WYŚWIETLENIA

06 czerwca 2026

PIŁSUDSKI & HITLER - CZYLI WOJNA PREWENCYJNA Z NIEMCAMI 1933 r. - Cz. III

 AUSROTTEN!





AKT I
"NIEMIECKA POLSKA
(1916 - 1918)
Cz. II






EPOKA BISMARCKA
(1862 - 1890)
Cz. I


"POLAK TO NAJGORSZA, NAJBARDZIEJ GODNA POGARDY, NAJPODLEJSZA (...), NAJGŁUPSZA, NAJBARDZIEJ PLUGAWA, NAJPODSTĘPNIEJSZA I NAJTCHÓRZLIWSZA KREATURA POŚRÓD WSZYSTKICH MAŁP, KTÓRE KIEDYKOLWIEK BYTOWAŁY W LASACH AMERYKI I KRÓLESTWA KONGO"

NIEMIECKI APOKRYF Z ROKU 1779
NIEZNANEGO AUTORSTWA 
(Stefan Żeromski w powieści "Wiatr od morza" - z pewnością błędnie - przepisał jego autorstwo królowi Prus Fryderykowi II Parszywemu Wielkiemu)



 Stosunki Polaków i Niemców począwszy od średniowiecza nie były łatwe. Od pierwszej (udokumentowanej w źródłach) wojnie władcy Lechitów - Mieszka I z ciotecznym bratem cesarza rzymskiego Ottona I Wielkiego - Wichmanem w 963 r. Trwały cykliczne wojny i najazdy. Oczywiście nie brakowało też bliskich kontaktów Monarchii Piastowskiej/Lechickiej Cesarstwem Rzymsko-Niemieckim w formie koligacji małżeńskich czy związków o charakterze polityczno-wojskowym. Podczas zjazdu gnieźnieńskiego w 1000 r. cesarz Otton III uznał Bolesława I Chrobrego za równego sobie (co było niespotykane w tamtych czasach), symbolicznie koronując go swoją własną koroną ściągniętą z głowy. Po tym wydarzeniu zainteresowanie oboma krajami znacznie wzrosło wśród rycerstwa i duchowieństwa obu Narodów (rycerze polscy zaciągali się na służbę u niemieckich panujących książąt, natomiast polscy władcy przyjmowali do siebie na służbę niemieckich rycerzy, zaś duchowieństwo niemieckie licznie napływało na polskie ziemie, zasiedlając biskupstwa i diecezje). Rozbicie Monarchii Piastowskiej na poszczególne dzielnice w roku 1138 (a szczególnie po śmierci Mieszka III Starego w 1202 r.) ułatwiło niemiecką kolonizację (szczególnie) zachodnich regionów państwa polskiego, a polscy książęta piastowscy (książęta dzielnicowi, np. na Śląsku czy Pomorzu) germanizowali się w dość szybkim tempie (np. książę wrocławski Henryk Probus, który bardzo słabo mówił po polsku, używając głównie języka niemieckiego). Niemiecka kolonizacja miast polskich już na początku XIV stulecia stała się dużym problemem (po buncie mieszczan krakowskich pod wodzą wójta Alberta i biskupa Jana Muskatę - obaj byli po pochodzenia niemieckiego - przeciwko władzy księcia Władysława Łokietka w Krakowie w roku 1311, ten post tłumieniu buntu (kwiecień 1312) okrutnie ukarał niemieckich mieszczan Krakowa (którym marzył się niemiecki władca, król Czech Jan Luksemburski), karząc wszystkim powtarzać słowa: "Soczewica, koło miele młyn". To nie potrafił poprawnie tego wypowiedzieć, ten szedł na szafot jako Niemiec (niemieccy rajcy miasta już wcześniej wisieli na szubienicach). 




Ostatecznie po roku 1410 i wielkiej bitwie pod Grunwaldem z zakonem niemieckich rycerzy (Krzyżaków) powoli stosunki polsko-niemieckie zaczęły się normalizować (polska granica zachodnia już od końca wieku XIV była najspokojniejszą ze wszystkich granic Królestwa Polskiego). Mimo to niemieckie przekazy na temat ziem polskich były skrajnie niedoszacowane, a często najeżone stereotypami i mało wiarygodnymi informacjami (np. w wydanej w roku 1493 w Norymberdze przez Hartmanna Schedla "Księdze Kronik" {"Buch der Chroniken"} streszczającej historię Europy, strony poświęcone Polsce {zatytułowane: "W pobliżu Europy: Sarmacja, zwana Polską"} były raczej zbiorem negatywnych uwag o lesistych połaciach, pełnych dzikiego zwierza, rozległych pustkowiach, gdzie panuje "ostre powietrze" i "wielkie zimno", o "niezbyt pięknych miastach" i zabudowaniach drewnianych domów polepionych gliną. Jedyne pozytywne uwagi autora dotyczą samego stołecznego Miasta Kraków. W wieku XVI i XVII informacje o Polsce jakie powstawały wśród autorów niemieckich, były po części negatywne, po części... pozytywne. (🥴) Co się tyczy negatywów to twierdzono że lud polski jest nieokrzesany i przynależny ludom azjatyckim a nie europejskim, że Królestwo Polskie to peryferia Europy, a w zasadzie to już Azja, że kraj jest źle gospodarowany a ludność butna i mało cywilizowana. Co się tyczy pozytywów to twierdzono iż Polacy są niezwykle gościnnym narodem, gdzie można znaleźć schronienie bez względu na wyznawaną wiarę czy poglądy, że polska szlachta jest jedną z najbarwniejszych - jeśli w ogóle nie najbarwniejszą - w całej Europie, a ustrój Polski (zgodnie z twierdzeniami francuskiego prawnika Jeana Bodina) jest jednym z lepszych jaki panuje w Europie, a na pewno jest najbardziej wolny ze wszystkich, zapewniający obywatelom pełną wolność wyznania, mowy i przekonań.

Pięknie zostało to odwzorowane na dworze księcia Fryderyka wirtemberskiego w Tybindze, gdzie w początkach XVII wieku organizował on na tamtejszym uniwersytecie, popisy krasomówcze poszczególnych nacji (studenci dzielili się na dwie strony i jedna wygłaszała nagany, a druga pochwały danych nacji). Mowę oskarżycielską przeciwko Polakom wygłosił tam Akacjusz Akseliusz de Gaexholm, a laudację zaprezentował Maksymilian de Mosch. Ten pierwszy twierdził że klimat Polski jest surowy i porównywalny tylko z prostactwem jej mieszkańców, Polska jest krajem biednym, pozbawionym bogactw i obfitości a jedynie pełnym ubóstwa, Polacy zaś nie mają w sobie ani krzty elegancji i szyku, religia chrześcijańska zaś została w Polsce zeszpecona "okropnościami zabobonów", prosty lud żyje w pohańbieniu i śmiertelnym lęku przed swymi panami, szlachta polska zaś mocna jest jedynie w słowach, zaś brakuje jej cnót i że Polacy celowo wybierają sobie na królów ludzi obcego pochodzenia, gdyż nikt godny sprawowania władzy tam się nie rodzi. De Mosch zaś sławił ogładę, gościnność i wykształcenie Polaków, a przede wszystkim polskiej szlachty, twierdząc że znajomość języków obcych jest tam powszechna, poza tym Polska posiada liczne bogactwa naturalne które warte są podkreślenia, lud to jest waleczny i pobożny, szlachta niezwykle zgodna (?), twierdził dalej: "Polacy bowiem oprócz owego splendoru płynącego z ich ogłady, wiedzy, pobożności, ponad inne narody są dzielni i z natury nieugięci tak, że niełatwo podają się rozkazom i nie ogarnia ich przerażenie pod wpływem niebezpieczeństwa. Śmierć chwalebną uważają za znamię nieśmiertelności, życie ocalone przez haniebny występek uważają za gorsze od jakiejkolwiek śmierci. Przed niczym się nie wzdrygają, by uniknąć hańby; niczego nie zrobią, by uniknąć śmierci".




Negatywne opinie o Polsce zaczęły pojawiać się coraz częściej z końcem wieku XVII a szczególnie z początkiem XVIII. Wówczas na opisanie polskiego ustroju zaczęto używać takich pojęć jak: "Anarchie", "polnische Freiheit" ("polska wolność" oczywiście w sensie ironicznym), "zerrissener Reichstag" ("zerwany Sejm") czy "Verwirrung" ("zamęt"). Im bardziej Polska politycznie i militarnie upadała i słabła na arenie międzynarodowej w wieku XVIII, tym bardziej w niemieckiej publicystyce pojawiał się wizerunek Polaka jako tępego, podgolonego szlachcica przy szabli, w długim stroju (co uważano za element wschodni, a nawet azjatycki) i coraz częściej przytaczano dawne powiedzenie, jeszcze z końca XVI wieku, które brzmiało: "Od Włochów dzielą nas Alpy, od Francuzów - rzeki, od Anglików - morze, od Polaków - tylko nienawiść" (notabene w Polsce też istniało podobne powiedzenie, które brzmiało: "Jak światem, Niemiec nie będzie Polakowi bratem", albo "Jak nie będzie z zimy lata, tak nie będzie z Niemca brata", czy: "Pierwej połkniesz promień słońca, nim z Niemcami dojdziesz końca"). Oczywiście oprócz tych negatywnych skojarzeń, były również i rzeczy pozytywne, jak choćby wzajemne przenikanie się słów zarówno niemieckich do języka polskiego jak i polskich do niemieckiego, oraz liczniejsze wizyty Niemców w Rzeczpospolitej w czasach rządów saskich Wettynów (1697 - 1763). Liczni Niemcy, którzy odwiedzali wówczas Polskę i Litwę, podkreślali przede wszystkim elegancję dworu monarszego i magnackich pałaców, dorobek kulturalny i naukowy wielu twórców polskiego baroku, a także... sprawność komunikacji pocztowej. Niestety, ci którzy mieli nieprzyjemność gościć w polskich zajazdach, podkreślali brud oraz katastrofalny stan traktów i mostów (rzeczywiście to akurat było u nas na dość niskim poziomie, ale trzeba pamiętać że Niemcy mieli niezłego fioła pod tym względem i często krytykowali również wiele krajów Europy Zachodniej właśnie pod względem dróg, mostów jak i czystości w zajazdach). Ostatecznie w drugiej połowie XVIII wieku pojawiło się w niemieckiej publicystyce określenie, które zrobi ogromną karierę w wieku XIX i na początku wieku XX, a mianowicie: "polnische Wirtschaft" ("polskie gospodarowanie"), jako synonim permanentnego zaniedbania i nieporządku.




W roku 1784 pisał o tym (do swojego wydawcy) zaraz po przyjeździe do Wilna, niemiecki przyrodnik i podróżnik Georg Forster, który w latach 1784-1787 piastował godność profesora na Uniwersytecie Wileńskim. Oto co (m.in.) znalazło się w jego liście: "Na temat polskiego gospodarowania, o nieopisanym brudzie, lenistwie, opilstwie i niedołęstwie całej służby (...), o bezczelności rzemieślników i ich wymykającej się wszelkiemu opisowi fuszerce (jak to bowiem mówił pan Wiesio z Blok Ekipy: "u siebie rób jak u siebie, a u obcego na odpierdol" 🤭), w końcu o kontentowaniu się Polaków własną kupą gnoju, a także ich przywiązaniu do ojczystych obyczajów, nie chcę nic więcej pisać, aby nie przedłużać tego listu (...) Polacy są świniami z natury, zarówno panowie, jak i słudzy. Wszyscy ubierają się źle, w szczególności zaś niewiasty; stroją się, ale wszystko to leży na nich jak złoty łańcuszek na świni". Listy Forstera ukazały się drukiem dopiero w jakieś 30 lat po jego śmierci, w roku 1829 w Lipsku wydano dwutomowe wydanie korespondencji Forstera (wznowione w 1843, a następnie - w czterotomowej edycji - w latach 1958-1989). Nie wszyscy jednak Niemcy mieli takie zdanie o Polsce i Polakach, np. znany niemiecki przyrodnik i geograf Aleksander von Humboldt (notabene przyjaciel Forstera), miał o Polakach bardzo pozytywne opinie, a w 1829 r. otrzymał nawet godność honorowego członka Towarzystwa Przyjaciół Nauk w Warszawie.

Okres upadku Polski i zaborów, to również czas w którym Prusacy próbowali jakoś wytłumaczyć upadek państwa polskiego ręka w rękę z Rosją Katarzyny II Perfidnej Wielkiej. Twierdzono więc że Polacy sami byli sobie winni, a Prusy usunęły tylko bałagan, wytworzony przez Polaków i ich "chorą państwowość", oraz że zaprowadzono misję cywilizacyjną na Wschodzie (w pierwszej połowie XIX wieku pojawia się określenie "Drang nach Osten"). W roku 1813 Ernst Moritz Arndt twierdził w swoim artykule, iż: "Polacy, (...) którzy nigdy nie umieli robić dobrego użytku z wolności, niechętnie tolerują służenie innym. To zadziwiający naród, lekkomyślność wypiera w nim powagę, a chwiejność góruje nad wolnością" (osobiście muszę stwierdzić że Naród Polski jest o tyle dziwnym narodem, że przez długi czas pozwala sobie wchodzić na głowę. Pozwala sobie robić dosłownie wszystko, nawet opluwać się i przyjmuje to ze spokojem oraz cierpliwością jako coś naturalnego. Ale niech nikogo nie zmyli ta dziwna uległość, która dla wielu może być tożsama ze słabością. Otóż nie jest to słabość. Ta dziwna cierpliwość jest raczej wyczekiwaniem poprawy u tego, który robi te wszystkie rzeczy, który publicznie nas szkaluje lub pluje nam w twarz. Gdy jednak zauważymy że (jak to mówił Ferdek Kiepski) "pałka się przegła" to wówczas zmieniamy się nie do poznania. Wtedy idziemy po trupach i nic już nas nie powstrzyma, dosłownie nic, Bogusław Linda kiedyś nazwał to zachowanie: "Achtung! Wkurwieni Polacy" i z czymś takim mamy do czynienia właśnie teraz, w sytuacji gdy Ukraińcy - za tą całą pomoc jaką myśmy im dali i za to, że do dzisiaj utrzymujemy dwa kraje, a nawet dwa narody, za to dostaliśmy splunięcie w twarz na ofiary Wołynia {które do dzisiaj są niepochowane, od ponad 80 lat leżą w szczerym polu, bo Ukraina nie godzi się na ekshumacje, a głównie są to kości małych dzieci, dziewczynek z warkoczykami i małych chłopców. Bowiem bestialstwo ukraińskich nazistów było nieprawdopodobne i prawdopodobnie nieporównywalne z niczym innym} poprzez nazwanie jednego z oddziałów ukraińskich tytułem "bohaterów upa". Tutaj właśnie Ukraińcy odbili się od ściany, po raz pierwszy zauważyli że jak wkurwią Polaków to już nic im nie pomoże i to oni muszą ustąpić, bo będzie jeszcze gorzej, a już prawie cały świat dowiedział się o ukraińskim ludobójstwie na Polakach i Żydach na Wołyniu i Polesiu).




Wybuch Powstania Listopadowego w roku 1830 i jego klęska z końcem roku 1831 ("Polegaliśmy na szlachetności i mądrości gabinetów. Ufając im, nie zużytkowaliśmy wszystkich sił, jakiemi rozporządzaliśmy. Mogliśmy nieprzyjacielowi zadać cios, który niewątpliwie byłby stanowczym; zdawało się nam, że lepiej było zwlekać" - jak jeszcze z końcem 1831 r. pisał do generała Lafayeta książę Adam Czartoryski, który potwierdzał że rzeczywiście Polskie Wojsko - jedno z najlepszych w ówczesnej Europie - biło rosyjską Armię we wszystkich bitwach, ale było o tyle słabym, że nasi przywódcy nie wierzyli w powodzenie owego Powstania; innymi słowy, dążyli do jego jak najszybszego zakończenia, bo nie mieściło im się w głowie że mała Polska może pokonać wielką Rosję, chociaż widzieli to na własne oczy. Przegraliśmy nie na polu bitwy, ale właśnie w gabinetach polityków i wojskowych. A przecież nawet wielki książę Konstanty Romanow, brat cara Mikołaja I, przedostawszy się już na rosyjską stronę, radował się gdy tylko dostawał wieści o kolejnych zwycięstwach Polaków, mówiąc do zdumionych Rosjan: "Moi Polacy biją waszych ruskich"), a co za tym idzie Wielka Emigracja zarówno żołnierzy biorących udział w Powstaniu, jak i polityków, ludzi nauki i artystów do państwa Europy Zachodniej (w tym do Niemiec, Francji, Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych) wywołała ogromny i niespotykany wcześniej wyraz sympatii do Polaków wśród Niemców. Pojawiło się wówczas coś, co sami Niemcy określili mianem "Polenbegeisterung" ("entuzjazm dla Polski"). Żołnierze i emigranci którzy przybywali do Niemiec (jak i innych krajów Europy oraz USA), spotykali się z ogromną życzliwością, goszczono ich w domach, częstowano smakołykami, powstawały nawet pieśni o Polsce które sławiły szlachetną gotowość do poświęceń, umiłowanie ojczyzny i wolności, jakie cechowały polskich emigrantów (choć zdarzały się też przypadki że ten entuzjazm dla Polski był powierzchowny, a niekiedy też podszyty sarkazmem i ironią, ale mimo wszystko Niemcy również bardzo pozytywnie przyjęli napływ polskich emigrantów do swoich krajów, jako symbolu wolności przeciwko panującym wówczas rządom ancient regime).




Już w 1832 r. podczas wielkiej demonstracji jaka miała miejsce na zamku Hambach w Palatynacie, gdzie niemieccy demokraci i liberałowie pod trójkolorową flagą czarno-czerwono-złotą, nawoływali do zjednoczenia wszystkich krajów Rzeszy. Tam właśnie licznie zjawili się Polacy ze swoimi biało-czerwonymi sztandarami, a wielu niemieckich patriotów opowiadało się za ponownym odrodzeniem Polski (np. adwokat Johann Wirth stwierdził wówczas: "Tylko Niemcy są w stanie przyczynić się do odzyskania przez Polskę niepodległości. Nasz naród jest pod względem prawnym, jak i moralnym zobligowany do odpokutowania za ciężki grzech zniszczenia Polski. Nasz naród musi wreszcie przyjąć do wiadomości, że przywrócenie niepodległości Polski jest jego najpilniejszym, podstawowym zadaniem i leży w jego własnym interesie"). W tym czasie w Polsce (a raczej w tym kadłubowym czymś, co pozostało po Polsce pod zaborem rosyjskim) car Mikołaj I wprowadził tzw: "Statut Organiczny Królestwa Polskiego", likwidując przyjętą w 1815 r. Konstytucję. Teoretycznie Statut Organiczny miał zagwarantować odrębność Królestwa od Cesarstwa Rosyjskiego, w praktyce jednak nie był przestrzegany a rosyjski zaborca dążył do całkowitej unifikacji podbitych ziem polskich z resztą Rosji. Nałożono na kraj kontrybucję w wysokości 22 milionów rubli, a poza tym ludność musiała utrzymywać kilka rosyjskich fortec i ponad 100 000 armię okupacyjną w kraju. Wprowadzono ogromne cła na towary polskie które miały trafić na rynek rosyjski i w krótkim czasie kwitnący gospodarczo kraj został zupełnie zrujnowany. Jak w 1913 r pisał Jan Grabiec ("Cieniom tych, co przed pół wiekiem w boju z ręki kata lub w męce wygnania zginęli, oraz tym, co wśród cierpień i niedoli sztandarowi z lat dawnych wierni pozostali" - na pamiątkę Powstańców Styczniowych roku 1863. Grabiec nie wiedział, bo wiedzieć nie mógł, że już za 5 lat Polska odrodzona pojawi się znów na mapie świata): "Nędza zapanowała okropna (...). Mnóstwo obywateli różnego stanu i wieku (...), wywożono moskiewskim obyczajem w nocy i ukradkiem, nie wiadomo za co, dokąd i w jakim celu (...). Żołdactwo cara rozlało się po kraju jak szarańcza (...). Z obawy nowego powstania odebrano chłopom narzędzia gospodarcze, tak, że na trzy chaty zostawiono jedną tylko siekierę (...). Wiele urzędów obsadzono najpodlejszymi szpiegami i kryminalistami (...). Jednym z największych i najbardziej dla nas szkodliwym ciosem był niesłychany upadek ducha wśród warstw przodujących narodu (...), wściekłość bezsilna ogarniała ogół ocalonych z pogromu tułaczy, rozpacz szarpała bardziej wrażliwych". Prezes Rządu Narodowego Bonawentura Niemojowski tak pisał w tych dniach zgryzoty i upadku nadziei: "O Boże! Boże litościwy! czy nie dasz się przebłagać modlitwom naszym i nie dopuścisz, abyśmy za krzywdy nasze pomścili? Jeżeli taka jest wola Twoja, jeżeli z niezmiennych wyroków Twoich nie miałby się odrodzić naród, najnieszczęśliwszy pod słońcem Twoim (...). O Boże! spuść wieczną pomrokę na oczy moje, spuść potok, spuść ogień na całą kulę ziemską..."


POŻEGNANIE POLAKÓW Z OJCZYZNĄ 
(Litografia, ok. 1840 r.)



Polska została wówczas zmiażdżona i to do tego stopnia, że pozostała głuchą na wezwania Wiosny Ludów roku 1848. "Rewolucja ogarnęła Lwów i Kraków, na odgłos burzy berlińskiej odezwał się Poznań (...). Lecz lud Polski milczał w jarzmie ciężkim. Imię Polski było na ustach mas ludowych całego Zachodu. W Berlinie wyzwolono z więzienia Ludwika Mierosławskiego, Karola Libelta i Władysława Niegolewskiego i cały szereg osób, skazanych na śmierć za przygotowywanie powstania w 1846 r. (...) W Paryżu 15 maja setki tysięcy ludu ciągnęło ulicami wołając "Niech żyje Polska!" i ledwie siła zbrojna ocaliła rząd republiki przed gniewem ludowym, za to, że zwlekał z wojną o Polskę (...). Na wszystkich niemal barykadach zachodu brzmiała polska komenda - jenerałowie polscy dowodzili armiami rewolucyjnemi. Jen. Chrzanowski objął dowództwo we Włoszech, Dembiński i Bem
byli naczelnymi wodzami na Węgrzech, Mierosławski prowadził do boju rewolucjonistów badeńskich i neapolitańskich. Legion polski walczył na Węgrzech. Adam Mickiewicz tworzył legion, mający nieść wolność i odrodzenie moralne całej ludzkości. Słowem, imię polskie szeroko w ogniu rewolucyjnem brzmiało wszędzie, tylko nie u siebie w domu (...). Milczało w ciężkich okowach Królestwo Polskie, gdzie ucisk narodowy
dochodził do ostateczności" - jak pisał Grabiec. A właśnie wówczas, gdy w marcu 1848 r. tłumy Berlińczyków owacyjnie witały uwolnionego z więzienia Ludwika Mierosławskiego, właśnie wówczas pewne pro-polskie nastroje znane z lat wcześniejszych w Niemczech zaczęły się powoli ale konsekwentnie i diametralnie zmieniać. 


PRZEMARSZ POLAKÓW PRZEZ LIPSK 
(Litografia, ok. 1832 r.)



CDN.

05 czerwca 2026

SUŁTANAT KOBIET - Cz. XI

HAREMY (WYBRANYCH) WŁADCÓW 
Z DYNASTII OSMANÓW
OD MEHMEDA II ZDOBYWCY 
DO ABDUL HAMIDA II





SERAJ 
MEHMEDA II ZDOBYWCY
Cz. VII



KRÓLESTWO WĘGIER




PIERWSZE PANOWANIE
(1444 - 1446)
Cz. VI


 Wkrótce po powrocie ze zwycięskiej kampanii bałkańskiej przeciwko Turkom Osmańskim do Budy (połowa lutego 1444 r.), na węgierski dwór króla Władysława III (I) Jagiellończyka, przybyło poselstwo z Polski, czyli z jego kraju rodzinnego, z ogromną prośbą do króla aby czym prędzej wrócił już do Krakowa, gdyż kraj potrzebuje króla, a rządzić na odległość dłużej już nie można. "Matka twa panie stęskniona jest bardzo" - jak stwierdzić miał kierownik poselstwa koronnego, a kraj cały również oczekiwał czym prędzej powrotu swego monarchy. Tym bardziej że problemów od czasu wyjazdu Władysława III na Węgry (kwiecień 1440 r.) namnożyło się co nie miara. Przede wszystkim Tatarzy nieustannie pustoszyli południowo-wschodnie ziemie Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego i od czasu wielkiego najazdu chana Sid Ahmeda (którego orda leżała pomiędzy stepami Dniepru a Donu) w 1438 r. (W wyniku którego Tatarzy spustoszyli Podole i Ruś Czerwoną biorąc liczny jasyr, a następnie rozbijając w bitwie na mokradłach u źródeł Smotryczy - 1 czerwca - pospolite ruszenie starosty Halickiego Michała Mużyły Buczackiego. Ciężka konnica polska nie była bowiem w stanie rozwinąć szyku na podmokłym terenie, gdzie kopyta koni wręcz zapadały się w bagna, a gdy Tatarzy wyszli na ich tyły wybuchła panika, w wyniku czego - w trakcie ucieczki - większość polskiego rycerstwa została wycięta w pień). Kolejny raz Sid Ahmed najechał Podole i Ruś cztery lata później, w 1442 r., już w czasie gdy król Władysław przebywał na Węgrzech. Ten najazd również zakończył się sukcesem Tatarów, którzy w swym niszczycielskim pochodzie doszli pod Lwów (próbował ich zatrzymać dzierżawca Glinian Władyka ze swoim prywatnym pocztem i nawet udało mu się rozbić jedną z grup zbierających jasyr oraz uwolnić ludzi z owego jasyru, ale wkrótce potem został otoczony przez przeważające siły Tatarów i doszczętnie rozbity). Spodziewano się więc że w tymże roku (1444) ponownie nastąpi najazd tatarski (i nie pomylono się, rzeczywiście miał on wówczas miejsce, podobnie jak w roku 1445 i 1447-1448. Wyprawy te w większości kończyły się sukcesem Tatarów aż do roku 1448, gdy udało się kasztelanowi kamienieckiemu Teodorykowi Buczackiemu częściowo rozbić wracających z jasyrem ordyńców Sit Ahmeda).




Najazdy tatarskie to jedno, ale były też i inne problemy, jak choćby wojna, która wybuchła pomiędzy Wielkim Księstwem Litewskim a Księstwem Mazowieckim w roku 1440. Młody książę warszawski Bolesław IV (panujący w Księstwie od roku 1429), wnuk i następca wielkiego władcy Mazowsza Janusza I (m.in. był on twórcą pierwszego zamku książęcego, na którego podstawie potem wzniesiono Zamek Królewski, który obecnie stoi na Starym Mieście w Warszawie; to on też był twórcą pierwszych murów obronnych, powstałych wokół Starego Miasta w Warszawie; poza tym lokował wiele miast w swoim Księstwie, utrzymywał pokój z Litwą - dzięki swemu małżeństwu z Anną Danutą, córką wielkiego księcia Kiejstuta - ojca księcia Witolda, kuzyna Władysława Jagiełły; w Księstwie Mazowieckim rozwijał również handel, co powodowało że mieszkańcy żyli w długim okresie pokoju - szczególnie po roku 1410 - i zamożności). Młody książę Bolesław IV (zaledwie trzy lata starszy był od króla Władysława III Jagiellończyka), pragnąc zasłużyć na miano swego dziadka (którego już za życia nazywano "Wielkim"), postanowił odzyskać Podlasie, które w 1391 r. król Władysław II Jagiełło przekazał jego dziadkowi (Janusz I Mazowiecki panował bowiem długo bo aż 56 lat, od 1373 r.). W 1408 r. wielki książę Witold zajął zbrojnie Podlasie (wówczas jednak konflikt nie wybuchł) i dopiero w roku 1440 Bolesław postanowił odzyskać tę ziemię dla Mazowsza. Wojna litewsko-mazowiecka trwała przez kolejne 4 lata (z tym że nie była to wojna z bitwami i najazdami, po prostu były to mniejsze lub większe podjazdy, które jednak dla lokalnej ludności stanowiły większą uciążliwość, bo choć były czynione na niewielką skalę, to jednak dosyć częste). Brat królewski (władający wówczas Wielkim Księstwem  Litewskim) Kazimierz Jagiellończyk w większości opanował Podlasie już w roku 1443, natomiast w roku 1444 oficjalnie przyłączył je ponownie do Litwy. 




Ale i Litwa miała swoje problemy na Wschodzie. Panujący w Wilnie (od 29 czerwca 1440 r.) 17-letni (oczywiście w roku 1444) Kazimierz Jagiellończyk toczył wojnę z Moskwą (rozpoczętą w roku 1442). Ostatnia wojna litewsko-moskiewska wybuchła w roku 1408 i zakończyła się spustoszeniem ogromnych terenów moskiewskich przez wojska litewskie księcia Witolda (Wasyl I uznał wówczas granicę Litwy wzdłuż rzeki Ugry daleko na wschodzie i praktycznie pod murami Moskwy, a Witold z tej kampanii wrócił obładowany łupami). Co prawda do kolejnej interwencji wschodniej Witolda doszło w latach 1426-1428, ale kierunek tych ataków był już inny (w 1426 r. był to Psków, który w zamian za odwrót wojsk litewskich musiał zapłacić sporą daninę w klejnotach, futrach a nawet niewolnikach - gdzie na wschodzie jeszcze utrzymywano niewolnictwo - 1427 r Witold podporządkował sobie Księstwa riazańskie i prońskie, a także sam wielki książę moskiewski Wasyl II uznał się jego lennikiem, zaś w roku 1428 - wraz z polskimi posiłkami, dowodzonymi przez Wincentego z Szamotuł i Jakuba z Kobylan - zmusił Witold Nowogród Wielki do zapłacenia sporego okupu. Nic dziwnego że po tych wielkich zwycięstwach nieco mu palma odbiła do głowy na stare lata i "przekonany" przez cesarza rzymsko-niemieckiego Zygmunta Luksemburskiego na wielkim zjeździe monarchów w Łucku w roku 1429, aby Witold przyjął z jego rąk koronę królewską I koronował się na króla Litwy. Witold początkowo się wzbraniał, twierdząc że najpierw papież musi się zgodzić na koronację, na co Zygmunt stwierdził że papieża... bierze na siebie, następnie Witold stwierdził że: "Po co mi korona, nie mam synów, a córka jest z Wasylem Moskiewskim, co będzie z tą Unią gdy on wniesie roszczenia?" i dodawał: "Bez zgody Jagiełły korony nie przyjmę!". Wówczas próbę przekonania króla Władysława podjął się sam Zygmunt, a w zasadzie jego małżonka Barbara Cylejska (kobieta niezwykle rozwiązła, która zdradzała swego małżonka z wieloma rycerzami i dworakami, miała nawet "ciekawy" pomysł, aby po śmierci Zygmunta wyjść za mąż za... 5-letniego w 1429 r. Władysława III Jagiellończyka). Barbarze udało się uzyskać zgodę Jagiełły na koronację Witolda, ale koronacja Litwy to było zerwanie Unii z Polską i do tego też dążył Zygmunt Luksemburski, do rozerwania tej Unii. Jagiełło musiał potem z tego wychodzić okrakiem, gdy na zebraniu możnych panów Witold mówił mu "Bracie, przecież powiedziałeś tak, króluj!", Jagiełło stwierdził że nie pamięta, jest już stary i przechyla się do zdania panów Rady, że korona dla księcia Witolda jako wodza, władcę i człowieka bezwzględnie się należy, ale korona dla niego to zerwanie Unii, a zarówno w Polsce jak i na Litwie winni panować synowie króla Władysława i królowej Sonki Holszańskiej. Witold próbował postawić na swoim i nawet zamówił dla siebie koronę, która miała dotrzeć do Wilna i w której miał się koronować, koronę tę przejęli Polacy na granicy ostatecznie w roku 1430 Witold zapadł na zdrowiu i wkrótce potem zmarł (Jagiełło był wówczas w Wilnie, czyli obaj kuzyni musieli jeszcze ze sobą rozmawiać tuż przed śmiercią Witolda).




Tak więc teraz Kazimierz Jagiellończyk prowadził nową wojnę z Moskwą. W roku 1442 Moskwa zajęła Wiaźmę, Możajsk, Kaługę i Kozielsk, ale bardzo szybko utraciła te grody ponownie na korzyść Litwy, a dowodzący wojskami litewsko-polskimi Stanisław Kiszka przy okazji złupił jeszcze pogranicze moskiewskie (rejon Werei). Wojna ta trwała do roku 1445, a w 1449 zawarto pokój, który przetrwał zaledwie do roku 1454. W każdym razie teraz król Władysław III był potrzebny w kraju i członkowie poselstwa koronnego apelowali o jego jak najszybszy powrót do Krakowa. Król zarzekał się że wróci, ale po Sejmie, jaki miał wkrótce zostać zwołany na Węgrzech, natomiast zarówno Jan Hunyadi jak i panowie węgierscy prosili Władysława, aby nie opuszczał Węgier w sytuacji ciągłego zagrożenia tureckiego na południu. Nie teraz, gdy Węgry wciąż są zagrożone osmańską inwazją. Ale wkrótce okazało się... że niekoniecznie. Z początkiem marca 1444 r. do Budy przybyło bowiem poselstwo wysłane przez sułtana Murada II, które deklarowało zakończenie tej wojny i zawarcie trwałego pokoju, na satysfakcjonujących obie strony warunkach. Ogromną rolę w dojściu do skutku tych pertraktacji, poczyniła małżonka Murada, sułtanka Mara (w zasadzie nie była ona sułtanką, gdyż pozostała chrześcijanką, czyli była po prostu żoną sułtana). Ta córka Jerzego Brankovicia już od dłuższego czasu korespondowała ze swym ojcem, deklarując mu że sułtan jest przychylnie usposobiony do niego i gotów mu oddać rządy nad Serbią. Korespondencja ta była utrzymywana za pośrednictwem chrześcijańskiego mnicha, który odwiedzał Marę (a któremu ona przekazywała listy do ojca). Sułtan Murad II był gotów pójść na daleko idące ustępstwa, aby tylko zawrzeć pokój z Węgrami, w zależności od woli króla Władysława pokój tymczasowy lub też "wieczny" (te "wieczne" pokoje z reguły nie przetrwały dłużej niż 10 lat i niczym też nie różniły się od pokoju tymczasowego, albo nawet zwykłego rozejmu, które najczęściej trwały dłużej niż same pokoje). Przede wszystkim sułtan ofiarował 40 000 czerwonych złotych (jakieś 100 000 dukatów) za uwolnienie swego szwagra Mahmuda Celebiego (który dostał się do niewoli, po zwycięskiej dla Węgrów bitwie pod Niszem - 2 stycznia 1444 r., o czym pisałem w poprzedniej części). Król Władysław wyraził na to zgodę, a intensywne rozmowy pokojowe trwały przez cały marzec.




Ostatecznie dnia 1 kwietnia 1444 r. zawarto niezwykle korzystny dla Węgier traktat pokojowy, na mocy którego oddawał koronie św. Stefana całą Serbię (a w zasadzie oddawał ją Jerzemu Brankoviciowi, który był lennikiem Węgier) oraz część Albanii (północną część wraz ze Szkodrą. Notabene pod wpływem zwycięskiej kampanii bałkańskiej Władysława Jagiellończyka z roku 1443, z tureckiego wojska uciekł niejaki Jerzy Kastriota - syn Jana, księcia Amathii, który przed laty wydany wraz z braćmi przez ojca do tureckiej niewoli, szybko zyskał uznanie na dworze sułtańskim dzięki swej sile i odwadze w walce, następnie przyjął islam i wstąpił do tureckiej armii. Ale teraz, pod wpływem zwycięstw Władysława Jagiellończyka (a w zasadzie Jana Hunyadiego) Kastriota - wraz z 300 kompanami - uciekł z tureckiego wojska i dotarł do Albanii, gdzie też powrócił do chrześcijańskiego wyznania swego ojca. Z końcem listopada 1443 r. zdobył zamek Kruja, skąd wezwał okolicznych mieszkańców do oporu i dalszej walki z Turkami. Pod koniec zimy 1444 Jerzy Kastriota stał już na czele 12 000 powstańców, na czele których wyparł Turków z górzystych obszarów wybrzeża Adriatyku. Turcy nadali mu przezwisko Skanderbeg czyli "Aleksander Wielki" a on walczył z nimi aż do swej śmierci w styczniu roku 1468 i do końca pozostał niezwyciężony. Dziś Skanderbeg jest nazywany "Ojcem Narodu Albańskiego"). Poza tym sułtan Murad II zobowiązywał się zwrócić 24 twierdze za Dunajem, które miały pierwszorzędne znaczenie dla obrony Węgier, a także oddać wszystkich jeńców. Mało tego, deklarował że gotów jest również przekazać 25 000 żołnierzy na wezwanie króla Władysława, który mógłby ich użyć w każdej swojej wyprawie. Taki pokój był wręcz wymarzony i spełniał wszystkie warunki żądania zarówno Węgrów jak i Serbów (a także Albańczyków i poniekąd również... Polaków, którzy dzięki temu liczyli że król czym prędzej powróci do kraju). Ale właśnie wówczas, gdy już wydawało się że wojna jest zakończona i to zakończona na tak świetnych warunkach, zaczęły dziać się rzeczy doprawdy dziwne i niepokojące których patronem był zły duch kampanii roku 1443, papieski legat na Węgrzech - Julian Cesarini.


KRÓLESTWO POLSKI 



WIELKIE KSIĘSTWO LITEWSKIE 



To właśnie pod jego wpływem już 3 dni po podpisaniu owego pokoju - 4 kwietnia 1444 r. większość możnych panów węgierskich (wraz z Janem Hunyadim) na zwołanym właśnie do Budy Sejmie, opowiedziała się za kontynuowaniem wojny z Osmanami. Szaleństwo jakieś ogarnęło możnych, tym bardziej że Cesarini deklarował iż papież już gromadzi flotę, dzięki której krzyżowcy z całej Europy pomogą inwazji lądowej i wspólnie  przepędzą Turków z Europy. Nie było to do końca kłamstwo, co najwyżej niepełna prawda, gdyż papież Eugeniusz IV rzeczywiście dogadał się z Republiką św. Marka (a raczej za pośrednictwem swych posłów z dożą Francesco Foscarim) i na mocy tego porozumienia Wenecja miała wystawić 10 galer, które miały zostać obsadzone za pieniądze Stolicy Apostolskiej. Poza tym chęć podjęcia nowej wyprawy krzyżowej ogarnęła wówczas zupełnie niespodziewany region, a mianowicie... Burgundię. Władający tym krajem od roku 1419 książę Filip III Dobry żywo interesował się krajami zarówno Europy Środkowo-Wschodniej jak i Orientu, a przede wszystkim przyświecała mu chęć pomszczenia klęski i hańby jego ojca Jana I Nieustraszonego, który wziął udział w kampanii Zygmunta Luksemburskiego przeciwko Turkom i dostał się do niewoli po katastrofalnej dla rycerstwa zachodniego bitwie pod Nikopolis z roku 1396. Teraz księciu Filipowi marzyła się nowa wielka wyprawa krzyżowa, która odrodzi chrześcijaństwo na ziemiach zajętego wcześniej przez islam Orientu (należy bowiem pamiętać że takie ziemie jak Syria, Palestyna, Egipt czy Afryka Północna przed inwazją Arabów pod wodzą Mahometa i jego następców, to były najbardziej chrześcijańskie ziemie ówczesnego świata, to tam rodziły się prądy chrześcijańskiej odnowy religijnej, to tam powstawały najwspanialsze dzieła chrześcijańskie. A dziś te ziemie są już uważane za od wieków islamskie - niesamowite). Filip pragnął więc odrodzenia chrześcijaństwa na tych ziemiach, a wcześniej finansował i wspierał wszystkich poetów, którzy tworzyli dzieła o dawnym chrześcijańskim Wschodzie, lub których przekaz był anty-turecki (np. romanse rycerskie takie jak: "Piękna Helena z Konstantynopola" z 1448 czy "Trzej synowie królów" z 1463 r. autorstwa Dawida Auberta). Książę kolekcjonował wszelkie utwory o Wschodzie (jak choćby "Informacje" Tebaldiego o oblężeniu Konstantynopola), a także kazał tworzyć nowe utwory o tematyce skrajnie antytureckiej (zajmował się tym biskup Chalon - Jan Germain).




W tej pasji mocno wspierała księcia Filipa jego małżonka Izabela Portugalska (siostra księcia Portugalii Henryka Żeglarza - który uważany jest za twórcę portugalskiego Imperium kolonialnego, i córka króla Portugalii Jana I Dobrego). Oczywiście w tym wszystkim nie chodziło tylko o względy historyczne czy religijne, równie silne były pragnienia polityczne, a mianowicie książę Filip Dobry uważał że zwycięska kampania wschodnia zapewni mu powodzenie w staraniach o tron francuski, natomiast bratanek Izabeli Jan z Coimbry poślubił Karolinę z Lusignan - dziedziczkę tronu cypryjskiego, co w przypadku powodzenia tej krucjaty pozwalało Filipowi rozciągnąć swój protektorat na wyspę Cypr. Zresztą ówczesna Burgundia była doskonałym przykładem późno-średniowiecznego królestwa (chociaż królestwem nie była). Dwór w Dijon był wzorem dla innych dworów europejskich, był przykładem średniowiecznej poezji, kultury, ogłady, sztuki. Teraz do pełni szczęścia Filipowi Dobremu brakowało tylko miana pogromcy Turków. Był też wielkim darczyńcą, finansował budowę i restaurację kościołów oraz kaplic w Ziemi Świętej, słał pieniądze rycerzom Szpitalnikom na Rodos i werbował najemników do przyszłej wyprawy krzyżowej przeciwko Turkom Osmańskim. Po raz pierwszy budowę burgundzkiej floty wojennej rozpoczął Filip Dobry w portach L'Ecluse, Brukseli i Anvers w roku 1438. Na prośbę Joannitów wysłał cztery statki tej floty w roku 1441 na Wschód, ale niczego tam nie działał i okręty te wróciły w roku następnym do Villefranche. Gdy jednak z początkiem roku 1444 na dworze w Dijon zjawiło się poselstwo cesarza bizantyjskiego - Jana VIII Paleologa z prośbą o ponowne przesłanie okrętów, uczynił to znów, posyłając cztery statki na Wschód, które - wraz z dziesięcioma okrętami weneckimi - miały wspomóc inwazję bałkańską Władysława III Jagiellończyka (ostatecznie ta wyprawa zakończy się wielkim blamażem dla Filipa III Dobrego i oprócz ogromnych kosztów które będzie generowała, niczego nie osiągnie).


KSIĘSTWO BURGUNDII 



Tymczasem na kwietniowym Sejmie budzyńskim król Władysław III (I) zachęcony przez Hunyadiego planami zwiększenia władzy monarszej, zadeklarował że będzie prowadził dalszą wojnę z Osmanami, aż do osiągnięcia ostatecznego zwycięstwa. Zarówno drobna szlachta węgierska jak i węgierska magnateria przyjęły te zapewnienia niezwykle radośnie. Ale król jednocześnie działał w dwójnasób, a mianowicie 25 kwietnia 1444 r. podpisał (zawarty 1 kwietnia) traktat z Osmanami, czym czynił go prawnie wiążącym. Teraz ten traktat został odwieziony do Adrianopola aby swój podpis złożył pod nim sułtan Murad. Wkrótce potem do Budy dotarło poselstwo z Konstantynopola od cesarza Jana VIII, które gratulowało Władysławowi zwycięstwa w roku poprzednim i deklarowało jak najszybszą potrzebę podjęcia nowej krucjaty, aż do ostatecznego wypędzenia Turków z Bałkanów (jednocześnie papież Grzegorz IV słał swe pisma, w których naglił króla by czym prędzej ruszał na Turków. Papieżowi jak i cesarzowi bizantyjskiemu bardzo zależało na czasie, natomiast Węgrzy tego czasu akurat mieli pod dostatkiem i mogli te walki rozłożyć nie tylko na lata, ale wręcz na dziesięciolecia, nie śpieszyć się, na spokojnie. Tym bardziej że warunki zawartego pokoju były więcej niż dobre, były wręcz wyśmienite). Posłowie bizantyjscy deklarowali że przyszła kampania okaże się jeszcze większym triumfem niż ta poprzednia i nie należy zwlekać z jej podjęciem, a twierdzili tak, gdyż przed jedną z bram Konstantynopola (tą wychodzącą ku Macedonii) miał ukazać się dziwny młodzieniec na białym koniu z mieczem w dłoni. Zjawa ta, w białej szacie początkowo zaniepokoiła mieszkańców stolicy Bizancjum (w zasadzie ówczesne Bizancjum sprowadzało się tylko do samego Konstantynopola i niewielkich terenów wokół niego, oraz ziem Peloponezu czyli Morei), ale potem uznano już jest to właśnie zwiastun zwycięstwa i deklarowano: "Królu Władysławie, ciebie Bóg wybrał, abyś poprowadził chrześcijan do ostatecznej bitwy z poganami!" Poddany takiej zarówno ze strony wewnętrznej jak i zewnętrznej Władysław nie był w stanie długo się opierać i musiał ulec tej presji wojennej gorączki. Postanowiono więc że nowa kampania ruszy z końcem wiosny lub początkiem lata tego roku. A tymczasem do Adrianopola przybyło poselstwo z dokumentem traktatowym na którym sułtan miał złożyć swój podpis. (W kolejnej części przejdę też nieco bardziej do opisania wydarzeń dziejących się w samym Konstantynopolu, jak choćby relacji młodego Mehmeda Celebiego - następcy tronu osmańskiego {i bohatera tej części serii} z sułtańską małżonką Marą, i jak układały się relacje zarówno tego chłopca jak i jego matki z tą chrześcijanką).




CDN.

04 czerwca 2026

REWOLUCJA BEZ ŻADNYCH REWOLUCYJNYCH KONSEKWENCJI! - Cz. IV

CZYLI MIĘDZYNARODOWE REAKCJE NA ZAMACH STANU JÓZEFA PIŁSUDSKIEGO W POLSCE z 12 MAJA 1926 i PÓŹNIEJSZE RZĄDY OBOZU SANACYJNEGO





MIĘDZYNARODOWE REAKCJE NA ZAMACH STANU W POLSCE




Politycy i dyplomaci państw zachodnich (bo o nich głównie będzie tutaj mowa) mieli ogromny problem ze zdefiniowaniem zarówno politycznej sytuacji pomajowej w Polsce, jak również w jasnym określeniu systemu politycznego, jaki zapanował po maju 1926 r. Ambasador francuski w Polsce Jules Laroche (człowiek niezwykle wyważony i powściągliwy w swych poglądach), podczas swej rozmowy z Marszałkiem dnia 6 maja 1926 r. w zasadzie nie potrafił powiedzieć o co Piłsudskiemu dokładnie chodzi. W swym raporcie jeszcze z 11 kwietnia dla Quai d'Orsay pisał: "To, o czym marzy, to w żadnym razie nie rządy w rodzaju faszyzmu, a dyktatura lewicy, a poza tym ma on przekonania bliższe Garibaldiemu niż Mussoliniemu". Po czym dodawał: "Możliwe że jest germanofilem jak się mówi, ale największego wroga upatruje w Rosji, jak w ogóle Polacy" (należy tutaj od razu dodać, że ambasada francuska, mieszcząca się w Alejach Ujazdowskich, w owych dniach 12-14 maja 1926 znalazła się bezpośrednio w centrum wydarzeń i została odcięta od centrali w Paryżu, stąd też nie wiadomo jakie były raporty Laroche z tych dni). Warto teraz przytoczyć opinie dyplomatów i publicystów włoskich, gdyż wydaje mi się, że to właśnie oni byli najbliżej w odgadnięciu zarówno celów politycznych Marszałka Piłsudskiego, jak i charakteru rządów pomajowych w Polsce. Jeszcze w roku 1926 ukazała się w Rzymie broszura Francesco Tommasniego (byłego posła włoskiego w Warszawie w latach 1919-1923) pt.: " Marsz na Warszawę" (przetłumaczona na język polski w roku 1929), w którym pisał m.in. tak: "Jest wykluczone by można było uważać marsz na Warszawę jako krok nieprzemyślany. Marszałek jest człowiekiem zuchwałym, lecz nie impulsywnym. Przeciwnie, zwykł on rozmyślać długo nad swymi planami i wprowadzać je następnie w czyn z zaciętością połączoną z przebiegłością". Tommasini twierdził jednak, że ów zamach doprowadzi do spadku reputacji Polski za granicą i pogorszenia Jej sytuacji gospodarczej, poza tym dość dokładnie opisywał dzieje walki Piłsudskiego z Narodową Demokracją, nazywając ten konflikt - począwszy od powstania państwa polskiego w listopadzie 1918 r. "nieustającą wojną", przerywaną tylko krótkimi okresami zawieszenia broni. Podsumowując Tommasini stwierdził że Piłsudski nie ogłosił się dyktatorem, chociaż po zdobyciu władzy mógłby to uczynić, jak również "pozostawił dotychczasowy ustrój" zmodyfikowany jedynie korekturą konstytucji z 2 sierpnia 1926 r. wzmacniającą władzę wykonawczą. Kreślił też pewne porównania Piłsudskiego z Mussolinim, choć od razu zaznaczał że są one z góry "niebezpieczne". W każdym razie stwierdzał, że po przejęciu władzy w październiku 1922 r. Mussolini też pozostawił dotychczasowy ustrój Włoch bez większych zmian. Jednak to porównanie z Mussolinim od razu zostaje podważone, gdyż Tommasini pisze że Mussolini był socjalistą i teoretycznie Piłsudski też był socjalistą, ale według niego nie jest to do końca prawdą. Włoski dyplomata stwierdza bowiem, że Piłsudski tak naprawdę socjalistą nigdy nie był. Był zaś wywrotowcem (rewolucjonistą) i do końca pozostał polskim romantykiem ("Rozkaz dany, na Bezdany!" 😉 Po tym ataku na carski pociąg przewożący pieniądze na stacji w Bezdanach, Piłsudski w nieprzychylnych mu kręgach - szczególnie konserwatywnych i narodowych - nazywany był "bandytą z Bezdan". Takich akcji ekspropriacyjnych - czyli mające za zadanie zdobycie pieniędzy na zakup broni pod przyszłe powstanie narodowe, było kilka, organizowanych przez Polską Partię Socjalistyczną, do której wówczas należał Józef Piłsudski, natomiast akcja pod Bezdanami z roku 1908, była bodajże najsławniejszą z nich, gdyż udało się wówczas pozyskać znaczne ilości gotówki. Tak to prawda, Piłsudski był przede wszystkim polskim rewolucjonistą, socjalistą zaś był tylko z przypadku i... z konieczności).




Inny włoski polityk Carlo Sforza, nazywał wręcz Piłsudskiego "dyktatorem anachronicznym" i stwierdził że jest to człowiek XIX stulecia, zupełnie nie pasujący do XX wieku. Dla Sforzy Piłsudski to polityk wychowany w klimacie polskiego romantyzmu, kultu powstań i szlacheckiego etosu rycerskiego. Sforza pisał: "Piłsudski nie jest niczym innym, jak polskim szlachcicem pochodzenia drobnoszlacheckiego, który dzięki powodzeniu w wojnie zdobył wawrzyny". Pisał dalej: "Dyktatura Piłsudskiego jest najdziwniejszą dyktaturą, która istnieje w Europie. Wszystkie bowiem dyktatury zbudowane były na interesie pewnej klasy, albo kasty, bądź też, jak miało to miejsce u Napoleona, na szalonej ambicji jednostki. Dyktatura Piłsudskiego wypływa jedynie z uczuciowego uwielbienia dla bohatera. Nie lubi też gdy porównuje się go z innymi, dziś modnymi dyktatorami (...) Piłsudski pomimo swej indywidualności, jest jedynie uosobieniem dawnej, romantycznej, donkiszockiej, antymaterialistycznej Polski". I tutaj przyznam się szczerze, muszę się zgodzić z autorem, gdyż uważam bardzo podobnie. Natomiast wspomniany wcześniej francuski ambasador Laroche podsumowując rządy Marszałka stwierdził, iż jest to: "Reżim na pewno dyktatorski, lecz który nie mieści się w żadnej z przyjętych definicji, gdyż był przede wszystkim dostosowany do swej centralnej osobowości". Laroche był przeciwny samemu zamachowi jak również rządom pomajowym, gdyż uważał że doprowadzi to do osłabienia francuskich wpływów nad Wisłą. Natomiast francuski ambasador w Moskwie - Jean Herbette otwarcie radził w swym raporcie ministrowi Briandowi (biorąc pod uwagę sam zamach majowy w Polsce), iż: "Bezpieczeństwo Francji nie może zależeć od układów zawartych z państwami takimi jak Polska. Nie ujmując nic z zasług Polakom i ich tradycyjnych sympatii do Francji, dojść trzeba do wniosku, że cel zasadniczy polityki francuskiej jest następujący: uregulować stosunki z Rosją w takiej mierze, żeby nasze bezpieczeństwo nie zależało od zmian, jakie zachodzą w Europie Wschodniej". Innymi słowy Herbette zalecał Paryżowi sojusz z sowiecką Rosją, gdyż uważał że Polska nie spełni pokładanych w niej nadziei jako francuskiego alianta na wypadek konfliktu z Niemcami. W ogóle opinie Francuzów na temat zamachu Piłsudskiego i rządów sanacyjnych były wybitnie negatywne. Powątpiewano też w sens sojuszu militarnego z Polską, w sytuacji gdy Polsce przyjdzie toczyć wojnę na dwa fronty z Niemcami i Związkiem Sowieckim. Ambasador Laroche stwierdzał że taki sojusz będzie całkowicie nieskuteczny, gdyż Polska zagrożona z dwóch stron nie będzie zdolna realnie przyjść Francji z pomocą.




Praktycznie wszyscy francuscy politycy i publicyści byli zdania, że rządy pomajowe w Polsce nie są dla Francji zbyt korzystne. Głosów przeciwnych praktycznie nie było, ja znalazłem tylko dwa takie przykłady. Pierwszym był francuski dyplomata Jean-Baptiste Barbier (notabene zafascynowany Polską), który bez ogródek pisał że Piłsudski poznał się na kunktatorskiej polityce Paryża względem Polski i wyciągnął z tego wnioski. Drugim zaś francuski historyk prof. Alphonse Aulard (notabene gorliwy napoleonista), który stwierdził (nieco na przykładzie samego Napoleona) iż Piłsudski to "mąż opatrznościowy" Polski, który podjął się dzieła wzmocnienia i "uzdrowienia Polski". Jednak takie głosy we Francji należały do rzadkości. Negatywnie o Piłsudskim również wypowiadał się włoski pisarz polityczny Curzio Malaparty, który w swej wydanej w 1931 r. książce pt: "Technika zamachu stanu" (francuskie wydanie ukazało się w tym samym roku, a niemieckie w roku następnym) porównywał Marszałka do hiszpańskiego dyktatora Primo de Rivery (który sprawował swą władzę w latach 1923-1931) i to porównanie wypadło wybitnie niekorzystnie dla Piłsudskiego. De Rivera był bowiem tam przedstawiony jako mąż stanu, Piłsudski zaś jako oportunista i wichrzyciel (spotkało się to nawet z oficjalnym protestem Ministerstwa Spraw Zagranicznych, a podsekretarz stanu Zdzisław Lechicki w instrukcji dla ambasadora Rajmunda Przeździeckiego żądał interwencji w sprawie tej książki w Palazzo Chigi, jako szkalującej nie tylko samego Marszałka, ale również w sposób tendencyjny przedstawiającej Polskę). Wielu polityków i dyplomatów w pierwszej chwili starało się powiązać Piłsudskiego z Mussolinim i uznało że ustrój panujący w Polsce będzie zbliżony, lub nawet taki sam jak włoski faszyzm. Choć Piłsudski wielokrotnie podkreślał iż: "Nie chcę być Mussolinim i nie chcę iść (z) batem". Jednak potem trudno było wielu ustrój Polski pomajowej poprawnie zdefiniować, choć niektórym udało się właściwie przewidzieć intencje Piłsudskiego - jak ukazałem to wyżej.

Również Londyn początkowo negatywnie odnosił się do samego zamachu. "Financial Times" z 18 maja 1926 r. pisał: "Polska podobnie jak republiki Ameryki Łacińskiej ma wirus rewolucyjny w sobie (...) wyłonił się nowy Mussolini, tylko brutalniejszy". Potem jednak zaczęło się to zmieniać, częściowo pod wpływem raportów posła brytyjskiego w Warszawie Maxa-Mullera (który pisał że sytuacja się znormalizowała i w zasadzie wróciła do stanu sprzed zamachu), a częściowo dlatego, że władze Wielkiej Brytanii uznały, iż z "nową Polską" łatwiej będzie im się porozumieć, gdyż będzie mniej po-francuska niż była dotychczas. Zamach został negatywnie przyjęty w Czechach. Tamtejsi politycy z prezydentem Tomasem Masarykiem na czele, widzieli w owym "buncie Piłsudskiego" początek upadku Polski, co akurat nie było przez nich uznane za coś negatywnego. Związana z czeskim MSZ-em "Národni Politika" pisała 18 maja 1926 r. iż: "Polska anarchia (...) powraca w nowym wydaniu (...) miłość ojczyzny i uczucia patriotyczne nic nie znaczą (...) potrzebne są jeszcze zdrowe nawyki i tradycje państwowe" (notabene ciekawie jest słyszeć takie słowa z ust Czechów, którzy swą niepodległość utracili w 1526 r. a od 1620 i klęsce w bitwie pod Białą Górą nieopodal Pragi, kraj ten był poddawany intensywnej germanizacji i dopiero czeska świadomość narodowa odrodziła się w drugiej połowie wieku XIX). Nie wszyscy jednak byli zdania że upadek Polski byłby pozytywnym rozwiązaniem (co prawda czescy politycy oficjalnie też tego nie twierdzili, ale jak to się mówi pepicka czechoza dała o sobie wielokrotnie znać i to zarówno w 1920 jak i 1938 roku, a niechęć czeskich polityków - szczególnie Benesza - do Polski była wręcz legendarna). Politycy fińscy uznali że bunt Piłsudskiego może doprowadzić do osłabienia Polski, a to bardzo źle wróży dla wszystkich krajów, które odrodziły się po Wielkiej Wojnie w latach 1917-1918. Jak odnotował francuski poseł w Helsinkach, fińscy politycy i opinia publiczna uważali że Polska, jako największy i najsilniejszy spośród limitrofów, w żadnym razie nie powinien ulec osłabieniu z powodu wojny domowej, gdyż... bez Polski jako czynnika militarnego, nie byłoby możliwe obronić niepodległości innych państw regionu, począwszy od Finlandii a skończywszy na Czechosłowacji, Rumunii i Bułgarii.



Zamach stanu Marszałka Piłsudskiego negatywnie również został odebrany w Stanach Zjednoczonych. Tam również początkowo uznano że jest to eksport faszyzmu włoskiego i amerykańska opinia publiczna była bardzo negatywnie nastawiona do tych wydarzeń. Zaczęło się to jednak zmieniać z chwilą, gdy uznano że zmiany zaistniałe w Polsce są, po pierwsze nieodwracalne, a po drugie sytuacja ustabilizowała się a kryzys został przezwyciężony. Nadal pozostawał jednak problem ze sklasyfikowaniem nazwy ustroju Polski pomajowej. Hiszpański profesor Francisco Cambo pisał w 1927 r. iż "Oblicze "nowej Polski" (...) jeszcze się nie ukształtowało i nie jest w żaden sposób przesądzone". Trudność w określeniu nazwy ustroju potęgowała się, gdyż dotychczasowe definicje były tutaj całkowicie bezradne. Czym była Polska pomajowa? Z pewnością nie był to faszyzm, gdyż brakowało masowego poparcia dla władzy. Niektórzy sądzili że była to dyktatura wojskowa, ale znów i tutaj nie do końca, gdyż ogromny wpływ na władzę mieli cywile, politycy niezwiązani z wojskiem, a sam Piłsudski był określany jako "polityk w mundurze", a nie typowy wojskowy. Próbowano się ratować określeniem "dyktatura cezarystyczna", chociaż francuski historyk Charles Seingobos stwierdził, że w Europie Wschodniej powstało wiele takich dyktatur, niemających oparcia ani w doktrynie politycznej ani w ideologii, natomiast opartych na mglistej potrzebie dobra wspólnego oraz spokoju wewnętrznego. W każdym razie trudność z poprawnym zdefiniowaniem systemu pomajowych rządów w Polsce pozostała. Teraz zaś - w kolejnej części - chciałbym zaprezentować opinie, jakie na temat przewrotu majowego 1926 r. i wydarzeń w Polsce pojawiły się w Niemczech i Związku Sowieckim, gdyż te państwa szczególnie powinny nas interesować z wiadomego powodu. Także przejdźmy do tego co można określić jednym słowem - prawdziwy hardcore.




CDN.

NIEWOLNICY DO ZADAŃ SPECJALNYCH - Cz. X

CZYLI JAKIE BYŁY NAJWIĘKSZE
OŚRODKI HANDLU NIEWOLNIKAMI W
STAROŻYTNOŚCI I W ŚREDNIOWIECZU,
ORAZ SKĄD I Z JAKICH 
WARSTW SPOŁECZNYCH NAJCZĘŚCIEJ
POCHODZILI KANDYDACI 
NA NIEWOLNIKÓW





I
ANTYCZNA GRECJA 
I ŚWIAT HELLENISTYCZNY
(V wiek p.n.e. - II w. p.n.e.)
Cz. X






DELOS
MAŁA WYSPA - WIELKI RYNEK
(II wiek p.n.e. - I wiek po Chrystusie)
Cz. IV



NIEWOLNICY W ŚWIECIE RZYMSKIM 
 II wiek p.n.e.


Wyspa Delos (od mniej więcej lat 50-tych II wieku p.n.e.) była tylko jedną z wielu dróg, jakimi zaopatrywali się Rzymianie w niewolników. Największa ich liczba trafiała do Italii głównie w wyniku zdobywczych wojen i eksterminacji podbitych ludów (zwycięstwo w wojnie z Hannibalem spowodowało, że pozyskano setki tysięcy niewolników, z samego Tarentu trafiło do Rzymu 30 tys. zniewolonych ludzi, poza tym podporządkowanie Macedonii i Epiru w 168 r. p.n.e., stłumienie powstania na Sardynii w 177 r. p.n.e. i 126 r. p.n.e. - które także przyniosło masowy napływ niewolników i to do tego stopnia, że ceny drastycznie spadły a powiedzenie: "Tani jak Sard" - stało się wyznacznikiem owych czasów), mimo to rynek na Delos był niezwykle popularny wśród Rzymian i można powiedzieć że od połowy II wieku p.n.e. łowcy i handlarze niewolników prawie w całości przestawili się właśnie na italski rynek zbytu "żywego towaru", gdyż tamtejsze majątki arystokracji senatorskiej (nobilitas) potrzebowały wciąż nowych rąk do pracy. Po zwycięstwie nad Hannibalem powstała bowiem taka oto sytuacja, że gospodarstwa Rzymian i Italików - którzy przez wiele lat służby wojskowej pozostawali z dala od swych domów - znalazły się w kompletnej ruinie (spowodowanej działaniami wojennymi i kartagińską okupacją środkowej Italii). Żołnierze powracający z wojny - zastając spalone domy i zniszczoną ziemię - chcąc odbudować się z ruin, musieli zaciągać najczęściej lichwiarskie pożyczki u majętnych Rzymian, głównie pochodzących ze stanu nobilitas ale także ekwitów (stan rycerski - który można porównać do dzisiejszej klasy średniej). Pożyczki te dawano z reguły na rok, rzadziej na kilka lat, a przecież wystarczyła nawet drobna klęska nieurodzaju lub katastrofa naturalna (np. powódź, pożar, szarańcza etc.), aby taki rolnik (nie mogąc sprzedać swych płodów po odpowiedniej cenie i w odpowiedniej ilości) stawał się niewypłacalny. I co wtedy? Niewola i utrata całego majątku?

Pod tym względem w Rzymie nie było aż tak źle, to znaczy żaden obywatel rzymski nie mógł zostać w swojej ojczyźnie obrócony w niewolnika - oczywiście ani on, ani jego rodzina (na mocy lex Poetelia, wprowadzonej w życie jeszcze na początku II wojny samnickiej w 326 r. p.n.e.). Jednak cała ziemia, cała ojcowizna przechodziła na własność wierzyciela, który dzięki temu kumulował w swych rękach nawet kilkadziesiąt chłopskich posiadłości. Tak właśnie zaczęły tworzyć się wielkie italskie latyfundia (choć oficjalnie określenie to nie występuje w rzymskim języku aż do III wieku naszej ery), które ostatecznie ukształtowały się do końca lat 70-tych II wieku p.n.e. (taką cezurą jest tutaj rok 173 p.n.e. gdyż po tej dacie zakończyło się nadawanie przez państwo skonfiskowanych gruntów). Od tej pory wielkie gospodarstwa ziemskie, liczące od 300 do 500 jugerów (500 jugerów = 120 hektarów), zaczynają dominować w krajobrazie wiejskim Italii (choć znacznie więcej jest gospodarstw o wielkości 100 - 300 jugerów lub mniejszych). Natomiast dotychczasowi rolnicy, pozbawieni ziemi i środków do życia, zostali zmuszeni do opuszczenia rodzinnych stron i emigracji (głównie) do Rzymu, gdzie życie wydawało się łatwiejsze, a poza tym były darmowe atrakcje (np. coraz częstsze munera - czyli walki gladiatorów, choć do 105 r. p.n.e. były to prywatne atrakcje, organizowane najczęściej w celu uczczenia śmierci jakiejś ważnej persony i organizowane były głównie na Forum Romanum. Lud wówczas także mógł się przyglądać tym zmaganiom i współuczestniczyć w czci okazanej organizatorowi igrzysk, nie miały jednak owe zmagania wiele wspólnego z tym, co przywykliśmy utożsamiać z walkami gladiatorów i rzadko kiedy te walki kończyły się też śmiercią przegranego, gdyż bardziej chodziło o samo uczczenie pamięci zmarłego, niż o przelewanie krwi ku uciesze gapiów. Od 105 r. p.n.e. gdy po raz pierwszy zorganizowano munera na koszt państwa, zaczęło się to powoli zmieniać). Natomiast italska prowincja powoli wyludniała się (ubytek drobnych rolników był tak duży, że na prace polowe - wymagające większej niż niewolnicza liczby rąk do pracy - musiano najmować ludzi po miastach, również w Rzymie).




Natomiast latyfundia nobilitas (i ekwitów) się rozrastały. Częstokroć jeden człowiek posiadał w swych rękach więcej ziemi, niż pozwalało na to prawo (lex Licinia z 376 r. p.n.e. ustalało maksymalną powierzchnię gruntów państwowych, będących w posiadaniu osoby prywatnej - na 120 hektarów - czyli 500 jugerów), wykorzystując do tego zarówno lichwę, jak i zawierając fikcyjne umowy dzierżawy z osobami nie istniejącymi - czego i tak nikt potem nie sprawdzał. Na tak wielkich latyfundiach wciąż potrzeba było ogromnej ilości rąk do pracy, gdyż gospodarstwo musiało przynosić dochody swemu właścicielowi (który z reguły przez większość roku przebywał w Rzymie, a do swych posiadłości wpadał np. w porze letniej, aby odpocząć od zgiełku i zapachów nadtybrzańskiego wychodka - jakim bez wątpienia był wówczas Rzym). Taki właściciel musiał też zatrudnić w majątku jakiegoś zarządcę ("villicus"), który będzie po prostu dbał o jego własność przez większość roku (najlepiej i najtaniej było uczynić zarządcą jednego z niewolników, który wówczas zyskiwał pewne prawa, niedostępne dla reszty - mógł na przykład posiadać prywatną własność i mógł się żenić). Musiał on jednak zadbać o harmonijną pracę w majątku i tak rozplanować zajęcia, aby właściciel miał z tego tytułu finansową korzyść. Okres między 201 r. p.n.e. a 133 r. p.n.e. to czasy niczym nieskrępowanej samowolki w pozyskiwaniu i eksploatowaniu ziemi w Italii przez arystokrację senatorską - w tym okresie dochodziło do największych patologii i największych oszustw, wspartych prawem - oraz bezwzględnego rugowania z tych terenów drobnych rolników i zastępowania pracy najemnej (sezonowej) pracą niewolniczą na wielką skalę (stąd czasem się mówi - głównie w literaturze anglosaskiej - że oto "Niewolnicy zjedli Rzymian" - co miało ukazywać drapieżny sposób nabywania drobnych gospodarstw rolnych i zastępowania pracy drobnych rolników, pracą niewolniczą). Wówczas to też dochodzi do zmiany agrokultury. Zboże, które dotąd było podstawą produkcji rolnej Italii, w większości zostaje zastąpione przez winnice, plantacje oliwek, pastwiska lub hodowle zwierząt, natomiast Rzym coraz bardziej uzależnia się od importowanego zboża z Egiptu i Afryki (co prawda zboże to było znacznie lepszej jakości od italskiego, ale całkowite oparcie się na imporcie i zredukowanie uprawy zboża w Italii do prywatnych gospodarstw - doprowadziło w kolejnych wiekach do całkowitego porzucenia hodowli tych roślin w Italii, jako nieopłacalnej). Co prawda trybuni ludowi próbowali jeszcze kilkukrotnie (w ciągu II wieku p.n.e.) przeciwdziałać zalewaniu Italii przez egipskie, afrykańskie i czasem nawet czarnomorskie zboże - ale były to już nic nieznaczące gesty.




Natomiast zapotrzebowanie na niewolników - zarówno w samym Rzymie, jak i w latyfundiach - było ogromne. Po wojnach zdobywczych i przesunięciu się handlu niewolniczego na Delos, Faselis i do Efezu - ceny niewolników drastycznie spadły i to do tego stopnia że taniej było kupić sobie nowego, zdrowego niewolnika, niż dbać i leczyć starego lub rannego. Już Katon pisał w swej "De agri cultura" ("O gospodarstwie wiejskim") iż niewolnik musi cały dzień mieć zaplanowany pracą, od świtu do zmierzchu, tak, aby nocą nie myślał o ucieczce, tylko zmęczony, od razu zasypiał. A to właśnie w II wieku p.n.e. (choć podobne tendencje, jednak na o wiele mniejszą skalę, występują we wcześniejszym stuleciu) następuje całkowity upadek dotychczasowego systemu patriarchalnego w Rzymie - który oparty był na rodzinie i niewolnikach (często traktowanych podobnie jak reszta członków danej familii). Bowiem Rzymianin przed III/II wiekiem p.n.e. posiadał z reguły zaledwie kilku (rzadziej kilkunastu, choć już wówczas też zdarzały się wyjątki, gdzie było nawet i kilkadziesiąt zniewolonych osób) niewolników. Po zakończeniu wojny z Hannibalem i zwycięskich zmaganiach na Wschodzie (Macedonia, Grecja, Azja Mniejsza, Syria), Zachodzie (Hiszpania, południowa Galia), Południu (Kartagina) i Północy (podbój Galii Przedalpejskiej i powstrzymanie najazdu Cymbrów i Teutonów w bitwach pod Aqua Sextiae w 102 r. p.n.e. i na Polach Raudyjskich w 101 r. p.n.e. - po zakończeniu tej bitwy doszło też do sceny zbiorowego samobójstwa żon poległych wojowników cymbryjskich, które prosiły Rzymian, aby ci oddali je na służbę do westalek. Rzymianie jednak odmówili i kobiety te popełniły zbiorowe samobójstwo - zabijając również swe dzieci - aby oszczędzić sobie hańby gwałtu i niewoli), w Italii zgromadzono taką liczbę niewolników, że dotychczasowe struktury patriarchalne po prostu nie mogły przetrwać. Doprowadziło to też do upadku obyczajów i (jeszcze wówczas ledwie widocznej, ale postępującej) emancypacji kobiety rzymskiej. Niewolnicy przestali więc być traktowani jako członkowie jednej familii, a stali się "mówiącymi przedmiotami" nie posiadającymi ani praw, ani własności (z biegiem stuleci zarówno stosunek do niewolników jak i ich pozycja w strukturze rzymskiego społeczeństwa również będzie ulegała zmianie), których nie tylko bicie, ale też i pozbawianie życia nie było prawnie zakazane.

Niewolnicy zatrudnieni przy pracach polowych (nie mówiąc już o tych, pracujących w kopalniach lub kamieniołomach) byli eksploatowani ponad miarę. Katon pisze że nawet niepogoda nie może być pretekstem zwalniającym od pracy ("W pogodę deszczową obmyśl jakąś robotę, którą można wykonać pod dachem. Jeśli deszcze nie ustają, zarządź sprzątanie, by nie stanęła praca. Pamiętaj, że choćby się nic nie robiło, nie ubędzie przez to wydatków"). Nieco lepiej mieli niewolnicy zatrudnieni w zakładach rzemieślniczych, oraz ci, pracujący w domu pana. W II wieku p.n.e. doszło już do tego, że posiadanie odpowiednich niewolników do określonych zadań, stało się koniecznością wśród snobistycznych elit senatorskich. Tak więc posiadano niewolników krawców, fryzjerów, ubieraczy, kucharzy, nakrywających do stołu, usługujących w salach biesiadnych (byli na przykład niewolnicy służący do wycierania rąk gości po posiłku, a polegało to na tym, że biesiadnicy mając tłuste ręce po zjedzeniu np. kurczaka lub prosięcia - wycierali dłonie w ubrania niewolników lub - co też się zdarzało - w długie włosy niewolnic), asystujących panu (lub pani) podczas wychodzenia z domu, lektykarzy, muzykantów, kuglarzy, mimów etc. etc. Gdy podaż nie nadążała za popytem i ceny niewolników gwałtownie spadały (choć nie należy też przesadzać w drugą stronę, ceny co prawda były niskie, ale i tak duże dla wielu zwykłych Rzymian, których nie było stać na zakup choćby jednego niewolnika), wówczas taki właściciel mógł dowolnie traktować swoją własność i jeśli chciał, nie musiał o nią w ogóle dbać. Zdarzało się że niewolnicy byli wypuszczani do pracy bez cieplejszej odzieży i bez butów w chłodniejsze dni - natomiast skrupulatnie rozliczano ich z powierzonych zadań. Jeśli coś się panu nie spodobało, mógł skazać niewolnika np. na kilkaset rózeg, której to kary z reguły nie można było w całości wytrzymać bez omdlenia (co niekiedy - gdy właściciel się ulitował - ratowało życie). Niewolników pracujących w polu i tak w większości przykuwano do siebie kajdanami za ręce i nogi (aby uniemożliwić im ucieczkę), a na noc zamykano w podziemnych kazamatach, służących za zbiorową sypialnię, gdzie niewolnicy spali na gołej ziemi (ale po długim dniu pracy większość z nich i tak była potwornie zmęczona, marząc tylko o spaniu).  




Mimo to (a raczej na przekór tym szykanom) niewolnicy nie tylko podejmowali wielokrotne próby ucieczki (właściciel który miał kilkadziesiąt a często kilkuset niewolników, nie był w stanie ich wszystkich spamiętać i często nawet nie wiedział do końca który należy a który nie należy do niego). Zdarzały się też w II wieku p.n.e. otwarte bunty niewolnicze. Warto też powiedzieć słów parę o takich buntach, mających miejsce mniej więcej w tym okresie również w Helladzie. Jednym z takich otwartych niewolniczych powstań, był ten z Chios (III wiek p.n.e.), gdzie niewolnicy powstali pod przywództwem niejakiego Drymakosa i zbiegłszy w góry, stąd napadali na możnych i kupców. Ostatecznie część niewolników (z samym Drymakosem na czele) schroniła się u ołtarza w świątyni na Wyspie - a dalsze ich losy pozostają nieznane. Do groźnego powstania doszło również na Delos. Miało to miejsce w latach 20-tych II wieku p.n.e., czyli w okresie, w którym od ponad trzydziestu lat funkcjonował tamtejszy rynek niewolniczy (gdzie dzienna sprzedaż była tak duża, że w przeciągu trzech dni schodziło tam tylu niewolników, co Kwintus Fabiusz Maximus wziął po zdobyciu Tarentu - w 209 r. p.n.e. - 30 tys., lub w ciągu dwóch tygodni tylu - ilu zabrał ze sobą do Rzymu po splądrowaniu Epiru w 168/167 r. p.n.e. Lucjusz Emiliusz Paulus - 150 tys.). Nie wiadomo dokładnie gdzie wybuchło to powstanie, ale można założyć (zważywszy iż Delos jest maleńką wyspą) że właśnie na tamtejszym rynku. Niewolnikom udało się zbiec i schronić w świątyni Apolla. Ponieważ wyspa była prywatnym konsorcjum kupieckim (mafijnym) gdzie poszczególne klany podzieliły pomiędzy siebie strefy wpływów, a niewolnicy nie mieli ani okrętów, ani nadziei na jakiekolwiek wsparcie, szybko zostali spacyfikowani i zabici przez "lokalne siły porządkowe". 




Do dużego antyrzymskiego powstania doszło również w Azji Mniejszej (w Pergamonie), gdzie pod wodzą Aristonikosa (przyrodniego brata ostatniego króla Pergamonu - Attalosa III i syna - Eumenesa II) niewolnicy i najubożsi mieszkańcy powstali przeciwko wielkim właścicielom ziemskim i bogatym, zasobnym miastom. Attalos III zmarł bowiem w młodym wieku - nie pozostawiwszy następcy, a w swym testamencie Królestwo Pergamonu w całości (133 r. p.n.e.) zapisał Rzymowi (poza miastem Pergamon i kilkoma innymi miastami na wybrzeżu, które miały pozostać wolnymi polis, a Rzymianie nie mieli prawa pobierać od nich podatków). Sam Pergamon był niezwykle pięknym miastem, zwanym wówczas "Nowymi Atenami", położonym na wzgórzu, zaledwie 30 km od brzegów morza - był bez wątpienia najwspanialszym miastem całej Azji Mniejszej. Posiadał dwie agory, majestatyczny pałac królewski, oraz wielki Ołtarz Zeusa (zaliczany do Siedmiu Cudów Świata i od czasów dominacji chrześcijaństwa nazywany "Ołtarzem Szatana"), do tego oczywiście liczne świątynie, Teatr i Biblioteka (rywalka Biblioteki Aleksandryjskiej). Dzielił się na dwie części - Stare (po zachodniej stronie) i Nowe Miasto (po stronie wschodniej). Miasto było też dobrze przygotowane do długiej obrony, posiadając arsenał, liczne spichlerze i strome zbocza, które uniemożliwiały bezpośrednie podciągnięcie machin oblężniczych pod mury miejskie. Pergamon miał również rozbudowaną sieć kanalizacyjną (pozostałości kanałów przetrwały do dziś, a nie było to wcale częste zjawisko w owym czasie i można powiedzieć że prócz Pergamonu, pełną sieć kanalizacyjną posiadała jeszcze tylko Aleksandria i Antiochia). Miasto miało zapewnioną stałą ochronę policyjną (patrole dzielnicowe wysyłane na ulice przez amfodarchów - zarządców dzielnic miasta) oraz sanitarną - przez co miasto było czyste i bezpieczne (nawet nocą), a król osobiście dbał by nikt nie: "rzucał na ulicę śmieci, nie tłukł na niej kamieni, nie przygotowywał zaprawy murarskiej, nie gromadził cegieł ani nie kopał nie zakrytych rowów". W przypadku wykrycia takich zdarzeń, osoba na tym przyłapana byłaby zmuszona do naprawienia szkody, a przypadku odmowy, zostawała na nią nakładana grzywna w wysokości 10 drachm (za wyrzucanie śmieci na ulice) oraz 5 drachm (za inne przewinienia). W porównaniu do Pergamonu (Aleksandrii, Antiochii czy nawet Aten) Rzym wciąż uchodził za miasto o strukturze wiejskiej, pełen zwierząt hodowlanych (kur, wołów, świń), oraz wszelakich nieczystości i zapachów wylewanych prosto na ulice (Kleopatra VII odwiedzając Rzym w 46 r. p.n.e. musiała zatykać nos i zasłaniać firany w lektyce, aby nie oglądać jak to: "bezpański pies może tu przywlec skądś ludzką rękę, a wół potrafi wtargnąć do jadalni"). Teraz tym miastem i całym krajem mieli władać Rzymianie (oczywiście zgodnie z zapisami testamentu Attalosa III).






Pergamon był niezwykle bogatym miastem i nawet jeśli zapis Attalosa uniemożliwiał Rzymianom nakładanie podatków na jego mieszkańców, to i tak dochody z rozległych posiadłości królewskich, kopalń i warsztatów należących do dynastii Attalidów - były niezwykle łakomym kąskiem. I wówczas, po śmierci króla Attalosa III (który notabene dla jego współczesnych, uchodził za prawdziwego dziwaka, gdyż folgował dość niepopularnym wówczas obyczajom - jak choćby stronił od uczt i zabaw a wolał samotność i niekiedy dniami nie opuszczał swych pokoi, zapuszczając brodę i włosy jak pustelnik. Nosił również skromne stroje, a niektóre nawet przypominały żebracze łachmany. Nie interesował się kobietami, za to uwielbiał zabawiać się rzeźbą i sam wielokrotnie odlewał posągi i popiersia. Poza tym pasjonował się zarówno ziołolecznictwem jak i wszelkiego typu miksturami i truciznami - które to ponoć wypróbowywał na więźniach), zaprotestował przeciwko testamentowi przyrodniego brata niejaki - Aristonikos, zrodzony z królewskiej nałożnicy. Był on synem króla Eumenesa II i jego greckiej hetery (która ponoć nago przygrywała królowi do posiłku) i uważał że teraz właśnie jemu należy się korona. Jeszcze w dniu śmierci Attalosa III zmobilizował swych zwolenników w Pergamonie (skąd jednak musiał się wycofać, gdy władze miejskie nie uznały go za króla) i wystosował apel do wszystkich najbiedniejszych poddanych, do nie-Hellenów oraz do tysięcznych mas niewolników, obiecując im wszystkim poprawę bytu pod swoim panowaniem. Miasta zamknęły przed nim swe bramy, a Pergamończycy w obawie zarówno przed rewoltą niewolników, oraz najuboższych - nie posiadających praw - mieszkańców miasta, postanowili przyznać tym ostatnim pełne prawa obywatelskie. Przyjęto prawo, które zostało ogłoszone na tablicy z białego kamienia i brzmiało następująco: "Za kapłaństwa Menestratosa, syna Apollodorosa, dnia dziewiętnastego miesiąca Eumenejos (prawdopodobnie marzec-kwiecień). Lud uchwalił na wniosek strategów (...) konieczne dla wspólnego bezpieczeństwa, aby również niżej wymienione grupy otrzymały prawa obywatelskie, gdyż wykazały pełne oddanie ludowi. (...) Lud postanawia zatem nadać obywatelstwo (...) tym spośród żołnierzy najemnych, którzy mieszkają w mieście lub na jego terytorium, a także Macedończykom i Myzyjczykom, jak również osadnikom wojskowym zapisanym w twierdzy i w starym mieście (...) strażnikom i ludziom (...) posiadającym nieruchomości w mieście lub na jego terytorium oraz ich żonom i dzieciom. Na listę cudzoziemców zostają natomiast przeniesieni wyzwoleńcy i dawni niewolnicy królewscy (...) a razem z nimi także ich żony".




Tymczasem Aristonikos zajął port w Leukai (był to obszar osadnictwa wojskowego), czyniąc go swą główną bazą i przejął też część królewskiej floty. Odwoływał się zarówno do uczuć patriotycznych obywateli Pergamonu, jak i do obietnic poprawy losu najuboższych i zniewolonych mieszkańców kraju. Przez dłuższy czas istniał wiec taki duopol (wolne miasta z Pergamonem na czele i państwo niewolnicze Aristonikosa w Leukai i okolicach), gdyż Rzymianie długo zajęci byli sprawami wewnętrznymi (w tym czasie miała miejsce słynna reforma agrarna Tyberiusza Grakcha, która była jawną próba ograniczenia dotychczasowego "zbierania ziem" Italii w rękach arystokracji senatorskiej oraz ekwitów) i dopiero w 131 r. p.n.e. wysłali oni do Azji Mniejszej armię ekspedycyjną pod konsulem Publiuszem Licyniuszem Krassusem, która jednak poniosła klęskę z rąk stworzonej przez Aristonika niewolniczej armii (a Krassus został zabity przez jednego z byłych niewolników, który odciął mu głowę i zabrał ją jako trofeum). Po tym zwycięstwie swoje mury przed Aristonikosem otworzyła Fokeia (ale był to jedyny taki przypadek w tej wojnie). Wkrótce potem jednak flota Efezu (rodzinnego miasta matki Aristonika) uderzyła na flotę w Leukai i rozbiła ją definitywnie, zmuszając Aristonikosa do cofnięcia się w głąb lądu, do Myzji, gdzie ogłosił powstanie "Państwa Słońca" - Heliopolis, deklarując że w tym kraju wszyscy ludzie będą wolni i równi wobec siebie. Spowodowało to liczne zbiegostwo do jego obozu, choć schwytanych niewolników na próbie ucieczki karano bardzo dotkliwie (obcinając język i nos, oraz wypalając im na czole znak hańby), zaś wolni ludzie którzy zbiegali do Aristonika, zostawali wyjęci spod prawa, a ich majętności przechodziły na własność danego miasta. W 130 r. p.n.e. Rzym wysłał do Azji Mniejszej kolejną armię konsularną pod dowództwem Marka Perperny, który ostatecznie pokonał siły Aristonikosa, a jego samego pojmał i odesłał do więzienia w Rzymie. Walki myzyjskich i karyjskich górali, oraz rzesz zbiegłych niewolników trwały jednak dalej i dopiero w 129 r. p.n.e. Rzymianie ostatecznie uporali się z tym niebezpieczeństwem - tworząc swoją pierwszą azjatycką prowincję, która otrzymała nazwę "Azja". Oczywiście Powstanie Aristonikosa nie było jedynym powstaniem niewolniczym z jakim musieli uporać się Rzymianie w II wieku p.n.e., było ich jeszcze kilka i to zarówno w samej Italii, jak i na okolicznych wyspach. A tymczasem stały dopływ niewolników do Rzymu trwał nieprzerwanie, właśnie dzięki takim ówczesnym rynkom niewolniczym jak Delos.




CDN.
 

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...