WYŚWIETLENIA

28 kwietnia 2026

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXVI

FILARY SPOŁECZNEGO 
ROZWOJU LUDZKOŚCI 
I METODY PATOLOGIZACJI 
NA PRZESTRZENI WIEKÓW





TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI:
Cz. XXIII



SŁOWIANIE I CELTOWIE
Cz. XXIII






PIERWSZE EUROPEJSKIE CYWILIZACJE
SŁOWIANIE
(POLITYCZNY UPADEK FILISTEI - DOMINACJA IZRAELA I JUDY)
(ok. 925 r. p.n.e. - 738 r. p.n.e.)
Cz. I



FILISTEA
CZASY UPADKU
(ok. 925 r. p.n.e. - 738 r. p.n.e.)
Cz. I






EGIPSKI ARMAGEDDON
(925 r. p.n.e.)
Cz. I
 


Minęło już ponad dwieście pięćdziesiąt lat od czasu, gdy po raz ostatni Egipcjanie zmierzyli się tzw. Ludami Morza, czyli plemionami "nieznanego" pochodzenia, przybyłymi z północy - niezwykle wojowniczymi i niespotykanymi wcześniej na terenach Bliskiego Wschodu i wschodniego rejonu Morza Śródziemnego. W czasie drugiego ataku na Egipt z ok. 1177 r. p.n.e., ataku dokonało kilka ludów zarówno z Zachodu jak i ze Wschodu. Były to ludy Szerdanów i Lukkanów (atakujące z Kanaanu), oraz ludy Szakalasz, Meszwesz, Akauasz i Tursza atakujące Deltę od strony morza. Inwazja ta (jak wiemy) zakończyła się niepowodzeniem najeźdźców, a poszczególne "Ludy Morza" zawróciły. Większa część z nich osiadła w Kanaanie, gdzie stworzyła cywilizację zwaną dzisiaj filistyńską (Filistea i Szefela oraz kraj Dana i wpływ polityczno-kulturowy na całą Palestynę), ale nie wszystkie ludy tam się osiedliły. Część z nich (niewielka co prawda) wybrała pustynne tereny Libii, krainy leżącej na zachód od Egiptu i jego najdalej wysuniętych oaz. Szczególnie dominował tam lud o nazwie Meszwesz (o wielce prawdopodobnej transliteracji nazwy tego plemienia też już pisałem, w każdym razie tutaj tylko przypomnę że Meszwesz to egipska nazwa plemienia najeźdźców z Północy, którego właściwa nazwa - po dodaniu samogłosek do pierwotnego egipskiego zapisu Mshvsh - Egipcjanie bowiem nie znali samogłosek - mógł brzmieć po prostu... Mazowszanie), który szybko podporządkował sobie lokalne libijskie plemiona nomadów i przejął władzę nad całą Libią. Nic lub zgoła niewiele wiadomo o władcach (lub wodzach) plemienia Meszwesz i dopiero pierwszym władcą który pojawia się z imienia, jest niejaki Paihuti (pradziad faraona Szeszonka I), choć o jego latach panowania również nic nie wiadomo.

W tym czasie gdy Paihuti zakładał (albo też rozwijał i umacniał) swoją dynastię w Libii, w Egipcie trochę się działo. Po śmierci (ok. 1155 r. p.n.e.) faraona Ramzesa III (który to toczył walki z Ludami Morza, gdy ok. 1177 r. p.n.e. najechały jego kraj), jego następcy nie należeli do władców wybitnych. Wszyscy oni nosili imiona po swym wybitnym przodku (prócz Setnachta - założyciela rodu, który był ojcem Ramzesa III, ale ponieważ panował on dosyć krótko, przeto realnie za założyciela dynastii uważa się właśnie Ramzesa - pozwolę sobie już nie wracać do jego osoby, gdyż nie ma ona większego znaczenia dla opisywanych przeze mnie wydarzeń - natomiast we wcześniejszych częściach opisałem dokładnie dojście do władzy nie tylko Ramzesa III, ale również wcześniejszych faraonów od czasów panowania Ramzesa II Wielkiego) stąd też XX Dynastia Starożytnego Egiptu zwana była dynastią Ramessydów. Syn Ramzesa III, Ramzes IV był człowiekiem niezwykle bogobojnym (wszyscy oni byli bogobojni, mam więc tutaj na myśli raczej pewne pragnienia jakie posiadał Ramzes IV, a wiązały się one z chęcią zapewnienia sobie długiego i dostatniego życia w zgodzie z bogami). Utożsamiał się on nie tylko ze swym ojcem (który panował 32 lata), ale przede wszystkim z innym sławnym swoim imiennikiem, faraonem Ramzesem II Wielkim (który panował aż 66 lat). Wstępując na tron Ramzes IV miał ok. czterdziestu lat, a jego marzeniem było panować tyle samo lub nawet dłużej niż Ramzes II. Aby do tego doprowadzić postanowił przekonać do siebie bogów i przez pierwsze pięć lat swego panowania rozbudowywał świątynie, upiększał je i obsypywał złotem i srebrem kapłanów - wszystko w imię zapewnienia sobie długiego życia. Nie udało się, zmarł po zaledwie siedmiu latach panowania (ok. 1148 r. p.n.e.). Ramzes V (syn poprzedniego władcy), wstępując na tron miał jakieś dwadzieścia kilka lat i wielkie nadzieje przed sobą. Zmarł w cztery lata później na ospę (ok. 1145 r p.n.e.). Tron teraz objął jego stryj (młodszy syn Ramzesa III) - Ramzes VI. Za jego panowania ujawniła się na większą skalę potworna fala bandytyzmu, szczególnie rabusiów grobów królewskich, z którymi władca nie był w stanie sobie poradzić (poza tym kasta kapłańska, a szczególnie wielcy kapłani najwyższych bóstw - żądni wielkich bogactw, gromadzili majątki często większe od majątku samego faraona. Afera korupcyjna w świątyni w Elefantynie z ostatnich lat panowania Ramzesa V była tego dobitnym przykładem).


RAMZES XI



Ok. 1136 r. p.n.e. na tron Egiptu po swym ojcu wstępuje Ramzes VII. Za jego rządów Egipt traci Synaj, a ogromny wzrost cen tworzy jeszcze większe problemy społeczne (złodzieje grobów królewskich stają się wówczas prawdziwą plagą i to do tego stopnia, że często po oficjalnym pochowaniu władcy jego ciało wraz z całym dobytkiem zabiera się ze świątyni grobowej i chowa w ukrytym mniejszym grobowcu. Jeden z takich grobowców został odnaleziony w latach 60 XX wieku; było tam łącznie zebranych kilka mumii władców XX Dynastii leżących obok siebie. Przeleżały tam razem 3000 lat). Po śmierci Ramzesa VII, tron objął kolejny syn Ramzesa III - Ramzes VIII (ok. 1130 r p.n.e.), którego rządy trwały zaledwie kilkanaście a może tylko kilka miesięcy. Ramzes IX - wnuk zwycięzcy Ludów Morza (z ojca który nigdy nie objął tronu), był pierwszym od dłuższego czasu władcą, który panował dłużej niż dziesięć lat. Niestety, dłuższe panowanie nie przełożyło się na umocnienie kraju i likwidację wewnętrznego chaosu politycznego. Władca bowiem panował a nie rządził, administracja centralna praktycznie nie istniała (lokalni wielmoże na prowincji - nie mówiąc już o kapłanach - stawali się ważniejsi od faraona). W Tebach zaś, w Górnym Egipcie władzę objęła silna rodzina kapłańska, której twórcą potęgi (ok. 1150 r. p.n.e.) był niejaki Ramzesnacht. On to utkał sieć misternych powiązań rodzinnych, które obejmowały jego (jako arcykapłana Amona-Re), proroków tego boga, naczelnika miasta Teb i kilku innych dostojników. Już około 1140 r. p.n.e. potęga Ramzesnachta w Górnym Egipcie była tak wielka, że właściwie to on rządził krajem (oczywiście w imieniu faraona). Po prawie trzydziestu latach rządów (ok. 1125 r. p.n.e.) zastąpił go na tym stanowisku syn - Nesamon (który jednak krótko sprawował funkcję arcykapłana Amona-Re i ok. 1120 r. p.n.e. władzę arcykapłańską przejął jego młodszy brat - Amenhotep). W czasach rządów Ramzesa IX doszło do dwóch wielkich rabunków królewskich grobów. Pierwszy miał miejsce w dziewiątym roku panowania tego władcy (czyli ok. 1120 r. p.n.e.). Wiemy o tym zarówno z "Dziennika" znalezionego w Deir el-Medina, jak również z 14 papirusów o tym opowiadających (odnalezionych w końcu XIX wieku). Opowiadają one o tym, iż pięciu rzezimieszków postanowiło okraść grób Ramzesa VI. Cztery dni ryli dziury w grobowcu a następnie wynieśli stamtąd wszystkie zgromadzone kosztowności. Doszło jednak między nimi do sprzeczki i jeden niezadowolony z łupów postanowił donieść władzom na pozostałych. Gubernatorem Teb był wówczas wezyr Chaemuaset, a naczelnikiem miasta (Teb Wschodnich czyli Luksoru i Karnaku) Paser III. Schwytali oni rabusiów, ukarali ich i ponownie zapieczętowali grobowiec.




Do większego skandalu związanego z rabusiami grobów królewskich doszło jednak w szesnastym roku panowania Ramzesa IX (ok. 1113 r. p.n.e.). Tutaj szejka złodziei była znacznie lepiej zorganizowana i przygotowana. Składała się bowiem z okolicznych rabusiów, wśród których było również wielu Libijczyków, a poza tym grupa ta była w zmowie z naczelnikiem Teb Zachodnich - Pauraa (tzw. Miasta Umarłych czyli Doliny Królów i Doliny Królowych). Planowali oni obrabować groby władców XVII Dynastii które były słabiej pilnowane od grobowców faraonów Dynastii XX, XIX czy nawet XVIII; a poza tym chcieli również obrabować grobowce z Doliny Królowych. Podejrzewając Pauraa o współudział w rabunku lub przekupstwo, Paser napisał raport do wezyra, który natychmiast wszczął śledztwo w tej sprawie. Stwierdzono że dziesięć grobowców pozostało nietkniętych, próby włamania odnotowano tylko w grobowcach faraonów: Antefa V i Antefa VI oraz Sobekemsafa II (do którego włamano się poprzez już zrujnowane grobowce lokalnych wielmożów), oraz naruszono hypogeum królowej Isis (małżonki Ramzesa II Wielkiego). Niestety, komisja powołana przez Chaemuaseta zamknęła śledztwo z powodu niewystarczających dowodów tych, którzy zostali schwytani, co wywołało oburzenie mieszkańców Deir el-Medina i podejrzenie o korupcję samego wezyra. Sprawę wznowili kapłani w świątyni bogini Maat w Świętym kręgu boga Montu w Karnaku. Ostatecznie winę udowodniono siedemnastu ze schwytanych rabusiów (wszyscy oni byli członkami personelu świątynnego w Tebach) i wbito ich na pal. Nie była to jednak ostatnia tego typu próba rabunku królewskich grobowców (w wyżej wymienionym procesie doszło jeszcze do innych zdarzeń, jak choćby podpalenie kilku mumii). Rabusie stawali się coraz bardziej bezczelni i coraz bardziej bezwzględni, nie odstraszała ich już ani zapowiedź klątwy królewskiej ani też perspektywa kary śmierci i potępienia ich pamięci (poprzez brak pochówku. Egipcjanie bowiem uważali że aby przetrwać w zaświatach, należy zachować własne ciało tu - na ziemi. Kto zaś został pozbawiony pochówku i wydany np. na pastwę dzikich zwierząt lub ognia, ten nie mógł liczyć na ponowne odrodzenie w zaświatach).




Po śmierci Ramzesa IX (ok. 1110 r. p.n.e.) tron objął jego syn Ramzes X, którego panowanie trwało zaledwie cztery lata i niczym szczególnym się nie zapisał. Ok. 1107 r. p.n.e. tron po swym ojcu przejął Ramzes XI. Nowy władca był jeszcze młodzieńcem (prawdopodobnie nastoletnim chłopcem), zatem wielu wielmożów którzy za jego ojca już czuli się pewni swego, teraz całkowicie go ignorowało (szczególnie arcykapłan Amona-Re - Amenhotep, który w Tebach kazał się przedstawiać na reliefach jako równy królowi wzrostem - a to oznaczało że równy mu był także władzą). Ramzes XI jednak, który wyrósł w gronie władców słabych i niepewnych swej pozycji, oraz w kraju targanym wewnętrznymi zaburzeniami, przemocą i bandytyzmem - miał jednak ambicję ponownego odrodzenia kraju i dorównania swym wielkim imiennikom - Ramzesowi II i Ramzesowi III. Co prawda wstąpił on na tron jako chłopiec, ale przynajmniej w pierwszych latach panowania wykazywał się determinacją, energią i zdecydowaniem, dlatego też nakazał usunąć ze stanowiska Amenhotepa i wygnać go z kraju. Amenhotep jednak nie miał ochoty słuchać królewskich poleceń, tym bardziej że przez dziesiątki poprzednich lat zgromadził on i jego ojciec ogromne bogactwa, dzięki czemu był w stanie wystawić własną prywatną armię. Wybucha więc wojna domowa w czasie której wojska królewskie nie radziły sobie zbyt dobrze i dopiero wsparcie namiestnika Nubii - Panehesy, pozwoliło pokonać i wypędzić Amenhotepa z Teb. (ok. 1105 r. p.n.e.). Niestety, król był zbyt słaby aby ostatecznie rozprawić się z rodzinką, która przejęła władzę nad Tebami (i realnie nad Górnym Egiptem) jakieś 50 lat wcześniej i przez ten czas umocniła się, zdobywając wpływy oraz poparcie również na północy - w Delcie. Dlatego też wypędzając Amenhotepa, Ramzes powołał na urząd arcykapłana Amona-Re jego syna - Ramzesnachta II. Rządy Ramzesa XI co prawda przez pierwsze kilka lat panowania przyniosły pewną poprawę umęczonej wewnętrzną niestabilnością ludności kraju, ale realnie nie udało się ani przywrócić egipskich wpływów w Palestynie ani w Libii, natomiast pozycja Egiptu w Nubii była wielce dyskusyjna i też utrzymywana tylko na zasadzie dobrych chęci tamtejszych namiestników. Rabunki królewskich grobów nie ustały a wręcz ich skala się zwiększyła. Natomiast nieoczekiwanie zaczęły rosnąć wpływy libijskie w samym Egipcie.


EGIPSKA TWIERDZA BUCHEN W NUBII



Było to dość nieoczekiwane, ponieważ Libijczycy uważani byli przez Egipcjan za nomadów i lud dzikich barbarzyńców, nadających się jedynie do walki jako najemnicy lub rabusie. Wiele się jednak zmieniło w kraju libijskim od czasu, gdy osiedlił się tam lud północy - zwany Meszwesz. Ok. 1090 r. p.n.e. na dworze Ramzesa XI w Pi-Ramzes zjawił się człowiek o korzeniach libijskich, a raczej nie tyle libijskich, ile właśnie pochodzący z ludu Meszwesz - dawnych najeźdźców egipskiej Delty. Miał na imię Herhor i zdobył sobie ogromny wpływ na króla. Gdy więc wkrótce potem Ramzesnacht II zmarł w Tebach, to właśnie Herhor został ogłoszony jego następcą i kolejnym arcykapłanem Amona-Re. Ok. 1088 r. p.n.e. ogłosił on początek nowej ery Egiptu - ery Odrodzenia (Uhem-Mesut). Od tej pory było trzech najpotężniejszych ludzi w Egipcie. Pierwszym był oczywiście faraon Ramzes XI który tylko panował lecz nie rządził. Drugim był wielki wezyr Dolnego Egiptu - Smendes. Trzecim zaś właśnie Herhor - arcykapłan Amona-Re i jednocześnie wezyr Górnego Egiptu oraz dowódca tamtejszej armii i namiestnik Nubii (powierzenie tak wielkiej władzy jednemu człowiekowi spowodowało że Nubia zbuntowała się i odłączyła od Egiptu, a tamtejszy egipski namiestnik - Nehesy stał się lokalnym królem). Taki układ utrzymywał się do końca panowania Ramzesa XI który był ostatnim władcą XX Dynastii (co prawda Bolesław Prus w swojej powieści faraon z 1895 r. dodał jeszcze dwóch fikcyjnych władców: Ramzesa XII i głównego bohatera swojej opowieści Ramzesa XIII, który miał właśnie toczyć walkę z Herhorem i drugim kapłanem Mefresem, ostatecznie zakończoną klęską władcy i jego śmiercią). Ramzes XI zmarł ok. 1077 r. p.n.e., wówczas to zarówno Smendes w Delcie (który zaraz rozpoczął rozbiórkę Pi-Ramzes, a budulec z tego miasta wykorzystał pod budowę nowego ośrodka - Tanis) jak i Herhor w Górnym Egipcie przejęli pełnię władzy, a oba kraje realnie stały się niezależne od siebie. Tak oto zaczęła się nowa dynastia a Libijczycy zdobywali coraz większe wpływy i znaczenie w samym Egipcie. Natomiast rządy Herhora w Górnym Egipcie były dopiero wstępem do przejęcia władzy nad całym krajem przez wodzów libijskiego plemienia Meszwesz, "bladolicych władców o niebieskich oczach" jak ich określają egipskie teksty (czyli jak wiadomo typowych Libijczyków 🤭😉).


ROZMOWA KAPŁANA PENTUERA Z ARCYKAPŁANEM HERHOREM
(3:20)



CDN.

26 kwietnia 2026

PIŁSUDSKI & HITLER - CZYLI WOJNA PREWENCYJNA Z NIEMCAMI 1933 r. - Cz. II

UDERZYĆ PÓKI CZAS!





AKT I
"NIEMIECKA POLSKA" 
(1916 - 1918)
Cz. I




 18 kwietnia 1933 r. późnym wieczorem Marszałek Józef Piłsudski powrócił do swojego gabinetu w budynku Głównego Inspektoratu Sił Zbrojnych, mieszczącego się przy Alejach Ujazdowskich 1/3 w Warszawie (obecnie w tym budynku znajduje się kancelaria premiera Rzeczpospolitej). Wracał właśnie ze spotkania z prezydentem Ignacym Mościckim, a w dłoni dzierżył dokument zatytułowany: "Na wypadek wojny z Niemcami". W gabinecie Marszałka znajdował się jego adiutant kapitan Mieczysław Lepecki, który na widok Marszałka stanął na baczność. Piłsudski podszedł do niego i wręczył mu ów dokument który trzymał w dłoniach, mówiąc: "Drogie dziecko, przepisz to na maszynie". Kapitan Lepecki wziął do ręki żółtawy brulion, na którym odręcznie zapisane było ręką Piłsudskiego: "Na wypadek wojny z Niemcami" i dalej: "Rząd obrony i jedności narodowej", a jeszcze niżej opinia prezydenta Mościckiego: "Zgadzam się, I. Mościcki". Kapitan Lepecki, przepisując tekst zawarty w owym dokumencie, w pewnym momencie zapytał się Marszałka: "Czy Hitler ma zamiar nas napaść?", na co Piłsudski odparł: "Nawet gdybyśmy my na niego napadli, to też byłaby obrona". Trzy dni później (21 kwietnia) w Wilnie Marszałek urządził wielką defiladę wojskową, mającą być wstępem do przyszłej inwazji na hitlerowskie już wówczas Niemcy. Sprawa bowiem zaczynała być bardzo niebezpieczna, szczególnie od chwili gdy 30 stycznia 1933 r. prezydent Rzeszy Paul von Hindenburg powołał Adolfa Hitlera na stanowisko kanclerza Rzeszy Niemieckiej. Potem wydarzenia potoczyły się już lawinowo, 4 lutego na mocy rozporządzeń prezydenta Rzeszy o "Ochronie narodu niemieckiego" zawieszono podstawowe prawa konstytucyjne, 28 lutego zaś (kilkanaście godzin po pożarze Reichstagu, który nastąpił w nocy z 27 na 28 lutego) ogłoszono w Niemczech stan wyjątkowy ustawą o "Ochronie narodu i państwa" (wówczas też do więzień - a potem do pierwszego w Niemczech obozu koncentracyjnego w Dachau - zaczęli masowo napływać komuniści, socjaliści i wszyscy, których zwycięzcy naziści uważali za swoich wrogów lub tylko przeciwników politycznych). Tak więc w ciągu zaledwie miesiąca od zdobycia władzy kanclerskiej, Adolf Hitler stał się realnie dyktatorem. 


"NAWET GDYBYŚMY MY NA NIEGO NAPADLI, TO TEŻ BYŁABY OBRONA!"



Teraz kolejne ustawy wprowadzane były już lawinowo. 3 marca 1933 r. odbyły się w Niemczech ostatnie już przed wybuchem II Wojny Światowej wybory parlamentarne. Co prawda NSDAP zdobyła w nich większość, ale nie większość umożliwiającą samodzielne rządzenie (jedynie 288 mandatów na 647 posłów wchodzących w skład Reichstagu), jednak ponieważ rząd Hitlera był rządem koalicyjnym, mieli oni umowę z DNVP (Niemiecką Narodową Partią Ludową), której przedstawiciel - Hugenberg był ministrem gospodarki Rzeszy (DNVP zdobyła 52 mandaty), a także z DStP (Niemiecką Partią Państwową), której przedstawiciel - Saldte był ministrem pracy DStP zdobyła 5 mandatów). Dzięki temu koalicyjny rząd Adolfa Hitlera posiadał większość w parlamencie Rzeszy (po drugiej stronie była SPD - Socialdemokratyczna Partia Niemiec, która zdobyła 120 mandatów; partia Centrum - 73 mandaty, BVP - Bawarska Partia Ludowa, zdobyła 19 mandatów; DVP - Niemiecka Partia Ludowa byłego kanclerza i ministra spraw zagranicznych Rzeszy Gustawa Stresemanna, która poniosła totalną klęskę zdobywając tylko 2 mandaty; swoją reprezentację wprowadzili jeszcze wówczas komuniści - KPD zdobywając 81 mandatów; oraz kilka nic nieznaczących partyjek, które łącznie zdobyły 7 mandatów. Mimo tych wyborów już 21 marca Adolf Hitler w poczdamskim kościele garnizonowym ogłosił "pozbawienie władzy parlamentu" (potem naziści czcili ten dzień jako "Dzień Poczdamu"). Już 23 marca weszła ustawa o "Likwidacji nędzy narodu i państwa", która realnie była ustawą o pełnomocnictwach, przenoszących władzę ustawodawczą na egzekutywę, którą ujednolicono na mocy ustawy o "Odnowieniu stanu urzędniczego" z 7 kwietnia 1933 r. - która realnie była usunięciem z pracy niepożądanych politycznie oraz "niearyjskich" urzędników (głównie Żydów). 31 marca weszła w życie "Tymczasowa ustawa o ujednoliceniu krajów i Rzeszy" i od tego momentu można już mówić o jednych Niemczech, gdyż do tej pory nie istniał nawet niemiecki paszport (paszporty były wystawiane przez poszczególne kraje Rzeszy, pierwszy paszport Rzeszy Niemieckiej wprowadzony został w roku 1934), została ta ustawa uzupełniona 7 kwietnia 1933 r. drugą ustawą o "Ujednoliceniu krajów i Rzeszy", na mocy której wprowadzono namiestników (wywodzących się oczywiście z NSDAP) którzy mianowali rządy krajowe. W maju roku 1933 zlikwidowano i rozwiązano oficjalnie wszystkie inne partie polityczne i związki zawodowe poza NSDAP i DAF (Niemiecki Front Pracy), która od 1 grudnia staje się jedyną partią polityczną w Niemczech.




Oczywiście temu wszystkiemu towarzyszyły represje polityczne, zamykanie przeciwników politycznych, usuwanie ludzi z pracy za pochodzenie i za poglądy, stworzono pierwszy niemiecki obóz koncentracyjny w Dachau - gdzie bez wyroku sądu skazywano ludzi na długoletnie kary ciężkiego więzienia. Każdy przeciwnik Adolfa Hitlera i nazistów w ogóle, nie miał od tej chwili łatwego życia w Niemczech a z każdym kolejnym dniem, każdym kolejnym tygodniem i miesiącem życie w Niemczech stawało się coraz bardziej nie do zniesienia (oczywiście dla ludzi którzy nie byli zbytnio zaangażowani politycznie, zdobycie władzy przez nazistów nie było złe, tym bardziej że gospodarka dosyć szybko ruszyła z miejsca, bezrobocie zaczęło spadać, pojawiły się nowe inwestycje, zaczęto budować drogi i autostrady, stan bezpieczeństwa i czystości niemieckich miast znacznie się poprawił i oczywiście... pociągi zaczęły przychodzić na czas, a zresztą bardzo szybko nie było już innego wyjścia niż tylko popierać Hitlera, tym bardziej że przyszłość rysowała się w jasnych barwach dla Niemiec. Notabene chciałbym tutaj dodać, jak bardzo przekorny może być los. Gdy bowiem w maju roku 1913 młody, 24-letni Adolf Hitler opuścił Wiedeń i po raz pierwszy przyjechał do Niemiec, do Monachium, aby tam złożyć papiery na Bawarskiej Akademii Sztuk Pięknych - okazało się że życie miało dla niego zupełnie inny scenariusz. Nie dostał się wówczas do akademii {ja przyznam się szczerze że może nie znam się tak bardzo na sztuce, ale widziałem szkice Hitlera z końca lat 30-tych, gdy był już kanclerzem Rzeszy; głównie te dotyczące królewny Śnieżki i siedmiu krasnoludków. Te szkice powstały zapewne w roku 1938 lub 1939 wkrótce po bajce Disneya o tym samym tytule. I przyznać się muszę że mnie się te szkice spodobały, praktycznie nie różniły się one niczym od oryginału. Ale powtarzam, może ja nie znam się na sztuce tak, jak owi profesorowie z Bawarskiej Akademii Sztuk pięknych. W każdym razie niedostanie się Hitlera na wydział sztuk pięknych i nie otrzymanie stypendium, oznaczało dla niego katastrofę życiową. Pieniądze które otrzymywał od matki szybko się skończyły, w końcu kolejne przelewy przestały przychodzić i Hitler wylądował w przytułku dla bezdomnych. Notabene to też jest ciekawe, że pomimo tego faktu że nie miał co jeść i gdzie spać, nie podjął się żadnej pracy zarobkowej, która nie była zbieżna z jego wykształceniem lub zamiłowaniem. Wolał więc siedzieć wśród bezdomnych, niż zarobić trochę pieniędzy żeby móc przynajmniej jakoś funkcjonować. W każdym razie zdarzało się też że Hitler - niczym zwykły menel - sypiał latem na ławkach w parku monachijskim. I dopiero gdy 1 sierpnia 1914 r. Niemcy wypowiedziały wojnę Rosji, jego życie się zmieniło. Ta wojna ocaliła go przed śmiercią głodową, zamarznięciem itd. szybko zgłosił się do wojska i służył w armii naprawdę dzielnie. Dzisiaj, gdy czyta się opinie że Hitler był "szczurem tyłowym" i że wolał chować się z tyłu niż walczyć na pierwszej linii, to te opinie są... gówno warte, jedyne dobre co można powiedzieć o Hitlerze to to, że sukinsyn się naprawdę nie bał, on się angażował w najgorsze akcje bojowe i nie wykazywał strachu. Został kurierem przenoszącym rozkazy pomiędzy jednostkami, a służba jako kurier była jedną z najgorszych i najbardziej śmiercionośnych, gdyż bardzo łatwo można było natknąć się na snajpera, dostać rykoszetem, lub wpaść na minę. A Hitler się nie bał, wykonywał rozkazy praktycznie bez strachu, zresztą trudno się temu dziwić, wojna ocaliła mu życie i o ile inni żołnierze mieli swoje żony, matki, rodziny, o tyle Hitler nie miał do czego wracać. W cywilu tamto życie było niewarte funta kłaków, tutaj zaś przynajmniej mógł się wykazać. Dlatego też gdy został poważnie ranny w roku 1918 i gdy trafił do szpitala, nim doszedł do zdrowia wojna dobiegła końca - 11 listopada 1918 r. a Hitler wrócił do swojego marnego, cywilnego żywota. Potem zdobył pozycję w DAP przemianowując ją na NSDAP, a w roku 1940 po zwycięstwie nad Francją - stał się realnie... bogiem dla Niemców. Zresztą - co ciekawe - Hitler jeździł w otwartym samochodzie w czasie wojny z Polską we wrześniu 1939 i tam też się nie, bał choć oczywiście miał ochronę. Często było jednak tak że rankiem przez dane ziemie przechodził szwadron polskich ułanów, a po południu tą trasą jechał Hitler. Wystarczył jeden strzał, rykoszet i byłoby po wszystkim. A ten sukinsyn się nie bał. Wspominam o tym tylko jako o przewrotności ludzkiego losu, jak bowiem z menela bez grosza przy dłuższy można stać się bogiem, a potem wszystko stracić i wylądować w rynsztoku historii. Niesamowite są ludzkie nasze losy).


BUNT STENNESSA 
(31 III - 2 IV 1931)



Zdobyciem władzy przez nazistów w Niemczech zagrożeni byli również... byli naziści, którzy do tego czasu zostali wykluczeni z partii, jak choćby Walter Stennes - zagorzały zwolennik nazizmu, szef SA (Sturmabteilung), który w dniach 31 marca 2 kwietnia 1931 r. zorganizował wewnętrzny bunt w partii nazistowskiej, będący sprzeciwem wobec nierównego traktowania wszystkich członków i używania bojówek SA przez Hitlera tylko do zabezpieczania nazistowskich wieców i rozbijania wieców przeciwników politycznych, podczas gdy członkowie partii opływali w dostatki, Stennes twierdził że towarzysze z brygad szturmowych nie mają często dobrych butów. Bunt Stennessa został szybko stłumiony, on sam wydalony z partii, a gdy Hitler został kanclerzem, zmuszony do wyjazdu z Niemiec (udał się wówczas wraz z małżonką do Chin, gdzie był doradcą wojskowym w Czang Kaj-szeka). Stennes wrócił do Niemiec w roku 1949 i starał się nawet o papiery "ofiary reżimu nazistowskiego" (chociaż sam był zdeklarowanym nazistą i tylko przez kaprys losu został wykluczony całego tego systemu), ale ich ostatecznie nie uzyskał. Wielu innych Niemców musiało wówczas też opuścić kraj i udać się na emigrację - głównie do Francji lub USA (wówczas też przeniosła się do Stanów Zjednoczonych cała ta marksistowska zgraja ze szkoły frankfurckiej, czyli Instytutu Badań Społecznych założonego we Frankfurcie nad Menem w roku 1923, po nieudanym "eksporcie" komunizmu przez Armię Czerwoną na Zachód w roku 1920 gdy bolszewicy i inna komunistyczna swołocz rozbili sobie wówczas zęby o rodzącą się Polskę i Jej Armię stworzoną przez Józefa Piłsudskiego. Wówczas postanowiono zająć się problemem jak w pokojowy sposób przeprowadzić rewolucję komunistyczną, której nie udało się przeprowadzić w sposób militarny. I ci wszyscy ludzie, te Horkheimery, Marcuse, Adorno i inne Frommy znalazły ciepłe posadzki na amerykańskich uczelniach, a potem po roku 1945 wróciły do Europy i zaczęły tutaj powoli budować zjednoczoną Europę (oczywiście nie od razu ten projekt był komunistyczny, ale takowym się stał i dzisiaj rządzi nim neokomunistyczna banda z von der Leyen na czele, która realnie ma się za nadludzi, a nas wszystkich, obywateli Europy traktuje jak bydło którym się rozporządza i którego się nawet nie pyta o zdanie, sprowadzając niekontrolowane masy muzułmańskich najeźdźców w ramach mieszanki genetycznej opracowanej jeszcze w latach 20-tych XX wieku przez Coudenhove-Kalergi i organizując nam życie pod sztandarami dewiacji zoofilno-pedofilno-lgbtowskich. Wybaczcie moje uniesienie ale inaczej tego nie można było nazwać, zresztą sam projekt Wspólnoty Europejskiej również ma (może nie komunistyczne, ale) nazistowskie korzenie. Pierwszy taki projekt został opracowany w roku 1942 pod kierownictwem prezesa Banku Rzeszy Hjalmara Schacht'a i miał być podstawą nowej nazistowskiej Europy. Ostatecznie Niemcom nie udało się tego projektu stworzyć drogą militarną, dlatego również (i niestety) przy wsparciu Amerykanów - wrócono do tego po wojnie a pierwszym przewodniczącym Wspólnot Europejskich stworzonych w roku 1958, był były zdeklarowany nazista Walter Hallstein. Zresztą o innych "ojcach założycielach" Europy spod znaku "chrześcijańskiej jedności" - jak chcą niektórzy prawicowcy (czy pseudo-prawicowcy), twierdzący że pierwotnie była to piękna idea budowana w ramach chrześcijańskiej wspólnoty - gówno prawda, ludzie którzy się deklarowali chrześcijanami, a których dzisiaj wiele partii prawicowych wynosi na sztandary jako przeciwwagę dla tego marksistowskiego bydła spod znaku Spineliego i jego manifestu z Ventotene z 1941 r. albo nie wiedzą o czym mówią, albo wiedzą i właśnie dlatego to mówią - sam nie wiem co gorsze. O takich ojcach założycielach też mogę wiele napisać - wielkie "chrześcijany" którym z klap garniturów wystawał zbezczeszczony krzyż - nazistowska swastyka).




Tak więc Adolf Hitler, który przejmował po kolei władzę dyktatorską w Niemczech (a czynił to konsekwentnie krok po kroku i nie napotykał na tej drodze żadnych przeszkód), postanowił również wykazać się w polityce zagranicznej. Już od początku rządów Adolfa Hitlera w Niemczech, stan relacji polsko-niemieckich był diametralnie zły (czyli nie zmieniło się nic w porównaniu z okresem wcześniejszym, z tym tylko że teraz istniało większe prawdopodobieństwo wybuchu wojny polsko-niemieckiej). Już 17 lutego 1933 r. polski poseł w Niemczech - Alfred Wysocki stwierdził, że Polska i Niemcy znajdują się obecnie "w przededniu wojny", że nie widać oznak poprawy i że winę za to ponosi strona niemiecka, próbująca rozpętać konflikt wojenny (stało się tak po rozmowie Wysockiego z kierownikiem Departamentu Wschodniego niemieckiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych Richardem Meyerem, po którym Wysocki przedstawił nawet prywatną opinię, iż: "Ów wzbogacony Żyd {czyli Meyer}, udający niemieckiego patriotę, a teraz nawet hitlerowca, działa mi na nerwy, tak że, o ile mogę, unikam bliższych z nim stosunków". Meyer został zwolniony z niemieckiego MSZ we wrześniu 1936 r. co wiceminister Jan Szembek uznał za spory sukces polskiej dyplomacji, gdyż określił Meyera jako "wielkiego naszego wroga"). Natomiast 12 lutego 1933 r. w londyńskiej gazecie "The Sunday Express" ukazał się wywiad z Hitlerem (Hitler tego wywiadu udzielił 6 lutego przedstawicielom "Daily Mail", ale ostatecznie tekst ukazał się w "The Sunday Express"), w którym ten wypowiedział się za koniecznością zwrotu Niemcom tzw. "polskiego korytarza" czyli ziem Pomorza Gdańskiego, zajętych przez gen. Józefa Hallera w styczniu-lutym 1920 r. (10 lutego 1920 r. doszło do "zaślubin Polski z morzem") i przyłączonych do odradzającej się Rzeczypospolitej. Wówczas ruszyła lawina. 15 lutego 1933 r. w Sejmie minister spraw zagranicznych Józef Beck w przejrzystej aluzyjnej mowie stwierdził, że "jak dotąd nikomu jeszcze nie udało się zmienić granic za pomocą słów", innymi słowy, że albo będzie wojna, albo Hitler się ośmieszy. Wkrótce po tej mowie, władze Wolnego Miasta Gdańska zerwały polsko-gdańskie porozumienie z roku 1923 (na mocy którego Polska uzyskiwała specjalne uprawnienia w Gdańsku łącznie z prawem do reprezentowania tego miasta na arenie międzynarodowej). W Warszawie natychmiast powstało wrażenie, że Berlin będzie chciał przeprowadzić w Wolnym Mieście zamach stanu, a następnie włączyć Gdańsk do Rzeszy. 4 marca Hitler przyleciał samolotem do Gdańska (na tutejszy wiec NSDAP), gdzie sugerował że Gdańsk jest "niemiecki od wieków". Odpowiedzi na tą jawną prowokację 6 marca polski garnizon na Westerplatte w Gdańsku został wzmocniony kolejnymi posiłkami, a Marszałek Piłsudski zmobilizował również jedną dywizję graniczną z Wolnym Miastem Gdańskiem. Wtedy rozpoczął się jazgot niemieckiej prasy, a tytuły takie jak: "Polska wiecznie łamiącą układy", "Wschodnie państwo rozbójnicze", "Bezczelny zamach" nie należały do rzadkości. 




21 kwietnia 1933 r. zorganizowano w Wilnie wspaniałą defiladę wojskową, którą osobiście odbierał Marszałek Piłsudski. Wszystko szło w kierunku zbliżającej się wojny prewencyjnej, która będzie miała na celu nie tylko obalenie reżimu nazistowskiego w Niemczech, ale przede wszystkim unieszkodliwienie Niemiec jako potencjalnego agresora, w sytuacji gdy za parę lat czeka Polskę konfrontacja ze Związkiem Sowieckim, bo to, że Armia Czerwona ruszy na Zachód, było pewne jak to, że po nocy przychodzi dzień. Teraz walka toczyła się tylko o to, żeby totalnie zneutralizować wroga na Zachodzie jakim bezwzględnie były Niemcy i uczynić się niezdolnym do akcji militarnej w sytuacji, gdy czeka Polskę wojna na Wschodzie. Wówczas w tę wojenną atmosferę włączyła się także prasa polska (głównie zaś piłsudczykowska), i na przykład w "Gazecie Polskiej" cytowany już przeze mnie kiedyś pułkownik Ignacy Matuszewski (do którego ja osobiście odczuwam ogromny szacunek), napisał artykuł, w którym znalazły się słowa że "o ziemiach zachodnich Polska może i będzie rozmawiać, ale jedynie głosem swoich dział" i nikt nie zmusi Polski do oddania przynależnych Jej, odwiecznie polskich ziem, bo takie jest widzimisię polityków z Zachodu. Doszło też do kilku demonstracji anty-niemieckich w Polsce, a niemieckie poselstwo w Warszawie musiało być całą dobę chronione przez policję. Wojna, i to szybka wojna w celu usunięcia niebezpieczeństwa na Zachodzie w sytuacji gdy czeka nas konflikt ze wschodnią, czerwoną jak krew (w której lubiła się pławić) bolszewicką barbarią, musiał dojść do skutku. Ale nim do tego przyjdę, chciałbym opowiedzieć jak to się stało że konflikt polsko-niemiecki przybrał na takiej sile w latach 20-tych i dlaczego ostatecznie Piłsudski dążył do wojny prewencyjnej roku 1933? Co wiedział że wkrótce nastąpi? A wiedział! O tym już w kolejnej części, gdzie przejdziemy do początku "niemieckiej Polski", która ostatecznie okazała się niewypałem. 




CDN.

SUŁTANAT KOBIET - Cz. X

HAREMY (WYBRANYCH) WŁADCÓW 
Z DYNASTII OSMANÓW
OD MEHMEDA II ZDOBYWCY 
DO ABDUL HAMIDA II





SERAJ 
MEHMEDA II ZDOBYWCY
Cz. VI





PIERWSZE PANOWANIE
(1444 - 1446)
Cz. V



 Z nastaniem nowego 1443 r. Węgry ogarnęła prawdziwa "gorączka krucjatowa", wsparta jeszcze wydaną przez papieża Eugeniusza IV (1 stycznia 1443 r.) bullą, w której wzywał on cały świat chrześcijański to podjęcia świętej wojny z Osmanami. Tak jak jednak wspomniałem w poprzedniej części, na ów apel praktycznie nikt w Europie nie odpowiedział, a zgłaszali się do tej krucjaty co najwyżej kondotierzy oraz ludzie, którzy chcieli zarobić łatwe pieniądze na szybkiej i zwycięskiej wojnie z niewiernymi. Mimo to Węgrzy zdołali wystawić 35 000 armię, w skład której wchodziło 15 000 banderyjnych królewskich wojsk węgierskich (wspartych również posiłkami z Małopolski, oraz ochotnikami z Francji i Niemiec); 12 000 żołnierzy wystawił sam Jan Hunyadi - głównodowodzący wojsk węgierskich (realnie głównodowodzący, gdyż oficjalnie naczelnym wodzem był sam król Władysław I / III Jagiellończyk), a w skład tej armii wchodzili zarówno Węgrzy, Polacy z Małopolski, Rumunii i Czesi, a poza tym liczne kontyngenty chłopów węgierskich, bośniackich, rumuńskich, bułgarskich i albańskich; 8 000 wojska wystawił również były despota Serbii - Jerzy Brańkowić (ojciec sułtanki Mary i teść sułtana Murada II - przeciwko któremu było właśnie organizowane to wojsko). Legat papieski na Węgrzech - Julian Cesarini (bezwzględnie zły duch całej tej wyprawy) obiecywał również wsparcie floty papieskiej i weneckiej, problem jednak polegał na tym że... papież Eugeniusz nie posiadał floty. Jeszcze zimą 1443 r. papież podjął w tej sprawie negocjacje z Wenecją, gdyż chciał aby Wenecjanie użyczyli mu (w ramach owej krucjaty) 10 własnych galer, które on zgodził się w wyposażyć własnym sumptem. Wenecjanie powiedzieli proszę bardzo, ale... to kosztuje i wystawili papieżowi rachunek na 20 000 złotych dukatów za owe 10 okrętów, domagając się jeszcze, aby papież zaprzestał popierania wrogów Wenecji w Italii, tak jak czynił to do tej pory. Eugeniusz IV stwierdził że kwota którą żądają Wenecjanie jest za duża i on nie dysponuje takimi środkami, na co przedstawiciele Republiki św. Marka odpowiedzieli, że jeśli papież nie ma pieniędzy, to może przecież ściągnąć je w formie świętopietrza z duchowieństwa krajów Europy. 

Wenecja tak naprawdę nie chciała uczestniczyć w tej krucjacie, gdyż nie widziała w tym dla siebie żadnego interesu, a poza tym taka wojna zepsułaby korzystne relacje handlowe, jakie do tej pory Republika św. Marka miała z Turkami. Dlatego też negocjacje te zakończyły się fiaskiem i ostatecznie papież nie otrzymał żadnych okrętów. Takie rozmowy jak owe z Wenecją prowadził wówczas Rzym (Państwo Kościelne) również z innymi krajami posiadającymi flotę, jak choćby z Republiką Genui (skąd Eugeniusz IV domagał się 2 galer, ale Genueńczycy również nie zamierzali oddawać tych okrętów za darmo, ostatecznie stwierdzili żeby papież zwrócił się do Burgunczyków, a oni pomogą im wyposażyć zakupione przez tamtych okręty, ostatecznie też nic z tego nie wyszło). Król Argonii Alfons VI Mądry stwierdził, że wyśle papieżowi 6 własnych statków, przez co uzyskał oficjalne uznanie Stolicy Apostolskiej, (okręty te jednak nigdy do Rzymu nie dopłynęły 🤭). Bezwzględnie największe wsparcie finansowe uzyskał papież w Raguzie, która początkowo również opierała się wysłaniu jakiejkolwiek pomocy militarnej przeciw Turkom (Republika Raguzy od 1440 r. musiała opłacać się sułtanowi Muradowi w zamian za możliwość handlu z Imperium Osmańskim i bezpieczeństwo samej Republiki św. Błażeja). Senat miejski stwierdził że gotów jest wystawić jedną galerię wojenną, ale pod warunkiem że reszta chrześcijańskiego świata wystawi co najmniej 30 galer. Do wystawienia owego okrętu co prawda nie doszło, ale i tak Republika zebrała sporą kwotę, którą następnie przekazano kardynałowi Franciszkowi Condulmerowi, który te pieniądze zawiózł do Rzymu, aby papież mógł za nie wystawić własną flotę (potem, już w trakcie samej kampanii Republika Raguzy będzie również wojskom krucjatowym dostarczała proch).




A tymczasem wiosną roku 1443 (nim jeszcze ruszyła krucjata Władysława I / III) wojnę Osmanom wypowiedział (a tam wypowiedział, po prostu ruszył na nich zbrojnie) sułtan Karamanu - Ibrahim beg. Belik Karamanu był niezależnym władztwem, powstałym po rozpadzie Imperium Seldżuków i zajmował ziemie południowo-wschodniej Anatolii (dawna starożytna Kapadocja i Cylicja, naprzeciwko wyspy Cypr). Ibrahim Beg panował tam od roku 1424. Od 18 lat zaś żonaty był z siostrą sułtana Murada II - Ilaldi Hatun - która urodziła mu aż sześciu synów. Małżeństwo Ibrahima z Ilaldi było czysto polityczne, a on sam ponoć nienawidził własnej małżonki (swoją drogą skoro jej tak nie znosił, to dlaczego spłodził z nią sześciu synów?). Za swego następcę uważał Ibrahim swego najstarszego syna Iszaka, zrodzonego z inną turecką konkubiną (nie wywodzącą się jednak z rodu Osmanów, prawdopodobnie też nie była ona niewolnicą a wolną kobietą), którą też kazał zamordować, ale tak, aby jego syn nigdy się nie dowiedział kto był sprawcą morderstwa. Jeszcze w roku 1442 zawarł on układ z Węgrami (z posłami wysłanymi przez króla Władysława Jagiellończyka), na mocy którego miał uderzyć na Turków w Anatolii w chwili, gdy do Rumelii wkroczą wojska krzyżowców. Ten się jednak pośpieszył, uderzył na Turków już wiosną, nim jeszcze cała wyprawa ruszyła z Węgier. Wsparcie uzyskał Ibrahim jedynie ze strony władcy Konfederacji Ak-Kojonlu (Białych Owiec - czyli stepowego władztwa Turków oguzyjskich, obejmującego ziemie dzisiejszego Iraku i zachodniego Iranu), ale to było stosunkowo za mało. Sułtan Murad natychmiast wyruszył z Adrianopola na Wschód, jednocześnie nakazał swemu najstarszemu synowi (i następcy tronu) namiestnikowi prowincji Manisa - Alaeddinowi Ali Celebiemu - dołączyć do siebie w tej wyprawie. Książę Ali, 18-letni młodzieniec dobrze zbudowany (pomimo młodego wieku był bardzo krzepki, silny i dobrze umięśniony), dobrze wykształcony, potrafiący pięknie grać na instrumentach muzycznych - był niezwykle zadowolony z faktu, iż ojciec obdarzył go takim zaufaniem. Pomimo młodego zaledwie 18-letniego życia, był Ali ojcem już dwóch synów (jeden nie miał roku, drugi był noworodkiem). Książę Ali  Celebi szybko więc dołączył do swego ojca i razem udało im się pokonać Ibrahima bega oraz zmusić go do odwrotu do swego karamańskiego beliku (zrezygnowano z dalszego ataku na Dyalbakir - stolicę Karamanu i zadowolono się uznaniem Ibrahima za lennika Sułtanatu Osmańskiego, gdyż Murad obawiał się najazdu na Rumelię, gdyż wieści o nadchodzącej krucjacie rozchodziły się bardzo szybko).


ALAEDDIN ALI CELEBI



Po zwycięstwie sułtan wraz z synem dotarli do Brusy (dawnej pierwszej stolicy Sułtanatu Osmańskiego), gdzie się pożegnali i rozstali (młody książę zapraszał ojca do odwiedzenia Manisy i nadania imion jego synom - gdyż to właśnie żyjący sułtan nadawał imiona swoim wnukom, ale teraz nie było na to czasu, inwazja krzyżowców mogła bowiem ruszyć lada chwila). Ojciec i syn rozstali się więc w przeświadczeniu że wkrótce - już po zwycięstwie nad niewiernymi - spotkają się ponownie w Manisie. Tak się jednak nie stało. Książę Ali wrócił bowiem do Manisy i tam (na początku lata 1443) doszło do tragedii która wstrząsnęła Sułtanatem. Młody książę został bowiem w czasie snu uduszony przez niejakiego Kara Chyzyr paszę (który również uśmiercił dwóch jego synków). Gdy wiadomość o tym dotarła do Adrianopola, sułtan Murad II - który niejedno już przeszedł - usłyszawszy o tej tragedii, siedząc na tronie w swym pałacu... stracił przytomność. Kolejne dni nie były lepsze, sułtan popadał w apatię i był w nieustającej żałobie, nie był też w stanie myśleć logicznie ani planować działań obronnych przeciwko zbliżającej się krucjacie. Nakazał jednak aby jego drugi syn, Mehmed Celebi (czyli bohater tej części serii) opuścił zarządzaną dotąd przez siebie Amasyię i przeniósł się do Manisy - będącej prowincją sułtańską (namiestnictwo Amasyi przejął zaś Mehmed pasza - syn jednego z wodzów Murada II - Lali Szahina paszy). Nim jednak niesforny 11-latek udał się do swojej nowej prowincji, ojciec zapragnął go ujrzeć w stolicy. Długo bowiem nie interesował się jego losem (chociaż dbał o to, aby młodym Mehmed miał jak najlepszych nauczycieli), gdyż to nie on miał być następcą Sułtanatu. Ale teraz, gdy ukochany Ali już nie żył, ojciec zapragnął ujrzeć młodszego syna i wynagrodzić mu lata rozłąki i braku zainteresowania. Mehmed Celebi przybył więc do Adrianopola wraz ze swym wychowawcą Ahmedem Kurani (którymś z kolei już, gdyż wielu nie radziło sobie z tym niesfornym łobuziakiem, któremu nie w głowie była ani nauka, ani też zgłębianie Koranu, a jedynie figle, psoty, walki na drewniane miecze i inne tego typu chłopięce rozrywki). Ahmed Kurani - który studiował Koran w Kairze, okazał się znacznie lepszym nauczycielem niż jego poprzednicy (np. jego poprzednik na stanowisku nauczyciela księcia Mehmeda - mułła Ilias Effendi kompletnie nie radził sobie z chłopcem. Często też padał w stany ekstatyczne, zamykał się wtedy w celi bez jedzenia i picia i medytował, co spowodowało że chłopiec robił co chciał, a poza tym wciąż w wieku 10 lat nie znał Koranu). Murad II powołując Kuraniego na stanowisko nauczyciela swego syna, wręczył mu również rózgę, mówiąc że może nią bić księcia Mehmeda, jeśli ten będzie nieposłuszny. Poskutkowało, w ciągu zaledwie roku młody Mehmed zdobył więcej wiedzy, niż przez wszystkie poprzednie lata (Ahmed Kurani pozwalał sobie na bardzo wiele również wówczas, gdy Mehmed był już sułtanem, co czasem powodowało między nimi konflikt, ale  nigdy to się źle dla owego nauczyciela nie skończyło). W Adrianopolu ojciec starał się wynagrodzić synowi lata rozłąki i teraz praktycznie nie rozstawał się z nim na krok. Zabierał go również na narady wojenne i w jego towarzystwie przyjmował posłów obcych państw.




A tymczasem właśnie wówczas, gdy młody Mehmed Celebi przybył do Adrianopola (początek lipca 1443 r.) z Budy ruszyła wyprawa krzyżowa pod sztandarami króla Władysława I / III Jagiellończyka. Wyprawa ta (zwana przez Węgrów "Długą Wojną") posuwała się bardzo wolno, przede wszystkim dlatego że oczekiwano na wiele oddziałów które nie dotarły na czas na miejsce koncentracji i z pierwotnej 35 000 armii w bój ruszyło tylko 25 000. Ale entuzjazm był bardzo duży, wszyscy spodziewali się łatwego i szybkiego zwycięstwa, zdobycia Adrianopola i dotarcia do Konstantynopola, ratując tym samym Cesarstwo Bizantyjskie. Jednak problemów nie brakowało, najpoważniejszym z nich był brak floty, która pomimo wielu apeli i zapewnień nie powstała. Mimo to uznano że zdobycie Adrianopola i wypędzenie Turków z ich europejskich włości wystarczy, a poza tym w Konstantynopolu można było zaopatrzyć się w jakieś statki, które mogłyby przewieźć armię chrześcijańską do Anatolii. Dopiero na początku października armia chrześcijańska przekroczyła Dunaj (czyli dwa miesiące zajęło im dotarcie z Budy nad Dunaj - niezwykle szybkie tempo 😉). W tym czasie stan psychiczny sułtana Murada wcale się nie poprawiał. Nadal nosił żałobę po swym synu i pomimo oznak normalności, często popadał w apatię a niekiedy nawet w rozpacz (zdarzało się że publicznie płakał podczas narad wojennych, co nie przysparzało dostojeństwa sułtanowi). Natomiast 11-letni książę Mehmed Celebi wykazywał rozsądek, przekraczający jego młody wiek. W Kotlinie Niszańskiej zgromadzono wówczas trzy armie tureckie pod dowództwem Kasima paszy, Iszak beja i Turachan beja, gdzie oczekiwano nadejścia krzyżowców. W połowie października 1443 r. Jan Hunyadi na czele 12 000 swych doborowych oddziałów, przekroczył rzekę Morawę i siał spustoszenie po stronie tureckiej, kolejno rozbijając mniejsze tureckie oddziały, zmierzające do miejsc koncentracji. 3 listopada 1443 r. Hunyadi w bitwie pod Niszem rozbił trzy połączone ze sobą tureckie armie które miały go zatrzymać (w tej bitwie po stronie tureckiej walczył również Skanderbeg - przyszły narodowy bohater Albanii, twórca państwa albańskiego). Gdy wiadomość o tym zwycięstwie dotarła do reszty wojsk królewskich, wywołało ono jeszcze większą euforię niż dotychczas. Teraz już nikt, nawet najwięksi pesymiści nie uważali że cokolwiek może pójść nie tak i że wkrótce padnie nie tylko Adrianopol, ale uda się zapewne zgnieść Turków w samej Anatolii, a może nawet dotrzeć do Jerozolimy żeby tam ponownie uwolnić Grób Pański z rąk niewiernych. Zaczęto przypominać sobie dawne lata wielkich krucjat, ale połowa wieku XV to już nie był okres krucjatowy. Idea krucjat dawno się skończyła, wypaliła się (czego dowodem była chociażby zupełna bierność władców Europy Zachodniej wobec ogłoszonej przez papieża krucjaty anty-osmańskiej) i to, z czym teraz miano do czynienia, to były już tylko walki o dominację poszczególnych krajów, ewentualnie walki obronne przeciw zalewowi islamu.

1 grudnia po krótkiej walce zdobyta została Sofia (dzisiejsza stolica Bułgarii). Wojska chrześcijańskie dopuściły się wówczas mordów na muzułmanach, aby jednak odróżnić mieszkających w mieście chrześcijan od niechrześcijan (którzy nosili praktycznie podobne stroje) kazano im odmawiać słowa modlitwy "Ojcze nasz" i żegnać się, kto nie potrafił, ten szedł pod miecz czy pod topór. W zdobytej Sofii król Władysław już planował zajęcie Adrianopola, ale obecnie dalszy marsz na południe był niemożliwy, jako że spadł już śnieg, przełęcze górskie były mocno zasypane i droga była odcięta. Trzeba było więc poczekać do wiosny roku następnego z podjęciem dalszej ofensywy. Król Władysław jednak był niecierpliwy. Miał co prawda dopiero 19 lat, ale płynęła w nim gorąca litewska krew i choć jego ojciec był człowiekiem niezwykle ostrożnym, a jednocześnie diabelnie skutecznym (i jak na swoje czasy jednak trochę dziwnym, jako że Władysław II Jagiełło nie tylko nie nosił brody - co było wówczas powszechne i bardzo modne, ani też żadnego zarostu, ale przede wszystkim nie pijał wina, a podczas uczt w jego pucharze znajdowała się czysta woda. Był też bardzo przesądny, np. przed podjęciem jakiejś decyzji łamał słomki i wrzucał je do kominka żeby odczynić urok. Bardzo dbał też o czystość, ponoć kąpał się codziennie - co nawet w średniowieczu {epoce dosyć czystej w porównaniu z następną epoką nowożytną} nie uchodziło za normalne {swoją drogą średniowieczne zamki zaopatrzone były w toalety, co powodowało że zamki nie śmierdziały tak jak chociażby Wersal Ludwika XIV gdzie nie było żadnych łazienek, gdyż uznano że takim pałacu, w otoczeniu tylu pięknych posągów dawnych bogów, muz i bohaterów oraz w obecności arcychrześcijańskiego "Króla Słońce", coś tak obrzydliwego jak toaleta nie ma miejsca bytu. Efekt był taki że dworacy króla srali do kominków i "podlewali" ściany owego pałacu, gdzie śmierdziało jak w chlewie i dopiero służba chodziła po korytarzach, sprzątała te wszystkie odchody i pryskała perfumami żeby zagłuszyć smród}). Władysław Jagiełło był jednym z najskuteczniejszych i największych władców średniowiecznej Europy, ale jego młody syn - choć miał jego rozwagę - to jednak zagłuszał ją zbytnim temperamentem, co niestety ostatecznie go zgubiło.


WŁADYSŁAW I (III) JAGIELLOŃCZYK



Pomimo silnych opadów śniegu, ciężkich przepraw przez góry i zasieków zbudowanych przez Turków, podjęto się próby sforsowania Bramy Trajana, czyli tych górskich wrót, którymi z Sofii można było dostać się na południe, do Adrianopola, Konstantynopola i do Grecji. 12 grudnia 1443 r. doszło pod Zlaticą (u stóp Bramy Trajana) do krwawej bitwy. Krzyżowcy dwukrotnie starali się przerwać tureckie zasieki, walcząc w ciężkim górskim terenie, mocno zasypanym śniegiem i jednocześnie odcięci od dostaw ze swych taborów. Nie udało się im to i musieli zawrócić, zadali jednak Turkom znaczne straty, co nie przeszkodziło jednak tureckiemu dowódcy - Kasimowi paszy w podjęciu za nimi pościgu. 16 grudnia w kolejnej bitwie pod Meleszticą - nieopodal Sofii - wojska krzyżowców również zostały zmuszone do odwrotu, co spowodowało że musieli opuścić Sofię i wycofać się za Dunaj (porażka ta jednak była niewielka, praktycznie można powiedzieć że straty tam poniesione nie przesłoniły zysków, jakie przyniosła kampania roku 1443 i spodziewano się że kolejnej wiosny sukces będzie jeszcze większy). O tym że Turcy realnie nie byli w stanie powstrzymać krzyżowców w roku 1443 świadczy fakt, że pościg, który wysłali przeciwko nim, został rozbity przez wycofujące się oddziały chrześcijańskie pod Niszem - 2 stycznia 1444 r. W tej bitwie do niewoli dostało się wielu z wysokiej rangi Osmanów, w tym szwagier  sułtana Murada II - Mahmud Celebi. Wówczas despotes Serbii Jerzy Brańkowić wysunął myśl przezimowania w Serbii, założenia tu obozu i wiosną wyruszenia z kolejną kampanią na Adrianopol. Plan był dosyć ciekawy, ale w w tamtych warunkach nierealny. Żywność się skończyła i nie było też jak jej szybko uzupełnić tym bardziej w warunkach zimowych (można było co prawda organizować rajdy w celu zdobycia pożywienia na okolicznej ludności chłopskiej, z tym tylko że ta ludność najczęściej nie była muzułmańska a chrześcijańska). Postanowiono więc wrócić na Węgry i wiosną tego roku ponownie wyprawić się przeciw Osmanom. W końcu stycznia 1444 r armia chrześcijańska dotarła do Belgradu. W połowie lutego król Władysław I / III na czele swych oddziałów wkroczył do Budy. Ludność stolicy Węgier wyległa na ulice aby wiwatować na cześć swych bohaterów, którzy jednak przypominali bardziej żywe trupy. Wychudzeni często brudni po trudach podróży i walk, ale w rękach trzymający zdobyte sztandary niewiernych Osmanów, oraz pokazujący łupy i jeńców z kampanii roku 1443. Młody król Władysław szedł w tym pochodzie pieszo, pośród swych żołnierzy, a pierwszym miejscem do którego się skierował po wejściu do stolicy była katedra, aby tam podziękować Bogu za odniesione zwycięstwo.




Wiadomość o zwycięstwie szybko obiegła Europę, okazało się bowiem że Turków można pokonać, a poza tym można z tego wyciągnąć korzyści zarówno polityczne jak i finansowe. Jednak przedłużająca się nieobecność króla w Krakowie powodowała, że coraz częściej podnosiły się głosy iż król powinien już wrócić do kraju (szczególnie uważał tak wszechwładny biskup krakowski Zbigniew Oleśnicki). Nieznanej jest natomiast stanowisko królowej-matki Zofii (Sonki) Holszańskiej w tej sprawie, zapewne jednak ona również pragnęła ujrzeć z syna. Jednak w tych latach (począwszy od 1440 r.) działalność polityczna królowej-matki praktycznie ustała i niewiele wiadomo o jej zaangażowaniu (wzięła w tym okresie udział jedynie w zjeździe w Korczynie w kwietniu 1443 r.), głównie mieszkała bowiem w swych dobrach oprawnych. Co ciekawe, mocno zasmuciła ją wiadomość o śmierci Hińczy z Rogowa - jaka dotarła do Krakowa w drugiej połowie roku 1442. To właśnie Hińcza miał być tym rycerzem, z którym Sonka miała dopuścić się jakichś intymnych schadzek, o co też została oskarżona w roku 1427 przez biskupa Oleśnickiego - to znaczy nie bezpośrednio przez niego, a przez ludzi przez niego podstawionych. Wywołało to początkowo kryzys małżeński Władysława Jagiełły z Sonką (król ponoć nawet ciskał różnymi przedmiotami po swej komnacie, wykrzykując że musi poznać prawdę o swej małżonce). Hińcza trafił do lochu, gdzie był poddany nawet torturom, ale ostatecznie król go uniewinnił na mocy prawa "Neminem captivabimus" (które notabene jeszcze wówczas nie weszło w życie, stanie się to dopiero w roku 1430), A królowa oficjalnie została oczyszczona z zarzutów zdrady (stało się tak ponoć na prośbę z samego biskupa Oleśnickiego, któremu ukaranie królowej nie było potrzebne, wystarczyło bowiem rzucenie na nią podejrzenia aby osłabić jej prawa do regencji po śmierci samego króla i to Zbyszko Oleśnicki uzyskał). Wiadomość o śmierci Hińczy w roku 1442 okazała się jednak fałszywa, w rzeczywistości doznał on poważnej rany w starciu z wojskami Elżbiety Luksemburskiej, ale przeżył. Jednak sam fakt jak bardzo zasmuciło to królową-matkę może budzić pewne niepokojące skojarzenia co do jej oskarżenia z roku 1427. W każdym razie do Budy, do Władysława Jagiellończyka przybyło teraz poselstwo zarówno z Konstantynopola jak i z Adrianopola, od samego sułtana Murada.


CDN.
 

24 kwietnia 2026

MEMORIAM - Cz. XVIII

VIRGINES VESTALES i TRZY CIOSY





UMIŁOWANY POKÓJ
I ZŁUDNE NADZIEJE 
SIEDEMDZIESIĄTYCH LAT
Cz. III





ILU NIEWOLNIKÓW, 
TYLU WROGÓW!


Wytęskniony przez wszystkich pokój, który miał nastać po zakończeniu sullańskich proskrypcji (z lat 82-81 p.n.e.), śmierci Korneliusza Sulli (78 r. p.n.e.) i stłumieniu rebelii Lepidusa (77 r. p.n.e.), wcale nie zamierzał nawiedzać italskiej ziemi. Wręcz przeciwnie, na Zachodzie, w Hiszpanii wciąż trwały walki ze zbuntowanym Sertoriuszem, na Wschodzie zaś wybuchła kolejna wojna (74 r. p.n.e.) z władcą Pontu, królem Mitrydatesem Eupatorem. Toczyła się również walka z piratami, którą prowadził pretor (roku 74 p.n.e.) Marek Antoniusz Kreteński. Ten wódz, wzorem Serwiliusza Izauryjskiego i swego ojca Marka Antoniusza Retora, prowadził teraz walki na Krecie (tamci walczyli z piratami w Cylicji) - przeciw tamtejszym piratom, zaś w tym samym czasie Gajusz Skryboniusz Kurion toczył mężne boje w Tracji z barbarzyńskimi Dardanami. A poza tym Italię nawiedziły wówczas trzy dodatkowe ciosy, które spadły na Rzym, niczym grom z jasnego nieba. Zaczęło się od klęski głodu w samym Rzymie (75 r. p.n.e.), spowodowanej zatrzymaniem transportów zboża dla miasta i przecięciem szlaków morskich z Afryki (Sertoriusz) i Egiptu (Mitrydates, piraci). Pompejusz słał wówczas rozpaczliwe listy do Rzymu, sugerujące że senatorowie pragną zagłodzić jego armię w Hiszpanii i groził porzuceniem walki z Sertoriuszem oraz powrotem do Italii. Kryzys ten został nieco załagodzony, gdy prokonsul Sycylii - Gajusz Licyniusz Sacerdos doprowadził do spadku cen sycylijskiego zboża (74 r. p.n.e.), dzięki czemu władze mogły je wykupić po znacznie zaniżonych cenach (co jednak nie spotkało się z aprobatą Sycylijczyków i doszło tam do wielu protestów, które groziły nawet wybuchem jakieś lokalnego buntu). Zresztą tego roku (74 p.n.e.) zima była niezwykle ostra i nierzadko zdarzały się nawałnice, które uszkodziły wiele domostw w samym Rzymie i w całej Italii. Nikt jednak nie podejrzewał, że jest to dopiero początek tego, co miało nadejść.

Rzym w tym czasie żył jednak głównie sprawami obyczajowymi, takimi jak afera Cetegusa, czy próba zmobilizowania ludu do walki z ustrojem sullańskim i przywrócenia praw braci Grakchów, podjęte z inicjatywy trybuna ludowego - Lucjusza Kwinkcjusza. Warto na moment zatrzymać się nad sprawą Cetegusa (gdyż demagogia Kwinkcjusza, który pewnie chętnie wszedłby w buty Lepidusa i ruszył na Rzym - gdyby tylko uzyskał podobne do niego poparcie i zebrał wojsko), ponieważ jego konflikt z Lucjuszem Licyniuszem Lukullusem spowodował wyjście na jaw pewnych haniebnych praktyk. Otóż ów Publiusz Korneliusz Cetegus - który wcześniej pełnił funkcję menniczego i został umieszczony na liście proskrypcyjnej dyktatora Sulli, jednak udało mu się (nie jest wyjaśnione w jaki dokładnie sposób) wykupić od śmierci i pojednać z Sullą - po zgonie Sulli ów Cetugus zdobył sobie spore poparcie polityczne i zaczął ostro uderzać w Lukullusa oraz ganić go za błędy wojenne, popełnione na Wschodzie. Jednocześnie urządzał w swej willi uczty dla wybranych, podczas których dochodziło do najbardziej haniebnych praktyk seksualnych, jak brutalna defloracja młodych dziewcząt i chłopców (z reguły byli to niewolnicy), oraz oddawanie się zbiorowym praktykom orgiastycznym. Gdy sprawa ujrzała światło dzienne (ujawnił ją właśnie Lukullus), Cetegus utracił dotychczasowe poparcie ludu i wycofał się w cień, czekając na okazję do zemsty (ta nadarzyła się dopiero dziesięć lat później - w 63 r. p.n.e. podczas spisku Katyliny). Natomiast Lukullus znacznie zyskał w oczach ludu i tym samym umocnił swą popularność (konkurował o nią z Pompejuszem i Krassusem). I właśnie wówczas, gdy już wydawało się że niegodziwe postępki zostały ujawnione i skutecznie zakończone - wtedy właśnie spadł na państwo cios drugi.




Dwie dziewice Westy (Virgines Vestales) zostały przyłapane na złamaniu ślubów i potajemnym spotykaniu się z mężczyznami. Czterdzieści lat wcześniej (114 r. p.n.e.) doszło do podobnego świętokradztwa popełnionego przez trzy westalki: Emilię, Licynię i Marcję - pochodzące ze znanych i szanowanych rodów (wspominałem już o tym we wcześniejszych częściach). Wówczas jednak - pomimo prób ocalenia dwóch ostatnich kobiet (które wywodziły się z możnych rodów i które nie były prowodyrkami owych spotkań, a jedynie dały się na nie namówić), ostatecznie dzięki determinacji sędziego Lucjusza Kasjusza (autora stwierdzenia że winnych należy szukać przede wszystkim wśród tych, którzy najwięcej na danej sprawie skorzystali - były to sławne słowa: "cui bono" - "na czyją korzyść"), zostały one skazane zgodnie z prawem na zakopanie żywcem w grobowcu na Polu Zbrodniczym. I nie pomogli im wówczas wpływowi krewni (Marek Emiliusz Lepidus, Lucjusz Licyniusz Krassus czy Marcjusz Filip), nie pomógł nawet sam Najwyższy Kapłan (Lucjusz Cecyliusz Metellus), gdyż obawa przed gniewem bogini Westy była tak silna, że nie sposób było owe kobiety ocalić. Teraz jednak, czterdzieści lat po tamtych wydarzeniach gdy sytuacja się powtórzyła, okazało się że westalki, które dopuściły się tak wielkiego świętokradztwa, zyskały spore grono obrońców i wyrokiem sądu zostały oczyszczone z zarzutów. Bogini jednak patrzy dalej niż ludzie i dostrzega niegodziwość w sercach tych, którzy bezczelnie łamią jej śluby. Gniew bogini również jest srogi i spaść musi na krnąbrne miasto, łamiące boże prawa i przykazania. Tak było gdy pierwsza westalka - Optimia złamała śluby i bogowie odrzucili ofiary (485 r. p.n.e.), tak było, gdy Orbinia dopuściła się aktu nieczystości (472 r. p.n.e.) i bogowie zesłali na miasto zarazę (głównie dotknęła ona wówczas kobiety w ciąży), tak było, gdy westalka Minucja umiłowała sobie kolorowe suknie (334 r. p.n.e. - notabene nie udowodniono jej wówczas winy cudzołóstwa, a skazano na śmierć jedynie za noszenie kolorowych sukien i biżuterii, co też - według arcykapłana - miało prowokować mężczyzn do czynów świętokradczych), sześćdziesiąt lat później (273 r. p.n.e.) w jej ślady poszła niejaka Sekstylia (też nie została skazana za oddanie się mężczyźnie, a jedynie za "prowokowanie ubiorem i zachowaniem"). U progu pierwszej wojny z Kartaginą (264 r. p.n.e.) o zhańbienie przybytku Westy oskarżono młodą Kapparonię - która aby nie doświadczyć upokarzającej śmierci zakopania żywcem w grobowcu, popełniła samobójstwo. Po sromotnej klęsce kannijskiej (z 216 r. p.n.e. zadanej Rzymianom przez Hannibala), ujawniono cudzołóstwo dwóch kolejnych westalek: Opimii i Floronii (co miało być powodem kary bożej). I one skończyły w ziemi. Potem przez kolejne sto lat był spokój, aż do ujawnienia zbrodni świętokradztwa Emilii, Licynii i Marcji (114 r. p.n.e.).




Uniewinnienie owych dwóch westalek (w 73 r. p.n.e.), choć zdarzało się już w przeszłości (np. uniewinnienie starszej kapłanki Emilii w 178 r. p.n.e. gdy znużona poszła spać, a straż przy zniczu "wiecznego ognia" pozostawiła nowicjuszce, która go nie dopilnowała i ogień zgasł. Była to zbrodnia najłagodniej karana chłostą, najdotkliwiej zaś - karą śmierci. Emilia została wówczas oczyszczona z zarzutów, ale owa nowicjuszka otrzymała karę chłosty, którą oczywiście wykonywał Najwyższy Kapłan - Pontifex Maximus. Innym znów razem - data nieznana - oskarżono o cudzołóstwo niejaką Tukcję, ale gdy przeszła próbę niewinności - darowano jej życie) okazało się jednak błędem, który szybko się zemścił. Tego samego bowiem roku, w Kapui, w szkole gladiatorów niejakiego Lentulusa Batiatusa doszło do buntu tamtejszych niewolników prowadzonych przez Traka Spartakusa, Gala Kriksosa i drugiego Gala Ojnomaosa. Wraz z nimi zbiegło z Kapui 64 gladiatorów, którzy (po zdobyciu pewnej ilości broni) schronili się na górze Wezuwiusza. Nie można było tego faktu nie połączyć z zemstą bogini Westy na świętokradztwo wyświadczone przez Rzymian, którzy uniewinnili kapłanki łamiące śluby dziewictwa (Westa była bowiem boginią ogniska domowego, zaś niewolnicy byli częścią familiares, czyli właśnie ognisk domowych. Dla Rzymian sprawa była więc jasna). Gladiatorami stawali się najczęściej jeńcy wojenni z innych ludów, zbrodniarze skazani na arenę, dezerterzy z rzymskiej armii a także wolni ludzie, którzy (z różnych względów - najczęściej w wyniku jakiegoś życiowego niepowodzenia, bankructwa, długów, lub po prostu chęci zarobienia trochę pieniędzy i przeżycia "męskiej przygody") dobrowolnie zgłaszali się do szkół gladiatorskich (tych ostatnich zwano auctorati i byli to ludzie wolni, którzy nie musieli sypiać na terenie szkoły i mogli udać się na noc do swoich domów i żon - jeśli je posiadali - po czym rankiem ponownie zgłaszać do odbycia szkolenia. Jednak fakt iż byli wolni, wcale nie chronił ich przez chłostą za przewinienia, zakuwaniem w kajdany, a nawet... karą śmierci - jeśli na to zasłużyli. Od chwili bowiem gdy podpisali umowę, do czasu aż spłacili uzgodnione wcześniej wykupne - podlegali takiej samej surowej dyscypilnie na równi z innymi niewolnikami).

Podczas ćwiczeń gladiatorom nie dawano do rąk prawdziwej broni, a jedynie drewniane jej imitacje. Było to spowodowane nie tyle obawą przed buntem gladiatorów (które zdarzały się bardzo rzadko i w zasadzie prócz buntu Spartakusa, z tych najsławniejszych można jeszcze wymienić ucieczkę prawie 80 gladiatorów ok. 280 r. naszej ery w czasach rządów cesarza Marka Aureliusza Probusa) ile troską o ich życie (każdy niewolnik który stawał się gladiatorem, otrzymywał darmowe jedzenie i kobiety, a w zamian musiał jedynie walczyć na arenie dla swego protektora i sławić jego szkołę. Natomiast wielu gladiatorów desperacko odbierało sobie życie, byleby tylko uwolnić się z owej niewoli. Niektórzy - nie mogąc przebić się mieczem podczas ćwiczeń - uciekali się do takich praktyk, jak wkładanie głowy pomiędzy szprychy jadącego wozu, lub też wbijanie sobie w szyję ostrych kawałków drewna. Niektórzy dokonywali zbiorowego samobójstwa już na arenie - jak to miało miejsce w 391 r., gdy 29 jeńców z ludu Saksonów, własnoręcznie przebiło się bronią którą dano im do walki. Takie przykłady "walk bez nienawiści" - jak to ujmują rzymskie źródła, też czasem się zdarzały). Walki na arenie nie zawsze kończyły się śmiercią (a nawet powiem że bardzo rzadko, jako że wyszkoleni gladiatorzy byli po prostu dobrymi pracownikami, którzy przynosili swemu panu krociowe zyski. Dlatego też starano się raczej unikać walk na śmierć i życie, ale nie oznacza to, że ich nie było. Podczas wielkich uroczystości, organizowanych z okazji świąt lub na cześć zwycięskiego wodza, cesarza czy patrona który zamówił igrzyska - krew rzeczywiście lała się gęsto. Wówczas przeciwko sobie walczyli nie tylko gladiatorzy, ale i dzikie zwierzęta, a nawet organizowano walki łączone - gladiatorów z dzikimi zwierzętami lub inscenzowano sławne bitwy z historii. A poza tym organizowano wspaniałe naumachie - czyli bitwy morskie, które najczęściej odbywały się na okolicznych jeziorach (w czasach Cesarstwa czasem w sztuczne jezioro zamieniano Koloseum w Rzymie). Największą zaś naumachię w dziejach Rzymu urządził na Jeziorze Fucyńskim cesarz Klaudiusz w 52 r. W tej walce wzięło udział ponad 100 okrętów wojennych i 19 000 gladiatorów. Ci co przeżyli bitwę - zostali potem ułaskawieni).




Informacja o buncie w Kapui bardzo szybko obiegła okoliczne posiadłości, z których zaczęli zbiegać niewolnicy i przyłączać się do gladiatorów Spartakusa. Ich liczba bardzo szybko rosła, a wieści o ucieczkach zaczęły lawino spływać do Rzymu (np. w jednym z dokumentów właścicielka zbiegłego niewolnika żali się w piśmie do Senatu, że ten niewolnik dotąd był jej wierny, bowiem został przez nią odziedziczony po jej ojcu. Żali się więc, że zapewne musiał posłuchać "jakichś ludzi" i opuścił jej dom oraz pozycję, jaką mu ona tam stworzyła - twierdzi że uczyniła go zarządcą reszty niewolników i że traktowała go bardzo dobrze, miał nawet własną komnatę do spania. Owa dama dodaje jeszcze, że ów zbiegły niewolnik okradł ją, gdyż zabrał ze sobą nie tylko te rzeczy, które osobiście mu ofiarowała, ale i te, które do niego nie należały). Dochodziło również do ataków na panów ze strony niewolników (jeden taki - z czasów późniejszych, bowiem z końca I wieku naszej ery - przedstawia śmierć pretora Larcjusza Macedo, człowieka którego ojciec był jeszcze wyzwoleńcem, a on sam - już jako obywatel Rzymu - doszedł do znacznego majątku. Postępował jednak okrutnie ze swymi niewolnikami. Pliniusz Młodszy pisał o nim: "Był to zresztą pan pełen pychy i okrutny, którego ojciec był niewolnikiem, a on zbyt mało o tym pamiętał. (...) Podczas kąpieli w swojej willi podmiejskiej został otoczony przez niewolników, z których jeden począł go dusić, drugi bić po twarzy, trzeci miażdżył pierś, brzuch i genitalia. Wreszcie rzucili go na gorącą podłogę, aby sprawdzić, czy jeszcze żyje. Macedo zemdlony, lub udając omdlenie pozostał bez ruchu, więc go zabrano do domu sądząc, że jest martwy. Tam ocknął się w otoczeniu niewolników, którzy pozostali mu wierni, i swoich konkubin". Wówczas większość niewolników zbiegła - według prawa bowiem, w chwili mordu popełnionego na Rzymianinie, wszyscy niewolnicy obecni tego dnia w jego domu byli skazywani na śmierć. Większość niewolników została jednak schwytana w ciągu kilku kolejnych dni i poddana torturom oraz uśmiercona. Larcjusz Macedo osobiście nadzorował te tortury, ale nie było mu już dane pożyć zbyt długo. W wyniku odniesionych obrażeń również zmarł w jakiś czas potem. W końcu - jak pisał Seneka - "Niewolnicy to też ludzie", choć większość Rzymian i tak traktowała ich jak "mówiące przedmioty". Zdarzały się jednak wyjątki, jak na przykład gdy zamordowano pewnego senatora z I wieku naszej ery i 400 jego niewolników - przebywających w domu - zostało skazanych na śmierć, wówczas wielu Rzymian zaczęło pisać listy do władz, w których proszono o ich ułaskawienie, gdyż - jak uważano - nie powinno się karać wszystkich za zbrodnię popełnioną przez jednego człowieka lub grupę ludzi. I rzeczywiście tamci niewolnicy ocalili wówczas życie).




Spartakus - tracki wojownik z plemienia Majdów, który zapewne (ok. lat 84-78 p.n.e.) walczył w szeregach trackich oddziałów służących u boku Rzymian, ale potem się zbuntował (oczywiście nie sam jeden, gdyż właśnie w latach 78-76 p.n.e. mają miejsce częste bunty trackich plemion przeciwko Rzymowi. Między innymi zbuntowało się wówczas plemię Majdów) i dostał do niewoli (ok. 77 r. p.n.e.). Po czym za zdradę został zesłany do szkoły gladiatorów w Kapui. Do niewoli trafił wraz ze swą żoną, wieszczką i ponoć kapłanką Dionizosa (Plutarch tak o nim pisze: "Był to z pochodzenia Trak, z ludu Majdów, pewny siebie i bardzo silny, a także rozumem i kulturą stojący ponad swym losem, bardziej grecki, niżby wskazywało jego pochodzenie"), ale wkrótce zostali ze sobą rodzieleni, on trafił do szkoły gladiatorów, a po niej wszelki ślad zaginął. Jako były żołnierz, potrafił Spartakus dobrze władać bronią i jego przyuczenie nie kosztowało Batiatusa zbyt wiele. Jednak teraz, gdy już się zbuntował, stał się prawdziwym zagrożeniem dla Rzymu, a wieści o jego napadach na okoliczne majątki (zapewne aby zdobyć żywność, gdyż wzrastająca liczba zbiegłych niewolników musiała przecież coś jeść) rozprzestrzeniała się bardzo szybko po całej Kampanii ("Ponieważ dzielił się równo łupami, szybko skupił koło siebie mnóstwo ludzi" - jak dodaje Plutarch). Doszło też do pierwszych starć z żołnierzami z Kapui (ale nie z regularnym wojskiem, a raczej z rezerwistami w rodzaju pospolitego ruszenia) i na nich Spartakus również zdobył sporo nowej broni. Wreszcie rozbił - wysłane przeciwko niemu - siły z Rzymu (w liczbie ok. 3000 żołnierzy), którymi dowodził propretor - Klaudiusz Glaber (był on tak pewny siebie i w takiej pogardzie miał przeciwnika, że nie rozstawił nawet straży nocnej, oraz nie zadbał o zbudowanie obozu lub choćby umocnień od strony Wezuwiusza). Buntownicy dokonali wówczas śmiałego czynu, spuszczając się w dół na porosłej górskie szczyty dzikiej winorośli (a nie było to zadanie łatwe, gdyż spuścić się ze stromej góry na cienkich linach sporej grupie niedoświadczonych ludzi - doprawdy było nie lada wyczynem, tym bardziej że nikt wówczas nie zginął ani nie został ranny) i dokonali prawdziwej rzezi wśród wojsk Glabera. Wielu żołnierzy nie zdołało nawet dobyć broni i ginęli pogrążeni we śnie. Mimo to i tak prawie połowa Rzymian zdołała uciec i dotarłszy do Rzymu, poinformowała Senat o poniesionej klęsce. 




Teraz dopiero okazało się że niewielka rebelia niewolników z Kapui nie jest tylko lokalną ruchawką i nie wystarczy skierować tam siły kilku weteranów z biczami, którzy rozgonią niewolników na cztery wiatry. Teraz stało się jasne że Italia a nawet sam Rzym stał się częścią nowej wojny, która nie toczyła się już gdzieś daleko - w Hiszpanii, Azji czy na Krecie. Ona toczyła się w samym sercu Imperium Rzymskiego, na italskiej ziemi, a Rzym mógł stać się celem tej nowej, rosnącej w siłę, niewolniczej armii. Należało więc podjąć zdecydowane środki i czym prędzej wysłać przeciwko buntownikom regularną armię (należy jednak dodać gwoli ścisłości, że bunt gladiatorów Spartakusa i te jego dwuletnie walki w Italii {bardzo popularne - spopularyzowane również przez kulturę popularną} nie były największą wojną jaką toczyli Rzymianie z niewolnikami. Bezwzględnie największe powstanie wywołał na Sycylii niejaki Eunus Syryjczyk, porwany przez piratów z okolic Apamei gdzie mieszkał, a następnie sprzedany jako niewolnik niejakiemu Antygenesowi z Enny - Grekowi z pochodzenia. Eunus miał tam bardzo dobrą pozycję, był bowiem traktowany znacznie lepiej niż reszta niewolników, a to głównie dlatego, że potrafił przepowiadać przyszłość {twierdził że prorocze wizje zsyła mu bogini Atargatis}. Jego pan pozwolił mu nie tylko mieszkać we własnej, oddanej do jego dyspozycji części domu, ale również zezwolił Eunusowi poślubić kobietę, którą ten zapragnął. Eunus był bohaterem przyjęć jakie organizował Antygenes, na których połykał on ogień, a przede wszystkim przepowiadał przyszłość. Podczas jednego z takich spotkań, Eunus stwierdził że w przyszłości zostanie królem, co tylko wywołało radość wśród gości Antygenes a, którzy zaczęli go prosić - gdy już zostanie tym królem - aby wówczas okazał im miłosierdzie. Kpili z niego, ale on miał przysiąc że wszyscy tutaj zgromadzeni zachowają życie, gdy już przepowiednia się spełni. Gdy więc wywołał bunt, a następnie przejął kontrolę nad dużą częścią środkowej Sycylii ze stolicą w Ennie, wówczas ogłosił się królem i przyjął imię Antioch {na pamiątkę Antiocha III Wielkiego z rodu Seleucydów, o którym pamięć była bardzo silna w Syrii gdy Eunus był jeszcze chłopcem}. Ten wróżbita, przez 3 lata opierał się całej potędze Rzymskiej Republiki {135-132 r. p.n.e.}, a jego armie przez długi czas były niezwyciężone i można rzec, że Spartakus przy nim to... mały pikuś. Aha, oczywiście wszystkich Rzymian i Greków którzy byli obecni w domu Antygenesa - gdy Eunus twierdził że zostanie królem i obiecał im darowanie życia - dotrzymał danego słowa i oni życie zachowali).




CDN.

ZAPRZAŃSTWO JAKICH MAŁO! - Cz. VII

CZYLI HISTORYCZNA REFLEKSJA JAKO MEMENTO DLA WSPÓŁCZESNOŚCI POWSTANIE i WOJNA Cz. VII WŁADYSŁAW IV W MŁODOŚCI  Poselstwo na którego czele st...