WYŚWIETLENIA

14 grudnia 2025

NIEZWYKŁE ZDJĘCIA... - Cz. I

ZE STAREJ KLISZY


Dziś kilka nieco już zapomnianych starych, ale wciąż jeszcze urokliwych (nieraz zabawnych) zdjęć, pokazujących życie ludzi w czasach które minęły






MARLENA DIETRICH
(1927 r.)




GERTRUDA WICHMANN Z CÓRKAMI
(Helsinki - 1938 r.)




ANTONIA ERHARDT
(Żona malarza Mikołaja Bogdanov-Bielskiego)
(Obraz z 1929 r.)




MAKSYMILIAN KARASIŃSKI
(ok. 1910 r.)




MICAELA ARAMBURU PICARDO
(Obraz Ignacio Zuloaga)
(1928 r.)




BRACIA MATERSCY
(Warszawa - 1905 r.)




PORTRET KOBIETY
(Warszawa - ok. 1900 r.)




MARIA ANDERGAST
(Hamburg - 1940 r.)




JACQUELINE BOUVIER (potem Kennedy)
i jej siostra LEE BOUVIER (potem Radziwiłł)
NA BALU DEBIUTANTÓW
(1951 r.)




WACŁAW OLSZEWSKI
(Warszawa - 1904 r.)

 



KRÓLOWA HISZPANII - WIKTORIA EUGENIA BATTENBERG
(Obraz José Moreno Carbonero - 1912 r.)




POLSKA MODELKA NA KONKURSIE ELEGANCJI W PARYŻU
(1934 r.)




HELENA SKRZYŃSKA, MARIA LUBOMIRSKA i MARIA TYSZKIEWICZ
(Waplewo Wielkie - 1917 r.)




MARILYN HANOLD
(miss czerwca 1959 r.)




MARILYN MONROE
(i jej najlepsza scena - 1954)




AUDREY HEPBURN i GARY COOPER
(1957 r.)






DZIĘKUJĘ ZA OBEJRZENIE


CDN.

NIEMCY O NAZIZMIE - Cz. II

CZYLI CO SĄDZILI ZWYKLI NIEMCY O USTROJU NARODOWO-SOCJALISTYCZNYM




Na powyższym filmiku widać jak na dłoni jak bardzo silny w starszym pokoleniu Niemców (tym pamiętającym jeszcze czasy przedwojenne III Rzeszy) był sentyment do Adolfa Hitlera. Można się oczywiście oburzać, że pokazana wyżej babcia żyje we własnym świecie i nie dostrzega podpuszczeń oraz kpin swojej własnej rodziny, ale klip ten jasno pokazuje też, że owa babcia realnie podziwia Adolfa Hitlera. Kilkadziesiąt lat po najstraszniejszej z wojen, po zniszczeniu Niemiec i sprowadzeniu ich do roli amerykańskiej satelity, ta kobieta wciąż pamięta dobre, przedwojenne czasy III Rzeszy, a toast który wnosi za pomyślność Adolfa Hitlera jest dokładnym tego dowodem. Wierzcie mi lub nie, ale takich jak ona w tamtym pokoleniu było mnóstwo Niemców dla których dojście do władzy narodowych-socjalistów było związane przede wszystkim z poprawą poziomu życia - nawet jeśli nie bezpośrednio materialnego, to na pewno z nowymi doświadczeniami, chociażby w możliwości podróżowania po kraju w ramach oczywiście organizacji Hitlerjugend czy Bund Deutscher Mädel. Najlepiej jednak niech o tym opowiedzą ci, którzy tego bezpośrednio doświadczyli i którzy po latach wyznają jak zmieniło się ich życie po dojściu narodowych-socjalistów do władzy w Niemczech.





I
MARIANNE GÄRTNER


Marianne Gärtner przyszła na świat w 1926 r. w Berlinie. Oboje jej rodzice należeli do zwolenników (czy też wręcz entuzjastów) partii narodowosocjonistycznej. Jej ojciec - zamożny przedsiębiorca, powiedział jej kiedyś, że Hitler to ktoś, kto przybył: "by wyzwolić swój naród i swój kraj", a dziewczynka z czasów młodości zapamiętała że nowy mundur jej taty zawsze wisiał w szafie pomiędzy eleganckim garniturem a smokingiem. 

Marianne opowiadała, że po 1933 r. w jej szkole zaszło wiele zmian: "Żaden z moich schludnie ubranych, dobrze wychowanych kolegów z podstawówki nie kwestionował nowych książek, nowych piosenek, nowego programu nauczania, nowych zasad ani nowego standardowego scenariusza, a kiedy - zgodnie z narodowo-socjalistyczną polityką oświatową - zwiększono liczbę godzin wychowania fizycznego kosztem lekcji religii czy innych zajęć, a do programu dodano konkurencyjne zajęcia terenowe, mniej pilni i szybkonodzy wśród nas byli pozytywnie zachwyceni. Rektor nam to wyjaśnił: "sprawność fizyczna jest wszystkim! Tego chce dla ciebie Fuhrer! Tego chcesz aby urosnąć w siłę i zdrowie!"

"W klasie, Frau Bienert, nasza wychowawczyni, wyjaśniła, dlaczego zdrowy umysł znajduje się tylko w zdrowym ciele, i zamiast dwóch lekcji wychowania fizycznego w tygodniu zmieniony plan obejmował codzienne zajęcia i obowiązkowe cotygodniowe popołudniowe gry. Biegając, skacząc, rzucając piłką, wspinając się po linie, huśtając się na drążkach czy wykonując ćwiczenia rytmiczne do muzyki, płynnie wpasowaliśmy się w nowy schemat rzeczy, w schemat, który dla większości z nas wydawał się atrakcyjną cechą narodowego socjalizmu, godzina spędzona na siłowni czy na boisku sportowym wydawała się nieskończenie lepsza niż pocenie się nad arytmetyką czy nad gramatyką niemiecką".




"Podobał mi się nowy program ćwiczeń fizycznych, ale nie głośne, agresywne piosenki, których musieliśmy się nauczyć, a których teksty nasz nauczyciel od muzyki recytował żałobnym głosem. A Fraulein Kanitzki urodziła się w Kamerunie i cierpiała na ataki malarii, co w naszych oczach uprawniało ją do pewnego rodzaju ekscentryczności. I nie było tajemnicą, że nigdy nie podniosła ręki w "Heil Hitler!" aby powitać nas na początku lekcji lub na szkolnych korytarzach; zawsze ściskała pod prawą ręką nuty lub książki, co uniemożliwiało jej wykonanie przepisanego ruchu. W końcu nowe powitanie było nudne. Ramię w górę, ramię w dół. Góra dół. Ale teraz w Niemczech było to oficjalne salutowanie i wszyscy, łącznie z moim ojcem, robili, co im kazano".

"Pewnego dnia, dość stosownie w dniu urodzin Hitlera, powołano moją grupę wiekową i złożyłam przysięgę: "Obiecuję zawsze wypełniać swój obowiązek w Hitlerjugend, w miłości i lojalności wobec Führera". Służba w Hitlerjugend, jak nam powiedziano, była honorową służbą dla narodu niemieckiego. Kiedy podniosłam prawą rękę, nie myślałam jednak o Führerze ani o służbie narodowi niemieckiemu, ale o atrakcyjnej perspektywie uczestniczenia w grach, sporcie, pieszych wędrówkach, śpiewaniu, obozowaniu i innych ekscytujących zajęciach poza szkołą i domem. Mundur, odznaka, przysięga, pozdrowienie. Wydawało się, że nic w tym nie ma. Ale to nie tak. W ten sposób bowiem bezsprzecznie i gładko, jak jeden dzień przechodzi w drugi, uzyskałam członkostwo i od razu uczęszczałam na zebrania, brałam udział w grach i zawodach w piłkę, brałam udział w weekendowych wędrówkach".

"Były teraz wykłady o narodowym socjalizmie, opowieści o współczesnych bohaterach i o Hitlerze, politycznym bojowniku, podczas gdy fragmenty "Mein Kampf" były wykorzystywane do objaśniania nowych doktryn rasowych. I nie było nic dwuznacznego w roli matki, jaką Führer oczekiwał od niemieckich kobiet. Na jednym ze spotkań, zwracając się do nas o potrzebie dużych, zdrowych rodzin, liderka zespołu zabrała głos: "Nie ma większego zaszczytu dla Niemki niż rodzenie dzieci dla Führera i dla Ojczyzny! Führer orzekł, że żadna rodzina nie będzie kompletna bez co najmniej czworga dzieci i że co roku, w dniu urodzin jego matki, wszystkie matki mające więcej niż czworo dzieci zostaną odznaczone Mutterkreuz" (odznaczenie to, podobne było do Żelaznego Krzyża i miało trzy kategorie: brązowa, srebrną i złotą, w zależności od liczby dzieci).

"Makijaż i palenie stały się grzechami głównymi kobiety" (Hitler nie lubił malujących się kobiet, twierdził bowiem że malują się tylko dzikusy a porządne Niemki powinny być naturalne; co się zaś tyczy palenia papierosów, to w ogóle nie wchodziło w rachubę, gdyż palącą kobietę Hitler porównywał do prostytutki, czyli niegodnej szacunku niewiasty w społeczeństwie nowych Niemiec). "Niemka nie maluje się! Malują się tylko Murzyni i dzikusy! Niemka nie pali! Ma obowiązek wobec swojej rodziny i narodu dbać o zdrowie i kondycję! Nagle z sali padło pytanie: "Dlaczego Führer nie jest żonaty i sam nie jest ojcem?" Było to niewinne pytanie, pozbawione zuchwałych insynuacji że Führer powinien praktykować to, co głosił. Cisza wypełniła pobielony pokój, ale liderka zespołu nie udzieliła ani odpowiedzi, ani nie zganiła pytającej. Obrzuciła ją jedynie morderczym spojrzeniem".

"A teraz chcę, żebyście wszystkie nauczyły się pieśni Horsta Wessela do przyszłej środy. Wszystkie trzy wersety. I nie zapomnijcie o wiecu w sobotę! Upewnijcie się, że macie czyste bluzki, wypolerowane buty, zaróżowione policzki i pogodny głos! Heil Hitler! Możecie odejść" - rzekła nasza liderka".

"Zapewne nie było niespodzianką, że zanim skończyłam trzynaście lat, moja początkowa euforia z Wanderlied (śpiewy podczas pieszych wędrówek) i biwakowania opadła i poczułam się znudzona ruchem, który nie tylko nie tolerował indywidualistów, ale oczekiwał od swoich członków czczenia flagi, jakby to był Bóg Wszechmogący i który kazał mi maszerować lub stać całymi godzinami w bloku, słuchać męczących lub podburzających przemówień, śpiewać nie skomponowane piosenki, lub krzyczeć "Führerze, wydaj rozkaz, pójdziemy za tobą!" - jedno z wielu haseł, które jakimś cudem wpadały jednym uchem, a drugim wypadały. Ale byłam na tyle dorosłą, by zdawać sobie sprawę, że nieobecność na spotkaniach grupowych i masowych lub negatywna odpowiedź na żądania ruchu byłaby traktowana jako nieprzystosowanie polityczne, pomyślałam więc że mądrze jest nie wychodzić poza szereg. "Pamiętaj, że jesteś Niemką!" mówili, i że jest tylko "Jedna Rzesza, Jeden Naród, Jeden Führer!" - motto, które, podobnie jak inne, trąbione wystarczająco głośno i długo, często niebezpiecznie zbliżało się do prawdy biblijnej".




Marianne wzięła też udział w Konkursie Młodych otwierającym Igrzyska Olimpijskie w Berlinie w 1936 r. "Mój ojciec zorganizował bilety na najważniejsze imprezy lekkoatletyczne, a ja miałam zaszczyt patrzeć, jak Jesse Owens ustanawia nowe rekordy świata, Japończyk wygrywa maraton, a fińscy biegacze triumfują na długich dystansach… Kiedy obserwowałam sportowców i dzieliłam euforię mistrzów oraz rozczarowanie przegranych, obgryzałam paznokcie, wiwatowałam, klaskałam lub wzdychałam wraz z tłumem".

Wkrótce potem jej rodzice się rozwiedli, a ona została skierowana do Poczdamu, do tamtejszego domu dla sierot i córek z rozbitych małżeństw. Uczęszczała tam również do miejscowej płatnej szkoły dla dziewcząt, uczono ją tam że ona, jako Niemka należy do rasy panów: "Szczególny okres dotyczył roli, jaką Żydzi odegrali w niemieckiej gospodarce i zagrożenia, jakie stanowili dla rasy panów. Na poparcie wykładu wyświetlono film, który przedstawiał archetypowego Żyda jako uprzejmego, brzuchatego i chytrookiego typa, pozującego obok gigantycznych worków z pieniędzmi. Alternatywnie był przedstawiany jako długobrody, zapadnięty strach na wróble, który budził strach i odrazę. Ścieżka dźwiękowa informowała: "Żydzi są wrzodami na niemieckim firmamencie, wrzodami na karkach narodu niemieckiego, podludzkim gatunkiem porównywalnym tylko ze szczurami!" Był to głos kipiący mrożącą krew w żyłach nienawiścią: "Trzeba ich wytępić!"

Marianne była też utalentowaną sportsmenką: "W drugiej klasie szkoły okazało się, że jestem dobra w sporcie. Odciskałam swoje piętno nie tylko na sali gimnastycznej, ale na boisku sportowym, gdzie biegałam szybciej, skakałam dalej lub wyżej, i udało mi się włożyć więcej siły w grę w piłkę niż komukolwiek innemu. Bycie w czymś dobrym i poczucie wyższości nad resztą klasy przez co najmniej godzinę dziennie było ekscytującym doświadczeniem, ponieważ towarzysko, w moim szarym, instytucjonalnym stroju, znajdowałam się daleko od córek utytułowanych rodziców, wysokich rangą oficerów i urzędników państwowych". Wkrótce potem wstąpiła też do Niemieckiej Ligi Dziewcząt (BDM). "Byłyśmy szkolone w spartańskiej surowości, uczone obchodzenia się bez kosmetyków, ubierania się w najprostszy sposób, nie okazywania próżności, spania na twardych łóżkach, i wyrzekania się wszelkich kulinarnych przysmaków. Idealnym wizerunkiem tych szerokich bioder, nieobciążonych gorsetami postaci był promienny blond, zwieńczony włosami ułożonymi w kok lub zaplecionymi w koronę z warkoczy. Jako negatywny obraz kobiety nazistowska propaganda przedstawiała wojownicze, nienawidzące mężczyzn sufrażystki z innych krajów".




Wybuchu II Wojny Światowej i jej konsekwencji dla milionów ludzi w Europie, Marianne Gärtner nie doświadczyła. Należąc do Niemieckiej Ligi Dziewcząt uprawiała sport, brała udział w wycieczkach krajoznawczych, śpiewała pieśni patriotyczne i propagandowe i żyła jakby obok wydarzeń dziejących się wówczas w całej Europie. W 1942 r. skierowana została do Mediolanu na Młodzieżowe Mistrzostwa Europy w Lekkiej Atletyce. "Ceremonia otwarcia igrzysk z podniesieniem flagi, fanfarami i masowymi pokazami przypomniała mi olimpiadę w Berlinie sześć lat temu. (...) Teraz, zamiast Führera, hrabia Ciano, minister spraw zagranicznych Włoch, przyjął w marszu pozdrowienie uczestników i po porywającej przemowie ogłosił otwarcie igrzysk... Stadion, nad którym wcześniej ulewne deszcze utworzyły kopułę wilgotnego upału, wypełniły tysiące kibiców w radosnych nastrojach, które osiągnęły szczyt w momencie ogłoszenia finału sztafety dziewcząt 4 x 100 metrów..."

"Zapada cisza długiego oczekiwania nad tarasami. Pistolet wystrzeliwuje, pierwsi biegacze wybiegają ze swoich bloków startowych. Brunhilde wchodzi w zakręt, a ja zaczynam kalkulować moment, w którym mam zacząć biec, żeby dokonać szybkiej zmiany pałeczki - nie za szybko, żeby nie przestrzelić linii, i nie za wolno, żeby nie stracić cennych dziesiątych części sekundy. Niebo jednak nie przejmuje się dramatyczną minutą tykającą na ziemi i sprowadza ulewę. Sekundę później czuję mokrą pałkę w wyciągniętej dłoni i rzucam się na ścianę oślepiającego, ulewnego deszczu, który obmywa mi twarz, sącząc się w moich ustach, niczego nie smakując. Stadion eksploduje. Wiwatami obsypuje się włoskiego biegacza na sąsiednim torze, ekstaza podrywa tłum z miejsc i sama doświadczam tej wzniosłej chwili. Teraz nie biegnę dla siebie, ale dla Niemiec, mojej ojczyzny, kraju sosnowych lasów, śląskich gór i legend Rubezahl (Ducha gór), impromptus Schuberta, szlachetnych symfonii Beethovena i romantycznych pieśni wieczornych; kraju Goethego i opowieści z dzieciństwa, naleśników z jabłkami i Nusstortchen, kasztanów i słoneczników olbrzymich..."

"Potem jest już po wszystkim. Płynnie przekazuję Indze pałeczkę i jak przez firankę obserwuję, jak wchodzi w zakręt, a Maria biegnie do domu po zwycięstwo na ostatnim odcinku. W prawdziwie uroczystym stylu jest to również moment, w którym postanawia przestać padać deszcz, i robi to tak nagle, jakby ktoś zakręcił kran pod prysznicem. Słyszę za sobą krzyk: "Wygraliśmy!" Głośnik ogłasza wynik po włosku i niemiecku, ogłaszając zwycięzcę "Alemagna", a czas niemieckiej drużyny wynoszący 48,8 sekundy jest nowym rekordem Europy. Ogłoszenie zostaje powitane miarowym aplauzem z trybun, do którego kilka sekund później dołącza ryk z tarasów, gdy "Italia" zostaje uznana za wicemistrza. Zdejmuję buty do biegania. To jest to! Wygraliśmy! Zrobiliśmy swoje, ja zrobiłam swoje dla swojego kraju".

"Ale najpierw nasza sztafeta musi wkroczyć na najwyższy poziom trybuny na ceremonię rozdania nagród. Stoję z przodu i mam pełny widok na trybunę, z której hrabia Ciano - umundurowany, odznaczony medalami i emanujący południowym urokiem - schodzi, by przeprowadzić prezentację. Wilgotny, sflaczały uścisk dłoni, uśmiech, medal i srebrny puchar dla każdego członka drużyny. Niemiecki hymn narodowy rozbrzmiewa idealną harmonią instrumentów dętych blaszanych. Słońce przebija się przez chmury, zmieniając kubki w migające latarnie. Z wysoko uniesionymi głowami i wyciągniętymi prawymi ramionami obserwujemy wciąganie flagi... W szatni rozradowana liderka zespołu klepie nas po plecach i podaje nam ręce. "Brawo dziewczyny! Brawo! A teraz posłuchajcie: pod względem punktów niemiecka drużyna dziewcząt zajęła pierwsze miejsce w mistrzostwach, daleko przed Włoszkami i Holenderkami. Gratulacje dla was wszystkich!", "... a chłopcy?", "Zajęli drugie miejsce" - odpowiedziała liderka zespołu, wyglądając na nagle rozdrażnioną, nie marnując ani jednej sylaby na tak upokarzające wieści, ale pakując w swoje końcowe oświadczenie całą swoją dumę i satysfakcję: "Przynajmniej wy, dziewczęta, nie zawiodłyście Rzeszy!"




Po powrocie do kraju dziewczęta wyjechały do swych domów, gdzie głównym tematem rozmów była tocząca się wojna i problemy jakie stwarzał front wschodni. 2 lutego 1943 r. Wehrmacht skapitulował w Stalingradzie, Marianne Gärtner i inni uczniowie zostali poinformowani o tym fakcie na specjalnym apelu szkolnym. "Głos (...) ogłosił nam, że szósta armia pod wzorowym dowództwem feldmarszałka von Paulusa uległa przeważającym siłom i niesprzyjającym warunkom… Narodowy lament wypełnił salę. (...) Dyrektor szkoły przemówił do nas. Jego drżący głos oddawał szacunek emocjom chwili. "Siadaj, szkoło! To oczywiście katastrofa nie do pojęcia. Rosyjska zima... przewaga wroga. … nasze straty…" Odchrząknął, dotknął krawata, ponownie przyjął formalną postawę. "A co możemy zrobić? Cóż, w nadchodzących miesiącach musimy starać się bardziej niż kiedykolwiek, aby udowodnić, że jesteśmy godni ludzi, którzy oddali tam swoje życie, godni także rannych i ludzi trafiających teraz do rosyjskich obozów jenieckich".




Potem Marianne pisała, że wiele dziewcząt płakało: "Już nie słucham i czuję się tak, jakby wszystkie matki, żony i ukochane mężczyzn w Stalingradzie wybrały mnie jako naczynie na ich smutek. Napływają obrazy: legiony pokrytych śniegiem trupów, niekończące się kolumny wyczerpanych, na wpół zmarzniętych więźniów, podążających na wschód, w zimną biel bez horyzontu. A ranni... Mdli mnie, mam ochotę wstać i krzyczeć, ze środka korytarza w którym siedzę... Zamiast tego sięgam do kieszeni w poszukiwaniu chusteczki. Dziewczyna po mojej prawej hałaśliwie odwija jakieś papiery, ta po lewej bawi się guzikami sukienki. Głos dyrektora terkocze dalej: "Ogłoszono trzydniową żałobę narodową, podczas której szkoła będzie zamknięta. A teraz opuśćcie cicho korytarz i idźcie do domów. Pamiętajcie dziewczyny, to bardzo smutny dzień, narodowa tragedia. Jesteście wolne. Heil Hitler!" Marianne stwierdziła, że wiadomość o klęsce stalingradzkiej wyraźnie zmieniła nastroje w Poczdamie: "W nadchodzących tygodniach sytuacja na ulicach wyraźnie się zmieniła. Zamknięto bary, sale taneczne, wiele sklepów i restauracji; wezwano starszych mężczyzn, kobiety bez małych dzieci i w pewnym wieku wcielano do fabryk, wysyłano na farmy lub szkolono w jednostkach obronnych. Poza obecnością starców i dzieci oraz żołnierzy chodzących o kulach lub z wiotkimi rękawami przypiętymi do mundurowych kurtek, ulice Poczdamu wyglądały teraz na opustoszałe w ciągu dnia. Po raz kolejny ograniczono racje żywnościowe, zwiększono zbiórkę pieniędzy i odzieży jednorazowej".

"Przez lata propaganda partyjna i Hitlerjugend była skierowana przeciwko Żydom, Słowianom, bolszewikom, niemieckim komunistom i zachodnim wrogom kraju. Teraz, gdy wojna trwała już czwarty rok, wydawało się, że nadszedł czas, by szkoły odegrały bardziej efektywną rolę w kampanii przeciwko wrogowi zewnętrznemu i wewnętrznemu (...) Tematy wybrano, by sprowokować umysły, wywołać pogardę lub kpiny: wojna burska. Anglicy jako pomysłodawcy obozów koncentracyjnych. Bezwzględna mistrzowska rola odgrywana przez brytyjskich kupców kolonialnych i administratorów. Henryk VIII, syfilityczny Sinobrody. Wiktoriańska praca dzieci. Praca w młynach i kopalniach. Życie w slumsach mglistego Londynu. Wyzysk angielskiej klasy robotniczej przez polujących na lisy mężczyzn w melonikach. Amerykańskie praktyki handlu niewolnikami i trzymania niewolników. Kapitalizm amerykański. Lista była długa - a my nadstawialiśmy uszu, tłumiliśmy ziewnięcia lub drżeliśmy z odpowiedniego przerażenia. Szczególny okres dotyczył roli, jaką Żydzi odgrywali w niemieckiej gospodarce i zagrożenia, jakie stanowili dla rasy panów".

W 1944 r. ojciec Marianny został wydalony z NSDAP. Powiedział swojej córce, że został wezwany przed specjalny trybunał i oskarżony o zachowanie niegodne członka partii, takie jak nie witanie innych członków na ulicy z podniesioną ręką lub nie noszenie odznaki w miejscu publicznym, nie wspominając o jego nieobecnościach na zebraniach partyjnych na przestrzeni lat. Oskarżono go również o robienie żartów z niemieckiego rządu. Za karę został wysłany do pewnej miejscowości pod Warszawą do kierowania hutą. Zakład obsadzony był w całości przez polską i rosyjską siłę roboczą, a nadzorowany przez niemieckich brygadzistów i strzeżony przez SS. Ojciec powiedział mi: "Obawiam się, że to pachnie misją samobójczą, bo polskie podziemie rośnie w siłę z każdym kilometrem zdobytym przez Rosjan". Podczas pobytu w Polsce ojciec Marianny odkrył szczegóły dotyczące obozów zagłady. Opowiedział swojej córce o tym, co usłyszał: "Chyba nie powinienem ci mówić, to zbyt straszne, zbyt ryzykowne, jeśli przekazuje się takie wieści beztrosko. Ale przecież jesteś wystarczająco dorosła. Obiecaj mi, że nie będziesz z nikim o tym rozmawiać. Chodzi o Żydów. Mam informację z wiarygodnego źródła, że wywożą ich do specjalnych obozów na śmierć gazem, całymi wagonami pełnymi mężczyzn, kobiet i dzieci… Bóg mi świadkiem, kiedy dołączyłem do Partii w 1936 r., nigdy w najśmielszych snach nie myślałem, że do tego dojdzie!"

Rozpaczliwie brakowało rąk do pracy, rząd wykorzystał więc Niemiecką Ligę Dziewcząt i Hitlerjugend jako tanią siłę roboczą. Latem 1944 r. Marianne Gärtner została wysłana do "Kraju Warty" (takim eufemizmem nazwano Wielkopolskę) na wschód od Odry w ramach Służby Pracy Rzeszy. "Szybko przystosowałam się do obozowego życia - do miękkiego mydła, kuchni polowych i zapachu kapusty, potu i latryn, do dyżurów, zorganizowanego wypoczynku, śpiewów i politycznie zorientowanych wykładów. Łatwo tam nie było i nie można było tolerować sprzeciwiających się lub narzekających marzycieli i samotników. Obierałam ziemniaki i siekałam kapustę, prałam koszule, nalewałam zupę, kroiłam góry Kommissbrot (bardzo ciemny, wojskowy chleb zbliżony do razowca), rozdawałam tabliczki czekolady, uczyłam się czytać mapę, obsługiwać telefon polowy i jak najlepiej zakraść się do wroga, wykorzystując naturalną osłonę. Wieczorami spotykałyśmy się z chłopcami przy ognisku, podczas gdy komendant obozu opowiadał historie o bohaterach z Hitlerjugend… A potem przyszedł czas na piosenki, w których sztandary "leciały ku nowemu świtowi" i "odważnie prowadziły ku zwycięstwu", lub w których "kroczyła nowa era" - pieśni, które nie miały większego sensu i które, celebrując wielką sprawę, zdawały się nie tworzyć już tej samej więzi braterstwa i jedności, co w latach wcześniejszych. Ale niezmiennie, w miarę upływu wieczoru, graliśmy Heimatlieder - proste pieśni ludowe przekazywane z pokolenia na pokolenie, które tworzyły bardziej tradycyjne poczucie przynależności i sprawiały, że nawet głosy chłopców brzmiały łagodniej".




20 lipca 1944 r. Marianne dowiedziała się o zamachu na życie Hitlera, dokonanym przez Clausa von Stauffenberga i jego grupę (tzw. "spisek lipcowy"). "Komendant obozu powiedział nam: "To jest chwila, której nikt z nas nigdy nie zapomni, bo przejdzie do historii jako dzień, w którym hańba kilku wstrzymała oddech całemu narodowi! Próbowano zamordować naszego Führera, ale z radością informuję, że ta próba się nie powiodła, a Führer nie odniósł żadnych obrażeń" (nie było to prawdą - Hitlerowi pękły bębenki w uszach i miał liczne obrażenia twarzy i rąk. Co zaś się tyczy osoby Stauffenberga to był on wielkoniemieckim nacjonalisą, rasistą i szowinistą i podjął się zamachu na Hitlera {któremu wcześniej wiernie służył} tylko dlatego, bo widział że Hitler w swoim szaleństwie prowadzi Niemcy do upadku, a on chciał ratować "Wielkie Niemcy". Powiem otwarcie z polskiego punktu widzenia zabicie Hitlera w tamtym czasie było zupełnie niekorzystne, on musiał dokończyć swojego dzieła, czyli zniszczyć Niemcy do spodu. A pamiętam że kilka lat temu taka podła postać jak - Stefan Niesiołowski promował i tłumaczył tu u nas w kraju tego... Szwaba, i to mówię ja, mający również niemieckie korzenie). Marianne była głęboko zszokowana tą wiadomością: "Dlaczego ktoś miałby chcieć zabić Hitlera, zastanawiałam się. Aby zakończyć wojnę? Aby usunąć go ze stanowiska głowy narodu? Czy niektórzy ludzie naprawdę tak bardzo go nienawidzili?"




W lutym 1945 r. Marianna i inni członkowie BDM zostali zmuszeni do ucieczki przed nacierającą Armią Czerwoną. Wróciła ona do Berlina, aby ujrzeć miasto będące pod ciężkim atakiem. Z pomocą ojca udało jej się dostać do Tangermünde. Rozpoczęła pracę w lokalnej fabryce. Większość jej współpracowników to byli obcokrajowcy. Powiedziano jej: "Wielu jest z nami od lat… to Holendrzy, Belgowie, Francuzi, mamy nawet kilku Polaków i Czechów. Jak możesz sobie wyobrazić, stają się dość niespokojni". W kwietniu otrzymano wiadomość, że wojska amerykańskie utworzyły przyczółek w górze rzeki w pobliżu miasta Magdeburg. Kilka dni później jej przyjaciółka Gisela powiedziała jej: "Słyszałam w biurze, że kompania murzyńskich żołnierzy zmierza w kierunku miasta i może tu być przed zmrokiem. Nie mam pojęcia, skąd ta plotka, ale mężczyźni mówią, że kobiety nie powinny ryzykować, ponieważ pierwszą rzeczą, jaką zrobią czarni, to będzie ich zgwałcenie… coś w rodzaju zaczernienia czystej aryjskiej krwi". Marianne pisała: "Strach przed gwałtem uderza w mój pusty żołądek jak pięść boksera; ściska mi uda. Jaki byłby gwałt? Skalanie, wstręt do mojego ciała? Czyż w najnowszej historii nie było wystarczających dowodów na takie upokorzenia?... Wciąż słyszę uchodźców w kolejkach do sklepów i na rynku, opowiadających o wstrząsających przeżyciach kobiet brutalnie gwałconych przez rosyjskich żołnierzy podczas ich natarcia na Berlin i w trakcie przedłużających się obchodów zwycięstwa".




Marianne Gärtner po klęsce III Rzeszy była bardzo dobrze traktowana przez Amerykanów, a ponieważ znała język angielski, została zrekrutowana na stanowisko tłumaczki, co pozwoliło jej przetrwać w zniszczonym kraju i nie musiała się prostytuować za kawałek chleba jak większość jej rodaczek. "Jako tłumacz dużo też wyjeżdżałam, wożona jeepem do fabryk, posiadłości i odległych gospodarstw, do magazynów, instalacji portowych, więzienia czy szpitala. Stałam się znajomym widokiem w mieście dla majora i jego adiutanta - narażona nie tylko na pogardliwe spojrzenia wielu Tangermunderów, którzy mogli uważać się za "przyzwoitych" Niemców, ale na oszczerstwa, nie zawsze za moimi plecami. "To ona… pracuje dla Amerykanów"... "Mówią, że sypia z Komandantem!"... "Oczywiście, że nie jest miejscową dziewczyną!" Oczerniano mnie, że za prostytuowanie się z majorem jako jego tłumaczka i sekretarka, byłam sowicie nagradzana masłem, jajkami, czekoladą i nylonowymi pończochami oraz tymi cudownymi amerykańskimi puszkami wołowiny. Z pewnością więc ich twarze sugerowały - gdy rzucałam im rękawicę - że nie jestem warta ich splunięcia!"

W 1948 r. Marianne Gärtner przeniosła się do Anglii i została wykwalifikowanym tłumaczem. W 1957 roku wyszła za mąż za oficera wywiadu Ministerstwa Obrony i przyjęła nazwisko MacKinnon, a w ciągu następnych kilku lat urodziła trzech synów. Para rozwiodła się w 1978 r. Następnie Marianna przeniosła się do Glasgow, a w 1987 r. opublikowała autobiografię "Nagie lata. Dorastanie w nazistowskich Niemczech" - z której to czerpałem informacje.


CDN.

13 grudnia 2025

WIELKA WOJNA NA WSCHODZIE - Cz. XVII

OSTATNIA WOJNA 
HELLEŃSKIEGO ŚWIATA





EGIPT PTOLEMEUSZY
(RETROSPEKCJA)
Cz. XVII




Po śmierci tyrana Gelona (478 r. p.n.e.), jego brat i następca Hieron wyprawił mu wspaniały pogrzeb w Syrakuzach i to wbrew ostatniej woli samego Gelona, który prosił brata aby ten pochował go skromnie, tak, jak nakazywało prawo, które wcześniej sam wprowadził. Hieron jednak miał inne plany, doskonale bowiem zdawał sobie sprawę że to, iż Dejnomenidzi ogłosili się królami i panami Syrakuz czy Geli, nie ma tak naprawdę większego znaczenia. Owszem lud mógł ich ogłosić swymi władcami, mógł im przyznać wiele przywilejów i tytułów ale to nie zmieniało faktu, że synowie Dejnomenesa (czyli Gelon i Hieron, a także Polyzelos i Trazybulos), byli po prostu uzurpatorami, którzy władzę swoją zdobyli podstępem i siłą. Dlatego też uroczysty pogrzeb Gelona miał mieszkańcom Syrakuz uświadomić, że Dejnomenidzi to szlachetny ród władców. Dlatego też Hieron ufundował bratu bogaty grobowiec (na który zrzucili się również mieszkańcy Syrakuz) i nadał mu tytuł herosa (za zwycięstwo odniesione w bitwie z Kartagińczykami pod Himerą z 480 r. p.n.e.). Na początku swoich rządów musiał też Hieron rozwiązać kilka niezwykle istotnych spraw, związanych z rozdzieleniem obowiązków wśród pozostałych braci, oraz uporządkowaniem kwestii spadkowej. Na władcę Geli (w której sam dotąd władał) wyznaczył Hieron swego młodszego brata - Polyzelosa - którego nie znosił i którego chciał jak najszybciej pozbyć się z Syrakuz. Sam ogłosił się opiekunem małoletniego synka Gelona (o nieznanym imieniu) zaś jego matkę, a żonę swego zmarłego brata - Demarete, wydał za Polyzelosa i odesłał do Geli. Polyzelos przystał na to małżeństwo, choć wielokrotnie dawał też bratu do zrozumienia, że czuje się lepszym od niego (chełpił się na przykład że jest najlepszy w powożeniu rydwanem) i to właśnie tak bardzo irytowało Hierona, szczególnie że tamten miał rację (w czasie 76 Igrzysk Olimpijskich w 476 r. p.n.e Polyzelos odniósł zwycięstwo w wyścigach rydwanów i wówczas to ufundował w świątyni Apollina w Delfach rzeźbę woźnicy (zapewne wraz z końmi, ale te się nie zachowały) która przetrwała do naszych czasów z napisem "Polyzelos - pan Geli" (po kilku latach inskrypcja ta została usunięta i zastąpiona inną).

Bez wątpienia Polyzelos działał Hieronowi na nerwy, dlatego też, gdy tylko nadarzyła się, okazja postanowił w ogóle pozbyć się go z Sycylii. A taką okazją było pojawienie się w Syrakuzach posłów z italskiego miasta Kroton (477 r p.n.e.), leżącego nad Zatoką Tarencką, którzy przybyli tam aby prosić Hierona o pomoc przy odbudowie miasta Sybaris (tego samego miasta, które Krotonidzi zniszczyli trzydzieści trzy lata wcześniej - o czym już wspominałem). Hieron polecił więc Polyzelosowi aby ten udał się do Krotonu na czele najemników i wziął udział w odbudowie Sybaris. I tutaj pojawiają się rozbieżne relacje co do tego, jak postąpił Polyzelos. Według bowiem Timajosa, Polyzelos udał się do Sybaris, wziął udział w odbudowie miasta a następnie - obawiając się że brat zechce pozbawić go życia - zbiegł do Akragas, do władającego tym polis starego tyrana Terona (któremu notabene obiecał rękę swej nowo narodzonej z małżeństwa z Demarete córki). Druga zaś wersja (Diodora) mówi, że Polyzelos w ogóle odmówił wyjazdu do Sybaris i wówczas uciekł do Akragas - nie wiadomo która wersja jest prawdziwa, ale nie zmienia to faktu, że Polyzelos zbiegł to Terona, a to oznaczało że między Syrakuzami a Akragas (dotychczasowymi sojusznikami i beneficjentami zwycięstwa pod Himerą) mogła teraz wybuchnąć wojna. I rzeczywiście obie strony zaczęły szykować się do wojny, aż wreszcie w drugiej połowie 477 r. p.n.e. Teron zebrał swe wojsko i ruszył na Syrakuzy. Do walki jednak nie doszło gdyż zapobiegł jej poeta Simonides, nawołując obie strony do opamiętania i pogodzenia się. Dzięki jego mediacji trzej mężowie - Hieron, Teron i Polyzelos spotkali się i zawarli pokój. Hieron pozwolił Polyzelosowi wrócić do Geli i oddał cały zachód Sycylii pod władzę Terona, samemu zaś biorąc sobie cały wschód i południe.




Rok 476 p.n.e. bogaty był w wydarzenia, i tak Teron zaczął umacniać swoje wpływy na zachodzie i uderzył na Punijczyków z Motye oraz wspierających ich Elymów z Segesty. W bitwie pod Motye pokonał Punijczyków oraz ich sprzymierzeńców i zmusił te dwa miasta do uznania jego dominacji. Bitwa ta była jednak raczej tylko "wypadkiem przy pracy" niż konsekwentną polityką pro-wojenną i nie pociągnęła za sobą większego konfliktu między Grekami i innymi fenickimi emporiami na Sycylii, nie mówiąc już o ponownym konflikcie z Kartaginą (notabene w samej Kart Hadaszt zapewne również nie chciano kolejnej wojennej rozróby z Grekami na Sycylii i z tego też powodu ok. 479/478 r. p.n.e. wygnano z Miasta bogini Tanit Giskona, syna poległego pod Himerą króla Hamilkara, a stało się tak zapewne z tego powodu, iż obawiano się że Giskon będzie chciał pomścić śmierć ojca i wciągnąć Kartaginę w nową wojnę z Grekami. Wygnany Giskon znalazł schronienie w greckim Selinuncie na Sycylii), gdyż obie strony do takiego konfliktu nie dążyły. Kartagińczyków jednak niepokoił wzrost pozycji Terona na Sycylii, a szczególnie dążenie do uzależnienia od niego  zachodnich punickich emporiów, mimo to pozostawali bierni. Natomiast Hieron starał się utrzymać swoją strefę wpływów poprzez dyplomację i pośrednictwo. Otóż w owym 476 r. p.n.e. tyran Anaksilas z Messany (główny autor dawnego przymierza północnego, obecnie zaś sojusznik Hierona) postanowił podporządkować sobie miasto Lokroi Epizefrygijskie leżące w południowej Italii. Lokry Epizefrygijskie były niezwykle pięknym miastem (założonym ok. 710 r. p.n.e. przez kolonistów z Lokrydy w Grecji właściwej - a konkretnie Ozolów, czyli zachodnich Lokrów i częściowo Lacedemończyków), a jeszcze piękniejsi byli ludzie, którzy tam mieszkali (nie na darmo Platon nazwa Lokroi - "kwiatem Italii", biorąc pod uwagę urodę tamtejszych mieszkańców). 




Było to też jedno z pierwszych miast w greckim świecie, w którym spisane zostały prawa, a najsławniejszym lokryjskim prawodawcą był niejaki Zeleukos (Seleukos) żyjący w VII wieku p.n.e. on to wprowadził zasadę, że każdy prawodawca który z zaproponuje zmianę obowiązującego prawa, powinien to uczynić z pętlą zawieszoną na szyi, aby móc zostać powieszonym, jeśli jego poprawka nie wejdzie w życie (wyobraźcie sobie jakby to wyglądało dzisiaj 🤭). Kodeks lokryjski co prawda wyraźnie faworyzował arystokrację (jak zawsze), ale jednak Zeleukos działał ku pojednaniu wszystkich stanów i grup ludności. Bardzo surowo kodeks lokryjski karał np. cudzołóstwo, obwiniony tracił wówczas oczy, które wypalano mu ogniem (gdy pewnego razu syn Zeleukosa został również oskarżony o fizyczne obcowanie z mężatką i skazany na oślepienie, ojciec poprosił sąd aby wypalić mu tylko jedno oko, drugie zaś odebrać jemu samemu. Poświęcił więc jedno swoje oko dla syna, który złamał uchwalone przez Zeleukosa prawo). Ponieważ Lokry Epizefrygijskie były sprzymierzone ze Spartą i Syrakuzami (sojusz ze Spartą w tym okresie o którym piszę już dawno wygasł) Hieron namówił Anaksilasa do zaniechania tego kroku i poprzestania na kontrolowaniu samego miasta Rhegion, a co za tym idzie całej Cieśniny Messeńskiej. Sam zaś Hieron dążył do etnicznej zmiany we wschodniej Sycylii i nakazał jońskim mieszkańcom Naksos oraz Katany opuścić swoje miasta i przenieść się do Leontinoi i tam zamieszkać na stałe wraz z ludnością miejscową. Następnie sprowadził do Katany i Naksos 1000 kolonistów z miast doryckich, 5000 najemników z Peloponezu i 5000 kolonistów z Syrakuz (476 r. p.n.e.). Przy tej okazji zmienił nazwę miasta Naksos na Etna, jako że w okolicy tego miasta znajdował się wulkan pod tą właśnie nazwą. Hieron szykował bowiem Naksos i Katanę jako dziedzictwo dla swego syna - Dejnomenesa, który był jeszcze zbyt młody aby objąć tam władzę.




Nie można było jednak tego powiedzieć o Trasydajosie, synu Terona z Akragas, który władał wówczas zdobytą Himerą i tak bardzo dał we znaki mieszkańcom miasta, że ci poprosili Hierona, aby ten usunął go z rządów nad miastem. Hieron jednak - będąc lojalnym wobec Terona - powiadomił go o planach mieszkańców miasta, a Teron przeprowadził tam czystkę, zabijając najbardziej aktywnych przeciwników polityki swego syna i sprowadzając do jońskiej Himery doryckich kolonistów (476 r. p.n.e.), tym samym spacyfikował sytuację - przynajmniej na razie. Ale spokoju nie było i konflikty rodziły się jak nie z jednej to z drugiej strony. Na przykład Anakilas ufortyfikował wybrzeże Cieśniny Messeńskiej i zabronił przepływać tam okrętom etruskim, co bardzo szybko doprowadziło do ich konfliktu z Grekami. Powodem takiej decyzji Anaksilasa był napad Etrusków na greckie miasto w środkowej Italii - Kyme - leżące na północny zachód od Neapolis (to właśnie w Kyme znajdowała się wyrocznia kapłanki boga Apollina zwanej Sybillą, której zwoje potem zostały przeniesione do Rzymu - o legendarnym zjawieniu się Sybilli w Rzymie w czasach króla Tarkwiniusza Pysznego pisałem w poprzednich częściach, teraz tylko dodam że słowo "Sybilla" nie jest imieniem własnym, a nazwą wywodzącą się od starogreckiego "sibylla" - czyli prorokini {podobnie jak pytia delficka}. Owa prorokini zamieszkiwała jaskinię w pobliżu Kyme "o stu otworach, z której każda wydawała głos". Jaskinia ta, to wydrążone w skale wulkanicznej przejście o długości 131 m. biegnące równolegle do zbocza wzgórza. Została ona ponownie odnaleziona w maju 1932 r. przez Amadeo Maiuri i od tej pory stanowi swoistą ciekawostkę archeologiczno-turystyczną. Co się zaś tyczy sybilli, to nazwę tę nosiło kilka kobiet, których historia zanotowała właściwe imiona, a były to: Amalteia, Demofila, Deifoba, Herofila i Taraksandra. Ponieważ jedno z proroctw Sybilli miało głosić przyjście na świat "Zbawiciela Ludzkości", przeto Michał Anioł umieścił jej wizerunek w Kaplicy Sykstyńskiej obok popiersi proroków Starego Testamentu. Według Wergiliusza ta Sybilla, która przybyła do Tarkwiniusza Pysznego ofiarowując mu zwoje bożych przepowiedni, zwała się Deifowa i była córką Glaukosa. Według legendy Sybilla miała poprosić Apollina o łaskę i nabrawszy ręką garść piasku prosiła go by dał jej tyle urodzin, ile ziaren piasku trzyma w ręku. Bóg spełnił jej życzenie i żyła tysiąc lat, ale zapomniała poprosić Boga o wieczną młodość, przez co zawsze w literaturze i sztuce ukazywana jest jako stara, pomarszczona kobieta. Nie mogąc jednak znieść swojej starczej brzydoty, ponownie ubłagała Boga aby ją od tego wybawił i ten sprawił że z każdym kolejnym rokiem Sybilla malała, aż ostatecznie zniknęła i pozostał po niej tylko głos, który miał - według legendy - trwać po kres czasu). 




Tak więc Kymejczycy poprosili o pomoc Hierona, a ten wysłał im swoją flotę w celu wsparcia przed atakiem Etrusków. W tym czasie Etruskowie zawarli sojusz z Kartagińczykami (podobnie jak to było sześćdziesiąt lat wcześniej gdy pod Alalią floty etruska i kartagińska rozbiły grecką i zmusiły Fokejczyków do ucieczki z tego korsykańskiego polis). Tym razem było jednak inaczej, flota Hierona (wsparta posiłkami Anaksilasa) rozbiła połączone floty etruską i kartagińską (wydaje się jednak że Kartagińczycy nie zawarli z Etruskami oficjalnego sojuszu, a raczej po prostu wysłali kilka korabi jako wsparcie bez podpisywania przymierza, tym bardziej że po tej bitwie stosunki grecko-kartagińskie nie uległy pogorszeniu) uwalniając miasto Kyme z oblężenia (474 r. p.n.e.). Część zdobytych wówczas łupów złożono w świątyni Apollina w Delfach. Hieron osadził też syrakuzańskich kolonistów na wyspie Pithekusaj leżącej nieopodal Kyme (Rzymianie zwali ją Enaria), lecz ci wkrótce potem uciekli, przerażeni trzęsieniem ziemi. Warto też dodać, że w tym czasie Rzymianie nie uczestniczyli w tych wielkich zmaganiach pomiędzy Grekami, Kartagińczykami czy Etruskami. Żyli swoim życiem drewnianej pipidówy, która niedawno bo zaledwie 35 lat wcześniej zrzuciła etruską dominację i wprowadziła system rządów republikańskich. W 477 r. p.n.e. Rzymianie (a raczej Fabiusze, gdyż ten ród toczył walkę) ponieśli klęskę w bitwie pod Kremerą na wojnie z etruskimi Wejami (polec miało 306 Fabiuszy, a przeżył tylko Kwintus Fabiusz Vibulanus, który jako chłopiec pozostał w Rzymie. Wydaje się jednak że była to tylko jedna z gałęzi rodu Fabiuszy, gdyż ród ten w późniejszych wiekach bardzo się rozrósł i jest mało prawdopodobne aby jego protoplastą był tylko Kwintus Vibulanus). W każdym razie zwycięstwo pod Kyme ocaliło wówczas Rzym, gdyż Etruskowie nie mogli wykorzystać swego zwycięstwa spod Kremery i w 474 r. p.n.e. zgodzili się na kompromisowy pokój zawarty w Miastem Wilczycy na 40 lat.

A tymczasem mijały kolejne lata. W 472 r. p.n.e. zmarł stary już tyran Akragas - Teron (notabene pod koniec życia żonaty z kilkuletnią córką Polyzelosa z Geli). Teraz jego syn - Trasydajos objął po nim władzę i postanowił zerwać stary sojusz z Hieronem. Obie strony zaczęły intensywnie przygotowywać się do wojny, ale pierwszy ruch wykonał Hieron, który wyprzedził atak Trasydajosa i w 471 r. p.n.e. zaatakował Akragas. Rozbił wojska syna Terona i zajął miasto (po obu stronach poległo ok. 6000 hoplitów). Trasydajos zbiegł zaś do Megary w Grecji, gdzie został skazany na śmierć. W tym samym mniej więcej czasie zmarł również Aneksilas z Messany (472 lub 471 r. p.n.e.). Pozostawił po sobie dwóch małoletnich synów, powierzając ich opiekę regentowi Mykytosowi, który założył kolonię w Pyksos na zachodnim wybrzeżu Italii. Po zwycięstwie nad Trasydajosem, Hieron zdobył całkowitą dominację na Sycylii od wschodu po zachód (Akragas i Himera otrzymały nowe ustroje i jak pisze Diodor z Halikarnasu - prawdopodobnie była to demokracja). Teraz Hieron zapragnął zdobyć również Messanę i Rhegion, a aby ten cel urzeczywistnić, wystąpił w obronie prawa do sprawowania władzy przez synów zmarłego Anaksilasa i przeciwko Mykytosowi, który ponoć dążył do przejęcia pełni władzy. W 470 r. p.n.e. obalił on Mykytosa i skazał na wygnanie, ale nie wszystko poszło po jego myśli, gdyż okazało się że synowie Anaksilasa bardzo przywiązali się do Mykytosa i mało że nie zamierzali odbierać mu regencji, ale wręcz poprosili go aby wrócił i ponownie objął władzę. Ten jednak, urażony wygnaniem, odmówił powrotu i resztę życia spędził w Tegei w Grecji, otoczony powszechnym szacunkiem i poważaniem (ludzie mają to do siebie że gonią za sławą, władzą i pieniędzmi, ale przecież nie ma chyba nic piękniejszego niż spokojne życie wśród ludzi, którzy nas szanują). Dzięki temu pełną opiekę nad synami Anaksilasa i kontrolę nad Cieśniną Messeńską przejął Hieron. Sam też umieścił swego syna Dejnomedesa w Naksos/Etnie (470 r. p.n.e.), powierzając nad nim opiekę ojcu Demarete - Chromiosowi. Objęcie władzy w Etnie przez Dejnomedesa miało być wielkim świętem i tak też zostało przedstawione, Hieron nie szczędził pieniędzy aby uświetnić tę uroczystość. Pindar (który jako nadworny propagandysta Hierona żył w Syrakuzach dostatnio, opłacany złotem w zamian za pochwalne elegie ku czci swego patrona) skomponował wówczas swą "I odę pytyjską", a Ajschylos wystawił tragedię "Kobiety z Etny" (niestety zaginiona), a Hieron sprowadzał na dwór swego syna jeszcze wielu innych poetów i twórców jak Simonidesa, Bakchylidesa, Epicharmosa czy Formosa. Wszystko bowiem miało uświetnić dynastię Dejnomenidów i sprawić, aby uznano ten ród za prawdziwie królewski.




Wszystko układało się doprawdy znakomicie, gdyż Hieron w ciągu zaledwie dekady po objęciu władzy w Syrakuzach zdołał realnie podporządkować sobie całą Sycylię a jego wpływy sięgały nawet po miasto Kyme w środkowej Italii. Umieścił swego syna u władzy dwóch miast: Etny i Katany, jednocześnie dając do zrozumienia że widzi go jako swego następcę. I rzeczywiście, problem następcy był niezwykle istotny, gdyż Hieron już od kilku lat cierpiał na poważne schorzenia które utrudniały mu sprawne poruszanie się. Bóle, na które cierpiał, stawały się z biegiem czasu nie do zniesienia a lekarze załamywali ręce. Ostatecznie w 467 r. p.n.e. Hieron po raz ostatni zamknął oczy - przebywając na dworze swego syna w Etnie. Dejnomedes był jednak za młody aby objąć po ojcu następstwo, tak więc władzę przejął teraz najmłodszy z czterech braci Dejnomenidów - Trazybulos (nie wiadomo czy w tym czasie żył jeszcze Polyzelos z Geli, prawdopodobnie nie, bo historycy o nim milczą). O ile wcześniej mieszkańcy miast nad którymi panował Hieron narzekali na szpiegów których wspierał tyran (niestety takie to już jest zjawisko, że większość władców którzy zdobywają władzę i nawet wychodzą ze szlachetnych pobudek, potem wcześniej czy później sami zamieniają się we własne przeciwieństwa, a to wszystko po to, żeby zachować, utrzymać i przekazać dalej swą władzę członkom własnej rodziny lub stronnikom, a tak naprawdę to chodzi przecież tylko i wyłącznie o zapewnienie sobie zarówno bogactwa i wygodnego życia, jak i wpływu na innych ludzi - bo władza jest nieprawdopodobnie silnym narkotykiem który uzależnia i trudno mu się przeciwstawić), to teraz, pod rządami najmłodszego z Dejnomenidów życie Greków z Sycylii stało się prawdziwym koszmarem.


CDN.
 

12 grudnia 2025

DOMINATORKI - Cz. VI

CZYLI RZECZ O ZNANYCH
I NIEZNANYCH KOBIETACH W HISTORII,
KTÓRE POTRAFIŁY 
RÓŻNYMI SPOSOBAMI OWINĄĆ SOBIE
MĘŻCZYZN WOKÓŁ PALCA





DOMINATORKI STAROŻYTNEGO EGIPTU
Cz. VI



"DYNASTIA KRÓLOWYCH"
Cz. VI




V
HATSZEPSUT
"KOBIETA-FARAON"
Cz. III


Uroczystości koronacyjne królowej (a raczej króla) Hatszepsut rozpoczynały się o porannej porze, wraz z przebudzeniem się ze snu przyszłego monarchy. Dzień ten był niezwykle ważny, gdyż od niego teraz rozpoczynała się rachuba czasu (którą potem co roku świętowano jako rocznicę wstąpienia faraona na tron). Po przebudzeniu i wstaniu z łoża, monarcha był uroczyście oczyszczany (puryfikacja) i ubierany. Następnie wchodził mistrz ceremonii, który odczytywał: "Ceremoniał Królewskiego Domu Poranka". Cały dwór, kapłani i przybyli z prowincji dostojnicy, udawali się następnie w uroczystym pochodzie do Świątyni Ipet-Sut w Karnaku, zaś wcześniej przybywał tam (niesiony w królewskiej lektyce) arcykapłan Amona-Re, który w "Kaplicy Wielkiej Siedziby" ofiarowywał sobowtórowi władcy (w tym przypadku musiała to być kobieta podobna do królowej Hatszepsut) talizman i magiczne ozdoby, mające chronić faraona przed gniewem bogini Sechmet (symbolizującej zemstę i niepewność losu), po czym sobowtór był namaszczany wonnymi olejami. Następnie arcykapłan przywdziewał królewskie insygnia (najpierw czerwoną i białą koronę Obu Krajów, potem kepresz - lekką niebieską koronę, a następnie nemesz - niebiesko-żółtą chustę, noszoną chociażby przez egipskiego Sfinksa. Potem zaś brał do ręki laskę oraz bicz), po czym sam był poddawany namaszczeniu dziewięcioma olejkami. Przez cały czas wznosił on modły do bogów, aby byli przychylni nowemu królowi (w tym akurat przypadku - królowej) i aby zawsze go wspierali. Po modłach i śpiewach dziękczynnych, przynoszono naczynie z piaskiem ze Świątyni boga Re-Horechte, leżącej na wzgórzu w Heliopolis. Ów święty, pierwotny piasek dziejów - symbol odrodzenia i nowego czasu, był następnie rozsypywany wokół królewskiego sobowtóra. Po dokonaniu tych ceremonii "czystości i świętości" składano następnie ofiary przed kaplicami różnych bogów, po czym udawano się już bezpośrednio do Świątyni Ipet-Sut, gdzie oczekiwała na arcykapłana królowa Hatszepsut. Tam, wspólnie dokonywano uroczystości ofiarowania władczyni w opiekę bogów i składano ofiary oraz dokonywano kolejnych liturgicznych oczyszczeń przed wizerunkami takich bogów (opiekunów państwa i monarchii) jak: Horus - symbolizujący cały Egipt i (jego pomocnicami) boginiami Nechbet z Górnego Egiptu i Wadżet z Delty. Poza tym obowiązkowo musiały się tutaj znaleźć tacy bogowie jak Amon-Re, bóg początku i końca - Atum z Heliopolis (symbolizujący Dolny Egipt) oraz Montu z Hermontis (będący odpowiednikiem Atuma w Górnym Egipcie), jak również byczy bóg Chnum z Elefantyny - stworzyciel ludzi. Nie mogło zabraknąć również wielkich bogiń jak: Sechmet i Hathor - bogini nieba i bogini-matka. Wizerunki tych bóstw były następnie wyprowadzane ze Świątyni, by w obecności królowej oraz arcykapłana, wzięły udział w dalszej części uroczystej procesji.




Wszystkie te uroczystości były niezwykle wyczerpujące i wymuszały na władcy zarówno dużą wytrzymałość fizyczną jak i psychiczną. Arcykapłan po wyjściu ze Świątyni, składał ofiarę z żywności dla owych wielkich bogów (przy czym żadnego boga nie można było pominąć, gdyż mógłby poczuć się obrażony i sprowadzić na władcę jakieś kary), a następnie procesja udawała się do "Domu Życia" gdzie już osobiście ofiary składała sama królowa. Następnie przechodzono z procesją do "Pawilonu Przekazywania Dziedzictwa", gdzie władczyni musiała się zjednoczyć z Horusem tak, aby zarówno kapłani jak i lud dostrzegli że "stali się jednym ciałem". Ceremonia zjednoczenia trwała kilka kolejnych dni i była niezwykle męcząca. Hatszepsut musiała przez cały ten czas co chwilę zmieniać korony, klękać, kłaść się na ziemi lub stawać przed obliczem bóstwa. Pod koniec tych uroczystości królowa musiała położyć się na ziemi (u jej głowy kładziono cztery pieczęcie symbolizujące bogów: Horusa, Geba, Neit oraz Maat) i w tej pozycji zasnąć (co symbolizowało śmierć), zaś rankiem budziła się i odradzała do życia i rządów z nową energią (co znów symbolizowało odrodzenie). Jeśli jednak Hatszepsut myślała że wszelkie niedogodności wreszcie się skończyły, to doprawdy była w wielkim błędzie, gdyż teraz sadzano ją na tronie, przystrajano podwójną koroną z ureuszem, do rąk wkładano laskę i bicz, a następnie musiała w takiej pozycji spędzić kilka kolejnych godzin, nie poruszywszy się nawet przez moment (była bacznie obserwowana przez kapłanów, którzy dodatkowo odprawiali modły). Gdyby nie wytrzymała i poruszyła się, oznaczałoby to że bogowie mają do niej jakiś żal (być może nawet jej nie uznają) i wówczas trzeba by było ponownie odprawić ceremonię przebłagalną w Świątyni Ipet-Sut a także w "Pawilonie Przekazywania Dziedzictwa", jednak taka powtórna uroczystość mogła znamionować wiele negatywnych czynników (np. można by było to zinterpretować jako fakt, że bogowie nie życzą sobie kobiety-faraona, która pozbawiła władzy swego małoletniego bratanka) i przeszkodzić jej w przejęciu pełni rządów (a że istniała wobec niej opozycja, świadczy fakt umieszczenia pewnego napisu, w którym królowa żądała uznania i twierdziła że tylko ci, którzy złożą jej pokłon przeżyją, pozostali umrą - nie wiadomo tylko czy była to realna groźba, czy też magiczna formułka religijna). Po wyrecytowaniu wszystkich przekleństw i symbolicznym ścięciu głów wrogom Horusa (poprzez spalenie siedmiu płacht papirusu), arcykapłan wypuszczał ze świątyni specjalnie tam sprowadzonego ptaka (z reguły był to sokół, choć nie zawsze), który potwierdzał że królowa dopełniła dzieła i została przyjęta przez Horusa i przezeń zaakceptowana (jeśli zaś ptak nie chciał wylecieć ze świątyni, to również był zły znak - wówczas kapłani byli zmuszeni "pomóc" mu opuścić Świątynię, wymachując kijami). Dopiero wówczas królowa mogła wstać z tronu i rozprostować członki.

Następnie przystrajano monarchinię w szatę z czerwonego lnu (symbolu zwycięstwa), a na stopy wkładano białe sandały (symbol czystości), do ręki zaś wkładano jej "laskę obcych krajów" (symbol egipskiego panowania nad podbitymi ludami) i przystępowano do... kolejnych męczących ceremonii, których celem teraz było przepędzenie boga Seta (mordercy Ozyrysa - ojca Horusa) łodygą papirusu Horusa-Króla. Przez ten czas wypowiadano różne religijne formułki i śpiewano pieśni, mające dopomóc królowej w tym zadaniu (nie wiadomo jak to dokładnie wyglądało - ale mniej więcej polegało na tym, że władca musiał łodygą papirusu odpędzić "barkę Seta", prawdopodobnie pływającą po wodzie - zapewne jednak było to równie męczącym i długotrwałym zadaniem jak te wcześniejsze). Gdy i ono zostało spełnione, królowa, w towarzystwie arcykapłana, dołączała do oczekującej ją procesji i udawała się z "Pawilonu Przekazywania Dziedzictwa" do miejsca w którym musiała złożyć ofiarę wszystkim jej poprzednikom na egipskim tronie (była to tak zwana: "Ofiara Przodków"), żyjących w Zaświatach razem z bogami. Potem procesja powracała do "Domu Życia", gdzie odbywały się już uroczystości końcowe, zwane "prezentacją ptaków-zwiastunów". A odbywało się to w sposób następujący: do królowej, siedzącej na tronie, przynoszono dziewięć ptaków, których głowy namaszczone były olejkiem z olibanu, zaś każdy z tych ptaków był też traktowany nieco inaczej i co innego symbolizował. Pierwszego ptaka - sokoła, okadzano dymem i namaszczano, po czym kapłan pobierał z oka zwierzęcia jego łzę i umieszczano ją w klejnocie królewskim. Ów klejnot (zwany też "Łzą Horusa") zawieszano następnie na królewskiej szyi. Pozostałe ptaki - sęp, kania, gęś nilowa i kilka innych - wypuszczano dookoła monarchy, aby były jej pośrednikami w kontaktach z bogami, jak też osobistymi opiekunami. Modlitwa do "ptaków Re" kończyła uroczystości koronacyjne i królowa nareszcie mogła się udać na zasłużony odpoczynek. Hatszepsut przyjęła też nowe imiona i to zarówno imię tronowe: Maat-Ka-Re ("Dusza Re jest Prawdą") jak i zmieniła osobiste: z Hatszepsut na Chenemet-Amon-Hatszepsut ("Zjednoczona z Amonem") i stała się już nie królową, a królem, gdyż jej żeńska płeć w tym momencie została przesłonięta przez boską formę Amona-Re (stąd też kazała się portretować w męskich strojach i bez biustu, aby dać wyraz jedności z bogiem, którego boskość całkowicie niweczy jej fizyczną, żeńską formę).




Nie posiadając jednak męskich atrybutów, nie przyjęła imienia Ka-nacht ("Potężny Byk"), symbolizującego męską potencję seksualną, ale za to dodała do swej tytulatury określenie: Useret-kau ("Potężna Siłami Życia"), co uznano za właściwy odpowiednik tego pierwszego. Aby podkreślić jednak że w jej osobie łączą się dwa czynniki - męski i żeński, przyjęła również dodatkowe imię tronowe, które brzmiało: Neczeret-kau ("Boska Pojawianiem się"), a symbolizowało ono zarówno kobiecą wyjątkowość i boskość ("neczeret"), oraz męską zdolność do regeneracji i "rozsiewania życia" ("kau"). Królowa Hatszepsut dążyła do oficjalnego ukazywania jej męskiej sylwetki na reliefach świątynnych, ale w tytulaturze nie rezygnowała z żeńskich końcówek. Nie chodziło jej bowiem o to, aby fizycznie stać się mężczyzną, a jedynie o oto aby zostać zaakceptowaną jako żeńskie wcielenie męskich bóstw. Wiedziała dobrze że nie jest w stanie zapłodnić swego haremu "Boskim Nasieniem" (a tym samym stworzyć swoje nowe "Boskie Ja"), więc nie rezygnowała z atrybutów kobiecości. Deklarowała jednak, że jako kobieta jest pod opieką potężnych bogiń, które są w stanie spalić każdego "ogniem swego żaru" (musiała tak mówić, aby odpędzić niechętne sobie szepty, widzące w niej nie faraona-władcę, "Boskiego Sprawcę Życia" - a jedynie kobietę, czyli: "tę którą napełnia się Życiem" i która sama nie jest w stanie przedłużyć owego życia. Utożsamienie się z ziejącymi ogniem boginiami, które okrutnie karzą za każde nieprzemyślane słowo i każdą nieprzemyślaną myśl - służyło więc umacnianiu jej pozycji i władzy, zarówno jako kobiety jak i jako faraona). Aby pokazać że teraz ona jest faraonem, "Horusem Żywym", królem wspieranym przez bogów - kazała zmienić kartusze na zamówionych wcześniej (zapewne dla Totmesa III) obeliskach (gdy Totmes osiągnie już pełnoletność i zdobędzie władzę, każe zerwać kartusze na pomnikach Hatszepsut i umieścić tam swoje imię, lub imiona swego ojca i dziada). Owe obeliski - jeden umieszczony w Tebach, drugi w Heliopolis - miały być przykładem jej potęgi - gdyż nieco falliczny kształt owych kolumn dowodził płodności, a to znów równało się z witalnością czyli możliwością "dawania życia" (owe obeliski przetrwały do dziś, jeden z nich - ten z Heliopolis, zwany "iglicą Kleopatry" - zdobi bulwary Tamizy, zaś drugi - ten z królewskich Teb - znajduje się w Central Parku w Nowym Jorku).

Hatszepsut jednak jako kobieta, nie była w stanie sprostać królewskim obowiązkom w haremie, przez co samo jego istnienie traciło rację bytu. Oczywiście ostentacyjna rezygnacja z haremu, mogła zostać odebrana jako wyrzeczenie się obowiązku przedłużania życia (który to należał do podstawowych zadań każdego egipskiego władcy), problem polegał jednak na tym, że nawet jeśliby królowa chciała "przedłużać życie", nie było to fizycznie możliwe ze względu na jej płeć. Dlatego też postanowiła wprowadzić pewne zmiany, które miały na celu praktyczną likwidację haremu, bez potrzeby jego rozwiązywania. Otóż wydała polecenie, aby wszystkie wolne kobiety w haremie (których była zdecydowana większość) wróciły do swych domów, gdyż "król nie będzie korzystał z ich usług", a ponieważ egipskie haremy w niczym (poza nazwą) nie przypominały późniejszych tego typu miejsc, znanych chociażby z Chin czy krajów islamu, a także współczesnej popkultury (egipskie kobiety mogły swobodnie przyjmować w haremach członków swych rodzin, a nawet wychodzić do miasta - w towarzystwie służącej - i spotykać się z ludźmi), pozbycie się owych haremowych dam było w tej sytuacji znacznie łatwiejsze. Oczywiście harem nie mógł zostać fizycznie zlikwidowany, gdyż po pierwsze - Hatszepsut nie rządziła sama, a wraz ze swym młodym bratankiem - Totmesem (którego jednak wysłała na północ, do Memfis albo nawet do Heliopolis, aby nie przeszkadzał jej we władaniu państwem z królewskich Teb), a to oznaczało że harem musiał istnieć, choćby po to, aby dorastający władca mógł wypełniać swoje obowiązki jako "Potężny Byk" i zapełniać pałacowe korytarze gromadką tak potrzebnych dla przetrwania dynastii dzieci. Dlatego też po pierwsze: w haremie pozostały (w wiekszości) same niewolnice, a po drugie: królowa odesłała je Totmesowi do Memfis. W ten sposób pozbyła się obecności innych kobiet ze swego dworu i konieczności odwiedzania ich nocą (choćby dla zasady, po to tylko aby życzyć im dobrego snu) i tym samym wypełnić swoje obowiązki. Sama jednak, jako personifikacja Króla-Horusa, potrzebowała kobiety, która pełniłaby przy jej boku funkcję Wielkiej Małżonki Królewskiej (czyli spełniała te wszystkie zadania, którymi zajmowała się oficjalna małżonka władcy). Do tej jednak roli Hatszepsut wybrała sobie własną córkę - Neferure, która już wcześniej otrzymała tytuł Boskiej Małżonki Amona-Re i przejęła poranne obowiązki "pobudzania" boga w jego świątyni.




Tak więc teraz matka i córka razem sprawowały rządy. Jedna była bogiem zamkniętym w swym żeńskim ciele, a druga (podczas publicznych uroczystości) jej żeńskim odpowiednikiem jako królewskiej żony. Jedna ubierała się po męsku, przywdziewała sztuczną brodę i obwiązywała się w talii pasami (aby nie było widać kobiecych piersi), druga zaś ubierała się jak żona króla. I tylko Totmes był konsekwentnie pozbawiany władzy i usuwany z dworu, żyjąc w dalekim Memfis pod ścisłym okiem wybranych przez królową dostojników i nauczycieli. Tam też uczył się zarówno dziejów dawnych władców, trudnej sztuki pisania i czytania hieroglifów, rachunków, jak i powożenia rydwanem oraz strzelania z łuku. I bardzo powoli, acz konsekwentnie zaczął w nim wzbierać gniew, gdy dowiadywał się że nigdy wcześniej żadna inna kobieta nie panowała razem z królem, nie kontrolowała jego życia i nie wyganiała go z dworu. Powoli zaczął sobie uświadamiać, że taka sytuacja, jaka go spotkała, jest ewenementem nie mającym wcześniej żadnego precedensu. Tym bardziej budziła gniew w tym młodym człowieku świadomość, że realnie został pozbawiony władzy i zepchnięty na prowincję, zaś kobieta która za tym wszystkim stoi jest uzurpatorką. Ten wzbierający gniew wreszcie doprowadził do zamachu stanu i obalenia Hatszepsut, ale stało się tak dopiero w jakieś piętnaście lat później (ok. 1458 r. p.n.e.). A tymczasem obie panie - matka i córka - wpadły na genialny pomysł odnalezienia zapomnianej już wówczas drogi do kraju Punt, mitycznej krainy zamieszkałej przez czarny jak heban lud, do której ostatni raz wyprawiono się prawie 500 lat wcześniej, a która to ziemia obfitowała w wiele cennych i pożądanych w Egipcie produktów. Postanowiły więc odrodzić ten handel i wysłać pionierską ekspedycję na Południe (ok. 1470 r. p.n.e.), aby tym samym utrwalić w świadomości swych poddanych i potomnych pamięć o kobiecie-faraonie, która dokonała niemożliwego.





RETROSPEKCJA I FUTUROSPEKCJA
KRÓLOWEJ HATSZEPSUT




Ta ambitna kobieta, objęła władzę nad Egiptem w wieku ok. 30 lat (początkowo pełniąc rolę regentki, a potem już oficjalnej władczyni - czy też raczej władcy, bowiem Starożytni Egipcjanie nie znali słowa: "królowa" - nie występowało ono w ich języku, zaś w odniesieniu do żon faraonów używano albo sformułowania: "Wielka Małżonka Królewska", albo "Boska Małżonka Amona", albo po prostu... Żona Króla, lub Matka Króla). Było to najprawdopodobniej w 1479 r. p.n.e. W młodym wieku (prawdopodobnie 15 lub 16 lat) została poślubiona swemu bratu i kolejnemu władcy Egiptu, faraonowi Acheperenre Totmesowi II (Egipcjanie nie używali także liczebnego datowania swych poszczególnych władców, rozróżniając ich jedynie po pierwszym imieniu, jakie każdy z nich miał nadawane tylko dla siebie i nieużywane już przez następców). Hatszepsut od urodzenia miała wyższą pozycję od brata, a to z tego powodu że jej rodzicami byli: faraon Acheperkare Totmes I i królowa Ahmose, natomiast Totmes II zrodzony został z haremowej nałożnicy jego ojca - Mutneferet. Jednak jako chłopiec, miał oczywiście pierwszeństwo do tronu i władzy, z tym że musiał poślubić swą przyrodnią siostrę (aby umocnić swoje prawa do korony). Totmes II nie był dobrym mężem dla młodej kobiety, co prawda traktował ją z szacunkiem i respektował wszelkie należne jej prawa jako córze królewskiej dynastii, jednak niewiele czasu przebywał w jej komnatach. Zresztą był bardzo chorowity i częściej to ona przesiadywała przy jego łożu, niż spędzała tam z nim noce. Spłodził z Hatszepsut tylko dwie córki - Meritre - która zmarła w niemowlęctwie i księżniczkę Neferure (urodzoną ok. 1490 r. p.n.e.), nie miała zaś synów, głównej podpory każdej dynastii.

Hatszepsut nie tylko cieszyła się znacznie lepszym zdrowiem od swego królewskiego brata/męża, ale również była od niego lepiej wykształcona. Totmes II od dziecka był bowiem chorowity, dlatego też jego ojciec nie wierzył, że syn dożyje wieku męskiego, z tego powodu jego edukacja była bardzo zaniedbana. Znacznie lepiej wykształceni byli jego dwaj przyrodni bracia - Amenmose i Wadjmose, także zrodzeni z haremowych niewolnic. Szczególnie Amenmose był oczkiem w głowie Totmesa I, który szykował go na swego następcę. Niestety, owi dwaj bracia, cieszący się znacznie lepszym zdrowiem od chorowitego Totmesa II, zmarli w wieku młodzieńczym, jeszcze przed śmiercią ich ojca. Pozostał więc tylko Totmes II, który musiał poślubić księżniczkę Hatszepsut, a z tego związku spodziewano się narodzin kolejnego syna (lub synów), dalszej nadziei dynastii Totmesydów. Przeżyła jedynie księżniczka Neferure i chłopiec, zrodzony z haremowej niewolnicy imieniem Izis, przyszły następca tronu Mencheperre Totmes III. Chłopiec w chwili śmierci ojca miał ok. 6 lat. Tak więc kraj pozostałby bez następcy (chłopiec był zbyt młody by objąć władzę, dodatkowo zrodzony był z niepełnej królewskiej krwi, co również podważało jego prawa), a przyszłość dynastii Totmesydów, zakończyłaby się po drugim jej przedstawicielu. I wówczas to do działania przystąpiła ambitna Hatszepsut, zdając sobie sprawę, że jako "Boska Małżonka Amona" posiada wielką władzę religijną i polityczną. Z chwilą śmierci swego brata, przestała być już "małżonką króla", pozostała więc jej jedynie funkcja kapłańska, którą zamierzała wykorzystać w walce o władzę. 

W tym celu (jeszcze gdy Totmes II konał w swym łożu) udała się do świątyni Amona-Re, Ipet-sut w Karnaku, gdzie wzięła udział w procesie "przebudzenia boga ze snu", podczas którego miała na nią spłynąć jego łaska i wizja. Niewiele osób wie (gdyż niewielu w ogóle mogło wejść do "Świętego Świętych", czyli specjalnego pomieszczenia w Świątyni, gdzie przechowywany był posąg boga - uczynić to mogli jedynie sam faraon, arcykapłan Amona-Re i oczywiście "Boska Małżonka Amona"), jak wyglądał proces samego "przebudzenia" boga. Otóż miał on czysto  seksualny podtekst, w wyniku którego "Boska Małżonka"... nadziewała się na sterczącego fallusa owego boga, doznając przy tym spazmów (w całym pomieszczeniu roztaczał się zapach kadzidła i ziół), które miały świadczyć o łasce, jaką obdarza ją w danej chwili bóg. Tak też było i z Hatszepsut. Amon-Re był bogiem stwórcą, panem wszechrzeczy, najpotężniejszym z bogów, jego objawienia były niepodważalne, dlatego też nikt nie ośmielił się sprzeciwić, gdy Hatszepsut opuściwszy święte miejsce, przemówiła do kapłanów i zgromadzonych w Świątyni ludzi, deklarując im że sam bóg postanowił uczynić z niej swe narzędzie, które ma ocalić Egipt po spodziewanej śmierci dotychczasowego władcy. Tak właśnie miała powiedzieć: że jest narzędziem w rękach boga Amona, który kieruje jej ruchami, aby ocalić kraj.




Tak więc kobieta po raz kolejny w historii Egiptu miała uzyskać wielki wpływ na politykę państwa (pierwszą była królowa Neferusobek, panująca ok. czterech lat na początku XVIII wieku p.n.e., czyli jakieś 300 lat przed Hatszepsut), tym bardziej że dynastia z której wywodziła się Hatszepsut, nie pochodziła od dawnych królów. A wręcz przeciwnie, jeszce ojciec Hatszepsut - Totmes I (zwany pierwotnie Dżehutimesem), był jednym z oficerów na królewskim dworze faraona Amenhotepa I (ostatniego przedstawiciela dynastii Ahmosydów). Nie wiadomo czego dokonał (nie ma opisów żadnych jego zwycięstw z okresu przed wstąpieniem na tron), więc trudno stwierdzić w jaki sposób został wybrany na następcę Amenhotepa I (który był impotentem, co przyprawiało o rozpacz jego matkę, dostojną Ahmose-Nefetrari, która dostarczała mu specjalnie wybrane niewolnice do łoża, w nadziei spłodzenia męskiego potomka, oraz wynajdowała najróżniejszych lekarzy, którzy mieli pomóc królowi w pozbyciu się owej "niedogodności". Wszystko to okazało się daremne, król miał tylko jedną córkę - księżniczkę Ahmose, która oczywiście mogła objąć władzę jako regentka, ale nie jako faraon. Potrzebowano chłopca, który przedłużyłby trwanie dynastii, a skoro to okazało się niemożliwe, potrzebny stał się odpowiedni mężczyzna, który - poślubiony Ahmose, zapewniłby ciągłość rodu przynajmniej w linii żeńskiej). Ahmose-Nefertari ponoć osobiście oglądała kandydatów do ręki (i łoża) swej wnuczki i zapewne Dżehutimes miał się czym pochwalić, skoro to właśnie on został wybrany mężem Ahmose i kolejnym władcą (jednocześnie założycielem nowej dynastii). Po śmierci Amenhotepa I ok. 1506 r. p.n.e. wstąpił on na egipski tron, przyjmując nowe imię koronne - Acheperkare Totmes I. W tym czasie musiał być żonaty z Ahmose już od kilku lat, bowiem Hatszepsut w chwili koronacji ojca miała ok. roku. Teraz, ta "żołnierska dynastia" była ponownie zagrożona brakiem pełnoprawnego, męskiego potomstwa.

Natomiast brak władcy oznaczał chaos w kraju i rozprzężenie społeczne, a co za tym idzie zamieszki, bunty, walki i rozlew krwi. Król był potrzebny, wręcz niezbędny, bowiem jego brak oznaczał (w świadomości Egipcjan) chaos w całym Wszechświecie i niespotykane klęski, jakie niechybnie spadłyby na kraj. Gwarant ładu i spokoju, poskromiciel chaosu i reprezentant boskiej sprawiedliwości, był wyczekiwany przez cały kraj w tych niepewnych tygodniach śmiertelnej choroby Totmesa II roku 1479 p.n.e. Już dawno (od co najmniej 300 lat) w Egipcie żaden władca nie odprawił święta Dżed, poświęconego bogu Ozyrysowi (święto to odprawiano po raz pierwszy w trzydziestym roku panowania władcy, następnie po raz drugi dekadę potem, a kolejne to już co dwa lata lub nawet co roku). Święto to było symbolem odrodzenia mocy witalnej władcy, symbolizowanym podniesieniem wielkiego słupa (podobnego do fallusa) przez króla, jako odnowienie jego władzy i gwarant dobrobytu dla kraju. Totmes I był energicznym władcą, co potem odziedziczyła jego córka. Organizował wielkie wyprawy wojenne: do Nubii (dotarł z podbojami do III katarakty Nilu, zdobył największą nubijską twierdzę - Semnę, oraz nakazał wznieść egipską twierdzę w tym podbitym kraju - Tombos i odbudował dawną twierdzę w Buhen, przy II katarakcie Nilu - zbudowaną prawie tysiąc lat wcześniej, za Starego Państwa), do Kanaanu, Syrii i Fenicji (podbój kraju Retenu, opanowanie całej Syrii i dojście do Eufratu, gdzie postawił swoje stele graniczne u wrót do królestwa Nahariny, jak w starożytnym Egipcie mawiano o królestwie Mitanni), po za tym organizował liczne inspekcje wojskowe i objazdy swego kraju (głównie łodzią po Nilu), zaś władzę nad jego pałacem i haremem, sprawowała matka - Senseneb (oczywiście nie wywodząca się - jak reszta rodziny - z królewskiej dynastii). Totmes miał też dość duży erotyczny temperament i sypiał z wieloma kobietami ze swego haremu.




Władał Egiptem przez 13 lat (do 1493 r. p.n.e.) pozostawiwszy kraj silny i bezpieczny od zewnętrznych zagrożeń. Panowanie jego syna - Totmesa II było równie długie i trwało ok. 13 lat (do 1479 r. p.n.e.). Czyli po upływie 25 lat od wstąpienia na tron pierwszego przedstawiciela dynastii Totmesydów, dalszy jej los był pod wielkim znakiem zapytania, bowiem nieślubny syn Totmesa II był jeszcze dzieckiem - ktoś więc musiał objąć regencję. A kto miał ją objąć, matka młodego Totmesa (III) - Izis? Przecież ona była, jak to się mówiło na dworze: "Piękną Królewską Ozdobą" i niczym więcej; nie miała praw nawet w połowie takich, jakie posiadała oficjalna małżonka. Zresztą była najprawdopodobniej niewolnicą, nie mogła więc sprawować regencji. Pozostawała jedynie Hatszepsut, która sama miała już córkę, dziesięcioletnią Neferure, ale problem polegał na tym, że kobieta nie mogła sprawować władzy królewskiej inaczej, niż będąc regentką młodocianego króla (jak już wyżej wspominałem, Egipcjanie nie znali nawet słowa "królowa" co powodowało że kobieta, która pragnęłaby objąć tron dla siebie, musiała panować jako król, w pełnym tego słowa znaczeniu - ze sztuczną brodą i ciężkimi koronami Górnego i Dolnego Egiptu). Jednak w tych dniach, gdy król Totmes II umierał w swym pałacu w Tebach (w Tebach były co najmniej dwa królewskie pałace, jeden w Karnaku o nazwie "Jestem niedaleko Wielkiego Pana Amona" i w Luksorze główny pałac królewski), nikt nie odważył się (szczególnie po wizycie w świątyni Ipet-sut i objawieniu jakiego miała doznać od boga) zakwestionować praw Hatszepsut do regencji nad małoletnim księciem Totmesem, który objąć miał tron jako Mencheperre Totmes III.




Nie jest wiadome czy już w tym okresie Hatszepsut zawarła bliższą (bez wątpienia erotyczną) znajomość z niejakim Senenmutem, zarządcą pałacu królewskiego, oraz kontrolerem królewskiego skarbu. Był to człowiek niskiego pochodzenia, dorastał na prowincji, w biedzie, jako syn podrzędnego urzędnika w miejscowości Hermontis. Nie wiadomo w jaki sposób trafił na królewski dwór do Teb, ale można przypuszczać, że musiał wykazywać się wieloma walorami (zarówno umysłowymi jak i być może również... erotycznymi), w każdym razie stanowisko zarządcy pałacu królewskiego (prawdopodobnie w Luksorze), powierzyła mu jeszcze matka Hatszepsut - królowa Ahmose. Bardzo szybko nawiązał również znajomość z samą Hatszepsut, która właśnie około owego roku 1479 p.n.e. powierzyła mu... opiekę nad własną córką - Neferure, jako: "mena nesut" ("męska pierś dla króla"). Tak zaczął się bardzo szybki awans społeczny tego człowieka i zapewne burzliwy romans z królową, który trwał przez kilkanaście lat. Z czasem Hatszepsut zaczęła myśleć w jaki sposób na stałe odsunąć od władzy, przebywającego dotąd w pewnym odosobnieniu (do którego go wysłała) Totmesa III, który z roku na rok stawał się mężczyzną, a liczni informatorzy królowej dostarczali jej wieści o jego postępach w nauce, łucznictwie, powożeniu rydwanem i posługiwaniu się mieczem. Hatszepsut pragnęła, aby po niej na tron wstąpiła jej córka - Neferure, jako kolejny król i być może nawet planowała jakąś akcję związaną z odebraniem Totmesowi III życia. Nie udało jej się to, ponieważ młody król, mając ogromne poparcie w armii, wywołał bunt (a raczej pucz dworski), wymierzony przeciwko swej ciotce i w początkach 1458 r. p.n.e. w wieku ok. 27 lat, obalił ją (prawdopodobnie została wówczas zamordowana) po ponad dwudziestu latach jej bezpośrednich rządów nad krajem, a następnie odnowił mocarstwową pozycję Egiptu w Syrii, Nubii, a nawet najechał bezpośrednio Naharinę/Mitanni - po raz pierwszy w historii i doszedł nawet do Waszszugani, stolicy tego kraju). Nim jednak to nastąpiło, Hatszepsut w przemyślny sposób odsunęła chłopca od władzy i przeniosła go na prowincję, do dobrze strzeżonego miejsca, gdzie pozostawał z dala od stolicy.




CDN.

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...