WYŚWIETLENIA

04 czerwca 2026

REWOLUCJA BEZ ŻADNYCH REWOLUCYJNYCH KONSEKWENCJI! - Cz. IV

CZYLI MIĘDZYNARODOWE REAKCJE NA ZAMACH STANU JÓZEFA PIŁSUDSKIEGO W POLSCE z 12 MAJA 1926 i PÓŹNIEJSZE RZĄDY OBOZU SANACYJNEGO





MIĘDZYNARODOWE REAKCJE NA ZAMACH STANU W POLSCE




Politycy i dyplomaci państw zachodnich (bo o nich głównie będzie tutaj mowa) mieli ogromny problem ze zdefiniowaniem zarówno politycznej sytuacji pomajowej w Polsce, jak również w jasnym określeniu systemu politycznego, jaki zapanował po maju 1926 r. Ambasador francuski w Polsce Jules Laroche (człowiek niezwykle wyważony i powściągliwy w swych poglądach), podczas swej rozmowy z Marszałkiem dnia 6 maja 1926 r. w zasadzie nie potrafił powiedzieć o co Piłsudskiemu dokładnie chodzi. W swym raporcie jeszcze z 11 kwietnia dla Quai d'Orsay pisał: "To, o czym marzy, to w żadnym razie nie rządy w rodzaju faszyzmu, a dyktatura lewicy, a poza tym ma on przekonania bliższe Garibaldiemu niż Mussoliniemu". Po czym dodawał: "Możliwe że jest germanofilem jak się mówi, ale największego wroga upatruje w Rosji, jak w ogóle Polacy" (należy tutaj od razu dodać, że ambasada francuska, mieszcząca się w Alejach Ujazdowskich, w owych dniach 12-14 maja 1926 znalazła się bezpośrednio w centrum wydarzeń i została odcięta od centrali w Paryżu, stąd też nie wiadomo jakie były raporty Laroche z tych dni). Warto teraz przytoczyć opinie dyplomatów i publicystów włoskich, gdyż wydaje mi się, że to właśnie oni byli najbliżej w odgadnięciu zarówno celów politycznych Marszałka Piłsudskiego, jak i charakteru rządów pomajowych w Polsce. Jeszcze w roku 1926 ukazała się w Rzymie broszura Francesco Tommasniego (byłego posła włoskiego w Warszawie w latach 1919-1923) pt.: " Marsz na Warszawę" (przetłumaczona na język polski w roku 1929), w którym pisał m.in. tak: "Jest wykluczone by można było uważać marsz na Warszawę jako krok nieprzemyślany. Marszałek jest człowiekiem zuchwałym, lecz nie impulsywnym. Przeciwnie, zwykł on rozmyślać długo nad swymi planami i wprowadzać je następnie w czyn z zaciętością połączoną z przebiegłością". Tommasini twierdził jednak, że ów zamach doprowadzi do spadku reputacji Polski za granicą i pogorszenia Jej sytuacji gospodarczej, poza tym dość dokładnie opisywał dzieje walki Piłsudskiego z Narodową Demokracją, nazywając ten konflikt - począwszy od powstania państwa polskiego w listopadzie 1918 r. "nieustającą wojną", przerywaną tylko krótkimi okresami zawieszenia broni. Podsumowując Tommasini stwierdził że Piłsudski nie ogłosił się dyktatorem, chociaż po zdobyciu władzy mógłby to uczynić, jak również "pozostawił dotychczasowy ustrój" zmodyfikowany jedynie korekturą konstytucji z 2 sierpnia 1926 r. wzmacniającą władzę wykonawczą. Kreślił też pewne porównania Piłsudskiego z Mussolinim, choć od razu zaznaczał że są one z góry "niebezpieczne". W każdym razie stwierdzał, że po przejęciu władzy w październiku 1922 r. Mussolini też pozostawił dotychczasowy ustrój Włoch bez większych zmian. Jednak to porównanie z Mussolinim od razu zostaje podważone, gdyż Tommasini pisze że Mussolini był socjalistą i teoretycznie Piłsudski też był socjalistą, ale według niego nie jest to do końca prawdą. Włoski dyplomata stwierdza bowiem, że Piłsudski tak naprawdę socjalistą nigdy nie był. Był zaś wywrotowcem (rewolucjonistą) i do końca pozostał polskim romantykiem ("Rozkaz dany, na Bezdany!" 😉 Po tym ataku na carski pociąg przewożący pieniądze na stacji w Bezdanach, Piłsudski w nieprzychylnych mu kręgach - szczególnie konserwatywnych i narodowych - nazywany był "bandytą z Bezdan". Takich akcji ekspropriacyjnych - czyli mające za zadanie zdobycie pieniędzy na zakup broni pod przyszłe powstanie narodowe, było kilka, organizowanych przez Polską Partię Socjalistyczną, do której wówczas należał Józef Piłsudski, natomiast akcja pod Bezdanami z roku 1908, była bodajże najsławniejszą z nich, gdyż udało się wówczas pozyskać znaczne ilości gotówki. Tak to prawda, Piłsudski był przede wszystkim polskim rewolucjonistą, socjalistą zaś był tylko z przypadku i... z konieczności).




Inny włoski polityk Carlo Sforza, nazywał wręcz Piłsudskiego "dyktatorem anachronicznym" i stwierdził że jest to człowiek XIX stulecia, zupełnie nie pasujący do XX wieku. Dla Sforzy Piłsudski to polityk wychowany w klimacie polskiego romantyzmu, kultu powstań i szlacheckiego etosu rycerskiego. Sforza pisał: "Piłsudski nie jest niczym innym, jak polskim szlachcicem pochodzenia drobnoszlacheckiego, który dzięki powodzeniu w wojnie zdobył wawrzyny". Pisał dalej: "Dyktatura Piłsudskiego jest najdziwniejszą dyktaturą, która istnieje w Europie. Wszystkie bowiem dyktatury zbudowane były na interesie pewnej klasy, albo kasty, bądź też, jak miało to miejsce u Napoleona, na szalonej ambicji jednostki. Dyktatura Piłsudskiego wypływa jedynie z uczuciowego uwielbienia dla bohatera. Nie lubi też gdy porównuje się go z innymi, dziś modnymi dyktatorami (...) Piłsudski pomimo swej indywidualności, jest jedynie uosobieniem dawnej, romantycznej, donkiszockiej, antymaterialistycznej Polski". I tutaj przyznam się szczerze, muszę się zgodzić z autorem, gdyż uważam bardzo podobnie. Natomiast wspomniany wcześniej francuski ambasador Laroche podsumowując rządy Marszałka stwierdził, iż jest to: "Reżim na pewno dyktatorski, lecz który nie mieści się w żadnej z przyjętych definicji, gdyż był przede wszystkim dostosowany do swej centralnej osobowości". Laroche był przeciwny samemu zamachowi jak również rządom pomajowym, gdyż uważał że doprowadzi to do osłabienia francuskich wpływów nad Wisłą. Natomiast francuski ambasador w Moskwie - Jean Herbette otwarcie radził w swym raporcie ministrowi Briandowi (biorąc pod uwagę sam zamach majowy w Polsce), iż: "Bezpieczeństwo Francji nie może zależeć od układów zawartych z państwami takimi jak Polska. Nie ujmując nic z zasług Polakom i ich tradycyjnych sympatii do Francji, dojść trzeba do wniosku, że cel zasadniczy polityki francuskiej jest następujący: uregulować stosunki z Rosją w takiej mierze, żeby nasze bezpieczeństwo nie zależało od zmian, jakie zachodzą w Europie Wschodniej". Innymi słowy Herbette zalecał Paryżowi sojusz z sowiecką Rosją, gdyż uważał że Polska nie spełni pokładanych w niej nadziei jako francuskiego alianta na wypadek konfliktu z Niemcami. W ogóle opinie Francuzów na temat zamachu Piłsudskiego i rządów sanacyjnych były wybitnie negatywne. Powątpiewano też w sens sojuszu militarnego z Polską, w sytuacji gdy Polsce przyjdzie toczyć wojnę na dwa fronty z Niemcami i Związkiem Sowieckim. Ambasador Laroche stwierdzał że taki sojusz będzie całkowicie nieskuteczny, gdyż Polska zagrożona z dwóch stron nie będzie zdolna realnie przyjść Francji z pomocą.




Praktycznie wszyscy francuscy politycy i publicyści byli zdania, że rządy pomajowe w Polsce nie są dla Francji zbyt korzystne. Głosów przeciwnych praktycznie nie było, ja znalazłem tylko dwa takie przykłady. Pierwszym był francuski dyplomata Jean-Baptiste Barbier (notabene zafascynowany Polską), który bez ogródek pisał że Piłsudski poznał się na kunktatorskiej polityce Paryża względem Polski i wyciągnął z tego wnioski. Drugim zaś francuski historyk prof. Alphonse Aulard (notabene gorliwy napoleonista), który stwierdził (nieco na przykładzie samego Napoleona) iż Piłsudski to "mąż opatrznościowy" Polski, który podjął się dzieła wzmocnienia i "uzdrowienia Polski". Jednak takie głosy we Francji należały do rzadkości. Negatywnie o Piłsudskim również wypowiadał się włoski pisarz polityczny Curzio Malaparty, który w swej wydanej w 1931 r. książce pt: "Technika zamachu stanu" (francuskie wydanie ukazało się w tym samym roku, a niemieckie w roku następnym) porównywał Marszałka do hiszpańskiego dyktatora Primo de Rivery (który sprawował swą władzę w latach 1923-1931) i to porównanie wypadło wybitnie niekorzystnie dla Piłsudskiego. De Rivera był bowiem tam przedstawiony jako mąż stanu, Piłsudski zaś jako oportunista i wichrzyciel (spotkało się to nawet z oficjalnym protestem Ministerstwa Spraw Zagranicznych, a podsekretarz stanu Zdzisław Lechicki w instrukcji dla ambasadora Rajmunda Przeździeckiego żądał interwencji w sprawie tej książki w Palazzo Chigi, jako szkalującej nie tylko samego Marszałka, ale również w sposób tendencyjny przedstawiającej Polskę). Wielu polityków i dyplomatów w pierwszej chwili starało się powiązać Piłsudskiego z Mussolinim i uznało że ustrój panujący w Polsce będzie zbliżony, lub nawet taki sam jak włoski faszyzm. Choć Piłsudski wielokrotnie podkreślał iż: "Nie chcę być Mussolinim i nie chcę iść (z) batem". Jednak potem trudno było wielu ustrój Polski pomajowej poprawnie zdefiniować, choć niektórym udało się właściwie przewidzieć intencje Piłsudskiego - jak ukazałem to wyżej.

Również Londyn początkowo negatywnie odnosił się do samego zamachu. "Financial Times" z 18 maja 1926 r. pisał: "Polska podobnie jak republiki Ameryki Łacińskiej ma wirus rewolucyjny w sobie (...) wyłonił się nowy Mussolini, tylko brutalniejszy". Potem jednak zaczęło się to zmieniać, częściowo pod wpływem raportów posła brytyjskiego w Warszawie Maxa-Mullera (który pisał że sytuacja się znormalizowała i w zasadzie wróciła do stanu sprzed zamachu), a częściowo dlatego, że władze Wielkiej Brytanii uznały, iż z "nową Polską" łatwiej będzie im się porozumieć, gdyż będzie mniej po-francuska niż była dotychczas. Zamach został negatywnie przyjęty w Czechach. Tamtejsi politycy z prezydentem Tomasem Masarykiem na czele, widzieli w owym "buncie Piłsudskiego" początek upadku Polski, co akurat nie było przez nich uznane za coś negatywnego. Związana z czeskim MSZ-em "Národni Politika" pisała 18 maja 1926 r. iż: "Polska anarchia (...) powraca w nowym wydaniu (...) miłość ojczyzny i uczucia patriotyczne nic nie znaczą (...) potrzebne są jeszcze zdrowe nawyki i tradycje państwowe" (notabene ciekawie jest słyszeć takie słowa z ust Czechów, którzy swą niepodległość utracili w 1526 r. a od 1620 i klęsce w bitwie pod Białą Górą nieopodal Pragi, kraj ten był poddawany intensywnej germanizacji i dopiero czeska świadomość narodowa odrodziła się w drugiej połowie wieku XIX). Nie wszyscy jednak byli zdania że upadek Polski byłby pozytywnym rozwiązaniem (co prawda czescy politycy oficjalnie też tego nie twierdzili, ale jak to się mówi pepicka czechoza dała o sobie wielokrotnie znać i to zarówno w 1920 jak i 1938 roku, a niechęć czeskich polityków - szczególnie Benesza - do Polski była wręcz legendarna). Politycy fińscy uznali że bunt Piłsudskiego może doprowadzić do osłabienia Polski, a to bardzo źle wróży dla wszystkich krajów, które odrodziły się po Wielkiej Wojnie w latach 1917-1918. Jak odnotował francuski poseł w Helsinkach, fińscy politycy i opinia publiczna uważali że Polska, jako największy i najsilniejszy spośród limitrofów, w żadnym razie nie powinien ulec osłabieniu z powodu wojny domowej, gdyż... bez Polski jako czynnika militarnego, nie byłoby możliwe obronić niepodległości innych państw regionu, począwszy od Finlandii a skończywszy na Czechosłowacji, Rumunii i Bułgarii.



Zamach stanu Marszałka Piłsudskiego negatywnie również został odebrany w Stanach Zjednoczonych. Tam również początkowo uznano że jest to eksport faszyzmu włoskiego i amerykańska opinia publiczna była bardzo negatywnie nastawiona do tych wydarzeń. Zaczęło się to jednak zmieniać z chwilą, gdy uznano że zmiany zaistniałe w Polsce są, po pierwsze nieodwracalne, a po drugie sytuacja ustabilizowała się a kryzys został przezwyciężony. Nadal pozostawał jednak problem ze sklasyfikowaniem nazwy ustroju Polski pomajowej. Hiszpański profesor Francisco Cambo pisał w 1927 r. iż "Oblicze "nowej Polski" (...) jeszcze się nie ukształtowało i nie jest w żaden sposób przesądzone". Trudność w określeniu nazwy ustroju potęgowała się, gdyż dotychczasowe definicje były tutaj całkowicie bezradne. Czym była Polska pomajowa? Z pewnością nie był to faszyzm, gdyż brakowało masowego poparcia dla władzy. Niektórzy sądzili że była to dyktatura wojskowa, ale znów i tutaj nie do końca, gdyż ogromny wpływ na władzę mieli cywile, politycy niezwiązani z wojskiem, a sam Piłsudski był określany jako "polityk w mundurze", a nie typowy wojskowy. Próbowano się ratować określeniem "dyktatura cezarystyczna", chociaż francuski historyk Charles Seingobos stwierdził, że w Europie Wschodniej powstało wiele takich dyktatur, niemających oparcia ani w doktrynie politycznej ani w ideologii, natomiast opartych na mglistej potrzebie dobra wspólnego oraz spokoju wewnętrznego. W każdym razie trudność z poprawnym zdefiniowaniem systemu pomajowych rządów w Polsce pozostała. Teraz zaś - w kolejnej części - chciałbym zaprezentować opinie, jakie na temat przewrotu majowego 1926 r. i wydarzeń w Polsce pojawiły się w Niemczech i Związku Sowieckim, gdyż te państwa szczególnie powinny nas interesować z wiadomego powodu. Także przejdźmy do tego co można określić jednym słowem - prawdziwy hardcore.




CDN.

NIEWOLNICY DO ZADAŃ SPECJALNYCH - Cz. X

CZYLI JAKIE BYŁY NAJWIĘKSZE
OŚRODKI HANDLU NIEWOLNIKAMI W
STAROŻYTNOŚCI I W ŚREDNIOWIECZU,
ORAZ SKĄD I Z JAKICH 
WARSTW SPOŁECZNYCH NAJCZĘŚCIEJ
POCHODZILI KANDYDACI 
NA NIEWOLNIKÓW





I
ANTYCZNA GRECJA 
I ŚWIAT HELLENISTYCZNY
(V wiek p.n.e. - II w. p.n.e.)
Cz. X






DELOS
MAŁA WYSPA - WIELKI RYNEK
(II wiek p.n.e. - I wiek po Chrystusie)
Cz. IV



NIEWOLNICY W ŚWIECIE RZYMSKIM 
 II wiek p.n.e.


Wyspa Delos (od mniej więcej lat 50-tych II wieku p.n.e.) była tylko jedną z wielu dróg, jakimi zaopatrywali się Rzymianie w niewolników. Największa ich liczba trafiała do Italii głównie w wyniku zdobywczych wojen i eksterminacji podbitych ludów (zwycięstwo w wojnie z Hannibalem spowodowało, że pozyskano setki tysięcy niewolników, z samego Tarentu trafiło do Rzymu 30 tys. zniewolonych ludzi, poza tym podporządkowanie Macedonii i Epiru w 168 r. p.n.e., stłumienie powstania na Sardynii w 177 r. p.n.e. i 126 r. p.n.e. - które także przyniosło masowy napływ niewolników i to do tego stopnia, że ceny drastycznie spadły a powiedzenie: "Tani jak Sard" - stało się wyznacznikiem owych czasów), mimo to rynek na Delos był niezwykle popularny wśród Rzymian i można powiedzieć że od połowy II wieku p.n.e. łowcy i handlarze niewolników prawie w całości przestawili się właśnie na italski rynek zbytu "żywego towaru", gdyż tamtejsze majątki arystokracji senatorskiej (nobilitas) potrzebowały wciąż nowych rąk do pracy. Po zwycięstwie nad Hannibalem powstała bowiem taka oto sytuacja, że gospodarstwa Rzymian i Italików - którzy przez wiele lat służby wojskowej pozostawali z dala od swych domów - znalazły się w kompletnej ruinie (spowodowanej działaniami wojennymi i kartagińską okupacją środkowej Italii). Żołnierze powracający z wojny - zastając spalone domy i zniszczoną ziemię - chcąc odbudować się z ruin, musieli zaciągać najczęściej lichwiarskie pożyczki u majętnych Rzymian, głównie pochodzących ze stanu nobilitas ale także ekwitów (stan rycerski - który można porównać do dzisiejszej klasy średniej). Pożyczki te dawano z reguły na rok, rzadziej na kilka lat, a przecież wystarczyła nawet drobna klęska nieurodzaju lub katastrofa naturalna (np. powódź, pożar, szarańcza etc.), aby taki rolnik (nie mogąc sprzedać swych płodów po odpowiedniej cenie i w odpowiedniej ilości) stawał się niewypłacalny. I co wtedy? Niewola i utrata całego majątku?

Pod tym względem w Rzymie nie było aż tak źle, to znaczy żaden obywatel rzymski nie mógł zostać w swojej ojczyźnie obrócony w niewolnika - oczywiście ani on, ani jego rodzina (na mocy lex Poetelia, wprowadzonej w życie jeszcze na początku II wojny samnickiej w 326 r. p.n.e.). Jednak cała ziemia, cała ojcowizna przechodziła na własność wierzyciela, który dzięki temu kumulował w swych rękach nawet kilkadziesiąt chłopskich posiadłości. Tak właśnie zaczęły tworzyć się wielkie italskie latyfundia (choć oficjalnie określenie to nie występuje w rzymskim języku aż do III wieku naszej ery), które ostatecznie ukształtowały się do końca lat 70-tych II wieku p.n.e. (taką cezurą jest tutaj rok 173 p.n.e. gdyż po tej dacie zakończyło się nadawanie przez państwo skonfiskowanych gruntów). Od tej pory wielkie gospodarstwa ziemskie, liczące od 300 do 500 jugerów (500 jugerów = 120 hektarów), zaczynają dominować w krajobrazie wiejskim Italii (choć znacznie więcej jest gospodarstw o wielkości 100 - 300 jugerów lub mniejszych). Natomiast dotychczasowi rolnicy, pozbawieni ziemi i środków do życia, zostali zmuszeni do opuszczenia rodzinnych stron i emigracji (głównie) do Rzymu, gdzie życie wydawało się łatwiejsze, a poza tym były darmowe atrakcje (np. coraz częstsze munera - czyli walki gladiatorów, choć do 105 r. p.n.e. były to prywatne atrakcje, organizowane najczęściej w celu uczczenia śmierci jakiejś ważnej persony i organizowane były głównie na Forum Romanum. Lud wówczas także mógł się przyglądać tym zmaganiom i współuczestniczyć w czci okazanej organizatorowi igrzysk, nie miały jednak owe zmagania wiele wspólnego z tym, co przywykliśmy utożsamiać z walkami gladiatorów i rzadko kiedy te walki kończyły się też śmiercią przegranego, gdyż bardziej chodziło o samo uczczenie pamięci zmarłego, niż o przelewanie krwi ku uciesze gapiów. Od 105 r. p.n.e. gdy po raz pierwszy zorganizowano munera na koszt państwa, zaczęło się to powoli zmieniać). Natomiast italska prowincja powoli wyludniała się (ubytek drobnych rolników był tak duży, że na prace polowe - wymagające większej niż niewolnicza liczby rąk do pracy - musiano najmować ludzi po miastach, również w Rzymie).




Natomiast latyfundia nobilitas (i ekwitów) się rozrastały. Częstokroć jeden człowiek posiadał w swych rękach więcej ziemi, niż pozwalało na to prawo (lex Licinia z 376 r. p.n.e. ustalało maksymalną powierzchnię gruntów państwowych, będących w posiadaniu osoby prywatnej - na 120 hektarów - czyli 500 jugerów), wykorzystując do tego zarówno lichwę, jak i zawierając fikcyjne umowy dzierżawy z osobami nie istniejącymi - czego i tak nikt potem nie sprawdzał. Na tak wielkich latyfundiach wciąż potrzeba było ogromnej ilości rąk do pracy, gdyż gospodarstwo musiało przynosić dochody swemu właścicielowi (który z reguły przez większość roku przebywał w Rzymie, a do swych posiadłości wpadał np. w porze letniej, aby odpocząć od zgiełku i zapachów nadtybrzańskiego wychodka - jakim bez wątpienia był wówczas Rzym). Taki właściciel musiał też zatrudnić w majątku jakiegoś zarządcę ("villicus"), który będzie po prostu dbał o jego własność przez większość roku (najlepiej i najtaniej było uczynić zarządcą jednego z niewolników, który wówczas zyskiwał pewne prawa, niedostępne dla reszty - mógł na przykład posiadać prywatną własność i mógł się żenić). Musiał on jednak zadbać o harmonijną pracę w majątku i tak rozplanować zajęcia, aby właściciel miał z tego tytułu finansową korzyść. Okres między 201 r. p.n.e. a 133 r. p.n.e. to czasy niczym nieskrępowanej samowolki w pozyskiwaniu i eksploatowaniu ziemi w Italii przez arystokrację senatorską - w tym okresie dochodziło do największych patologii i największych oszustw, wspartych prawem - oraz bezwzględnego rugowania z tych terenów drobnych rolników i zastępowania pracy najemnej (sezonowej) pracą niewolniczą na wielką skalę (stąd czasem się mówi - głównie w literaturze anglosaskiej - że oto "Niewolnicy zjedli Rzymian" - co miało ukazywać drapieżny sposób nabywania drobnych gospodarstw rolnych i zastępowania pracy drobnych rolników, pracą niewolniczą). Wówczas to też dochodzi do zmiany agrokultury. Zboże, które dotąd było podstawą produkcji rolnej Italii, w większości zostaje zastąpione przez winnice, plantacje oliwek, pastwiska lub hodowle zwierząt, natomiast Rzym coraz bardziej uzależnia się od importowanego zboża z Egiptu i Afryki (co prawda zboże to było znacznie lepszej jakości od italskiego, ale całkowite oparcie się na imporcie i zredukowanie uprawy zboża w Italii do prywatnych gospodarstw - doprowadziło w kolejnych wiekach do całkowitego porzucenia hodowli tych roślin w Italii, jako nieopłacalnej). Co prawda trybuni ludowi próbowali jeszcze kilkukrotnie (w ciągu II wieku p.n.e.) przeciwdziałać zalewaniu Italii przez egipskie, afrykańskie i czasem nawet czarnomorskie zboże - ale były to już nic nieznaczące gesty.




Natomiast zapotrzebowanie na niewolników - zarówno w samym Rzymie, jak i w latyfundiach - było ogromne. Po wojnach zdobywczych i przesunięciu się handlu niewolniczego na Delos, Faselis i do Efezu - ceny niewolników drastycznie spadły i to do tego stopnia że taniej było kupić sobie nowego, zdrowego niewolnika, niż dbać i leczyć starego lub rannego. Już Katon pisał w swej "De agri cultura" ("O gospodarstwie wiejskim") iż niewolnik musi cały dzień mieć zaplanowany pracą, od świtu do zmierzchu, tak, aby nocą nie myślał o ucieczce, tylko zmęczony, od razu zasypiał. A to właśnie w II wieku p.n.e. (choć podobne tendencje, jednak na o wiele mniejszą skalę, występują we wcześniejszym stuleciu) następuje całkowity upadek dotychczasowego systemu patriarchalnego w Rzymie - który oparty był na rodzinie i niewolnikach (często traktowanych podobnie jak reszta członków danej familii). Bowiem Rzymianin przed III/II wiekiem p.n.e. posiadał z reguły zaledwie kilku (rzadziej kilkunastu, choć już wówczas też zdarzały się wyjątki, gdzie było nawet i kilkadziesiąt zniewolonych osób) niewolników. Po zakończeniu wojny z Hannibalem i zwycięskich zmaganiach na Wschodzie (Macedonia, Grecja, Azja Mniejsza, Syria), Zachodzie (Hiszpania, południowa Galia), Południu (Kartagina) i Północy (podbój Galii Przedalpejskiej i powstrzymanie najazdu Cymbrów i Teutonów w bitwach pod Aqua Sextiae w 102 r. p.n.e. i na Polach Raudyjskich w 101 r. p.n.e. - po zakończeniu tej bitwy doszło też do sceny zbiorowego samobójstwa żon poległych wojowników cymbryjskich, które prosiły Rzymian, aby ci oddali je na służbę do westalek. Rzymianie jednak odmówili i kobiety te popełniły zbiorowe samobójstwo - zabijając również swe dzieci - aby oszczędzić sobie hańby gwałtu i niewoli), w Italii zgromadzono taką liczbę niewolników, że dotychczasowe struktury patriarchalne po prostu nie mogły przetrwać. Doprowadziło to też do upadku obyczajów i (jeszcze wówczas ledwie widocznej, ale postępującej) emancypacji kobiety rzymskiej. Niewolnicy przestali więc być traktowani jako członkowie jednej familii, a stali się "mówiącymi przedmiotami" nie posiadającymi ani praw, ani własności (z biegiem stuleci zarówno stosunek do niewolników jak i ich pozycja w strukturze rzymskiego społeczeństwa również będzie ulegała zmianie), których nie tylko bicie, ale też i pozbawianie życia nie było prawnie zakazane.

Niewolnicy zatrudnieni przy pracach polowych (nie mówiąc już o tych, pracujących w kopalniach lub kamieniołomach) byli eksploatowani ponad miarę. Katon pisze że nawet niepogoda nie może być pretekstem zwalniającym od pracy ("W pogodę deszczową obmyśl jakąś robotę, którą można wykonać pod dachem. Jeśli deszcze nie ustają, zarządź sprzątanie, by nie stanęła praca. Pamiętaj, że choćby się nic nie robiło, nie ubędzie przez to wydatków"). Nieco lepiej mieli niewolnicy zatrudnieni w zakładach rzemieślniczych, oraz ci, pracujący w domu pana. W II wieku p.n.e. doszło już do tego, że posiadanie odpowiednich niewolników do określonych zadań, stało się koniecznością wśród snobistycznych elit senatorskich. Tak więc posiadano niewolników krawców, fryzjerów, ubieraczy, kucharzy, nakrywających do stołu, usługujących w salach biesiadnych (byli na przykład niewolnicy służący do wycierania rąk gości po posiłku, a polegało to na tym, że biesiadnicy mając tłuste ręce po zjedzeniu np. kurczaka lub prosięcia - wycierali dłonie w ubrania niewolników lub - co też się zdarzało - w długie włosy niewolnic), asystujących panu (lub pani) podczas wychodzenia z domu, lektykarzy, muzykantów, kuglarzy, mimów etc. etc. Gdy podaż nie nadążała za popytem i ceny niewolników gwałtownie spadały (choć nie należy też przesadzać w drugą stronę, ceny co prawda były niskie, ale i tak duże dla wielu zwykłych Rzymian, których nie było stać na zakup choćby jednego niewolnika), wówczas taki właściciel mógł dowolnie traktować swoją własność i jeśli chciał, nie musiał o nią w ogóle dbać. Zdarzało się że niewolnicy byli wypuszczani do pracy bez cieplejszej odzieży i bez butów w chłodniejsze dni - natomiast skrupulatnie rozliczano ich z powierzonych zadań. Jeśli coś się panu nie spodobało, mógł skazać niewolnika np. na kilkaset rózeg, której to kary z reguły nie można było w całości wytrzymać bez omdlenia (co niekiedy - gdy właściciel się ulitował - ratowało życie). Niewolników pracujących w polu i tak w większości przykuwano do siebie kajdanami za ręce i nogi (aby uniemożliwić im ucieczkę), a na noc zamykano w podziemnych kazamatach, służących za zbiorową sypialnię, gdzie niewolnicy spali na gołej ziemi (ale po długim dniu pracy większość z nich i tak była potwornie zmęczona, marząc tylko o spaniu).  




Mimo to (a raczej na przekór tym szykanom) niewolnicy nie tylko podejmowali wielokrotne próby ucieczki (właściciel który miał kilkadziesiąt a często kilkuset niewolników, nie był w stanie ich wszystkich spamiętać i często nawet nie wiedział do końca który należy a który nie należy do niego). Zdarzały się też w II wieku p.n.e. otwarte bunty niewolnicze. Warto też powiedzieć słów parę o takich buntach, mających miejsce mniej więcej w tym okresie również w Helladzie. Jednym z takich otwartych niewolniczych powstań, był ten z Chios (III wiek p.n.e.), gdzie niewolnicy powstali pod przywództwem niejakiego Drymakosa i zbiegłszy w góry, stąd napadali na możnych i kupców. Ostatecznie część niewolników (z samym Drymakosem na czele) schroniła się u ołtarza w świątyni na Wyspie - a dalsze ich losy pozostają nieznane. Do groźnego powstania doszło również na Delos. Miało to miejsce w latach 20-tych II wieku p.n.e., czyli w okresie, w którym od ponad trzydziestu lat funkcjonował tamtejszy rynek niewolniczy (gdzie dzienna sprzedaż była tak duża, że w przeciągu trzech dni schodziło tam tylu niewolników, co Kwintus Fabiusz Maximus wziął po zdobyciu Tarentu - w 209 r. p.n.e. - 30 tys., lub w ciągu dwóch tygodni tylu - ilu zabrał ze sobą do Rzymu po splądrowaniu Epiru w 168/167 r. p.n.e. Lucjusz Emiliusz Paulus - 150 tys.). Nie wiadomo dokładnie gdzie wybuchło to powstanie, ale można założyć (zważywszy iż Delos jest maleńką wyspą) że właśnie na tamtejszym rynku. Niewolnikom udało się zbiec i schronić w świątyni Apolla. Ponieważ wyspa była prywatnym konsorcjum kupieckim (mafijnym) gdzie poszczególne klany podzieliły pomiędzy siebie strefy wpływów, a niewolnicy nie mieli ani okrętów, ani nadziei na jakiekolwiek wsparcie, szybko zostali spacyfikowani i zabici przez "lokalne siły porządkowe". 




Do dużego antyrzymskiego powstania doszło również w Azji Mniejszej (w Pergamonie), gdzie pod wodzą Aristonikosa (przyrodniego brata ostatniego króla Pergamonu - Attalosa III i syna - Eumenesa II) niewolnicy i najubożsi mieszkańcy powstali przeciwko wielkim właścicielom ziemskim i bogatym, zasobnym miastom. Attalos III zmarł bowiem w młodym wieku - nie pozostawiwszy następcy, a w swym testamencie Królestwo Pergamonu w całości (133 r. p.n.e.) zapisał Rzymowi (poza miastem Pergamon i kilkoma innymi miastami na wybrzeżu, które miały pozostać wolnymi polis, a Rzymianie nie mieli prawa pobierać od nich podatków). Sam Pergamon był niezwykle pięknym miastem, zwanym wówczas "Nowymi Atenami", położonym na wzgórzu, zaledwie 30 km od brzegów morza - był bez wątpienia najwspanialszym miastem całej Azji Mniejszej. Posiadał dwie agory, majestatyczny pałac królewski, oraz wielki Ołtarz Zeusa (zaliczany do Siedmiu Cudów Świata i od czasów dominacji chrześcijaństwa nazywany "Ołtarzem Szatana"), do tego oczywiście liczne świątynie, Teatr i Biblioteka (rywalka Biblioteki Aleksandryjskiej). Dzielił się na dwie części - Stare (po zachodniej stronie) i Nowe Miasto (po stronie wschodniej). Miasto było też dobrze przygotowane do długiej obrony, posiadając arsenał, liczne spichlerze i strome zbocza, które uniemożliwiały bezpośrednie podciągnięcie machin oblężniczych pod mury miejskie. Pergamon miał również rozbudowaną sieć kanalizacyjną (pozostałości kanałów przetrwały do dziś, a nie było to wcale częste zjawisko w owym czasie i można powiedzieć że prócz Pergamonu, pełną sieć kanalizacyjną posiadała jeszcze tylko Aleksandria i Antiochia). Miasto miało zapewnioną stałą ochronę policyjną (patrole dzielnicowe wysyłane na ulice przez amfodarchów - zarządców dzielnic miasta) oraz sanitarną - przez co miasto było czyste i bezpieczne (nawet nocą), a król osobiście dbał by nikt nie: "rzucał na ulicę śmieci, nie tłukł na niej kamieni, nie przygotowywał zaprawy murarskiej, nie gromadził cegieł ani nie kopał nie zakrytych rowów". W przypadku wykrycia takich zdarzeń, osoba na tym przyłapana byłaby zmuszona do naprawienia szkody, a przypadku odmowy, zostawała na nią nakładana grzywna w wysokości 10 drachm (za wyrzucanie śmieci na ulice) oraz 5 drachm (za inne przewinienia). W porównaniu do Pergamonu (Aleksandrii, Antiochii czy nawet Aten) Rzym wciąż uchodził za miasto o strukturze wiejskiej, pełen zwierząt hodowlanych (kur, wołów, świń), oraz wszelakich nieczystości i zapachów wylewanych prosto na ulice (Kleopatra VII odwiedzając Rzym w 46 r. p.n.e. musiała zatykać nos i zasłaniać firany w lektyce, aby nie oglądać jak to: "bezpański pies może tu przywlec skądś ludzką rękę, a wół potrafi wtargnąć do jadalni"). Teraz tym miastem i całym krajem mieli władać Rzymianie (oczywiście zgodnie z zapisami testamentu Attalosa III).






Pergamon był niezwykle bogatym miastem i nawet jeśli zapis Attalosa uniemożliwiał Rzymianom nakładanie podatków na jego mieszkańców, to i tak dochody z rozległych posiadłości królewskich, kopalń i warsztatów należących do dynastii Attalidów - były niezwykle łakomym kąskiem. I wówczas, po śmierci króla Attalosa III (który notabene dla jego współczesnych, uchodził za prawdziwego dziwaka, gdyż folgował dość niepopularnym wówczas obyczajom - jak choćby stronił od uczt i zabaw a wolał samotność i niekiedy dniami nie opuszczał swych pokoi, zapuszczając brodę i włosy jak pustelnik. Nosił również skromne stroje, a niektóre nawet przypominały żebracze łachmany. Nie interesował się kobietami, za to uwielbiał zabawiać się rzeźbą i sam wielokrotnie odlewał posągi i popiersia. Poza tym pasjonował się zarówno ziołolecznictwem jak i wszelkiego typu miksturami i truciznami - które to ponoć wypróbowywał na więźniach), zaprotestował przeciwko testamentowi przyrodniego brata niejaki - Aristonikos, zrodzony z królewskiej nałożnicy. Był on synem króla Eumenesa II i jego greckiej hetery (która ponoć nago przygrywała królowi do posiłku) i uważał że teraz właśnie jemu należy się korona. Jeszcze w dniu śmierci Attalosa III zmobilizował swych zwolenników w Pergamonie (skąd jednak musiał się wycofać, gdy władze miejskie nie uznały go za króla) i wystosował apel do wszystkich najbiedniejszych poddanych, do nie-Hellenów oraz do tysięcznych mas niewolników, obiecując im wszystkim poprawę bytu pod swoim panowaniem. Miasta zamknęły przed nim swe bramy, a Pergamończycy w obawie zarówno przed rewoltą niewolników, oraz najuboższych - nie posiadających praw - mieszkańców miasta, postanowili przyznać tym ostatnim pełne prawa obywatelskie. Przyjęto prawo, które zostało ogłoszone na tablicy z białego kamienia i brzmiało następująco: "Za kapłaństwa Menestratosa, syna Apollodorosa, dnia dziewiętnastego miesiąca Eumenejos (prawdopodobnie marzec-kwiecień). Lud uchwalił na wniosek strategów (...) konieczne dla wspólnego bezpieczeństwa, aby również niżej wymienione grupy otrzymały prawa obywatelskie, gdyż wykazały pełne oddanie ludowi. (...) Lud postanawia zatem nadać obywatelstwo (...) tym spośród żołnierzy najemnych, którzy mieszkają w mieście lub na jego terytorium, a także Macedończykom i Myzyjczykom, jak również osadnikom wojskowym zapisanym w twierdzy i w starym mieście (...) strażnikom i ludziom (...) posiadającym nieruchomości w mieście lub na jego terytorium oraz ich żonom i dzieciom. Na listę cudzoziemców zostają natomiast przeniesieni wyzwoleńcy i dawni niewolnicy królewscy (...) a razem z nimi także ich żony".




Tymczasem Aristonikos zajął port w Leukai (był to obszar osadnictwa wojskowego), czyniąc go swą główną bazą i przejął też część królewskiej floty. Odwoływał się zarówno do uczuć patriotycznych obywateli Pergamonu, jak i do obietnic poprawy losu najuboższych i zniewolonych mieszkańców kraju. Przez dłuższy czas istniał wiec taki duopol (wolne miasta z Pergamonem na czele i państwo niewolnicze Aristonikosa w Leukai i okolicach), gdyż Rzymianie długo zajęci byli sprawami wewnętrznymi (w tym czasie miała miejsce słynna reforma agrarna Tyberiusza Grakcha, która była jawną próba ograniczenia dotychczasowego "zbierania ziem" Italii w rękach arystokracji senatorskiej oraz ekwitów) i dopiero w 131 r. p.n.e. wysłali oni do Azji Mniejszej armię ekspedycyjną pod konsulem Publiuszem Licyniuszem Krassusem, która jednak poniosła klęskę z rąk stworzonej przez Aristonika niewolniczej armii (a Krassus został zabity przez jednego z byłych niewolników, który odciął mu głowę i zabrał ją jako trofeum). Po tym zwycięstwie swoje mury przed Aristonikosem otworzyła Fokeia (ale był to jedyny taki przypadek w tej wojnie). Wkrótce potem jednak flota Efezu (rodzinnego miasta matki Aristonika) uderzyła na flotę w Leukai i rozbiła ją definitywnie, zmuszając Aristonikosa do cofnięcia się w głąb lądu, do Myzji, gdzie ogłosił powstanie "Państwa Słońca" - Heliopolis, deklarując że w tym kraju wszyscy ludzie będą wolni i równi wobec siebie. Spowodowało to liczne zbiegostwo do jego obozu, choć schwytanych niewolników na próbie ucieczki karano bardzo dotkliwie (obcinając język i nos, oraz wypalając im na czole znak hańby), zaś wolni ludzie którzy zbiegali do Aristonika, zostawali wyjęci spod prawa, a ich majętności przechodziły na własność danego miasta. W 130 r. p.n.e. Rzym wysłał do Azji Mniejszej kolejną armię konsularną pod dowództwem Marka Perperny, który ostatecznie pokonał siły Aristonikosa, a jego samego pojmał i odesłał do więzienia w Rzymie. Walki myzyjskich i karyjskich górali, oraz rzesz zbiegłych niewolników trwały jednak dalej i dopiero w 129 r. p.n.e. Rzymianie ostatecznie uporali się z tym niebezpieczeństwem - tworząc swoją pierwszą azjatycką prowincję, która otrzymała nazwę "Azja". Oczywiście Powstanie Aristonikosa nie było jedynym powstaniem niewolniczym z jakim musieli uporać się Rzymianie w II wieku p.n.e., było ich jeszcze kilka i to zarówno w samej Italii, jak i na okolicznych wyspach. A tymczasem stały dopływ niewolników do Rzymu trwał nieprzerwanie, właśnie dzięki takim ówczesnym rynkom niewolniczym jak Delos.




CDN.
 

02 czerwca 2026

"JESTEM KRÓLEM WASZYM PRAWDZIWYM, A NIE MALOWANYM..." - Cz. II

CZYLI, JAK TO W POLSCE 
NARÓD WYBIERAŁ SWOICH KRÓLÓW?





PRZED PIERWSZĄ ELEKCJĄ




 Od śmierci króla Kazimierza III Wielkiego i objęcia władzy przez Ludwika Węgierskiego (Andegawena), teoretycznie kolejni władcy Polski musieli przed wstąpieniem na tron uzyskać zgodę od panów szlachty - czyli od narodu (działo się tak od czasu zjazdu w Koszycach i wydanego tam przywileju dla szlachty z września 1374 r.), ale w praktyce tron nadal był dziedziczny, a różnica była tylko taka, że teraz każdy król musiał czymś obłaskawić szlachtę (niekoniecznie całą, wystarczyło bowiem oprzeć się na kilku magnatach, oferując im urzędy lub ziemie, aby pełnili funkcję adwokatów wyboru królewskiego syna). Tak też na tron wstąpiła córka Ludwika - Jadwiga Andegaweńska (panowała w latach 1384-1399), która potem (za radą panów szlachty) poślubiła księcia pogańskiej Litwy - Jogaiłłę (pomimo swej początkowej miłości do austriackiego księcia - Wilhelma Habsburga). Jogaiłła został ochrzczony (15 lutego 1386 r.) i przyjął imię Władysław, a następnie (18 lutego) poślubił królową (a raczej króla, bowiem Jadwiga panowała jako król Polski) Jadwigę. 




Teoretycznie przez cały okres małżeństwa z nią, pozostawał Jagiełło jedynie jej mężem i nikim więcej, realnie jednak był królem od czasu swej koronacji (4 marca 1386 r.) i co prawda po jej śmierci (lipiec 1399 r.) powstał problem czy uznać dalsze panowanie Władysława II Jagiełły, czy też wybrać nowego króla, ale ostatecznie nikt nie ośmielił się podważyć jego prawa do korony i został uznany prawowitym monarchą. Panował długo, bo aż do czerwca 1434 r., a zmarł w wieku ok. 80 lat (istnieją pewne rozbieżności co do daty jego urodzin). To właśnie on był założycielem nowej (po Piastach) wielkiej polskiej dynastii - Jagiellonów. Czterokrotnie żonaty, lecz synów i następców doczekał się dopiero ze związku ze swoją czwartą żoną - Zofią (Sonką) Holszańską - również wywodzącą się z Litwy. Został ojcem w podeszłym wieku (pierwszy syn - Władysław/Władko urodził się w 1424 r., drugi - Kazimierz/Kaźko w 1427 r.). I wówczas też synowie jego byli pewnymi kandydatami do tronu, ale żeby uzyskać oficjalne tego potwierdzenie, musiał Jagiełło poświęcić nieco czasu i energii na "przekonanie" do tego zarówno panów z rady królewskiej, jak i biskupa krakowskiego - Zbigniewa Oleśnickiego. Musiał również stoczyć walkę dyplomatyczną ze swym kuzynem, wielkim księciem Litwy - Witoldem, który - namówiony przez cesarza rzymskiego Zygmunta Luksemburskiego - zapragnął korony królewskiej dla Litwy (1429 r.), co automatycznie oznaczało zerwanie unii z Polską i odbierało potomstwu Jagiełły prawo dziedziczenia Wielkiego Księstwa Litewskiego, które było - w przeciwieństwie do Polski - bezpośrednim, dziedzicznym patrymonium dynastii Giedymina (z której wywodzili się zarówno Jagiełło jak  Witold). Sprawę tę rozwiązał dopiero zgon Witolda (październik 1430 r.) a to otworzyło drogę do objęcia tronu przez synów Władysława Jagiełły zarówno w Polsce jak i na Litwie.


WŁADYSŁAW II JAGIEŁŁO
(1386 - 1434)
Był człowiekiem bardzo przesądnym, co wówczas uważano za element pogaństwa. Jednocześnie nigdy nie pijał wina, a w jego kielichach zawsze była czysta woda. Często też się kąpał, praktycznie codziennie.



Problem z następstwem pojawił się też po śmierci najstarszego syna Jagiełły - Władysława III Warneńczyka, który (również jako król Węgier) poległ w bitwie z Turkami Osmańskimi pod Warną (10 listopada 1444 r.), ale i wówczas - choć bezkrólewie trwało w Polsce aż trzy lata, podczas których oczekiwano na powrót króla Władysława, gdyż na polu bitwy nie odnaleziono jego ciała - koronę zaproponowano młodszemu bratu Władysława, panującemu wówczas na Litwie - Kazimierzowi, który ostatecznie koronował się na króla Polski w czerwcu 1447 r. jako Kazimierz IV Jagiellończyk. Jego zaś synowie i następcy nie mieli już zupełnie żadnych problemów w objęciu tronu Polski i Litwy, a gdy Kazimierz zmarł (czerwiec 1492 r.), tron w Polsce objął jego najstarszy syn - Jan I Albrecht (Olbracht), na Litwie zaś Aleksander Jagiellończyk. Gdy i Janowi zmarło się bezpotomnie w czerwcu 1501 r., Polacy automatycznie wybrali swym królem wielkiego księcia Litwy - Aleksandra, lecz i on wkrótce zmarł bezpotomnie (sierpień 1506 r. Było to też z pewnością spowodowane nadużywaniem przygodnych stosunków seksualnych, gdyż zarówno Jan jak i Aleksander cierpieli na syfilis). Wówczas korona przypadła kolejnemu z synów Kazimierza IV - Zygmuntowi Jagiellończykowi. Ten król, który ostatecznie zmusił Zakon Krzyżacki do sekularyzacji i złożenia mu hołdu lennego (to wydarzenie przeszło do historii pod nazwą Hołdu Pruskiego i było przykładem triumfu Korony Polskiej nad agresywną niemczyzną zakonną, której to pierwszy etap upadku nastąpił w bitwie pod Grunwaldem w 1410 r. za króla Władysława Jagiełły - od tej to bitwy narodziła się potęga Królestwa Polskiego i Rzeczypospolitej Obojga Narodów, która trwała prawie trzy stulecia, stąd jest ona tak ważna w polskich dziejach, gdyż Polska i Litwa starły się tam nie tylko z Zakonem Niemieckim, ale również z rycerstwem Rzeszy, Francji, północnych Włoch i Anglii. Król Władysław po bitwie jednak puścił wolno wszystkich schwytanych rycerzy zachodnich, przyjmując od nich jednak przysięgę na ich honor, że już nigdy więcej nie dobędą miecza przeciw Koronie Polskiej) - eliminując tym samym stałe zagrożenie na północy Królestwa (kwiecień 1525 r.), poślubił też (kwiecień 1518 r.) włoską księżniczkę - Bonę z rodu Sforzów, która swym niecodziennym zachowaniem i podejściem do polityki, oburzała wielu z panów szlachty, ale za to potrafiła konsekwentnie stawiać na swoim. 






Przerażona faktem, że po śmierci Zygmunta I jej syn - Zygmunt August może nie objąć tronu, postanowiła zaradzić temu zawczasu i (mając poparcie swego małżonka) już w grudniu 1522 r. (gdy Zygmunt August miał zaledwie dwa lata) uzyskała zgodę panów litewskich na wybór Augusta na wielkiego księcia Litwy po śmierci Zygmunta I. Ale to jej nie wystarczyło, dlatego też siedem lat później (październik 1529 r.) doprowadziła do wyboru Zygmunta Augusta na drugiego księcia Litwy, jeszcze za życia Zygmunta I, oraz na króla Polski (grudzień 1529 r.). Koronacja młodego Zygmunta Augusta nastąpiła 20 lutego 1530 r. i od tej chwili, aż do śmierci Zygmunta I Jagiellończyka (kwiecień 1548 r.) Polska i Litwa miała dwóch władców jednocześnie - ojca i syna. Wszystko to za sprawą ambicji i miłości matczynej królowej Bony Sforzy, która potrafiła skutecznie stawiać na swoim (za co też była znienawidzona wśród polskich panów). Zygmunt II August po śmierci ojca panował samodzielnie do lipca 1572 r. Był trzykrotnie żonaty, ale żadna z żon nie dała mu upragnionego syna i dziedzica korony. Pierwsza małżonka - Elżbieta Habsburg nie była kochana przez Zygmunta, gdyż cierpiała na padaczkę i nie należała do kobiet urodziwych, dlatego też Zygmunt August często wyjeżdżał i zostawiał ją samą w Krakowie lub w Wilnie. Była też jego żoną bardzo krótko, zaledwie dwa lata (1543-1545). Druga żona - Barbara Radziwiłłówna zmarła też bardzo szybko, wkrótce po swym wyniesieniu na tron (1550-1551). Była to kobieta którą August naprawdę kochał i której śmierć (maj 1551 r.) bardzo przeżył (do końca swego życia ubierał się na czarno w dowód żałoby po Barbarze, a nawet miał doprowadzić do wywołania jej ducha, aby raz jeszcze ją ujrzeć). Była to wielka, nieszczęśliwa miłość, gdyż nie godzili się na nią nie tylko rodzice Zygmunta Augusta - a szczególnie Bona Sforza - ale również magnateria, szlachta i Kościół. Król jednak zmusił ich wszystkich do uległości i uznania faktu małżeństwa oraz koronacji Barbary, ale był bezsilny wobec przeznaczenia jakie było jej pisane i do końca życia cierpiał z tego powodu. Trzecia żona - Katarzyna Habsburg - siostra jego pierwszej małżonki Elżbiety, również nie była akceptowana przez Zygmunta, a poślubił ją tylko z powodów politycznych (aby Habsburgowie nie zawarli sojuszu z Moskwą). Jednak nie kochał jej, a gdy się okazało że jest bezpłodna i oszukuje go w kwestii ciąży, całkowicie się od niej odseparował i odtąd żyli oddzielnie (jego wstręt do tej kobiety potęgował również fakt, że cierpiała na epilepsję). Była jego małżonką w latach 1553-1566 (wówczas to wyjechała z Polski do Wiednia, choć oficjalnie była żoną Augusta do swej śmierci w lutym 1572 r.). Co prawda na wieść o jej zgonie Zygmunt August miał nawet zapłakać, ale byli tacy którzy twierdzili, że płakał bardziej z radości niż z żalu (jeden z naocznych świadków stwierdził wręcz: "Płacz niemały udał się królowi"), nie pozwolił jednak (czego domagał się cesarz rzymsko-niemiecki) aby ciało Katarzyny spoczęło na Wawelu. Cesarz Maksymilian nie ustępował jednak, czego efektem było to, że ciało Katarzyny przez długie lata nie zostało pochowane. Ostatecznie pogrzeb odbył się w Linzu, lecz dopiero w 1614 r., czyli... 42 lata po jej śmierci. 






Nie mając potomków i czując zbliżającą się śmierć, postanowił król na trwale zjednoczyć Polskę i Litwę. Już w 1563 r. Zygmunt August zrzekł się swych praw dziedzicznych do Litwy, a to otworzyło drogę do politycznej i prawnej unifikacji Korony z Litwą. Na sejmie lubelskim, zwołanym 10 stycznia 1569 r., króla powitał marszałek sejmowy Stanisław Sędziwój Czarnkowski mową, w której wyraził takie oto zdanie: "Zdrowie twoje królu, żywot to i zdrowie nasze, śmierć twoja, to śmierć nasza!". Po raz pierwszy radzili tam wspólnie Polacy z Litwinami (do tej pory sejmy zwoływane były oddzielnie w Koronie i oddzielnie na Litwie). Nie było jednak zgody co do kształtu przyszłej unii realnej, gdyż Litwini obawiali się o ziemie ruskie, które Polacy chcieli posiąść, zaś Polacy nie zamierzali zbytnio angażować się we wschodnie konflikty, jakie Litwa toczyła przede wszystkim z Moskwą (ale też i z Tatarami), mawiając iż: "Trudno byłoby od Krakowa kłusać się do Litwy na wojnę". Litwini głośno podnosili sprawę nienaruszalności swych granic, mówiąc iż Wielkie Księstwo nie umniejszone, ale powiększone winnym być. Twierdzili też, że zarówno ich ziemie w całości jak i w częściach nie mogą być darowane Polakom, gdyż są oni wolnymi ludźmi, na co Polacy odpowiadali: "Myśmy się Waszmościom, Waszmoście też i nam, spólnie darowali". Ostatecznie pewnej nocy Litwini opuścili Sejm i wyjechali z Lublina, sądząc że bez ich udziału nie zostaną uzgodnione żadne postanowienia. Ale Polacy stwierdzili że Litwini dobrowolnie zgodzili się na Sejm i muszą teraz przyjąć wszystko, co się tam postanowi - nawet bez ich udziału. Ostatecznie więc król zgodził się na wcielenie z Litwy do Korony Podlasia (5 maja), następnie (26 maja) przy współudziale wojewody wołyńskiego - księcia Aleksandra Czartoryskiego, przyłączono do Korony Wołyń. 6 czerwca włączono całe województwo kijowskie (Ukrainę) za zgodą wojewody kijowskiego, księcia na Ostrogu - Konstantego Wasyla Ostrogskiego. Gdy okazało się że większą część ziem ruskich Litwa utraciła na rzecz Korony, posłowie litewscy wrócili do Lublina (28 czerwca) i upadłszy królowi do stóp, ze łzami w oczach prosili go, aby: "do reszty nie byli poniżeni i posromieni". August oświadczył Litwinom, że wszystko czynił: "ku mocniejszemu zachowaniu spólnego obu narodów dobra, ku pomnożeniu spólnej, braterskiej miłości". Dodał też: "Gdybyśmy znali, aby to niosło wam, jednym czy drugim, jakie obelżenie, albo zniewolenie, nigdy byśmy do tego nie wiedli, bo dobrze to znamy, żeśmy obojem państwu jednako powinni". Ostatecznie Litwini zostali udobruchani, ale pojawił się też problem z Prusakami (Pomorzanami) gdyż 16 marca 1569 r. Prusy Królewskie zostały ostatecznie zunifikowane z resztą ziem polskich (ziemie te włączono do Korony Królestwa Polskiego po wojnie z Zakonem Krzyżackim w roku 1466 i do tej pory cieszyły się odrębnością), ale ich także dało się szybko przekonać co do podpisania wspólnego aktu Unii, który nastąpił dnia 1 lipca 1569 r. Król Zygmunt August zatwierdził akt 4 lipca i od tej chwili pojawiło się zupełnie nowe państwo - zjednoczona (choć złożona z dwóch oddzielnych krajów) Rzeczpospolita Obojga Narodów.






Na mocy tych postanowień: "Król polski, wielki książę litewski, ruski, pruski, mazowiecki, żmudzki, kijowski, wołyński, podlaski, inflancki, spólnemi głosy obrany w Polsce, a w Krakowie koronowany, miał odtąd wiecznymi czasy, jako jedna głowa, jeden pan i jeden król, rozkazywać wszystkim". Obieranie osobne wielkiego księcia litewskiego ustawało na zawsze. Wiecznym węzłem połączone ze sobą narody polski i litewsko-ruski miały odtąd wspólny Sejm, wspólną politykę i wspólne wojny oraz przymierza, jak również wspólny pieniądz. Zaręczona została wolność wzajemna nabywania gruntów i osiedlania się tak Polaków na Litwie jak Litwinów w Polsce, a cła i myta graniczne pomiędzy tymi dwoma krajami zostały ostatecznie zniesione. Odrębne jednak zachowano urzędy (zawsze istniał marszałek wielki i marszałek nadworny w Koronie oraz na Litwie, tak samo, jak istniał urząd hetmana wielkiego i polnego w Koronie i na Litwie, a także kanclerza koronnego i kanclerza litewskiego - oraz inne, mniejsze urzędy), skarb (oddzielny dla Litwy w Wilnie i dla Korony w Krakowie), wojsko i sądownictwo. Król jednak nie był do końca zadowolony z owej Unii i dążył do rozszerzenia jej postanowień o takie kwestie jak określenie wyboru monarchy, o wysokość podatków, o urządzenie stałej obrony najbardziej zagrożonych najazdem tatarskim ziem południowo-wschodnich, o szkoły i o reformę sądownictwa. Szczególnie postulował nad wprowadzeniem stałego podatku, ale akurat ten temat był niemiły zarówno magnaterii jak i szlachcie, która godziła się jedynie na okresowe i jednorazowe podatki, określane na Sejmie Wielkim przez posłów delegowanych tam przez sejmiki ziemskie, natomiast co do obrony krajowej, to twierdzono że wszyscy w razie konieczności "potężną gębą nadstawią gardła swoje". Gdy zaś padły oskarżenia że owego podatku szlachta i tak: "daje tylko ile chce, bo ich żaden o to nie pozwie i starosta egzekucji nie uczyni", pewien poseł z województwa ruskiego - Drohojowski, na te słowa do kija się porwał i rzekł: "Dość już tych sideł na wolności szlacheckie! (...) dosyć tych anszalgów na swobody ludzkie!". Sejm został rozwiązany ostatecznie 12 sierpnia 1569 r. i każdy rozjechał się do domów, a wcześniej jeszcze (11 sierpnia) król złożył uroczyście akt Unii i 88 ustaw na Sejmie zawartych w Kościele Dominikanów w Lublinie, a potem - na pamiątkę aktu zjednoczenia - postawiono tam słup kamienny, na którym widniały posągi Jadwigi i Jagiełły oraz godła Polski i Litwy. Od tej pory miejscem zebrania sejmów miała być Warszawa - wówczas jedno z większych miast województwa mazowieckiego, gdzie na polu sejmowym na Woli wznoszono namiot senatorski i szeroką salę drewnianą, która miała pomieścić tysiące posłów. Król zmarł niedługo po dokonaniu owego aktu zjednoczenia - 7 lipca 1572 r. a wówczas pojawił się problem. Po raz pierwszy w dziejach nie było bowiem wcześniej uzgodnionego następcy, a z chwilą śmierci króla ustawały wszelkie sądy (sędziowie wydawali przecież wyroki, powołując się na królewski majestat) a to oznaczało bezkrólewie i anarchię. Należało więc czym prędzej wybrać nowego króla, gdyż czas naglił, wciąż trwała wojna z Moskwą a i Tatarzyn czekał sposobnej chwili do kolejnego najazdu. 


PS: Na marginesie pragnę jeszcze dodać, że gdy Anglicy i Szkoci zamierzali złączyć się wspólną Unią na początku wieku XVIII, to aby to uczynić wysłano posłów do Polski, do Krakowa, a mieli oni za zadanie dokładnie zbadać jak Polacy i Litwini wcześniej zawarli Unię, która łącznie przetrwała 400 lat (i trwała nawet w czasach zaborów). Opierając się na polskich doświadczeniach w 1707 r. Anglia i Szkocja (oraz Irlandia) zawarły Unię, tworząc nowe państwo: Wielką Brytanię.




CDN.

MEMORIAM - Cz. XX

VIRGINES VESTALES i 
TRZY CIOSY





UMIŁOWANY POKÓJ
I ZŁUDNE NADZIEJE 
SIEDEMDZIESIĄTYCH LAT
Cz. V






SPARTAKUS POKONANY


 Po zwycięstwie pod Mutiną nad armią prokonsula Galii Przedalpejskiej - Lucjusza Kasjusza (lipiec 72 r. p.n.e.), niewolnicza armia Spartakusa zajęła owe miasto, gdzie uzupełniła zaopatrzenie w żywność i broń. Stając już nad Padem (sierpień 72 r. p.n.e.) Spartakus był o krok od wolności, wystarczyło tylko przekroczyć rzekę i rozpuścić niewolników ku ziemiom, skąd ich wcześniej Rzymianie pochwycili. W Rzymie zapanowało przerażenie, była to bowiem już kolejna zwycięska bitwa odniesiona przez niewolników, których zastępy wciąż zasilane były przez nowych zbiegów. Stojąc nad Padem, zapewne zastanawiał się Spartakus co czynić dalej, był już o krok od wyjścia z Italii, tej znienawidzonej dla mnóstwa zniewolonych ludów ziemi. Dlaczego więc nie przekroczył rzeki i nie uszedł, tylko zawrócił z powrotem na południe? Nie ma co do tego zgodności, ale prawdopodobnie zadecydowała tu po prostu ludzka chęć dalszego grabienia bezbronnej Italii i zyskiwania tym samym krótkotrwałych zdobyczy (gdyż zapewne wodzowie powstania - Spartakus, Gannikus, Kastus czy Oenomaos - musieli zdawać sobie sprawę z faktu, że utrzymać się w Italii długo nie zdołają). Spartakus był pewien że jedynym ratunkiem jest opuszczenie Italii i powrót niewolniczej armii do ich domów rodzinnych, tylko że nie wszystko było takie proste. Część niewolników nie chciała wracać, gdyż posmakowawszy łatwego i przyjemnego życia grabieżców, musiałaby teraz z niego zrezygnować, część zaś nie miała dokąd wracać, gdyż urodziła się już w Italii i nie pamiętała swych ziem rodzinnych. Dlatego też ci właśnie niewolnicy najgłośniej i najbardziej zdecydowanie zaprotestowali przeciwko dalszemu posuwaniu się ku północy i przekraczaniu Padu. Chcieli oni dalej plądrować Italię, a Spartakusa uczynić przywódcą bandy rabusiów, on natomiast miał ambicje stać się wodzem armii (w rzeczywistości Spartakus karał i powstrzymywał zbójeckie nawyki swoich ludzi, nie wolno im było również posiadać złota i innych cennych przedmiotów na własność, gdyż wszystko to szło na zakup broni i innych, niezbędnych dla tak wielkiej masy ludzkiej środków. Żywność zaś zdobywano głównie w wielkich latyfundiach, ogołacając je ze wszystkiego, co mogło się nadać do zjedzenia).
 



Spartakus początkowo pragnął urzeczywistnić swój plan wyjścia z Italii i był gotowy nawet na kolejne podzielenie sił (tak jak wówczas, gdy wcześniej odłączył się oddział który poszedł za Kriksosem rabować Italię, a potem został rozbity w bitwie pod górą Garganus w Apulii przez wojska konsularne Lucjusza Gelliusza Publikoli), ale ostatecznie uległ przewadze innych i zgodził się z powrotem zawrócić na południe. Od razu jednak zaznaczył, że taki marsz będzie morderczy i dodatkowo niewolnicy zostaną narażeni na ciągłe ataki Rzymian, dlatego w jego głowie pojawiła się myśl marszu na Rzym, zdobycia go i dzięki temu uniknięcia kolejnych ewentualnych konsekwencji dalszych morderczych walk. Myśl ta jednak, jak szybko się pojawiła, tak i szybko musiała zgasnąć, gdyż armia niewolnicza nie dysponowała odpowiednim sprzętem oblężniczym do szturmowania takiego miasta jak Rzym (w ogóle nie posiadała żadnego sprzętu oblężniczego), a Miasto Wilczycy miało co prawda stare, lecz wciąż solidne mury obronne (Spartakus jednak nie wiedział że Rzymianom brakowało ludzi do ich pełnego obsadzenia). Ostatecznie więc szybko pojawił się plan trzeci, marszu na południe, najlepiej na Sycylię i stamtąd (po odpowiednim dogadaniu się z cylicyjskimi piratami) transport morzem do cieplejszych niż na północy krajów Wschodu. Nie był to plan doskonały, podobnie zresztą jak i wcześniejsze (choć pierwotny plan wyjścia z Italii był bodajże najlepszym z możliwych), ale niewolnicy nie mieli już innego wyjścia, jak tylko szybkie wydostanie się w Italii, z północy lub z południa (być może ostatecznie Spartakusa przekonała wizja zimowania pod zaśnieżonymi Alpami, w sytuacji gdy nagle należałoby zdobyć ciepłą odzież, zapewnić schronienie i wyżywienie prawie 100 tys. armii niewolniczej, wśród której były również kobiety i dzieci. A zima na północy nie przypominała tej z południowej czy środkowej Italii i właśnie taka wizja mogła rzeczywiście zadecydować o ostatecznym obraniu drogi na południe). Droga powrotu była znana (niewolnicy kroczyli tą samą trasą, którą wcześniej podążali ku Mutinie) i mimo sukcesów w dotychczasowych starciach z rzymską armią konsularną, Spartakus był bardzo ostrożny, obawiając się kolejnego niespodziewanego ataku. Marsz trwał jednak bez większych przeszkód (choć przetransportowanie takiej masy ludzkiej z północy na południe musiało zająć wiele czasu, wliczając w to postoje, gdzie rozbijano co najmniej kilka obozów aby pomieścić w nich wszystkich idących za Spartakusem) i czym prędzej posuwano się na południe, byle dalej na Sycylię.




A tymczasem w Rzymie senatorowie nie byli zadowoleni z osiągnięć dotychczasowych konsulów (Gnejusza Korneliusza Lentulusa i Lucjusza Gelliusza Publikoli) i odebrali im dowództwo nad armią, powierzając je teraz w ręce ambitnego męża - Marka Licyniusza Krassusa. Ponieważ jeszcze (z obawy przez Spartakusem i jego armią) niewielu było chętnych do starania się o urząd pretora (na rok 71 p.n.e., wybory zaś odbywały się na jesieni roku poprzedniego), a jednym z nielicznych był właśnie Krassus - otrzymał on i tę funkcję. Natychmiast przystąpił do przeprowadzenia zaciągu (skupiając się głównie na weteranach z poprzednich wojen) i tym sposobem zebrał wojsko w sile sześciu legionów (ok. 30 000 żołnierzy). Dodatkowo dołączył pod swoją komendę cztery legiony pobitych konsulów (które jednak nie miały pełnych składów osobowych ze względu na klęski jakie odniosły. Dlatego też można powiedzieć, że realnie były to nie cztery, a dwa legiony dodatkowe). Łącznie więc dysponował siłą ok. 45-50 000 żołnierzy. Była to największa siła, jaką Rzym kiedykolwiek wystawił w walkach prowadzonych ze zbuntowanymi niewolnikami. Opierając się na weteranach, Krassus miał pewność że nie zawiodą go oni w walce i nie uciekną jak niedoświadczone młokosy po pierwszym starciu, przerażeni samą legendą niezwyciężoności spartakusowej armii. Niestety, nie wszystko poszło tak, jakby sobie tego życzył. Ruszył bowiem do Picenum (północno-wschodnia Italia, jednym z miast głównych tej krainy była Ankona) z zamiarem wyjścia na tyły armii Spartakusa. Przodem zaś wysłał swego legata - Mummiusza z dwoma legionami, zabraniając mu przyjmowania bitwy. Ten jednak, pewny swej siły i chcący się popisać sławą pogromcy Spartakusa, zastąpił drogę jego armii i bitwę podjął. Klęska Rzymu znów była ogromna, a sam Mummiusz pierwszy uchodził z pola walki. Gdy dotarł do obozu Krassusa, ten przyjął go chłodno, każąc za niesubordynację, jednocześnie - aby wieści o pierwszej przegranej bitwie pod jego dowództwem nie rozeszły się zbyt szybko po armii i nie podważyły jej morale - powrócił do dawno nie praktykowanej zasady decymacji. Wybrał 500 żołnierzy z legionu, który pierwszy rzucił się do ucieczki, podzielił żołnierzy na pięćdziesiąt dziesiątek i poddał losowaniu. Każdy z nich podchodził do urny, w której było 10 gałek (dziewięć białych i jedna czarna). Który z żołnierzy wyciągnął czarną gałkę - podlegał karze śmierci, wykonywanej w okrutny i hańbiący sposób na oczach całego wojska. W ten sposób okrutnie zamęczono na śmierć 50 legionistów (chociaż Appian podaje liczbę nawet 4000, co wydaje się wierutną bzdurą, gdyż byłby to prawie legion i nie byłoby sensu zabijać tylu żołnierzy, którzy mogliby okazać się przydatni w dalszej walce). Ten przykład podziałał jednak wystarczająco silnie na legionistów, którzy odtąd bardziej bali się takiej właśnie kary, niż legendy o niezwyciężonym Spartakusie.




Szybko też żołnierze Krassusa udowodnili że milej im stawić czoła niebezpieczeństwu wroga (gdzie przecież wcale nie musieli ginąć), niż pewnym być śmierci za tchórzostwo z rąk swego dowódcy (które już pewnym było) i pokazali to w kolejnej bitwie, gdzie natarli na zaledwie 10 000 oddział niewolniczy, wysłany przez Spartakusa na poszukiwanie żywności. Co prawda nie rozbili ich doszczętnie (co też jeszcze nie świadczy dobrze o ich sprawności i morale, tym bardziej że Rzymianie dysponowali tam zdecydowaną przewagą liczebną), ale w boju legło prawie 4000 zbuntowanych niewolników (straty Rzymian są nieznane) i była to tak naprawdę pierwsza zwycięska bitwa Rzymian, stoczona z armią Spartakusa. W tej sytuacji Spartakus jeszcze bardziej przyspieszył (o ile tylko było to możliwe z kobietami, starcami i dziećmi) marsz ku Sycylii. Udało mu się opanować miasto Consentia, leżące na głównej drodze z Kapui do Regium. Z braku jakichkolwiek machin oblężniczych, opanował to miasto dzięki podstępowi (pozyskał jakąś grupę niewolników w mieście, a sam wprowadził do Consentii swoich ludzi, przebranych za kupców). Uzupełniono tam przede wszystkim brakujące zapasy żywności i wody. Spartakus rozesłał również swych szpiegów na Sycylię, aby przygotowali tam grunt pod opanowanie wyspy przez niewolników (na Sycylii został pochwycony niejaki Gawiusz - szpieg Spartakusa, który jednak był wolnym człowiekiem, a to oznaczało że zamieszani w ten bunt byli też ludzie nie będący niewolnikami, co mogło budzić jeszcze większą grozę wśród Rzymian). Namiestnik Sycylii - Gajusz Werres (który wkrótce potem został skazany przed Senatem za okrutne zdzierstwa, których dopuszczał się podczas sprawowania swego namiestnictwa na Sycylii, a głównym jego oskarżycielem był Marek Tulliusz Cyceron, który co prawda nie wygłosił mowy oskarżycielskiej - nie było na to czasu, gdyż pretorzy - przyjaciele Werresa, wyznaczyli termin rozprawy na ostatni dzień swego urzędowania, aby nie można było wygłosić oskarżeń i jednocześnie ogłosić wyroku - lecz Cyceron, gdy przyszła jego kolej na zabranie głosu, patrząc się w stronę Werresa stwierdził tylko, iż "słów tu nie trzeba" po czym przyprowadził świadków i zmusił sędziów do przeprowadzenia głosowania jeszcze tego samego dnia), zarządził prace nad zabezpieczeniem Wyspy od ewentualnej próby desantu morskiego ze strony armii Spartakusa. Rozmieszczono więc posterunki obserwacyjne i zaczęto sypać wały od strony Messany (gdzie spodziewano się desantu, jako że było to najwęższe miejsce oddzielające Sycylię od Italii). W kilku miejscach Sycylii wybuchły jednak lokalne niewolnicze bunty (które zapewne miały ułatwić przeprawę armii Spartakusa na Sycylię), ale pozbawione wsparcia, szybko zostały stłumione.
 



W lochach Sycylii siedzieli również (oczekując na egzekucje po zdobyciu pirackiej wieży i twierdzy w Olympos przez Publiusza Serwiliusza Izauryjskiego, skąd - jak pisał Strabon - "widać całą Licję, Pamfilię, Pizydię i Milyas". Notabene Werres został oskarżony m.in. o przywłaszczenie sobie bogatych skarbów Zenitekosa - ówczesnego wodza piratów cylicyjskich, które nagle "zniknęły" po ich przewiezieniu na Sycylię) pochwyceni piraci, a ich ziomkowie starali się ich stamtąd wydostać. W tej sytuacji stali się oni naturalnym sojusznikiem Spartakusa i jego niewolniczej armii. Podjęto rozmowy i w zamian za pewną część nagromadzonych podczas rabunku Italii bogactw, zgodzili się Cylicyjczycy przetransportować armię niewolniczą z Regium na Sycylię w dwóch, a nawet w trzech rzutach (tych ludzi było bowiem tak dużo, że przerastało to możliwości organizacyjne piratów). Pierwotnie zamierzano przerzucić na Sycylię 2000 mężczyzn, którzy mieli doprowadzić do wybuchu powstania niewolniczego na Wyspie, następnie kolejnych kilkanaście tysięcy wojowników i ostatecznie całą resztę ludności. Znów nie był to plan doskonały, jako że w przypadku przewiezienia oddziałów Spartakusa na Wyspę, ograniczano ich liczebność w Italii, a to stwarzało zagrożenie ataku sił Krassusa, dlatego też Spartakus starał się ograniczyć przeprawę do przynajmniej dwóch rzutów, lecz było to niewykonalne przy możliwościach floty pirackiej. Piraci domagali się pełnej zapłaty od razu, jako że twierdzili iż muszą przygotować okręty i ludzi na tak wielki desant morski. Spartakus i jego ludzie byli temu przeciwni, ale ostatecznie - nie mając innego wyjścia - przystali na propozycję piratów. Ci zaś wzięli pieniądze i... odpłynęli, pozostawiając Spartakusa i tę całą jego niewolniczą armię w Regium (w tym czasie prowadzili piraci potajemne rozmowy z Werresem, który zgodził się uwolnić ich towarzyszy, w zamian za porzucenie przez nich Spartakusa. Nie wiadomo czy rozmowy te prowadził ów sławny pirat Niko, kompan Zenitekosa, który wsławił się ucieczką z rzymskiej niewoli, pochwycony wcześniej przez Serwiliusza Izauryjskiego. Nie ma na to żadnych dowodów i być może byli to też i inni ówcześni piraccy przywódcy, jak choćby - wymienieni przez Cycerona - Magius czy Fannius). W każdym razie Spartakus i jego ludzie zostali w tym momencie wystawieni na łaskę bogów. Któż bowiem inny im pozostał? Król Pontu - Mitrydates VI, który co prawda toczył wojnę z Rzymem i wiązał się sojuszem z piratami, ale czy zniżyłby się do tego stopnia, by uznać się za równego... gladiatorom i niewolnikom? Było to bardzo mało prawdopodobne, nawet gdyby Spartakusowi udało się z nim skontaktować, a właśnie to mu się nie powiodło (swoją drogą - wracając jeszcze do piratów - nawet sam Cyceron twierdził, że w kontaktach z nimi nie obowiązują Rzymian wszelkie prawa, tyczące się ludzkiego traktowania pokonanych, gdyż są oni "niewdzięcznymi wrogami całej ludzkości").




Nie było wyjścia, należało przezimować na południu, w Regium, oczekując że wiosną uda się ponownie podjąć próbę przeprawy na Sycylię. Tymczasem Krassus postanowił zamknąć niewolników w jednym miejscu, odcinając ich od jakiegokolwiek surowcowego zaplecza. Zimą (72/71 r. p.n.e.) wpadł na pomysł budowy wielkiego muru, przecinającego wzdłuż najwęższy odcinek Bruttium, wiodący na południe od miasta Scylletium i na północ od Hipponium. Spartakus ze swoimi ludźmi był teraz w klatce na niewielkiej przestrzeni, zamknięty zarówno od strony lądu, jak i morza. Krassus uznał że w tej sytuacji nie będzie potrzebował toczyć bitew i narażać się na straty, a wystarczy tylko poczekać kilka, może kilkanaście miesięcy, nim w obozie Spartakusa zapanuje głód, co skłoni go do pochopnego i samobójczego ataku na mur, który był bardzo dobrze broniony i otoczony wieloma pułapkami. Krassus nie przewidział tylko jednego - że ma do czynienia w osobie Spartakusa z nieprzeciętną jednostką, która zupełnie nie pasowała do niewolniczej roli, jaka stała się jego udziałem. Raz jeszcze podjęto rozmowy z piratami (styczeń 71 r. p.n.e.), którzy jednak twierdzili że zimowe sztormy, panujące o tej porze roku w Zatoce Messyńskiej (uchodzącej przecież za mityczną cieśninę dwóch potworów Scylli i Charybdy) uniemożliwiły im terminowe wykonanie zadania. Domagali się jednak więcej złota. Ostatecznie nie dogadano się w tej sprawie (Spartakus i jego ludzie twierdzili bowiem, że piraci już wcześniej otrzymali zapłatę za usługę, której nie wykonali, a piraci rzekli że jeśli nie dostaną więcej złota, to zerwą rozmowy i odpłyną) i piraci odpłyneli, pozostawiając niewolników samych sobie. Wówczas Spartakus postanowił przerzucić swą armię na Sycylię własnymi siłami i nakazał karczowanie okolicznych lasów pod budowę prowizorycznej floty transportowej (w jego oddziałach nie brakowało przecież rzemieślników, znających się na tego typu pracach). Rozpoczęły się więc wielkie prace szkutnicze, przy czym nie budowano dużych okrętów, tylko małe, prymitywne łodzie, tratwy, a nawet wykorzystywano... beczki po piwie jako środek transportu na drugi brzeg cieśniny. Brakowało jednak wielu sprzętów (np. lin do wiązania tratw, co powodowało że w zastępstwie stosowano pnącze winorośli). Pomysł przepłynięcia cieśniny nie był wcale głupi, nawet przy tak wielkiej ilości ludzi, ale był jeden zasadniczy kłopot, który od razu niweczył całą akcję. Na drodze do Sycylii nie stała bowiem rzeka (nawet największa), lecz wzburzone morze, a to oznaczało że przeprawa - jeśli nawet się powiedzie - będzie w większości katastrofą, utonie bowiem zbyt wielu ludzi, co może być porównywalne z klęską w wielkiej bitwie. Mimo to postanowiono spróbować i wysłano pewną grupę ochotników aby przekroczyli cieśninę. Większość z nich utonęła i tylko nieliczni z powrotem wydostali się na plaże Regium.




Było więc oczywiste że tą drogą nie uda się pokonać cieśniny i że oznaczałoby to skazanie całej armii i wszystkich ludzi idących za Spartakusem na zagładę w morskich odmętach. Byłaby to eksterminacja całej armii i to bez żadnego udziału Rzymian. Paradoksalnie jednak odium winy za nieudaną przeprawę spadł na Spartakusa, co było pierwszym przejawem w odczuciu wiernych mu dotąd ludzi, że coś się zaczyna zmieniać, że bogowie nie stoją już na ich wodzem tak, jak stali dotąd. Sytuacja stawała się coraz bardziej niebezpieczna, gdyż zarówno przeprawa przez cieśninę, jak i atak na wzmocniony nowymi posiłkami (wysłanymi z Rzymu) i najeżony licznymi pułapkami mur, były tak samo przedsięwzięciem samobójczym. A niewolnicza armia Spartakusa musiała się stamtąd wydostać, jeśli chciała przetrwać i nie doświadczyć kanibalizmu. I tutaj znów ujawnił się geniusz Spartakusa, stawiający go na równi z wielkimi mężami naszych dziejów (staram się utrzymać konwencję opowiadania, jaką przyjąłem na samym początku tej serii). Początkowo próbował on małymi grupami uderzać na różne punkty muru, ale w żadnym z nich nie osiągnął pozytywnego skutku (Appian znów daje upust swej wyobraźni, twierdząc że w tych walkach zginęło 12 000 żołnierzy Spartakusa i tylko... trzech Rzymian). Ważne też było utrzymanie morale w niewolniczej armii i aby zmobilizować swoich ludzi do walki, Spartakus u stóp muru kazał ukrzyżować pojmanego rzymskiego jeńca, jako przestrogę dla swoich, co ich czeka, jeśli przegrają. Oczywiście wciąż podejmowane ataki nic nie dawały i w końcu spadł obfity śnieg. Spartakus tylko na to czekał i gdy zaczęła się śnieżyca, nakazał zarzucić rowy stojące przy murze, wszystkim co było pod ręką (ziemią, drewnem, padłymi zwierzętami i poległymi w boju wojownikami). Przygotowano kilka pokazowych ataków w różnych miejscach muru, które miały odwrócić uwagę Rzymian od tego głównego, planowanego przekroczenia tej uciążliwej dla niewolników zapory. Wreszcie ruszono do szturmu na głównej (planowanej) pozycji przekroczenia muru i użyto przy tym wszystkiego, co było pod ręką (prowizorycznych taranów, haków, lin, drabin, a także w kilku miejscach skutecznie udało się go podpalić). Wreszcie powstał upragniony wyłom, który był coraz mocniej poszerzany. Gdy większość niewolniczej armii została przerzucona przez ten wyłom, Rzymianie opuścili swoje pozycje, a zwycięscy niewolnicy znosili ostatnie posterunki.
 



Bogowie znów im dopomogli i wkrótce potem Spartakus przerzucił całą swoją armię przez mur i wszedł do Lukanii. Krassus, dotąd tak pewny swego zwycięstwa i zagłodzenia niewolników na śmierć, teraz popadł w zwątpienie (niektórzy historycy twierdzą, że dopadła go krótkotrwała depresja). Napisał nawet list do Senatu, w którym apelował że należy czym prędzej posłać do Hiszpanii po Pompejusza i do Macedonii po Lukullusa, inaczej Rzym będzie zagrożony upadkiem. Takie słowa w ustach człowieka, który miał się za równego Pompejuszowi i pragnął sławy oraz uwielbienia jakie dałaby mu zwycięska wojna (bowiem wielki majątek już wcześniej zyskał na proskrypcjach dyktatora Sulli, stworzył nawet pierwszą publiczną straż pożarną w Rzymie, złożoną z własnych niewolników i tym samym pobierał ogromne sumy za gaszenie pożarów, które często jego ludzie sami zapruszali), była jednak czymś wyjątkowym. Ale pragnienie sławy jest częste wśród ludzi ambitnych. Taki Cyceron przecież, wracając z Sycylii (gdzie pełnił urząd kwestora w latach 75-74 r. p.n.e. i gdzie wsławił się swymi działaniami na rzecz obrony mieszkańców Wyspy przed oskarżeniami o tchórzostwo podczas wojny domowej), myślał że sława jego czynów dotarła już do Rzymu i że jest tam wprost wynoszony na ołtarze. Gdy więc w drodze powrotnej w Neapolis spotkał pewnego szlachetnego rodem Rzymianina i zapytał go, co o nim mówią i myślą w Rzymie, ten, bardzo zdziwiony spytał: "A gdzieś to, Cyceronie, byłeś w ostatnich czasach?" To uświadomiło mu, że pycha nie jest dobrym doradcą, a sława kroczy różnymi ścieżkami i w późniejszych latach był już bardziej krytyczny co do swojej osoby. Tak też zwątpienie Krassusa szybko przeszło, gdy dowiedział się on iż część sił odłączyła się od armii Spartakusa, który po zajęciu Petelii, Thurioj i Metapontum, skierował sie teraz ku porcie w Brundyzjum (co oznaczało że wciąż dążył do jak najszybszego opuszczenia Italii przez niewolniczą armię, którą miał pod swoim dowództwem). I znów wielu było takich, którzy pragnęli pozostać w Italii i dalej bezkarnie grabić tą ziemię. Odłączyli się oni od głównych sił Spartakusa i rozłożyli obozem u jeziora lukańskiego (dowodzili nimi Gannikus i Kastus). Krassus zaatakował ich i rozbił (w bitwie polec miało ok. 12 300 byłych niewolników), ale nie udało mu się ich całkowicie wytępić, gdyż zjawił się Spartakus (któremu doniesiono o ruchach legionów Krassusa) i uniemożliwił pełną zagładę odłączonych sił, rozbijając część atakujących rzymskich formacji (pod dowódzwem Licynniusza Kwinkcjusza i Tremeliusza Skofry). A tymczasem okazało się, że z Hiszpanii powrócił właśnie (po pokonaniu Gajusza Sertoriusza i jego nieudolnego następcy - Perpenny) z wojskiem sam Gnejusz Pompejusz, natomiast z Macedonii wracał też Lucjusz Lukullus (wiosna 71 r. p.n.e.). W tej sytuacji Spartakus nie miał innego wyjścia, jak tylko uderzyć na wojska Krassusa i je rozbić. Podobnie zresztą bitwę pragnął stoczyć Krassus (który to uświadomił sobie, że w chwili słabości postąpił nierozsądnie, domagając się od Senatu by ten przywołał Pompejusza i Lukullusa, gdyż w przypadku zwycięstwa, gloria sławy spłynęłaby na "pomagających", nie zaś na niego).




Zbuntowani niewolnicy nie wyciągnęli żadnych wniosków z faktu, jak długo sprzyjali im bogowie i postanowili wystawić ich cierpliwość na szwank. Wymusili więc na Spartakusie rezygnację z próby przepłynięcia kolejnej cieśniny (tym razem Otranto) i marsz w kierunku Krassusa, by go ostatecznie rozbić. Postawiony przed faktem dokonanym (nie miał Spartakus tak naprawdę gdzie uciec, gdyż nawet jeśliby przedostał się do Grecji, to i tam ścigałaby go armia Lukullusa, a być może również i Krassusa), postanowił wódz niewolników stoczyć kolejną bitwę, a po rozbiciu sił Krassusa, wystąpić przeciwko Pompejuszowi, a następnie Lukullusowi (lub na odwrót). Ambitne cele przed sobą stawiał, należy jednak zaznaczyć że nie miał on innego wyjścia. Nikt z owych rzymskich wodzów nie pozwoliłby mu opuścić Italii, więc jego jedynym wyjściem była dalsza walka na śmierć i życie. Do starcia doszło nad rzeką Bradanus w Lukanii i Apulii (jest to rzeka graniczna pomiędzy tymi dwiema krainami, jednak dokładne miejsce bitwy nie jest znane), a Krassus zastąpił tam Spartakusowi drogę, uniemożliwiając mu dalszy marsz. Doszło do krwawej i bardzo ciężkiej bitwy, gdyż obie strony dobrze wiedziały o co walczą i nikt nie liczył na łaskę w przypadku klęski. Zbuntowani niewolnicy byli mocno zdeterminowani, ale poniesione wcześniej straty i brak możliwości (w przeciwieństwie do Rzymian) ciągłego ich uzupełniania, działały ewidentnie na korzyść Rzymian. W trakcie walki Spartakus próbował przebić się w kierunku Krassusa i po drodze położył trupem jego dwóch centurionów (a centurionowie nie stali obok siebie i musiał też przy okazji pokonać wielu innych legionistów). W pewnym momencie został on ugodzony włócznią w udo, co sprawiło że musiał przyklęknąć i osłaniając się tarczą, wciąż walczył z nacierającym przeciwnikiem. Ostatecznie otoczony, został zasieczony mieczami i legł pośród tysięcy swoich towarzyszy (jego ciała nigdy nie odnaleziono). Poległo prawie 50 000 żołnierzy Spartakusa i ok. 8000 Rzymian (do tego należy doliczyć dodatkowe 15 000 rannych, co daje dość wysoką liczbę legionistów wycofanych z walki). Straty te spowodowały, że Krassus nie był w stanie wykonać natychmiastowego pościgu za 5000 wojowników, którzy przedarli się przez rzymskie okrążenie i uszli w dal. Dopadł ich i ostatecznie rozbił dopiero Pompejusz, który zaraz potem napisał do Senatu znamienne słowa: "Krassus wygrał bitwę, lecz to ja zakończyłem wojnę". Wzburzony tym niepełnym zwycięstwem Krassus, kazał 6000 pochwyconych w bitwie byłych niewolników ukrzyżować wzdłuż Via Appia, a sam musiał zadowolić się skromną owacją (podczas której wielu Rzymian zaczęło z niego drwić, iż stał się "pogromcą niewolników", zaś Pompejusz począł ubiegać się o triumf za swoje zwycięstwo w Hiszpanii i takowe otrzymał. A to jeszcze bardziej wzbudziło nienawiść w tych dwóch mężach, do których wkrótce dołączył i mąż trzeci, szybko przerósłszy ich dwóch razem wziętych - był to oczywiście Gajusz Juliusz Cezar.




CDN.

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...