WYŚWIETLENIA

08 grudnia 2025

NIEMCY O NAZIZMIE - Cz. I

CZYLI CO SĄDZILI ZWYKLI NIEMCY O USTROJU NARODOWO-SOCJALISTYCZNYM






To, że niemieckie społeczeństwo mocno zyskało finansowo na wybuchu II Wojny Światowej nie ulega dziś żadnej wątpliwości. Jakiś czas temu w rozmowie z jednym starszym 'znajomym' z Niemiec, usłyszałem wręcz że gdyby Hitler poprzestał na odzyskaniu Sudetów i połączeniu Prus Wschodnich z Niemcami bez wybuchu wojny, to dzisiaj byłby bez wątpienia uważany za największego Niemca w historii tego kraju. Początkowo słowa te mnie oburzyły, ale potem na spokojnie się nad tym zastanowiłem i doszedłem do wniosku że mój rozmówca miał jednak dużo racji, Niemcy za Hitlera rzeczywiście przeszły ogromną modernizację społeczno-ekonomiczno-militarną, a państwo to do roku 1939 nie przypominało tego sprzed dekady - to były rzeczywiście dwa zupełnie inne kraje. Republika Weimarska była państwem słabym i targanym wieloma wewnętrznymi problemami. Inflacja i ogromne bezrobocie na początku lat 20 zaraz po zakończeniu I Wojny Światowej spowodowały, że niemiecka marka realnie utraciła jakąkolwiek wartość (w listopadzie 1923 r. za jednego dolara płacono w Niemczech 4 biliony 200 miliardów marek. Dochodziło też do tego że urzędnicy czy robotnicy gdy otrzymywali wynagrodzenie, to przynosili ze sobą 3, 4 a nawet 5 walizek, aby zabrać bezwartościową w dużej mierze makulaturę). Pieniędzmi tymi palono w piecach, robiono z nich latawce, układano je w stosy, szyto z nich noworoczne sukienki itp. Kryzys finansowy spowodował również że w Niemczech zaczęły pojawiać się ruchy odśrodkowe (np. w Bawarii i w Nadrenii), a także groził wybuch rewolucji komunistycznej (rewolucja miała wybuchnąć 23 października 1923 r., ale dwa dni wcześniej na spotkaniu w Chemnitz komuniści nie dogadali się z socjaldemokratami i związkowcami, a to spowodowało że zmuszeni byli odwołać zaplanowany pucz).

Widząc te wszystkie zagrożenia, amerykańscy i brytyjscy politycy i ekonomiści doszli do wniosku, że jeśli stan chaosu i hiperinflacji dalej utrzyma się w Niemczech, to kraj ten dostanie się pod wpływy komunistyczne. Dlatego też 30 listopada 1923 r. Komisja Reparacyjna (stworzona w celu uzyskania reparacji wojennych od Niemiec) powołała dwa Komitety Ekspertów. Pierwszemu Komitetowi przewodził amerykański bankier Charles Davies z tzw. grupy bankowej Morgana i miał on na celu zbilansowanie budżetu Niemiec i stabilizację niemieckiej waluty. Na czele zaś drugiego Komitetu stanął bankier Owen D. Young i miał on doprowadzić do ponownego ściągnięcia obcego kapitału do Niemiec. Komisje te pracowały od stycznia do kwietnia 1924 r. i 9 kwietnia opracowano tzw. plan Daviesa, który przewidywał udzielenie Niemcom specjalnej pożyczki stabilizacyjnej w wysokości 200 milionów dolarów, opracowano nowy plan spłat reparacji wojennych (z 3 do 1 miliarda dolarów rocznie, przy czym nie ustalono ostatecznego terminu spłaty całości reparacji). Powołano też do życia Bank Rzeszy na którego czele stanął Hjalmar Schacht, a który w rzeczywistości był uzależniony od międzynarodowego kapitału (głównie amerykańskiego i brytyjskiego). Jednak ów plan stabilizacyjny i pieniądze wypłacane w ramach tzw. planu Daviesa, oraz kapitał który napływał do Niemiec w kolejnych latach (do 1930 r. Niemcy uzyskały 27 miliardów pożyczek średnio i długoterminowych) niemiecka waluta została uzdrowiona a gospodarka uległa szybkiemu ożywieniu i już w 1927 r. przekroczyła poziom okresu przedwojennego.

Jako ciekawostkę dodam, że hiperinflacja w tamtym czasie dosięgła również kilka innych krajów, w tym Polskę, w której od odzyskania niepodległości w listopadzie 1918 r. do marca 1919 r. funkcjonowało kilka systemów walutowych, i tak obok rosyjskich rubli były niemieckie marki, austriackie korony, a na ziemiach będących w obrębie wpływów Ukraińskiej Republiki Ludowej grzywny i karbowańce. Dopiero w marcu 1919 r. wprowadzono jednolitą walutę- "markę polską", istniejącą już od grudnia 1916 r. Ale inflacja w kolejnych latach coraz bardziej rosła i w 1923 r. za jednego dolara amerykańskiego płacono 9 miliardów 800 milionów marek polskich. Ostatecznie jednak dzięki dosyć radykalnym działaniom fiskalnym rządu udało się już w styczniu 1924 r. znacznie zbić inflację, powołano też do życia Bank Polski (19 stycznia 1924 r.) a 1 lipca tego roku wprowadzono nową walutę "złoty polski" który zastąpił wycofaną z obiegu markę polską. Dzięki reformom finansowym rok 1924 jako pierwszy w dziejach odrodzonego państwa zamknięto nadwyżką dochodów nad wydatkami i rezerwą w wysokości 59,4 miliona złotych. Różnica jednak pomiędzy reformą wprowadzoną w Niemczech i innych krajach przeżywających recesję gospodarczą a Polską polegała na tym, że wszędzie indziej przełamywano trudności fiskalne przy pomocy pożyczek zewnętrznych. Polska zaś była pod tym względem wyjątkiem. Rząd Władysława Grabskiego który przeprowadził ową reformę walutową od początku twierdził że państwo nasze jest wystarczająco silne i zasobne (pomimo faktu że dopiero niedawno Polska odzyskała niepodległość) aby pokonać trudności własnymi siłami. Nie chciano też podporządkowywać młodej polskiej gospodarki obcej kontroli w sytuacji uzyskania pożyczek zagranicznych. Reformę przeprowadzono więc drastycznymi cięciami - zniesiono np. dopłaty do kolei, przeprowadzono waloryzację taryf przewozowych, podniesiono znacznie ceny biletów pasażerskich, sprzedano część fabryk (a te, które pozostały, rzucono na tzw. głęboką wodę i ich istnienie uzależniono od tego, czy potrafią się utrzymać na powierzchni życia gospodarczego. Te które przetrwały należały potem do najstabilniejszych w całym dwudziestoleciu międzywojennym i nawet w kryzysowych latach 30-tych nie dochodziło w nich do strajków, co też może świadczyć, że sytuacja pracowników była była tam dosyć dobra). Poza tym wprowadzono drastyczne oszczędności budżetowe. Środki uzyskiwano również ze sprzedaży kosztowności rosyjskich przekazanych Polsce po zakończeniu wojny polsko-bolszewickiej pod zastaw niewypłaconych nigdy a zastrzeżonych w traktacie ryskim (marzec 1921 r.) sum finansowych. Poza tym przystąpiono do bardzo skutecznego ściągania podatków (przemysłowego i dochodowego), a za każdy dzień zwłoki urzędy skarbowe doliczały 5 % sumy dłużnej. Pozwoliło to ostatecznie ustabilizować polską walutę i zlikwidować inflację (przy niewielkiej wręcz, jedynie symbolicznej pożyczce zagranicznej) i to do tego stopnia, że we wschodnich rejonach Niemiec chłopi niemieccy woleli płacić polską złotówką niż nową niemiecką marką, którą nazywali "żydowskim konfetti z Berlina".




W kolejnych latach też nie było spokoju w Niemczech. Powstało kilkanaście partii politycznych wzajemnie się zwalczających, do głosu dochodzili komuniści, rośli w siłę naziści Adolfa Hitlera i często dochodziło do walk ulicznych pomiędzy tymi partiami. Wciąż też wysokie było bezrobocie (sięgające w październiku 1929 r. 1,6 mln.) Zaś po krachu na Wall Street (24 października 1929 r.) który doprowadził do kryzysu ekonomicznego większej części świata, liczba bezrobotnych w Niemczech wzrosła aż do 7 milionów. Co ciekawe pracę tracili głównie mężczyźni (zwalniany jeden na trzech) natomiast kobiety w większości utrzymały swoje zajęcia (zwalniana jedna na dziesięć). W tej sytuacji do głosu zaczęły dochodzić radykalne partie, które dotychczas były albo na marginesie polityki, albo były traktowane jako ostateczność (np. komuniści). Wielką popularność zdobył również wówczas piwiarniany krzykacz Adolf Hitler i jego partia NSDAP. Nie tylko opierał się on na resentymentach przegranej wojny, mówiąc o żydowskim spisku ("Armia niemiecka pozostała niezwyciężona na polu bitwy, ale został jej zadany cios w plecy przez wroga wewnętrznego, tym wrogiem byli i są Żydzi."), ale nawoływał też do "zmazania hańby wersalskiej" i odzyskania przez Niemcy mocarstwowej pozycji w Europie (szczególnie zaś w Europie Wschodniej). W Teatrze Telewizji w sztuce "Marszałek" z 2017 r. są dosyć ciekawie opowiedziane fragmenty na ten temat (a tematem jest polski plan wojny prewencyjnej z Niemcami, opracowany przez Marszałka Józefa Piłsudskiego). Tak więc Marszałek (w tej roli Mariusz Bonaszewski) mówi np.: "Hitler nawet z początku podobał mi się, podobał mi się bo pomyślałem sobie - prosty chłopak z ludu, nie Prusak, bo te junkry oni są najgorsi, oni nas nienawidzą, bo oni się czują od nas lepsi, a poza tym tłuści są, grubi jak ten ich premier, jak on się nazywa? Goering. Jak można się tak utuczyć panowie? na dwóch krzesłach musiał siedzieć a jeszcze i tak po bokach wylewała mu się ta jego wielka dupa. (...) A ten Hitler to jest nowoczesny człowiek, i chudziaczek jest, mięsa podobno nie je, piwa nie żłopie, nowoczesny człowiek... a jednak szubrawiec. Jeszcze mu łapkami hail, hail, hail machają"."Podobno w "Mein Kampf" napisał panie Marszałku że Wiedeń go odmienił, był szarym obywatelem ale wyjechał z Wiednia fanatycznym antysemitą". "I do tego idiota. Przecież taki młodzieniec w Wiedniu powinien się walca nauczyć, zawód jakiś zdobyć...". "Gdzie mu tam do kobiet panie Marszałku, on woli się idei poświęcić". "No mówię, idiota, kanclerz Rzeszy niemieckiej jest imbecylem. Ale panowie to jest dla nas pewna szansa, zdmuchniemy go jak świeczkę i za rok nikt nie będzie o nim pamiętał. (...) Dojście Hitlera do władzy zmieniło sytuację w Europie. Na Wschodzie i na Zachodzie rządzą szajki kryminalistów. (...) Ja tylko mówię że my doskonale rozumiemy co znaczy słowo wojna, natomiast kapral Hitler najwyraźniej tego nie wie. Ale ten bezczelny dekownik mówi nam czego chce. Panie profesorze, pan czytał "Mein Kampf?" Co tam jest napisane o Polsce, pamięta pan?", "Chyba tylko tyle że Republika Weimarska prowadzi niekonsekwentną politykę wobec Polski, nie doprowadziła ani do pojednania ani do konfliktu, chyba tylko tyle". "Tylko tyle tak? a ja myślę że tam jest o wiele więcej o Polsce. (...) O właśnie, to jest to, oni chcą zmienić kierunek niemieckiej ekspansji na Wschód i sam los podpowiada im ten kierunek, los (...) Pan to czytał, co tam było o Polsce?", "Nic, o Polsce nie było ani słowa panie Marszałku", "I to jest to moi panowie, ponieważ Polska dla tych ludzi już nie istnieje, nie ma jej na mapach. Dlatego zdecydowałem że to my uderzymy pierwsi..." Do wojny prewencyjnej roku 1933 jednak nie doszło przy sprzeciwie co do jej uczestnictwa Francji, a to ostatecznie doprowadziło do europejskiej tragedii pod nazwą II Wojny Światowej (dlatego uważam że Francuzi są również winni wybuchowi tego konfliktu, może nieco mniej niż Niemcy i Rosjanie, ale jednak też).






Hitler wykorzystał również światowy kryzys gospodarczy do zdobycia poparcia społecznego i zadośćuczynienia krzywd, które miały ponoć spaść na niemiecki naród (zarówno tych politycznych jak i fiskalnych i gospodarczych). Przy 7 milionach bezrobotnych Niemców, jawił się Hitler jako mąż opatrznościowy który zapowiedział że gdy tylko zdobędzie władzę, problemy Niemiec się skończą, a ci, którzy teraz nie mają pracy, będą zarabiali godnie aby utrzymać własne rodziny. Dodatkowo podczas kampanii wyborczej w roku 1932 zapowiedział, że kobiety powinny zrezygnować z pracy i wrócić do domów, by zająć się rodziną (w 1933 r. kobiety stanowiły 37 % całej zatrudnionej siły roboczej w Niemczech). Hitlera plan na zmniejszenie bezrobocia wśród mężczyzn, polegał właśnie na odebraniu możliwości pracy zarobkowej kobietom. Twierdził bowiem: "Nie postrzegamy kobiety jako gorszej, ale jako mającej inną misję, inną wartość niż mężczyzna. Dlatego też uwierzyliśmy Niemce, która bardziej niż jakakolwiek inna na świecie jest kobietą w najlepszym tego słowa znaczeniu i powinna wykorzystywać swoje siły i zdolności w innych dziedzinach niż mężczyzna". Goebbels zaś dodawał: "Jeśli rodzina jest źródłem siły narodu, to kobieta jest jego rdzeniem i centrum. Najlepszym miejscem w którym kobieta może służyć swemu ludowi, jest małżeństwo, rodzina, macierzyństwo". Takie twierdzenia wbrew pozorom wcale nie odciągały Niemek od partii nazistowskiej a wręcz przeciwnie, Niemki wprost szalały za Hitlerem i jego wizją nowych Niemiec: bezpiecznych, stabilnych i wielkich. Lata kryzysu ekonomicznego, niestabilności politycznej i walk toczonych między bojówkami partyjnymi spowodowały, iż wielu Niemców tęskniło za bezpieczeństwem i stabilizacją. Najbardziej zaś tęskniły za tym Niemki, które czuły się niepewnie w świecie ciągłych walk i politycznych niepokojów. Hitler więc jawił się im jako mąż opatrznościowy, jako zbawca narodu, i jako ostoja w niestabilnych czasach. Nic więc dziwnego że w wyborach do parlamentu Rzeszy VI kadencji (z lipca 1932 r.) NSDAP uzyskała najwięcej mandatów - 230 (na 608 posłów), a naziści przejęli władzę w Anhalt (maj 1932 r.), Oldenburgu (czerwiec 1932 r.) oraz w Meklemburgii i Turyngii (lipiec 1932 r.).




Co prawda kolejne wybory do parlamentu Rzeszy VII kadencji (listopad 1932 r.) przyniosły NSDAP straty (zdobyli 196 mandatów na 584 posłów), to jednak w styczniu 1933 r. NSDAP wygrało w wyborach do landtagu w Lippe, a 4 stycznia Hitler zawarł porozumienie z byłym kanclerzem Franzem von Papenem w domu bankiera Schrodera (celem było stworzenie nowego rządu). Po rozmowach toczonych na linii Papen-Hitler-Oskar von Hindenburg- Meissner (sekretarz stanu), prezydent Rzeszy Paul von Hindenburg - 30 stycznia 1933 r. powołał Hitlera na nowego kanclerza Rzeszy, III Rzeszy (w nazistowskiej
propagandzie okres walki o władzę zwano "Rewolucją narodową", okres zaś po zaprzysiężeniu Hitlera "Legalną rewolucją"). 4 lutego wydano rozporządzenie "o ochronie narodu niemieckiego" - zawieszające podstawowe prawa konstytucyjne na mocy rozporządzeń prezydenta Rzeszy, zaś 27 lutego ogłoszono rozporządzenie "o ochronie narodu i państwa" wprowadzające stan wyjątkowy (w nocy z 27 na 28 lutego naziści podpalili Reichstag, oskarżając potem o ten czyn komunistów). 3 marca 1933 r. miały miejsce wybory do Reichstagu VIII kadencji, zwyciężyła w nich oczywiście NSDAP zdobywając 288 mandatów (na 647 posłów). Były to ostatnie wybory Republiki Weimarskiej, a 21 marca w poczdamskim kościele garnizonowym pozbawiono oficjalnie władzy parlament Rzeszy (potem dzień ten świętowano jako tzw.: "Dzień Poczdamu"). Kolejne ustawy wydawane w duchu narodowo-socjalistycznym to: 23 marca "Ustawa o likwidacji nędzy narodu", 7 kwietnia "Ustawa o odnowieniu stanu urzędniczego" - zwalniająca z pracy niepożądanych politycznie i nie-aryjskich urzędników. 31 marca ustawą o "Ujednoliceniu krajów i Rzeszy" zlikwidowano federacyjną strukturę dotychczasowych Niemiec (a to oznaczało również rekonstrukcję lokalnych parlamentów i przejęcie władzy w landtagach przez NSDAP), 7 kwietnia wprowadzono tam zaś namiestników krajowych, którzy to mianowali rządy krajowe. 30 stycznia 1934 r. zniesiono zaś już oficjalnie parlamenty krajowe i rozwiązano Radę Rzeszy (14 lutego 1934 r.). Od maja 1933 r. zaczęto likwidować inne niż NSDAP partie polityczne, tak że 1 grudnia 1933 r. NSDAP stała się jedyną partią państwową w Niemczech.

To wszystko razem wzięte, te wszystkie drastyczne metody stosowane przez nazistów i nieszanowanie przez nich prawa oraz likwidowanie partii politycznych i ustroju demokratycznego, były przyjmowane przez większość Niemców jako pozytywny kierunek rozwoju Niemiec. I rzeczywiście trzeba powiedzieć jasno, Hitler w wielu sprawach wywiązał się ze składanych wcześniej obietnic wyborczych, zlikwidował bezrobocie (w 1938 r. doszło nawet do tego, że zaczęło w Niemczech brakować rąk do pracy), kraj się bardzo szybko modernizował i rozwijał, miasta były schludne, czyste, nie było przemocy, ludzie wreszcie mogli odetchnąć po burzliwych latach Republiki Weimarskiej. Od 1935 r. budowano siłę Wehrmachtu, Luftwaffe i Kriegsmarine. W polityce międzynarodowej Rzesza również zaczęła odzyskiwać głos decydujący, co bardzo podobało się Niemcom. W marcu 1936 r. Wehrmacht wkroczył do Nadrenii (remilitaryzacja Nadrenii), przy całkowicie biernej postawie mocarstw zachodnich (Józef Beck - minister spraw zagranicznych Rzeczpospolitej odbył wówczas podróż do Paryża i Brukseli, składając tamtejszym rządom Francji i Belgii drugą propozycję wojny prewencyjnej, mówiąc otwarcie, że jeżeli Francja i Belgia interweniują, Polska również uderzy na Niemcy od wschodu. Tamte państwa jednak nie były chętne rozmawiać o jakiejkolwiek wojnie prewencyjnej i żyły w przeświadczeniu że "jakoś to będzie"). W listopadzie 1936 r. Niemcy wraz z Japonią tworzą wspólny pakt antykominternowski przeciwko Związkowi Sowieckiemu (wcześniej, w październiku zawarto Oś Berlin-Rzym a Włochy przystąpiły do paktu antykominternowskiego w styczniu 1937 r.). W listopadzie 1937 r. na konferencji dowódców Hitler oficjalnie odsłania swoje plany wojenne - celem jest zdobycie nowej przestrzeni życiowej dla Niemiec (tzw. protokół Hosbacha). 13 marca 1938 r. ma miejsce anschluss Austrii. W maju i czerwcu 1938 r. doszło do kryzysu czechosłowackiego, gdy Niemcy w "programie karlsbadzkim" domagały się autonomii terytorialnej dla Niemców sudeckich (wówczas z polskiej strony została złożona władzom Czechosłowacji propozycja podjęcia wspólnej wojny z Niemcami, niestety idiota Benesz - ówczesny prezydent tego kraju, liczył jedynie na pomoc z Francji lub Związku Sowieckiego - Francja zaś do wojny się w ogóle nie paliła, Związek Sowiecki natomiast nie miał wspólnej granicy ani z Czechosłowacją ani z Niemcami). 29 września 1938 r. na konferencji w Monachium rządy Francji, Wielkiej Brytanii i Włoch zgodziły się oddać Czechosłowację pod niemiecką protekcję i włączyć Sudety do III Rzeszy.




Co się tyczy Czechosłowacji, to do dziś pokutuje powielany przez wielu historyków pogląd, że kraj ten miał silną armię, doskonały przemysł i był w stanie w maju i czerwcu 1938 r. wystawić ponad 2 milionową armię (45 dywizji w tym 4 szybkie i 2 zmotoryzowane). Jak to się więc stało że taka siła, wsparta licznymi fortyfikacjami w Sudetach skapitulowała przed 39 dywizjami niemieckimi? Coś tu jest nie tak. A może armia czechosłowacka wcale nie była taka silna jak próbuję się nam wmówić. Owszem w Czechach wytwarzano dużo broni (Czechosłowacja była trzecia w światowej czołówce handlu bronią po Francji i Wielkiej Brytanii a przed Niemcami i USA), ale wszystko praktycznie szło na eksport, zaś siły czechosłowackie zaopatrzone były głównie w broń przestarzałą (gwoli sprawiedliwości trzeba przyznać, że również i nasze samoloty i czołgi sprzedawaliśmy częściej za granicę, niż zaopatrzona była w nie polska armia, a były to produkty wysokiej jakości. Poza tym nie zdążono, bowiem plan rozbudowy i modernizacji Wojska Polskiego - w tym zaopatrzenia go w silną broń pancerną miał zakończyć się do 1942 r. Jednak ze względu na wybuch wojny we wrześniu 1939 roku tak się nie stało). Czesi w czerwcu 1938 r. zmobilizowali trochę ponad milion żołnierzy, Armia Czeska zaś dysponowała 3200 dział (głównie starszych typów), 558 wozów bojowych (łącznie czołgów i samochodów pancernych) i 1500 samolotów przeważnie dwupłatowców i pamiętających czasy I Wojny Światowej - część zaś nie nadawała się do użycia w bezpośrednich działaniach bojowych. Poza tym czeski plan obrony był planem czysto defensywnym, opartym jedynie o linię umocnień sudeckich.




Wojsko Polskie zaś praktycznie nie ćwiczyło planów obronnych, gdyż obrona miała jedynie polegać na zatrzymaniu pierwszego impetu uderzenia wroga, a następnie szybko miano przejść do działań ofensywnych - oczywiście szybkie przejście z pozycji obrony do pozycji ataku jest niemożliwe, ale należy pamiętać że Wojsko Polskie zawsze było przygotowywane do pozycji ataku, nigdy do pozycji obrony, to się zemściło we wrześniu 1939 r. gdy Niemcy narzuciły nam nienaturalny dla nas sposób prowadzenia działań bojowych), gdyż Wojsko Polskie głównie szkoliło się do szybkich działań ofensywnych. Tak samo i w sprawie Czechosłowacji strona polska wystąpiła z propozycją wspólnego wystąpienia przeciwko Niemcom, ale tylko w sytuacji gdy strona czeska podejmie się obrony własnego terytorium bez oglądania się na pomoc Francji. Benesz odmówił podjęcia wojny z Niemcami bez wsparcia Francji i sytuacja była na tyle klarowna, że strona polska coraz bardziej przekonywała się iż Czechosłowacja skapituluje. Niemcy dość dobrze orientowali się w polskich propozycjach odnośnie Czechosłowacji i już w lipcu 1938 r. brali pod uwagę fakt skierowania części sił na granicę z Polską. W sytuacji kapitulacji Czechosłowacji strona polska nie miała innego wyjścia jak wystosować notę ultymatywną w sprawie zwrotu zagrabionego przez Czechów w 1919 r. polskiego Zaolzia (choć pierwotnie był to pomysł czeski z 22 września 1938 r. w którym prezydent Benesz składał ofertę "wyrównania problemu polskiej ludności w Czechosłowacji (...) Na płaszczyźnie zasady rektyfikacji granic". Czesi jedynie twierdzili że przejęcie przez polską stronę Zaolzia powinno się odbyć pomiędzy 31 października a 1 grudnia 1938 r. czyli w czasie, kiedy Niemcy również mogli wkroczyć na Zaolzie i wtedy Hitler zaproponowałby Polsce deal na zasadzie: oddam Zaolzie w zamian za Gdańsk, a to nie wchodziło w rachubę i dlatego 30 września strona polska wystosowała ultimatum do Pragi w sprawie zwrotu Zaolzia a 2 października Czechy notę tę zaakceptowały i dowódca Samodzielnej Grupy Operacyjnej "Śląsk" (stworzonej notabene pierwotnie w celu walki z Niemcami w obronie Czechosłowacji) gen. Władysław Bortnowski wkroczył do Cieszyna.






Tak więc niemieckie sukcesy polityczne i ekonomiczne umacniały wiarę Niemców w mit Hitlera, niewielu jednak wiedziało że te wszystkie reformy, te wszystkie zmiany, likwidacja bezrobocia i wzrost zamożności niemieckich rodzin był jednak w dużej mierze czyniony na kredyt. Tak, na kredyt, gdyż Niemcy otrzymywały spore pożyczki (głównie amerykańskie i brytyjskie), które kiedyś trzeba było spłacić. Ale Hitler spłacać tych kredytów nie zamierzał, nie po to rozbudowywał armię aby jej nie użyć, natomiast spłaty kredytów automatycznie spowolniłyby reformy i zapewne ponownie doprowadziły do powrotu bezrobocia, a Hitler chciał mieć odżywione i szczęśliwe społeczeństwo wiernych żołnierzy, którzy ruszyliby na podbój Europy i Świata. A zwycięzców nikt już by nie rozliczał, czy to z popełnionych zbrodni wojennych, czy też z niespłaconych kredytów. Tak oto wyglądała sytuacja III Rzeszy w przededniu wybuchu II Wojny Światowej. Jak jednak zdobycie władzy przez Hitlera i na wprowadzone przez niego reformy wewnętrzne zapatrywali się zwykli Niemcy, często ubodzy, których nie było stać np. na wysłanie dzieci na kolonie nad morze czy w góry? O tym w kolejnej części.






CDN.
 

HISTORIA ŻYCIA - WSZECHŚWIATA - WSZELKIEJ CYWILIZACJI - Cz. XXVIII

III WIELKA WOJNA GALAKTYCZNA





FAZA III
KONIEC WOJNY - OSTATECZNA KLĘSKA GADÓW





Od zwycięstwa w galaktyce Andromedy, rozpoczęła się kontrofensywa Federacji Galaktycznej, jednak należy dodać, że stało się to możliwe w ogromnej większości dzięki wsparciu udzielonemu przez planetę-okręt Nibiru. Bez pomocy Nibiru Federacja długo nie byłaby w stanie nie tylko zaatakować Reptilian w ich macierzystych światach (Aplha Draconis i Sextans), lecz nawet odzyskać już utraconych galaktyk. Tak też w swym zwycięskim pochodzie Federacja Galaktyczna - poprzedzana siłą planety Nibiru - dotarła wreszcie do naszego Układu Słonecznego. Tutaj miała rozegrać się decydująca bitwa tej wojny pomiędzy Nibiru a umocnioną placówką bojową Gadów - Chowtą (wspartą siłą planety Maldek). Chowta (czyli nasz dzisiejszy Księżyc) był o kilka razy mniejszy od Nibiru, lecz w niczym nie ustępował jej siłą ognia. Gdy więc stało się jasne że to w tym Układzie Słonecznym rozegra się decydujące starcie zbrojne w tej wojnie (które przesądzi o przyszłości Ludzi i Gadów), zarówno Chowta jak i Maldek były na to przygotowane i oczekiwały pojawienia się Nibiru. Gdy wreszcie planeta ta się zjawiła, rozpętała się okrutna bitwa pomiędzy siłami Ligii Anchara a potęgą Federacji Galaktycznej. Starcie to zakończyło się porażką Chowty (na początku unieruchomiono tę placówkę bojową i uczyniono ją niezdolną do dalszej walki, potem dokonano tu desantu, by zlikwidować pozostałe jeszcze na Chowcie reptiliańskie stanowiska ogniowe). Chowta została zdobyta przez siły Federacji, jednak w wyniku działań zbrojnych wypadła ze swej dotychczasowej orbity i przez jakiś czas dryfowała w sposób bardzo niestabilny.

Skutki tamtego starcia obecne są po dziś dzień. Czym są bowiem olbrzymie kratery na powierzchni naszego Księżyca, jeśli nie skutkiem intensywnego ostrzału tej placówki? Tym bardziej że kratery te nie są ulokowane w sposób przypadkowy (co mogłoby świadczyć na działalność meteorytów lub jak początkowo sądzono aktywności wulkanicznej), lecz tworzą określone i logiczne wzory. Według wykazów brytyjskiej grupy badawczej pod kierownictwem Gilberta Fiedlera (która to dogłębnie zbadała powierzchnię Księżyca), okazuje się że kratery na powierzchni Księżyca występują często w parach o tej samej wielkości, lub też tworzą łańcuchy - zawsze jednak równoległe względem siebie. Całość wygląda tak, jak gdyby w pewnych miejscach użyto silniejszych ładunków wybuchowych (stąd wielkie kratery), dla uzyskania lepszego efektu niszczącego. Istnieją nawet liniowe ciągi i łańcuchy kraterów, powstałe jakby z planowego niszczenia powierzchni Księżyca. Poza tym są kratery (takie jak Tycho, Arystach czy Kopernik) które po dziś dzień są radioaktywne. Inną kwestią jest ich ulokowanie (w ogromnej większości po naszej, czyli tzw.: "Jasnej Stronie Księżyca"). Natomiast druga, ciemna dla nas strona tej ziemskiej satelity - posiada niewielką ilość kraterów, oraz... spore wybrzuszenie, które może sugerować iż mogło być to miejsce sterujące. Poza tym Amerykanie nie stwierdzili na Księżycu aktywności wulkanicznej.


STARCIE NIBIRU I CHOWTY



Są i inne nieścisłości w budowie Księżyca, np. taka, że księżycowa gleba jest prawie w całości... wyłożona szkliwem. Pobrane przez amerykańskich lunonautów - próbki owego podłoża, wykazują ogromne ilości tytanu, cyklonu, itru i berylu, które to były wręcz wtopione w powierzchnię Księżyca - tak jakby przeszły proces cieplny, wymagający bardzo dużej ilości ciepła (co najmniej rzędu 2 500 stopni Celsjusza). Skąd na Księżycu taka temperatura? Wygląda to tak, jakby powierzchnia Srebrnego Globu została nadtopiona przez nieznane źródło ciepła o mocy (co najmniej) bomby jądrowej. William C. Pienny - szef zespołu badawczego w Centrum Lotów Załogowych NASA w Houston, w styczniu 1973 r. powiedział na konferencji prasowej po powrocie z misji badawczej Apollo -17: "Nie potrafię sobie wyobrazić, w jaki sposób te kawałki pomarańczowego szkła stanowić mogą rezultat działalności wulkanicznej. A przecież na ziemskich terenach doświadczalnych, na których przeprowadzano podobne wybuchy jądrowe takie odłamki kolorowego szkła do rzadkości nie należą". Było jeszcze coś innego, równie dziwnego. Podczas wyładunku stożkowatych lądowników na powierzchni Księżyca, przy ich kontakcie z podłożem, powstał dźwięk przypominający gong - tak jakby wnętrze księżyca... było puste. "Cała struktura Księżyca zatrzęsła się w bardzo specyficzny sposób. Niemal jak gdyby w jego środku były gigantyczne amortyzatory hydrauliczne" - jak stwierdził Ken Johnson jeden z pracowników laboratorium NASA w Seattle.

Zaś po zniszczeniu reptiliańskich stanowisk na Chowcie - Federacja Galaktyczna opuściła tę placówkę (po raz drugi Galaktyczna Ludzkość zjawi się tutaj z zamiarem kolonizacji ok. 489 000 lat temu na Wenus). Po unieszkodliwieniu Chowty, teraz cała potęga Nibiru skierowała się przeciwko Maldekowi. Wynik tego starcia był przerażający - na Maldeku zniszczono całe istniejące tam życie - wraz ze wszystkimi gadzimi mieszkańcami tego świata. Nastąpił drugi wielki holocaust Gadoidów, zaś planeta została tak poważnie poturbowana, że przestała nadawać się pod przyszłe osiedlenie (przynajmniej na razie). Zniszczenie Maldeka i Chowty miało miejsce ok. 1 240 000 lat temu. Prócz tych dwóch wymienionych gadzich ośrodków - Federacja dokonała desantu na Wenus, rozbijając tamtejszą reptiliańską obronę (Gadoidy pobudowały podziemne wenusiańskie miasta, podobnie jak Ludzie na Marsie - lecz zostały one wszystkie zniszczone przez siły Galaktycznej Ludzkości).


POZOSTAŁOŚCI MALDEKA
(PLANETA GROBOWIEC GADOIDÓW)



Jednak te walki dały również poważnie we znaki samej planecie Nibiru, która została tak uszkodzona, że zginęła większa część zamieszkujących ją istot, a sama Nibiru stała się okrętem/grobowcem, gdyż ci, którzy nie zginęli w wyniku działań zbrojnych, umierali potem w ogromnych ilościach pod wpływem promieniowania radioaktywnego ze względu na uszkodzone i praktycznie wyeliminowane pole siłowe planety. Nibiru przestała być bezpiecznym miejscem do życia jak również i do walki. Federacja postanowiła umiejscowić ją na eliptycznej orbicie, by strzegła bezpieczeństwa całego rejonu przez który przechodziła. Wkrótce jednak planeta zamieniła się w grobowiec i została porzucona. Odtąd zaczęła stanowić poważne niebezpieczeństwo dla wszystkich planet które leżały na trasie jej przelotu, gdyż nikt jej już nie kontrolował. Jej naprawa i ponowne zasiedlenie okazało się bezcelowe i zbyteczne - pozostawiono więc ją własnemu celowi.


Tak oto zakończyła się III i (na razie) ostatnia wielka wojna Ludzi i Gadów we Wszechświecie


CDN.
 

07 grudnia 2025

PAMIĘTNIKI Z RAJU

"SIELSKIE" I "ANIELSKIE" 
ŻYCIE W EDENIE


Lubię wracać do dawno czytanych klasyków literatury światowej. Obecnie co prawda czynię to już coraz rzadziej, gdyż po prostu brakuje mi na wszystko czasu, ale dawniej lubiłem to robić. Lubię sobie na przykład od czasu do czasu wrócić do lektury "Białego Kła" - Jacka Londona, czy "Komu bije dzwon" - Ernesta Hemingwaya (mimo że ci pisarze odczuwali jakąś taką niezrozumiałą dla mnie sympatię do marksizmu). W tym temacie jednak pragnę zaprezentować wybrane fragmenty z dzieła jednego z moich ulubionych, amerykańskich pisarzy - Marka Twaina ("Książę i żebrak", "Jankes na dworze króla Artura" czy "Przygody Tomka Sawyera") pt.: "Pamiętniki Adama i Ewy". Jest to ciekawe spektrum psychologiczno-społecznych relacji damsko-męskich, pokazanych w satyrycznej i niezwykle łatwej do przyjęcia formie. Poniżej pragnę zaprezentować wybrane fragmenty z tej książki, które według mnie dobitnie pokazują różnice w mentalności kobiety i mężczyzny, ich codziennych rozterek, przemyśleń i kłopotów z jakimi muszą się zmagać na co dzień główni bohaterowie, którzy pełnią tutaj rolę archetypicznych odpowiedników przedstawicieli własnej płci. Poza tym niektóre fragmenty wydają się niezwykle komiczne. 😘



A OTO KILKA FRAGMENTÓW Z 

"PAMIĘTNIKÓW ADAMA I EWY" 
MARKA TWAINA




PONIEDZIAŁEK

To nowe stworzenie o długich włosach ciągle staje mi na drodze. Czatuje wciąż w pobliżu i podąża moimi śladami. Nie lubię tego, nie przywykłem do towarzystwa. Wolałbym, aby przebywało wśród innych zwierząt. 😂


WTOREK

Obserwowałem wielki wodospad i sądzę, że to najwspanialsza rzecz w tej okolicy. Nowe stworzenie nazywa go wodospadem Niagara, nie mam pojęcia dlaczego. Mówi, że wygląda jak wodospad Niagara. Nie jest to wystarczający powód, raczej tylko kaprys i głupota. Sam nie mam okazji aby czemukolwiek nadać nazwę. Nowe stworzenie wymyśla nazwy dla każdej istoty, która się pojawia, zanim zdołam się sprzeciwić. I zawsze używa tej samej wymówki: że dana rzecz tak właśnie wygląda. Weźmy na przykład dodo. Utrzymuje, że skoro ktoś nań spojrzy, od razu wie, że wygląda jak dodo. Bez wątpienia będzie musiało być tak nazwane. Nuży mnie zawracanie sobie tym głowy. Dodo? Nie wygląda bardziej na dodo niż ja sam.




ŚRODA

Wybudowałem sobie szałas dla ochrony przed deszczem, lecz nie mogłem cieszyć się nim w spokoju. Nowe stworzenie już tam wtargnęło, a gdy próbowałem je wypchnąć, zaczęło wylewać wodę z otworów, którymi patrzy. Ocierało je wierzchem łap, wydając przy tym takie odgłosy jak niektóre zwierzęta, kiedy cierpią. Chciałbym, żeby przestało tyle mówić, bo gada bez przerwy. Brzmi to jak zaczepka lub niesprawiedliwy przytyk w stosunku do tego biednego stworzenia, nie miałem jednak tego na myśli. Nigdy dotąd nie słyszałem ludzkiego głosu, a więc każdy nowy i obcy dźwięk wdzierający się tutaj, w uroczyste milczenie tej sennej samotności, razi moje ucho jak fałszywa nuta. A ten nowy dźwięk rozlega się tak blisko mnie, tuż przy mym ramieniu, tuż przy mym uchu, najpierw z jednej, potem z drugiej strony, ja zaś przyzwyczaiłem się do odgłosów dobiegających z pewnego oddalenia.

 
PIĄTEK

Wymyślanie nazw postępuje nadal beztrosko pomimo mych sprzeciwów. Znalazłem bardzo stosowną nazwę dla tej okolicy, melodyjną i ładną: "Ogród Rajski". Prywatnie, lecz nie oficjalnie, w dalszym ciągu używam tej nazwy. Nowe stworzenie utrzymuje, że te lasy, skały i cały krajobraz w niczym nie przypominają ogrodu, lecz wyglądają jak park, jak nic innego, tylko właśnie park. Nie zasięgając więcej mej rady, na nowo nazwało ogród - "Parkiem Niagara". Wydaje mi się to zbyt samowolne. Pojawiła się tez tabliczka: "Nie deptać trawy". Moje życie nie jest już tak szczęśliwe jak przedtem. 😮‍💨


SOBOTA

Nowe stworzenie zjada tak dużo owoców, że przypuszczalnie wkrótce nam ich zabraknie. Znów "nam" - to słowo tego stworzenia, a przyswoiłem je sobie, odkąd tak często je słyszę. Dziś rano zaległa gęsta mgła. Nie wychodzę podczas mgły, natomiast nowe stworzenie spaceruje przy każdej pogodzie. Wychodzi do ogrodu, sztywno stąpając na obłoconych nogach. Mówi bez przerwy. A dawniej bywało tu tak cicho i przyjemnie. 😙


NIEDZIELA

Jakoś wytrzymałem, choć ten dzień staje się coraz bardziej męczący. Zeszłego roku w listopadzie ustanowiono go dniem odpoczynku. Przedtem miałem sześć takich dni w tygodniu. Dziś rano spotkałem nowe stworzenie, gdy próbowało strącić jabłko z drzewa zakazanego.


PONIEDZIAŁEK

Nowe stworzenie twierdzi, że nazywa się Ewa. W porządku. Nic nie mam przeciw temu. Mówi, że tak powinienem na nie wołać, jeśli chcę, aby przyszło. Powiedziałem, że to zbyteczne. Użycie tego wyrażenia podniosło w jej oczach moje znaczenie: istotnie, to mocne i celne słowo, którego można używać. Utrzymuje, że nie jest "Ono", lecz "Ona". Jest to mało prawdopodobne, lecz wszystko mi jedno; nic mnie nie obchodzi, kim jest, byle tylko sobie poszła i przestała tyle mówić. 👏


WTOREK

Zaśmieciła cała okolicę wstrętnymi nazwami i drażniącymi napisami: "Do wiru wodnego", "Do koziej wyspy", "Do jaskini wiatrów". Utrzymuje, że park stałby się przytulnym letniskiem, gdyby panował taki zwyczaj. Letnisko to jeden z jej wymysłów - po prostu słowo bez żadnego znaczenia. Co oznacza "letnisko"? Ale ona ma taką manię wyjaśniania wszystkiego, że lepiej jej nie pytać.


PIĄTEK

Zaczęła błagać mnie, bym nie przepływał tego wodospadu. Cóż to jej szkodzi? Dziwię się, dlaczego przejmuje ją to dreszczem grozy. Zawsze to robiłem - zawsze lubiłem zanurzać się w wodzie odczuwając przy tym podniecenie i chłód. Sadzę, że wodospad po to właśnie istnieje, skoro nie ma z niego innego pożytku, a przecież musiał być na coś stworzony. Jej zaś wydaje się, że wodospad stworzono dla jego malowniczości - jak nosorożca lub mastodonta.

 Nie podobało jej się, gdy przepłynąłem wodospad w beczce. Była również niezadowolona, gdy pływałem w balii. Przepłynąłem Wir Wodny i Katarakty w ubraniu z listka figowego, które całkiem się zniszczyło. Stąd nudne utyskiwania nad moją ekstrawagancją. Czuję się tu za bardzo skrępowany. Potrzebuję zmiany krajobrazu.


SOBOTA

W ubiegły wtorek w nocy uciekłem i wędrowałem przez dwa dni. Zbudowałem sobie nowy szałas w miejscu odosobnionym i w miarę możności zatarłem za sobą ślady, lecz ona wytropiła mnie przy pomocy oswojonego zwierzęcia, które nazywa wilkiem, zbliżyła się, wydając żałosne odgłosy i lejąc wodę z miejsc, którymi patrzy. Musiałem z nią wrócić, lecz mam zamiar zaraz odejść, gdy tylko nadarzy się okazja. Ona zajmuje się rożnymi głupstwami, miedzy innymi próbuje zbadać, dlaczego zwierzęta zwane lwami i tygrysami żywią się trawą i kwiatami, chociaż jej zdaniem rodzaj ich uzębienia wskazuje na to, ze powinny pożerać się nawzajem. Głupstwo, bo gdyby tak miało być, to pozabijałyby się, a to sprowadziłoby, o ile dobrze rozumiem, tak zwaną ,"śmierć", która, jak mi mówiono, nie wtargnęła jeszcze do Parku. Z pewnych względów szkoda, że tak się nie stało. 🐅


NIEDZIELA

Jakoś wytrzymałem. 😂


PONIEDZIAŁEK

Ona znów się wspinała na to drzewo. Przepłoszyłem ją stamtąd. Powiedziała, że nikt nie patrzył. Uważa, że to wystarczająco usprawiedliwia wszelkie ryzyko. Użyłem takiego wyrażenia. Słowo "usprawiedliwia" wzbudziło jej podziw - a także zazdrość. Sądzę, ze to trafne słowo.


CZWARTEK

Oznajmiła mi, że powstała z żebra wyjętego z mego boku. Jest to chyba mało prawdopodobne, gdyż nie brakuje mi ani jednego żebra. Bardzo martwi się o sępa i przypuszcza, że trawa mu nie służy. Obawia się, że nie będzie mogła go dłużej hodować, i sądzi, iż powinien żywić się padliną. Sep musi sobie radzić z tym, co dostaje. Nie możemy zmienić całego świata dla wygody sępa. 🦅


SOBOTA

Wczoraj wpadła do jeziora, gdy jak zwykle przeglądała się w jego tafli. Omal się nie udusiła i powiedziała, że było to bardzo nieprzyjemne. Dlatego, żal jej się zrobiło stworzeń żyjących w jeziorze, które nazywa rybami, gdyż w dalszym ciągu nadaje nazwy zwierzętom, choć tego nie potrzebują i nie zbliżają się, gdy na nie woła. Ale ponieważ jest tępa, więc nie ma to dla niej większego znaczenia, zeszłej nocy wydobyła mnóstwo ryb z wody i położyła mi na posłanie, bym je ogrzał. 🤭 Obserwowałem je przez cały dzień i nie zauważyłem, aby były szczęśliwsze niż poprzednio, chyba tylko spokojniejsze. Gdy zapadnie noc, wyrzucę je z domu. Nie będę już spać razem z nimi. Zauważyłem, że są wilgotne i zimne, i bardzo nieprzyjemnie jest tak leżeć pośród nich nago. 😄


NIEDZIELA

Jakoś wytrzymałem. 👍


WTOREK

Ostatnio zajęła się wężem. Inne zwierzęta są zadowolone, gdyż dotąd na nich przeprowadzała swe doświadczenia i zakłócała im spokój. Ja jestem również zadowolony, gdyż wąż mówi i dzięki temu mam chwile wytchnienia. 🐍


PIĄTEK

Oznajmiła mi, że wąż radzi jej, aby spróbowała owocu z tego drzewa, gdyż wówczas posiądzie ogromną, wyjątkową i wspaniałą wiedzę. Powiedziałem jej, że to pociągnie za sobą również przeciwny skutek - sprowadzi śmierć na ziemię. Popełniłem błąd - lepiej było zachować tę uwagę dla siebie, podsunęło jej to myśl, że mogłaby ocalić chorego sępa, a osowiałym lwom i tygrysom dostarczyć świeżego mięsa. Radziłem jej trzymać się z dala od tego drzewa. Odpowiedziała, że wcale nie ma tego zamiaru. Obawiam się, że będą kłopoty. Chciałbym odejść. 🤔


ŚRODA

Miałem urozmaicone przeżycia. Uciekłem tej samej nocy i jechałem konno przez całą noc tak szybko, jak tylko mogłem, miałem nadzieję, że wydobędę się z Parku i ukryję w jakiejś innej okolicy, zanim zaczną się kłopoty, lecz nie udało mi się. Mniej więcej na godzinę przed wschodem słońca, gdy przejeżdżałem przez kwietną równinę, na której pasło się, spało albo igrało tysiące zwierząt, zerwał się nagle - niczym huragan - przerażający zgiełk, i w jednej chwili równinę ogarnął szalony tumult, każde zwierzę zaatakowało swego sąsiada. Domyśliłem się, co to znaczy - Ewa zjadła owoc i śmierć zstąpiła na świat. 🍎

Tygrysy pożarły mego konia, ignorując zupełnie mój zakaz - i zjadłyby nawet mnie samego, gdybym w porę nie uciekł ile sił w nogach. Znalazłem pewne miejsce poza Parkiem, gdzie przez parę dni czułem się bezpiecznie, lecz ona mnie odnalazła. Odnalazła mnie i nazwała to miejsce Tonawanda - tłumacząc mi, że wygląda jak Tonawanda. Tak naprawdę to wcale nie zmartwiłem się, gdy przyszła ponieważ tutaj znajdują się tylko nędzne resztki, a ona przyniosła trochę tamtych jabłek. Musiałem je zjeść, gdyż byłem bardzo głodny. Postąpiłem wbrew swoim zasadom, lecz uważam, że zasady nie mają istotnej mocy, jeżeli jest się głodnym. Przyszła osłonięta gałęźmi i pękami listowia, a gdy spytałem ją, co oznacza to bezsensowne przebranie, drżąc i rumieniąc się zerwała je i rzuciła na ziemię. Nigdy dotąd nie widziałem, aby ktoś tak drżał i rumienił się, więc wydało mi się to niestosowne i głupie. Powiedziała, że wkrótce sam to zrozumiem. Miała rację. Choć byłem bardzo głodny, odłożyłem na pół zjedzone jabłko - chyba najlepsze, jakie kiedykolwiek widziałem o tak późnej porze roku - i okryłem się odrzuconymi przez nią gałęźmi; po czym przemówiłem do niej z pewną surowością domagając się, by poszła i przyniosła, więcej gałęzi i nie robiła z siebie widowiska. Gdy to uczyniła, przyczołgaliśmy się na miejsce, gdzie odbyła się walka zwierząt, zebraliśmy ich skóry, a ja poprosiłem Ewę, aby uszyła parę ubrań stosownych do publicznych wystąpień. Są niewygodne, to prawda, ale za to stylowe, a to najważniejsze, jeśli chodzi o stroje.

Dochodzę do wniosku, że ona jest całkiem dobrą towarzyszką. Zdaję sobie sprawę, że bez niej czułbym się samotny i przygnębiony, zwłaszcza teraz, gdy straciłem swoją posiadłość. Jeszcze jedno: powiedziała, że zgodnie z rozkazem będziemy odtąd zarabiać na życie. Ona zajmie się pracą, a ja będę nadzorował. 👏


PRAWDA ŻE ZABAWNE?


 

APOLONIUSZ - POGAŃSKI JEZUS - Cz. II

KIM BYŁ NAJBARDZIEJ TAJEMNICZY
"RÓWIEŚNIK" JEZUSA?




Za młodu Apoloniusz był niezwykle przystojnym młodzieńcem, który podobał się wielu dziewczętom z Ajgaj i z innych miast Imperium Rzymskiego, które potem Apoloniusz odwiedzał (co ciekawe, według channelingów {które będę cytował jedynie jako dodatek uzupełniający, aczkolwiek zapewne dosyć ciekawy} Apoloniusz pochodził z galaktyki Andromedy i przed swymi narodzinami w ludzkiej postaci, miał objawić się swojej przyszłej matce oraz poinformować ją że wkrótce powije dziecię. Gdy strwożona kobieta zapytała się owej świetlistej postaci - którą wzięła za boga, kogo urodzi - chłopca czy dziewczynkę, postać odparła: "Urodzisz mnie"). Gdy skończył dwudziesty rok życia (ok. 22 r.), zmarł jego ojciec (matka zmarła trzy lata wcześniej, w roku 19 naszej ery), pozostawiając znaczną fortunę, której Apoloniusz nie przyjął, przekazując ją swemu bratu i reszcie swej rodziny. Nadal też mieszkał w Ajgaj i wiadomo że raczej miał wszystko, co było mu potrzebne do życia, a wszelkie nadwyżki dóbr, które trafiały do jego rąk - po prostu rozdawał innym ludziom. Apoloniusz już jako młody chłopak zaczął nauczać o tym, że nie należy zwracać się w świątyniach do bogów z prośbą o bogactwo, władzę oraz inne dobra tego świata. Uważał też że ludzie popełniają błąd, nieumiejętnie się modląc. Wychodził bowiem z założenia że bogów należy prosić o to, co słuszne i pozytywne i że nie należy zaprzątać sobie głowy wszelkimi innymi drobiazgami tego świata, takimi jak złe myśli, które według niego niszczyły spokój duszy. Co ciekawe, mieszkając w Ajgaj prawie całe dnie spędzał w świątyniach, gdzie niestety bardzo często spokój jego duszy był wystawiany na próbę. 

Raz na przykład, gdy do Ajgaj przybył bogaty Asyryjczyk, a  był to młody człowiek, który jednak cierpiał na puchlinę wodną i przyjechał tu, aby w sławnej świątyni boga Asklepiosa, złożyć ofiarę i pomodlić się o zdrowie. Tak więc we dnie ów bogaty asyryjski młodzieniec składał bogu ofiary, zaś nocami... upijał się do nieprzytomności podczas orgii, na które sprowadzał sobie tabuny miejskich prostytutek. Potem trzeźwiał i gdy łapały go bóle, udawał się do świątyni znów składając bogatą ofiarę w intencji swego uzdrowienia. Niestety - jego ofiary nic nie dawały, ból jak był, tak był - choroba nie ustępowała. Nie wiedząc dlaczego bóg tak go każe i nie przynosi ukojenia, zaczął szukać rady wśród miejscowych (ponieważ był majętny, zawsze otaczał go tłumek "przyjaciół" chętnych przekazać swą radę w zamian za drobną opłatę). Ktoś więc pokierował go do Apoloniusza, który dość często przebywał właśnie w świątyni Asklepiosa. Asyryjczyk podszedł do Apoloniusza i zapytał czy ten jest w stanie pomóc mu w jego chorobie. Apoloniusz zgodził się pomóc, ale od razu zapytał: "Jak bardzo chcesz wyzdrowieć?" Asyryjczyk odparł że bardzo tego pragnie, jednak bóg w ogóle mu w tym nie pomaga, tak jakby radowało go jego nieszczęście. Na te słowa Apoloniusz bardzo się oburzył i krzyknął: "Milcz! Bóg daje zdrowie, ale tylko tym, którzy naprawdę chcą wyzdrowieć. Ty zaś tego nie pragniesz, choć mówisz że jest inaczej. Prowadzisz rozpustny tryb życia, a swe wodniste i osłabione wnętrzności napychasz jeszcze winem i jedzeniem. Zupełnie jakbyś błoto wrzucał do wody". Asyryjczyk zdumiony taką przemową (nikt bowiem nigdy nie potraktował go w taki sposób, każdy raczej starał się mu ulegać, aby tylko wyciągnąć z tego jakąś korzyść dla siebie) zaprzestał dalszych nocnych biesiad i zmienił swój styl życia co wkrótce poskutkowało ustąpieniem trapiącej go choroby.




Innym razem pogrążonemu w swych myślach Apoloniuszowi, złożył nieprzystojną... seksualną propozycję, pewien majętny mieszkaniec Ajgaj (jak już wspominałem, Apoloniusz, odznaczający się za młodu piękną budową twarzy i ciała, cieszył się powodzeniem nie tylko wśród dziewcząt, ale także starszych kobiet i również mężczyzn. Zresztą większość miast, jakie odwiedził w Azji Mniejszej w tym czasie, uważał za do głębi "zniewieściałe"), co również wyprowadziło młodzieńca z równowagi i prawie rzucił się na owego mężczyznę z pięściami. Innym znowu razem, młody Apoloniusz znów przebywając w świątyni Asklepiosa (wydaje się wręcz że spędzał tam tak dużo czasu, iż prawie że mógłby tam mieszkać), ujrzał jak strugami płynie po świątynnej podłodze krew, wylewająca się wręcz ze stosów ofiarnych zwierząt, jakie kolejni ofiarodawcy składali bogu. Nikt (w tym również kapłani boga Asklepiosa) nie przejmował się tym, aby najpierw uprzątnąć ołtarz ofiarny, nim dopuści się do niego kolejnych wiernych z ich ofiarami. Tak więc na ołtarzu leżały najróżniejsze zwierzęta (w tym woły, owce i wieprze) rzucone jeden na drugiego, przy czym broczący po kostki w krwi kapłani, brali poszczególne martwe (lub konające) zwierzęta i na oczach zgromadzonych w świątyni ludzi, obdzierali je ze skóry. Spieszono się, bowiem już czekała kolejka nowych wiernych, którzy prócz zwierząt przeznaczonych na ofiarę, nieśli również najróżniejsze dary dla boga (w tym przedmioty wykonane ze złota, srebra i drogich kamieni), które po zamordowaniu zwierzęcia, kapłani zabierali w intencji ofiary. Ten morderczy proceder bardzo się Apoloniuszowi nie podobał i często przeciwko niemu protestował u kapłanów (potem, już w wieku starczym, będzie on objeżdżał kolejne świątynie i pouczał kapłanów aby nie składali krwawych ofiar ze zwierząt, gdyż jak twierdził bogom takie ofiary nie są potrzebne. Jeśli już naprawdę chcą coś poświęcić na ołtarzach ofiarnych, niech to będą przynajmniej owoce lub warzywa, choć i tego według Apoloniusza nie powinno się składać, gdyż bogowie nie pragną naszych fizycznych darów, a jedynie to, co możemy ofiarować im swym życiem i postępowaniem).




O takim nauczaniu i stosunku Apoloniusza do krwawych ofiar wiadomo chociażby z wizyty, jaką złożył już w latach 70-tych I wieku w Egipcie, a konkretnie w tamtejszej świątyni w Leontopolis. Kapłan bogini Bastet, który niedawno składał ofiary na ołtarzu, nie zdążył zmyć krwi nie tylko z samego ołtarza, ale także ze schodów wiodących do świątyni. Apoloniusz - już wówczas okryty sławą mędrca i cudotwórcy - bardzo oburzył się na ten widok i stwierdził że należy zrezygnować z takich praktyk. Stary egipski kapłan (który mimo wszystko nie chciał być pouczany) zapytał się Apoloniusza: "Skąd ty, cudzoziemcze wiesz że nasza bogini nie pragnie krwi?", na co Apoloniusz odparł: "A skąd ty wiesz że tego pragnie? Powiedziała ci o tym?" Kapłan nic nie odpowiedział, a Apoloniusz dodał, że jeśli ktoś bardzo chce złożyć bogini ofiarę w postaci np. wołu czy owcy, to niech... zrobi ciasto w kształcie tego zwierzęcia i ofiaruje go w świątyni, gdyż jak dodał: "Nie wolno plamić ołtarzy krwią, albowiem ciastko z miodem, kadzidło i hymn pochwalny milsze są bogom od stu zwierząt tłustych, nożem zarżniętych". Mieszkańcy miasta (którzy w orszaku powitalnym odprowadzali Apoloniusza do świątyni bogini Bastet) uznali że to właśnie on, a nie ich kapłan ma w tej sprawie rację - wkrótce też zaprzestano w tej świątyni składania krwawych ofiar, zastępując je darami zrodzonymi z ziemi, lub wypiekami prosto z pieca.

Praktykę swego pięcioletniego milczenia odbył młody Apoloniusz (wkrótce po śmierci swego ojca w roku 22), podróżując po miastach i miasteczkach Cylicji i Pamfilii w Azji Mniejszej (głównie zaś przebywając w Ajgaj). Po zakończeniu tego okresu próby (ok. 27 r.) - o czym opowiedziałem w poprzedniej części, udał się Apoloniusz na Cypr, do tamtejszego miasta Pafos, słynącego z kultu bogini Afrodyty (gdzie też owa bogini miała przyjść na świat, wyłaniając się z morskiej piany). Skąd wiadomo że wizyta w Pafos miała miejsce już po odbyciu pięcioletniej praktyki milczenia? Chociażby stąd, że będąc w tym mieście pragnął on zgłębić kult Afrodyty i miał dopytywać się mieszkańców o najróżniejsze jego mankamenty. Najprawdopodobniej także już w tym okresie (lub w niedługi czas potem) zaczął on gromadzić wokół siebie grupkę uczniów, ale aby uzyskać taki status, należało się nieco wysilić. Apoloniusz nie przyjmował bowiem do swojego grona nikogo, kto... nie przeszedł przynajmniej czteroletniej próby milczenia. Opuszczając Pafos, udał się do Efezu. Tam, przed największą i najpiękniejszą Świątynią Artemidy (zaliczaną do jednego z Siedmiu Cudów starożytnego świata), wygłosił on mowę do mieszkańców, ganiąc ich za oddawanie się lenistwu i dążenie jedynie ku przyjemnościom (a ówczesny Efez mógł zaoferować przybyszowi - a szczególnie majętnemu przybyszowi - bardzo wiele atrakcji). Mówił że ludzie powinni miast lenistwu i uciechom cielesności, oddawać się filozofii i zgłębianiu wiedzy. Czas spędzony w Efezie przeznaczył Apoloniusz głównie na nauki i przemowy, w których tłumaczył że ludzie nawzajem powinni sobie pomagać, a nie niszczyć i czerpać radość z nieszczęścia drugiego (pokazując przykład na ptakach, jak to jeden drugiego zawiadamiał że niedaleko ktoś wysypał ziarna pszenicy, natomiast ludzie, gdy odkryją jakąś korzyść, nie chcą się z nią dzielić a zachować przy sobie). 


ŚWIĄTYNIA ARTEMIDY W EFEZIE 
(Jedno z siedmiu cudów antycznego świata)



Opuszczając Efez, udał się Apoloniusz do Smyrny, a następnie popłynął do Antiochii. Stamtąd zaś przybył do Dafne, a szczególnie do tamtejszej Świątyni Apollina, gdzie ponoć przeraził się na widok barbarzyństwa tam dokonywanego. Ponoć kapłani mieli oddawać się składaniu krwawych ofiar, przy czym zupełnie dowolnie odbywali modły, nie praktykując już starych zasad. Według Filostratosa (autora dzieła o życiu Apoloniusza z Tyany), Apoloniusz miał odnowić stare obyczaje, pokazując kapłanom jak należy modlić się do bogów i przekonując ich (a także wiernych, którzy składali w świątyni ofiary za pomyślność swych przedsięwzięć lub w intencji zdrowia) aby nie składali ofiar ze zwierząt, by ołtarz boga nie nasiąkał ich krwią. Stwierdził: "Sam Pitagoras ofiarował bogu byka, ale upieczonego z ciasta". Opuszczając Dafne, skierował się teraz Apoloniusz na południe, do kraju arabskich Nabatejczyków. Był to już (najprawdopodobniej) 30 r. naszej ery. Skąd takie przypuszczenie, skoro nigdzie nie pada żadna data? Chociażby stąd, że Apoloniusz zwykle w każdym odwiedzanym przez siebie mieście spędzał po kilka (a niekiedy nawet kilkanaście) miesięcy). Jeżeli więc przyjąć że wizyta na Cyprze miała miejsce ok. 27 r. to biorąc pod uwagę kolejne miasta (Efez, Smyrna, Antiochia i Dafne) należy przypuszczać że wizyty tam trwały ok. trzech kolejnych lat (tym bardziej że źródła mówią iż w Antiochii Apoloniusz był jedynie przejazdem, zaś pobyt w Dafne też nie należał do długich, być może trwał kilka-kilkanaście dni). Tak więc ok. 30 roku naszej ery Apoloniusz udaje się na południe od syryjskiego Dafne i kieruje do Arabii (kraju Nabatejczyków).


FILOSTRATOS i JULIA DOMNA



30 rok naszej ery jest rokiem szczególnym, bowiem właśnie wówczas (prawdopodobnie w kwietniu) zostaje skazany na śmierć i umęczony na krzyżu niejaki Jezus z Nazaretu, zwany Chrystusem. Jestem ciekaw (źródła bowiem o tym nie wspominają) czy Apoloniusz miał możliwość spotkać się z Jezusem? Jeżeli bowiem przyjąć że jechał do Arabii z Syrii, to zapewne odwiedził Damaszek, Cezareę judejską (bo tak wiodła główna droga), ale czy przybył do Jerozolimy? Niestety - źródła (głównie zaś Filostrat), milczą na ten temat. Wydaje mi się jednak że musiał ominąć Jerozolimę i pojechać zupełnie inną drogą. W każdym razie u Nabatejczyków miał spędzić "jakiś czas". Wiadome jest także, że w swych podróżach Apoloniusz często omijał duże ośrodki miejskie (no chyba że były one celem jego podróży), za to wybierał mniejsze miasteczka i wsie, gdzie lubił modlić się przed wiejskimi kapliczkami przydrożnych bogów i bogiń. Tam też nauczał ludność jak prawidłowo modlić się do bogów i o co prosić w swych modlitwach. Najprawdopodobniej więc, Jezus Chrystus i Apoloniusz nigdy się nie spotkali (choć... może nie wiemy wszystkiego? 😉). U Nabatejczyków Apoloniusz musiał spędzić z kilkanaście miesięcy (gdyż określenie "jakiś czas" jest co prawda mylące, ale użyte również w sytuacji jego wizyty w Babilonie, gdzie wiemy że spędził tam rok i osiem miesięcy, co sugeruje właśnie taką interpretację owych dwóch słów). A następnie odbył swą sławną, mistyczną podróż na Wschód - do Persji (wówczas Partii) i Indii.


TE OCZY!
(Oczy które mówią wejrzyj w siebie, a zobaczysz że nie jesteś tym za kogo się uważasz. Wejrzyj w siebie, a zobaczysz że jesteś duchową istotą, która jedynie pragnie Miłości, ale nie potrafi jej odnaleźć na tym świecie) 




CDN.
 

06 grudnia 2025

WIELKA WOJNA NA WSCHODZIE - Cz. XVI

OSTATNIA WOJNA 
HELLEŃSKIEGO ŚWIATA





EGIPT PTOLEMEUSZY
(RETROSPEKCJA)
Cz. XVI




Teraz na północy Sycylii tworzyć się zaczęło drugie przymierze (zwane północnym lub jońskim), a jego centrum stało się miasto-państwo Rhegion (leżące w Italii, nad Cieśniną Mesyńską). Władał tam (jako tyran) arystokrata meseński (wówczas jeszcze miasto to zwało się Zankle) Anaksilas. W 494 r. p.n.e. pomógł on kolonistom z Samos opanować swoje rodzinne miasto - Zankle (leżące po drugiej stronie Cieśniny Mesyńskiej) licząc na wspólny sojusz, ale ponieważ Samijczycy nie byli chętni wchodzić z Anaksilasem w układy, ostatecznie wyprawił się przeciwko nim zbrojnie, zdobył Zankle, przepędził Samijczyków i założył miasto na nowo, teraz już pod nazwą Messana (ok. 488 r. p.n.e.). Teraz Anaksilas kontrolował już całą Cieśninę, a wkrótce potem zawarł układ z Himerą (miastem leżącym daleko na północny-zachód od Messany), dawnej kolonii Zankle (założonej ok. 650 r. p.n.e.). Anaksilas poślubił też córkę tyrana tego miasta - Terillosa. Tak oto narodziło się przymierze północne, którego celem stało się niedopuszczenie do opanowania całej Sycylii przez Gelona i jego teścia Terona.

A tymczasem w 490 r. p.n.e. miało miejsce pewne wydarzenie, które zmieniło równowagę sił na Sycylii. Otóż, w tym czasie mieszkańcy Syrakuz wypędzili z miasta lokalną arystokrację (zwaną gamoroi) która rządziła tymże polis od założenia miasta w 734 r. p.n.e. przez Archiasa z Koryntu (gamoroi to była nazwa potomków Archiasa i tych rodów osadników, którzy wraz z nim zakładali miasto, reszta mieszkańców zwała się po prostu killichiroi). W Syrakuzach wprowadzono demokrację na kształt ateński, a wypędzeni oligarchowie (wraz z rodzinami) znaleźli schronienie w mieście o nazwie Kasmene (leżące na południowy zachód od Syrakuz). Gelon postanowił to wykorzystać, a ponieważ darzył on pogardą ludzi ubogich (i postępował z nimi okrutnie) przeto wystąpił jako obrońca i mąż opatrznościowy wypędzonych syrakuzańskich arystokratów. Zaproponował im że zdobędzie Syrakuzy i pozwoli im na powrót do miasta, pod warunkiem jednak, że uznają go swoim władcą. Arystokraci zgodzili się na taki układ, ale mniej chętne były władze miasta Kasmene - które co prawda obawiały się zbyt ekspansjonistycznej polityki Syrakuz (które przecież w 550 r. p.n.e. zdobyły i zniszczyły swoją własną kolonię - Kamarinę, która sprzeciwiła się władzy swej metropolii. Kamarina została odbudowana dopiero za rządów tyrana Geli - Hippokratesa w 498 r. p.n.e., po jego zwycięstwie nad armią Syrakuz w bitwie nad rzeką Eloros), jednak strach przed Syrakuzami był mniejszy, od strachu przed rosnącą potęgą Geli i przymierza południowego, które realnie zagrażało teraz suwerenności Kasmene. Dlatego też władze miasta odrzuciły propozycję Gelona. Ten jednak wyjątkowo źle przyjmował wszelkie odmowy i ok. 485 r. p.n.e. pomaszerował zbrojnie na owe polis, zdobył je i włączył do swego południowego imperium sycylijskiego. Teraz zaś przyszła kolej na Syrakuzy. Miasto, otoczone z morza i lądu (armia Gelona składała się z 20 000 hoplitów, 2000 jazdy, 2000 łuczników, tyleż samo procarzy i tyle samo lekkozbrojnej piechoty, wyćwiczonej do walki u boku jeźdźców; a poza tym dysponował 200 okrętami wojennymi - trójrzędowcami) broniło się dzielnie przez kilka miesięcy, ostatecznie jednak pozbawione wsparcia musiało się poddać (co prawda tyran miasta Kyme - Aristodemos obiecywał wsparcie - sam w końcu też przejął władzę w wyniku zamachu stanu w 505 r. p.n.e. i wymordował wszystkich dotąd rządzących miastem oligarchów, ale ostatecznie takiej pomocy nie udzielił. Tym bardziej że sam miał już problem z niejakim Tarkwiniuszem Pysznym, wypędzonym dwadzieścia pięć lat wcześniej ostatnim królem Rzymu, któremu udzielił schronienia i który teraz stanowił dla niego znaczne obciążenie - zarówno polityczne jak i wizerunkowe).




Po kapitulacji Syrakuz (pod koniec 485 r. p.n.e.) Gelon przeniósł swój dwór do tego miasta i tam ogłosił się tyranem, czyniąc z Syrakuz swoją stolicę i główną siedzibę (a ponieważ był dość pamiętliwy, przeto nie zapomniał o obietnicy Aristodema z Kyme udzielenia pomocy najechanym Syrakuzańczykom i uruchomił przeciw niemu opozycję, wysyłając swe złoto na wsparcie arystokratów z Kyme, zbiegłych i poukrywanych w kampańskich miastach i wioskach. Dzięki tym pieniądzom stworzył z nich armię, która wkrótce potem (ok. 485/84 r. p.n.e.) zdobyła Kyme, zabijając Aristodemosa i po dwudziestu latach tyranii, ponownie przywracając w mieście rządy oligarchiczne. Władzę zaś w Geli powierzył Gelon swemu bratu - Hieronowi, a sam przeprowadził do Syrakuz wielu mniej zamożnych Gelijczyków (Herodot pisze o "astoi" a nie o "politai" co znaczy że przesiedleni zostali chłopi i tzw. klasa pracująca, natomiast nie możne rody Geli), wszystkich mieszkańców Kamariny (a ich miasto zburzył - osobiście mordując sprzeciwiającego się temu tyrana Kamariny - Glaukosa, którego wcześniej sam tam zainstalował, a który był też bokserem i zwycięzcą Igrzysk Olimpijskich. Glaukos z Karystos na Eubei swoje pierwsze i jedyne zwycięstwo na Igrzyskach Olimpijskich odniósł w 520 r. p.n.e., jeszcze jako młody mężczyzna, wówczas pokonał wszystkich swoich przeciwników ale i sam na tym ucierpiał, będąc mocno poranionym. Poza tym dwa razy zwyciężył na igrzyskach pytyjskich w Delfach, osiem razy na nemejskich w Nemei i osiem na istmijskich na Istmie Korynckim, był bodaj najsławniejszym bokserem swoich czasów, chociaż nie wiadomo dlaczego tylko raz wystąpił na Igrzyskach Olimpijskich), oraz zamożnych obywateli Kasmene (wraz syrakuzańskimi oligarchami), zaś tych niezamożnych po prostu sprzedał w niewolę (jak wcześniej pisałem - Gelon gardził niezamożnymi ludźmi i uważał ich za równych niewolnikom), a uzyskane w ten sposób pieniądze przeznaczył na rozbudowę i utrzymanie swej armii. Dzięki tym przesiedleniom, uczynił Gelon z Syrakuz najludniejsze miasto greckiego świata. Wzniósł też nowe, potężne mury obronne (które przez prawie trzy stulecia uczyniły to miasto nie zdobytym, aż do zajęcia Syrakuz przez Rzymian w 212 r. p.n.e. Syrakuzy wówczas wspomagał swymi wynalazkami jeden z największych konstruktorów starożytności - Archimedes, póki rzymski miecz nie rozłupał mu głowy). Gekon znacznie się też wzbogacił dzięki łupom, sprzedawanym w niewolę najbiedniejszym mieszkańcom podbijanych polis, jak również dzięki nakładanym podatkom. Stał się teraz najpotężniejszym władcą greckiego świata, a Syrakuzy pragnął uczynić stolicą tego świata.




Oczywiście nie zrezygnował też z nowych podbojów i już w 483/482 r. p.n.e. napadł na Megarę Hybleę (miasto założone ok. 720 r. p.n.e. przez doryckich najemników, którzy przybyli na Sycylię w poszukiwaniu nowego zajęcia i lepszego życia). Miasto broniło się kilka miesięcy, ale ponieważ nie miało szans na jakąkolwiek odsiecz, było zdane na klęskę. Ostatecznie (po długich negocjacjach) miasto skapitulowało. Oligarchów - którzy dotąd władali miastem i mobilizowali lud do walki z nim - przesiedlił Gelon do Syrakuz nadając im obywatelstwo, biedotę zaś ponownie sprzedał w niewolę (część została sprzedana poza Sycylię, ale część - zamieniona w niewolników - miała odtąd pracować na roli wokół miasta dla swoich nowych panów z Syrakuz). Następnie (jeszcze w tymże 483 r. p.n.e.) Gelon wyruszył zbrojnie przeciwko miastu Euboa, zdobył je i postąpił dokładnie tak, jak wcześniej z Kasmene i Megarą Hybleą, miasto zaś zburzył doszczętnie tak, iż do dziś trudno jest ustalić dokładnie jego położenie. A tymczasem zięć Gelona - tyran Akragas - Teron również nie próżnował. W tym samym czasie, gdy Gelon podbijał Syrakuzy i inne okoliczne polis, Teron obległ i zdobył Himerę, miasto przymierza północnego, zarządzane przez Terillosa (który stamtąd uciekł do swego zięcia Anaksilasa z Rhegion). Teraz wpływy Terona sięgały Fitnery na północy Sycylii, a Gelona całego pasa południowo-wschodniego osadnictwa dorycko-jońskiego z największym miastem - Syrakuzami na czele. Tak oto przymierze południowe odniosło zwycięstwo, choć wojna nie została jeszcze zakończona i należało spodziewać się wzmożonego oporu, tym bardziej że Terillos pragnął odzyskać Himerę, a Anaksilas również widział się jako przywódca całej greckiej Sycylii (i aby to osiągnąć musiał pokonać Gelona). Jak jednak tego można było dokonać? Odpowiedź nasuwała się sama - zawrzeć sojusz z kartagińskimi emporiami na Zachodzie oraz z samym Kart Hadaszt. W 481 r. p.n.e. Anaksilas i Terillos wyprawili poselstwo do grodu bogini Tanit i tam zostali przyjęci i wysłuchani przez lokalną arystokrację rządzącą Kartaginą (Grecy zwali ich gerontami, Rzymianie senatem, zaś w języku punickim ich instytucja - czyli Rada Starszych - zwała się h'drm, co można tłumaczyć jako hederim - o czym już wspominałem) oraz oczywiście przez samego króla Hamilkara I (trzeciego władcę z rodu Magonidów, panującego od ok. 510 r. p.n.e.). Postanowili oni przyjść Jonom z odsieczą oraz wspomóc ich w walce z Gelonem i Teronem.




Jednocześnie w tym samym czasie (481 r. p.n.e.) do Syrakuz przybyło poselstwo z Grecji właściwej, z prośbą o przysłanie - w imię jedności wszystkich Hellenów - wsparcia polis kontynentalnych, zagrożonych nową inwazją Persów. Ponoć Gelon miał się wówczas żalić, że gdy on dziesięć lat wcześniej prosił miasta Grecji właściwej o pomoc w walce z Kartagińczykami w imię "jedności Greków" i pomszczenia śmierci Dorieusa że Sparty, to wówczas owego wsparcia mu nie udzielono. Zapowiedział też, że przyjdzie z pomocą kontynentalnym polis, jeśli tamci Grecy wybiorą go naczelnym dowódcą anty-perskiej krucjaty, na co ci nie mogli się zgodzić i do sojuszu nie doszło (bez żalu ze strony Gelona, który miał przecież na głowie wojnę z przymierzem północnym i ich sojuszem z Kartagińczykami). Obawiając się jednak zarzutu o "medyzm" (czyli zdradę greckiego świata i sprzyjanie Persom - w mentalności Greków - będących barbarzyńcami), posłał Gelon do Delf swego zaufanego człowieka imieniem Dorieus (noszący to samo imię, co poległy w bitwie z Elymami pod Eryksem w 510 r. p.n.e. brat królów Sparty - Kleomenesa I i Leonidasa) z pokaźną ilością złota dla tamtejszej amfiktionii i cichą prośbą do tamtejszych kapłanów boga Apollina, aby wieszczka tego boga zabroniła Syrakuzańczykom wyprawy na Persów, wróżąc tym niepomyślne znaki. Tak też się stało (złoto najwidoczniej zawsze czyni cuda 😉), a Gelon zyskał czas na przygotowanie się do nieuniknionej konfrontacji ze swymi sycylijskimi wrogami. Kartagińczycy bowiem na wiosnę 480 r. p.n.e. rozpoczęli wyprawę na Sycylię (matką króla Hamilkara I Magonidy była grecka arystokratka z Syrakuz, był on więc po części Hellenem i szybko znalazł wspólny język z Terillosem z Himery, a Anaksilas z Rhegion posłał mu nawet swoje dzieci jako zakładników, aby udowodnić że ma czyste intencje i nie knuje spisku ani nie zawrze z Gelonem i jego teściem separatystycznego pokoju). Niestety, w drodze ku zachodnio-sycylijskim emporiom kartagińską flotę (złożoną z ok. 100 okrętów) dosięgła burza, która mocno nadwyrężyła ich szeregi, zatapiając kilka okrętów i poważnie uszkadzając kolejnych kilkanaście. Gelon dowiedziawszy się o tym, postanowił wykorzystać to propagandowo, rozgłaszając po całej Sycylii że bogowie są niezadowoleni z greckich zdrajców i renegatów spod znaku przymierza północnego i tak jak o mały włos nie unicestwili kartagińskiej armii i floty, tak z pewnością zniszczą ów "nikczemny sojusz" (Gelon celowo głosił takie rzeczy, aby odwrócić uwagę greckiego świata od siebie samego i nieudzielenia wsparcia Hellenom z kontynentu przeciw perskiej inwazji Króla Królów Kserksesa I).




Kartagińczycy, dotarłszy do portu w Panormos, wysadzili na brzeg swoją armię (ok. 30 000 zbrojnych, z czego zapewne jakaś część utonęła w morzu podczas przeprawy). Armia złożona była z rodowitych Kartagińczyków (zapewne ochotników) i jakiejś części libijskich najemników (nie była to więc - jak potem oskarżano króla w Kartaginie - "prywatna wyprawa Hamilkara", ta wojna miała poparcie Rady Starszych i zapewne sporej części kartagińskiego społeczeństwa, choć należała raczej do wypraw awanturniczo-przygodowych i nie była istotna z punktu widzenia żywotnych interesów grodu bogini Tanit). Król Hamilkar do Panormos (punickiego emporium w północno-zachodniej Sycylii) ściągnął posiłki, złożone z Fenicjan, rdzennego plemienia sycylijskich Elymów oraz Greków z miasta Selinunt (leżącego na południu Sycylii, bliżej portów kartagińskich na zachód od Akragas, ale i tak bardziej obawiającego się owego greckiego polis niż kartagińskich emporiów) i na czele tej armii ruszył wzdłuż północnego wybrzeża wyspy ku Himerze (jego plan zakładał zdobycie miasta i zwrócenie go Terillosowi, a następnie połączenie się z armią Anaksilasa pod Messaną i wspólny marsz na Syrakuzy). Gelon najmniejsze poparcie miał wśród marynarzy swej floty (złożonej z Syrakuzańczyków, którzy nie widzieli w Kartagińczykach dla siebie żadnego zagrożenia), dlatego też nie wyprowadzał swej liczniejszej (złożonej z 200 okrętów) floty na morze by zaatakować Kartagińczyków pod Panormos, bo obawiał się zdrady w tych szeregach. Jednak armia była jego oczkiem w głowie (szczególnie wierna mu była konnica, obsadzona przez przedstawicieli wielkich rodów z Syrakuz czy Geli) i całkowicie na niej polegał.

Pod Himerą wojska Terona z Akragas (które okupowały miasto) postanowiły przyjąć bitwę i hoplici wyszli z miasta w pole, ale Kartagińczycy szybko zmusili ich do ucieczki i powrotu do miasta. Dla Hamilkara było jasne, że miasto szybko się nie podda i trzeba je będzie zmusić do kapitulacji oblężeniem, dlatego też kazał założyć obóz pod miastem i wyciągnąć swe okręty na brzeg - otaczając je ochronną palisadą. Gelon tymczasem zdążał już pod Himerę, prowadząc prawie całą swoją armię - 20 000 hoplitów, 2000 jazdy i 6000 lekkozbrojnych piechurów. Greccy (a potem macedońscy) hoplici przez długie wieki od mniej więcej połowy VI wieku p.n.e. uważani byli za najdoskonalszych żołnierzy swoich czasów, a ich uzbrojenie za idealne i godne prawdziwego wojownika. Owi "mężowie spiżowi" zakuci w hartowany metal ze swoją włócznią, tarczą i mieczem (oraz nagolennikami i często nałokietnikami) byli tożsami ze średniowiecznymi rycerzami i przez długi czas (do połowy II wieku p.n.e.) stanowili najdoskonalszą siłę militarną Antyku (potem ich miejsce zajęli rzymscy legioniści - zdobywając przewodzenie mniej więcej od bitwy pod Kynoskefalaj z 197 r. p.n.e., Magnezją z 190 r. p.n.e. a ostatecznie od bitwy pod Pydną z 168 r. p.n.e. gdzie już definitywnie rzymski legion okazał się lepszy od grecko-macedońskiej falangi). Gelon zjawił się pod Himerą i założył własny obóz po wschodniej stronie miasta.


REPUBLIKAŃSKI LEGION OBYWATELSKI Z II WIEKU P.N.E. 
OSTATECZNIE ROZBIJA ZAWODOWĄ MACEDOŃSKĄ FALANGĘ 
W BITWIE POD PYDNĄ 
(168 r. p.n.e.)



Do bitwy doszło w pogodny, letni dzień o wschodzie słońca. Armie wyszły w pole i stanęły naprzeciw siebie, ale o ile Grekami osobiście dowodził Gelon, o tyle król Hamilkar wyznaczył do bitwy swoich oficerów, a sam pozostał w obozie, rozpalając wielki stos i składając w ofierze Melkartowi (punickiemu Herkulesowi) kilkadziesiąt sztuk bydła (potem za ów czyn był Hamilkar przez greckich historyków wyszydzany, gdyż w ich wyobrażeniu wódz powinien zagrzewać swoich żołnierzy do walki, a ofiary składać przed bitwą, a nie w jej trakcie. Ci, którzy tak pisali - np. Eforos czy Diodor z Halikarnasu - zupełnie nie rozumieli punickiej mentalności i religijności, która znacznie różniła się od greckiej. Król dla Kartagińczyków co prawda był wodzem naczelnym, ale przede wszystkim był kapłanem i do jego obowiązku należało zapewnić przychylność bóstw dla wojska i całej kampanii właśnie w trakcie bitwy. W punickiej religijności bardzo ważnym aspektem była obrzędowość i ofiarność - w rozumieniu składania ofiar, a nie łożenia na biednych i potrzebujących. Kohanim - czyli puniccy kapłani, byli służebnikami swych strasznych bogów i nie mogli zapomnieć czy pominąć żadnej ofiary, przewidzianej dla bogini Tanit, boga Baal Hammona, Melkarta, Eszmuna, Reszefa, Szadrapy, Istarty, Jama, Dagona czy wielu pomniejszych bóstw. Czasem, w przypadku wielkiej katastrofy naturalnej czy poważnej klęski militarnej składano też ofiary z ludzi - niekiedy, choć rzadko, również z kapłanów. Niestety, punicka religijność pozbawiona była tego, co u Greków wprowadzone zostało drogą filozofii i literatury a u Rzymian drogą papugowania Greków - czyli elementu bożego miłosierdzia [oczywiście zarówno u Greków jak i u Rzymian było ono bardzo prymitywne, dlatego potem chrześcijaństwo tak łatwo zdobyło poklask wśród ciemiężonych warstw rzymskiego społeczeństwa, gdyż dawało ludziom nadzieję na zbawienie i lepsze życie po śmierci. W "Quo Vadis" Sienkiewicza, Marek Winicjusz zapytuje się chrześcijan: "Grecja dała światu piękno, Rzym siłę, a co wy przynosicie?" i odpowiedział mu św. Piotr: "My przynosimy Miłość"]. Kartagina pozbawiona była nawet tego ułomnego, "filozoficznego" pojęcia bożego miłosierdzia (o kartagińskiej i punickiej religijności oraz wierze w życie pozagrobowe mógłbym nieco więcej napisać, ale nie czas teraz na to w tym temacie. Warto może nadmienić tylko, że tuż po śmierci Dariusza Wielkiego w październiku 486 r. p.n.e. i objęciem władzy przez jego syna - Kserksesa, ale jeszcze przed perską inwazją na Grecję z 480 r. p.n.e. do Kartaginy przybyło poselstwo od Króla Królów. Przywieźli oni skargę i jednocześnie żądanie od swego władcy, aby Kartagińczycy zaprzestali "składać ofiary z ludzi i zjadać psie mięso". Nie wiadomo czy to poselstwo było powodem, ale rzeczywiście od V wieku p.n.e. w Kartaginie coraz rzadziej składano ofiary z ludzi, coraz częściej zaczęto palić zwłoki niż grzebać w ziemi oraz ponoć zaprzestano spożywania psiego mięsa).




Bitwa pod Himerą trwała cały dzień. Kartagińczycy starali się przełamać linie greckiej falangi, ale wszędzie napotykali pancerną ścianę z wyciągniętych ku nim włóczni i tarcz. Król Hamilkar przez cały dzień - aż do zapadnięcia zmroku - wrzucał w ogień kolejne zarżnięte ofiary z cieląt, kóz i owiec aby Melkart (mający również cechy solarne) dopomógł jego wojom w zwycięstwie. Niestety, bóg pozostał głuchy na owe prośby i krwawe ofiary. Gdy więc słońce poczęło zachodzić a mrok nadchodzącej nocy zaczął otaczać pole bitwy, Hamilkar już wiedział że bitwa jest przegrana (choć kartagińskie szeregi jeszcze nie zostały rozbite). Kartagińczycy bowiem toczyli bitwy zawsze w dzień, przy słonecznym blasku, bowiem zapadająca noc przynosiła triumf nadchodzącego chaosu (a wówczas żadne ofiary nie miały już znaczenia). Puniccy wojownicy również tak myśleli i gdy tylko słońce zaszło za horyzont, oni... rzucili się do ucieczki. Wówczas dopiero doszło do rzezi, gdyż najwięcej Punitów padło właśnie podczas ich panicznej ucieczki z pola bitwy (co jest naturalnym zjawiskiem, zawsze najwięcej poległych jest w trakcie ucieczki a nie w trakcie samej bitwy). Widząc że jego armia się rozpadła, król Hamilkar nad ofiarnym stosem popełnił rytualne samobójstwo, rzucając się w płonący stos. Na placu boju polegli prawie wszyscy kartagińscy wojownicy (tylko garstce udało się uciec i schronić w zachodnich punickich emporiach), Grecy spalili też całą kartagińską flotę. Była to jedna z największych klęsk militarnych grodu bogini Tanit w historii, Grecy zaś odnieśli pełne zwycięstwo a przymierze południowe ostatecznie zatriumfowało na Sycylii. Rada Starszych (Hederim) całą winę za klęskę zrzuciła na zmarłego władcę, zarzucając mu przy tym, że bez jej zgody podjął się tej wyprawy (wypędzono też z miasta jego syna - Giskona, który osiadł w greckim Selinuncie). Władza królewska została też znacznie osłabiona (prawdopodobnie w ogóle zaprzestano używania słowa król czyli "milk", a władców z rodu Magonidów zaczęto nazywać sędzią ["szofet" l.m. "szofetim" czyli sufet). W 396 r. p.n.e. ponownie dokonano reformy i podzielono urząd króla i sufeta - ten drugi przejął wszystkie urzędowe i religijne uprawnienia władcy, królowi pozostało "tylko" dowodzenie wojskiem na polu bitwy i funkcje ceremonialne, zaś po 308 r. p.n.e. w ogóle zniesiono monarchię, pozostawiając w to miejsce dwóch (zaś po klęsce Kartaginy w wojnie z Rzymem w 201 r. p.n.e. wprowadzono aż czterech) wybieranych co roku sufetów. Tak oto monarchia w Kart Hadaszt przestała istnieć.




Ale nim to nastąpiło, królowie wciąż jeszcze byli wybierani (zawsze z rodu Magonidów). Wina, jaką Hederim chcieli obarczyć Hamilkara, nie mogła jednak przekroczyć pewnych granic, bowiem król ten postąpił honorowo - popełniając rytualne samobójstwo i rzucając się w ogień (podobnie jak przed wiekami uczyniła to założycielka Kartaginy - Dodona). Poza tym lud uważał go za bohatera (a niektórzy wręcz za boga) i zaczęto stawiać mu pomniki w wielu kartagińskich emporiach na Sycylii, a nawet na Sardynii i w samej Kartaginie. Bitwa pod Himerą była jednak dla Kartagińczyków poważnym ciosem nie tylko militarnym i gospodarczym (o czym zaraz powiem), ale również mentalnym i metafizycznym. Oto bowiem okazało się, że pomimo tylu złożonych ofiar, Melkart nie usłuchał modlitw Hamilkara i nie dopomógł Kartagińczykom odnieść zwycięstwa. To było dla nich dojmujące i niewytłumaczalne przeżycie, które nieco zmieniło ich zapatrywania religijne. Oto bowiem dotychczasowi potężni bogowie: Baal Hammon i Melkart ustąpili miejsca bogini Tanit (która już wcześniej była czczona, ale zawsze znajdowała się na boku owych dwóch głównych bogów). To pomogło nieco złagodzić psychiczną traumę odwrócenia się bogów od mieszkańców Kart Hadaszt, a Kartaginę odtąd zwano "grodem bogini Tanit". Była to więc - jak się zdaje - wielka, zbiorowa terapia psychologiczna mieszkańców tego miasta, terapia uzdrawiająca bo nic tak nie dołuje człowieka, jak świadomość że bogowie (lub Bóg) się od niego odwrócili. Po klęsce pod Himerą nastąpiła też dość poważna (ale krótkotrwała) stagnacja gospodarcza, o czym świadczą uboższe nagrobki wystawiane w Kartaginie po 480 r. p.n.e. I choć zasada ta utrzymała się dość długo (praktycznie do końca istnienia tego miasta), to twierdzenie iż panował tam odtąd permanentny kryzys nie wytrzymuje krytyki, tym bardziej, że dość majętne nagrobki wciąż były wystawiane w kartagińskich emporiach na Sycylii, Sardynii, Korsyce, Balearach czy nawet w Małej Syrcie. Jedynie stan taki utrzymał się w Kartaginie, więc jeśli nawet pojawił się kryzys gospodarczy, to był on krótkotrwały, ale jednocześnie doprowadził do stałego ograniczenia zbytku cmentarnego Kartagińczyków (być może wydane zostało prawo, które obowiązywało w samym mieście i jego okolicy, że należy ograniczyć wystawność pogrzebów oraz wkładanie do grobu cennych przedmiotów. To tylko moja hipoteza, ale wydaje mi się ona jak najbardziej logiczna).


KART HADASZT
(MIASTO BOGINI TANIT)



Co się zaś tyczy Gelona, to odniósł on pod Himerą swoje najwspanialsze zwycięstwo, jednak nie zamierzał (wbrew radom swego teścia) kontynuować tej wojny i gdy tylko przybyli doń posłowie z Kartaginy z zamiarem podpisania pokoju, szybko na to przystał (dalsza wojna wzmacniałaby raczej Terona, a szczególnie opanowanie kartagińskich emporiów na zachodzie). Kartagina zapłaciła kontrybucję w wysokości 2000 talentów (czyli ponad 50 ton srebra) i ofiarowali złoty wieniec dla Damarete (małżonki Gelona) która oficjalnie występowała w imieniu Kartaginy jako łagodząca konflikt. Jednak posiadłości Kartaginy na Sycylii nie zostały uszczuplone (tym bardziej że tamte fenickie emporia wciąż jeszcze były mocno niezależne od Kartaginy). Anaksilaos z Rhegion pogodził się z Gelonem, zaś Terillos z Himery zginął w dziwnych i do końca niewyjaśnionych okolicznościach. W Selinuncie zawarto sojusz z Akragas i Syrakuzami. Gelon stał się odtąd bardzo sławny w greckim świecie, wystawił też na własny koszt trzy nowe świątynie (w Himerze, Akragas i Syrakuzach), ale wciąż było mu mało, tym bardziej po zwycięstwie Greków kontynentalnych w bitwach z Persami pod Salaminą (480 r. p.n.e.) i Platejami (479 r. p.n.e.). Wciąż mu się wydawało, że w Grecji nazywają go "medystą" (sojusznikiem Persów) co go bardzo irytowało. Zaczął więc rozgłaszać (a ponieważ jego skarbiec był pełen złota i srebra, znalazł do tego wielu chętnych poetów, pisarzy i mówców) po całej Helladzie, że nie mógł przyjść z odsieczą, ponieważ walczył na Sycylii z takim samym zagrożeniem, z jakim zmagali się Grecy z kontynentu. Mało tego, to właśnie od niego wyszła plotka (potem powtarzana przez kilku greckich pisarzy, jak choćby wspomniani wcześniej: Eforos i Diodor z Halikarnasu, choć już Herodot o tym nie wspomina) że Kartagina była w ścisłym sojuszu z Persami i wspólnie pragnęli oni zgnieść Hellenów od Wschodu i Zachodu. Ta plotka miała zamknąć usta tym wszystkim, którzy oskarżali Gelona o "medyzm", ale realnie była bzdurą. Kartagińczykom wcale nie zależało na zwycięstwie Persów nad Grecją, bo wtedy powstałaby tam perska satrapia, a kolejnym etapem perskiej zachłanności stałaby się zapewne Sycylia - a tam przecież były fenickie emporia sprzymierzone z Kartaginą. Jaki sukces odniosłaby więc Kartagina w takiej sytuacji, musząc zmierzyć się z wielonarodową potęgą Króla Królów (który już stawiał Kartagińczykom warunki we wspomnianym wyżej poselstwie). Co prawda być może Persowie chcieliby zawrzeć taki anty-grecki sojusz, ale Kartagińczycy nie wyrazili na niego zgody i nawet jeden okręt z Kart Hadaszt nie popłynął na Wschód na pomoc Persom w bitwie z Grekami (głównie Ateńczykami) pod Salaminą. Miasto bogini Tanit nie życzyło sobie perskiej obecności w pobliżu własnych portów i perskich interesów, które kolidowałyby z ich własnymi. Dlatego też pogląd że doszło do zawarcia persko-kartagińskiego sojuszu jest zwykłą propagandową... lipą.


POD TERMOPILAMI
(480 r. p.n.e.)



Ale Gelon miał ten kompleks, czego przejawem było ufundowanie przez niego w Świątyni Apolla w Delfach złotego trójnoga i posągu bogini Nike z napisem: "Poświęcił Apollonowi Gelon, syn Dejnomedesa, Syrakuzanin, wykonał zaś trójnóg i posąg Nike Bion, syn Diodora, Milezyjczyk". Podobny trójnóg i posąg wystawili w tej świątyni po bitwie pod Platejami Ateńczycy i Spartanie. Gelon zmarł wkrótce potem (jeszcze w 478 r. p.n.e.) u szczytu swej sławy, pozostawiając władzę nad stworzonym przez siebie sycylijskim imperium, swemu bratu - Hieronowi, który kontynuował ekspansywną politykę brata. 


WYROCZNIA APOLLINA W DELFACH



 CDN.

ZAPRZAŃSTWO JAKICH MAŁO! - Cz. VII

CZYLI HISTORYCZNA REFLEKSJA JAKO MEMENTO DLA WSPÓŁCZESNOŚCI POWSTANIE i WOJNA Cz. VII WŁADYSŁAW IV W MŁODOŚCI  Poselstwo na którego czele st...