WYŚWIETLENIA

23 kwietnia 2026

HISTORIA ŻYCIA - WSZECHŚWIATA - WSZELKIEJ CYWILIZACJI - Cz. XLVII

II IMPERIUM ATLANTYDY





PATRIARCHA ALTO z QUOAUDY 
PRZYWÓDCA II REBELII 
"SYNÓW BELIALA"





PS: Pragnę na początku wyjaśnić, że pisząc o narodzinach i początku drogi samego Beliala - twórcy owego zakonu jego imienia (o czym pisałem dwie części temu w tej serii) miałem na myśli właśnie Alta z Quoaudy, a nie Beliala. Przepraszam więc, moja pomyłka (zbyt dużo pracy, co powoduje że pewne informacje które utkwiły mi w głowie, niekiedy się mylą i ze sobą plączą 🥴). Natomiast informacji o samym Belialu jako takim - nie posiadam



Znów należy powrócić do Edgara Cayce'a i jego sesji (odczytów) na temat wybuchu samej II rebelii "Synów Beliala", oraz polityczno-religijnego przywództwa tego ruchu. Mowa jest tam o niejakim - ALCIE z QUOAUDY, który był patriarchą i głównym przywódcą zakonu w czasie rebelii. Według Cayce'a (choć w tym przypadku te informacje są lekko pogmatwane), ALTO urodził się na prowincji (w ziemi Quoauda), w rodzinie wyznawców "Jednego Prawa". Był również kształcony na kapłana w jednej z prowincjonalnych świątyń (Cayce pisze że: "Służył w świątyni, podczas budowy świątyni "Jednego Prawa"). Nie bardzo jednak wiadomo, co się stało, że stanął na czele konkurencyjnego (wobec świątyni), ugrupowania religijnego - "Synów Beliala" i poprowadził ich do II rebelii? Cayce mówi co prawda o miłości Alta do jednej z dziewcząt, wywodzącej się od wyznawców zakonu, ale czy był to jedyny powód jego konwersji? Na to pytanie Cayce nie udziela nam już odpowiedzi. 

Historia Alta zaczyna się więc już jako patriarchy zakonu "Synów Beliala" ok. 50 750 r. p.n.e. Był to czas kompletnego upadku moralności i obyczajów w społeczeństwie Atlantów. Kapłani i kapłanki "Jednego Prawa" coraz bardziej odchodzili od uniwersalnej duchowości (która cechowała pierwotną religię Atlantów) i zwracali się ku materializmowi religijnemu, uosabiającemu się w najróżniejszych kultach, misteriach i obrzędach. Jednocześnie towarzyszyło temu wszystkiemu wszechobecne rozpasanie seksualne kapłanów "Jednego Prawa", co powodowało odwracanie się społeczeństwa od dawnej religii ku nowym prądom (m.in. właśnie "Synom Beliala" - jako najpotężniejszej, konkurencyjnej siły wobec oficjalnej religii). Kapłani coraz częściej otaczali się luksusowymi przedmiotami, które wbrew prawu, zaczęli traktować jak swoją prywatną (a nie świątynną) własność. Stawali się gnuśni i leniwi i coraz bardziej zdemoralizowani. Byli właścicielami ogromnej ilości złota, ziemi i niewolników. To otwierało drogę wyznawcom nowej religii, która notabene wcale nie była lepsza.




Solarna religia "Jednego Prawa", która początkowo opierała się na założeniu że dusza ludzka została przekazana przez Stwórcę do życia w dwóch formach - fizycznej i duchowej i samodoskonaleniu tak duszy jak i ciała na drodze ku ponownym zjednoczeniu z Bogiem - została kategorycznie odrzucona przez zakon "Synów Beliala". Ci głosili że Bóg (czy też Bogowie, gdyż bardzo szybko przypisano wszelakie atrybuty indywidualnym "boskim formom") jest podobny człowiekowi, a ludzkie ciało stanowi najwartościowsze i najpełniejsze odwzorowanie boskiego dzieła (tutaj pragnę tylko dodać, że we Wszechświecie obecnie dominują rasy humanoidalne, a wszelkie inne stanowią totalny margines - tak gwoli wyjaśnienia). W świątyniach "Synów Beliala" bardzo wiele było posągów przedstawiających bogów, którym przypisano poszczególne atrybuty (np. ogień, woda, powietrze, ziemia itd.), które to posągi były często wykonywane na podobieństwo największych patriarchów zakonu. Oddawano im cześć boską i palono dla nich kadzidła. Głoszono że tylko zakon jest w stanie przynieść wiernym łaskę bogów i wieczne zbawienie po śmierci. Uwiedli wielu, bardzo wielu z dotychczasowych wyznawców "Jednego Prawa", zgorszonych rozpustą i upadkiem obyczajów swoich kapłanów i kapłanek. To był jeden z powodów, dla których zakon zwyciężył II rebelię "Synów Beliala".

Rebelia (według Cayce'a), rozpoczęła się na prowincji, w kraju, który potem otrzyma nazwę Eden. Wybuchła ona (też według Cayce'a) w roku 50 720 p.n.e. i trwała przez osiem lat. Sama stolica - Atlantyda, miała paść po dwóch latach rebelii (ok. 50 718 r.p.n.e.?), natomiast definitywna klęska w kraju Atlan, którą poniósł ostatni (toltecki) król Atlantydy - Axtell, miała miejsce w piątym roku rebelii (50 715 p.n.e.?). Ostateczny eksodus do Egiptu i upadek twierdzy Axtella w Bel-Ra nastąpił właśnie w roku 50 712 p.n.e. Po tej dacie I Imperium Atlantydy, założone (ok. 70 000 r. p.n.e.) przez czerwonoskórych przybyszy z kontynentu Lamar (na którym powstało potężne cesarstwo MU) - zakończyło swe istnienie. Odtąd rozpoczął się okres rządów zakonu "Synów Beliala", który będzie trwał przez ponad 10 000 lat, do ok. 40 000 r. p.n.e. Po tej dacie Atlantyda wejdzie w okres największego w swych dziejach - rozkwitu, tak politycznego, terytorialnego, militarnego i technologicznego. Rozpocznie się "Złoty Wiek" II Imperium Atlantydy, który będzie trwał do ostatecznego zatopienia wyspy w odmętach oceanu (ok. 12 500 r. p.n.e.).


BEL-RA
 OSTATNIA TWIERDZA KRÓLA AXTELLA 
I WYZNAWCÓW "JEDNEGO PRAWA" NA ATLANTYDZIE




TEOKRACJA "SYNÓW BELIALA"
RZĄDY PATRIARCHÓW
(ok. 50 712 - ok. 40 000 r. p.n.e.)



Alto (według Edgara Cayce'a), miał być pierwszym patriarchą zakonu "Synów Beliala", który władał całą Atlantydą. Odtąd, przez ponad 10 000 lat Atlantyda będzie teokracją, rządzoną przez kapłanów wybieranych spośród najwyższych władz zakonu, którzy przybierali tytuł patriarchów. Jest to okres, o którym wiadomo stosunkowo niewiele, jako że zarówno same channelingi jak i zapiski Ceyce'a skupiają się głównie na okresie późniejszym - tzw.: okresie "Złotego Wieku" Atlantydy, w którym władza kapłanów została znacznie ograniczona, a przywódcami wyspy byli dziedziczni monarchowie z I dynastii Atlantydy, pochodzący z rodu Torvallów (począwszy od pierwszego Białego króla wyspy - Torvalla). Nie znaczy to jednak że zakon "Synów Beliala" ucierpiał na tej zmianie. Ograniczono jedynie władzę i pozycję kapłanów, lecz nie zmieniło to w żadnym razie podstaw religii zakonu. Zmiana polegała więc na tym, że odtąd to królowie będą dzierżyli tytuł "patriarchy". Stanie się to jednak dopiero ok. 40 000 r. p.n.e.




Tymczasem Alto wprowadził pierwsze fundamentalne zmiany tak w strukturze państwowej, jak i społeczno-religijnej kraju. Jedną z kluczowych, wręcz najważniejszych zmian (które potem m.in.: doprowadzą do wielkiego powstania niewolników na wyspie), będzie zakaz sprawowania funkcji kapłańskich przez kobiety. Po przejęciu władzy przez zakon i po tej dacie (50 712 r. p.n.e.?) nie występują już na Atlantydzie kapłanki. Wprowadzono też drastyczne kary w przypadku niepodporządkowania się nowym prawom - czyli ulegania wpływom dawnej religii ("Jedno Prawo") przez ukrywających się kapłanów, głoszenia jakichkolwiek publicznych kazań poza świątyniami, nieprzestrzegania surowego prawa zakonnego (ścisła segregacja kobiet i mężczyzn), oraz właśnie kapłaństwa kobiet. Niszczono wszelkie ślady dawnej religii i kultów, lecz jednocześnie trwała odbudowa tak samej stolicy, jak i innych miast, które uległy zniszczeniu podczas II rebelii "Synów Beliala". Wkrótce Atlantyda odzyskała dawne piękno, choć nie wszystko odbudowano (jak na przykład Błękitnej Świątyni z II Sfery). A co najważniejsze (i co przyniosło ludziom dużą ulgę), wybito wreszcie zwierzęce potwory, kończąc tym samym wojnę ze zwierzętami.

 
MERUVIA 
STOLICA ZAKONU



Prócz odbudowy stolicy i innych miast Imperium ze zniszczeń wojennych, zakon "Synów Beliala" przystąpił w tym czasie do stworzenia miasta zakonnego, które byłoby nowym centrum religijnym Atlantydy, podobnym do dawnego Atla-Ra. Rozpoczęto więc budowę miasta świątynnego - Meruvii, w której wzniesiono wielką świątynię zakonu "Synów Beliala", zwaną: "Świątynią Oczyszczenia". Była ona ukształtowana w formie sześciokąta a każdy z jej boków stanowił drogę wiodącą ku świątyni. Powstała ona w podzięce "bogom" za zwycięstwo w wojnie ze zwierzętami. Tam kształcono nowych kapłanów, tam też rozpoczęto badania nad ulepszaniem nowych rodzajów broni, tam stworzono kryształy. Kryształy generowały wielką energię i mogły być użyte zarówno do celów medycznych, komunikacyjnych, grzewczych, oświetleniowych i przesyłowych jak i destrukcyjnych - niszczących. Polegało to na tym że w kryształach kumulowała się energia słoneczna (pozyskiwana bezpośrednio ze słońca dzięki technologii Atlantów) jak i energia księżyca oraz innych gwiazd. We wnętrzu tych kryształów odbywał się nieustanny magiel energetyczny. Tworzyło to z nich zarówno pożądane źródło światła, ciepła, a nawet dźwięku (za ich pomocą odtwarzano muzykę oraz fotografowano i przesyłano obrazy - także te będące za ścianą). Cała potęga II Imperium Atlantydy oparta była na technologii wykorzystania i przetwarzania energii kryształów. Świątynia przetrwała aż do zagłady wyspy i jej zatonięcia w oceanie (ok. 12 500 r. p.n.e.).



BUNT i WIELKIE 
POWSTANIE NIEWOLNIKÓW


ATLANT - LYSSAR



W tym też okresie (ok. 47 000 r. p.n.e.), wybuchło na Atlantydzie wielkie powstanie niewolników. Powstanie było efektem powszechnego sprzeciwu Czerwonoskórych mieszkańców Atlantydy, którym albo nie udało się ewakuować z wyspy w czasie II rebelii "Synów Beliala", albo też z własnej woli pozostali oni na Atlantydzie. Wszyscy Czerwonoskórzy mieszkańcy wyspy, bez względu na to, czy wywodzili się od Praturańczyków, Prasemitów, Rmoahalów, Tlawatlów czy Tolteków (ostatnich władców wyspy), po przejęciu władzy przez zakon "Synów Beliala" (złożony w ogromnej mierze z Białej ludności - dawnych uciekinierów z planety Malona, czy przybyszy z Alpha Centauri oraz Syriusza), zostali oni zamienieni w niewolników. Czerwonoskórzy utracili wszelkie prawa polityczne i społeczne, stali się własnością nowych Białych panów Atlantydy. Dawni mieszkańcy wyspy, którzy do niedawna sami posiadali niewolników i częstokroć wywodzili się z wpływowych kapłańskich rodzin ("Jedno Prawo"), sami teraz (lub ich potomstwo) stali się niewolnikami nowej kapłańskiej elity, która stosowała wobec nich ogromny ucisk.

Na czele buntu i późniejszego powstania - które przerodziło się w wojnę niewolniczą - miał stanąć (według Edgara Cayce'a) niejaki LYSSAR. Nie był on jednak niewolnikiem, lecz wolnym, Białym człowiekiem i sam początkowo posiadał wielu niewolników. Następnie uwolnił ich wszystkich i rozpoczął próbę zniesienia niewolnictwa na wyspie i równouprawnienia pozostałej Czerwonoskórej ludności z nowymi władcami. Nie udało mu się to, lecz swym działaniem zyskał taką popularność wśród niewolników, że ci ogłosili go swym przywódcą, a potem... królem. Przyjął więc dawny tytuł królewski - ATLANTA i stanął na czele buntu. Według Cayce'a, miał niebieskie oczy i białą skórę. Wzniecił bunt do którego bardzo szybko dołączali niewolnicy z innych dzielnic państwa. Ruszył z tą nowo stworzoną armią niewolniczą ku centrum kraju, tam planował stworzyć nowe państwo, w którym wolność uzyskają wszyscy dawni niewolnicy. Rozpoczął tam też budowę miasta-stolicy, którą nazwano - EMERAD (zwane również "Małą Atlantydą"). Nowy władca poślubił jedną z wyzwolonych tolteckich kobiet o imieniu - KAATIDE. Stworzył też silną armię, zdolną opierać się atakom sił zbrojnych zakonu. W jego armii służyli tak mężczyźni jak i kobiety.


EMERAD
("MAŁA ATLANTYDA")



Udało się powstańcom opanować całą prowincję PEOS. Przeprowadzili też kilka mniej lub bardziej udanych prób ataku na dwie pozostałe prowincje - SUS i ALTĘ, jednak nie udało im się ich opanować. Powstanie trwało dość krótko ok. 30 lat (co w porównaniu z ówczesną długością życia Atlantów, która przekraczała 1000 lat, nie było zbyt długim okresem czasu). Wiadomo jedynie że powstańcy ponieśli klęskę w ziemi Peos, oraz że po rocznym oblężeniu upadło - Emerad. Nic nie wiadomo o losach Lyssara i jego małżonki po zakończeniu buntu. Natomiast pozostałych przy życiu zbuntowanych niewolników ukarano bardzo brutalnie - pozbawiając ich ciała krwi. W późniejszych latach (po 25 000 r. p.n.e.), już po wprowadzeniu "Odnowy Religijnej" kapłana Ozyrysa, wybuchnie kolejne powstanie (tym razem jednak Białej ludności wyspy), które zakończy się deportacją buntowników na ziemie dzisiejszej Grecji - jako IONÓW (co znaczyło - buntowników).




CDN.

22 kwietnia 2026

UMIERAMY I CO DALEJ? - czyli co się z nami dzieje po śmierci? - Cz. XIII

NARODZINY




 Tak więc dusze czekające na swoje nowe życie, ostatni raz śmieją się, dowcipkują i przekomarzają w gronie swych znajomych, swojej "paczki". Są też takie dusze, które w tym "ostatnim" momencie pozostają ciche i spokojne, całkowicie skupione na oczekiwaniu tego, co ma nadejść, czyli - "nieuchronnych" ponownych narodzin. Ostatni raz cieszą się wszechwiedzą którą tutaj nabyli (a raczej jedynie przypomnieli sobie). Wiedzą dobrze że wraz z ponownym "wejściem" do fizycznego ciała - utracą tę pamięć i to częstokroć powoduje żal przed opuszczeniem "Tamtego Świata", a zwłaszcza przed rozłąką z przyjaciółmi. Niektórzy wręcz dla żartów "robią zakłady" (jeśli można to w ogóle tak nazwać), typu: "Zobaczysz, jak tu powrócisz, to też nie będziesz niczego pamiętał, tak jak poprzednio", albo: "Żeby was ponownie ujrzeć, znów będę musiał umrzeć, to takie nieprzyjemne uczucie - nie lubię umierać!" itp. Potem (lub w międzyczasie) krótka rozmowa z Przewodnikiem i dopracowanie ostatnich szczegółów, ostatnich wskazówek (to wszystko trochę przypomina żołnierzy szykujących się do kolejnej misji lub bitwy). Na pytanie hipnoterapeuty: "Co czujesz w tej chwili, tuż przed swoimi narodzinami?", kobieta poddana hipnozie odpowiedziała: "Jestem podekscytowana, znów przez to przechodzę, ale... nie mogę się już tego doczekać".

Gdy Przewodnik stwierdzi że: "Już czas", następuje z reguły... kolejne, już "ostatnie" pożegnanie z grupą (świadczy to o niezwykłej bliskości członków grupy względem siebie - zresztą trudno się temu dziwić, skoro inkarnują ze sobą od początku). Gdy zakończymy pożegnanie i jesteśmy gotowi do "skoku" w kolejne ciało (niektóre osoby poddane hipnozie właśnie tak nazywają ów moment wejścia duszy do nowego ciała), zaczynamy powoli unosić się w górę, ponad naszą grupę. Towarzyszy nam oczywiście nasz Przewodnik i to on odprowadza nas w stronę "życia fizycznego". Unoszą się razem - dusza i jej Przewodnik, wzbijanie zaczyna też nabierać tępa i szybkości. Szybkość się wzmaga, tak, że w pewnym momencie nasz Przewodnik musi już nas opuścić, dalej "płyniemy" (a raczej pędzimy) sami. Wracamy tą samą drogą, którą tutaj przyszliśmy, przez pas gęstych chmur (które opisałem we wcześniejszych częściach). Zaczynają pojawiać się fałdy i kolory tracą swą przejrzystość a pozostają jedynie różne odcienie bieli. Przyspieszamy jeszcze bardziej, obraz staje się zamazany i mało widoczny, ale my pędzimy dalej, aż wreszcie... koniec drogi - spadamyyyy!

Jesteśmy w ciemnym tunelu (najprawdopodobniej jest to ten sam "tunel", przez który przeszliśmy po naszej ostatniej śmierci). Dokoła nas panuje ciemność, ale nie trwa to długo, zresztą nic nie czujemy, nic, wcale - zaraz, zaczynamy coś odczuwać, tak, czujemy - CIEPŁO, tak nam ciepło! Gdzie jesteśmy? Co to za ciasne miejsce? Ciasne, ale tak ciepłe, tak przyjemne - co to może być? Rozglądamy się na boki - no tak, jesteśmy już w łonie naszej przyszłej mamy. Ale My, gdzie My dokładnie jesteśmy? Na tak postawione pytanie hipnoterapeuty, badana kobieta odpowiedziała: "Jestem tam w środku, jestem w niemowlaku, a raczej... ja jestem niemowlęciem". Teraz jest czas na "przywyknięcie do fizyczności". Nasze ciało (fizyczne) nie jest jeszcze ukształtowane, kształtuje się powoli, a my widzimy jak rosną nam paluszki, jak powoli zaczyna zmieniać się nasz wygląd, jak rośniemy. Przez ten czas otula nas ciepło matczynego łona, spokój i błogostan. Ten czas jest przeznaczony właśnie na aklimatyzację w fizyczności, zaakceptowanie ponownego materialnego "kostiumu" i odpowiednie jego "dopasowanie". Ten czas "aklimatyzacji", ma nas przygotować do czegoś gorszego, co dopiero przed nami - do narodzin.

Narodziny (i potwierdzają to osoby poddane sesjom hipnoterapeutycznym), to najgorsza rzecz, jaka nas spotyka na tym świecie (tak mówią ci ludzie i dodają, że narodziny są o wiele gorsze i straszniejsze dla duszy "zamkniętej" w ciele noworodka - nawet od samego momentu śmierci). Taka dusza jest przerażona, a dlaczego tak się dzieje? Najpierw oślepiające światło szpitalnych lamp, potem pojawia się coś dużego i nieprzyjemnego, co chwyta nas i wyciąga z naszego miłego i ciepłego miejsca - to oczywiście ręce lekarza albo tego, kto przyjmuje poród. Wychodzimy na światło dzienne, światło jest oślepiające, poza tym zaczynamy nabierać powietrza, to jest... takie dziwne? Powietrze "leci" nam do ust i nosa, zaczynamy się krztusić (długo nieprzyzwyczajeni do takiego oddychania - wcześniej oddychaliśmy w łonie matki). Wszyscy nas dotykają, to takie nieprzyjemne, te łapska - zaczynamy płakać, nie chcemy odchodzić z matczynego, ciepłego łona. Ale już jesteśmy na zewnątrz, lekarz przecina pępowinę i mama bierze nas na ręce - to moja mama? - zapytujemy. Co ciekawe, przebywając w łonie matki, dusza nie od razu łączy się z fizycznym (kształtującym się) mózgiem noworodka, dzieje się to trochę później, jednak już w chwili narodzin zarówno nasz duchowy umysł, jak i "nasz" fizyczny mózg - stanowią odtąd jedno i to samo.

Zaczyna się z nami dziać coś dziwnego i nie mam tu na myśli obłapiających nas po całym ciele - wielkich ludzkich rąk; zaczyna się coś innego, niewidocznego - nasza dusza powoli zaczyna... zapominać to, co przeżyła w "Zaświatach". Tworzy się też nasze indywidualne ego, które kształtuje się na zasadzie obawy o przeżycie w tych dziwnych warunkach. Nasze ego "fizyczne" powoli, lecz bardzo intensywnie - zaczyna "zagłuszać" nas samych, czyli umysł naszej niefizycznej duszy. Zaczynamy odbierać świat w kategoriach: "Ja i to wszystko wokół mnie". Leżymy więc w pobliżu kobiety, w której łonie spędziliśmy ostatnie dziewięć miesięcy i myślimy sobie: "Słuchajcie, jestem głodny, dajcie mi jeść, a w ogóle, przeciąg tu jakiś czy co - zimno mi w tym kocyku, dajcie jakieś ubranko". Tak właśnie zaczynamy odbierać świat, już wraz z pierwszym naszym oddechem - indywidualistycznie i niestety coraz bardziej egoistycznie. A to dopiero przedsmak tego, co czeka nas w kolejnych latach naszego życia, gdy nasz egocentryzm jeszcze bardziej się umocni - "A tak w ogóle to czy nie uzgadnialiśmy z kimś jakichś celów, jakiegoś zadania, jakiejś lekcji do odrobienia? - nieważne dajcie mi mleka i... podkręćcie wreszcie to ogrzewanie!" (🥴) I tak zaczynamy kolejną "zabawę" naszego życia!



"SYNCHRONIZACJA" - DUSZY I CIAŁA




O co chodzi i na czym polega owa "synchronizacja duszy i ciała?" Czyżby dusza miewała problemy z "dogadaniem" się z ciałem fizycznym nim nastąpi moment narodzin? My, żyjący już ludzie, raczej nie widzimy w tym większego problemu (zresztą - rzadko kiedy widzimy jakiekolwiek "problemy" duszy), gdyż uważamy że (jeśli dusza istnieje) proces zjednoczenia jej z ciałem powinien być naturalny i oczywisty, a w każdym razie - zupełnie bezproblemowy. Otóż okazuje się właśnie, że ów proces wcale nie jest taki bezproblemowy (a przynajmniej nie we wszystkich przypadkach). Należy bowiem pamiętać że dusza posiada Wolną Wolę. Prócz niej posiada jaźń, którą możemy nazwać "EGO". Ale tworzące się ciało fizyczne noworodka również zaczyna kształtować coś, co można by określić jako szczątkowe ego. Dusza, która wchodzi (wpływa) do ciała nienarodzonego jeszcze płodu, napotyka na swej drodze owo szczątkowe ego, którym jest... tworzący się mózg dziecka. Teraz należy "tylko" dostroić się do "częstotliwości" dziecięcego mózgu i proces synchronizacji będzie zakończony. Tylko...? To jest właśnie najtrudniejsze zadanie z jakim musi sobie poradzić dusza na tym etapie fizycznego rozwoju ciała.

Pewien mężczyzna poddany hipnozie tak opisuje moment wejścia do ciała nienarodzonego płodu, w którym przyjdzie mu po narodzinach żyć: "Na początku, gdy wchodzę do łona mej matki, delikatnie podrażniam zwoje mózgowe płodu. Szukam, sonduję, badam - muszę wiedzieć o nim jak najwięcej". Dzięki temu można odebrać nie tylko wiadomości z niewykształconego mózgu noworodka, lecz także odczucia matki na poziomie emocjonalnym. Wiemy wówczas czy dziecko jest chciane czy niechciane, czy matka spodziewa się jego narodzin, czy też cała ta ciąża jest dla niej ogromnym brzemieniem, a dziecka najchętniej by się pozbyła. Bardzo ważne w tym momencie jest dopasowanie i synchronizacja duszy i dziecięcego mózgu, gdyż niedopasowanie może skutkować pewnymi psychicznymi "urazami" już po narodzinach. Ważne jest też, by dusza - która wnika do nienarodzonego jeszcze płodu, nie traktowała owych "matczynych reakcji" jak prawdy objawionej i nie alienowała się od niej (zdarza się tak właśnie w przypadku braku synchronizacji), ani będąc w łonie, ani potem już po narodzinach.

Jeśli dusza uzna, że pomimo jej wytężonych wysiłków, nie zdoła zsynchronizować swego umysłu z mózgiem dziecka przed jego narodzinami, może poprosić o... zmianę ciała. Chodzi tutaj o to, że inna dusza zajmuje miejsce tej pierwszej w nienarodzonym płodzie, a nasza opuszcza je bez żalu. Ważne jednak by stało się to jeszcze przed narodzeniem dziecka. Gdy dziecko się urodzi, wszelka zmiana jest już niemożliwa, nawet jeśli duszy nie udało się doprowadzić synchronizacji do końca. A co jeśli nie dojdzie do owej synchronizacji? Odpowiedź nie jest trudna, wystarczy przejrzeć listę seryjnych morderców, gwałcicieli, maniaków i szalonych dyktatorów (typu Hitler, Stalin, Kim Dzong-il). Oczywiście brak synchronizacji nie oznacza równocześnie, że dane ciało w którym przebywa dusza, będzie na pewno jednym z wyżej wymienionych. Nie! Ale właśnie wówczas istnieje największe prawdopodobieństwo że tak się może stać (co nie znaczy że się stanie). Wszystko zależy od innych bodźców, od procesu wychowania, socjalizacji, otoczenia dziecka i wielu innych zewnętrznych czynników, na które sama dusza nie ma najmniejszego wpływu.

Ale właśnie tak ma być, gdyż to też jest część planu jaki my musimy przejść. Ciała które mamy do wyboru w "Świecie Dusz", nie są wzięte "z księżyca". Każdy z nich odpowiada pewnym naszym właściwościom charakteru i dlatego łączą zarówno nasze wady jak i zalety. Chodzi o to, by stworzyć specyficzną, złożoną osobowość, pełną najróżnorodniejszych przeciwieństw, a jednocześnie by dusza, która "steruje ciałem", potrafiła na tyle zapanować nad ową "kierownicą", by cały "pojazd" (ciało fizyczne) nie "wpadał w poślizg", lub by nie "wypadał z drogi po której jedzie". Do tego właśnie służy ten skomplikowany i trudny proces synchronizacji duszy i ciała. Pewna kobieta - podczas sesji hipnoterapeutycznej - tak właśnie opisuje (z perspektywy siebie, czyli duszy) swój związek z kobiecym ciałem fizycznym: "Będąc w niej, czuję się jakbym jechała kolejką górską pod górę. Jest taka lekkomyślna i taka niespokojna. Wciąż wplątuje się w tyle najróżniejszych i nieprzemyślanych sytuacji, których potem nie potrafi zakończyć. Wielokrotnie próbuję ją powstrzymać przed popełnianiem najróżniejszych głupot, ale nie zawsze mnie słucha. Mimo to mam z nią dużo frajdy. Ten ciągły pęd za czymś nowym, ta pogoń za nieznanym. Ale jazda!"

A dlaczego "nie zawsze jej słucha?" Dlaczego ciało nieraz robi jedno, choć dusza chce by uczyniło coś innego? A dlaczego w samochodzie czasem puszcza układ hamulcowy i trudno jest zapanować nad pojazdem, lub dochodzi do jakiejś innej niespodziewanej okoliczności np. wyciek oleju? W przypadku samochodu ważny jest przegląd i dbanie by wszystkie elementy ze sobą współpracowały (czyli by były sprawne), tak samo jest z fizycznym ciałem i próbującą nad nim zapanować duszą. Tu nieodzowna jest SYNCHRONIZACJA. Są jednak ludzie, którzy po usłyszeniu o owej dwoistości (duszy i ciała), oraz braku niekiedy elementów którymi dusza może zapanować nad "swoim pojazdem", dochodzą do wniosków że jednak... jesteśmy śmiertelni. To znaczy że ciało, które również posiada swe własne pragnienia i ciągoty i które realizuje je niekiedy wbrew duszy - to właśnie jesteśmy my, zaś owa dusza to "coś innego", jakiś obcy twór, lecz nie wiadomo dokładnie jaki. Twierdzą że jeśli jest tak, że dusza może mieć problem z "poskromieniem ciała" to wszystko co nas spotyka za życia, jest jedynie wrażeniem doczesnym ciała, których dusza doświadcza tylko w niewielkiej ilości.

Jest to błędna konstrukcja myślowa. Błędna, gdyż osobowość ciała - które umiera - nie jest kształtowana jedynie przez to ciało, lecz przede wszystkim przez duszę (brak synchronizacji w niczym tu na dobrą sprawę nie przeszkadza). Owszem, ciało umiera, ale... wszystko co przeżyło, czego doświadczyło, czego spróbowało i co zaważyło na jego losach za życia, to wszystko jest "zmagazynowane" w pamięci duszy (nie fizycznego mózgu, który również nie jest trwały). To dusza właśnie zabiera tę zmagazynowaną pamięć do "Świata Dusz", to dusza później wielokrotnie "Tam" odtwarza relacje które przeżyła i których doświadczyła w ludzkim ciele tu na Ziemi (np. tworząc domki, zamki, lasy, góry, lub przybierając takie inkarnacje, w jakich kiedyś żyła a które najbardziej polubiła - o tym wszystkim pisałem w poprzednich tematach). Ciało umrze i potem nastąpi jego naturalny biologiczny rozkład - lecz dusza, która nie posiada ani początku, ani końca - nigdy nie zapomni tego, co przeżyła na Ziemi w określonym ciele, czasie i miejscu. Ta pamięć będzie z nią przez cały czas, aż do momentu, gdy w końcu powróci do Domu i zjednoczy się z Bogiem (czyli... z częścią samej siebie, rozumianą jako Źródło-Całość-Zbiorowość).

Dusza, która wchodzi do ciała nienarodzonego jeszcze płodu, od razu próbuje złączyć się z mózgiem noworodka. Jednak nie zawsze się to udaje i proces ten niekiedy trwa dość długo, nim mózg "zaakceptuje" nowego współlokatora (tym współlokatorem oczywiście jest dusza). Pewien mężczyzna poddany hipnozie, tak opisuje swój pierwszy kontakt z niewykształconym jeszcze mózgiem płodu: "Gdy łączę się z mózgiem nienarodzonego płodu, zwykle proces ten przebiega sprawnie, a ja bardzo szybko zostaję zaakceptowany jako nowy współlokator. Ale trzy życia temu połączyłem się z wyjątkowo tępym mózgiem. Uważał on moje pojawienie się za inwazję". Hipnoterapeuta zapytał: "Skoro uznał cię za "obcy element", to czy chciał od razu się ciebie pozbyć?", "Nie!" - odpowiada mężczyzna - "To był bardzo gęsty umysł, zamglony obszarami gęstej energii. Poszczególne jego strefy były pooddzielane od siebie - to właśnie spowodowało opór przed zaakceptowaniem mnie. Takie ospałe umysły kosztują mnie po prostu więcej pracy". "Co było dalej?" - zapytuje hipnoterapeuta. "Zacząłem pobudzać go do działania, lekko podrażniając zwoje mózgowe, ale wyczułem jednocześnie że on nie chce być przeze mnie pobudzany. W ogóle nie chce mu się myśleć, do czego go prowokowałem". "A spodziewałeś się że to pójdzie gładko?" - zapytuje hipnoterapeuta. "Podczas wyboru nowego życia, widziałem już ukształtowany mózg dorosłego mężczyzny - końcowy rezultat mojej pracy. Ale nie spodziewałem się że będę miał tyle kłopotów z dostrojeniem się do umysłu nienarodzonego dziecka".

W końcu udało się duszy tego mężczyzny "pobudzić" mózg niemowlęcia do działania i został przez niego zaakceptowany. Jak jednak wygląda owo dostrajanie się i synchronizacja duszy i ciała? Dusza nigdy (przynajmniej hipnoterapeuci nie mówią o żadnym takim przypadku) nie wchodzi do nienarodzonego płodu przed trzecim miesiącem ciąży. Nie czyni tego, gdyż nie ma to większego sensu. Mózg płodu jest bowiem jeszcze w fazie szczątkowej - a to właśnie on będzie głównym kluczem, który ma wprowadzić duszę do fizycznego ciała. Dusze wchodzą do ciał pomiędzy czwartym a szóstym miesiącem ciąży (i znowu, hipnoterapeuci mówią że nie spotykają dusz, które uczyniłyby to później, gdyż wówczas miałyby zbyt mało czasu na dostrojenie się do umysłu niemowlęcia i synchronizację z nim). Moment wejścia wygląda następująco. Dusza, która właśnie "wpłynęła" do łona swej przyszłej matki, natychmiast po wejściu do płodu, wytwarza duże pokłady energii (a konkretnie ciepłej "czerwonej energii"), kierując jej strumień w kierunku kręgosłupa niemowlęcia. Energię tę dusza rozprowadza po całym kręgosłupie w górę i w dół, cyklicznie wzdłuż sieci neuronów prowadzących bezpośrednio do mózgu. Dzięki temu dusza poznaje efektywność transmisji myśli i nerwów czuciowych płodu. Następnie delikatnie "podrażnia" zewnętrzną tkankę mózgową. To, co w tym momencie czyni dusza, przypomina (jak wyraził się o tym cytowany wyżej mężczyzna) "włączenie świateł w ciemnym pokoju", gdyż mózg dziecka przed tą czynnością jest ciemno-szary.

Gdy praca ta zostaje ukończona, poszczególne przewody mózgowe powoli zaczynają świecić, czyli oddziaływać, a co za tym idzie - myśleć. Teraz przychodzi kolej na uporanie się z "drzewem" (to też określenie owego mężczyzny). Owe "drzewo" to nic innego jak pień mózgowy nienarodzonego płodu. Dusza umiejscawia się pośrodku obu półkul mózgowych, a potem delikatnie przesuwa się wokół jego zwojów, sprawdzając tym samym funkcjonowanie poszczególnych obwodów. Sprawdza gęstość energii we włóknach kory mózgowej w poszukiwaniu zatorów (zbyt gęsta ilość energii w dużych połaciach kory mózgowej powoduje blokadę neuronową, a to automatycznie zmniejsza sprawność myślenia i działania mózgu). Gdy dusza napotyka zbyt gęste pokłady energii w zwojach kory mózgowej, przystępuje do "odkurzania", czyli usuwania tej nagromadzonej i niepotrzebnej energii w celu skuteczniejszego pobudzenia do działania fal mózgowych noworodka. Gdy ta praca zostanie doprowadzona do końca, następuje dopasowywanie poziomów oscylacyjnych (są to medyczne sformułowania, gdyż ów mężczyzna ma właśnie wykształcenie medyczne, w innym przypadku opisy nie byłyby tak fachowe) do naturalnych rytmów fal mózgowych noworodka. Gdyby jeszcze zwiększyć prędkość połączeń neuronalnych mózgu, żyjący człowiek byłby w stanie rozwinąć sztukę telepatii (to już powolutku następuje, poszczególne dusze mają ponoć coraz łatwiejsze zadania i w pewnej - być może niezbyt odległej - przyszłości, dusze będą już mogły zwiększać szybkość tych połączeń, umożliwiając ludziom komunikowanie się na odległość za pomocą myśli, a nie tylko mowy werbalnej).

Kształtujący się mózg płodu, nim przeniknie do niego dusza, jest - można by tak rzec - całkowicie prymitywny. Nie zdaje sobie sprawy nie tylko ze swojego położenia (ani miejsca w którym się znajduje - czyli łona matki), ale także nie ma zielonego pojęcia że w niedalekiej przyszłości czekają go narodziny. Jeśli dusza pojawia się wówczas, gdy zarówno mózg jak i ciało płodu są już w dużej mierze ukształtowane, wejście do ciała nie jest wtedy łatwe i szybkie (i nie powinno takie być, gdyż niektóre niedoświadczone, młode dusze nic sobie z tego nie robiąc, "pakują się do środka" niemowlaka "na siłę", mimo że ten nie wie nawet kim jest to, co właśnie przed sobą ujrzał - a to powoduje pewnego rodzaju opór przed połączeniem z ową duszą). Dusza doświadczona, nim wejdzie do mózgu takiego już prawie wykształconego niemowlęcia, najpierw wita się z nim i (co ciekawe) odpowiada na jego pytania. Płód, w końcowym okresie ciąży, ma już na tyle wykształcony mózg (choć nadal nie zdający sobie sprawy co się wokół niego dzieje), że może... zadawać pytania. Widząc duszę, która nagle objawiła mu się przed oczami, próbuje jej dotknąć, a gdy to się nie udaje, pyta (wysyła komunikat w formie myśli oczywiście): "Kim ty jesteś i czego chcesz ode mnie?". Dusze z reguły odpowiadają: "Cześć, jestem Twoim Przyjacielem. Przyszedłem tutaj aby się z Tobą pobawić. Wpuść mnie do siebie, a zobaczysz jak fajnie będziemy się razem bawili".

Hipnoterapeuta - na tak udzielone wyjaśnienie, dotyczące sposobu przenikania duszy do już prawie ukształtowanego ciała niemowlęcia, zapytał: "Czy swoim nagłym pojawieniem się nie powodujesz u dziecka uczucia strachu?". "Nie" - odpowiedział mężczyzna, "Mózg dziecka jest jeszcze zbyt prymitywny, by mógł odczuwać strach, on nie wie nic, co się wokół niego dzieje. Gdy więc się z nim witam i wysyłam myśli o miłości i przyjaźni - niemowlę akceptuje mnie natychmiast i uznaje za część siebie. Tylko nieliczni dłużej się opierają". "Ale czy ty go przypadkiem nie wprowadzasz w błąd, mówiąc że chcesz się z nim pobawić, gdy tymczasem opanowujesz jego umysł?" - zapytuje dalej hipnoterapeuta. "Czy ty naprawdę traktujesz mnie jak jakiś "obcy element? Przecież to ciało powstało właśnie dla mnie, po to abyśmy byli razem - on i ja będziemy wkrótce stanowili jedność, a teraz musimy się do tego po prostu przygotować" - odpowiedział pacjent poddany hipnozie. "Rozumiem że w momencie narodzin zarówno mózg dziecka, jak i umysł twej duszy są już połączone w jedno i proces o którym mówisz, jest już zakończony?" - dopytuje hipnoterapeuta. "Widzisz, nie do końca! Tak naprawdę funkcjonujemy trochę oddzielnie. Ja na przykład złączyłem swój umysł z mózgiem dziecka w tym wcieleniu w czwartym roku życia, choć były i takie życia, gdzie łączyłem się nawet i w piątym-szóstym roku życia dziecka. Zbyt szybkie, gwałtowne złączenie naszych umysłów, nie jest bowiem korzystne dla mózgu niemowlęcia" - odpowiada mężczyzna.


CDN.
 

21 kwietnia 2026

PRZEPOWIEDNIA...

...z TĘGOBORZA!





Dnia 23 września 1893 r. we wsi Tęgoborze (w dzisiejszym powiecie nowosądeckim) odbył się seans spirytystyczny z udziałem hrabiego Władysława Wielogłowskiego. Hrabia spisał ową przepowiednię, podobnie jak i wcześniejsze swe "rozmowy z duchami" i zamknął w swym prywatnym archiwum. Tekst przepowiedni po raz pierwszy został upubliczniony w roku 1912 w "Gazecie Narodowej" wychodzącej we Lwowie. Ponownie powtórzony został 27 marca 1939 r. w przedwojennym IKC-u (Ilustrowanym Kurierze Codziennym)
Oto ona.

Poniżej prezentuję jej tekst - wraz z własną interpretacją słów po każdej zwrotce:



"W dwa lat dziesiątki nastaną te pory,
Gdy z nieba ogień wytryśnie.
Spełnią się wtedy pieśni Wernyhory,
Świat cały krwią się zachłyśnie"


Słowa te można interpretować jako zapowiedź nadciągającej katastrofy, którą dla tamtego świata tzw.: "ancien regime'u" stanowił wybuch I Wojny Światowej. Wybuchła ona bowiem w "dwa lat dziesiątki" licząc od 1893 r. czyli w 1914 r. I Wojna Światowa była prawdziwą hekatombą i pochłonęła życie milionów ludzi i to zarówno żołnierzy jak i cywilów (była to bowiem pierwsza nowoczesna wojna, w której wrogami byli nie tylko żołnierze przeciwnych armii, lecz także cywilni obywatele wrogich państw).






"Polska powstanie ze świata pożogi,
Trzy orły padną rozbite,
Lecz długo jeszcze los jej jest złowrogi,
Marzenia ciągle niezbyte"


Polska odzyskała swą niepodległość w listopadzie 1918 r. w chwili gdy wszystkie trzy zaborcze imperia "padły rozbite" (godłem wszystkich trzech państw Prus/Niemiec, Austrii/Austro-Węgier i Rosji był dwugłowy, czarny orzeł stylizowany w różnych formach w zależności od państwa). "Lecz długo jeszcze los jej jest złowrogi" - po zakończeniu I Wojny Światowej jeszcze przez kilka lat odrodzona Rzeczpospolita musiała walczyć o swój byt, o "prawo do życia" pośród innych narodów Europy.






"Gdy lat trzydzieści we łzach i rozterce
Trwać będą cierpienia ludu,
Na koniec przyjdzie jedno wielkie serce
I samo dokona cudu"


"Gdy w lat trzydzieści..." - te słowa można interpretować począwszy od roku w którym owa przepowiednia została wygłoszona, czyli od 1893 przez "30 lat" (przepowiednie mają to do siebie, że nie zawsze odnoszą się konkretnie do zjawisk, miejsc czy dat, tak, jak to formułują), zatem owe 30 lat można odnieść do roku 1920, zaś stwierdzenie "Na koniec przyjdzie jedno wielkie serce i samo dokona cudu" - jako odniesienie do postaci Józefa Piłsudskiego i stworzonej przez niego Armii, która rozbiła bolszewicki marsz na Europę u bram Warszawy w sierpniu 1920 r.



"Gdy czarny orzeł znak krzyża splugawi,
Skrzydła rozłoży złowieszcze,
Dwa padną kraje, których nikt nie zbawi,
Siła przed prawem jest jeszcze"


Tutaj mamy już oczywiste odniesienie do hitlerowskiej swastyki, którą jako swój symbol przyjęli niemieccy narodowi socjaliści - "Gdy czarny orzeł znak krzyża splugawi" (swastyka - splugawiony krzyż - a "czarny orzeł" to oczywiście Niemcy których jest godłem). "Skrzydła rozłoży złowieszcze" - odniesienie do nazistowskiej idei Lebensraumu (przestrzeni życiowej dla Niemiec). "Dwa padną kraje, których nikt nie zbawi, Siła przed prawem jest jeszcze" - ta część przepowiedni odnosi się niewątpliwie do upadku "dwóch państw" - aneksji Austrii przez hitlerowskie Niemcy w marcu 1938 r. oraz upadku Czechosłowacji od października 1938 r. do marca 1939 r. Hitler stosował politykę "faktów dokonanych", twierdząc że "silnego nikt z jego działań rozliczał nie będzie".



"Lecz czarny orzeł wejdzie na rozstaje;
Gdy oczy na wschód obróci
Krzyżackie szerząc swoje obyczaje,
Z złamanym skrzydłem powróci"


"Lecz czarny orzeł wejdzie na rozstaje, Gdy oczy na wschód obróci" - odnosi się zapewne do wojny na dwa fronty, przeciwko Wielkiej Brytanii, a potem Stanom Zjednoczonym i ich sojusznikom, oraz przeciw Związkowi Sowieckiemu, którego zaatakują Niemcy 22 czerwca 1941 r. "Krzyżackie szerząc swoje obyczaje" - chodzi tutaj zapewne o przytoczenie dawnych krwawych najazdów i gwałtów zadawanych przez rycerzy Zakonu Szpitala Najświętszej Maryi Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie, czyli "Krzyżaków" w czasie ich podboju Prus, Pomorza, Kujaw i porównanie ich z niewyobrażalnymi zbrodniami dokonywanymi przez "bohaterski Wehrmacht" na wschodzie Europy. "Z złamanym skrzydłem powróci" - zapowiedź niemieckiej klęski ataku na Związek Sowiecki.


 
"Krzyż splugawiony razem z młotem padnie.
Zaborcom nic nie zostanie.
Mazurska ziemia Polsce znów przypadnie,
A w Gdańsku port nasz powstanie"


"Krzyż splugawiony razem z młotem padnie" - jest to zapewne zapowiedź klęski dwóch największych totalitaryzmów w historii ludzkości - Niemiec w 1945 r. - "splugawiony krzyż" i Związku Sowieckiego w latach 1989/1991 - "młot". Dalsza część zwrotki odnosi się do wskrzeszenia Polski po II Wojnie Światowej.



"W ciężkich zmaganiach z butą Teutona
Świat morzem krwi się zrumieni.
Gdy północ wschodem będzie zagrożona
W poczwórną jedność się zmieni"


"W ciężkich zmaganiach z butą Teutona (Niemcy) Świat morzem krwi się zrumieni" - kolejne odniesienie do tragedii II Wojny Światowej, Holocaustu i masowych mordów Polaków, Rosjan i innych Słowian w Europie Środkowo-Wschodniej. "Gdy północ wschodem będzie zagrożona" - tu już mamy zapowiedź "zimnej wojny", zaś "północ" to tzw.: kraje NATO, Europy Zachodniej i Stanów Zjednoczonych (czyli "półkuli północnej" - czyli Sojuszu Północnoatlantyckiego), zaś "wschód" to oczywiście Związek Sowiecki. "W poczwórną jedność się zmieni" - odniesienie do powstania Organizacji Narodów Zjednoczonych, które grupują państwa ze wszystkich czterech kontynentów naszej planety (choć obecnie ONZ już wyczerpało swoją formułę i nie spełnia swej pierwotnej roli).



"Lew na zachodzie nikczemnie zdradzony
Przez swego wyzwoleńca
Złączon z kogutem dla lewka obrony
Na tron wprowadzi młodzieńca"


"Lew na zachodzie" - prawdopodobnie określenie odnoszące się do Wielkiej Brytanii, choć sądzę iż raczej chodzi tu o USA. "Nikczemnie zdradzony" - trochę pogmatwane, jak to w przepowiedniach, sądzę jednak że mowa tu jest o porzuceniu USA i koncepcji euroatlantyckiej "przez swego wyzwoleńca", czyli przez Francję (Francja bowiem, wraz z objęciem prezydentury przez Charlesa de Gaulle'a, wystąpiła ze struktur wojskowych NATO w 1966 r. i zaczęła zbliżać się ku Wschodowi, realizując koncepcję de Gaulle'a tzw.: "Europy od Atlantyku do Uralu" i "Trzeciej drogi", lub też "Trzeciej siły". Chodziło oczywiście o zbudowanie państw u boku Francji, jako tzw.: "trzeciej drogi", która byłaby siłą mogącą konkurować zarówno z NATO jak i z Układem Warszawskim). Oczywiście stwierdzenie "wyzwoleniec" odnosi się do wyzwolenia Francji głównie przez siły amerykańsko-brytyjskie podczas II Wojny Światowej (Amerykanie i Brytyjczycy dwa razy w XX wieku pomogli Francuzom uniknąć niemieckiej niewoli, być może dlatego dzisiaj Francuzi tak bardzo za to nienawidzą USA. Nikt bowiem nie lubi mieć długów wdzięczności). "Złonczon z kogutem dla lewka obrony Na tron wprowadzi młodzieńca" - prawdopodobnie chodzi tu o objęcie władzy przez prezydenta USA Johna F. Kennedyego i jego próby ponownego "pozyskania" Francji. Może się to też odnosić do zniesienia francuskiego weta dla wejścia Wielkiej Brytanii do dzisiejszej Unii Europejskiej, a ówczesnych Wspólnot Europejskich. (Wlk Brytania weszła do WE w 1973 r. już po śmierci de Gaulle'a, głównego przeciwnika jej obecności we Wspólnocie).






"Złamana siła mącicieli świata
Tym razem będzie na wieki.
Rękę wyciągnie brat do swego brata,
Wróg w kraj odejdzie daleki"


Prawdopodobnie zapowiedź długiego okresu pokoju, który nastał po zakończeniu II Wojny Światowej i trwał do 28 lutego 2026 r. czyli dnia w którym rozpoczęła się III wojna światowa (w której obecnie żyjemy), oraz powstanie wszelkich międzynarodowych instytucji kontrolujących i stabilizujących światowe reżimy (już dawno te instytucje przestały pełnić swoje pierwotne zadania, a dziś głównie służą do wdrażania różnych form zniewolenia ludzkości, jak choćby powszechna pandemia Covid 19) - "Złamana siła mącicieli świata Tym razem będzie na wieki" - jak widać, to jeszcze nie jest ten czas.



"U wschodu słońca młot będzie złamany.
Pożarem step jest objęty.
Gdy orzeł z młotem zajmą cudze łany
Nad rzeką w pień jest wycięty"


Kolejne odniesienie do II Wojny Światowej (tak mi się przynajmniej wydaje, lub też mowa o przyszłych wydarzeniach o których jeszcze nie mamy pojęcia) - "Gdy orzeł z młotem zajmą cudze łany" - niemieckie i sowieckie agresje przeciwko różnym państwom europejskim, także odniesienie do paktu Ribbentrop-Mołotow i podziału Europy pomiędzy "orła i młota" - 23 sierpnia 1939 r. "Pożarem step jest objęty (...) Nad rzeką w pień jest wycięty" - zapowiedź "niemieckiej zdrady" i ataku na ZSRS, zaś drugi człon tej przepowiedni odnosi się do niemieckiej klęski w bitwie pod Stalingradem, położonym nad wielką rzeką Wołgą, gdzie Niemcy zostali "w pień wycięci". "U wschodu słońca młot będzie złamany" - upadek i rozpad Związku Sowieckiego w czasie tzw.: "Jesieni Ludów" - 1989/1991 r.






"Bitna Białoruś, bujne Zaporoże,
Pod polskie dążą sztandary.
Sięga nasz orzeł aż po Czarne Morze
Wracając na szlak swój prastary"


To stwierdzenie nie odnosi się już do wydarzeń historycznych, lecz jest prawdopodobnie zapowiedzią przyszłych wydarzeń, które być może są jeszcze przed nam. "Bitna Białoruś, bujne Zaporoże pod polskie dążą sztandary. Sięga nasz orzeł aż po Czarne Morze" - może odnosić się to do wskrzeszenia piłsudczykowskiej koncepcji Międzymorza, zjednoczenia państw Europy Środkowej od Finlandii, przez Białoruś i Ukrainę, po Węgry a nawet może i Grecję, w tzw.: "Unii Jagiellońskiej" (to już kolejna przepowiednia która mówi o tym, że w niedalekiej przyszłości - co bardzo ważne - w drugiej połowie XXI wieku, Polska będzie jednym z największych potęg na świecie, nie tylko w Europie, a w języku polskim będą pisane prawa obowiązujące w świecie i ta przepowiednia nie jest jedyna, podobną miał ojciec Czesław Klimuszko i śpiący prorok Marian Węcławek - który swoje przepowiednie dostawał w czasie snu. Wyślił nawet dokładnie rok, miesiąc i dzień własnej śmierci i tak też się stało. Swoją drogą to trochę przerażające wiedzieć dokładnie kiedy umrzesz, ale z drugiej strony możesz do tego czasu zdążyć się pożegnać i załatwić sprawy, których do tej pory nie zdążyłeś uporządkować. W końcu przybywamy tutaj tylko na chwilę i to nie jest nasz Dom - musimy to sobie uświadomić, ale ponieważ przybywamy tutaj często po naukę i doświadczenia, musimy o to miejsce dbać). Byłby to sojusz wolnych i równych państw, zjednoczonych ideą środkowoeuropejską i połączonych wspólnymi, nazwijmy je - jagiellońskimi korzeniami historycznymi (choć bardziej wydaje mi się że te państwa się po prostu zjednoczą z Polską na zasadzie wspólnego tworu zwanego Rzeczpospolitą, ale podobnie jak tamten twór z czasów Wielkiej Rzeczypospolitej Obojga Narodów - będzie to ponownie projekt polski) - "Wracając na szlak swój prastary". Cóż historia kołem się toczy - "To, co jest, już było, a to, co ma być kiedyś, już jest" - jak mówi Księga Koheleta (Koh 3:15)



"Witebsk, Odessa, Kijów i Czerkasy
To Europy bastiony,
A barbarzyńca aż po wieczne czasy
Do Azji ujdzie strwożony"


Zapowiedź przyszłych wydarzeń - Ukraina, a za nią prawdopodobnie Białoruś wejdą w skład Unii Jagiellońskiej czyli nowej Rzeczypospolitej, zaś pozycja Rosji będzie malała - "A barbarzyńca aż po wieczne czasy do Azji ujdzie strwożony". Odpadniecie Ukrainy i Białorusi a także innych państw np. na Kaukazie, spowoduje że Rosja zostanie "zepchnięta w głąb Azji" a i tam będzie miała sporo problemów.



"Warszawa środkiem ustali się świata,
Lecz Polski trzy są stolice.
Dalekie błota porzuci Azjata,
A smok odnowi swe lice"


"Warszawa środkiem ustali się świata" - powtarzam, to już kolejna z wielu przepowiedni które mówią o tak wielkim wywyższeniu naszego kraju, który ma nastąpić po zakończeniu owego okresu "walk i niepokojów" a przede wszystkim po zakończeniu obecnie trwającej III wojny światowej. "Lecz polski trzy są stolice" - jest to ponowne odniesienie do "Unii Jagiellońskiej" czyli nowej Rzeczpospolitej o granicach sięgających daleko na Wschód, oraz tych na zachodzie opartych o Odrę i Nysę (w czasie jednej wizji ojca Klimuszko, opowiadał on, że idąc korytarzem swojego klasztoru, nagle zobaczył że podłoga i ściany rozstępują się w cudowny sposób i ukazuje mu się widok niesamowitych pól, ciągnących się hen na Wschód, stwierdził że to jest Polska, i dawał że nie może dostrzec końca naszej granicy na Wschodzie. Ojciec Czesław Klimuszko zmarł w 1980 r.). Trzy stolice mogą oznaczać tzw.: "Twarde Jądro Unii", czyli np.: Warszawę, Kijów i Wilno. Kto wie? "Dalekie błota porzuci Azjata A smok odnowi swe lice" - to są właśnie owe kłopoty które czekają Rosję w Azji. Pozycja Chin, czyli "smoka" będzie wzrastała, wreszcie może dojść do oderwania od Rosji Syberii (już teraz osadnictwo chińskie stanowi bardzo poważny problem dla Rosji, a cóż dopiero w przyszłości). Wcześniej czy później "chińska Syberia" może ogłosić niepodległość, lub przyłączyć się do Chin. Jest to bardzo prawdopodobna wizja.



"Niedźwiedź upadnie po drugiej wyprawie.
Dunaj w przepychu znów tonie.
A kiedy pokój nastąpi w Warszawie,
Trzech królów napoi w nim konie"


Czyli Rosja wcześniej czy później zostanie pokonana - "Niedźwiedź upadnie po drugiej wyprawie". "A kiedy pokój nastąpi w Warszawie" - "Polska będzie decydować o losach świata" - jak twierdził Marian Węcławek. "Trzech królów napoi w nim konie" - mowa zapewne o nieznanych jeszcze uczestnikach przyszłej konferencji pokojowej, zwycięskich uczestnikach oczywiście.



"Trzy rzeki świata dadzą trzy korony
Pomazańcowi z Krakowa,
Cztery na krańcach sojusznicze strony
Przysięgi złożą mu słowa"


Wydarzenia są pomieszane, tutaj znów mamy odniesienie do czasów "zimnej wojny" (tak mi się przynajmniej wydaje). "Trzy rzeki świata dadzą trzy korony Pomazańcowi z Krakowa" - mowa tu jest o Karolu Wojtyle, który "z Krakowa" został wybrany jako "boży pomazaniec" na papieża w 1978 r. (trzy korony są na papieskiej tiarze). "Cztery na krańcach sojusznicze strony Przysięgi złożą mu słowa" - jest to zapowiedź misyjnej i misjonarskiej działalności Jana Pawła II/Karola Wojtyły, który odwiedził wszystkie kontynenty świata, a jego pontyfikat był bez wątpienia unikalnym w najnowszej historii papiestwa.



"Węgier z Polakiem, gdy połączą dłonie,
Trzy kraje razem z Rumunią.
Przy majestatu polskiego tronie
Wieczną połączą się unią".


Kolejne odniesienie do koncepcji "Międzymorza", czy też jak ja to widzę "Idei Jagiellońskiej" - "Przy majestatu polskiego tronie Wieczną połączą się unią" - Jagiellonowie panowali nad ogromnymi ziemiami Polski, Litwy, Ukrainy, Białorusi, Łotwy, Estonii, Czech i Węgier, a także podporządkowane im były ziemie dzisiejszej Rumunii (Mołdawia i Wołoszczyzna). Przyjaźń polsko-węgierska też jest już bowiem legendarna, nasze kraje są w jakiś przedziwny sposób ze sobą związane i nie sposób "rozerwać" tego przymierza



"A krymski Tatar, gdy dojdzie do rzeki,
Choć wiary swojej nie zmieni,
Polski potężnej uprosi opieki
I stanie się wierny tej ziemi"


Czyżby na Krymie w przyszłości powstało państwo tatarskie?Kto wie co przyniesie przyszłość, sądzę jednak że Krym długo nie będzie przyłączony do Rosji. Czyżby więc Krym też miał wejść w skład "Unii Jagiellońskiej?"



"Powstanie Polska od morza do morza.
Czekajcie na to pół wieku.
Chronić nas będzie zawsze łaska boża,
Więc cierp i módl się człowieku"


"Polska od morza do morza" - bez wątpienia zapowiedź Unii Międzymorza, czy też "Unii Jagiellońskiej". "Czekajcie na to pół wieku" - na pewno nie odnosi się to do roku 1893, być może chodzi tu o jakąś inną datę, może 1989 - co wydaje się bardziej prawdopodobne. 



To tyle jeśli chodzi o przepowiednię z Tęgoborza, na koniec - dla podkreślenia tego faktu (zresztą powrócę jeszcze do serii o przepowiedniach, gdyż wydaje mi się ona bardzo interesująca, szczególnie w obecnym czasie) zapraszam na kanał Krzyśka Woźniaka "Atora" i przepowiedni śpiącego proroka Mariana Węcławka o tym, jak będzie wyglądała przyszła Wielka Polska



20 kwietnia 2026

PIŁSUDSKI & HITLER - CZYLI WOJNA PREWENCYJNA Z NIEMCAMI 1933 r. - Cz. I

"PIĘŚĆ" i "ZAPORA
ZNAD WISŁY








VARIA


CZARTORYSK
NA WOŁYNIU
(POMIĘDZY ŁUCKIEM A RÓWNEM)
29 PAŹDZIERNIK 1915 r.


- "Jedziemy już z dobre trzy godziny, jak pan sądzi?" - zwróciłem się w stronę zamyślonego Vogelera. Od chwili naszego wyjazdu ze sztabu armii nie zamieniliśmy ze sobą zbyt wielu słów, być może peszył go mój hrabiowski tytuł, oraz arystokratyczne pochodzenie i maniery. Domyślałem się że raczej nie przepadał za "burżujami". 

- "Tak, chyba tak, też mi się tak wydaje" - odpowiedział niby od niechcenia Vogeler.

- "Widzę że chciałby pan mieć to już za sobą, tak samo jak i ja" - znów spytałem w nadziei na pociągnięcie dalszej rozmowy.

- "No cóż, służba nie drużba panie hrabio, a generał Klewitz chce mieć dokładny raport z tego wydarzenia. Być może uda się to propagandowo wykorzystać w przekonaniu Polaków do większego zaangażowania się w walkę po naszej stronie

- "Zobaczymy, co ci Polacy tam zmajstrowali" - odpowiedziałem, widząc że zbliżamy się do celu naszej podróży, a były to okopy położone w niewielkiej odległości od wsi Czartorysk, które ubiegłej nocy uratowali polscy żołnierze z I Brygady Legionów, ratując front przed załamaniem się, po tym, jak Niemcy i Austriacy porzucili broń i ratowali się ucieczką przed niespodziewanym atakiem wojsk rosyjskich. Polakami miał dowodzić jakiś brygadier... Polocky, Pitucky..., jakoś tak.

- "Błoto, wszędzie błoto i wilgoć" - stwierdził Vogeler, gdy wysiadaliśmy z samochodu, którym dowieziono nas w to miejsce.

- "Tak, w nocy musiało tutaj mieć miejsce oberwanie chmury, zresztą nie tylko chmury" - ręką dałem znać swemu towarzyszowi podróży na ciała zabitych rosyjskich żołnierzy, które teraz chowano w mokrej ziemi, wcześniej usuwając z niej wodę, by trupy nie wypływały na powierzchnię. 

- "Panowie do kogo?" - na nasze spotkanie wyszedł austriacki oficer, który też przybył w to miejsce zasięgnąć szerszych informacji o wczorajszej bitwie.

- "Hrabia Harry Kessler i Heinrich Vogeler, specjalni wysłannicy gen. Klewitza, do polskiego dowódcy odcinka, a pan" - spytałem zadziornie.

- "Panowie pozwolą że się przedstawię, pułkownik Józef Lasocki, komendant odcinka kawaleryjskiego Austro-Węgierskiej Cesarsko-Królewskiej Armii, na tej linii odcinka" - stanął na baczność i zasalutował. - "Panowie do brygadiera Piłsudskiego, nieprawdaż?" - zapytał.

- "Tak, do Piłsudskiego, czy mógłby pan nas do niego skierować?" - spytałem dość stanowczo, gdyż tkwienie w oficerskich, lśniących butach po kostki obozowego błocka, nie należało do moich przyjemności. Chciałem bowiem mieć to już za sobą, pomówić z dowódcą, sporządzić odpowiedni raport i wracać czym prędzej do sztabu. No cóż, los szykował mi tu dużą niespodziankę, a ja sam, nawet w najśmielszych snach nie mogłem sobie wyobrazić, że to spotkanie, w takich warunkach i w takiej atmosferze, wpłynie na całe moje późniejsze życie. Z okopów wyszedł jakiś jegomość, ubrany... w wełniany sweter? Myślałem że spotkam się z oficerem, słyszałem bowiem że Piłsudski był twórcą i duszą Legionów Polskich, namiastki polskiej siły zbrojnej w tej wojnie, walczącej z Rosjanami po naszej stronie... .... ....


Pamiętniki hrabiego Harrego Kesslera dość dobrze opisują wszelkie niuanse z tego spotkania, mającego miejsce w pochmurny dzień 29 października 1915 r. Kessler nie mógł wówczas wiedzieć, że to spotkanie zmieni całe jego życie, oraz... stosunek do Polaków. Wcześniej bowiem, ten bajecznie bogaty syn hamburskiego bankiera - Adolfa Wilhelma Kesslera i irlandzkiej baronówny - Irin Alice Harriet Blosse-Lynch (choć o ojcostwo podejrzewano również samego cesarza Niemiec Wilhelma I, z którym ponoć swego czasu matka Harrego miała mieć krótki, lecz niezwykle płomienny romans), urodzony 23 maja 1868 r. w Paryżu, wiódł wspaniałe, dostatnie życie. Miał wiele pasji i wiele z nich zdążył zrealizować (był bowiem już kolekcjonerem sztuki, dyrektorem Muzeum Sztuki w Weimarze, filantropem, eseistą, literatem, publicystą, żołnierzem, dyplomatą i agentem wywiadu, teraz miał jeszcze zostać politykiem). 

Kessler co prawda uważał że Niemcy winne były odbudować Polskę i uwolnić ją spod rosyjskiego jarzma, ale jednocześnie był zdania, że ta Polska powinna być co najwyżej niemiecką kolonią gospodarczą i polityczną. Twierdził że w odbudowanej Polsce Niemcy powinny kontrolować kwestię wojskowości i gospodarki tego kraju, oraz mieć jedyne prawo do budowania kolei żelaznych, zgodnie z interesami niemieckiej gospodarki i przemysłu. Polakom pozostawiał wolność polityczną, możliwość posiadania swojego (całkowicie jednak zależnego od Berlina) rządu, własny parlament i nawet swojego króla (oczywiście miał nim być jeden z niemieckich książąt Rzeszy). Polacy mieliby również prawo do używania własnego języka w urzędach i administracji. Za te wszystkie "dobrodziejstwa" domagał się jednak definitywnego wyrzeczenia się jakichkolwiek planów przyłączenia do tego kadłubowego tworu ("Herzogtum Polen") Wielkopolski, Pomorza czy Śląska, które uważał już za ziemie niemieckie. Co ciekawe, pomimo tych swoich przekonań i tak uważany był w niemieckich kołach polityczno-biznesowych (w których z racji pochodzenia i posiadanego majątku się obracał) za polonofila. Pisał na przykład tak: "Polskę i Polaków bardzo lubię. Są jako rasa piękni i szlachetni, ale niestety zbyt idealistyczni oraz infantylni". 

I oto człowiek o tak sprecyzowanych poglądach na przyszłość ziem polskich i ich ekonomiczny drenaż przez Wielkie Niemcy (a z Polaków czyniący jedynie biednych wyrobników i dostawców żywności na potrzeby niemieckiego społeczeństwa i gospodarki), spotyka w brudnych i mokrych okopach w październikowy wieczór 1915 r. pewnego człowieka, z którym krótka rozmowa spowoduje... zmianę o 180 stopni jego stosunku i poglądów na temat Polski i Polaków. Jeśli są w życiu człowieka chwile magicznych przeżyć, czyniących swoistą metamorfozę ich dalszych poczynań, to dla Harrego Kesslera taką chwilą była właśnie rozmowa z brygadierem Piłsudskim, ubranym w ciemny, wełniany sweter. Gdy bowiem opuszczał okopy, już przysiągł sobie że zrezygnuje ze służby wojskowej i odtąd poświęci się polityce oraz dyplomacji, by... dopomóc Piłsudskiemu w jego dziele "Wskrzeszenia Polski z Martwych". Zdając sobie sprawę że największym zagrożeniem dla polskiej niepodległości jest właśnie Rosja - postanowił... rozsadzić ją od środka. On to bowiem obmyślił i wdrożył w życie plan, zaakceptowany przez najwyższe czynniki polityczno-wojskowe Niemiec, przewiezienia do Rosji Lenina, by tam narobił on takiego bagna, które doprowadzi państwo carów do wewnętrznego rozkładu i umożliwi zwycięstwo niemieckiego oręża na Wschodzie, oraz... Odrodzenie Polski.

W latach późniejszych, już jako polityk też wielokrotnie dążył do poprawy stosunków pomiędzy Republiką Weimarską a zjednoczoną (wraz z Wielkopolską, Pomorzem, częścią Śląska, Galicją i Kresami Wschodnimi), coraz silniejszą Rzeczpospolitą, której już odtąd nigdy nie uważał za kraj przeznaczony do niemieckiej eksploatacji i działał na niwie politycznego pojednania obu narodów na zasadach partnerskiej przyjaźni (Harry Kessler był też pierwszym ambasadorem Niemiec w Polsce, a Niemcy pierwszym państwem które uznały polską niepodległość w listopadzie 1918 r. Stosunki dyplomatyczne pomiędzy nami a Niemcami przetrwały jednak wówczas niecały miesiąc, zostały zawarte 21 listopada i trwały do 15 grudnia 1918. Jednak niechęć Niemiec do uznania polskich praw w Wielkopolsce, na Śląsku i na Pomorzu spowodował ich zerwanie - doszło nawet do tego, że Harry Kessler musiał uciekać z Warszawy przed. wzburzonym tłumem Warszawiaków, którzy chcieli go dopaść i gdyby im się to udało, pewnie zostałby mocno poturbowany). 


 HARRY KESSLER



 W roku 1933 Polska realnie szykowała się do konfliktu militarnego z hitlerowskimi już wówczas Niemcami. Wojna prewencyjna jaką opracował Marszałek Józef Piłsudski (ten sam z którym 18 lat wcześniej w okopach pod Czartoryskiem rozmawiał hrabia Kessler) przewidywała uderzenie w dwóch głównych kierunkach: na Prusy Wschodnie i ich odcięcie od reszty Niemiec, oraz na Śląsk i również odcięcie Górnego a następnie Dolnego Śląska od reszty Niemiec, a w dalszej perspektywie uderzenie w kierunku Odry i marsz na Berlin.




Zdobycie władzy przez Hitlera w Niemczech spowodowało zarówno komplikacje, jaki otworzyło ogromną szansę usunięcia jednego z dwóch śmiertelnych wrogów Polski (a przynajmniej neutralizacji tego wroga - w jednej z XIX wiecznych książek, choć nie pamiętam już jej tytułu, przeczytałem zdanie, które wydaje mi się niezwykle adekwatne, nawet w dzisiejszych czasach, a brzmiało ono: "Niemcy, nasz odwieczny prawróg!" Tutaj pragnę dodać również że jest ono zarówno prawdziwe jak i nieprawdziwe - paradoks? Niekoniecznie. Coś, co potem nosiło nazwę Niemcy, a co było przez długi czas nazywane Frankami Wschodnimi, było pierwszym naszym wrogiem od chwili powstania państwa polskiego i upadku dawnego, pogańskiego Związku Lechickiego. Jednak stan ten nie trwał wiecznie, już bowiem w drugiej połowie XII wieku nasze stosunki przestały opierać się głównie na konflikcie militarnym, a nabrały charakteru wzajemnej współpracy. Wiek XIII to też okres bardzo intensywnej, pokojowej niemieckiej kolonizacji wielu obszarów ziem polskich - wiele miast polskich zostało wówczas ponownie lokowanych na prawie magdeburskim lub lubeckim. Miało to swoje zarówno pozytywne jak i negatywne konsekwencje, jak choćby intensyfikacja gospodarki rolnej i wprowadzenie chociażby - wynalezionej w północnej Francji trójpolówki, ale oznaczało również zmianę charakteru etnicznego miast i coraz większą ich germanizację. Niemiecka kolonizacja  wyczerpała się już na początku wieku XIV, ale odzyskiwanie polskiego charakteru wielu miast trwało nawet jeszcze w połowie wieku XVI. Wiele niemieckich rodzin w tym właśnie okresie masowo się polonizowało i najczęściej tylko wyznanie luterańskie lub też ewangelickie było ostatnią pozostałością ich niemieckiej historii {mój pradziadek spolonizował się bardzo szybko, co prawda stało się to z końcem 19 wieku, ale zawsze a potem wiernie służył Polsce najpierw w armii Hallera we Francji w czasie I Wojny Światowej i w czasie obrony Warszawy w roku 1920. W 1939, chwilę niemieckiej agresji na Polskę, zabronił w naszej rodzinie mówić po niemiecku, a niemieckim władzom powtarzał że on jest Polakiem, i odmawiał podpisania niemieckiej listy narodowościowej. Ostatecznie w drugiej połowie 1940 r. już po klęsce Francji, trafił wraz z moim 15-letnim dziadkiem do obozu pracy pod Poznaniem. Pamiętam jak jeździłem z moim tatą w trasę {bo był kierowcą ciężarówki}, to, jak nie śpiewał mi różnych piosenek {w tym tych z westernów - m.in. Rio Bravo} to opowiadał właśnie o przeżyciach jego taty a mojego dziadka w tym obozie i mówił że było wiele komicznych sytuacji które dziadek sprowokował, ale udało mu się wyjść z tego cało. Nie będę o nich opowiadał bo dużą część z nich zapomniałem, a też nie wydają mi się żeby dzisiaj były wyjątkowo śmieszne, chodź w tamtych czasach mogły być żałośnie tragiczne}).

Tak więc począwszy od połowy wieku XII aż do końcówki wieku XVIII, granica polsko-niemiecka była... najspokojniejszą granicą w Europie. Pomiędzy naszymi narodami {bo trudno tutaj mówić o państwach, skoro w Niemczech była mozaika krajów} panował niezmącony spokój przez... 600 lat. Oczywiście nie wzięło się to z niczego, było to właśnie konsekwencją faktu, że Niemcy wówczas nie istniały jako państwo, natomiast Polska była jednym z najpotężniejszych krajów w Europie. Paradoksem naszych dziejów wydaje się więc to, że możemy być przyjaźni wobec siebie tylko wówczas, gdy... jedno z nas przestanie istnieć. Tak było właśnie z Niemcami od końcówki średniowiecza do końca wieku XVIII, tak było z Polską, która przestała istnieć w roku 1795 podczas gdy Prusy powoli ale konsekwentnie rosły w siłę, w 1871 r. tworząc Cesarstwo zjednoczonej Rzeszy Niemieckiej. Teraz jesteśmy przyjaciółmi (🤭). Ale możecie mi wierzyć lub nie, uważam że w przyszłości i to wcale nie tak odległej - jeszcze za naszego życia, a myślę że w ciągu kilku kolejnych lat, dojdzie do wybuchu wojny polsko-niemieckiej. Na razie to się wydaje niemożliwe i mało prawdopodobne, ale gdyby ktoś w 1910 r. zapytał się {czy to Polaka czy Niemca} że za parę lat wszystko to, w czym oni wówczas żyli zupełnie się odwróci, że powstanie niepodległa Rzeczpospolita, a wszystkie trzy mocarstwa zaborcze {w tym właśnie Niemcy} przegrają wojnę która nadchodzi, to któż by w to uwierzył? Przecież logicznie myśląc, jeśli były dwa bloki militarne, to wiadome było że przynajmniej jedno z nich wygra a drugie przegra, ewentualnie można było również zawrzeć porozumienie na zasadzie status quo ante bellum i wrócić do stanu przedwojennego. Jeśli w jednym bloku były Niemcy i Austro-Węgry a w drugim Rosja - oczywiście nie liczę krajów zachodnich, bo one w tym momencie nie mają znaczenia - to wojna mogła się zakończyć albo zwycięstwem jednej albo drugiej strony, albo też powszechnym pokojem. Natomiast stało się coś zupełnie niespodziewanego i przez nikogo nieoczekiwanego {nawet przez największych optymistów polskiej niepodległości},a mianowicie przegrali wszyscy trzej zaborcy Polski, WSZYSCY! Austro-Węgry rozpadły się na poszczególne kraje, w Rosji wybuchła bolszewicka rozpierducha która cofnęła ten kraj o dekady, a Niemcy po prostu przegrały I Wojnę Światową. I tylko dzięki temu mogła narodzić się niepodległa Polska! Dlaczego tylko dzięki temu? Gdyż wszelkie powstania, jakie były wywoływane przeciwko zaborcom, nie miały realnie szans powodzenia, o tyle, o ile wybuchały tylko w jednym zaborze. Żeby Polska mogła się odrodzić dzięki powszechnemu zrywowi powstańczemu, to musiało ono wybuchnąć we wszystkich trzech zaborach i wygrać w co najmniej dwóch. Zwycięstwo tylko w jednym nic nie dawało, gdyż pozostałe mocarstwa zaborcze udzieliłyby państwu pokonanemu w takim powstaniu wsparcia i wspólnie zdławiłyby ten nasz zryw niepodległościowy. Aż wreszcie przyszła wojna powszechna o wyzwolenie ludów i dzięki niej Rzeczpospolita wróciła ponownie na arenę światową. Alleluja!!!




Ale w takich Niemczech wzbudziło to wielkie nastroje antypolskie, gdyż Niemcy którzy cztery lata toczyli ciężką wojnę na dwóch frontach (nie licząc tych pomniejszych odcinków, gdzie musiały wspierać Austro-Węgrów i Turków) wojnę co prawda przegrały, ale tylko na Zachodzie (i to też nie do końca, bo w świadomości Niemców powstało przekonanie że armia niemiecka nigdy nie została pokonana na froncie, tym bardziej że wróg nie wszedł nawet na niemieckie terytorium, a mimo to Niemcy musiały skapitulować. Było to związane z zupełnie innymi czynnikami, głównie z niemożnością konkurowania z potężnym przemysłem amerykańskim, a także z blokadą kontynentalną, która została Niemcom narzucona i przez którą w Niemczech realnie panował głód). Natomiast na Wschodzie to oni byli stroną zwycięską. Przecież to oni - dzięki temu że w Rosji wybuchła rewolucja - zajęli ogromne tereny ziem ukraińskich, białoruskich, litewskich i liwońskich. Ale w wyniku pokoju zawartego 11 listopada 1918 r w wagonie kolejowym w Compiègne, potężna armia Ober-Ostu musiała również wycofać się ze Wschodu. Mało tego, wybuchło Powstanie w Wielkopolsce a potem na Górnym Śląsku, ostatecznie wiele terenów które Niemcy uważali za już zgermanizowane i za należące do nich (i to należące od wieków), nagle zmieniły właściciela, przyłączyły się do odrodzonej Rzeczypospolitej Polski, która w planach niemieckich (w ramach swoistej mitteleuropy) miała być właśnie niemiecką kolonią, małym, kadłubowym pani stefkiem przypominającym księstwo Warszawskie, zarządzanym przez niemieckiego księcia (lub ewentualnie króla) i całkowicie militarnie, politycznie oraz ekonomicznie podporządkowaną Berlinowi. Teraz okazało się że ten pogardzany naród (Niemcy zawsze uważali siebie za lepszych), buduje państwo i zabiera niemieckie ziemie. Żeby on jeszcze  zdobył te ziemie w wojnie, ale nie, Polacy te ziemie ukradli podstępem, dzięki temu że mieli wsparcie głównie we Francji. Ukradli niemieckie ziemie, ci mało, brudni złodzieje (obraz Polaka jaki często się powtarza propagandzie Republiki Weimarskiej, to w najlepszym przypadku obraz brudnego polskiego cwaniaczka, lub też rzezimieszka, trzymającego nóż w zębach i próbującego ukraść niemieckie dobra; w najgorszym zaś razie Polacy byli porównywani do kundli lub też owadów. Paradoksalnie w propagandzie III Rzeszy nie było aż tak wielkiego odhumanizowania narodu polskiego, jaki był właśnie w tak zwanych "demokratycznych Niemczech").





 


To budziło ogromną frustrację, niechęć a wręcz nienawiść do Polski i Polaków, jako że to właśnie Polska była największym beneficjentem tej wojny (z tym mogę się zgodzić, my i Rumunii rzeczywiście zyskaliśmy dużo, może nie aż tyle co byśmy chcieli, ale i tak zyskaliśmy bardzo dużo na I Wojnie Światowej), natomiast największe straty terytorialne Niemcy ponieśli nie na Zachodzie, ale właśnie na Wschodzie i to głównie na granicy z Polską. Z Polską, która przed wybuchem tej wojny nie istniała, z Polską którą - w ich mentalności - oni stworzyli, wyrywając ją spod rosyjskiego jarzma (wielu Niemców do dzisiaj uważa, że to właśnie Niemcy stworzyły Polskę dekretem dwóch cesarzy Wilhelma II i Franciszka Józefa I z 5 listopada 1916 r. Oczywiście to jest nieprawda, to co oni powołali do życia to była właśnie forma kadłubowego państewka, ale jedno należy im przyznać. Dzięki wydaniu tej proklamacji, można było utworzyć polską administrację na długo, nim jeszcze realnie Polska odzyskała niepodległość, innymi słowy mieliśmy już kadry administracyjne państwa, które jeszcze nie istniało). Następnie zaś ten niewdzięczny naród - jak uważali i wciąż uważają Niemcy - ukradł niemieckie ziemie na Wschodzie. Polacy to był więc wróg którego trzeba było ukarać, Polacy - w rozumieniu Słowianie - to również podludzie, to przeszkoda, która od wieków hamowała niemiecki postęp na Wschodzie - tak Niemcy uważali i sądzę że przynajmniej niektórzy Niemcy tak uważają do dziś. Dlatego gdy zaczęła się II Wojna Światowa a potem przyszła niemiecka okupacja, Niemcy byli wyjątkowo okrutni, mordowali Polaków na potęgę, gdyż wcześniej byli uczeni nienawiści do Polaków przez całe lata 20-te i 30-te. Ilu niemieckich katów po wojnie piastowało stanowiska burmistrzów miast czy też dożywało swoich lat na emeryturze w Niemczech Zachodnich, nigdy nie zostali rozliczeni za swoje zbrodnie popełnione w Polsce i o to między innymi są żądania reparacji z naszej strony. Niemcy (do spółki z Ruskimi, ale jednak to Niemcy byli głównym spirytus movens i to oni byli najbardziej wrodzy polskiej niepodległości i Polakom jako takim) zniszczyli nam kraj totalnie, zrównali naszą stolicę z ziemią w ponad 90 procentach, wymordowali naszą elitę, mordowali zresztą wszystkich których uznali za zagrożenie, kradli a następnie germanizowali polskie dzieci kradli dzieła sztuki (gdyby ustawić pociąg pełen wagonów wypełnionych skradzionymi z Polski dziełami sztuki, to zaczynałby on się w Warszawie a kończył w Berlinie. Nie na darmo już podczas okupacji opowiadano sobie dowcip: "Jedź na roboty do Niemiec, twoje meble już tam są"). Można było jednak tego wszystkiego uniknąć, uniknąć tych wszystkich zbrodni wojennych popełnianych zarówno przez Niemców (jak i przez Sowietów), gdyby w 1933 Marszałek Józef Piłsudski zrealizował swój plan wojny prewencyjnej z Niemcami.


"W IMIENIU POLSKI PODZIEMNEJ ZOSTAŁEŚ SKAZANY NA ŚMIERĆ, ZA ZDRADĘ OJCZYZNY!"

TAK POLSKA BĘDĄCA POD OKUPACJĄ STWORZYŁA PAŃSTWO PODZIEMNE, KTÓRE MIAŁO WŁASNE SZKOŁY, ADMINISTRACJĘ, SĄDOWNICTWO I WYKONYWAŁO WYROKI ŚMIERCI ZARÓWNO NA ZDRAJCACH, JAK I NA NIEMIECKICH OFICERACH, KTÓRZY BYLI WYJĄTKOWYMI KANALIAMI





CDN.

ZAPRZAŃSTWO JAKICH MAŁO! - Cz. VII

CZYLI HISTORYCZNA REFLEKSJA JAKO MEMENTO DLA WSPÓŁCZESNOŚCI POWSTANIE i WOJNA Cz. VII WŁADYSŁAW IV W MŁODOŚCI  Poselstwo na którego czele st...