USZKODZENIE I NAPRAWA FIRMAMENTU NIEBIESKIEGO OZIĘBIENIE KLIMATU - OSTATNIA EPOKA LODOWCOWA W DZIEJACH ZIEMI ORAZ OSTATECZNE WYMARCIE PRYMITYWNYCH LULUSÓW
EPOKA LODOWCOWA
i NAPRAWA FIRMAMENTU WODNEGO
Po zakończeniu wojen z imperiami: MU i Ujghur, Atlanci na jakiś czas zaprzestali dalszych podbojów. Było to o tyle łatwiejsze, że praktycznie wszystkie państwa ówczesnego świata uznały niekwestionowaną pozycję Atlantydy i aby nie prowokować inwazji, wolały płacić haracz. Atlanci mogli więc teraz skupić się na innych kwestiach, które zaczynały być coraz bardziej dokuczliwe. Jedną z takich kwestii była niezwłoczna naprawa uszkodzonego firmamentu wodnego, który istniał w owych czasach nad Ziemią, chroniąc mieszkańców przed szkodliwym promieniowaniem z głębi kosmosu. Uszkodzenie firmamentu wodnego (zostanie on definitywnie zniszczony po wybuchu I Wojny Piramidowej), było efektem agresywnej działalności samych Atlantów, a przede wszystkim ściągnięcia przez nich na kontynent Lamar - wielkiej asteroidy. Sytuacja stawała się coraz poważniejsza, gdyż w owym czasie zaczęła się coraz wyraźniej ochładzać temperatura powietrza na Ziemi (szczególnie było to widoczne na terenach północnej Europy, Azji i Ameryki). Oczywiście klimat nie wszędzie był jednolity, a w niektórych regionach globu w czasie trwania owego zlodowacenia, klimat był cieplejszy niż jest obecnie (np. Azja Centralna i Południowa, Europa Południowa i Środkowa, oraz Afryka - gdzie panowały wręcz temperatury tropikalne - znacznie wyższe od obecnych 40° Celsjusza).
Mimo to, na północy kontynenty poczęły pokrywać się lodem i zmarzliną. Wyginęło wiele gatunków roślin i zwierząt, które nie potrafiły przystosować się do zmienionych warunków atmosferycznych. Dodatkowo na Ziemię napływało (powoli - falami, lecz w sposób ciągły) promieniowanie kosmiczne, które bardzo negatywnie zaczęło wpływać na odporność i długość życia mieszkańców naszej planety. Należało coś z tym zrobić i to bardzo szybko, nim dziura w firmamencie wodnym nie osiągnęła gigantycznych rozmiarów i nie zaczęła naprawdę zagrażać życiu Ludzi i innych istot na Ziemi. W tym celu wybrana grupa naukowców (genetyków i astronomów) wysłana została na Księżyc (Chowtę), gdzie założono placówkę badawczą w celu odbudowy zagrożonego firmamentu. Prace naprawcze na Księżycu trwały dość długo, prawie dwa pokolenia (czyli od ok. 25 000 r. p.n.e. do ok. 23 500 r. p.n.e.) i zakończyły się sukcesem - Atlanci odbudowali firmament niebieski. Oczywiście nie spowodowało to ustąpienia lodowców z północy i taki stan przetrwał tam przez ok. 15 tysięcy lat
ZAGŁADA PRYMITYWNYCH LULUSÓW
(M.in.: HOMO NEANDERTHALENSIS)
Pierwotni LuLusi, to były istoty ludzkie, stworzone przez Enkiego w jego afrykańskiej bazie w ABZU, których powołaniem miała być ciężka praca w kopalniach złota, potrzebnego Nibiruanom w celu naprawy uszkodzonego pola siłowego okrętu/planety Nibiru. Niestety, zrodzenie (ok. 200 000 lat temu) przez Ninlil (kochankę Enkiego i żonę jego brata - Enlila) pierwszego człowieka rozumnego (w dużej mierze z genów ziemskich małpoludów), powitano co prawda z zadowoleniem, jednak szybko się okazało że te istoty są bezpłodne i aby ich "naprodukować" więcej, należy komórki jajowe samic ziemskich małpoludów (zapłodnione "boskim sziru" przez Nibiruan), umieścić w łonie Nibiruanek. Proces należało więc co jakiś czas powtarzać, gdyż te istoty nie mogły się samodzielnie rozmnażać. Była to więc żmudna i często niebezpieczna praktyka, gdyż nie każda ciąża kończyła się szczęśliwie, niekiedy kobiety umierały podczas porodów, czy też w czasie wszelakich wcześniejszych powikłań. Enki przeprowadzał więc szereg nowych eksperymentów i z czasem doszedł do przekonania, że rozwiązaniem niepłodności pierwszych LuLusów jest zastąpienie komórki jajowej samic ziemskich małpoludów, bezpośrednio zapłodnioną komórką jajową kobiety z tego samego gatunku (w tym przypadku Nibiruanki). Po wizycie króla Plejad - Pelagona (ok. 49 000 r. p.n.e. ) i przekazania jego "sziru" do dalszych badań genetycznych, Enki połączył je z własnym na poziomie molekuł, a następnie zapłodnił nim swą siostrę - Ninhursag.
Tak (ok. 48 790 r. p.n.e.), narodził się ADAPA, czyli pierwszy w pełni rozumny człowiek, zwany przez Biblię - ADAMEM. Mógł on się już samodzielnie rozmnażać i pozbawiony był też cech zwierzęcych, które (choć w niewielkiej formie) wciąż posiadali prymitywni LuLusi. Adam zrodził się w EDENIE (konkretnie w Shuruppak - ośrodku medycznym Nibiruan, którym szefowała Ninhursag), a gdy ukończył dwa lata, matka uśpiła go do snu i w tym czasie pobrała od niego "sziru", by dzięki temu stworzyć mu towarzyszkę życia. Po dziewięciu miesiącach Ninhursag (która zapłodniła się "sziru" swego syna) zrodziła dziewczynkę (jej narodziny zostały wcześniej zaplanowane), nazwała ją LILITH. Potem Lilith stanie się matką a Adam ojcem kolejnej biblijnej postaci - EWY. Ta z kolei zrodzi synów KAINA i ABLA. Niechęć braci spowoduje że jeden zabije drugiego, lecz sąd Nibiruan - pod przewodnictwem Enkiego - zabroni wymierzyć Kainowi karę śmierci ("Jest moim wnukiem, Kain ma żyć" - miał wykrzyczeć Enki w stronę innych Nibiruan, zdecydowanych do skazania Kaina na śmierć). Kain następnie (wraz z żoną) będzie zmuszony opuścić teren Edenu i przenieść się na Wschód (gdzie rozpocznie budowę miasta NUD i zginie podczas jego budowy, przygnieciony jednym ze spadających kamieni). Dzięki pomocy Ninurty (syna Enlila), ród Kaina rozprzestrzeni się jednak po świecie.
Tymczasem Enki w swym laboratorium długo pracował nad genetyczną modyfikacją kolejnych Lulusów. Sojusz polityczny z Enlilem (który opisałem we wcześniejszych tematach) bardzo mu w tym pomógł, gdyż dał mu czas na badania naukowe, jednocześnie kumulując większość władzy w rękach Enlila (Enki nie będzie już więcej konkurował z bratem, pogodzi się z jego przewodnictwem a nawet będzie mu to na rękę, zważywszy eksperymenty, którymi odtąd zacznie się zajmować. (oczywiście dobrowolne oddanie władzy nie spodoba się synowi Enkiego - Mardukowi, który sam będzie chciał objąć przewodnictwo nad Nibiruanami i Ziemianami). Jednak jego prace po 48 790 r. p.n.e. będą jedynie "technicznymi uzupełnieniami", gdyż jeszcze na długo przed narodzinami Adama z Edenu - poprzez swoje doświadczenia genetyczne - Enki przywróci LuLusom możliwość wzajemnego rozrodu. Nim narodzi się Adam, powstaną jednak różne gatunki ludzi-pierwotnych (w tym gatunek Homo Neanderthalensis, a także inne gatunki Homo Sapiens, nie posiadające jednak nibiruańskich genów). Gatunki te będą zarówno ze sobą konkurowały (jak podają przekazy zuluskich szamanów, ludzie zrodzeni z krwi "Pierwszego Ludu" - chodzi zapewne o Nibiruan - walczyli z ludźmi-małpami - również genetyczne twory Enkiego, być może byli to właśnie sami Neandertalczycy). Czasami jednak obie grupy wzajemnie się ze sobą krzyżowały (dziś można odnaleźć szkielety ludzi pierwotnych, posiadające geny zarówno Homo Sapiens jak i Homo Neanderthalensis).
Na marginesie można jeszcze zadać pytanie, jeśli pierwotni LuLusi posiedli już możliwość wzajemnego rozrodu, to po co w zasadzie stworzony został Adapa/Adam? Dobre pytanie, na które ani channelingi ani Biblia nie odpowiadają. Sądzę więc że narodziny Adama były z góry zaplanowane, w celu uczynienia z niego przyszłego władcę Edenu (czyli króla Nibiruan i pana wszystkich LuLusów i innych istot żywych na tym terenie - "Po czym Bóg im błogosławił, mówiąc do nich: "Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną, abyście panowali nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi" - Biblia Tysiąclecia Ks. Rodzaju 1:28). Adam został więc zrodzony z pełną premedytacją, jako władca tej Ziemi, a nie jako niewolnik, czy robotnik przeznaczony do pracy w kopalniach złota.
Kiedy jednak Enki przywrócił LuLusom płodność? Nie wiadomo (channelingi milczą na temat dat, czy nawet przybliżonych okresów gdzie mogłoby to mieć miejsce). Jednak sądzę że musiało się to stać w jakiś czas po stworzeniu pierwszego Lu-Lu (oczywiście pisząc "w jakiś czas", mam tu na myśli czas liczony w tysiącach lat). W każdym razie jeszcze przed 150 000 r. p.n.e. wszystkie stworzone gatunki LuLusów były płodne i zdolne do rozmnażania. W tym też czasie miało miejsce pierwsze (w tzw.: epoce prehistorycznej), potężne oziębienie klimatu na Ziemi. Wyginęło wówczas bardzo wiele gatunków pierwotnych hominidów (oraz nieudanych genetycznych eksperymentów Enkiego i Ninhursag (jak centaury, ludzie-ptaki, ludzie-węże itd.), którym Nibiruanie nie zapewnili ochrony. Niektóre jednak przetrwały (m.in.: Neandertalczycy), zamieszkując początkowo jaskinie, potem, szałasy i ziemianki, a w końcu domy z kamieni. Pierwsze zlodowacenie przetrwały więc jedynie niektóre gatunki LuLusów, natomiast drugie wielkie zlodowacenie, które miało miejsce właśnie ok. 25 000 r. p.n.e. (czyli już po zagładzie Lemurii), doprowadzi do całkowitej zagłady gatunku Homo Neanderthalensis, nie przetrwa też wiele pierwotnych Homosapiensów (dziś naukowcy twierdzą że był taki okres w dziejach naszej planety i naszego gatunku, że Homo Sapiens Sapiens z którego się wywodzimy, został tak ograniczony liczebnie, że na całej planecie pozostało zaledwie... kilkadziesiąt osób, nie kilkadziesiąt tysięcy, nie kilka tysięcy a właśnie kilkadziesiąt osób z których potem odbudowywano gatunek, łącząc częściowo geny z istniejącymi innymi rasami ziemskimi raz atlantyckiej i lemuriańskiej). Te zaś grupy, które przeżyją, połączą się potem z genami potomków Kaina, lub przybyszami z planety Hebra - tworząc lud Hebrajczyków, oraz z innymi ludzkimi rasami - jak choćby z potomkami Atlantów (m.in. Indoeuropejczycy), Aryjczyków z Ujghur (m.in.: Ariowie) - po jego definitywnym upadku, oraz uciekinierami z dawnego Imperium MU (rasa czerwonoskórych), czy też grupkami potomków dawnych kolonistów z Bakaratini (rasy czarnoskórych mieszkańców Afryki), tworząc współczesne ziemskie rasy gatunku Homo Sapiens Sapiens.
NEFILIM - "BOSKI SIEW"
(CZYLI STOSUNKI NIBIRUAN Z LULUSIANKAMI)
Niektórym Nibiruanom nie wystarczał kontakt z kobietami własnego gatunku. Szukali nowych wrażeń i coraz częściej zerkali w stronę pięknych kobiet z gatunku LuLu, które jednak były już na tyle rozwinięte, że potrafiły się wysławiać i były pozbawione jakichkolwiek cech zwierzęcych (Nibiruanie nie łączyli bowiem swych genów z pierwotnymi, zwierzęcymi jeszcze LuLusami, którzy nie potrafili posługiwać się mową artykułowaną i byli jeszcze zbyt mało inteligentni. Rasa, z którą Nibiruanie zaczęli łączyć swe geny, była znacznie ulepszoną rasą, zbliżoną swym wyglądem, wytrzymałością i możliwościami do rodu Adama i Ewy z Edenu. Ta grupa LuLusów otrzyma potem nazwę Człowieka z Cro Magnon i będzie najdoskonalszą formą Homo Sapiens jaką stworzono w Edenie, podzieli się ona potem na mniejsze grupy i połączy z innymi rasami Gwiezdnych Kolonistów). Tak więc Nibiruanie wybierali jedynie kobiety młode, urodziwe, oraz... mądre (oczywiście jak na swój gatunek), gdyż ich zadaniem nie miał być jedynie sam akt prokreacji, lecz cała otoczka umilania czasu Nibiruanom. Uczono więc te kobiety gry na różnych instrumentach, śpiewu i tańca. Uczono jak upiększać swą twarz (Nibiruanie przekazali LuLusom - oczywiście już tym bardziej rozwiniętym - sekrety kosmetologii) i ciało. Miały bowiem służyć swym "boskim" panom jako ich nałożnice (często bowiem ci Nibiruanie posiadali już żony z własnego gatunku). Wiadomości na ten temat są również zamieszczone w Biblii, z tym że rolę Nibiruan przejęli tam Aniołowie, którzy zeszli z Nieba, biorąc sobie za żony i spółkując z ziemskimi kobietami.
Niektóre z tych kobiet Nibiruanie poślubili, a jako że prawo planety Malona (a to właśnie Malonianie byli tą grupą, która w ogromnej większości przybyła z Nibiru szukać złota na Ziemi) zezwalało na wielożeństwo, nie musieli obawiać się konsekwencji własnych czynów. Połączenie genów Nibiruan z LuLusiankami, ów "Boski Siew", spowodował jednak pewne perturbacje. Mianowicie z tych związków zaczęły się rodzić gigantyczne istoty (przeciętny wzrost Nibiruan sięgał trzech metrów, LuLusianek poniżej dwóch, zaś ich potomstwo dochodziło do nawet 10 metrów wysokości - choć tacy byli ogromną rzadkością, według Edgara Cayce'a dominował bowiem wzrost do 3,5 - 4 metrów). Giganci przetrwali drugą (a w zasadzie to trzecią, uwzględniając zlodowacenie - które miało miejsce ok. 75 000 lat temu) epokę lodowcową zaistniałą w czasach przedhistorycznych, która zaczęła się ok. 25 000 r. p.n.e. Ich kres przyniesie dopiero I (zwany "wielkim") Potop z ok. 12 500 r. p.n.e. (opisany w Biblii), który będzie spowodowany uderzeniem ogromnej asteroidy i zniszczeniem kontynentu Atlantydy. Oczywiście niewielkie grupki gigantów (a raczej ich genów, przekazywanych potomkom) przetrwają dwie wojny piramidowe i dotrwają do czasów historycznych (np. biblijny Goliat, zabity z procy przez Dawida, czy też cesarz rzymski Maksiminus Trak - panujący w latach 235-238 - który miał być ogromnej postury, siły i wytrzymałości. Ponoć mógł jedną ręką pociągnąć naładowany wóz, którego woły nie mogły ruszyć z miejsca. Miał też łamać i wyrywać z ziemi drzewa z korzeniami i kruszyć w dłoniach kamienie - jadał też dziennie ok. 30 kilogramów mięsa i wypijał amforę wina).
(CZYLI DZIAŁALNOŚĆ MOSKIEWSKIEJ EKSPOZYTURY W POLSCE)
Cz. X
13 października 1923 r. miał miejsce bodajże największy zamach terrorystyczny w międzywojennej Polsce - eksplozja składu amunicji w warszawskiej Cytadeli. Początkowo nic nie zapowiadało tej katastrofy. Rankiem sześciu wchodzących do Cytadeli pracowników prochowni zostało tradycyjnie poddanych rutynowej kontroli (bardzo dokładnej, łącznie z kontrolą bielizny osobistej) w celu znalezienia jakichkolwiek niedopałków lub czegokolwiek co mogłoby zaprószyć ogień w składach amunicji i prochu. Niczego nie znaleziono, jednak ok. godziny 9 rano szef kompanii piechurów 21 Pułku Piechoty porucznik Bakierski zauważył dym unoszący się nad obwałowaniem prochowni. Natychmiast krzyknął do żołnierzy: "Za szwalnię!", a chwilę potem rozległ się potworny rozrywający huk. Był on tak wielki, że żołnierze piechoty - ćwiczący wówczas nad Wisłą, widząc co się dzieje i sądząc że jest to atak gazowy, a nie mając przy sobie masek gazowych, ruszyli ku Wiśle żeby się ukryć w wodzie i tym samym uniknąć śmiertelnych oparów. O skali eksplozji niech świadczy fakt, że w jej wyniku zawaliły się dachy domów oficerskich na Żoliborzu, a na Starym Mieście wyleciały szyby z okien, huk zaś było słychać w Otwocku i Mińsku Mazowieckim. W wyniku eksplozji zniszczony został budynek X Pawilonu Cytadeli, a także stajnia, kuchnia, szwalnia i magazyn z mundurami i tylko dzięki temu że prochownia była częściowo wkopana w ziemię i otaczał ją ziemny wał zawdzięczać należy że siła wybuchu nie była większa i że nie ucierpiał pobliski fort amunicyjny, załadowany pociskami artyleryjskimi. Na miejscu wybuchu zginęło jednak aż 28 osób (w tym wiele kobiet i dzieci, gdyż w forcie mieszkały przecież całe rodziny oficerskie) a 90 kolejnych odniosło poważne rany. O przeprowadzenie tej akcji zostali oskarżeni dwaj oficerowie Wojska Polskiego (których wymieniłem w poprzedniej części) Walery Bagiński i Antoni Wieczorkiewicz, którzy już od sierpnia 1923 r. przybywali w więzieniu, więc nie mogli bezpośrednio podłożyć ładunków wybuchowych (jednak Wieczorkiewicz wcześniej przechwalał się że jest gotów wysadzić Cytadelę w każdym momencie, a po wybuchu śpiewał wraz z Bagińskim pieśń rewolucyjną "Czerwony Sztandar"). Należeli oni jednak do kręgu Władimira Milutina - wysokiego przedstawiciela Kominternu, stojącego od 1923 r. na czele poselstwa sowieckiego w Warszawie. To on zarządzał nasileniem akcji terrorystycznych, akcji strajkowych i wszelkich demonstracji oraz zamieszek ulicznych, to właśnie z ambasady sowieckiej wyszły ładunki wybuchowe, które zostały podłożone w warszawskiej Cytadeli. W każdym razie 10 grudnia Bagiński i Wieczorkiewicz skazani zostali na karę śmierci, zamienioną następnie na długoletnie więzienie (ostatecznie mieli być wymienieni na Polaków uwięzionych na Łubiance, ale do tego nie doszło, gdyż 29 marca 1925 r. zastrzeleni zostali przez eskortującego ich przodownika policji Wincentego Muraszkę). Zamach w warszawskiej Cytadeli mocno przeraził opinią publiczną i wyrwał z przekonania o trwałym bezpieczeństwie.
ZNISZCZONY BUDYNEK X PAWILONU CYTADELI WARSZAWSKIEJ (dół),
ORAZ ZAWALONE DACHY WOJSKOWYCH BUDYNKÓW MIESZKALNYCH (góra)
Natomiast Milutin nie próżnował. To z jego inicjatywy powstało Zakordonnyj Otdieł który koordynował zamachy przeprowadzane na wschodnich terenach Rzeczypospolitej. To za jego zgodą dokonywano zabójstw funkcjonariuszy Policji i Wojska Polskiego, urzędników oraz kolonistów wojskowych na wschodnich rubieżach Polski. To on przekazywał środki i dyspozycje dla bojówek i oddziałów dywersyjnych, które miały wspomagać bunty Białorusinów i Ukraińców, oraz podważać zaufanie do władz Rzeczpospolitej na Wschodzie. W tamtym czasie - jeszcze przed utworzeniem Korpusu Ochrony Pogranicza - był to bardzo poważny problem dla młodej polskiej państwowości.
Również w październiku 1923 r. w Wilnie utworzono Komunistyczną Partię Zachodniej Białorusi, jako autonomiczną strukturę wchodzącą w skład Komunistycznej Partii Robotniczej Polski. Pomimo jednak tego wszystkiego odrodzony kraj z trudem bo z trudem, ale nieustannie rósł w siłę.
21 października 1923 r. z poparciem Francji (a konkretnie premiera Raymonda Poincaré) w Akwizgranie separatyści nadreńscy proklamowali powstanie autonomicznej Republiki Nadreńskiej. Była to już druga po majowej (Trewir) próba oderwania od Niemiec pewnej części terytorium Nadrenii i stworzenia tam teoretycznie niezależnego, a w praktyce całkowicie podporządkowanego i finansowanego przez Francję państewka. Poincaré - zdecydowany przeciwnik Niemiec (był w końcu prezydentem Republiki w czasie Wielkiej Wojny), dążył przede wszystkim do maksymalnego ich osłabienia, a jednocześnie do wymuszenia na nich zapłaty reparacji wojennych w takiej wysokości, w jakiej życzył sobie tego Paryż. Ruch separatystów Adama Dortena (notabene w tym ruchu działał również pierwszy kanclerz powojennych Niemiec - Konrad Adenauer) finansowany przez Francuzów, załamał się jednak już po kilku dniach, mimo to Paryż nie powiedział w tym temacie jeszcze ostatniego słowa i nie była to ostatnia próba wywarcia wpływu na Berlin.
Potęgujący się kryzys francusko-niemiecki w Nadrenii, przełożył się również na zmiany w prawicowej koalicji rządu Chjeno-Piasta (czy też rządu paktu lanckorońskiego - jak chcieliby niektórzy) premiera Wincentego Witosa. 27 października wicepremierem w miejsce Stanisława Głąbińskiego został Wojciech Korfanty, ministrem spraw zagranicznych za Mariana Seydę - Roman Dmowski, a Alfred Chłapowski został ministrem równie trudnego departamentu jakim było rolnictwo (trudnego, ponieważ ciągle nie została rozwiązana kwestia reformy rolnej i kolejne rządy zastanawiały się w jaki sposób ją przeprowadzić, aby za bardzo nie naruszyć dotychczasowej własności która była w rękach szlachty i arystokracji, lub ewentualnie jakie odszkodowania przeznaczyć im za parcelację owej ziemi. Jednym z przejawów tej atmosfery była - wybuchła jeszcze w maju 1923 r. - afera Dojlid. Dojlidy to był majątek należący do mieszkającej w Berlinie obywatelki niemieckiej Zofii Rüdigerowej. Narodowa Demokracja jak i "piastowcy" nawoływali do polonizacji tego majątku. Gdy 28 maja utworzony został rząd Chjeno-Piasta, kontrolowany przez ludowców- piastowców Bank Ludowy, wykupił za zgodą Głównego Urzędu Ziemskiego - Dojlidy od Rüdigerowej - notabene została ona zmuszona do sprzedaży owego majątku zapowiedzią, iż i tak będzie on rozparcelowany i wówczas tylko na tym straci. Sprzedała więc Dojlidy praktycznie za bezcen, za 75 milionów ówczesnych marek - które z każdym miesiącem traciły na wartości. Ale tak naprawdę nie to było powodem całej afery. Prawdziwym powodem stał się fakt, że przejęte przez Bank Ludowy Dojlidy zostały następnie sprzedane księciu Lubomirskiemu, czyli innymi słowy ludowcy, którzy mieli na sztandarach walkę o reformę rolną i parcelację majątków magnackich, sprzedali jeden z tych majątków bez choćby nawet podjęcia próby przeznaczenia jego części na ziemię dla chłopów, w ręce wielkiego ziemskiego magnata. Rzeczywiście wybuchła wtedy wielka afera).
POWITANIE PREZYDENTA KAROLA NAWROCKIEGO W TURCJI
(KTOŚ KIEDYŚ STWIERDZIŁ ŻE TURCY BYLI NAJSZLACHETNIEJSZYM Z PRZECIWNIKÓW Z KTÓRYMI ZMAGALIŚMY SIĘ W CIĄGU OSTATNICH 600 LAT - I MIAŁ RACJĘ. NASZYCH DZIEJACH BYŁY MOMENTY BARDZO BLISKICH RELACJI {JAK CHOĆBY OD CZASÓW ZYGMUNTA JAGIELLOŃCZYKA I BONY SFORZY ORAZ SULEJMANA WSPANIAŁEGO I SUŁTANKI HURREM, KTÓRZY WZAJEMNIE PISALI DO SIEBIE LISTY. POKÓJ POLSKO-OSMAŃSKI PO RAZ PIERWSZY ZOSTAŁ ZAWARTY W ROKU 1533 I PRZETRWAŁ DO 1595} JAK RÓWNIEŻ KRWAWYCH WOJEN, ALE JAKOŚ ZAWSZE NASZE DWA NARODY CECHOWAŁY SIĘ WZAJEMNYM DO SIEBIE SZACUNKIEM.
TURCJA BYŁA TEŻ JEDNYM Z NIELICZNYCH PAŃSTW NA ŚWIECIE, KTÓRE NIGDY NIE UZNAŁY ROZBIORÓW RZECZYPOSPOLITEJ I PODCZAS OFICJALNYCH AUDIENCJI W WIEKU XIX, GDY POSŁOWIE OBCYCH PAŃSTW - W TYM POSEŁ ROSYJSKI - OCZEKIWALI NA SUŁTANA, NAGLE WCHODZIŁ SZAMBELAN I WSZYSTKIM KOMUNIKOWAŁ ŻE MUSZĄ JESZCZE POCZEKAĆ, GDYŻ "POSEŁ Z LECHISTANU JESZCZE NIE PRZYBYŁ". BYŁO OCZYWISTE ŻE TAKI POSEŁ NIE PRZYBĘDZIE GDYŻ POLSKA WÓWCZAS NIE ISTNIAŁA, ALE TYM SPOSOBEM TURCY GRALI NA NOSIE MOSKALOM)
TUTAJ JEST POKAZANE SPOTKANIE Z SULEJMANA Z IZABELĄ JAGIELLONKĄ, CÓRKĄ KRÓLA ZYGMUNTA JAGIELLOŃCZYKA
(BYŁA ONA Z ŻONĄ JANA ZAPOLYI Z SIEDMIOGRODU {LENNIKA OSMANÓW} I TOCZYŁA WALKĘ Z AUSTRIACKIMI HABSBURGAMI. NOTABENE W JEDNYM Z LISTÓW WYSŁANYCH DO KRÓLA ZYGMUNTA SULEJMAN DZIWIŁ SIĘ DLACZEGO OJCIEC NIE PRZYSZEDŁ CÓRCE Z POMOCĄ, TYLKO NAMAWIAŁ DO TEGO SUŁTANA, A ODPOWIEDŹ NA TO PYTANIE BYŁA BANALNIE PROSTA - DLATEGO ŻE SZLACHTA POLSKA NIE GODZIŁA SIĘ NA INTERWENCJĘ NA WĘGRZECH, A PONIEWAŻ W POLSCE REALNIE WÓWCZAS PANOWAŁA DEMOKRACJA A NIE ABSOLUTYZM, TAKA WYPRAWA BYŁA NIEMOŻLIWA BEZ ZGODY NARODU)
29 października 1923 r. Turcja ogłosiła się republiką, tym samym kończąc 624-letnią historię Imperium Osmańskiego. Ostatnim sułtanem był Abdülmecid (panujący od 18 listopada 1922 r.). Imperium Osmańskie, które również należało do stronników Niemiec i Austro-Węgier w czasie I Wojny Światowej, paradoksalnie pomimo rozpadu tego Imperium wyszło na tym zdecydowanie najlepiej ze wszystkich państw, które przegrały tę Wojnę. Turcja weszła do wojny po stronie Państw Centralnych 2 listopada 1914 r. (chociaż już wcześniej umożliwiła niemieckim okrętom "Goben" i "Breslau" wpłynięcie na Morze Czarne i ostrzał rosyjskich portów na Krymie). Wejście do wojny Imperium Osmańskiego spowodowało, że kraj ten natychmiast musiał utworzyć co najmniej cztery fronty: sueski, mezopotamski, zakaukaski i bałkański (a także galicyjski, gdyż sułtan posłał - jako wsparcie dla Austro-Węgrów - niewielką jednostkę Armii Tureckiej, jako podkreślenie braterstwa broni. Notabene dało to asumpt do przytoczenia przepowiedni, że Polska odrodzi się z kajdan niewoli, gdy Turek napoi swe konie w Wiśle. Co prawda Turcy do Wisły nie doszli, ale swe konie napoili w Dniestrze 😉). Ogólnie wojna niezbyt dobrze szła Turkom. Front sueski załamał się ostatecznie we wrześniu 1918 r., a Brytyjczycy zajęli Hajfę, Nazaret, Damaszek i Aleppo (notabene ogromnie pomógł im brytyjski agent, podróżnik i dyplomata Jego Królewskiej Mości, niejaki Thomas Edward Lawrence, który zdołał przekonać arabskie plemiona do wystąpienia przeciwko Imperium Osmańskiemu i zwany był przez nich po prostu "Lawrence z Arabii" - notabene nie była to też postać krystaliczna, zresztą trudno oczekiwać po takim miłośniku przygód aby był krystaliczny. Mam więc na jego temat dość sporo informacji które raczej chluby mu przynieść nie mogą, ale pomińmy to. Dzięki wsparciu Arabów, Brytyjczycy zajęli Barszewę, Jerozolimę i Damaszek). Front mezopotamski zaś ostatecznie załamał się w marcu 1917 r. po zajęciu przez Brytyjczyków Bagdadu, a ostatecznie w październiku 1918 r. Brytyjczycy stali już pod Mosulem i Kirkukiem. Front zakaukaski załamał się zaś kwietniu 1916 r. a Rosjanie do końca lipca tego roku zajęli Trapezunt, Erzerum i całą turecką Armenię (po rewolucji październikowej front oczywiście się ponownie załamał i Turcy przeszli do ofensywy, odzyskując Armenię i zajmując dużą część Armenii rosyjskiej i Gruzji, w tym miasto Batumi).
Front bałkański był zaś trzeciorzędny i nie odegrał praktycznie żadnej roli, poza wsparciem Bułgarów w walkach w północnej Grecji. Największe zaś zwycięstwo odnieśli Turcy w walkach z Armią brytyjsko-francuską pod Gallipoli w Cieśninie Dardanelskiej. Od 25 kwietnia 1914 do 19 grudnia 1915 r. Gallipoli stało się grobem wielu brytyjsko-francuskich żołnierzy, a sama bitwa była prawdziwą rzezią (na jednym z odcinków tej bitwy dowodził płk. Mustafa Kemal - zwany potem Ataturkiem, twórca Republiki Tureckiej). 30 października 1918 r. przedstawiciele sułtana w porcie w Mudros na Lesbos, na pokładzie brytyjskiego okrętu "Agamemnon" podpisali pakt zawieszenia broni. Turcja wychodziła z tej wojny mocno poobijana - miano bowiem zdemobilizować armię, wydać Aliantom okręty wojenne, przekazać cieśniny w górach Taurus, wycofać się z terenów arabskich, z Kaukazu, z Armenii, a 13 listopada wojska brytyjsko-francuskie wkroczyły do Stambułu, rozpoczynając jego okupację. Od razu też ujawniły się rozbieżne interesy pomiędzy mocarstwami alianckimi. Rosja pragnęła uzyskać Cieśniny, ale po wybuchu rewolucji bolszewickiej projekt ten praktycznie przestał być akceptowany przez inne państwa. Brytyjczycy coraz śmielej postępowali sobie w Turcji, nawet zażądali aby całe Imperium Osmańskie stało się terytorium mandatowym Wielkiej Brytanii (poza tym oczywiście dotychczasowy kapitał niemiecki został z Turcji usunięty, a zastąpił go kapitał brytyjski). Politycy rządzący rozpadającym się Imperium woleli jednak USA od Wielkiej Brytanii i nawet zaproponowali Amerykanom że gotowi są oddać kraj pod ich protekcję, w zamian za amerykańskie inwestycje i pomoc w odbudowie kraju. Amerykanie byli jednak bardzo niepewni i ostatecznie nic z tego nie wyszło. Poza tym Imperium zaczęło się dosłownie rozpadać. Najpierw na niepodległość wybiła się Armenia (zaraz po podpisaniu zawieszenia broni przez Turcję), potem Grecy przystąpili do działania i w maju 1919 r. wylądowali w Izmirze (dawna Smyrna), wkrótce potem Włosi zajęli Antalyę i południowo-zachodnie obszary Turcji (dawną Licję i Pamfilię), a Francuzi wdzierali się z południowego-wschodu do Cylicji.
PLANY POWOJENNEJ EUROPY WEDŁUG PREZYDENTA USA WOODROW WILSONA, NAŁOŻONE NA GRANICE Z ROKU 1914
10 sierpnia 1920 r. w miejscowości Sèvres pod Paryżem Turcja oficjalnie podpisała swoją kapitulację i była to totalna katastrofa, prawdziwy rozbiór Turcji. Na wschodzie miała powstać niepodległa Armenia (projektowana przez prezydenta Wilsona tzw: Wielka Armenia), oraz Kurdystan. Poza tym Turcja musiała się wyrzec Syrii, Iraku i Palestyny. Armia Turecka miała zostać zdemobilizowana i ograniczona do 50 000 żołnierzy. Nawet stolica - Stambuł (Konstantynopol) została oderwana od państwa i stworzono tam obszar międzynarodowy (z tym że było to jednocześnie miasto rezydencjalne samego sułtana). Podpisanie przez zniedołężniałego już Mehmeda VI - a raczej jego przedstawicieli - traktatu w Sèvres było tym, czym dla Niemiec był traktat wersalski - totalnym upokorzeniem, z tym że uczynionym rękoma ludzi, którzy realnie stracili już jakikolwiek mandat do przewodzenia Narodowi tureckiemu i to wywoływało jeszcze większą frustrację. Wytworzyły się też dwa ośrodki władzy, jeden stambulski - całkowicie uległy i realnie kontrolowany przez zachodnie mocarstwa i anatolijski - dążący do utrzymania jedności państwa i suwerenności Narodu. Szybko też zaczęto organizować grupy zbrojne, które miały sprzeciwić się rozbiciu kraju przez Zachód. Na ich czele stanął pułkownik Mustafa Kemal, doświadczony oficer, który 19 maja 1919 r. wylądował w porcie Samsun otwierając tym samym narodową "Wojnę Wyzwoleńczą Turków". W nocy z 8 na 9 lipca wypowiedział on posłuszeństwo sułtanowi, uznając że ten stracił już jakikolwiek autorytet i prawo do przewodzenia Narodowi, a 23 lipca "Komitet Obrony Praw Wschodniej Anatolii" - na której czele stał właśnie Mustafa Kemal, ogłosił nienaruszalność tureckich granic. Alianci byli bardzo zaskoczeni zachowaniem Turków, nie spodziewali się bowiem że w ogóle będą oni stawiać opór - a tu taka niespodzianka. Zaś 4 września 1919 r. zebrany w Sivas Kongres Narodowy potwierdził zarówno nienaruszalność granic, jak również odrzucił jakiekolwiek formy protektoratu, czy to brytyjskiego, czy amerykańskiego czy francuskiego. Sułtan próbował walczyć o zachowanie resztek swego autorytetu, a przede wszystkim władzy i na 12 stycznia 1920 r. zwołał do Stambułu Kongres Narodowy, który miał zadecydować o przeszłości granic i stosunku do zwycięskich mocarstw. Szybko jednak okazało się że ów kongres zdominowali kemaliści, którzy ogłosili "Deklarację paktu Narodowego", żądając plebiscytów w zachodniej Tracji, na ziemiach zamieszkałych przez Arabów, jak również w Iraku i na terenach wschodnich.
MUSTAFA KEMAL PASZA
"ATATURK"
("OJCIEC WSZYSTKICH TURKÓW")
Kongres Narodowy został jednak rozpędzony przez Brytyjczyków i Francuzów 16 marca 1920 r., gdyż padające tam deklaracje jawnie godziły w ich interesy jako zwycięskich mocarstw. Wielu kemalistów zostało aresztowanych i wywieziono ich na Maltę, gdzie trzymano pod strażą. W takiej sytuacji na 25 kwietnia 1920 r. Mustafa Kemal Pasza zwołał do Ankary Wielkie Zgromadzenie Narodowe które Kemala wybrało swym przewodniczącym. Sułtan wówczas ogłosił go zdrajcą, a wielki mufti wydał fatwę, którą brytyjskie samoloty (w formie ulotek) zrzucały na tureckie miasta i wioski. Rozpoczęto też formowanie Armii Kalifatu, która miała przegonić "buntowników". Dodatkowo 20 czerwca 1920 r wybuchła wojna z Grecją, a Armia Grecka do sierpnia tego roku zajęła całą zachodnią Anatolię. Pierwsze zwycięstwo w tej wojnie Turcy odnieśli (pod wodzą Ismet Beya) 10 stycznia 1921 r. w bitwie pod Inönu. Ofensywa grecka została zatrzymana. Turcy zdołali również zmusić Francuzów do zatrzymania się w Cylicji. W marcu Grecy ponownie podjęli ofensywę, która została zatrzymana w drugiej bitwie pod Inönu (30 marca - 1 kwietnia), ale te niepowodzenia ich nie zraziły i w lipcu-sierpniu 1921 r. przeprowadzili Grecy wielką ofensywę (pod osobistym dowództwem króla Konstantyna), która zajęła znaczną część środkowej Anatolii, dochodząc zaledwie 75 km od Ankary. I gdy wydawało się już że turecka rewolucja narodowa wkrótce upadnie, 5 sierpnia 1921 r. Mustafa Kemal Pasza został głównodowodzącym całej Armii ze specjalnymi uprawnieniami. W dniach 23 sierpnia - 13 września doszło do wielkiej bitwy pod Sakaryą, która ostatecznie doprowadziła do załamania greckiego natarcia i zwycięstwa narodowych sił tureckich. Pod wrażeniem tego zwycięstwa, a przede wszystkim woli walki Turków, kolejne mocarstwa zaczęły wycofywać się z tureckich ziem - w lipcu 1921 r. z Antalyi wycofali się Włosi, w październiku Francuzi ewakuowali wilajety cylicyjskie i wycofali się do Syrii. Zostali tak naprawdę tylko Brytyjczycy, którzy sami nie chcieli walczyć.
PLANY STWORZENIA WIELKIEJ ARMENII
W międzyczasie Turcy zajęli Armenię i Kurdystan (wrzesień-grudzień 1920 r.), co spowodowało że 22 marca 1922 r. na konferencji w Paryżu mocarstwa zachodnie uzgodniły nowy przebieg granic Turcji (potwierdzone potem przez traktat w Lozannie z 24 lipca 1923 r.), które praktycznie były identyczne z tymi, jakie obecnie posiada Turcja, jedyną różnicą było zajęcie przez Francuzów niewielkiego skrawka ziemi, czyli sandżaka Aleksandretty (przekazany Turcji w roku 1939), oraz wytyczenie obszaru międzynarodowego (i zdemilitaryzowanego dla Turków) wokół Cieśnin i Morza Marmara (łącznie z samym Stambułem, który został zajęty przez Turcję w 1936 r. wkrótce po remilitaryzacji Nadrenii przez hitlerowskie Niemcy). Oczywiście wcześniej musiano wygonić Greków również ze Smyrny i całego tego obszaru, co też uczyniono, a 11 października 1922 r. podpisano turecko-greckie zawieszenie broni. Tak oto Turcja utrzymała większość swych "rdzennych" granic i zachowała suwerenność. Ostatecznie 1 listopada 1922 r. zniesiono godność sułtańską (sułtan stał się w zasadzie już tylko taką pacynką która przebywała w Stambule - jeszcze w otoczeniu swego Haremu i Dywanu, choć większość kobiet została już uwolniona i zostały tam tylko te, które chciały, bo na przykład nie miały dokąd pójść).
13 października 1923 r Ankarę uznano za nową stolicę państwa, a 29 października oficjalnie proklamowano Republikę Turecką, jednocześnie wybierając Mustafę Kemala Paszę (zwanego już wówczas Ataturkiem - czyli przywódcą wszystkich Turków) na pierwszego prezydenta kraju. Kraj szybko też przystąpił do budowy swych podstaw na zupełnie innych korzeniach niż Imperium Osmańskie. Przede wszystkim stworzono kraj całkowicie zlaicyzowany, usuwając wszelkie medresy z jakiegokolwiek wpływu na politykę. Rozpoczęto też wprowadzanie alfabetu łacińskiego i pozwolono kobietom ubierać się w takie suknie, w jakie chciały, bez konieczności zakrywania twarzy (a nawet stało się to zabronione). Ogólnie stan taki trwa praktycznie do dzisiejszych czasów Erdogana.
Należy dodać że rzeczywiście Turcja pod względem praw kobiet w świecie islamskim jest bodajże jednym z wyjątkowych krajów w obecnym czasie (niegdyś do tego grona należał jeszcze Iran). W innych krajach muzułmańskich kobieta - nawet w towarzystwie swego męża czy chłopaka - może być narażona na nagabywanie ze strony innych mężczyzn, w Turcji (ale paradoksalnie również w Iranie) czegoś takiego nie spotkamy. Zresztą ja jestem miłośnikiem utrzymania różnorodności kulturowej krajów świata, wbrew temu co próbuje się nam narzucić czyli wymieszanie wszystkiego w jednym kotle. Dlatego tak ważne jest dbanie o własną kulturę narodową, o własną historię i przede wszystkim o własną religię (tak jak na filmiku poniżej). W krajach chrześcijańskich modlenie się muzułmanów możliwe musi się stać jedynie w meczetach, a nie na ulicach, w parkach czy na drogach - jak to ma miejsce obecnie w Europie Zachodniej. Europa to jest obszar w którym króluje Jezus Chrystus i to ON jest jedynym naszym Mistrzem, Przewodnikiem i Panem, nie chcemy tu w przestrzeni publicznej żadnych Mahometów, Allahów i innych tego typu publicznych form narzucania nam obcych kultów religijnych - tyle w temacie.
Potęgująca się drożyzna i spadek wartości marki polskiej spowodował, iż w kraju dochodziło do wielu strajków (co oczywiście starali się wykorzystać komuniści, którzy co prawda tworzyli różnego rodzaju postulaty strajkowe, ale nie one miały znaczenie, były w zasadzie tylko pretekstem do tego, aby zorganizować kolejny strajk, bo chodziło tylko i wyłącznie aby cały kraj zanarchizować i podburzyć w taki sposób, żeby ułatwić wybuch rewolucji komunistycznej w Polsce i oczywiście interwencję Armii Czerwonej). Socjaliści ogłosili na 5 listopada strajk powszechny na kolei i na poczcie. Rząd próbował pokazać pazury i ogłosił militaryzację kolejnictwa oraz powołanie kolejarzy do wojska. W paru województwach wprowadzono też stan wyjątkowy i sądy doraźne, oraz zakazano zgromadzeń. Z tego też powodu, dnia 6 listopada 1923 r. doszło w Krakowie do tragicznych wydarzeń. Zofia Kirkor-Kiedroniowa (siostra braci Grabskich, z których Władysław był następnie twórcą polskiej waluty - Złotówki) tak pisała o tym w swoich "Wspomnieniach": "Pojąć było trudno, jak mógł tłum krakowski, z socjalistycznych robotników, strzelców-piłsudczyków i mętów ulicznych złożony, wziąć górę na wojskiem, płakać się chciało, że w Krakowie od kul rodaków padli ułani polscy. (...) Nikt z winnych rebelii nie został pociągnięty do odpowiedzialności". Przeciwko demonstracji socjalistycznej w Krakowie władze wyprowadziły wojsko. Większość ułanów pozwoliła się rozbroić, ale dwa szwadrony otrzymały rozkaz szarży na tłum i je wykonały. Robotnicy polali granitową kostkę bruku wodą, na której konie zaczęły się ślizgać, a następnie obie strony otworzyły do siebie ogień (robotnicy przejęli jakieś 300 karabinów). Walki rozpoczęły się na ulicy Dunajewskiego, a potem przeniosły się na krakowski Rynek i kilka sąsiednich arterii. Rezultat tych wydarzeń był taki, że zabitych zostało 18 osób cywilnych i 14 ułanów, rannych łącznie zostało 200 osób (w tym 101 ułanów i oficerów i 38 policjantów). Walki trwały do wieczora, a w wyniku strajku elektrowni miasto pogrążyło się w ciemności. Dopiero dnia następnego zdołano dojść do kompromisu, chociaż Sejm (na wniosek prokuratury) zdjął immunitety dwóm posłom socjalistycznym zaangażowanym w podżeganie do walk - Stańczykowi i Bobrowskiemu, ale podczas procesu z lipca 1924 r. nie udowodniono im winy (skazano wówczas jedynie pięciu opryszków biorących udział w kradzieżach i nawet przywódcy rebelii - Klemensiewiczowi udało się wykaraskać z zarzutów karnych).
Nie tylko Kraków był areną krwawych wydarzeń socjalistycznych zamieszek. Również 6 listopada w Borysławiu w starciu z wojskiem padło trzech zabitych robotników a 10 zostało ciężko rannych, a 8 listopada w Tarnowie padło 5 zabitych robotników i kilkunastu zostało rannych. Te wydarzenia bardzo mocno wstrząsnęły całą Polską, a rząd Chjeno-Piasta gwałtownie zaczął tracić poparcie społeczne (nazywano ich m.in.: "mordercami". To też spowodowało że rząd Witosa i cała ta koalicja piastowców i narodowców która ponownie wróciła do władzy, bardzo źle została przyjęta przez warszawską ulicę w maju 1926 r. co umożliwiło Marszałkowi Piłsudskiemu działanie). Rząd Witosa zamierzał pójść do przodu z coraz bardziej anty-demokratycznymi ustawami w których zamierzano ograniczyć wolność słowa, zgromadzeń i prawa do strajku.
Komuniści nie odegrali żadnej roli w wypadkach krakowskich, co niezwykle ich frustrowało. Zresztą nie tylko tam, również podczas wielkich strajków w Zagłębiu Dąbrowskim na Śląsku (w dniach 15 października - 9 listopada 1923 r.) także byli niewidoczni. Dominowali tam socjaliści, a szczególnie partia Niezależnych Socjalistów w Polsce dr. Drobnera, w 1924 r. przekształcona w Niezależną Socjalistyczną Partię Pracy - (która notabene z czasem dążyła ku komunizmowi). Dając ujście swojej niechęci do socjalistów a jednocześnie tłumacząc nieobecność Komunistycznej Partii Robotniczej Polski w czasie wypadków krakowskich, w grudniu 1923 r. na łamach "Nowego Przeglądu" Adolf Warszawski-Warski pisał: "Z tego wynika, że Polska wraz ze strajkiem powszechnym i powstaniem zbrojnym w Krakowie wchodzi w nowy okres walk rewolucyjnych, które w związku z walkami robotników niemieckich mogą stosunkowo szybko rozwinąć się w zwycięską rewolucję proletariatu Europy Centralnej". Natomiast jego kolega z Komitetu Centralnego Maksymilian Horowitz "Walecki" (z tzw. zarządu 3W "Warski-Walecki-Wera" Kostrzewa czyli Maria Koszutska) również w grudniu i również na łamach "Nowego Przeglądu" dał wyraz swej nienawiści do socjalizmu, pisząc: "Albowiem trzeba to powiedzieć dziś z mocą większą, niż kiedykolwiek: droga do rewolucji proletariackiej prowadzi przez trupa kierownictwa "socjalistycznego", nie może być i nie będzie rewolucji dopóki dzisiejsze partie socjalistyczne nie będą wyrzucone poza obręb klasy robotniczej, dopóki ich paraliżujące, zabójcze wpływy nie zostaną zniszczone, dopóki olbrzymia większość klasy robotniczej nie skupi się pod sztandarami bezwzględnej walki, to jest - komunizmu". Komuniści bezwzględnie zwalczali socjalistów, ponieważ zgodnie z zasadą Lenina i Bucharina: "Najgroźniejszym wrogiem jest zawsze najbliższy, albo ten, który sobą zasłania głównego wroga". Socjaliści byli więc zwalczani, gdyż zasłaniali sobą głównego wroga tzw. "polskich" komunistów, czyli niepodległe Państwo Polskie i polskie społeczeństwo. Wrogiem był Naród polski, gdyż był dla owych komunistów czymś obcym, zupełnie niezrozumiałym. Oni występowali w roli adwokatów ludu pracującego, natomiast 99,9% z nich (jeśli nie 100%) nigdy w życiu nie pracowała fizycznie, nie miała też pojęcia co to znaczy praca fizyczna. Mało tego, oni byli niezdolni do efektywnej, cierpliwej i skutecznej pracy, a potrafili tylko niszczyć. Natomiast nienawiść do socjalizmu skupiała się u komunistów na tym, że partie socjalistyczne wspierali najczęściej robotnicy wykwalifikowani, czyli tacy, którzy mieli jakiś fach w ręku i własną pracą potrafili wydobyć się z biedy, własną pracą potrafili wykarmić rodzinę i nie potrzebowali do tego żadnych haseł w stylu rewolucji bolszewickiej i wymordowania ciemiężycieli (kapitalistów, obszarników czy szlachty), bo to głupie i do niczego nie prowadzi, a generuje tylko nieprawdopodobną ilość cierpień, która nikomu dobra nie przyniesie. Dlaczego hasła rewolucji komunistycznej nie przyjęły się wówczas w Europie Zachodniej i w Stanach Zjednoczonych? Ponieważ tamtejsi robotnicy własną pracą (w ogromnej większości) byli w stanie wyjść z biedy.
Np. robotnicy pracujący w zakładach Forda już od roku 1919 byli w stanie - za 4 kolejne miesięczne pensje - kupić sobie własny samochód - Ford model "T" który sami składali, to po co im była rewolucja bolszewicka, do czego? skoro oni sami własną pracą byli w stanie wejść do klasy średniej i żyć jak ludzie, zarobić na radio, lodówkę elektryczną, rower, samochód. A komuniści doskonale o tym wiedzieli i stąd rodziła się ta ich nienawiść do socjalizmu i do tych robotników, którzy odrzucili rewolucję, bowiem zarówno Marksowi jak i potem Leninowi czy Trockiemu robotnicy byli potrzebni tylko i wyłącznie jako masa która dokona mordów, masowych mordów na tych, których komuniści chcieli się pozbyć żeby sami zdobyć władzę i wprowadzić totalitarny terror (a terror wprowadzić musieliby, bez względu na to, czy by chcieli czy nie. Pisał o tym już Marks, że rewolucja komunistyczna nie może utrzymać się w systemie demokratycznym, gdyż wygeneruje ona ogromne pokłady niedoborów - w końcu w czasie rewolucji nikt nie będzie chciał pracować, a każdy będzie myślał tylko o tym, żeby gdzieś się ukryć lub walczyć - a co za tym idzie szybko pojawi się głód. Wówczas te same zrewoltowane masy, które dokonały wcześniej mordów na kapitalistach i obszernikach, teraz (gdy będą cierpieli głód i nie będą mieli co do garnka włożyć) zwrócą się przeciwko komunistom i dlatego muszą oni mieć gotowy system "oświatowo-policyjny" jak to nazywano, czyli innymi słowy system terroru policyjno-administracyjnego. Innymi słowy - nie da się wprowadzić komunizmu (choćby ten który próbował go wprowadzać był idealistą i pięknoduchem) bez zorganizowania całego systemu terroru i masowych mordów przeciwników władzy oraz systemu wzajemnej inwigilacji. W przeciwnym razie komunizm upadnie w ciągu kilku lat od zdobycia władzy i to upadnie z kretesem.
Jako ciekawostkę jeszcze dodam że w owym 1923 r. na drogach Francji pojawia się coraz więcej "cytryn", czyli Citroenów. I podobnie jak amerykańskie Fordy (które można je było kupić w każdym kolorze, pod warunkiem że był to kolor czarny), tak również producent i konstruktor Citroenów - Andre Citröen produkował je tylko w kolorze żółtym (oczywiście po latach dodano również inne barwy, ale ta popularna nazwa przetrwała).
FILARY SPOŁECZNEGO ROZWOJU LUDZKOŚCI I METODY PATOLOGIZACJI NA PRZESTRZENI WIEKÓW
TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI:
Cz. XXIX
SŁOWIANIE I CELTOWIE
Cz. XXIX
PIERWSZE EUROPEJSKIE CYWILIZACJE
SŁOWIANIE
(POLITYCZNY UPADEK FILISTEI - DOMINACJA IZRAELA I JUDY)
(ok. 925 r. p.n.e. - 738 r. p.n.e.)
Cz. VII
SALMANASAR III
FILISTEA
CZASY UPADKU
(ok. 925 r. p.n.e. - 738 r. p.n.e.)
Cz. VII
OMRYDZI
(885 - 841 r p.n.e.)
Cz. III
Nad królestwami Syrii i Palestyny ponownie zawisło wielkie niebezpieczeństwo, z chwilą wstąpienia na syryjski tron Salmanasara III. Był on przedstawicielem czwartego już pokolenia władców, którzy ponownie odrodzili asyryjską ekspansywność i wojowniczość (Salmanasar był synem - panujących po sobie - Aszurnasirpala II, wnukiem Tikulti-Ninurty II i prawnukiem Adad-Nirari II). Tron objął w 858 r. p.n.e. i zaraz potem przystąpił do kolejnych podbojów i ekspansji terytorialnej, siejąc przerażenie w krajach Lewantu. Jego pierwszą ofiarą było królestwo Bit-Adini, które siało ferment w regionie i podburzało dotychczasowych sojuszników oraz książąt lennych Asyrii do buntu (opisana przeze mnie w poprzedniej części krwawa wyprawa Aszurnasirpala II na Bit-Chalupe z 881 r. p.n.e., gdzie Bit-Adini osadziło swego marionetkowego władcę). Król Ahuni zamknął się w swej stolicy Til-Barsip (mieście o grubych i solidnych murach), sądząc że tutaj uda mu się przeczekać i zmusić Asyryjczyków do odwrotu. Mylił się bardzo, Salmanasar bowiem zdobył to miasto, króla Ahuni wbił na pal na miejskim placu (choć jego żony i dzieci zabrał ze sobą), mężczyzn wymordował a kobiety i dzieci wziął w niewolę. W ten oto sposób królestwo Bit-Adini przestało istnieć (855 r. p.n.e.), a Til-Barsip zostało teraz przemianowane na Kar-Salmanasar (czyli "Twierdzę Salmanasara"). Rok później wyruszył "Pan z Kalchu" przeciwko królestwu Bet-Eden, które podzieliło los Bit-Adini. Teraz po uporaniu się z tymi nadgranicznymi państewkami, mógł już bezpośrednio władca Assuru ruszyć na Syrię. Stało się tak w 853 r. p.n.e. a celem było dotarcie do Damaszku i ostateczne zniszczenie tego aramejskiego królestwa.
Salmanasar przekroczył Eufrat akurat w czasie wylewu tej rzeki, ale armia asyryjska była doskonale zaopatrzona i przygotowana na taką trudność (żołnierze wyposażeni byli bowiem w worki z baraniej lub koziej skóry, które w razie potrzeby wystarczyło nadmuchać i można było - siedząc na nich okrakiem - przepłynąć rzekę, niczym na poduszkach). Najpierw wkroczył do kraju Hatti (zapewne jakaś wschodnia pozostałość dawnego, zniszczonego ok. 1207 r. p.n.e. przez Ludy Morza królestwa Hetytów), którego władca - aby uniknąć walki i klęski - złożył mu hołd, zapłacił daninę i tym samym wybawił się od śmierci. Z tego samego założenia wyszedł władca miasta Halab (Aleppo) - Halman, sądząc że lepiej zapłacić i ocalić życie własne oraz mieszkańców, niż walczyć w nierównej wojnie i bez sojuszników, będąc z góry skazanym na klęskę. Wyszedł więc Salmanasarowi naprzeciw z bogatymi darami, oddał mu zarówno złoto, srebro jak i licznych niewolników, po czym łaskawie jako gospodarz zaprosił króla Assuru do swego miasta jako gościa (wiedząc że wówczas ten nie będzie mógł uczynić już szkody mieszkańcom, opierając się na uświęconym przez bogów prawie gościnności). Salmanasar złożył tam ofiarę w świątyni największego boga Halabu - Adada (boga burz i wichrów, choć również dobroczynnych deszczów) i udał się w dalszą drogę. Teraz celem Salmanasara były miasta Karkar i Hamat - które jeśli by zdobył lub sobie podporządkował, otworzyłoby mu to drogę do Damaszku, do kraju Aramu, który był teraz jego głównym celem jako najsilniejsze królestwo aramejskie w całym Lewancie.
BEN-HADAD II
Władca Aramu Ben-Hadad II natychmiast podjął środki zaradcze i obiecał wszelką pomoc zarówno królowi Hamatu - Irchuleni, jak również królowi Karkar. Przerażony ową inwazją był również władca Izraela - Achab, który w porozumieniu z Ben-Hadadem - również obiecał wsparcie wyżej wymienionym miastom. Łącznie - w bardzo krótkim czasie - udało się sformować koalicję złożoną aż z 12 królestw (oczywiście byli to głównie lokalni władcy okolicznych miast-państw, ale razem stanowili dość pokaźną siłę). Łącznie armia koalicji lewantyńskiej liczyła 65 000 wojowników pieszych, 1800 konnych, 3940 rydwanów bojowych, oraz 1000 arabskich wojowników na wielbłądach. Król Achab wystawił 10 000 wojowników pieszych i 2000 rydwanów - czyli jego wsparcie było dosyć znaczne (choć pewien niewielki, acz nieznany ilościowo kontyngent wysłał również król Judy - Jozafat, a także równie niewielki kontynent przysłali Egipcjanie). Pokazuje to dobitnie że również w leżącej daleko na południe Samarii, także obawiano się najazdu Asyryjczyków. Natomiast wojska asyryjskie liczyły razem ok. 60 000 żołnierzy. Bitwa pod Karkar była zażarta i bardzo krwawa, a Salmanasar chwalił się potem w swej inskrypcji, iż: "Zabiłem 14 000 wojowników, zalawszy ich niczym Adad, gdy sprowadza burzę. Ich trupy były wszędzie, a równinę wypełnili uciekający żołnierze (...) Równina była za mała, by ich pochować. Ich trupy wypełniły Orontes od brzegu do brzegu, zanim powstał most". Sługa i wierny poddany boga Assura musiał się chwalić swym zwycięstwem, gdyż posiadał je od swego boga, ale... Asyryjczycy - pomimo zadania wrogom znacznych strat - tej bitwy jednak nie wygrali. Wygrała ją koalicja, choć nie była w stanie rozbić armii asyryjskiej i król Salmanasar - nie niepokojony - wycofał się z pola bitwy i z Syrii, wracając do Kalchu (i tym że nie został on realnie rozbity świadczy fakt, iż zabrał ze sobą wcześniej zdobyte łupy).
BITWA pod KARKAR
(853 p.n.e.)
Jednak udało się zatrzymać marsz Salmanasara na południe i cała Syria oraz Palestyna odetchnęły z ulgą. Zwycięstwo to jednak było tak miałkie i niepewne, że bardzo szybko doprowadziło do poróżnienia dotychczasowych sojuszników. Oto bowiem Ben-Hadad (dowodzący armią koalicji w bitwie pod Karkar) oskarżył Achaba z Izraela o to, że Izraelici niechętnie wykonywali jego polecenia podczas bitwy, tym samym zakończyła się ona ogromnymi stratami i pozwoliła Salmanasarowi bezpiecznie wycofać się do jego kraju. Achab nie zamierzał pozwalać na takie oskarżenia i jeszcze tego samego 853 r. p.n.e. wybuchła kolejna wojna, tym razem pomiędzy izraelem a Aramem. Ben-Hadad zebrał armię i wyruszył zbrojnie przeciwko Izraelowi, próbując od wschodu przekroczyć Jordan i zdobyć Samarię. Nim to się jednak stało, pod Ramot w kraju Rubena (kraj ten zwany był również Gileadem) drogę zastąpił mu Achab wraz ze swym wojskiem. Bitwa co prawda zakończyła się zwycięstwem Izraela, ale król Achab stracił w niej życie, pozostawiając kraj w rękach swego syna Ochozjasza (realnie władającego wraz z ojcem od 855 r. p.n.e.). Achab panował przez dwadzieścia jeden lat i to on (a nie jego ojciec - Omri) był prawdziwym twórcą potęgi dynastii Omrydów. Za swych rządów rozbudował Samarię (miasto które potem stanie się symbolem północnych Żydów - zwanych Samarytanami), odbudował ze zgliszczy Jerycho, leżące w kraju Beniamina (tuż nad granicą z Judą). Bardzo dbał i rozwijał handel. To za jego czasu powstała żydowska dzielnica w Damaszku, oraz - utrzymując dobre stosunki z fenickim Tyrem - tym samym całkowicie uniezależnił się gospodarczo od filistyńskich portów. Świadectwem jego troski o handel i rozwój gospodarczy kraju, była znaczna rozbudowa handlowego miasta Chacor, w którym zbudowano cytadelę, magazyny wojskowe oraz - jako bodajże jedyne miasto w Palestynie - otrzymało rozbudowany system kanalizacyjny. W Megiddo również wzniesiono magazyny zbożowe i otoczono miasto nową linią fortyfikacji.
Król Achab dbał również o jedność swego kraju, zdając sobie sprawę że zasiedlają go zarówno Żydzi jak i Kananejczycy - starał się stworzyć z nich jeden naród, dlatego też oddając cześć Jahwe w sanktuariach w Betel czy Dan, jednocześnie (ku zgorszeniu kapłanów Świątyni Jerozolimskiej) składał ofiary na ołtarzach kananejskich bogów (szczególnie zaś Baalowi, któremu wzniósł świątynię w Samarii, oraz tyryjskiemu Melkartowi - takiemu fenickiemu Herkulesowi). Szacunek do bogów Kanaanu i Fenicji zaszczepiła w Achabie jego małżonka, córka króla Tyru - Jezebel. Oburzeni tym faktem kapłani Świątyni Jerozolimskiej (wraz z arcykapłanem) starali się przekonać króla Jozafata, aby ponownie zerwał wszelkie stosunki z owym odstępcą od wiary przodków, który otwarcie już chodzi na smyczy swej małżonki. Jezebel zaś oskarżali o najbardziej potworne czyny. Miała ona bowiem utrzymywać 450 kapłanów Baala i Asztarte, czyniąc z nich swych ochroniarzy i jednocześnie wykorzystując do mordowania niewygodnych jej wyznawców religii mojżeszowej. Poza tym publicznie określano ją jako ladacznicę, gdyż twierdzono że oddając się kultowi swej bogini (Asztarte), ku zgorszeniu swych poddanych, spaceruje nocami po pałacu z obnażonymi piersiami oraz (wraz z Achabem) oddaje się najwymyślniejszym seksualnym praktykom. Zarzuty te jednak z pewnością były nieprawdziwe (nigdzie w źródłach nie znaleziono choćby jednego dowodu na wyżej wymienione oskarżenia) i miały na celu jedynie oczernienie Izraelitów, którzy oddają cześć innym bogom. Poza tym kapłanów Jerozolimskich niepokoił fakt, że Achab samodzielnie uczestniczył w składaniu ofiar Jahwe, bez (jak to miało miejsce na południu) pośrednictwa arcykapłana. To wszystko razem wzięte budowało bardzo złą opinię Izraelitom (czyli Północnemu Królestwu) którzy już w czasach Jezusa zwani byli Samarytanami, a nazwa ta była synonimem odstępców i bałwochwalców (dlatego też powstała przypowieść o dobrym Samarytaninie, jako kimś wyjątkowym).
KRÓLOWA JEZEBEL
Przeciwko władcom północnym, przeciwko dynastii Omriego tworzyła się więc bardzo silna opozycja i to nie tylko w Jerozolimie, ale również w samym Izraelu. Gdy na tron w 853 r. p.n.e. wstąpił Ochozjasz (syn Achaba), który był również synem Jezebel - i który dążył do wspólnego sojuszu z Jozafatem oraz stworzenia wspólnej floty okrętów, niestety nie panował długo. Wkrótce zapadł na jakąś tajemniczą chorobę która sprawiała mu boleści. Usłyszawszy że ukojenie przynieść może mu rada boga Baal-Zebuba ze świątyni w filistyńskim Ekronie, wysłał tam swych posłów, którzy jednak po drodze napotkali proroka Eliasza. Ten nie miał dla nich dobrych wieści, a wręcz przeciwnie, oskarżył młodego Ochozjasza o wysługiwanie się bożkom i demonom (wcześniej Eliasz to samo miał powiedzieć o ojcu Ochozjasza, co zostało zapisane słowami: "Bardzo haniebnie postępował służąc bożkom (...) Achab, syn Omriego, również czynił co złe w oczach Jahwe i stał się gorszym od wszystkich swoich poprzedników"). Ochozjasz zmarł kilka miesięcy później (852 r. p.n.e) nie znalazłszy lekarstwa na swoją chorobę. Na tronie Izraela zastąpił go teraz młodszy brat (również syn Achaba i Jezebel) - Joram. Przez ten czas kapłani Świątyni Jerozolimskiej starali się stworzyć w Północnym Królestwie silną opozycję przeciwko Omrydom. Jednak za panowania króla Judy - Jozafata niewiele ugrali, ponieważ władca ten nie chciał angażować się przeciwko potomkom Achaba, których uważał za sprzymierzeńców. Dopiero po jego śmierci i wstąpieniu na tron jego syna Jorama (oczywiście nie był to ten sam Joram z północy) w 847 r. p.n.e. udało im się wreszcie zyskać wsparcie nowego króla (notabene Joram panował wraz z Jozafatem od 853 r. p.n.e.). Czasy pokoju znów dobiegały końca i stosunki obu królestw ponownie uległy pogorszeniu (a Joram z północy starał się nawet namówić Filistynów do uderzenia na Jerozolimę, co zostało odnotowane (2 Krn. 17,11), choć ostatecznie do takowego ataku (wbrew temu co zawarte jest w Biblii) nie doszło, a atak na Jerozolimę Filistynów - wspartych przez kontyngenty arabskie - był wówczas bardzo mało prawdopodobny i dlatego uważam że nie tylko atak, ale zdobycie i splądrowanie Jerozolimy (o czym można przeczytać w tym właśnie fragmencie Pisma Świętego) wydaje mi się kompletną bzdurą, choć oczywiście nie można założyć że Joram z Izraela nie próbował takiej koalicji stworzyć.
Na północy zaś Izrael miał spokój. Król Aramu Ben-Hadad skupiał się bowiem wówczas na niebezpieczeństwie asyryjskim i to było dla niego najważniejsze. Salmanasar zaś po Karkar, nie był jeszcze gotów do ponownej inwazji na Syrię, lecz nieustannie szarpał przygraniczne ziemie Aramu. Ben-Hadad nie pozostawał mu dłużny, opłacił bowiem chaldejskich wielmożów w Babilonii, którzy po śmierci dotychczasowego króla Marduk-zakir-szumi I (panującego w Babilonie z woli Asyrii), wzniecili bunt przeciwko jego synowi, młodemu Marduk-balassu-ikbi (ok. 852 r. p.n.e.). Salmanasar musiał więc interweniować zbrojnie, wkraczając do Babilonii, tłumiąc bunt i przywracając władzę Marduk-balassu-ikbi (ten panował potem przez prawie 40 lat, do 813 r. p.n.e. Zresztą jego ojciec też długo panował, bo 27 lat, a dziadek Nabu-apal-idina - 33). Po uporaniu się z problemem chaldejskim i złożeniu ofiary w Esangili (świątyni boga Marduka, która w tamtych czasach była uważana za biblijną wieżę Babel ze względu na swe ogromne rozmiary), Salmanasar powrócił do swych planów inwazji na Syrię. W 849 r. p.n.e. rozpoczął kolejną inwazję, tym razem celem było miasto-państwo Karkemisz, które już od czasów Aszurnasirpala II płaciło Asyrii daniny. Miasto to zostało zdobyte, władca zamordowany (co było asyryjską tradycją), a ludność uprowadzona w niewolę. Był to wyraźny sygnał dla Ben-Hadada z Damaszku, Salmanasar zdawał mu mówić: "jesteś następny na mojej liście i skończysz tak, jak oni". Władca Aramu starał się do tego jednak nie dopuścić, ponownie nawiązując sprawdzony sojusz z władcami Hamad, Karkar i Samarii. Przez kolejne cztery lata granica asyryjsko-aramejska była nieustannie trapiona podjazdowymi atakami, które w większości kończyły się asyryjskimi zwycięstwami w mniejszych lub większych potyczkach. Dopiero w 845 r. p.n.e ruszyła wielka asyryjska ofensywa przeciwko Aramowi. Salmanasar wiódł ze sobą aż 120 000 żołnierzy a celem było ostateczne zdobycie Damaszku. Nie znamy dokładnie wydarzeń dziejących się w czasie tej kampanii, ale wiadomo że ostateczny cel nie został spełniony. Ben-Hadadowi (i jego sprzymierzeńcom) udało się zmusić Asyryjczyków do odwrotu, chociaż poniósł przy tym znaczne straty.
ESANGILA
ŚWIĄTYNIA MARDUKA I WSZYSTKICH BOGÓW W BABILONIE
Wydawałoby się, że tak wielka armia musi już zdobyć Damaszek, tak się jednak nie stało. Salmanasar był mimo to władcą konsekwentnym, wierzył głęboko że jego bóg Assur da mu wreszcie upragnione zwycięstwo. Tym bardziej że koalicja zawarta pod Karkar, zaczęła się sypać. W ogromnej większości doprowadzili do tego kapłani Świątyni Jerozolimskiej, którym udało się pozyskać dowódcę armii Północnego Królestwa - Jehu, który w 841 r. p.n.e. udał się do Jezreel i tam strzałą z łuku zabił swego władcę króla Jorama (ostatniego przedstawiciela dynastii Omrydów). Jego matkę Jezebel pohańbiono i nagą wyrzucono z okna pałacu (po czym Jehu kilkukrotnie przejeżdżał po jej ciele swym rydwanem). Zamordowano też wszystkich braci Jorama, a ich odcięte głowy układano w stos tuż przed bramą wejściową do pałacu. Mordowano również wszystkich przyjaciół i najbliższe sługi króla (warto tutaj jeszcze odnotować jeden fakt, mianowicie król Judy Joram, który nosił takie samo imię jak jego odpowiednik z północy, co skończył w tak tragiczny sposób - też już nie żył. Zmarł zapewne na początku 841 r. p.n.e. a swym następcą mianował syna Ochozjasza - te imiona często się ze sobą przeplatały wśród królów południa i północy. Ochozjasz zaś w tym właśnie czasie na swe nieszczęście przebywał w Izraelu, na dworze króla Jorama). Jehu zamordował również Ochozjasza, króla Judy, który w tym czasie przebywał w Jezreel (zapewne nie został rozpoznany, a być może celowo go zamordowano, bo jego syn - Joasz był jeszcze dzieckiem). Jehu i jego żołnierze wymordowali także wszystkich kapłanów Baala w Samarii, niszcząc tamtejszą świątynię, a miejscowym Kananejczykom - aby ich upokorzyć - nakazali by tam właśnie znosili śmieci i wylewali nieczystości... łącznie z wypróżnianiem się. Tak więc rok 841 p.n.e. przyniósł dramatyczne zmiany dla całego Lewantu, nie tylko dla Izraela i Judy.
Nowym królem Izraela został teraz Jehu. W Jerozolimie na tron wstąpił Joasz, ale ze względu na swą małoletność, rządy regencyjne w jego imieniu sprawowała jego babka - Atalia (która ostatecznie sama zapragnęła korony i koronowała się na królową Judy). Natomiast w Damaszku z ręki niejakiego Hazaela ("syna niczyjego" - prawdopodobnie był on sługą lub najbliższym poddanym króla) zamordowany został król Aramu Ben-Hadad II. W takich okolicznościach Salmanasar uznał, że oto nadarzyła się niesamowita okazja, którą należy natychmiast wykorzystać i zebrawszy armię latem 841 r. p.n.e. pomaszerował na Damaszek.
CZYLI, JAK TO W POLSCE NARÓD WYBIERAŁ SWOICH KRÓLÓW?
PIERWSZA ELEKCJA
1573 r.
Cz. I
Nadszedł wreszcie ten nieszczęśliwy czas, gdy życie króla Zygmunta II Augusta dobiegło kresu. Król nie był wcale jeszcze taki stary, w chwili śmierci miał zaledwie pięćdziesiąt dwa lata, a tak gdzieś do roku 1565 wyglądał jeszcze dość młodo i pomimo tego że cierpiał na różne dolegliwości (które nasiliły się jednak dopiero około 1568 r.), to stosując najróżniejsze leki i medykamenty (za radą swego medyka - Piotra z Poznania, sprowadzał król z Italii różne maści i płyny do nacierania ciała) utrzymywał się w miarę dobrym zdrowiu. Załamanie przyszło dopiero w kwietniu 1572 r. gdy król coraz bardziej odczuwał problemy z pęcherzem (stwierdzono potem że były to początki kamicy), jak też zaczął tracić zęby (szczególnie w górnej szczęce. Swoją drogą należy tutaj dodać że uzębienie ludzi w średniowieczu a nawet we wczesnej nowożytności było znacznie lepsze od uzębienia ludzi epok późniejszych, a to z tego powodu, że spożywali oni bardzo mało cukru, który jest główną przyczyną próchnicy i niszczenia zębów). Jego największym zmartwieniem - potęgującym pojawienie się nowych chorób - były ciągłe troski o przyszłość dynastii Jagiellonów, gdyż pomimo tego, że trzykrotnie wstępował w związek małżeński, żadna z jego dotychczasowych żon nie dała mu syna (ani córki). Można by było sądzić, że problem leżał u podłoża samego monarchy i że to król mógł być bezpłodny. O bezpłodności Zygmunta Augusta mawiano już od 1550 r., dziwiąc się że król, który cały czas przebywa w gronie wielu kochanek (które nazywał swymi "sokołami"), z żadną z nich nie miał dotąd potomstwa. Twierdzono że to Barbara Radziwiłłówna - jego kochanka od 1543 r. i żona od 1547 r. a potem koronowana królowa Polski od grudnia 1550 r. do maja 1551 r. - najprawdopodobniej zaraziła go kiłą. Ale ten zarzut był bezpodstawny, jako że Zygmunt spłodził córkę ze swą kochanką - Barbarą Giżanką (córką warszawskiego rajcy), która przyszła na świat w 1571 r. i nigdy też nie leczył się na syfilis. Król co prawda miał bardzo wiele kochanek, gdyż przebywanie w otoczeniu żon (wykluczając Barbarę) czyli Elżbiety a potem jej siostry Katarzyny Habsburg, traktował jako przykrą konieczność i starał się jak najmniej czasu spędzać w ich łożu. Będąc pod wrażeniem szybkich zgonów - najpierw Joachima II elektora brandenburskiego, który zmarł w styczniu 1571 r. a następnie swego młodego siostrzeńca Jana Zygmunta Zapolyi, zmarłego w marcu tego samego roku - król postanowił sporządzić testament. Większość majątku zapisał swym siostrom: Annie, Zofii i Katarzynie Jagiellonce (ta ostatnia była wówczas żoną króla Szwecji - Jana III Wazy i matką późniejszego króla Rzeczpospolitej - Zygmunta III Wazy). Przekazał im nie tylko swój ruchomy i nieruchomy majątek, ale także prawa spadkowe do majętności włoskich, oraz do sum pożyczonych niegdyś przez ich matkę - Bonę Sforzę, królowi Hiszpanii - Filipowi II Habsburgowi (Zygmunt August zaznaczył w swym testamencie, że po śmierci sióstr ofiarowany im majątek miał przejść na własność Korony i Litwy, co było precedensem, gdyż dotąd władcy traktowali swoje domeny i czerpane z nich zyski jako majątek prywatny, rodowy, a nie krajowy). Niewielką tylko część swego majątku ofiarował król wybranym przez siebie kościołom.
Król Zygmunt II August zmarł dnia 7 lipca 1572 r. w Knyszynie, o godzinie (według Świętosława Orzelskiego) szóstej po południu. Jak już wcześniej pisałem, jego zgon był katastrofą dla kraju, jako że wszystkie instytucje (a szczególnie sądy) działały i orzekały w imieniu monarchy, zaś jego zgon powodował natychmiast anarchię i niebezpieczne bezkrólewie. Naoczny świadek tamtych dni - Andrzej Lubieniecki, tak oto pisał o śmierci Augusta: "Obywatele krajów naszych, i wielcy ludzie i mali, zwątpiwszy o potomku królewskim, tak wyglądali i oczekiwali z bojaźnią tego tam interregnum (bezkrólewia), jako sądnego dnia zwykli ludzie, złe sumienie mający". Zaś ów dyplomata i kronikarz (o którym już wspomniałem we wcześniejszych częściach, jako że z jego to opracowań czerpię mnóstwo informacji o tych czasach) Reinhold Heidenstein, dodawał: "Dziwna obawa i troska o losy kraju osiadły wszystkich umysły (...) jakoby po śmierci jego państwo całe razem z nim zginąć miało". Wielu twierdziło że oto potęga Rzeczypospolitej chyli się ku upadkowi, grozę niepokojów dopełniały krążące wśród ludu przepowiednie, oraz kometa, która niechybnie ukazać się miała na niebie. Warto też wspomnieć o tym, że nastrój grozy tamtych dni przyjął się również wśród służby królewskiej, która po śmierci Augusta opuściła Zamek Wawelski, zabierając ze sobą wcześniej co tylko się dało. Był to przykry, haniebny widok, gdy - jak pisał Świętosław Orzelski: "Taki okropny widok opuszczenia przedstawiał nieboszczyk, iż nie było czym przykryć nagi trup jego. Dopiero biskup kazał zrobić całun na ten użytek, a doktor Fogelweder włożył na ciało zmarłego złoty pierścień z kosztownym kamieniem i łańcuch złoty z krzyżem". To samo pisze Heidenstein: "Wielu obiegło go zaraz po śmierci i tak ciało jego zaniedbane leżało i kiedy nikt się o niego nie troszczył, Stanisław Czarnkowski, referendarz koronny, kazał własnym kosztem suknie i inne rzeczy do ubrania ciała potrzebne sprawić". Kradzieże majątku królewskiego, które nastąpiły zaraz po jego zgonie, nie były jednak liczne (tylko część ciżby rzuciła się do rabowania mienia, zaś większa część królewskiej służby tego nie czyniła). Szybko też senatorowie nakazali opieczętowanie komnaty w której zgromadzono srebra królewskie, pierścienie, złote wisiory i inne cenne przedmioty, w tym rzeczy po Barbarze Radziwiłłównie (chociaż słynne perły Barbary wówczas zaginęły i ostatecznie odkupił je od rabusiów wysłannik królowej Anglii - Elżbiety I i trafiły potem do angielskiego skarbca. Gdzie przebywają dziś - tego niestety nie wiadomo).
ŚMIERĆ KRÓLA ZYGMUNTA II AUGUSTA
(7 lipca 1572)
A tymczasem, aby uniknąć niepokojów wewnętrznych (np. co odważniejsi szlachetkowie już zaczęli dokonywać zajazdów na posiadłości swych sąsiadów z którymi miewali zatargi, wiedząc doskonale że żadne sądy ich za to nie skażą, skoro zostały zawieszone po śmierci króla) oraz zewnętrznych (wciąż toczyła się wojna z Moskwą Iwana Groźnego, a niepewni byli również i Tatarzy, dla których taki czas był wyśmienity dla odbycia nowej wyprawy łupieżczej, poza tym niedawno co zakończyły się morskie starcia polskich i duńskich okrętów pod Helem i Puckiem w roku 1571) czym prędzej należało wybrać nowego króla. Jeszcze przed śmiercią Zygmunta Augusta prymas Jakub Uchański zwołał zjazd panów szlachty z całego kraju do Łowicza, jednak zjechało się tam (16 lipca 1572 r.) tylko "rycerstwa bardzo wiele" lecz z samej Wielkopolski, oraz 30 senatorów z tejże dzielnicy. Pięć dni oczekiwano tam przybycia Małopolan, aby wspólnie radzić nad wyborem nowego monarchy, ale ci (14 lipca) zebrali się w Krakowie. Panowie jednej i drugiej dzielnicy starali się narzucić reszcie swoje przewodnictwo i swą wolę, tym bardziej że powstał jeszcze spór o to, kto powinien zwoływać zjazdy i obejmować przewodnictwo interreksa (regenta) po śmierci króla. Wielkopolanie twierdzili że rola ta przypada arcybiskupowi gnieźnieńskiemu i prymasowi Polski, którym wówczas był Jakub Uchański. Prymas pełnił bowiem nieoficjalny tytuł "pierwszego księcia" w państwie, a także był jedynym, który nie musiał nigdy czekać na audiencję u króla. Jednak Małopolanie widzieli to inaczej i te same przywileje przyznali marszałkowi wielkiemu koronnemu - Janowi Firlejowi z Dąbrowicy, który dodatkowo był kalwinem i przywódcą protestantów. Była to więc walka nie tylko o dominację jednej czy drugiej dzielnicy, ale również o przewodnictwo katolicyzmu i protestantyzmu (nowowierstwa). Zjazd krakowski różnił się też od łowickiego o tyle, że o ile do Łowicza zjechała prócz senatorów również liczna szlachta wielkopolska, to jednak nie została ona dopuszczona do obrad, zaś w Krakowie marszałek Firlej (starając się oprzeć na szlachcie w swej walce o władzę) dopuścił ją również do obrad wraz z małopolskimi senatorami, dzięki temu zjazd krakowski miał znacznie większe znaczenie niż łowicki, gdyż był zjazdem zarówno magnaterii jak i szlachty, a także zapadające na nim postanowienia szybciej rozesłane zostały do innych prowincji Rzeczypospolitej.
Podstawowym problemem było oczywiście zapewnienie bezpieczeństwa w kraju, w którym sądy przestały funkcjonować. Poradzono sobie z tym, powołując do życia "kaptur", czyli sądy kapturowe, które zastąpić miały w bezkrólewiu sądy królewskie (nazwa prawdopodobnie wywodzi się od łacińskiego słowa "capere" co znaczy łapać przestępcę), a po raz pierwszy taki rodzaj sądu ogłoszono już w 1382 r. po śmierci Ludwika Węgierskiego. Drugim problemem było "zaopatrzenie" granic przed najazdami i utrzymanie załóg twierdz przygranicznych - szlachta nie zgodziła się jednak na specjalne podatki w tej kwestii, twierdząc że: "Jak teraz poczujem się do podatku, to już się nigdy z niego nie wyprężymy", dlatego też problem ten spadł niestety na barki hetmanów, którzy - własnymi pocztami - musieli je zastępować i finansować. W Krakowie szczególną uwagę zwrócono na obronę granicy śląskiej i węgierskiej przed ewentualnymi "cesarskimi zakusami", a w Łowiczu powołano pod broń pospolite ruszenie, co spowodowało że: "sposobili się do konia wszyscy i czyścili oręż". Ponieważ oba zjazdy były od siebie niezależne, nie dało się powziąć żadnej decyzji na temat wyboru nowego monarchy i tak też się one zakończyły (łowicki - 25 lipca, zaś krakowski dzień wcześniej). Nie były to jednak jedyne zjazdy w kraju, gdyż owe konfederacje (w jakie zamieniały się szlacheckie zjazdy) odbywały się teraz we wszystkich prowincjach Korony i Litwy. 17 lipca w Krasnymstawie zebrała się (na polecenie podkomorzego chełmskiego - Mikołaja Sienickiego, zwanego też "polskim Demostenesem" ze względu na swobodę wymowy i trafność przekazu, którym zjednywał sobie współobywateli) szlachta ziemi chełmińskiej. 21 lipca zebrała się w Bełzie szlachta województwa bełskiego, a przewodził jej starosta - późniejszy kanclerz i hetman wielki koronny - Jan Zamoyski. Tego samego dnia zebrała się szlachta kujawska na sejmiku w Radziejowie. 31 lipca w Glinianach odbył się wspólny zjazd województw ruskiego i podolskiego a w kolejnych dniach odbyły się zjazdy sejmików na Litwie i Ukrainie. Były oczywiście zjazdy ważne i ważniejsze, np. już 21 lipca w Radziejowie odrzucono postanowienia konfederacji łowickiej (szlachta była bowiem mocno wzburzona, że jej przedstawicieli nie dopuszczono tam do obrad wraz z senatorami i dlatego zagrano na nosie magnatom, odrzucając ich uchwały), potem uczyniła to na zjeździe w Środzie (8-10 września) również i szlachta wielkopolska. Duże znaczenie zaś miały konfederacje: krakowska, krasnostawska i bełska, których postanowienia przyjmowała szlachta innych prowincji.
W Krakowie wyznaczono wspólny zjazd wszystkich senatorów Rzeczypospolitej do Knyszyna na 10 sierpnia 1572 r., Wielkopolanie zaś wyznaczyli miejscem zebrania - Środę, dnia 8 września (na ten drugi zjazd nikt nie przybył, poza samą szlachtą z Wielkopolski). W Knyszynie zebrano się jednak dopiero 24 sierpnia, lecz i tutaj nie dotarła spora część przedstawicieli z innych prowincji (np. Wielkopolanie, a poza tym nie przybyli senatorowie z województw: ruskiego, podolskiego i pruskiego). Wielkopolanie stwierdzili że nie przybędą na zjazd knyszyński, gdyż został on zwołany bez porozumienia z prymasem Uchańskim, jako interreksem. Zjawiła się też bardzo nieliczna delegacja litewska, której przewodził marszałek wielki litewski - Jan Chodkiewicz (ojciec sławnego pogromcy Szwedów spod Kircholmu - a trzeba pamiętać że bitwa pod Kircholmem z 1605 r. jest największą klęską militarną Szwecji w całych dziejach tego kraju - i bohatera wojny z Moskwą - Jana Karola Chodkiewicza). Zjazd knyszyński miałby doniosłe znaczenie i zapewne Jan Firlej - pomysłodawca jego zwołania - uzyskałby znaczną przewagę nad prymasem Uchańskim w walce o pierwszeństwo w państwie, gdyby nie popełnił podstawowego błędu. Ów zjazd bowiem został wyznaczony jedynie dla senatorów, czym Firlej zraził do siebie stan szlachecki. I choć zapadły tam dość ważne postanowienia i wyznaczono miejsce wyboru króla na dzień 13 października w Bystrzycy pod Lublinem, to jednak pominięcie szlachty oznaczało odrzucenie uchwał knyszyńskich na sejmikach w Środzie (Wielkopolska), Radziejowie (Kujawy), Raciążu (Mazowsze) i Nowym Korczynie (Małopolska). Szlachta tym samym wysyłała jasny komunikat do magnaterii - nic o nas, bez nas. Zwołany przez Wielkopolan kolejny sejmik w Kole (15-18 października) ostrzegł Małopolan, że jeśli spróbują na własną rękę wybrać króla, będzie to miało bardzo poważne konsekwencje. Widząc że pozycja Fireja słabnie - jego przeciwnicy - Piotr Zborowski i Walenty Dembiński porozumieli się z prymasem Uchańskim i wyznaczono wspólny zjazd senatorów obu prowincji (wysłano także zaproszenia do Litwy, Prus Królewskich, Inflant i Wołynia) w miejscowości Kaski pod Sochaczewem, na dzień 25 października.
W czasie obrad zjazdu kaskiego (25 października - 2 listopada) zaniepokojona tym szlachta ziem różnych Rzeczypospolitej, odbywała w tym samym czasie swoje sejmiki, gdzie zarzucano magnatom uzurpowanie sobie całej władzy i dążenie do samodzielnego wyboru przez nich króla. Domagano się zwołania wspólnego zjazdu szlachty i magnaterii, oraz jak najszybszego wyboru nowego monarchy, najlepiej jeszcze przed zimą 1572 r. To ostatnie jednak stało się niemożliwe i ostatecznie zwołano (oraz zaakceptowano na sejmikach) Sejm konwokacyjny do Warszawy na dzień 6 stycznia 1573 r. Sejmiki wyznaczyły więc posłów i dnia tego (wraz z senatorami) zebrała się pod Warszawą dość duża liczba przedstawicieli (prócz wybranych posłów, zjechała tam również i szlachta, aby się przypatrywać obradom) z Małopolski, Wielkopolski, Mazowsza, Rusi, Litwy, Prus, Inflant, Podola, Wołynia i Ukrainy. Sejm konwokacyjny różnił się tym od zwykłego, iż senatorowie zasiadali tam wspólnie ze szlachtą i nie wybierano też marszałka, a obradom przewodniczył codziennie poseł z innego województwa. Podczas obrad zatwierdzono sądy kapturowe (którym nadano jednolity charakter sądów ostatniej instancji), uchwalono podatki na obronę granic, zakazano "wyprowadzania koni i sprzętów wojennych" za granicę, uchwalono też - do czasu wyboru nowego króla - zamknięcie wszystkich karczem i zakaz zabaw publicznych. Posłom obcych dworów przyznano specjalne listy starościńskie, bez których nie mogli oni podróżować po kraju (chciano tym samym zniwelować wpływ obcej agentury, która już zaczęła szukać kontaktów, przekonując szlachtę do poparcia swych władców). Posłowie musieli teraz zatrzymać się przy granicy i tam czekać na przyznanie listów przez prymasa, umożliwiających im wjazd do Rzeczypospolitej (posłom Habsburgów wyznaczono takie miejsce w Urzędowie w ziemi lubelskiej, zaś posłom francuskim Konin w ziemi kaliskiej).
Podczas obrad musiano zająć się również podstawowymi problemami, takimi jak: przyznanie pierwszeństwa do tytułu interreksa prymasowi lub marszałkowi wielkiemu koronnemu, a także uzgodnienie kwestii, czy głos jednego szlachcica miał znaczyć tyle samo, co głos senatora. Ostatecznie uzgodniono (po przemowie Jana Zamoyskiego i Jakuba Ponętowskiego - cześnika łęczyckiego) iż wybór nowego monarchy winien być udziałem całego narodu. Zamoyski, powołując się jeszcze na uchwałę Sejmu z 1530 r. w tej sprawie, stwierdził: "Senat, poselstwo, są urzędem, stan rycerski zaś narodem, a gdy równe są swobody całego rycerstwa, sprawiedliwą było rzeczą, aby, jako do obrony Ojczyzny, tak do wyboru króla każdy z rycerstwa równo się przykładał". Uznano więc że będziesz sprawiedliwym, by wszyscy "panowie bracia" bez względu na sprawowane urzędy i posiadane majętności, mieli równe prawo głosu co do wyboru wspólnego Rzeczypospolitej monarchy. Zdecydowano się jednak wyłączyć z elekcji przedstawicieli książąt hołdowniczych (pruskiego i kurlandzkiego), tak, aby nigdy nie mieli oni wpływu na wybór króla Polaków, Litwinów i Rusinów. Wyznaczono też miejsce pod przyszłą elekcję królewską, a ponieważ szlachcie i magnatom było dobrze obradować pod Warszawą, to właśnie to miejsce (wieś Kamień na Pradze) wybrano teraz na wybór monarchy (zaważyła przy tym również opinia prymasa, który dobrze wiedział że większa część szlachty mazowieckiej jest katolicka i że stawi się ona tłumnie pod Warszawą, przechylając w razie konieczności szalę na korzyść Kościoła Katolickiego). Ostatecznie uzgodniono też, że każdy nowy król będzie zobowiązany zatwierdzić dawne przywileje szlachty, oraz przyjąć na siebie pewne nowe zobowiązania, aby Rzeczpospolita - która oddaje mu swą koronę, mogła mieć z niego jakiś pożytek (szlachta bała się bowiem tego, że może wybrać niewłaściwego króla, który potem okaże się np. tyranem lub będzie miał jakąś inną wadę. Pytano więc: "Sprawy sejmowe można odbywać przez posłów, bo łatwe do naprawy, ale jak naprawić wybór złego króla?". Ostatecznie nową elekcję królewską wyznaczono na dzień 6 kwietnia 1573 r. we wsi Kamień. Tuż przed samym zakończeniem Sejmu konwokacyjnego (29 stycznia) podjęto jeszcze jedną decyzję o fundamentalnym znaczeniu dla dziejów kraju i Europy.
Zawarto bowiem (26 stycznia 1573 r.) wzajemną zgodę religijną i tolerancję wyznaniową. Było to spowodowane wrażeniem dokonanej w Paryżu (23/24 sierpnia 1572 r.) tzw.: "Nocy św. Bartłomieja", podczas której katolicy wymordowali protestantów/hugenotów. Aby więc nigdy w Rzeczypospolitej do podobnej zbrodni nie doszło, katolicy i protestanci wspólnie ułożyli zasady religijnej zgody narodowej (było to tak naprawdę potwierdzenie stanu faktycznego, gdyż takowa zgoda istniała w mniejszym lub większym stopniu od początku Reformacji religijnej, a od roku 1563 i pozbawienia sądów duchownych władzy nad protestantami, oraz od zrzeczenia się przez króla sądzenia spraw o herezję - 1570 r. stała się realnie faktem obowiązującym). Akt Konfederacji Warszawskiej 1573 r. (bo taką to nazwę nosiła odtąd zgoda religijna) spisało 15 wybranych przedstawicieli (7 katolików, 7 protestantów i biskup kujawski - Stanisław Karnkowski). Uzgodniono: "Pokój między sobą zachować dla różnej wiary i odmiany, w kościele krwi nie przelewać, ani się penować (karać) konfiskatą dóbr, skazywać na infamię, więzienie lub wygnanie i zwierzchności żadnej, ani urzędowi do takowego progresu żadnym sposobem nie pomagać". Innymi słowy, zobowiązywano się do powstrzymania od wzajemnych prześladowań na tle religijnym, a także do przeciwdziałania takim próbom, gdyby wychodziły one od króla lub sądów królewskich. Konfederacja Warszawska była pierwszym tego typu dokumentem, który jasno określał zasady zgodnego współżycia wyznawców różnych religii chrześcijańskich, drugim takim aktem będzie - wydany w 1598 r. przez króla Francji Henryka IV Burbona - tzw.: Edykt Nantejski, ale jakoś dziwnym trafem głównie mówi się na Zachodzie o tamtym, zaś Konfederacji Warszawskiej, wcześniejszej o 25 lat, w ogóle się nie dostrzega. A przecież to w tamtych czasach Europa Środkowa nadawała ton wszelkiej wolnościowej idei, gdyż to, co potem z biegiem dekad obmyślali filozofowie Zachodu, w naszej części Europy już funkcjonowało jako żywa praktyka ustrojowa, oparta na zasadzie prawa, wolności i tolerancji jednostki. Konfederacja Warszawska została podpisana przez senatorów oraz delegatów z miast koronnych i "głośno przyjęta" przez posłów - 28 stycznia 1573 r. W dniu następnym Sejm konwokacyjny zakończył obrady.
W międzyczasie, do chwili zwołania Sejmu elekcyjnego, ponownie obradowały (w marcu) sejmiki ziemskie, gdzie radzono nad postanowieniami przyjętymi na Sejmie konwokacyjnym. Sejmiki województw: krakowskiego, mazowieckiego, lubelskiego i ruskiego wprowadziły obowiązek uczestnictwa szlachty na zjeździe elekcyjnym, pozostałe sejmiki innych ziem i prowincji stawiały na dobrowolność w tej kwestii. W rzeczywistości było tak, że spora część szlachty pozostała w domach ze względu na niechęć do ponoszenia kosztów podróży oraz z powodu zapewnienia bezpieczeństwa granic i porządku wewnętrznego. Najbardziej licznie oczywiście zjawiła się we wsi Kamień pod Warszawą szlachta mazowiecka, której było jakieś 10 000. Szlachta z pozostałych ziem Rzeczypospolitej liczyła łącznie ok. 40 000 osób (a do tego należy doliczyć również i liczną służbę, jaką ze sobą sprowadzano, co powodowało że łącznie zebrało się pod Warszawą prawie 200 000 głów). Oczywiście wyborcy przybyli "pod bronią", zaś niektórzy panowie nawet "działa ze sobą przywiedli" (jak pisał Teodor Morawski). Było to więc ciekawe zgromadzenie: połączenie zamiłowania do darmowej kuchni (jaką serwowano podczas zjazdów sejmowych) z paradami pocztów wojskowych. Senatorowie zostali rozlokowani przez marszałków (dwóch koronnych i dwóch litewskich - którzy mieli obowiązek czuwania nad bezpieczeństwem i organizacją zjazdu) w kamienicach warszawskich, zaś pozostałą szlachtę rozmieszczono w okolicznych wsiach (w odległości nie większej niż trzy mile). Połączenie wsi Kamień (miejsce obrad) z Warszawą, zapewniał wielki most przez Wisłę, którego budowę rozpoczął jeszcze król Zygmunt August w 1568 r. a zakończyła (własnym sumptem) księżna Anna Jagiellonka właśnie w 1573 r. Ów most zaliczał się do prawdziwych cudów ówczesnego świata, liczył sobie 500 metrów długości i był najdłuższym drewnianym wówczas mostem w Europie. Jego otwarcie nastąpiło tuż przed zjazdem sejmowym - 5 kwietnia 1573 r. i budził prawdziwy podziw (w latach późniejszych wzniesiono od strony Warszawy Bramę Mostową ze strażniczą wieżą, która miała chronić most przed ogniem, a także zatrudniono specjalną straż, która pilnowała mostu zarówno w dzień jak i w nocy. Przetrwał on łącznie 30 lat, gdy w 1603 r. kra lodowa zerwała przęsła mostu i ten się zawalił. Potem jeszcze kilkukrotnie próbowano go odbudować, ale aż do stworzenia pierwszego stałego, stalowego mostu warszawskiego - czyli Mostu Kierbedzia w 1864 r., konstrukcje te były jedynie czasowe).
Warto też nadmienić, że postać księżnej Anny Jagiellonki w tamtym czasie nabrała znaczenia, a to z powodu majątku, jaki odziedziczyła ona po swym bracie Zygmuncie Auguście. Co prawda pani ta liczyła już sobie 50 lat, ale z powodu majątku i faktu że przez ożenek z nią można było zdobyć polską koronę, stała się bardzo pożądaną partią w ówczesnej Europie. Wysyłali jej propozycje małżeństwa książęta znacznie młodsi (np. 19-letni książę Ernest Habsburg). Posyłano też swoje obrazy, aby księżna mogła naocznie ujrzeć, jak przystojny jest dany kandydat do jej ręki. Szlachta - zdając sobie sprawę z niebezpieczeństwa takiego kroku i poślubienia przez Annę jakiegoś książątka, na którego naród by się nie godził, zmusili księżnę do opuszczenia Warszawy i przeniesienia się do Piaseczna (22 lipca 1572 r.). Stamtąd przeniosła się ona następnie do Łomży, a potem do Płocka. Szlachta przyznała jej co prawda tytuł infantki, ale jednocześnie przydzieliła "kuratorów", którzy mieli czuwać nad jej decyzjami. W tych dniach żaliła się ona w liście do siostry (Zofii): "Co czynię, z kim mówię, co piszę, do kogo, chcą o wszystkim wiedzieć, komu odpisać mam to mi rozkazują jako chcą". Posiadając wielki majątek po bracie, w rzeczywistości nie mogła z niego korzystać bez zgody szlachty i żyła bardzo skromnie (ksiądz Piotr Skarga, który był jej powiernikiem w tym czasie, pisał potem że miała w tym okresie tylko jeden srebrny kubek, który zwała "sierotką"). Wciąż była strofowana (szlachta mawiała: "Wasza Królewska Mość, ty nam chcesz tę koronę stracić dla siebie (...) ty nam obierać nie będziesz pana!", zaś biskup kujawski - Stanisław Karnkowski upominał ją słowami: "Już widzimy, że Wasza Królewska Mość coś czynisz bez woli naszej. Tak się nie godzi!"). Mimo to, tuż przed samym zjazdem elekcyjnym, księżna Anna Jagiellonka powróciła na Zamek do Warszawy, czym wzbudziła sensację i... przerażenie (pisała potem w liście do swej siostry Zofii, że: "Senatorowie zlękli się, ujrzawszy mnie"), przybyła tam bowiem bez wiedzy jej opiekunów. Jednak wjazd potomkini królewskiej dynastii Jagiellonów nie mógł zostać zignorowany i oczywiście zarówno Senat, jak i posłowie oraz cała szlachta przybyli ją powitać, jak należało to uczynić w stosunku do osoby królewskiego rodu. Anna wyprawiła dla nich ucztę, na której to doszło do nieprzyjemnego incydentu, gdy podpity wojewoda sandomierski - Piotr Zborowski, zaczął oskarżać księżnę o próbę otrucia całej szlachty. Tego incydentu jednak prawie nikt nie pamiętał, bowiem większość szlachty była już wówczas tak pijana, że trzeba ich było od stołu wynosić z komnaty za ręce i nogi.
Księżna miała licznych wrogów (Radziwiłłów, Zborowskich, Firlejów, prymasa Uchańskiego, biskupa krakowskiego - Franciszka Krasińskiego), miała jednak poparcie wśród licznej drobnej i małej szlachty (szczególnie mazowieckiej). Wielcy panowie mieli jej za złe, że pragnie podważyć postanowienia Unii Lubelskiej z 1569 r. tworzącej jedną polsko-litewską Rzeczpospolitą (księżna pragnęła to uczynić, aby odzyskać dziedziczenie na Litwie, gdzie możni już zajęli wiele zamków i włości należących niegdyś do jej matki, królowej Bony Sforzy i nie pozwalano jej skorzystać z testamentu po zmarłym bracie, gdyż wszystko zostało opieczętowane i zamknięte na klucz). Co jakiś czas do jej komnat pukali też posłowie, oferujący jej małżeństwo ze swymi władcami. Najczęściej przebywał w jej komnatach poseł habsburski, który namawiał ją do wybrania jednego z arcyksiążąt austriackich (Maksymiliana lub Ernesta), ale już w październiku 1572 r. przybył też wysłannik króla Francji Karola IX Walezjusza - biskup Walencji Jean de Monluc, który przekonywał Annę do małżeństwa z młodym następcą francuskiego tronu - Henrykiem d'Anjou. Ponoć pomysłodawcą ożenku Anny z Henrykiem, był turecki wezyr - Tawil Sokollu Mehmed Pasza, który w interesie sułtana czynił wszystko, aby na polskim tronie nie zasiedli Habsburgowie, z którymi to Turcy Osmańscy od dawna już zmagali się orężnie na Węgrzech. Dwór paryski entuzjastycznie przystał na tę turecką propozycję, tym bardziej że Karol IX szczerze nie znosił swego młodszego brata, który był oczkiem w głowie matki - królowej Katarzyny Medycejskiej i pragnął czym prędzej pozbyć się go z Francji. Karol IX, aby pokazać swoją niechęć do Henryka, często nawet porywał się na niego w gniewie z rękoma do bicia i matka obawiała się, by ostatecznie nie zlecił morderstwa Henryka (tym bardziej że Karol miał wciąż w głowie dawną przepowiednię Nostradamusa, którą usłyszał na własne uszy, gdy był jeszcze dzieckiem, a brzmiała ona, że wszyscy synowie Katarzyny Medycejskiej zasiądą na francuskim tronie). Wysłanie go do Polski było więc o tyle korzystne, że eliminowało zagrożenie przejęcia władzy przez Henryka we Francji i jednocześnie stwarzało możliwość wzięcia Habsburgów w kleszcze z obu stron: Polski i Francji.
Henryk jednak nie pragnął wyjeżdżać do odległej Polski, a już perspektywa małżeństwa ze starą (50-letnia kobieta była już wówczas uważana za starą) Anną Jagiellonką, tym bardziej go nie radowała. Miał już zresztą wcześniej być kandydatem na męża angielskiej królowej - Elżbiety I, także starszej od niego o prawie dwadzieścia lat (podczas pobytu w Londynie, Henryk przybył tam ze swoimi "mignonami", z którymi często przebierał się w kobiece suknie i zachowywał jak kobieta. Raz nawet Elżbieta odkryła go w takim przebraniu i wybuchła gromkim śmiechem, co zupełnie zraziło Henryka do jej osoby). Potem matka chciała go jeszcze ożenić z królową Szkocji - Marią Stuart, ale ten mariaż także nie doszedł do skutku. Ostatnim planem Katarzyny Medycejskiej było zrobienie z Henryka... króla Algieru (oczywiście za zgodą Wielkiej Porty), ale Turcy odmówili wsparcia w tej sprawie (Henryk musiałby przejść na islam, co było wykluczone). I w tej właśnie sytuacji pojawiła się wizja zdobycia korony polskiej (luty 1572 r.), przez małżeństwo Henryka z podstarzałą Anną Jagiellonką. Katarzyna Medycejska, wespół z Karolem IX, posłali więc do Rzeczpospolitej młodego Jeana de Montluc (nieślubnego syna biskupa Walencji - Jeana de Montluc, który w 1567 r. uznał swego nieślubnego syna za dziedzica i dał mu swoje nazwisko. Wcześniej młody Jean zwał się bowiem Balagny). Młodzieniec jechał przez Wiedeń (gdzie w obawie aby go tam nie zatrzymano, rozgłaszał że jedzie zwiedzić Polskę, Szwecję i Danię w celach naukowych, jako że niedawno ukończył Uniwersytet w Padwie), dzięki temu przejechał szczęśliwie i w czerwcu 1572 r. przekroczył granicę Rzeczypospolitej, udając się następnie do Knyszyna, do umierającego króla Zygmunta Augusta, który jednak nie był już w stanie go przyjąć. Kolejne miesiące przeznaczył Montluc na zgłębianiu charakteru narodowego Polaków, goszcząc często w siedzibach magnatów i szlachty (gdzie upijał się do utraty przytomności, podejmowany licznymi trunkami i wybornym jadłem, wśród którego były nawet specjalnie dla niego sprowadzane z Francji małże, a także wiele gatunków wina i konfitur). W zasadzie młody Montluc nie miał czasu by wytrzeźwieć, gdy z dnia na dzień gościł na innych przyjęciach. Po śmierci Zygmunta Augusta Jean de Montluc powrócił do Paryża, aby zdać relację królowi Karolowi i jego matce.
TRZEJ MUSZKIETEROWIE i d'ARTAGNAN
Katarzyna Medycejska tym razem jednak (zapewne nie ufając relacjom młodego bawidamka) posłała do Polski jego ojca, biskupa Walencji o tym samym imieniu - Jean'a de Montluc. Pochodził on ze starej, gaskońskiej szlachty (spokrewnionej z d'Artagnanami, której to rodziny jeden z członków stał się sławny, dzięki Aleksandrowi Dumasowi i jego powieści o przygodach Atosa, Portosa, Artamisa i d'Artagnana pt.: "Trzej muszkieterowie"). W życiu miał różne zakręty nim został biskupem Walencji. Jean de Montluc przeszedł nawet na protestantyzm i o mały włos nie został spalony za to na stosie (za złamanie ślubów bezżeństwa, bowiem będąc już księdzem, ożenił się i zmienił wiarę). Ocaliła go od takiej śmierci interwencja królowej Katarzyny Medycejskiej, której Montluc wpadł w oko. Obsypany przez nią honorami, powrócił do katolicyzmu i został biskupem Walencji. Za uratowanie mu życia, służył potem wiernie swej pani podczas licznych poselstw do wielu krajów. Teraz odbył z jej polecenia podróż do Polski (choć starał się od tego wymigać, twierdząc że zdrowie nie pozwala mu na tak daleką podróż). Wyjechał z Paryża 17 sierpnia 1572 r. (na tydzień przed masakrą hugenotów w Dzień św. Bartłomieja) i już w Niemczech doszły go słuchy o tej zbrodni (doświadczył też tam wielu upokorzeń oraz niemiłych spotkań z rajtarami), ale ostatecznie 15 października przekroczył granicę Rzeczypospolitej. Tam starał się przypodobać szlachcie, roztaczając przed nią wizję Henryka jako nowego króla Polski, połączonej sojuszem z Francją w celu zniszczenia potęgi domu habsburskiego. Spotkał się tu jednak ze sporą konkurencją, jako że nie tylko posłowie Habsburgów przybyli agitować za swymi władcami, ale również posłowie z Prus Książęcych w imieniu księcia Albrechta Fryderyka Hohenzollerna (syna Albrechta - ostatniego wielkiego mistrza Zakonu Krzyżackiego linii pruskiej, który w 1525 r. złożył hołd lenny Koronie Polskiej i został przez króla Zygmunta I mianowany "księciem w Prusiech", a wcześniej musiał się wyrzec wszystkich miast i twierdz pruskich, ofiarowanych Zakonowi z woli papieża i cesarza rzymskiego, a następnie otrzymywał je z powrotem, tym razem z woli króla polskiego, co miało być dowodem jego i jego potomków podległości Koronie Polskiej), jak również posłowie ze Szwecji, występujący w imieniu króla Jana III Wazy, posłowie siedmiogrodzcy optujący za poparciem swego księcia - Stefana Batorego, a także przybyło poselstwo od cara Iwana IV Groźnego, które obiecywało w imieniu swego "gosudara" utrzymanie przywilejów szlacheckich, połączenie Polski i Litwy z Rosją, a nawet przyjęcie przez cara katolicyzmu (jeśli wiara ta zostanie uznana za lepszą w dysputach teologicznych z prawosławiem). Konkurencja była więc spora, dlatego też postanowiono wprowadzić specjalne listy starościńskie dla posłów, aby ci nie rozjeżdżali się samoistnie po kraju i nie agitowali "na zgubę Rzeczypospolitej".
KRÓLESTWO FRANCJI
Szybko jednak Montluc zyskał poparcie biskupa kujawskiego - Stanisława Karnkowskiego i wojewody sieradzkiego - Olbrachta Łaskiego (którego ród z Francją od dawna był związany, np. jego ojciec, Hieronim Łaski posłował w latach 1524 i 1531 do króla Franciszka I, a wuj Stanisław długo przebywał na paryskim dworze i brał też udział u boku króla Franciszka w bitwie pod Pawią w 1525 r. Zaś jeden z kuzynów - Jan Łaski wiele podróżował po Francji, Niemczech i Anglii i stał się jednym z filarów Reformacji religijnej, szczególnie w Anglii). Łaski był wielkim magnatem, którego ambicją było zostać hospodarem mołdawskim. Jednocześnie był to człowiek, który pomimo swego gruntownego wykształcenia okazywał się często gwałtownikiem i warchołem, dwa razy zmieniał wyznanie (z katolicyzmu przeszedł na protestantyzm i ponownie powrócił do katolicyzmu w 1569 r.) trzykrotnie był żonaty (ostatnią żonę Francuzkę - Sabinę de Sauve poślubił, gdy jego druga żona - Beata Ostrogska/Kościelecka jeszcze żyła, czym popełnił bigamię - którą zresztą w ogóle się nie przejmował). Jean de Montluc przekonał do poparcia Henryka Walezjusza wielu magnatów i szlachtę, ale cieniem na jego wysiłku położyła się wiadomość o rzezi hugenotów w Paryżu. Była to karta przetargowa dla Habsburgów, którzy poczęli rozgłaszać teraz, że jeśli Polacy obiorą sobie francuskiego księcia, ten gotów wzniecić tu te same wojny religijne, które miały miejsce we Francji. Nagle cała misterna praca Montluca poczęła się rozpadać, a on nie krył tym swego rozczarowania w listach, pisanych do sekretarza stanu w Paryżu - Brulart'a. W jednym z nich znalazły się takie słowa: "Zrozumcie, jak dalece ten nieszczęsny wiatr, który wieje we Francji, cofnął łódź, którąśmy już dowiosłowali do wejścia do portu. (...) Jeżeli miano ochotę na to królestwo polskie, trzeba było wstrzymać wykonanie tych egzekucji, które się stały". Błagał też, aby w tych warunkach odwołano go z Polski, gdyż nic więcej nie jest tu w stanie zdziałać, tym bardziej że agenci Habsburgów opisują ze szczegółami zbrodnie, jakich dokonywano na hugenotach w Paryżu, tak, iż jemu samemu zbiera się na wymioty. Twierdził też że dostał wysokiej gorączki i niedomaga z tego powodu.
Jako wsparcie dla biskupa Walencji (a raczej niezależnie od niego) wysłała królowa Katarzyna Medycejska do Polski swego karła, Polaka - Jana Krasowskiego, który przez lata przebywał na jej dworze i którego bardzo tam polubiono. Pochodził on z dobrej rodziny, a także nie raził innych swoją powierzchownością, bo pomimo niskiego wzrostu, był dobrze zbudowany, dowcipny i miły w obejściu. Potrafił zdobywać zaufanie i przekonywać innych do swych planów (zbił też znaczny majątek). Ale także i on pisał do Katarzyny że Noc św. Bartłomieja bardzo popsuła mu zadanie. Twierdził bowiem: "Niemcy, którzy wyrzucili już 60 000 talarów na wybór arcyksięcia, zaczęli rozpisywać takie oszczerstwa, których nie śmiem powtarzać. Odważyli się mówić, że król i duc d'Anjou biegali po ulicach Paryża, krzycząc "śmierć hugenotom!". Wszyscy protestanci tego królestwa, a są bardzo liczni, którzy byli po naszej stronie, nie wiedzą co robić i gdzie się zwrócić" (w podobnym duchu pisał poseł francuski w Wenecji, który twierdził że oburzenie rzezią paryską jest tak powszechne, że dotyczy nie tylko protestantów, ale i katolików. Zaś Niemcy, którzy jeszcze do niedawna rozważali możliwość wyboru księcia Henryka na tron cesarski, teraz już nawet o tym nie wspominają). Członek francuskiego poselstwa Montluca - Jean Choisin, tak też pisał w swych pamiętnikach: "Nasza popularność nie trwała dłużej, jak dwadzieścia cztery godziny, gdyż przybył ktoś, kto przywiózł fatalną wiadomość, wzbogaconą wieloma szczegółami, a w kilka godzin już złorzeczono imieniu francuskiemu. Co tydzień przynoszono ryciny, przedstawiające sposoby, w jaki męczono hugenotów. Rozpruwano kobiety, aby wydzierać dzieci z ich łona. (...) Te rysunki z odpowiednimi podpisami tak dalece oburzały umysły, że mnóstwo osób nie cierpiało, aby w ich przytomności wspominano nazwisko Karola IX, panie mówiły o wydarzeniach paryskich z płaczem, jak gdyby były świadkami tych egzekucji".
W takiej sytuacji - aby jeszcze ratować to, co zostało z misji francuskiej - sekretarz stanu Brulart nakazał Montluc'owi posłużyć się kłamstwem i drukować pisma (po łacinie - który to język był drugim obowiązującym w Polsce, i po francusku), twierdzące że w czasie Nocy św. Bartłomieja zginęło nie więcej, jak ok. czterdziestu szlachciców. W tym celu Montluc sprowadził z Francji samego Guy'a de Faur de Pibrac - poczytnego pisarza francuskiego, który w tamtym czasie stał się zwykłym propagandystą na usługach Korony Francuskiej, mającym w pięknych słowach usprawiedliwić ową rzeź. Otrzymał za to spore honorarium i wsparcie króla oraz Katarzyny Medycejskiej. Montluc ściągnął go do Polski aby ocalić to, co pozostało z "imienia Francji " w tym kraju. Pibrac przystąpił do nowego zadania, w myśl sentencji którą się kierował w życiu, a brzmiała ona tak: "Kochaj rząd taki, jaki los przygodził. Jeśli królewski, kochaj króla-pana, jeśli zaś władza pospólna jest dana, kochaj ją takoż, boś się pod nią zrodził". Pisma Pibrac'a krążyły po Warszawie, gdy pod wieś Kamień zjechała się szlachta Rzeczypospolitej aby wybrać sobie nowego króla. Jakie odniosła ona skutek, o tym w kolejnej części...