WYŚWIETLENIA

13 lipca 2026

MEMORIAM - Cz. XXII

VIRGINES VESTALES i 
TRZY CIOSY





UMIŁOWANY POKÓJ
I ZŁUDNE NADZIEJE 
SIEDEMDZIESIĄTYCH LAT
Cz. VII






CO Z TYM WSCHODEM? 
Cz. II


 Od dłuższego czasu było już oczywiste, że pokój pomiędzy Rzymem a Mitrydatesem VI Eupatorem - władcą Królestwa Pontu (z którego stworzył nadczarnomorskie imperium) nie może przetrwać. Nie pragnął tego ani sam Mitrydates (który jawnie dążył do rzucenia Rzymowi wyzwania), ale poniekąd nie pragnęli tego również sami Rzymianie, którzy co prawda przez większość czasu zajęci byli albo konfliktami wewnętrznymi, albo walkami zbuntowanych wodzów (jak choćby Sertoriusza w Hiszpanii) czy italskim powstaniem niewolników Spartakusa; ale świadomość pojawienia się lokalnego mocarstwa w Azji Mniejszej, które mogło podważyć rzymską władzę w tym regionie, była im wybitnie nie na rękę. Co prawda dawno już porzucono scypionowską zasadę "divide et impera" w polityce zagranicznej, kierując się raczej katonowską zasadą podboju i bezwzględnej eksploatacji zdobytych terenów, aczkolwiek nie wszędzie i nie zawsze można ją było wprowadzić w życie, dlatego też polityki te wzajemnie się ze sobą przeplatały. Rzym na Wschodzie pragnął mieć lokalne królestwa pod swoją kontrolą, wyznaczając ich władcom (lub też naczelnikom - jak w przypadku celtyckiego plemienia Galatów, zamieszkujących środkową Anatolię) określone tereny, poza które nie powinni się zbrojnie wychylać, jeśli nie chcą mieć problemów. Natomiast ambitni władcy, tacy właśnie jak Mitrydates VI czy Tigranes II Wielki - władca Armenii, zdając sobie sprawę ze swojej siły militarnej, pragnęli podważyć rzymską zasadę klientyzmu w polityce zagranicznej i samemu narzucić pozostałym krajom swoje zasady. Było oczywiste że w tej sytuacji nie ma miejsca na kompromis, a jeśli takowy się pojawi, będzie tylko przesunięciem w czasie nieuniknionej wojny.

Wiedział o tym doskonale Mitrydat, który na długo przed rozpoczęciem roku zero (czyli wybuchem III wojny z Rzymem w roku 74 p.n.e., dwie poprzednie miały bowiem miejsce w latach 88-85 i 83-81 p.n.e. i zakończyły się w większości utrzymaniem status quo - o czym zresztą pisałem już w poprzednich częściach tej serii), rozpoczął zakrojone na ogromną skalę przygotowania do nowej, wielkiej i ostatecznej wojny z Rzymem o być albo nie być, czyli o wszystko. Rozdysponował 2 000 000 medymien zboża wzdłuż wybrzeży swego państwa dla armii z którą rozpocznie ten konflikt. Po niepowodzeniach ostatnich wojen, zreformował również gruntownie własną armię na wzór rzymski, a jednocześnie zapewnił sobie wsparcie licznych sojuszników, takich jak: Chalibowie, Ormianie, Scytowie, Taurowie, Heniochowie, Leukozyci czy Achajowie. Ściągnął też ludy zamieszkałe nad rzeką Termodon (gdzie według greckich mitów znajdował się kraj Amazonek). Ale to były tylko siły azjatyckie, z Europy bowiem ściągnął plemiona: Basilidów i Jazygów, Koralów, Traków, Bastarnów (którzy mawiali o sobie że są najdzielniejszymi spośród wszystkich wojowniczych plemion). Appian podaje, że łączne siły jego armii liczyły wówczas 140 000 wojowników pieszych i 16 000 konnych. Przystąpił też król Mitrydates do zakrojonej na ogromną skalę rozbudowy dróg wiodących do tych krain, które zamierzał zaatakować. Po zakończeniu ostatniej wojny z Lucjuszem Licyniuszem Mureną w roku 81 p.n.e. (notabene wojny którą Murena sprowokował, co spotkało się z krytyką Senatu i nakazem aby czym prędzej wojnę tę zakończył), Mitrydates przystąpił do "pokojowego" przejmowania terytoriów na zasadzie faktów dokonanych (można to nazwać "reunionami Mitrydatesa" - mając na myśli oczywiście politykę stosowaną przez króla Francji Ludwika XIV w latach 1679-1684, polegającą na pokojowym przyłączaniu określonych terenów i miast do Francji, motywując to względami dynastyczno-historycznymi). Już w roku 80 p.n.e. uczynił swego syna - Macharesa władcą plemion znad Bosforu (rezydował on w greckim Byzantion, które w ciągu kilku kolejnych wieków przekształci się w Konstantynopol). Kontrola nad Bosforem była bardzo ważna, gdyż dzięki temu flota Mitrydatesa mogła wypłynąć z Pontus Euxinus (Morza Czarnego) na Morze Achajskie i Morze Śródziemne (co prawda kontrola nad Hellespontem, drugą cieśniną Propontydy - czyli dzisiejszego Morza Marmara - znajdowała się wówczas w rękach Rzymian).




W tym samym 80 r. p.n.e. Mitrydates ruszył na Wschód w kierunku gór Kaukazu, aby podporządkować sobie plemię Achajów, których siedziby znajdowały się na południe od Kolchidy. Grecy twierdzili że to plemię jest potomkami tychże Achajów, którzy po zdobyciu Troi zabłądzili gdzieś na Wschodzie i nie wrócili do Hellady, osiedlając się właśnie w rejonie górskich szczytów Kaukazu. Nie wiadomo na ile był to mit, a na ile prawda, ale Mitrydates nie zaprzątał sobie głowy takimi pierdołami. Miał bowiem jasno wytyczony cel stworzenia ze swego kraju nie tylko regionalnego, ale można wręcz powiedzieć kontynentalnego mocarstwa, a do tego potrzebował ludzi, pieniędzy i rozległych ziem, na które mógłby się w razie czego bezpiecznie wycofać, aby przegrupować swoje siły i ponownie wrócić do walki. Pont był bowiem małą krainą. Sama nazwa tego państwa w języku greckim brzmiała "Pontus" czyli po prostu morze (więc nic oryginalnego 😉). Najczęściej jednak zwano go "krajem przy morzu", który nie posiadał nawet swojej własnej oryginalnej nazwy. Kraj był podzielony na dwie części, które oddzielały od siebie wysokie Alpy Pontyjskie (biegnące również wzdłuż wybrzeża). Północ, żyzna kraina rodząca nieskończoną ilość drzew owocowych, a także wszelkich zbóż i posiadająca pastwiska pod wypas kóz i owiec, była krajem greckich miast, greckiej mowy i greckiej kultury. Wszystkie wyspiarskie miasta pontyjskie były miastami greckimi: Synopa (największy bodajże port morski Pontu), Trapezus, Amisos i Temiscira nad rzeką Iris (nazwana tak zapewnie na pamiątkę mitycznej stolicy Amazonek, która co prawda była nieco oddalona od samego morza, ale zaliczona jest do miast morskich Pontu właśnie ze względu na samą rzekę, którą można było dopłynąć do Morza Czarnego). Na północy rosły też liczne lasy, które ścinano i w ten sposób handlowano drewnem z krainami, które tego surowca były pozbawione (takimi jak choćby Egipt), a za które często płacono jak za złoto i drogie kamienie. Poza tym wybrzeże obfitowało oczywiście w liczne ryby w Morzu Czarnym pływające, a także w bogactwa naturalne znajdujące się u stóp gór pontyjskich. Była to więc bogata i szczęśliwa kraina, która tak naprawdę nie potrzebowała z nikim walczyć, z nikim wojować, ani też zdobywać nowych terenów, skoro wszystko i tak było w zasięgu ręki w nadbrzeżnym Poncie. Nic więc dziwnego że sam Mitrydates nie tylko że używał greki - jako oficjalnego języka swego dworu, ale również uważał się za Hellena - potomka Aleksandra Wielkiego. Południe państwa Mitrydata VI było jednak już zupełnie inną krainą. Co prawda wzdłuż licznych rzek także tam znajdowały się żyzne tereny rolnicze, ale kraj ten praktycznie pozbawiony był większych miast, a jedynie zasiany mniejszymi i większymi wioskami, wśród których wyjątkiem były takie miasta jak Amazja (której wielkość nie mogła się równać z Synopą, Pergamonem, Atenami, nie mówiąc już o innych stolicach hellenistycznego świata), a była to stolica Królestwa Pontu. Inne, mniejsze miasta (lub raczej większe wioski) to Komana, Zela czy Tawium. Kraj ten był zasiedlony plemionami Paflagończyków (głównie regiony zachodnie wraz z Amazją), Kapadoków (południe kraju) i Ormian (wschód). A nad tą mozaiką plemion władzę i tak sprawowała perska arystokracja rodowa, wywodząca swe korzenie jeszcze z czasów Imperium Achemenidów (sam Mitrydates również uważał się za Persa, potomka Cyrusa Wielkiego i Dariusza Wielkiego, a jego dwór w Amazji miał wiele elementów zaczerpniętych z kultury irańskiej - nawet język był perski, ale Mitrydates starał się swych dworzan przymusić do mówienia po grecku). Ta południowa kraina pontyjska była o wiele bardziej skłonna do najazdów i podbojów na inne ziemie, gdyż w ten sposób mogła najłatwiej zdobyć nowe łupy.




Mimo to wyprawa przeciwko Achajom w roku 80 p.n.e. zakończyła się porażką Mitrydatesa. Achajowie spalili swoje siedziby i wycofali się w rejony górskie, nie podejmując otwartej walki z armią Mitrydatesa, ale gdy ci wracali - niczego nie zdobywszy - zostali zaatakowani przez Achajów i mocno ucierpieli. Ta porażka była policzkiem na wielkomocarstwowych planach Mitrydatesa (zresztą historia zna przypadki, gdy górale potrafili pokonywać świetnie uzbrojone i wielkie armie - oczywiście nie w bezpośrednich walkach, ale stosując taktykę partyzancką, niespodziewane ataki i szybkie odskoki). Król Pobytu postanowił więc szybko odbić sobie ową stratę, atakując teraz Kapadocję. Bardzo szybko zajął leżącą nad rzeką Halys Mazakę (stolicę Kapadocji), z której król Ariobarzanes I musiał uciekać (79 r p.n.e.). Oczywiście znał tylko jedną drogę ucieczki - do Rzymu, gdzie od razu poskarżył się Senatowi na gwałt ze strony Mitrydatesa, a Senat nakazał królowi Pontu aby ten wycofał się z Kapadocji i oddał tę krainę ponownie Ariobarzanesowi. Nie mając wówczas zreformowanej armii, a także nie będąc przygotowany do nowej wojny, Mitrydates musiał posłuchać i tak właśnie uczynić, ale było oczywiste że to już ostatni raz, kiedy musi ugiąć się przed żądaniem podłych złodziej znad Tybru (w liście do Fraatesa III - władcy Partów z 68 r. p.n.e. Mitrydates wyjaśnia powody dla którego przystąpił do wojny z Rzymianami i jednocześnie prosi Fraatesa o wsparcie militarne: "Król Mitrydates do króla Arsakesa (grecka odmiana imienia Fraates). Pozdrowienie. (...) Gdybyś mógł cieszyć się trwałym pokojem, gdyby żadni zdradzieccy wrogowie nie byli blisko Twoich granic, gdyby zmiażdżenie rzymskiej potęgi nie przyniosło Ci chwalebnej sławy, nie ośmieliłbym się prosić o Twój sojusz i byłoby daremne, gdybym miał nadzieję połączyć moje nieszczęścia z Twoją pomyślnością. (...) W rzeczywistości Rzymianie mają jeden uporczywy powód do prowadzenia wojny ze wszystkimi narodami, ludami i królami; mianowicie głęboko zakorzenione pragnienie panowania i bogactwa. (...) Chociaż byłem oddzielony od ich imperium zewsząd królestwami i tetrarchiami, jednak doniesiono im, że jestem bogaty i że nie chcę być niewolnikiem, sprowokowali mnie do wojny poprzez Nikomedesa (IV - zmarłego w roku 74 p.n.e. króla Bitynii, który w swym testamencie zapisał kraj Rzymowi). (...) Wiem dobrze, że macie dużą liczbę ludzi i wielkie ilości broni i złota (czyżby antyczny "dej" Zełenski? 🤭), i dlatego szukam waszego sojuszu (...) Zaiste, niewielu ludzi pragnie wolności, większość zadowala się sprawiedliwymi panami; (...) Rzymianie mają broni przeciwko wszystkim ludziom, najostrzejszą tam, gdzie zwycięstwo przynosi największe łupy; to zuchwałością, oszustwem i łączeniem wojny z rabunkiem stali się wielcy. Zgodnie ze swym naturalnym zwyczajem zniszczą wszystko, lub zginą próbując", w dalszej części listu Mitrydates zachęca Fraatesa do wspólnego uderzenia na Rzymian (on z rejonu Armenii, a Fraates z obszaru Mezopotamii), aby wspólnie mogli zgnieść owych nad-tybrzańskich złodziei.

Minęło kolejnych pięć lat od czasu, gdy Rzymianie nakazali Mitrydatesowi wycofać się z zajętej przez niego Kapadocji. Przez ten czas nie próżnował, a rozszerzał zarówno swoje Królestwo (szczególnie na obszar dzisiejszego Krymu, podporządkowując sobie tamtejsze greckie miasta - w roku 77 p.n.e. strateg i gubernator greckiego miasta Olbia, leżącego na północ od Krymu między Dniestrem a Dnieprem - Diogenes, syn Tyjosa poświęcił mur miejski, a w inskrypcji znalazły się odniesienia, iż władcą jest Mitrydates Eupator. Notabene Diogenes prawdopodobnie przybył do Olbii z Snopy, czyli był gubernatorem narzuconym z zewnątrz przez samego Mitrydatesa, jako że imię Tyjos w Synopie było bardzo powszechne. To oczywiście tylko moje przypuszczenie, ale wydaje się całkiem oczywiste), jak też przygotowując armię do nowej, nieuniknionej wojny z Rzymem. Gdy więc w roku 74 p.n.e. w Nikomedii swoje ostatnie tchnienie wydał Nikomedes IV - władca Królestwa Bitynii (który pomimo faktu iż utrzymywał liczny harem - notabene złożony z przedstawicieli obojga płci - to jednak nie doczekał się potomstwa, nawet córek, które w tamtym czasie nie uważane były za godne następstwa tronu i tylko w wyjątkowych sytuacjach dochodziło do przypadków dziedziczenia władzy przez kobiety), pozostawił on testament, w którym całe swoje Królestwo zapisywał Rzymowi (miał on bowiem licznych znajomych w Rzymie i w samym Senacie. Przyjaźnił się też z Gajuszem Juliuszem Cezarem, wówczas nastoletnim młodzieńcem. Potem Cezar był nazywany pogardliwie "królową Bitynii", jako że twierdzono, iż miewał stosunki homoseksualne z Nikomedesem). Teraz więc namiestnik rzymskiej prowincji Azji (czyli dawnego Królestwa Pergamonu) Marek Junkus Sylanus, przygotowywał się do wkroczenia do Nikomedii i objęcia Bitynii w rzymski zarząd prawno-polityczny. Tylko że nastąpiła wówczas pewna przeszkoda i nie był nią wcale fakt, że ostro sprzeciwił się temu sam Mitrydates z Pontu, dla którego przejęcie Bitynii przez Rzymian było zagrożeniem pełnego opanowania cieśnin wiodących na Morze Śródziemne, na co nie mógł sobie w żadnym razie pozwolić, jeśli chciał zdominować Azję Mniejszą. Podstawowym faktem, który stanowił pewien (aczkolwiek dla Rzymian niewiele znaczący problem), był ten, że sami mieszkańcy Bitynii jawnie sprzeciwili się testamentowi swego króla i zamiany ich państwa w rzymską prowincję. To właśnie oni w dużej mierze widzieli w Mitrydatesie swego wybawiciela.




Nim jednak wojna się rozpocznie, przenieśmy się na moment do Rzymu, gdyż w tym właśnie czasie (na początku 74 r. p.n.e.) wracał z Sycylii (gdzie sprawował swoją kwesturę) młody (bo zaledwie 32-letni) Marek Tulliusz Cyceron (o jego pobycie na Sycylii wspomniałem pokrótce w poprzednich częściach tej serii). Oczywiście jako kwestor przebywał w sztabie rzymskiego namiestnika wyspy, ale początkowo jego pobyt tam nie został dobrze przyjęty przez mieszkańców, gdyż w tym czasie w Rzymie zapanował problem ze zbożem, a co za tym idzie była obawa wybuchu klęski głodu, dlatego też Cyceron nakazywał mieszkańcom Sycylii czym prędzej wysyłać zboże do stolicy. Wkrótce potem jednak swoją łaskawością i przychylnością zjednał sobie wielu Sycylijczyków, którzy bardzo dobrze go wspominali nawet po wielu latach (choć kwesturę pełnił tam oczywiście tylko przez jeden rok - 75 p.n.e.). Gdy przyprowadzono przed jego oblicze kilku młodzieńców z rzymskich rodów, którzy w czasie wojny domowej zachowali się haniebnie, uciekając od służby wojskowej właśnie na Sycylię, ten wziął ich w obronę i wybronił ich przed sądem, który skazać ich miał na banicję a prawdopodobnie również na karę śmierci. To była jego tak naprawdę pierwsza próba sądowa, którą zdał wyśmienicie, zyskując jednocześnie szacunek i dobre imię na Sycylii. To wszystko napełniło Cycerona taką butą, że był wręcz pewny że o jego sukcesach na Sycylii wie cały Rzym i że temat ten nie schodzi z ust mieszkańców grodu Romulusa. Swemu niewolnikowi, z którym udał się na Sycylię (jego żona Terencja - kobieta majętna, dzięki której tak naprawdę wszedł do Senatu - bo przecież wybory kosztowały majątek - chociaż wielu twierdziło że była "płaska jak deska" i niezbyt urodziwa, to jednak Cyceron był z nią szczęśliwy. Dała mu zresztą najukochańszą osobę pod słońcem, córkę Tullię - która była oczkiem w jego głowie. Tak więc Terencja pragnęła pojechać z mężem na Sycylię, ale według prawa żona nie mogła towarzyszyć mężowi w jego obowiązkach {wielu twierdziło że to dobrze dla Cycerona, gdyż mógł wreszcie wyrwać się z jej szponów}) polecił Cyceron wynająć specjalny okręt, którym wpłynął do portu w Puteoli w Kampanii, stojąc na jego dziobie niczym zwycięski wódz. Wciąż przekonany że tam, w porcie czeka na niego huczne powitanie, że nie tylko Puteoli ale cały Rzym rozprawia o jego sukcesie sądowym w Syrakuzach. Gdy więc zszedł na brzeg (a miał na sobie togę senatora) i ludzie ujrzawszy go, przybyli doń aby posłuchać plotek z Rzymu, ale usłyszawszy że przybywa z prowincji, szybko się rozstąpili. Cyceron zaś ujrzał pewnego znajomego z Rzymu, którego szybko zapytał co też tam w stolicy mówią o jego sądowym sukcesie na Sycylii, na co ten odparł: "A to byłeś na Sycylii? Nie wiedziałem!" 🤣. Ta lekcja, której doświadczył Cyceron w Puteoli, była dla niego bardzo dotkliwym policzkiem, a jednocześnie wyrobiła w nim przekonanie że jeżeli w ogóle chce odnieść sukces i zostać na trwale zapamiętany, to musi być jeszcze lepszy. Takie też zapewne przedsięwziął wówczas tam, w tym porcie postanowienie, którego potem trzymał się aż do swej śmierci - 31 lat później, w roku 43 p.n.e. gdy próbował ostrzec Marka Brutusa i Gajusza Kasjusza przed sojuszem Oktawiana i Antoniusza. Został zamordowany na rozkaz Marka Antoniusza, który już dużo wcześniej obiecał mu, że zginie, a jego dłonie osobiście przebije do drzwi kurii Senatu. I tak też się stało.






W roku 74 p.n.e. bardziej niż powrót Cycerona do Rzymu (notabene mieszkał on wówczas w dwupiętrowym domu na Eskwilinie, a jego dom wciśnięty był między świątynię a dzielnicę mieszkaniową i chociaż Terencja chciała przeprowadzić się do większego domu - gdyż stać ich było na takowy, zresztą mieli też posiadłości poza Rzymem - to jednak Cyceron nie zgodził się na to, gdyż liczył się z karierą polityczną, natomiast taki dom blisko zwykłych ludzi, niedaleko dzielnicy Subura - czyli dzielnicy rzymskiej biedoty - mógł przysporzyć mu wielu głosów w wyborach, tym bardziej że często spacerował po ulicach, starając się pamiętać imię i wykonywany zawód każdego z mijanych przechodniów, którzy mu się kłaniali. Stwierdził bowiem kiedyś, że skoro rzemieślnik jest w stanie zapamiętać nazwy narzędzi którymi się posługuje, a które są martwe, to on sam jako człowiek który pragnie zajść wyżej niż zwykły rzemieślnik, powinien pamiętać imiona swoich wyborców. Tak też czynił, miał bowiem fenomenalną pamięć), który tak naprawdę nikogo nie obchodził, pojawiła się wówczas sprawa niejakiego Statiusa Albiusa Oppanikusa, który zdobył sławę w Rzymie dzięki... swym zabójstwom. Po raz pierwszy Oppanikus pokazał się ze swej prawdziwej natury, gdy w 82 r. p.n.e. w czasie proskrypcji sullańskich zamordowany został jego sąsiad z którym miał spór - Marek Aurius (chociaż w tym przypadku nie zostało udowodnione że Oppanikus osobiście go zamordował, a raczej że stało się to za jego namową). Wkrótce potem Oppanikus zakochał się w pewnej dziewczynie o imieniu Sassja, która była wyzwolenicą, a być może nawet niewolnicą i zapragnął ją poślubić. Nie godzili się na to jednak jego synowie, więc... ich też zabił (prawdopodobnie otruł) w 80 r. p.n.e. Potem już poszło z górki, w roku 75 p.n.e. zamordował swoją ciotkę Cluentię (którą też miał otruć), a następnie swego brata Gajusza Oppanikusa. W roku 74 p.n.e. zaś pozbawił życia Asuwiusza i Dina. W tym też czasie został oskarżony o te zabójstwa i stanął przed sądem, ale okazało się że sędziowie go uniewinnili (wkrótce potem oskarżono sędziego Gajusza Fidiculanusa o przyjmowanie łapówek w celu ułaskawienia Oppanikusa). Prawdziwe śledztwo w sprawie korupcji sędziów w procesie Oppanikusa zacznie się jednak dopiero w roku 72 p.n.e. i zakończy przede wszystkim wygnaniem samego Oppanikusa z Rzymu, który zginie rok później (w roku 69 p.n.e. Sassja wznowi śledztwo w sprawie przyczyn śmierci swego męża).




Tym właśnie żył Rzym i Italia w roku 74 p.n.e., a nie zbliżającą się wojną z Mitrydatesem na Wschodzie, nie wyczynami sądowymi Cycerona na Sycylii. A jeśli w ogóle kogokolwiek interesowała wojaczka, to co najwyżej walka Gnejusza Pompejusza z Kwintusem Sertoriuszem (stronnikiem Gajusza Mariusza) w Hiszpanii, który uczynił z tego kraju swoje własne królestwo. Wkrótce potem w Italii wybuchnie niewolnicza rewolta Spartakusa (ale o niej pisałem w poprzednich częściach tej serii), która też zaabsorbuje wielu Rzymian. W każdym razie Mitrydat szykował się do wojny, a Rzymianie szykowali się również do walki z piratami na morzu - i o tym również opowiem w kolejnej części.




CDN.

12 lipca 2026

POLSKI ODWET - "A OD ŚMIERCI SILNIEJSZY BYŁ GNIEW" - Cz. II

O AKCJACH POLSKIEJ SAMOOBRONY
NA WOŁYNIU I KRESACH WSCHODNICH




 Dlaczego doszło do rzezi polskiej ludności na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej (nie tylko zresztą polskiej, gdyż ukraińscy bandyci spod znaku "upa" mordowali również mieszkających na tych ziemiach Czechów, Węgrów a przede wszystkim również Żydów)? To jest kluczowe wydaje mi się pytanie, dlaczego doszło do owych mordów - a w zasadzie nie tyle dlaczego do nich doszło, ile dlaczego one w większości zakończyły się sukcesem owych bandyckich kreatur (gdyż ludźmi ich nazwać nie sposób)? Zanim odpowiem na to pytanie, powiem tylko jedno - dzisiaj patrząc na nasz kraj, widzimy że w dużej mierze jest to państwo z dykty, można nawet powiedzieć państwo ze styropianu, budowane na tradycji Okrągłego Stołu i "Magdalenki", tradycji dogadania się komunistów z solidaruchami (o rodzinnych korzeniach komunistycznych, a często wręcz ubeckich, a jeszcze częściej o korzeniach żydowskich). Tam, w mocno zakrapianej alkoholem atmosferze dogadania się, stworzono nam twór pod nazwą III RP (bo Rzeczpospolitą Polską tego nie nazwę dla mnie to państwo jest tworem polsko-podobnym, zupełnie jak za komuny były wyroby czekoladopodobne które - choć ja tych czasów nie pamiętam - były swoistymi ersatzami prawdziwych wyrobów czekoladowych), lubię ten twór polskopodobny nazywać po prostu: "Cecią RP". To jest fakt, państwo mamy słabe, rządzone w większości przez agenturę (czy to berlińsko-brukselską, czy amerykańsko-żydowską czy też wschodnią-moskiewską, a wszystkie one najwidoczniej wyznają zasadę "służby narodowi ukraińskiemu", choć bardziej adekwatne byłoby określenie służby ukraińskiemu reżimowi), trudno się zresztą temu dziwić, skoro państwo to budowały takie indywidua jak Adam Michnik, Jacek Kuroń, Bronisław Geremek, Karol Modzelewski, Lech "Bolesław" Wałęsa i wielu im podobnych, ale aby być sprawiedliwym należy też dodać, że ich obecni następcy to są w większości totalni kretyni, przygłupy, lub jawni (albo mniej jawni) zdrajcy i w porównaniu z nimi tamci "ojcowie założyciele" Ceciej RP przynajmniej mieli klasę - czego nie można im odmówić.

Tak więc mamy słabe państwo, i to nie ulega wątpliwości, ale je MAMY! Natomiast w latach w których dochodziło do mordów na ludności polskiej i żydowskiej na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej, Polski nie było, nikt więc nie mógł realnie obronić tych ludzi i byli oni w większości pozostawieni samym sobie. Dlatego do tych wszystkich którzy twierdzą że powinniśmy się roztopić w tyglu europejskim, zapomnieć o własnej tradycji i kulturze, oddać kierownictwo obcym - bo przecież zapewne są mądrzejsi od nas (chociaż nie ma na to żadnych dowodów a widząc co zrobili z własnymi krajami, raczej bym twierdził że za mądrzy nie są), powtarzam że nikt nie zadba ani o nasze interesy ani nawet o nasze życie gdy zabraknie naszej Ojczyzny - NIKT! a już na pewno nie ci, którym większość kompradorskich polityków chciałaby oddać władzę nad naszymi ziemiami i naszą przyszłością. Także szanujmy przynajmniej to co mamy, bo zawsze może być gorzej i przestańmy myśleć w kategoriach że skoro nam jest w miarę wygodnie i dobrze, to nie interesuje nas już co jest za miedzą, w innych rejonach naszego kraju, naszej Ojczyzny, takie myślenie jest bowiem zabójcze. Powinniśmy się jako naród, jako społeczeństwo organizować na poziomie lokalnym, na poziomie sąsiedzkim, wojewódzkim a przede wszystkim krajowym, zdając sobie sprawę że to, co dobre dla nas tu i teraz, musi być dobre dla całego Narodu, bo jeżeli nie jest dobre dla Narodu a my udajemy że teraz jest nam wygodnie, to wcześniej czy później doświadczymy tego, co stało się doświadczeniem naszych rodaków na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej (tylko może w innej konfiguracji, w innym rozdaniu, gdyż nic nigdy nie powtarza się dokładnie tak samo). Szanujmy siebie, a przede wszystkim szanujmy naszą ojczyznę, bo nikt za nas tego nie zrobi i nikomu na Polsce nie będzie zależało, jeśli nie będzie na Niej zależało nam wszystkim.



VARIA




 Upowcy zjawili się nocą, sądząc że będzie to jedna z wielu przeprowadzonych akcji, w których owi "hieroje" nabijali małe dzieci na widły, obcinali ręce i nogi, rozcinali kobietom brzuchy i wyjmowali nienarodzone dzieci, a następnie zaszywali tam koty i szczury, lub też przybijali małe dzieci za języki do stołu żeby one wykrwawiły i udusiły się w ten właśnie sposób, czyli takie typowo banderowskie bohaterstwo. Na tyłach i na bocznych drogach ustawiły się wozy z rezunami, gotowe do rabunku po wymordowaniu i spaleniu danej polskiej wsi, ale, nie przewidzieli tego że nie zawsze napotkają bezbronne ofiary. Polacy bowiem na Wołyniu w ogromnej większości byli nieprzygotowani do obrony przed upowskimi bandytami, gdyż nie mieściło im się w głowach że sąsiedzi - których oni znali od lat, a często ich rodziny znały się od dekad i żyły ze sobą w zgodzie, że ci sąsiedzi przyjdą teraz nocą pod ich dom, zamordują ich dzieci i będą się pastwić nad nimi póki co nie wyzioną ducha, to nikomu kto ma choćby odrobinę szacunku do drugiego człowieka nie przyszłoby do głowy. Dlatego też Polacy na tych ziemiach byli doskonałymi ofiarami. Ale nie wszędzie tak było. Już latem a nawet późną wiosną 1943 r. zaczęły organizować się sąsiedzkie ośrodki samoobrony, dziś historycy twierdzą że na samym Wołyniu było ich ok. 300 z czego 129 odniosło sukces i dotrwało do końca działań wojennych. Były to takie Polskie Termopile, chociaż przynajmniej w części nazwa ta jest nieadekwatna, jako że w Termopilach Spartanie ulegli perskiej na wale, natomiast w sporej części owych miejscowości które przygotowały się na atak hierojów z upa i sąsiadów spod znaku "samosijnej Ukrainy", owi napastnicy ponieśli totalną klęskę. Tak też było we wsi Pańska Dolina na Wołyniu, która zaatakowana została przez upowskie bandy 22 czerwca 1943 r. Rezuni, myśląc że jak w innych miejscowościach, tak i tutaj uda im się spacerkiem "bohatersko" obcinać ludziom głowy, wyciągać wnętrzności i męczyć w nieprawdopodobny sposób, póki ci nie skonają - swoją drogą jakim trzeba być zwyrolem, żeby człowieka męczyć przed śmiercią. Rozumiem że chcieli ich pozabijać - co już samo w sobie jest niezrozumiałe i nie do pojęcia, ale żeby męczyć ludzi przed śmiercią, to brakuje mi słów, aby takie coś nazwać, bo to jest tak zwyrodniałe i tak nieludzkie a jednocześnie nieporównywalne z niczym - bo nawet zwierzęta nie mordują dla przyjemności - a tutaj był to mord typowo dla przyjemności, przyjemności "oczyszczenia" tych ziem i stworzenia krystalicznie "czystej" nazistowskiej Ukrainy).

Tak więc "hieroje" zbliżali się do wsi krokiem swobodnym, gotowi już za chwilę mordować ludzi (a przede wszystkim kobiety i dzieci) z zimną krwią, mieli jednak pecha, gdyż gdy tylko wyłonili się z lasu, od razu przywitały ich  serie wyprowadzone z rkm-ów "diegturowa". Obrońcy Panieńskiej Doliny rąbali ile się dało w banderowskie ścierwa, czasem karabiny odmawiały już posłuszeństwa z przegrzania, wówczas używano granatów. Upowcy zaczęli kryć się w zbożu i ze wzgórza ostrzeliwać zabudowania (gdzie były zgromadzone rodziny obrońców) zapalającymi pociskami, ale silny ogień obrońców wsi skierowany w tym kierunku, odebrał rezunom dalszą wolę kontynuowania ataku. Strzelano do uciekających banderowców jak do kaczek, a ich atak zamienił się w chaotyczną ucieczkę. Dzięki zdecydowanej postawie obrońców, - którzy wcześniej przygotowali się na atak, zaopatrując się w broń automatyczną, granaty i broń ręczną - udało się ocalić nie tylko mieszkańców wsi Pańska Dolina, ale także polską ludność zbiegłą z innych, zniszczonych już lub też zagrożonych atakiem ukraińskich bandytów - polskich wsi na Wołyniu. Oczywiście atak z 22 czerwca nie był jedynym atakiem banderowców na na tę wieś, kontynuowali ją w kolejnych dniach, ale obrońcy byli na to przygotowani i aż do końca wojny ta wieś nie została zniszczona - obroniła się sama, dzięki zdecydowanej postawie tamtejszej ludności polskiej i jej woli przetrwania.



WOŁYŃ




 Wołyń był piękną i urodzajną ziemią, jeszcze w XIX wieku opisywaną jako sielska kraina spokojnego życia. Swoje piękno przede wszystkim zawdzięczał licznym rzekom, które skrapiały go tak żyźnie, iż wielu twierdziło, że jest to najpiękniejsza kraina na świecie (jak chociażby pisał fortunat Nowicki w wydanej przez siebie w roku 1870 w Dreźnie książce pt.: "Wołyń i jego mieszkańce w r. 1863. Krótkie opisanie guberni Wołyńskiej pod względem geograficznym i statystycznym", tam właśnie pisał on iż: "prowincja ta należy do najszczęśliwszych najpiękniejszych krajów w Europie"). Na Wołyniu północnym rzek było więcej, a co za tym idzie liczne lasy i trochę łąk, na Wołyniu środkowym liczne łąki i pola uprawne, na Wołyniu południowym zaś stepy niezmierzone. Na ziemiach tych żyło plemię Wołynian od których cała kraina miała wziąć swą nazwę (chociaż kronikarz Jan Długosz uważa że nazwa tej prowincji wzięła się od zamku Wołyń - stojącego u ujścia rzeki Huczwy do Bugu). Następnie ziemię te należały do Rusi Kijowskiej, a z końcem XI wieku weszły w skład księstwa Wołyńsko-Włodzimierskiego, które to pod koniec XII wieku zmieniło się w Ruś Halicko-Włodzimierską. W roku 1324 wymarła w tym księstwie lokalna dynastia Romanowiczów i wówczas tron objął syn księcia mazowieckiego Trojdena - Bolesław, który przyjął imię Jerzy i panował w latach 1325-1340. Pomimo że jego małżonką była ponętna księżniczka Eufemia (córka władcy Litwy Giedymina i siostra Aldony/Anny, małżonki króla Polski Kazimierza III Wielkiego), książę Jerzy Trojdenowicz nie doczekał się potomstwa. W czerwcu roku 1338 Jerzy Trojdenowicz przybył do Wyszehradu na Węgrzech, do króla Karola Roberta z dynastii Andegawenów (który był mężem Elżbiety Łokietkówny - siostry Kazimierza Wielkiego), aby porozumieć się z nim w sprawie ewentualnej pomocy udzielonej księstwu Halicko-Włodzimierskiemu przeciw Tatarom. W Wyszehradzie wówczas przebywał również król Kazimierz i zawarto tam porozumienie, na mocy którego Halicz otrzyma wsparcie militarne, a w zamian Jerzy II Trojdenowicz - po swej bezpotomnej śmierci - przekazuje swoje państwo królowi Polski. Wielki książę Olgierd (brat Aldony/Anny) władający wówczas Litwą, nie był z tego zadowolony.




Oczywiście w momencie zawarcia tego porozumienia z Jerzym Trojdenowiczem, było ono obliczone na dość długi okres, tym bardziej że książę halicko-włodzimierski miał zaledwie 28 lat i całe życie przed sobą, a co za tym idzie możliwość spłodzenia męskiego potomka. Niestety, los bywa przekorny i już 7 kwietnia 1340 r. książę Jerzy został otruty przez ruskich bojarów i kwestia następstwa tronu stała się jak najbardziej aktualna. Oczywiście dla rządzących wówczas księstwem bojarów (szczególnie kniazia Dymitra Ostrogskiego i Dymitra Detko) lepiej by było gdyby państwem władał władca zewnętrzny, rezydujący gdzieś daleko, niż lokalny silny książę, dlatego gotowi byli oddać księstwo w ręce chana Złotej Ordy tatarskiej - Özbega. Jednak poselstwo bojarów wysłane do Nowego Saraju (stolicy Złotej Ordy tatarskiej) przyniosło chanowi złe wieści. Otóż nie byli oni w stanie zapłacić haraczu i oddać swego księstwa pod tatarskie lenno, gdyż - jak twierdzili - król Polski, zebrawszy wojsko po śmierci Jerzego Trojdenowicza, zbrojnie napadł na Lwów i zajął to miasto. Potem poszedł na Włodzimierz Wołyński i spalił tam dwa drewniane zamki, a następnie całe księstwo Halicko-Włodzimierskie włączył do Korony Królestwa Polskiego. Włączenie tak dużego księstwa oznaczało znaczne rozszerzenie granic Polski, a jednocześnie zadarcie z jednym z najpotężniejszych wówczas władców Europy, chanem Złotej Ordy Özbegiem. Ten zaś był wściekły, gdyż ktoś (inny władca) pozwolił sobie wydrzeć jego własność, którą on już widział jako część własnej Ordy. Inwazja na Królestwo Polskie była więc już tylko kwestią czasu, a mówiono o tym nie tylko w Brandenburgii i ziemiach Zakonu Krzyżackiego, ale również w Paryżu, w Wiedniu a nawet w Londynie (wrócił strach przed tatarskim najazdem, który Europa pamiętała dokładnie 100 lat wcześniej w roku 1241, gdzie nawet król Anglii pisał w listach do swej matki że oto nastał kres chrześcijańskiego świata, gdyż zalały go "mongolskie demony"). Sam papież Benedykt XII napisał list do chana Özbega, prosząc go aby zaniechał tej wyprawy, deklarując że Kazimierz (oraz inni okoliczni władcy) wynagrodzą mu poniesione straty, jednocześnie zaś pod papieskim patronatem przygotowywano wyprawę krzyżową przeciwko Tatarom i organizowano ją zarówno na ziemiach Królestwa Polskiego jak i Czech oraz Węgier.

Armia tatarska która ruszyła na zachód, była liczna (prawdopodobnie liczyła ok. 200 000 wojowników, chociaż w niektórych źródłach przesadnie twierdzi się że nawet i 660 000). Zimą 1340/1341 r. ta potężna armia doszła do ujścia Sanu wpadającego do Wisły, a po drugiej stronie rzeki czekał król Kazimierz Wielki ze swoimi rycerzami. Polski plan obrony zakładał uniemożliwienie Tatarom przekroczenia Wisły i rzeczywiście, przez kilka kolejnych dni w siarczystym mrozie i śniegu po kolana, trwała walka dwóch armii ostrzeliwujących się przez rzekę. Licznie padali zabici i ranni, ale w polskich kronikach zanotowano imię tylko jednej polskiej ofiary tej batalii, a był nią Mścigniew Czelaj herbu Abdank, jeden z krakowskich możnowładców. Sam król osobiście zagrzewał swych rycerzy do walki, twierdząc że bronią nie tylko własnej ziemi, ale całego chrześcijaństwa. To poskutkowało, po kilku dniach tych uporczywych ostrzeliwań zza rzeki, Tatarzy uznali że jednak nie uda im się przekroczyć Wisły i zawrócili. Ponieważ wracali z pustymi rękoma, postanowili przynajmniej zdobyć Lublin, aby tam wziąć licznych niewolników i łupy. Lokalne rycerstwo i mieszkańcy miasta przez 12 dni bronili swego grodu przed potęgą Tatarów Złotej Ordy, ostatecznie udało im się zwyciężyć, gdy polska strzała zabiła głównego dowódcę całej tej wyprawy (jego imię pozostaje nieznane), Tatarzy wówczas stracili dalszą chęć do walki i zawrócili do siebie. Wiadomość o tym polskim zwycięstwie bardzo szybko obiegła dwory Europy (np. na Wielkanoc roku 1341 w Bolonii opowiadano sobie właśnie o tym zwycięstwie, co odnotował tamtejszy kronikarz Matte Griffoni, ale - jak to często bywa - wieści o tym zostały mocno zdeformowane i opowiadano sobie niestworzone historie, nie mające wiele wspólnego z prawdą). Tak oto tatarski najazd został powstrzymany, ale nie oznaczało to zakończenia batalii o ziemię wołyńską. 




Po odparciu tatarskiej nawały Kazimierz podporządkował sobie takie miasta jak Przemyśl, Sanok, Łuck, Włodzimierz, Lubaczów, Trębowla i Tustań. Jeszcze w 1341 r. zawarł król porozumienie z bojatem Dymitrem Detko mianując go swym namiestnikiem w Haliczu i Włodzimierzu (ziemie ten nie zostały wówczas bezpośrednio włączone do Korony Królestwa Polskiego). W tym czasie w Wielkim Księstwie Litewskim zmarł wieloletni władca tej krainy - Giedymin. Kraj został teraz podzielony pomiędzy jego synów: władzę nad stołecznym Wilnem objął Jawnuta, dzielnicę Rusi Białej (Białorusi) objął Olgierd z siedzibą w Mińsku, zaś Kiejstut otrzymał Żmudź z Trokami, Grodnem i Brześciem aż po Wołyń, a w Łucku zasiadł Lubart. Lubart i Kiejstut byli zdecydowani prowadzić dalsze walki z Polakami nie tylko o Ruś Halicko-Włodzimierską, ale również o inne ziemie (w tym część ziemi Mazowieckiej). Olgierd i Jawnuta byli zaś nastawieni bardziej koncyliacyjnie. Już w 1343 r. wygasł układ zawarty przez Kazimierza z Dymitrem Detko a w rok później zaczęły się kolejne walki o Ruś Halicko-Włodzimierską bez większych sukcesów po polskiej stronie (Kazimierz był zresztą wtedy skupiony na innych obszarach, np. na zawarciu układu z wielkim mistrzem Zakonu Krzyżackiego w 1343 r., który to okazał się dla Polski zbawienny gospodarczo i który pozwolił w roku 1410 ostatecznie rozgromić na polach Grunwaldu potęgę Zakonu; czy wojnie polsko-czeskiej z 1345 r.). Do kolejnej interwencji Kazimierza na Rusi doszło dopiero w roku 1349. Wcześniej, bowiem w roku 1345 Kazimierz zawarł układ z Lubartem Giedyminowiczem, dzieląc Ruś po połowie (stronie polskiej przypadł tylko Przemyśl i Sanok). W tym czasie synowie Giedymina obalili Jawnutę (dając mu mniejszą dzielnicę) a na wileńskim stolcu zasiadł Olgierd (1345 r.). W czasie kampanii roku 1349 Kazimierz Wielki opanował ponownie Lwów, Halicz, Włodzimierz, Brześć, Bełz i prawdopodobnie Trębowlę, zmuszając Lubarta do wycofania się do Łucka. Ten rok jest kluczowy, gdyż oznacza definitywne opanowanie nie tylko Lwowa ale i Rusi Czerwonej (czyli Rusi Halickiej) przez Polaków na kolejne wieki (dokładnie do roku 1939, czyli przez 590 lat ziemię te pozostawały w obrębie cywilizacji i kultury polskiej, nawet w czasie zaborów). Gdy Kazimierz w grudniu 1349 r wracał do Krakowa witano go tam jako Wielkiego triumfatora, a ponieważ już od trzech lat używał tytułu księcia Rusi, realnie ziemie te stały się nieodłączną częścią Korony Królestwa Polskiego.


PS: O dalszych losach Wołynia i o tym jak wyglądały stosunki polsko-ukraińskie na tych ziemiach do roku 1939 (a w zasadzie 1943) opowiem w kolejnych częściach tej serii, jak również będę ją rozpoczynał opisem obrony poszczególnych polskich wsi przed banderowskimi bydlakami w latach 1943-45. Powiem też że Ukraińcy mają swoich bohaterów i niekoniecznie muszą to być mordercy kobiet i dzieci, to są ludzie o których często się zapomina jak choćby Taras "Bulba" Boroweć (śmiertelny wróg Bandery i zdecydowany przeciwnik tego, co działo się na Wołyniu oraz w Małopolsce Wschodniej z rąk banderowskiej czerni), Symon Petlura czy wielu bezimiennych ukraińskich aniołów, którzy ostrzegli Polaków przed zbliżającą się śmiercią, a wielu z nich - z narażeniem własnego życia - ukrywało swoich polskich sąsiadów we własnych domach.


NA ZAKOŃCZENIE ZAŚ WYSTĄPIENIE PREZYDENTA RZECZYPOSPOLITEJ POLSKI KAROLA NAWROCKIEGO Z OKAZJI 83 ROCZNICY ROZPOCZĘCIA ZORGANIZOWANYCH WIELKICH MORDÓW LUDNOŚCI POLSKIEJ NA WOŁYNIU (O KTÓRYCH TEŻ DOKŁADNIE NAPISZĘ), CZYLI BANDEROWSKO-NAZISTOWSKIEGO LUDOBÓJSTWA



CDN.

10 lipca 2026

WIELKA HISTORIA SEKSU - Cz. I

OD CZASÓW STAROŻYTNYCH 
PO NAM WSPÓŁCZESNE





ZAPOWIEDŹ


 Miłość i seks - to jedne z kluczowych elementów ludzkiej natury, bez których zapewne nie bylibyśmy ludźmi tylko jakimiś sterowalnymi organicznymi maszynami. Jednak nie o Miłości tutaj pragnę mówić (a raczej nie o jej duchowej - czyli naturalnej nam formie), tylko o miłości cielesnej - o miłości seksualnej, która jest częścią wszystkich ludzkich kultur na Ziemi. Ludzie są niezwykle podatni na wszelkie zmysłowe formy ekspiacji cielesnych, gdyż tak właśnie zostaliśmy stworzeni. Jesteśmy istotami seksualnymi i dlatego sporą część naszego życia kierujemy wokół marzeń, praktyk i form erotycznej ekspiacji, która ma za zadanie doprowadzić nas do stanu seksualnego spełnienia, który w naszych warunkach niekiedy zbliżony jest ze stanem medytacji duchowej (z tą jedynie różnicą, że spełnienie erotyczne jest jedynie krótkotrwałe i wciąż musimy je odkrywać na nowo). Erotyka jest częścią ludzkiej natury i tak było od zawsze. Na przykład mężczyźni - których dzieła często były odzwierciedleniem ich ukrytych pragnień seksualnych wobec ich wybranki (najbardziej tego wyrazistym przykładem jest literacka postać Don Kichota z La Manchy, który dla swej Dulcynei podejmuje się nawet walki z wyimaginowanymi smokami, za które bierze okoliczne wiatraki).

Daleko nie trzeba szukać - weźmy moją skromną osobę. Często na tym blogu dotykam problematyki historyczno-społecznej (głównie zaś historycznej). Sądzicie może że tak bardzo pociąga mnie historia, że pragnę ją tu opisywać? Nie, moi drodzy, nie sama historia - ale tworzący ją Ludzie są tymi, którzy zasługują (w mojej opinii na pamięć i szacunek). A wśród tych ludzi dominują... kobiety. Tak, kobiety są centrum moich zainteresowań w każdej epoce historycznej i głównie dla nich (czy raczej dzięki nim) poznawanie najdawniejszych dziejów jest dla mnie tak fascynujące. To również (w pewnym sensie) erotyka. Mężczyźni i Kobiety są do siebie bardzo podobni i od zawsze, niczym połówki tego samego jabłka dążą ku sobie, szukając owej Jedności właśnie poprzez erotyczne Spełnienie. Tłumienie tej Jedności, tego Spełnienia zawsze powoduje nieprzewidywalne dla zdrowia zarówno fizycznego, jak i psychicznego - skutki. 

Wszędzie tam, gdzie seksualność była odsądzana od czci i wiary i spychana na margines, wszędzie tam dochodziło do niekontrolowanych zaburzeń w sferze seksualnej, prowadzących chociażby do gwałtów czy... tortur (przykładem niech będzie chociażby Związek Sowiecki, gdzie w latach 30-tych i 40-tych erotyka była zakazana, a mimo to armie wypasionych komsomolców - przed oczyma stoi mi tutaj sowiecki plakat propagandowy, wydany z "okazji" 17 września 1939 r. na którym pod zdjęciem młodego, uśmiechniętego, pucułowatego Ruska w sołdackim mundurze, wybijał się wielkimi literami napis: "Wczoraj kołchoźnik, dziś czerwonoarmista" - nie dopisali tylko: "Na pohybel pańskiej Polsze", w brutalny sposób zdeflorowało setki tysięcy kobiet połowy Europy {w tym młode, kilkuletnie dziewczęta i stare, zniedołężniałe kobiety}). A seksualne praktyki inkwizytorów "Świętej Inkwizycji" - o tym też zapominamy (kiedyś jeszcze napiszę coś na ten temat). Wszędzie, gdzie mamy odgórny zakaz praktykowania naturalnej potrzeby seksualnego spełnienia - wszędzie tam tworzą się dewiacje i zaburzenia od normy (zaburzenia psychiczne).




Dlatego też w tej serii zamierzam opisać ludzką seksualność od najdawniejszej (znanej nam) starożytności, po czasy współczesne, te w których żyjemy. A jakie to są te nasze czasy - należałoby zapytać? Jak je nazwać? Ja mam dla nich wspaniałą nazwę, która pasuje doń w sposób idealny. Dzisiejsze czasy nazwałem: "Rasistowskim, Feministycznym Purytanizmem" - zastanówcie się czy ta nazwa nie pasuje idealnie? 

Zacznijmy może od ostatniego członu, dlaczego purytanizmem? Dlatego, że choć jesteśmy (zwracam się tutaj do mężczyzn) na okrągło bombardowani wszelkimi obrazkami i reklamami z roznegliżowanymi kobietkami, to jednak oficjalnie panującym dyskursem jest: "Nie dotykaj mnie, nie wolno". Przekaz jest klarowny, kobieta może doprowadzić mężczyznę do stanu seksualnego podniecenia, ale to ona zadecyduje czy pozwoli mu na erotyczne spełnienie (dlatego też feministki wprowadzają zasadę - jeśli kobieta nie powie zdecydowanego: "Tak", to nie wolno ci nawet jej musnąć za rękę, bo inaczej zostaniesz okrzyknięty podłym seksistowskim gwałcicielem). Panujący obecnie Feministyczny Purytanizm służy jedynie (co prawda symbolicznemu) kastrowaniu mężczyzn, poprzez wprowadzanie dla nich zakazów i nakazów nad którymi pieczę sprawuje kobieta (a przynajmniej tak jej wmówiono i tak jej się wydaje). Feminizm bowiem nie służy kobietom. Feminizm służy jedynie utrzymaniu kontroli, jest elementem zniewolenia, w tym przypadku zniewolenia mężczyzn (czyli najbardziej buntowniczej, najsilniejszej i najniebezpieczniejszej z płci). Cele tej kontroli są jasne: demografia (czytaj biedni mają robić do usranej śmierci na bogate elyty tego świata, a przy okazji należy kontrolować ich populację, gdyż elyty nie potrzebują nas zbyt dużo, o tyle o ile i najlepiej skoszarowanych w wielkich 15-minutowych miastach, żebyśmy nie przeszkadzali im w normalnym życiu), "wyzwolenie kobiet" (kobiety mają również do śmierci zapie...lać na tych samych warunkach i w tych samych zawodach co mężczyźni, bo "time is money", a im więcej pracowników wytworzy dany produkt, tym więcej się tego niepotrzebnego badziewia sprzeda, a elyty na tym zarobią). Natomiast przymiotnik "rasistowski" jest tutaj kluczowy, bowiem odnosi się w ogromnej mierze do populacji BIAŁYCH, młodych mężczyzn, przy niedostrzeganiu realnego zagrożenia "seksualnej erupcji" w innych kulturach, w tym przede wszystkim w kulturze islamu, gdzie (tak jak w komunizmie, czy zamkniętych zakonach Świętej Inkwizycji) panuje całkowita seksualna cenzura, która oczywiście powoduje efekt "Armii Czerwonej". 





Dlatego też tak ważne jest zdrowe (normalne) podejście do kwestii seksualności, o czym dogłębnie postaram się opowiedzieć już w kolejnej części - która obejmować będzie czasy od oficjalnego wprowadzenia kalendarza czyli ok. 3 700 r. p.n.e. (od tego bowiem czasu należy datować rządy ludzi na Ziemi i ustąpienie "bogów" z Edenu - co prawda jeszcze nie całkowite, ale wówczas doszło już do przekazania władzy w ręce potomków Adama)


 
ZABAWNE FRAGMENTY O EROTYCZNYM PODTEKŚCIE ZE STAND-UP KOMIKA
MACIEJA BRUDZEWSKIEGO


CO SIĘ DZIEJE GDY MAMA NAKRYJE NASTOLATKA W INTYMNEJ SYTUACJI SAM NA SAM Z... PORNOSEM NA KOMPUTERZE 😂



CO SIĘ DZIEJE GDY PRZEZ PRZYPADEK WYPADNIE CI SPRZĘT PODCZAS SEKSU Z KOLEŻANKĄ, A NASTĘPNIE WŁOŻYSZ GO SZYBKO W NIE TO MIEJSCE W KTÓRE POWINIENEŚ - CZYLI NIECHCIANY ANAL





CDN.

PIERZASTY WĄŻ NADCIĄGA ZE WSCHODU - Cz. VII

W POSZUKIWANIU ELDORADO





NAJWIĘKSZY WŁADCA ŚWIATA




 Im dłużej Hiszpanie przemierzali tę dziwną krainę, tym bardziej nie mogli nadziwić się dwóm sprzecznym ze sobą wrażeniom, które wśród nich dominowały. Bowiem z jednej strony, od czasu gdy postawili swą stopę w kraju Tabasków, nieodłącznie towarzyszyło im uczucie pogardy dla tych, tak bardzo zacofanych ludów, które nie tylko nie znały koła, a co za tym idzie nie posiadały nawet wozów ciągniętych siłą ludzkich mięśni, ale nie było tam również koni, nie było bydła - czyli ludy te nie tylko nie znały smaku wołowiny, ale i mleka. Z drugiej zaś strony zadziwiała hiszpańskich przybyszy monumentalna zabudowa miast tych indiańskich plemion, która często była piękniejsza i bardziej użyteczna niż to, co znali z własnego kraju lub w ogóle z Europy. Poza tym biła ich w oczy czystość tamtejszych miast i osiedli, czego nie było ani w Sewilli, ani w Toledo, ani też w Nowej Kartagenie. Nie byli to więc tacy barbarzyńcy, jak się to mogło na pierwszy rzut oka Hiszpanom wydawać, gdyż stworzyli swój własny kodeks karny, pisali kroniki - używając do tego dość dziwnego pisma obrazkowego, potrafili wznosić mosty, akwedukty i groble, a przede wszystkim byli doskonałymi rzeźbiarzami. Cały swój geniusz jednak kierowali ku złej sprawie, jak choćby oddając cześć demonom, składając im krwawe ofiary z ludzi i jedząc ludzkie mięso. Co prawda czasami udawało się ich ucywilizować, jak np. wtedy, gdy w Wielki Czwartek roku 1519, tuż po wylądowaniu u ujścia rzeki Tabasco i przymuszeniu tamtejszych ludów do uległości (choć Tabaskowie mieli zdecydowaną przewagę liczebną nad Hiszpanami, to jednak nigdy wcześniej nie widząc na oczy koni, brali je za okrutne potwory i uciekali przed nimi, podobnie było z arkebuzami, muszkietami i armatami, które tym ludom przypominały pioruny ciskane w ich stronę, przy olbrzymim huku jaki powodowały), Cortez zorganizował dla wodzów i szlachty ludu tej krainy - pokazową mszę, podczas której rozdano im gałęzie palmowe na pamiątkę wjazdu Chrystusa do Jerozolimy. Mszę odprawiało trzech hiszpańskich kapłanów, ubranych w szaty liturgiczne, a wszyscy ci Indianie przyglądali się temu z ogromnym zainteresowaniem i zaciekawieniem. Gdy Cortez i reszta Hiszpanów z uszanowaniem ucałowała krzyż, a następnie gdy ukazano im obraz Panny Marii z Dzieciątkiem na rękach, byli pod ogromnym wrażeniem i mieli stwierdzić, że owa dama wydaje im się bardzo piękna. Admirał polecił im, aby utrzymywali wzniesiony ołtarz w czystości i codziennie kładli na nim nowe kwiaty, ale gdy Hiszpanie popłynęli dalej, te ludy natychmiast złożyły kilka krwawych ofiar z ludzi, by tym ułagodzić swoich bogów za to, iż dali się przekonać do uznania owej "wielkiej pani" za boginię im równą. Z tego wychodzi więc morał taki, że jedynie siłą uda się przymusić te ludy do zaprzestania wielbienia istot demonicznych i przyjęcia wiary Chrystusowej w celu ocalenia ich dusz - jak twierdził Bernal Diaz de Castillo, będąc jednocześnie wyrazicielem opinii wielu innych swoich rodaków.




Montezuma obudził się ponownie zlany potem. Jak długo? - pomyślał, jak długo ma to jeszcze trwać? Czy bogowie rzeczywiście są z niego tak niezadowoleni, że skażą na zagładę cały lud Mechikanów? Jeśli przybysze rzeczywiście są bogami, jeśli brodaty wódz jest Pierzastym Wężem - Quatzelcoatlem, to dlaczego są tak okrutni. Dlaczego zniszczyli wielką świątynię w Choluli dedykowaną temu bogu i dokonali rzezi mieszkańców miasta, mordując przede wszystkim tamtejszych kapłanów? Dlaczego obalili posąg boga i zniszczyli kamienne pierzaste węże, strzegące wejścia do świątyni? Myśli te trapiły Montezumę, siedzącego teraz w Ciemnym Domu Sznura (tak zwał się "uniwersytet", znajdujący się przy świątyni Huitzilopochtli w Wielkiej Piramidzie w Tenochtitlan), gdzie skrył się nie tylko przed owymi przybyszami, ale również przed własnymi myślami i obawami. Starał się uzyskać odpowiedź bogów na dręczące go pytania, co chwila wzywał do siebie kapłanów, wieszczów i magów, kazał puszczać sobie krew z małżowin usznych i skrapiał nią posagi bogów, a nawet osobiście składał ofiary z ludzi, pragnąc uzyskać jakiś pozytywny znak od bogów, który przyniósłby jemu samemu i jego ludowi jakąś nadzieję. Wiedział dobrze, że po zniszczeniu Choluli przybysze idą teraz na Tenochtitlan i że już wkrótce tutaj dotrą. Mimo przerażenia i niepewności, Montezuma postanowił raz jeszcze wysłać poselstwo do "białych bogów", aby przekonać ich o zaprzestaniu dalszego marszu do Miasta na Wyspie, jednocześnie ofiarowując im to, czego sobie życzyli. A ponieważ z wcześniejszych kontaktów z przybyszami znad Wielkiego Morza było wiadome, że przede wszystkim pragną oni złota, które wręcz pochłaniają oczyma, postanowił tym właśnie ich obdarować. Nic bowiem tak bardzo nie cieszyło owych "bogów", jak właśnie złoto i srebro, dlatego też Montezuma po raz kolejny wysłał im taki podarek, który niosło na swych plecach w wiklinowych koszach (przewiązanych liną do czoła) kilkuset niewolników. Montezuma miał wielką nadzieję że jeśli przybysze naprawdę są bogami, to taki dar spowoduje iż nasycą swe oczy blaskiem srebrnych i złotych naczyń, pucharów, obręczy oraz liturgicznych czepców i zawrócą tam, skąd przyszli. Zapomniał tylko o jednym - o ludzkiej chciwości i zwykłej dedukcji, którą należałoby zamknąć w słowach: skoro Montezuma obdarza nas taką ilością złota, to jedynie oznacza że w swej stolicy ma on po stokroć więcej tego szlachetnego kruszcu. Czyli dla Corteza i jego podkomendnych dalszy marsz na Tenochtitlan był już przesądzony.




Cortez oczywiście przyjął złoto, ale rzekł do posłów, że będąc już tak blisko Tenochtitlanu nie może zawrócić, nie zwiedziwszy miasta władcy, który deklaruje się jako przyjaciel i jako lennik króla Hiszpanii oraz cesarza Świętego Cesarstwa Rzymskiego - Karola V Habsburga. Odprawił więc posłów i ruszył w dalszą drogę do Miasta na Wyspie. Gdy do Montezumy dotarła odpowiedź Corteza i jego zamiar dalszego kontynuowania marszu na Tenochtitlan stał się faktem, ten, nie wiedząc co dalej czynić, zwołał wszystkich swoich kapłanów, którzy mieli połączyć się z wielkim bogiem Huitzilopochtli - Kolibrem Południa i tym samym uzyskać informację jakie dalej należy podjąć kroki. Dwa dni trwały narady w ścisłym gronie Montezumy, a decyzji wciąż nie było. Wówczas kapłan Tetzatlipoki - Dymiącego Zwierciadła, Pana Wszechrzeczy, zaproponował wielkiemu tlatoani, by ten wpuścił przybyszy do miasta, oddał im swoją fortecę, a następnie podniósł mosty zwodzone na groblach by ci nie mogli stamtąd uciec i zagłodził ich. - To są ludzie! - przekonywał - krwawią jak ludzie, to nie bogowie. Drugi zaś, kapłan Tlaloca rzekł tonem nieznoszącym sprzeciwu: - "Według gwiazd to Quatzelcoatl, a gwiazdy się nie mylą. Nie możemy walczyć z bogiem. Dlatego o boski tlacatecuhtli ("panie wszystkich ludzi") złóż mu dary raz jeszcze, a jeśli trzeba, wpuść go do miasta. Gdy bowiem rozgniewamy bogów, gotowi będą nas unicestwić, a kres ludzkości to kres istnienia, nie możemy do tego dopuścić!" Spór trwał całe dwa dni i ostatecznie Montezuma postanowił przystać na radę kapłana Tlaloca i raz jeszcze wyprawić poselstwo do tych przedziwnych istot przybyłych ze Wschodu, zza Wielkiego Morza. Tym razem na czele poselstwa postawił wielki tlatoani swego bratanka - władcę miasta Texcoco - Cacamatzina, a sam, wraz ze swym bratem, panującym w mieście Iztapalapan - Cuitlahuacą, postanowił dalej radzić co jeszcze można uczynić. Cuitlahuaca był zdecydowanie przeciwny wpuszczaniu obcych do Tenochtitlanu, twierdząc że na otwartej przestrzeni znacznie łatwiej będzie można z nimi walczyć, a w mieście pełnym krętych ulic, domostw i świątyń będzie to utrudnione. Skoro jednak wysłano poselstwo Cacamatzina nie było już wyjścia, należało przygotować się na nieuniknione nadejście "białych bogów".




Jakże dziwne i niepokojące było milczenie oraz niepewność Montezumy, który, choć oficjalnie deklarował chęć uczynienia wszystkiego (łącznie z militarnym powstrzymaniem najeźdźców), by przybysze jednak nie weszli do stolicy, to widać było po nim że mentalnie już się poddał. Jego własny brat - Cuitlahuaca żegnając się z nim, rzekł doń te oto słowa: "Pamiętaj, obyś nie wpuścił do swego domu kogoś, kto wygna cię i zabierze ci władzę". A mimo to tlatoani z Miasta na Wyspie nie chciał już walczyć i gotów był na każde ustępstwo, nawet każde upokorzenie, byle tylko nie musieć walczyć z tymi, których sam uznał za bóstwa (swoją drogą hiszpański historyk - Orozco y Berra, dosadnie podsumował Montezumę, mówiąc o nim krótko: "najgłupszy idiota"). A tymczasem Cacamatzin przybył na czele wyśmienitego poselstwa - niesiony w lektyce - do obozu Hiszpanów. Lektykę niosło ośmiu wielkich panów (altapetl) mających włości w jego królestwie, a była ona przyozdobiona klejnotami, drogimi kamieniami i wspaniałymi, zielonymi i błękitnymi piórami quetzala. Gdy władca wstał, owi dostojnicy dokładnie zamietli ziemię, zbierając wszelki większy pyłek spod jego stóp. Gdy zbliżył się do Corteza, rzekł: "Oto przybyłem, a wraz ze mną ci mężowie, aby dostarczyć tobie, wszystkiego czego zapragniesz i zaprosić cię do Tenochtitlanu, do naszych domostw. Tak bowiem rozkazał nasz wielki pan, największy władca świata - Montezuma, który jednocześnie prosi, abyś przebaczył mu, iż nie przybywa osobiście by cię powitać, ale tak się dzieje, ponieważ niedomaga, a nie dlatego, że nie pragnie czym prędzej zobaczyć się z tobą". Cortez był zadowolony. Obawiał się bowiem że przyjdzie mu militarnie torować sobie drogę do Tenochtitlanu, a następnie walczyć tam o każdy kamień, co byłoby prawdziwą katastrofą dla jego żołnierzy, nawet jeśli w jego armii byli również Tlaxcalanie i Totonakowie jako sojusznicy. Teraz wiedział że droga do Eldorado - Krainy Złota - stoi otworem, więc serdecznie uściskał i ucałował Cacamatzina. Teraz droga na Tenochtitlan stała otworem, a już wkrótce sam Montezuma przekona się który władca jest tak naprawdę najpotężniejszy na świecie.




Montezuma tymczasem ponownie zamknął się w Ciemnym Domu Sznura i rozmyślał nad przyszłością swoją oraz swego ludu. Czy dobrze postąpił, zapraszając obcych przybyszy do swego miasta? Ale czy było inne wyjście? Jak postąpiliby w takiej sytuacji jego przodkowie? Co uczyniłby zwycięski Itzcoatl, sławny Montezuma Ilhuicamina czy mądry Tlacaelel? Myśląc o tym, wielki tlatoani znów zagłębił się w medytacji o początkach swego ludu.





Zebrani teraz w Tenochtitlan (1428 r.) trzej zwycięzcy władcy koalicji wymierzonej w Azcapotzalco: Itzcoatl z Miasta na Wyspie, Nezahualcoyotl władca ludu Acolhuakanów z Texcoco i król Tepaneków z Tlacopan (zwanego też Tacubą), zawarli wspólny sojusz, mający stać na straży tych wszystkich zdobyczy "wojny tepaneckiej" z Azcapotzalco. Podzielono pomiędzy siebie ziemskie posiadłości Miasta-Mrowiska (jak nazywano Azcapotzalco) i tak Tenochtitlan przejął rozległe obszary na południu i północy Doliny Anahuac, Texcoco zajęło żyzne ziemie po wschodniej stronie Jeziora Texcoco, zaś Tlacopanowi przypadły tereny po zachodniej stronie. Miasta założyciele Trójprzymierza wzajemnie zadeklarowali sobie pomoc w przypadku ataku kogoś z zewnątrz, a każde z owych miast miało także zapewniony trybut, pobierany z podatków narzucanych podbitym ludom. Najsłabszym członkiem owego Trójprzymierza było Tlacopan, które po pierwsze nie uczestniczyło czynnie w wojnie z Azcapotzalco, a po drugie zasiedlone było przez ten sam, pokonany niedawno lud - Tepaneków. Realnie więc o palmę pierwszeństwa rywalizowały dwa miasta: Texcoco - posiadające bogatą tradycję konfederacji Acolhuakanów, znacznie starszą niż istnienie samego Tenochtitlanu, oraz właśnie Mechikanie, którzy to bardzo szybko objęli przewodnictwo w owym "związku", z biegiem lat zdobywając prawie całkowitą dominację. Teraz głównym celem Trójprzymierza stała się likwidacja dotychczasowego "tepanackiego porządku" w Dolinie Anahuac i ustanowienie tam nowego porządku Trójprzymierza. Aby to jednak można było osiągnąć, należało podporządkować sobie wszystkie dotychczasowe "sieroty po Azcapotzalco", szczególnie na kierunku południowym i południowo-zachodnim. Tylko wówczas można było myśleć o trwałym uzyskaniu dominacji zwycięskiej koalicji.

Lecz miasta-państwa leżące po zachodniej stronie Jeziora Texcoco, postanowiły przeciwdziałać takiej ewentualności i podjęły kroki ku zawiązaniu sojuszu wymierzonego w Trójprzymierze. Głównymi prowodyrami nowego sojuszu stali się teraz Tepanakowie z Coyohuacanu, którzy wysłali nawet poselstwo do Azcapotzalco, namawiając ich do zrzucenia zależności i podjęcia nowej walki z Mechikanami i Acolhuakanami. Deklarowali zawiązanie wielkiego sojuszu miast: Xochimilco, Chalco, Cuitlahuac (czyli miast zasiedlonych przez Tepanaków), a nawet liczyli na przeciągnięcie na swoją stronę Texcoco, poprzez obalenie w nim władzy Nezahualcoyotla i oddanie rządów w ręce jego braci lub kuzynów. W wielu z tych tepanackich miast, rządziło potomstwo wielkiego Tezozomoca z Azcapotzalco, króla budzącego grozę wśród wrogów i szacunek wśród przyjaciół, za którego to rządów Tepanakowie całkowicie zdominowali Dolinę Anahuac, a Azcapotzalco, owe Miasto-Mrowisko, stało się pierwszą potęgą militarną i ekonomiczną w całym rejonie (środkowego Meksyku). Niestety, na wezwania Coyohuacanu nikt nie odpowiedział, nawet Azcapotzalco, którego możni odmówili udziału w nowej wojnie, pytając wysłanników Coyohuacanu: "Dlaczego nie udzieliliście nam pomocy wcześniej? Czy myślicie, że znów pragniemy ujrzeć nasze ulice zasłane głowami i wnętrznościami poległych?" Inne z miast odpowiadały podobnie, lub deklarowały że na razie "przeczekają" i zobaczą komu bardziej sprzyjają bogowie. Bardzo podobnie zachował się również Nezahualcoyotl z Texcoco (będący już członkiem Trójprzymierza), deklarując że nie przystąpi do wojny przeciwko ludziom, którzy nie wyrządzili mu żadnej krzywdy, ale jeśli Mechikanie z Tenochtitlanu zostaną pokonani przez inny lud, on nie będzie nad tym rozpaczał.




Wreszcie, po intensywnych zabiegach prowadzonych ze strony Coyohuacanu, udało się zebrać miasta posiadające i uprawiające żyzne działki rolnicze - zwane chinampas (ogrody powstałe na ziemi ułożonej pomiędzy kanałami tuż przy brzegu jeziora - były to tak zwane "pływające ogrody") w Chalco, aby wspólnie naradzić się nad ewentualnym wystąpieniem przeciw Trójprzymierzu, a przede wszystkim przeciwko Mechikanom (członkowie tego zgromadzenia płynęli łodziami nocą, starając się nie robić zamieszania, tak, aby w Tenochtitlan nie dowiedziano się o ich spotkaniu). Za wojną głośno radzili Coyohuacanie oraz przedstawiciele nieodległego Culhuacanu, ale zdecydowanie przeciwny wojnie był władca Chalco - Coateotl. Mówił on, że wojna z Mechikanami nikomu z tu obecnych nic nie przyniesie, nawet jeśli okazałaby się zwycięska. Kto bowiem będzie ściągał daniny z pokonanego Tenochtitlanu? Komu przypadnie największy udział w zwycięstwie? Zapewne każdy uzna się za tego, któremu najwięcej należy się łupów, a owe niesnaski zrodzą kolejne wojny pomiędzy miastami uprawiającymi chinampas i całe to rolnictwo ulegnie zagładzie. Pytał więc - "Po co nam to? Możemy przecież żyć w zgodzie z Mechikanami, tym bardziej że nasze córki już są żonami wielu z nich". Rzeczywiście, nawet sam Tlacaelel - brat Montezumy Ilhuicaminy, również wziął sobie żonę z Chalco. Tak więc stanęło na tym, że miasta Południa nie zdecydowały się na wojnę z Tenochtitlanem i udało się ostatecznie odwieść od tego również i Culhuacanów. Pozostali jednie Coyohuacanie, którzy byli zdeterminowani i żądni krwi. Tę nową wojnę musieli teraz jednak toczyć w osamotnieniu.




Aby ją sprowokować, postanowili uniemożliwić kobietom plemienia Mechikanów przychodzić do siebie na targowisko. Zamknięto więc drogi wiodące z grobli Tenochtitlanu i obstawiono strażą południowe wejście. Gdy z grobli zeszły pierwsze niewiasty obładowane towarami na wymianę i zdążające na targowisko w Coyohuacanie, strażnicy owi napadli na nie i... zabrali im cały towar (wodne ptactwo, jaja, ryby). Uciekły one więc z płaczem do swego miasta i poskarżyły się swemu królowi. Itzcoatl uznał to za "wypadek przy pracy" oraz kazał im zapomnieć o tym przykrym wydarzeniu i raz jeszcze udać się na rynek do Coyohuacanu. Ponownie wróciły ograbione. Itzcoatl polecił im więc teraz, by ustawiły kamienne piecyki, na których smażyły ryby i ptactwo wodne, w stronę Coyohuacanu, tak, aby zapachy pieczonych potraw docierały bezpośrednio do mieszkańców miasta. Gdy woń pieczonych kaczek i smażonych ryb dotarła do Coyohuacanu, część ludności zaczęła się buntować wobec polityce całkowitego wstrzymania handlu wymiennego z Mechikanami, ale ponieważ w przeważającej większości były to kobiety i starcy, przeto ich zdanie nie miało większego znaczenia. Lecz gdy kobiety zaczęły unikać dotyku swych mężów, a starcy żalili się że przed śmiercią pragną skosztować pieczonych potraw z Tenochtitlanu, mężczyźni Coyohuacanu wpadli na pomysł przeprowadzenia zasadzki, która zakończyłaby tę "handlową wojnę" i pozwoliła im wziąć górę nad Mechikanami. Planowali bowiem zaprosić przedstawicieli Miasta na Wodzie do siebie, a następnie otoczyć ich i wymordować (ostatecznie z tego ostatniego zrezygnowano, jako niegodnego wojowników).




Wysłano jednak posłów do Tenochtitlanu z zaproszeniem na ucztę ku czci Bardzo Starego Boga (zapewne Xiutecutli - Turkusowego Pana, najstarszego z bogów), aby wyjaśnić wzajemne niesnaski związane z urwaniem się handlu pomiędzy oboma miastami. Mechikanie przyjęli zaproszenie, ale przeczuwając podstęp, udali się na spotkanie jedynie w kilka osób (przybyli m.in.: Montezuma i jego brat Tlacaelel), ale już król Itzcoatl pozostał w swej stolicy. Możni ruszyli z darami (głównie ptactwem, jajkami, owadami itp.:), które zostały przyjęte. Uroczystości trwały do późnej nocy, a ich kulminacją było złożenie w ofierze niewolników (których przed wydarciem im serc, rozciągnięto na rozgrzanych do czerwoności i żarzących się kamieniach). Teraz rozpoczynały się tańce i nadeszła pora na wręczenie przybyłym gościom podarunków przez mieszkańców miasta. Coyohuacanie wyjęli więc przygotowane wcześniej podarki, następnie rozłożyli je na ziemi i rzekli: "Wolą naszą jest, abyście to przywdziali i odtąd nosili", na ziemi zaś, tuż przed przykucniętymi Mechikanami rozłożono ubogie stroje kobiece (bluzki i spódnice z szorstkich włókien agawy), oraz motyki i drewniane narzędzia do rozpalania ognia, będące symbolem poddaństwa. A nie było niczego bardziej upokarzającego dla wojownika, niż sprowadzenie go do roli kobiety i przesłanie mu kobiecych sukni. Wojna stała się więc faktem, a miało to miejsce (ok.) 1435 r. 


CDN.

08 lipca 2026

WYNALAZKI ANTYKU - Cz. II

CZYLI CO TAKIEGO WYNALEŹLI STAROŻYTNI GRECY I RZYMIANIE, O CZYM MY NIE MAMY POJĘCIA, A Z CZEGO KORZYSTAMY?





Druga część wynalazków starożytnych Greków (i Rzymian), które po pierwsze używamy po dziś dzień, a po drugie są dowodem na to, że starożytność była tylko odblaskiem cywilizacji które istniały wcześniej i które zniknęły w mroku pradziejów






ANTYCZNE WYNALAZKI HELLENÓW
Cz. I


MAPA 




 Przypuszcza się, że pierwszym człowiekiem który w znanej nam epoce starożytności skonstruował mapę, był Anaksymander z Miletu. Według historyka Apollodora z Aten (żyjącego w II wieku p.n.e.) Anaksymander urodził się w roku 611 p.n.e., zmarł zaś jakiś czas po roku 547 p.n.e. Był szanowanym obywatelem Miletu, jednym z jońskich filozofów, uczniem Talesa i nauczycielem Anaksymenesa. Najbardziej znanym jest on z poszukiwania pra-elementu wszechrzeczy, czyli pierwiastka z którego wszystko powstało, a za takowy uważał apeiron, czyli masę lub pierwiastek nie podlegający starzeniu się i rozkładowi, który nieustannie rodzi nowe elementy rzeczywistości. Dla porównania, jego nauczyciel Tales uważał że prapoczątkiem wszystkiego jest woda, Anaksymenes zaś że powietrze, a Heraklit że ogień. Anaksymander był też astronomem i geografem, zbudować miał również pierwszy zegar słoneczny. Był też autorem pierwszej znanej nam mapy świata, na której w centrum owego świata umieścił Helladę z Morzem Egejskim, otoczoną dokoła oceanem (jako ciekawostkę dodam też że Anaksymander uważał że ludzie powstali z oceanów i zrodzili się ze zwierząt morskich zamieszkujących wody). Diogenes Laertius w "Życiu Anaksymandra" pisze: "Mówią że gdy śpiewał, dzieci się śmiały; i że on, słysząc o tym, powiedział: "Musimy zatem lepiej śpiewać ze względu na dzieci".


ANAKSYMANDER Z MILETU



Następnie grecki geograf Dikaiarch z Messyny na Sycylii (żyjący ok. 350-290 r. p.n.e.) wprowadził na mapie pojęcie szerokości i długości geograficznej. Potem Eratostenes z Cyreny (ok. 276-194 p.n.e.) który większość życia przebywał i działał w Aleksandrii (w latach 235-195 p.n.e. był dyrektorem Wielkiej Biblioteki Aleksandryjskiej), ten przyjaciel Archimedesa z Syrakuz stworzył znacznie dokładniejszą mapę znanego wówczas świata, na której przedstawił trzy kontynenty: Europę, Afrykę (Libię) i Azję. Jeszcze dokładniejszy opis miejsc i kontynentów przedstawił w swojej 17-tomowej "Geografii" grecki (ale całkowicie zromanizowany, a wręcz zwolennik rzymskiego imperializmu) geograf, historyk i filozof - Strabon z Amasei w Poncie (64 r. p.n.e. - 24 r.). Jego dzieło niestety nie zachowało się do dnia dzisiejszego (jedynie fragment papirusu znajdujący się obecnie w Muzeum uniwersyteckim w Mediolanie). Swoje dzieło rozpoczął tworzyć ok. 7 roku naszej ery (pierwsze szkice), a tak na poważnie w roku 18 i poprowadził je do roku 23. Świat przedstawiony w "Geografii" Strabona, jest światem znanym już wówczas Grekom i Rzymianom, chociaż autor nie ustrzegł się wielu błędów (jego uparte trzymanie się homeryckich opisów może być nieco frustrujące - Homer przecież był niewidomym wieszczem, który raczej nie podróżował po świecie - tym bardziej że nie uwzględnia on relacji podróżników greckich, takich jak Herodot, który przecież podróżował do Egiptu i innych krajów Wschodu i widział wiele rzeczy na własne oczy), a wiemy o tym z relacji innych historyków i geografów antyku.

 


Inny grecki geograf Klaudiusz Ptolemeusz (ok. 100-168 r.) urodzony w Tebaidzie w Egipcie, lecz całe życie tworzący w Aleksandrii, ok. 140 r. napisał znacznie dokładniejszy "Przewodnik po geografii", będący wykładnią dla wielu uczonych jeszcze w średniowieczu. Stworzył 26 map regionalnych i 67 map lokalnych (wszystkie utracone). Na długo przed Kartezjuszem używał regularnej siatki równoleżników i południków. Stworzył też gazeter (bank danych) obejmujący 8000 miejscowości z ich długościami i szerokościami geograficznymi oraz odpowiednimi podpisami. Jednak realnie to nie Grecy byli autorami map, bowiem pierwsze mapy odnaleziono na ścianach domów w anatolijskim mieście Catal Höyük z ok. 6 200 r. p.n.e., a i te również nie wydają się być pierwsze (po prostu są jednymi z najstarszych). Swoją drogą Catal Höyük - miasto bez ulic (mieszkańcy poruszali się dachami domów, wszędzie były wystawione drabinki i przechodzono z jednego dachu na drugi, bowiem domy były budowane bezpośrednio jeden przy drugim, a do wnętrza domów również wchodzono przez otwór w dachu), poświęcone matriarchalnemu bóstwu Wielkiej Bogini, jest również fascynującym dla archeologów miejscem, odkrytym w 1963 r. Jednak już trzy lata później znaleziono kieł mamuta, na którym również znajdowała się mapa, datowana na 10 000 rok p.n.e. i bez wątpienia było to - jak dotąd - najstarsze znalezisko na którym znajdowała się mapa okolicy. Lokalne mapy (dotyczące jednak rozgraniczenia zagród i ustalenia własności gruntów), znaleziono również w Mezopotamii i datowano na 3 800 r. p.n.e.


CATAL HÖYÜK 




TERMOMETR


ZREKONSTRUOWANY TERMOSKOP FILONA



 Wynalazcą pierwszego termometru (który nazywano "termoskopem") był żyjący w latach (ok.) 20 r. p.n.e. - 50 r. (czyli w czasach Jezusa Chrystusa) Filon z Aleksandrii (swoją drogą zauważmy że najwięksi greccy wynalazcy w okresie Imperium Rzymskiego wywodzili się albo z Aten, albo z Aleksandrii, albo ewentualnie z Antiochii w Syrii. Z Rzymu który był stolicą Imperium, nie pochodził żaden ówczesny wynalazca). Filon doskonale wiedział (prawdopodobnie nie tylko on i nie jako pierwszy) że powietrze rozszerza się pod wpływem ogrzewania. Termoskop Filona był bardzo podobny do pierwszego termometru powietrznego stworzonego przez Galileusza (żyjącego w latach 1564-1642), a jedyną różnicą był brak skali obok rurki (którą umieścił dopiero Galileusz po raz pierwszy w 1592 r.), tworząc urządzenie do pomiaru temperatury. Tak więc wynalazek Filona nie do końca był taki, jaki znamy dziś, aczkolwiek niewiele mu do tego brakowało.



CENTRALNE OGRZEWANIE




 To już nie był wynalazek Greków lecz Rzymian. Było to tak zwane hipocaustum (czyli ogrzewanie podłogowe), prawdopodobnie nie wymyślone przez Rzymian (choć nie ma oczywiście co do tego żadnych pewności), lecz przez nich właśnie zastosowane na masową skalę (na przykład w rzymskich łaźniach). Takie właśnie rzymskie ogrzewanie podłogowe było zastosowane również na Zamku Zakonu Krzyżackiego w Malborku (notabene jeśli chodzi o ten Zamek, to przypomniała mi się historia, którą słyszałem już kilka lat temu od Roberta Bernatowicza, a dotyczyła ona małego chłopca, w wieku ok. 3 lub 4 lat. Ten chłopiec, gdy tylko nauczył się mówić, zaczął wygadywać bardzo dziwne rzeczy, które jego rodziców najpierw niepokoiły, a potem przerażały. Otóż twierdził że wcześniej żył jako rycerz i zginął w walce. Rodzice tego chłopca przez dłuższy czas uważali, że to jest wytwór bujnej wyobraźni dziecka, który zafascynowany rycerstwem naoglądał się filmów na ten temat. Jednak gdy chłopiec nie przestawał opowiadać najróżniejszych historii związanych z rycerstwem, postanowili wezwać osobę, która miała doświadczenie z takimi ludźmi. Ów mężczyzna - czyli właśnie Robert Bernatowicz - zapytał chłopca czy lubi walkę na miecze i czy chciałby być rycerzem. Ten jednak odparł że nie chce być rycerzem, gdyż wcześniej zginął jako rycerz i nie lubił walki. Gdy Bernatowicz dopytywał się chłopca, jak to się stało że zginął, chłopiec stwierdził że stało się to w chwili, gdy inny rycerz przebił go (prawdopodobnie kopią - prawdopodobnie gdyż on nie potrafił tego nazwać). Mówił wówczas że zadusił się krwią. Następnie opowiadał że żył na zamku - chociaż tam nie mieszkał, gdyż rycerze mieszkali w namiotach wokół zamku. Mężczyzna starając się znaleźć jakieś dowody na to, że chłopiec wyolbrzymia lub zmyśla, zapytał się go czy na tym zamku też używali takich pisaków jak te długopisy które mu pokazywał, lecz on stwierdził że używano zaostrzonych ptasich piór i nimi pisano. Potem, gdy chłopcu pokazywano różne zamki, on twierdził że żaden z nich nie jest tym zamkiem, w którym on przebywał.






Trwało to jakiś czas, aż wreszcie rodzina wybrała się na wycieczkę w rejon Malborka i tutaj właśnie nastąpił przełom, bo gdy chłopiec zobaczył ten Zamek, stwierdził oficjalnie że to jest to miejsce w którym on kiedyś przebywał (choć nie mieszkał - jak dodawał). Mało tego, opisywał dokładnie miejsca w którym znajdowały się różne komnaty, ale najdziwniejsze było stwierdzenie chłopca, że gdy on tu przebywał, to... chodzono zygzakiem po Zamku. Rodzice nie wiedzieli o co chodzi, a wyjaśniło się to dopiero wówczas, gdy zapytano kustosza Muzeum Zamku Malborskiego czy kiedyś w tym zamku chodzono zygzakiem. Ten był kompletnie zdziwiony, bo w żadnym przewodniku nigdzie nie było informacji na ten temat i zapytał się skąd owi państwo wiedzą że tak się właśnie poruszano, a oni powiedzieli że ich 4-letni syn im o tym powiedział, facet oniemiał. Wyjaśnił potem że "chodzenie zygzakiem" polegało na tym, aby uniknąć stearyny ,która kapała ze świec wiszących na suficie długich żyrandoli Malborskiego Zamku. Chłopiec w żaden sposób nie mógł o tym wiedzieć, nie mógł o tym przeczytać (zresztą jeszcze nie umiał czytać) ani dowiedzieć się z jakichkolwiek filmów, ta wiedza była praktycznie zapomniana, a on to pamiętał. Pamiętał to z poprzedniego życia.







MAGNETOFON 
(CZYLI "GADAJĄCE PUDŁO" HIERONA)


 Jeśli nam się wydaje że pierwsze magnetofony powstały dopiero w XX wieku, to... nam się tylko tak wydaje (👏) Starożytni bowiem eksperymentowali z zapisem głosu (głównie był to głos zwierząt, ale i ludzi również). Żyjący w latach (ok.) 10 - 70 rok naszej ery Hieron z Aleksandrii zbudował właśnie taki mechanizm, dzięki któremu nagrywał (a raczej rejestrował) krótkie, jednosylabowe odgłosy zwierząt. Niestety niewiele mogę powiedzieć na ten temat, gdyż nie dysponuję opisem De Kampeleina z 1791 r. który miał dokładnie przedstawić jak skonstruowany był i na czym polegał wynalazek Hierona.

Antyczny "magnetofon" nie jest jednak jedynym tego typu wynalazkiem. W kolejnych częściach przejdziemy do starożytnych komputerów i innych współczesnych nam "magicznych wynalazków" bez których obecnie praktycznie nie można się obejść.


CDN.

ZAPRZAŃSTWO JAKICH MAŁO! - Cz. VII

CZYLI HISTORYCZNA REFLEKSJA JAKO MEMENTO DLA WSPÓŁCZESNOŚCI POWSTANIE i WOJNA Cz. VII WŁADYSŁAW IV W MŁODOŚCI  Poselstwo na którego czele st...