WYŚWIETLENIA

28 sierpnia 2026

POLSKĘ TRZEBA ZAŁATWIĆ! - Cz. II

CZYLI O TYM, 
JAK TO NIEMCY, ROSJA I INNE KRAJE
PO I WOJNIE ŚWIATOWEJ, 
WSPÓLNYMI SIŁAMI DĄŻYŁY DO
ZNISZCZENIA ODRADZAJĄCEJ SIĘ
POLSKIEJ PAŃSTWOWOŚCI


VARIA
Cz. II




 Należy pamiętać, że odrodzenie Polski miało od początku służyć celom państw zaborczych. 25 marca 1915 r. przewodniczący Związku Wszechniemieckiego Friedrich von Schwerin, opracował memorandum dla rządu niemieckiego, dotyczące powiększenia niemieckiego terytorium po zwycięskiej wojnie i jego zagospodarowania i zasiedlenia. Pisał w nim m.in.: "W ramach niemieckiego programu oskrzydlenia Rosji Niemcy muszą poszerzyć swoją strefę wpływu na terenach wschodnich. Jako środek do osiągnięcia tego celu może posłużyć "polskie państwo buforowe" pod niemiecką hegemonią (...) Zgodnie z tym będzie przebiegać zasiedlanie zdobytych terenów kolonizatorami niemieckimi po spełnieniu następujących warunków: a) opróżnienie tych obszarów z ludności polskiej, b) sprowadzenie niemieckich osadników z Niemiec i Rosji (...) c) oddzielenie zgermanizowanym pasem granicznym Polaków z Prus od pozostałych Polaków i ich asymilacja, d) wypłacenie przez polskie państwo buforowe odszkodowań wysiedlonym polskim rolnikom. Zasiedlenie nowo zdobytych obszarów na wschodzie, obok korzyści politycznych, strategicznych i gospodarczych, ma się także przyczynić do zmniejszenia problemów społecznych w samych Niemczech, które jednocześnie poszerzą swoją "bazę" kontynentalną, osiągając pozycję mocarstwową na świecie".

I w tym właśnie kierunku szły kolejne niemieckie memoranda, jak choćby to z 31 lipca 1915 r. opracowane przez przemysłowca Gustava Kruppa (stojącego na czele potężnego koncernu stalowego, produkującego głównie sprzęt przeznaczony na potrzeby wojenne). Uznał on bowiem że po zwycięstwie Niemcy nie powinny organizować żadnej międzynarodowej konferencji pokojowej, tylko po prostu każdemu krajowi podyktować własne warunki zawarcia pokoju. W swoim memorandum pisał on również tak: "Wszyscy Niemcy, którzy są rdzeniem Europy, muszą się jak najsilniej zjednoczyć, aby Europie przewodziła kultura niemiecka. Wykorzystując czynniki polityczne i wojskowe, zapewnić, aby Niemcy w nieodległej przyszłości już nie mogły zostać oskrzydlone (...) Utworzenie na wschodzie samodzielnej Polski jako państwa buforowego, którego pierwotne tereny nadal pozostaną w posiadaniu Prus (...) Obce narody zamieszkujące tereny przylegające i przywłaszczone nie mogą mieć praw wyborczych do sejmu Rzeszy, a ich liczba zostanie zmniejszona poprzez opanowanie tych terytoriów oraz zniemczenie tamtejszej ludności". Prócz tego miała zostać utworzona unia celna zwycięskich Wielkich Niemiec z innymi państwami, takimi jak: Austro-Węgry, Szwajcaria, Dania, Szwecja, Norwegia, Finlandia, Holandia (Belgia miała zostać wcielona do Rzeszy, wraz z północnym wybrzeżem Francji i terenami na zachód od Wogezów), państwa bałkańskie, państwa bałtyckie i odtworzone kadłubowe i ściśle kontrolowane przez Berlin organizmy państwowe, takie jak Polska, Ukraina i Białoruś.

Było to bezpośrednie nawiązanie do koncepcji Mitteleuropy, wydanej w formie książkowej w październiku 1915 r. przez Friedricha Neumanna (polityk, bankier i redaktor pisma "Mitteleuropa"). Koncepcja ta nie była jedyną, bowiem należy chociażby wymienić jej wcześniejsze odsłony, jak choćby koncepcja geopolityczna Hermanna Wagnera z 1883 r. koncepcja Paula de Lagarde z 1886 r. (twórcy pojęcia iż pokój w Europie mogą zapewnić tylko potężne Niemcy, sięgające od Ems do Dunaju i od Dźwiny do Triestu), Josepha Partsha z 1904 r. (prawdziwego twórcy pojęcia Mitteleuropa), Alfreda Hettnera z 1907 r. czy Rudolfa Tannenberga z 1911 r., który w swej książce "Gross Deutschland" przedstawił najobszerniejszy teren niemieckiej kontroli w ramach Mitteleuropy, sięgający od północnych i zachodnich granic Francji, przez Szwajcarię, Austrię i Węgry, całe Bałkany (bez Grecji), kończąc na państwach bałtyckich i podchodząc prawie pod Moskwę. Jednak to właśnie praca Friedricha Neumanna stała się najbardziej popularna i nadała nazwę całej tej geopolitycznej koncepcji. Neumann twierdził bowiem, że centrum Mitteleuropy winny być Niemcy i Austro-Węgry, to był swoisty "trzon rdzeniowy" całej koncepcji. Dalej zaś wchodziły takie kraje jak Polska (kadłubowe tereny Królestwa Kongresowego), Holandia, Belgia i Luksemburg (dwa ostatnie kraje przyłączone do Rzeszy), cała Francja, Włochy, Szwajcaria, Serbia, Rumunia, Grecja, Dania, Szwecja i Norwegia, innymi słowy prawie cała Europa, przy czym takie kraje jak Bułgaria czy Turcja miały być "sprzymierzone", co oznacza iż również poddane politycznej i gospodarczej presji Niemiec. W sytuacji jednak klęski Państw Centralnych w I Wojnie Światowej koncepcje te musiały zostać odłożone. 


TAK MOGŁABY WYGLĄDAĆ EUROPA PO ZWYCIĘSTWIE NIEMIEC W I WOJNIE ŚWIATOWEJ







Podobnie było z Rosją. Już 14 sierpnia 1914 r. głównodowodzący armii rosyjskiej wielki książę Mikołaj Mikołajewicz, wydał manifest skierowany do Polaków, w którym była obietnica połączenia wszystkich trzech rozdartych części Polski w jedno, pod berłem cesarza rosyjskiego ("Niechaj się zatrą granice rozcinające na części Naród Polski. Niech Naród Polski połączy się w jedno ciało pod berłem Cesarza Rosyjskiego. Pod berłem tym odrodzi się Polska, swobodna w swej wierze, języku i samorządzie"). Były to jednak same propagandowe frazesy bez żadnych konkretów, tym bardziej że szybko wielki książę uznał za stosowne wysłać specjalny okólnik dla gubernatorów, w którym wyjaśniał że słowa o "swobodnej Polsce" nie dotyczyły ziem "priwislinija" (czyli terenów Kongresówki), a jedynie ziem dopiero zdobytych na Niemcach i Austriakach. Mimo nawet takiej deklaracji, głównodowodzący armią spotkał się z powszechną krytyką w samym rządzie rosyjskim, gdzie wielu ministrów uznało, że w swych obietnicach dla Polaków posunął się "zbyt daleko". W listopadzie 1914 r. minister spraw zagranicznych Rosji - Siergiej Sazonow, przedstawił projekt rozwiązania kwestii polskiej po zakończonej wojnie. Stwierdził tam iż Królestwo Polskie zostanie "zjednoczone" z ziemiami zaboru pruskiego i austriackiego tylko po to, aby powiększyć obszar samej Rosji. Nie było mowy o żadnej autonomii Królestwa, jedynie co, to ofiarowywał w miarę autonomiczny samorząd do rad gminnych, powiatowych, gubernialnych i do rady ogólnokrajowej. Przy czym kompetencje polskiego samorządu miały ograniczać się jedynie do kwestii wyznaniowych, oświatowych i gospodarczych. Język polski oficjalnie byłby zrównany z rosyjskim w szkołach i urzędach, ale w specjalnym aneksie zalecał on aby uczyć polskiego jedynie na poziomie szkół podstawowych, zaś w szkołach średnich i wyższych miał już obowiązywać jedynie rosyjski, jako "bardziej cywilizowany".

Ten projekt również upadł, ponieważ znów w rządzie uznano iż idzie zbyt daleko i daje Polakom zbyt duże "przywileje". Tak więc przez cały okres wojny, aż do upadku caratu w 1917 r. Rosja nie wyraziła zgody na żadne ustępstwa w kwestii autonomii Królestwa Polskiego. Zmroziła ich też wspólna proklamacja cesarzy Niemiec i Austro-Węgier z 5 listopada 1916 r., mówiąca o powstaniu "samodzielnego państwa polskiego z ziem panowaniu rosyjskiemu wydartych". Była to realnie deklaracja samodzielności (choć nie niepodległości) przyszłego Królestwa Polskiego, stworzonego pod egidą Berlina i Wiednia, co nie mieściło się w świadomości polityków rosyjskich. Nic więc dziwnego że szybko (14 listopada) wydano nową proklamację, potwierdzającą obietnicę przyznania autonomicznego samorządu Kongresówce i jednocześnie atakowano Akt 5 listopada. Nie było jednak odwrotu, gdyż aby przekonać Polaków do siebie, należało im dać "coś więcej". Dlatego też już w grudniu 1916 r. nowy premier - Aleksander Trepow roztoczył w Dumie wizję: "Polski wolnej w jej granicach etnograficznych", którą następnie potwierdził car Mikołaj II w swym rozkazie z 25 grudnia tego roku, obiecując powstanie "Polski wolnej i zjednoczonej ze wszystkich części dotychczas rozdzielonych". Te deklaracje nie miały już jednak żadnego znaczenia, gdyż w Rosji już zaczynała się wrzawa rewolucyjna (na którą wielu czekało z utęsknieniem, jak choćby... Piłsudski, który do swoich towarzyszy broni jeszcze w 1915 r. mówił: "Rewolucja w Rosji mi się spóźnia"), oraz w sytuacji klęski militarnej Niemiec i Austro-Węgier na froncie zachodnim. Jedni i drudzy pragnęli tylko wykorzystać pomoc polskiego rekruta, dając jakieś mgliste obietnice bez realnej możliwości (a często i chęci) ich spełnienia, jednocześnie w zamian domagając się walki i poświęcenia w imię swoich monarchów.


EUROPA PO ZWYCIĘSTWIE ROSJI 
W I WOJNIE ŚWIATOWEJ 
(Ta pierwsza to autentyczna rosyjska mapa z 1914 r pokazująca tereny o które w tej wojnie walczy Rosja)





Ciekawą jest chociażby rozmowa profesora Stanisława Głąbińskiego, przeprowadzona z ministrem spraw zagranicznych Austro-Węgier hrabią Leopoldem Berchtoldem jeszcze w lipcu 1914 r. czyli na kilka dni przed wybuchem I Wojny Światowej. Hrabia Berchtold zapytał Głąbińskiego (który pojechał ze Lwowa do Wiednia, pragnąc uzyskać od rządu Austro-Węgier gwarancje odbudowania państwa polskiego po zakończonej wojnie) już na początku rozmowy: "Czy już wszystko przygotowane dla rozpoczęcia powstania?", na co zdziwiony Głąbiński zapytał: "Nic nie wiem o powstaniu, o jakim powstaniu Ekscelencja mówi?", "Przecież o powstaniu na tyłach armii rosyjskiej" - odparł Berchtold, na co Głąbiński: "Takiego powstania nie będzie!". "Ależ na Boga, co Ekscelencja mówi! Takie powstanie być musi, zostało mi święcie przyrzeczone, ja przyjąłem wobec sztabu stanowcze zobowiązanie, sztab na nie liczy!", na co Głąbiński: "Nie wiem, kto Panu mógł coś podobnego przyrzec. W każdym razie był to jakiś człowiek niesumienny wobec narodu i wobec nas samych", "Dlaczego?" - zapytał Berchtold, "Bo sumienny Polak nie mógłby do tego dopuścić, aby za cenę chwilowego wstrzymania armii rosyjskiej narazić swój lud na wytępienie, a kraj na zniszczenie z zemsty". Berchtold złapał się za głowę: "Ale to nie może być, na to już wszyscy rachują. Zaprosiłem tu w tym celu nuncjusza, czeka w drugim salonie. Niech Ekscelencja z nim pomówi! (...) Przecież Polacy są katolikami. Mamy pomoc papieża", "My jesteśmy katolikami, ale to nie może mieć wpływu na wywołanie powstania". 



DZIAŁANIA NIEMIECKIE
1918-1922
Cz. I





"W CHWILI OBECNEJ NIE MAMY 
ŻADNEGO GORSZEGO WROGA"

gen. HANS von SEECKT 
Dowódca REICHSWEHRY
Luty 1920 r.



Po podpisaniu aktu zakończenia wojny (który w rzeczywistości był aktem kapitulacji kajzerowskich Niemiec) 11 listopada 1918 r. w wagonie kolejowym we francuskiej miejscowości Compiegne, tego samego dnia w Warszawie (i w wielu innych miastach dawnej Kongresówki) rozpoczęło się rozbrajanie Niemców. Niemiecki garnizon warszawski liczył sobie 12 000 żołnierzy, jednak większość z nich była już mocno zdemoralizowana i zrewoltowana, a tym samym niechętna dalszej walce i pragnąca czym prędzej wrócić do domu (sprawność bojową utrzymała jedynie 4000 załoga warszawskiej Cytadeli). Jednak wieści o masowym rozbrajaniu Niemców na ulicach Warszawy, w połączeniu z informacjami o fizycznych atakach na żołnierzy (które miały miejsce sporadycznie od początku listopada), mogły spowodować zmianę nastawienia niemieckiego garnizonu, gdyż nic tak nie mobilizuje ludzi do dalszej walki jak groźba śmierci. Przybyły w godzinach porannych 10 listopada 1918 r. do Warszawy Józef Piłsudski (wypuszczony przez Niemców z więzienia w Magdeburgu, w którym przebywał ponad rok, począwszy od internowania w Warszawie 22 lipca 1917 r.), zdawał sobie sprawę z powagi sytuacji. Nie tylko problemem był sam niemiecki garnizon w Warszawie, Niemcy bowiem utrzymywali w Królestwie Polskim ok. 60 000 żołnierzy, zaś cała armia stacjonująca na Wschodzie tzw.: Ober-Ostu (Oberbefehlshaber Ost - Naczelne Dowództwo Wschód) liczyła ok. 400 000 żołnierzy. Była to siła, która mogła wprost "zdmuchnąć" odradzającą się polską państwowość, tym bardziej że pod bronią było wówczas zaledwie 5000 żołnierzy regularnego wojska (Polnische Wehrmacht), 4000 niewyszkolonych i praktycznie nieuzbrojonych ochotników - którzy zaciągnęli się parę tygodni wcześniej, oraz ok. 12 000 żołnierzy POW-u (Polskiej Organizacji Wojskowej), też z reguły bardzo słabo uzbrojonych. 




Należało więc czym prędzej unormować stosunki z Niemcami, był to bowiem warunek sine qua non, bez którego spełnienia nie można było myśleć o odbudowie polskiej niepodległości. Jeszcze 10 listopada Józef Piłsudski nakazał podporucznikowi Adamowi Kocowi ustawić patrole peowiaków przed niemieckimi posterunkami, w celu zapobieżenia samowolnym atakom ludności na niemieckich żołnierzy. Delegacja niemieckiej Rady Żołnierskiej, która stawiła się w tymczasowym miejscu zakwaterowania Piłsudskiego (pensjonat panien Romanowych przy ulicy Moniuszki 2), stwierdziła że pragnie w spokoju opuścić miasto i udać się do ojczyzny, ale jeśli ataki na żołnierzy będą się powtarzały "będą musieli siłą otwierać sobie drogę". Piłsudski oczywiście wyraził zgodę, ale zażądał jednocześnie wydania broni, niemieckich lokomotyw i wagonów, oraz użycia niemieckiej aparatury telegraficznej i telefonicznej. Nie zapadły tego dnia jeszcze żadne wiążące decyzje. Noc z 10 na 11 listopada spędził Piłsudski na rozmyślaniach i układaniach scenariuszy przyszłego porozumienia (w oparach dymu papierosowego i mocnej herbaty, którą lubił pijać). Następnego dnia o godzinie 8:00 rano udał się do Pałacu Namiestnikowskiego (dziś to jest Pałac Prezydencki) na Krakowskim Przedmieściu do niemieckiego generał-gubernatora Hansa von Beselera. Potwierdził tam swą zgodę na bezpieczne ewakuowanie niemieckiego garnizonu z Warszawy, jednocześnie zwracając się do żołnierzy niemieckich (mocno już zrewoltowanych), że w Niemczech mogą sobie robić ze swymi oficerami co chcą, ale tu, na polskiej ziemi nie wolno niemieckich oficerów ani znieważać, ani też zdzierać z nich oznak wojskowych i jednocześnie oświadczył: "Ja, jako przedstawiciel narodu polskiego, oświadczam wam, że naród polski za grzechy waszego rządu nad wami mścić się nie chce i nie będzie".

12 listopada Piłsudski otrzymał ze strony Rady Regencyjnej misję utworzenia nowego rządu, tego też dnia wystosowana została odezwa do Narodu Polskiego w kwestii umożliwienia bezpiecznego przemarszu Niemcom do ojczyzny, znalazły się w niej takie oto słowa: "Wielki przewrót w Niemczech postawił na straży interesów narodu niemieckiego rząd ludowo-socjalistyczny. Okupacja w Polsce przestaje istnieć. Żołnierze niemieccy opuszczają naszą Ojczyznę. Rozumiem w pełni rozgoryczenie, jakie we wszystkich kołach społeczeństwa obudziły rządy okupantów. Pragnę jednak, abyśmy nie dali się porwać uczuciom gniewu i zemsty. Wyjazd władz i wojsk niemieckich musi odbyć się w najzupełniejszym porządku. (...) Obywatele! Wzywam was wszystkich do zachowania zimnej krwi, do równowagi i spokoju, jaki powinien panować w narodzie, pewnym swej wielkiej i świetnej przeszłości". Odezwa oczywiście tyczyła się całego kraju, nie tylko samej Warszawy, ale w tamtych czasach, w sytuacji wojennych zniszczeń i braku bezpośredniej łączności z wszystkimi terenami, nie wszyscy dowiedzieli się o jego wydaniu. W Międzyrzeczu z tego powodu doszło do tragedii, gdy próba rozbrojenia wycofujących się Niemców, skończyła się rozbiciem małego oddziału POW-u, a następnie przez kolejne trzy dni (16-18 listopada) Niemcy dokonali masakry cywilnych mieszkańców miasta a na koniec nałożyli na władze wysoką kontrybucję. Tego właśnie Piłsudski starał się uniknąć, dlatego też tak ważne było spokojne wycofanie się Niemców do kraju (gdyby bowiem armia Ober-Ostu przeszła przez Polskę bez zawarcia umowy i wytyczenia szlaków, to takich Międzyrzeczy byłoby mnóstwo w wielu polskich miastach).




Ewakuacja garnizonu warszawskiego trwała do 19 listopada - tego bowiem dnia ostatni niemiecki żołnierz opuścił stolicę. 20 listopada w godzinach rannych, do Warszawy przybył pierwszy niemiecki poseł - Harry Kessler, znajomy Piłsudskiego jeszcze z okopów z października 1915 r. który następnie eskortował przyszłego marszałka z twierdzy Magdeburg do Polski, po jego uwolnieniu przez władze niemieckie i który 9 listopada (w dniu abdykacji cesarza Wilhelma II i proklamowaniu Republiki Niemieckiej przez Philippa Scheidemanna z balkonu Reichstagu - po której to Scheidemann wrócił do spożywania obiadu, który przerwał tylko na ową proklamację, był bowiem bardzo głodny), ofiarował Piłsudskiemu swoją własną szablę oficerską, bowiem nie godziło się aby komendant wracał do kraju bez szabli. Niemcy postanowili bowiem zawrzeć z Polską stosunki dyplomatyczne już 14 listopada (jeszcze przed oficjalną proklamacją państwa polskiego, wysłaną do rządów najważniejszych państw świata), długo jednak myślano nad odpowiednim kandydatem do tej roli (16 listopada postanowiono wysłać do Warszawy kobietę, ale szybko z tego zrezygnowano). 18 listopada wybór padł właśnie na Harrego Kesslera (o którym już pisałem na tym blogu), niemieckiego multimilionera, oficera i dyplomatę (oraz literata, filantropa, kolekcjonera sztuki i publicysty w jednym). Nawiązanie stosunków dyplomatycznych z Polską miało jeszcze jeden cel. Chodziło bowiem o... zdyskredytowanie odradzającej się Polski w oczach zwycięskich mocarstw, gdyż to właśnie Niemcy jako pierwszy kraj uznał niepodległość i nawiązał stosunki dyplomatyczne z Polską. Była to więc podwójna gra Berlina, utkana w celu wyciągnięcia z tego dla siebie jakichś politycznych korzyści. 


HRABIA HARRY KESSLER



Podczas swojej krótkiej misji poselskiej w Warszawie, Kessler zdołał jedynie wynegocjować umowę o przemarszu wojsk niemieckich z ogromnych terenów na Wschodzie do Rzeszy, poza tym miał na głowie inne problemy. Musiał mianowicie co jakiś czas zmieniać hotele, bowiem gdy tylko bojówki Narodowej Demokracji dowiedziały się gdzie on przebywa, rozbijano szyby i wdzierano się do środka, co powodowało że niejednokrotnie musiał uciekać przed wzburzonym tłumem (tak było chociażby w hotelu Bristol, gdy kelner ostrzegł Kesslera w ostatniej chwili: "Panie Kessler (...) bierz pan nogi za pas. Wiej pan przez kuchnię, to w tej chwili (...) jedyna dla pana droga ratunku"). 2 grudnia 1918 r. dowództwo armii Ober-Ostu zaakceptowało polskie warunki wycofania sił niemieckich do kraju i do 15 grudnia opracowano pierwszy kształt umowy, na mocy której Niemcy mieli wycofać się do Rzeszy trasą wiodącą przez Kowel, Białystok i Grajewo do Prus Wschodnich (ostateczna umowa w tej sprawie podpisana została 5 lutego 1919 r.). 15 grudnia jest również ostatnim dniem, w którym Harry Kessler pełnił funkcję posła niemieckiego w odradzającej się Polsce. Tego bowiem dnia został on poproszony o opuszczenie kraju i powrót do Niemiec. Tak oto zostały zerwane pierwsze stosunki dyplomatyczne Polski z Niemcami.




27 grudnia 1918 r. wybuchło w Poznaniu powstanie antyniemieckie (skierowane było przeciwko rządowi w Berlinie, a nie przeciwko Niemcom zamieszkałym w Wielkopolsce, tym bardziej że wydano ulotki w języku niemieckim, mówiące o "współobywatelach niemieckiego języka"). Stało się to wbrew stanowisku polskiego Komisariatu Naczelnej Rady Ludowej, która nie godziła się na wybuch powstania, a raczej wolała rozmawiać z Niemcami o autonomii dla Wielkopolski. Powstanie wyszło z kręgów młodych polskich oficerów z armii niemieckiej, na czele z Mieczysławem Paluchem (zapominanym już dziś pierwszym przywódcą Powstania Wielkopolskiego). Paluch został zapominany, ponieważ rozbijał opowiastkę endecji o tym, jak to Józef Dowbor-Muśnicki odzyskał Wielkopolskę. Prawda była taka, że gdy Muśnicki nawet jeszcze nie zamyślał o powstaniu, tzw.: radykalna grupa Nogaja (w skład której wchodził Paluch - który notabene był zagorzałym piłsudczykiem), opracowała i wprowadziła w życie plan odbicia Poznania i całej Wielkopolski. Paluch i jego szkolny kolega (też piłsudczyk) Bohdan Hulewicz nie zamierzali bowiem czekać na to, aż zwycięskie mocarstwa Anglia, Francja i USA oddadzą nam Wielkopolskę (na co właśnie liczyli sparaliżowani strachem przed niemiecką armią endeccy politycy z Naczelnej Rady Ludowej) i postanowili dokonać czynu zbrojnego, który dałby owym mocarstwom powód do przyznania Poznańskiego Polsce. 27 grudnia to właśnie Mieczysław Paluch dał sygnał do rozpoczęcia powstania, które przeszło do historii jako Powstanie Wielkopolskie. Błyskawicznym atakiem zajął lotnisko Ławica, wraz z wieloma stacjonującymi tam samolotami (umożliwiło to 9 stycznia 1919 r. dokonanie pierwszego w historii Polski nalotu bombowego na niemieckie miasto - Frankfurt nad Odrą, gdzie polskie samoloty z Poznania siały postrach wśród niczego się nie spodziewających mieszkańców miasta).




Na wiadomość o wybuchu Powstania Naczelna Rada Ludowa wpadła we wściekłość i aby jakoś udobruchać Niemców, dołączyła w swe szeregi dwóch zagorzałych hakatystów (Hakata - czyli Deutscher Ostmarkenverein - Niemiecki Związek Marchii Wschodniej) i zażądała zaprzestania walk w mieście. Paluch jednak - uznawszy zwierzchność NRL, jednocześnie nawiązał kontakt z Wojciechem Korfantym, jedynym rozsądnym przedstawicielem NRL-u, który twierdził że skoro powstanie już wybuchło, to należy je prowadzić, on też przekonał pozostałych członków tej organizacji do wsparcia powstania. Nim jednak gen. Dowbor-Muśnicki objął dowództwo nad powstaniem (6 stycznia 1919 r.) większa część Poznańskiego była już w rękach polskich, czyli powstanie przetrwało i rozszerzyło się na wiele innych miast i miasteczek Wielkopolski. Powstanie zakończyło się ostatecznie 16 lutego 1919 r. ugodą zawartą pod przymusem zwycięskich mocarstw Anglii i Francji w Trewirze, na mocy której cała Wielkopolska pozostała w rękach polskich, zaś ostatecznie 28 czerwca 1919 r. po podpisaniu Traktatu Wersalskiego, została oficjalnie przyznana Polsce, ostatecznie do marca 1920 r. Wielkopolska została całkowicie zintegrowana z resztą kraju. Powstanie Wielkopolskie było potężnym ciosem dla Niemców, którzy w żadnym razie nie godzili się na uszczuplenie swojego stanu posiadania i uznawali jedynie granicę z 1914 r. Już w maju 1919 r. przegrupowano spore jednostki Grenzschutzu nad granicę z Polską, tymczasem większość sił polskich była wówczas rozlokowana na Wschodzie (właśnie w maju ruszyło główne polskie uderzenie w Małopolsce Wschodniej, które do końca czerwca doprowadziło do zajęcia ogromnych terenów, zaś do sierpnia 1919 r. opanowano całą Małopolskę Wschodnią, ostatecznie likwidując istniejącą na jej terenie Zachodnio-Ukraińską Republikę Ludową).




Do niemieckiego ataku jednak nie doszło (Niemcy były wówczas zbyt osłabione Wojną Światową, kontrybucjami i redukcją wojska, poza tym obawiano się reakcji Francji i Wielkiej Brytanii na tak agresywny krok), za to wybuchło kolejne polskie powstanie w Rzeszy, tym razem na Śląsku - 16 sierpnia 1919 r., poza tym trwał spór niemiecko-polski o przynależność Pomorza (zwanego potem w niemieckiej prasie i późniejszej historiografii "polskim korytarzem") i Gdańska (już Kessler, jeszcze jako poseł niemiecki w Warszawie zdecydowanie twierdził: "Gdańska nie oddamy"), o tym jednak w kolejnej części.


CDN.

27 sierpnia 2026

HOLLYWOOD A POLSKA

W LATACH II WOJNY ŚWIATOWEJ 





Ten temat nie będzie tematem mojego autorstwa (a przyznam się szczerze, że przyjemnie jest czerpać z pracy innych ludzi i patrzeć jak to oni muszą się męczyć żeby cokolwiek napisać, a ty tylko to... skopiujesz 🤭. Oczywiście żartuję). W każdym razie dziś chciałbym podjąć temat amerykańskiej "fabryki snów" czyli Hollywood w okresie II Wojny Światowej i tego, jak prezentowano tam Polskę i Polaków. Ponieważ jednak nie jest to mój temat autorski, a jeden z ciekawszych tematów jakie znalazłem na X-ie (dawniej Twitter), pozwoliłem sobie go tutaj umieścić. Autorem tej nitki (jak można to nazwać) jest x-owicz posługujący się profilem "Wojna w kolorze", a konkretnie Andrzej Matowski, którego to stronę na Twitterze zachęcam do obserwowania i wspierania (oczywiście całkowicie bezinteresownie, podobnie jak bezinteresowny jest mój blog GAJ AKADEMOSA 😙 gdzie nie uświadczycie żadnych reklam, gdyż jest to taka moja oaza odpoczynku i pewnego rodzaju relaksu, choć często bardzo pracochłonnego 🧐). Temat który to zaprezentował Andrzej Matowski, bardzo przypadł mi do gustu i postanowiłem go tutaj również zaprezentować, a jak wspomniałem wyżej dotyczy filmów jakie powstawały w Hollywood o Polsce i Polakach w czasie II Wojny Światowej. 




Warto bowiem zapoznać się z czym mieliśmy do czynienia i czy komisja Josepha McCarty'ego z lat 50-tych rzeczywiście była taka demoniczna (jak próbują nam to wmówić współcześni neomarksiści i wszelkiego typu libkowie), czy po prostu McCarty "miał twarde karty" aby ujawnić i ukarać tych wszystkich pro-sowieckich gogusiów z Hollywood i z wielu innych kluczowych branż w polityce, gospodarce i dyplomacji USA. 
Zapraszam zatem na wątek.






HOLLYWOOD A POLSKA 
(AUTORSTWA ANDRZEJA MATOWSKIEGO 
X-owy PROFIL "WOJNA W KOLORZE")



I I Wojna Światowa była pierwszą prawdziwie nowoczesną wojną, w której żadna dziedzina życia nie mogła pozostać obojętna. To samo dotyczyło ogromnego amerykańskiego przemysłu filmowego, zrzeszający tysiące aktorów, scenarzystów, reżyserów - ludzi bardzo bogatych i wypływowych. Hollywood wypluwało z siebie 500 filmów rocznie. Do kin chodziło w 1939 roku tygodniowo 74 % Amerykanów, zostawiając astronomiczne 85 milionów dolarów w kasach. Jak ujął to historyk Robert Fyne: "większość widzów wierzyła w to, co pokazano im na ekranie, niczym w Ewangelię".




W czerwcu 1942 roku "fabryka snów" została objęta nadzorem Urzędu ds. Informacji Wojennej (Office of War Information), konkretnie agencji Bureau of Motion Pictures (Biuro Filmowe). Odtąd BMP opiniowało scenariusze filmów i decydowało, czy i jaki film trafi do produkcji. Filmy miały spełniać podstawową zasadę: pomóc wygrać wojnę z diabolicznym Hitlerem i jego mrocznymi zastępami. Od tego uzależniano zgodę na produkcję. Do końca wojny BMP zrecenzowało 1652 scenariusze, nierzadko wprowadzając własne uwagi i dodając swoje własne sceny.




Wielu z Was zna niektóre filmy z tego okresu. Najsłynniejszym jest bowiem "Casablanca" z 1942 r. z Humphreyem Bogartem i Ingrid Bergman, która zwróciła uwagę społeczeństwa USA na okupację Europy przez Niemców i temat ruchu oporu. Uzasadniła też amerykańską inwazję na Algierię.




Propaganda Hollywood kręciła wiele kasowych filmów oddających hołd europejskiemu ruchowi oporu. Zamach na Protektora SS-Obergruppenführera Reinharda Heydricha przez czeskich komandosów w Pradze doczekał się aż dwóch filmów w 1943 r.: "Hitler's madman" i "Hangmen also die!"




Czesi byli lubiani w Hollywood i doczekali się aż sześciu dużych produkcji, sławiących ich udział w wojnie. Ale nie byli jedyni. Z europejskim ruchem oporu utożsamiano Norwegów, którzy tylko w 1943 roku doczekali się aż pięciu dużych produkcji, na czele z "Edge of Darkness".




Nie można było zapomnieć o wielkiej roli Francuzów w walce z Hitlerem. Poza wspomnianą wyżej "Casablanką", w której do historii przeszła scena ze śpiewaniem "Marsylianki", Francuzi doczekali się jeszcze 14 wielkich produkcji, na czele z frankofilską "Joan of Paris" z 1942 r.






No i przede wszystkim, nie można było w żaden sposób zapomnieć o największym przyjacielu "dobrych" Aliantów, sojuszniku pierwszej klasy - masowym mordercy Józefie Stalinie i jego zbrodniczym imperium sowieckim, które od III Rzeszy różniło się jedynie brakiem komór gazowych.




Film "Mission to Moscow" z 1943 r. miał zdemaskować wszelkie nikczemne oskarżenia pod adresem Związku Radzieckiego i pokazać, że Stalin i jego państwo to jedynie "trochę inna demokracja" od USA. Film oparto o wspomnienia byłego ambasadora USA w Moskwie Josepha Daviesa.




"Mission to Moscow" był jedynym amerykańskim filmem wyświetlanym w ZSRR w czasie wojny (co pokazuje stopień jego zakłamania), ale nie był jedyny. Nakręcono szereg innych, na czele z "The Days of Glory" i "The Boy from Stalingrad". Konsultantami byli... radzieccy dyplomaci!




Wszystkie te filmy były pompatyczne i doniosłe. Nikomu nie przyszło do głowy żartować z cierpienia ww. narodów. Scenariusze konsultowano z dyplomatami alianckimi. Wszystkie były poważne i miały uwypuklić wkład narodów w walce z nazizmem. Wszystkich, poza jednym. Polakami. Polacy nigdy nie byli w centrum zainteresowania Hollywood. Przed II WŚ doczekali się właściwie tylko dwóch filmów "As The Earth Turns" i "The Wedding Night". Generalnie traktowano ich z lekceważeniem jako "Hunyaków" - bliżej niezidentyfikowanych imigrantów z Europy Wschodniej.




Oba filmy to całkowicie niedorzeczne koszmarki, stworzone przez ludzi, niemających pojęcia o Polsce. Przedstawiały one Polaków jako nieokrzesanych, pijanych i głupich prymitywów, jedzących z podłogi, porozumiewających się dziwnymi dźwiękami i zbitkami przypadkowych słów.




Polska także nie była w centrum zainteresowania Hollywood. Przed wojną umiejscowiono w niej tylko jeden film - napoleoński romans "Maria Walewska". Dla porównania, małe Węgry były miejscem akcji aż siedmiu filmów, a filmy o Rosjanach, czy Żydach miały swoje odrębne gatunki.




A po 1939 r.? Generalnie w działaniach BMP nie byłoby nic złego, gdyby nie fakt, że Polska... była w zasadzie jedynym pomijanym krajem alianckim w Hollywood. A wydawałoby się, że historia napadniętego przez potężnych sąsiadów kraju, pierwszej ofiary Hitlera byłaby doskonała.




Tymczasem zainteresowanie Hollywood Polską w czasie wojny można przedstawić tak - toczącym się kłaczkiem arizońskim. Polska doczekała się tylko trzech (!) filmów w czasie wojny. Komedii "To Be or Not To Be", romansu "In our Time" i niskobudżetowego "None shall escape". Chronologicznie pierwszym filmem była komedia (!) "To Be or Not To Be" Ernsta Lubitscha z grudnia 1942 r. Powstała więc po ponad 3 latach bestialskiej niemieckiej okupacji, w momencie, gdy w Polsce trwał w najlepsze Holocaust Żydów, egzekucje i wysiedlenia z Zamojszczyzny...




Chociaż film ten jest bardzo sympatyczną komedią (i doczekał się remake'u w reżyserii Mela Brooksa), to niezamierzenie spłycał i ośmieszał realia brutalnej okupacji Polski. Nikomu w USA nie przyszło do głowy robić komedii o żadnym innym okupowanym przez Niemców kraju.




"To Be or Not To Be" opowiada historię trupy teatralnej z Warszawy, która wplątuje się przypadkowo w akcje ruchu oporu. Niewiele w nim powiedziano o roli Polski w wojnie, a dość smutnym aspektem jest zrobienie z Profesora - autorytetu dla Polaków z filmu - agenta Gestapo...




Chronologicznie drugim filmem był niskobudżetowy "None shall escape" ze stycznia 1943 r. Opowiadał on o procesie fikcyjnego niemieckiego zbrodniarza Wilhelma Grimma. Polska jest jedynie miejscem akcji, a film dotyczył głównie zbrodni na Żydach. Przeleżał na półce ponad rok.




"None shall escape" swoją premierę miał dopiero 3 lutego 1944 r. i nie zapadł on nikomu w pamięci. Uznano go za zbyt pospiesznie i niedbale zrealizowany. O roli Polski w wojnie nie pada w nim ani jedno słowo, choć pokazuje on dość pozytywnie relacje polsko-żydowskie.




I - wisienka na naszym zgniłym, hollywoodzkim torcie. Największy film poświęcony Polsce, nakręcony w USA w czasie wojny - "In our Time", który premierę miał 19 lutego 1944 roku. Film absolutnie obrzydliwy, czerpiący garściami z nazistowskiej i sowieckiej propagandy o Polsce.




Wypust studia Warner Bros. opowiada historię londyńskiej ekspedientki Jennifer, która trafia do Polski latem 1939 roku i poznaje tam w Warszawie hr. Stefana Orvida. Para się w sobie zakochuje, ale na drodze zakochanym staje rodzina hrabiego (uwaga, jest coraz śmieszniej).




Rodzina Orvidów to banda arystokratycznych, fanatycznie religijnych snobów - generalnie uosobienie ciemnogrodu. Najgorszy z nich jest wuj Pavel, pracownik polskiego ministerstwa, jawnie prohitlerowski bufon, do ostatnich minut filmu nawołujący do porozumienia z Niemcami.




Choć akcja filmu dzieje się tuż pod Warszawą (i to kilka kilometrów od niej!), to majątek Orvidów wygląda jak wyjęty z XVII wieku - panuje poddaństwo chłopów - jak jeden mąż ciemnych, głupich, bojących się traktorów i elektryczności, a zysk przeliczają na... butelki wina.




Dopiero Jennifer wprowadza odrobinę nowoczesności w tym zatęchłym zaścianku. Londyńska sprzedawczyni (!) edukuje ciemne chłopstwo o nowoczesnym rolnictwie, wujowi Pavelowi mówi, że nie wolno ustępować Niemcom, a z kawalerii - w której służy Stefan - szydzi jako przestarzałej.




Agresja Niemców na Polskę zastaje Orvidów podczas całonocnej, szlacheckiej libacji. Podczas gdy rodzina hrabiego tchórzliwie ucieka z majątkiem, on sam idzie walczyć. Jego dumny pułk kawalerii zostaje rozbity po - a jakże! - szarży z szablami na niemieckie czołgi (!).




Pod wpływem wszechwiedzącej feministki Jennifer Orvid doznaje objawienia. Przeistacza się w ludowego bohatera. Nakazuje spalić pola i posiadłość, by wróg nie miał z nich pożytku. Wymowa jest jasna: Polska może odrodzić się po wojnie tylko, jeśli zmieni się w niej władza.




Cały ten film to powtarzanie sowiecko-niemieckiej propagandy, na czele z szarżami kawalerii na czołgi. Premiera także była nieprzypadkowa. 4 stycznia 1944 r. Armia Czerwona przekroczyła granice Polski, a 22 lutego W. Churchill przyznał, że Polska będzie okrojona po wojnie.




Reżyser filmu wprost przyznawał, że Polska kojarzyła mu się z państwem niewolniczym, rodem z amerykańskiego Południa sprzed wojny secesyjnej. Wytwórnia Warner Bros. przyznała zaś, że miała problem z przedstawieniem ulicy w Warszawie, bo nie wiedziano... jak wyglądają Polacy.




Warto tu jeszcze wspomnieć o kilku innych filmach, w których Polacy powinni być, a ich nie było. W kasowej superprodukcji "The Story of G.I. Joe" z 1945 r. o froncie włoskim i bitwie o Monte Cassino o Polakach nie padło ani jedno zdanie, choć ci zdobywali klasztorne wzgórze.




Z kolei w filmach "Eagle Squadron" i "International Squadron" (w tym główną rolę zagrał Ronald Reagan) o amerykańskich pilotach w bitwie o Anglię (których było tylko kilku, ok. 11), o Polakach pada dosłownie jedno krótkie zdanie, wymienionych pomiędzy innymi narodami.




Na wiosnę 1944 r. wytwórnia Twenieth Century Fox planowała premierę komedii "Jakobowsky i pułkownik", opowiadającej o uciekającym przed antysemityzmem z Polski Żydzie i nadętym polskim oficerze. Film jednak ostatecznie wówczas nie powstał i nakręcono go dopiero w 1958 r.




ŻADEN z ww filmów nie był konsultowany nigdy z nikim z polskiego rządu emigracyjnego. W żadnym nie zagrał żaden Polak. Nigdy nie pozwolono Polakom opiniować scenariuszy, w odróżnieniu od innych Aliantów. Polacy jako JEDYNI byli przedstawiani negatywnie. A czemu? Cóż... Hollywood nie lubiło Polski z różnych względów. Głównym powodem były polityczne zapatrywania reżyserów i scenarzystów, nierzadko sowieckiej agentury na pasku Moskwy. Przedstawianie Polski w dobrym świetle oznaczałoby oczernianie ZSRR - a na to nikt w USA nie chciał pozwolić.




ZSRR nigdy nie był obiektem ataków Hollywood. Sowietów - sojuszników Hitlera z lat 1939-40 - jako "wrogów" przedstawiono w raptem trzech filmach, z czego dwa to komedie - "Ninoczka" i "Towarzysz X". Po 1941 r., gdy Sowieci stali się Aliantami, przestano je w ogóle wyświetlać.




W Hollywood w 1935 r. powstała "Anti-Nazi League", kierowana przez agenta Kominternu Otto Katza, zrzeszająca lewicowych reżyserów i scenarzystów (a nie aktorów, bo tych uznano za... zbyt głupich). Zwłaszcza Żydów. Jej stałym członkiem było bogate i wpływowe Warner Bros. Jednocześnie, sekcją BMP w Hollywood kierował Nelson Poynter - publicysta powiązany z polityką Roosevelta. Rooseveltowcy i lewicowcy mieli jeden wspólny cel: pokonanie Hitlera. A za najważniejszego sojusznika w walce z Hitlerem uznano Sowietów, których nie można było drażnić.




Przypominanie więc losu Polski - napadniętej przez Niemców i Sowietów - byłoby nie na rękę Moskwie. Dlatego Hollywood pomijało rolę Polski w wojnie, a jeśli już musiało mówić - to robiło to oczerniając ją zgodnie z duchem sowieckiej propagandy, przygotowując oddanie jej ZSRR.




Moda na komunizm w Hollywood była powszechna i to tak, że po wojnie wielu filmowców trafiło przed oblicze amerykańskich komisji śledczych jako potencjalni agenci wpływu ZSRR. Działalność OWI/BMP uznano za tak szkodliwą, że w 1944 r. obcięto jej budżet, a potem zamknięto. Wśród przesłuchiwanych znalazł się m. in. Jack Warner, właściciel studia Warner Bros., który srogo pocił się przed komisją Kongresu i komisją senatora Josepha McCarthy'ego. Do dziś zresztą znienawidzonego w Hollywood za łapanie pożytecznych idiotów Kremla.




Tu przypomina mi się, jak parę lat temu polski internet ekscytował się, że założyciele Warner Bros. byli Żydami z Polski, och, ach, jaka duma. Spieszę przypomnieć, że Warner Bros. miało stałą manierę oczerniania Polaków za każdym razem, gdy było to możliwe. Warner Bros. odpowiada za trzy najobrzydliwsze wymienione tu filmy - "In our Time", "Mission to Moscow" (który miał premierę tuż po odnalezieniu polskich grobów w Katyniu - w maju 1943 r.) i "The Wedding Night". W swoich filmach nierzadko nadawali filmowym oprychom imiona polskich bohaterów: Sobieski czy Kościuszko - znanych Amerykanom. Nigdy nie nakręcili ani jednego pozytywnego filmu o Polsce. Kłamstwa o Polsce i Polakach, które rozsiewali prawie 100 lat temu, przetrwały właściwie do dzisiaj. 

Bracia Warner byli bowiem skrajnie lewicowymi Żydami - jak wielu filmowców Hollywood - których z Polską łączyło jedynie miejsce urodzenia, a którzy w niepodległej Polsce nigdy się nie pojawili. Wyemigrowali jeszcze w czasach carskiego zaboru. I jak wielu innych ówczesnych celebrytów, chętnie poddali się propagandzie komunistycznej, szczególnie, że ta kreowała się na przeciwników antysemickiego nazizmu. Warto to mieć w pamięci, gdy znowu usłyszycie ekscytację o "polskich śladach" w Hollywood.









NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...