WYŚWIETLENIA

01 lipca 2026

KOCHAM CIĘ ŻYCIE... - Cz. IV

CZYLI WSPOMNIENIA LUDZI Z OSTATNICH OŚMIU MIESIĘCY 1939 ROKU, TUŻ PRZED APOKALIPSĄ





IV
WSPOMNIENIA BARBARY KUBICKIEJ
(CZĘSTOCHOWA)


 "Halo, halo! Tu Polskie Radio Warszawa. Nadajemy komunikat specjalny". Spokojny głos spekera nieco wolniej i dobitniej informował: "Dziś rano o godzinie 4:45 wojska niemieckie przekroczyły granicę Rzeczpospolitej..." Było to już oficjalne powiadomienie społeczeństwa o rozpoczęciu wojny. Mówiło się o niej, zwłaszcza od marca, kiedy kilkuletni sprzedawcy gazet przekrzykiwali się by zyskać nabywców: "Wojna na Zachodzie, Wojna na Wschodzie!". Trudno było przejść obojętnie obok nich, trudno nie kupić gazety, tak sensacyjnie zapowiadanej. Wojna! Uczyłyśmy się o niej na lekcjach historii, ale zawsze działa się gdzieś daleko, kiedyś dawno, bardzo dawno. Teraz dotarła do nas. Jeszcze nie odczułyśmy jej grozy. Irka z maturalnej klasy nawet cieszyła się, że bez egzaminów otrzyma maturę, bo kto będzie zajmował się prozą życia wobec tak ważnych wydarzeń? Halina z naszej klasy już w maju otrzymała promocję, bo wyjeżdżała do Londynu. Była najbogatszą dziewczyną w mieście. Ojciec jej zmarł nagle pod wpływem wieści o spaleniu Żydów w synagodze w Bytomiu. Nam zdawało się to niemożliwe. A jednak... Nie spotkałyśmy się nigdy więcej.

Wakacje były normalne. Po raz pierwszy brałam udział w obozie harcerskim, zorganizowanym przez naszą ukochaną profesorkę/polonistkę. Niezapomniane przeżycia: warty nocne, podchody, ogniska wieczorne, budzenie echa w górach... Poczucie swobody na tle przepięknej przyrody nad Jeziorem Żarnowieckim, wschody i zachody słońca, nasłuchiwanie śpiewu ptaków nocnych, dalekie wędrówki piesze z Kartoszyna do Wejherowa po zakupy i lato, obłędnie urocze lato wolne od jakichkolwiek kłopotów.

W tym nastroju przygotowywałyśmy książki i zeszyty na nowy rok szkolny. Białe kołnierzyki i mankiety do mundurka, wstążki do warkoczy wyprasowane i poukładane równiutko, gotowe na uroczyste rozpoczęcie zajęć. A tu ten komunikat radiowy. Nie będzie zajęć. Nie będzie szkoły. Nie będzie tego wszystkiego, do czego przywykliśmy w ciągu lat. A co będzie? Co to znaczy wojna?

Najpierw - opuszczenie mieszkania i wędrówka w nieznane. Nie ma ustalonych pór posiłków, nie ma wygodnych łóżek do spania w nocy, ani krzeseł do siedzenia. Zatłoczonymi drogami trzeba przedzierać się dniami i nocami, byle dalej, byle na wschód, byle ujść przed nacierającymi Niemcami, o których zachowaniu krążą przerażające wieści. Mamy ze sobą niewygodne i ciężkie maski gazowe i lekkie, ręcznie szyte z flanelki w ostatnim tygodniu. W plecakach - niezliczoną ilość skarpet i mydło. Nie było czasu go wyjąć. Szliśmy w nieprzeliczonym tłumie dorosłych i dzieci, starych i młodych, zdrowych i chorych, jeśli tylko mogli poruszać się jako-tako.

Nagle dał się słyszeć warkot samolotów. Ktoś krzyknął "Alianci! Alianci! Pomoc nadchodzi". Samoloty nadleciały, zniżyły nieco swój lot, więc machaliśmy rękami, powiewali chustami, czym kto mógł. Przecież nie zapomnieli o nas, nie zostawią nas samych! Po kilku zniżonych okrążeniach najniespodziewaniej zaczęto strzelać z karabinów maszynowych do tłumu. Niemcy, po zrobieniu historycznych zdjęć, jak to Polacy witają entuzjastycznie swych wybawców, nie żałowali bomb i jak do kaczek strzelali do bezbronnej ludności. Potem polecieli dalej pełnić swą potworną misję niesienia zagłady.

To właśnie była wojna. Ciągła niepewność, świadomość niebezpieczeństwa, zagrożenie, które czaiło się wszędzie, więc nie było przed nim schronienia.



V
FRAGMENT PAMIĘTNIKA FRANCUSKIEGO DZIENNIKARZA I KORESPONDENTA POLITYCZNEGO ROBERTA de SAINT-JEAN'A
(MAJ 1940)




5 MAJA

 Widziałem Reynauda (Paul Reynaud był wówczas premierem Francji) w Święto Joanny d'Arc, przed pomnikiem na Rue de Rivoli. Ciekawy widok: ten mały człowieczek (...) z przebiegłą orientalną maską, skośnymi oczami i drwiącymi ustami, oddający hołd bohaterce narodowej. To był sceptycyzm oddający cześć wierze, polityka kłaniająca się mistycyzmowi.

To, co nigdy nie przestaje zadziwiać w Joannie d'Arc, to niezwykłe połączenie nadziei silniejszej od wszelkiego rozsądku i jednocześnie przyziemnego zdrowego rozsądku. Podczas gdy wpływowi dżentelmeni jej czasów dowodzili jej, argumentując, że sytuacja jest beznadziejna, ta mała pasterka, niższa od nich urodzeniem i wiedzą, nie dała się przekonać ich sentencjonalnym oświadczeniom. Sama przeciwko wszystkim utrzymuje swoje stanowisko, a wydarzenia potwierdzają jej rację. Gdyby przenieść tę scenę do naszych czasów, chłopka, nagle przeniesiona do rezydencji premiera i spotykająca się tam z generałem Gamelinem, powiedziałaby im obojgu: "Nie, nic nie rozumiecie, i jedyne, co możecie zrobić, to…"

Jednocześnie ta pełna natchnienia młoda kobieta udziela niezwykle precyzyjnych wskazówek i praktycznych porad dotyczących właściwego postępowania. A później, gdy przebiegli prawnicy poddają ją najbardziej zdradzieckiemu przesłuchaniu, będzie wytrącać z równowagi tych, którzy na każdym kroku dążą do jej upadku, udzielając równie błyskotliwych, co śmiałych odpowiedzi. Czy którykolwiek wirtuoz debaty parlamentarnej kiedykolwiek popisywał się tak błyskawicznymi ripostami, jak Joanna d'Arc podczas procesu?

Mistycyzm i rozum, te dwie siły zjednoczyły się w tej, która wyzwoliła Francję. Wśród tych, którzy rządzą Francją, przynajmniej wśród najlepszych, od wielu lat przemawia tylko rozum, rozum krótkowzroczny. Ale o mistycyzmie, albo, jak kto woli, po prostu o namiętności - ani śladu.

Polityka już dawno zredukowała religię we Francji w jej najskromniejszym przejawie: brak mszy śpiewanych, jedynie cicha msza od czasu do czasu. Mamy dwa święta narodowe – Joannę d'Arc i Dzień Bastylii – ale to pierwsze nigdy nie miało takiego znaczenia jak drugie. Dzień Bastylii to święto przyjemności i łatwego życia w najpiękniejszym kraju świata, i niech żyje Dzień Bastylii, jego latarnie, muzyka i kawiarnie na świeżym powietrzu! Dzień Joanny d'Arc natomiast przypomina o wszystkich wysiłkach i poświęceniach, które ukształtowały Francję i pozwoliły jej stać się później tętniącą życiem Francją współczesnych obchodów Dnia Bastylii.


7 MAJA

 Reynaud, pomimo nieobecności Izby, odczuł tak silny niepokój wywołany wiadomościami o naszych niepowodzeniach w Norwegii, że chciał chwycić byka za rogi i nagle zwołać parlament (...). Bezpośredni współpracownicy premiera zdołali odwieść go od kontynuowania tego projektu, wierząc, że posłowie obaliliby ministerstwo, nie dając się zastraszyć zuchwałej inicjatywie premiera. Krótko mówiąc, pozycja gabinetu Reynauda, która poprawiła się dzięki inwazji na Danię i Norwegię, pozostawała potajemnie bardzo niepewna. W środku wojny panował stan ukrytego kryzysu ministerialnego. Rząd pozostał u władzy, ponieważ okoliczności uniemożliwiły jego otwarte obalenie, ale jego przetrwanie było mało pewne. Był jak skazaniec, którego ułaskawienie odnawiało się z dnia na dzień… Reynaud powtarzał, że sytuacja się poprawi, że większość się umocni, ale miewał chwile zwątpienia i zniechęcenia. I nie tylko los jego ministerstwa go martwił.

Kilka dni temu padło dość osobliwe wyznanie: "Ach! Gdybym tylko mógł kupić pokój tanio…". Nagle "silny człowiek" zaczął myśleć jak Daladier w chwilach przygnębienia, a nawet mówić jak zwolennicy pozornego pokoju. Jest pewien że jesteśmy daleko od celu i że pod względem militarnym wynik nie jest widoczny… Z drugiej strony, kilku jego doradców, którzy nie wierzą w możliwość zwycięstwa, szepcze, że "powinniśmy dojść do porozumienia", nie wskazując zresztą w najmniejszym stopniu, na czym kompromis mógłby polegać. Jednocześnie premier nadal nawołuje do energii… Wydaje się, że chwilowo podnosi to jego morale, ale innym razem jego ton się zmienia… Premierowi najbardziej służy widok dowódcy wojskowego, który przemawia do niego z determinacją. Wtedy wyobraża sobie siebie jako architekta zwycięstwa… Jednak rzadko odwiedza armię, co pozbawia go możliwości zobaczenia żołnierzy z bliska i uniemożliwia mu sprawdzenie osobiście, czy to, co powiedzieli mu generałowie, jest prawdą. Być może dlatego, że nie jest człowiekiem, który łatwo zgadza się z masami, Reynaud rzadko pojawia się publicznie.


10 MAJA

"To wszystko": to wszystko, co słyszeli w Paryżu od rana. Innymi słowy, Niemcy o świcie zaatakowały Holandię i Belgię. Wiele miast i lotnisk zostało zbombardowanych w samej Francji: w szczególności Nancy, Calais, Lille, Abbeville i Lyon; na froncie trwał silny ostrzał artyleryjski wroga. Gabinet się zebrał, ale posiedzenie Rady Ministrów zostało przełożone. Zwyczajny człowiek ma o wiele większe zaufanie niż przywódcy, zarówno polityczni, jak i wojskowi. Armia przychodzi Belgom z pomocą, mimo że Belgia nie zwróciła się do nas wcześniej. Zaskakująca decyzja, biorąc pod uwagę ostrożność Gamelina i jego częste uwagi przez całą zimę: "Kto pierwszy z nas, Francuz czy Niemiec, wyjdzie ze swojej skorupy, jest skończony". Być może głównodowodzący zrobił wyjątek od swojej doktryny, ponieważ uważał że presja na interwencję, zarówno ze strony szefa rządu, jak i zwykłego żołnierza, była dla nas zbyt silna… Mógł oprzeć się temu? Nie był człowiekiem, który pozostawałby osamotniony w swoich poglądach, a kiedy zapadła decyzja o wyprawie do Norwegii, oświadczył: "Ulegam presji opinii publicznej i umywam od tego ręce".

Kiedy dotarła do nas wiadomość o wkroczeniu wojsk francuskich i angielskich do Belgii, moment był wzruszający; jedynym powodem do nadziei było wojsko, w którym od lat pokładano wielkie zaufanie (jedną skazą na tym obrazie są słabości sił powietrznych). Krążą pogłoski, że Niemcy osiągnęli już ten czy inny punkt, ale nie ma na to potwierdzenia. Wiadomo jedynie, że dziesiątki dużych samolotów transportowych przyleciały i wylądowały z niemieckimi żołnierzami w okolicach Hagi. Rządy Holandii i Belgii odmówiły kapitulacji przed nazistowskim ultimatum, a wielka księżna Charlotte opuściła Luksemburg.

(...) W Londynie panuje kryzys na szeroką skalę; Chamberlain odchodzi, a ostatecznie ogłoszono dojście Churchilla do władzy. Gamelin zostaje "skonsolidowany" przez Hitlera (podobnie jak Reynaud 9 kwietnia) i wydaje żołnierzom rozkaz generalny, przypominając im, że przewidywał dzisiejszą ofensywę od początku wojny. W sztabie generalnym i biurze operacyjnym, panuje poważne zaniepokojenie, że współpraca z armią belgijską i holenderską będzie musiała zostać niemal całkowicie improwizowana.

 Hitler w proklamacji oświadczył, że wydarzenia na polu bitwy zadecydują o losie narodu niemieckiego na tysiąc lat. To była jego liczba, często jej używał; taki właśnie okres przydzielił swojemu reżimowi, ani więcej, ani mniej. Tego wieczoru Reynaud powiedział krótko przez radio: "Armia francuska dobyła miecza, Francja pogrążona jest w żałobie… itd." Szacuje się, że w Holandii maszeruje około trzydziestu niemieckich dywizji.


12 MAJA

Jeden z fortów twierdzy Eben Emael został schwytany przez wroga, który podobno zdołał już przekroczyć Mozę z jednej strony i Kanał Alberta z drugiej. To przekreśla nadzieje dowództwa, które liczyło na znacznie dłuższy opór. Niemieckie czołgi przeprawiają się albo przez mosty, które nie zostały zniszczone (zaskoczone), albo przez mosty pontonowe. W Amsterdamie i Rotterdamie widziano agentów piątej kolumny wyłaniających się grupami z niektórych budynków, strzelających do policji i torujących drogę spadochroniarzom.

Wizyta u Dautry'ego, w jego biurze (...) Minister Uzbrojenia nie zniechęca się, choć niektóre fabryki poniosły już znaczne szkody, ale telegramy otrzymywane od kierownictwa firm są bardzo zachęcające: "Produkcja utrzyma tempo pomimo poniesionych szkód. Morale pracowników jest doskonałe" itd. Kiedy rozmowa schodzi na temat maszyn i samolotów zamówionych w Stanach Zjednoczonych, twarz ministra ciemnieje, ponieważ minie dużo czasu, zanim zostaną dostarczone znaczące ich ilości. Popełniono ogromny błąd w planowaniu, jakby byli pewni, że będą w stanie utrzymać ten wysiłek przez lata, a ponadto, ze względów ekonomicznych, woleli budować fabryki we Francji i kupować obrabiarki w Ameryce. Stąd długie opóźnienia. Nie wzięli też pod uwagę, że oprócz czasu, będzie to wymagało powrotu do fabryk żołnierzy, którzy musieliby zostać wezwani z frontu. Kiedy zapytałem Dautry'ego, czego najbardziej potrzebuje w Ameryce, odpowiedział: "Wszystkiego!". Bez komentarza… Podsekretarze stanu zostali "zdymisjonowani": Rząd jest zdecydowanie tworem ciągłym, a nowi ministrowie są stale dodawani do pierwotnej listy. To robi złe wrażenie na opinii publicznej… Byłoby lepiej, gdyby… raz na zawsze utworzyć rząd wojny o ograniczonym zasięgu, coś w rodzaju "Komitetu Ocalenia Publicznego", ale Reynaud podejmował ten pomysł stopniowo, z ostrożności.

Kiedy Ministerstwo Informacji musiało poinformować dziennikarzy o bombardowaniach przeprowadzonych w różnych częściach kraju przez niemieckie siły powietrzne, otrzymało od dowództwa rozkaz sugerowania, że wróg celował wyłącznie w cele wojskowe. W rzeczywistości nigdy nie przeprowadza się nalotów wyłącznie na cele wojskowe, a bomby zawsze trafiają w kościoły, szkoły czy szpitale, zabijając cywilów… Krótko mówiąc, to kwestia interpretacji. Potwierdza się, że Nancy bardzo ucierpiało w ciągu ostatnich dwóch dni.


14 MAJA 

 Bardzo złe wieści. Na wojskowej konferencji prasowej zorganizowanej dla zagranicznych dziennikarzy w Ministerstwie Wojny, umniejszają oni jak tylko mogą, prawdę, która przewyższa wszelkie nasze obawy. Armia Corapu poniosła poważny cios; region Sedan po raz kolejny stał się synonimem katastrofy. Rezerwiści, którzy tam byli, spóźnili się na swoje pozycje i nie utrzymywali ich bezpiecznie (...). To niemieckie natarcie, którego się nie spodziewano, ponieważ uważano że Ardeny zbytnio spowolnią natarcie kolumn zmotoryzowanych i że obiorą inną trasę, zagraża armii, która z Giraudem na czele wróciła już do południowej Holandii. Uchodźcy tłoczący się na drogach w Belgii znacznie utrudnili ruchy wojsk brytyjskich. Francuskie czołgi napotkały niemieckie czołgi w Belgii, w pobliżu Saint-Trond, ale było ich zbyt mało. W sumie zderzyłoby się ze sobą półtora tysiąca pojazdów. Wszędzie brakuje nam czołgów i staramy się wykorzystać te, które mamy, jak najmniej, aby zachować je na decydujący moment… Przypomniałem sobie uwagę Daladiera na temat Gamelina, o której mi doniesiono, a na którą nie zwróciłem wystarczającej uwagi: "Czego ode mnie oczekujesz?. Gamelin nie lubi czołgów".

Jeśli chodzi o samoloty, oficer powracający dziś wieczorem z bitwy mówi, że najczęściej słyszanym pytaniem wśród żołnierzy jest: "Ale gdzie są nasze?" I oczy podnoszą się ku niebu, skąd niemieckie samoloty przelatywały z dużą prędkością, ostrzeliwując bezładnie kolumny cywilów i kolumny żołnierzy.

(...) Daladier udał się do króla Leopolda, aby spróbować rozwiązać problem Belgów, ponieważ nie dało się walczyć z pojedynczą armią niemiecką, mając kilka armii wykonujących różne rozkazy. Słabości, które pozwoliły Belgii stopniowo wyrwać się z orbity angielsko-francuskiej i zająć niezależną pozycję - to znaczy, w istocie, pozycję korzystną dla Niemiec - były dziś drogo okupione. Trudno będzie później wytłumaczyć, w jaki sposób alianci, po strasznej lekcji z 1914 roku, pozostawili Belgię poza kontrolą militarną… Brak instynktu samozachowawczego wśród demokracji był czymś przerażającym.

To, co wydarzyło się w kilku holenderskich miastach, było, jak się wydaje, niewiarygodnie okrutne, z Niemcami bezlitośnie niszczącymi i mordującymi. Liczba ofiar cywilnych jest szacowana na tak ogromną, że aż trudno w to uwierzyć… Tysiące Holendrów przemierzyło Belgię i wraz z jeszcze większą liczbą Belgów uciekło drogami Francji.


"A WTEM LOTNICTWO SIĘ POJAWIŁO, Z GÓRY SZEREGI WSPIERAJĄC SWE, 
A NASZYCH ORŁÓW WIDAĆ NIE BYŁO, CO NAS ZMUSIŁO COFNĄĆ SIĘ" 😟



15 MAJA

 Od czasu zdobycia Sedanu, bitwa nad Mozą nazywana jest "bitwą graniczną"... Niemieckie przyczółki zostały zaatakowane, lecz bezskutecznie, a czołgi nieustannie przybywają na brzeg, który wróg już mocno obsadził... Dowódca armii holenderskiej, Winkelman, zażądał zaprzestania walk, ale wiadomo że flota królowej Wilhelminy będzie nadal bronić kolonii holenderskich .

Uważa się, że Niemcy mają co najmniej dziesięć tysięcy czołgów, my mamy ich tylko siedemset. Jeśli chodzi o stosunek samolotów, to wynosi on w przybliżeniu jeden samolot francuski na dziewięć niemieckich.

(...) Sedan był wyborem celowym, z założeniem, że w każdej chwili może nastąpić kontrofensywa, która zagrozi flankom wroga; jednak, według zebranych informacji nie było mowy o tak zakrojonym na szeroką skalę przedsięwzięciu. Niemniej jednak tłum nie mógł się powstrzymać od wyobrażenia sobie powtórki "cudu", jakby cuda mogły się powtarzać na zawołanie!

Generał Giraud dowodzi Dziewiątą Armią, po tym jak Corap został odwołany. Odwrót armii, która wkroczyła do Belgii, wydaje się bardzo trudny. Co ciekawe, ustalono, że podczas natarcia armia ta nie została zbombardowana przez Niemców… Król Belgów nadal odmawia podporządkowania swojej armii francuskiemu dowódcy: jest to zasada "każdy sam dla siebie" z przedwojennej dyplomacji , która obecnie rozciąga się na sprawy wojskowe.


DALSZĄ CZĘŚĆ PAMIĘTNIKA de SAINT-JEAN'A BĘDĘ KONTYNUOWAŁ W KOLEJNYCH CZĘŚCIACH I POPROWADZĘ GO AŻ DO KAPITULACJI FRANCJI W CZERWCU 1940 r.



STYCZEŃ 1939
Cz. II




2 stycznia amerykański tygodnik społeczno-polityczny "Time" w okładkowym artykule pt. "Adolf Hitler, the man of the year 1938" napisał: "Najważniejsze wydarzenia 1938 r. miały miejsce 29 września, kiedy czterej politycy spotkali się w rezydencji Führera w Monachium, żeby przerysować mapę Europy. Na tę historyczną konferencję przybyli premier Wielkiej Brytanii Neville Chamberlain, premier Francji Éduard Daladier, dyktator Włoch Benito Mussolini. Jednak wbrew pozorom najważniejszą postacią w Monachium był niemiecki gospodarz Adolf Hitler. Wódz narodu niemieckiego, naczelny dowódca niemieckiej armii, marynarki wojennej i lotnictwa, kanclerz III Rzeszy, pan Hitler zebrał tego dnia w Monachium żniwo zuchwałej, prowokacyjnej, bezwzględnej polityki, którą prowadził przez 5 i pół roku. Złamał postanowienia traktatu wersalskiego. Uzbroił Niemców po zęby, ukradł Austrię na oczach przerażonego i bezsilnego świata. Wszystkie te wydarzenia wstrząsnęły narodami, które zaledwie 20 lat temu pokonały Niemców na polach bitwy. Nic tak jednak nie przestraszyło świata, jak bezwzględne metodyczne działania nazistów wobec Czechosłowacji, które latem i jesienią ubiegłego roku zagroziły wojną światową. Kiedy więc bez rozlewu krwi Hitler obrócił Czechosłowację w swoje marionetkowe państwo, wymusił drastyczną rewizję europejskich sojuszów obronnych i uzyskał obietnicę od Wielkiej Brytanii (a potem Francji) o wolnej ręce w Europie Wschodniej, bez wątpienia stał się człowiekiem roku 1938. Większość innych postaci wraz z końcem roku traciła na znaczeniu".




W nocy z 1 na 2 stycznia zmarł Roman Dmowski (ur. w 1864 r.) polski polityk, dyplomata, przywódca obozu narodowego. Zmarł w majątku swoich przyjaciół Marii z Lutosławskich i Mieczysława Niklewiczów w Drozdowie na ziemi łomżyńskiej. Pierwotnie przywódcy Stronnictwa Narodowego (Kazimierz Kowalski i prof. Władysław Folkierski) zamierzali uzyskać zgodę od prymasa kardynała Augusta Hlonda, aby ciało Romana Dmowskiego złożyć w poznańskiej Złotej Kaplicy Bolesława Chrobrego, lecz gdy kardynał odmówił, uznano że ciało przywódcy obozu narodowego spocznie w grobie rodzinnym na bródnowskim cmentarzu w Warszawie. 4 stycznia trumna z ciałem Dmowskiego została wystawiona we dworze Niklewiczów (w salonie przerobionym na kaplicę). Przed budynkiem gromadziła się spora grupa ludzi którzy po raz ostatni chcieli pożegnać Dmowskiego. Następnie trumnę przeniesiono na sanki i konno zwieziono do katedry łomżyńskiej. 

Izabella z Lutosławskich-Wolikowa (siostra Marii) tak zanotowała to wydarzenie w swoim pamiętniku: "Kiedy orszak wkracza w ulice miasta, za trumną idą już ogromne tłumy. W takt marsza żałobnego Chopina kondukt z trudem posuwa się naprzód. Trumnę z ramion działaczy narodowych przejęli przedstawiciele obywatelstwa łomżyńskiego. W bogato przybranej katedrze złożono na wyniosłym katafalku zwłoki Wielkiego Polaka. Obok ustawiono dwa wielkie miecze Chrobrego, okryte czernią". Po uroczystościach żałobnych w Łomży, trumnę z ciałem Dmowskiego ustawiono w wagonie-kaplicy pociągu udającego się do Warszawy. Po drodze (podobnie jak prawie cztery lata wcześniej w owe dni majowe 1935 r. gdy żegnano Marszałka Józefa Piłsudskiego - który jednocześnie był antagonistą Dmowskiego, choć wydaje się że ów spór obu panów trwał bez wzajemnej nienawiści. Spotkali się po raz pierwszy jeszcze w 1893 r. w Wilnie, a poróżniła ich głównie miłość do tej samej kobiety - Marii Juszkiewiczowej. Zwycięsko z tego boju wyszedł Piłsudski, a Maria sześć lat później została jego żoną. Poza tym różniły ich też kierunki polityki zagranicznej, Piłsudski twierdził bowiem że przede wszystkim należy rozbić Imperium Rosyjskie, bo bez tego nie narodzi się wolna Polska, Dmowski zaś największe zagrożenie widział w Niemcach. Piłsudski również dążył do odbudowy nowej Rzeczypospolitej Jagiellońskiej, Dmowski zaś uważał że należy inkorporować zajęte terytoria i je "spalszczać", a tych których nie da się spolszczyć - odrzucić (innymi słowy te ziemie na Wschodzie, gdzie żywioł niepolski dominowałby nad polskim i nie byłoby szans na jego polonizację, należało oddać Rosji).

Jednak w książce "Myśli nowoczesnego Polaka" z 1903 r. (Notabene, z tego co słyszałem od swoich znajomych z Niemiec, to dopiero niedawno została ta książka przetłumaczona na język niemiecki) znalazło się wiele odniesień Dmowskiego, które doskonale można przełożyć na czasy współczesne. Jak choćby te: "W społeczeństwie naszym, nawet wśród szlachetniejszej jego części oświeconej, jest o wiele więcej kosmopolitów, niż nam się zdaje (...) zamiast bliskiego sobie społeczeństwa stawiają sobie na ołtarzu oderwaną ludzkość z jej niepochwytnymi prawami i interesami, zamiast realnego życia - fikcję, która nic w życiu nie zawadza, bo do niczego nie zobowiązuje". Albo: "Wszystko co polskie jest moje: niczego się wyrzec nie mogę. Wolno mi być dumnym z tego, co w Polsce jest wielkie, ale muszę przyjąć i upokorzenie, które spada na naród za to, co jest w nim marne". Albo: "Na głębszych podstawach oparty patriotyzm nie potrzebuje też żywić się i wspierać przekonaniem o wyższości swego narodu nad innymi, a poczucie niższości własnego narodu pod jakimkolwiek względem nie może zmniejszyć jego moralnej siły". Albo: "Najpopularniejsze u nas hasło: nie drażnić wrogów - jest hasłem narodu pragnącego sobie zapewnić spokojną wegetację, nie życie, bo wszelkie przejawy naszego życia, naszej energii czynnej z natury rzeczy najsilniej tych wrogów drażnią". Albo: "Nasza moralność narodowa przy pewnym jałowym sentymentalizmie dziś polega przeważnie na braku zupełnym czynnej miłości ojczyzny". Trudno się nie podpisać pod tymi stwierdzeniami.

Tak więc po drodze trasy pociągu z trumną Romana Dmowskiego zbierały się olbrzymie tłumy. 6 stycznia trumna została umieszczona w kaplicy katedralnej w Warszawie, a uroczystość pożegnalna odbyła się w owej katedrze 7 stycznia (nabożeństwo transmitowano również za pomocą głośników na Rynku Starego Miasta i na ulicy Świętojańskiej). Następnie ruszył kondukt żałobny (który otwierało 58 kapłanów) idący na cmentarz bródnowski. Było mnóstwo najróżniejszych stowarzyszeń (na czele oczywiście ze Stronnictwem Narodowym), obecny był również były prezydent Rzeczypospolitej Stanisław Wojciechowski. W sumie kondukt żałobny tworzyło jakieś 100 tys. ludzi (nie było tylko prezydenta Ignacego Mościckiego i członków rządu - mimo wszystko... nie rozumiem - dlaczego). Ojciec Bonawentura Podhorecki tak scharakteryzował postać Romana Dmowskiego: "Szanując jednostkę, szanował naród. Widział w narodzie twór Boży, wierzył w posłannictwo narodu i starał się je z tła dziejów odczytać. Mimo że znał wady swego narodu na wylot, nigdy narodu swego z błotem nie zmieszał, nigdy nie opluł. Naród nie był dlań stadem zwierząt, które trzeba popędzać batem, ale zbiorem wolnych jednostek, które należy wychowywać podsuwaniem wartości i stawianiem ideałów przed oczy".




5 stycznia w Obersalzbergu minister spraw zagranicznych Rzeczpospolitej Józef Beck spotkał się z kanclerzem Rzeszy Adolfem Hitlerem. Tak tę wizytę opisywał "Ilustrowany Kurier Codzienny" (czyli popularny "Ikac"): "Wizyta ministra Becka u kanclerza Hitlera nie jest nagłą niespodzianką, lecz logiczną konsekwencją polskiej polityki zagranicznej i stosunków łączących Polskę z Rzeszą... Przyjęcie, jakiego minister Beck doznał w Obersalzbergu i okazane mu honory uważane są za wyrazy dążenia rządu Rzeszy do utrzymania z Polską jak najbardziej przyjaznych stosunków". Tak naprawdę podczas tego spotkania Hitler zdecydowanie postawił kwestię zwrotu Niemcom Gdańska i budowy eksterytorialnej autostrady i linii kolejowej przez polskie Pomorze do Prus Wschodnich. Stwierdził: "Gdańsk jest niemiecki, zawsze pozostanie niemiecki i wcześniej czy później stanie się cząstką Niemiec". Dodał jednak że Niemcom zależy na dobrych stosunkach z Polską i nie zamierzają wszczynać z tego powodu wojny. Beck odmówił przyłączenia Gdańska do Rzeszy, a w swych pamiętnikach zapisał: "Po mojej spokojnej, ale uzasadnionej odmowie cofnął się jeszcze, tym razem nie stawiając sztywnych formuł ani definitywnych żądań". 6 września Józef Beck spotyka się z ministrem spraw zagranicznych Rzeszy - Joachimem von Ribbentropem i on raz jeszcze formułuje te same żądania co dzień wcześniej Hitler, tylko w ostrzejszej formie. Beck raz jeszcze odmawia, ale po powrocie do Warszawy zdaje relację prezydentowi i marszałkowi Edwardowi Rydzowi-Śmigłemu ze swych niemieckich negocjacji, podkreślając że to wszystko może prowadzić do wojny. Podczas narady na Zamku zapada ostateczna decyzja co do dalszego postępowania w kwestii niemieckich żądań - po pierwsze stanowczość, po drugie zachowanie spokoju i określenie wyraźnej granicy między prowokacją a non possumus. Przyjęcie niemieckich żądań byłoby bowiem jednoznaczne z uznaniem Polski za wasala lub też satelitę Niemiec, a na to ludzie którzy 20 lat wcześniej odzyskali niepodległą Polskę nie mogli sobie pozwolić.

7 stycznia w "Kurierze Warszawskim" ksiądz doktor Zygmunt Wędłowski ubolewa nad niepokojącymi przesłankami w kwestii przyrostu naturalnego, pisząc: "Jednym z najbardziej niepokojących przejawów naszego życia narodowego jest spadek przyrostu naturalnego (...) Ojcostwo i macierzyństwo staje się pogardzane i znienawidzone. Strach przed dzieckiem przeradza się w nienawiść do dziecka. Dziełem tej nienawiści jest wielkie żniwo śmierci nienarodzonych. I u nas wytworzony stan rzeczy musi budzić przerażenie. Czystość pojęć o celu małżeństwa zanika w Polsce coraz bardziej. Przewrotność występku w tej dziedzinie zaczyna tracić swą grozę. Ludzie przestają się już wstydzić czynów przeciwnych naturze. Odwrotnie, wyrafinowana propaganda, idąca pod hasłem tak zwanego świadomego macierzyństwa, uczyniła z tych występów przedmiot mody, wyraz rzekomego postępu społecznego i kulturalnego (...) te występki zyskują coraz szersze prawo obywatelstwa i bywają przez niektórych podnoszone do rangi nowego obyczaju narodowego. Szerzą się one nie tylko wśród naszej inteligencji, ale dzięki propagandzie przeniknęły do sfer robotniczych i na wieś (...) polska rodzina, będąca dotychczas obrazem zdrowia moralnego i płodności, zaczyna ulegać tej chorobie. Coraz mniej małżeństw i coraz mniej dzieci". No proszę, jakby wyjęte ze współczesności.

8 stycznia pilot Tadeusz Góra został uhonorowany najwyższym odznaczeniem szybowniczym przyznawanym przez Międzynarodową Federację Lotniczą - medalem Otto Lilienthala (medal ten został wówczas wręczony po raz pierwszy). Tadeusz Góra zdobył go, wykonując w maju poprzedniego roku swobodny przelot szybowcem PWS-101 na trasie o długości 577 km. między Bezmiechową Górną w Bieszczadach a Solecznikami. Był też szykowany na planowaną w 1940 r. Olimpiadę w Helsinkach. We wrześniu 1939 r. dostał się do niewoli sowieckiej, z której zbiegł i po licznych perypetiach dotarł do Wielkiej Brytanii. Tam latał w polskich dywizjonach myśliwskich 305, 306 i 315, zaś na liście zwycięstw powietrznych znalazł się na 220 pozycji (na 447 miejsc). Po wojnie w stopniu porucznika wrócił do Polski (a raczej do polskiej komunistycznej rzeczywistości). W 2007 r. dostał awans na generała brygady w stanie spoczynku.


POLACY TWORZYLI NAJBARDZIEJ SKUTECZNE FORMACJE BOJOWE W BITWIE LOTNICZEJ O WIELKĄ BRYTANIĘ W ROKU 1940



11 stycznia w pamiętniku Romany Oszczakiewicz znalazł się zapis: "Zwlekałam z rozpoczęciem w tym roku notatek chcąc ten rok zapoczątkować na wesoło. Właściwie mogłabym, bo życie dało mi wiele różnych radości, ale moje samopoczucie pozbawia mnie beztroskiego tonu. Może winę ponosi za to brak zdrowia. Dziwnie jednak podobny jest mój niepokój, a nawet strach z okresu, jaki poprzedzał nagłą śmierć Marszałka. Świadomość tego podobieństwa potęguje jeszcze trwożne oczekiwanie czegoś przykrego. Przykrego to określenie nieudolne, ale nie chcę roztrząsać nastrojów wynikłych być może z neurastenii. Parę dni temu minister Beck wracając z wczasów na wybrzeżu francuskim zatrzymał się w Niemczech. Bardzo serdeczna rozmowa z Hitlerem trwała trzy godziny. Mimo tej serdeczności gazety nadal donoszą o ekscesach niemieckich. A nasza delegacja, która pojechała do Berlina w sprawie nieszczęśliwej mniejszości Polskiej wróciła z niczem. Wyszła też broszura niemiecka w języku angielskim skierowana przeciwko Polsce z mapką, na której Pomorze i Poznańskie należą do Niemiec, a wschodnia część kraju do Ukraińców. O czym więc mówił Beck z Hitlerem? Czy Beck jest patriotą, czy zdrajcą?"
 



14 stycznia w Hotelu Europejskim w Warszawie już po raz 16 bawiono się na balu mody, zorganizowanym przez Związek Autorów Dramatycznych. Było to wydarzenie na które przygotowywały się już od listopada-grudnia roku poprzedniego nie tylko domy mody, ale również światek artystyczny i polityczny ówczesnej Rzeczypospolitej. Szykowano sobie wspaniałe kreacje na to wydarzenie, gdyż ukoronowaniem owego balu miał być wybór królowej mody i balu, a w roku 1939 została nią 40-letnia aktorka Maria Malicka (właścicielka Teatru Malickiej, znajdującego się przy ul. Marszałkowskiej 8 w Warszawie). Jej koronkowa krynolina (z domu mody Goussin Cattley), wzbudziła powszechny zachwyt. Królową piękności została zaś aktorka i tancerka Loda Halama, a magistrem elegancji dziennikarz Stefan Kwaśniewski (zginie walcząc w Powstaniu Warszawskim 2 października 1944 r., już po zawieszeniu broni), który wystąpił we fraku od Ludwika Jasieńskiego.


LODA (ALICJA) HALAMA Z CZESŁAWEM KONARSKIM NA SCENIE PODCZAS TAŃCA MEKSYKAŃSKIEGO



CDN.

30 czerwca 2026

MEMORIAM - Cz. XXI

VIRGINES VESTALES i 
TRZY CIOSY





UMIŁOWANY POKÓJ
I ZŁUDNE NADZIEJE 
SIEDEMDZIESIĄTYCH LAT
Cz. VI






CO Z TYM WSCHODEM?


 Po podpisaniu pokoju w Dardanos (85 r. p.n.e.) wydawało się że konflikt Rzymu z królem Pontu - Mitrydatesem VI Eupatorem ostatecznie się zakończył, ale ci, którzy tak myśleli byli w wielkim błędzie. Po pierwsze pokój z Dardanos (król Pontu musiał zrezygnować ze wszystkich swoich dotychczasowych zdobyczy w Azji Mniejszej, uznać Grecję i prowincję Azję za część składową Imperium Romanum, zapłacić 3000 talentów odszkodowania i wydać Rzymianom całą swoją flotę) nie satysfakcjonował żadnej ze stron; Mitrydates wciąż pozostawał najpotężniejszym władcą hellenistycznego Wschodu i czekał sposobności ponownego podporządkowania sobie reszty małoazjatyckich królestw; rzymski Senat zaś nie mógł ścierpieć faktu, iż zmuszony był pozostawić u władzy króla, który dopuścił się nieprawdopodobnych zbrodni na Rzymianach i Italikach zamieszkujących prowincję Azję (dawne Królestwo Pergamonu - "Państwo Słońca" jak o nim mawiano jeszcze w czasach hellenistycznych). Dla obu stron było więc pewne, że zawarty w Dardanos pokój był jedynie krótkotrwałym zawieszeniem broni, celem wzmocnienia się obu stron przed kolejnym starciem. O tym, że Rzymianie nie zamierzają odpuścić, przekonał się Mitrydates już w dwa lata później, gdy namiestnik Azji - Lucjusz Licyniusz Murena zaatakował jego królestwo (83 r. p.n.e.) pod pozorem niewypełnienia postanowień traktatu z Dardanos. Atak ten został odparty, ale to wcale nie zniechęciło Mureny do dalszych działań i już w następnym roku (82 p.n.e.) ponownie zaatakował Pont, tym razem pod pretekstem zawarcia przez Mitrydatesa sojuszu z władcą Kapadocji - Ariobarzanesem. I ten atak został odparty, zaś nie mogąc liczyć na wsparcie Rzymu i Italii (w której to toczyła się wojna domowa optymatów z popularami), a także buntem Sertoriusza w Hiszpanii, Murena został zmuszony na początku 81 r. p.n.e. do ponownego zawarcia pokoju ze znienawidzonym królem Pontu, ale nie chcąc się z nim widzieć twarzą w twarz, uczynił to przez pośrednika (wybrał do tego zadania władcę Kapadocji - Ariobarzanesa, z którym wcześniej Mitrydates zawarł sojusz; teraz zaś Ariobarzanes występował w roli pośrednika pomiędzy Rzymem a Pontem i w imieniu Republiki podpisał pokój).




Ta krótkotrwała wojenka (zwana w historiografii szumnie "Drugą wojną z Mitrydatesem") zakończyła się ostatecznie sukcesem króla Pontu, jako że podporządkował on sobie plemiona żyjące w rejonie Bosforu, które już wcześniej pragnął ujarzmić. Murena zaś (człowiek Sulli, pozostawiony w charakterze namiestnika Azji w 84 r. p.n.e. i mający pilnować na Wschodzie interesów dyktatora) większe sukcesy odniósł w walkach z piratami na morzu, niż z królem Pontu. W 83 r. p.n.e. (tuż przed atakiem na Mitrydatesa) kazał on umieścić trzy kamienne inskrypcje w języku greckim (w Kaunos, na Rodos i w Mesenii) w których to nazywał się: "Dobroczyńcą", "Opiekunem" i "Zbawcą" Hellady; a owym zbawcą stać się miał właśnie po pokonaniu karyjskich piratów pod wodzą Moagetesa, tyrana Kibyry. Nie wiadomo na ile jest to prawdziwe osiągnięcie, jako że Kibyrowie raczej nie parali się piractwem, zaś sam Moagetes (choć rzeczywiście był tyranem tertapolis w południowej Anatolii - rejon ten na wyżej zaprezentowanej mapce oznaczony jest słowem "Pirates" i leży na zachód i północ od Licji), najprawdopodobniej nie przewodził piratom (tutaj jednak należy poprzestać na domysłach, jako że z braku źródeł nie mam na ten temat pełnej wiedzy). W każdym razie Murena ogłosił się pogromcą piratów i tak już zostało, zaś po niepowodzeniu ataku na Pont i zakończeniu swego namiestnictwa, powrócił on do Italii (81 r. p.n.e.) nie rozwiązawszy wielu istotnych spraw, wciąż gnębiących tamtejszych Rzymian i Greków (np. nierozwiązana kwestia miasta Mityleny na Lesbos), za to w glorii sławy "pogromcy piratów". Jego miejsce w prowincji Azji zajął Marek Minucjusz Termus, który szybko rozgościł się na Wschodzie (szczególnie zaś w pięknej willi w Kolofonie, z której to był wspaniały widok na miejscowy port; podziwiał go - przybyły tam również w 81 r. p.n.e. - 19-letni wówczas Gajusz Juliusz Cezar. Cezarowi bardzo się tam spodobało, szczególnie że to właśnie w Kolofonie (mieście leżącym na północny-zachód od Efezu) po raz pierwszy zetknął się ze zbytkiem i (często) zniewieściałością Orientu, jakże różnej od życia w Rzymie, gdzie wciąż jeszcze ideałem była chłopska pracowitość, oszczędność, ofiarność dla sprawy publicznej i męstwo. Podstawowe cechy Rzymianina brzmiały: Wierność, Męstwo i Praca (swoją drogą Timagenes - grecki historyk i retor z Aleksandrii, wzięty przez Rzymian jako jeniec w 55 r. p.n.e. i potem wyzwolony przez Oktawiana Augusta - jako przyczynę upadku hellenistycznych królestw upatrywał (m.in.) ich zniewieściałość i pod tym względem skrycie podziwiał Rzymian, którzy wciąż utrzymali dawne, patriarchalne cnoty, dzięki którym ich kraj stał się potęgą. Timagenes jednak - choć pół życia spędził w Rzymie - nigdy nie uległ urokowi tego miasta i zawsze gdy Rzymianie toczyli boje z jakimś ludem na Wschodzie, brał stronę owych "barbarzyńców". Kiedyś stwierdził nawet, że pożary Rzymu smucą go tylko z tego powodu, że na miejsce starych gmachów, powstaną nowe, jeszcze wspanialsze. Wyzwolony przez Oktawiana, należał do ścisłej elity intelektualnej ówczesnego Rzymu, którego do swej śmierci nie przestał nienawidzić).




Nowy rzymski namiestnik Azji wytyczył sobie cel ostatecznego zdobycia Mityleny - miasta na wyspie Lesbos, które (w 88 r. p.n.e.) przyłączyło się do Mitrydatesa VI i które do tej pory było wrogie Rzymowi, niczym bolesna zadra tkwiąca w palcu. Co prawda Minucjusz Termus posiadał sporą flotę (rozbudował ją Murena), ale wydawała się ona niewystarczająca do całkowitego odcięcia miasta i zmuszenia go do kapitulacji, dlatego też wysłał młodego Cezara na dwór króla Bitynii - Nikomedesa IV. Tam też, w Nikomedii Cezara olśnił zbytek Wschodu, którego nie widział nawet w Kolofonie. Na jego powitanie Nikomedes nakazał rozsypać po drodze płatki róż, zaś mijane marmurowe posągi z pozłacanymi obręczami, sprawiały wrażenie niezwykłości a nawet nieziemskości. Jakże inaczej było w surowym Rzymie, gdzie budynki były wznoszone w najprostszy sposób z myślą głównie o użyteczności sakralnej i codziennej. Jakże złe wrażenie robił na tym młodym człowieku jego rodzinny Rzym, gdzie nieczystości były wylewane wprost na ulice, a samo miasto wciąż przypominało dużą wieś otoczoną pewną ilością murowanych świątyń i gmachów publicznych, niż typową hellenistyczną metropolię. Tu, w Nikomedii Cezar nie widział chodzących po ulicach kur, kóz czy świń, których w Rzymie było mnóstwo i które nie rzadko wchodziły do domów co poniektórych mieszkańców grodu Romulusa. Tam, w pałacu Nikomedesa Cezar stracić miał kontrolę i oddać się wyuzdanym orgiom, które przygotował dla niego władca Bitynii i ponoś oddawał się tam "miłości greckiej", która w świecie hellenistycznym nie była już uważana za niewłaściwą (choć wcześniej homoseksualizm był w Grecji często praktykowany, ale głównie dotyczył relacji pan-niewolnik lub dorosły mężczyzna-chłopiec, zaś w epoce hellenistycznej te zasady moralne już dawno ustąpiły i nikt nie zwracał uwagi na detale "męsko-męskiej miłości"), jednak wśród Rzymian nie było to popularne ani akceptowane (pisałem już kiedyś o tym, jak siostrzeniec Sulli zakochał się w pewnym oficerze, a jego "amory" były zbyt nachalne, co doprowadziło do śmierci owego młodzieńca. Sulla nie tylko nie zganił owego żołnierza i nie ukarał go za zabójstwo, ale dowiedziawszy się powodu zabicia swego siostrzeńca, przyznał mu jeszcze nagrodę), dlatego też, gdy Cezar powrócił z Nikomedii, za nim już podążała plotka, jakoby stał się tam kochankiem króla Nikomedesa i żołnierze Minucjusza Termusa żartowali sobie, mówiąc o młodym Cezarze: "Oto kochanka Nikomedesa, oto królowa Bitynii". W każdym razie Cezar sprowadził z Nikomedii potrzebną Termusowi flotę, przy pomocy której ów wódz zmusił Mitylenę do kapitulacji (80 r. p.n.e.). Wkrótce potem Termus został odwołany z namiestnictwa w Azji i wrócił do Rzymu (zaś Cezar - na krótko - powrócił... na dwór Nikomedesa 🥴). Jego miejsce zajął (79 r. p.n.e.) prokonsul Gajusz Klaudiusz Neron - za którego rządów powstała nowa rzymska prowincja - Cylicja, obejmująca ziemie Pamfilii i Cylicji Górzystej, zaś bez terenów Cylicji właściwej - przeto nowa prowincja nie odzwierciedlała prawdziwego zasięgu owej krainy; zaś pierwszym jej namiestnikiem został wybrany Gnejusz Korneliusz Dolabella.




W roku 78 p.n.e. król Mitrydates Eupator postanowił jakoś porozumieć się z Rzymianami i poprosić Senat o przyznanie mu statusu "przyjaciela" ("amicus") Ludu Rzymskiego, ale wysłanych posłów nie miał kto przyjąć i Senat odmówił im posłuchania (stwierdzono wówczas że senatorowie są zbyt zajęci by przyjąć posłów, co było jawną deklaracją nieprzyjaźni i publicznym policzkiem wymierzonym człowiekowi, który dziesięć lat wcześniej nakazał wymordowanie wszystkich Rzymian i Italików w zdobytej przez siebie prowincji Azji). Gest ten był nad wyraz jasny i widoczny dla wszystkich - Rzym nie ma zamiaru czynić z mordercy swego przyjaciela i wciąż traktuje go jako wroga ("hostis"), a nie wszczyna z nim wojny tylko dlatego że zajęty jest na innych frontach, ale gdy tylko się umocni, natychmiast odnowi wojnę z Pontem. Wiedział o tym sam Mitrydates (który w rozmowie z królem Partów otwarcie przyznał: "Rzym nie zaatakował mnie wówczas tylko dlatego, że przeszkodziły mu w tym kłopoty w innych częściach tego państwa"). Wojna była więc pewna i należało dobrze się do niej przygotować i król Pontu tak właśnie uczynił. Zlikwidował nieefektywne wielojęzyczne, niezdyscyplinowane oddziały, zastępując je karnymi jednostkami sformowanymi na kształt rzymskiego legionu. Również w polityce Mitrydates dobrze przygotował się do pewnej konfrontacji z Rzymem, zawiązując sojusze z wieloma państwami i ludami (swoje córki: Nysę i Mitridatis wydał za faraona Ptolemeusza XII Auletesa [ojca królowej Kleopatry VII] i jego brata Ptolemeusza władcę Cypru; ten jednak sojusz, gdy już przyszło do wojny - na niewiele się zdał, jako że Egipt był wówczas politycznie i militarnie uzależniony od Rzymu, a Rzym uzależniony był od dostaw egipskiego zboża). Sprzymierzył się Mitrydates z Sarmatami, Scytami z Azji, z mieszkańcami Taurydy, z Trakami i oczywiście z... piratami, którzy już w poprzednich wojnach wyświadczali mu spore usługi. W 75 r. p.n.e. posłał Mitrydates do Hiszpanii dwóch byłych żołnierzy z armii Gajusza Flawiusza Fimbrii (stronnika Cynny i Mariusza, wysłanego w 86 r. p.n.e. na Wschód do walki zarówno z królem Mitrydatesem, jak i z Korneliuszem Sullą), byli to: Lucjusz Magiusz i Lucjusz Fanniusz; ich celem było zawarcie sojuszu z rzymskim renegatem Kwintusem Sertoriuszem (byłym oficerem Gajusza Mariusza, od 80 r. p.n.e. sprawującym niepodzielną władzę quasi-królewską w Hiszpanii i toczącym wojnę z Rzymem, oraz zwycięskim stronnictwem optymatów dyktatora Sulli). I tak właśnie się stało, Sertoriusz posłał Mitrydatesowi jednego ze swoich oficerów - Marka Mariusza (który miał koordynować przekształcenie armii pontyjskiej na sposób rzymski), oraz oddał królowi wolną rękę w Bitynii, Kapadocji, Galacji i Paflagonii w zamian za co król Pontu obiecał Sertoriuszowi posłanie pieniędzy i okrętów do Hiszpanii (tak mówi oficjalny przekaz historyczny, realnie jednak należy pamiętać że Sertoriusz mimo wszystko nie był zdrajcą, a to, czego by się dopuścił w tym układzie, było jawną zdradą rzymskich interesów a przede wszystkim zdradą Ludu Rzymskiego. Wydaje się więc że sojusz z Mitrydatesem - jeśli w ogóle do niego doszło - był efemeryczny).


MITRYDATES VI EUPATOR



Rzymianie wciąż jednak nie podejmowali rzuconej im rękawicy i choć w prowincji Azji stacjonowały dwa legiony, nie poczyniono wówczas większych przygotowań do obrony, sądząc zapewne że władca Pontu nie zdecyduje się na atak. W tym czasie walki toczyły się na innych ziemiach rzymskiego Wschodu i tak w 77 r. p.n.e. nowy namiestnik Cylicji - Publiusz Serwiliusz Watia zajął wybrzeża Licji i Pamfilii, umacniając tym samym granice swojej prowincji; zaś namiestnik Macedonii - Appiusz Klaudiusz Pulcher skutecznie walczył z ludami Skodrysków i Rodopanami. W 75 r. p.n.e. nowy namiestnik Macedonii - Gajusz Skryboniusz Kurion rozpoczął kampanię przeciwko Dardanom (ludowi zamieszkującemu ziemie dzisiejszej południowej Albanii i Macedonii), a w ciężkich walkach dotarł wówczas aż do Dunaju (prawdopodobnie po raz pierwszy w rzymskich dziejach), ale zdobyczy swoich nie był w stanie utrzymać, jako że wojsko odmówiło dalszej walki (jak pisał Fronton: "Gdy konsul Gajusz Kurion prowadził kampanię przeciwko Dardanom w okolicach Dyrrachium, jeden z pięciu legionów wszczął bunt, odmówił dalszej służby i stwierdził, że nie będzie brał udziału w trudnej i niebezpiecznej ekspedycji, rozkazał pozostałym czterem legionom uzbroić się i stanąć w szyku pod bronią, tak, jak do bitwy"). Bunt ten został stłumiony siłą (przez zastraszenie mniejszej liczby buntowników, część żołnierzy została ukarana - nie wiadomo jednak w jaki sposób - wiadomo tylko że zbuntowany legion brał udział w walkach już kilka lat i żołnierzom nie uśmiechało się dalej walczyć z "barbarzyńskimi" plemionami i pragnęli zostać wycofani na tyły. Swoją drogą takie bunty w armii rzymskiej wcale nie należały do rzadkości i żołnierze buntowali się dość często przeciwko wojnom, których nie pojmowali i poświęceniu, którego wówczas od nich wymagano). Jednak zdobycze Kuriona w kraju Dardanów przepadły. W owym 75 r. p.n.e. namiestnik Cylicji dalej kontynuował walki i doszedł do gór Taurus, pokonując tam lud Izaurów. A tymczasem w Poncie trwały gorączkowe przygotowania do wojny, wykuwano broń, masowo ścinano lasy pod budowę nowych okrętów i szkolono rekrutów. Mitrydates wiedział że ta konfrontacja zadecyduje o przyszłości Wschodu na kilka dekad i czynił wszystko, by usunąć jakiekolwiek błędy i niedoskonałości w swojej armii, które w poprzednich latach były powodem jego militarnych klęsk w starciu z rzymską machiną wojenną.




A tymczasem w 74 r. p.n.e. w Nikomedii ostatnie tchnienie wydał stary zbereźnik, król Bitynii - Nikomedes IV Filopator (który utrzymywał w swoim pałacu harem złożony z młodych niewolników obojga płci i który swym zbytkiem i nieskrępowaną niczym seksualną ekspresją tak zauroczył Cezara). Ponieważ Nikomedes (pomimo "bzykania" wszystkiego na prawo i lewo) nie pozostawił po sobie następców (ponoć nie miał też i córek), w swym testamencie całe Królestwo zapisał Rzymowi (podobnie jak prawie sześćdziesiąt lat wcześniej uczynił król Pergamonu - Attalos III Euergetes). Teraz, namiestnik prowincji Azja - Marek Junkus Sylanus przygotowywał się do przejęcia Bitynii i zamienienia jej w kolejną rzymską prowincję, ale opanowanie tej ziemi oznaczałoby że Rzymianie całkowicie kontrolowaliby cieśniny wychodzące z Pontus Euxinus (Morza Czarnego) na Morze Trackie i Morze Egejskie, a to doprowadziłoby do zamknięcia Pontu w "kotle" z którego trudno byłoby się wydostać. Dlatego też Mitrydates nie uznał testamentu Nikomedesa i sprzeciwił się opanowaniu tej krainy przez Rzymian (sam bowiem miał ochotę zająć tę ziemię i to niekoniecznie w wyniku podboju, uważał bowiem że również ma prawo do tronu bityńskiego i to jemu właśnie - po śmierci ostatniego króla z rodu Basydów - przypaść powinna korona). W Rzymie tymczasem w owym 74 r. p.n.e. konsulat sprawowali - Marek Aureliusz Kotta i Lucjusz Licyniusz Lukullus, który w czasach Sulli wsławił się walkami z królem Pontu i teraz pragnął powtórzyć i powiększyć swą sławę. Wojna jednak wciąż nie była oficjalnie rozpoczęta, a król Mitrydates - niezwykle ostrożny - nie zamierzał zaczynać konfliktu bez pomocy swych sojuszników i czekał na ich przybycie do Pontu. Głównym portem kraju (i miejscem w którym najczęściej przebywał Mitrydates ze swoim dworem) była Synopa (ponoć Mitrydates z tamtejszego pałacu miał widok nie tylko na port i morze, ale również na pobliską lagunę), którą od reszty kraju oddzielała rzeka Halys. Synopa leżała zaś w kraju zwanym Paflagonia, którego to północne regiony opanowali Pontyjczycy, ale reszta tej krainy mogła sprawiać pewne problemy w przypadku dotarcia sojuszniczych kontyngentów do Synopy, dlatego też pierwszym zadaniem Mitrydatesa stało się opanowanie całej Paflagonii. Była to nieduża kraina, leżąca na wschód od Bitynii, ale miała kluczowe znaczenie pod względem strategicznym, dlatego też szybkim marszem władca Pontu opanował Gangrę (stolicę i największe miasto Paflagonii), przyłączając tę krainę do swego Królestwa. Tak oto Junkus Sylanus zaczął urządzać się w Bitynii, zaś Mitrydates w Paflagonii i zarówno jedna jak i druga strona nie zamierzały tego tolerować. Dla Rzymian wreszcie pojawiła się okazja wyeliminowania mordercy kobiet i dzieci (okrucieństwo jakiego dopuścili się wówczas Pontyńczycy i ci Grecy, którzy przyłączyli się do owych mordów na Rzymianach i Italikach - w dużej liczbie starcach, kobietach i dzieciach - można porównać z tym, co działo się na Wołyniu w latach 1943-1945, tym bardziej że skala tych mordów była również ogromna), zaś dla Mitrydatesa owa wojna była okazją do zjednoczenia całej Azji Mniejszej pod swymi rządami i stworzenia tam nowego, hellenistyczno-irańskiego królestwa zdolnego zatrzymać rzymskie postępy uczynienia z Mare Internum (Morza Śródziemnego) Mare Nostrum ("Naszego" czyli rzymskiego Morza).




PS: Jako ciekawostkę warto jeszcze nadmienić, że na początku 74 r. p.n.e. Gajusz Juliusz Cezar wypłynął z Rzymu na Rodos, aby pobierać tam studia retoryczne w szkole sławnego Molona, u którego wcześniej terminował Cyceron. Po drodze jednak miał pecha, w pobliżu wysepki Farmakusa jego okręt został zaatakowany przez piratów a Cezar dostał się do ich niewoli. Pozwolili oni Cezarowi posłać swoje sługi do miast greckich, celem zebrania okupu. W tym czasie Cezar zdołał przekonać swych porywaczy że im nie ucieknie i nie trzymali go cały czas pod strażą, a nawet grywał z nimi w kości i dowcipkował. W czasie tych "przyjaznych" biesiad, niby w żartach mówił, że gdy tylko odzyska wolność, każe ich wszystkich ukrzyżować. Traktowali oni owe słowa nie jako pogróżki, a jako dobry żart, tym bardziej że młody Cezar nie tylko nie dysponował żadną siłą wojskową, ale nie pełnił też żadnego politycznego urzędu, dającego mu jakąkolwiek władzę. Ponoć piraci zażądali za uwolnienie Cezara ogromnej sumy 2 talentów, ale ten uznał to za zniewagę jego rodu (wywodzącego się przecież od Askaniusza/Julusa syna Eneasza, uciekiniera spod Troi) i podwyższył okup za siebie do... 50 talentów. Gdy po 40 dniach niewoli okup ten został zebrany i dostarczony (przez sługi Cezara) do rąk piratów, Cezar został uwolniony i odstawiony do portu w Milecie. Tam natychmiast (bez chwili wytchnienia) nakazał obsadzić okręty stojące w tamtejszym porcie opłaconymi przez siebie ochotnikami i sam wypłynął na ich czele w pościg za niedawnymi porywaczami. Zaskoczył ich przy tej samej wysepce Farmakusie (na której był przetrzymywany) i po krótkiej walce (kilka pirackich okrętów zatopiono, większość poddała się prawie bez walki) ci sami piraci stali się teraz jeńcami Cezara. Odstawił on ich do Pergamonu, gdzie wyrok na nich (zgodnie z prawem) wydać miał namiestnik prowincji Azji - Marek Junkus Sylanus. Tego jednak nie było, przebywał wówczas w Nikomedii, gdzie przygotowywał Bitynię pod przejęcie przez rzymskich prokuratorów. Cezar wysłał do niego list, żądając ukarania piratów i skazania ich na ukrzyżowanie, ale Sylanus (powodowany zapewne ambicją i zawiścią, jakoby jakiś młokos wydawał mu polecenia co też ma uczynić) oficjalnie odmówił i polecił piratów sprzedać jako niewolników. Cezar jednak nie czekał na odpowiedź namiestnika i polecił zarządcy więzienia natychmiastowe wykonanie wyroku śmierci na piratach (oczywiście deklarując że taki był rozkaz Sylanusa). Gdy więc posłaniec z Nikomedii wjeżdżał w bramy Pergamonu z listem namiestnika w sprawie piratów, ci wisieli już na krzyżach. Tak oto Cezar urzeczywistnił groźbę, która wówczas dla jego porywaczy wydawała się być zwykłą groteską.




CDN.

28 czerwca 2026

HISTORIA ŻYCIA - WSZECHŚWIATA - WSZELKIEJ CYWILIZACJI - Cz. LV

USZKODZENIE I NAPRAWA FIRMAMENTU NIEBIESKIEGO
OZIĘBIENIE KLIMATU - OSTATNIA EPOKA LODOWCOWA W DZIEJACH ZIEMI
ORAZ OSTATECZNE WYMARCIE PRYMITYWNYCH LULUSÓW





EPOKA LODOWCOWA
i NAPRAWA FIRMAMENTU WODNEGO




 Po zakończeniu wojen z imperiami: MU i Ujghur, Atlanci na jakiś czas zaprzestali dalszych podbojów. Było to o tyle łatwiejsze, że praktycznie wszystkie państwa ówczesnego świata uznały niekwestionowaną pozycję Atlantydy i aby nie prowokować inwazji, wolały płacić haracz. Atlanci mogli więc teraz skupić się na innych kwestiach, które zaczynały być coraz bardziej dokuczliwe. Jedną z takich kwestii była niezwłoczna naprawa uszkodzonego firmamentu wodnego, który istniał w owych czasach nad Ziemią, chroniąc mieszkańców przed szkodliwym promieniowaniem z głębi kosmosu. Uszkodzenie firmamentu wodnego (zostanie on definitywnie zniszczony po wybuchu I Wojny Piramidowej), było efektem agresywnej działalności samych Atlantów, a przede wszystkim ściągnięcia przez nich na kontynent Lamar - wielkiej asteroidy. Sytuacja stawała się coraz poważniejsza, gdyż w owym czasie zaczęła się coraz wyraźniej ochładzać temperatura powietrza na Ziemi (szczególnie było to widoczne na terenach północnej Europy, Azji i Ameryki). Oczywiście klimat nie wszędzie był jednolity, a w niektórych regionach globu w czasie trwania owego zlodowacenia, klimat był cieplejszy niż jest obecnie (np. Azja Centralna i Południowa, Europa Południowa i Środkowa, oraz Afryka - gdzie panowały wręcz temperatury tropikalne - znacznie wyższe od obecnych 40° Celsjusza).

Mimo to, na północy kontynenty poczęły pokrywać się lodem i zmarzliną. Wyginęło wiele gatunków roślin i zwierząt, które nie potrafiły przystosować się do zmienionych warunków atmosferycznych. Dodatkowo na Ziemię napływało (powoli - falami, lecz w sposób ciągły) promieniowanie kosmiczne, które bardzo negatywnie zaczęło wpływać na odporność i długość życia mieszkańców naszej planety. Należało coś z tym zrobić i to bardzo szybko, nim dziura w firmamencie wodnym nie osiągnęła gigantycznych rozmiarów i nie zaczęła naprawdę zagrażać życiu Ludzi i innych istot na Ziemi. W tym celu wybrana grupa naukowców (genetyków i astronomów) wysłana została na Księżyc (Chowtę), gdzie założono placówkę badawczą w celu odbudowy zagrożonego firmamentu. Prace naprawcze na Księżycu trwały dość długo, prawie dwa pokolenia (czyli od ok. 25 000 r. p.n.e. do ok. 23 500 r. p.n.e.) i zakończyły się sukcesem - Atlanci odbudowali firmament niebieski. Oczywiście nie spowodowało to ustąpienia lodowców z północy i taki stan przetrwał tam przez ok. 15 tysięcy lat





ZAGŁADA PRYMITYWNYCH LULUSÓW 
(M.in.: HOMO NEANDERTHALENSIS)




 Pierwotni LuLusi, to były istoty ludzkie, stworzone przez Enkiego w jego afrykańskiej bazie w ABZU, których powołaniem miała być ciężka praca w kopalniach złota, potrzebnego Nibiruanom w celu naprawy uszkodzonego pola siłowego okrętu/planety Nibiru. Niestety, zrodzenie (ok. 200 000 lat temu) przez Ninlil (kochankę Enkiego i żonę jego brata - Enlila) pierwszego człowieka rozumnego (w dużej mierze z genów ziemskich małpoludów), powitano co prawda z zadowoleniem, jednak szybko się okazało że te istoty są bezpłodne i aby ich "naprodukować" więcej, należy komórki jajowe samic ziemskich małpoludów (zapłodnione "boskim sziru" przez Nibiruan), umieścić w łonie Nibiruanek. Proces należało więc co jakiś czas powtarzać, gdyż te istoty nie mogły się samodzielnie rozmnażać. Była to więc żmudna i często niebezpieczna praktyka, gdyż nie każda ciąża kończyła się szczęśliwie, niekiedy kobiety umierały podczas porodów, czy też w czasie wszelakich wcześniejszych powikłań. Enki przeprowadzał więc szereg nowych eksperymentów i z czasem doszedł do przekonania, że rozwiązaniem niepłodności pierwszych LuLusów jest zastąpienie komórki jajowej samic ziemskich małpoludów, bezpośrednio zapłodnioną komórką jajową kobiety z tego samego gatunku (w tym przypadku Nibiruanki). Po wizycie króla Plejad - Pelagona (ok. 49 000 r. p.n.e. ) i przekazania jego "sziru" do dalszych badań genetycznych, Enki połączył je z własnym na poziomie molekuł, a następnie zapłodnił nim swą siostrę - Ninhursag.

Tak (ok. 48 790 r. p.n.e.), narodził się ADAPA, czyli pierwszy w pełni rozumny człowiek, zwany przez Biblię - ADAMEM. Mógł on się już samodzielnie rozmnażać i pozbawiony był też cech zwierzęcych, które (choć w niewielkiej formie) wciąż posiadali prymitywni LuLusi. Adam zrodził się w EDENIE (konkretnie w Shuruppak - ośrodku medycznym Nibiruan, którym szefowała Ninhursag), a gdy ukończył dwa lata, matka uśpiła go do snu i w tym czasie pobrała od niego "sziru", by dzięki temu stworzyć mu towarzyszkę życia. Po dziewięciu miesiącach Ninhursag (która zapłodniła się "sziru" swego syna) zrodziła dziewczynkę (jej narodziny zostały wcześniej zaplanowane), nazwała ją LILITH. Potem Lilith stanie się matką a Adam ojcem kolejnej biblijnej postaci - EWY. Ta z kolei zrodzi synów KAINA i ABLA. Niechęć braci spowoduje że jeden zabije drugiego, lecz sąd Nibiruan - pod przewodnictwem Enkiego - zabroni wymierzyć Kainowi karę śmierci ("Jest moim wnukiem, Kain ma żyć" - miał wykrzyczeć Enki w stronę innych Nibiruan, zdecydowanych do skazania Kaina na śmierć). Kain następnie (wraz z żoną) będzie zmuszony opuścić teren Edenu i przenieść się na Wschód (gdzie rozpocznie budowę miasta NUD i zginie podczas jego budowy, przygnieciony jednym ze spadających kamieni). Dzięki pomocy Ninurty (syna Enlila), ród Kaina rozprzestrzeni się jednak po świecie.




Tymczasem Enki w swym laboratorium długo pracował nad genetyczną modyfikacją kolejnych Lulusów. Sojusz polityczny z Enlilem (który opisałem we wcześniejszych tematach) bardzo mu w tym pomógł, gdyż dał mu czas na badania naukowe, jednocześnie kumulując większość władzy w rękach Enlila (Enki nie będzie już więcej konkurował z bratem, pogodzi się z jego przewodnictwem a nawet będzie mu to na rękę, zważywszy eksperymenty, którymi odtąd zacznie się zajmować. (oczywiście dobrowolne oddanie władzy nie spodoba się synowi Enkiego - Mardukowi, który sam będzie chciał objąć przewodnictwo nad Nibiruanami i Ziemianami). Jednak jego prace po 48 790 r. p.n.e. będą jedynie "technicznymi uzupełnieniami", gdyż jeszcze na długo przed narodzinami Adama z Edenu - poprzez swoje doświadczenia genetyczne - Enki przywróci LuLusom możliwość wzajemnego rozrodu. Nim narodzi się Adam, powstaną jednak różne gatunki ludzi-pierwotnych (w tym gatunek Homo Neanderthalensis, a także inne gatunki Homo Sapiens, nie posiadające jednak nibiruańskich genów). Gatunki te będą zarówno ze sobą konkurowały (jak podają przekazy zuluskich szamanów, ludzie zrodzeni z krwi "Pierwszego Ludu" - chodzi zapewne o Nibiruan - walczyli z ludźmi-małpami - również genetyczne twory Enkiego, być może byli to właśnie sami Neandertalczycy). Czasami jednak obie grupy wzajemnie się ze sobą krzyżowały (dziś można odnaleźć szkielety ludzi pierwotnych, posiadające geny zarówno Homo Sapiens jak i Homo Neanderthalensis). 

Na marginesie można jeszcze zadać pytanie, jeśli pierwotni LuLusi posiedli już możliwość wzajemnego rozrodu, to po co w zasadzie stworzony został Adapa/Adam? Dobre pytanie, na które ani channelingi ani Biblia nie odpowiadają. Sądzę więc że narodziny Adama były z góry zaplanowane, w celu uczynienia z niego przyszłego władcę Edenu (czyli króla Nibiruan i pana wszystkich LuLusów i innych istot żywych na tym terenie - "Po czym Bóg im błogosławił, mówiąc do nich: "Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną, abyście panowali nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi" - Biblia Tysiąclecia Ks. Rodzaju 1:28). Adam został więc zrodzony z pełną premedytacją, jako władca tej Ziemi, a nie jako niewolnik, czy robotnik przeznaczony do pracy w kopalniach złota.




Kiedy jednak Enki przywrócił LuLusom płodność? Nie wiadomo (channelingi milczą na temat dat, czy nawet przybliżonych okresów gdzie mogłoby to mieć miejsce). Jednak sądzę że musiało się to stać w jakiś czas po stworzeniu pierwszego Lu-Lu (oczywiście pisząc "w jakiś czas", mam tu na myśli czas liczony w tysiącach lat). W każdym razie jeszcze przed 150 000 r. p.n.e. wszystkie stworzone gatunki LuLusów były płodne i zdolne do rozmnażania. W tym też czasie miało miejsce pierwsze (w tzw.: epoce prehistorycznej), potężne oziębienie klimatu na Ziemi. Wyginęło wówczas bardzo wiele gatunków pierwotnych hominidów (oraz nieudanych genetycznych eksperymentów Enkiego i Ninhursag (jak centaury, ludzie-ptaki, ludzie-węże itd.), którym Nibiruanie nie zapewnili ochrony. Niektóre jednak przetrwały (m.in.: Neandertalczycy), zamieszkując początkowo jaskinie, potem, szałasy i ziemianki, a w końcu domy z kamieni. Pierwsze zlodowacenie przetrwały więc jedynie niektóre gatunki LuLusów, natomiast drugie wielkie zlodowacenie, które miało miejsce właśnie ok. 25 000 r. p.n.e. (czyli już po zagładzie Lemurii), doprowadzi do całkowitej zagłady gatunku Homo Neanderthalensis, nie przetrwa też wiele pierwotnych Homosapiensów (dziś naukowcy twierdzą że był taki okres w dziejach naszej planety i naszego gatunku, że Homo Sapiens Sapiens z którego się wywodzimy, został tak ograniczony liczebnie, że na całej planecie pozostało zaledwie... kilkadziesiąt osób, nie kilkadziesiąt tysięcy, nie kilka tysięcy a właśnie kilkadziesiąt osób z których potem odbudowywano gatunek, łącząc częściowo geny z istniejącymi innymi rasami ziemskimi raz atlantyckiej i lemuriańskiej). Te zaś grupy, które przeżyją, połączą się potem z genami potomków Kaina, lub przybyszami z planety Hebra - tworząc lud Hebrajczyków, oraz z innymi ludzkimi rasami - jak choćby z potomkami Atlantów (m.in. Indoeuropejczycy), Aryjczyków z Ujghur (m.in.: Ariowie) - po jego definitywnym upadku, oraz uciekinierami z dawnego Imperium MU (rasa czerwonoskórych), czy też grupkami potomków dawnych kolonistów z Bakaratini (rasy czarnoskórych mieszkańców Afryki), tworząc współczesne ziemskie rasy gatunku Homo Sapiens Sapiens.



NEFILIM - "BOSKI SIEW"
(CZYLI STOSUNKI NIBIRUAN Z LULUSIANKAMI)




 Niektórym Nibiruanom nie wystarczał kontakt z kobietami własnego gatunku. Szukali nowych wrażeń i coraz częściej zerkali w stronę pięknych kobiet z gatunku LuLu, które jednak były już na tyle rozwinięte, że potrafiły się wysławiać i były pozbawione jakichkolwiek cech zwierzęcych (Nibiruanie nie łączyli bowiem swych genów z pierwotnymi, zwierzęcymi jeszcze LuLusami, którzy nie potrafili posługiwać się mową artykułowaną i byli jeszcze zbyt mało inteligentni. Rasa, z którą Nibiruanie zaczęli łączyć swe geny, była znacznie ulepszoną rasą, zbliżoną swym wyglądem, wytrzymałością i możliwościami do rodu Adama i Ewy z Edenu. Ta grupa LuLusów otrzyma potem nazwę Człowieka z Cro Magnon i będzie najdoskonalszą formą Homo Sapiens jaką stworzono w Edenie, podzieli się ona potem na mniejsze grupy i połączy z innymi rasami Gwiezdnych Kolonistów). Tak więc Nibiruanie wybierali jedynie kobiety młode, urodziwe, oraz... mądre (oczywiście jak na swój gatunek), gdyż ich zadaniem nie miał być jedynie sam akt prokreacji, lecz cała otoczka umilania czasu Nibiruanom. Uczono więc te kobiety gry na różnych instrumentach, śpiewu i tańca. Uczono jak upiększać swą twarz (Nibiruanie przekazali LuLusom - oczywiście już tym bardziej rozwiniętym - sekrety kosmetologii) i ciało. Miały bowiem służyć swym "boskim" panom jako ich nałożnice (często bowiem ci Nibiruanie posiadali już żony z własnego gatunku). Wiadomości na ten temat są również zamieszczone w Biblii, z tym że rolę Nibiruan przejęli tam Aniołowie, którzy zeszli z Nieba, biorąc sobie za żony i spółkując z ziemskimi kobietami. 

Niektóre z tych kobiet Nibiruanie poślubili, a jako że prawo planety Malona (a to właśnie Malonianie byli tą grupą, która w ogromnej większości przybyła z Nibiru szukać złota na Ziemi) zezwalało na wielożeństwo, nie musieli obawiać się konsekwencji własnych czynów. Połączenie genów Nibiruan z LuLusiankami, ów "Boski Siew", spowodował jednak pewne perturbacje. Mianowicie z tych związków zaczęły się rodzić gigantyczne istoty (przeciętny wzrost Nibiruan sięgał trzech metrów, LuLusianek poniżej dwóch, zaś ich potomstwo dochodziło do nawet 10 metrów wysokości - choć tacy byli ogromną rzadkością, według Edgara Cayce'a dominował bowiem wzrost do 3,5 - 4 metrów). Giganci przetrwali drugą (a w zasadzie to trzecią, uwzględniając zlodowacenie - które miało miejsce ok. 75 000 lat temu) epokę lodowcową zaistniałą w czasach przedhistorycznych, która zaczęła się ok. 25 000 r. p.n.e. Ich kres przyniesie dopiero I (zwany "wielkim") Potop z ok. 12 500 r. p.n.e. (opisany w Biblii), który będzie spowodowany uderzeniem ogromnej asteroidy i zniszczeniem kontynentu Atlantydy. Oczywiście niewielkie grupki gigantów (a raczej ich genów, przekazywanych potomkom) przetrwają dwie wojny piramidowe i dotrwają do czasów historycznych (np. biblijny Goliat, zabity z procy przez Dawida, czy też cesarz rzymski Maksiminus Trak - panujący w latach 235-238 - który miał być ogromnej postury, siły i wytrzymałości. Ponoć mógł jedną ręką pociągnąć naładowany wóz, którego woły nie mogły ruszyć z miejsca. Miał też łamać i wyrywać z ziemi drzewa z korzeniami i kruszyć w dłoniach kamienie - jadał też dziennie ok. 30 kilogramów mięsa i wypijał amforę wina).


CDN.

WALKA Z KOMUNISTAMI W PRZEDWOJENNEJ POLSCE - Cz. X

CZYLI GDZIE CHOWAŁY SIĘ "SZCZURY"





KOMUNISTYCZNA PARTIA POLSKI
(CZYLI DZIAŁALNOŚĆ MOSKIEWSKIEJ EKSPOZYTURY W POLSCE)
Cz. X




 13 października 1923 r. miał miejsce bodajże największy zamach terrorystyczny w międzywojennej Polsce - eksplozja składu amunicji w warszawskiej Cytadeli. Początkowo nic nie zapowiadało tej katastrofy. Rankiem sześciu wchodzących do Cytadeli pracowników prochowni zostało tradycyjnie poddanych rutynowej kontroli (bardzo dokładnej, łącznie z kontrolą bielizny osobistej) w celu znalezienia jakichkolwiek niedopałków lub czegokolwiek co mogłoby zaprószyć ogień w składach amunicji i prochu. Niczego nie znaleziono, jednak ok. godziny 9 rano szef kompanii piechurów 21 Pułku Piechoty porucznik Bakierski zauważył dym unoszący się nad obwałowaniem prochowni. Natychmiast krzyknął do żołnierzy: "Za szwalnię!", a chwilę potem rozległ się potworny rozrywający huk. Był on tak wielki, że żołnierze piechoty - ćwiczący wówczas nad Wisłą, widząc co się dzieje i sądząc że jest to atak gazowy, a nie mając przy sobie masek gazowych, ruszyli ku Wiśle żeby się ukryć w wodzie i tym samym uniknąć śmiertelnych oparów. O skali eksplozji niech świadczy fakt, że w jej wyniku zawaliły się dachy domów oficerskich na Żoliborzu, a na Starym Mieście wyleciały szyby z okien, huk zaś było słychać w Otwocku i Mińsku Mazowieckim. W wyniku eksplozji zniszczony został budynek X Pawilonu Cytadeli, a także stajnia, kuchnia, szwalnia i magazyn z mundurami i tylko dzięki temu że prochownia była częściowo wkopana w ziemię i otaczał ją ziemny wał zawdzięczać należy że siła wybuchu nie była większa i że nie ucierpiał pobliski fort amunicyjny, załadowany pociskami artyleryjskimi. Na miejscu wybuchu zginęło jednak aż 28 osób (w tym wiele kobiet i dzieci, gdyż w forcie mieszkały przecież całe rodziny oficerskie) a 90 kolejnych odniosło poważne rany. O przeprowadzenie tej akcji zostali oskarżeni dwaj oficerowie Wojska Polskiego (których wymieniłem w poprzedniej części) Walery Bagiński i Antoni Wieczorkiewicz, którzy już od sierpnia 1923 r. przybywali w więzieniu, więc nie mogli bezpośrednio podłożyć ładunków wybuchowych (jednak Wieczorkiewicz wcześniej przechwalał się że jest gotów wysadzić Cytadelę w każdym momencie, a po wybuchu śpiewał wraz z Bagińskim pieśń rewolucyjną "Czerwony Sztandar"). Należeli oni jednak do kręgu Władimira Milutina - wysokiego przedstawiciela Kominternu, stojącego od 1923 r. na czele poselstwa sowieckiego w Warszawie. To on zarządzał nasileniem akcji terrorystycznych, akcji strajkowych i wszelkich demonstracji oraz zamieszek ulicznych, to właśnie z ambasady sowieckiej wyszły ładunki wybuchowe, które zostały podłożone w warszawskiej Cytadeli. W każdym razie 10 grudnia Bagiński i Wieczorkiewicz skazani zostali na karę śmierci, zamienioną następnie na długoletnie więzienie (ostatecznie mieli być wymienieni na Polaków uwięzionych na Łubiance, ale do tego nie doszło, gdyż 29 marca 1925 r. zastrzeleni zostali przez eskortującego ich przodownika policji Wincentego Muraszkę). Zamach w warszawskiej Cytadeli mocno przeraził opinią publiczną i wyrwał z przekonania o trwałym bezpieczeństwie. 


ZNISZCZONY BUDYNEK X PAWILONU CYTADELI WARSZAWSKIEJ (dół),
ORAZ ZAWALONE DACHY WOJSKOWYCH BUDYNKÓW MIESZKALNYCH (góra)





Natomiast Milutin nie próżnował. To z jego inicjatywy powstało Zakordonnyj Otdieł który koordynował zamachy przeprowadzane na wschodnich terenach Rzeczypospolitej. To za jego zgodą dokonywano zabójstw funkcjonariuszy Policji i Wojska Polskiego, urzędników oraz kolonistów wojskowych na wschodnich rubieżach Polski. To on przekazywał środki i dyspozycje dla bojówek i oddziałów dywersyjnych, które miały wspomagać bunty Białorusinów i Ukraińców, oraz podważać zaufanie do władz Rzeczpospolitej na Wschodzie. W tamtym czasie - jeszcze przed utworzeniem Korpusu Ochrony Pogranicza - był to bardzo poważny problem dla młodej polskiej państwowości.

Również w październiku 1923 r. w Wilnie utworzono Komunistyczną Partię Zachodniej Białorusi, jako autonomiczną strukturę wchodzącą w skład Komunistycznej Partii Robotniczej Polski. Pomimo jednak tego wszystkiego odrodzony kraj z trudem bo z trudem, ale nieustannie rósł w siłę.

21 października 1923 r. z poparciem Francji (a konkretnie premiera Raymonda Poincaré) w Akwizgranie separatyści nadreńscy proklamowali powstanie autonomicznej Republiki Nadreńskiej. Była to już druga po majowej (Trewir) próba oderwania od Niemiec pewnej części terytorium Nadrenii i stworzenia tam teoretycznie niezależnego, a w praktyce całkowicie podporządkowanego i finansowanego przez Francję państewka. Poincaré - zdecydowany przeciwnik Niemiec (był w końcu prezydentem Republiki w czasie Wielkiej Wojny), dążył przede wszystkim do maksymalnego ich osłabienia, a jednocześnie do wymuszenia na nich zapłaty reparacji wojennych w takiej wysokości, w jakiej życzył sobie tego Paryż. Ruch separatystów Adama Dortena (notabene w tym ruchu działał również pierwszy kanclerz powojennych Niemiec - Konrad Adenauer) finansowany przez Francuzów, załamał się jednak już po kilku dniach, mimo to Paryż nie powiedział w tym temacie jeszcze ostatniego słowa i nie była to ostatnia próba wywarcia wpływu na Berlin.

Potęgujący się kryzys francusko-niemiecki w Nadrenii, przełożył się również na zmiany w prawicowej koalicji rządu Chjeno-Piasta (czy też rządu paktu lanckorońskiego - jak chcieliby niektórzy) premiera Wincentego Witosa. 27 października wicepremierem w miejsce Stanisława Głąbińskiego został Wojciech Korfanty, ministrem spraw zagranicznych za Mariana Seydę - Roman Dmowski, a Alfred Chłapowski został ministrem równie trudnego departamentu jakim było rolnictwo (trudnego, ponieważ ciągle nie została rozwiązana kwestia reformy rolnej i kolejne rządy zastanawiały się w jaki sposób ją przeprowadzić, aby za bardzo nie naruszyć dotychczasowej własności która była w rękach szlachty i arystokracji, lub ewentualnie jakie odszkodowania przeznaczyć im za parcelację owej ziemi. Jednym z przejawów tej atmosfery była - wybuchła jeszcze w maju 1923 r. - afera Dojlid. Dojlidy to był majątek należący do mieszkającej w Berlinie obywatelki niemieckiej Zofii Rüdigerowej. Narodowa Demokracja jak i "piastowcy" nawoływali do polonizacji tego majątku. Gdy 28 maja utworzony został rząd Chjeno-Piasta, kontrolowany przez ludowców- piastowców Bank Ludowy, wykupił za zgodą Głównego Urzędu Ziemskiego - Dojlidy od Rüdigerowej - notabene została ona zmuszona do sprzedaży owego majątku zapowiedzią, iż i tak będzie on rozparcelowany i wówczas tylko na tym straci. Sprzedała więc Dojlidy praktycznie za bezcen, za 75 milionów ówczesnych marek - które z każdym miesiącem traciły na wartości. Ale tak naprawdę nie to było powodem całej afery. Prawdziwym powodem stał się fakt, że przejęte przez Bank Ludowy Dojlidy zostały następnie sprzedane księciu Lubomirskiemu, czyli innymi słowy ludowcy, którzy mieli na sztandarach walkę o reformę rolną i parcelację majątków magnackich, sprzedali jeden z tych majątków bez choćby nawet podjęcia próby przeznaczenia jego części na ziemię dla chłopów, w ręce wielkiego ziemskiego magnata. Rzeczywiście wybuchła wtedy wielka afera).


POWITANIE PREZYDENTA KAROLA NAWROCKIEGO W TURCJI
(KTOŚ KIEDYŚ STWIERDZIŁ ŻE TURCY BYLI NAJSZLACHETNIEJSZYM Z PRZECIWNIKÓW Z KTÓRYMI ZMAGALIŚMY SIĘ W CIĄGU OSTATNICH 600 LAT - I MIAŁ RACJĘ. NASZYCH DZIEJACH BYŁY MOMENTY BARDZO BLISKICH RELACJI {JAK CHOĆBY OD CZASÓW ZYGMUNTA JAGIELLOŃCZYKA I BONY SFORZY ORAZ SULEJMANA WSPANIAŁEGO I SUŁTANKI HURREM, KTÓRZY WZAJEMNIE PISALI DO SIEBIE LISTY. POKÓJ POLSKO-OSMAŃSKI PO RAZ PIERWSZY ZOSTAŁ ZAWARTY W ROKU 1533 I PRZETRWAŁ DO 1595} JAK RÓWNIEŻ KRWAWYCH WOJEN, ALE JAKOŚ ZAWSZE NASZE DWA NARODY CECHOWAŁY SIĘ WZAJEMNYM DO SIEBIE SZACUNKIEM. 
TURCJA BYŁA TEŻ JEDNYM Z NIELICZNYCH PAŃSTW NA ŚWIECIE, KTÓRE NIGDY NIE UZNAŁY ROZBIORÓW RZECZYPOSPOLITEJ I PODCZAS OFICJALNYCH AUDIENCJI W WIEKU XIX, GDY POSŁOWIE OBCYCH PAŃSTW - W TYM POSEŁ ROSYJSKI - OCZEKIWALI NA SUŁTANA, NAGLE WCHODZIŁ SZAMBELAN I WSZYSTKIM KOMUNIKOWAŁ ŻE MUSZĄ JESZCZE POCZEKAĆ, GDYŻ "POSEŁ Z LECHISTANU JESZCZE NIE PRZYBYŁ". BYŁO OCZYWISTE ŻE TAKI POSEŁ NIE PRZYBĘDZIE GDYŻ POLSKA WÓWCZAS NIE ISTNIAŁA, ALE TYM SPOSOBEM TURCY GRALI NA NOSIE MOSKALOM)



TUTAJ JEST POKAZANE SPOTKANIE Z SULEJMANA Z IZABELĄ JAGIELLONKĄ, CÓRKĄ KRÓLA ZYGMUNTA JAGIELLOŃCZYKA 
(BYŁA ONA Z ŻONĄ JANA ZAPOLYI Z SIEDMIOGRODU {LENNIKA OSMANÓW} I TOCZYŁA WALKĘ Z AUSTRIACKIMI HABSBURGAMI. NOTABENE W JEDNYM Z LISTÓW WYSŁANYCH DO KRÓLA ZYGMUNTA SULEJMAN DZIWIŁ SIĘ DLACZEGO OJCIEC NIE PRZYSZEDŁ CÓRCE Z POMOCĄ, TYLKO NAMAWIAŁ DO TEGO SUŁTANA, A ODPOWIEDŹ NA TO PYTANIE BYŁA BANALNIE PROSTA - DLATEGO ŻE SZLACHTA POLSKA NIE GODZIŁA SIĘ NA INTERWENCJĘ NA WĘGRZECH, A PONIEWAŻ W POLSCE REALNIE WÓWCZAS PANOWAŁA DEMOKRACJA A NIE ABSOLUTYZM, TAKA WYPRAWA BYŁA NIEMOŻLIWA BEZ ZGODY NARODU)



29 października 1923 r. Turcja ogłosiła się republiką, tym samym kończąc 624-letnią historię Imperium Osmańskiego. Ostatnim sułtanem był Abdülmecid (panujący od 18 listopada 1922 r.). Imperium Osmańskie, które również należało do stronników Niemiec i Austro-Węgier w czasie I Wojny Światowej, paradoksalnie pomimo rozpadu tego Imperium wyszło na tym zdecydowanie najlepiej ze wszystkich państw, które przegrały tę Wojnę. Turcja weszła do wojny po stronie Państw Centralnych 2 listopada 1914 r. (chociaż już wcześniej umożliwiła niemieckim okrętom "Goben" i "Breslau" wpłynięcie na Morze Czarne i ostrzał rosyjskich portów na Krymie). Wejście do wojny Imperium Osmańskiego spowodowało, że kraj ten natychmiast musiał utworzyć co najmniej cztery fronty: sueski, mezopotamski, zakaukaski i bałkański (a także galicyjski, gdyż sułtan posłał - jako wsparcie dla Austro-Węgrów - niewielką jednostkę Armii Tureckiej, jako podkreślenie braterstwa broni. Notabene dało to asumpt do przytoczenia przepowiedni, że Polska odrodzi się z kajdan niewoli, gdy Turek napoi swe konie w Wiśle. Co prawda Turcy do Wisły nie doszli, ale swe konie napoili w Dniestrze 😉). Ogólnie wojna niezbyt dobrze szła Turkom. Front sueski załamał się ostatecznie we wrześniu 1918 r., a Brytyjczycy zajęli Hajfę, Nazaret, Damaszek i Aleppo (notabene ogromnie pomógł im brytyjski agent, podróżnik i dyplomata Jego Królewskiej Mości, niejaki Thomas Edward Lawrence, który zdołał przekonać arabskie plemiona do wystąpienia przeciwko Imperium Osmańskiemu i zwany był przez nich po prostu "Lawrence z Arabii" - notabene nie była to też postać krystaliczna, zresztą trudno oczekiwać po takim miłośniku przygód aby był krystaliczny. Mam więc na jego temat dość sporo informacji które raczej chluby mu przynieść nie mogą, ale pomińmy to. Dzięki wsparciu Arabów, Brytyjczycy zajęli Barszewę, Jerozolimę i Damaszek). Front mezopotamski zaś ostatecznie załamał się w marcu 1917 r. po zajęciu przez Brytyjczyków Bagdadu, a ostatecznie w październiku 1918 r. Brytyjczycy stali już pod Mosulem i Kirkukiem. Front zakaukaski załamał się zaś kwietniu 1916 r. a Rosjanie do końca lipca tego roku zajęli Trapezunt, Erzerum i całą turecką Armenię (po rewolucji październikowej front oczywiście się ponownie załamał i Turcy przeszli do ofensywy, odzyskując Armenię i zajmując dużą część Armenii rosyjskiej i Gruzji, w tym miasto Batumi).




Front bałkański był zaś trzeciorzędny i nie odegrał praktycznie żadnej roli, poza wsparciem Bułgarów w walkach w północnej Grecji. Największe zaś zwycięstwo odnieśli Turcy w walkach z Armią brytyjsko-francuską pod Gallipoli w Cieśninie Dardanelskiej. Od 25 kwietnia 1914 do 19 grudnia 1915 r. Gallipoli stało się grobem wielu brytyjsko-francuskich żołnierzy, a sama bitwa była prawdziwą rzezią (na jednym z odcinków tej bitwy dowodził płk. Mustafa Kemal - zwany potem Ataturkiem, twórca Republiki Tureckiej). 30 października 1918 r. przedstawiciele sułtana w porcie w Mudros na Lesbos, na pokładzie brytyjskiego okrętu "Agamemnon" podpisali pakt zawieszenia broni. Turcja wychodziła z tej wojny mocno poobijana - miano bowiem zdemobilizować armię, wydać Aliantom okręty wojenne, przekazać cieśniny w górach Taurus, wycofać się z terenów arabskich, z Kaukazu, z Armenii, a 13 listopada wojska brytyjsko-francuskie wkroczyły do Stambułu, rozpoczynając jego okupację. Od razu też ujawniły się rozbieżne interesy pomiędzy mocarstwami alianckimi. Rosja pragnęła uzyskać Cieśniny, ale po wybuchu rewolucji bolszewickiej projekt ten praktycznie przestał być akceptowany przez inne państwa. Brytyjczycy coraz śmielej postępowali sobie w Turcji, nawet zażądali aby całe Imperium Osmańskie stało się terytorium mandatowym Wielkiej Brytanii (poza tym oczywiście dotychczasowy kapitał niemiecki został z Turcji usunięty, a zastąpił go kapitał brytyjski). Politycy rządzący rozpadającym się Imperium woleli jednak USA od Wielkiej Brytanii i nawet zaproponowali Amerykanom że gotowi są oddać kraj pod ich protekcję, w zamian za amerykańskie inwestycje i pomoc w odbudowie kraju. Amerykanie byli jednak bardzo niepewni i ostatecznie nic z tego nie wyszło. Poza tym Imperium zaczęło się dosłownie rozpadać. Najpierw na niepodległość wybiła się Armenia (zaraz po podpisaniu zawieszenia broni przez Turcję), potem Grecy przystąpili do działania i w maju 1919 r. wylądowali w Izmirze (dawna Smyrna), wkrótce potem Włosi zajęli Antalyę i południowo-zachodnie obszary Turcji (dawną Licję i Pamfilię), a Francuzi wdzierali się z południowego-wschodu do Cylicji.




PLANY POWOJENNEJ EUROPY WEDŁUG PREZYDENTA USA WOODROW WILSONA, NAŁOŻONE NA GRANICE Z ROKU 1914



10 sierpnia 1920 r. w miejscowości Sèvres pod Paryżem Turcja oficjalnie podpisała swoją kapitulację i była to totalna katastrofa, prawdziwy rozbiór Turcji. Na wschodzie miała powstać niepodległa Armenia (projektowana przez prezydenta Wilsona tzw: Wielka Armenia), oraz Kurdystan. Poza tym Turcja musiała się wyrzec Syrii, Iraku i Palestyny. Armia Turecka miała zostać zdemobilizowana i ograniczona do 50 000 żołnierzy. Nawet stolica - Stambuł (Konstantynopol) została oderwana od państwa i stworzono tam obszar międzynarodowy (z tym że było to jednocześnie miasto rezydencjalne samego sułtana). Podpisanie przez zniedołężniałego już Mehmeda VI - a raczej jego przedstawicieli - traktatu w Sèvres było tym, czym dla Niemiec był traktat wersalski - totalnym upokorzeniem, z tym że uczynionym rękoma ludzi, którzy realnie stracili już jakikolwiek mandat do przewodzenia Narodowi tureckiemu i to wywoływało jeszcze większą frustrację. Wytworzyły się też dwa ośrodki władzy, jeden stambulski - całkowicie uległy i realnie kontrolowany przez zachodnie mocarstwa i anatolijski - dążący do utrzymania jedności państwa i suwerenności Narodu. Szybko też zaczęto organizować grupy zbrojne, które miały sprzeciwić się rozbiciu kraju przez Zachód. Na ich czele stanął pułkownik Mustafa Kemal, doświadczony oficer, który 19 maja 1919 r. wylądował w porcie Samsun otwierając tym samym narodową "Wojnę Wyzwoleńczą Turków". W nocy z 8 na 9 lipca wypowiedział on posłuszeństwo sułtanowi, uznając że ten stracił już jakikolwiek autorytet i prawo do przewodzenia Narodowi, a 23 lipca "Komitet Obrony Praw Wschodniej Anatolii" - na której czele stał właśnie Mustafa Kemal, ogłosił nienaruszalność tureckich granic. Alianci byli bardzo zaskoczeni zachowaniem Turków, nie spodziewali się bowiem że w ogóle będą oni stawiać opór - a tu taka niespodzianka. Zaś 4 września 1919 r. zebrany w Sivas Kongres Narodowy potwierdził zarówno nienaruszalność granic, jak również odrzucił jakiekolwiek formy protektoratu, czy to brytyjskiego, czy amerykańskiego czy francuskiego. Sułtan próbował walczyć o zachowanie resztek swego autorytetu, a przede wszystkim władzy i na 12 stycznia 1920 r. zwołał do Stambułu Kongres Narodowy, który miał zadecydować o przeszłości granic i stosunku do zwycięskich mocarstw. Szybko jednak okazało się że ów kongres zdominowali kemaliści, którzy ogłosili "Deklarację paktu Narodowego", żądając plebiscytów w zachodniej Tracji, na ziemiach zamieszkałych przez Arabów, jak również w Iraku i na terenach wschodnich.


MUSTAFA KEMAL PASZA
"ATATURK
("OJCIEC WSZYSTKICH TURKÓW")



Kongres Narodowy został jednak rozpędzony przez Brytyjczyków i Francuzów 16 marca 1920 r., gdyż padające tam deklaracje jawnie godziły w ich interesy jako zwycięskich mocarstw. Wielu kemalistów zostało aresztowanych i wywieziono ich na Maltę, gdzie trzymano pod strażą. W takiej sytuacji na 25 kwietnia 1920 r. Mustafa Kemal Pasza zwołał do Ankary Wielkie Zgromadzenie Narodowe które Kemala wybrało swym przewodniczącym. Sułtan wówczas ogłosił go zdrajcą, a wielki mufti wydał fatwę, którą brytyjskie samoloty (w formie ulotek) zrzucały na tureckie miasta i wioski. Rozpoczęto też formowanie Armii Kalifatu, która miała przegonić "buntowników". Dodatkowo 20 czerwca 1920 r wybuchła wojna z Grecją, a Armia Grecka do sierpnia tego roku zajęła całą zachodnią Anatolię. Pierwsze zwycięstwo w tej wojnie Turcy odnieśli (pod wodzą Ismet Beya) 10 stycznia 1921 r. w bitwie pod Inönu. Ofensywa grecka została zatrzymana. Turcy zdołali również zmusić Francuzów do zatrzymania się w Cylicji. W marcu Grecy ponownie podjęli ofensywę, która została zatrzymana w drugiej bitwie pod Inönu (30 marca - 1 kwietnia), ale te niepowodzenia ich nie zraziły i w lipcu-sierpniu 1921 r. przeprowadzili Grecy wielką ofensywę (pod osobistym dowództwem króla Konstantyna), która zajęła znaczną część środkowej Anatolii, dochodząc zaledwie 75 km od Ankary. I gdy wydawało się już że turecka rewolucja narodowa wkrótce upadnie, 5 sierpnia 1921 r. Mustafa Kemal Pasza został głównodowodzącym całej Armii ze specjalnymi uprawnieniami. W dniach 23 sierpnia - 13 września doszło do wielkiej bitwy pod Sakaryą, która ostatecznie doprowadziła do załamania greckiego natarcia i zwycięstwa narodowych sił tureckich. Pod wrażeniem tego zwycięstwa, a przede wszystkim woli walki Turków, kolejne mocarstwa zaczęły wycofywać się z tureckich ziem - w lipcu 1921 r. z Antalyi wycofali się Włosi, w październiku Francuzi ewakuowali wilajety cylicyjskie i wycofali się do Syrii. Zostali tak naprawdę tylko Brytyjczycy, którzy sami nie chcieli walczyć.
 



PLANY STWORZENIA WIELKIEJ ARMENII 



W międzyczasie Turcy zajęli Armenię i Kurdystan (wrzesień-grudzień 1920 r.), co spowodowało że 22 marca 1922 r. na konferencji w Paryżu mocarstwa zachodnie uzgodniły nowy przebieg granic Turcji (potwierdzone potem przez traktat w Lozannie z 24 lipca 1923 r.), które praktycznie były identyczne z tymi, jakie obecnie posiada Turcja, jedyną różnicą było zajęcie przez Francuzów niewielkiego skrawka ziemi, czyli sandżaka Aleksandretty (przekazany Turcji w roku 1939), oraz wytyczenie obszaru międzynarodowego (i zdemilitaryzowanego dla Turków) wokół Cieśnin i Morza Marmara (łącznie z samym Stambułem, który został zajęty przez Turcję w 1936 r. wkrótce po remilitaryzacji Nadrenii przez hitlerowskie Niemcy). Oczywiście wcześniej musiano wygonić Greków również ze Smyrny i całego tego obszaru, co też uczyniono, a 11 października 1922 r. podpisano turecko-greckie zawieszenie broni. Tak oto Turcja utrzymała większość swych "rdzennych" granic i zachowała suwerenność. Ostatecznie 1 listopada 1922 r. zniesiono godność sułtańską (sułtan stał się w zasadzie już tylko taką pacynką która przebywała w Stambule - jeszcze w otoczeniu swego Haremu i Dywanu, choć większość kobiet została już uwolniona i zostały tam tylko te, które chciały, bo na przykład nie miały dokąd pójść). 




13 października 1923 r Ankarę uznano za nową stolicę państwa, a 29 października oficjalnie proklamowano Republikę Turecką, jednocześnie wybierając Mustafę Kemala Paszę (zwanego już wówczas Ataturkiem - czyli przywódcą wszystkich Turków) na pierwszego prezydenta kraju. Kraj szybko też przystąpił do budowy swych podstaw na zupełnie innych korzeniach niż Imperium Osmańskie. Przede wszystkim stworzono kraj całkowicie zlaicyzowany, usuwając wszelkie medresy z jakiegokolwiek wpływu na politykę. Rozpoczęto też wprowadzanie alfabetu łacińskiego i pozwolono kobietom ubierać się w takie suknie, w jakie chciały, bez konieczności zakrywania twarzy (a nawet stało się to zabronione). Ogólnie stan taki trwa praktycznie do dzisiejszych czasów Erdogana.






Należy dodać że rzeczywiście Turcja pod względem praw kobiet w świecie islamskim jest bodajże jednym z wyjątkowych krajów w obecnym czasie (niegdyś do tego grona należał jeszcze Iran). W innych krajach muzułmańskich kobieta - nawet w towarzystwie swego męża czy chłopaka - może być narażona na nagabywanie ze strony innych mężczyzn, w Turcji (ale paradoksalnie również w Iranie) czegoś takiego nie spotkamy. Zresztą ja jestem miłośnikiem utrzymania różnorodności kulturowej krajów świata, wbrew temu co próbuje się nam narzucić czyli wymieszanie wszystkiego w jednym kotle. Dlatego tak ważne jest dbanie o własną kulturę narodową, o własną historię i przede wszystkim o własną religię (tak jak na filmiku poniżej). W krajach chrześcijańskich modlenie się muzułmanów możliwe musi się stać jedynie w meczetach, a nie na ulicach, w parkach czy na drogach - jak to ma miejsce obecnie w Europie Zachodniej. Europa to jest obszar w którym króluje Jezus Chrystus i to ON jest jedynym naszym Mistrzem, Przewodnikiem i Panem, nie chcemy tu w przestrzeni publicznej żadnych Mahometów, Allahów i innych tego typu publicznych form narzucania nam obcych kultów religijnych - tyle w temacie.






Potęgująca się drożyzna i spadek wartości marki polskiej spowodował, iż w kraju dochodziło do wielu strajków (co oczywiście starali się wykorzystać komuniści, którzy co prawda tworzyli różnego rodzaju postulaty strajkowe, ale nie one miały znaczenie, były w zasadzie tylko pretekstem do tego, aby zorganizować kolejny strajk, bo chodziło tylko i wyłącznie aby cały kraj zanarchizować i podburzyć w taki sposób, żeby ułatwić wybuch rewolucji komunistycznej w Polsce i oczywiście interwencję Armii Czerwonej). Socjaliści ogłosili na 5 listopada strajk powszechny na kolei i na poczcie. Rząd próbował pokazać pazury i ogłosił militaryzację kolejnictwa oraz powołanie kolejarzy do wojska. W paru województwach wprowadzono też stan wyjątkowy i sądy doraźne, oraz zakazano zgromadzeń. Z tego też powodu, dnia 6 listopada 1923 r. doszło w Krakowie do tragicznych wydarzeń. Zofia Kirkor-Kiedroniowa (siostra braci Grabskich, z których Władysław był następnie twórcą polskiej waluty - Złotówki) tak pisała o tym w swoich "Wspomnieniach": "Pojąć było trudno, jak mógł tłum krakowski, z socjalistycznych robotników, strzelców-piłsudczyków i mętów ulicznych złożony, wziąć górę na wojskiem, płakać się chciało, że w Krakowie od kul rodaków padli ułani polscy. (...) Nikt z winnych rebelii nie został pociągnięty do odpowiedzialności". Przeciwko demonstracji socjalistycznej w Krakowie władze wyprowadziły wojsko. Większość ułanów pozwoliła się rozbroić, ale dwa szwadrony otrzymały rozkaz szarży na tłum i je wykonały. Robotnicy polali granitową kostkę bruku wodą, na której konie zaczęły się ślizgać, a następnie obie strony otworzyły do siebie ogień (robotnicy przejęli jakieś 300 karabinów). Walki rozpoczęły się na ulicy Dunajewskiego, a potem przeniosły się na krakowski Rynek i kilka sąsiednich arterii. Rezultat tych wydarzeń był taki, że zabitych zostało 18 osób cywilnych i 14 ułanów, rannych łącznie zostało 200 osób (w tym 101 ułanów i oficerów i 38 policjantów). Walki trwały do wieczora, a w wyniku strajku elektrowni miasto pogrążyło się w ciemności. Dopiero dnia następnego zdołano dojść do kompromisu, chociaż Sejm (na wniosek prokuratury) zdjął immunitety dwóm posłom socjalistycznym zaangażowanym w podżeganie do walk - Stańczykowi i Bobrowskiemu, ale podczas procesu z lipca 1924 r. nie udowodniono im winy (skazano wówczas jedynie pięciu opryszków biorących udział w kradzieżach i nawet przywódcy rebelii - Klemensiewiczowi udało się wykaraskać z zarzutów karnych).

Nie tylko Kraków był areną krwawych wydarzeń socjalistycznych zamieszek. Również 6 listopada w Borysławiu w starciu z wojskiem padło trzech zabitych robotników a 10 zostało ciężko rannych, a 8 listopada w Tarnowie padło 5 zabitych robotników i kilkunastu zostało rannych. Te wydarzenia bardzo mocno wstrząsnęły całą Polską, a rząd Chjeno-Piasta gwałtownie zaczął tracić poparcie społeczne (nazywano ich m.in.: "mordercami". To też spowodowało że rząd Witosa i cała ta koalicja piastowców i narodowców która ponownie wróciła do władzy, bardzo źle została przyjęta przez warszawską ulicę w maju 1926 r. co umożliwiło Marszałkowi Piłsudskiemu działanie). Rząd Witosa zamierzał pójść do przodu z coraz bardziej anty-demokratycznymi ustawami w których zamierzano ograniczyć wolność słowa, zgromadzeń i prawa do strajku.

Komuniści nie odegrali żadnej roli w wypadkach krakowskich, co niezwykle ich frustrowało. Zresztą nie tylko tam, również podczas wielkich strajków w Zagłębiu Dąbrowskim na Śląsku (w dniach 15 października - 9 listopada 1923 r.) także byli niewidoczni. Dominowali tam socjaliści, a szczególnie partia Niezależnych Socjalistów w Polsce dr. Drobnera, w 1924 r. przekształcona w Niezależną Socjalistyczną Partię Pracy - (która notabene z czasem dążyła ku komunizmowi). Dając ujście swojej niechęci do socjalistów a jednocześnie tłumacząc nieobecność Komunistycznej Partii Robotniczej Polski w czasie wypadków krakowskich, w grudniu 1923 r. na łamach "Nowego Przeglądu" Adolf Warszawski-Warski pisał: "Z tego wynika, że Polska wraz ze strajkiem powszechnym i powstaniem zbrojnym w Krakowie wchodzi w nowy okres walk rewolucyjnych, które w związku z walkami robotników niemieckich mogą stosunkowo szybko rozwinąć się w zwycięską rewolucję proletariatu Europy Centralnej". Natomiast jego kolega z Komitetu Centralnego Maksymilian Horowitz "Walecki" (z tzw. zarządu 3W "Warski-Walecki-Wera" Kostrzewa czyli Maria Koszutska) również w grudniu i również na łamach "Nowego Przeglądu" dał wyraz swej nienawiści do socjalizmu, pisząc: "Albowiem trzeba to powiedzieć dziś z mocą większą, niż kiedykolwiek: droga do rewolucji proletariackiej prowadzi przez trupa kierownictwa "socjalistycznego", nie może być i nie będzie rewolucji dopóki dzisiejsze partie socjalistyczne nie będą wyrzucone poza obręb klasy robotniczej, dopóki ich paraliżujące, zabójcze wpływy nie zostaną zniszczone, dopóki olbrzymia większość klasy robotniczej nie skupi się pod sztandarami bezwzględnej walki, to jest - komunizmu". Komuniści bezwzględnie zwalczali socjalistów, ponieważ zgodnie z zasadą Lenina i Bucharina: "Najgroźniejszym wrogiem jest zawsze najbliższy, albo ten, który sobą zasłania głównego wroga". Socjaliści byli więc zwalczani, gdyż zasłaniali sobą głównego wroga tzw. "polskich" komunistów, czyli niepodległe Państwo Polskie i polskie społeczeństwo. Wrogiem był Naród polski, gdyż był dla owych komunistów czymś obcym, zupełnie niezrozumiałym. Oni występowali w roli adwokatów ludu pracującego, natomiast 99,9% z nich (jeśli nie 100%) nigdy w życiu nie pracowała fizycznie, nie miała też pojęcia co to znaczy praca fizyczna. Mało tego, oni byli niezdolni do efektywnej, cierpliwej i skutecznej pracy, a potrafili tylko niszczyć. Natomiast nienawiść do socjalizmu skupiała się u komunistów na tym, że partie socjalistyczne wspierali najczęściej robotnicy wykwalifikowani, czyli tacy, którzy mieli jakiś fach w ręku i własną pracą potrafili wydobyć się z biedy, własną pracą potrafili wykarmić rodzinę i nie potrzebowali do tego żadnych haseł w stylu rewolucji bolszewickiej i wymordowania ciemiężycieli (kapitalistów, obszarników czy szlachty), bo to głupie i do niczego nie prowadzi, a generuje tylko nieprawdopodobną ilość cierpień, która nikomu dobra nie przyniesie. Dlaczego hasła rewolucji komunistycznej nie przyjęły się wówczas w Europie Zachodniej i w Stanach Zjednoczonych? Ponieważ tamtejsi robotnicy własną pracą (w ogromnej większości) byli w stanie wyjść z biedy.

Np. robotnicy pracujący w zakładach Forda już od roku 1919 byli w stanie - za 4 kolejne miesięczne pensje - kupić sobie własny samochód - Ford model "T" który sami składali, to po co im była rewolucja bolszewicka, do czego? skoro oni sami własną pracą byli w stanie wejść do klasy średniej i żyć jak ludzie, zarobić na radio, lodówkę elektryczną, rower, samochód. A komuniści doskonale o tym wiedzieli i stąd rodziła się ta ich nienawiść do socjalizmu i do tych robotników, którzy odrzucili rewolucję, bowiem zarówno Marksowi jak i potem Leninowi czy Trockiemu robotnicy byli potrzebni tylko i wyłącznie jako masa która dokona mordów, masowych mordów na tych, których komuniści chcieli się pozbyć żeby sami zdobyć władzę i wprowadzić totalitarny terror (a terror wprowadzić musieliby, bez względu na to, czy by chcieli czy nie. Pisał o tym już Marks, że rewolucja komunistyczna nie może utrzymać się w systemie demokratycznym, gdyż wygeneruje ona ogromne pokłady niedoborów - w końcu w czasie rewolucji nikt nie będzie chciał pracować, a każdy będzie myślał tylko o tym, żeby gdzieś się ukryć lub walczyć - a co za tym idzie szybko pojawi się głód. Wówczas te same zrewoltowane masy, które dokonały wcześniej mordów na kapitalistach i obszernikach, teraz (gdy będą cierpieli głód i nie będą mieli co do garnka włożyć) zwrócą się przeciwko komunistom i dlatego muszą oni mieć gotowy system "oświatowo-policyjny" jak to nazywano, czyli innymi słowy system terroru policyjno-administracyjnego. Innymi słowy - nie da się wprowadzić komunizmu (choćby ten który próbował go wprowadzać był idealistą i pięknoduchem) bez zorganizowania całego systemu terroru i masowych mordów przeciwników władzy oraz systemu wzajemnej inwigilacji. W przeciwnym razie komunizm upadnie w ciągu kilku lat od zdobycia władzy i to upadnie z kretesem.

Jako ciekawostkę jeszcze dodam że w owym 1923 r. na drogach Francji pojawia się coraz więcej "cytryn", czyli Citroenów. I podobnie jak amerykańskie Fordy (które można je było kupić w każdym kolorze, pod warunkiem że był to kolor czarny), tak również producent i konstruktor Citroenów - Andre Citröen produkował je tylko w kolorze żółtym (oczywiście po latach dodano również inne barwy, ale ta popularna nazwa przetrwała).


ROBOTNICY W FABRYCE FORDA 



CDN.

ZAPRZAŃSTWO JAKICH MAŁO! - Cz. VII

CZYLI HISTORYCZNA REFLEKSJA JAKO MEMENTO DLA WSPÓŁCZESNOŚCI POWSTANIE i WOJNA Cz. VII WŁADYSŁAW IV W MŁODOŚCI  Poselstwo na którego czele st...