WYŚWIETLENIA

06 kwietnia 2026

MEMORIAM - Cz. XVII

WEDŁUG PRZEKONANIA OGÓŁU!





UMIŁOWANY POKÓJ 
I ZŁUDNE NADZIEJE
SIEDEMDZIESIĄTYCH LAT 
Cz. II






GODNY NASTĘPCA WIRIATUSA


Stłumienie rebelii Marka Emiliusza Lepidusa (77 r. p.n.e.), przyniosło Italii kilka lat wytchnienia od ciągłych bratobójczych wojen, toczonych w niedalekiej odległości od Rzymu. Jednak nie można było mówić ani o nadziejach na trwały pokój, ani o ostatecznym rozwiązaniu - narosłych przez dekady - politycznych konfliktów. Wzajemna nienawiść ogarnęła ludzkie serca i umysły, zbyt wiele bowiem nagromadziło się nieprawości, zbyt wiele nieszczęść spadło na obywateli i zbyt wiele łez wylano, aby owa zgoda mogła nastąpić. Potomkowie proskrybowanych w wyniku politycznych rozrachunków Sulli, chcieli przynajmniej odzyskać prawa obywatelskie - co w dalszej konsekwencji dałoby im sposobność do ubiegania się o zwrot zagrabionego ich ojcom mienia, a na to nie wyrażali zgody ci, którzy dzięki polityce dyktatora Sulli - owe mienie nabyli za bezcen i stali się teraz jego nowymi właścicielami. Obdarowanie przez Sullę swoich stronników majętnościami należącymi do pokonanych wrogów, spowodowało związanie ich z jego sprawą tak silnie, że nie osłabiła tego związku nawet jego śmierć. Zresztą inaczej być nie mogło, bo gdy weszło się w posiadanie czyjegoś majątku na drodze politycznych wywłaszczeń, to obawa przed koniecznością zwrotu takowego była na tyle determinująca, że zmuszała tych ludzi do utrzymania systemu sullańskiego - choć zdrowy rozsądek podpowiadał aby go nieco poluzować, ale obawa przed takim krokiem była na tyle silna, że niewiele można było w tym temacie uczynić. Zresztą w stronnictwie optymatów (zwolenników Sulli) istniała mniejsza - lecz bardzo zdeterminowana i nastawiona niezwykle wojowniczo - grupa, która każdy zamiar zmierzający do uregulowania pewnych mniej istotnych kwestii ustrojowych, uważała za bezpośredni atak na fundamenty rzymskiej Republiki. Do owego grona tzw.: "żarliwych" zaliczyć można: Kwintusa Lutacjusza Katulusa, Gajusza Skryboniusza Kuriona, Gnejusza Korneliusza Dolabellę, Mamerkusa Lepidusa, Kwintusa Hortensjusza czy Lucjusza Korneliusza Sisennę. Ich wzajemna żarliwość wzmocniona była dodatkowo silnymi związkami rodzinnymi lub przyjacielskimi (jak na przykład przyjaźń Katulusa, Hortensjusza i Sisenny, którzy znali się od wczesnej młodości).

Wkrótce potem powróciła kwestia przywrócenia pełni praw Trybunatowi Ludowemu - o który (w latach 77-75 p.n.e.) zabiegało kilku polityków, oraz dawała się odczuć silna presja obywateli na poczynienie ustępstw w tej kwestii. Przez długi czas grupa "żarliwych" blokowała wszelkie zmiany, twierdząc, że spowoduje to rozmontowanie ustroju sullańskiego i powrót do polityki wygnanych mariańczyków (stronników Gajusza Mariusza - zwanych też popularami). Szczególnie burzliwie wyglądały debaty Senatu w tej kwestii za konsulatu Gnejusza Oktawiusza i Gajusza Skryboniusza Kuriona (76 r. p.n.e.), ale dopiero przekonanie w roku następnym (75 p.n.e.) stronnictwa braci Kottów (Gajusza i Marka Aureliuszów), czyli umiarkowanych sullańczyków, pozwoliło zmienić prawo i przywrócić trybunom ludowym możliwość ubiegania się o inne urzędy publiczne (co pierwotnie zostało uniemożliwione po reformach ustrojowych Korneliusza Sulli z lat 82-80 p.n.e.). Była to pierwsza zapowiedź demontażu ustroju senackiego (zwanego też oligarchicznym lub sullańskim) i powrót do wcześniejszego ustroju grakchańskiego (będącego nieco bardziej demokratycznym, choć śmiem twierdzić że po śmierci Gajusza Flaminiusza Neposa w bitwie z Hannibalem nad Jeziorem Trazymeńskim w 217 r. p.n.e. - czyli realnego twórcy stronnictwa demokratycznego, postulującego ewolucję rzymskiego ustroju w kierunku zbliżonym do tego, jaki panował w Atenach V i IV wieku p.n.e. - idea ta już nigdy w rzymskiej polityce się nie odrodziła), który to nastąpił kilka lat później (70 r. p.n.e.). Mimo tego sukcesu, kontrakcja grupy "żarliwych" spowodowała, że wkrótce potem (jeszcze w tym samym 75 r. p.n.e.) odzyskane prawa znów zostały zawieszone przez Senat, który zaczął obawiać się ponownego odrodzenia stronnictwa popularów. W tym też czasie rzymską politykę znów trapiły demony korupcji, oraz nieudolność w polityce wewnętrznej i zagranicznej. Zaczęły się mnożyć oskarżenia o korupcję w trybunałach sądowych (odebranych przez Sullę ekwitom) oraz na stanowiskach zarządców prowincji (nie wspominając już o instytucji publikanów, gdzie łapówki stały się wręcz konieczną codziennością), a wielu młodych prawników oraz retorów budowało swoje przyszłe kariery polityczne na wygłaszanych podczas owych procesów mowach oskarżycielskich (w 77 r. p.n.e. po swym powrocie ze Wschodu, młody Gajusz Juliusz Cezar oskarżył o zdzierstwo Gnejusza Korneliusza Dolabellę, który sprawował wcześniej funkcję namiestnika Macedonii i choć zarzuty korupcji zostały przez sąd odrzucone - Dolabella miał przecież wśród sędziów wielu znajomych, z którymi wcześniej zasiadał jeszcze w Senacie - a on sam oczyszczony z zarzutów, to jednak upór Cezara w wyjaśnienie tej sprawy i pomoc udzielona Grekom oraz Macedończykom, pozwoliła mu zaistnieć w polityce jako jednej z twarzy odradzającego się stronnictwa popularów), czy mowach obronnych (jak w przypadku Marka Tulliusza Cycerona, który wsławił się obroną Roscjusza, którego to majątek przejął za bezcen wyzwoleniec Sulli - Chrysogonus, a Sulla dodatkowo wytoczył mu proces o ojcobójstwo - co było sporą niedorzecznością, jako że ojciec Roscjusza zginął w wyniku proskrypcji, choć podejrzewano że to sam Roscjusz wbił mu sztylet w pierś. Cyceron podjął się jego obrony i proces wygrał, lecz z obawy przed gniewem dyktatora postanowił wyjechać z Rzymu na Wschód. Miało to miejsce w 80 r. p.n.e.).




A tymczasem w dalekiej Hiszpanii zaczęły dziać się rzeczy dziwnie niepokojące. Będący pod silnym wpływem proroctw Sybilli - niejaki Kwintus Sertoriusz zaczął tam tworzyć swoje prywatne państwo. Wypędzony z Rzymu, wciąż marzył o dalekich podróżach i choć sam nie dotarł do Wysp Szczęśliwych (czyli Wysp Kanaryjskich), a dotarli tam jego żeglarze - to jednak wciąż pragnął dalekomorskich wypraw (kto wie, może gdyby miał szczęście, to nawet... dopłynąłby do Ameryki jeszcze przed Kolumbem i Wikingami, choć z drugiej strony rzymskie okręty raczej nie nadawały się do podróży przez Ocean, więc zapewne i tak nic by z tego nie wyszło). Ów Kwintus Sertoriusz (urodzony w 126 r. p.n.e.) - zwolennik Mariusza i były pretor (z roku 83 p.n.e.), przebywał wówczas w Mauretanii, gdzie znów planował podróż za słupy Herkulesa (Cieśnina Gibraltarska), gdy przybyła do niego delegacja z Hiszpanii Dalszej (Hispania Ulterior) z plemienia Luzytan (dzisiejsza Portugalia) prosząc go, aby objął nad nimi przewodnictwo i poprowadził ich w buncie przeciwko Rzymianom (80 r. p.n.e.). Sertoriusz - człowiek dość przyjemnej postury i zamiłowań - zgodził się przyjąć ich propozycję i przybył do Hiszpanii, gdzie został obwołany wodzem anty-rzymskiego powstania Luzytan (oczywiście wraz z nim przybyły tam niedobitki popularów, oraz 10 000 żołnierzy ze spacyfikowanej Sardynii pod dowództwem Marka Perpenny). Kolejne miasta hiszpańskie obwoływały go swoim przywódcą, dzięki czemu dość szybko opanował znaczny teren środkowej i południowo-zachodniej Hiszpanii, gdzie zachowywał się niczym udzielny monarcha. Przestał też czynić rozróżnienie na Rzymian i barbarzyńców (Luzytan), zdając sobie doskonale sprawę, że siłami samych rzymskich popularów nie będzie w stanie długo opierać się kolejnym armiom konsularnym, wysyłanym z Rzymu w celu szybkiego stłumienia tej rebelii. Aby więc odnieść sukces, należało otworzyć się na Hiszpanów, nie dzieląc ich przy tym na ludność barbarzyńską - czyli z założenia gorszą. I tak właśnie postępował Kwintus Sertoriusz. Po pierwsze zadeklarował oficjalnie że toczy wojnę w imię wyzwolenia Luzytan spod rzymskiego jarzma, po drugie założył szkołę w której uczyły się dzieci przedstawicieli hiszpańskiej elity (w której duży nacisk położono na naukę łaciny - czyli Sertoriusz dążył konsekwentnie do ich szybkiej romanizacji). Bardzo szybko opanował większość Hiszpanii, zaś Senat bezradnie się temu przyglądał, a konsulowie robili co mogli, aby tylko nie przyjąć dowództwa w wojnie z Sertoriuszem. Już wówczas bowiem nazywano go nowym Hannibalem, oraz następcą Wiriatusa (przywódcy plemienia Luzytan, który toczył długie i wyczerpujące Rzymian walki w latach 147-139 p.n.e. i dla współczesnych był kimś w rodzaju hiszpańskiego Spartakusa).




Sertoriusz zachowywał się jak monarcha i nawet założył swój własny dwór - który posiadał zarówno rzymskie jak i barbarzyńskie cechy wspólne. Zasiadał na przykład na tronie przystrojonym skórami, a u jego boku przechadzała się biała łania cerynejska (ta, którą jego ludzie przywieźli z Wysp Kanaryjskich). Wierzył on mocno, że jest to ta sama łania, którą niegdyś ścigał Herkules po gaju Hesperyd i składając hołd bogini Dianie (Artemidzie), wyrażał Sertoriusz wdzięczność, że to właśnie on został obdarzony takim przywilejem (Sertoriusz był człowiekiem bardzo religijnym, jednocześnie interpretował on mity dosłownie - widząc w nich swoisty "odcisk bogów"). Choć stan wojny utrzymywał się od samego początku, to do Hiszpanii skierowano dopiero armię sędziwego już prokonsula - Kwintusa Cecyliusza Metellusa Piusa (79 r. p.n.e.). Mimo to Sertoriusz odnosił same zwycięstwa, rozbijając najpierw w bitwie nad rzeką Betis (dziś Gwadalkiwir) namiestnika Hiszpanii Ulterior - Lucjusza Fufidiusa (80 r. p.n.e.). Następnie przez kolejne trzy lata odcinał armię Metellusa Piusa, pozbawiając ją zaopatrzenia i zmuszając do odwrotów, tak, iż Metellus popadł wręcz w rozpacz i zaczął słać do Rzymu ponaglające listy z prośbą o natychmiastowe wsparcie. Ponieważ żaden z konsulów nie zamierzał pakować się na tak ciężki teren, jakim była wówczas Hiszpania (doskonale pamiętano bowiem długie, ciągnące się przez dziesięciolecia walki z Luzytanami i Celtyberami - których ostatecznie udało się ujarzmić dopiero po ciężkiej i krwawej wojnie w 133 r. p.n.e., po kapitulacji twierdzy Numancja), gdzie nie można było liczyć na szybkie zwycięstwo i tym samym łatwą sławę - przeto też rozpaczliwe prośby Metella Piusa trafiały w próżnię. Jednak po stłumieniu buntu Lepidusa przez siły Gnejusza Pompejusza, jego armia nie została rozwiązana i wciąż koczowała obozem pod Rzymem - zatem postanowiono to właśnie jego wysłać do Hiszpanii, jednocześnie pragnąc pozbyć się z Italii zarówno jego samego, jak i jego armii (pisałem już o tym że popularność Pompejusza w Rzymie wzrastała wówczas, gdy był on poza miastem, natomiast jeżeli przebywał w Rzymie, ta popularność jakby nieco... karlała). Powstała jednak drobna przeszkoda natury formalno-politycznej - Pompejusz nie był bowiem jeszcze konsulem, dlatego też nie można mu było przyznać wojskowej władzy prokonsularnej. Ale i z tego kłopotu wybrnięto dość łatwo (jak to się mówi: "dla chcącego nie ma nic trudnego"), a to za sprawą sędziwego już sullańczyka, człowieka posiadającego ogromne wpływy i cieszącego się powszechnym szacunkiem wśród reszty senatorów - Lucjusza Marcjusza Filipa, który stwierdził że młodemu Pompejuszowi (wówczas oni wszyscy - Cezar, Pompejusz, Cyceron, Katon Młodszy, Krassus - byli jeszcze młodzianami i choć większość z nich skończyła już dwadzieścia kilka lat, to jednak i tak była to wciąż młodzież, w porównaniu do niektórych sędziwych senatorów) należy przyznać nie tyle władzę prokonsularną, co władzę "zamiast" konsula ("Non proconsulem, nisi pro consule"). I tak właśnie się stało.


KWINTUS SERTORIUSZ
"KRÓL" HISZPANII



Choć Pompejusz dobrze przygotował się do prowadzenia działań wojennych, Hiszpania była jednak znacznie cięższym terenem walk, niż Italia czy Afryka (gdzie się wcześniej wsławił), szczególnie że miejscowa ludność była wrogo nastawiona do Rzymian i utrudniała skuteczne posuwanie się legionów do przodu, dokonujac częstych sabotaży na ich tyłach i szybko okazało się że zwycięstwo nie będzie wcale takie proste. Już w pierwszej bitwie z Pompejuszem pod Lauron (76 r. p.n.e.) Sertoriusz wykazał swoją wyższość, zmuszając Rzymian do odwrotu i zdobywając tę twierdzę (Pompejusz poniósł w tej bitwie dość duże straty w ludziach, stracił też całą paszę dla koni). Potem zaś Sertoriusz kpił z Pompejusza, mówiąc że na takiego "chłopaczka" nie potrzebuje nawet oręża, wystarczy mu sam bat. Wyśmiewał się także z Metellusa Piusa, nazywając go "starą kobietą", której sukni kurczowo trzyma się młody Pompejusz - niczym dziecko ssące matczyną pierś. Obie armie jednak operowały na dwóch odcinkach frontu - Pompejusz na wschodzie Hiszpanii, a Metellus Pius na zachodzie. Wkrótce potem (75 r. p.n.e.) Pompejusz dopadł wydzielone siły Sertoriusza - pod dowództwem jego oficerów Marka Perpenny i Herenniusza - pod Walencją i doszczętnie je rozbił (poległo ponoć ok. 10 000 żołnierzy Sertoriusza). Metellus Pius również wyszedł zwycięsko ze stacia pod Italiką (75 r. p.n.e.), gdzie pokonał kwestora Lucjusza Hirtulejusza. Dzięki tym zwycięstwom obaj wodzowie mogli uderzyć wspólnie na Sertoriusza i spróbować rozbić go w jednej, dużej bitwie, ale niestety, ludzka zawiść wzięła górę i zamiast sobie wzajemnie pomagać, postanowili konkurować o to, który pierwszy wbije głowę Sertoriusza na włócznię i wyśle ją do Rzymu. Tę dogodną sytuację postanowił wykorzystać Sertoriusz, dopadając Pompejusza nad rzeką Sucro (75 r. p.n.e.), gdzie zamierzał rozbić jego siły nim nadejdzie odsiecz Metellusa Piusa. Bitwa jednak nie została rozstrzygnięta, choć to wojska Sertoriusza wycofały się z pola walki (jednak Pompejusz w tej bitwie został poważnie ranny w rękę, choć sam swemu napastnikowi odciął dłoń - w której ten trzymał miecz). Sertoriusz wycofał się teraz do twierdzy Klunia (miasto nad rzeką Duero, na zachód od Numancji), gdzie wkrótce potem przybyli Pompejusz i Metellus Pius (75 r. p.n.e.). Niestety, nawet zjednoczeni nie byli w stanie ostatecznie pokonać Sertoriusza, który częstymi wypadami powodował duże straty w ich szeregach.




Mając doskonałe rozeznanie w terenie i pomoc ze strony miejscowych ludów, zdołał Sertoriusz wydostać się z okrążenia i wyjść na tyły wojsk rzymskich. Do kolejnego starcia doszło pod Saguntem, gdzie obaj wodzowie ponownie nie byli w stanie pokonać armii Sertoriusza (choć on sam również nie zdołał ich rozbić). Bitwa ponownie zakończyła się (niezwykle krwawym) remisem, ale ubytek żołnierzy i częsta utrata aprowizacji (w wyniku sabotażu) spowodowała, że armia rzymska - nie mogąc szybko zniszczyć przeciwnika - słabła z miesiąca na miesiąc. Doszło do tego, że Pompejusz musiał słać listy do Rzymu z prośbą o pomoc, deklarując, że jeśli nie zostanie mu ona udzielona, to będzie musiał z wojskami wycofać się do Italii, a w krok za nim podąży Sertoriusz, który - kto wie - może nawet zdobędzie wówczas Rzym. I rzeczywiście, takie plany zaczęły się pojawiać w obozie Sertoriusza, który sugerował nawet że należy przenieść działania wojenne do Italii i tam właśnie uderzyć Rzymian w samo serce. Przerażeni takim obrotem sprawy senatorowie, którzy nie chcieli powrotu Pompejusza z jego armią do Italii, a już w szczególności nie chcieli tutaj przybycia sił Sertoriusza, uchwalili nowy pobór rekruta i wysłanie tych wojsk jako wsparcie Pompejuszowi do Hiszpanii (74 r. p.n.e.). Sytuacja wcale nie była sprzyjająca, bowiem w tym samym czasie w Rzymie zapanował głód, spowodowany odcięciem dostaw zboża z Egiptu przez cylicyjskich piratów, a poza tym były już zalążki kryzysu finansów publicznych (czyli po prostu zaczęło brakować kasy w budżecie). Poza tym na Wschodzie wybuchła nowa wojna z władcą Pontu, królem Mitrydatesem VI, a już wkrótce miała spaść na Italię kolejna plaga, w postaci zbuntowanych gladiatorów ze szkoły Kwintusa Lentulusa Batiatusa z Kapui, którzy rozplenili się niczym szarańcza po całym kraju, dokonując licznych rozbojów i zniszczeń. Zatem Pompejusz nie mógł dostać tylu żołnierzy, ilu oczekiwał (inna sprawa że przeciwko niemu w Senacie działał Lucjusz Licyniusz Lukullus - który uważał Pompejusza za swego osobistego wroga). Oczywiście Sertoriusz także przeceniał swoje możliwości - nie był on bowiem wówczas zdolny do przerzucenia wojsk do Italii i zagrożenia Rzymowi (i zapewne zdawał sobie z tego sprawę, a wspominając o ataku na Rzym, stosował swoistą socjotechnikę, mającą utrzymać wolę walki i wierność Hiszpanów u jego boku). Coraz bardziej też oddawał się modlitwie (przy czym modlił się również do swojej białej łani, którą traktował jak uosobienie bogini Diany), a nawet obserwował swoją łanię - dokąd chodziła, jak długo jej nie było i kiedy do niego wracała. A gdy wracała, wpadał w zachwyt i twierdził że bogowie jednak mu sprzyjają.




Inna sprawa że Sertoriusz zaczął popadać w paranoję, widząc wszędzie wokół siebie zdrajców. W ten sposób skazał na śmierć wielu Rzymian, którzy wcześniej przysięgali mu wierność, ale teraz uznał że jednak spiskują przeciw niemu (nie do końca te zarzuty były bezpodstawne, jako że rzymskim oficerom bardzo nie podobało się bratanie Sertoriusza z tubylcami i wynoszenie ich do tej samej pozycji, jaką w prowincjach mieli Rzymianie. Poza tym swoje musieli zrobić również i agencji Pompejusza, których zadaniem było podsycanie konflików wśród stronników Sertoriusza i wzajemne poróżnianie Rzymian z Hiszpanami. Być może więc działania Sertoriusza nie były tak całkiem bezpodstawne i paranoidalne). Udało się jednak Sertoriuszowi obronić Hiszpanię i zmusić siły Pompejusza oraz Metellusa Piusa do wycofania się do innych prowincji (chodzi głównie o Galię Narbońską, czyli dzisiejszą Prowansję) z powodu odcięcia ich armii od aprowizacji. I gdy już wydawało się że Rzymianie tej wojny jednak nie wygrają (rok 73 p.n.e. upłynął w Hiszpanii pod znakiem triumfu Sertoriusza, podczas gdy Italia oraz Rzym przeżywały w tym czasie ostry kryzys - spowodowany po pierwsze: brakiem zboża - dostawy z Egiptu a nawet z Afryki zostały skutecznie odcięte przez piratów, co doprowadziło do tego, że konsulowie Marek Terencjusz Warron i Gajusz Kasjusz Longinus musieli przyznać sobie prawo pierwokupu nadwyżki zboża z Sycylii po zaniżonych cenach, które następnie sprzedano po jeszcze niższych cenach wśród obywateli Rzymu, aby tym samym nie doszło do buntu plebsu. Po drugie: toczyła się wojna z Mitrydatesem pontyjskim w Azji Mniejszej, a po trzecie: wybuchło powstanie Spartakusa, które szybko rozszerzyło się na całą południową, a następnie północną Italię). Mimo to, wydarzyło się coś niespodziewanego. Oto bowiem Marek Perpenna - dotąd wierny stronnik Sertoriusza, napadł na niego podczas uczty i pozbawił go życia, po czym sam przejął dowództwo powstania (72 r. p.n.e.). Perpenna z pewnością został do takiego kroku namówiony przez ludzi Pompejusza (choć oczywiście polegało to jedynie na podpuszczeniu go do takiego kroku, gdyż Perpenna nie zamierzał poddawać się Pompejuszowi), skoro bowiem nie można było zwyciężyć Sertoriusza w bitwie, należało zgładzić go w inny sposób - poprzez np. zdradę zaufanego człowieka, którego potem już będzie można znacznie łatwiej pokonać (jak pisze Plutrch: "Perpenna podjął dzieło zabitego na bazie tych samych sił i środków, nie mając jednak równego mu rozumu w ich stosowaniu"). Wkrótce potem (71 r. p.n.e.) Gnejusz Pompejusz wydał mu bitwę, która zakończyła się ostateczną klęską hiszpańskich bojowników, a sam Perpenna trafił do niewoli, po czym (z rozkazu Pompejusza) został zgładzony.




Gdy rozwiązano wreszcie sprawę hiszpańskiego buntu (po ośmiu latach krwawej wojny - swoją drogą walki w Hiszpanii trwały prawie tyle samo co późniejsze walki w Galii, toczone przez Juliusza Cezara w latach 58-51 p.n.e.), należało teraz czym prędzej (oczywiście po wcześniejszym przywróceniu ładu i porządku w obu hiszpańskich prowincjach: Hiszpanii Dalszej [Ulterior] i Hiszpanii Bliższej [Citerior]) wracać do Italii, gdzie Marek Licyniusz Krassus nie radził sobie z buntem niewolników, walczących pod przywództwem pewnego trackiego gladiatora o imieniu Spartakus. Warto też pokrótce zastanowić się jak w ogóle do tego doszło, że niewolnicy ośmielili się wystapić przeciwko nam - ale o tym opowiem już w kolejnej części.






CDN.
 

05 kwietnia 2026

ZMARTWYCHWSTANIE JEZUSA CHRYSTUSA

WEDŁUG CHANNELINGÓW





ALLELUJA - JEZUS ŻYJE!





Mam nadzieję że tym tematem nie obrażę żadnego katolika czy w ogólności chrześcijanina, gdyż nie to jest moim celem. Nie pragnę bowiem ani obrażać nikogo spośród wierzących, ani też podważać zasad wiary chrześcijańskiej, a jedynie przedstawić inny (dla niektórych być może kontrowersyjny) przekaz, jak rzeczywiście mogło dojść do owego zmartwychwstania Chrystusa. Posiłkować oczywiście będę się informacjami zawartymi w channellingach, choć od razu wyraźnie pragnę zaznaczyć, że nie wszystko w channelingach zgadza się z oficjalnie przyjętym twierdzeniem, iż Jezus zmarł na krzyżu za nasze grzechy i za to, aby ludzkości otworzyć "Bramy Raju". To twierdzenie jest całkowicie (i wyraźnie) w channelingach podważone, dlatego też na samym początku napisałem, że nie chcę i nie jest moim celem, aby kogokolwiek tutaj obrazić, czy też podważyć zasady wiary. Ja tylko prezentuję to, co jest w owych przekazach i tyle (inna sprawa jest taka, że sama wiara dla mnie już nie jest do niczego potrzebna, gdyż jestem już ponad to, a pewne oczywistości są dla mnie tak jasne, jak fakt że po nocy przychodzi dzień, jak choćby fakt że istnieje cykl inkarnacyjny, że pojawiamy się tutaj aby odgrywać role - choćby były one niezwykle ciężkie i trudne, to zawsze są tylko role i nie należy zbytnio się do nich przywiązywać - że nie ma czegoś takiego jak piekło, że po śmierci idziemy do miejsca, które jest niezwykle piękne - tak wspaniałe, że trudno jej opisać ludzką mową - miejsce które jest czasem naszego wytchnienia i wypoczynku, a jednocześnie okresem analizy tego, co zrobiliśmy nie tak na naszej "scenie życia". Oczywiście cykl inkarnacyjny nie jest nieskończony. Z czasem, gdy uzyskamy odpowiednią doskonałość - pozbywając się wszelkich negatywnych energii, a jednocześnie doskonale pamiętając wszystkie nasze trudy i cierpienia - na pewnym etapie boskiego rozwoju naszej duszy, a pisząc "Boskiego" mam na myśli stanie się boską duszą, czymś co można nazwać Założycielami, będziemy pamiętać wszystkie nasze wcześniejsze inkarnacje {teraz, po śmierci najczęściej pamiętamy tylko poprzednie życie}. Nie można bowiem poznać nieskończonej Miłości, nie pamiętając jednocześnie bólu i cierpienia, gdyż tylko to stanowi drogę dalszego rozwoju, Boską Doskonałość. Gdy już pozbędziemy się tych wszystkich negatywnych jak i pozytywnych naleciałości, gdy nasze energie się zrównoważą, gdy staniemy się tylko czystą Miłością, pamiętając jednocześnie wszystkie nasze wcześniejsze nieprzyjemne doświadczenia, wrócimy do Domu, do Boga by ponownie się z Nim zjednoczyć. Bardzo ciekawie opisuje to choćby Robert Bernatowicz, aczkolwiek Jego relacje - jakkolwiek niezwykle bogate - są dla mnie osobiście jedynie uzupełnieniem tego, co ja już wiem na ten temat). Dlatego też od razu ostrzegam - według channelingów Jezus Chrystus wcale nie umarł za nasze grzechy i wcale nie otworzył nam tym drogi do Raju. Ale, jednocześnie Jego śmierć na krzyżu, w Palestynie dwa tysiące lat temu, była niezwykle istotną częścią planu, który musiał być wykonany i to bez względu na to, czy ziemskie ciało Jezusa było na to gotowe (Chrystus bowiem, już wisząc na krzyżu i nie mogąc ścierpieć okrutnego bólu przeszywającego wówczas Jego ciało, zapytał: "Boże, czemuś mnie opuścił?"). Było to bez wątpienia poświęcenie, ale poświęcenie na które Jezus wyraził zgodę i był na to przygotowywany już od swych narodzin. Człowiek bowiem nie dziedziczy grzechu własnych rodziców czy dawnych pokoleń, gdyż grzech jest popełniany przez świadomą jego ciężaru istotę ludzką i nie jest ani niezmywalny, ani "śmiertelny". 
 



Dlatego też tak lubię dzieło Plutarcha "O odwlekaniu kary przez Bogów", pokazujące dobitnie (choć z ludzkiej perspektywy) o co dokładnie w tym wszystkim chodzi. My, ludzie, pragniemy sprawiedliwości i chcemy aby "dobrych" wynagradzać za ich dobro, a "złych" karać (jak najszybciej) za wyrządzone przez nich zło. I w zasadzie trudno mieć tutaj o to do nas pretensje, gdyż jako istoty podatne na śmierć (czymże jest te nasze kilkadziesiąt lat życia, w stosunku chociażby do życia jednej planety, lub nawet epoki historycznej?), pragniemy jeszcze na własne oczy ujrzeć, jak sprawiedliwości staje się zadość i jak złoczyńcy płacą za popełnione przez nich zbrodnie. Bogowie zaś - jak pisał Plutarch - tak jednak nie myślą i stąd bierze się tyle niesprawiedliwości na tym świecie, tak, że często ludzie dobrzy i sprawiedliwi cierpią niedostatek, zaś oszuści i złoczyńcy opływają w zbytki. Ale Bogowie podchodzą do tego zupełnie inaczej, gdyż... nic ich nie ogranicza. Nie muszą skazywać złoczyńców na szybką śmierć (tak jak Jahwe, który kazał swemu ludowi by wymordowali pokonane plemię wraz z kobietami i dziećmi oraz całym żywym dobytkiem jakie posiadali), gdyż nie podlegają oni ograniczeniom czasowym. Czas nie ma dla nich żadnego znaczenia, stąd właśnie owi złoczyńcy i tak za swoje grzechy odpowiedzą po śmierci - jak pisał Plutarch - i tak staną przed Bogami, gdy nadejdzie ich kolej. Nie unikną tego, nie uciekną przed tym, nie ukryją się nigdzie, będą musieli stawić się na Sądzie Ostatecznym, który zadecyduje o ich losie. Po co więc - zapytuje Plutarch - Bogowie mieliby uśmiercać takich ludzi? Ukarać ich jeszcze zdążą, a czas, jaki im pozostał na Ziemi mogą wykorzystać na duchową przemianę i naprawę wcześniej popełnionych grzechów (to jest tylko rola - uświadomimy to sobie, dlatego nie powinniśmy wyrządzać nikomu krzywdy, bo to wszystko do nas wróci. Zarówno ten świat szykujemy dla siebie samych - nie tylko dla naszych dzieci - ale właśnie dla nas, gdy wrócimy tu w kolejnych rolach do odegrania, dlatego powinniśmy dbać o naszą planetę Gaję, bo jeszcze długo będzie ona jedynym światem na którym żyjemy). Niestety, my, ludzie tak nie myślimy. My pragniemy natychmiastowej "sprawiedliwości" (która często jest formą naszej prywatnej zemsty), pragniemy zadośćuczynienia naszemu bólowi, smutkowi i żądzy zemsty - pragniemy krwi. I na tym polega - według Plutarcha - "odmienność" Bogów od ludzi. Nie zazdrośćmy więc zbytków komuś, kto na to nie zasługuje, lub zdobył to w sposób niegodny czy zbrodniczy. "Wszystko zostało zapisane" i nasze dobre i złe uczynki, a tam, po śmierci będziemy zdawać relację z tej naszej krótkiej podróży przez życie (chociaż jest ona przedstawiana w bardzo swobodnej atmosferze przed Założycielami - pamiętajmy że Założyciele są tymi samymi duszami co my, tylko Oni już są ponad te wszystkie nasze energetyczne ograniczenia, które my musimy jeszcze przezwyciężyć - i w towarzystwie naszego Przewodnika oraz innych Opiekunów. Nie przypomina to wcale "sądu nad śmiertelnikami", znanymi nam z legend i mitów a także z przekazów religijnych. Nie ma tam strachu przed karą, ani przed wtrąceniem nas w czeluści piekielne. Jedyne co jest, to żal. Żal ze zmarnowanego życia, żal że nie udało nam się odegrać tych planów, które wcześniej zamierzaliśmy odegrać, że zboczyliśmy z tej ścieżki i weszliśmy na koleiny wiodące nas do ponownego przeżycia tej samej roli - innymi słowy, mówiąc kolokwialnie, straciliśmy czas).

Według channelingów, znaczenie śmierci Jezusa na krzyżu było nawet większe (niż to, które się powszechnie uznaje), gdyż tym samym otworzył on nas, ludzi (Ziemian) w kierunku uniwersalnej, kosmicznej duchowości i wprowadził barbarzyńską (tak cywilizacyjnie jak i duchowo) ludzkość, do grona "Synów Gwiazd", czyli na drogę, która od początku miała być naszym udziałem. Śmierć Jezusa na krzyżu wytworzyła bowiem nową więź, nową duchową odsłonę i jednocześnie "zaraziła" ludzi twórczą, wieczną miłością, a to jest niesamowita i niebagatelna siła. Poświęcenie Jezusa Chrystusa na krzyżu, miało więc wymiar nie tylko uniwersalny, ogólnoludzki, ale również wszechświatowy, kosmiczny i o ile śmierć ojca Maksymiliana Kolbe (który w 1941 r. w niemieckim obozie zagłady w Auschwitz-Birkenau poświęcił się za jednego z więźniów, mającego iść na śmierć. Sam, z własnej woli oddał swoje życie za tego człowieka, czym doprowadził do ogromnej implozji wyrządzonego przez ludzi - w tym przypadku Niemców - zła, rodząc swym poświęceniem ogromne dobro - co prawda niewidoczne naszymi oczyma, ale czasem odczuwalne także przez żyjących. Poświęcenie ojca Kolbe było czymś na tyle niezwykłym i nieprawdopodobnym, że stworzyło nowe dobro, nowy świat dla kolejnych pokoleń ludzi, a teraz wyobraźmy sobie czego swym poświęceniem dokonał "Syn Boży" Jezus Chrystus), czy poświęcenie np. rodziny Ulmów (zamordowanych przez Niemców za ukrywanie Żydów wraz z gromadką ich małych dzieci) czy rodziny Lubkiewiczów, czy innych niezliczonych rodzin polskich, które zostały zamordowane (rodzice wraz ze swymi dziećmi) za udzielanie schronienia Żydom - to wszystko, poprzez ogromne pokłady negatywnej energii, wytworzyło niesamowite pokłady energii pozytywnej, które stworzyły nowe dobro, nowy świat. My, żyjący, oczywiście nie mamy takiej skali porównawczej aby móc to chociażby ujrzeć na własne oczy, ale powstała z tego zła energia pozytywna, doprowadziła najpierw do zrównania, a następnie do implozji owej negatywnej energii, wytworzonej poprzez tamte mordy. Oczywiście nie znaczy to, że naszym celem jest dążenie do łatwej i szybkiej śmierci - wręcz przeciwnie (według mnie pierwsi chrześcijanie popełniali błąd, tak bardzo dążąc do bycia skazanym i uśmierconym, aby tylko połączyć się z Chrystusem) - celem jest długie i szczęśliwe życie, ale takie właśnie sytuacje dziejowe powodują, iż dobro często rodzi się samoczynnie i to w najmniej spodziewanych okolicznościach. Zaś dobro powstałe ze Zmartwychwstania "Mistrza" jest uniwersalne i ponadczasowe.




Natomiast jak to się stało, że Jezus zmartwychwstał? Jak wiadomo był On "Synem Boga" (co można również tłumaczyć jako "Syn Gwiazd"), a "Królestwo Moje nie jest z tego świata" - jak rzekł On przesłuchującemu go Poncjuszowi Piłatowi. Jezus wielokrotnie podczas swego ziemskiego żywota (szczególnie w okresie gdy nauczał) kontaktował się z innymi "Synami Gwiazd", uczynił tak również w ową nieszczęsną noc w ogrodzie Getsemani, gdy żarliwie modlił się "do Boga" i zapytywał czy istnieje szansa, by nie musiał poświęcać swego życia (należy bowiem pamiętać że Jezus był nie tylko "Synem Gwiazd", ale również człowiekiem. Miał ludzkie ciało i podatny był na wiele ludzkich niedogodności, w tym na ból i cierpienie). Gdy jednak uświadomił sobie (Jego ludzka część natury) że po to właśnie się urodził i po to przyszedł na świat, aby "Dać świadectwo Prawdzie", przyjął to bez oporów (trzeba też pamiętać, że była to Jego całkiem dobrowolna decyzja). Gdy zaś został już ukrzyżowany i umarł, a ciało Jego pochowano w jaskini, wydarzyły się rzeczy, które nie są omawiane w Biblii, a które channelingi podają jedynie bardzo skrótowo. Nie będę się wikłał w pewne nieścisłości (bo sam ich dokładnie nie rozumiem), które mówią że Jezus Chrystus zmartwychwstał wcześniej, niż uczyniło to Jego ciało (zapewne chodzi tu o pewną kwestię życia po śmierci, ale na poziomie znacznie wyższym niż dzieje się to z większością nas, gdyż dusza Chrystusa, była duszą znacznie bardziej rozwiniętą), dlatego też etap ten pominę. Warto jednak dodać że po swym (duchowym) Zmartwychwstaniu, Jezus nie był duchem, ani też duszą w klasycznym tego słowa znaczeniu. Był po prostu istotą wyższego rzędu i tyle. Następnie Jego ludzkie ciało zostało "zniszczone". Było to oczywiście wcześniej zaplanowane przez istoty, które patronowały misji "Syna Człowieczego" (według channelingów należeli do tej grupy: Tjehooba oraz Plejadianie). Nie wiadomo dlaczego (ja nie potrafię tego wyjaśnić) tak się stało, tym bardziej że Tjehooba potrafili wskrzeszać zmarłych, jeśli śmierć nastąpiła w jakiś krótki czas po zgonie (być może trzy dni to czas zbyt długi na wskrzeszenie zmarłego przez te istoty, a tyle właśnie - jak podaje Biblia - leżało ciało Jezusa, począwszy od Jego śmierci aż do zmartwychwstania). Ale jeśli to wszystko było już wcześniej zaplanowane, to Jezus musiał przyjąć zupełnie nowe, choć już nieludzkie, a jedynie takowe przypominające, ciało - gdyż Jego materialne ciało przestało wówczas istnieć (w "Misji" Michel Desmarqet opisuje że ludzkie ciało Chrystusa znajduje się na planecie Tjehooba obok innych ciał "Synów Gwiazd" którzy wysłani zostali zarówno na Ziemię jak i na inne światy (tak samo prymitywne duchowo, jak my).
 



Po przyjęciu nowego ciała (być może ciała astralnego), Jezus odsunął kamień, którym zamknięto wejście do Jego grobowca (tu nie chodziło o Jego nadludzką siłę, ale o to, że to wszystko było monitorowane i kamień ten został odciągnięty "w sposób cudowny" przez istoty z Plejad i Tjehooba - które najpierw uśpiły rzymskich żołnierzy strzegących tego grobu). Gdy Jezus ukazał się u wejścia do grobu, żołnierze się pobudzili i wpadli w panikę (to musiało być niesamowite wydarzenie, gdyż wszyscy pouciekali ze swego posterunku, a przecież dobrze wiedzieli czym to grozi - opuszczenie stanowiska w armii rzymskiej oznaczało natychmiastową karę śmierci. Przerażeni zaczęli więc opowiadać o tym niezwykłym zjawisku, a gdy wieści te dotarły do kapłanów Świątyni Jerozolimskiej, ci, zaproponowali legionistom pieniądze, w zamian za zaprzestanie ich powtarzania). Gdy do grobu udały się Maria - matka Jezusa, Maria Magdalena i Salome, grób już był pusty, a żołnierze uciekli ze swego posterunku. To właśnie te niewiasty zawiadomiły pozostałych Apostołów i na miejsce przybyli Piotr i Jan. Jezus potem zaczął im się kolejno objawiać taki, jakim go zapamiętali w chwili śmierci, wraz ze wszystkimi ranami, jakie mu zadano podczas męki. Nie było to już jednak ludzkie ciało Chrystusa, tylko Jego ciało astralne (a według mnie było to Jego ciało realne, czyli takie, jakim był naprawdę w swoim świecie, choć Apostołom ukazał się pod starą postacią, jaką oni zachowali w swej pamięci). O ile śmierć na krzyżu była kluczowym elementem otwarcia duchowego mostu pomiędzy ludzkością a istotami z gwiazd, to zmartwychwstanie miało istotne znaczenie dla samych ludzi. Stworzyło bowiem fundamenty Nowej Nadziei, która pogrzebała dawne religie, stojące na przeszkodzie uniwersalnemu otwarciu ludzkości i wejściu w nową erę duchowej świadomości. Dlatego też pełni radości w rodzinnym gronie w te świąteczne dni wołajmy razem - Alleluja, Jezus - nasz Mistrz - Zmartwychwstał.





ZDROWYCH, POGODNYCH 
I WESOŁYCH ŚWIĄT WIELKIEJ NOCY



03 kwietnia 2026

TAJNE SPISKI I WIELKIE AFERY - Cz. II

JAK POLSKA i STANY ZJEDNOCZONE
DOPROWADZIŁY DO ABDYKACJI 
KRÓLA WLK. BRYTANII - EDWARDA VIII
w 1936 r.? 
Cz. II





PLAN WOJNY PREWENCYJNEJ 
Z NIEMCAMI
PIERWSZA PRÓBA ROZERWANIA
SOJUSZU NIEMIECKO-SOWIECKIEGO
(1932-1933)
Cz. I






WSPÓŁPRACA NIEMIEC I ZWIĄZKU SOWIECKIEGO 
CZYLI: 
"POLSKĘ TRZEBA ZAŁATWIĆ"
(1922-1932) 


płk. dr. MARIAN STEIFER



16 kwietnia 1922 r. we włoskiej miejscowości Rapallo, został zawarty niemiecko-sowiecki traktat sojuszniczy. Zawarto tam również tajną klauzulę, która umożliwiała podjęcie współpracy wojskowej pomiędzy tymi krajami (o czym świat dowiedział się dopiero w 1927 r. dzięki polskiemu wywiadowi, który w międzywojniu był jednym z najlepszych na świecie - na przykład japońscy specjaliści od kryptologii i wywiadu wojskowego szkolili się tylko w Polsce, podobnie postępowali Łotysze. A było to jeszcze przed powstaniem "Laboratorium" - supertajnej placówki wywiadowczej powstałej z polecenia Marszałka Piłsudskiego w roku 1934, której zadaniem było analizowanie najbardziej na daną chwilę zagrożenia, tak ze strony Niemiec czy Związku Sowieckiego. To właśnie agenci wysłani w ramach programu "Laboratorium" stworzyli podczas II Wojny Światowej tzw.: antynazistowski ruch oporu w... samych Niemczech - pod nazwą "Akcji N" - o tym jak Polacy stworzyli w samych Niemczech anty-nazistowski ruch oporu - opowiem w oddzielnym temacie, teraz tylko dodam że było to robione z taką perfekcją i doskonałością {zarówno języka niemieckiego jak i niemieckiej gwary regionalnej, znajomości lokalnych środowisk, a polegało to przede wszystkim na wykorzystywaniu do współpracy ludzi, którzy od dekad a często od pokoleń mieszkali w Niemczech i byli uważani za Niemców, ale jednak mieli albo polskie korzenie albo w jakiś inny sposób byli związani zarówno z Polską jak i z polskim wywiadem} że do dziś dnia wielu niemieckich historyków, jako dowód istnienia w Niemczech prężnej opozycji antyhitlerowskiej, pokazuje gazetki i broszury wydawane w ramach "Akcji N" przez polski wywiad w Niemczech. A gazety takie przesyłano przede wszystkim na front do żołnierzy aby osłabić ich ducha i pokazać że w Niemczech istnieje opozycja która pragnie obalenia Hitlera. W rzeczywistości prawdziwa niemiecka opozycja antyhitlerowska - jak mawiał prezydent Lech Kaczyński - "zmieściłaby się w moim gabinecie". Z agentów wysłanych w ramach "Akcji N" wyodrębnili się również "Muszkieterowie" - działający już w czasie II Wojny Światowej jako oddzielna siła wywiadowcza, współpracująca co prawda z wywiadem Armii Krajowej ale jednak nie podporządkowana Jej bezpośrednio i praktycznie niezależna. "Muszkieterowie" zostali stworzeni jako formacja elitarna - stąd zapewne też jej sukcesy - przez oficerów wywodzących się albo z Legionów albo z Polskiej Organizacji Wojskowej {z czasów I Wojny Światowej}, albo z zagorzałych piłsudczyków, albo z członków najznakomitszych rodzin arystokratycznych, albo też z ludzi nauki. Przywódcą "Muszkieterów" był projektant i wynalazca pracujący m.in.: nad "promieniami śmierci" - inżynier Stefan Witkowski, a jednym z najsławniejszych członków tej organizacji był również doktor praw, pułkownik Wojska Polskiego, genialny szachista - zagorzały piłsudczyk (podobnie jak ja sam) - Marian Steifer, którego szczególnie intensywnie poszukiwało po wojnie NKWD, czy też Krystyna Skarbek - pierwowzór Vesper Lynd, dziewczyny Bonda z "Casino Royale". O "Muszkieterach" też opowiem w oddzielnym temacie).


VESPER LYND Z "CASINO ROYALE"
(FIKCYJNA POSTAĆ DZIEWCZYNY BONDA, 
KTÓREJ PIERWOWZOREM BYŁA SŁYNNA KRYSTYNA SKARBEK)



24 lipca 1922 r. kanclerz Niemiec, lewicowy polityk Joseph Wirth, powiedział wprost do ambasadora Niemiec w Związku Sowieckim: "Polskę trzeba załatwić!". Następnie we wrześniu tego roku szef sztabu armii niemieckiej, gen. Hans von Seeckt powiedział: "Egzystencja Polski jest nie do zniesienia i nie do pogodzenia z żywotnymi interesami Niemiec. Polska musi zniknąć i zniknie wskutek własnej słabości i za przyczyną Rosji - z pomocą Niemiec". Zaś w kilka miesięcy później, znów kanclerz Wirth mówił o potrzebie wspólnego (wraz z Rosją Sowiecką) "zdruzgotania Polski", oraz "przywrócenia wspólnej, sąsiedzkiej granicy z 1914 r.". No i współpraca niemiecko-sowiecka ruszyła pełną parą. Początkowo co prawda (w wielkiej tajemnicy przed światem, jako że postanowienia Traktatu Wersalskiego zakazywały Niemcom rozbudowywania i unowocześniania sił zbrojnych) rozpoczęła się współpraca pilotów i specjalistów od czołgów i broni pancernej. Potem (po roku 1926) zaczęły w Związku Soweckim powstawać niemieckie fabryki zbrojeniowe produkujące czołgi, samoloty i amunicję. W 1924 r. do Rosji przybyło sześciu niemieckich specjalistów lotniczych (Johannesson, Diete, Droste, Rath, Hasenohr, Fiebig), z których najwybitniejszym specjalistą był Martin Fiebig (twórca tzw.: "Grupy Fiebiega"). Wykładał on na moskiewskiej Akademii Lotniczej, oraz był obecny podczas testowania nowych rodzajów samolotów bojowych na poligonach pod Smoleńskiem i Witebskiem. Bardzo szybko zaprzyjaźnił się też z Gieorgijem Żukowem, dowódcą jednego z dwóch ówcześnie istniejących w Związku Sowieckim pułków czołgów. Wraz z nim i innymi sowieckimi oficerami z Moskiewskiej Akademii Wojskowej, brał udział w opracowywaniu planów wojennej gry lotniczo-lądowej na wypadek wybuchu wojny z Polską. Sowieccy i niemieccy oficerowie często też się wzajemnie odwiedzali, jak Jeronim P. Uborewicz, który w listopadzie 1927 r. rozpoczął swą roczną służbę w dowództwie sztabu Reichswehry. W dniach 18-22 sierpnia 1928 r. rosyjska Flota Bałtycka odwiedziła niemiecki port w Świnoujściu i Pillau. Skala wzajemnej współpracy była naprawdę duża ("Centrala Moskwa", projekt "Kama" - czyli szkolenie przez Niemców sowieckich oficerów na dowódców nowoczesnych wojsk pancernych, Aufstellung Plan - mający za zadanie sformowanie przy pomocy i wsparciu Sowietów 21 niemieckich dywizji czy kolejne umowy z Kruppem i innymi niemieckimi zakładami zbrojeniowymi, na rozwój sowieckiej broni pancernej, oraz wzajemna pomoc w rozbudowie niemieckich sił pancernych, które miały tymczasowo powstawać na terytorium Związku Sowieckiego). Polski wywiad wpadł na trop tej wzajemnej współpracy Niemiec i Sowietów już w 1924 r., ale informacja o współpracy została nagłośniona (we francuskiej prasie) przez polski wywiad wojskowy dopiero w 1927 r. gdy zdobyto na to wystarczające dowody.

Pierwsze przesłanki co do tajnej wojskowej współpracy Niemiec i Związku Sowieckiego pojawiły się już w połowie stycznia 1923 r. a stało się to... przez nadgorliwość Niemców. Mianowicie, gdy 11 stycznia wojska francuskie i belgijskie zajęły Zagłębie Saary (Francuzi starali się tym krokiem wymusić na Niemcach spłatę zasądzonych reparacji wojennych, czego ówczesna Republika Weimarska nie była w stanie spełnić ze względu na szalejącą w kraju inflację i katastrofę finansową - notabene, ciekawostką jest, że nawet już po reformie finansowej w Niemczech z listopada 1923 r. i wprowadzeniu do obiegu Rentenmarki, jeszcze w 1924 i 1925 r. we wschodnich prowincjach ówczesnych Niemiec wolano płacić... polską złotówką - wprowadzoną 1 kwietnia 1924 r., niż niemiecką walutą, uważając tę drugą za... "żydowskie konfetti z Berlina" - jak mawiali niemieccy chłopi, chcąc by za ich towary płacono im w polskich złotówkach), Francja wówczas szybko znalazła się w politycznej izolacji, gdyż wkroczenie do Zagłębia Saary nie spodobało się ani Brytyjczykom, ani też Amerykanom. Francuzi (częściowo próbując wyjść z matni) postanowili zwrócić się o wsparcie do Warszawy. W tym celu przybył do Polski w maju tego roku (1923) - marszałek Francji Ferdynand Foch (witany entuzjastycznie przez tłumy Warszawiaków, zresztą wówczas nadano mu również tytuł marszałka Polski). Po tej wizycie jednak Niemcy natychmiast podniosły larum, że oto Polska (w porozumieniu z Francją) planuje zajęcie Prus Wschodnich. I w tym momencie wkroczył rząd sowiecki, wysyłając do Warszawy notę, iż w razie wojny z Niemcami, Rosja Sowiecka nie pozostanie neutralna.




Już wówczas można było nabrać podejrzeń co do współpracy tych dwóch państw. Jednak do połowy 1924 r. wciąż nie było co do tego pewności. Dopiero wówczas polski wywiad wpadł na trop, ułatwiający rozwiązanie całej sprawy. Mianowicie, o wojskowej współpracy niemiecko-sowieckiej, dowiedziano się w sposób banalny (i w dużej mierze przez zaniedbanie wywiadu niemieckiego), a mianowicie, wystarczyło... czytać niemieckie gazety. Oczywiście w gazetach tych próżno było znaleźć choć słówko o rozwoju niemieckiej broni pancernej i szkoleniach pilotów w Związku Sowieckim, ale nie chodziło wcale o dział informacyjny, a o... rubrykę z nekrologami. Znalazły się tam bowiem informacje o zgonach niemieckich pilotów, którzy zginęli testując nowe maszyny. Tylko że zdziwienie budziło miejsce zgonu - Serpuchów, Twer, Perm, Moskwa Smoleńsk, Witebsk. Czyli co? niemieccy piloci latają do Sowietów? - zadawano sobie pytanie i wszystko zaczęło się układać w sensowną całość. Jeszcze w tym samym (1924) roku polski wywiad (poprzez agentów ulokowanych w Niemczech) zdobył plany negocjacyjne niemieckiej fabryki produkującej samoloty Junkers, która zamierzała otworzyć swą fabrykę w Rosji. Zaś w kwietniu 1925 r. polski wywiad zdobył dokumenty umowy niemiecko-sowieckiej o rozpoczęciu szkoleń pilotów w kompleksie Lipeck (były tam podpisy dowódcy sowieckiej floty - Piotra Baranowa i niemieckiego generała Hermanna von den Lieth-Thomsena - szefa niemieckiej komórki "Moskwa"). Potem doszły jeszcze informacje o kontrakcie Kruppa na skonstruowanie i budowę pierwszych dwóch sztuk ciężkich czołgów, zwanych "traktorami" - marzec 1927 r. (notabene, gdy cała sprawa została nagłośniona w prasie francuskiej i brytyjskiej i świat cały dowiedział się o współpracy Niemiec i Sowietów, ci pierwsi, nie mogąc już mówić że "to polska prowokacja", jak czynili dotąd, teraz zaczęli tłumaczyć że owszem, podjęli współpracę z Rosjanami, ale w tych fabrykach produkują właśnie traktory). 

Wcześniej polski wywiad rozpracował tzw.: "Grupę Fiebiga". W czerwcu zdobyto informacje o niemieckim planie "A" ("Der Aufmarschplan" - "Plan Rozmieszczenia"), który obejmował utworzenie (na początek) 21 dywizji wchodzących w skład odtworzonej armii lądowej. Potem doszły jeszcze informacje o sowieckiej Flocie Bałtyckiej (i jej unowocześnianiu przez niemieckich specjalistów), oraz o wymianie sowieckich aparatów łączności (starych 10-watówek Kowalenkowa) na nowe, niemieckie, produkowane przez firmę Telefunken. Notabene potwierdzenie niemiecko-sowieckiej współpracy politycznej i wojskowej oraz nagłośnienie tej sprawy w prasie, dokonało się przede wszystkim również w wyniku ucieczki z sowieckiej Rosji dwóch oficerów (Klimma i Timoszczuka), którzy 1 lutego 1927 r. wylądowali skradzionym przez siebie samolotem (notabene produkcji włoskiej) na lotnisku w Łucku. Szybko zostali przewiezieni do sztabu Oddziału II Wojska Polskiego najpierw w Łucku, a następnie we Lwowie. To właśnie oni poinformowali polski wywiad że: "Niemcy nie tylko dostarczają Rosji sowieckiej aparatów (czyli samolotów) i szkolą ich pilotów, ale posiadają nawet na terenie Związku Sowieckiego swoje centrum wyszkolenia dla własnych oficerów. Mieści się ono w Lipecku, gdzie dla oficerów lotnictwa niemieckiego utworzono wyższą szkołę pilotażu. Na kursy trwające od miesiąca do sześciu tygodni przybywają tam z Niemiec, w cywilnych ubraniach, pod pseudonimami, oficerowie lotnictwa niemieckiego". Następnie stwierdzali że skoro postanowienia Traktatu Wersalskiego zabraniały Niemcom posiadania i budowy sił pancernych i lotnictwa, wpadli oni na pomysł by rozwijać je w Rosji.


płk. TADEUSZ SCHAETZEL



Niemieccy oficerowie i żołnierze przybywali do Rosji głównie trasą przez Rygę, tak jak generał-major Werner von Blomberg, który zjawił się tam pod koniec 1928 r. wraz z trzema towarzyszami - swym adiutantem kapitanem Kurtem Gallenkampem, szefem biura uzbrojenia Reichswehry pułkownikiem Erichem Bussche-Ippenburgiem, oraz oberlejtnantem Ernestem Kostringiem (który później będzie pełnić funkcję attache wojskowego ambasady niemieckiej w Moskwie). W Moskwie spotkali się oni z Klimientem Woroszyłowem - ludowym komisarzem spraw wojskowych Związku Sowieckiego, oraz szefem sztabu generalnego Armii Czerwonej Borysem Szaposznikowem. Potem, w towarzystwie rotmistrza Oskara Niedermayera (szefa "Centrali Moskwa" - czyli niemieckiego biura łącznikowego w Związku Sowieckim), oraz rosyjskiego oficera Łuniewa, odbyli szereg podróży i inspekcji, zaczynając od Niżnego Nowogrodu, poprzez Kazań (do którego udali się statkiem parowym), Saratów (w tym mieście na powitanie niemieckich oficerów urządzono oficjalne przyjęcie, w wyniku którego... gen. von Blomberg wypił tyle alkoholu, że "urżnął się w trupa"). Następnie odwiedzili Ulianowsk (rodzinne miasto Lenina, gdzie niemieccy oficerowie złożyli hołd nieżyjącemu już twórcy rosyjskiego komunizmu), potem odwiedzili kilka miejscowości zamieszkałych przez Niemców Nadwołżańskich, następnie przybyli do Tomska, gdzie odwiedzili "Tomsk" (niemiecką bazę w której produkowano gazy bojowe), a potem (7-15 września 1928 r.) przybyli do Lipecka, gdzie zorganizowano wspólne manewry lotnicze Luftwaffe i sowieckich sił lotniczych, w których brało udział 250 samolotów bojowych, które miały współpracować z siłami pancernymi i piechotą. Po zakończeniu tych manewrów, niemiecka delegacja wojskowa powróciła (przez Rygę), z powrotem do Berlina. To właśnie ta wizyta i materiały z niej, które wkrótce znalazły się na biurku szefa Oddziału II Sztabu Głównego - Tadeusza Schaetzela, który zaraz udał się z tymi dokumentami do Marszałka Józefa Piłsudskiego, to właśnie wówczas tam, miała się zrodzić koncepcja podjęcia wojny prewencyjnej z Niemcami, która nabrała realnych kształtów dopiero w 1933 r. wraz z dojściem do władzy w Niemczech Adolfa Hitlera.


UDERZYĆ PÓKI CZAS
Cz. I




W 1932/1933 r. Polska i Stany Zjednoczone szykowały... wojnę w Europie. Takie stwierdzenie być może jest dość nieścisłe i niedokładne, a jednak prawdziwie opisuje ówczesną rzeczywistość. W głowie Marszałka Józefa Piłsudskiego już przynajmniej od czerwca 1932 r. zaczął się krystalizować plan wojny prewencyjnej z Niemcami, który nabrał bardziej realnych kształtów po zdobyciu władzy przez Hitlera. 12 lutego 1933 r. nowy kanclerz Rzeszy udzielił wywiadu londyńskiej gazecie "Sunday Express", w którym to buńczucznie żądał iż tzw.: "Korytarz" (czyli polskie Pomorze) musi zostać zwrócony Niemcom. Polska przygotowywała się więc do wojny prewencyjnej, ale jednocześnie do podobnego konfliktu przygotowywały się również Stany Zjednoczone, tylko tutaj wchodził w grę również... konflikt z Wielką Brytanią. Tak jak w poprzedniej części pisałem, elity Wielkiej Brytanii w latach 20 i 30 były szalenie proniemieckie. Ich celem było doprowadzenie do takiej sytuacji, aby w przypadku ewentualnego konfliktu nie wystąpić przeciwko Niemcom, a najlepiej zawrzeć z nimi układ na zasadzie: "Europa dla was, świat i kolonie dla nas". Taki stan rzeczy nie był jednak popularny w Waszyngtonie, dlatego też... USA planowały wojnę z Wielką Brytanią w latach 30-tych XX wieku, a plan tej operacji ("Plan Wojenny Czerwony") opracowany został pod kierunkiem gen. Douglasa McArthura, który kilka miesięcy wcześniej przebywał w Warszawie. Oczywiście plany te (bowiem istniały również inne plany: "Plan Wojenny Czarny" - wojna z Niemcami i "Plan Wojenny Pomarańczowy" - wojna z Japonią), zostały opracowane wcześniej (ok. 1930 r.), ale od 1932 r. sprawy znacznie przyspieszyły. Amerykanie brali wówczas na poważnie możliwość wojny zarówno z Niemcami jak i ze... sprzymierzonymi z nimi Brytyjczykami, stąd m.in.: gen. McArthur udał się we wrześniu 1932 r. do Warszawy. Tam doszło do niecodziennego wydarzenia, jakim było przekazanie Amerykanom przez polską stronę rozszyfrowanych kodów Enigmy - niemieckiej maszyny szyfrującej, którą Niemcy uważali za nie do złamania (i rzeczywiście, mnóstwo wywiadów w latach 20-tych i 30-tych głowiło się nad rozpracowaniem Enigmy, bez powodzenia. Trzej polscy matematycy (Marian Rejewski, Jerzy Różycki i Henryk Zygalski, przy czym główną pracę wykonał Rejewski) z Biura Szyfrów Oddziału II Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, złamało kody Enigmy z końcem 1932 r. Oczywiście maszyna ta była ciągle udoskonalana, dlatego też należało co chwila stosować inny mechanizm deszyfrujący i udawało się to Polakom do roku 1938, w 1939 liczba rozszyfrowanych depesz Enigmy znacznie spadła, ale w tym roku przekazaliśmy rozszyfrowane kody Francuzom i Brytyjczykom, którzy potem w Bletchley Park za sprawą Alana Turinga jeszcze udoskonalili ten system). Amerykanie otrzymali również supertajne kody armii sowieckiej: "Rewolucja" i "Fiałka" (używane w Armii Czerwonej do 1954 r.). Cel był jeden - wojna prewencyjna w obronie pokoju.


gen. DOUGLAS McARTHUR z wizytą u 
Marszałka JÓZEFA PIŁSUDSKIEGO
(Wrzesień 1932 r.)



 Może to brzmieć dość nietypowo, ale tak właśnie było, tym bardziej że nad utrzymaniem pokoju (bez potrzeby rozpoczynania konfliktu prewencyjnego) głowili się najróżniejsi mądrale, ale zawsze wszystko sprowadzało się do jednego - aby utrzymać pokój w Europie, Polska musi zwrócić Niemcom "Korytarz" pomorski, gdyż jest to kość niezgody pomiędzy tymi dwoma krajami i musi zostać w taki sposób rozwiązana. Politycy brytyjscy, francuscy jak i progresywistyczny establishment amerykański ze Wschodniego Wybrzeża, uważali że najlepszym wyjściem byłoby po prostu oddanie Niemcom polskiego Pomorza i wówczas utrzymano by pokój. W tym celu swoiste tournée po Anglii, Francji i Niemczech odbył w lipcu i sierpniu 1931 r. sekretarz stanu USA - Henry Stimpson, który uważał że zwrot Pomorza Niemcom, rozładowałby zarówno konflikt niemiecko-francuski jak i niemiecko-polski. Starał się więc przekonać głównie Francuzów (uważając że Paryż jest w stanie wywrzeć presję na Warszawię w tej kwestii). Aby opracować szczegóły, do Waszyngtonu miał się udać premier Francji Pierre Laval, ale nim to nastąpiło Józef Piłsudski wezwał polskiego ambasadora w USA - Tytusa Filipowicza (notabene swego dobrego znajomego i przyjaciela, to właśnie z nim przyszły Marszałek odbył swą pamiętną podróż do USA i Japonii w 1905 r.) i przekazał mu treść osobistego orędzia do prezydenta Herberta Hoovera, w którym deklarował że Polska nie godzi się na żadne rewizje granic, a każda samodzielna akcja niemiecka, podjęta w tym celu, automatycznie oznaczać będzie wybuch wojny. Stwierdzał również że żadne państwo trzecie nie jest w stanie w żaden sposób wpłynąć na zmianę polskiego stanowiska w tej sprawie (gdyż Pomorze to nieodłączna część ziem Rzeczypospolitej, tak jak w tej pieśni: "Nie damy morza ani Pomorza, gdy nam wróciła je Łaska Boża, nie dam Śląska, bo to piastowska ziemia ojcowska, nie damy Wilna, nie damy Lwowa, bo to też nasza scheda ojcowa, nie chcem cudzego, nie damy swego!" Filipowicz przedstawił orędzie prezydentowi Hooverowi 21 października 1931 r., co miało wywołać na nim silne wrażenie, a dnia następnego odczytał je również w Departamencie Stanu, w obecności Stimpsona, który przyjął je niezwykle chłodno, deklarując iż jest to: "typowo polski produkt i dość charakterystyczny dla takiego małego, nędznego sprawcy problemów, jakim ona jest"




Jednak liberalny establishment z Waszyngtonu był niezwykle ugodowy, liczyły się przede wszystkim interesy (a te prowadzono zarówno ze Związkiem Sowieckim, jak i z hitlerowskimi Niemcami). Spora większość oficerów armii Stanów Zjednoczonych była przeciwna takiemu myśleniu (gen. McArthur - "Ostatni Bóg Wojny" - {przedostatnim był Patton, notabene zarówno  McArtur jak i Patton wywodzili się z rodzin, które walczyły przeciwko sobie w amerykańskiej Wojnie Secesyjnej}, uważał wszystkich progresywistycznych gryzipiórków ze Wschodniego Wybrzeża za bandę pajaców o często prokomunistycznych ciągotach). Tymczasem w Warszawie dojrzewał plan wojny prewencyjnej z Niemcami, jako najpewniejszej drogi "rozbrojenia" niebezpieczeństwa płynącego z Zachodu, nim przyjdzie się Polsce zmierzyć z czerwonym Wschodem.
 



CDN.

02 kwietnia 2026

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXIII

FILARY SPOŁECZNEGO 
ROZWOJU LUDZKOŚCI 
I METODY PATOLOGIZACJI 
NA PRZESTRZENI WIEKÓW





TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI:
Cz. XX



SŁOWIANIE I CELTOWIE
Cz. XX






PIERWSZE EUROPEJSKIE CYWILIZACJE:
SŁOWIANIE
(CYWILIZACJA FILISTYŃSKA)
(ok. 1200 r. p.n.e. - 925 r. p.n.e.)
Cz. VIII



FILISTEA
CZASY EKSPANSJI
(ok. 1100 - 925 r. p.n.e.)
Cz. VII






KRÓL SAUL
(ok. 1042 r. p.n.e. - ok. 1006 r. p.n.e.)



Mniej więcej od czasów rządów sędzi Debory (ok. 1120 r. p.n.e.) niektóre plemiona dawnych koczowników, którzy opuścili Egipt pod wodzą Mojżesza ok. 1207 r. p.n.e. (i wcześniej, gdyż były co najmniej dwa lub nawet trzy duże wyjścia z Egiptu plemion o zbiorczej nazwie Apiru - czy Habiru), zaczęły podnosić głowę przeciw całkowitej filistyńskiej politycznej dominacji w Kanaanie. Powstania te trwały krótko i raczej kończyły się klęską lub podporządkowaniem się plemion Habiru (Hebrajczyków-Izraelitów) poszczególnym filistyńskim władcom (serenom) miast-państw Pentapolis i Szefeli (ogromną rolę odegrała tu również dominacja kulturowa i gospodarcza Filistei, powodująca to, iż realnie Hebrajczycy nie byli w stanie długo opierać się Filistynom, gdyż wychowani pod ich wpływem kulturowym z góry zakładali własną porażkę - i to pomimo wiary w swojego boga Jahwe. Nie jest to jedyne takie wydarzenie w historii, gdyż np. japoński admirał Isoroku Yamamoto, który opracował plany ataku na amerykańską bazę w Pearl Harbor na Hawajach, z góry zakładał klęskę Japonii w konfrontacji z "amerykańskim tygrysem", a było to związane z faktem, że Japonia od połowy XIX wieku poddana była przyspieszonej europeizacji i amerykanizacji - oczywiście przy dominacji własnej kultury i religii - i to był właśnie element amerykańskiej soft power, ponieważ człowiek, który ma w głowie odpowiednio ukształtowany szacunek do danej rzeczy, może wyrobić sobie pogląd o niemożności dokonania jakiegoś zamierzenia, które godziłoby w państwo lub organizację dotąd szanowaną a nawet podziwianą. Dlatego też Mojżesz miał czekać czterdzieści lat nim wkroczył do Kanaanu, aby wymarło pokolenie pamiętające czasy niewoli i czujące respekt przed egipskim lub nawet filistyńskim batem. Młodzi ludzie nie mieli już bowiem żadnych tego typu kompleksów. To jak w tej opowieści: "Jeśli coś jest niemożliwe do zrobienia, to należy znaleźć kogoś, kto o tym nie wie, przyjdzie i to zrobi", bowiem jeśli będzie się zastanawiał czy to się uda, czy nie - to z reguły poniesie klęskę). I dlatego właśnie większość buntów podzielonych plemion Izraela kończyła się klęską (tak było np. w bitwie pod Afek [Eben-ezer] ok. 1050 r. p.n.e., gdzie koalicja filistyńsko-danicka pod przewodnictwem Ekronu i Aszdod rozgromiła siły plemion Beniamina, Judy i zapewne Efraima. Doprowadziło to do zniszczenia ośrodka kultowego Jahwe w Szilo i śmierci kapłana Helego).




Jednak Izraelitom zdarzało się okresowo zrzucić filistyńską dominację i tak było chociażby po bitwie pod Mizpą (ok. 1045 r. p.n.e.) w wyniku której udało się Hebrajczykom odzyskać osadę Bet-Szemesz (odzyskano wówczas też Arkę Przymierza). To właśnie pod Mizpą wyróżnić miał się niejaki Saul, syn Kiszy z pokolenia Beniamina, który w jakiś czas potem namaszczony został przez sędziego Samuela na pierwszego króla Izraela. Samuel namaścił go (ok. 1042 r. p.n.e.) nieopodal flilistyńskiej twierdzy Gibea (Gibeon), co też pokazuje że zwycięstwo pod Mizpą nie miało większego znaczenia politycznego i nie zmieniło ogólnej zasady filistyńskiej dominacji w Kanaanie. Saul przebywał w owej twierdzy w Gibei i podlegał tamtejszemu filistyńskiemu namiestnikowi (ponoć składał mu raporty i tytułował go słowem dôd [dwd - w zapisie spółgłoskowym] - co znaczy "stryj"). Ów filistyński namiestnik Gibei przyznał Saulowi prawo do powszechnej mobilizacji plemion Izraela (w rzeczywistości jednak władza Saula nie wykraczała wówczas poza granice plemienia Beniamina i Efraima, choć potem doszło prawdopodobnie jeszcze plemię Judy). Stało się to powodem do twierdzenia, że Saul był pierwszym królem zjednoczonych plemion Izraela, choć akurat plemiona północne i południowe (plemię Symeona) wówczas nie podlegały jego władzy. Nie wiadomo ile jest prawdy w tym, że Saul wziął udział w kampanii przeciwko Ammonitom - mającym swe siedziby daleko na wschód za Jordanem (za terenami należącymi do plemion Rubena, Manassesa i Gada). Oficjalnie miał podjąć się tej kampanii, aby zabezpieczyć zagrożone najazdem ziemie Manassesa; tylko pytanie brzmi - czemu to uczynił, skoro ziemie te nie podlegały bezpośrednio jego władzy. A poza tym, jakimi siłami miał podjąć ową kampanię? Nie znalazłem żadnych niezależnych od Biblii informacji że takowa kampania rzeczywiście została podjęta, ale zakładając nawet że tak było, to jak to miałoby wyglądać? Oficjalnie Saul podlegał filistyńskim Gibeonitom i nawet jeśli powstrzymanie Ammonitów miało służyć podporządkowaniu plemion północnych, to siły Saula - złożone jeszcze wówczas z pospolitego ruszenia - byłyby zbyt słabe, aby tego dokonać. Zapewne więc Filistyni w jakiś sposób wspomogli Saula w tej kampanii. Jej ukoronowaniem miało być obwołanie Saula królem całego Izraela (zapewne tylko plemion Manassesa i być może Rubena) w sanktuarium Jahwe w Gilgal (miejscowość leżąca na północny-wschód od Jerycha).




Czy do tego rzeczywiście doszło - trudno powiedzieć, nie mając na to żadnych dowodów, poza biblijnymi opisami (które nie zawsze muszą być prawdziwe - należy bowiem pamiętać że Stary Testament był spisywany "ku pokrzepieniu serc" w dużej mierze jako przekaz propagandowy w czasach, gdy lud Izraela popadł w polityczną zależność od Asyryjczyków, Babilończyków, Egipcjan i Persów). Nie zrozumiały (przynajmniej dla mnie) jest też stopień zależności Saula od Filistynów z Gibea. Jeżeli bowiem przyjmiemy że zależność ta była zrzucana (częste są bowiem przekazy o bojach toczonych z Filistynami w czasach panowania Saula), to przecież następca Saula - Dawid też był zależny od serenów z Pentapolis. Jak to więc wytłumaczyć? Czyżby ta zależność powracała i próby jej zrzucenia były tylko okresowymi buntami bez większego znaczenia, czy też może dochodziło do realnego wybicia się Królestwa Izraela na niepodległość? Nie potrafię do końca tego wyjaśnić, ale być może w Gibea wytworzyła się wówczas swoista społeczność filistyńsko-hebrajska, niezależna od reszty ziem Filistei. Wiadomo bowiem że jedną z pierwszych walk po swym wstąpieniu na tron, stoczył Saul z Filistynami pod Michmas na południe od Betel (na ziemiach rodu Beniamina). W bitwie tej wziął udział syn Saula - Jonatan, a zakończyła się ona zwycięstwem Izraelitów. Prawdopodobnie (to jest tylko moja prywatna interpretacja) stacjonując w rejonie Betel (a wystarczy spojrzeć na mapę gdzie ono się znajdowało) Filistyni blokowali kontakty pomiędzy plemionami Beniamina, Judy i Efraima, ale czy to były siły Filistynów z Gibei, czy może z Gezer czy Ekronu, tego niestety nie wiadomo. Zresztą nie ma to większego znaczenia, bowiem zwycięstwo pod Michmas niewiele zmieniło w położeniu ówczesnego Królestwa Izraela (nie ma mowy o żadnej ekspansji terytorialnej, a jedynie o zmuszeniu Filistynów do wycofania się - prawdopodobnie chwilowego, z terenów położonych w głębi Kanaanu [między Pentapolis, Szefelą a Jordanem]). Zapewne więc taka polityka Saula doprowadziła go do konfliktu z prorokiem Samuelem (który Saula wcześniej namaścił na króla), tym bardziej że klęska pod Michmas nie powstrzymała Filistynów, którzy szybko przeszli do działań pacyfikacyjnych na ziemiach plemienia Beniamina (armie Pentapolis ruszyć miały ku krainie Szual 1 Sm. 13,17; Bet-Horon i Geby 1 Sm. 13,18). Tam walki z nimi prowadzić miał Jonatan, ale nic nie wiadomo o żadnych sukcesach, zatem należy przyjąć, że filistyńskie akcje pacyfikacyjne okazały się skuteczne i szybko zmusiły Saula do uległości.

To zapewne doprowadziło do konfliktu z Samuelem, zakończonego ostatecznie śmiercią tego drugiego, przy - ukrywanym, lub nie - żalu Saula (ponoć ów król miał nawet sprowadzić pewną wróżkę z Endor, która miała wywołać ducha Samuela, aby Saul mógł się z nim pojednać). Drugim konfliktem, który osłabić miał panowanie Saula, był ten toczony z Dawidem - pasterzem owiec z okolic Betlejem. Dawid był jednym z synów Iszaja z Betlejem - mieście leżącym w granicach plemienia Judy (na południe od Jerozolimy). Saul zaprosił go na swój dwór do Gibei po tym, jak usłyszał że ów pasterz w obronie swych owiec zabił lwa. Saul uczynił Dawida nie tylko swym sługą (ponoć przygrywał królowi na lutni), ale i przyjacielem. Na królewskim dworze Dawid zaprzyjaźnić się miał również z synem Saula - Jonatanem, a król ponoć nawet obiecał mu rękę swej córki - Michal, ale pod warunkiem że ten wcześniej przyniesie mu napletki stu zabitych Filistynów (nie wiadomo jednak czy to prawda, czy też jedynie wytwór wyobraźni późniejszych twórców Starego Testamentu). W każdym razie ok. 1020 r. p.n.e. doszło do kolejnego, dużego konfliktu Izraelitów z Filistynami, w którym to Dawid również wziął udział. Mowa tu oczywiście o słynnym starciu w dolinie Azeka. Naprzeciw wojskom króla Saula, stanęły siły z miasta Gat (wojownicy Gat trzydzieści lat wcześniej też uczestniczyli w zwycięskiej dla Filistynów bitwie pod Afek - o której wspomniałem na początku). Mieli oni w swych szeregach potężnego wojownika, którego wszyscy się lękali - olbrzyma o imieniu Goliat. Do bitwy długo nie dochodziło, ponieważ Izraelici obawiali się liczebności Filistynów z Gat i siły owego Goliata, ale do walki z nim zgłosić miał się właśnie Dawid, który - jak twierdzi biblijny przekaz - trafić miał olbrzyma kamieniem wypuszczonym ze swej procy, prosto w jego czoło, po czym tamten padł na ziemię martwy. Ile w tym prawdy? Wydaje mi się że niewiele, tym bardziej że Dawid nie był wcale sprawcą śmierci owego Goliata. Zabić go miał bowiem wojownik Elhannan (2 Sm. 21,19), a dopiero potem wydarzenie to zostało przypisane Dawidowi (zapewne twórcy Starego Testamentu uznali że postać pasterza z procą w ręku, pokonującego olbrzyma Goliata, lepiej się "sprzeda" w przesłaniu skierowanym do ludu pozostającego w zniewoleniu). W każdym razie bitwa została wygrana (choć oczywiście nie doszło do takiej masakry Filistynów, jaką przedstawili twórcy Starego Testamentu, dając upust swojej fantazji).




Co zmieniła bitwa w dolinie Azeka? Wydaje się że też niewiele lub zgoła nic (może poza faktem, że zniesiono dotychczasowy zakaz wytwarzania broni przez Izraelitów, którzy wcześniej musieli się zaopatrywać w potrzebne im miecze, tarcze i włócznie w miastach Pentapolis. W Księdze Samuela jest bowiem zapisane: "W całej ziemi izraelskiej nie można było znaleźć kowala, gdyż Filistyńczycy uważali, że Hebrajczycy mogliby sobie sporządzić miecze lub oszczepy. Więc cały Izrael chodził do Filistyńczyków, jeśli chcieli sobie naostrzyć swój lemiesz czy motykę, czy siekierę, czy oścień. Gdyż naprawa wyszczerbionych ostrzy lemieszów i motyk, i trójzębnych wideł, i siekier i nasadzanie ościeni na drągi u nich tylko było możliwe. Toteż czasu wojny nie było ani miecza, ani oszczepu w ręku całego zastępu, który był z Saulem i Jonatanem. Tylko Saul i Jonatan, jego syn, mieli je" (1 Sm 13,19–23)). Ponoć po tej bitwie Saul mianował Dawida dowódcą swej straży przybocznej. Szybko jednak doszło do konfliktu pomiędzy nimi, a powodem tego była zazdrość króla o popularność, jaką Dawid cieszył się wśród ludu. Z czasem między Saulem a Dawidem doszło do prawdziwej wrogości, a król nawet cisnął w jego stronę włócznią. Ostrzeżony przez Jonatana iż król czyha na jego życie, zbiegł Dawid z Gibea i udał się do Nob, gdzie uzyskał schronienie u tamtejszego kapłana Ewiatara (zwanego też Ahimelekiem). Król - dowiedziawszy się o ucieczce Dawida do Nob, postanowił skazać całe miasto na zagładę i wyznaczając do tej roli Doega Edomitę, wymordować miał w mieście 85 kapłanów, oraz setki mężczyzn, kobiet i dzieci, a także woły, osły i owce - wszystko żywe co posiadali mieszkańcy Nob. Ocalał z rzezi jedynie Ewiatar wraz ze swym synem - Achitubem, którzy zbiegli stamtąd razem z Dawidem i schronili się w jaskini Adullam, położonej na południowej pustyni. Następnie Dawid zaciągnął się na służbę u filistyńskiego serena Gat - Achisza, który oddał mu na czas pełnienia służby najemnej miasto Siklag. Tam też Dawid zgromadził różnych awanturników, niechętnych Saulowi i poślubił córkę zamożnego hodowcy kóz - Abigail.

A w tym czasie doszło do kolejnej, trzeciej już wielkiej wojny pomiędzy Filistynami a Izraelitami za rządów króla Saula. Do starcia doszło na północy Kanaanu, w dolinie Jezreel pod Gilboa (ok. 1006 r. p.n.e.). Nie wiadomo dokładnie z jakich miast wywodzili się filistyńscy wojownicy, ale można założyć że skoro do konfrontacji doszło na północy, to mógł to być Ekron, Gezer i ewentualnie Aszdod; w każdym razie bitwa zakończyła się totalną klęską Izraelitów. Na polu bitwy poległo trzech synów Saula (w tym Jonatan), a sam król - ranny w brzuch - popełnił samobójstwo. Bez wątpienia stroną agresywną okazali się tutaj Filistyni, którzy uderzyli z całym swym impetem dzięki swej doborowej jeździe i wozach bojowych, kruszących izraelskie szeregi. Odciętą głowę Saula Filistyni złożyli w świątyni boga Dagona w Ekronie, jego ciało przybili do murów miasta Bejt-Szean, a zbroję zanieśli do świątyni bogini Asztarte. Królestwo Izraela rozpadło się a plemiona Beniamina i Efraima ponownie doświadczyły filistyńskiego jarzma. Późniejsi twórcy Starego Testamentu uznali, że klęska pod Gilboa była wynikiem bezbożności Saula i tym, że bliskie mu były również wierzenia filistyńskie i kananejskie. Poza tym stosunki Saula z kapłanami układały się - w zależności od okresu - od znośnych do bardzo złych, a wymordowanie w Nob 85 kapłanów rękoma poganina Doega, było tylko tego ukoronowaniem. Nic więc dziwnego że panowanie Saula nie zostało opisane pozytywnie a król ten przeszedł do historii jako antyteza Dawida i jego szczęśliwych dla kraju rządów. Słowo pisane jest siłą, która kształtuje umysły i przekonania późniejszych pokoleń co nie pamiętały już że Saul był silnym władcą, który (przynajmniej próbował) zrzucić filistyńskie jarzmo i w pewien sposób mu się to nawet udało (szczególnie po zwycięstwie w dolinie Azeka), choć nie był w stanie dokonać ekspansji na ziemie już opanowane przez Filistynów. Był to również człowiek mężny i obdarzony charyzmatem prawdziwego władcy, który nie docenił potęgi ówczesnej Filistei i zapłacił za to najwyższą cenę, tracąc synów, królestwo i życie. Teraz Dawid - ogłoszony nowym władcą - musiał wszystko zaczynać od początku.




CDN.

01 kwietnia 2026

HISTORIA ŻYCIA - WSZECHŚWIATA - WSZELKIEJ CYWILIZACJI - Cz. XLIV

I IMPERIUM ATLANTYDY
Cz. II





"JEDNO PRAWO"
POWSTANIE "SYNÓW BELIALA" i... 
WOJNA ZE ZWIERZĘTAMI
 (58 000 - 50 000 r. p.n.e.)


ZAKON "SYNÓW BELIALA"
I "JEDNO PRAWO"




 70 000 lat temu, władcy Imperium MU postanowili podporządkować sobie inne ziemie na wschód i zachód od ich wyspy. Atakiem na kierunku wschodnim przewodziły dwie grupy Aremonian z MU - Toltekowie i Tlawatlowie. Wyspa Atlantyda - którą zamierzano zdobyć - składała się wówczas z trzech części, wyspy RUTII oraz mniejszych wysepek - ARYAN i OG, zamieszkałych przez ludy Praturańczyków, Prasemitów, Rmoahalów i napływowych Akadyjczyków. W tym czasie owe ludy nie stanowiły większego zagrożenia, a czasy swej świetności miały dawno za sobą. Tak więc Aremonianie szybko opanowali obie wyspy i założyli swą stolicę w środkowo-wschodniej części Rutii (z której potem - czyli ok. 50 000 r. p.n.e. - powstanie wyspa Poseidia). Nadali jej nazwę - ATLANTYDA. Społeczeństwo Atlantów z MU rozwijało się i umacniało przez prawie 12 tysięcy lat. W tym czasie Toltekowie i Tlawatlowie z Atlantydy rozwinęli do perfekcji swą naukę, przemysł (w tym górnictwo - będące na bardzo wysokim poziomie), handel, system monetarny, religię (będącą podstawą społeczeństwa Atlantów), oraz bardzo rozbudowany przekrój społeczny z rozwiniętym (niestety) systemem niewolniczym. To wszystko trwało i rozwijało się do ok. 58 000 r. p.n.e. kiedy to zaczęły pojawiać się pierwsze symptomy dekadenci. Owa dekadencja rozpoczęła się wraz z zaistniałymi wówczas zmianami społecznymi i etnicznymi.

58 000 r. p.n.e. jest tu pewną cezurą, gdyż od tej daty daje się zauważyć na wyspach (i w samej stolicy) pojawianie się pierwszych Białych przybyszy z innych rejonów tamtejszej Ziemi, którzy byli potomkami (głównie) przybyszy z Malony lub Alpha Centauri. Atlanci (społeczeństwo I Imperium Atlantydy, wywodzące się od Tolteków i Tlawatlów z MU) nie przeciwstawiali się początkowo obcej imigracji (refugees welcome 🥴), a nawet zapewniono przybyszom te same warunki, jakimi cieszyli się obywatele I Imperium. Wkrótce zaczęły powstawać pierwsze niesnaski. Powodem konfliktu stała się zarówno oświata, nauka jak i religia (przybysze pragnęli wprowadzić swe własne kulty, jako równorzędne z dawną religią Atlantydy), oraz stosunki społeczne (szczególnie te dotyczące kapłaństwa kobiet oraz ich prawa do edukacji). Zaczęło się jednak od krytyki systemu nauczania, które funkcjonowało niezmiennie przez prawie 12 tysięcy lat. Chodziło o szkoły, które w całości były prowadzone przez kapłanów i kapłanki, a w których uczono zarówno chłopców jak i dziewczęta między innymi metod posługiwania się siłą swego umysłu i wykorzystywania zdolności paranormalnych. Krytyka bardzo szybko zamieniła się w otwarty bunt, na którego czele stanął Biały potomek kolonistów z Malony, który przybył do Atlantydy wraz z rodzicami jeszcze jako dziecko i uzyskał tutaj tytuł i prawa - "Obywatela Imperium" - BELIAL.

Ruch Beliala stawał się coraz potężniejszy a jego zwolennicy założyli zakon i obwołali go swym duchowym (i politycznym) przywódcą. Zakon ten otrzymał nazwę: "Synów Beliala". Ich program zakładał "odnowę" moralną społeczeństwa Atlantów, wyrzeczenie się dawnych religijnych nawyków, reformę edukacji, oraz ograniczenia pozycji kapłanek w świątyniach. Ruch ten zaczął zdobywać poparcie nie tylko wśród Białych przybyszy, lecz także i wśród Czerwonoskórych mieszkańców Atlantydy. Z czasem zaczął się szerzyć także i wśród elit, czego dowodem było wprowadzenie do świątyń posągów - początkowo dawnych bohaterów i kapłanów (z czasem zastąpią oni miejsca posągom bogów, sprowadzonych przez Białych kolonistów z Malony). Belial otrzymał początkowo dla swego zakonu pięć świątyń w samej Atlantydzie (co nie było wiele, zważywszy na ich ogromną w tym mieście liczbę). Jednak uzyskał również pozwolenie na budowę własnego "miasta zakonnego" w pewnej odległości od samej Atlantydy. Miasto to otrzymało nazwę - ATLA-RA


ATLA-RA



Społeczeństwo Atla-Ra było ściśle hierarchicznie podporządkowane swemu przywódcy (oraz jego następcom), zaś ani król, ani władza państwowa nie miały prawa ingerować w to, co działo się za jego murami (nie była to żadna nowość - w społeczeństwie Atlantów kapłani i kapłanki cieszyli się bardzo dużym szacunkiem i byli "nietykalni" - co znaczy że żadna władza świecka, nawet sam król - nie miał prawa ich uwięzić ani skazać, podlegali bowiem swym własnym sądom świątynnym). O ile bowiem w Atla-Ra i sekcie "Synów Beliala" dominowali mężczyźni (jako kapłani), to jednak zdarzały się też i kobiety w roli kapłanek (choć należały do rzadkości). Było tak wówczas, gdy dany kapłan nie miał synów, którzy mogliby pójść w jego ślady. Wówczas (jeśli ją posiadał) jedynie córka była kontynuatorką jego rodu i znaczenia. Centralne miejsce w mieście Atla-Ra stanowiła Wielka Świątynia, widoczna tam z każdego miejsca. Otoczona była ośmioma przezroczystymi kryształami, pobierającymi energię słoneczną i przesyłającymi ją do wnętrza świątyni. W samej świątyni ustawiono personifikacje największych żywiołów - Ognia, Wody, Ziemi i Wiatru. Modlono się do nich i traktowano jak bogów, a wielki pomnik Boga Morza stał również przed wejściem do świątyni.


WIELKA ŚWIĄTYNIA ATLA-RA
(KRYSZTAŁY KUMULUJĄCE ŚWIATŁO SŁONECZNE)



Te wszystkie zmiany, które powoli się dokonywały, napotkały sprzeciw dawnych kapłanów i kapłanek z Wielkiej Świątyni, a szczególnie z Błękitnej Świątyni. Ich presja - wywierana głównie na królu i arystokracji dworskiej - poskutkowała wydaniem odpowiednich przepisów, stawiających tamę ekspansji sekty "Synów Beliala". Przepisy otrzymały nawę "Jednego Prawa". Prawo to nie tyle godziło w religię "Synów Beliala", co raczej w ich pozareligijną działalność, która skupiona była na rozwoju nauk związanych z klonowaniem ludzi i łączeniem genów. "Jedno Prawo" kategorycznie zabraniało klonowania ludzi, a kapłanów-genetyków, zajmujących się tym tematem - ścigało z całą bezwzględnością. Było to już wyraźne złamanie zasady nieingerencji władz świeckich w prawa kleryków. Ponieważ zaś ogromna większość kapłanów z sekty "Synów Beliala" zajmowała się (w takiej czy innej formie) klonowaniem i tworzeniem zwierzęco-ludzkich hybryd, było jasne że to oni staną się ofiarą nowego prawa, co w konsekwencji doprowadzi do upadku sekty i nowej wiary. "Jedno Prawo" było tak skonstruowane, że nie poruszało kwestii kultu religijnego czy zgromadzeń zakonnych, lecz jednocześnie uznawało za przestępców i zbrodniarzy (przeciwko naturze) tych, którzy parali się klonowaniem (czyli jakieś 90% kapłanów z Zakonu Synów Beliala). Było pewne że dojdzie do starcia.

 
REBELIA


 Powstanie Synów Beliala przeciwko zasadom Jednego Prawa wybuchło ok. 52 000 r. p.n.e. Rebelianci opanowali całą wyspę OG i kilka miast na wyspach Aryan i Rutii. Nie udała im się próba zdobycia miasta-stolicy Atlantydy. W tym czasie królem Atlantydy był SAID, który w dość krótkim (kilkanaście lat) czasie stłumił rebelię, zdobywając OG i Atla-Ra. Wydawało się że dni zakonu i jego dalsze istnienie - jest już policzone, że Synowie Beliala już się nie podniosą po tej klęsce jaką im zadano. I rzeczywiście - ogromna większość członków zakonu musiała opuścić obie wyspy, oraz samą Atlantydę i szukać szczęścia w innych krajach. Sytuacja jednak się zmieniła (choć trwało to kilkaset lat, a przez ten cały czas Synowie Beliala musieli zejść do podziemia, gdyż byli poszukiwani i uważani za zdrajców, a ich zakon oficjalnie został rozwiązany), gdy problemem Atlantów stali się nie zwolennicy nowej religii - tylko... dzikie zwierzęta.


WOJNA ZE ZWIERZĘTAMI




Od czasu gdy Lirianie i Plejadianie podstępem zniszczyli (ok. 65 milionów lat temu) gadzią populację na Ziemi, znaną nam pod ogólną nazwą - Dinozaurów, nie było tak wielkich i tak niebezpiecznych zwierząt, jakie pojawiły się ok. 50 000 r. p.n.e. Te zwierzęta były hybrydami genetycznymi, a powstawały w świątyniach Synów Beliala. Gdy eksperymentów genetycznych prawnie zabroniono, a zakon utracił swe świątynie i zszedł do podziemi, nie oznaczało to likwidacji już wcześniej stworzonych gatunków. Więcej, teraz krzyżowały się one z tymi gatunkami, które dotąd żyły na Ziemi, co spowodowało powstanie gigantycznych form zwierzęcych. Natura kończyła dzieło, rozpoczęte ludzkimi rękoma. Z czasem było ich tak wiele, że zagrożone "zwierzęcą inwazją" stało się samo miasto Atlantyda. Spustoszenie siały ogromne ptaki nieloty, które żywiły się ludzkim mięsem i dla niepoznaki ukrywały w lasach lub wysokiej trawie. Były też ogromne ptaki latające - zwane Diatrymami, które chwytały swą zdobycz (np. człowieka) i zanosiły do swych gniazd, ulokowanych w wysokich partiach górskich. Ogromne tygrysy i pantery, wielkie słoniowate zaczęły poważnie utrudniać życie mieszkańcom wysp(y). Nie byli oni jednak jedynym problemem Atlantów.

Znacznie gorszym (bo używającym inteligencji) były zwierzęco-ludzkie hybrydy, które rozpoczęły "polowanie na ludzi". Synowie Beliala (ich stwórcy) używali ich jako swą służbę oraz domowe zwierzątka. Traktowano ich gorzej niż niewolników, byli zwierzętami, lub wręcz rzeczami. Te istoty nie posługiwały się mową artykułowaną, lecz "zwierzęcymi dźwiękami", były jednak na tyle inteligentne, że potrafiły posługiwać się bronią. Teraz stały się większą plagą niż normalne zwierzęta. Walka z nimi wymagała zgody i pojednania całego społeczeństwa Atlantów, zarówno Czerwonoskórych jak i Białych, dlatego postanowiono zakończyć prześladowania zakonu Synów Beliala. Uczyniono tak, nie wiedząc że przyniesie to zgubę I Imperium Atlantydy.


MORALNY UPADEK
ATLANTÓW I IMPERIUM




Nim doszło do zwołania Kongresu Atlantów, na którym miano zrehabilitować członków zakonu "Synów Beliala", już od dłuższego czasu społeczeństwo I Imperium Atlantydy trawił wewnętrzny "rak". Społeczeństwo zaczęło niewieścieć. Powszechny dobrobyt, wszechobecny luksus i brak obowiązku pracy (a szczególnie pracy fizycznej) wśród obywateli (najcięższe i najtrudniejsze prace - były wykonywane przez niewolników), odbił się negatywnie na "kręgosłupie moralnym" tamtejszego społeczeństwa. O ile bowiem nauka i osiągnięcia techniczne Atlantów rozwijały się wciąż w niezmienionym tempie (a nawet w znacznie zwiększonym, od czasu założenia zakonu Synów Beliala), o tyle zaczęła podupadać duchowość. Zaczął się odwrót od religijności, a jednocześnie nastąpił wysyp wszelkiego typu sekt i mistyków, którzy głosili swoje "prawdy objawione". Społeczeństwo Atlantydy coraz bardziej pragnęło przede wszystkim skupić się na "tu i teraz", w tym na odkrywaniu i wyzwalaniu własnej cielesności. Zaczęła szerzyć się perwersja seksualna w najbardziej odpychających formach (pedofilia, kazirodztwo, pederastia, zoofilia), a jednocześnie rozpoczął się proces afirmacji "nie-heteronormatywnych" praktyk seksualnych i społecznych.

Oczywiście na ten stan rzeczy wpłynęło wiele czynników - jak zgoda na osiedlenie się na wyspie i w samej stolicy, imigrantów z innych krain. Wnosili oni swoją kulturę i tradycje, swoją religię i historię, bardzo rzadko też się asymilowali. Kolejnym powodem upadku moralnego społeczeństwa I Imperium Atlantydy było powstanie sekty "Synów Beliala", co wpłynęło negatywnie na późniejszą historię wyspy. Religia zakonu była bowiem bardzo materialistyczna i zupełnie odmienna od dotychczasowych kultów odprawianych w świątyniach Atlantydy. Przede wszystkim skupiano się na afirmacji ludzkiej cielesności, tworzono bogów o twarzach i rysach ludzkich, jako personifikacje sił przyrody. Przestano skupiać się na modlitwie jako takiej, natomiast afirmowano "fizyczną religijność" w pełnym tego słowa znaczeniu (głównie poprzez misteria, "odpusty" itp.). Trzecim powodem upadku tego społeczeństwa, był proceder klonowania i łączenia genów ludzko-zwierzęcych, co spowodowało powstanie przedziwnych hybryd. Rebelia zakonu "Synów Beliala", jej upadek, wojna ze zwierzętami (oraz z ludzko-zwierzęcymi hybrydami), również dołożyła swoje. 


SPOŁECZEŃSTWO I IMPERIUM ATLANTYDY 
(TOLTEKOWIE, TLAWATLOWIE, AKADYJCZYCY I BIALI MALONIANIE)



Ale tym, co odbiło się negatywnie (w sposób bezpośredni) na społeczeństwie Atlantów i doprowadziło do przejęcia władzy nad wyspą przez Białych kolonistów z Malony, była katastrofa naturalna, która ok. 50 000 r. p.n.e. zatopiła większą część kontynentu Rutii, oraz wyspy Aryan i OG. Wywołało to kolejny upadek duchowości Atlantów, zważywszy że wyspa Poseidia - która przetrwała ów potop - była jedynie częścią dawnej Rutii - zginęły miliony Atlantów. Tym wszystkim negatywnym tendencjom, próbowali przeciwdziałać kapłani i kapłanki spod znaku "Jednego Prawa" - czyli dawnych kultów i dawnej atlantyckiej duchowości. Przychodziło im to jednak z coraz większym trudem. Jeszcze jednym z powodów moralnego upadku Atlantów, była paradoksalnie... wiedza. Tak, wiedza, a raczej jej nadmiar. Świadomość potężnej wiedzy budzi bowiem w człowieku pychę, skłaniając go do używania jej w celach egoistycznych - to go gubi, niszczy. Tak też zniszczono pierwotną cywilizację I Imperium Atlantydy, tworząc zdeformowane społeczeństwo, zdeformowanego (również poprzez klęski naturalne) kraju.


 CDN.

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...