WYŚWIETLENIA

02 września 2026

MEMORIAM - Cz. XXIV

VIRGINES VESTALES i 
TRZY CIOSY





UMIŁOWANY POKÓJ
I ZŁUDNE NADZIEJE 
SIEDEMDZIESIĄTYCH LAT
Cz. IX






CO Z TYM WSCHODEM? 
Cz. IV



 Po uzyskaniu upragnionej prowincji Cylicji (upragnionej tylko i wyłącznie z powodu chęci objęcia dowództwa w wojnie z Pontem, nie zaś ze względu na bogactwa owej prowincji, której ona nie posiadała), Lucjusz Licyniusz Lukullus przystąpił czym prędzej do formowania legionu z którym wyruszy na Wschód, na wojnę z Mitrydatesem Eupatorem. A w tym czasie (symultanicznie) toczyły się inne wojny. O hiszpańskiej wojnie prowadzonej przez mariańczyka (który stał się prawdziwym, acz samozwańczym "królem Hiszpanii") Kwintusa Sertoriusza z rzymskimi wodzami: Kwintusem Cecyliuszem Metellusem Piusem (przezwisko "Pobożny" uzyskał on nie ze względu na swoją gorliwość religijną, a z powodu miłości ojcowskiej i starań, jakie przedsięwziął w sprawie powrotu swego ojca z wygnania, na które ten został skazany decyzją Gajusza Mariusza w roku 100 p.n.e. Metellus przez dwa lata pisał petycje i błagał o pozwolenie na powrót swego ojca do Rzymu, co ostatecznie zakończyło się sukcesem w roku 98 p.n.e. a od tej chwili otrzymał on przydomek "Pobożny") i Gnejuszem Pompejuszem (obaj byli przeciwnikami Mariusza, obaj też walczyli w armii Korneliusza Sulli, nic więc dziwnego że pałali niechęcią do mariańczyka jakim był Sertoriusz) i o ich walkach w Hiszpanii pisałem już w poprzednich częściach tej serii, warto jednak dodać jeszcze parę słów na temat samego Kwintusa Sertoriusza, a szczególnie powiedzieć coś na temat jego życia prywatnego i tego, jakim był człowiekiem.

Przede wszystkim należy stwierdzić, że Sertoriusz był człowiekiem niezwykle pobożnym, lub też raczej zabobonnym. Będąc jednocześnie wykształconym i znając język grecki, znał również pisma Eratostenesa (greckiego geografa i matematyka, działającego głównie w Aleksandrii i żyjącego w III wieku p.n.e.), który kierując się wyznaczoną przez siebie datą upadku Troi (którą obliczył - przykładając tutaj naszą rachubę czasu - na 1183 r. p.n.e.), stwierdził że koniec świata nastąpi w 1000 lat po upadku Troi, (czyli lekko licząc wypadałby to rok 183 p.n.e.). Owszem, wówczas doszło do śmierci dwóch wybitnych wodzów i polityków: Publiusza Korneliusza Scypiona Afrykańskiego - pogromcy Hannibala spod Zamy, oraz właśnie samego Hannibala, ale poza tym nic więcej się nie wydarzyło, świat się nie skończył (co prawda w tymże roku było kilka ciekawych znaków, zwiastujących nadejście czasów ostatecznych, aczkolwiek nic takiego wielkiego się nie wydarzyło. Wiosną tego roku wybuchła ogromna burza wraz z wichurą, która zniszczyła kilka świątyń i budynków prywatnych w Rzymie; zwaliła brązowe posągi w Świątyni Jowisza Najlepszego Największego na Kapitolu, zniszczyła drzwi świątyni Luny na Awentynie - roztrzaskując je o ściany świątyni Cerery, zniszczyła również posągi wraz z postumentami w Cyrku Wielkim oraz zniszczyła dachy w kilku innych świątyniach Rzymu - ta nawałnica mocno przeraziła Rzymian i spodziewano się w niej właśnie oznak końca czasów. Zaś z końcem tego roku twierdzono że w świątyni Concordii przez dwa dni padał krwawy deszcz, a w pobliżu Sycylii miała wyłonić się z morskich odmętów nowa wysepka. Zorganizowano więc publiczne moduły o wstawiennictwo do bogów). 




W tym momencie wielu Rzymian (oczywiście tylko tych znających język grecki, bo cała pozostała masa rzymskich obywateli w ogóle się tym nie przejmowała, bo o tym nawet nie wiedziała, chociaż złowróżbne znaki były oczywiście zapowiedzią boskiej kary i dlatego składano masowo krwawe ofiary ze zwierząt na ołtarzach rzymskich świątyń, ale nie interpretowano przyszłej zagłady Rzymu w kategoriach dziejów Troi) zaczęło się zastanawiać czy to właśnie Eratostenes popełnił błąd w obliczeniach, czy też Sybilla (a raczej jej księgi), która również wyznaczyła koniec świata na tenże rok, wprowadziła ich w błąd? Ani jedna, ani druga opcja nie mogła zostać przyjęta, gdyż rzymska rachuba liczenia lat "od założenia miasta" pochodziła właśnie z obliczeń Eratostenesa, tak więc jeśliby uznano że popełnił błąd, należało również odrzucić ową rachubę. Więc może to Sybilla? Ale nie, to też nie wchodziło w grę, ona przecież nigdy nie oszukała dumnych synów grodu wilczycy. Uznano więc że źle zinterpretowano lata, które wyznaczył Eratostenes i wiek eratostenesowych lat to nie było 100 a 110 lat. Kierując się tą datą, uznano że Rzym został założony w 440 lat od chwili rozpoczęcia wojny trojańskiej (1193-440=753), a to oznacza że koniec świata nastąpi nie w tysiąc, a w 1100 lat po upadku Troi (rok ten zaś przypadał na 83 r. p.n.e.) i wówczas to właśnie - opierając się tą rachubą czasu - i przewidując upadek znanego świata (rzymskiego świata), Kwintus Sertoriusz (wraz z kilkunastoma towarzyszami) wypłynął daleko na morze, aż za "Słupy Herkulesa" (czyli Cieśninę Gibraltarską) kierując się ku "Wyspom Szczęśliwym", które według przepowiedni obiecać miał Jowisz wybrańcom wieku żelaza (Sertoriusz dotarł do Wysp Kanaryjskich, które uznał właśnie za owe "Wyspy Szczęśliwe", jako że klimat tam był ciepły, roślinność bujna - niczym w raju - a poza tym udało mu się pochwycić białą łanię lernejską - symbol bogini Diany, greckiej Artemidy). Do podróży owej dojść musiało właśnie w roku 671 od założenia Miasta (czyli w 83 r. p.n.e.), ale ponieważ była to podróż odkrywcza, a podróżnicy nie byli przygotowani na to, żeby od razu osiąść na owych wyspach, postanowiono powrócić tam wraz z zapasami, ekwipunkiem i resztą tych, którzy chcieli ocaleć z pogromu końca świata.




Tylko że do powrotu już nigdy nie doszło, jako że minął rok 671 od założenia Miasta (83 p.n.e.), a zapowiadany przez Eratostenesa i Sybillę koniec świata ponownie nie nastąpił. Zresztą Sertoriusz (z początkiem 82 r. p.n.e.) otrzymał namiestnictwo Hiszpanii (nastąpiło to jeszcze przed usunięciem reżimu popularów przez przybywającego ze Wschodu Korneliusza Sullę po zakończeniu I wojny z Mitrydatesem Eupatorem, który zdobył Rzym i krwawo rozprawił się ze swoimi przeciwnikami politycznymi, wprowadzając optymatyczny {a dziś byśmy nazwali go raczej konserwatywnym} reżim), potem zajęty był Sertoriusz walkami w północno-zachodniej Afryce (dzisiejsze Maroko), a ostatecznie (od roku 80 p.n.e.) rzucił wyzwanie reżimowi Sulli i wypowiedział posłuszeństwo Rzymowi. Warto oczywiście od razu zaznaczyć (gwoli uporządkowania wiedzy), że wydarzenia (roku 83 p.n.e.) związane właśnie z przepowiednią końca świata (oraz późniejszego zdobycia Rzymu przez Sullę w 82 r. p.n.e.) są traktowane jako pierwszy - wymieniony w tytule - cios, zadany rzymskiej Republice. Drugi cios (miał miejsce w roku 73 p.n.e.) związany był z wybuchem powstania Spartakusa, co było efektem uniewinnienia westalek (o czym już wcześniej wspominałem, ale pozwolę sobie jeszcze dokładniej to streścić), podejrzanych o złamanie ślubów czystości złożonych bogini Wescie. Trzeci zaś (w roku 63 p.n.e.) gdy doszło do zamachu stanu Lucjusza Sergiusza Katyliny, stłumionego następnie przez Cycerona (notabene niektórzy historycy uważają, że niechęć - a nawet nienawiść - Marka Antoniusza do Marka Tullusza Cycerona wzięła się stąd, że jego wuj - Gajusz Antoniusz Hybryda {konsul roku 63 p.n.e.} który pomógł Cyceronowi w stłumieniuwłaśnie Katyliny i z tego powodu otrzymał przy jego poparciu zarząd nad prowincją Macedonią, został z niej usunięty właśnie na wniosek Cycerona już w roku 60 p.n.e. Antoniusz uważał bowiem że Cyceron okazał się oszustem i że celowo pozbawił namiestnictwa jego wuja. W rzeczywistości jednak wydaje się bardziej prawdopodobne, że Antoniusz Hybryda został po prostu usunięty stamtąd ze względu na swoje zdzierstwa i bezwzględne łupienie podatkami mieszkańców owej prowincji). Tak oto nawiedziły Rzym owe trzy ciosy, które umieściłem w podtytule owej serii.

Wracając zaś do Sertoriusza, należy od razu dodać, że prywatnie był to prawdziwy... maminsynek. Jego miłość do matki była tak wielka, że gdy dostał wiadomość o jej śmierci - będąc już w Hiszpanii (a było to zapewne jakiś czas po 82 r. p.n.e.) to przez tydzień nie wychodził ze swego namiotu, cały czas ją opłakując. Pozostał by tam dłużej, ale jego żołnierze zmusili go do działań i zakończenia stanu wewnętrznej i zewnętrznej apatii. Po utracie matki przerzucił się na wiarę w opatrzność bogini Diany, której symbolem stała się biała łania lernejska, sprowadzona z "Wysp Szczęśliwych" i ona dodawała mu nie tylko otuchy, ale przede wszystkim ogromnej wiary w zwycięstwo. I rzeczywiście, kierując się tą wiarą (i zamykając się na długie godziny w jednym pokoju ze swą łanią, długo z nią rozmawiając oraz nasłuchując, co bogini przez owe zwierzę ma mu do przekazania) Sertoriusz był nie do pokonania przez prawie 8 lat zmagań wojennych. Bowiem zapał i ogromna wiara w opatrzność bogini udzielała się też jego hiszpańsko-rzymskiemu wojsku, a niestety walka z fanatykami często jest bardzo trudna, a wręcz niemożliwa do wygrania, jeśli druga strona również nie będzie fanatycznie przekonana o swoich celach i ostatecznym zwycięstwie (przykładem niech będą niesamowite wręcz zwycięstwa Arabów, prowadzonych przez Mahometa i jego następców w walkach z Rzymiano-Bizantyjczykami i Persami, czyli armiami które miały wielowiekowe tradycje, a były znoszone z pola niczym zboże latem. Armie koczowników rozbijały tamte wojska, kierując się właśnie niespożytą wiarą w życie pozagrobowe w Raju, u boku Allaha). I rzeczywiście, Sertoriusz pozostał niepokonany aż do swej śmierci. A zginął w wyniku zdrady, podstępnie zamordowany przez człowieka, który chciał zająć jego miejsce, a który nie miał ani jego charyzmy, ani jego wiary, ani jego autorytetu. Gdy więc tylko objął dowództwo nad pozostałościami armii Sertoriusza, Pompejusz nie miał już większych problemów z zakończeniem tego buntu (72 r. p.n.e.).




Tak więc (według Plutarcha - bo tylko on podaje imię matki Sertoriusza) miała ona zwać się Rhea (Reja) i pochodziła z zamożnej rodziny rzymskiej, zapewne (choć nie ma tutaj żadnej pewności) o korzeniach etruskich (jej imię zostało bowiem podane w różnych formach np. Rhaia lub Rahia). Sertoriusz w młodym wieku stracił ojca i tak naprawdę nigdy go nie znał, całe życie zaś wychowywała go matka (Plutarch przedstawia ją jako nową Kornelię, matkę braci Grakchów, która poświęciła swoje życie aby wychować synów na dobrych Rzymian, poświęcając przy tym swoje szczęście osobiste). Oczywiście nie ma żadnej informacji na temat tego, czy Reja ponownie wyszła za mąż, ale sugestia Plutarcha o tym, że poświęciła się wychowaniu syna, świadczy że prawdopodobnie nie. (Plutarch pisze też że) Sertoriusz po powrocie z "Wysp Szczęśliwych" (i potem, gdy był już w Hiszpanii) zawsze pragną wrócić do Rzymu, a jego jedynym celem powrotu była właśnie miłość do matki (rola matek od czasów Koriolana, poprzez właśnie braci Grakchów, po Sertoriusza, Nerona i Aleksandra Sewera, była niezwykle istotna w dziejach Rzymu). Niemiecki historyk - Theodor Mommsen (jeden z najsłynniejszych dziejopisów historii starożytnego Rzymu) tak oto pisał o Sertoriuszu: "Ten wspaniały człowiek, (...) miał naturę łagodną, a nawet czułą, czego dowodem jest jego niemal marzycielska miłość do matki Rei". Matka jednak nie była jedyną kobietą w życiu Sertoriusza, drugą była jego hiszpańska żona (informacje o niej - choć bez imienia, a także o zrodzonym z niej synu, poda jedynie Waleriusz Maximus). Jeśli istniała (a wydaje się że nie należy w to wątpić), to była możną kobietą z jednego z kluczowych hiszpańskich plemion (w przeciwnym razie Sertoriusz nie miałby powodu aby się z nią żenić). Jeżeli bowiem uznamy że dla Hiszpanów Sertoriusz był strategiem-autokratą - a takim samym tytułem określani byli dawni kartagińscy wodzowie, sprawujący kontrolę nad Hiszpanią, m.in.: Hazdrubal, Hamilkar Barkas, czy Hannibal Barkas, to od razu trzeba sobie uświadomić że oni wszyscy również poślubili dobrze urodzone kobiety, wywodzące się z różnych plemion iberyjskich. Wydaje się więc że poślubiając Hiszpankę, Sertoriusz szedł w ślady kartagińskich wodzów, tym samym wtapiając się w lokalne środowisko i stając się jego częścią. 




Należy bowiem dodać, że to, co uczynił w Hiszpanii Sertoriusz, było przełomowym aktem w kwestii romanizacji Hiszpanii i tworzenia jednego społeczeństwa spośród ludów zamieszkujących ówczesne Imperium. Szczególnie na polu edukacji poczynił on niesamowity postęp, który długo jeszcze nie został powtórzony. W każdym razie celem Sertoriusza było stworzenie wspólnego rzymsko-hiszpańskiego państwa, w którym nie będzie lepszych i gorszych (oczywiście mam tutaj na myśli narodowości, natomiast różnice majątkowe i stanowe oczywiście nadal istniały, byli też niewolnicy. Pod tym względem nic nie uległo zmianie, a jedynie przestano uznawać Hiszpanów za ludność podległą). Żeby to sobie uświadomić, warto wyjaśnić jak działał rzymski system sprawowania władzy w prowincjach. Otóż na czele prowincji stał prokonsul lub propretor, który wylosował, lub też uzyskał (przykład Lukullusa - o którym pisałem w poprzedniej części) daną prowincję. Taki namiestnik był na prowincji "panem i Bogiem" życia i mienia mieszkańców tamtych ziem. Od niego zależał pobór podatków, on wyznaczał ich skalę i liczbę (często bywało tak, że w ciągu roku pobierano podatki kilka, a nawet kilkanaście razy, gdyż pierwsze podatki musiały zasilić kabzę namiestnika i jego otoczenia, a dopiero następne szły do Rzymu. Oczywiście kto nie mógł zapłacić podatków był brutalnie prześladowany, więziony, a nawet uśmiercany). Dlatego bogate prowincje były szczególnie łakomym kąskiem dla kończących urząd polityków rzymskich, którzy w czasie wyborów często się zadłużali, a zdobycie intratnej prowincji, to było jak skok do basenu pełnego krystalicznie czystej wody na środku pustyni. Innymi słowy ci, którzy w Rzymie utracili rodowe majątki lub też zadłużyli się po uszy, uzyskawszy taką prowincję wracali ponownie jako bogacze (nie wszystkim to się podobało. Ostro zwalczał tego typu praktyki Cyceron- co pokazałem chociażby na przykładzie Antoniusza Hybrydy - wuja Marka Antoniusza. Natomiast z chwilą ugruntowania się pryncypatu i przejęcia władzy przez Oktawiana Augusta oraz jego następców, stopień łupienia prowincji przez namiestników uległ znacznemu zahamowaniu. Przykład cesarza Tyberiusza jest tutaj dosyć wymowny, bo istnieje taka anegdota, która mówi że jeden z namiestników prowincji wysłał pewnego razu do Rzymu znaczne kwoty, sądząc że tym samym uzyska cesarską akceptację ze względu na swoje dokonania. Cesarz jednak zdjął go ze stanowiska, mówiąc przy tym: "Owce należy strzyc, a nie obdzierać ze skóry").




Namiestnik do pomocy w zbieraniu podatków i przeprowadzaniu audytów miał przy sobie kwestora (który również był zastępcą namiestnika na prowincji). Poza tym jego "dwór" składał się również z trybunów wojskowych, legatów, specjalistów cywilnych, oraz służby - która była niezbędna, aby umilić życie przedstawicielowi grupy społecznej nierobów nobilitas (potem również ekwitów, czyli rzymskiej klasy średniej). Rolę sądu najwyższego na prowincji pełniła rada sędziów, wybierana spośród ludzi mianowanych na to stanowisko przez namiestnika, a składających się z kwestora, legatów, trybunów wojskowych i kohorty "przyjaciół" ("amicorum"). Oczywiście rzymskie władze centralne (które rezydowały w największym lub najważniejszym mieście danej prowincji), nie mogły się zajmować wszystkim (zresztą było to niemożliwe), dlatego też większość spraw scedowano na samorządy, złożone albo z przedstawicieli lokalnych miast, albo lokalnych plemion. Sertoriusz umocnił władzę lokalnych plemion, wprowadzając ich przedstawicieli do stworzonego przez siebie Senatu, złożonego zarówno z Rzymian jak i Hiszpanów (co było wówczas nieakceptowalne społecznie, trzeba bowiem podkreślić jak wielkie oburzenie wywołało w Rzymie wprowadzenie do Senatu przedstawicieli galijskiego plemienia Eduów przez Gajusza Juliusza Cezara w 45 r. p.n.e.). Poza tym otworzył on szkoły dla dzieci z rodzin hiszpańskich (oczywiście były to rodziny możne, bo tylko takie wówczas się liczyły, ale jednak) umożliwiając im darmową naukę łaciny i greki i tym samym starając się skonsolidować swoje "hiszpańskie królestwo". Innymi innowacjami wprowadzonymi przez Sertoriusza było mianowanie dwóch kwestorów w miejsce jednego, dodanie stanowiska pretora sprawującego pieczę nad sądami, stworzenie nowej administracji hiszpańskiej w sytuacji ciągle trwającej wojny oraz ustanowienie nowego Senatu (w miejsce tego "legalnego", istniejącego w Rzymie).




Tak wyglądały sprawy hiszpańskie. Ale nim Lucjusz Lukullus zebrał legion (na czele którego pomaszerował na Wschód, przeciw Mitrydatesowi), warto też zobaczyć jakie postępy w walkach z piratami poczynił ojciec późniejszego triumwira Marka Antoniusza, noszący to samo imię. 




CDN.

01 września 2026

BYLIŚMY - JESTEŚMY - BĘDZIEMY! - Cz. VI

CZYLI DAWNA POLSKA UCHWYCONA NA
KLISZY APARATU FOTOGRAFICZNEGO






WOJNA OBRONNA
(7-9 września 1939)





GDAŃSK - WESTERPLATTE
KAPITULACJA ZAŁOGI STRAŻNICY WESTERPLATTE
(7 WRZEŚNIA 1939)




GDAŃSK - WESTERPLATTE
MAJOR HENRYK SUCHARSKI 
W OTOCZENIU NIEMIECKICH ŻOŁNIERZY
(7 WRZEŚNIA 1939)




GDAŃSK - WESTERPLATTE
gen. FRIEDRICH-GEORG EBERHARD ODDAJE HONORY
MAJOROWI SUCHARSKIEMU
(7 WRZEŚNIA 1939)




GDAŃSK - WESTERPLATTE
ROZMOWY KAPITULACYJNE
(7 WRZEŚNIA 1939)




GDAŃSK - WESTERPLATTE
NIEMIECKI ŻOŁNIERZ PRZED BRAMĄ 
WOJSKOWEJ SKŁADNICY NA WESTERPLATTE
(7 WRZEŚNIA 1939)




DĘBLIN
NIEMIECKIE BOMBOWCE HEINKEL-HE-111 
NAD MIASTEM
(WRZESIEŃ 1939)




KOMPANIA POLSKICH CZOŁGÓW 7 TP 
W OCZEKIWANIU NA ROZKAZY
(WRZESIEŃ 1939)




STANOWISKO POLSKIEJ ARTYLERII W POLU
(WRZESIEŃ 1939)




Z PAMIĘTNIKA WITOLDA GIEŁŻYŃSKIEGO
(PISARZA I PUBLICYSTY)


 "7 września. Uwaliłem się jak kłoda, ale telefony przeszkadzały spać. Ktoś donosił, że Niemcy już pod miastem. Wpada Aniela z dyżuru: każą wszystkim mężczyznom udać się do kopania rowów! Odmawiam. Jestem przekonany, że nie będzie czym kopać. (Potem dowiedziałem się, że sprowadzono 100 tys. kopaczy na 5 tysięcy łopat.) Około 4-tej zawiadomił nas komendant domu, że wszyscy mają się ubrać, cała ludność ma opuścić Warszawę. Poczęliśmy gorączkowo ubierać się, trzeba iść do dzieci, do Robakiewiczów. Jeśli wyjdziemy z Warszawy osobno, możemy ich już nigdy nie odszukać...
 Biegniemy ciemnymi ulicami miasta. ruch jak w dzień. Ciągną ludzie z tobołkami, wielu prowadzi rowery. Trwoga wieje ze wszystkich twarzy. Przejście z Foksal na Hipoteczną trwa nieskończenie długo. W bramie służąca; dziwi się, że był jakiś rozkaz, bo u nich spokojnie.
 Eksplozje tak liczne i głośne, jakich jeszcze nie było. Robi to wrażenie szturmowania do bram Warszawy. Czy miasto nie jest już wzięte? Może detonacje były wysadzaniem mostów?
 Dzienniki nie wyszły, a przynajmniej nie docierają do naszej kamienicy. Rano uspokaja się, można wyjść na miasto. Tramwai nie ma. Za kurs dorożką po mieście żądają kilkadziesiąt złotych, ale i tak - zajęte. Porozumiewamy się telefonicznie. Najpierwszy telefon do Anieli. Nikt nie odpowiada. Wreszcie ok. 6 wieczorem odzywa się głos w telefonie:
 - Aniela nie żyje. Mówi Karska.Popełniła samobójstwo. Witoldzie, przyjeżdżaj zaraz!
 Jak nieprzytomny lecę...
 Okazało się, że ok. 5 nad ranem, gdy zaczął się ten straszny nalot z bombardowaniem, nie wytrzymały jej nerwy (...) Wanna wypełniona zakrwawioną wodą. Przecięła żyły... Jednak śmierć nie nastąpiła dość prędko. Zarzuciła na siebie koszulę i skoczyła z 4 piętra (...) Skok widzieli ludzie, myśleli że to spada ktoś z aeroplanu...
 Płakałem, płakałem... Ale trzeba przecież pochować, zająć się pogrzebem."
 
 "8 września, piątek. Nie ma ludzi w zakładzie pogrzebowym, nie ma koni. Wreszcie, u Adamskiego na Placu Trzech Krzyży, znajdują się. Zajeżdża karawan pod dom. Ale zaczyna się alarm. Wyprzęgają konie, wprowadzają do bramy. Chowamy się w klatce schodowej. Pospiesznie wynosimy trumnę. Jedziemy kłusem, aby zdążyć przed następnym nalotem...
 Cóż za biedny, mizerny, ubożuchny pogrzeb! Patosu nadawała nam chwila dziejowa, to czekanie nalotu. Nie długo! Ledwie przybyliśmy pod bramę cmentarza ewangelicko-reformowanego - alarm! Karabiny rechotały, grzmiały działa. Kryjemy się w schronie - był to obszerny murowany grób... Ostatnie spojrzenie na trumnę.
 Wyszliśmy na ulicę. Ruch wielki, masa żołnierzy: rannych, zmęczonych, osmolonych, brudnych. Publiczność kupowała jabłka i im rozdawała. W bramach niemal wszystkich domów punkty odżywcze dla żołnierzy, dawano im herbatę, bułki, papierosy, cukierki. Na ulicach ożywienie. Wyodrębniły się dwa żywioły, oba natchnione poczuciem obowiązku, patriotyzmu: jedni wychodzili z miasta w nadziei, że gdzieś wstąpią na ochotnika do wojska... Drudzy pozostawali na miejscu, żeby swą obecnością dokumentować, że tu ich dom. Ci właśnie niosą pomoc żołnierzom. Bardzo potrzebną, bo służby sanitarne szwankują. Jeszcze gorzej z aprowizacją. Tysiące żołnierzy snują się bez przydziału. Pogubili swe formacje, pogubili broń. Biedni, głodni, zastraszeni. Opowiadają o przeżyciach bojowych jak o piekle. Ziało na nich ogniem i żelazem ze wszystkich stron (...)
 Jednak Warszawa ma się bronić. Na czele staje emerytowany generał Czuma, znany z determinacji. Prezydent miasta Starzyński mianowany komisarzem cywilnym i podniesiony do rangi majora. Organizują się bataliony ochotnicze obrony Warszawy, P(olska) P(artia) S(ocjalistyczna) dostarcza wielu ludzi. "Robotnik" jest redagowany w duchu rewolucyjno-patriotycznym, to język Kościuszki i Kilińskiego. (...) Wychodzą też inne pisma - jednostronicowe, dorywcze, lokalne, gdyż PAT (Polska Agencja Telegraficzna) wyjechał i brak wiadomości ze świata. Dziennikarze, którzy pozostali, pragną temu zaradzić; trzeba powołać agencję informacyjną!"

"9 września. Padło kilka bomb w sąsiedztwie naszego domu lub w sam dom: jedna rozbiła mieszkanie i windę, dwie padły tuż pod naszą ścianą na przybudówki, mieszczące aptekę. Huk był ogłuszający, rzuciliśmy się do ucieczki po schodach. Wojtek i Hipek (buldożek francuski) lecieli pierwsi, za nimi Nela, Andrzej, rodzina Robakiewiczów. Ja na ostatku. Już miała Nela wypaść na podwórze, gdy przed samym jej nosem poleciał deszcz szkła z rozbitych szyb. Szczęściem Wojtek przebiegł już podwórze, byłby co najmniej raniony. (...)
 Decydujemy spędzić noc w schronie. Okienka piwniczne zabezpieczone workami z piaskiem. Schron nabity ludźmi. Przeważnie zamożni Żydzi: kupcy, agenci handlowi, bankowcy... Poznosili walizy z cenniejszymi rzeczami, wózki z dziećmi, pościel, rozkładane fotele. Chcą spać najwygodniej. Wszyscy tak zastraszeni, że nie wychodzą nawet z potrzebą naturalną. Dzieci wysadzają na nocniczki. Zgiełk i zaduch nie do wytrzymania.
 Przez całą noc detonacje. To już ostrzeliwanie Warszawy z ciężkich dział. W nalotach zdarzały się przerwy. Kanonada artyleryjska może być ciągła.
 Obrona przeciwlotnicza osłabła. Alarmów nie ma lub następują po niewczasie. Przez radio coraz rzadziej uprzedzają: Nadchodzi... Przeszedł... Nie widać naszych samolotów. Bronią nas tylko karabiny maszynowe, ustawione na wyższych budynkach. Wiele pożarów. Radio wzywa obywateli, aby sami gasili ogień. Ale czym? W szale ewakuacji zabrano nawet Straż Pożarną. Przybyłe z prowincjonalnych miasteczek straże ochotnicze za słabymi pompami nie mogą dać sobie rady.
 
 
 W nocy, o godz. 2:00 7 września rząd Rzeczpospolitej opuścił Warszawę, kierując się na Łuck, zaś Marszałek Śmigły-Rydz przenosi swój sztab do Brześcia nad Bugiem. 
 O godz. 3:00 komunikatem radiowym został odwołany nieprzemyślany apel płk. Umiastowskiego z 6 września, dotyczący opuszczenia Warszawy przez całą ludność (głównie mężczyzn) i podążania na wschód.
 O godz. 4:15 Niemcy przypuszczają kolejny już atak na Polską Składnicę Tranzytową na Westerplatte. Deszcz żelaza i stali, wystrzeliwany z pancernika Schleswig-Holstein, artylerii polowej, moździerzy i bombowców regularnie ostrzeliwujących Składnicę - niewiele daje, atak znów zostaje odparty. Jednak sytuacja garstki obrońców jest dramatyczna. Brakuje nie tylko leków i bandaży, ale już nawet amunicji, a poza tym spora część obrońców jest ranna lub wymęczona nieustanną siedmiodniową walką. Pomimo sprzeciwu kapitana Franciszka Dąbrowskiego, który z bronią w ręku zmusza żołnierza do zerwania białej flagi, wywieszonej na rozkaz majora Sucharskiego - dalsza obrona nie ma już żadnego sensu, przy realnym braku wsparcia Korpusu Interwencyjnego gen. Skwarczyńskiego (który wycofał się na południe), nikt by im nie przyszedł z pomocą, dlatego też walczyli by tak, jak Spartanie pod Termopilami, do śmierci (a mieli wytrzymać tylko dwanaście godzin, wytrwali siedem dni nieustannego ataku, bombardowań i ostrzeliwań z morza, lądu i powietrza). Niemcy sądzili że Westerplatte to twierdza, zbudowana na kształt umocnień Linii Maginota, jakież było ich zdziwienie gdy okazało się że to zwykła składnica wojskowa. Oficerowie niemieccy byli pod wrażeniem bohaterstwa Polaków, czego dowodem był fakt, iż major Sucharski w niemieckim obozie jenieckim otrzymał prawo noszenia przy boku szabli. Kapitulacja Westerplatte nastąpiła o godz. 10:15.




Rozpoczyna się "Wyścig do Wisły". Niemcy są przekonani że Polacy zrezygnują z obrony terenów na zachód od Wisły i skoncentrują się na linii Narew-Wisła-San, dlatego też nakazują by 3, 4 i 8 Armia czym prędzej nacierały w kierunku Warszawy.
Gen. Juliusz Rómmel (dotychczasowy dowódca Armii Łódź) zostaje mianowany dowódcą nowo formowanej Armii Warszawa i obu stojących pod stolicą Armii: Łódź i Modlin. Ok. godz. 14:00 pierwsze czołówki 4 Dywizji Pancernej gen. Reinhardta pojawiają się na rogatkach miasta (Włochy-Okęcie), pewni że z marszu zajmą polską stolicę.
A tymczasem dzieje się coś nieoczekiwanego. Otóż niemiecki wywiad kompletnie przeoczył bardzo silny związek taktyczny (złożony z Armii Poznań i części dywizji Armii Pomorze), stojący na tyłach niemieckiej 8 Armii idącej na Warszawę. Luftwaffe także nie wykryła tegoż zgrupowania, gdyż formacje te przemieszczały się nocą, za dnia odpoczywając. Wkrótce Niemcy przekonają się jak duży popełnili błąd.
 W bitwie pod Iłżą w centralnej Polsce formacje 10 Armii niemieckiej napotykają na duży opór Armii Prusy (3, 12 i 36 Dywizja Piechoty). Przez większość dnia Polacy bronią się przed niemieckimi atakami (2 i 3 Dywizji Lekkiej, zaś po południu przechodzą do natarcia i pod Kotalarką masakrują oddziały 3 Dywizji Lekkiej, zmuszając je do wycofania się.
 O godz. 21:00 sztab Grupy Armii Południe gen. Gerda von Rundstedt'a melduje OKW (Naczelne Dowództwo Wehrmachtu) o zajęciu Warszawy. Wiadomość ta jest fałszywa - miasto nie zostało zajęte.
 
Naczelny Wódz wydał wreszcie zgodę (8 września) na otwarcie magazynów największej polskiej Składnicy Uzbrojenia Nr. 2 ulokowanej na północny-wschód od Dęblina. Przekonały go apele oficerów że żołnierzom kończy się już amunicja oraz zbliżanie się niemieckich oddziałów pancernych do tejże Składnicy. Na jej ewakuację potrzeba by było 3500 wagonów towarowych co w obecnej sytuacji wojennej nie było możliwe. Oddziały polskie przejmują więc jedynie część uzbrojenia (tyle, ile jest im potrzebne w danej chwili) brakuje też czasu na ewakuację całości, więc przychodzi rozkaz zniszczenia Składnicy aby nie wpadła w ręce wroga. Niestety, rozkaz przychodzi zbyt późno i Niemcy zajmują Składnicę.
Sytuacja jest trudna, ale tylko pozornie wydaje się beznadziejna (widok zmęczonych i brudnych żołnierzy oraz ich frontowe opowieści mogą sprawiać takowe wrażenie), ale wojna wciąż nie jest przegrana, a wręcz przeciwnie, w polskim Sztabie Głównym już opracowane są plany wielkiej kontrofensywy, której jednym z elementów jest uderzenie Armii Poznań i Pomorze na tyły 8 i 10 Armii niemieckiej. Nocą z 8 na 9 września Marszałek Śmigły-Rydz rzuca drogą radiową rozkaz: "Słońce wschodzi!" Jest to kryptonim wielkiej kontrofensywy, która ma wypędzić Niemców z już zajętych terenów polskich i wkroczyć do Rzeszy, gdy tylko wojska francuskie przejdą do generalnej ofensywy na Froncie Zachodnim.
 



I się zaczyna. 9 września o świcie do boju rusza 8 polskich dywizji piechoty i 3 brygady kawalerii, które wiążą ze sobą całą 8 Armię niemiecką, część wysuniętych i idących na Warszawę dywizji 10 Armii i jeden korpus z 4 Armii. Zaskoczenie Niemców jest całkowite - myśleli bowiem że na zachód od Wisły nie ma już większych formacji polskich, a tymczasem na ich tyły wychodzą całe dywizje. O godz. 15:00 dowódca 6 Pułku Piechoty, Oberst Reichert melduje: "W okolicy Michałowic, dwa kilometry na wschód od Marynki, kolumna marszowa mego pułku została zaatakowana od tyłu przez przeciwnika w sile około batalionu ze wsparciem wozów pancernych. (...) Boczne ubezpieczenia przeciwpancerne meldują pod Zagajami o pojawieniu się opancerzonych wozów gąsienicowych. Polacy są wszędzie na szerokim froncie na południe od Bzury". Natomiast dowództwo niemieckiego 46 Pułku Piechoty melduje 9 września o godz. 23:00 "Położenie beznadziejne, sztab pułku formuje jeża i wycofuje się. Łęczyca stracona!". Lecz to dopiero początek.
 9 września Bitwa pod Wizną (trwająca od 7 września) weszła w decydującą fazę (Wizny broniło ok. 700 żołnierzy kapitana Władysława Raginisa. Przeciwko sobie mieli potęgę pancerną, złożoną z... 42 200 żołnierzy pod dowództwem gen. Heinza Guderiana, 350 czołgom i wsparciu lotniczemu). Przewaga Niemców wynosiła 40:1 a mimo to nie byli w stanie przez cztery dni przełamać polskiej obrony.




Tego dnia (9 września) późnym wieczorem Niemcy podejmują próbę wtargnięcia do Warszawy od strony Mokotowa. Atak kończy się klęską i Niemcy zostają zmuszeni do odwrotu.
 9 września rozpoczyna się mobilizacja rezerwistów do Armii Czerwonej. Sowieci przygotowują się do tak wyczekiwanego, wspólnego uderzenia z nazistowskimi Niemcami na Polskę.
W Paryżu ambasador Polski - Juliusz Łukasiewicz spotyka się z politykami i generalicją francuską, zapytując kiedy ruszy francuska ofensywa w Nadrenii? Otrzymuje wymijające i niekonkretne odpowiedzi. Tego samego dnia podpisana zostaje również umowa o utworzeniu Armii Polskiej we Francji (początkowo z Polaków mieszkających nad Sekwaną, a potem z tych, którzy przedrą się do Francji z okupowanego kraju).
W Londynie gen. dywizji Mieczysław Norwid-Neugebauer spotyka się z gen. Edmundem Ironside - szefem brytyjskiego Sztabu Imperialnego. Celem spotkania jest zdobycie informacji kiedy alianci przyjdą Polsce z odsieczą na Froncie Zachodnim. Ironside kończy rozmowę przed czasem. Nikt nic nie wie, a tymczasem na polskie miasta lecą niemieckie bomby, giną ludzie, w tym kobiety i dzieci. A do tego Niemcy odznaczają się wyjątkową brutalnością i popełniają pierwsze zbrodnie wojenne zarówno na żołnierzach jak i ludności cywilnej.
 


NIEMCY NA PRZEDPOLACH WARSZAWY
(8 WRZEŚNIA 1939)




WARSZAWA
KOBIETA Z DZIECKIEM PO BOMBARDOWANIU
(WRZESIEŃ 1939)




BYDGOSZCZ - STARY RYNEK
ZAKŁADNICY W OCZEKIWANIU NA EGZEKUCJĘ
(WRZESIEŃ 1939)




BITWA NAD BZURĄ
OFENSYWA POLSKA
(9 WRZEŚNIA 1939)




gen. TADEUSZ KUTRZEBA
DOWÓDCA ARMII POZNAŃ
NAJSILNIEJSZEJ FORMACJI ATAKUJĄCEJ NAD BZURĄ




BITWA NAD BZURĄ
ZNISZCZONY NIEMIECKI CZOŁG I ZABITY ŻOŁNIERZ
(WRZESIEŃ 1939)




PLUTONOWY STEFAN KARASZEWSKI
SAM JEDEN ZNISZCZYŁ SIEDEM NIEMIECKICH CZOŁGÓW, DWA POWAŻNIE USZKODZIŁ I ZABIŁ 11 NIEMIECKICH ŻOŁNIERZY W CZASIE DWUGODZINNEJ, SAMOTNEJ WALKI, OPÓŹNIAJĄC MARSZ CAŁEJ NIEMIECKIEJ DYWIZJI. GDY ZABRAKŁO MU AMUNICJI, WYSADZIŁ SIĘ GRANATAMI W POWIETRZE
(5 WRZEŚNIA 1939)




MSZCZYNÓW
ZNISZCZONY NIEMIECKI CZOŁG
(WRZESIEŃ 1939)





ZE WZGLĘDU NA PRZYPADAJĄCĄ DZIŚ 87 ROCZNICĘ NIEMIECKIEGO ATAKU NA POLSKĘ, PREZENTUJĘ ALTERNATYWNĄ WERSJĘ HISTORII TEJ WOJNY, W KTÓREJ STRONA POLSKA POSIADA SPRZĘT I TECHNOLOGIĘ WSPÓŁCZESNĄ, ŁĄCZNIE Z SAMOLOTAMI F16 I F35 ORAZ DRONAMI. W TAKIEJ SYTUACJI NAJPOTĘŻNIEJSZA ARMIA ŚWIATA, JAKĄ W LATACH 1939 1942/43 BYŁ BEZ WĄTPIENIA WEHRMACHT, SKOŃCZYŁABY TAK






CDN.

31 sierpnia 2026

HISTORIA ŻYCIA - WSZECHŚWIATA - WSZELKIEJ CYWILIZACJI - Cz. LXI

EGIPT POD RZĄDAMI NIBIRUAN
"CZASY BOGÓW"
Cz. I





GENEZA


 Pierwszą wielką cywilizacją jaka pojawiła się na terenach dzisiejszego Egiptu - była cywilizacja kraju Aranka, stworzona przez Czerwonoskórych uciekinierów z Atlantydy. Miało to miejsce (według Edgara Cayce'a) dokładnie w 50 712 r. p.n.e. czyli wraz z upadkiem ostatniej atlantydzkiej twierdzy Czerwonoskórych Tolteków w Bel-Ra i ucieczce króla Axtella (ostatniego władcy I Imperium Atlantydy) do ówczesnej prowincji Egiptu (zwanej Aranka). Władza Tolteków nad Egiptem trwała ponad 30 000 lat, do roku (ok.) 20 450 p.n.e. gdy ostatni Czerwonoskóry Atlant - król Usertsen - nie mając synów - przekaże tron w ręce Enkiego z Edenu. Koronuje się on w Egipcie pod imieniem PTAHA i zapoczątkuje długą linię nibiruańskich władców, których pamięć przetrwa w legendach starożytnych Egipcjan, jako czasy panowania bogów na ziemi. Dynastia Enkiego osobiście będzie władać Egiptem przez ok. 17 340 lat (do ok. 3 111 r. p.n.e., gdy na tron Egiptu wstąpi Marduk. Jako pierwszy z Nibiruan postanowi on oddać władzę nad Egiptem w ręce jednego z członków rodu Adama - o imieniu Neteru - nazwanego potem Skorpionem. Obejmie on władzę nad krajem HEM-TA - czyli późniejszy Górny Egipt. Na północy zaś, czyli nad "krajem rzeki spadającej kaskadami" - znanym nam jako Dolny Egipt, władzę obejmą potomkowie białych kolonistów z Atlantydy, którzy przybędą do kraju zwanego wówczas MAGAN ok 16 000 r. p.n.e.). 

Marduk jednak nie zrezygnuje z władzy nad krajem. Powierzając rządy potomkom Kaina nad Egiptem, zdawał sobie doskonale sprawę, że wiek ludzi, którzy urodzili się już poza planetą/okrętem Nibiru (a do tego po Wojnach Piramidowych i zniszczeniu firmamentu niebieskiego, wiek ten jeszcze znacznie się obniżył, choć trwało to stopniowo, co pokolenie), nie może dorównać długości życia istot, urodzonych na tej planecie - a do takich należał właśnie Marduk. Zatem, oddajac władzę polityczną w ręce rodu Kaina, jednocześnie obwołał się bogiem i wszechwładcą całej ziemi - RA Wszechwiedzącym i nakazał władcom oraz ludności tej ziemi czcić siebie jako największego z bogów. Tak też się stanie, ale na razie wróćmy do początków tej dynastii, czyli do objęcia władzy przez Enkiego z Edenu. 



RZĄDY ENKIEGO/PTAHA
(ok. 20 450 r. p.n.e. - ok. 11 420 r. p.n.e.) 




PROBLEM OŻENKU MARDUKA


 Te ponad 9000 lat panowania Enkiego nad Egiptem, obfitują w wiele ciekawych wydarzeń, które doprowadzą w konsekwencji do wykrystalizowania się społeczeństwa starożytnych Egipcjan, których znamy już z epoki historycznej. Od czasów historycznego sojuszu Enki-Enlil (zawartego ok. 48 750 r. p.n.e. przeciwko buntowniczemu synowi Enkiego i Ninhursag - Adapie, w Biblii zwanego Adamem), władzę nad miastami Edenu sprawował Enlil. Enki pracował w swym laboratorium i nie wtrącał się do rządów, zaś Ninhursag, jako kobieta (według praw pochodzących jeszcze ze starej planety - Malony) nie mogła przewodzić społeczeństwu Nibiruan. Głównym zadaniem i zajęciem tych istot, było zapobieżenie zagładzie planety/okrętu Nibiru, tak więc wciąż potrzebowali oni złota, więcej złota, by dostarczać go z księżycowej bazy IGGI na Nibiru. Pracami tymi kierował oczywiście Enlil. 

Nibiruanie mieszkający na stałe w Edenie, zauważyli też w tym czasie coś, co bardzo ich zaniepokoiło. Mianowicie okazało się, że im dłużej przebywali na "Niebieskiej Planecie" (jak często w channelingach określa się Ziemię), tym szybciej się starzeli. Szczególnie odbijało się to na ich skórze, która gdzieniegdzie zaczęła się marszczyć (co wcześniej było nie do pomyślenia). O ile jednak Nibiruanie przybyli lub zrodzeni na Nibiru starzeli się dość wolno (co kilka tysięcy lat), o tyle ich potomstwo, zrodzone już na Ziemi, w bardzo szybkim tempie (szczególnie Ningiszzida czyli późniejszy toltecki "bóg" Quatzelcoatl - o którym już pisałem, oraz Dumuzin - dzieci Enkiego i Enlila). Pewnym rozwiązaniem (a raczej spowalnianiem procesu starzenia) była reinhalacja monoatomowa komórek ciała, której podejmowali się Nibiruanie w ośrodku medycznym Ninhursag w Shuruppak. Nie przynosiło to jednak takich efektów, jakie by sobie oni życzyli, jedynie na pewien czas spowalniano proces starzenia się komórek skóry. Ale nie to było największym zmartwieniem tych istot. 

W tym też czasie (nie wiadomo dokładnie kiedy miało to miejsce, na pewno jednak przed udaniem się Enkiego do Egiptu), Marduk poinformował swych rodziców (ojca Enkiego i matkę Damkinę), że pragnie się ożenić. Jego wybór padł jednak na zwykłą Ziemiankę, kobietę która nigdy nie była na Nibiru, ani też nie miała żadnych związków z Nibiruanami. Była ona mieszkanką Imperium Ujghur, czyli Aryjką, lecz dla Enkiego i Damkiny taki mariaż ich syna ze "zwykłą śmiertelniczką" (biorąc pod uwagę różnicę ich genetycznego wieku, oraz możliwości regeneracji skóry - tak różnej dla Nibiruan i urodzonych już na Ziemi innych kolonistów - w tym chociażby mieszkańców Atlantydy, czy Ujghurów) w ogóle nie wchodził w rachubę. Matka nawet zagroziła mu, że jeśli poślubi ją bez zgody rodziny - utraci wszelkie prawa jako książę i pierworodny następca swego ojca, zapowiedziała również że dziewczyna nigdy nie może odwiedzić ich planety - Nibiru. Enlil też wpadł w gniew i zamierzał (jako władca Edenu) zabronić Mardukowi tego ożenku, a w przypadku złamania przez niego zakazu - surowo go ukarać. 

Marduk jednak nie dawał za wygraną. Ostatnią instancją do której mógł się zgłosić, był jego dziadek - Anu, który przebywał na Nibiru. Anu stwierdził że nikt nie może zabronić Mardukowi poślubienia jego wybranki, lecz zaznaczył jednocześnie że wraz z małżeństwem utraci on prawa księcia, oraz nie będzie mógł już nigdy pretendować do władzy nad Edenem, Nibiru czy Iggi. Marduk przystał na te warunki (lecz w sercu zachował wielką urazę, która w przyszłości zaowocuje Wojnami Piramidowymi m.in.: o tron Edenu), poślubił swą wybrankę i nadał jej nowe imię - SARPANITU. W tym też czasie król Usertsen zapytał Enkiego, czy by nie zechciał zająć jego miejsca jako kolejny władca kraju Aranka. Enki wyraził zgodę i udał się do Egiptu wraz ze swym synem Mardukiem i jego nową żoną - Sarpanitu.


II EKSPANSJA ATLANTÓW I ZAJĘCIE DELTY EGIPTU
(POWSTANIE KRAJU MAGAN)
ok. 16 000 r. p.n.e.




Ok. 16 000 r. p.n.e. już po zniszczeniu Imperium Ujghur, Imperium Atlantydy było największym i najpotężniejszym mocarstwem ówczesnego świata. Władcy rządzący Wyspą, nie zamierzali jednak na tym poprzestać, pragnęli całkowicie opanować (lub uzależnić od siebie i zdominować) inne kontynenty świata. Teraz ich wzrok padł na kraj Aranka, który zamierzali podporządkować i zasiedlić. Nim jednak doszło do wielkiej wyprawy na Egipt, w okresie 20 000 r. p.n.e. - 16 000 r. p.n.e. mało miejsce jeszcze jedno wydarzenie, związane bezpośrednio z ożenkiem Marduka. Mianowicie w tym właśnie czasie ok. 200 mieszkańców księżycowej bazy Iggi, porzuciło ją (ze względu na trudne warunki) i powróciło do Edenu. Ci ludzie -zachęceni przypadkiem Marduka, postanowili poślubić kobiety z innych państw (nie pochodzące z Nibiru). 

Zażądali oni od Enlila aby zaakceptował ich wybór, tak, jak uczynił to w przypadku Marduka. Enlil - który miał dość gwałtowny i wybuchowy charakter, ani myślał podporządkowywać się szantażystom. Doszło więc do kolejnych walk w Edenie, które jednak zakończyły się klęską buntowników i zamknięciem ich w specjalnych celach, umieszczonych na terenach dzisiejszego Babilonu. Natomiast Marduk wraz z żoną wyjechał z Egiptu i osiedlił się na ziemiach dzisiejszej Palestyny i Libanu (będzie tam żył do 11 420 r. p.n.e., gdy zastąpi swego ojca na tronie Egiptu). 

Wracając zaś do Egiptu, to właśnie ok. 16 000 r. p.n.e. wyruszyła wielka wyprawa Atlantów na Egipt, prowadzona przez człowieka o imieniu THOT. Była to wyprawa zbrojna, ale w zasadzie nie dochodziło do większych walk. Po prostu Enki oddał Thotowi całą Deltę w zamian za utrzymanie władzy nad południem kraju. Thot widocznie nie był typem wojownika-zdobywcy, a raczej odkrywcy i kolonizatora, więc szybko przystał na taki scenariusz. Cała Delta została opanowana przez Atlantów, wraz z dawną stolicą Tolteków w Sais (gdzie Thot utworzył swą stolicę). Thot był synem jednego z najwyższych kapłanów zgromadzenia "Synów Beliala" i bardzo szybko na kontrolowanym przez siebie terenie (najpierw w Sais, a potem w całej Delcie) rozpowszechnił tę religię. Mamy tu więc prawdziwy galimatias - gdyż na południu obowiązywała nadal religijność wywodząca się z "Jednego Prawa" i kultu Ozyrysa, natomiast Północ zdominowali kapłani zgromadzenia, które przed wiekami doprowadziło wyznawców Południa do opuszczenia ich dawnej ojczyzny. Tak powstały dwa kraje - północne (późniejszy Dolny Egipt) - czyli królestwo Magan, a potem (po inwazji Nagów z Indii) południowe - królestwo Hem-Ta.


EKSPANSJA NAGÓW I KOLONIZACJA 
GÓRNEGO EGIPTU
(POWSTANIE KRAJU HEM-TA)
ok. 16 000 r. p.n.e.




 Jeszcze w czasach swej świetności (przed inwazją Ariów księcia Ramy na obszar dzisiejszych północnych Indii, który miał miejsce ok. 15 000 r. p.n.e.) Nagowie przeprowadzili jedną z największych swych kolonizacji w dziejach - zajęli Górny Egipt. To właśnie Nagowie z MU (mieszając się z lokalnymi Toltekami z Atlantydy) stworzyli późniejszą ciemniejszą rasę Egipcjan (która to, po zasymilowaniu się z białymi Atlantami z Północy, doprowadziła do powstania kultury, cywilizacji i rasy starożytnych Egipcjan). Nagowie nie od razu zasiedlili tolteckie tereny Egiptu, którymi władał Enki/Ptah, początkowo założyli swe kolonie na przylądku Cuardefui, a stamtąd rozeszli się na całe wschodnie wybrzeże Afryki. Ich przybycie do Egiptu nie miało charakteru agresji zbrojnej, było raczej elementem stopniowego napływu Czerwonoskórej ludności z Indii (pochodzącej z MU) na tereny zasiedlone wcześniej przez ich pobratymców z Atlantydy. 

Ich przybycie przyniosło lokalnej społeczności wiele nowinek, tak technologicznych jak i społecznych. Oni to założyli nad Morzem Czerwonym największe miasto i ówczesną stolicę Górnego Egiptu - MAYOU. Kładli też wielki nacisk na edukację i rozwój duchowy człowieka (rozbudowali religię "Jednego Prawa" i kultu Ozyrysa o swoje własne, wyniesione jeszcze z MU - tradycje i zwyczaje). To właśnie pod wpływem Nagów kraj zwany dotąd Aranka, otrzymał nową nazwę HEM-TA ("Kraj Zachodu" lub "Zachodni Kraj" - nazwa ta odnosiła się do kierunku ekspansji kolonizacyjnej Nagów, która wiodła ze wschodu - Indie, na zachód - Afryka, w tym właśnie Egipt).


WIELKA ATLANTYCKA KOLONIZACJA 
GÓRNEGO EGIPTU (HEM-TA)
(od ok. 16 000 r. p.n.e. - 11 420 r. p.n.e.)




 Prócz wschodniego kierunku napływu Czerwonoskórych kolonizatorów z Indii, od ok. 16 000 r. p.n.e. (czyli od zajęcia Delty Egiptu przez Atlantów pod wodzą Thota i stworzenia przez nich na północy kraju MAGAN), trwała intensywna (pokojowa) kolonizacja Górnego Egiptu przez białych Atlantów spod znaku "Synów Beliala". Atlanci przybywali drogą lądową z północy na południe, lub też drogą morską - na okrętach, które przybijały do portu w Mayou. Bardzo szybko ich napływ na tereny Górnego Egiptu stawał się dla Czerwonoskórej ludności Tolteków i Nagów wielkim problemem. Dzieliło ich bardzo wiele, przede wszystkim religia (oraz fakt, że Biali Atlanci nie chcieli zasymilować się z Czerwonoskórymi pod ich wiarą i prawami). Zaczęły też wybuchać pierwsze niesnaski, które szybko przerodziły się w prawdziwe niepokoje społeczne. Mianowicie Atlanci, świadomi swej pozycji (i tego że stoi za nimi potęga największego mocarstwa ówczesnego świata - Imperium Atlantydy), poczynali sobie w Górnym Egipcie coraz zuchwalej. 

Atlanci mianowicie nie zamierzali podporządkowywać się prawom innym, niż wywodzące się z ich ojczyzny, ani też religii innej niźli zakonowi "Synów Beliala". Dochodziło do ataków na świątynie "Jednego Prawa" i przybytki kultu Ozyrysa, a kraj stanął na pograniczu prawdziwej wojny religijnej, która przed wiekami dosięgnęła Atlantydę. Poza tym Atlanci nie respektowali nie tylko nakazów tzw.: poprawności obyczajowej (wielu z nich wiodło rozwiązłe życie, co bardzo gorszyło Tolteków i Nagów), lecz także praw politycznych, ustanawianych przez Enkiego/Ptaha i jego lokalnych przedstawicieli. Te walki wewnętrzne trwały dość długo i nie powstrzymała ich nawet zagłada samej wyspy Poseidii, która zniknie w głębinach Oceanu Atlantyckiego ok. 12 500 r. p.n.e., niszcząc cywilizację atlantycką. Wręcz przeciwnie, dopiero właśnie zagłada Atlantydy spowodowała zwiększenie napływu Białych kolonistów na ziemie zarówno Dolnego jak i Górnego Egiptu. Sytuacja była tak niebezpieczna, a Biali Atlanci czuli się tak silni, że postanowili wywołać powstanie zbrojne i przejąć władzę nad krajem. Tego było już za wiele dla Enkiego/Ptaha, który nie mogąc poradzić sobie z Atlantami, ustąpił z tronu. Jego następcą oczywiście został Marduk.  


CDN.

30 sierpnia 2026

ZEMSTA NA WROGACH! - Cz. II

CZY ZEMSTA JEST ROZKOSZĄ BOGÓW?





JUSTYNIAN II RINOTMETOS
(668-711)
Cz. II






RODZINA
(608-668)
Cz. II



 Zwycięstwo jakie odniósł Herakliusz w wojnie z Persami, nie przyniosło mu mimo wszystko sławy wśród potomnych, bowiem zdobycze te nie były trwałe. To co utrwaliło jego imię w historii, to była wielka zmiana cywilizacyjna i społeczna jaka pojawiła się za jego rządów, a związana ona była ze zmianą charakteru państwa z typowo rzymskiego na całkowicie grecki. Greka która powoli wdzierała się na salony od II wieku naszej ery (szczególnie aktywna w promocji greki na Wschodzie i realnemu zrównaniu tego języka w prawach z łaciną, była małżonka cesarza Trajana - Pompea Plotyna, która szczególnie aktywna w tym dziele była po śmierci męża (117 r.) gdy już nie musiała pełnić roli augusty - notabene wstępując do Pałacu Cesarskiego na Palatynie w 98 r. rzec miała te oto słowa: "Abym taką, jaka tu wstępuje, taką i zejść mogła". To ona właśnie miała wyprosić na protegowanym swego małżonka, nowym cesarzu Hadrianie - z którego żoną Vibią Sabiną i teściową Saloniną Matidią się przyjaźniła - aby ok. 120 r. przyznał językowi greckiemu równe prawa z łaciną na Wschodzie Imperium. Hadrian zawdzięczał swoją władzę głównie trzem kobietom: właśnie Pompei Plotynie, swej teściowej Saloninie Matidii i żonie Vibii Sabinie. Dwie pierwsze kobiety bardzo szanował i cenił i często zasięgał ich rad, swej żony zaś nie znosił i często ją upokarzał publicznie, czego efektem była samobójcza śmierć Sabiny w 137 r. na rok przed śmiercią Hadriana. Plotka głosiła że umierając Sabina przeklęła Hadriana i z tego powodu on umierał w wielkich bólach). W każdym razie dzięki Plotynie greka coraz częściej była używana na Wschodzie (szczególnie we wschodnim kościele) i choć łacina wciąż była językiem administracji, to właśnie za rządów Herakliusza to wszystko uległo zmianie.


POMPEIA PLOTYNA



Widać to było szczególnie w tytulaturze. Dotychczasowy tytuł władcy, który brzmiał: "Imperator Cezar August", został zmieniony na grecki tytuł królewski "Basileus". Co prawda wciąż nie istniała możliwość dziedziczenia władzy z ojca na syna bez zgody Senatu i wojska - jak to miało miejsce dotychczas, ale radzono sobie z tym problemem poprzez wprowadzenie instytucji współcesarza, panującego równolegle z innym władcą (najczęściej była to relacja ojciec-syn, a czasem - choć rzadko - brat z bratem). Najczęściej - aby podkreślić że ten drugi jest dopiero przyszłym władcą - tytułowano go "Mikros Basileus" (wcześniej zaś jeden otrzymywał tytuł "Augusta" a drugi "Cezara"). Za rządów Herakliusza zmieniła się również moda (szczególnie męska) która związana była z utrzymaniem bądź nie utrzymaniem zarostu. W antycznej Grecji i w Rzymie w czasach najdawniejszych noszenie brody przez mężczyzn było oznaką ich mądrości, doświadczenia i męstwa. Ten wzorzec kultury zmienił dopiero Aleksander Wielki, od którego to rządów daje się zauważyć całkowity brak zarostu wśród kolejnych następców jego wielkiego Imperium, a z nich również czerpali wzór przywódcy innych krajów Śródziemnomorza. Rzymianie wydaje się porzucili noszenie bród mniej więcej w połowie IV wieku p.n.e. i ta moda na ogolone męskie lica przetrwała długo, bowiem aż do początku II wieku naszej ery (mniej więcej jakieś 500 lat). Wspomniany przeze mnie wyżej cesarz Hadrian, był pierwszym władcą rzymskim noszącym brodę i od jego rządów (117-138) kolejni cesarze również ją nosili w epoce największej chwały Imperium. Ponowna moda na bezwłose męskie twarze przyszła na początku IV wieku wraz z Konstantynem Wielkim (306-337) a jego następcy również kontynuowali tę modę (wyjątkiem był tutaj tylko cesarz Julian który sprawował władzę w latach 361-363, ale był to władca, który pragnął nawiązać do epoki filozofów - sam zresztą się uważał za filozofa i chciał odrodzenia dawnej rzymskiej religii oraz powstrzymania - będącego wówczas już religią panującą, choć jeszcze nieoficjalnie - chrześcijaństwa). Moda ta utrzymała się właśnie do czasów Herakliusza, który jako pierwszy z władców rzymsko-bizantyjskich nosił brodę.




Herakliusz - oprócz tego że nosił brodę, był dobrze zbudowany i toczył walki z Persami (o czym było w poprzedniej części), miał też inne wady oraz zalety, których do tej pory nie wymieniłem, a nad którymi warto się na moment zatrzymać. Nie znosił podróży morskich i bardzo bał się wody, dlatego też podróż jaką odbył z Kartaginy do Konstantynopola w 610 r. w celu obalenia Fokasa i zdobycia władzy, musiała być dla niego nie lada wyczynem. W ostatnich latach swego życia ten strach przed wodą morską przybrał wręcz objawy paranoi (oczywiście powody mogą być różne, ale nie należy wykluczyć również i tego, że strach Herakliusza przed wodą mógł się wziąć z faktu, że w swoim poprzednim życiu utonął, po prostu utonął, albo też został wyrzucony do wody, i było to dla niego tak traumatyczne przeżycie że przeszło na kolejne wcielenie), cesarz bowiem nie był w stanie znieść widoku morza i okna jego pałacu były zawsze zasłonięte grubymi kocami, tak, aby nie ujrzeć błękitu morskiej fali (ja zaś uwielbiam morze i uważam że jest to jeden z najpiękniejszych widoków, oprócz widoku piękna lasu i gór). Poza tym był bardzo wrażliwym człowiekiem - co przyznają autorzy jemu współcześni. Niekiedy ta wrażliwość obracała się przeciwko niemu samemu, bowiem nie mogąc w swym sumieniu zdecydować się na jakieś rozwiązanie, ulegał podszeptom innych osób (szczególnie swej drugiej żony Martyny i patriarchy Sergiusza), co powodowało że był dość łatwo sterowalny. Po objęciu władzy i swej koronacji w kościele Mądrości Bożej w Konstantynopolu w dniu 5 października 610 roku, poślubił i również koronował swą dotychczasową narzeczoną (która wzięła udział w jego wyprawie z Kartaginy do Konstantynopola) córkę afrykańskiego arystokraty (oczywiście pisząc "afrykańskiego" - mam na myśli rzymską prowincję Afrykę, bo w dzisiejszych czasach takie określenie może być mylące) Eudokię (białą kobietę, chociaż pewnie macherzy z Hollywood zrobiliby z niej murzynkę 🥴). Z tego związku na świat przyszło dwoje dzieci: córka Eudokia Epifania (urodzona w 611 r.) oraz syn Herakliusz Konstantyn (ur. w maju 612 r.). Małżeństwo to było szczęśliwe a Herakliusz naprawdę kochał swoją wybrankę, ale nie było im pisane długo cieszyć się sobą, gdyż już w sierpniu 612 r. Eudokia zmarła. Nie wiadomo kto wówczas z kręgu najbliższych współpracowników Herakliusza wpadł na pomysł, aby poślubił on Martynę, córkę swojej siostry Marii, czyli swoją siostrzenicę. W każdym razie Herakliusz się zgodził i po kilku miesiącach podchodów (gdyż patriarcha Sergiusz ostro zaprotestował przeciwko temu małżeństwu, twierdząc że pokrewieństwo jest zbyt bliskie) ostatecznie doszło do tego małżeństwa na początku 613 r.




Martyna urodziła Herakliuszowi dziewięcioro dzieci (sześciu synów i trzy córki). Większość dzieci była jednak chora (dwoje sparaliżowane, jeden głuchoniemy) i ostatecznie ojca przeżyło tylko trzech synów, którzy i tak byli za młodzi aby sprawować samodzielne rządy - Herakleonas, Dawid i Marinus. Martyna jednak była ambitną kobietą i postawiła sobie za cel wprowadzić na tron swojego syna, a nie pierworodnego - Herakliusza Konstantyna. Wiedziała też że chłopcy są zbyt młodzi aby samodzielnie sprawować władzę, dlatego też siebie planowała ogłosić regentką, a nawet cesarzową i ku temu zapewne szły jej prośby, aby Herakliusz w swym testamencie ją ogłosił cesarzową do czasu uzyskania pełnoletności przez jednego z jej synów (tak też się stało, co oznacza że Herakliusz miał słabą wolę i łatwo ulegał presji - szczególnie ze strony niewieściej). Należy też dodać że Martyna była bardzo niepopularna wśród ludu Konstantynopola. Uważano ją za mącicielkę, która "zatruwa umysł" cesarza i powszechnie sądzono że choroby i śmierć w młodym wieku jej dzieci, są właśnie karą Bożą za to małżeństwo. Herakliusz Konstantyn również odczuwał niechęć Martyny w stosunku do jego osoby. Ona bowiem chciała aby to jej syn został cesarzem, natomiast młody Herakliusz był w tym przypadku konkurentem do władzy - tym groźniejszym że pierworodnym i mającym duże poparcie ludu oraz wojska. Nim jednak Herakliusz wydał swój testament (w którym ogłosił swoją wolę), na wschodzie Imperium Romanum zaczęły się dziać bardzo dziwne rzeczy.




W 610 r. (czyli w roku, w którym Herakliusz objął władzę w Konstantynopolu i nad całym Imperium), w jaskini na szczycie góry Al-Hira w pobliżu Mekki w południowo-zachodniej Arabii, pewien kupiec wywodzący się z plemienia Kurajszytów, imieniem Abu Muhammad Abd al-Malik Ibn Hisham doznał niezwykłego objawienia. Ukazać mu się miał bowiem archanioł Gabriel (Dżibril), który miał mu przekazać przesłanie Boga powołującego go na proroka i nawołującego do tworzenia nowej religii. Jest to bardzo ciekawe zagadnienie nad którym chciałbym się tutaj na moment pochylić. Zacznijmy może od tego, co wiadomo o samym Mahomecie, wybranym przez owego archanioła do roli nowego proroka. Otóż Mahomet miał się urodzić w roku 570 w plemieniu Kurajszytów, których głównym miastem była Mekka. Jego ojciec - Abd Allah b. Abd al-Muttalib poślubił Aminah bint Wahb, ale według tradycji islamskiej tuż przed spłodzeniem Mahometa siostra Waraqah b Nawhala (potrafiącego czytać w języku aramejskim chrześcijańską Biblię), chciała go namówić do wspólnego spędzenia nocy, gdyż miała ujrzeć na jego czole świetlisty znak, zwiastujący nadejście proroka. Abd Allah jej jednak odmówił i poszedł do żony z którą spędził noc i spłodził Mahometa. Na drugi dzień jednak poszedł do siostry Nawhala i to on zaproponował jej wspólną noc, ale wówczas ona odmówiła. Ponoć ów świetlisty znak - który widziała dnia poprzedniego - zniknął z jego czoła. Są to muzułmańskie przepowiednie nadejścia proroka Mahometa, spisane w "sirach" czyli "listach") i mające w jak najpiękniejszy sposób ukazać przyszłego twórcę nowej religii. Ale warto się zastanowić po pierwsze jak to rzeczywiście wyglądało, mam tutaj na myśli owe spotkanie Mahometa z archaniołem Gabrielem w jaskini na górze Al-Hira? a po drugie kim mógł być ów archanioł? Aby tę zagwozdkę wyjaśnić, posłużyć się muszę channelingami i tym, co na temat Mahometa one mówią (miałem o tym napisać w temacie o "Historii Wszechświata", ale postanowiłem tutaj zdradzić rąbek tajemnicy, gdyż zanim w tamtej serii dojdę do Mahometa, to upłynie jeszcze wiele wody w rzekach 😉, tym bardziej że jeszcze nie doszedłem nawet do zatopienia owej Atlantydy i wyjaśnienia w jaki to sposób nastąpiło).


LUDY ARABI SPRZED ZJEDNOCZENIA PRZEZ ISLAM 



Ale po kolei, ojciec Mahometa zmarł jeszcze przed jego narodzinami. Po śmierci męża matka Mahometa - Aminah bint Wahb żyła w nędzy i sama zmarła gdy ten miał 6 lat. Młody chłopak po stracie rodziców trafił pod opiekę swego wuja - Abu Taliba, który był kupcem. Odtąd pomagał mu w pracy i uczył się zawodu, który miał pełnić. W wieku 25 lat poślubił on 35-letnią, majętną wdowę - Khadijah bint Khuwajlid, dzięki czemu miał już zapewnioną stabilizację finansową i nie musiał martwić się o pieniądze, zajmując się intratnym handlem (głównie z Syrią). Od tej chwili jego życie jest niezwykle monotonne i skupione głównie na pomnażaniu dochodów. Mahomet zaś - przed spotkaniem z Gabrielem w jaskini Al-Hira - niczym szczególnym się nie wyróżniał, ani też niczego nie dokonał, ot, wiódł po prostu zwykłe życie majętnego kupca z Mekki. I nagle stało się coś niezwykłego - doznał on objawienia i spotkał archanioła, który kazał mu założyć nową religię a jego samego ogłosił prorokiem. Czy aby na pewno? Otóż nie! Po pierwsze: na początku objawienia nie ma nigdzie wzmianki o tym, że postacią która się objawiła Mahometowi był archanioł Gabriel. Po drugie zaś, samo objawienie było czymś przerażającym dla Mahometa i to nie tylko ze względu na fakt spotkania się z istotą anielską, ale wręcz przeciwnie, Mahomet bowiem był przekonany że to, co ujrzał, jest sprawką dżinów - czyli złych duchów mącących ludziom w głowach (pamiętajmy bowiem że obraz dżina jaki wytworzył się w kulturze europejskiej od czasów opowieści o Alladynie, jest bajkową fikcją. Należy bowiem pamiętać że w tradycji arabskiej dżin nie był fajnym gościem wychodzącym z butelki, dżin to był twór demoniczny, zwodzący ludzi i niszczący ich od wewnątrz). Dopiero Khadijah - jego małżonka utwierdziła go w przekonaniu że to, co ujrzał, było spotkaniem z wysłannikiem samego Boga (czyli Allaha, bo w języku arabskim nie ma innego określenia na słowo "Bóg"). I dopiero po tych rozmowach z żoną Mahomet daje się przekonać że rzeczywiście został powołany do roli proroka i że jego celem jest nawrócić ludzkość na islam (jak to mówią - "Gdzie diabeł nie może, tam babę pośle" 🤭. Innymi słowy najbardziej opresyjna dla kobiet religia na naszym ziemskim padole, tak naprawdę została... stworzona przez kobietę).




Żyjący w VIII wieku Muhammad Ibn Ischak (autor biografii Mahometa), tak oto opisuje owe jego spotkanie z tajemniczą istotą: "W roku i w miesiącu Ramadan, w którym Bóg chciał udzielić łaskę bycia posłanym (prorokiem) Mahomet wyszedł i skierował się ku grocie Hira, co miał w swoim zwyczaju i jego rodzina była z nim. W nocy, podczas której Bóg chciał jemu powierzyć łaskę bycia posłanym jako prorok i udzielić swoje miłosierdzie ludziom, którzy stali się jego sługami dzięki misji (Mahometa), Gabriel przyszedł do niego, aby obwieścić rozkaz Boga. Wysłannik Allaha powiedział: Podczas gdy spałem, Gabriel przyszedł do mnie, trzymając płaszcz z brokatu, we wnętrzu którego był pewien napis. Powiedział do mnie: czytaj. Odpowiedziałem: co mam czytać? Naciskał na mnie tak mocno, że myślałem, że umarłem, potem mnie oswobodził i mówi: czytaj! Spytałem: co mam czytać? I po raz trzeci na mnie naciskał, tak, że myślałem, że umarłem i mi mówi: czytaj! Ja to powiedziałem tylko po to, aby mnie uwolnił ze strachu, że ponownie uczyni mi coś podobnego. Powiedział: Czytaj w imię twojego Pana, który stworzył. Który stworzył człowieka z przylegania. Czytaj, twój Pan będąc bardzo hojnym, który uczy przez ciszę i który uczy tego co on ignoruje. Wysłannik Allaha mówi: ja to przeczytałem. Potem skończył i się oddalił ode mnie. Obudziłem się i (te wersety) były zapisane w moim sercu. Wyruszyłem z tego miejsca, gdy byłem pośród gór usłyszałem pewien głos z nieba, mówiący: O Mahomecie, ty jesteś Wysłannikiem Allaha, a ja jestem Gabriel. Podniosłem głowę ku niebu by spojrzeć i zobaczyłem Gabriela pod postacią człowieka mającego swoje stopy na horyzoncie nieba, mówiącego: O Mahomecie, ty jesteś Wysłannikiem Allaha, a ja jestem Gabriel. I zatrzymałem się tak, nie ruszając się ani w tę, ani w tamtą stronę". A teraz bliższa prawdy wersja żyjącego w IX wieku Muhammada Ibn Ismaila al-Buchariego: "Wysłannik Boga zaczął otrzymywać objawienia pod formą zwiastującego snu. Nigdy wcześniej nie śnił on w ten sposób, że byłoby to jako jasność dnia. Miał on skłonność do przebywania w samotności. Udał się on do groty Ḥira, przebywając tam przez kilka dni, aż do czasu gdy poczuł potrzebę zobaczenia swojej rodziny. U niej się zaopatrywał (w żywność) i wracał ponownie do groty. Udał się zatem do Khadîjah, aby zaopatrzyć się na kolejne dni wypoczynku duchowego, aż do czasu gdy otrzymał on prawdę w grocie Ḥira. Ukazał się mu Anioł (mówiąc): czytaj! (Mahomet) odpowiedział: nie umiem czytać. On chwycił mnie - powiedział Prorok - objął mnie dusząc, po czym mnie uwolnił i powiedział: czytaj! Odpowiedział (Mahomet): nie umiem czytać. Ponownie mnie chwycił, objął dusząc, po czym mnie uwolnił mówiąc: czytaj! Odpowiedział (Mahomet): nie umiem czytać. Po raz trzeci, mnie chwycił, objął mnie dusząc i uwolnił mnie i powiedział: Czytaj w imię twojego Władcy, który stwarza, On stworzył człowieka z czegoś, na czym się zaczepił. Czytaj, dobroć twojego Władcy jest nieskończona!".

Jak widać w obu tekstach są pewne różnice. Po pierwsze Buchari mówi że Mahomet sam udał się do jaskini na górze Al-Hira, natomiast Ischak twierdzi że był tam wraz z rodziną (czyli ze swą żoną). Po drugie: Buchari twierdził że Mahomet był analfabetą, Ischak że potrafił czytać, tylko nie wiedział co ma przeczytać. Nie wiadomo jaka była prawda i czy Mahomet rzeczywiście był analfabetą, czy też nie. Wydaje się jednak że chyba musiał znać jakieś podstawy alfabetu, jako majętny kupiec było mu to przecież potrzebne chociażby do spisywania umów, natomiast teoria Bucheriego w tym przypadku wydaje się mało prawdopodobna, aczkolwiek jest bardziej wzniosła, gdyż człowiek który nie potrafił czytać i pisać po spotkaniu z wysłannikiem Boga nagle miał zapisane "w sercu" całe wersety i mógł je odtworzyć. Wielu - szczególnie chrześcijan - twierdziło i nadal twierdzi, że postacią z którą spotkał się Mahomet nie był wcale archanioł Gabriel, tylko... sam Szatan, który się pod Gabriela podszywał (stąd tak dosyć dramatyczne spotkanie i traumatyczne przeżycie z tym związane). A ja pozwolę sobie pominąć ten wątek i przejść bezpośrednio do tego, co jest zapisane w channelingach na temat spotkania Gabriela z Mahometem. Z tego co udało mi się odczytać i zrozumieć z owych przekazów, niestety nie mam stuprocentowej pewności kim była postać, z którą w jaskini na górze Al-Hira spotkał się Mahomet (czy też doznać miał owego objawienia), ale... 




Channelingi mówią, że w tej kwestii mocno zamącili ci, którzy już wcześniej stworzyli zarówno judaizm jak i przede wszystkim chrześcijaństwo. Czyli Tjehooba przy wsparciu Plejadian. Wiem że temat który rozpocząłem nie jest związany z wątkiem cywilizacji pozaziemskich, ale pisząc to, chciałbym też sam zrozumieć czy dobrze interpretuję pewne fakty, które są tam przedstawione (w channelingach). Otóż po powstaniu chrześcijaństwa i po wysłaniu na ziemię Tjehoobanina, który narodził się w ziemskim ciele i w tej cywilizacji pod imieniem Jezusa z Nazaretu, uznano że misja "Syna Człowieczego" realnie nie spełniła zakładanych na początku celów (pamiętajmy że cel tej misji był jeden, za to bardzo ważne Chrystus który narodził się w Betlejem od początku miał cel którym była śmierć za ludzkość, śmierć w celu podniesienia wibracji naszej planety a przede wszystkim duchowej odmiany nas samych, gdyż jeśli oddajesz swoje własne życie za drugą osobę, to jest to takie wyzerowanie wszelkich dotychczasowych energii nagromadzonych w ciągu całego życia, a w tym przypadku być może całych pokoleń, że następuje duchowe odrodzenie moralne i ono może przybierać bardzo różne formy. Przykładem niech będzie chociażby śmierć w niemieckim obozie zagłady w Auschwitz ojca Maksymiliana Kolbego w sierpniu 1941 r. Przecież swoim poświęceniem ojciec Kolbe ocalił nie tylko życie tego człowieka który był pierwotnie wytypowany na śmierć, ale również całej jego rodzinie, to było nowe życie nowe dobro które on napełnił ich i ich bliskich i ich następców. A Chrystus był potężnym avatarem {jednym z takich znanych mi współczesnych równie potężnych postaci był chociażby Sai Baba}, kimś tak wielkim, że jego śmierć realnie odmieniła dzieje naszej cywilizacji, dzieje całej Ludzkości).




 Cel tamtej misji był  szczytny, chodziło bowiem o podniesienie wibracji zarówno planety Ziemia, jak i mieszkających na niej istot ludzkich w taki sposób, aby przestano się skupiać na materialistycznej religijności i zaczęto więcej miejsca poświęcać duchowości. Miało to (m.in.) przyśpieszyć uzyskanie samoświadomości Ludzkości i zrozumienia, iż nie jesteśmy sami we Wszechświecie (a przede wszystkim chodziło o to, żeby przekazać nam, że istnieje coś takiego jak Federacja Galaktyczna, i że Jego powrót - o którym mówił Chrystus, może nastąpić w sposób dla nas zupełnie nieoczekiwany i zupełnie nie taki, jak głoszą to kapłani. Będzie to bowiem powrót do świadomości "Dzieci Galaktycznych", do zbiorowej społeczności Istot naszego Wszechświata, ale wydarzy się na to na drodze ponownej duchowej odnowy. Spójrzmy bowiem jak bardzo zmieniła się mentalność nas samych od czasów nawet nie tyle średniowiecza, co chociażby wieku XIX. Obecnie wszystko mocno przyspieszyło i siły które chcą nas zniewolić - a takie są i są potężne, chociaż nie na tyle żeby zwyciężyć - doskonale o tym wiedzą starają się nie dopuścić do tego co ma ostatecznie nastąpić z naszym duchowym odrodzeniem). Ostatecznie uznano że misja ta zakończyła się niepowodzeniem. Owszem, osiągnięto pewne rezultaty, ale były one niewystarczające i niezadowalające dla tych, którzy to rozpoczęli. Wydaje mi się jednak że spotkanie jakie przeżył Mahomet na górze al-Hira, nie miało żadnego związku ani z Plejadami (głównymi sprawcami zatopienia Atlantydy) ani z Tjehooba. Nie jest to wyjaśnione, więc są to jedynie moje domysły, ale wydaje mi się że w tej materii zadziałali dawni Nibiruanie, którym misje Plejadian i innych członków Federacji Galaktycznej niezbyt przypadły do gustu. Prawdopodobnie więc spotkanie w jaskini było sennym przekazem wysłanym właśnie przez Nibiruani, którzy kiedyś władali całym regionem dzisiejszego bliskiego Wschodu (wojny piramidowe etc. etc.), a potem przez pojawienie się Jezusa z Nazaretu wiele z tych rzeczy utracili (a raczej utracili nad tym kontrolę, jaką starali się sprawować pomimo fizycznego opuszczenia Ziemi, pozostawiając tutaj na kluczowych stanowiskach królów i władców swoje potomstwo - ród Adama). Jestem więc przekonany że to była ich sprawka (wszystko praktycznie wskazuje na ich rolę w tym procesie, zresztą opowiem jeszcze jak podzielili świat pomiędzy swoje potomstwo - zarówno to nibiruańskie jak i to ziemskie - i jak pragnęli utrzymać dominację. Zresztą w trakcie owego objawienia było przykazane, że ów archanioł stwierdził iż występuje w imieniu Pana, stworzyciela człowieka - a kto był stworzycielem ADAMU? 🤔), ale zarówno Plejadianie jak i Tjehooba też mocno tutaj zakręcili (lecz jak to dokładnie wyglądało, o tym opowiem już w temacie Historii Wszechświata).


CDN.

ZAPRZAŃSTWO JAKICH MAŁO! - Cz. VII

CZYLI HISTORYCZNA REFLEKSJA JAKO MEMENTO DLA WSPÓŁCZESNOŚCI POWSTANIE i WOJNA Cz. VII WŁADYSŁAW IV W MŁODOŚCI  Poselstwo na którego czele st...