pieńku z Krakowem, Polską, królem i kupcami z Polski, kazała mu się wynosić. Pojechał więc do Żagania i tam w niedługim czasie umarł na coś, co Długosz określa bólem i dusznościami w piersiach. Mieszkaniec Warszawy nazwiskiem Dojzwon zniknął z miasta, a jego publiczny występ przed ołtarzem w kościele Franciszkanów, kiedy to wzywał uzbrojonych Stanów by przepuścili Tęczyńskiego na Wawel (a tak naprawdę aby go uśmiercili), był ostatnim znakiem życia, jaki przekazał. Nikt więcej o nim nie słyszał. Mikołaj Kridlar, któremu jako jednemu z pierwszych opowiedział Tęczyński o swojej niefortunnej przygodzie, wyniósł się wprost na zamek Melsztyńskich, gdzie żył w dostatku do końca swych dni. Król dowiedział się o śmierci Tęczyńskiego około 20 sierpnia. Stał wtedy obozem pod wsią Kamień na Pomorzu. Nie wiadomo jak zareagował. Nie wiadomo też czy uśmiechnął się, czy skrzywił, czy pokiwał głową w zadumie. Wiadomo zaś, że szlachta ziemi krakowskiej i sandomierskiej, która poczuwała się do solidarności ze zmarłym i jego rodziną, chciała natychmiast porzucić obóz i całą krzyżacką kampanię i ruszać do Krakowa celem zemsty na rajcach. To jest już jednak zupełnie inna historia.



19 grudnia 2025

POLSKA IDEA IMPERIALNA - Cz. I

BROSZURA WYDANA w 1938 r.
POD EGIDĄ "POLITYKI"




Jej autorami byli Adolf Maria Bocheński - pisarz i publicysta,jeden z najświetniejszych umysłów Międzywojnia (opracował zagadnienia polityki zagranicznej), Aleksander Bocheński, Stanisław Skwarczyński i Kazimierz Studentowicz. Broszura pod nazwą "Polska idea imperialna", wydana we wrześniu 1938 r., obejmowała szereg zagadnień związanych z polityką międzynarodową, polityką rolną, kwestią mniejszości narodowych oraz kwestiami związanymi z wyborem najlepszego ustroju politycznego dla Polski. Szczególnie ciekawe są też zagadnienia Adolfa Bocheńskiego, odnośnie polityki jaką powinna uprawiać Polska w stosunku do Berlina i Moskwy. Tytuł owej broszury nawiązuje do koncepcji mocarstwowych, do których dążyły elity tamtej Polski, a to oznacza że będzie również odniesienie do kolonii jakie Polska w tamtym czasie chciała zdobyć w (Afryce lub Ameryce Południowej). Oczywiście koncepcja Polski mocarstwowej była tematem dość złożonym i opierała się na kilku filarach. Jednym z nich była wizja federacyjna Józefa Piłsudskiego z lat 1919-1920 która upadła wraz z podpisaniem pokoju z Sowietami w Rydze w marcu 1921 r. Drugim filarem była koncepcja Międzymorza, czyli związku państw Europy Środkowej zjednoczonych pod polskim przewodem (jednak na zasadzie "Primus inter pares") w celu wspierania wspólnych interesów tej części Europy. Trzecim filarem była właśnie koncepcja kolonialna, czyli dążenie do zdobycia przez Polskę kolonii zamorskich i rozpoczęcia polskiej emigracji na te nowe ziemie.






Czwartym filarem była koncepcja uczynienia z Wojska Polskiego realnego filaru bezpieczeństwa dla całego regionu (budżet przeznaczony wówczas na Armię dochodził do... 30% wydatków, w dzisiejszych czasach rzecz wprost nie do pomyślenia gdy większość państw NATO nie jest w stanie wydać dwóch procent swego budżetu na własne armie), a poza tym pozycja żołnierza i oficera w polskim społeczeństwie była wówczas bardzo wysoka i bardzo ceniona, a wojsko było chlubą całego narodu, było emanacją nie tylko siły państwa ale również przetrwania narodu (również silny szacunek do wojska był wówczas wyznawany w Niemczech, gdzie odrodzenie Wehrmachtu było uważane za zbawienne dla niemieckiego narodu, ale w przeciwieństwie do Polaków Niemcy po utracie armii na polach bitew, byli w zasadzie skazani na łup zwycięzców, natomiast my poza armią mieliśmy również doświadczenia powstańcze, czego przykładem był fakt że z chwilą ustania walk w październiku 1939 r. natychmiast zaczęły się tworzyć podwaliny armii podziemnej). Piątym filarem była koncepcja Prometeizmu i roli Polski jako swoistego Herkulesa, który doprowadzi narody żyjące pod rosyjskim i sowieckim jarzmem (Ukraina, Białoruś, narody Kaukazu, Kazachstan) z powrotem do wolności. Do tego dochodziły jeszcze kwestie związane z bezpieczeństwem europejskim w oparciu o Ligę Narodów (mało popularne), oraz koncepcje bezpieczeństwa tworzone przez obóz narodowy (Narodową Demokrację). 





A jak to wyglądało w broszurze z 1938 r.? Oto odpowiedź:



POLSKA IDEA IMPERIALNA
(1938)




I
ZAŁOŻENIA IDEOWE


W dążeniu do możliwie pełnego zaspokojenia swych potrzeb duchowych i fizycznych, łączy się człowiek w organizacje polityczne, gospodarcze i religijno-kulturalne. Nie ma jednak organizacji bez hierarchii i związanej z nią zależności jednych osób od drugich. Rozluźnianie więzów hierarchicznych jest związane z upadkiem organizacji i utratą związanych z nią korzyści. Nie może istnieć państwo bez silnego rządu, kościół bez dogmatów, przedsiębiorstwo bez indywidualnej inicjatywy i odpowiedzialności. Źródłem rozluźnienia organizacyjnego może być jednakże nie tylko niechęć jednostek do poddania się koniecznym rygorom organizacyjnym, ale również nadużycia władzy.

Nie może istnieć państwo bez silnego rządu. Jednym z zasadniczych celów państwa jest zapewnienie społeczeństwu bezpieczeństwa przed gwałtem fizycznym zarówno na zewnątrz, jaki w stosunkach wewnętrznych. Jednostka rezygnuje z cząstki swej wolności żeby tą drogą uzyskać w rezultacie jeszcze większą wolność. Cel zostaje jednak w samym zarodku zniweczony, gdy jednostki sprawujące władzę polityczną, zaczynają jej nadużywać, ograniczając wolność jednostek ponad istotne potrzeby państwa, a nawet wbrew oczywistym tego państwa interesom. Dlatego też równolegle z utworzeniem silnej hierarchii rządowej, muszą istnieć dostateczne gwarancje chroniące wolność jednostki przed niczym nieuzasadnionymi ograniczeniami ze strony tego rządu.

Główną podstawą wzrostu bogactwa społecznego jest podział pracy oraz gromadzenie przez jednostki cieszące się specjalnymi uzdolnieniami większych kapitałów umożliwiających im zakładanie i prowadzenie przedsiębiorstw. Poddanie się jednak rygorom systemu kapitalistycznego ma sens, jak długo przedsiębiorca zużywa rosnące w jego rękach zyski nie na cele luksusowej konsumpcji, lecz na wciąż nowe inwestycje produkujące artykuły pierwszej potrzeby dla szerokich mas ludności i zapewniające tym masom odpowiednie źródło zatrudnienia. Tą drogą dokonuje przedsiębiorca ponownej, społecznie sprawiedliwej repartycji nierównomiernie narastających zysków. System indywidualnej przedsiębiorczości traci jednak sens, gdy przedsiębiorca traktuje swój kapitał nie jako złożony w jego ręce depozyt społeczny, leczy jako swą wyłączną własność, z którą ma prawo postępować w sposób zupełnie dowolny. Dlatego też równolegle z władzą gospodarczą przedsiębiorców muszą istnieć gwarancje chroniące społeczeństwo przed nadużyciem tej władzy.


POCZĄTEK lat 90-tych XX wieku
DZIKI KAPITALIZM W POLSCE



Bez silnego rządu nie można sobie wyobrazić sprężystej i zdolnej do trwania organizacji politycznej. Bez indywidualnej inicjatywy i odpowiedzialności nie ma mowy o sprawnej organizacji gospodarczej. Zupełnie inaczej przedstawia się jednak sprawa z gwarancjami, mającymi na celu ochronę jednostki przed nadużyciami władzy politycznej i gospodarczej. System tych gwarancji jest zmienny w zależności od miejsca, czasu oraz tradycji narodowych. Jak sobie ten system wyobrażamy w konkretnych warunkach życia polskiego, nad tym będziemy się zastanawiali w dalszych rozdziałach. W tej chwili pragniemy tylko zwrócić uwagę na okoliczność o decydującym znaczeniu, a mianowicie, że jakikolwiek system gwarancji byśmy sobie wyobrazili, to nie będzie on funkcjonował i w końcu zwyrodnieje, jeżeli nie będzie przepojony światopoglądem zdolnym do utrzymania tego systemu w położeniu równowagi. (Otóż to, każdy system czy to polityczny czy gospodarczy czy jakikolwiek inny wcześniej czy później się zdegeneruje, jeśli zostanie pozbawiony możliwości kooptacji ludzi i inicjatyw, nie należących pierwotnie do partycypującej w jego zyskach elity, natomiast dzięki swojej inteligencji i własnej ciężkiej pracy, przewyższających osiągnięcia owych elit).

Najbardziej istotną cechą dzielącą różnego rodzaju światopoglądy jest ich stosunek do władzy posiadanej przez człowieka nad swym otoczeniem. Cóż pomogą jakiekolwiek gwarancje praw obywatelskich w społeczeństwie przepojonym światopoglądem bizantyjskim, a zatem światopoglądem nie usiłującym w ogóle przeciwstawić się nadużyciom władzy, lecz wpajającym od setek lat zasadę uległego poddania się wszelkim tej władzy kaprysom. W jakiej mierze mogą usunąć wyzysk społeczny ograniczenia inicjatywy gospodarczej jednostek w społeczeństwie przepojonym światopoglądem, który tak czy owak spycha zaspokajanie potrzeb jednostek na szary koniec swych zainteresowań. Martwymi są wszelkie gwarancje przeciwko nadużyciom władzy, za którymi nie stoi idea gwarancje te ożywiająca; idea wytryskująca z tradycji i kultury narodu; idea działająca nie przymusem fizycznym lub materialnym, lecz sprawująca straż nad duszą każdego człowieka i zmuszająca go do odpowiedniego postępowania.

W nicości wszelkich gwarancji przeciwko nadużyciom siły politycznej i gospodarczej, gwarancji nie popartych wielką ideą moralną, wyraża się prymat ducha nad materią. Dlatego też najwyższą ze wszystkich form władzy jest władza moralna. Panowanie określonych idei moralnych decyduje w ostatnim rzędzie o sposobie sprawowania władzy politycznej i gospodarczej jednych ludzi nad drugimi. Stąd najgroźniejszym objawem, jaki może wystąpić w społeczeństwie, jest wypaczenie tych idei moralnych, od których zawisło funkcjonowanie całokształtu ustroju społecznego. Ideami tymi są poglądy na cele życiowe jednostki oraz narodu, do którego jednostka ta należy.

Istnieją jednostki i obozy myślące i działające w Polsce tak, jakby się Ona dopiero wczoraj narodziła, nie bacząc, że posiadamy przecież za sobą tysiącletnią kulturę narodową i że kultura ta jest na wskroś katolicką. Nie wynika stąd, ażeby na kulturze tej nie tworzyły się obce naleciałości, od których należy ją czyścić, jak również ażeby nie podlegała ona schorzeniom, głębokim nawet i bardzo niebezpiecznym. Oznacza jednak, że pragnąc odrodzić polski ruch narodowy nie trzeba tworzyć niczego na nowo, lecz tylko sięgnąć do jego czystych form, zupełnie jasno naszymi dziejami określonych.

Katolickość naszej kultury narodowej decyduje o jej zachodnim charakterze odwracając nas zdecydowanie od kultury Wschodu. W stwierdzeniu, że nasza kultura narodowa jest na wskroś katolicką tkwi jednocześnie całkowita odpowiedź na pytanie światopoglądowe. Szczere stanięcie na gruncie katolicko-narodowym nie pozostawia miejsca na dalsze dyskusje co do przeciwstawności czy też zgodności celów ludzkich interesów jednostki i społeczeństwa, narodu i państwa, czy też w końcu państwa i ludzkości.

Nauka katolicka i tym samym katolicki ruch narodowy stawia bezkompromisowo rozwój osobowości ludzkiej na czele wszelkich celów ludzkich. Nauka katolicka określa równocześnie najwyższe prawo jednostki do rozwoju swej osobowości w sposób harmonizujący to prawo z celami wszelkiego rodzaju zbiorowości ludzkich, obojętnie czy to będzie rodzina, naród, państwo czy też w końcu ludzkość cała. Katolicki światopogląd rozwiązuje wszelkie sprzeczności uznając w człowieku istotę nieśmiertelną, stworzoną na obraz i podobieństwo Boga, której celem jest stałe dążenie do doskonałości. Budzi on w człowieku sumienie i zmusza do unikania wszystkiego co by to sumienie gwałciło. Tępi wyrachowany egoizm będący płodem ograniczonego rozumu ludzkiego; hartuje wolę w walce z własnymi ułomnościami; tworzy jednym słowem najdoskonalszy z punktu widzenia społecznego typ człowieka, człowieka, który sprawując jakąkolwiek władzę, posiada wewnętrzne hamulce przeciwko jej nadużywaniu; podlegając zaś władzy nie ścierpi obojętnie jej nadużyć, albowiem rodzą one w nim bunt moralny, pobudzający do oporu przeciwko tym nadużyciom; w oporze tym dodaje mu w końcu niespożyte zasoby odwagi i energii działania, wskazując zwalczanie wszelkiego zła jako najwyższy cel życiowy i najprostszą drogę do doskonałości.

Katolicki światopogląd wyłącza sprzeczność celów jednostki i społeczeństwa, ponieważ nakazuje w każdej kolizji stawiać wyżej cele społeczne, poczynając od rodziny a na ludzkości skończywszy. Podobnie jak stawia on rozwój osobowości ludzkiej jako cel najwyższy, tak samo uznaje on prawo każdego narodu do własnego życia państwowego względnie nakazuje narodowi w państwie panującemu szanować obce mu mniejszości. Katolicki światopogląd sprzeczny jest tym samym nie tylko z wszelkim egoizmem prywatnym, ale i z egoizmem narodowym, i przyznając narodowi prawo do własnego państwa, nie uznaje rozszerzenia własnej państwowości kosztem obcych narodów. Przeciwnie, pojmuje własną państwowość jako narzędzie narodowe w podnoszeniu nie tylko bytu własnego, ale i bytu całej ludzkości.




W tym położeniu geograficznym co Polska, może istnieć tylko naród wielki, mocarstwowy, o własnej odrębnej kulturze, promieniującej potężnie na zewnątrz i zdolnej do stworzenia wału ochronnego przeciwko naporowi idącemu równocześnie ze Wschodu i z Zachodu (dokładnie, w naszym regionie Europy nie może istnieć inne państwo, jak tylko duże i silne, wiedzieli o tym twórcy Unii z Litwą z 1385 r., wiedział o tym również Marszałek Piłsudski, który mówił otwarcie "Albo Polska będzie wielka, albo nie będzie jej wcale - stany pośrednie są tymczasowe"). Dzieje wskazują, że Polska tego rodzaju odrębną kulturę stworzyć potrafiła. Odrębność i atrakcyjność polskiej kultury narodowej polegała właśnie na urzeczywistnianiu nie tylko w prywatnym życiu jednostek, lecz i w działaniu politycznym państwa ideałów chrześcijańskich. Pod tym względem wyprzedziła Polska cały Zachód Europy. Nie ogniem i żelazem, ale tolerancję religijną i narodową budowała Polska swą potęgę na Wschodzie Europy, sięgając od Bałtyku po Morze Czarne. Zupełnie inaczej wyglądałyby dzieje tej części świata, gdyby niestety polska kultura narodowa nie zaczęła ulegać degeneracji, która w końcu doprowadziła państwo do zguby.

Wspomnieliśmy już, że najgroźniejszym objawem, jaki może wystąpić w społeczeństwie, jest wypaczenie tych idei moralnych, od których zawisło funkcjonowanie całokształtu ustroju społecznego. Jednym z najbardziej tragicznych przykładów tej wielkiej prawdy stały się losy państwa polskiego. Od chwili bowiem kiedy Polska zaczęła się sprzeniewierzać swej misji dziejowej na Wschodzie Europy, na skutek zwyrodnienia idei narodowej i katolickiej w społeczeństwie, zaczął się jej upadek. Odrzucane przez nacjonalizm poglądy słabości, bierności, egoizmu i bezwładu, zostały z biegiem czasu najbezwstydniej wyzwolone właśnie w nacjonalistycznych formach i pozorach. Z nadmiaru troski o wolność szlachecką doprowadzono do poniewierki władzy królewskiej. Przywiązanie do ziemi ojczystej i pracy na niej zaczęto wyrażać w pogardzie dla innych stanów oraz przez uporczywe odmawianie wszelkich praw do tej ziemi chłopom. Oddanie idei katolickiej posunięto do ciasnej bigoterii i niewyrozumiałości dla obcych przekonań religijnych. Na naszą korzyść trzeba tylko przyznać, że objawy degeneracji kulturalnej nie posunęły się w Polsce tak daleko, jak w wielu innych krajach. Fatalne jej następstwa były w znacznej mierze wynikiem naszego specyficznego położenia pomiędzy dwoma stale rosnącymi w potęgę imperiami. Tak samo długa agonia państwa polskiego świadczy o spoistości jego pierwotnych więzadeł oraz sile atrakcyjnej jego zasadniczych cech kulturalnych.




W długiej walce o niepodległość musiał naród polski przejść proces oczyszczający jego kulturę od czynników rozkładu. 
Szereg pokoleń musiało pędzić swe życie w rozpamiętywaniu błędów swych ojców, aż w końcu obecnie żyjącemu pokoleniu było dane doczekać się spełnienia marzeń o wolnym bycie państwowym (jakże szybko bo przecież już dzieci tych, którzy tak radośnie szli w kierunku utrzymania stanu rozkładu Rzeczpospolitej XVIII-wiecznej, którzy w Targowicy widzieli obronę Polskiej praworządności, potem, gdy już polski nie było na mapach, ich dzieci a szczególnie wnuki, rzucili się w wir wojen i powstań aby odrodzić tę dawną Polskę, do której upadku niewątpliwie przyczynili się ich ojcowie i dziadowie). Odzyskanie najdroższego dobra narodowego, jakim jest własne państwo, jak gdyby zamknęło epokę heroizmu narodowego. Ale jest to złudzenie. Pod pozorną szarzyzną codziennego życia biją siły nowe, młode, niespożyte, który dawny ideał odzyskania niepodległości potrafią zastąpić ideałem utrwalenia bytu i rozszerzenia potęgi Rzeczypospolitej. Jesteśmy skazani na wielkość i albo wielkość tę zdobędziemy lub się w niwecz obrócimy.


OSTATNIE MIESIĄCE POWSTANIA STYCZNIOWEGO 1863-1864 

(Ci ludzie wówczas przegrali, ale z ich poświęcenia i krwi narodzili się mściciele polskiej sprawy, którzy od 1914 r. walczyli o Niepodległą i ostatecznie wywalczyli Ją w roku 1918, a w 1920 zadali klęskę sowieckiej Armii Czerwonej, ratując Europę od czerwonego Mordoru i jednocześnie ugruntowując istnienie Polski Niepodległej)



Musimy dlatego być narodem imperialnym, prężnym inicjatywą i wolą ekspansji. Tak jak niegdyś stoją przed nami nieograniczone wprost możliwości. Ale Imperium Polskie może powstać w tym punkcie geograficznym, w którym nas Opatrzność postawiła, tylko pod warunkiem nadania mu absolutnie odmiennego charakteru od dwu sąsiadujących z nami imperiów. Tak jak przed setkami lat zaczniemy rosnąć w siłę i znaczenie, kiedy wrócimy do czystej krynicy naszej kultury narodowej; kultury wnoszącej do atmosfery przepojonej pruską butą i rosyjskim barbarzyństwem świeży powiew wielkiego posłannictwa dziejowego; posłannictwa polegającego na ułożeniu współżycia ludów Europy środkowo-wschodniej na podstawach chrześcijańskiej kultury narodowej. Musimy podjąć naszą dawną misję historyczną w odmiennych wprawdzie warunkach i wymagających odmiennych form politycznych, ale opierających się na tych samych założeniach ideowych i kierując się duchem tej samej tolerancji narodowej i religijnej. Nasze wielkie posłannictwo dziejowe rozbiło się już raz w przeszłości na skutek nieumiejętności do zorganizowania siły zdolnej do odparcia obcego najazdu. Błędu tego po raz drugi nam powtórzyć nie wolno.

(Dlatego też w II Rzeczypospolitej wojsko stało się emanacją Narodu, było uważane za siłę państwa i naturalnych praw Narodu do życia i do istnienia zgodnie z własną wolą; nic więc dziwnego że wojsko było bardzo liczne i do lat trzydziestych XX wieku zajmowało czwartą pozycję w Europie i siódmą na Świecie pod względem liczby dywizji. Zupełnie inaczej było w czasach Wielkiej Rzeczpospolitej, gdy wojsko było nieliczne, gdyż szlachta niechętnie płaciła na jego pobór i wyposażenie; czyniła to tylko wówczas, gdy zachodziła jakaś istotna potrzeba wojenna - zagrożenie najazdem lub chęć odzyskania utraconych ziem. W XVIII wieku doszło zaś do takiej patologii i paraliżu państwa, że wojska praktycznie nie było w ogóle a sejm nie był w stanie uchwalać praw dotyczących całego kraju, gdyż liberum veto blokowało wszelkie tego typu zamierzenia. Ustawy wprowadzano tylko na sejmikach, gdzie veto nie obowiązywało, ale dotyczyło to tylko danej ziemi lub ewentualnie województwa, czyli mieliśmy do czynienia z powrotem do rozbicia dzielnicowego; zaś obrady sejmu ochraniało wojsko rosyjskie a posłowie niby niepodległego kraju... przysięgali wierność carycy Katarzyny II. Jeśli to nie była patologia to doprawdy nie wiem co mogłoby nią być. Aby uniknąć więc tych samych błędów II Rzeczpospolitą zbudowano na odmiennych fundamentach, na idei niepodległego bytu utożsamianego z wybudzeniem Narodu z 50-letniego letargu {lata 1864-1914 były bowiem powolną próbą rusyfikacji Polski częściowo niestety udaną o czym świadczyła niechęć ludności Kongresówki wobec wkraczających z Galicji Legunów} i z ogromną daniną krwi, jaką Naród ów zapłacił najpierw służąc w Legionach a następnie w odtworzonym po 1918 r. w Wojsku Polskim i w wojnie z bolszewikami o przetrwanie).






Tylko w umiejętnym pogodzeniu ideałów katolickiej kultury narodowej z potęgą ramienia potrafimy stworzyć niezwyciężony wał, w oparciu o który mniejsze względnie młodsze narody tej części świata, w której żyjemy, znajdą warunki bezpiecznego bytowania. Najgłębiej zrozumiał i najgenialniej w życie zaczął wdrażać idę tę Józef Piłsudski. Dlatego też po zrealizowaniu pierwszego celu swego życia, jakim było odzyskanie niepodległości, cały swój geniusz poświęcił stworzeniu tych dwu absolutnie nieodzownych warunków bytowania i ekspansji: ładu wewnątrz kraju oraz siły na zewnątrz. W realizacji tych dwu zadań dbał jednak o to, aby równocześnie zachowane zostały warunki rozwoju dla wszystkich wartościowych elementów naszej kultury narodowej. Swe dyktatorskie stanowisko wykorzystywał tylko o tyle, o ile to było koniecznym dla rzucenia nowych fundamentów pod budowę państwa, działając poza tym w granicach prawa i odwołując się do honoru narodu. Przykładem swym uczył, że państwem nie może rządzić niczyj kaprys ani też żądza zemsty, ale honor i prawo. Tę świętą spuściznę musimy podjąć w zbiorowym wysiłku po Nim dziś, kiedy Go już nie stało między nami. Z rzuconego Jego ręką ziarna musi wzrosnąć wspaniałe drzewo odrodzonego polskiego nacjonalizmu, zdolnego zbudować nowe Polskie Imperium (Marszałek Józef Piłsudski nigdy nie był nacjonalistą i daleko mu było do takich stwierdzeń, aczkolwiek rozumiem że słowo: "odrodzony polski nacjonalizm" zostało użyte tutaj w innym kontekście niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Piłsudski zaś był reprezentantem idei dawnej Rzeczpospolitej, w której łączono w sobie wiele elementów narodowych aby powstał jeden element państwowy: Rzeczpospolitanin). Imperium niosące ludom z nami sąsiadującym wolność i braterstwo w miejsce ucisku i strachu.




W tym też celu Polska musi mieć silną armię stojącą z dala od rozgrywek politycznych oraz niezależną politykę zagraniczną - niezależną zarówno od przetargów partyjnych jak i od zakusów obcych potęg. Siłę zaś wewnętrzną może Polsce zapewnić jedynie realizacja następujących haseł:

  1. Etyki katolickiej w życiu publicznym i prywatnym.
  2. Dopuszczenia najszerszych mas ludowych do współudziału w ustawodawstwie i kontroli rządu, przy jednoczesnym zachowaniu silnej i sprężystej władzy wykonawczej.
  3. Tępienia egoizmów klasowych. Polityka gospodarcza winna zmierzać do unarodowienia i pełnego wyzyskania wszystkich sił produkcyjnych Polski, w szczególności wszystkich zdolnych do pracy rąk ludzkich oraz usunięcia rażących różnic społecznych. Zadanie to nie jest możliwe do spełnienia bez ingerencji państwa, zmierzającej do podporządkowania tak ujętej polityce wszystkich partykularnych grup interesów.
  4. Zgodnego współżycia z mniejszościami słowiańskimi.
  5. Stopniowego usuwania nadwyżki mniejszości żydowskiej bez pogromów (temu chociażby celowi służył program odrodzenia państwowości żydowskiej w Palestynie - wówczas zdominowanej przez ludność arabską i kontrolowanej przez Brytyjczyków. Strona Polska w latach 30-tych mocno naciskała na Brytyjczyków, aby ci zezwolili ludności żydowskiej na przybywanie do Palestyny i tworzyli dla niej autonomiczne sektory w których tamci mogliby kultywować swoją tradycję i religię. Wspierano również tworzenie żydowskich organizacji paramilitarnych, jak choćby Betaru Władimira Żabotyńskiego, który był sformowany dokładnie na kształt Legionów Piłsudskiego {wysyłano do Palestyny również ogromne ilości uzbrojenia, jeszcze we wrześniu 1939 r. w Warszawie były magazyny wyładowane bronią, która miała zostać wysłana do Palestyny, aby wesprzeć tamtejsze żydowskie bojówki}. Poza tym polsko-żydowska komisja w 1937 r szukała dogodnego miejsca pod ewentualną przyszłą kolonizację żydowską i na ten cel wybrano Madagaskar, który wówczas należał do Francji. Nie udało się jednak doprowadzić do masowej emigracji Żydów ani do Palestyny ani na Madagaskar przed 1939 r. {Żydzi nie chcieli wówczas wyjeżdżać ani z Polski ani z Europy}, a szkoda, bo gdyby to się udało, to nie doszłoby do Holokaustu i potwornych niemieckich zbrodni na ludności żydowskiej).

CDN.

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...