WYŚWIETLENIA

15 kwietnia 2026

DOMINATORKI - Cz. X

CZYLI RZECZ O ZNANYCH
I NIEZNANYCH KOBIETACH W HISTORII,
KTÓRE POTRAFIŁY 
RÓŻNYMI SPOSOBAMI OWINĄĆ SOBIE
MĘŻCZYZN WOKÓŁ PALCA





DOMINATORKI STAROŻYTNEGO EGIPTU
Cz. X






TEJE
KRÓLOWA-LWICA 
Cz. III


Pierwsza dekada rządów faraona Nebmaatre Amenhotepa III i królowej Teje przebiegała na nieustannych podróżach, inspekcjach i kampaniach wojennych (główna kampania wojenna w Nubii - prowadzona w pierwszych latach panowania młodego władcy). Ok. 1378 r. p.n.e. para królewska na stałe już osiadła w Tebach, a raczej po drugiej - północno-wschodniej - części Stubramnych Teb, czyli w Malgatcie (nieopodal zespołu świątynnego Totmesa III w Medinet Habu). Tam właśnie Amenhotep III nakazał wznieść dla siebie i swej rodziny wygodny pałac, oraz wykopać sztuczne jezioro, po którym można by było pływać łodzią. Tam też przyszły na świat kolejne dzieci pary królewskiej. Wielkim świętem były narodziny syna, czyli królewskiego następcy tronu, który otrzymał imię - Totmes. Wkrótce potem narodziła się najstarsza z córek - księżniczka Sitamun. Narodziny Iset - drugiej córki, również były powodem do radości, gdyż ze względu na częste zgony niemowląt, każde dziecko które tylko przeżyło okres niemowlęctwa (szczególnie zaś chłopcy - jako naturalni następcy tronu - kontynuatorzy dzieła Boskiego Stworzenia Świata i utrzymania w nim porządku i sprawiedliwości) było na wagę złota. Oczywiście przez pierwsze kilkanaście miesięcy (a nawet kilka lat) rodzice starali się zbytnio nie przywiązywać do dziecka, jako że ciężej by było im potem przeżywać jego stratę, dlatego też niemowlęta i małe dzieci wychowywały się pod okiem mamek i opiekunów. Dopiero po ok. piątym roku życia dziecka rodzice (szczególnie matki) coraz częściej spędzali z nimi czas (dzieci odstawiano od piersi mamek z reguły w trzecim roku życia, choć czasem karmiono je mlekiem aż do wieku pięciu lat, aby nabrały większej odporności, gdyż zbyt szybkie odstawienie od piersi w ówczesnych warunkach często oznaczało po prostu śmierć dziecka). Nie wiadomo jaką matką była królowa Teje (biorąc pod uwagę jej posągi o zimnym obliczu z nieco azjatyckimi kształtami twarzy - choć Azjatką nie była), zapewne jednak bardzo kochała swe dzieci i radowała się z faktu, że przetrwali oni w zdrowiu pierwsze lata życia.
 
Bez wątpienia pierwszym świętem, w jakim wzięła udział para królewska - po powrocie do Teb - było święto Opet, które odbywało się co roku w drugim miesiącu pory wylewów Nilu (pora wylewów trwała od połowy lipca do połowy grudnia, czyli drugi miesiąc to byłby sierpień). Trwało ono 11 dni, a z tej okazji faraon (wraz ze swą Wielką Małżonką Królewską) udawał się do zespołu świątynnego w Medinet Habu - gdzie gromadził się okoliczny lud (głównie mieszkańcy królewskich Teb), aby okazać mu swe boskie oblicze. Podczas tego święta para królewska wyjątkowo blisko podchodziła do poddanych, ofiarowując im najróżniejsze dary (ciasta, bochenki chleba, dzbany piwa). Jednak owe rozdawnictwo było ostatnim elementem całego święta, które rozpoczynało się w wielkiej świątyni Amona-Re w Karnaku (Ipet-Sut), po czym w niezwykle uroczystej procesji "Świętej Rodziny z Teb" (przedstawiającej bogów: Amona-Re, jego małżonkę boginię Mut i ich syna - Chonsu) para królewska, idąc na czele owej procesji (jednak tuż za świętymi posągami bogów) wzdłuż brzegów Nilu, dochodziła do Świątyni Amona-Re w Luksorze (jednej z dwóch dzielnic z której składały się królewskie Teby. Luksor był jednak bardziej zurbanizowany i zamieszkiwało go znacznie więcej ludzi, niż całkowicie podporządkowany klerowi Amona - Karnak). Po drodze zatrzymywano się na sześciu stacjach procesyjnych w rozbudowanych za czasów Hatszepsut dziedzińcach świątynnych. Następnie, u pierwszego pylonu świątyni Amona-Re w Luksorze, czekały barki, którymi "Święta Rodzina z Teb" miała przepłynąć na drugi brzeg Nilu (każdy wizerunek boga umieszczony został na innej barce). Zaś na czwartej i ostatniej barce płynęła rodzina królewska w otoczeniu swego dworu (zaś pozostała ludność przepływała Nil na splecionych przez siebie, prowizorycznych tratwach. Swoją drogą była to niebezpieczna przeprawa ze względu na czyhające w wodach krokodyle i hipopotamy). Barki następnie holowali na brzeg grupy mężczyzn, wywodzących się spośród dworskich dostojników (oni wcześniej płynęli na małych łodziach, ciągnących i eskortujących "Święte Barki"). Potem procesja szła po "Ziemi Amona", prosto do świątyni Medinet Habu, gdzie lud mógł zgłaszać swe prośby do bogów, jak i do królewskiego Ka (w rozumieniu Starożytnych Egipcjan, królewskie Ka było duszą stanowiącą część boskiej istoty, wspólnej zarówno dla samych bogów jak i królewskich przodków faraona). Tam też następowało (po 11 dniach) zakończenie procesji i rozdawnictwo darów spożywczych.




W świątyni Amona-Re w Luksorze faraon przemieniał się w "boską istotę" (w otoczeniu kapłanów recytujących modlitwy i magiczne formułki, oraz w smugach dymu z kadzideł) i odtąd stawał się już bogiem na kolejny rok (do następnego święta Opet), a tym samym przestawał być człowiekiem i (w świadomości ludu) był w stanie spełniać błagalne prośby swych poddanych. Było to niezwykle ważne wydarzenie dla władzy z punktu widzenia ideologiczno-propagandowego, gdyż wyrabiało w poddanych przekonanie o boskim złączeniu panującego władcy z bogiem, a tym samym utrzymaniu porządku świata i ładu społecznego oraz oddaleniu chaosu (wierzono że aby słońce mogło codziennie wzejść, potrzebny jest władca połączony z bogiem, który to właśnie zapewni, dając światu jasność i ciepło). Dlatego też w dziejach Egiptu tak rzadko spotyka się jakiekolwiek spiski czy próby obalania panujących władców (jedynie w epokach wielkich niepokojów społecznych i wstrząsów politycznych). Jak bowiem można obalić władcę, który zjednoczony jest z bogiem za sprawą swego Ka? Przecież w takiej sytuacji duch i intelekt władcy równał się (w rozumieniu Egipcjan) duchowi i inteligencji samego bóstwa. Oczywiście dane dynastie mogły wymrzeć, ale zawsze musiał objawić się jakiś nowy król (choćby nawet pochodził z innego kraju i w nim rezydował), dzięki któremu każdego ranka wzejdzie słońce, a życiodajny Nil zapewni przetrwanie zarówno ludziom jak i zwierzętom. Gdyby bowiem zabrakło władcy (jak sądzono) zapanowałby powszechny chaos a świat uległby rozpadowi, przeto w niespokojnych czasach, gdy nie można było szybko wyłonić nowego władcy, kontynuowano panowanie poprzedniego - nawet jeśli ten zbiegł lub już nie żył. Było to niezwykle ważne dla utrzymania ładu i porządku społecznego (a jednocześnie dla podkreślenia dotychczasowej władzy egipskiego kleru). Koronacja nowego faraona (szczególnie zaś takiego, który nie był związany z poprzednią dynastią więzami pokrewieństwa) z reguły odbywała się podczas święta Opet, przy czym łączono koronację ze zjednoczeniem Ka nowego władcy z samym bogiem, aby tym samym zapewnić mu trwałe i spokojne panowanie.




Ok. 1377 r. p.n.e. (w jedenastym roku panowania Amenhotepa III) młody faraon (miał wówczas zapewne ok. 18 lat) postanowił ponownie się ożenić. Oczywiście królowa Teje (która z pewnością była rówieśnicą swego męża, lub też o rok/dwa od niego starsza) pozostawała najważniejszą żoną, ale z przyczyn politycznych król musiał ponownie się ożenić, bowiem od czasów jego dziada Aacheperure Amenhotepa II, panował sojusz polityczny z dotychczasowym wrogiem Egiptu (i sprawcą wszelkich anty-egipskich buntów w Syro-Palestynie) królestwem Mitanni. Sojusz ten, zawarty po raz pierwszy ok. 1417 r. p.n.e., przetrwał w nienaruszonym stanie do czasu Amenhotepa III. Jednak teraz, po czterdziestu latach pojawiła się dodatkowa okoliczność, która jeszcze mocniej pchała ku sobie Mitanni i Egipt. Tą okolicznością było coraz bardziej agresywne anatolijskie królestwo Hetytów, którym władał wówczas król - Tuadhalijia II, który wstąpił na tron w Hattuszan (stolicy państwa Hetytów) ok. 1380 r. p.n.e. (z chronologią władców królestwa Hetytów mam spory problem, a to dlatego że brak jest spisów królów lub dokumentów datowanych przy pomocy lat rządu poszczególnych monarchów tego państwa. Hetycka chronologia bowiem opiera się prawie w całości na synchronizmach z sąsiadującymi krajami i jedynie daty panowania króla Mursilisa II {1321-1297} mogą być poświadczone dowodami astronomicznymi). Królestwo Hetytów od ok. 1550 r. p.n.e. (czyli od czasów panowania króla Ammuny) przeżywało okres upadku politycznego, wewnętrznych wstrząsów i szybko zmieniających się władców na tronie w Hattuszan. Jednak wraz z objęciem tronu przez Tuadhaliję II ten stan rzeczy zaczął się zmieniać (jeszcze nie na tyle, aby realnie zagroził on pozycji Mitanni w regionie, tak stanie się dopiero za czasów syna Tuadhaliji Suppiluliumy I który obejmie tron ok. 1357 r. p.n.e.). Mimo to  król Szuttarna II postanowił ponownie zacieśnić stosunki z Egiptem, a najlepszym sposobem takiego sojuszu było małżeństwo, czyli wydanie córki mitannijskiego władcy za młodego faraona (bowiem egipskich księżniczek nie wydawano za mąż za obcych władców, jak również w dyplomacji nie stosowano egipskich hieroglifów - uważając to pismo za przeznaczone jedynie dla Egipcjan i posiadające przez to magiczne właściwości, niegodne poznania obcym, azjatyckim "barbarzyńcom").




Dawno w Mitanni zapomniano ów nieszczęsny rok, gdy po zwycięstwie na "jałowym wzgórzu" pod Haleb (1447 r. p.n.e.) faraon Totmes III Wielki rozpoczął ekspansję w głąb Mitanni. Od tego czasu minęło już siedemdziesiąt lat, czterdzieści lat temu zawarto pierwszy pokój z Egiptem a od dwudziestu lat panował nieprzerwany sojusz. W Egipcie wyrosło już drugie pokolenie, które nie pamiętało działań wojennych prowadzonych w Naharinie. Jeszcze ojciec Amenhotepa III - Totmes IV musiał wysyłać aż sześć poselstw na dwór do Waszszuganni, zanim władca Mitanni - król Artatama I wyraził zgodę na ożenek swej córki Mutemwei z faraonem, teraz - ze względu na zagrożenie hetyckie - poszło to znacznie szybciej. Na tronie Mitanni panował wówczas (1377 r. p.n.e.) król Szuttarna II (syn Artatamy) i bardzo szybko wyraził on zgodę na poślubienie przez Amenhotepa jednej ze swoich córek - Giluhipy (było to więc do pewnego stopnia małżeństwo kazirodcze, jako że matka Amenhotepa III - Mutemweia, była siostrą Szuttarny i ciotką Giluhipy - nowej małżonki jej syna). Młoda księżniczka z Nahariny przybyła więc do Egiptu aby poznać swego męża. Małżeństwo zostało zawarte w Pałacu Królewskim w Malgatcie, a nowa królewska małżonka weszła do haremu władcy, w którym oprócz innych dziewcząt, były też jego siostry i córki. Najważniejszą zaś kobietą bez wątpienia była Wielka Małżonka Królewska - Teje, która od początku traktowała małżeństwo Amenhotepa z Giluhipą jako związek polityczny. Nie wiadomo jednak dokładnie jakie były relacje pomiędzy obiema paniami, gdyż żadne tego typu dokumenty nie zostały spisane (Egipcjan nie interesowały relacje "dam haremowych", tym bardziej że harem egipski był miejscem dość swobodnym, gdzie kobiety mogły spotykać się ze swą rodziną, a nawet przyjmować niespokrewnionych z nimi gości). Zapewne więc pozycja królowej Teje w żaden sposób nie została uszczuplona nowym związkiem jej męża.




Nim jednak przejdę do dalszych dziejów panowania Amenhotepa III i królowej Teje, chciałbym na moment opowiedzieć historię innej haremowej damy faraona, babilońskiej księżniczki Telik-ha Ventiu, która również została królewską małżonką (tak jak Giluhipa), a także zaprzyjaźniła się z samą Wielką Małżonką Królewską Teje. Kim była owa dama i jak to się stało, że ponownie dała o sobie znać? Informacje o niej wypłynęły poprzez jasnowidzące medium o pseudonimie Rosemary w 1931 r. Rosemary była do 1928 r. nauczycielką w jednej ze szkół w mieście Blackpool w północno-zachodniej Anglii i nosiła imię Ivy. W 1931 r. po wejściu w głęboki stan, zaczęła nagle przemawiać w jakimś obcym, nieznanym języku, który to nagrano na taśmę i poddano następnie analizie. Okazało się że język którym posługiwała się Ivy (a raczej Rosemary), jest już obecnie wymarłym językiem staroegipskim (jego autentyczność potwierdził egiptolog - Howard Hulme). Podczas rozmowy z medium (które wówczas mówiło już głosem kobiety z innej epoki), zapytano o imię tej, która przybyła. Przedstawiła się jako księżniczka Telik-ha Ventiu - żona faraona Nebmare Amenhotepa (czyli Amenhotepa III - starożytni Egipcjanie do opisania swych władców nie używali bowiem cyfr przy nazwisku konkretnego króla, lecz posługiwali się jego indywidualnym przed-imieniem, w przypadku Amenhotepa było to imię - Nebmare, jego syn Amenhotep IV Echnaton nosił początkowo imię Nefercheprure. Cyfry przy imionach kolejnych władców to jest dopiero grecki wynalazek). Dopiero po kilku takich seansach, księżniczka Ventiu podała też swoje prawdziwe (duchowe) imię, jakiego używa na "Tamtym Świecie". Brzmiało ono - Nona.




Księżniczka Telik-ha Ventiu urodziła się ok. 1390 r. p.n.e. Nie była Egipcjanką lecz Babilonką, córką jednego z lokalnych władców Babelu. Jej ojciec został zamordowany w wyniku walk wewnętrznych o władzę nad państwem, a wówczas Telik-ha Ventiu trafiła do Egiptu. Prawdopodobnie (piszę prawdopodobnie, gdyż ona sama nie mówi o konkretnej dacie swego przybycia do kraju faraonów, natomiast ja kalkuluję po swojemu, obliczając czas od ewentualnej rebelii która miała miejsce w Babilonie - a były to bardzo niespokojne czasy, zwłaszcza w Mezopotamii - i w której wyniku życie stracił "król Babelu" imieniem - Kurigalzu I) młoda dziewczyna (najprawdopodobniej była wówczas w wieku ok. 15 lat lub nieco starsza - choć to też moje domysły, gdyż Nona o tym nie wspomina) pojawiła się w stolicy Egiptu - Królewskich Tebach ok. 1374 r. p.n.e. (wówczas to miał miejsce ów zamach stanu w Babilonie i zamordowanie króla Kurigalzu I, syna poprzedniego władcy Kadaszmana-Harbe I przez uzurpatora, który stał się kolejnym władcą Babilonu - Kadaszmanem-Enlilem I). Tak więc (najprawdopodobniej) około roku 1374 p.n.e. młoda Telik-ha Ventiu trafiła do haremu faraona Amenhotepa III. Stało się to oczywiście na prośbę jej ojca (o czym już w swych przekazach opowiada Nona), który spodziewając się zamachu i śmierci, zadbał o to, by jego córka została jedną z kobiet/żon faraona Amenhotepa (wcześniej wysłał w tej sprawie do egipskiego władcy list, z prośbą o przyjęcie jego córki w poczet jego konkubin, twierdząc że jeśli pozostanie w swoim kraju, to czeka ją tam śmierć). Amenhotep wyraził na to zgodę i tak młoda Telik-ha Ventiu trafiła do jego haremu. Nona opowiada że początkowo bardzo polubiła główną małżonkę króla Amenhotepa, królową Teje, która wzięła ją i inne nowo przybyłe do haremu dziewczyny pod swoją opiekę (tak naprawdę nie była też od nich o wiele starsza, może z 5-7 lat). Dbała o nie i pilnowała by niczego im nie zabrakło. Nona stwierdziła (za pomocą Rosemary) w jednej ze swych sesji (a trwały one przez kilka lat, począwszy od 31 sierpnia 1931 r.) że bardzo królową pokochała (nie przypuszczała jeszcze wtedy, że w kilka lat później stanie się jej konkurentką w łożu faraona, oraz że... zginie właśnie z jej rozkazu).

Jak Nona opisuje Teję? Nie mówi nic o jej wieku (królowa w 1374 r. p.n.e. musiała mieć ok. 25 lat), lecz mówi że była "bardzo burzliwą duszą" i że jej cechy charakteru bardziej przybliżały ją do mężczyzn niż do kobiet. Była energiczna i przebojowa, była przeciwieństwem swego męża - Amenhotepa III, o którym Nona wspomina, że nasze dzisiejsze o nim wyobrażenia są zbyt idealistyczne. Tak naprawdę był to człowiek o dość chwiejnym, a nawet uległym charakterze, przeżywającym wszystkie losowe niepowodzenia dość mocno i ulegającym swej przebojowej i dominującej małżonce (dużo też chorował - jak twierdzi Nona, szczególnie w ostatnich latach jej życia). Teje miała ogromny wpływ na faraona, Nona twierdzi że sami kapłani Amona-Re obawiali się jej wpływów na władcę. Posiadała też specjalne prawa i przywileje, oraz mogła samodzielnie decydować w niektórych sprawach, a tych jej rozkazów, nie mógł cofnąć nawet sam władca. Nona (wówczas jako księżniczka Ventiu), została oficjalnie naturalizowana przez Teję i stała się jej przybraną córką. "Królowa była bardzo niebezpiecznym wrogiem" - jak twierdziła Nona, myślała bowiem jak mężczyzna, wojownik i król, a nie jak kobieta. Przewidywała wiele spraw do przodu i potrafiła szybko podejmować decyzje, czego nie można było powiedzieć o Amenhotepie III. Nona opowiadała także, że królowa Teje przychodziła często osobiście do jej komnaty po to, by wypytać ją jak jej minął dzień i jak spędzała swój wolny czas. Ponoć na dworze wszyscy się jej bali, gdyż wiedzieli że ma ogromny wpływ na władcę i że tak naprawdę to ona rządzi państwem. Jej kaprysy stawały się oficjalnym prawem, a ponieważ ściśle przestrzegała zasad dworskiej etykiety - wszystko i wszyscy musieli się temu podporządkować, każdy błąd miał być bowiem karany. Gdy przyjmowała posłów, lub gdy podejmowała decyzje, czyniła to zawsze jak prawdziwa bogini, przystrojona w drogie suknie i klejnoty, z kobiecą koroną na głowie, otoczona stojącymi wokół niej niewolnikami (którzy stali lub siedzieli u jej stóp). Nona, jako Telik-ha Ventiu, stwierdziła że nie lubiła tak sztywnej dworskiej etykiety, choć szczerze kochała swoją protektorkę za dobroć, jaką względem niej okazywała.




Królowa Teje wybrała swą podopieczną, naturalizowaną córkę - Telik-ha Ventiu, by wstąpiła do świątyni Amona-Re, jako "Panna Świątynna" (był to odpowiednik mniej więcej dzisiejszych sióstr zakonnych). Być może chciała się jej pozbyć z pałacu i haremu, gdy dziewczyna zaczęła zwracać swoją osobą uwagę jej męża. Tak też się stało, a księżniczka Ventiu, poznała tam niejaką Volę (pochodzącą ze szlachetnej egipskiej rodziny), obie dziewczyny bardzo mocno się zaprzyjaźniły. O czasie spędzonym jako "Panna Świątynna" również dość szczegółowo podczas swych seansów opowiadała Nona: "Moje ręce są nagie do ramion, mam na sobie bladą szatę z muślinu skrzyżowaną i złożoną na piersi (...) Mam też prostą bieliznę od szyi do moich stóp, ściśle dopasowaną do ciała. Zewnętrzna suknia jest zagięta z przodu w talii i zwisa. Mam sandały na nogach, bransolety na ramionach (...) Moje włosy są grube, nie związane i zwisają mi prosto do ramion (...) malowane brwi, pełne usta i malowane oczy: to jest moje własne ja" - tak się zaczyna opowieść Nony (ustami Rosemary) z jej ostatniego życia w Starożytnym Egipcie, jako "Panny Świątynnej" w Świątyni Amona-Re w Karnaku. O tym jak wyglądało życie Telik-ha Ventiu jako Panny Świątynnej, opowiem w kolejnej części.




CDN.

13 kwietnia 2026

NIEWOLNICY DO ZADAŃ SPECJALNYCH - Cz. IX

CZYLI JAKIE BYŁY NAJWIĘKSZE
OŚRODKI HANDLU NIEWOLNIKAMI W
STAROŻYTNOŚCI I W ŚREDNIOWIECZU,
ORAZ SKĄD I Z JAKICH 
WARSTW SPOŁECZNYCH NAJCZĘŚCIEJ
POCHODZILI KANDYDACI 
NA NIEWOLNIKÓW






I
ANTYCZNA GRECJA 
I ŚWIAT HELLENISTYCZNY
(V wiek p.n.e. - II w. p.n.e.)
Cz. IX






DELOS
MAŁA WYSPA - WIELKI RYNEK
(II wiek p.n.e. - I wiek po Chrystusie)
Cz. III



"DO WAS, MŁODZI LUDZIE, W PIERWSZYM RZĘDZIE ZWRACAM TE SŁOWA. W POWODZENIU NIE PRZYSTOI NICZEGO I WOBEC NIKOGO POSTANAWIAĆ Z WYNIOSŁOŚCIĄ I PRZEMOCĄ. NIE WYPADA WIERZYĆ CHWILOWEJ ŻYCZLIWOŚCI LOSU. BO NIE WIADOMO CO PRZYNIESIE WIECZÓR. TEN BĘDZIE PRAWDZIWYM CZŁOWIEKIEM, KTÓREGO ANI POMYŚLNY LOS NIE WBIJE W DUMĘ SWYM PODMUCHEM, ANI PRZECIWNY NIE ZŁAMIE"

LUCJUSZ EMILIUSZ PAULUS
(ZWYCIĘZCA PERSEUSZA MACEDOŃSKIEGO)



W owym przestępnym (liczącym aż 377 dni) roku 166 p.n.e. rzymski Senat oficjalnie oddał wyspy Delos i Lemnos Ateńczykom. Co prawda obie wyspy niegdyś należały do Aten, ale nie chodziło tutaj jedynie o zwrócenie dawnej własności. Tym gestem Rzymianie pragnęli zarówno osłabić jak i upokorzyć Rodos, która podczas wojny z Macedonią nie wsparła zdecydowanie Rzymu, za co potem przyszło im zapłacić wieloma upokorzeniami (na początku Rodyjczycy wysłali do Rzymu na pohańbienie dwóch swoich przywódców - Deinona i Poliaratosa, jako głównych zwolenników Perseusza macedońskiego. Potem, z poselstwem Filofrona i Astymedesa musieli znieść wiele zniewag, w tym groźbę całkowitego zniszczenia owej "Krainy Słońca i Róż" - jak wówczas nazywano Rodos. Ostatecznie, po mowie Astymedesa w Senacie, którą Tytus Liwiusz przytacza tymi oto słowy: "Wy, senatorowie, sądząc nas zastanawiacie się, czy Rodos ma pozostać na świecie, czy zniknąć doszczętnie. (...) Żaden Rodyjczyk nie chwyci przecież za broń przeciw wam. Jeśli będziecie trwać w gniewie (...) wszyscy wolni (...) mężczyźni i kobiety, ile tylko nas jest, wsiądziemy na okręty z wszystkimi naszymi pieniędzmi, porzucimy bogów publicznych i domowych i przybędziemy do Rzymu. Tutaj (...) oddamy się w waszą moc wraz z żonami naszymi i dziećmi (...) Niech nasze miasto zostanie rozgrabione i spalone poza naszymi oczyma (...) nigdy nie uznamy się za waszych wrogów, niczego wrogiego przeciw wam nie zrobimy, choćby nam przyszło wszystko wycierpieć" - uzyskali tyle, że Rzymianie odpuścili sobie zniszczenie ich wyspy). Rzymianie nie podjęli się zniszczenia Rodos, ale odebrali wyspie wszelkie przywileje handlowe, oraz nakazali wycofać rodyjskich prefektów z Licji i Karii, które to ziemie dotąd wyspa kontrolowała. Mimo takiego upokorzenia, Rodyjczycy tę wiadomość przyjęli entuzjastycznie, gdyż oznaczało to, że Rzymianie nie planują zniszczenia wyspy. Od razu też uchwalono sporządzenie wieńca dziękczynnego o wartości 20 000 złotych monet, który miano zawieść do Rzymu i złożyć jako dar wdzięczności dla Senatu i Ludu rzymskiego. W tym samym czasie od Rodos odpadło miasto Kaunos, Mylasa i Euromos w Karii. Szybko wysłali oni ekspedycję wojskową, która ponownie przywróciła ich władztwo w tych miastach, ale w tym też czasie nadeszła z Rzymu informacja, że wolą Senatu jest, by te oto miasta pozostawić wolnymi i Rodyjczycy - nie mając wyjścia - musieli się podporządkować. Ale to oznaczało utratę jakichkolwiek posiadłości kontynentalnych i sprowadzenie Rodos do roli małej wyspy na Morzu Egejskim, której ziemia niestety nie była w stanie samodzielnie wykarmić wszystkich mieszkańców.




Utrata zaś rynku (w tym właśnie rynku niewolniczego) oraz intratnych kontraktów handlowych - a co za tym idzie floty wojennej i handlowej - były tym bardziej zabójcze dla tejże wyspy. Miało to też swoje negatywne konsekwencje w tym, że bardzo szybko na wodach Morza Egejskiego i północnych wybrzeży Morza Śródziemnego rozkwitło piractwo (dotąd konsekwentnie zwalczane przez Rodyjczyków), zaś w 143 r. p.n.e. na cylicyjskim wybrzeżu w pobliżu granicy z Pamfilią w miejscowości Korakesjon, powstało pierwsze zorganizowane pirackie państewko, które przez kilkadziesiąt kolejnych lat było totalną plagą wschodnich wód Morza Śródziemnego. Natomiast przywileje handlowe Rodos, zostały przeniesione na maleńką wyspę Delos, która jedynie formalnie tylko podporządkowana była Atenom (a w rzeczywistości Ateńczycy nie mieli na wyspie wiele do gadania, gdyż to nie oni realnie władali Delos). Port w Delos stał się od 166 r. p.n.e. wolnym portem (czyli nastąpiło zwolnienie wszelkich okrętów zawijających do portu, z ceł i innych opłat portowych) i od tej chwili zaczęło się prawdziwe niewolnicze eldorado na wyspie. Natomiast, wraz z powstaniem pirackiego państwa w Korakesion, możliwość zbicia prawdziwej fortuny na handlu niewolnikami stawała się tym intratniejsza, że już nie zamierzano dzielić się zyskiem z tzw.: "tubylcami", czyli mieszkańcami Delos. Bardzo szybko, już na początku lat 50-tych II wieku p.n.e. Delos zawładnęły liczne stowarzyszenia (swoiste korporacje) cudzoziemskich kupców, dla których rodzima ludność Delos zaczęła stanowić poważną przeszkodę w zarabianiu ogromnych pieniędzy, dlatego też w niecałą dekadę od ogłoszenia Delos wolnym portem przez Rzymian, udało się stowarzyszeniom kupieckim doprowadzić do... wysiedlenia wszystkich mieszkańców na inne wyspy, a Delos zamienić w jeden wielki niewolniczy rynek (takie swoiste antyczne Las Vegas).




Miasto Delos co prawda znacznie się rozbudowało i upiększyło, ale całkowicie utraciło jakikolwiek charakter greckiej polis. Teraz co prawda powstały wspaniałe gmachy, portyki a nawet odrębne agory, ale... wyspa była siedliskiem spekulantów i kontrolowały ją handlowe gildie, które miały podzielone sektory rynku, a nawet własne, prywatne agory i dzielnice. Kupcy ci utrzymywali też doskonałe kontakty z cylicyjskimi piratami, którzy w ogromnych ilościach dostarczali na Delos żywy towar (czyli pochwyconych podczas rajdów po okolicznych wyspach i wybrzeżach wolnych ludzi). I każdy na tym zyskiwał - kupcy, ponieważ mieli zapewnioną stałą "dostawę towaru", piraci, ponieważ mieli czysty pieniądz, a także kontrolujący te szlaki Rzymianie, którzy również potrzebowali jak najwięcej niewolników do swoich italskich i pozaitalskich latyfundiów (gdy to przestało im się opłacać, zlikwidowali piractwo w przeciągu... dwóch miesięcy, kładąc kres nie tylko państwu pirackiemu w Korakesjon, ale i wszelkiemu piractwu na okolicznych wodach. Miało to jednak miejsce dopiero w 67 r. p.n.e. Notabene, podobnie postąpili Amerykanie, którzy najpierw potrzebowali takich gości jak Osama bin Laden czy Abu Bakr al-Baghdadi, szkoląc ich i wypuszczając z więzień, by potem, gdy już przestaną być potrzebni, zabić ich jak psy a ciała wrzucić do morza, likwidując jednocześnie taki twór jak Państwo Islamskie, które już przestało być potrzebne. To jest stara rzymska szkoła "Divide et Imperia"). Delos stało się więc miastem kosmopolitycznym, w którym przeplatały się języki, mody, obyczaje i kulty. Tak bowiem obok starych świątyń greckich bogów (święty okręg Apollina wraz z palmą, pod którą - jak wierzono - bóg przyszedł na świat, oraz z przybytkiem jego boskiej siostry Artemidy i świątynia ich matki - Leto, leżąca nieopodal świętego jeziora, istniały również świątynie Zeusa Gromowładnego na górze Kynthos i świątynia bogini Ateny oraz Hery), zaczęły powstawać również przybytki innych bóstw (wokół niezwykle prestiżowego zbocza Inoposu, przy którym powstawały wspaniałe wille nowych władców miasta - takich swoistych don Corleone - zaczęły wyrastać, obok świątyni Hery, również egipskie świątynie: Serapisa i Izydy, świątynia fenickiego Baala a także syryjskiej Astarte i Hadada, oraz innych bóstw małoazjatyckich i mezopotamskich).




Nic dziwnego że zarówno kupcy jak i kupujący, którzy zjeżdżali się na ten największy w całym basenie Morza Śródziemnego, niewolniczy rynek, jednocześnie składali wizytę i modlili się w jednej z wielu świątyń (oczywiście zostawiając tam również bogate ofiary dla bogów), choć raczej zdarzało się tak, że na początku wstępowali do pierwszej lepszej świątyni i od razu składali tam hołd wszystkim bogom (tak jak na przykład niejaki Andromachos, który wraz z żoną i dziećmi złożył ofiarę: "Izydzie Zbawczyni, Astarcie, Afrodycie, Erosowi, Harpokratesowi i Apollinowi", zaś inny, niejaki Protos z Kos, ufundował wotum bogom: "Serapisowi, Izydzie, Anubisowi i Apollinowi" w imieniu swoim, swojej żony i dzieci - Filumeny i Pytiona). Takie zbiorowe wota dziękczynne składane wielu bogom w jednej świątyni, były bardzo popularne, szczególnie na Delos, gdzie przecież zjeżdżano w pewnym, określonym celu i nie chodziło wcale o pielgrzymkę do ołtarza Apolla (choć oczywiście kwestie religijne były niezwykle ważne i nie można ich było pominąć, gdyż ofiara i modlitwa mogła zapewnić przychylność lub niechęć bogów - a w sytuacji szczęśliwego powrotu do domu było to niezwykle ważne - w końcu taki nabywca niewolników sam mógł na morzu wpaść w ręce piratów i... zostać zamieniony w niewolnika). Tym bardziej że do niektórych świątyń nie wolno było wejść ot tak sobie. Na przykład do świątyni Zeusa na górze Kynthos można było wejść jedynie człowiekowi o "czystych dłoniach i czystym sercu", który wcześniej przez kilka dni nie jadł mięsa i nie sypiał w łożu z kobietą. Poza tym, przed wejściem do świątyni musiano zdjąć buty i wdziać białą szatę, oraz pozostawić na zewnątrz nie tylko całą broń, ale jakiekolwiek inne żelazne przedmioty (np. pierścienie lub klucze). Miało być to nawiązanie do czystości serca i duszy i bliskości bogom nieśmiertelnym, ale lud i tak wolał proste formy kultowe, takie jak właśnie składanie krwawych ofiar na ołtarzach swych bogów.




I rzeczywiście w starożytności ołtarze bóstw spływały krwią masowo zarzynanych zwierząt ofiarnych i jeśli dzisiaj mówimy o starożytności, przytaczając takie osoby jak Sokrates, Platon, Arystoteles, Epikur, Zenon z Kition, Demokryt z Abdery (z Abwehry 🤭) czy Apoloniusz z Tiany - to musimy pamiętać że były to wyjątki, które dziś przywykliśmy uważać za naturalne wzory moralności tamtych czasów. Jest to zupełnie błędne rozumowanie. Ludzie w starożytności byli bardzo prymitywni (szczególnie pod względem duchowym), można wręcz powiedzieć prostaccy i w porównaniu do czasów średniowiecza (gdy ta obrzędowość ludowa też jeszcze była dość prostacka, ale Kościół, co bardzo ważne - nadawał jej zupełnie inną, bardziej uwzniośloną formę), antyk należy określić (choć nas w szkole uczono zupełnie inaczej a dziś to średniowiecze jest uważane za barbarzyńską epokę, mimo faktu że to właśnie w średniowieczu zaczęły powstawać pierwsze publiczne uniwersytety i żadna późniejsza epoka, aż do XIX wieku nie może się pod tym względem równać z okresem średniowiecza) jako czas ciemnoty, zabobonu i dewiacji. I czy to nam się podoba czy nie, czy jesteśmy osobami wierzącymi w Boga czy nie (lub czy jesteśmy chrześcijanami czy też nie), musimy przyznać jasno i zdecydowanie - to właśnie chrześcijaństwo a szczególnie Kościół Katolicki ucywilizował antycznych dzikusów i wprowadził ich na wyższy stopień duchowego rozwoju. Każdy więc, kto próbuje dziś rugować tradycję Europy opartą na chrześcijaństwie i Kościele (powtórzę - czy to się komu podoba czy nie), na trzech filarach, trzech wzgórzach na których została wzniesiona europejska cywilizacja: Akropolu, Kapitolu i Watykanie - ten tak naprawdę dąży do przywrócenia czasów antycznego krwawego barbarzyństwa. Dzisiejsza lewica (tzw.: lewactwo) to współcześni barbarzyńcy, których celem jest zniszczenie tradycji i kultury europejskiej, której najsilniejszym filarem jest właśnie chrześcijaństwo (a szczególnie katolicyzm).

Oczywiście nie znaczy to że dzisiejsze chrześcijaństwo i dzisiejszy Kościół Katolicki jest kontynuacją tejże europejskiej tradycji. Wręcz przeciwnie, to, co obecnie dzieje się w Kościele Katolickim (nie tylko zresztą tam) - to zwykła kpina nie tylko z europejskiej cywilizacji, ale przede wszystkim z samego Jezusa Chrystusa (np. metropolita krakowski arcybiskup Grzegorz Ryś stwierdził w swym ostatnim piśmie do wiernych, że "pierwsze przymierze nadal obowiązuje" - a pierwszym przymierzem jest stwierdzenie, że "naród wybrany" czyli Żydzi, będą rządzić światem. Nie chcę tutaj wchodzić w kwestie teologiczne i ponownie pisać że chrześcijaństwo nie ma nic wspólnego z judaizmem - szczególnie z dzisiejszą jego formą, i nie ma tutaj nic do rzeczy że zarówno Chrystus jak i Apostołowie wyrośli w otoczeniu religii jahwistycznej. Te dwa zręby zaczęły się od siebie oddalać już w czasach Chrystusa, a potem od św. Pawła, który bardziej skupił się na przekazywaniu Dobrej Nowiny "nie obrzezanym" czyli Rzymianom, Grekom i innym ludziom niż Żydom, których uważał za straconych dla chrześcijaństwa. Zresztą, jeśli w ogóle odrzucić te kwestie teologiczne i skupić się chociażby na przekazach chennelingowych, to musimy sobie powiedzieć jasno że religia jahwistycznej - którą stworzyli Tjehooba, została przez nich potem dopracowana właśnie poprzez "misję Syna Człowieczego"). Poza tym umieszczenie w kościołach indiańskiego, krwawego bożka, jakiejś tam Pachamamy (za czasów papieża Franciszka), której jeszcze kilka wieków temu składano krwawe ofiary z dzieci - jako symbolu "Bogini Ziemi" to nawet nie jest herezja (jak w przypadku listu arcybiskupa Rysia), to celowa próba zainstalowania w Kościele poganizmu - krwawego, barbarzyńskiego i całkowicie odhumanizowanego poganizmu. Kościół oczywiście i to przetrwa, nie takie rzeczy przechodził w swych dziejach - ale próba wprowadzenia do chrześcijańskich świątyń pogańskich bożków, jest przykładem potwornego barbaryzmu naszych czasów. Nie po to przecież Jezus Chrystus przyniósł nam Dobrą Nowinę, nie po to kazał nam iść na wszystkie kontynenty i nauczać wszystkie ludy, abyśmy teraz powrócili do czasów duchowego barbaryzmu (oczywiście nawracać należy zawsze dobrowolnie a nigdy pod przymusem, zresztą ci, którzy wyznają inną wiarę, nie są gorsi od nas. My wszyscy idziemy swoją drogą, zresztą i tak wcześniej czy później wrócimy do Domu, którym nie jest ani Ziemia ani ten Wszechświat, i gdzie wtedy będą te wszystkie nasze religie?). To, co zostało uczynione w Judei na przełomie I wieku p.n.e. i I wieku naszej ery, było niesamowitym dziełem ucywilizowania nas, ludzi - nas, tubylców, cieszących się z błyskotek składanych na ołtarzach bogów, dla których przelana ofiarna krew, była symbolem bożej siły i przychylności (oczywiście były też pogańskie praktyki pozytywne, stojące znacznie wyżej od religijnych praktyk chrześcijańskich, ale to już temat na zupełnie inną historię). Wcześniej czy później Kościół będzie musiał powrócić do nauki Chrystusa, która wcale nie była nauką pacyfistyczną - jak się dziś błędnie uważa. Jezus powiedział oficjalnie do swoich uczniów: "Nie sądźcie, że przyszedłem pokój przynieść na ziemi. Nie pokój przynoszę, lecz miecz" (Mt 10,34-11,1). Oznacza to, że co prawda chrześcijanin powinien nadstawić jeden, a nawet drugi policzek - gdyż wszyscy jesteśmy omylni i każdy z nas popełnia najróżniejsze grzechy w życiu. Ale, jeśli ktoś spróbowałby po raz trzeci uderzyć nas w twarz, to musi się liczyć z tym, iż oddamy mu ze zdwojoną siłą, tak że wyskoczy z butów. I to jest właśnie prawdziwe chrześcijaństwo misyjne, chrześcijaństwo walczące - takie jakim był sam Chrystus, który jako fighter szedł do ludzi i mówił im jasno co muszą zmienić w swoim życiu, aby wyrwać się z tego barbarzyńskiego piekielnego kręgu. Gdyby Jezus wciąż nadstawiał drugi policzek, dziś nikt by nawet o Nim nie słyszał, a przecież Jego posłannictwo miało konkretny cel - podniesienie naszej duchowości (jako ludzkości, czyli wibracji całej Ziemi) na wyższy poziom. Stąd też przykazania: Idźcie i nauczajcie wszystkie narody.




Tak więc, na ołtarzach wielu bóstw pogańskich lała się krew zwierząt ofiarnych, choć byli też i tacy, którzy protestowali przeciwko tej barbarzyńskiej praktyce. Bodajże pierwszym - który publicznie wystąpił z krytyką poświęcania zwierząt na ołtarzach - był niejaki Teofrast z Eresos (wychowanek i uczeń Arystotelesa), który jeszcze w IV wieku p.n.e. twierdził że takie praktyki są "niesprawiedliwe i bezbożne". Uważał że bogów należy czcić inaczej, składając im plony z pól i ogrodów, natomiast ofiara w wyniku której przelewana jest krew zwierzęcia, jest działaniem bezbożnym, gdyż to bogowie byli sprawcami życia (również życia zwierząt). Odbierając to życie, tylko po to by złożyć je na ołtarzu ofiarnym, postępujemy więc wbrew woli bogów. Kolejnym Grekiem, który jeszcze w tym samym IV wieku p.n.e. protestował przeciw barbarzyńskiemu mordowaniu zwierząt na ołtarzach, był młodszy o ok. trzydzieści lat od Teofrasta - Epikur z Samos - który dziś jest uważany za pierwszego oficjalnego ateistę. Tak, właśnie ateistę, choć Epikur wcale nie negował istnienia bogów (zresztą, co też jest bardzo ważne w odniesieniu do starożytności, była to epoka w której wszelka bezbożność była zakazana i w przypadku udowodnienia - bezlitośnie karana śmiercią), twierdził jedynie że bogowie nie stworzyli tego świata i się nim nie opiekują. Bogowie żyją sobie w "promiennych międzyświatach, w niezmąconym niczym spokoju". Istnieją, bez względu na to czy będziemy się do nich modlić czy nie i nie potrzebują ani naszych krwawych ofiar, ani też (paradoksalnie) naszych modlitw. Epikur uważany jest za "pierwszego ateistę" dlatego, że nie wierzył iż po śmierci na człowieka czeka jakieś karzące (lub nagradzające) bóstwo, a twierdził że po śmierci nie ma już cierpienia, gdyż cierpienie jest tylko za życia. Uważał również że ludzka dusza po śmierci ciała istnieje tylko przez chwilę i potem sama się "rozsypuje", więc - jak nauczał: "Śmierć niczym jest dla nas, bo póki my jesteśmy, nie ma śmierci, a kiedy jest śmierć, nas już nie ma" (nie przewidział tylko jednego - że śmierć jest złudzeniem a my wciąż istniejemy, nawet jeśli utracimy już nasze ciało - co dla niektórych, w tym dla ateistów może być pewnym niezrozumiałym szokiem, tym bardziej że po śmierci jest nam tak cudownie, jak nigdy za życia). Świat w którym żyjemy nie ma większego sensu i nikt się o niego nie troszczy, a już na pewno żadni bogowie. Jednak - jak dodawał - uczestnictwo ludzi w oficjalnych uroczystościach religijnych jest ważne, a to z tego punktu widzenia iż poprzez takie misteria myśli ludzi kierują się ku bogom prawdziwym z którymi wówczas mogą się zjednoczyć i cieszyć się ich radością i szczęściem nieśmiertelnym. Epikur uważał że: "Nie można żyć przyjemnie, nie żyjąc rozumnie, szlachetnie i sprawiedliwie, ani też żyć rozumnie, szlachetnie i sprawiedliwie, nie żyjąc przyjemnie", dlatego też obowiązkiem człowieka jest dążenie do szczęścia i przyjemności, a nie do strachu i nienawiści (epikurejczycy - czyli miłośnicy przyjemności i szczęścia, wyznawali właśnie taką zasadę). 

Kolejnym wielkim pogańskim filozofem i mistykiem, który jawnie sprzeciwiał się składaniu krwawych ofiar na ołtarzach bogów, był Apoloniusz z Tiany. Ten przedziwny mistyk, którego niektórzy nazywają "pogańskim Jezusem" (gdyż potrafił czynić cuda i wskrzeszać zmarłych, był zresztą prawie rówieśnikiem Chrystusa), podróżował po całym Imperium Rzymskim (żył w I wieku naszej ery) od świątyni do świątyni, rozmawiał z kapłanami o bogach, wskazywał błędy w odprawianych oficjalnie kultach. Nie zawsze spotykał się z akceptacją kapłanów, gdyż uważali oni że jakiś tam wieszczek nie będzie im mówił jak mają składać ofiary swym bogom - tym bardziej że czynią to wedle tradycji przodków. Na przykład, gdy przybył na Cypr do miasta Pafos, zapytał się skąd wziął się tutejszy kult Afrodyty, który wcześniej nie istniał i kto wyznaczył misteria religijne ku czci bogini, które jemu wydały się co najmniej niepokojące i dziwaczne. Po pierwsze, sprzeciwił się zdecydowanie krwawym ofiarom na ołtarzu bogini, twierdząc że piękno nie potrzebuje krwi zwierząt ofiarnych by istnieć, tylko wiary niezmąconej w sam sens istnienia owego piękna (i jeszcze jedno, pamiętajmy że my jesteśmy częścią Boga, my jesteśmy Kreatorami rzeczywistości i jeżeli odpowiednio się skupimy, jesteśmy w stanie przenosić góry i tworzyć nowe światy - i do dosłownie, dlatego wielokrotnie już pisałem - choć wydaje się że jeszcze niewystarczająco, może podejmę ten temat w innej serii - że (prawie)wszystko zależy od nas. Dlaczego "prawie"? Nie chce się tutaj rozpisywać nie na temat, ale pokrótce dlatego, że przybywając tutaj mamy już wcześniej rozpisane role i wydarzenia, które muszą się zdarzyć bez względu na to, jak my do tego podejdziemy. My tylko możemy oddziaływać na te procesy w taki sposób, żeby je maksymalnie neutralizować dla naszej korzyści, ale poza tym wszystkim możemy tworzyć nowe rzeczywistości - choć to temat na zupełnie inną serię). Należy więc jedynie składać na ołtarzach bogini płody ziemi a nie przelewać i bezcześcić ołtarze krwią niewinnych zwierząt. Podobnie było w Aleksandrii, gdzie również zdecydowanie sprzeciwił się Apoloniusz składaniu krwawych ofiar na ołtarzu (bodajże) Serapisa. Tamtejszy kapłan egipski stwierdził wówczas że jakim prawem on go poucza, skoro za nim (kapłanem) stoi tradycja i powaga minionych wieków. Apoloniusz miał wówczas powiedzieć że złożenie krwawej ofiary jest najbardziej haniebnym i uwłaczającym bogom czynem i nie ma tu znaczenia jak dawno kultywowano te praktyki, gdyż człowiek żyje po to, aby zdobywać wiedzę i dojrzewać. Dziecko nie jest w stanie pojąć umysłu dorosłego człowieka, jak więc można wymagać od dziecka by zachowywało się jak dorosły. Ale jeśli dorosły zachowuje się jak dziecko, to źle o nim świadczy. Nie należy więc podpierać się tradycją, gdyż jako ludzie dojrzali nie możemy cofać się do poziomu dziecka. Bogowie nie pragną od nas - jak miał mawiać Apoloniusz według Filostratosa - krwi ofiarnej, lecz czystego serca. Człowiek, wstępując w bramy świątyni powinien się modlić w taki oto sposób: "Bogowie, dajcie mi to, na co zasługuję" (a ja dodam jeszcze jedno, jeśli czegoś pragniecie, mam tutaj na myśli głównie pragnienia niematerialne, bo na tych musimy się skupiać - to proście o nie naszych Opiekunów, a takich mamy kilku, łącznie z naszym Przewodnikiem jak i innymi Aniołami Stróżami którzy są przy nas, zawsze też składajmy nasze prośby w sposób deklaratywny w czasie przeszłym, jakby to, czego chcemy już się wydarzyło, czyli: "Dziękuję Wam moi Opiekunowie, za to, że..." Jednocześnie w naszej głowie wyobraźmy sobie dane wydarzenie jako coś, co już miało miejsce, co się wydarzyło - a wtedy się spełni. Ja to robię od lat i nigdy jeszcze tak wyrażona prośba nie została "pominięta"). Apoloniusz twierdził iż o brzasku dnia należy rozmawiać z bogami, przed południem o bogach a w ciągu dnia z ludźmi o wszystkim co ich interesuje. Wieczorem zaś zadbać o własne ciało, które podobnie jak dusza jest równie ważne (kąpiele, masaże, nacieranie ciała oliwką z oliwek itd.).




Ale wróćmy ponownie na Delos. Tamtejszy rynek był w stanie pomieścić 10 000 niewolników jednocześnie a poszczególne gildie handlowe wzajemnie rywalizowały o najlepsze miejsca, tuż przy świątyniach lub portykach. Sprzedawcy, pod groźbą surowych kar, musieli umieścić na szyi sprzedawanego niewolnika jego wiek, kraj pochodzenia i wszelkie wady fizyczne i umysłowe. Gdy sprzedający nie posiadał takiej wiedzy, wówczas nakładał na głowę niewolnika kapelusz - wtedy było wiadomo że nie daje żadnej gwarancji co do sprzedawanego "towaru" (mówiąc kolokwialnie). Najlepszych i najładniejszych niewolników nie wystawiano jednak na widok publiczny, tylko trzymano w oddzielnych lokalach i pokazywano jedynie tym, którzy byli znacznie majętniejsi i gotowi zapłacić sporo, za dobrego niewolnika. Ponieważ jednak rynek niewolniczy na Delos trwał w rozkwicie nieprzerwanie przez ponad trzy wieki (od I wieku p.n.e. konkurencję co prawda zaczęła mu robić rzymska Aleksandria, a od połowy I, a szczególnie II wieku naszej ery - sam Rzym, ale i tak Delos było w basenie Morza Śródziemnego największym i najlepszym rynkiem zbytu niewolników, sprowadzanych z najodleglejszych krańców znanego wówczas świata), warto więc pokazać, jak ewoluowała instytucja niewolników w rzymskim społeczeństwie na przestrzeni kolejnych stuleci i jak wielkie było zapotrzebowanie na taką właśnie siłę roboczą. O tym w kolejnej części, gdyż tak szybko jeszcze Delos nie opuścimy.


CDN.

12 kwietnia 2026

ZABAWNE SCENY Z POLSKICH FILMÓW I SERIALI - Cz. III

 WSPOMNIEŃ CZAR


DZISIAJ ZAPRASZAM NA POWRÓT DO LAT 90, I ZABAWNEGO WÓWCZAS Z SERIALU KOMEDIOWEGO NOSZĄCEGO TYTUŁU "MIODOWE LATA". 

SERIAL TEN LECIAŁ NA ANTENIE TELEWIZJI POLSAT W LATACH 1998-2003 i WÓWCZAS BYŁ DOŚĆ POPULARNY (PODOBNIE JAK INNE TEGO TYPU SITCOMY).


OPOWIADA ON O DWÓJCE PRZYJACIÓŁ Z WARSZAWSKIEJ WOLI, PRACUJĄCYM W MIEJSKICH TRAMWAJACH KAROLU KRAWCZYKU (GŁÓWNYM BOHATERZE TEGO SERIALU), PRZYSADZISTYM GRUBASKU O DOŚĆ NERWOWYM CHARAKTERZE I PRACOWNIKOWI MIEJSKIEJ KANALIZACJI TADEUSZU NORKU. DO TEGO JESZCZE DOCHODZĄ MAŁŻONKI OBU PANÓW ALINA KRAWCZYK I DANUTA NOREK. 


ZAPRASZAM ZATEM NA ODŚWIEŻENIE SOBIE WSPOMNIEŃ I PRZYPOMNIENIE ZABAWNYCH FRAGMENTÓW TEGO  SITCOMU



"MEGAŚMIESZNY" ŻART O CZAPAJEWIE 




"ZASIALI W TRAMWAJU OWIES"

"ANI W TRAMWAJU, ANI W KANALE NIE BĘDZIEMY SIALI ANI OWSA, ANI PROSA, ANI ŻYTA I NIE WYJEŻDŻAJ MI TUTAJ Z ŻADNĄ UPRAWĄ ANI ROLNICTWEM!" 🤭




"A MY CO MAMY?"

"OSŁA"

"TO PO CO KUPIŁEŚ KSIĄŻKĘ O CHOMIKU?"

"BO O OSŁACH NIE BYŁO" 👍




NOWY TELEFON 
 (Fajne czasy stare czasy telefonów z klapką, pamiętam jeszcze swoją starą Motorolę 😘)

"BOŻE ILE TEGO WSZYSTKIEGO, ILE DOBRA, JA NIE WIEM CO JA Z TYM WSZYSTKIM ZROBIĘ?!'

"CHCIAŁEŚ BYĆ NOWOCZESNY TO SIĘ TERAZ MARTW"

"OSIEM GODZIN PRACY I BYŁEM RADOSNY JAK SKOWRONEK, PIĘĆ MINUT ROZMOWY Z TYM IDIOTĄ I JESTEM ZMĘCZONYM CZŁOWIEKIEM" 🥴




"CO TY ROBISZ Z MOJĄ ŻONĄ!?"




KOMPILACJA ZABAWNYCH MOMENTÓW







GOSPOSIA

"PANI JADWIGO, KTOŚ PUKA"

"TO NIECH PAN OTWORZY, TO PEWNIE KTOŚ DO PANA, MOI JESZCZE NIE WIEDZĄ ŻE TU JESTEM" 🤭

"DODAJE KLASY DOMOWI" 😂

"NA CO NAJLEPIEJ ZŁAPAĆ KOBIETĘ NA KOMPLEMENTY. ZOBACZYSZ JAK ALA TYLKO WRÓCI DO DOMU POWIEM ŻE WYGLĄDA JAK GWIAZDA FILMOWA, ZOBACZYSZ OD RAZU WEŹMIE SIĘ ZA PODŁOGĘ" 🤣




RODZINA PATOLOGICZNA

"NO CO, W MORDĘ JEŻA, DEGENERACJI JESTEŚMY! TO JEST PRAWDZIWA PATOLOGIA, Z TRADYCJAMI" 😂

"JA TO JESTEM TAKI DEGENERAT, ŻE JA NIE MOGĘ MIEĆ DZIECI"

"TAK, JEGO PRADZIADEK NIE MIAŁ DZIECI, DZIADEK NIE MIAŁ DZIECI, OJCIEC NIE MIAŁ DZIECI I ON TEŻ NIE MOŻE MIEĆ DZIECI" 🤣

"JA JESTEM GŁOWĄ PODWÓJNIE PATOLOGICZNEJ RODZINY, MAM DWIE ŻONY Z CZEGO JEDNA JEST MĘŻCZYZNĄ 🤭 I CO, ZATKAŁO WAS, TAKIEGO NUMERU JESZCZE NIE MIELIŚCIE, CO?!"

"CO TY TUTAJ ZASPELUNĘ URZĄDZIŁEŚ?!"

"JA CI CHCIAŁEM ZROBIĆ NIESPODZIANKĘ!" 😂😭






DZIĘKUJĘ ZA UWAGĘ

11 kwietnia 2026

SUŁTANAT KOBIET - Cz. IX

HAREMY (WYBRANYCH) WŁADCÓW 
Z DYNASTII OSMANÓW
OD MEHMEDA II ZDOBYWCY 
DO ABDUL HAMIDA II





SERAJ 
MEHMEDA II ZDOBYWCY
Cz. V


JAN HUNYADI 




PIERWSZE PANOWANIE
(1444 - 1446)
Cz. IV


 Gdy wiadomość o jawnym złamaniu woli sułtana i utrzymaniu tajnej korespondencji synów despoty Serbii Jerzego Brankovicia - Grzegorza i Stefana ze swym ojcem, dotarła do Murada II ten wpadł w gniew. Nakazał zakuć obu swych szwagrów (byli oni bowiem braćmi chrześcijańskiej małżonki sułtana - sułtanki Mary) w kajdany i wtrącić do lochu (miało to miejsce akurat w święto Wielkiej Nocy - 16 kwietnia 1441 r.). Od tej pory ich los pozostawał niepewny, a sułtan nie zdecydował co z nimi dalej uczynić. Ostatecznie wyrok w ich sprawie zapadł 8 maja 1441 r. gdy sułtan Murad zdecydował że obaj mają zostać oślepieni (nie chciał ich zabijać, gdyż byli braćmi jego małżonki i jego szwagrami, byłoby to więc mimo wszystko przelanie krwi rodziny sułtańskiej). Gdy tylko dowiedziała się o tym sułtanka Mara, natychmiast udała się do pałacu swego małżonka (mieszkała bowiem w oddzielnym pawilonie - oddanym bezpośrednio do jej użytku, a nie w haremie władcy), aby prosić go o darowanie winy i jej braciom. Mara miała duży wpływ na sułtana Murada, najwidoczniej miał on do niej słabość. Już sam fakt że pozwolił jej zachować dotychczasową wiarę i zamieszkać z dala od haremu, pokazywał jak bardzo jej ufał i jak ją cenił (oczywiście gdy tylko wychodziła poza obręb swego pawilonu, musiała ubierać się jak typowa muzułmanka i zakrywać całe ciało wraz z twarzą, podobnie było w pałacu sułtana). Sułtan zgodził się więc przebaczyć obu nieszczęsnym synom Jerzego Brankovicia i wysłał gońca do kata, aby wstrzymał wykonywanie wyroku. Niestety, goniec dotarł za późno, obaj bracia Mary zostali już bowiem oślepieni, co wywołało rozpacz sułtanki i gniew sułtana. Aby więc łagodzić jej żal, nakazał teraz... oślepić kata, który wcześniej oślepił jego szwagrów (kat nie był tutaj niczemu winien, rozkaz sułtański był jasny i nie podlegający dyskusji, ale ponieważ został zmieniony a goniec dotarł za późno, wyrok został wykonany. Sułtan jednak nie mógł pozwolić sobie na podważanie jego rozkazów, nawet jeśli zmienił je w ostatniej chwili, a poza tym chciał zapewne w jakiś sposób wynagrodzić ból sułtance Marze). Wieści o oślepieniu synów dotarły również do Raguzy, gdzie przebywał despota Jerzy Branković i wywołały również i jego rozpacz. Nie mogąc jednak namówić senatu Republiki św. Błażeja (jak nazywano bogatą wówczas Republikę Raguzy) do zbrojnej interwencji w Serbii i wystąpienia przeciwko Osmanom, postanowił opuścić to miasto i wrócić na Węgry. Nie mając wyjścia, musiał pogodzić się z nowym królem Węgier i Polski Władysławem III (na Węgrzech panował jako Władysław I). Upadł więc przed nim na kolana i ogłosił się jego lennikiem, aby tylko móc wraz z królem wziąć udział w wyprawie przeciwko Osmanom (liczył też na odzyskanie swego despotatu w Serbii).

Natomiast niechęć Raguzy do wystąpienia przeciwko Osmanom była zrozumiała. Ta Republika co prawda przeżywała wówczas okres swej świetności, utrzymując sporą flotę handlową i wojenną, a także prowadząc kontakty handlowe z wieloma krainami Morza śródziemnego (osmańskie zdobycze w Serbii i Bośni trochę Raguzańczykom jednak popsuły szyki), jednak sama w konfrontacji z potęgą Osmanów nie miała szans. Miasto to od 1205 r. znajdowało się pod zwierzchnictwem Wenecji (Republiki św. Marka), ale w roku 1358 przeszło pod zwierzchnictwo Węgier (wówczas na tronie Węgier panował Ludwik Wielki, znany nam również jako Ludwik Węgierski, król Polski w latach 1370-1382, który w naszych dziejach raczej nie zapisał się niczym szczególnym - większość czasu i tak spędzając w Budzie a nie w Krakowie - natomiast dla Węgrów ten monarcha był rzeczywiście wielkim władcą, tak jak dla nas Kazimierz Wielki, który zmarł właśnie w roku 1370 i był wujem Ludwika Węgierskiego)


KAZIMIERZ WIELKI 
i MŁODY LUDWIK WIELKI



LUDWIK WIELKI WRAZ Z MATKĄ
ELŻBIETĄ ŁOKIETKÓWNĄ 
(SIOSTRĄ KAZIMIERZA)



Wejście pod wpływy Węgier przyniosło Raguzie nowe kontrakty handlowe i wielkie bogactwo, ale miasto nie uczestniczyło w węgierskich wojnach z Osmanami, zachowując daleko pojętą neutralność. We wrześniu 1440 r. w Raguzie zjawił się podskarbi sułtana Murada II, żądając od władz miasta uiszczenia daniny, która zapobiegłaby ewentualnej osmańskiej interwencji przeciwko tej Republice. Senat miejski wówczas odrzucił to żądanie, a to pociągnęło za sobą poważne konsekwencje dla wszystkich obywateli, a przede wszystkim kupców z Raguzy.  Wszyscy oni zostali natychmiast aresztowani i wtrąceni do lochów na ziemiach kontrolowanych przez Osmanów w tym również w Serbii (zarządzanej przez sułtańskiego namiestnika i Ishak Bega) oraz w Bośni (którą zarządzał sułtański lennik Stefan Vukčic). To, oraz pozbawienie możliwości handlu dla kupców Raguzy na ziemiach kontrolowanych przez Osmanów i ich wasali, spowodowało że senat miasta uległ i zgodził się na coroczny haracz dla sułtana w wysokości 1000 dukatów w srebrze (1441 r.).

A tymczasem król Władysław na Węgrzech szykował wielką wyprawę bałkańską przeciwko Osmanom, która miałaby zostać uświęcona przez papieża i wsparta również kontyngentami rycerstwa Zachodniej Europy (do tego ostatniego nie doszło, na Zachodzie bowiem zbyt dobrze pamiętano jeszcze wielką klęskę rycerstwa w bitwie z Turkami pod Nikopolis - 45 lat wcześniej). W 1441 r. Władysław I (III) mianował siedmiogrodzkiego magnata rumuńskiego pochodzenia Jana Hunyadiego - wojewodą Siedmiogrodu (w tym czasie ów magnat posiadał już swym ręku 28 zamków, 57 miast i osad oraz ponad 1000 wsi). Powierzenie tego stanowiska Hunyadiemu było najlepszą decyzją, jaką wówczas można było podjąć. Ów magnat dysponował bowiem znacznej wielkości prywatną armią, która była lepiej uzbrojona i wyszkolona niż węgierskie wojska banderyjne, a nawet niż wojska osmańskie (z janczarami na czele). W przeciwieństwie bowiem do innych węgierskich magnatów (którzy patrzyli tylko na wzrost potęgi własnego rodu i własną zasobność - notabene Węgry były takim papierkiem lakmusowym tego, co działo się potem w Rzeczpospolitej, a Hunyadi może być wzorem dla innych wielkich hetmanów czy choćby dla księcia jeremiego Wiśniowieckiego z czasów powstań kozackich. Mentalność bowiem i losy tych dwóch Królestw Węgier i Polski były do siebie bardzo podobne, oba były wielkimi mocarstwami w czasach świetności, oba też zostały rozebrane przez państwa ościenne - Węgry już w latach 20-tych XVI wieku, Polska dopiero z końcem wieku XVIII). Hunyadi nie żałował ani pieniędzy ani własnego zdrowia i wysiłku dla celów ocalenia ojczyzny. Potrafił również zaciągać do swej armii zarówno chłopów pańszczyźnianych (których zwalniał z pańszczyzny), a także heretyków (jak choćby czeskich husytów). Dzięki temu stworzył silną zawodową armię, która jeszcze w tym samym (1441) roku zadała klęskę namiestnikowi Serbii - Ishak Begowi w Semendrii. Była to zapowiedź tego, z czym Osmanowie mieli się zmierzyć w kolejnych latach.




W zimie 1441/42 oczywiście nie toczono działań wojennych, ale Hunyadi już przygotowywał się do wiosennej wyprawy roku następnego. Odniesione zwycięstwo wprawiło go w nieco pyszną postawę, uznającą iż sam jeden jest w stanie nie tylko odbić Serbię, ale również rozbić Osmanów w wielkiej bitwie, a być może nawet zdobyć Adrianopol. Gdy więc stopniały śniegi na wiosnę roku 1442, wyruszył z kolejną wyprawą za Dunaj (król Władysław w tym czasie toczył wciąż podjazdowe walki o władzę na Węgrzech z królową-wdową Elżbietą Luksemburską - występującą w obronie praw do korony Węgier dla swego małego synka - Władysława Pogrobowca. Wspierał ją w tej walce czeski rycerz i dowódca hufca husyckiego - Jiskra z Brandysa. Dlatego też Władysław I (III) nie mógł wówczas osobiście stanąć na czele wyprawy przeciwko Osmanom). Tak więc węgierska wyprawa ruszyła wiosną 1442 r. ale od początku była źle przygotowana i niezbyt liczna (zabrakło chociażby licznych kontyngentów chłopskich), gdyż Hunyadi liczył że los ponownie mu dopisze i tak jak rok wcześniej, pobije Osmanów oraz zapewne wyzwoli Serbię spod osmańskich okowów i zwróci serbską despoinę Jerzemu Brankoviciowi jako lennikowi Królestwa Węgier. Jednak - jak to się mówi - buta kroczy przed upadkiem i pod miejscowością Szentimre tym razem to (pokonany rok wcześniej) Ishak Beg wziął górę. Węgierskie (nieliczne) rycerstwo zostało rozgromione a sam Hunyadi musiał (wpław - czyli musiał zrzucić całą zbroję) uciekać przez  granicę. Po tej bitwie wyciągnął lekcję na przyszłość, że nigdy nie można lekceważyć przeciwnika, chociażby wydawał się słaby i żałosny, a poza tym że węgierskie rycerstwo (bez wsparcia chłopów i mieszczan) nie stanowi realnej przeciwwagi dla Osmanów. Dlatego też zaraz po przybyciu do kraju wydał odezwę do chłopów i mieszczan ze swoich majątków aby wstępowali do armii, deklarując że w zamian otrzymają od niego różne zwolnienia i przywileje. 

Teraz to Ishak Beg popełnił ten sam błąd, co wcześniej Hunyadi, pewny swego przekroczył Dunaj i wtargnął ze swą armią do Siedmiogrodu. Tutaj jednak czekała już na niego nowa armia Hunyadiego, sformowana zarówno z chłopów, mieszczan, rycerstwa oraz wspartą kontyngentami czeskich kacerzy. W krwawej bitwie pod Gulafehervar Hunyadi doszczętnie rozgromił siły Ishak Bega, a on sam ranny, musiał teraz uciekać przez Dunaj (sułtan po tej bitwie odebrał mu namiestnictwo nad Serbią). Murad II zły na niepowodzenia Turków w walkach z Węgrami, nakazał namiestnikowi Rumelii (czyli europejskich - bałkańskich - posiadłości Osmanów) Szahabeddinowi, zebrać wielką armię i latem wyruszyć na podbój Siedmiogrodu, a być może i całych Węgier. Ten zebrał pokaźną siłę - 80 000 żołnierzy i na ich czele ruszył w lipcu 1442 r. na podbój Siedmiogrodu. Dowiedziawszy się o tym Hunyadi postanowił wyprzedzić ów atak i również przekroczył Dunaj, wkraczając do Wołoszczyzny (czyli rdzenia ziem z których potem powstanie Rumunia). W bitwie nad rzeką Jałomicą dopadł znacznie liczniejsze siły Szahabeddina i... rozgromił je do nogi (w tej bitwie po raz pierwszy zastosował czeską taktykę wozów taborowych, chowając swych żołnierzy za nimi, a następnie przesuwając je tak, aby można było zarówno dokonywać szybkich wypadów jak i  zaraz potem momentalnie chować się ponownie za nimi przed kontratakami wroga). Zwycięstwo pod Jałomicą pokazało Europie że Turków można pokonać w otwartej walce, że nie są niezwyciężeni i nie muszą wcale w przyszłości podbić Europy oraz zamienić jej w islamski kalifat. Jednocześnie też po tej bitwie sam Hunyadi zyskał wielką sławę i prócz ogromnego majątku który już posiadał, także wielkie wpływy polityczne.




W tym czasie, w którym Hunyadi zwyciężał pod Jałomicą, wielki koniuszy sułtana, sędziwy już Mesid Beg wtargnął do siedmiogrodu od strony Dobrudży i przystąpił do oblężenia twierdzy Sibiu. Tam dopadł go jednak inny wielki wódz Władysława I (III) - Mikołaj Ujlaky i doszczętnie rozbił. Trupy poległych osmańskich wojowników zaległy pola wokół twierdzy Sibiu, a sam Mesid Beg zginął podczas ucieczki wraz ze swym synem, zarąbany przez toporników Mikołaja Ujlaky. Po tych zwycięstwach sułtan Murad II zrozumiał że podbój Węgier, czy nawet Siedmiogrodu nie będzie tak prostym zadaniem, jak sądził do tej pory i że w ogóle zarówno on, jak i jego następcy będą mieli wiele problemów aby posunąć się dalej, zarówno ku północy jak i zachodowi. A tymczasem - po owych zwycięstwach (zarówno pod Jałomicą jak i pod Sibiu Węgrzy zdobyli ogromne łupy, jeńców i ponad 200 sztandarów tureckich) - na Węgrzech zaczęto rozmyślać o wielkiej wyprawie bałkańskiej w celu ostatecznego rozgromienia Osmanów i wyzwolenia tamtejszych ludów spod ich jarzma. Tylko że aby to przedsięwziąć, należy mieć spokój wewnętrzny w kraju, a tam wciąż toczyły się walki z królową wdową Elżbietą i jej pomagierem Jiskrą z Brandysa - władającym Słowacją. Ponieważ nie można było ich ostatecznie pokonać, należało się z nimi jakoś porozumieć, ale póki żyła królowa Elżbieta, nie było to łatwe. Los jednak uśmiechnął się do Władysława Jagiellończyka w Wigilię Bożego Narodzenia 1442 r. Tego bowiem dnia królowa wdowa Elżbieta Luksemburska wydała swe ostatnie tchnienie, kończąc swój ziemski żywot na tym łez padole. Teraz można było już łatwiej porozumieć się z Jiskrą z Brandysa, który w zamian za utrzymanie dotychczasowych przywilejów i władzy na Słowacji (mógł jak dotąd bić własną monetę, ściągać podatki od chłopów i miast na Słowacji, zarządzać kopalniami i kontrolować administrację), zgodził się ostatecznie podporządkować władzy Władysława I (III) Jagiellończyka.

Tymczasem końcówka roku 1442 i początek 1443 upłynął na Węgrzech w wielkim narodowym podnieceniu. Zdobyte na Turkach sztandary rozdzielono pomiędzy kościoły w kraju, wszędzie też nawoływano do świętej wojny przeciwko niewiernym Turkom, ostatniej już wojny z niewiernymi po której miał nastać  wieczny "pokój między chrześcijany". Żywo i mocno za taką wojną optował papież Eugeniusz IV, który w celu zebrania funduszy na ową wyprawę, w 1442 r. wydał encyklikę w której nakazywał wszystkim kościołom, klasztorom i kościelnym beneficjom w Europie wypłacać dziesięciny. Aby dać dobry przykład, sam ze skarbu apostolskiego wypłacił na ową wyprawę 1/5 dochodów Stolicy Apostolskiej. Wystosował też wezwanie do wszystkich chrześcijańskich władców Europy, aby wzięli udział w nowej (a w zasadzie ostatniej już) krucjacie przeciwko niewiernym osmańskim Turkom. Niestety jednak, wezwanie to w całej Europie zostało kompletnie zlekceważone i jedynie - prócz samych Węgier - na papieskie wezwanie odpowiedziały jeszcze dwa kraje: Wołoszczyzna (w której w 1442 r.  Hunyadi zainstalował na tańszym stolcu Bezaraba II - kuzyna dotychczasowego hospodara - Vlada Dracula, czyli Vlada Diabła, który został wezwany do Adrianopola i tam ponownie uwięziony przez sułtana Murada II) oraz Polska (głównie Małopolska, gdyż Wielkopolska, Mazowsze i ziemia kujawska - o Litwie nie wspominając - nie była chętna do uczestnictwa w tej "bałkańskiej kampanii"). Kto tylko mógł wypisywał się z tej wyprawy, jak choćby król rzymski Fryderyk III Habsburg (który władał również w Austrii jako książę pod imieniem Fryderyka V), twierdził on że nie może wziąć udziału w tej krucjacie, gdyż musi opiekować się 3-letnim zaledwie nowym królem Czech (choć oficjalnie zostanie on koronowany dopiero w roku 1453) Władysławem Pogrobowcem, którego jego opiece powierzyła zmarła niedawno Elżbieta Luksemburska. Królowie Francji - Karol VII i Anglii - Henryk VI, byli zajęci wzajemną walką ze sobą (toczoną jeszcze w ramach wojny stuletniej, w 1442 r. Francuzi zdobyli twierdzę Dieppe, tuż nad kanałem La Manche). Natomiast królowie Kastylii - Jan II i Aragonii - Alfons V, nie byli w ogóle zainteresowani wyprawą do odległej bałkańskiej krainy, na drugi koniec Morza Śródziemnego. Ale wszelkiej maści miłośnicy przygód, i najemnicy z Europy Zachodniej wzięli udział w tej kampanii, licząc na spore łupy po odniesionym zwycięstwie. Wszyscy spodziewali się ostatecznego (zwycięskiego) rezultatu w roku 1443.


SIEDMIOGRÓD, MOŁDAWIA I WOŁOSZCZYZNA



CDN.
 

10 kwietnia 2026

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXIV

FILARY SPOŁECZNEGO 
ROZWOJU LUDZKOŚCI 
I METODY PATOLOGIZACJI 
NA PRZESTRZENI WIEKÓW





TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI:
Cz. XXI



SŁOWIANIE I CELTOWIE
Cz. XXI






PIERWSZE EUROPEJSKIE CYWILIZACJE:
SŁOWIANIE
(CYWILIZACJA FILISTYŃSKA)
(ok. 1200 r. p.n.e. - 925 r. p.n.e.)
Cz. IX



FILISTEA
CZASY EKSPANSJI
(ok. 1100 - 925 r. p.n.e.)
Cz. VIII






KRÓL DAWID 
(ok. 1006 r. p.n.e. - ok. 965 r. p.n.e.)



Po klęsce pod Gilboa (ok. 1006 r. p.n.e., która dla Izraelitów była prawdziwą katastrofą) i śmierci w tej bitwie króla Saula oraz jego trzech synów, stworzone przez tego władcę państwo realnie rozpadło się. W tej sytuacji zdobyć to co zostało z królestwa Izraela i ponownie zjednoczyć kraj, postanowił właśnie Dawid, który wcześniej już zbiegł przed Saulem z Gibei do Nob a następnie do Gat, gdzie zaciągnął się na służbę jako najemnik u tamtejszego serena Akisza, zapewniając mu swymi zbrojnymi wypadami kontrolę nad Judą i Negewem. W zamian za swoje zasługi otrzymał Dawid od Akisza w prezencie miasto Siklag (dokąd sprowadzał wszelkich łotrzyków żądnych sławy i łatwego zarobku, czyniąc z nich swoich stronników). Tam również Dawid poślubił Abigail - córkę lokalnego hodowcy kóz. Teraz zaś, po śmierci Saula i przy wsparciu Akisza oraz "mężów z Judy" (2 Sm. 2,4), został on namaszczony w Hebronie na nowego króla Izraela. Paradoksem jednak jest fakt, że wsparcie Dawidowi udzielił władca Gat, czyli tego samego filistyńskiego miasta-państwa, które piętnaście lat wcześniej wystawiło wojska do bitwy z Izraelitami w dolinie Azeka (w której - w oficjalnej wersji biblijnej - Dawid pokonać miał filistyńskiego wojownika Goliata, w rzeczywistości zaś pokonał go wojownik o imieniu Elhannan, a co się tyczy Dawida, to nie ma pewności czy w ogóle uczestniczył w tej bitwie). Teraz zaś serenowie z Gat stali się patronami odrodzonej monarchii Izraela, a Dawid w zamian za pomoc i wsparcie musiał im się opłacać.




Taka sielanka trwała aż do czasu, gdy król Dawid nie zdobył Jerozolimy (czyli Jebus -  głównego miasta plemienia Jebuzytów sprzymierzonych z Filistynami). Miało to miejsce ok. 1000 r. p.n.e., czyli jakieś pięć/sześć lat po namaszczeniu Dawida w Hebronie. Jebuzyci byli plemieniem amoryckim, spokrewnionym z ludnością zamieszkałą w mieście Mari w północno-zachodniej Mezopotamii (jak twierdzi przekaz biblijny), a zamieszkiwać mieli Jerozolimę już od co najmniej tysiąca lat (egipska "Księga Złorzeczeń" spisana w końcu XX wieku p.n.e., mówi o mieście Szalimu, identyfikowanym właśnie z Jebusem czyli Jerozolimą) i nie ma żadnych świadectw mówiących że przed Jebuzytami żył tam jakiś inny lud. Jebuzyci utrzymywali ożywione kontakty gospodarcze i sojusznicze z Hebronem, Jarmut, Lakisz, Eglonem i Hazor już od czasów swego króla Adoni-Sedeka (pierwsza połowa XII wieku p.n.e.) a być może nawet wcześniej (niektóre wzmianki z egipskich tekstów amarneńskich sugerują, że Szalimu utrzymywał liczne kontakty sojusznicze na ziemiach Kanaanu już od połowy XIV wieku p.n.e.). Miasto to było też w tradycji hebrajskiej uważane za wrogie, o czym świadczy choćby taki fragment z przypowieści o Lewicie i występku Gibeonitów (Sdz. 19): "Gdy byli już przy Jebus, a dzień już bardzo się nachylał, rzekł parobek do swego pana: "Pójdź, skręćmy do tego miasta Jebuzyjczyków i w nim przenocujmy". Lecz jego pan rzekł do niego: "Nie skręcimy do obcego miasta, gdzie nie ma synów izraelskich, lecz pojedziemy aż do Gibei" (Sdz. 19, 11-12). Nie wszyscy jednak Hebrajczycy kierowali się tak srogimi nakazami własnej religii (tym bardziej że Jebuzyci czcili swoich bogów i mieli swój święty gaj, do któr drego Prawo Mojżeszowe zakazywało wstępu wszystkim wyznawcom Jahwe), o czym świadczą choćby takie oto słowa z Księgi Sędziów: "Synowie izraelscy mieszkali tedy pośród Kananejczyków i Chetejczyków, i Amoryjczyków, i Perezyjczykow, i Chilijczyków, i Jebuzytów, i brali sobie ich córki za żony a córki swoje wydawali za mąż za ich synów i służyli ich bogom" (Sdz. 3, 5-6). To ostatnie było nie do pomyślenia dla wyznawców religii mojżeszowej, przeto radzono: "Wystrzegaj się, byś nie zawierał przymierza z mieszkańcami ziemi, do której idziesz, by się nie stali dla ciebie pułapką. Przeciwnie, zburzcie ich ołtarze, potłuczcie ich pomniki, i wytnijcie ich święte drzewa, gdyż nie będziesz się kłaniał innemu bogu" (Wj. 34, 12-14). 




Jebuzyci byli na tyle silnym plemieniem a samo Jebus tak dużym i potężnym miastem, że gdy tylko Dawid zbliżył się ze swoimi wojskami pod tę twierdzę, odrzekli mu mieszkańcy tymi oto słowy: "Nie wejdziesz tutaj, lecz ślepi i kulawi cię przepędzą" (2 Sm. 5-6). Była to jawna pogarda okazana Dawidowi i jego "bandyckiej armii z Siklag", sugerująca że nawet niepełnosprawni zdołają ich pogonić. Urażony tymi słowy, zebrać miał Dawid swych żołnierzy i przemówił do nich: "Kto pokona Jebuzejczyków i przedrze się przez kanał, i pobije ślepych i kulawych, których nienawidzi dusza Dawida" (2 Sm. 5-7). Następnie miało dojść do krwawej bitwy o miasto (przekaz biblijny mówi chociażby o Abiszaju, synu Serui czy Jaszobamie, synu Chachmoniego, którzy tak wywijali swymi włóczniami, że każdy z nich położył trupem po trzystu wojowników plemienia Jebuzytów. Oczywiście jest to propagandowa nadinterpretacja, mająca zaświadczyć iż siły Dawida złożone były z odważnych i dzielnych wojów, w rzeczywistości jednak nie wszystko poszło dokładnie tak, jak chciał Dawid. Okazało się bowiem że zdobycie Jebus nie jest wcale takie proste i choć oficjalnie miasto uległo wojsku dawidowemu, to jednak Izraelici nie byli w stanie przepędzić mieszkańców i musieli zgodzić się na pewną formę sojuszu, polegającą na tym, że miasto przypadło Dawidowi a ten uczynił w nim swą stolicę, natomiast Jebuzyci dalej tam zamieszkiwali i żyli na pełnych prawach z Hebrajczykami (przynajmniej do czasów króla Salomona, który to dopiero miał ich zniewolić). "Lecz Jebuzejczyków, mieszkających w Jerozolimie, nie mogli synowie Judy wypędzić i Jebuzejczycy mieszkają z synami Judy w Jerozolimie do dnia dzisiejszego" (Joz. 15, 63) oraz: "Całą pozostałą ludność po Amorejczykach, Chetyjczykach, Perezyjczykach, Jebuzejczykach, nie należącą do Izraela, mianowicie potomków ich, pozostałych po nich w ziemi, których synowie izraelscy nie zdołali wybić do nogi, tych Salomon zaciągnął do robót pańszczyźnianych, i tak jest do dnia dzisiejszego" (1 Krl. 9, 20-21). Tak oto Jebus stał się Jerozolimą i główną siedzibą plemienia Izraela.


JEROZOLIMA W CZASACH DAWIDA I SALOMONA 
WRAZ Z PIERWSZĄ ŚWIĄTYNIĄ



Zdobycie tego miasta jednak położyło kres dotychczasowemu sojuszowi Dawida z Gat i innymi miastami Filistynów. Oto bowiem dotychczasowy wasal serenów z Gat, po zdobyciu Jeruzalem rozciągnął swoją władzę bezpośrednio na tereny kontrolowane przez Filistynów (jako że Jebuzyci byli ich sojusznikami i ściśle z nimi współdziałali), nic więc dziwnego że doprowadziło to do kontrakcji ze strony filistyńskiej a Dawid - zagrożony najazdem - musiał wycofać się do twierdzy (nie wiadomo tylko czy chodzi o Jerozolimę czy o Hebron - będący dotychczasową stolicą Dawida - czy może o Siklag): "Gdy zaś Filistyńczycy usłyszeli, że Dawida namaszczono na króla nad Izraelem, wyruszyli wszyscy Filistyńczycy aby pochwycić Dawida; Dawid zaś dowiedziawszy się o tym, wycofał się do twierdzy" (2 Sm. 5, 17). Fragment ten sugeruje, jakoby Filistyni sprzeciwiali się namaszczeniu Dawida na króla i gdy się tylko o tym dowiedzieli, natychmiast wyruszyli przeciwko niemu zbrojnie. Nie może to być prawdą, gdyż serenowie z Gat osobiście wyznaczyli Dawida na nowego króla Izraela (jako swoją marionetkę) i chronili go (w Betlejem - skąd pochodzić miał Dawid - też stacjonował filistyński oddział zbrojny) dopóty, dopóki ten nie odważył się wyruszyć przeciwko Jerozolimie. Potem się popsuło we wzajemnych relacjach i filistyńscy serenowie postanowili przywołać do porządku nielojalnego wasala. Kampania zakończyła się jednak ich porażką, Dawid pokonał bowiem ich wojska w bitwach pod Baal-Perasim, w dolinie Refarim (nieopodal Jerozolimy) i pod Gibeon na drodze do Gezer. Izraelska propaganda starała się to przedstawić jako wspaniałe i wielkie zwycięstwa, pisząc że Filistyni: "Porzucili tam nawet swoje bożki, które Dawid i jego wojownicy zabrali" (2 Sm. 5, 21), w rzeczywistości jednak nie były to wielkie triumfy, a raczej zwykłe potyczki, co prawda zwycięskie, ale nie oznaczały one końca filistyńskiego niebezpieczeństwa dla odrodzonego Królestwa Izraela. Co prawda Dawid przedsięwziął jeszcze kampanię wyprzedzającą i zdobył bliżej nieokreśloną filistyńską twierdzę o nazwie meteg-haammah (?) Ale potem doszło do zakończenia walk i zapewne zawarcia jakiegoś rodzaju sojuszu, polegającego na tym, że Dawid (zapewne) opłacił się filistyńskim władcom za zdobycie Jerozolimy, a ci zrezygnowali z dalszych prób podbojów jego królestwa. Za takim rozumowaniem przemawia fakt, że Filistyni na długie lata znikają z pola widzenia Dawida i z jego punktu zainteresowania.




Można wręcz stwierdzić że relacje izraelsko-filistyńskie ponownie zaczynają być poprawne i to do tego stopnia, że Arka Przymierza (czyli najświętsza świętość ludu Izraela) zostaje zdeponowana przez króla Dawida w Gat u niejakiego Obed-Edoma. Nie tylko w czasie wojny ale również i w czasie pokoju takie działanie byłoby wręcz nieprawdopodobne i jeżeli do niego doszło (a trudno uznać że mogło być inaczej), świadczy to tylko o tym, że Dawid starał się naprawić popsute stosunki, które zapoczątkował jego najazd na Jerozolimę. Gdy zaś miasto to dotknęła zaraza, Dawid postanowił wznieść ołtarz na cześć Jahwe i na to miejsce wybrał klepisko należące do niejakiego Arawny - który również był Filistynem zamieszkałym w Jerozolimie (sugeruje to chociażby jego imię). Arawna był gotów przekazać swą ziemię królowi w prezencie, ale ten uparł się że za nią zapłaci i tak oto na terenie należącym do Filistyna wzniesiono ołtarz ku czci Jahwe (a potem w tym miejscu król Salomon wzniesie pierwszą Świątynię Jerozolimską). Przez kolejne kilkadziesiąt lat stosunki izraelsko-filistyńskie układały się pomyślnie (szczególnie silne były ponownie relacje Dawida z serenami z Gat, gdyż z tego miasta pochodził chociażby osobisty ochroniarz króla - czyli dowódca jego straży przybocznej - Ittaj. Filistynem zapewne również był - o czym świadczy chociażby jego imię - kapłan Abitar, choć co do tego ostatniego nie ma pewności, raczej należy uznać że wprowadzenie poganina, czyli wyznawcy obcej religii na kapłana kultu Jahwe byłoby niemożliwe, zatem, choć imię Abitar ma wybitnie filistyński rdzeń, prawdopodobnie należało do kapłana ludu Izraela, któremu takie imię zostało nadane). Jednak już sam fakt tak bliskich relacji i obecności tak wielu Filistynów w bezpośrednim otoczeniu króla Dawida, świadczy wybitnie o bardzo dobrych relacjach tego władcy z serenami Pentapolis i Szefeli (czyli zjem bezpośrednio zajętych oraz kontrolowanych przez Filistynów).

Zresztą bezpośrednich związków Dawida z Filistynami w tym okresie jest znacznie więcej, np. niejaki Benaja syn Jehojady, dowodził oddziałem filistyńskich najemników (rekrutowanych głównie z Gat, choć nie tylko). Nie tylko zresztą Filistyni obecni byli na królewskim dworze w Jerozolimie za czasów panowania Dawida. Mnóstwo było również przedstawicieli innych narodowości, jak choćby: Uriasz Hetyta, Elipelet z Maaka, Jigal z Soby, Selek Ammonita czy kilku innych. Pierwsza dekada rządów króla Dawida w Jerozolimie (ok. 1000 - 990 r. p.n.e.) upłynęła mu na odnowieniu i zacieśnieniu bliskich relacji z Filistynami (szczególnie zaś z władcami Gat, będących jego dawnymi protektorami). Kolejne okresy jego rządów zdominowały zaś kampanie wojskowe wymierzone w ludy otaczające Izrael, w których to Filistyni również występowali jako sojusznicy. W kolejnych latach Dawidowi nieustannie towarzyszy oddział filistyńskich wojowników z Gat, na których czele stał niejaki Ittaj (2 Sm. 15,19-22). Wraz z nimi wyprawił się król Dawid przeciwko ludowi Moabitów, leżącemu po drugiej stronie Morza Słonego (zwanego w tamtych czasach Morzem Araby). Głównym miastem ludu Moabitów w tym czasie było Kir-Chareszet, zaś Dawid prawdopodobnie stoczył z tym ludem bitwę w rejonie rzeki Arnon a następnie wymusił na tamtejszych władcach wypłatę corocznej daniny. Mówi się również że następnie Dawid wyprawił się przeciwko królowi Damaszku i Syrii (Aramu) Adadowi i jego również miał pokonać. Nie wiem jednak czy kampania w kierunku Damaszku rzeczywiście miała miejsce, Dawid był przecież wciąż lennikiem władców Gat, czyli filistyńskiego miasta-państwa Szefeli i wydaje się mało prawdopodobne aby sięgnął w kierunku Damaszku, tym bardziej że Józef Flawiusz pisze również, że Dawid pokonał Adada nad Eufratem, co wydaje się już w ogóle aberracją. Nie znajduję potwierdzenia ekspansji Izraela w czasach rządów Dawida aż tak daleko na północny-wschód i podobnie jak wcześniejsze opisy walk Izraelitów w czasach Jozuego i Sędziów o Kanaan, tak i te walki wydają się być jedynie opisem stworzonym bardziej ku pokrzepieniu serc, niż rzeczywistym wydarzeniem historycznym. Niewątpliwie jednak Dawid dotrzeć mógł do kraju Geszurytów, leżącym za jeziorem Kinneret na drodze w kierunku Damaszku. Z tego kraju pochodziła Maaka, jedna z żon Dawida, córka Talmaja - władcy Geszur i matka Absaloma. Prawdopodobnie jednak były dwie krainy o tej samej nazwie, jedna leżąca właśnie na północy, a druga na południu, na Synaju za Negebem w drodze do Egiptu. Pewnym jest też, że kraj Geszurytów znajdował się pod silnym wpływem Filistynów, tylko nie wiadomo czy chodzi tutaj o ten kraj z północy, czy też z południa?

Zwyciężyć miał Dawid również pod Rabbą Hanona - władcę Ammonitów (kraju leżącego na północ od Moabu i na południe od Geszur północnego). Dzięki tym kampaniom zdobył znaczne tereny (a raczej podporządkował je swej woli, nakładając nań daniny). Tym samym powstała sytuacja w której Dawid, jako zależny od Filistynów z Gat lennik, jednocześnie był panem plemion leżących za Jordanem i Morzem Słonym. Nie chcę się tutaj skupiać na okresie tych walk, bo są one według mnie nieprawdziwe (to znaczy nie wszystkie opisy jakie znaleźć można w dziełach chociażby Józefa Flawiusza czy w Starym Testamencie są autentyczne), dlatego podaję jedynie te wyprawy, które według mnie rzeczywiście mogły mieć miejsce. Znacznie ciekawiej wyglądają wewnętrzne sprawy, jakie Dawid urządził w swoim Królestwie. Przede wszystkim trzeba powiedzieć że Dawid - wbrew temu co można przeczytać w Starym Testamencie - nie był wcale takim fanatycznym wyznawcą Jahwe jak można by sądzić, a wręcz przeciwnie. To nie Salomon (jak chce Biblia), ale już jego ojciec Dawid wyznawał wiarę w innych bogów m.in. Baala czy El Eliona (dawnego boga Jebuzytów z Jerozolimy, którego świątynia prawdopodobnie wciąż istniała w czasach Dawida). Można wyrobić sobie tego typu przekonanie, gdy uświadomimy sobie że w tych czasach istniało powiedzenie o Dawidzie, które brzmiało: "Tyś kapłanem na wieki, według porządku Malchicedeka". Żeby to dobrze zrozumieć, należy pewne rzeczy wyjaśnić, a mianowicie to, że słowa te padły w kontekście odnowienia przymierza z Jahwe, czyli wystawienia ołtarza tego boga na klepisku za miastem zakupionym przez króla od niejakiego Arawny, ale też należy pamiętać że w tradycji żydowskiej nie istnieje coś takiego jak król-kapłan, dlatego też Dawid nie mógł nim być. Dlaczego jednak nazwano go kapłanem i podkreślono że jest nim według porządku Malchicedeka? A kim był Malchicedek? Był on dawnym królem Jebuzytów w Jerozolimie, który właśnie wystawił świątynię boga El Eliona. Czyżby więc Dawid został kapłanem świątyni pogańskiego bożka? Wiele na to wskazuje, pamiętajmy bowiem że według Starego Testamentu Bóg zakazał Dawidowi wzniesienia świątyni ku swej czci na owym klepisku zakupionym od Arawny i dodał że dopiero jego syn wzniesie ową Świątynię. Zatem Dawid chciał wznieść świątynię Jahwe, ale zapewne mu to uniemożliwiono. Po pierwsze dlatego, że przybytek ten miał powstać na ziemi należącej wcześniej do poganina - Filistyna, a po drugie dlatego że Dawid... był już kapłanem obcego boga.




Zresztą wiele wskazuje na to, że Dawid realnie wyznawał wiarę w obce bóstwa, o czym świadczy chociażby jego taniec wokół Arki Przymierza (jest to opisane w Biblii), a to nie spodobało się jego żonie - Michal (córce Saula), która zganić miała Dawida za jego zachowanie. Taniec wokół boga (czy też raczej posągu boga), nigdy nie należał do tradycji mojżeszowej, a był raczej częścią kultury kananejskiej/filistyńskiej, którą Dawid przyswoił (m.in. jako lennik i przyjaciel serenów z Gat). O tym, że Dawid był wyznawcą obcych kultów (co oczywiście nie znaczy że nie czcił Jahwe), świadczy chociażby imię jednego z jego synów - Eliady (co jest jawnym nawiązaniem do boga Ela). Spotkałem się także ze stwierdzeniem, że sam Dawid przed wstąpieniem na tron nosił imię - Elchanan ("Łaska Ela"). Wydaje się też że w tamtych czasach nie było z tym większych problemów (pisałem już o tym, jakie związki z Filistynami miał Samson - jeśli w ogóle istniał, a nie był tylko przyswojeniem sobie przez Izraelitów filistyńskich opowieści - a także prorokini Debora, której imię nie ma nic wspólnego z tradycją mojżeszową), tym bardziej że Dawid utrzymywał kontakt z prorokiem Natanem, który wbrew pozorom wcale nie ganił go za jego odstępstwa od wiary w Jahwe, a wręcz przeciwnie, twierdził że: "Twój tron będzie uświęcony na wieki". Czy więc Natan był zwykłym konformistą, czerpiącym korzyści z przebywania na królewskim dworze i pragnącym przypodobać się władcy, czy też rzeczywiście był to duch tamtej epoki, który nie różnicował wyznań, ani nie wprowadzał ścisłego fanatyzmu religijnego, jaki będzie cechował Żydów w późniejszych okresach? Bardziej prawdopodobną wydaje się (według mnie) ta druga ewentualność. Co ciekawe, dla przyszłych pokoleń Izraelitów, panowanie Dawida to był okres pokoju i dobrobytu, prawdziwy Złoty Wiek w którym niepodzielnie panował Jahwe. Cóż, mity i legendy też mogą służyć propagandzie i stanowić podbudowę oficjalnej ideologii (religijnej czy jakiejkolwiek innej), tylko dlatego że ludzie nie mają wiedzy jak rzeczywiście mogła wyglądać prawda.

Jedno jeszcze należy Dawidowi przyznać (co potwierdzić można w wielu źródłach), był on bowiem wielkim miłośnikiem muzyki i pięknie grywał na harfie (oraz śpiewał pieśni ku czci Jahwe - być może nie tylko Jahwe) już od najmłodszych lat. Gdy Dawid wstąpił na tron, zorganizował chór, który złożony miał być ponoć z 5000 muzyków (co znów jest mało prawdopodobne) któremu przewodził niejaki Asafow. Pomagał on królowi układać wiersze i pieśni żałobne oraz komponować muzykę do Psalmów i Psałterza (jednak te psalmy, które znajdują się w Biblii, z dużym prawdopodobieństwem nie są autorstwa Dawida, a zostały stworzone w czasach późniejszych. Chociaż nie należy wykluczyć i tego, że owi autorzy czerpali z jakichś wcześniejszych źródeł, być może właśnie z czasów Dawida). Król uwielbiał bowiem nie tylko grać i śpiewać ale również tańczyć (o czym wspomniałem wyżej, gdy tańczył wokół Arki Przymierza, co nie spodobało się jego żonie Michal). To tyle jeśli chodzi o Dawida. Jego następcą ostatecznie wybrany został Salomon (wśród Izraelczyków nie istniała zasada dziedziczenia przez najstarszego syna i każdy królewski potomek męski mógł pretendować do władzy nad krajem. Królem został Salomon - ok. 965 r. p.n.e. - tylko dlatego, że wybrał go Dawid na łożu śmierci, ale nie był to syn którego on najbardziej cenił. Bez wątpienia bowiem najbardziej szanował, cenił i kochał Absaloma - słynnego również ze swoich długich włosów - który zbuntował się przeciwko niemu i w konsekwencji został zabity, ku wielkiej rozpaczy ojca).


CDN.

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...