WYŚWIETLENIA

29 lipca 2026

ZAPRZAŃSTWO JAKICH MAŁO! - Cz. V

CZYLI HISTORYCZNA REFLEKSJA JAKO MEMENTO DLA WSPÓŁCZESNOŚCI





POWSTANIE i WOJNA
Cz. V


JAN II KAZIMIERZ WAZA



 Tymczasem gdy 24 września 1649 r. do Bakczysaraju przybył chan Islam III Girej, zaczął on od razu rozmyślać nad nową wojną - tym razem z Moskwą, gdyż pragnął odzyskać dawno utracone chanaty: kazański (1552) i astrachański (1556). Po tych dwóch kampaniach z lat 1648-1649 gdy Krym zaludnił się niezliczoną rzeszą wziętych w jasyr niewolników ukraińskich i polskich, gdy tamtejsi agowie (jak i zwykli Tatarzy) wzbogacili się na łupach zrabowanych z ziem koronnych, pozycja Chanatu znacznie wzrosła w ówczesnej Europie. Ugoda zborowiecka dawała chanowi rolę pośrednika w relacjach pomiędzy Rzeczpospolitą a Kozakami i planował on tę swoją nowo uzyskaną władzę wykorzystać. Kozacy zostali oczywiście zmuszeni do przyjścia z pomocą Tatarom w sytuacji planowanej przez nich wojny z Moskwą, ale chan zamierzał do tej wojny wciągnąć również Rzeczpospolitą, słał więc poselstwa na sejmy z propozycją wspólnej wojny "w lecie, w zimie, zawsze, kiedy będzie wola wasza, tylko na rezolucję waszą czekamy". Oczywiście szlachta nie planowała wojny z Moskwą i nawet nie myślała o niej (wcześniej toczyła bowiem długoletnią batalię z królem Władysławem IV, aby uniemożliwić mu wielką wojnę z Imperium Osmańskim i Chanatem Krymskim - o czym piszę w serii: "Władysław IV i plany wielkiej wojny z Imperium Osmańskim"). Zresztą większość i tak zdawała sobie sprawę że ugoda zborowiecka nie przetrwa długo i wkrótce trzeba będzie wznowić działania wojenne na Ukrainie przeciwko Chmielnickiemu i jego tatarskim sojusznikom, nie planowano więc żadnej wojny z Moskwą. Natomiast taką wojnę pragnęli rozpocząć członkowie sześciu najważniejszych rodów tatarskich, wchodzących w skład Dywanu. Szirini dominowali bowiem nie tylko na Krymie, ale również w Kazaniu i w księstwie kasimowskim (zależnym od Moskwy), Mangryci w Astrachaniu, Kazaniu i Bucharze, Argyni w Kasimowie, zaś Barynowie, Sedżeutowie i Kipczakowie mieli mniejsze związki poza Chanatem, aczkolwiek te powiązania były bardzo silne z dawną Złotą Ordą (wywodzącą się przecież jeszcze z czasów potomków Czyngis-chana). Tak więc rody Dywanu stawiały na wojnę z Moskwą, natomiast Chmielnicki przygotowywał się do kolejnej wojny z Rzecząpospolitą i starał się odwieźć Tatarów od wyprawy przeciw carowi (czym listownie chwalił się w listach do Aleksego).


AGA CHANATU KRYMSKIEGO



W październiku 1649 r. z Moskwy wyruszyło carskie poselstwo Gieorgija Nieronowa, które miało zapoznać się z wydarzeniami na Ukrainie po ostatniej wojnie, szczególnie zaś na temat sojuszu kozacko-tatarskiego skierowanego przeciwko Moskwie. Chmielnicki spotkał się z Nieronowem 2 grudnia w Czehryniu i podczas tej pięciodniowej wizyty ostatecznie obiecał mu że będzie odwodził chana od wyprawy na Moskwę, twierdził nawet że chan deklarował, iż pragnie przyjąć zwierzchnictwo cara, tylko na razie "Bóg mu na to nie pozwolił" i że Chmielnicki ma nadzieję iż w niedalekiej przyszłości wszystkie państwa, zarówno chrześcijańskie jak i bisurmańskie (jak to określił) znajdą się pod władzą moskiewskiego cara. Kłamał też że przygotowania chana do wyprawy wojennej nie są skierowane przeciwko Moskwie a... Turcji i że wkrótce dojdzie do takiej wyprawy wraz z Wołochami (Mołdawianami), Multanami (Wołochami - w Rzeczypospolitej bowiem na Mołdawian mówiono Wołochy, a na Wołochów Multany) i Tatarami białogrodzkimi. Opowiadał też że na Dnieprze pod Kudakiem gotowych do tej wyprawy ma już 300 łodzi, a zamierza zbudować kolejnych 200 aby Morzem Czarnym w wielkiej wyprawie chrześcijan popłynąć na Konstantynopol. Miało to wszystko uspokoić cara i uzyskać od niego jakieś wsparcie w zbliżającej się nieuchronnie konfrontacji z Rzeczpospolitą. Nieronow w drodze powrotnej do Moskwy (do której dotarł 9 stycznia 1650 r.) zasięgnął nieco języka i wyszło na to, że w wielu sprawach Chmielnicki po prostu go okłamał. Dowiedział się również że sojusz kozacko-tatarski znacznie osłabł po ostatniej kampanii i tylko w sytuacji gdyby to strona polska zerwała ugodę zborowiecką, sojusz ten ponownie by się odrodził. W każdym razie Chmielnicki zrobił na carskim pośle niedobre wrażenie, i to nie tylko tym, co mówił (a co potem zweryfikowano), ale przede wszystkim tym, że nie był w stanie długo wytrzymać bez alkoholu (co dziwiło nawet Moskala). Lecz apogeum tego dopiero nadejdzie (np. przed bitwą pod Beresteczkiem Chmielnicki będzie totalnie nieprzytomny i to do tego stopnia, że gdy przybędzie chan tatarski, nie będzie miał kto go powitać, a gdy chan ujrzał chorągwie polskie - które mu wcześniej Chmielnicki nakreślił jako nieliczne i wystraszone, ten miał stwierdzić: "Pijanymi oczami patrzał wasz Chmiel na Polaków; jeśli wytrzeźwiał teraz, to niech idzie przodem wybierać miód tym pszczołom. Zobaczymy czy mają żądła" - mieli, Beresteczko zakończy się ogromną klęską wojsk kozacko-tatarskich i jednym z najsławniejszych zwycięstw Rzeczypospolitej, które odbije się echem w ówczesnej Europie - ale o tym wkrótce).




A tymczasem 22 października 1649 r. w poniedziałek w Warszawie zebrał się Sejm, którego marszałkiem wybrano starostę wielkopolskiego Bogusława Leszczyńskiego. W czasie tego Sejmu szlachta pomstowała na to, co działo się w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy, a ucieczka tych, którzy mieli rozgromić Chmielnickiego pod Piławcami była uważana za totalną hańbę (nie chciano nawet tym wszystkim którzy uciekli spod Piławiec podawać ręki ani się kłaniać, ale z czasem uznano że nie ma co rozpamiętywać tego wszystkiego i polskim zwyczajem wszystko wróciło do normalności - panowie bracia - "brateńki"). Posłowie i senatorowie atakowali nawet kanclerza Ossolińskiego za zbyt dużą uległość wobec Kozaków i Tatarów, natomiast sam król Jan Kazimierz i jego postawa (szczególnie w czasie bitwy zborowieckiej) wyrastał na prawdziwego bohatera i obrońcę Rzeczypospolitej. Wydawało się jakoby smok, jakim była Rzeczpospolita powoli (bardzo powoli) budził się z długiego snu, w czasie którego był kopany i obijany przez śmiałków, którzy pragnęli pozbawić go głowy (wybaczcie że wtrącę tutaj żarcik z "rycerzy Doliny Rozdupy" 🥴, ale jest tam taka scena u Walaszka gdy jeden z tych trzech rycerzy mówi do reszty: "Panowie, nie chcę wszczynać paniki, ale księżniczka (którą mieli uwolnić) jest tylko jedna a nas trzech", na co drugi zapytuje: "A ile ma dziur" 🤭😉 - może trochę prostackie, ale mi się podoba). Ale do wielu możnych wciąż jeszcze nie docierała podstawowa zasada: że żeby cokolwiek osiągnąć, to trzeba najpierw włożyć w to sporo pracy i jeśli chcecie zwycięstwa, musicie najpierw uchwalić podatki na wojsko. Jednocześnie chwalono również bohaterską obronę Zbaraża, a także samego księcia Jeremiego Wiśniowieckiego. Przyjęto też wszystkie postanowienia ugody zborowskiej (27 listopada), deklarując z radością, że wypłacane "upominki" dla chana miały zostać w formie zapłaty za służbę pełnioną w imieniu Rzeczypospolitej, a nie za daninę (na takie sformułowanie zapewne by się nie zgodzono). 11 grudnia Chmielnicki wysłał również swoich posłów do Warszawy, ale gdy tylko tam dotarli, szlachta nie zgodziła się (zgodnie z warunkami ugody zborowieckiej) uznać metropolity kijowskiego za członka Senatu. Natomiast 14 grudnia na Sejm przybył ze swoim orszakiem książę Jeremi Wiśniowiecki, witany tutaj bardzo radośnie i ciepło. 16 grudnia zaś przybył zwycięzca spod Łojowa, hetman polny litewski - Janusz Radziwiłł. Kanclerz Ossoliński - zdając sobie sprawę że przybycie tych dwóch wodzów nieco obniża jego pozycję na Sejmie - starał się wykazać że bitwa zborowiecka w której brał udział, była drugim Chocimiem (1621) i znacznie ważniejsza była niż obrona Zbaraża, czy bitwa pod Łojowem, bo prowadzona "bez wodzów" i przy większej sile nieprzyjaciela. Ogólnie jednak jego przechwałki zrobiły bardzo złe wrażenie. Doszło do tego, że im dłużej starał się wykazać swoją odwagę w tamtej bitwie, tym więcej osób przestawało go słuchać. 21 grudnia hetman Radziwiłł teatralnym gestem rzucił pod stopy siedzącego na tronie Jana Kazimierza zdobyte pod Łojowem kozackie sztandary. Wkrótce potem doszło też do ostrego sporu (przy obecności monarchy - co było niedopuszczalne i karane) pomiędzy Wiśniowieckim a Ossolińskim na temat jakiegoś paszkwilu wymierzonego w ruskiego kniazia. Ostatecznie Ossoliński opuścił salę, a król przebaczył Wiśniowieckiemu spór i nawet obdarzył go buławą hetmańską (23 grudnia), którą miał dzierżyć do czasu, aż hetmani spod Korsunia nie zostaną uwolnieni.


JEREMI (JAREMA) WIŚNIOWIECKI 
(W TEJ ROLI ANDRZEJ SEWERYN W FILMIE: "OGNIEM I MIECZEM"
1999)



Na Sejmie tym uchwalono również powołanie nowej armii w sile 12 300 żołnierzy. Nie były to siły znaczne, tym bardziej w sytuacji wciąż trwającego powstania na Ukrainie i niepewnej sytuacji związanej z Chanatem, Moskwą, a być może również i Szwecją. Po przybyciu delegacji kozackiej (na początku stycznia 1650 r.) przyjęto również wręczony przez nich rejestr kozacki, w liczbie 40 471 spisanych nazwisk. Został on przyjęty. Ostatnie dni obrad sejmowych upłynęły na sprawie wynagrodzeń, odnośnie pozostawionych w trzech województwach ukraińskich majątków, należących głównie do Wiśniowieckich i Potockich (choć nie tylko). Ostatecznie 12 stycznia 1650 r. obrady dobiegły końca i posłowie rozjechali się do domów. Wydawało się że pokój przetrwa, że skoro wszystko udało się zgodnie rozwiązać, dalsza wojna nie jest konieczna, tym bardziej że Kozacy przysięgli na Sejmie "własnymi piersiami Rzeczypospolitą chronić". Wkrótce jednak miało się okazać że ów pokój jest nietrwały i ponownie musiał zabrzmieć szczęk oręża.




Gdy więc 12 stycznia 1650 r. zakończyły się obrady Sejmu warszawskiego, a szlachta rozjechała się do domów - po przyjęciu (większości) wynegocjowanych pod Zborowem warunków pokojowych - tumult na Ukrainie nie zmniejszył się, a wręcz przeciwnie, wszystko tam ponownie kipiało do nowego powstania przeciwko "polskim panom". Ogromne niezadowolenie chłopstwa ukraińskiego i czerni kozackiej (szczególnie zaś tych, którzy nie zostali ujęci w rejestrze) powodował - zapowiadany wcześniej - powrót szlachty i magnaterii do ich zniszczonych i rozgrabionych majątków. Na bracławszczyźnie doszło z tego powodu do buntu chłopskiego (których wsparł ze swymi Kozakami pułkownik bracławski Daniło Neczaj). Król Jan Kazimierz nakazał listownie Chmielnickiemu aby bunt ów uśmierzył, co ten ponoć uczynił, ale niezbyt chętnie, ani też niezbyt szybko. Na Zaporożu zaś pojawił się samozwańczy ataman kozacki o imieniu Hudali, który podważał władzę Chmielnickiego i nawoływał do dalszej "wojny z Lachami". W tych warunkach w marcu 1650 r. do Kijowa przybył tamtejszy wojewoda Adam Kisiel, który pragnął też poinformować Chmielnickiego o decyzjach Sejmu warszawskiego. Decyzje te oczywiście były już dawno znane Chmielnickiemu i jego otoczeniu i może dlatego Kisiel spotkał się tam z niezwykle chłodnym powitaniem (ponoć zastał Chmielnickiego w cerkwi, a ten ani nie powitał go, ani nawet nie wstał aby oddać mu pokłon). Kozakom warunki pokoju zborowskiego już dawno przestały się podobać, a ponieważ król dodatkowo nie spełnił warunków usunięcia unitów z województwa kijowskiego i szlachta miała wrócić na swoje dawne posiadłości, powodowało to ogromne niezadowolenie kozactwa. Chmielnicki nakazał też Kisielowi odesłać niemiecką dragonię, która przybyła do Kijowa aby go chronić, a gdy ten odmówił powstał tumult, który o mały włos zakończyłby się tragicznie i dopiero osobista interwencja Chmielnickiego zapobiegła rozlewowi krwi (i wielce prawdopodobnej śmierci Kisiela). Oficjalną wizytę na Zamku kijowskim Chmielnicki złożył Kisielowi dopiero czwartego dnia od jego przybycia do Kijowa i wówczas też powstrzymał czerń przed uwięzieniem, a być może również zabiciem wojewody (gdy wcześniej rozeszła się wieść, że Kisiel został pozbawiony swego stanowiska). Następnego dnia Chmielnicki dowiedział się o ujęciu i przewiezieniu do Czehrynia Hudaliego, który otwarcie rzucił mu wyzwanie co do władzy nad Kozakami. Poczuwszy się teraz mocniejszym, zażądał od Kisiela aby wojsko koronne i magnaci nie wkraczali na ziemię ukrainną, aby szlachta zaprzestała pobierania podatku podymnego i aby z chłopami postępowała odtąd "jak najskromniej".




W listach słanych do króla, Adam Kisiel pisał iż starszyzna kozacka jest jak najbardziej za utrzymaniem pokoju i dochowaniem wierności Rzeczypospolitej, a jedynie chłopstwo i czerń się buntuje; że niewielka część nie objętych rejestrem pragnie wrócić na dawne majątki w charakterze chłopów, ogromna zaś większość jest temu przeciwna; Kisiel pisał również że Chmielnicki kontaktuje się często z Siedmiogrodem, Mołdawią, Wołoszczyzną a nawet z Moskwą. Rzeczywiście Chmielnicki panicznie bał się osamotnienia, zdając sobie sprawę że bez tatarskiego sojusznika Kozacy - nawet wsparci przez liczne chłopstwo ukraińskie - nie będą w stanie sprostać wojskom koronnym i litewskim. Klęska w bitwie pod Łojowem i niemożność zdobycia Zbaraża nawet przy wsparciu Tatarów, bardzo silnie oddziaływała na jego mentalność. Dlatego też słał poselstwa do chana, do Siedmiogrodu, do Mołdawii, do Moskwy i do Konstantynopola, wszędzie deklarując sojusz i wiernopoddańczy stosunek w zamian za wsparcie w dalszej walce z Polakami. Poza tym w obozie Chmielnickiego znajdowało się wiele zacnych szlacheckich rodów ruskich, jak: Hulaniccy, Iskrzyccy, Wyhowscy czy Kochanowscy (ich dołączenie do Chmielnickiego często nie było kwestią wyboru, a raczej ocalenia życia, gdyż w czasie powstania szlachta miała tylko dwa wyjścia - ucieczka na zachód, albo dołączenie do Zaporożców Chmielnickiego i wiele rodów wybrało tę drugą opcję). Często byli oni potem zwolennikami dalszej wojny z Rzeczpospolitą, jako że utracili nadzieję iż mogą powrócić do grona braci szlacheckiej. Niepotrzebnie, gdyż we wszystkich uniwersałach i petycjach szlachta otwarcie domagała się aby ci: "którzy byli przy wojsku Jego Królewskiej Mości zaporoskim (...) ma okrywać amnestyja". Sam Adam Kisiel (Rusin z pochodzenia) był przez długi czas na Ukrainie uważany za "swego", szczególnie gdy na Sejmie 1641 r. wygłosił sławną mowę, zwracając się w niej do posłów polskich: "przodkowie nasi, Ruscy Sarmaci (...) nie do kraju, ale z krajem, nie do religii, ale z religią, nie do tytułów i honorów, ale z tytułami i honorami - tak przybyliśmy do tej wspólnej ojczyzny naszej". Teraz jednak Kisiel był kimś obcym, był jednym z Lachów, a przez to był na równi znienawidzony (pewnego razu, jeszcze w Kijowie, gdy Chmielnicki mocno sobie popił, nakazał wszystkich którzy przybyli z Kisielem i jego samego - powiesić. Życie ocalił im Wyhowski, wstrzymując do następnego dnia egzekucję, a gdy Chmielnicki nazajutrz wytrzeźwiał spytał się czy Kisiel żyje, a gdy odpowiedziano mu że jest "pod wartą", kazał warcie odstąpić, mówiąc: "Ja wczoraj z gniewu upiłem się i oszalałem").




W połowie stycznia 1650 r. z Moskwy wyruszyło też poselstwo (złożone ze 120 osób) do Warszawy, na którego czele stał namiestnik Niżnego Nowogrodu - Grigorij Puszkin, oraz jego brat Stiepan - namiestnik ałatarski. Zjawili się oni pod Warszawą w połowie marca, a pod murami stolicy powitał ich podczaszy litewski Kazimierz Tyszkiewicz i chorąży nadworny koronny Wojciech Wessel. 18 marca na audiencji przyjął ich król Jan Kazimierz, a dwa dni później rozpoczęły się pertraktacje, mające na celu przedłużenie pokoju polanowskiego z 1634 r. Strona moskiewska wyciągnęła jednak całą listę zarzutów, począwszy od złego tytułowania cara Aleksego (w Rzeczypospolitej bowiem nie uznawano carskiego tytułu władców Moskwy, chociaż w czasie pokoju polanowskiego oficjalnie zgodzono się stosować tę tytulaturę), poprzez pretensje do przeróżnych magnatów i wielmożów polskich, których ukarania (i to śmiercią) domagano się natychmiast, co wywołało oburzenie na Zamku Królewskim. Atmosferę tę rozluźniła nieco uczta, jaką wyprawił król dla przybyłych posłów (na której to notabene spili się oni tak bardzo, że na drugi dzień nie byli zdolni do kontynuowania rozmów). Domagano się również ukarania śmiercią księcia Jeremiego Wiśniowieckiego poprzez wbicie go na pal. Wyciągnięto też jakieś książki z roku 1643, 1648 i 1649 w których autorzy mieli obrażać cara Aleksego i jego ojca Michała i domagano się również ich ukarania (oczywiście śmiercią). Wreszcie stwierdzono że hetman kozacki, gdy "podbił ziemię królewską", upadł na twarz przed carem Aleksym prosząc go o opiekę, gdyż Kozacy "są jednej wiary z nami, a przez was są prześladowani". Twierdzili również że car na to nie przystał, pragnąc zachować pokój z Rzeczpospolitą, ale jeśli Polacy pragną rzeczywiście utrzymać pokój, powinni wynagrodzić im to poświęcenie, poprzez oddanie tych wszystkich miast, które w 1634 r. w Polanowie car Michał musiał oddać Polsce i Litwie. Wiadomość o poselstwie moskiewskim bardzo szybko rozeszła się po Warszawie, szczególnie zaś ludzie opowiadali sobie o niezmiernej bucie moskiewskich posłów, a gdy marszałek koronny Jerzy Lubomirski nakazał (zapewne za zgodą króla) zamknąć posłów w areszcie domowym ("aby otrzeźwieli"), spotkało się to powszechną aprobatą Warszawiaków. Taki krok mógł jednak doprowadzić do zerwania pokoju polanowskiego i nowej wojny z Moskwą, czego - nie mając ustabilizowanej sytuacji na Ukrainie - nikt w Rzeczpospolitej nie pragnął. Areszt domowy trwał zaledwie pół dnia (25 marca), a Ossoliński osobiście przybył do posłów, przepraszając ich za to i zapraszając na nową ucztę. Niewiele to jednak dało, gdyż moskiewscy posłowie wciąż domagali się wcześniej wymienionych warunków, dzięki którym zachowano by pokój. Nie pomagały kolejne uczty i wreszcie sami Polacy zaczęli rozmyślać nad zwołaniem Sejmu i wystawieniem armii na nową wojnę z Moskwą, jednak najpierw wysłano do Moskwy własne poselstwo, które miało uzyskać zgodę cara na "amnestionowanie" owych "zbrodniarzy", którzy w swych książkach stosowali niewłaściwą tytulaturę. Na czas ich powrotu posłowie moskiewscy mieli pozostać w Warszawie i więcej nie wracać do tego tematu. Jednocześnie król Jan Kazimierz wysłał posłów na Krym, do Bakczysaraju, z propozycją dla chana wspólnej wojny z Moskwą, a propozycja ta została tam bardzo radośnie przyjęta.




CDN.

28 lipca 2026

UMIERAMY I CO DALEJ? - czyli co się z nami dzieje po śmierci? - Cz. XV

DUCHOWE "SPECJALIZACJE"





PRZEWODNICY NAJMŁODSZYCH DUSZ


 Temat o którym jeszcze nie pisałem, a który wydaje mi się ważny do uzupełnienia i dopełnienia całości tego, o czym teraz piszę. Ile jest "specjalizacji" w "Świecie Dusz"? Sporo, postaram się je (w większości) opisać, choć niektóre zostały już przeze mnie wymienione we wcześniejszych częściach w kontekście różnych wydarzeń o których pisałem. Główną specjalizacją o której pisałem (i wciąż w różny sposób do niej powracam), to oczywiście rola naszego - PRZEWODNIKA. Nie będę już rozpisywał się o tej specjalizacji, gdyż napisałem na ten temat dość dużo we wcześniejszych tematach. Teraz jednak pozwolę sobie wyjaśnić różnicę pomiędzy Przewodnikami zajmującymi się duszami już inkarnującymi (średnimi i starymi, a nawet młodymi - lecz nie takimi które niedawno zostały stworzone - mam tutaj na myśli stworzenie naszego indywidualnego "Ja", gdyż my sami nie mamy początku i nie mamy końca, podobnie jak Bóg, od którego pochodzimy), a takimi którzy zajmują się "dziećmi" prosto z "porodówki", czyli z miejsca w którym powstają wszystkie dusze (jako część indywidualnego jestestwa -  które to miejsce także wcześniej opisywałem). Praca z duszami rozwiniętymi jest o wiele łatwiejsza niż praca z "dzieciakami" (jak Przewodnicy i starsze dusze nazywają tych, którzy dopiero rozpoczynają swój cykl inkarnacyjny). Istnieje jednak oddzielna specjalizacja - "Przewodnik Najmłodszych Dusz". Dusze, które wybierają tę specjalizację, raczej nie pragną już zajmować się duszami starszymi, gdyż praca z "dziećmi" stanowi prawdziwe wyzwanie i... ogromną przyjemność dla tych, którzy wybierają właśnie ten typ działalności w "Świecie Dusz".

Zajmowanie się "dzieciakami" bywa pasjonujące, ale i niezwykle trudne, gdyż wiele młodych dusz może po prostu "utknąć" gdzieś na drodze dalszego rozwoju i nie być w stanie pójść dalej w swej inkarnacyjnej "fizycznej" ścieżce. Dlatego też praca Przewodników Najmłodszych Dusz jest tak szalenie ważna, a te dusze, które się jej podejmują, muszą odznaczać się komunikatywnością i cierpliwością. Jeden z takich przykładów - mężczyzna poddany hipnozie, jest właśnie takim Przewodnikiem Najmłodszych Dusz i opiekuje się nimi oraz czuwa nad ich doskonaleniem. Hipnoterapeuta zapytuje go - "Jesteś już w swojej grupie, którą się zajmujesz, powiedz co się dzieje dalej - co widzisz?" "Jest tu jedenaścioro "moich dzieciaków", skupionych w gromadę. Ich energia nie jest tak intensywna jak innych, a raczej rozproszona, wzorce energetyczne są krótkie, dzieciaki świecą na biało. Teraz cieszą się na mój widok". "Sam zajmujesz się całą jedenastką?" - zapytuje hipnoterapeuta", "Nie, pomaga mi w tym dwóch kolegów, którzy jednak nie pochodzą z mojej grupy docelowej", w tym momencie jednak głos mężczyzny się zmienia, gdyż wśród owych "dzieciaków" dostrzegł on... swoje obecne dziecko z tego wcielenia. Gdy już się z nim przywitał, kontynuowano dalszą rozmowę - "Co się teraz dzieje?", "Nic takiego, dzieciaki śmigają na wszystkie strony, zajęte wzajemnym płataniem sobie figli i kawałów. Teraz jeszcze pasjonują ich takie wygłupy, lecz już wkrótce się to zmieni - gdy tylko wszystkie zaczną inkarnować".

Praca z takimi "dzieciakami" jest trudna i odpowiedzialna, gdyż należy przekonać ich do podjęcia pracy nad własnym duchowym samodoskonaleniem i nad wyciąganiem konsekwencji z przeżytych właśnie wcieleń po to, by nie powodować w nich uczucia rozżalenia czy niechęci do fizycznych inkarnacji. Przykładem tej, jakże trudnej pracy, niech będzie hipnoza starszej kobiety, która w "Świecie Dusz" jest właśnie młodą, "dziecinną" jeszcze duszą, mającą za sobą zaledwie kilka inkarnacji. W swym pierwszym "fizycznym" wcieleniu - urodziła się jako dziewczynka w Syrii w 1255 r. Wszystko było dla niej niezwykłe i niezrozumiałe, w tym odczuwanie bólu fizycznego i innych niedogodności naszego życia. Dziewczynka ta została zabita w wieku 5 lat, podczas mongolskiego najazdu na Syrię w 1260 r. Gdy powróciła do "Świata Dusz" była... oburzona na swego Przewodnika głównie za to, że (jak sama twierdziła) ją oszukał. Skazał ją bowiem na to "dziwne" życie (jak to określiła), gdzie doznała jedynie bólu i nieszczęścia. "Po co to było, dlaczego mnie nie ostrzegł, nigdy bym nie przyjęła takiego życia. Dlaczego On mi to zrobił?" - to były główne pytania, jakie owa kobieta poddana hipnozie zadawała sobie i swemu Przewodnikowi. Gdy jednak hipnoterapeuta zapytał ją czy to życie było całkowicie nieudane i niczego się w nim nie nauczyła, ona odparła: "Zaczęłam, uczyć się... miłości. Ja, mój brat, moja rodzina - to takie cudowne uczucie". Mimo to, ta młoda dusza nie potrafiła powstrzymać się od uczucia rozżalenia do swego Przewodnika za to że skazał ją na życie w tak potwornym miejscu i czasie, oraz że to życie było... tak krótkie.

To są właśnie podstawowe błędy, które zdarza się popełniać Przewodnikom Najmłodszych Dusz. Pewna kobieta, również będąca Przewodnikiem dla takich dusz, tak opowiada hipnoterapeucie o swojej "próżniaczej" grupie: "Zajmuję się siedmiorgiem próżniaków. Zależy im jedynie na zabawie i rozrywkach, a podczas swych inkarnacji pragną tylko cieszyć się ziemskimi przyjemnościami i nie chcą zajmować się niczym trudnym ani istotnym. Jedyne co ich interesuje, to aby w kolejnym wcieleniu wyglądać ładnie, wiodąc dostatnie i spokojne życie. Mój Przewodnik twierdzi że to moja wina, że za nadto ich rozpieszczam, że ich psuję. Prawda, przyznaję odnoszę się do nich z ogromną czułością i pobłażaniem, lecz uważam że moja metoda nauczania również może odnieść sukces. Zwłaszcza gdy "dzieciaki" wejdą już w ten etap rozwoju, który umożliwi im zrozumienie błędów jakie popełniali, bez jednoczesnego doświadczania zbyt ciężkich i trudnych przeżyć i życiowych porażek". Sam Przewodnik tej kobiety stwierdził, że jej metoda wychowawcza skłania te "dzieciaki" ku przyjemnościom życia, które są mało ważne w dalszym stadium rozwoju duchowego, zaś zamyka je na sprawy naprawdę ważne. Ona jednak uważa że jej metoda wychowawcza również może przynieść efekt - tylko w późniejszym stadium nauki. Ja osobiście jestem sceptyczny co do takiego kierunku rozwoju duszy, ale... ponoć Rada Założycieli (choć interesuje się jej metodami) nie jest z nich niezadowolona.



ETYCY


 Etycy w "Świecie Dusz" należą do grona najważniejszych specjalizacji (choć tak naprawdę wszystkie są ważne i wszystkie bardzo potrzebne), przygotowujących dusze do kolejnego fizycznego wcielenia na Ziemi. Bardzo często Etycy (szczególnie początkujący Etycy) co jakiś czas inkarnują na innych planetach po to, by zdobyć doświadczenie i zapoznać się z nowymi systemami wartości i moralnymi zasadami obowiązującymi wśród różnych istot w całej Galaktyce. Przyznam się że z Etykami mam pewien problem. Być może jest to problem językowy (tłumaczenie), a być może kwestia zrozumienia na czym tak naprawdę polega ich zadanie. Postaram się jednak przedstawić to - co ja osobiście zrozumiałem z tego opisu. Etycy inkarnują (jak już wspomniałem) na różnych planetach w całej Galaktyce, jednak nie jest tak, że czynią to co wcielenie - raczej wówczas, gdy pragną zapoznać się z innym systemem wartości, z innymi przekazami moralnymi oraz inną specyfiką racjonalnych i irracjonalnych zachowań. Pewien mężczyzna poddany hipnozie opowiedział że na Ziemi inkarnuje od niedawna, pierwszy raz pojawił się na naszej planecie w czasach świetności starożytnej Babilonii epoki Nabuchodonozora II (czyli ok. 605 - 562 r. p.n.e.). Wcześniej inkarnował na planecie, której społeczeństwo pozbawione było uczuć, a skupiało się jedynie na logice i racjonalności. Ta rasa wymierała, pozbawiona umiejętności odczuwania, nie mogła się dalej rozwijać.

Zaś pomiędzy wcieleniami Etycy pracują zarówno z "młodzieżą" (czyli z młodymi duszyczkami, które niedawno rozpoczęły proces inkarnacyjny - tych mogą nauczać jedynie doświadczeni Etycy), lub też z duszami średnimi i starszymi (tutaj początkujący Etycy mają większe pole do popisu, gdyż doświadczenia tych dusz są zbliżone do poziomu ich możliwości a także osobistych przeżyć, jednak by nauczać "młodzież" - trzeba już lepszego przygotowania i "większego stażu"). Prócz nauczania innych dusz (spotkania te nie są nazbyt częste, gdyż kwestie etyczne po części są wyjaśniane duszom przez ich własnych Przewodników, jedynie pewne zawiłości zostają przedstawiane i objaśniane przez samych Etyków) Etycy zajmują się również wpływem planetarnej energii magnetycznej na rozwój inteligencji w całej Galaktyce. Aby sobie dopomóc w poznaniu tych zawiłości, sami (w ramach ćwiczeń) tworzą tkanki mózgowe istot zwierzęcych (chodzi tutaj o stworzenie siatki energetycznej, która umożliwi badanie reakcji i zachowań już ukształtowanych fizycznych istot). Te działania nie należą do obowiązków Etyków sensu stricte - są raczej elementem szkolenia i wprawiania się w swej specjalizacji. Nauka etyczna jest o tyle ważna, że pozwala duszom już inkarnującym pomóc trzymać się w życiu raz obranej ścieżki, nie zbaczać na manowce, które mogą zaprowadzić duszę do ciemnego zaułka własnego fizycznego zatracenia się i braku samokontroli - praca Etyków w tym względzie w "Świecie Dusz" jest więc niezwykle ważnym elementem wspomagającym dusze już inkarnujace w świecie fizycznym.

Niekiedy spotykamy się z takim stwierdzeniem: "Dlaczego on tak postąpił, dlaczego (np.) wyrzucił swoją starszą matkę z mieszkania? Gdzie ona się teraz na starość podzieje, jak syn mógł postąpić w taki sposób - czy on nie ma sumienia?" - no właśnie, tu niezbędny byłby Etyk. Oczywiście Etycy nie wspomagają ludzi już inkarnujących, ich zadanie ogranicza się jedynie do kontaktów z duszami w "Zaświatach", nie na planetach inkarnacyjnych (czyli np. na Ziemi). Dlatego sytuacja taka jak wyżej przeze mnie opisana, stanowi problem dopiero po śmierci owego syna. Będzie omawiana przez Etyków dopiero, gdy wróci on do "Świata Dusz", a teraz, za życia tym problemem zajmują się Przewodnicy i Rada Założycieli. Właśnie, zapomniałbym - wśród członków Rady przy każdym ze spotkań o których już wcześniej pisałem - zawsze znajduje się jeden Etyk. Dlaczego? Nie wiem, ale widocznie jest On tam niezbędny. Rozwijanie elementarnego dobra i poświęcenie się sprawie prawości duchowego umysłu jako zarodka mocy Jaźni duszy, a także cierpliwość i kontrolowanie właściwego rytmu fizycznego ciała w taki sposób, by ten fizyczny świat nie zdominował prawdziwej natury nieśmiertelnej duszy - oto główna nauka jaka płynie od Etyków do dusz przygotowujących się do kolejnych narodzin na tej i na innych planetach. Trudność w realizacji tych nauk już za życia, może spowodować na przykład nieumiejętność zsynchronizowania się duszy i ciała noworodka, co potem doprowadzić może do takich patologii jak syn, który wyrzuca swą matkę na bruk i nie dba co się dalej z nią stanie.

Brak dobrej synchronizacji może zablokować dążenie naszej Wolnej Woli do dokonywania właściwych wyborów w życiu i powodowania cierpienia oraz bólu dla innych, nawet bliskich nam osób. Stąd może właśnie brać się problem tzw.: "ludzi bez sumienia", bo przecież jak inaczej nazwać kogoś, dla kogo matka poświeciła całe swoje życie (nawet zadłużyła się finansowo), a ten później odpłaca jej w taki a nie inny sposób. Pamiętajmy jednak że rozwiązanie tego problemu też jest możliwe jeszcze podczas tego życia. Po prostu musimy skupić się na nieustannej ewolucji naszej duchowej Jaźni, zamiast koncentrować się na wygodach tego ciała, którego trwałość ogranicza się do jednego życia - powinniśmy raczej skupić się na rozwoju naszej duszy i poznawaniu naszej duchowej mocy. Kiedy to uczynimy i skupimy się na kwestiach duchowych - wówczas wykształci się w nas zdolność do łączenia się z innymi ludźmi, do trwania przy nich i pomagania im. Często spotykam ludzi, którzy mówią mi że o wiele większą radość sprawia im dzielenie się z innymi ludźmi czymkolwiek, lub dawanie im tego, czego pragną - niż otrzymywanie samemu takich darów.

No cóż - ja mam tak samo, ale to chyba nie jest żadna tajemnica, że gdy tylko obdarujesz inną osobę i sprawisz jej tym samym przyjemność - to... jakbyś w swoim ciele, we wnętrzu własnego "Ja" rozpalił płomień, który niezwykle miło łaskocze cię w podbrzusze i rozprowadza się po całym ciele. Przynajmniej ja to odczuwam w taki sposób. Dlatego też praca Etyków jest tak niezbędna. Myślę że przedstawiłem dogłębnie sens tej niezwykle zawiłej specjalizacji duchowej.



DUSZE ŁAGODZĄCE


Kim są Dusze Łagodzące? Cóż, nim postaram się to wytłumaczyć pragnę najpierw powiedzieć że Dusze Łagodzące, gdy inkarnują - z reguły stają się przywódcami (politycznymi lub religijnymi, mężami stanu, prorokami, lekarzami, genialnymi artystami, muzykami, pisarzami lub natchnionymi mędrcami). Ich podstawowym zadaniem jakie muszą tu spełnić, jest utrzymanie równowagi energii planetarnej pomiędzy wydarzeniami związanymi ze sferą międzyludzką a tzw.: "czynnikami naturalnymi" (lub też jedynie pomiędzy ludzkimi relacjami). Dusze Łagodzące albo zajmują się jednym (czyli łagodzeniem następstw naturalnych sił fizycznych na życie i działalność człowieka i innych istot fizycznych), albo też skupiają się tylko na relacjach międzyludzkich. Ta pierwsza grupa zajmuje się eliminowaniem wpływu negatywnej energii na życie istot inkarnujących, poprzez wrzucanie do tej negatywnej energii (wytworzonej w wyniku jakiejś katastrofy) - ziaren energii spoistej, które neutralizują dalsze negatywne skutki wszelkich katastrof. Jednocześnie wykorzystują energię pola magnetycznego planety by uzdrowić "uszkodzone" (w wyniku danej katastrofy) ludzkie energie. Po prostu wsysają negatywne oddziaływania, pozostawiając odnowioną i "odkurzoną" ludzką energię, dzięki czemu ludziom łatwiej jest "dojść do siebie", nawet po największej tragedii, wywołanej czynnikami naturalnymi (powodzie, pożary, trzęsienia ziemi itd.).

Druga grupa Dusz Łagodzących neutralizuje zaś wszelką negatywną energię wywołaną bezpośrednią działalnością człowieka. A jak to wygląda w praktyce? Otóż Dusze Łagodzące "wpływają" (nie oznacza to jednak wpływania na ich Wolną Wolę i zmuszania ich do takiego a nie innego postępowania, raczej jest to łagodna aluzja - pozytywne fale które docierają) do umysłu ludzi "poczciwych" (w podobny sposób można łatwo zneutralizować swojego wroga lub przeciwnika z którym ciężko nieraz sobie poradzić czy to w pracy, czy w szkole. Wystarczy bowiem na spokojnie, ale szczerze, całkowicie szczerze i z pełnym oddaniem bez żadnego udawania zacząć bombardować go pozytywną energią wysyłaną od nas samych, typu: "bardzo Cię lubię, dlaczego jesteś dla mnie taki niemiły, przestań, bądźmy przyjaciółmi" i tym podobne. Jeśli będziemy to powtarzać konsekwentnie, to nie ma siły żeby ta osoba nagle nie zmieniła do nas swojego stosunku i nie zaczęła na nas patrzeć w pozytywny sposób. Pamiętajmy bowiem że zła nigdy nie pokonamy złem, zło możemy zawsze zwyciężyć tylko dobrem). Nie każdy jest bowiem w stanie "odebrać" te sygnały (zaś umysły "szaleńców" są całkowicie zamknięte na wszelkie aluzje). Przekazywanie tych fal można porównać do tamy, którą raz na jakiś czas się otwiera by dostarczyć dolinie niezbędnej wody, potrzebnej na użyźnienie pól. Dodatkowo owe Dusze Harmonizujące (Łagodzące) muszą porządkować i zharmonizować nieskoordynowane i rozproszone ludzkie myśli, które co chwila są generowane przez ludzki umysł (chodzi o zrównoważenie oscylacyjnej dysharmonii). Harmonizowanie ludzkich myśli jest bardzo ważnym (wręcz kluczowym) zadaniem ich pracy, gdyż ułatwia "przesył" i ekspresję harmonijnego myślenia i pozytywnej energii. Ale nie tylko myśli znajdują się w kręgu ich bezpośrednich zainteresowań - również dźwięki werbalne - mowa, poprzez którą ludzie są w stanie powodować ból i cierpienie drugiej osobie - stanowią cześć ich pracy. Poza tym Dusze Łagodzące przesyłają również w swych falach - nadzieję, która rozprasza negatywne skupiska energetyczne (takie jak na przykład - niewiara czy rozczarowanie).

Należy jednak pamiętać że Dusze Łagodzące nie działają po to, aby cokolwiek wymusić na ludzkich umysłach, tylko po to, by to sami ludzie wpadli na podsuwane im pomysły - to ludzie mają sami sobie pomóc, Oni jedynie dostarczają im motywacji i rozpraszają negatywne myślenie, niczym chmury wiodące ku Słońcu. Ludzie inkarnują i istnieją po to, by radzić sobie w trudnych sytuacjach, w obrębie "matrycy" własnej inteligencji - egzystując w (bardzo często) niesprzyjających im warunkach, które wywołują cierpienia i ból. Lecz to nasze doczesne życie, te miejsca gdzie przyszliśmy na świat, czego doznaliśmy, co odkryliśmy, twarze naszych bliskich i znajomych - to wszystko jest częścią otaczającego nas piękna i harmonii - i to zostanie z nami już na wieczność (choć wydaje się że - przynajmniej niektórzy - ludzie mają pewne opory przed uznaniem faktu, że jesteśmy nieśmiertelni i że nie mieliśmy nigdy początku oraz nigdy też nie będziemy mieli końca, dla niektórych z nich wydaje się to dosyć przerażające. No cóż - to już ich problem 😊). To daje nam nadzieję do dalszej pracy i do dalszego życia (w owych niesprzyjających warunkach). To jest właśnie to koło wzajemnie występujących obok siebie przeciwieństw, które stanowi część naszego "szkolenia" na tym świecie. Dusze Łagodzące mają nam jedynie przypomnieć i rozjaśnić w głowach że sami jesteśmy w stanie dokonać wielu dobrych rzeczy. Że jesteśmy w stanie wygenerować wiele pozytywnej energii, która co prawda może "sąsiadować" też i z negatywną, ale nasze działania powinniśmy skupić na niwelowaniu skutków naszych własnych negatywnych oddziaływań i wyborów. Powinniśmy też nauczyć się cieszyć z wszelkich dobrodziejstw jakie otrzymujemy od losu i z powagą przyjmować spotykające nas niedole (zbytnia radość z odniesionego sukcesu wydaje się niewskazana, chyba że lubimy cieszyć się z błyskotek, podobnie też wielki smutek w chwilach nieszczęścia jest niepotrzebny, gdyż wszystko można odwrócić, a my sami mamy ku temu klucze, tylko musimy to sobie jeszcze uświadomić).
 

CDN.

27 lipca 2026

SUŁTANAT KOBIET - Cz. XIII

HAREMY (WYBRANYCH) WŁADCÓW 
Z DYNASTII OSMANÓW
OD MEHMEDA II ZDOBYWCY 
DO ABDUL HAMIDA II





SERAJ 
MEHMEDA II ZDOBYWCY
Cz. IX






PIERWSZE PANOWANIE
(1444 - 1446)
Cz. VIII



 Armia chrześcijańska - która miała wyzwolić Bałkany i usunąć Turków Osmańskich z Europy - jesienią 1444 r. liczyła 16 000 żołnierzy i była zgrupowana w dwóch rzutach. Pierwsza koncentracja miała miejsce w Wielkim Waradynie, druga zaś (na południe od tego miasta) w Temeszwarze. Całością sił oczywiście dowodził król Władysław I (III) Jagiellończyk, ale realnym dowódcą był Jan Hunyady (który to - po wyzwoleniu Bułgarii - miał zostać ogłoszony królem tego odrodzonego kraju). Siły chrześcijańskie skierowane przeciwko Osmanom nie były liczne i tylko największy optymista mógłby sądzić że przy takiej ilości wojska uda się oczyścić Bałkany z Turków. Ale zarówno sam król Władysław, Jan Hunyady jak i wielu węgierskich możnych (przekonywanych do tego przez papieskiego legata Juliana Cesariniego), święcie wierzyło w powodzenie tej wyprawy. Znacznie więcej realizmu politycznego było na wielu innych europejskich dworach, gdyż ilość zagranicznych ochotników biorących udział w tej krucjacie był niewielki. Podobnie rzecz miała się w Polsce, gdzie w sierpniu 1444 r. na zjeździe w Piotrkowie szlachta i możni Korony Królestwa Polskiego wystosowali do króla Władysława adres (26 sierpnia), w którym twierdzili że w jedną kampanią nie uda się wypędzić Turków z Europy, nawoływali też króla aby porzucił tę myśl i czym prędzej wracał do kraju, gdzie jest potrzebny. Król otrzymał ów dokument już po przekroczeniu Dunaju (20-21 września) i całkowicie go zbagatelizował. Miał już w głowie tylko jedno - jak najszybsze dotarcie do Adrianopola, zdobycie miasta i wypędzenie Turków Bałkanów. Obie grupy wojsk chrześcijańskich połączyły się nad Dunajem pod miejscowością Orsowa jeszcze przed przekroczeniem rzeki, a następnie skierowały się na Florentyn (który poddał się bez walki) i Widyń (który skapitulował po dwóch dniach obrony). W tym samym czasie sułtan Murad II uporał się już w buntem w Karamani, zmuszając tamtejszego władcę - Ibrahima bega (notabene swego szwagra) do ponownej uległości i zawarcia pokoju, na mocy którego przywracano stosunki lenne przed wojny (Ibrahim miał obiecać również sułtanowi wysłanie posiłków do walki z armią chrześcijańską króla Władysława Jagiellończyka). Teraz sułtan - na czele 40 000 swoich żołnierzy, mógł ponownie ruszyć ku Bałkanom.

A tymczasem przepraw przez cieśniny strzegły 22 okręty (10 okrętów papieskich pod dowództwem kardynała Francesco Condulmera i 8 okrętów weneckich pod wodzą Alvise Loredano strzegło przepraw przez Dardanele, natomiast 4 okręty genueńskie obsadziły przeprawy przez Bosfor). Sułtan jednak bardzo szybko rozprawił się z tą flotą, obsadzając azjatyckie wybrzeże Bosforu swoją artylerią i zmuszając okręty genueńskie do odwrotu (jednocześnie przyszła mu wówczas z pomocą pogoda, gdyż zerwał się wówczas taki wiatr i nastąpiła taka nawałnica deszczu i burzy, a co za tym idzie wzburzone wody Morza Marmara uniemożliwiły Genueńczykom podjęcie skutecznej obrony). Istnieje też jeszcze jedno wytłumaczenie, dlaczego flota chrześcijańska tak nieskutecznie blokowała cieśniny, a potem po prostu odpłynęła. Otóż sułtan Murad II miał obiecać Genueńczykom (a zapewne również armatorom weneckim) jedną złotą monetę za każdego przeprawionego przez cieśniny żołnierza tureckiego. Coś zapewne musiało być na rzeczy, gdyż jeszcze w październiku 1444 r. papież Eugeniusz IV, pod wpływem plotek o przyjęciu tureckiego złota przez chrześcijańskich marynarzy, obłożył klątwą wszystkich którzy się tego dopuścili zarówno teraz jak i w przyszłości. Wydaje się więc że owe plotki musiały mieć bardzo silne podstawy, inaczej papież nie posunąłby się do ekskomuniki, która dla chrześcijan była wykluczeniem z grona wiernych, a jednocześnie z grona zbawionych. W każdym razie w dniach 15-20 października armia sułtańska została przerzucona do Europy, a Murad II był zdeterminowany by czym prędzej przepędzić najeźdźców ze swego kraju. W tym samym czasie zaś armia chrześcijańska stała pod potężną twierdzą Nikopol. Została ona zdobyta i spalona po kilku dniach intensywnych walk, a król Władysław wkroczył teraz do Bułgarii. Niedaleko Nikopolu do armii chrześcijańskiej dołączył 4000 oddział wołoski pod osobistym dowództwem hospodara Wołoszczyzny (mianowanego jeszcze w poprzednim roku po zakończeniu pierwszej kampanii bałkańskiej Władysława Jagiellończyka) Wlad II Diabeł (zwany też Draculą). Teraz wspólnie skierowano się na twierdzę Szumem.


WLAD II DIABEŁ (DRAKULA)



Sułtan Murad tymczasem przybył do adrianopola. Zapewne pierwotnie nie planował wizyty w stolicy, ale zmusiły go do tego listy, jakie słał z tamtą wielki wezyr Chalil pasza, który pisał w nich że młody książę Mehmed celebi niezbyt dobrze radzi sobie w wykonaniu obowiązków namiestnika Rumelii, ulega podszeptom "złych języków" (miał tu zapewne na myśli przykład owego Persa z sekty hurufitów, który m.in. przekonywał młodego księcia do pojednania z chrześcijanami - o czym pisałem w poprzedniej części) i nie przykłada się do swoich obowiązków. Sułtan w stolicy spędził tylko kilka dni, ale nie wydaje się aby w jakikolwiek sposób zganić miał syna, na podstawie oskarżeń wielkiego wezyra. W każdym razie wyruszył czym prędzej na północ, ku Warnie, dokąd też zmierzała armia chrześcijańska króla Władysława Jagiellończyka. Tymczasem wojska węgiersko-koalicyjne zdobyły i spaliły Szumen, Prowadiję oraz przeszły przez przełęcz Ajtos, kierując się ku Morzu Czarnemu i ku Warnie. W międzyczasie król Władysław ogłosił proklamację do Bułgarów, w której ukazywał się jako bojownik Unii Kościołów (zawartej we Florencji 6 lipca 1439 r. pomiędzy papieżem Eugeniuszem IV a cesarzem bizantyjskim Janem VIII Paleologiem, na mocy którego w zamian za wsparcie dla Konstantynopola, Grecy mieli uznać zwierzchność papieża rzymskiego), oraz przedstawiał się jako obrońca wyznawców religii greckiej (prawosławnej); jednocześnie nakazywał tureckim twierdzom kapitulację, grożąc w przeciwnym wypadku surowymi konsekwencjami. Żadna z tureckich twierdz jednak nie skapitulowała, natomiast już w drugiej połowie października (a z pewnością na początku listopada) 1444 r. zaczęły się mnożyć problemy wśród armii chrześcijańskiej. Sułtan obsadził bowiem górskie przejścia na Bałkanach (w Bułgarii) co oznaczało że marsz na Adrianopol stał się już niewykonalny (szturmowanie górskich przejść przez znacznie mniej liczne od tureckich oddziały chrześcijańskie byłoby samobójstwem), a poza tym na tyłach wojsk chrześcijańskich grasowały podjazdowe oddziały tureckie, które skutecznie uniemożliwiały bezpieczne wycofanie się całej armii w wąskiej dolinie Prawadii którą się posuwano. Nie było innego wyjścia, trzeba było iść ku Morzu Czarnemu i ku Warnie - największemu z tamtejszych portów, gdzie liczono na dotarcie chrześcijańskiej floty (nie widziano że ona już zawróciła znad cieśnin).




10 listopada 1444 r. obie armie królewska i sułtańska stanęły naprzeciwko siebie nieopodal Warny. Turków było ponad 60 000 (niektórzy historycy twierdzą że nawet 100 000 chociaż wydaje się to mrzonką), wojsk węgiersko-chrześcijańskich zaś było 20 000 czyli Turcy mieli co najmniej trzykrotną przewagę. Chrześcijanie byli w impasie, drogę na północ zagradzali im Turcy, na południu zaś były bagna i morze, Warna zaś nie została zdobyta, a flota chrześcijańska (papiesko-wenecko-ganueńska) nie przybywała. W tych warunkach można jeszcze było pokusić się o wycofanie w kierunku Dobrudży, czyli północno-wschodnim, ale było to szalenie niebezpieczne przy takiej ilości Turków, którzy w każdym momencie mogli zaatakować wojska chrześcijańskie. Nie było więc innego wyjścia jak przyjąć bitwę i taką też decyzję podjął Jan Hunyady. Obie armie ustawiły się więc do bitwy, ale żadna ze stron jej nie rozpoczynała i tak stali naprzeciwko siebie przez trzy godziny, do chwili kiedy przy ładnej pogodzie i pogodnym morzu nagle zerwała się wichura, która przetoczyła się przez szeregi chrześcijańskie (łamiąc wszystkie proporce i niszcząc chorągwie z wyjątkiem jednej, tej ze świętym Jerzym). Wielu chrześcijan wzięło to za zły omen przed bitwą, ale jednocześnie twierdzono że chorągiew ze świętym Jerzym który zabija smoka - uosobienie diabła, za którego miano wyznawców Allaha, wróży pomyślnie nadchodzącej bitwie. Rozpoczęła się ona ok. godziny 9:00 rano wstępnym wypadem akindżich i azabów (czyli tureckich formacji konnych i pieszych) na pozycje chrześcijańskie. Te pierwsze ataki szybko zostały odparte i teraz Węgrzy przystąpili do ataku rozbijając formacje akindżich. W tym samym czasie na lewą flankę prawego skrzydła chrześcijan uderzyli spahisi dowodzeni przez namiestnika Anatolii Karadża bega (notabene szwagra sułtana, męża i jego siostry Selczuk hatun). Wyglądało na to że cały środek formacji chrześcijańskiej ulegnie dezintegracji, żołnierze zaczęli stamtąd uciekać, ustępując atakowi tureckiemu, a ci praktycznie byli już królewskim obozie, jednak bardzo szybko okazało się że zarówno Jan Hunyady jak i sam król Władysław Jagiellończyk podjęli się zadania załatania tego wyłomu i natarli na spahisów Karadża bega z takim impetem, że w walce tam zginęło aż 3000 spahisów wraz z ich wodzem. Tak oto sułtan stracił jednego ze swych szwagrów, ale źle dla chrześcijan działo się również na ich lewym skrzydle, gdzie także zaczęto ustępować Turkom pola. Młody, 20-letni król Władysław, będąc podniecony wynikiem kontrataku na spahisów, pragnął dalej kontynuować ten atak, ale Hunyady poprosił go aby wycofał się na wcześniejsze pozycje a sam poszedł z odsieczą lewemu skrzydłu, dzięki czemu utrzymało ono swoje pozycje i nie załamało się. Ta rozgrywka została wygrana przez chrześcijan.




Mało tego, widząc intensywność i siłę ataku armii chrześcijańskiej część żołnierzy tureckich zaczęła się wycofywać, a w niektórych oddziałach wręcz doszło do paniki i ucieczki na południe, w kierunku Adrianopola. Jedyną formacją która wówczas okazała pełną sprawność bojową byli janczarzy, reszta Turków albo się cofała albo uciekała. Hunyady nim ruszył ze wsparciem dla lewej flanki wojsk chrześcijańskich, odebrał od króla przysięgę, że ten nie uczyni niczego bez jego wiedzy (czyli nie ruszy na wroga w zapale bitewnym i z gorącą głową. Hunyady zapewne zdawał sobie sprawę że król jest młody i niedoświadczony, a jednocześnie pragnie wojennej sławy i tym samym może pogrzebać strategiczne koncepcje bitewne, dlatego wymógł na monarsze złożenie przysięgi). Król jednak nie zamierzał dotrzymać owej przysięgi, tym bardziej że widząc iż tylko janczarzy nie cofają się z pola bitwy, postanowił ruszyć na nich i rozbić ich w jednej silnej szarży. Otoczony w większości przez polskich rycerzy (z Małopolski) w liczbie ok. 500, postanowił ruszyć na janczarów i ich rozbić a następnie zdobyć sułtański obóz, a jeśli się uda Murada II osobiście wziąć do niewoli. Byłby wtedy wielkim zwycięzcą i to on przechyliłby szalę bitwy na korzyść armii chrześcijańskiej. Atak okazał się sukcesem, król - wraz ze swymi rycerzami - wbił się w szeregi janczarów jak w masło, tnąc mieczem kogo popadło na drodze swego ataku. Janczarzy zaczęli ustępować, a widząc to sam Murad kazał przywołać swego konia i zamierzał go dosiąść aby opuścić pole bitwy, uznając że jest ona przegrana. Jednak jak twierdzą bizantyjscy kronikarze - Sprantzes i Chalkokondyles - janczarzy mieli wręcz związać linami nogi sułtańskiego konia, aby uniemożliwić władcy opuszczenie pola bitwy. Tymczasem na lewej flance armii chrześcijańskiej Jan Hunyady przygotowywał wojska do przegrupowania i kolejnego uderzenia na cofających się Turków, gdy nagle przyniesiono mu straszną wiadomość - król Władysław poległ w trakcie ataku na pozycje janczarów, ścięto mu głowę a obecnie sułtan nabił ją na żerdzi i wszystkim pokazuje. Rzeczywiście, w trakcie swego ataku im głębiej wbijał się Władysław w pozycje janczarów, tym ich formacje zaczęły się umacniać, a wokół samego króla i jego rycerzy pojawiało się coraz więcej wojowników z którymi musieli oni walczyć. Ostatecznie koń królewski został ugodzony, co spowodowało że zrzucił ze swego grzbietu króla Władysława, a ten, leżąc na ziemi w swej zbroi, nim zdążył się podnieść, został przebity mieczem przez janczara o imieniu Chodża Chyzyr pochodzącego z Morei, który zaraz potem miał ściąć mu głowę i zanieść sułtanowi.




Otrzymawszy taką wiadomość Jan Hunyady całkowicie stracił jakąkolwiek chęć kontynuowania tej bitwy, tym bardziej że informacja o śmierci króla załamała morale wojsk chrześcijańskich, które teraz zaczęły się cofać, a wraz z zapadnięciem zmroku uciekano wręcz masowo z pola bitwy. Turcy nie kontynuowali pościgu, też byli nieco zdezorientowani wynikiem i wycofali się do swojego obozu. Dopiero w ciągu następnych dni podjęto pościg za uciekającymi rycerzami rozbitej armii chrześcijańskiej, którzy na własną rękę próbowali dotrzeć do Dunaju, aby stamtąd przekroczyć granicę z Wołochami lub też bezpośrednio dotrzeć na Węgry z kierunku zachodniego. Te zamierzenia udały się doprawdy nielicznym, większość została wyłapana i zabita. W trakcie pościgu zginął również papieski legat (i główny sprawca tej kampanii) kardynał Julian Cesarini (informacje na temat jego śmierci są sprzeczne i niejasne, w każdym razie znika już z kart historii). Hunyady cofał się też w kierunku Wołoszczyzny i udało mu się nawet przekroczyć Dunaj, ale tam w Bukareszcie został uwięziony przez hospodara Wlada Diabła (Drakulę), który tym samym zapewne chciał przypodobać się sułtanowi (chociaż osobiście uczestniczył w bitwie po stronie wojsk Władysława), by ten pozostawił go u władzy na wołoskim stolcu. Poza tym Drakula żywił urazę do Hunyady'ego o pewne wydarzenie z przeszłości, dlatego też uwięził go i wtrącił do lochu, gdzie też trzymał go przez pewien czas (ostatecznie uwolnił, a aby ten nie żywił doń urazy, ofiarował mu podarki w formie przeprosin za uwięzienie). Tak czy inaczej bitwa pod Warną została przez armię chrześcijańską przegrana z kretesem, a cała kampania zakończyła się totalną katastrofą. Jednak straty Turków też były duże, poległo nawet 30 000 tureckich wojowników, czyli połowa armii jaką wystawił Murad II. Gdy trzeciego dnia po bitwie (przez ten czas bowiem Turcy do końca nie wiedzieli jaki jest wynik i nie znali zamierzeń wojsk chrześcijańskich, sądząc że przegrupowują się oni i uderzą znienacka) sułtan Murad II w towarzystwie swego powiernika Azab bega przeczesywał pole bitwy, zauważyć miał iż: "Czyż to nie dziwne że leżą tu sami młodzi ludzie i że wśród tylu poległych nie widać ani jednej siwej brody", na co Azab beg miał odpowiedzieć: "Gdyby znalazła się wśród nich siwa broda, nie rzuciliby się z taką odwagą do walki".


SZARŻA WŁADYSŁAWA III 
W BITWIE POD WARNĄ 




Sułtan Murad II zaraz też przystąpił do karania tych spośród wodzów i żołnierzy, którzy w trakcie bitwy uciekali pod naporem sił chrześcijańskich. Najbardziej winnych ukarał śmiercią, a tych mniej winnych miał przebrać w szaty niewieście i oprowadzać po polu bitwy na pośmiewisko, jednak z powodu sprzeciwu wezyrów wobec tak hańbiącego czynu, nie doszło do jego wykonania. Sułtan rozesłał też wieści do wszystkich władców muzułmańskich, informując ich o wielkim zwycięstwie przez siebie odniesionym. Do sułtana Egiptu Dżakmaka z dynastii Mameluków (z którymi już wówczas Osmanowie konkurowali) wysłał Murad 25 zakutych w zbroję rycerzy, aby pokazać mu jakich to wojowników zdołał pokonać i że nic nie jest w stanie go zatrzymać. Po bitwie sułtan powrócił do Adrianopola (druga połowa listopada), gdzie w uroczystym pogrzebie złożył do grobu swego szwagra Karadży bega i mianował na jego stanowisko namiestnika Anatolii Albańczyka Üzgura. Chodżę Chyzyra - który zadał królowi Władysławowi śmiertelny cios i odciął  mu głowę, wynagrodził sułtan licznymi nadaniami ziemskimi w Rumelii. Samą głowę króla - zamkniętą w słoju wypełnionym miodem - wysłał Murad do Brusy w Anatolii (dawnej stolicy Osmanów), gdzie wbito ją na lancę i obnoszono triumfalnie ulicami miasta. A tymczasem sułtan uczynił coś, czego nikt się po nim nie spodziewał a już najmniej ci, którzy byli wówczas w otoczeniu młodego następcy tronu księcia Mehmeda Celebiego, czyli wielki wezyr Chalil pasza i mufti Adrianopola - Fahreddin, a mianowicie Murad II postanowił... abdykować. Do dziś nie są do końca znane powody jego abdykacji, przypuszcza się że sułtan był zmęczony władzą, i pragnął spokoju oraz odosobnienia. Istnieje też przypuszczenie że Murad celowo wycofał się "do Sulejówka" (aby to tak kolokwialnie streścić), gdyż w tamtym czasie wzrastała bardzo silna opozycja pomiędzy starymi muzułmańskimi rodami, które uważały się za historycznie, prawnie i religijnie powołane do przewodnictwa, a renegatami na wiarę muzułmańską, którzy z nimi konkurowali. Zapewne Murad uznał że młody Mehmed - jego syn - nie podoła tym wszystkim konfliktom i wcześniej czy później będzie on mógł wrócić do władzy w nowej roli, jako gwarant powszechnej zgody. Tak można przypuszczać i mniemać co do postanowienia sułtana. 




A tymczasem po bitwie pod Warną przerażenie ogarnęło wiele krajów Europy chrześcijańskiej, szczególnie tych, bezpośrednio graniczących z Imperium Osmańskim. Jak wyżej wspomniałem, hospodar Wołoszczyzny Wlad II Diabeł starał się przypodobać sułtanowi uwięzieniem Jana Hunyady'ego. Cesarz bizantyjski Jan VIII Paleolog wysłał sułtanowi bogate dary i prosił aby odnowić traktat pokojowy. W Mołdawii co prawda panował polski lennik Stefan II, ale jego zależność była tylko symboliczna (1443 r. Stefan oślepił i wygnał z kraju swego brata i współpanującego Eliasza I, który był mężem Marii Holszańskiej - siostry królowej Polski Zofii (Sonki) Holszańskiej, matki Władysława i Kazimierza Jagiellończyków). Wiadomość o klęsce warneńskiej dotarła do Krakowa w grudniu 1444 r., jednak początkowo nikt nie dawał wiary wieściom o śmierci króla. Ponieważ nikt nie był świadkiem jego śmierci, wierzono iż wkrótce powróci on cały ich zdrów (szczególnie matka liczyła że wcześniej czy później ujrzy swego syna żywego). Co jakiś czas pojawiały się wieści że ktoś widział króla a to w Konstantynopolu, a to Wenecji, w Siedmiogrodzie, w Albanii na Wołochach czy też w Italii. Wkrótce też pojawiła się informacja która przeszła do legendy, że król ostatecznie osiadł w Portugalii, gdzie wiódł spokojne życie (wcześniej zaś miał być prawdziwym ojcem Krzysztofa Kolumba, późniejszego odkrywcy Ameryki). Jego brat, który wówczas władał Wielkim Księstwem Litewskim - Kazimierz Jagiellończyk, też liczył że Władysław odnajdzie się cały i zdrów, ale mijały kolejne dni i miesiące, a król nie wracał. Jednak z chwilą gdy tylko ponownie odnajdywał się jakiś uczestnik bitwy (jak choćby jeden z synów Zawiszy Czarnego, gdyż wcześniej gruchnęła wieść że obaj jego synowie polegli pod Warną, ale potem jeden z synów powrócił do Krakowa), wówczas odżywała nadzieja na powrót króla i ta nadzieja tak naprawdę nie umarła praktycznie do końca panowania Kazimierza IV Jagiellończyka, czyli do roku 1492, a potem zamieniła się w legendę dynastii Jagiellonów o królu bohaterze, którego wciąż oczekiwano w Krakowie i w całym jego Królestwie.


WŁADYSŁAW III JAGIELLOŃCZYK 



A tymczasem w Adrianopolu wielki wezyr Chalil pasza próbował wpłynąć na decyzję sułtana, aby wyperswadować mu myśl o abdykacji i powołaniu na tron Mehmeda Celebiego (z którym Halil pasza był skonfliktowany). Sułtan był jednak zdecydowany wycofać się do Manisy (której namiestnikiem jeszcze do niedawna był Mehmed Celebi), by tam, w idyllicznej okolicy w spokoju czytać Koran, pisać i zagłębiać się pięknie literatury. Jego decyzja była jednak nieodwołalna i tak oto młody książę rozpoczynał pierwszy etap swego panowania.


CDN.

26 lipca 2026

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXV

FILARY SPOŁECZNEGO 
ROZWOJU LUDZKOŚCI 
I METODY PATOLOGIZACJI 
NA PRZESTRZENI WIEKÓW





TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI:
Cz. XXXII



SŁOWIANIE I CELTOWIE
Cz. XXXII



PIERWSZE EUROPEJSKIE CYWILIZACJE
SŁOWIANIE
(POLITYCZNY UPADEK FILISTEI - DOMINACJA IZRAELA I JUDY)
(ok. 925 r. p.n.e. - 738 r. p.n.e.)
Cz. X



ŚMIERĆ ZACHARIASZA




FILISTEA
CZASY UPADKU
(ok. 925 r. p.n.e. - 738 r. p.n.e.)
Cz. X



RECHABICI
(841 - 753 r. p.n.e.)
Cz. III



 Pierwsze kilka lat panowania młodego króla Joasza (panował od 836 r. p.n.e.), upłynęły pod znakiem (nieoficjalnej) regencji prawdziwego władcy Królestwa Judy - czyli arcykapłana Świątyni Jerozolimskiej - Jechojady. Zakazał on wszelkich innych kultów poza religią Mojżeszową, kazał zniszczyć wszystkie świątynie kananejskich i syryjskich bóstw - a ich kapłanów wygnać lub uśmiercić. Jego wpływ na króla też był całkowity, tym bardziej że chłopiec, jakim był Joasz, realnie nie mógł jeszcze rządzić krajem. Z biegiem lat jednak, gdy Joasz dorastał, zaczął coraz częściej okazywać swoją niezależność wobec decyzji arcykapłana i tak na początku nieoficjalnie a z czasem coraz bardziej jawnie, zaczął się modlić przed posągiem Baala, co doprowadziło do konfliktu z Jechojadą (do czego zapewne młody król dążył). Gdy arcykapłan próbował siłą usunąć posąg Baala z królewskiego pałacu w Jerozolimie, król rozkazał przeprowadzić kontrolę finansów Świątyni, oskarżając tamtejszych kapłanów o malwersacje finansowe. Wzajemne walki króla i arcykapłana trwały aż do śmierci Jechojady (ok. 825 r. p.n.e.). Ponieważ jednak stanowisko arcykapłana było dziedziczne w obrębie jednego rodu (wywodzącego się według legendy od Aarona - brata Mojżesza), przeto następcą Jechojady został jego syn Zachariasz, który wcale nie okazał się lepszym kandydatem dla króla i również ostro krytykował odradzające się pogańskie praktyki Joasza i jego dworu. Zachariasz posunął się nawet do tego, że publicznie oskarżył króla o bezbożność i wyrzeczenie się wiary przodków, a takie oskarżenie było bardzo poważnym aktem politycznym i musiało pociągnąć za sobą radykalne konsekwencje. Król Joasz nakazał więc ukamienować bezczelnego arcykapłana i tak się właśnie stało (ok. 820 r. p.n.e.?).

W tym też czasie Królestwo Judy bardzo traciło na znaczeniu w lokalnym układzie sił politycznych. Było ono znacznie słabsze - zarówno militarnie jak i gospodarczo - od Królestwa Izraela, a teraz miasta Filistei (które bardzo powoli odradzały się po katastrofie egipskiej z 925 r. p.n.e.) ponownie zaczęły dominować w tym regionie. Ponoć jeszcze za czasów Atalii (babki młodego króla joasza), a na pewno już za czasów Joasza, filistyńskie miasto Gat narzuciło Judzie obowiązek corocznej daniny. Filistea odradzała się więc nie tylko gospodarczo ale i politycznie, a takie miasta jak Gat czy Aszdod ponownie stawały się poważnym problemem politycznym dla władców podzielonego królestwa Dawida i Salomona. Równie poważnym problemem był wzrost siły Królestwa Aramu, którego władca Hazael z Damaszku - po osłabieniu swego najpoważniejszego wroga, czyli Asyrii (w wyniku długoletniego buntu, jaki w tym kraju wybuchł i o którym pisałem w poprzedniej części), ponownie urósł w siłę, stanowiąc realne zagrożenie dla Izraela (podobnie jak miasta Gat, Aszdod czy Jabna dla Judy). W 814 r. p.n.e. zmarł król Jehu - władca Północnego Królestwa (który władzę tam zdobył w wyniku zamachu stanu z 841 r. p.n.e. mordując dynastię Omrydów), jego następcą został syn Joachaz. Teraz było już pewne że najazd Aramejczyków jest tylko kwestią czasu. Nowy król Joachaz starał się odnowić swój stosunek lenny z Asyrią (jego ojciec Jehu złożył hołd lenny Salmanasarowi III), namawiając króla Szamszi-Adada V do zaatakowania Damaszku, ale bezskutecznie. Wzrok Szamszi-Adada V padał teraz na zupełnie inne ziemie. Aby stłumić długoletni bunt swego brata Aszurdaninapla (820 r. p.n.e.) musiał Szamszi-Adad poprosić o pomoc króla Babilonu - Marduk-balassu-ikbi i podpisać z nim haniebny traktat, na mocy którego Asyria stawała się krajem zależnym od Babilonii. Teraz, gdy umocnił już swą władzę, mógł wreszcie podjąć konfrontację z południowym sąsiadem i zrzucić - uznawaną co prawda tylko formalnie, ale zawsze - zależność.




Ok. 815 r. p.n.e. Szamszi-Adad napadł na pogranicze będące w obrębie wpływów Babilonu, zniszczył je, a ludność przesiedlił do Asyrii. Ponieważ nie spotkał się ze sprzeciwem, w roku następnym przekroczył graniczną rzekę Dijalę i wkroczył do wschodniej Babilonii, pustosząc całą krainę. Zagrożony tą inwazją król Marduk-balassu-ikbi, nie czekając na podejście Asyryjczyków pod Babilon, zorganizował koalicję złożoną z państw: Elamu, Nimri (małe królestwo leżące na północ od Elamu), kilku plemion chaldejskich (ich siedziby znajdowały się na południe od Babilonu, na obszarze Zatoki Perskiej czyli Morza Gorzkiego - jak mawiali Asyryjczycy) oraz nielicznych plemion aramejskich. W 812 r. p.n.e. doszło do decydującej bitwy pomiędzy armią asyryjską pod wodzą króla Szamszi-Adada V a koalicją, którą prowadził władca Babilonii. Bitwa zakończyła się całkowitym zwycięstwem Asyryjczyków, Szamszi-Adad podszedł pod Babilon, który otworzył przed nim swe bramy. Marduk-balassu-ikbi został wyprowadzony na swoistym łańcuchu (wyglądało to tak, że w wargę wkładano mu metalowe urządzenie, które zaciskało się i zmuszało go do podążania tam, gdzie chciał udać się ten, który trzymał końcówkę łańcucha). Potem przewieziono go do Kalchu, gdzie najprawdopodobniej został zabity. Nowym królem Babilonu Szamszi-Adad mianował niejakiego Baba-aha-iddina (kapłana świątyni Marduka), a sam złożył ofiary przed posągiem Marduka w Esangili. Wybór Baby-aha-iddina szybko okazał się niewłaściwy, jako że ten dążył do usamodzielnienia się i zrzucenia asyryjskiej kontroli. Tak więc w roku następnym (811 p.n.e.) Szamszi-Adad ponownie wyprawił się do Babilonu, zrzucił z tronu kapłana Marduka i na jego miejsce wstawił niejakiego Ninurtę? (brak pełnej nazwy jego imienia). Oczywiście ponownie odprawił ofiarę w Esangili i wrócił do Kalchu. Warto też wspomnieć, że jego małżonka, królowa Sammuramat (zwana przez Greków Semiramidą) w tym czasie zajmowała się projektowaniem królewskiego ogrodu w Kalchu, który przeszedł do historii pod jej imieniem (wydaje się jednak że nie był on aż tak imponujący, jak dwa następne, które to zrodziły się właśnie z legendy "wiszących ogrodów Semiramidy". Kolejną próbę stworzenia podobnych ogrodów podjęła się królowa Zakutu, małżonka Sannacheryba, który w 689 r. doszczętnie zniszczył Babilon, zaś jej syn Asarhaddon po 681 r. p.n.e. rozpoczął odbudowę tego miasta i wówczas to Zakutu zapewne podjęła się misji stworzenia pierwszych wiszących ogrodów Semiramidy w Babilonie. Po raz drugi owe wiszące ogrody kazał wznieść w Babilonie ok. 600 r. p.n.e. król Nabuchodonozor II dla swej medyjskiej małżonki Amytis i właśnie te ostatnie ogrody Babilonu zostały uznane za jedno z Siedmiu Cudów Starożytnego Świata).




Natomiast przed inwazją na Babilonię Szamszi-Adada V zajmował problem rosnącego w siłę Królestwa Urartu, leżącego w górach pomiędzy jeziorem Wan a jeziorem Urmia i jeziorem Sewan. Mieszkańcy tego królestwa świetnie znali się na metalurgii, a ich wyroby docierały do najdalszych zakątków ówczesnego świata. Ich miasta (np. Tuszpa) były zaś położone w górskich terasach i trudno dostępne, natomiast pragnienie opanowania Syrii przez władców Urartu stało się poważnym zagrożeniem dla handlowych wpływów Asyrii i Szamszi-Adad musiał coś z tym zrobić. W latach 819-816 p.n.e. podjął on więc aż trzy kampanie wojenne przeciwko pogranicznym plemionom Nairi (nie należy mylić z Nimri - królestwem leżącym na północ od Elamu, w rejonie dzisiejszego środkowego Iranu). Szamszi-Adad zdołał podporządkować sobie te pograniczne tereny i dzięki temu na jakiś czas uniemożliwił Urartyjczykom próby ekspansji na południe i południowy-zachód, jednak wkrótce potem (bo w 811 r. p.n.e.) zmarł po zaledwie 13 latach swoich rządów. Jako swego następcę pozostawił niepełnoletniego syna, noszącego imię Adad-Nirari III. Tak więc jako regentka (a tak naprawdę jako królowa) władzę przejęła teraz małżonka Szamszi-Adada V - Sammuramat. Była to pierwsza władczyni w historii Asyrii, pierwsza kobieta na tronie tego kraju, stąd może też wzięła się jej tak wielka popularność. W każdym razie przez kolejne pięć lat swoich regencyjnych rządów, Sammuramat będzie oficjalnie równa wszystkim poprzednim i następnym królom Asyrii, bowiem jej wizerunki będą umieszczane w takiej samej pozycji, w jakiej umieszczano dotąd królów (a wydaje się nawet że pozycję, jaką udało jej się osiągnąć, posiadała jeszcze za życia swego małżonka, jako że występuje razem z nim na steli równa wzrostem - co miało ogromną symbolikę polityczną, gdyż królów z reguły pokazywano jako olbrzymów, aby tym samym podkreślić ich pozycję i władzę). Rządy Sammuramat były jednak okresem osłabienia międzynarodowej pozycja Asyrii, gdyż w tym czasie nie podejmowano żadnych wypraw wojennych (swoją drogą, tak mi się wydaje że królowie asyryjscy być może uciekali w owe wyprawy wojenne, aby nie musieć sprostać tym wszystkim ograniczeniom, jakie były im narzucane w sytuacji gdy wiedli pokojowy żywot. Któż bowiem mógłby noc w noc spółkować z nową dziewczyną, to trzeba by było naprawdę niespożytej energii, nic więc dziwnego że większość z nich wolała wojaczkę niż... takie tortury 😉).




W tych warunkach król Joachaz nie mógł w żaden sposób liczyć na pomoc Asyrii przed spodziewaną inwazją Hazaela z Damaszku na Królestwo Izraela. Starał się co prawda o sojusz z Joaszem z Judy i ten zapewne doszedł do skutku (choć nie ma co do tego żadnej pewności, ale późniejsze wydarzenia mogą o tym świadczyć), jednak to nie wystarczyło. Co prawda Aramejczycy wielokrotnie dostawali łupnia w bitwach z Asyryjczykami, to jednak ich armia bezwzględnie górowała nad Izraelitami. W każdym razie do owego ataku doszło (nie wiadomo dokładnie kiedy ono nastąpiło, można jednak założyć że około 810 r. p.n.e.) i Aramejczycy - prowadzeni przez swego króla Hazaela - natarli na Północne Królestwo. Doszło do bitwy w rejonie Samarii, która zakończyła się totalnym pogromem armii izraelskiej i to tak wielkim, że król Joachaz musiał podpisać upokarzający pokój, na mocy którego nie tylko przywracał w kraju usunięte (w wyniku rewolty jego ojca z 841 r. p.n.e.) kulty syryjskie i kananejskie, ale wręcz przyznawał im pierwszeństwo kosztem religii Mojżeszowej. Dodatkowo musiał zapłacić złotem i srebrem Hazaelowi i uznać się za jego lennika, w zamian tamten łaskawie pozwolił mu dalej panować. Teraz, po tak łatwo odniesionym zwycięstwie, król Aramu ruszył na Judę, która również nie była przygotowana do wojny (zapewne jednak ów atak spowodowany był tym, że jakieś kontyngenty z Judy znalazły się wśród wojsk Joachaza pod Samarią). Joasz zmobilizował swoich żołnierzy i stanął na ich czele. Doszło do bitwy z najeźdźcami (dokładnie nie wiadomo gdzie się to odbyło), która zakończyła się podobnie jak ta pod Samarią, całkowitym zwycięstwem Aramejczyków. Grube mury Jerozolimy co prawda zniechęciły Hazaela do prób zdobywania miasta, ale i tak wymógł na Joaszu dokładnie taki sam upokarzający pokój, jak wcześniej na Joachazie. Król musiał się wykupić złotem i srebrem, a poza tym przyznać pogańskim religiom pierwszeństwo w swoim Królestwie. Następnie - podbudowany kolejnym łatwym zwycięstwem - Hazael ruszył przeciwko filistyńskiemu miastu Gat. Miasta tego jednak nie zdobył i po uzyskaniu okupu powrócił do Damaszku. Mógł być jednak zadowolony ze swoich osiągnięć. Po latach kryzysu i asyryjskiej ekspansji, zdołał odbudować pozycję swego kraju i rozszerzyć kontrolę Aramu na królestwa Izraela i Judy (a także częściowo na Filisteę). W Asyrii panowała pokojowo nastawiona królowa Sammuramat, więc nie musiał obawiać się ataku z tej strony (tym bardziej że jako kobieta raczej nie poprowadziłaby armii). Mógł więc być pewien że los mu sprzyja... ale nie na długo. 




Szczęście i nieszczęście często wymieniają się miejscami i to bardzo szybko, a człowiek powinien po prostu to akceptować i zarówno w chwilach szczęścia nie przejawiać zbytniej radości, jak również w chwilach upadku nie rozpaczać, wszystko bowiem można odwrócić (wszystko bowiem jest grą na tym świecie i choć ta gra często bywa dla nas smutna, bolesna albo traumatyczna, to jednak nie zmienia to faktu że jest to gra. Prawdziwy spokój osiągamy dopiero po zakończeniu gry, w miejscu, gdzie już nie musimy się o nic martwić i gdzie możemy - że tak się wyrażę - nieustannie się bawić i czynić co tylko nam się podoba - oczywiście nie w tej typowo egoistycznej postawie, ale tak to właśnie można sprecyzować. Tam jest nasz prawdziwy Dom, tu zaś jest kołchoz, który musimy znosić po to, aby ponownie na stałe już poznać drogę powrotu do Domu). Tak więc w roku 806 p.n.e. królowa Sammuramat ustąpiła (lub też zmarła) i pełną władzę objął jej syn - Adad-Nirari III. Tym samym skończył się spokojny i bezpieczny czas dla Hazaela, gdyż już w następnym roku nowy władca Asyrii podjął wielką kampanię syryjską, której zwieńczeniem było dotarcie pod mury Damaszku. Miasta tego co prawda nie zdobył, ale Hazael utracił już wszelkie wpływy zarówno w Izraelu jak i w Judzie, gdyż kraje te ponownie weszły w strefę wpływów Asyrii (zarówno Joachaz jak i Joasz musieli złożyć Adad-Nirariemu hołd i uznać się za jego lenników). Krótko więc trwała dominacja Damaszku nad Izraelem i Judą. Kampania ta jednak była również ostatnią i dla Asyryjczyków, jako że w kolejnych latach znacznie wzrosła potęga Królestwa Urartu i tam właśnie kumulowała się odtąd uwaga władców Kalchu. Hazael zaś został ponownie osłabiony i nie był w stanie zorganizować kolejnej wyprawy przeciwko południowo-zachodnim sąsiadom, to zaś dało czas i okazję władcom Izraela i Judy aby odbudować swoją pozycję i podjąć konfrontację z rosnącymi w siłę Filistynami.




Jako ciekawostkę można dodać, że rok 814 p.n.e. to również rok tradycyjnego założenia Kartaginy na afrykańskim wybrzeżu (na ziemiach dzisiejszej Tunezji). Dokonać tego miała (według rzymskiego historyka Pompejusza Trogusa, żyjącego na przełomie I wieku p.n.e i I wieku naszej ery) księżniczka tyryjska, córka króla Tyru Muttonesa - Dydona (zwana też Elissą). Po śmierci bowiem Muttonesa, jego syn i następca (a brat Dydony) Pigmalion kazał zamordować jej męża, kapłana boga Melkarta - Acherbasa (zwanego też w innych źródłach Sycheusem). Wszystko po to, aby dobrać się do nieprzebranych skarbów świątyni Melkarta, jakimi dysponował Acherbas. Dydona postanowiła więc uciec spod władzy swego brata i nakłoniła do tego wielu obywateli Tyru (samych mężczyzn), którzy pod osłoną nocy wsiedli na okręty i wypłynęli w morze. Po dotarciu do Cypru przyłączył się do nich tamtejszy kapłan bogini Asztarte, który wraz z rodziną postanowił udać się na przygodę życia do nowej ojczyzny, pod warunkiem wszakże, iż Dydona zagwarantuje mu, że on i jego potomkowie będą w nowym miejscu sprawować na wieki godność kapłańską. Z Cypru uprowadzono również 80 młodych dziewcząt, które miały w świątyni pełnić posługę kapłanek-prostytutek i jednocześnie być towarzyszkami dla uciekinierów z Tyru, którym bez wątpienia doskwierał brak kobiet. Po dotarciu do afrykańskich wybrzeży i zejściu na ląd, tyryjskim kolonistom na powitanie wyszedł władca libijskich Maksytanów, król Jarbas. Powitał on ich serdecznie, ale na prośbę Dydony o możliwość osiedlenia się odparł, że mogą oni zająć tylko tyle miejsca, ile zajmie rozciągnięta na ziemi skóra upolowanego wołu. Dydona zgodziła się, choć wiedziała że był to zwykły podstęp ze strony Jarbasa. Postanowiła jednak go przechytrzyć i nakazała ciąć skórę wołu na drobne, cieniutkie paseczki, tak, aby objąć nimi znaczny obszar ziemi. Gdy tak się stało, pokazała swoje dzieło Jarbasowi, a ten musiał zgodzić się oddać im cały teren objęty skórą woła, gdyż w przeciwnym razie złamałby własne słowo. Ziemia ta była pierwotnym osadnictwem Fenicjan i znana była jako wzgórze Byrsa (Rzymianie stracili tam wielu żołnierzy w czasie zdobywania Kartaginy w 146 r p.n.e., gdyż każdy dom był tam swoistą twierdzą). Byrsa bowiem po łacinie znaczy "skóra", a tak właśnie tradycja rzymska przekazała wcześniejszą tradycję fenicką. Tak więc zaczęto budować pierwsze domy na wzgórzu Byrsa i oczywiście świątynię Melkarta i Asztarte (w czym pomogli Tyryjczykom ich feniccy ziomkowie z pobliskiej kolonii Ityke).




Pigmalion, gdy się o tym dowiedział, wpadł w złość i postanowił wyprawić się za morze, aby zniszczyć kolonię założoną przez jego siostrę. Ostatecznie wyperswadowali mu to kapłani, twierdząc że tak chcieli bogowie, zaś Kart Hadaszt (bo tak właśnie nazwano nową kolonię, czyli "Nowe Miasto") jest kolejną fenicką osadą w tamtym regionie. Według legendy zaś, gdy zaczęto kopać fundamenty, natknięto się na czaszkę wołu, co niosło za sobą zapowiedź że co prawda miasto będzie bogate, ale dochodzić do tego będzie ciężką pracą, w trudzie i znoju. Dydona poleciła więc kopać w innym miejscu, gdzie natknięto się na czaszkę konia i to uradowało wszystkich, gdyż świadczyło że będzie to dumny, bogaty i wojowniczy gród (innymi słowy, bogactwo zawdzięczać będzie rabunkowi). Panowanie Dydony nie trwało długo, zaledwie kilka lat, gdyż Jarbas postanowił się z nią ożenić, a ona - aby nie odrzucać otwarcie jego oświadczyn i nie skazywać mieszkańców na zemstę Libijczyków, postanowiła zginąć na stosie ofiarnym. Od tej pory stała się wieczną królową w pamięci Kartagińczyków, panią i opiekunką ich miasta, chociaż realnie wydaje się że jest to tylko piękna legenda i nie ma ona zbyt wiele wspólnego z prawdą. Na przykład grecki historyk Filistros z Syrakuz (żyjący w IV wieku p.n.e.) twierdził że prawdziwymi założycielami Kart Hadaszt było dwóch tyryjskich wodzów Karchedon i Zoros (ale to też wydaje się mocno podejrzane, jako że imię Zoros jest zniekształconą nazwą Tyru). Cyceron zaś twierdził że Kartaginę założyła niejaka Cartere. Dziś już zapewne prawdy nie poznamy (chyba że uda nam się kiedyś skonstruować wehikuł czasu 🤔). W każdym razie piękna tradycja o Dydonie przetrwała wśród mieszkańców Kartaginy i stała się potem częścią wspólnej grecko-rzymskiej, a potem europejskiej cywilizacji.


DWAJ BRACIA 
ROMULUS I REMUS




O ile jednak opowieść o Dydonie wydaje się być jedynie zbieraniną najróżniejszych legend - lokalnych i fenickich, o tyle późniejsze o co najmniej dwa pokolenia założenie miasta na siedmiu wzgórzach, zwanego Rzymem, ma już znacznie więcej wspólnego z prawdą niż z legendami. Oczywiście przez dłuższy czas historycy twierdzili że opowieść o dwóch braciach bliźniakach - Romulusie i Remusie jako założycieli grodu nad Tybrem, to też tylko wytwór fantazji twórców i historyków antycznych. Okazuje się jednak że współczesna archeologia robi takie postępy, że pewne rzeczy możemy już dziś potwierdzić lub wykluczyć z prawdopodobieństwem nawet i 100 %. Odnalezienie zaś (kilka lat temu) kompletnej chaty wzniesionej w Rzymie w czasie kultury Villanowa (czyli wtedy, kiedy Rzym miał zostać założony), pokazuje dobitnie że tradycja o dwóch braciach wcale nie musi być legendą. Oczywiście dowody które archeolodzy przytaczali, należałoby ponownie przedstawić i odnaleźć (przynajmniej ja musiałbym je odnaleźć, bo mam je gdzieś zapodziane), być może na ten temat powinienem zrobić oddzielny wątek. W każdym razie twierdzenie iż dwaj bracia założyli Rzym, jest znacznie bardziej prawdopodobne niż twierdzenie że Kartaginę założyła Dydona (choć to ostatnie oczywiście też może w przyszłości okazać się prawdą). Pamiętajmy bowiem że w czasach rozkwitu Imperium Rzymskiego na forum romanum pośród wspaniałych budowli o majestatycznym wyglądzie, stała drewniana chatka. Ci, którzy odwiedzali Rzym w I i II wieku dziwili się dlaczego pośród tamtych budowli znajduje się takie coś, które szpeci wygląd Forum. Na pytanie zaś Rzymian cóż to takiego ta chatka, otrzymywali odpowiedź: "To jest willa Romulusa, pierwsza budowla jaka powstała w Rzymie".




CDN.

ZAPRZAŃSTWO JAKICH MAŁO! - Cz. VII

CZYLI HISTORYCZNA REFLEKSJA JAKO MEMENTO DLA WSPÓŁCZESNOŚCI POWSTANIE i WOJNA Cz. VII WŁADYSŁAW IV W MŁODOŚCI  Poselstwo na którego czele st...