Oto kolejna część niezwykłych zdjęć z czasów i epok których już nie ma, ludzi którzy zniknęli w mrokach dziejów i tylko dzięki owym fotografom mogą jeszcze przetrwać w ludzkiej pamięci
(PS: Zdjęcia zostały pokolorowane przez Mikołaja Kaczmarka)
MARIAN HEMAR (dramaturg, satyryk, autor tekstów piosenek)
i JAN KIEPURA (śpiewak koncertowy, aktor)
(WARSZAWA)
(1933)
SAMOCHODOWY RAJD KOBIET
(WARSZAWA)
(1936)
KRYSTYNA ANKWICZ-SZYJKOWSKA
(aktorka, przy swoim samochodzie)
(KRAKÓW)
(1938)
11 LISTOPADA 1927
ŚWIĘTO NIEPODLEGŁOŚCI
(9 LAT WOLNEJ POLSKI)
(WARSZAWA)
EUGENIUSZ BODO i SAMBO
(aktor ze swoim psem)
(1933)
EUGENIUSZ BODO
(zamordowany przez Sowietów w łagrze - 7 października 1943 r. Zdjęcie więzienne)
JADWIGA BIEŃKO
(miss Polonia USA z wizytą w Polsce)
WARSZAWA
(OGRÓD SASKI)
(Czerwiec/Lipiec 1939)
JÓZEF PIŁSUDSKI
(Zdjęcie legionowe z czasów I Wojny Światowej)
JÓZEF PIŁSUDSKI
(WILNO)
(1930)
POSTÓJ TAKSÓWEK
(KRAKÓW)
(1931)
POSTÓJ DOROŻEK
(POZNAŃ)
(ul. Ratuszowa)
(ok. 1920)
JÓZEF PIŁSUDSKI Z CÓRKĄ
(GDYNIA - powrót z Madery)
(1931)
WOJCIECH KOSSAK
(malarz w swojej pracowni w trakcie malowania Orląt Lwowskich)
(1926)
GDZIEŚ NA POLESIU
(ok. 1932)
gen. MICHAŁ KARASZEWICZ-TOKARZEWSKI
(Dowódca Armii Krajowej i współtwórca Polskiego Państwa Podziemnego. Zdjęcie z początku lat 30-tych)
JÓZEFA DRZEWOWSKA
(Modląca się w czasie bombardowania Warszawy przez Niemców we wrześniu 1939)
ZYGMUNT AKSJENOW
(We wrześniu 1939 r. jego dom rodzinny został zbombardowany a jemu udało się cudem uratować, ocalił jeszcze swojego kanarka)
"Bądźcie bezlitośni, bądźcie brutalni… Obecnie tylko na wschodzie umieściłem oddziały SS Totenkopf, dając im rozkaz nieugiętego i bezlitosnego zabijania kobiet i dzieci polskiego pochodzenia i polskiej mowy, bo tylko tą drogą zdobyć możemy potrzebną nam przestrzeń życiową"
ADOLF HITLER
WRZESIEŃ 1939
(bez komentarza)
WRZESIEŃ 1939
(ta dziewczynka wyszła na chwilę do koleżanki, gdy wróciła, jej rodzinnego domu już nie było a wszyscy członkowie rodziny zginęli. Został jej tylko piesek)
JULIEN BRYAN
(Amerykański fotoreporter pociesza 12-letnią KAZIĘ MIKĘ, rozpaczającą nad ciałem jej siostry, która zginęła w wyniku bombardowania)
(WARSZAWA)
(Wrzesień 1939)
(Oboje spotkali się ponownie w 1958 r.)
BYDGOSZCZ
(Grupa polskich nauczycieli tuż przed egzekucją, na pierwszym planie Władysław Biliński. Wszyscy zginęli strzałem w głowę wykonanym przez niemieckich morderców)
(Wrzesień 1939)
JADWIGA PIŁSUDSKA
(Porucznik pilot Wojska Polskiego, tutaj w Wielkiej Brytanii w służbie RAF)
(lata 40-te)
porucznik pilot ANTONI GŁOWACKI
(as myśliwski II Wojny Światowej w ciągu jednego dnia - 24 sierpnia 1940 r. zestrzelił 5 niemieckich samolotów, przez cały okres Bitwy o Anglię nikt nie pobił tego rekordu)
Na powyższym filmiku widać jak na dłoni jak bardzo silny w starszym pokoleniu Niemców (tym pamiętającym jeszcze czasy przedwojenne III Rzeszy) był sentyment do Adolfa Hitlera. Można się oczywiście oburzać, że pokazana wyżej babcia żyje we własnym świecie i nie dostrzega podpuszczeń oraz kpin swojej własnej rodziny, ale klip ten jasno pokazuje też, że owa babcia realnie podziwia Adolfa Hitlera. Kilkadziesiąt lat po najstraszniejszej z wojen, po zniszczeniu Niemiec i sprowadzeniu ich do roli amerykańskiej satelity, ta kobieta wciąż pamięta dobre, przedwojenne czasy III Rzeszy, a toast który wnosi za pomyślność Adolfa Hitlera jest dokładnym tego dowodem. Wierzcie mi lub nie, ale takich jak ona w tamtym pokoleniu było mnóstwo Niemców dla których dojście do władzy narodowych-socjalistów było związane przede wszystkim z poprawą poziomu życia - nawet jeśli nie bezpośrednio materialnego, to na pewno z nowymi doświadczeniami, chociażby w możliwości podróżowania po kraju w ramach oczywiście organizacji Hitlerjugend czy Bund Deutscher Mädel. Najlepiej jednak niech o tym opowiedzą ci, którzy tego bezpośrednio doświadczyli i którzy po latach wyznają jak zmieniło się ich życie po dojściu narodowych-socjalistów do władzy w Niemczech.
I
MARIANNE GÄRTNER
Marianne Gärtner przyszła na świat w 1926 r. w Berlinie. Oboje jej rodzice należeli do zwolenników (czy też wręcz entuzjastów) partii narodowosocjonistycznej. Jej ojciec - zamożny przedsiębiorca, powiedział jej kiedyś, że Hitler to ktoś, kto przybył: "by wyzwolić swój naród i swój kraj", a dziewczynka z czasów młodości zapamiętała że nowy mundur jej taty zawsze wisiał w szafie pomiędzy eleganckim garniturem a smokingiem.
Marianne opowiadała, że po 1933 r. w jej szkole zaszło wiele zmian: "Żaden z moich schludnie ubranych, dobrze wychowanych kolegów z podstawówki nie kwestionował nowych książek, nowych piosenek, nowego programu nauczania, nowych zasad ani nowego standardowego scenariusza, a kiedy - zgodnie z narodowo-socjalistyczną polityką oświatową - zwiększono liczbę godzin wychowania fizycznego kosztem lekcji religii czy innych zajęć, a do programu dodano konkurencyjne zajęcia terenowe, mniej pilni i szybkonodzy wśród nas byli pozytywnie zachwyceni. Rektor nam to wyjaśnił: "sprawność fizyczna jest wszystkim! Tego chce dla ciebie Fuhrer! Tego chcesz aby urosnąć w siłę i zdrowie!"
"W klasie, Frau Bienert, nasza wychowawczyni, wyjaśniła, dlaczego zdrowy umysł znajduje się tylko w zdrowym ciele, i zamiast dwóch lekcji wychowania fizycznego w tygodniu zmieniony plan obejmował codzienne zajęcia i obowiązkowe cotygodniowe popołudniowe gry. Biegając, skacząc, rzucając piłką, wspinając się po linie, huśtając się na drążkach czy wykonując ćwiczenia rytmiczne do muzyki, płynnie wpasowaliśmy się w nowy schemat rzeczy, w schemat, który dla większości z nas wydawał się atrakcyjną cechą narodowego socjalizmu, godzina spędzona na siłowni czy na boisku sportowym wydawała się nieskończenie lepsza niż pocenie się nad arytmetyką czy nad gramatyką niemiecką".
"Podobał mi się nowy program ćwiczeń fizycznych, ale nie głośne, agresywne piosenki, których musieliśmy się nauczyć, a których teksty nasz nauczyciel od muzyki recytował żałobnym głosem. A Fraulein Kanitzki urodziła się w Kamerunie i cierpiała na ataki malarii, co w naszych oczach uprawniało ją do pewnego rodzaju ekscentryczności. I nie było tajemnicą, że nigdy nie podniosła ręki w "Heil Hitler!" aby powitać nas na początku lekcji lub na szkolnych korytarzach; zawsze ściskała pod prawą ręką nuty lub książki, co uniemożliwiało jej wykonanie przepisanego ruchu. W końcu nowe powitanie było nudne. Ramię w górę, ramię w dół. Góra dół. Ale teraz w Niemczech było to oficjalne salutowanie i wszyscy, łącznie z moim ojcem, robili, co im kazano".
"Pewnego dnia, dość stosownie w dniu urodzin Hitlera, powołano moją grupę wiekową i złożyłam przysięgę: "Obiecuję zawsze wypełniać swój obowiązek w Hitlerjugend, w miłości i lojalności wobec Führera". Służba w Hitlerjugend, jak nam powiedziano, była honorową służbą dla narodu niemieckiego. Kiedy podniosłam prawą rękę, nie myślałam jednak o Führerze ani o służbie narodowi niemieckiemu, ale o atrakcyjnej perspektywie uczestniczenia w grach, sporcie, pieszych wędrówkach, śpiewaniu, obozowaniu i innych ekscytujących zajęciach poza szkołą i domem. Mundur, odznaka, przysięga, pozdrowienie. Wydawało się, że nic w tym nie ma. Ale to nie tak. W ten sposób bowiem bezsprzecznie i gładko, jak jeden dzień przechodzi w drugi, uzyskałam członkostwo i od razu uczęszczałam na zebrania, brałam udział w grach i zawodach w piłkę, brałam udział w weekendowych wędrówkach".
"Były teraz wykłady o narodowym socjalizmie, opowieści o współczesnych bohaterach i o Hitlerze, politycznym bojowniku, podczas gdy fragmenty "Mein Kampf" były wykorzystywane do objaśniania nowych doktryn rasowych. I nie było nic dwuznacznego w roli matki, jaką Führer oczekiwał od niemieckich kobiet. Na jednym ze spotkań, zwracając się do nas o potrzebie dużych, zdrowych rodzin, liderka zespołu zabrała głos: "Nie ma większego zaszczytu dla Niemki niż rodzenie dzieci dla Führera i dla Ojczyzny! Führer orzekł, że żadna rodzina nie będzie kompletna bez co najmniej czworga dzieci i że co roku, w dniu urodzin jego matki, wszystkie matki mające więcej niż czworo dzieci zostaną odznaczone Mutterkreuz" (odznaczenie to, podobne było do Żelaznego Krzyża i miało trzy kategorie: brązowa, srebrną i złotą, w zależności od liczby dzieci).
"Makijaż i palenie stały się grzechami głównymi kobiety" (Hitler nie lubił malujących się kobiet, twierdził bowiem że malują się tylko dzikusy a porządne Niemki powinny być naturalne; co się zaś tyczy palenia papierosów, to w ogóle nie wchodziło w rachubę, gdyż palącą kobietę Hitler porównywał do prostytutki, czyli niegodnej szacunku niewiasty w społeczeństwie nowych Niemiec). "Niemka nie maluje się! Malują się tylko Murzyni i dzikusy! Niemka nie pali! Ma obowiązek wobec swojej rodziny i narodu dbać o zdrowie i kondycję! Nagle z sali padło pytanie: "Dlaczego Führer nie jest żonaty i sam nie jest ojcem?" Było to niewinne pytanie, pozbawione zuchwałych insynuacji że Führer powinien praktykować to, co głosił. Cisza wypełniła pobielony pokój, ale liderka zespołu nie udzieliła ani odpowiedzi, ani nie zganiła pytającej. Obrzuciła ją jedynie morderczym spojrzeniem".
"A teraz chcę, żebyście wszystkie nauczyły się pieśni Horsta Wessela do przyszłej środy. Wszystkie trzy wersety. I nie zapomnijcie o wiecu w sobotę! Upewnijcie się, że macie czyste bluzki, wypolerowane buty, zaróżowione policzki i pogodny głos! Heil Hitler! Możecie odejść" - rzekła nasza liderka".
"Zapewne nie było niespodzianką, że zanim skończyłam trzynaście lat, moja początkowa euforia z Wanderlied (śpiewy podczas pieszych wędrówek) i biwakowania opadła i poczułam się znudzona ruchem, który nie tylko nie tolerował indywidualistów, ale oczekiwał od swoich członków czczenia flagi, jakby to był Bóg Wszechmogący i który kazał mi maszerować lub stać całymi godzinami w bloku, słuchać męczących lub podburzających przemówień, śpiewać nie skomponowane piosenki, lub krzyczeć "Führerze, wydaj rozkaz, pójdziemy za tobą!" - jedno z wielu haseł, które jakimś cudem wpadały jednym uchem, a drugim wypadały. Ale byłam na tyle dorosłą, by zdawać sobie sprawę, że nieobecność na spotkaniach grupowych i masowych lub negatywna odpowiedź na żądania ruchu byłaby traktowana jako nieprzystosowanie polityczne, pomyślałam więc że mądrze jest nie wychodzić poza szereg. "Pamiętaj, że jesteś Niemką!" mówili, i że jest tylko "Jedna Rzesza, Jeden Naród, Jeden Führer!" - motto, które, podobnie jak inne, trąbione wystarczająco głośno i długo, często niebezpiecznie zbliżało się do prawdy biblijnej".
Marianne wzięła też udział w Konkursie Młodych otwierającym Igrzyska Olimpijskie w Berlinie w 1936 r. "Mój ojciec zorganizował bilety na najważniejsze imprezy lekkoatletyczne, a ja miałam zaszczyt patrzeć, jak Jesse Owens ustanawia nowe rekordy świata, Japończyk wygrywa maraton, a fińscy biegacze triumfują na długich dystansach… Kiedy obserwowałam sportowców i dzieliłam euforię mistrzów oraz rozczarowanie przegranych, obgryzałam paznokcie, wiwatowałam, klaskałam lub wzdychałam wraz z tłumem".
Wkrótce potem jej rodzice się rozwiedli, a ona została skierowana do Poczdamu, do tamtejszego domu dla sierot i córek z rozbitych małżeństw. Uczęszczała tam również do miejscowej płatnej szkoły dla dziewcząt, uczono ją tam że ona, jako Niemka należy do rasy panów: "Szczególny okres dotyczył roli, jaką Żydzi odegrali w niemieckiej gospodarce i zagrożenia, jakie stanowili dla rasy panów. Na poparcie wykładu wyświetlono film, który przedstawiał archetypowego Żyda jako uprzejmego, brzuchatego i chytrookiego typa, pozującego obok gigantycznych worków z pieniędzmi. Alternatywnie był przedstawiany jako długobrody, zapadnięty strach na wróble, który budził strach i odrazę. Ścieżka dźwiękowa informowała: "Żydzi są wrzodami na niemieckim firmamencie, wrzodami na karkach narodu niemieckiego, podludzkim gatunkiem porównywalnym tylko ze szczurami!" Był to głos kipiący mrożącą krew w żyłach nienawiścią: "Trzeba ich wytępić!"
Marianne była też utalentowaną sportsmenką: "W drugiej klasie szkoły okazało się, że jestem dobra w sporcie. Odciskałam swoje piętno nie tylko na sali gimnastycznej, ale na boisku sportowym, gdzie biegałam szybciej, skakałam dalej lub wyżej, i udało mi się włożyć więcej siły w grę w piłkę niż komukolwiek innemu. Bycie w czymś dobrym i poczucie wyższości nad resztą klasy przez co najmniej godzinę dziennie było ekscytującym doświadczeniem, ponieważ towarzysko, w moim szarym, instytucjonalnym stroju, znajdowałam się daleko od córek utytułowanych rodziców, wysokich rangą oficerów i urzędników państwowych". Wkrótce potem wstąpiła też do Niemieckiej Ligi Dziewcząt (BDM). "Byłyśmy szkolone w spartańskiej surowości, uczone obchodzenia się bez kosmetyków, ubierania się w najprostszy sposób, nie okazywania próżności, spania na twardych łóżkach, i wyrzekania się wszelkich kulinarnych przysmaków. Idealnym wizerunkiem tych szerokich bioder, nieobciążonych gorsetami postaci był promienny blond, zwieńczony włosami ułożonymi w kok lub zaplecionymi w koronę z warkoczy. Jako negatywny obraz kobiety nazistowska propaganda przedstawiała wojownicze, nienawidzące mężczyzn sufrażystki z innych krajów".
Wybuchu II Wojny Światowej i jej konsekwencji dla milionów ludzi w Europie, Marianne Gärtner nie doświadczyła. Należąc do Niemieckiej Ligi Dziewcząt uprawiała sport, brała udział w wycieczkach krajoznawczych, śpiewała pieśni patriotyczne i propagandowe i żyła jakby obok wydarzeń dziejących się wówczas w całej Europie. W 1942 r. skierowana została do Mediolanu na Młodzieżowe Mistrzostwa Europy w Lekkiej Atletyce. "Ceremonia otwarcia igrzysk z podniesieniem flagi, fanfarami i masowymi pokazami przypomniała mi olimpiadę w Berlinie sześć lat temu. (...) Teraz, zamiast Führera, hrabia Ciano, minister spraw zagranicznych Włoch, przyjął w marszu pozdrowienie uczestników i po porywającej przemowie ogłosił otwarcie igrzysk... Stadion, nad którym wcześniej ulewne deszcze utworzyły kopułę wilgotnego upału, wypełniły tysiące kibiców w radosnych nastrojach, które osiągnęły szczyt w momencie ogłoszenia finału sztafety dziewcząt 4 x 100 metrów..."
"Zapada cisza długiego oczekiwania nad tarasami. Pistolet wystrzeliwuje, pierwsi biegacze wybiegają ze swoich bloków startowych. Brunhilde wchodzi w zakręt, a ja zaczynam kalkulować moment, w którym mam zacząć biec, żeby dokonać szybkiej zmiany pałeczki - nie za szybko, żeby nie przestrzelić linii, i nie za wolno, żeby nie stracić cennych dziesiątych części sekundy. Niebo jednak nie przejmuje się dramatyczną minutą tykającą na ziemi i sprowadza ulewę. Sekundę później czuję mokrą pałkę w wyciągniętej dłoni i rzucam się na ścianę oślepiającego, ulewnego deszczu, który obmywa mi twarz, sącząc się w moich ustach, niczego nie smakując. Stadion eksploduje. Wiwatami obsypuje się włoskiego biegacza na sąsiednim torze, ekstaza podrywa tłum z miejsc i sama doświadczam tej wzniosłej chwili. Teraz nie biegnę dla siebie, ale dla Niemiec, mojej ojczyzny, kraju sosnowych lasów, śląskich gór i legend Rubezahl (Ducha gór), impromptus Schuberta, szlachetnych symfonii Beethovena i romantycznych pieśni wieczornych; kraju Goethego i opowieści z dzieciństwa, naleśników z jabłkami i Nusstortchen, kasztanów i słoneczników olbrzymich..."
"Potem jest już po wszystkim. Płynnie przekazuję Indze pałeczkę i jak przez firankę obserwuję, jak wchodzi w zakręt, a Maria biegnie do domu po zwycięstwo na ostatnim odcinku. W prawdziwie uroczystym stylu jest to również moment, w którym postanawia przestać padać deszcz, i robi to tak nagle, jakby ktoś zakręcił kran pod prysznicem. Słyszę za sobą krzyk: "Wygraliśmy!" Głośnik ogłasza wynik po włosku i niemiecku, ogłaszając zwycięzcę "Alemagna", a czas niemieckiej drużyny wynoszący 48,8 sekundy jest nowym rekordem Europy. Ogłoszenie zostaje powitane miarowym aplauzem z trybun, do którego kilka sekund później dołącza ryk z tarasów, gdy "Italia" zostaje uznana za wicemistrza. Zdejmuję buty do biegania. To jest to! Wygraliśmy! Zrobiliśmy swoje, ja zrobiłam swoje dla swojego kraju".
"Ale najpierw nasza sztafeta musi wkroczyć na najwyższy poziom trybuny na ceremonię rozdania nagród. Stoję z przodu i mam pełny widok na trybunę, z której hrabia Ciano - umundurowany, odznaczony medalami i emanujący południowym urokiem - schodzi, by przeprowadzić prezentację. Wilgotny, sflaczały uścisk dłoni, uśmiech, medal i srebrny puchar dla każdego członka drużyny. Niemiecki hymn narodowy rozbrzmiewa idealną harmonią instrumentów dętych blaszanych. Słońce przebija się przez chmury, zmieniając kubki w migające latarnie. Z wysoko uniesionymi głowami i wyciągniętymi prawymi ramionami obserwujemy wciąganie flagi... W szatni rozradowana liderka zespołu klepie nas po plecach i podaje nam ręce. "Brawo dziewczyny! Brawo! A teraz posłuchajcie: pod względem punktów niemiecka drużyna dziewcząt zajęła pierwsze miejsce w mistrzostwach, daleko przed Włoszkami i Holenderkami. Gratulacje dla was wszystkich!", "... a chłopcy?", "Zajęli drugie miejsce" - odpowiedziała liderka zespołu, wyglądając na nagle rozdrażnioną, nie marnując ani jednej sylaby na tak upokarzające wieści, ale pakując w swoje końcowe oświadczenie całą swoją dumę i satysfakcję: "Przynajmniej wy, dziewczęta, nie zawiodłyście Rzeszy!"
Po powrocie do kraju dziewczęta wyjechały do swych domów, gdzie głównym tematem rozmów była tocząca się wojna i problemy jakie stwarzał front wschodni. 2 lutego 1943 r. Wehrmacht skapitulował w Stalingradzie, Marianne Gärtner i inni uczniowie zostali poinformowani o tym fakcie na specjalnym apelu szkolnym. "Głos (...) ogłosił nam, że szósta armia pod wzorowym dowództwem feldmarszałka von Paulusa uległa przeważającym siłom i niesprzyjającym warunkom… Narodowy lament wypełnił salę. (...) Dyrektor szkoły przemówił do nas. Jego drżący głos oddawał szacunek emocjom chwili. "Siadaj, szkoło! To oczywiście katastrofa nie do pojęcia. Rosyjska zima... przewaga wroga. … nasze straty…" Odchrząknął, dotknął krawata, ponownie przyjął formalną postawę. "A co możemy zrobić? Cóż, w nadchodzących miesiącach musimy starać się bardziej niż kiedykolwiek, aby udowodnić, że jesteśmy godni ludzi, którzy oddali tam swoje życie, godni także rannych i ludzi trafiających teraz do rosyjskich obozów jenieckich".
Potem Marianne pisała, że wiele dziewcząt płakało: "Już nie słucham i czuję się tak, jakby wszystkie matki, żony i ukochane mężczyzn w Stalingradzie wybrały mnie jako naczynie na ich smutek. Napływają obrazy: legiony pokrytych śniegiem trupów, niekończące się kolumny wyczerpanych, na wpół zmarzniętych więźniów, podążających na wschód, w zimną biel bez horyzontu. A ranni... Mdli mnie, mam ochotę wstać i krzyczeć, ze środka korytarza w którym siedzę... Zamiast tego sięgam do kieszeni w poszukiwaniu chusteczki. Dziewczyna po mojej prawej hałaśliwie odwija jakieś papiery, ta po lewej bawi się guzikami sukienki. Głos dyrektora terkocze dalej: "Ogłoszono trzydniową żałobę narodową, podczas której szkoła będzie zamknięta. A teraz opuśćcie cicho korytarz i idźcie do domów. Pamiętajcie dziewczyny, to bardzo smutny dzień, narodowa tragedia. Jesteście wolne. Heil Hitler!" Marianne stwierdziła, że wiadomość o klęsce stalingradzkiej wyraźnie zmieniła nastroje w Poczdamie: "W nadchodzących tygodniach sytuacja na ulicach wyraźnie się zmieniła. Zamknięto bary, sale taneczne, wiele sklepów i restauracji; wezwano starszych mężczyzn, kobiety bez małych dzieci i w pewnym wieku wcielano do fabryk, wysyłano na farmy lub szkolono w jednostkach obronnych. Poza obecnością starców i dzieci oraz żołnierzy chodzących o kulach lub z wiotkimi rękawami przypiętymi do mundurowych kurtek, ulice Poczdamu wyglądały teraz na opustoszałe w ciągu dnia. Po raz kolejny ograniczono racje żywnościowe, zwiększono zbiórkę pieniędzy i odzieży jednorazowej".
"Przez lata propaganda partyjna i Hitlerjugend była skierowana przeciwko Żydom, Słowianom, bolszewikom, niemieckim komunistom i zachodnim wrogom kraju. Teraz, gdy wojna trwała już czwarty rok, wydawało się, że nadszedł czas, by szkoły odegrały bardziej efektywną rolę w kampanii przeciwko wrogowi zewnętrznemu i wewnętrznemu (...) Tematy wybrano, by sprowokować umysły, wywołać pogardę lub kpiny: wojna burska. Anglicy jako pomysłodawcy obozów koncentracyjnych. Bezwzględna mistrzowska rola odgrywana przez brytyjskich kupców kolonialnych i administratorów. Henryk VIII, syfilityczny Sinobrody. Wiktoriańska praca dzieci. Praca w młynach i kopalniach. Życie w slumsach mglistego Londynu. Wyzysk angielskiej klasy robotniczej przez polujących na lisy mężczyzn w melonikach. Amerykańskie praktyki handlu niewolnikami i trzymania niewolników. Kapitalizm amerykański. Lista była długa - a my nadstawialiśmy uszu, tłumiliśmy ziewnięcia lub drżeliśmy z odpowiedniego przerażenia. Szczególny okres dotyczył roli, jaką Żydzi odgrywali w niemieckiej gospodarce i zagrożenia, jakie stanowili dla rasy panów".
W 1944 r. ojciec Marianny został wydalony z NSDAP. Powiedział swojej córce, że został wezwany przed specjalny trybunał i oskarżony o zachowanie niegodne członka partii, takie jak nie witanie innych członków na ulicy z podniesioną ręką lub nie noszenie odznaki w miejscu publicznym, nie wspominając o jego nieobecnościach na zebraniach partyjnych na przestrzeni lat. Oskarżono go również o robienie żartów z niemieckiego rządu. Za karę został wysłany do pewnej miejscowości pod Warszawą do kierowania hutą. Zakład obsadzony był w całości przez polską i rosyjską siłę roboczą, a nadzorowany przez niemieckich brygadzistów i strzeżony przez SS. Ojciec powiedział mi: "Obawiam się, że to pachnie misją samobójczą, bo polskie podziemie rośnie w siłę z każdym kilometrem zdobytym przez Rosjan". Podczas pobytu w Polsce ojciec Marianny odkrył szczegóły dotyczące obozów zagłady. Opowiedział swojej córce o tym, co usłyszał: "Chyba nie powinienem ci mówić, to zbyt straszne, zbyt ryzykowne, jeśli przekazuje się takie wieści beztrosko. Ale przecież jesteś wystarczająco dorosła. Obiecaj mi, że nie będziesz z nikim o tym rozmawiać. Chodzi o Żydów. Mam informację z wiarygodnego źródła, że wywożą ich do specjalnych obozów na śmierć gazem, całymi wagonami pełnymi mężczyzn, kobiet i dzieci… Bóg mi świadkiem, kiedy dołączyłem do Partii w 1936 r., nigdy w najśmielszych snach nie myślałem, że do tego dojdzie!"
Rozpaczliwie brakowało rąk do pracy, rząd wykorzystał więc Niemiecką Ligę Dziewcząt i Hitlerjugend jako tanią siłę roboczą. Latem 1944 r. Marianne Gärtner została wysłana do "Kraju Warty" (takim eufemizmem nazwano Wielkopolskę) na wschód od Odry w ramach Służby Pracy Rzeszy. "Szybko przystosowałam się do obozowego życia - do miękkiego mydła, kuchni polowych i zapachu kapusty, potu i latryn, do dyżurów, zorganizowanego wypoczynku, śpiewów i politycznie zorientowanych wykładów. Łatwo tam nie było i nie można było tolerować sprzeciwiających się lub narzekających marzycieli i samotników. Obierałam ziemniaki i siekałam kapustę, prałam koszule, nalewałam zupę, kroiłam góry Kommissbrot (bardzo ciemny, wojskowy chleb zbliżony do razowca), rozdawałam tabliczki czekolady, uczyłam się czytać mapę, obsługiwać telefon polowy i jak najlepiej zakraść się do wroga, wykorzystując naturalną osłonę. Wieczorami spotykałyśmy się z chłopcami przy ognisku, podczas gdy komendant obozu opowiadał historie o bohaterach z Hitlerjugend… A potem przyszedł czas na piosenki, w których sztandary "leciały ku nowemu świtowi" i "odważnie prowadziły ku zwycięstwu", lub w których "kroczyła nowa era" - pieśni, które nie miały większego sensu i które, celebrując wielką sprawę, zdawały się nie tworzyć już tej samej więzi braterstwa i jedności, co w latach wcześniejszych. Ale niezmiennie, w miarę upływu wieczoru, graliśmy Heimatlieder - proste pieśni ludowe przekazywane z pokolenia na pokolenie, które tworzyły bardziej tradycyjne poczucie przynależności i sprawiały, że nawet głosy chłopców brzmiały łagodniej".
20 lipca 1944 r. Marianne dowiedziała się o zamachu na życie Hitlera, dokonanym przez Clausa von Stauffenberga i jego grupę (tzw. "spisek lipcowy"). "Komendant obozu powiedział nam: "To jest chwila, której nikt z nas nigdy nie zapomni, bo przejdzie do historii jako dzień, w którym hańba kilku wstrzymała oddech całemu narodowi! Próbowano zamordować naszego Führera, ale z radością informuję, że ta próba się nie powiodła, a Führer nie odniósł żadnych obrażeń" (nie było to prawdą - Hitlerowi pękły bębenki w uszach i miał liczne obrażenia twarzy i rąk. Co zaś się tyczy osoby Stauffenberga to był on wielkoniemieckim nacjonalisą, rasistą i szowinistą i podjął się zamachu na Hitlera {któremu wcześniej wiernie służył} tylko dlatego, bo widział że Hitler w swoim szaleństwie prowadzi Niemcy do upadku, a on chciał ratować "Wielkie Niemcy". Powiem otwarcie z polskiego punktu widzenia zabicie Hitlera w tamtym czasie było zupełnie niekorzystne, on musiał dokończyć swojego dzieła, czyli zniszczyć Niemcy do spodu. A pamiętam że kilka lat temu taka podła postać jak - Stefan Niesiołowski promował i tłumaczył tu u nas w kraju tego... Szwaba, i to mówię ja, mający również niemieckie korzenie). Marianne była głęboko zszokowana tą wiadomością: "Dlaczego ktoś miałby chcieć zabić Hitlera, zastanawiałam się. Aby zakończyć wojnę? Aby usunąć go ze stanowiska głowy narodu? Czy niektórzy ludzie naprawdę tak bardzo go nienawidzili?"
W lutym 1945 r. Marianna i inni członkowie BDM zostali zmuszeni do ucieczki przed nacierającą Armią Czerwoną. Wróciła ona do Berlina, aby ujrzeć miasto będące pod ciężkim atakiem. Z pomocą ojca udało jej się dostać do Tangermünde. Rozpoczęła pracę w lokalnej fabryce. Większość jej współpracowników to byli obcokrajowcy. Powiedziano jej: "Wielu jest z nami od lat… to Holendrzy, Belgowie, Francuzi, mamy nawet kilku Polaków i Czechów. Jak możesz sobie wyobrazić, stają się dość niespokojni". W kwietniu otrzymano wiadomość, że wojska amerykańskie utworzyły przyczółek w górze rzeki w pobliżu miasta Magdeburg. Kilka dni później jej przyjaciółka Gisela powiedziała jej: "Słyszałam w biurze, że kompania murzyńskich żołnierzy zmierza w kierunku miasta i może tu być przed zmrokiem. Nie mam pojęcia, skąd ta plotka, ale mężczyźni mówią, że kobiety nie powinny ryzykować, ponieważ pierwszą rzeczą, jaką zrobią czarni, to będzie ich zgwałcenie… coś w rodzaju zaczernienia czystej aryjskiej krwi". Marianne pisała: "Strach przed gwałtem uderza w mój pusty żołądek jak pięść boksera; ściska mi uda. Jaki byłby gwałt? Skalanie, wstręt do mojego ciała? Czyż w najnowszej historii nie było wystarczających dowodów na takie upokorzenia?... Wciąż słyszę uchodźców w kolejkach do sklepów i na rynku, opowiadających o wstrząsających przeżyciach kobiet brutalnie gwałconych przez rosyjskich żołnierzy podczas ich natarcia na Berlin i w trakcie przedłużających się obchodów zwycięstwa".
Marianne Gärtner po klęsce III Rzeszy była bardzo dobrze traktowana przez Amerykanów, a ponieważ znała język angielski, została zrekrutowana na stanowisko tłumaczki, co pozwoliło jej przetrwać w zniszczonym kraju i nie musiała się prostytuować za kawałek chleba jak większość jej rodaczek. "Jako tłumacz dużo też wyjeżdżałam, wożona jeepem do fabryk, posiadłości i odległych gospodarstw, do magazynów, instalacji portowych, więzienia czy szpitala. Stałam się znajomym widokiem w mieście dla majora i jego adiutanta - narażona nie tylko na pogardliwe spojrzenia wielu Tangermunderów, którzy mogli uważać się za "przyzwoitych" Niemców, ale na oszczerstwa, nie zawsze za moimi plecami. "To ona… pracuje dla Amerykanów"... "Mówią, że sypia z Komandantem!"... "Oczywiście, że nie jest miejscową dziewczyną!" Oczerniano mnie, że za prostytuowanie się z majorem jako jego tłumaczka i sekretarka, byłam sowicie nagradzana masłem, jajkami, czekoladą i nylonowymi pończochami oraz tymi cudownymi amerykańskimi puszkami wołowiny. Z pewnością więc ich twarze sugerowały - gdy rzucałam im rękawicę - że nie jestem warta ich splunięcia!"
W 1948 r. Marianne Gärtner przeniosła się do Anglii i została wykwalifikowanym tłumaczem. W 1957 roku wyszła za mąż za oficera wywiadu Ministerstwa Obrony i przyjęła nazwisko MacKinnon, a w ciągu następnych kilku lat urodziła trzech synów. Para rozwiodła się w 1978 r. Następnie Marianna przeniosła się do Glasgow, a w 1987 r. opublikowała autobiografię "Nagie lata. Dorastanie w nazistowskich Niemczech" - z której to czerpałem informacje.
Po śmierci tyrana Gelona (478 r. p.n.e.), jego brat i następca Hieron wyprawił mu wspaniały pogrzeb w Syrakuzach i to wbrew ostatniej woli samego Gelona, który prosił brata aby ten pochował go skromnie, tak, jak nakazywało prawo, które wcześniej sam wprowadził. Hieron jednak miał inne plany, doskonale bowiem zdawał sobie sprawę że to, iż Dejnomenidzi ogłosili się królami i panami Syrakuz czy Geli, nie ma tak naprawdę większego znaczenia. Owszem lud mógł ich ogłosić swymi władcami, mógł im przyznać wiele przywilejów i tytułów ale to nie zmieniało faktu, że synowie Dejnomenesa (czyli Gelon i Hieron, a także Polyzelos i Trazybulos), byli po prostu uzurpatorami, którzy władzę swoją zdobyli podstępem i siłą. Dlatego też uroczysty pogrzeb Gelona miał mieszkańcom Syrakuz uświadomić, że Dejnomenidzi to szlachetny ród władców. Dlatego też Hieron ufundował bratu bogaty grobowiec (na który zrzucili się również mieszkańcy Syrakuz) i nadał mu tytuł herosa (za zwycięstwo odniesione w bitwie z Kartagińczykami pod Himerą z 480 r. p.n.e.). Na początku swoich rządów musiał też Hieron rozwiązać kilka niezwykle istotnych spraw, związanych z rozdzieleniem obowiązków wśród pozostałych braci, oraz uporządkowaniem kwestii spadkowej. Na władcę Geli (w której sam dotąd władał) wyznaczył Hieron swego młodszego brata - Polyzelosa - którego nie znosił i którego chciał jak najszybciej pozbyć się z Syrakuz. Sam ogłosił się opiekunem małoletniego synka Gelona (o nieznanym imieniu) zaś jego matkę, a żonę swego zmarłego brata - Demarete, wydał za Polyzelosa i odesłał do Geli. Polyzelos przystał na to małżeństwo, choć wielokrotnie dawał też bratu do zrozumienia, że czuje się lepszym od niego (chełpił się na przykład że jest najlepszy w powożeniu rydwanem) i to właśnie tak bardzo irytowało Hierona, szczególnie że tamten miał rację (w czasie 76 Igrzysk Olimpijskich w 476 r. p.n.e Polyzelos odniósł zwycięstwo w wyścigach rydwanów i wówczas to ufundował w świątyni Apollina w Delfach rzeźbę woźnicy (zapewne wraz z końmi, ale te się nie zachowały) która przetrwała do naszych czasów z napisem "Polyzelos - pan Geli" (po kilku latach inskrypcja ta została usunięta i zastąpiona inną).
Bez wątpienia Polyzelos działał Hieronowi na nerwy, dlatego też, gdy tylko nadarzyła się, okazja postanowił w ogóle pozbyć się go z Sycylii. A taką okazją było pojawienie się w Syrakuzach posłów z italskiego miasta Kroton (477 r p.n.e.), leżącego nad Zatoką Tarencką, którzy przybyli tam aby prosić Hierona o pomoc przy odbudowie miasta Sybaris (tego samego miasta, które Krotonidzi zniszczyli trzydzieści trzy lata wcześniej - o czym już wspominałem). Hieron polecił więc Polyzelosowi aby ten udał się do Krotonu na czele najemników i wziął udział w odbudowie Sybaris. I tutaj pojawiają się rozbieżne relacje co do tego, jak postąpił Polyzelos. Według bowiem Timajosa, Polyzelos udał się do Sybaris, wziął udział w odbudowie miasta a następnie - obawiając się że brat zechce pozbawić go życia - zbiegł do Akragas, do władającego tym polis starego tyrana Terona (któremu notabene obiecał rękę swej nowo narodzonej z małżeństwa z Demarete córki). Druga zaś wersja (Diodora) mówi, że Polyzelos w ogóle odmówił wyjazdu do Sybaris i wówczas uciekł do Akragas - nie wiadomo która wersja jest prawdziwa, ale nie zmienia to faktu, że Polyzelos zbiegł to Terona, a to oznaczało że między Syrakuzami a Akragas (dotychczasowymi sojusznikami i beneficjentami zwycięstwa pod Himerą) mogła teraz wybuchnąć wojna. I rzeczywiście obie strony zaczęły szykować się do wojny, aż wreszcie w drugiej połowie 477 r. p.n.e. Teron zebrał swe wojsko i ruszył na Syrakuzy. Do walki jednak nie doszło gdyż zapobiegł jej poeta Simonides, nawołując obie strony do opamiętania i pogodzenia się. Dzięki jego mediacji trzej mężowie - Hieron, Teron i Polyzelos spotkali się i zawarli pokój. Hieron pozwolił Polyzelosowi wrócić do Geli i oddał cały zachód Sycylii pod władzę Terona, samemu zaś biorąc sobie cały wschód i południe.
Rok 476 p.n.e. bogaty był w wydarzenia, i tak Teron zaczął umacniać swoje wpływy na zachodzie i uderzył na Punijczyków z Motye oraz wspierających ich Elymów z Segesty. W bitwie pod Motye pokonał Punijczyków oraz ich sprzymierzeńców i zmusił te dwa miasta do uznania jego dominacji. Bitwa ta była jednak raczej tylko "wypadkiem przy pracy" niż konsekwentną polityką pro-wojenną i nie pociągnęła za sobą większego konfliktu między Grekami i innymi fenickimi emporiami na Sycylii, nie mówiąc już o ponownym konflikcie z Kartaginą (notabene w samej Kart Hadaszt zapewne również nie chciano kolejnej wojennej rozróby z Grekami na Sycylii i z tego też powodu ok. 479/478 r. p.n.e. wygnano z Miasta bogini Tanit Giskona, syna poległego pod Himerą króla Hamilkara, a stało się tak zapewne z tego powodu, iż obawiano się że Giskon będzie chciał pomścić śmierć ojca i wciągnąć Kartaginę w nową wojnę z Grekami. Wygnany Giskon znalazł schronienie w greckim Selinuncie na Sycylii), gdyż obie strony do takiego konfliktu nie dążyły. Kartagińczyków jednak niepokoił wzrost pozycji Terona na Sycylii, a szczególnie dążenie do uzależnienia od niego zachodnich punickich emporiów, mimo to pozostawali bierni. Natomiast Hieron starał się utrzymać swoją strefę wpływów poprzez dyplomację i pośrednictwo. Otóż w owym 476 r. p.n.e. tyran Anaksilas z Messany (główny autor dawnego przymierza północnego, obecnie zaś sojusznik Hierona) postanowił podporządkować sobie miasto Lokroi Epizefrygijskie leżące w południowej Italii. Lokry Epizefrygijskie były niezwykle pięknym miastem (założonym ok. 710 r. p.n.e. przez kolonistów z Lokrydy w Grecji właściwej - a konkretnie Ozolów, czyli zachodnich Lokrów i częściowo Lacedemończyków), a jeszcze piękniejsi byli ludzie, którzy tam mieszkali (nie na darmo Platon nazwa Lokroi - "kwiatem Italii", biorąc pod uwagę urodę tamtejszych mieszkańców).
Było to też jedno z pierwszych miast w greckim świecie, w którym spisane zostały prawa, a najsławniejszym lokryjskim prawodawcą był niejaki Zeleukos (Seleukos) żyjący w VII wieku p.n.e. on to wprowadził zasadę, że każdy prawodawca który z zaproponuje zmianę obowiązującego prawa, powinien to uczynić z pętlą zawieszoną na szyi, aby móc zostać powieszonym, jeśli jego poprawka nie wejdzie w życie (wyobraźcie sobie jakby to wyglądało dzisiaj 🤭). Kodeks lokryjski co prawda wyraźnie faworyzował arystokrację (jak zawsze), ale jednak Zeleukos działał ku pojednaniu wszystkich stanów i grup ludności. Bardzo surowo kodeks lokryjski karał np. cudzołóstwo, obwiniony tracił wówczas oczy, które wypalano mu ogniem (gdy pewnego razu syn Zeleukosa został również oskarżony o fizyczne obcowanie z mężatką i skazany na oślepienie, ojciec poprosił sąd aby wypalić mu tylko jedno oko, drugie zaś odebrać jemu samemu. Poświęcił więc jedno swoje oko dla syna, który złamał uchwalone przez Zeleukosa prawo). Ponieważ Lokry Epizefrygijskie były sprzymierzone ze Spartą i Syrakuzami (sojusz ze Spartą w tym okresie o którym piszę już dawno wygasł) Hieron namówił Anaksilasa do zaniechania tego kroku i poprzestania na kontrolowaniu samego miasta Rhegion, a co za tym idzie całej Cieśniny Messeńskiej. Sam zaś Hieron dążył do etnicznej zmiany we wschodniej Sycylii i nakazał jońskim mieszkańcom Naksos oraz Katany opuścić swoje miasta i przenieść się do Leontinoi i tam zamieszkać na stałe wraz z ludnością miejscową. Następnie sprowadził do Katany i Naksos 1000 kolonistów z miast doryckich, 5000 najemników z Peloponezu i 5000 kolonistów z Syrakuz (476 r. p.n.e.). Przy tej okazji zmienił nazwę miasta Naksos na Etna, jako że w okolicy tego miasta znajdował się wulkan pod tą właśnie nazwą. Hieron szykował bowiem Naksos i Katanę jako dziedzictwo dla swego syna - Dejnomenesa, który był jeszcze zbyt młody aby objąć tam władzę.
Nie można było jednak tego powiedzieć o Trasydajosie, synu Terona z Akragas, który władał wówczas zdobytą Himerą i tak bardzo dał we znaki mieszkańcom miasta, że ci poprosili Hierona, aby ten usunął go z rządów nad miastem. Hieron jednak - będąc lojalnym wobec Terona - powiadomił go o planach mieszkańców miasta, a Teron przeprowadził tam czystkę, zabijając najbardziej aktywnych przeciwników polityki swego syna i sprowadzając do jońskiej Himery doryckich kolonistów (476 r. p.n.e.), tym samym spacyfikował sytuację - przynajmniej na razie. Ale spokoju nie było i konflikty rodziły się jak nie z jednej to z drugiej strony. Na przykład Anakilas ufortyfikował wybrzeże Cieśniny Messeńskiej i zabronił przepływać tam okrętom etruskim, co bardzo szybko doprowadziło do ich konfliktu z Grekami. Powodem takiej decyzji Anaksilasa był napad Etrusków na greckie miasto w środkowej Italii - Kyme - leżące na północny zachód od Neapolis (to właśnie w Kyme znajdowała się wyrocznia kapłanki boga Apollina zwanej Sybillą, której zwoje potem zostały przeniesione do Rzymu - o legendarnym zjawieniu się Sybilli w Rzymie w czasach króla Tarkwiniusza Pysznego pisałem w poprzednich częściach, teraz tylko dodam że słowo "Sybilla" nie jest imieniem własnym, a nazwą wywodzącą się od starogreckiego "sibylla" - czyli prorokini {podobnie jak pytia delficka}. Owa prorokini zamieszkiwała jaskinię w pobliżu Kyme "o stu otworach, z której każda wydawała głos". Jaskinia ta, to wydrążone w skale wulkanicznej przejście o długości 131 m. biegnące równolegle do zbocza wzgórza. Została ona ponownie odnaleziona w maju 1932 r. przez Amadeo Maiuri i od tej pory stanowi swoistą ciekawostkę archeologiczno-turystyczną. Co się zaś tyczy sybilli, to nazwę tę nosiło kilka kobiet, których historia zanotowała właściwe imiona, a były to: Amalteia, Demofila, Deifoba, Herofila i Taraksandra. Ponieważ jedno z proroctw Sybilli miało głosić przyjście na świat "Zbawiciela Ludzkości", przeto Michał Anioł umieścił jej wizerunek w Kaplicy Sykstyńskiej obok popiersi proroków Starego Testamentu. Według Wergiliusza ta Sybilla, która przybyła do Tarkwiniusza Pysznego ofiarowując mu zwoje bożych przepowiedni, zwała się Deifowa i była córką Glaukosa. Według legendy Sybilla miała poprosić Apollina o łaskę i nabrawszy ręką garść piasku prosiła go by dał jej tyle urodzin, ile ziaren piasku trzyma w ręku. Bóg spełnił jej życzenie i żyła tysiąc lat, ale zapomniała poprosić Boga o wieczną młodość, przez co zawsze w literaturze i sztuce ukazywana jest jako stara, pomarszczona kobieta. Nie mogąc jednak znieść swojej starczej brzydoty, ponownie ubłagała Boga aby ją od tego wybawił i ten sprawił że z każdym kolejnym rokiem Sybilla malała, aż ostatecznie zniknęła i pozostał po niej tylko głos, który miał - według legendy - trwać po kres czasu).
Tak więc Kymejczycy poprosili o pomoc Hierona, a ten wysłał im swoją flotę w celu wsparcia przed atakiem Etrusków. W tym czasie Etruskowie zawarli sojusz z Kartagińczykami (podobnie jak to było sześćdziesiąt lat wcześniej gdy pod Alalią floty etruska i kartagińska rozbiły grecką i zmusiły Fokejczyków do ucieczki z tego korsykańskiego polis). Tym razem było jednak inaczej, flota Hierona (wsparta posiłkami Anaksilasa) rozbiła połączone floty etruską i kartagińską (wydaje się jednak że Kartagińczycy nie zawarli z Etruskami oficjalnego sojuszu, a raczej po prostu wysłali kilka korabi jako wsparcie bez podpisywania przymierza, tym bardziej że po tej bitwie stosunki grecko-kartagińskie nie uległy pogorszeniu) uwalniając miasto Kyme z oblężenia (474 r. p.n.e.). Część zdobytych wówczas łupów złożono w świątyni Apollina w Delfach. Hieron osadził też syrakuzańskich kolonistów na wyspie Pithekusaj leżącej nieopodal Kyme (Rzymianie zwali ją Enaria), lecz ci wkrótce potem uciekli, przerażeni trzęsieniem ziemi. Warto też dodać, że w tym czasie Rzymianie nie uczestniczyli w tych wielkich zmaganiach pomiędzy Grekami, Kartagińczykami czy Etruskami. Żyli swoim życiem drewnianej pipidówy, która niedawno bo zaledwie 35 lat wcześniej zrzuciła etruską dominację i wprowadziła system rządów republikańskich. W 477 r. p.n.e. Rzymianie (a raczej Fabiusze, gdyż ten ród toczył walkę) ponieśli klęskę w bitwie pod Kremerą na wojnie z etruskimi Wejami (polec miało 306 Fabiuszy, a przeżył tylko Kwintus Fabiusz Vibulanus, który jako chłopiec pozostał w Rzymie. Wydaje się jednak że była to tylko jedna z gałęzi rodu Fabiuszy, gdyż ród ten w późniejszych wiekach bardzo się rozrósł i jest mało prawdopodobne aby jego protoplastą był tylko Kwintus Vibulanus). W każdym razie zwycięstwo pod Kyme ocaliło wówczas Rzym, gdyż Etruskowie nie mogli wykorzystać swego zwycięstwa spod Kremery i w 474 r. p.n.e. zgodzili się na kompromisowy pokój zawarty w Miastem Wilczycy na 40 lat.
A tymczasem mijały kolejne lata. W 472 r. p.n.e. zmarł stary już tyran Akragas - Teron (notabene pod koniec życia żonaty z kilkuletnią córką Polyzelosa z Geli). Teraz jego syn - Trasydajos objął po nim władzę i postanowił zerwać stary sojusz z Hieronem. Obie strony zaczęły intensywnie przygotowywać się do wojny, ale pierwszy ruch wykonał Hieron, który wyprzedził atak Trasydajosa i w 471 r. p.n.e. zaatakował Akragas. Rozbił wojska syna Terona i zajął miasto (po obu stronach poległo ok. 6000 hoplitów). Trasydajos zbiegł zaś do Megary w Grecji, gdzie został skazany na śmierć. W tym samym mniej więcej czasie zmarł również Aneksilas z Messany (472 lub 471 r. p.n.e.). Pozostawił po sobie dwóch małoletnich synów, powierzając ich opiekę regentowi Mykytosowi, który założył kolonię w Pyksos na zachodnim wybrzeżu Italii. Po zwycięstwie nad Trasydajosem, Hieron zdobył całkowitą dominację na Sycylii od wschodu po zachód (Akragas i Himera otrzymały nowe ustroje i jak pisze Diodor z Halikarnasu - prawdopodobnie była to demokracja). Teraz Hieron zapragnął zdobyć również Messanę i Rhegion, a aby ten cel urzeczywistnić, wystąpił w obronie prawa do sprawowania władzy przez synów zmarłego Anaksilasa i przeciwko Mykytosowi, który ponoć dążył do przejęcia pełni władzy. W 470 r. p.n.e. obalił on Mykytosa i skazał na wygnanie, ale nie wszystko poszło po jego myśli, gdyż okazało się że synowie Anaksilasa bardzo przywiązali się do Mykytosa i mało że nie zamierzali odbierać mu regencji, ale wręcz poprosili go aby wrócił i ponownie objął władzę. Ten jednak, urażony wygnaniem, odmówił powrotu i resztę życia spędził w Tegei w Grecji, otoczony powszechnym szacunkiem i poważaniem (ludzie mają to do siebie że gonią za sławą, władzą i pieniędzmi, ale przecież nie ma chyba nic piękniejszego niż spokojne życie wśród ludzi, którzy nas szanują). Dzięki temu pełną opiekę nad synami Anaksilasa i kontrolę nad Cieśniną Messeńską przejął Hieron. Sam też umieścił swego syna Dejnomedesa w Naksos/Etnie (470 r. p.n.e.), powierzając nad nim opiekę ojcu Demarete - Chromiosowi. Objęcie władzy w Etnie przez Dejnomedesa miało być wielkim świętem i tak też zostało przedstawione, Hieron nie szczędził pieniędzy aby uświetnić tę uroczystość. Pindar (który jako nadworny propagandysta Hierona żył w Syrakuzach dostatnio, opłacany złotem w zamian za pochwalne elegie ku czci swego patrona) skomponował wówczas swą "I odę pytyjską", a Ajschylos wystawił tragedię "Kobiety z Etny" (niestety zaginiona), a Hieron sprowadzał na dwór swego syna jeszcze wielu innych poetów i twórców jak Simonidesa, Bakchylidesa, Epicharmosa czy Formosa. Wszystko bowiem miało uświetnić dynastię Dejnomenidów i sprawić, aby uznano ten ród za prawdziwie królewski.
Wszystko układało się doprawdy znakomicie, gdyż Hieron w ciągu zaledwie dekady po objęciu władzy w Syrakuzach zdołał realnie podporządkować sobie całą Sycylię a jego wpływy sięgały nawet po miasto Kyme w środkowej Italii. Umieścił swego syna u władzy dwóch miast: Etny i Katany, jednocześnie dając do zrozumienia że widzi go jako swego następcę. I rzeczywiście, problem następcy był niezwykle istotny, gdyż Hieron już od kilku lat cierpiał na poważne schorzenia które utrudniały mu sprawne poruszanie się. Bóle, na które cierpiał, stawały się z biegiem czasu nie do zniesienia a lekarze załamywali ręce. Ostatecznie w 467 r. p.n.e. Hieron po raz ostatni zamknął oczy - przebywając na dworze swego syna w Etnie. Dejnomedes był jednak za młody aby objąć po ojcu następstwo, tak więc władzę przejął teraz najmłodszy z czterech braci Dejnomenidów - Trazybulos (nie wiadomo czy w tym czasie żył jeszcze Polyzelos z Geli, prawdopodobnie nie, bo historycy o nim milczą). O ile wcześniej mieszkańcy miast nad którymi panował Hieron narzekali na szpiegów których wspierał tyran (niestety takie to już jest zjawisko, że większość władców którzy zdobywają władzę i nawet wychodzą ze szlachetnych pobudek, potem wcześniej czy później sami zamieniają się we własne przeciwieństwa, a to wszystko po to, żeby zachować, utrzymać i przekazać dalej swą władzę członkom własnej rodziny lub stronnikom, a tak naprawdę to chodzi przecież tylko i wyłącznie o zapewnienie sobie zarówno bogactwa i wygodnego życia, jak i wpływu na innych ludzi - bo władza jest nieprawdopodobnie silnym narkotykiem który uzależnia i trudno mu się przeciwstawić), to teraz, pod rządami najmłodszego z Dejnomenidów życie Greków z Sycylii stało się prawdziwym koszmarem.