WYŚWIETLENIA

08 kwietnia 2026

HISTORIA ŻYCIA - WSZECHŚWIATA - WSZELKIEJ CYWILIZACJI - Cz. XLV

I IMPERIUM ATLANTYDY
Cz. III





KONGRES ZJEDNOCZENIOWY ATLANTÓW
jako początek końca
I IMPERIUM ATLANTYDY
(ok. 50 000 r. p.n.e.)




Walki ze zwierzętami i ludzko-zwierzęcymi hybrydami (choć przynosiły sukcesy) pochłaniały dużo wysiłku, energii i środków. Coraz bardziej osłabione (w tym przez katastrofy naturalne) społeczeństwo I Imperium, nie miało już chęci toczyć tych walk samotnie. Postanowiono pogodzić się z Białymi przybyszami z zakonu "Synów Beliala", dopuścić ich do udziału w rządach i wymóc na nich pomoc w toczonej walce. Aby to osiągnąć postanowiono zwołać do Atlantydy - Kongres Zjednoczeniowy Atlantów (pod takim określeniem figuruje on w channelingach). Atlanci spod znaku "Jednego Prawa" zwracali zakonowi "Synów Beliala" posiadane przez nich wcześniej świątynie, oraz miasto Atla-Ra (które od czasów rebelii i zdobycia go przez siły królewskie - leżało w ruinie). Przedstawiciele jednej i drugiej "religii" mieli się spotkać w tej samej liczbie na kongresie i omówić najbardziej drażliwe i dzielące oba "zakony" kwestie. Większość spraw została załatwiona, ale pozostało kilka niewyjaśnionych kwestii jak charakter obronny Atla-Ra oraz oddzielność zakonu od państwa i stopień państwowej (ewentualnej) ingerencji w sprawy zakonu. Powołano więc nową agencję rządową, w skład której weszło 5 kapłanów (i kapłanek) z "Jednego Prawa", oraz 4 kapłanów z zakonu "Synów Beliala". Rada miała pełnić odtąd funkcję ustawodawczą i doradczą przy królu. Rada przetrwała tylko... dwa lata, aż do zdominowania Rady przez "Synów Beliala" i upadku I Imperium Atlantydy.



PROJEKT "DRUGIEGO KSIĘŻYCA
I WYBUCH II REBELII "SYNÓW BELIALA"




Dwa lata po Kongresie Zjednoczeniowym Atlantów doszło na Poseidii do wybuchu drugiej rebelii "Synów Beliala", która tym razem zakończyła się ich całkowitym zwycięstwem, oraz upadkiem i ucieczką Czerwonoskórych Aremonian z Atlantydy na kontynent amerykański. Nim jednak do tego doszło, należy parę słów powiedzieć o projekcie "Drugiego Księżyca", stworzoną przez rząd I Imperium, oraz do jego przejęcia przez "Synów Beliala", co stało się głównym powodem upadku I Imperium Atlantydy. Drugi Księżyc był ogromną, bezzałogową, krystaliczną konstrukcją wymyśloną i zrealizowaną przez inżynierów z Atlantydy, której średnica wynosiła 8000 metrów. Celem powstania tej konstrukcji była próba zapobiegania i kontrolowania zjawisk pogodowych (w tym powodzi), poprzez wysyłane wiązki odbitej (i przetworzonej) energii słonecznej. "Przetworzonej" na przykład w celu regeneracji i odbudowy komórek skórnych, gojenia ran etc. etc. A poza tym był on potężną bronią, którą można było zniszczyć dowolny ruchomy lub nieruchomy cel na planecie (począwszy od budynku, a skończywszy na niewielkich organizmach żywych). Drugi Księżyc miał więc posłużyć także jako broń wobec hybryd i ogromnych zwierząt. 

Program był monitorowany i kontrolowany przez naukowców z Atlantydy i samego monarchę, a od czasu jej powstania - także i Radę Królewską (w której skład wchodzili członkowie zakonu "Synów Beliala"). Nie można było też ukrywać przez zakonem ani samego istnienia, ani też celu Drugiego Księżyca, bardzo szybko więc naukowcy-kapłani z zakonu "Synów Beliala" zostali dopuszczeni do programu. Szybko go też zdominowali i opanowali. W tym samym czasie niejaki Tyberonn został mianowany przez króla przywódcą Rady. Był on członkiem zakonu, choć dążył do utrzymania zawartego dwa lata wcześniej kompromisu religijnego. Sytuacja jednak wymknęła się spod kontroli. Nie wiadomo dokładnie co doprowadziło do buntu i ponownej rebelii Synów Beliala? Czy był to sprzeciw przeciwko zawłaszczeniu przez zakon Drugiego Księżyca, czy też coraz silniejsza obecność zakonu w Radzie Królewskiej? Prawdopodobnie czynników stymulujących wybuch rebelii było kilka. W każdym razie jej wybuch zaskoczył nie tylko króla, jego dwór, kapłanów spod znaku "Jednego Prawa" oraz ogromną część społeczeństwa Atlantów, lecz także samych członków zakonu "Synów Beliala" - w tym Tyberonna, który opowiedział się przeciw rebelii. Jego głos (i kilku kapłanów z Rady wspierających go w tej kwestii) należał jednak do mniejszości. Bunt zakonu stał się teraz faktem i o tyle groźniejszym, że wzmocnionym potężną bronią, której siła przewyższała moc bomby atomowej zrzuconej przez Amerykanów na Hiroszimę w 1945 r.

Kapłani sterujący Drugim Księżycem naprowadzili wiązki przetworzonej energii słonecznej na określone cele w Atlantydzie - niszcząc je i powodując wybuch powszechnej paniki (tak zniszczono m.in.: Błękitną Świątynię z II Sfery stolicy). Rebelia trwała kilkadziesiąt dni i zakończyła się całkowitym zwycięstwem zakonu, choć ostatecznie udało się Toltekom unieszkodliwić Drugi Księżyc i doprowadzić do jego zniszczenia (odłamki w większości spadły do Atlantyku, oraz na tereny dzisiejszej Ameryki Południowej). Niewiele im to jednak pomogło - "Synowie Beliala" opanowali wszystkie najważniejsze ośrodki miejskie Poseidii - zakon triumfował na całej linii. Utrzymanie się na wyspie nie było już możliwe dla Czerwonoskórych Tolteków. Rozpoczął się więc ich kilkutygodniowy eksodus na kontynent amerykański (Ameryka Środkowa). Tak zakończyło swe istnienie sławetne I Imperium Atlantydy - odtąd nastały rządy Białych kolonistów z Malony - rządy zakonu "Synów Beliala". Tak powstało II Imperium Atlantydy, które zakończy swój żywot w morskich odmętach ok. 12 500 r. p.n.e.


ZNISZCZENIA DOKONANE W STOLICY 
PRZEZ "DRUGI KSIĘŻYC"




HISTORIA KOŃCA
 - I IMPERIUM i POCZĄTKÓW
 - II IMPERIUM ATLANTYDY
50 700 - 50 000 r. p.n.e.




Tutaj niestety, przy dokładnym omówieniu tych wydarzeń zaczynają się problemy. Nie wiem bowiem czy dane wydarzenie odnosi się jeszcze do czasów I Imperium, czy też mówi już ono o rządach "Synów Beliala" z II Imperium Atlantydy? Informacje są bowiem tak ze sobą pomieszane, że potrzeba wiele czasu, nim odnajdę choćby maleńki szczegół, który ułatwi mi czasowe uszeregowanie danego wydarzenia. Gdy więc - odkładając na razie channelingi - biorę do ręki zapiski Edgara Cayce'a (amerykańskiego jasnowidza i mistyka, niezwykle skutecznego - jeśli chodzi o przepowiednie - "śpiącego proroka"), mówiące o konflikcie pomiędzy zakonem "Synów Beliala" a zwolennikami "Jednego Prawa", mam właśnie ów problem z uszeregowaniem ich w czasie. Większość jego opisów dotyczy okresu sprzed zwołania Kongresu Zjednoczeniowego Atlantów i II Rebelii "Synów Beliala". Świadczy o tym fakt, że konflikt trwa, a i przywódcy Atlantydy (tak polityczni jak i religijni) starają się znaleźć jakiś "złoty środek", który zakończyłby spór, lub też dążą do zdecydowanej konfrontacji. W każdym razie, nawet jeśli opisy Cayce'a dotyczą również zagłady samej Atlantydy (która zatonęła w morskich odmętach ok. 12 500 r. p.n.e.), to ów konflikt zakonu i kapłanów "starej religii" miał miejsce do 50 000 r. p.n.e. Bowiem po tym okresie Czerwonoskórzy Toltekowie uciekli z wyspy, pozostawiając ją Białym osadnikom z Malony i Alpha Centauri. Dlatego też przyjąłem właśnie datację wydarzeń opisywanych przez Edgara Cayce'a, zamykającą się w latach 50 700 - 50 000 r. p.n.e.


WIELKA KAPŁANKA
AJAHEL




Od wyżej przeze mnie wymienionej reguły są jednak pewne wyjątki, jak choćby historia wielkiej kapłanki - AJAHEL, której życie i działalność zostały przez Cayce'a określone na lata 50 700 p.n.e. Były to czasy opisywanego przeze mnie wcześniej - moralnego upadku I Imperium Atlantydy, wojny ze zwierzętami, oraz prześladowań sekty "Synów Beliala". Ajahel była księżniczką, królewską córką, która została wybrana na kapłankę Wielkiej Świątyni z I Sfery Atlantydy. Był to okres, gdy mieszkańcy miasta nie mogli być bezpieczni nawet w jego granicach, gdyż ogromne zwierzęce bestie (czy to z powietrza, wody, czy też z lądu) atakowały ich tak w dzień jak i w nocy. Widząc cierpienia współobywateli i trudności jakie napotykają władze w walce z bestiami, Ajahel zaproponowała władcy Atlantydy zwołanie... Kongresu Zjednoczeniowego Atlantów, na którym miano uniewinnić zakon "Synów Beliala" za wcześniejszą próbę rebelii i uznać ich za pełnoprawnych obywateli Imperium. Postulowała zwrócenie im dawnych miejsc kultu, w tym ATLA-RA, oraz świątyń w samym mieście, a ich religię dopuścić do powszechnego kultu (jako jedną z religii państwowych). Sądziła że tylko w ten sposób uratuje się Atlantydę i jej mieszkańców, a poprzez zjednoczenie (i wsparcie udzielone przez kapłanów zakonu), skończy się wreszcie wojnę ze zwierzętami. 

Do zwołania Kongresu Zjednoczeniowego Atlantów, miało dojść (wg. Edgara Cayce'a) w 50 722 r. p.n.e. Dwa lata później doszło do II rebelii "Synów Beliala" i upadku I Imperium Atlantydy. Dalsze losy wielkiej kapłanki - Ajahel nie są już znane.


WOJOWNICZA KAPŁANKA
AMEENE




Cayce wspomina o wojowniczej kapłance AMEENE w swym odczycie z 6 marca 1935 roku. A kim ona była, należałoby spytać? Znów nie wiadomo, wiadomo jedynie że najprawdopodobniej była ona następczynią wielkiej kapłanki - Ajahel i sprawowała swą funkcję (a raczej dowodziła obroną Tolteków w I Sferze Atlantydy) w czasie II Rebelii i wojny domowej pomiędzy "Synami Beliala" a zwolennikami "Jednego Prawa". Ameene była ostatnią kapłanką starej religii Atlantydy, a w czasie walk, w jej rękach spoczęła cała władza królewska, łącznie z uprawnieniami wojskowymi, cywilnymi i religijnymi w całym mieście (a raczej w samej I Sferze, która broniła się najdłużej). Według Cayce'a, wielka kapłanka - Ameene początkowo była zwolenniczką zwołania Kongresu Zjednoczeniowego Atlantów i optowała za równouprawnieniem zakonu "Synów Beliala" i przyznaniem im prawa do praktykowania własnej religii. Potem jednak, wraz z wybuchem II Rebelii zmieniła swe stanowisko i stanęła na czele obrony stolicy. Najprawdopodobniej zginęła podczas walki lub już po zdobyciu I Sfery.


KRÓL AXTELL
 UCIECZKA NA WSCHÓD I WOJNA Z EGIPTEM 




O Axtellu Cayce wspomina po raz pierwszy podczas sesji z 31 lipca 1933 roku. Był to ostatni władca I Imperium Atlantydy. Król Axtell zebrał księgi "Jednego Prawa" z pozostałych jeszcze świątyń miejskich i wraz z dużą grupą współobywateli, rozpoczął wielki eksodus w kierunku wschodnim - ku Egiptowi. Gdy dotarli w rejon dzisiejszego Egiptu (który wówczas był jedną z prowincji Atlantydy), zarządzał nim brat Axtella - Ibex. Nie był on zadowolony z przybycia Atlantów, gdyż liczył że po upadku stolicy będzie mógł ogłosić się królem zarządzanej przez siebie prowincji (jeszcze wówczas nie nosiła ona nazwy - Egipt). Teraz, wraz z przybyciem Axtella i uciekinierów z ojczyzny, musiał podporządkować się i oddać władzę nad krajem - swemu bratu. Atlanci bardzo szybko zaczęli jednak traktować lokalnych mieszkańców jak własnych poddanych, co spowodowało wybuch buntu przeciwko prawom nowych panów. Bunt ten, Cayce nazywa "buntem Ibexa", gdyż to właśnie on stanął na jego czele. 




Początkowo Atlanci wzięli górę i wypędzili Ibexa na tereny późniejszej Nubii, lecz po jakimś czasie, gdy zebrał on nową armię i ruszył z nią na "Egipt", w większości odzyskał kraj. Nie był jednak w stanie definitywnie przepędzić stamtąd ani swego brata, ani też reszty Atlantów. Zawarto więc przymierze, którego rękojmią miał być ślub Axtella (pierwszego króla "Egiptu") z córką Ibexa. Tak też (poprzez wymieszanie Atlantów i lokalnej ludności) rozpoczęło się tworzenie nowego społeczeństwa, opartego na zasadzie "Jednego Prawa", które to stworzy potem jedną z największych (historycznych) ziemskich cywilizacji.


KAPŁANKA ILAX
 "JEDNO PRAWO" NA "EGIPSKIEJ" ZIEMI




Jedną z tych, którzy wyemigrowali pod wodzą Axtella z Atlantydy do "Egiptu", była kapłanka o imieniu ILAX, która została mianowana pierwszą wielką kapłanką "Egiptu" i rozpoczęła budowę Wielkiej Świątyni, w której czczono m.in.: Słońce (jak choćby, wspomniane przeze mnie w poprzednich tematach - Sale Wiecznego Ognia). Ta religia (oparta na zasadach "Jednego Prawa"), przemieni się po kilkunastu tysiącach lat w solarną religię egipską z bogiem słońca i ładu społecznego - RA na czele (ale do tego jeszcze dużo czasu upłynie, jeszcze dojdzie do wymieszania ludności "atlantyckiego Egiptu" z inną ludnością napływową, która się tam pojawi i która ostatecznie stworzy tzw.: społeczeństwo starożytnego Egiptu. Ale nim do tego dojdzie, czekają nas jeszcze Wojny Piramidowe i inne wydarzenia w kraju nad Nilem). Ale stanie się to dopiero w przyszłości, a w tym czasie dojdzie do wielu wydarzeń w samej Atlantydzie jak i poza jej granicami (jak choćby reforma religijna zakonu "Synów Beliala", wprowadzona przez kapłana Ozyrysa, za co zostanie on zamordowany). Tymczasem wielka kapłanka Ilax - widząc jak jej rodacy traktują lokalnych mieszkańców - opowiedziała się za prześladowanymi "Egipcjanami". Wielka Świątynia stała się wówczas miejscem schronienia dla uciekinierów, rannych i potrzebujących jakiejkolwiek pomocy. Ani Axtell, ani jego wojsko nie odważyli się zbezcześcić Wielkiej Świątyni, wkraczając w jej bramy (tym bardziej że Axtell ogłaszał się jako obrońca i odnowiciel "Jednego Prawa"). Po buncie Ilax została pierwszą kapłanką rządzonego przez Axtella - "Egiptu".



TO WSZYSTKO - JEŚLI CHODZI O POSTACIE Z TZW. OKRESU UPADKU I IMPERIUM ATLANTYDY. 
JEST JESZCZE KILKA CIEKAWYCH POSTACI Z OKRESU WCZEŚNIEJSZEGO
 (ok. 58 000? - 52 000? p.n.e.)


OTO ONE:


WIELKA KAPŁANKA 
ISHUMA
I JEJ 17 SYNÓW




12 kwietnia 1938 roku, podczas swej sesji Cayce wspomina o wielkiej kapłance ISHUMIE, która była matką 17 synów - każdy z nich był z innym mężczyzną. Cayce mówi, że gdy nie nastały jeszcze czasy wojen ze zwierzętami, rebelii i buntów zakonu "Synów Beliala" (a sam Belial jeszcze się nie narodził), żyła na Atlantydzie wielka kapłanka Ishuma, znana ze swego wielkiego seksualnego libida (prawdopodobnie ok. 58 000 r. p.n.e.). Temperament Ishumy wzbudzał sprzeciw kapłanów zarówno Wielkiej jak i Błękitnej Świątyni Atlantydy (jeszcze wówczas nie istniało określenie "Jedno Prawo", gdyż nie istniał zakon "Synów Beliala", nie było więc potrzeby odróżniać jednej religii od drugiej, była tylko jedna religia toltecko-tlawacka - pierwotna religia Aremonian z Mu), tym bardziej że wszystkich mężczyzn, z którymi miała dzieci - poślubiła (a co ciekawe i co powodowało największe oburzenie, niektórzy z nich byli świątynnymi niewolnikami. Zresztą Ishuma utrzymywała wielu niewolników - szczególnie mężczyzn, z którymi jednak nie posiadała potomstwa. Ciekawym jest też fakt, iż rodziła wyłącznie synów - których potem przygotowywała do funkcji kapłańskich). Rada Kapłańska nie wyciągnęła jednak wobec niej żadnych konsekwencji, gdyż okazało się że... popierają ją kapłani niższego szczebla (których była większość). Tak oto powoli postępował moralny upadek Atlantów I Imperium.


AMIEE
KRÓLOWA-DYKTATORKA




Jedyny bodajże przypadek władcy Atlantydy (który przetrwał do naszych czasów), a który został pozbawiony władzy, to przykład królowej AMIEE (bardzo liczna reprezentacja kobiet zarówno wśród kapłanek - gdzie bezwzględnie dominowały one w relacji 60:40, a także wśród władz cywilnych I Imperium Atlantydy - w tym również samej monarchii - nie powtórzy się już w II Imperium, całkowicie zdominowanym przez mężczyzn, w którym kobiety tak naprawdę zostaną sprowadzone do roli osób drugiej kategorii, zostanie nawet wprowadzone specjalny "obowiązek posłuszeństwa i milczenia" - dotyczący samych kobiet. Ale do tego jeszcze dojdziemy), o której wspomina Cayce podczas sesji z 19 września 1929 roku. Władczyni ta żyła zapewne ok. 60 000 roku p.n.e. (jest więc najstarszą wymienioną z imienia przedstawicielką społeczeństwa dawnej Atlantydy) gdyż w jej przypadku nie wspomina się nie tylko o powstaniu zakonu "Synów Beliala", lecz nawet o narodzinach samego jego twórcy. Królowa ta, według Cayce'a, dążyła do przewrotu stanu i wprowadzenia rządów dyktatorskich (co było sprzeczne z prawami Atlantydy). Aby to osiągnąć, dzieliła różne grupy społeczne i napuszczała je na siebie, jednocześnie skazując na śmierć (lub skrytobójczo uśmiercając) tych, którzy mogliby jej przeszkodzić w zdobyciu władzy absolutnej. Została obalona w wyniku sprzeciwu społecznego i i publicznie stracona.


AXELTAN
POGROMCA "SYNÓW BELIALA"
ZDOBYWCA ATLA-RA




Żył ok. 52 000 roku p.n.e. i był jednym z wodzów i bohaterów pogromu I Rebelii "Synów Beliala". Był wielkim wojownikiem Tolteków. Przyszedł na świat i wychowywał się w rodzinie kapłańskiej ("Jedno Prawo"). Kapłanką była jego matka, ojciec... nie jest znany (co może oznaczać że prawdopodobnie był niewolnikiem - a takie związki kapłanów z niewolnicami i kapłanek z niewolnikami były bardzo częste w społeczeństwie I Imperium Atlantydy). Według Edgara Cayce'a, AXELTAN - był jednym z tolteckich wodzów, którzy stłumili I Rebelię "Synów Beliala". On też zdobył silnie umocnione miasto i świątynię w Atla-Ra - głównej twierdzy zakonu. Potem wsławił się w walkach ze zwierzętami i ludzko-zwierzęcymi hybrydami. Był dość zdecydowanym wyznawcą "Jednego Prawa" i niszczył wszelkie przejawy buntu czy podważania zasad dawnej religii Atlantów.



TO TYLE, JEŚLI CHODZI O WŁADCÓW i BOHATERÓW I IMPERIUM ATLANTYDY. NIM JEDNAK PRZYJDĘ DO DZIEJÓW II IMPERIUM, HISTORII SAMEGO BELIALA (I TEGO DLACZEGO ZAŁOŻYŁ ON ZAKON, CO GO DO TEGO SKŁONIŁO), LISTY WŁADCÓW II IMPERIUM (KTÓRA JEST LEPIEJ OPISANA W CHANNELLINGACH, NIŻ TYCH NIELICZNYCH WŁADCÓW I IMPERIUM), W NASTĘPNEJ CZĘŚCI PRZEJDZIEMY SOBIE JEDNAK NA MOMENT DO KOLEBKI CYWILIZACJI SŁOWIAŃSKO-CELTYCKIEJ, CZYLI DO AZJATYCKIEGO (LEŻĄCEGO NA ZIEMIACH DZISIEJSZYCH CHIN, MONGOLII I TYBETU)
IMPERIUM UJGUR




CDN.

07 kwietnia 2026

WALKA Z KOMUNISTAMI W PRZEDWOJENNEJ POLSCE - Cz. IV

CZYLI GDZIE CHOWAŁY SIĘ "SZCZURY"





KOMUNISTYCZNA PARTIA POLSKI
(CZYLI DZIAŁALNOŚĆ MOSKIEWSKIEJ EKSPOZYTURY W POLSCE)
Cz. IV



W dniach 22 czerwca - 12 sierpnia 1921 r. w Moskwie odbył się III Kongres Kominternu, na którym również debatowano nad możliwością wybuchu w Polsce rewolucji komunistycznej. Z ramienia Komunistycznej Partii Robotniczej Polski uczestniczyli w tym kongresie Adolf Warszawski-Warski, Maksymilian Horowitz-Walecki, Adam Landy, Stefan Królikowski i Stanisław Bobiński (notabene Warski, Walecki i Wera Kostrzewa byli w partii uważani za "prawicowców" a to dlatego że postulowali jakąś chęć współpracy z Polską Partią Socjalistyczną. Byli też frakcją tzw. "większościowców", w odróżnieniu od frakcji "mniejszościowców" której przewodził Julian Leszczyński-Leński). Zaczęto teraz bardzo skrupulatnie przygotowywać się do nowej rewolucji. Organizowano jaczejki (komunistyczne struktury) w zakładach pracy a przede wszystkim w wojsku (które w tym czasie przechodziło proces demobilizacji). Umieszczenie swych agentów w wojsku było niezwykle ważne, ponieważ w sytuacji wybuchu rewolucji i kolejnej sowieckiej agresji na Polskę, należało maksymalnie osłabić możliwość Wojska Polskiego do skutecznej obrony. Te struktury były podstawą dla stworzonej już oficjalnie od połowy lat 20-tych tzw. "wojskówki" (Centralny Wydział Wojskowy KPP). Ostatecznie została ona rozbita przez policję w grudniu 1935 i styczniu 1936 r., mimo że była to struktura tak tajna, że nawet wewnątrz samej KPP niewielu o niej wiedziało (wojskówka początkowo złożona była z pięciu osób, w 1928 r. jej personel zwiększono do dziesięciu). Przygotowania do rewolucji trwały pełną parą, tym bardziej że Polska na początku lat 20-tych była krajem w którym szalała inflacja, a do tego panowała powojenna bieda i okrutna drożyzna, która odbierała wielu osobom radość z odzyskanej Niepodległości. Poza tym kryzysy polityczne, szybko zmieniające się rządy i demokracja partyjno-gabinetowa, oraz niekończące się spory sejmowe potęgowały wrażenie, że - posługując się kolokwialnym stwierdzeniem Ferdynanda Kiepskiego - "Nie o takie Polske walczyłem". Prawo pracownicze było nieustannie łamane (chociaż dekret o ośmiogodzinnym dniu pracy został wprowadzony już 23 listopada 1918 r., o powołaniu Inspekcji Pracy z 3 stycznia 1919 r., oraz o Pracowniczych Związkach Zawodowych z 8 lutego 1919 r.). Najlepiej pod tym względem było w fabrykach z kapitałem państwowym, najgorzej niestety w prywatnych firmach i przedsiębiorstwach. Publikacje Haliny Krahelskiej - zastępczyni Głównego Inspektora Pracy w latach 1919-1921 i 1927-1931, pokazują zatrważający obraz łamania prawa pracy przez pracodawców. Zatrudnienie dzieci w różnych zakładach - w tym w przemyśle - było powszechne (najmłodsze, które zostało zgłoszone do ubezpieczenia Kasy Chorych miało... 10 lat), a to z tego powodu że dzieciom można było płacić głodowe stawki, a i tak wykonywali pracę taką samą jak dorośli (mało tego, w jednej z warszawskich wytwórni metalowych, dzieciom nie płacono przez cały rok, gdyż twierdzono że ciągle są na okresie próbnym). Powszechną praktyką było też nie udzielanie urlopów i to zarówno młodocianym jak i dorosłym. Krahelska pisała: "Są fabryki, gdzie wprost oznajmia się przy przyjmowaniu robotnikowi, iż praca trwa 12 godzin i że jest to warunek otrzymania pracy; są fabryki, gdzie dyrekcja obwieszcza przedłużenie dnia pracy na piśmie, przyczem redakcja takich ogłoszeń brzmi kategorycznie, robotnika się nie pyta o zdanie. W innych wypadkach, wprowadzając zmiany przedłużone, dyrekcja spekuluje bezpośrednio na strachu robotnika przed utratą pracy. Proponuje się pracę po godzin 12, a gdy propozycja nie spotyka entuzjazmu śród ogółu robotników, to się oświadcza, że trzecia zmiana (ośmiogodzinna) może być przyjęta, ale później, wobec konieczności redukcji, będzie się zatrzymywało ludzi z tej trzeciej zmiany, a zwalniało ze zmian obecnie pracujących. Są fabryki, gdzie stopniowo przedłużało się dzień roboczy, ażeby uśpić czujność robotników bardziej uświadomionych. W niektórych fabrykach wprowadzenie dnia przedłużonego odbywa się bardzo uroczyście, w drodze zbierania ogółu robotników i głosowania za 8-godzinnym dniem pracy lub przeciw niemu. (…) dzisiejsza psychika robotnika łódzkiego (poza biedą i nędzą materialną) w wysokim stopniu jest uległą pracodawcom i przez nich steroryzowaną".




W takich warunkach komuniści polscy uznali, że przeprowadzenie rewolucji nie będzie aż tak trudne, tym bardziej jeśli zdoła się doprowadzić do masowych strajków, połączonych z infiltracją wojska (a nawet policji) i interwencją Armii Czerwonej. Lata 1921-1924 były pod tym względem bardzo niebezpieczne. Na wschodzie co prawda wytyczono już nową granicę (zgodnie z "wyrokami" traktatu ryskiego), ale wciąż była ona niezbyt dobrze zabezpieczona, a wszelkie bolszewickie bandy przechodziły przez nią praktycznie bezkarnie, dokonując po polskiej stronie różnych napadów, podpaleń i rabunków (nie mówiąc oczywiście o agitacji komunistycznej, ale w tych warunkach nie była ona skuteczna). Wydawało się że komunistom wkrótce uda się doprowadzić do tego, czego nie udało się uzyskać w lipcu i sierpniu roku 1920. 19 października 1921 r. Włodzimierz Lenin wystosował specjalny list do działaczy Komunistycznej Partii Robotniczej Polski, w którym nieco studził nastroje, przestrzegając ich przed sprowokowaniem zbyt wczesnego wystąpienia zbrojnego i rewolucyjnego w Polsce. Twierdził że rewolucja wkrótce i tak nastąpi, ale na razie (choć oczywiście o tym nie wspominał w swym liście) Armia Czerwona nie była gotowa do przeprowadzenia jakiejkolwiek akcji zbrojnej przeciwko Polsce. 30 października we Lwowie (w zabudowaniach katedry św. Jura) odbyła się konferencja Komunistycznej Partii Galicji Wschodniej (założonej w lutym 1919 r.). Partia ta, początkowo porządkowana Komunistycznej Partii (bolszewików) Ukrainy, stała na skraju rozpadu wewnętrznego, gdyż powstał konflikt w jej łonie na temat tego czy nadal podlegać KP(b)U czy też podporządkować się KPRP (tym bardziej że Galicja Wschodnia weszła w skład państwa polskiego). Towarzysze jednak nie doszli do porozumienia, nie zdążyli. Na salę bowiem wkroczyła policja i aresztowała wszystkich 26 delegatów KPGW. W kolejnych dniach kontynuowano aresztowania i w sumie doprowadzono do schwytania 150 osób, jednocześnie prawie całkowicie rozbijając struktury Komunistycznej Partii Galicji Wschodniej. Niestety jednak, nie wszystkim udowodniono potem zarzut uczestnictwa w nielegalnej partii, a przed sądem zdołano postawić jedynie 39 komunistów. Pozostałym nie można było udowodnić winy, ponieważ działali oni podobnie jak grupy dywersyjne, które były organizowane w ramach KPRP, ale ich członkowie oficjalnie nie należeli do partii z tego powodu, aby w przypadku wpadki nie powiązać ich z działalnością komunistyczną. Poza tym w partii od 1 stycznia 1922 r. obowiązywała doktryna Kominternu budowy "jednolitego frontu" komunistów i socjalistów. Lenin uznał bowiem, że w państwach, w których panuje "dyktatura kapitalizmu" należy przejąć hasła socjalistyczne, niekiedy nawet narodowe po to, aby podporządkować masy idące za tymi hasłami - rewolucji. Dlatego też na wniosek Warskiego, Waleckiego i Kostrzewy przegłosowano w partii (stosunkiem głosów 26 do 9 i 4 wstrzymujących się) następującą uchwałę: "KPRP winna zwracać się do partii socjalistycznych i klas owych związków zawodowych z propozycją wspólnej walki" (już w parę lat później ten zwrot zostanie uznany za "faszystowski").




8 stycznia 1922 r. odbyły się na obszarze tzw. Litwy Środkowej wybory do Sejmu Wileńskiego, które - na znak protestu - zostały zbojkotowane przez Litwinów, Białorusinów i Żydów. Mimo to frekwencja wyniosła prawie 65% uprawnionych do głosowania (w ogromnej większości ludności polskiej) co dało nowemu parlamentowi Litwy Środkowej demokratyczną legitymację do decydowania o przyszłości regionu. Tak więc 20 lutego Sejm Wileński podjął uchwałę o przyłączeniu Wileńszczyzny do Polski. Piłsudski początkowo (jeszcze w czasie Bitwy Niemeńskiej we wrześniu 1920 r.) zakładał połączenie polskiego Wilna z Mińskiem i litewskim Kownem i ten związek polsko-białorusko-litewski miał z czasem połączyć się (na zasadach federacyjnych) z Rzeczpospolitą. Decyzje podjęte w Rydze i utrata Mińska za sprawą polskich politykierów, znacznie zmieniły te plany. Nie udało się utworzyć niepodległego państwa na Ukrainie, wyrzeczono się Mińska białoruskiego (zasiedlonego w ogromnej większości przez Polaków), a Litwa kowieńska była bardzo negatywnie nastawiona do jakichkolwiek związków z Polską, obawiając się głównie tego, że Polska w tym związku (jako partner większy i silniejszy) będzie - co zrozumiałe - dominować. A poza tym obawiano się na Litwie atrakcyjności kultury polskiej. Litwa więc - podburzana przez Moskwę i Berlin i mająca wsparcie mocarstw zachodnich (Wielkiej Brytanii, Francji i USA) - domagała się kategorycznie zwrotu Wilna, jako prastarej stolicy Litwy. Strona polska postulowała zorganizowanie na Wileńszczyźnie plebiscytu, podobnego do tego, jaki był organizowany na Śląsku czy na Warmii i Mazurach (a także w niektórych innych spornych terenach Europy Środkowej). Państwa zachodnie chciały oddać Wileńszczyznę Litwie, ponieważ nie wierzyły w to, że Litwa zdoła utrzymać swą niepodległość i widziały ten kraj w związku (być może nawet federacyjnym) z nową Rosją (oczywiście niekomunistyczną). Piłsudski nie chciał włączenia Wileńszczyzny do Polski. Sądził bowiem że Litwinom znacznie łatwiej będzie porozumieć się z rządem Litwy Środkowej, niż z Warszawą, ale dążenia mieszkańców samej Wileńszczyzny do powrotu do Polski okazały się silniejsze. Litwa jednak od tego momentu całkowicie zamroziła stosunki z Polską (stając się jednocześnie kukiełką zarówno Niemiec jak i Sowietów i będąc przez nich wykorzystywana jako teren do akcji dywersyjnych na terenie Polski). Aby to niebezpieczeństwo zlikwidować, można było w tamtym czasie podjąć tylko jedną decyzję - marsz z Wileńszczyzny na Kowno i to nie zbuntowanych oddziałów Żeligowskiego, a regularnych formacji Wojska Polskiego pod dowództwem Piłsudskiego. Marszałek jednak odrzucał jakąkolwiek formę agresji przeciwko Litwie, do końca wierząc że uda się porozumieć z owym "rządem kowieńskim" (jak go kpiąco nazywał). W latach 20-tych gdy przybywał do Druskiennik (gdzie miał mały domek, ofiarowany mu w ramach zasiedlania zdobytych terenów przez polskich weteranów wojennych), przechadzał się wokół jeziora, będącego granicą pomiędzy Polską a Litwą (notabene dziką granicą, bowiem od października 1920 r. Litwa nie utrzymywała z Polską żadnych kontaktów, nie tylko dyplomatycznych ale również handlowych, granicznych czy kulturalnych. Granica ta więc była dosyć niebezpieczna) i długo, czasem godzinami wpatrywał się w tamten odległy litewski brzeg, nucąc być może w myślach słowa inwokacji Adama Mickiewicza: "Litwo, ojczyzno moja. Ty jesteś jak zdrowie, ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie, kto cię stracił. Dziś piękność twą w całej ozdobie widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie...".




17 marca 1922 r. w Warszawie odbył się zjazd różnych grup komunistycznych, na którym powołano do życia Związek Młodzieży Komunistycznej (który w 1930 r. zmienił nazwę na Komunistyczny Związek Młodzieży Polski). Program tego nowego tworu był wypisz wymaluj taki sam, jak Komunistycznej Partii Robotniczej Polski, czyli dążenie do światowej rewolucji komunistycznej (a w tym przypadku do rewolucji w Polsce). Ta nowa organizacja weszła oczywiście w skład Komunistycznej Międzynarodówki Młodzieży, a na jej czele (na czele Komitetu Centralnego) stanął Alfred Lampe. W tym czasie warto wspomnieć że w Rosji sowieckiej 6 lutego rozwiązano budzącą grozę policję polityczną zwaną CZEKA (czyli Komisję Nadzwyczajną do Walki z Kontrrewolucją, powołaną zaraz po rewolucji w 1917 r.) i na jej miejsce stworzono Państwowy Zarząd Polityczny (GPU). Zmiana nazwy była oczywiście czysto kosmetyczna, a na czele nowych władz stanęło dotychczasowe szefostwo z Feliksem Dzierżyńskim na czele. Teraz zaczęła się już otwarta walka o władzę w komunistycznym państwie po coraz bardziej słabnącym na zdrowiu Leninie. Najpoważniejszymi kandydatami do objęcia kierownictwa sekretarza generalnego Komitetu Centralnego partii byli: Feliks Dzierżyński, Józef Stalin i Lew Trocki, kandydatami znacznie mniejszej rangi byli zaś: Grigorij Zinowiew i Lew Kamieniew. 27 marca rozpoczął się w Moskwie XI Zjazd Rosyjskiej Komunistycznej Partii (bolszewików) na którym stało się jasne że to Stalin wygrał tę rozgrywkę o władzę i na drugi dzień po zakończeniu Zjazdu czyli 3 kwietnia 1922 r. Józef Stalin - na wniosek samego Lenina (który wcześniej ostrzegał przed nim towarzyszy partyjnych) wybrany został na sekretarza generalnego Komitetu Centralnego partii bolszewickiej. I tak rozpoczęła się nowa epoka, chociaż Lenin wciąż jeszcze żył.




Oczywiście nasza lokalna ekspozytura bolszewicka musiała przyjąć to do wiadomości i zaakceptować (zresztą jak i inne partie komunistyczne Europy i Świata), bowiem centrum komunizmu biło w Moskwie i to stamtąd szły pieniądze na utrzymanie takich partii jak KPRP (a także na utrzymanie działaczy partyjnych, gdyż nie pracując, musieli z czegoś żyć). W dniach 10-13 kwietnia odbyła się w Warszawie III Konferencja Komunistycznej Partii Robotniczej Polski, na której wybrano nowe władze partii. Bezwzględnie zwyciężyła tzw. "prawica" partyjna, czyli w potocznym określeniu 3W (Warski-Walecki-Wera) od nazwisk przywódców tej frakcji. Zwano ich "prawicowcami" ponieważ byli oni zwolennikami porozumienia się z partiami socjalistycznymi, a nawet social-demokratycznymi i w tamtym czasie ten pogląd był poglądem większości członków partii, dlatego też to oni zwyciężyli. Główną propagatorką i można powiedzieć mózgiem tej polityki była Wera Kostrzewa, czyli Marianna Koszutcka. Urodziła się ona w 1876 r. i pochodziła z polskiej rodziny szlacheckiej - choć zubożałej, gdyż sama w młodości pracowała jako guwernantka i nauczycielka domowa. 1902 r. została kierowniczką prywatnej szkoły w Łodzi. W tym samym czasie wstąpiła też do Polskiej Partii Socjalistycznej. W następnym roku została aresztowana przez Moskali za działalność socjalistyczną i w 1904 r. zesłana na 3 lata do guberni archangielskiej. Po powrocie do Privislinije (czyli do Królestwa, a raczej tego, co z niego wówczas zostało pod kacapskim panowaniem), wstąpiła do PPS-Lewica. To ona (wraz z Różą Luksemburg i kilkoma innymi towarzyszami) była inicjatorką zjednoczenia PPS-Lewicy z Socjaldemokracją Królestwa Polskiego i Litwy, przez co 16 grudnia 1918 r. stworzona została Komunistyczna Partia Robotnicza Polski i od tego czasu Wera Kostrzewa współkształtowała politykę partii i wchodziła w skład Komitetu Centralnego i Biura Politycznego, stojąc na czele (właśnie od kwietnia 1922 r.) frakcji (wraz z Warszawskim-Warskim i Waleckim) tzw: "większościowców" czy też "prawicowców". Frakcja ta dominowała w partii przez dwa kolejne lata, gdy w Związku Sowieckim Stalin doszedł do wniosku, że sojusz z socjalistami to był jednak "faszystowski spisek". Według Karola Radka - który organizował cały ten "sojusz", miał on przebiegać w sposób następujący: "Zrobimy sojusz, pójdziemy kawałek drogi razem, ale później (...) zrobimy porządek z sojusznikami" - innymi słowy wejście komunistów w porozumienie z socjalistami miało polegać na tym, aby rozsadzać te partie od wewnątrz i przeciągać masy do siebie.

Zresztą w tym samym czasie (1922-1923) Jerzy Sochacki - inny czołowy komunista z KPRP, opublikował cztery tomiki pism szkalujących socjalistów, a były to: "PPS w służbie imperializmu Austrii i Niemiec", "PPS w rządzie Moraczewskiego", "PPS w Sejmie i poza Sejmem" oraz "PPS a Rady Robotnicze". Natomiast Wera Kostrzewa w sprawozdaniu dla Kominternu o działalności KPRP w Polsce w 1921 r. krytykowała dotychczasowe władze partyjne za skupianie się na "odziedziczonych po SDKPiL dogmatach", pominięcia haseł robotniczych, przede wszystkim dążenia do realizacji 8-godzinnego dnia pracy, kwestii reformy rolnej (rzuciła hasło: "Ziemia dla bezrolnych i małorolnych chłopów"), oraz za brak jasnego stanowiska partii w sprawie autonomii Galicji Wschodniej (tutaj Kostrzewa ostro krytykowała "prymitywny kosmopolityzm" dotychczasowych władz KPRP). Twierdziła że sukces komunistom w Polsce może przynieść przede wszystkim otworzenie się na chłopów (a nie tylko na robotników - jak to było do tej pory), oraz większe (choćby tylko taktyczne) nawiązanie do kwestii narodowych i narodowo-wyzwoleńczych, a przynajmniej nie pomijanie i bagatelizowanie tych kwestii, jak to było do tej pory. W czasie owej III konferencji KPRP Wera Kostrzewa, wygłaszając te swoje plany na przyszłość, jednocześnie dodawała że to jest tylko wybieg taktyczny i że dzięki niemu "będziemy mogli uspołecznić jeszcze więcej ziemi niż w Rosji", oraz "uspołecznienie ziemi jest w przyszłości jedynym rozwiązaniem kwestii rolnej i jedyną drogą do socjalizmu" - innymi słowy w przyszłości chłopi mieli mieć tak czy siak ziemię odebraną, a sami mieli stać się na niej pracownikami najemnymi. Czyli metody komunistyczne są niezmienne po dziś dzień, jedynie zmieniają się środki i metody wiodące ku celowi "uspołeczniania ziemi" (dziś są one realizowane pod hasłami "zielonego ładu" i całego tego ekologizmu, jaki jest nową religią Komisji Europejskiej, Parlamentu Europejskiego oraz całej idei totalitarnej struktury, w jaką zamienia się Unia Europejska). I podobnie jak dziś wszelkie zamiary cofnięcia się Komisji Europejskiej choćby o krok od zamierzonych celów zielonego totalitaryzmu powodują wręcz żałosny jazgot (choć oczywiście toczony za drzwiami gabinetów, na zasadzie "niech tam se motłoch protestuje, my idziemy dalej wyznaczoną trasą"), tak też na owej III Konferencji KPRP podniosło się wiele głosów oburzenia na sam fakt, iż można - co prawda na krótko - ale że w ogóle oddać chłopom ziemię na własność. Jeden z członków partii stwierdził wręcz: "Jeśli rewolucja będzie na Zachodzie, u nas nie znajdzie się siły, która byłaby zdolna do zmuszenia nas do podziału" (ziemi pomiędzy chłopów).




Innymi słowy komuniści chcieli dotychczasowe folwarki zamienić na państwowe przedsiębiorstwa rolnicze, w których chłopi zatrudnieni byliby w roli pracowników rolnych (a tak naprawdę parobków przywiązanych do ziemi, jak to było w Związku Sowieckim). Myśl o tym, że ziemia mogłaby zostać oddana chłopom na własność (choćby były to tylko niewielkie hektary - jak twierdziła Kostrzewa), była nie do pomyślenia dla komunistycznych fanatyków, dla których idea komunistyczna była tym samym, czym dowolnie interpretowane przykazania religijne dla fanatyków i sekciarzy. Mimo to należy stwierdzić, że władze partyjne które w kwietniu 1922 r. przejęły kierownictwo nad partią, były bodajże najbystrzejszą i najbardziej autonomiczną grupą partyjnych aparatczyków w całej historii Komunistycznej Partii Polski. Oprócz Kostrzewy, Warskiego i Waleckiego w Komitecie Centralnym znaleźli się: Jerzy Sochacki-Czeszejko, Franciszek Grzelszczak, Adam Landy, Wacław Wróblewski, Franciszek Fiedler, Roman Jabłonowski, Władysław Stein-Krajewski, Szczepan Rybacki, Edward Próchniak (ps. "Sewer", "Weber") i Henryk Lauer (ps. "Ernest", "Brand", "Łapiński"). Trybun ludowy tzw. "lewicowców" partyjnych (momentami nawet uważany za przywódcę tej frakcji) niejaki Ślusarski twierdził wręcz otwarcie że nie należy nawet na krok odchodzić od "ideałów" komunizmu i nie ulegać socjal-ugodowcom, którzy dążą do zgniłych kompromisów. Krytykował on nie tylko nowe władze KPRP, ale również politykę Rosji sowieckiej, którego rząd - jak twierdził - zmuszony jest układać się z własnym wrogiem, czyli (tadam)... z chłopstwem. Twierdził zatem, że skoro na Zachodzie nie wybuchła rewolucja komunistyczna (na co bardzo liczono) rząd sowiecki musiał iść na kompromis z chłopstwem i stworzyć taką kapitalistyczno-socjalistyczną hybrydę, jaką był NEP (Nowa Ekonomiczna Polityka), czyli wprowadzona w marcu 1921 r. przez Lenina polityka gospodarcza, dopuszczająca w państwie socjalistycznym istnienie własności prywatnej i gospodarki kapitalistycznej na mniejszą skalę (zgoda na istnienie małych prywatnych przedsiębiorstw). Ta polityka pozwoliła Rosji sowieckiej w pierwszych latach po rewolucji i wojny z Polską, złapać nieco oddechu, gdyż kraj był totalnie wyniszczony I Wojną Światową i rewolucją bolszewicką (oraz systemem komunizmu wojennego, czyli polityką rabunkową), a poza tym w kilku regionach Rosji (głównie na Ukrainie) dochodziło aż do przypadków kanibalizmu, tak wielki panował głód i bieda. Michał Bułhakow w swoim opowiadaniu "Stolica w notesie" opisywał jak wyglądało życie w Rosji w czasach tej polityki gospodarczej (nepmanami nazywano oczywiście tych, którzy najbardziej zyskali i którzy gospodarczo odżyli): "A u nepmanów było nadzwyczaj przyjemnie. Herbata, cytryna, ciasteczka, pokojówka, wszędzie pachnie perfumami, srebrne łyżeczki, córka gra na pianinie Modlitwę dziewicy, kanapa - "a może pan pozwoli śmietanki?"

Przez cały rok 1922 Wera Kostrzewa zamieszczała najróżniejsze napominania skierowane do socjalistów i zamieszczane na łamach "Nowego Przeglądu", gdzie nawoływała do zjednoczenia sił socjalistycznych, gdyż: "Idzie o odparcie niebezpieczeństwa panowania Korfantych i Dmowskich, wszystkie odłamy klasy robotniczej muszą iść w zwartych szeregach (...) cały proletariat miast i wsi, wszyscy robotnicy i biedni chłopi zrozumieć muszą, że nie osoba Piłsudskiego czy Witosa - jak głoszą fracy i ludowcy, ale tylko zbudzenie się do czynu, nieustanna czujność, solidarna masowa akcja - zapewnić im mogą demokratyczne zdobycze, niezbędne w burżuazyjnym państwie". Również Adolf Warszawski-Warski twierdził że nie ma wyjścia i trzeba działać w systemie takim jaki jest, czyli trzeba pogodzić się z tak zwaną demokracją parlamentarną i działać w jej ramach. Przynajmniej dopóty, dopóki nie wybuchnie rewolucja. Dlatego też już 20 kwietnia 1922 r. Komitet Centralny KPRP wystosował list otwarty do władz Polskiej Partii Socjalistycznej z propozycją wspólnej organizacji obchodów 1 Maja. PPS propozycję tę odrzuciła, twierdząc iż nie zamierza podejmować jakiejkolwiek współpracy z partią antyniepodległościową i zarazem pozbawioną poważnego zaplecza społecznego. W tym też czasie w Moskwie Oddział Zagraniczny GPU przygotował dla Biura Politycznego Komitetu Centralnego Rosyjskiej Komunistycznej Partii (bolszewików) raport o perspektywach rewolucji w krajach zachodnioeuropejskich, opracowany na podstawie informacji Rozwiedupra (czyli wywiadu wojskowego) i Kominternu. Największe nadzieje w tamtym czasie pokładano w trzech krajach: w Niemczech, we Włoszech i w Polsce i zamierzano wysyłać tam przeszkolonych ludzi o doświadczeniu politycznym i wojskowym, aby zakładali na miejscu bazy z bronią i szkolili oddziały bojowe przyszłych rewolucjonistów. Szczególne nadzieje pokładano w Niemczech, gdzie w marcu 1922 r. marka totalnie się załamała. W tym miesiącu za jednego dolara płacono 329 marek, a już w sierpniu tego roku aż 1990 marek. W kolejnych miesiącach było jeszcze gorzej, a inflacja zamieniła się w hiperinflację, powodując nieprawdopodobną wręcz dewaluację niemieckiego pieniądza (i tak jak kiedyś już pisałem, dochodziło do takich sytuacji, że markami palono w piecu, albo szyto z nich sukienki na bale sylwestrowe i karnawałowe, gdyż do niczego innego się nie nadawały, natomiast wypłaty wyglądały tak, że pracownik zabierał ze sobą trzy albo cztery walizki do których ładował pieniądze, które były jedynie świstkiem papieru, bo chleb kosztował tyle co 1/3 takiej walizki. Już sam fakt tego pokazywał, jak bardzo Sowieci liczyli na wybuch rewolucji w Niemczech. Zresztą w Polsce było bardzo podobnie, tylko że na nieco mniejszą skalę).




Ale działalność komunistów nie była pępkiem świata, a wręcz stanowiła zaledwie odprysk wydarzeń, które wówczas działy się w świetle reflektorów. I tak oto 7 kwietnia 1922 r. zakończony został proces prawnego powiązania Wielkopolski z resztą ziem Rzeczypospolitej (ciągoty Wielkopolan do autonomii były dosyć silne, ale ostatecznie zostały stłumione). 16 kwietnia we włoskiej miejscowości Rapallo, podpisany został niemiecko-rosyjski układ, na mocy którego oba te państwa miały ze sobą współpracować i pomagać sobie w sytuacji powojennego ostracyzmu zwycięskich mocarstw. Niemcy bowiem czuły się upokorzone warunkami pokoju podyktowanymi im w Wersalu w czerwcu 1919 r. Twierdzono bowiem powszechnie (zresztą zgodnie z prawdą) że przecież Armia Niemiecka nie została pokonana w polu, a wróg nigdzie nie przekroczył granicy Cesarstwa Niemieckiego. Zaczęto zatem głosić mit o "Ciosie w plecy", który Armii Niemieckiej mieli zadać socjaliści, komuniści i Żydzi. Poza tym ogromna skala odszkodowań wojennych - jakie musiały zapłacić pokonane Niemcy zwycięskim mocarstwom powodowała, iż wszelkie radykalizmy zyskiwały coraz większy posłuch, tym bardziej w sytuacji potęgującej się inflacji i biednienia społeczeństwa niemieckiego. Liczono więc na różne "cuda". Przede wszystkim na ponowną wojnę na Wschodzie i ponowny atak Armii Czerwonej na Polskę, gdyż zwycięstwo sierpniowe roku 1920 było w Niemczech uważane za katastrofę (gdyż mocno oczekiwano tam upadku państwa polskiego i powrotu na Wschodzie do granic z 1914 r.). Poza tym oczekiwano, że gdyby komuniści ponownie zaatakowali, to Amerykanie - którzy u siebie również obawiali się rewolucji komunistycznej - przychylniejszym okiem spojrzą na kwestię niemieckich reparacji i albo je radykalnie obniżą, albo też nawet zupełnie zniosą. Rząd Josefa Wirtha (z katolickiej partii Centrum) prowadził politykę "wywiązywania się", czyli spełniania oczekiwań zwycięskich mocarstw w kwestii reparacji, co doprowadziło do tego, że Niemcy zostały dopuszczone do odbywającej się od kwietnia 1922 r. w Genui Światowej Konferencji Gospodarczej. Jednak polityka "wywiązywania się" była bardzo niepopularna w samych Niemczech i mocno zwalczana zarówno przez prawicę jak i lewicę. Poza tym w tym właśnie czasie doszło do ostrego konfliktu niemiecko-francuskiego, który był tak ostry, że obawiano się iż zamieni się w nową wojnę (wielu nacjonalistów - ale również ludzi którzy w takiej wojnie widzieli odmianę losu Niemiec - mocno jej kibicowało). Ponieważ jednak w Genui niewiele można było osiągnąć, a głos Niemiec znaczył tam tyle co nic, strona niemiecka postanowiła dogadać się z przedstawicielami Rosji sowieckiej i tak właśnie stało się w Rapallo, gdzie oba państwa nawiązały kontakty dyplomatyczne, gospodarcze i wzajemnie zrezygnowały z odszkodowań.




Wiadomość o podpisaniu układu w Rapallo wywołała szok światowej opinii publicznej, gdyż nie sądzono że do takiego zbliżenia mogłoby dojść (oczywiście nie wiedziano nic o tym, do czego potem doszło, czyli do rozbudowy Reichswehry na poligonach sowieckiej Rosji, gdzie pozbawione broni pancernej Niemcy, mogły testować nowe rodzaje czołgów i samolotów. W każdym razie układ w Rapallo wynegocjował i podpisał niemiecki minister spraw zagranicznych - Walther Rathenau, który już 24 czerwca 1922 r. zginął w Berlinie w zamachu zorganizowanym przez skrajnie prawicową organizację. Nie był to pierwszy tego rodzaju mord polityczny w ówczesnych Niemczech. Takich fememorden (mordów kapturowych) popełniono kilka, począwszy od 1921 r. Ich ofiarami padali ludzie, którzy oficjalnie zostali oskarżeni przez środowiska nacjonalistyczne o klęskę Niemiec w Wielkiej Wojnie, upokorzenie Niemiec w Wersalu i zgodę na ową hańbę. Do pierwszego mordu doszło 26 sierpnia 1921 r. a jej ofiarą padł minister finansów z partii Centrum - Mathias Erzberger. Mordu tego dokonało dwóch członków organizacji Consul (dawnej brygady Ehrhardta), którzy podeszli do Erzbergera gdy przebywał on w miasteczku zdrojowym i oddali do niego strzały w głowę i klatkę piersiową. Rathenau zaś został wysadzony granatem. Ta śmierć oblała grozą polityków i doprowadziła do tego, że 26 czerwca (czyli 2 dni po zamachu na Rathenaua), wprowadzono w Niemczech zarządzenie o ochronie Republiki, a kanclerz Wirth wygłosił orędzie do narodu, w którym stwierdził że "wróg stoi na prawicy" (w sumie zamachowcy zabili 354 osoby, w tym 326 bezkarnie). Atmosfera jaka się wówczas w Niemczech wytworzyła (głównie w kręgach rządowych i zbliżonych do rządowych) była związana z walką z partiami prawicowymi, a raczej z wszelkimi prawicowymi organizacjami, które głosiły radykalne hasła nacjonalistyczne. Jednak sympatia niemieckiej ulicy, ale również niemieckiej elity politycznej była bardzo prawicowa. Upadek Cesarstwa bowiem i powstanie Republiki niewiele zmieniło w dotychczasowym układzie polityczno-społecznym państwa. Pruskie junkierstwo wciąż było silne, oficerowie w dalszym ciągu mieli ogromny wpływ na politykę (Ernst Jünger twierdził wręcz, że: "junkrzy upili się wojną niczym winem i do dziś nie wytrzeźwieli"). Podobnie niemieckie sądy były znacznie bardziej skore do karania socjalistów i komunistów, niż członków organizacji prawicowych. "Nienawiść i bezgraniczna pogarda wobec wszystkiego, co nazywa się demokracją i republiką, staje się większa i większa" - jak pisała jedna z niemieckich gazet w roku 1922.




A tymczasem 20 czerwca 1922 r. oddział wydzielony Wojska Polskiego pod dowództwem gen. Stanisława Szeptyckiego wkroczył do garnizonów górnośląskich. Polska ponownie, po kilku wiekach swej nieobecności (Śląsk po raz ostatni należał do Polski jeszcze w średniowieczu, w XIII wieku), obejmowała w posiadanie ziemię śląską, a raczej wyznaczoną przez komisję Ligii Narodów część Śląska (swoją drogą najbardziej uprzemysłowioną część, choć nie największą). Z tej okazji premier Antoni Ponikowski w depeszy do wojewody Rymera w Katowicach stwierdzał: "Dzień dzisiejszy po wsze wieki pamiętny będzie dla narodu polskiego, jako święto odzyskania przez Polskę dzielnicy prastarej, ukochanej, cennej nie tylko bogactwami, lecz więcej jeszcze, cnotami ludności. Witajcie!" Komunistyczna Partia Robotnicza Polski stała oczywiście na gruncie oddania tej ziemi Niemcom. Zresztą w kosmopolitycznym świecie do którego miano dążyć po rewolucji, takie nic nieznaczące kwestie, jak świadomość narodowa nie miały żadnego sensu, dlatego też przynależność tej czy innej ziemi do danego kraju nie była dla tych ojkofobicznych kreatur ważna. Liczyło się przecież tylko jedno szczęście ludzkości w nowym komunistycznym raju. Ale podobnie jak żadnego raju nigdy nie było na Ziemi i próżno jest szukać jakiegokolwiek Edenu (w rozumieniu biblijnym oczywiście) czy to w Mezopotamii czy gdziekolwiek indziej (próżno, ponieważ my tutaj nie przychodzimy żeby się pławić w tym świecie. My stąd nie jesteśmy! My jesteśmy nieśmiertelnym Duchem, a nie tym mięsem który tutaj musi szczeznąć i zniknąć tak, jak wcześniej czy później zniknie Ziemia, Słońce czy cały Wszechświat), tak też stworzenie jakiegokolwiek raju politycznego - a już w szczególności raju opartego na zbrodni i przemocy (do czego dążyli przecież komuniści) mogło być interesujące tylko dla ludzi zupełnie pozbawionych jakichkolwiek, choćby najmniejszych oznak inteligencji.




Wraz z zajęciem części Górnego Śląska i wkroczeniem Wojska Polskiego do śląskich garnizonów w czerwcu 1922 r. zakończone zostało powiększanie ziem odrodzonej Rzeczypospolitej Polski. Państwo polskie obejmowało obszar 386 600 km² (z czego 260 000 km² należało do dawnego zaboru rosyjskiego, ponad 80 000 km² do austriackiego i ponad 46 000 do pruskiego). Powszechny spis ludności z roku 1921 ustalił, iż odrodzone państwo zamieszkiwało 27 164 000 mieszkańców (z czego samych Polaków było 18 632 000). Poza granicami Rzeczpospolitej (na całym świecie) pozostawało zaś, według ówczesnych obliczeń jakieś 6 500 000 rodaków. W czasie walk o Niepodległość od listopada 1918 r. do października 1920 r. zginęło 45 492 żołnierzy (z czego bezpośrednio w walce 16 139), rannych zostało 110 210, a zaginionych 50 709 (część z nich potem powróciła do Polski z sowieckiej niewoli). O ile więc każde życie ludzkie jest ważne, o tyle nie ma czegoś takiego jak Niepodległość i Wolność która ma być realna (a nie tylko wydumana, lub też naciągana jak w przypadku III RP) bez przelania za Nią zaledwie kilku kropel krwi. To, co zdobywamy w pocie czoła, ma bez wątpienia większą wartość niż coś, co dostajemy bez większego wysiłku i z łaski innych. A w tym właśnie przypadku dokonało się, Polska wreszcie zjednoczyła się ze swoimi (prawie) wszystkimi dzielnicami. Wcześniej rozerwana na części, ponownie zrosła się, niczym Feniks, który odradza się z popiołów. Wielu ziem nie udało się odzyskać, tysiące (a nawet miliony) rodaków pozostały czy to na Wschodzie czy na Zachodzie, w obcych państwach. Ale to, czego wówczas dokonano, przeszło i tak najśmielsze wyobrażenia. Przecież we wszystkich planach państw toczących I Wojnę Światową Polska - nawet jeśli miała istnieć po wojnie - to miała być małym krajem, nie większym od Serbii i całkowicie zależnym od zwycięzców, czyli Niemców lub Rosjan. Nawet najwięksi optymiści nie mogli bowiem przypuszczać że wszystkie trzy zaborcze mocarstwa upadną podczas tej wojny, a z ich gruzów odrodzi się nowa Polska. Nowa, ponieważ budowana od zera, ale posiadająca też ciągłość kulturową z dawną Rzeczypospolitą (na zasadzie zarówno pamięci kulturowej jak i genetycznej przeszłych pokoleń). Wojna została wygrana, państwo odbudowane i zjednoczone, ale walka wcale się nie zakończyła, a wręcz przeciwnie - jeszcze spotęgowała. Teraz bowiem toczyła się walka o przyszłość Polski, bowiem wrogów nigdy nam nie brakowało, a niektórzy, jak Komunistyczna Partia Robotnicza Polski wręcz dążyli do ponownego wciśnięcia nas w kolejną rosyjską niewolę.




CDN.

06 kwietnia 2026

MEMORIAM - Cz. XVII

WEDŁUG PRZEKONANIA OGÓŁU!





UMIŁOWANY POKÓJ 
I ZŁUDNE NADZIEJE
SIEDEMDZIESIĄTYCH LAT 
Cz. II






GODNY NASTĘPCA WIRIATUSA


Stłumienie rebelii Marka Emiliusza Lepidusa (77 r. p.n.e.), przyniosło Italii kilka lat wytchnienia od ciągłych bratobójczych wojen, toczonych w niedalekiej odległości od Rzymu. Jednak nie można było mówić ani o nadziejach na trwały pokój, ani o ostatecznym rozwiązaniu - narosłych przez dekady - politycznych konfliktów. Wzajemna nienawiść ogarnęła ludzkie serca i umysły, zbyt wiele bowiem nagromadziło się nieprawości, zbyt wiele nieszczęść spadło na obywateli i zbyt wiele łez wylano, aby owa zgoda mogła nastąpić. Potomkowie proskrybowanych w wyniku politycznych rozrachunków Sulli, chcieli przynajmniej odzyskać prawa obywatelskie - co w dalszej konsekwencji dałoby im sposobność do ubiegania się o zwrot zagrabionego ich ojcom mienia, a na to nie wyrażali zgody ci, którzy dzięki polityce dyktatora Sulli - owe mienie nabyli za bezcen i stali się teraz jego nowymi właścicielami. Obdarowanie przez Sullę swoich stronników majętnościami należącymi do pokonanych wrogów, spowodowało związanie ich z jego sprawą tak silnie, że nie osłabiła tego związku nawet jego śmierć. Zresztą inaczej być nie mogło, bo gdy weszło się w posiadanie czyjegoś majątku na drodze politycznych wywłaszczeń, to obawa przed koniecznością zwrotu takowego była na tyle determinująca, że zmuszała tych ludzi do utrzymania systemu sullańskiego - choć zdrowy rozsądek podpowiadał aby go nieco poluzować, ale obawa przed takim krokiem była na tyle silna, że niewiele można było w tym temacie uczynić. Zresztą w stronnictwie optymatów (zwolenników Sulli) istniała mniejsza - lecz bardzo zdeterminowana i nastawiona niezwykle wojowniczo - grupa, która każdy zamiar zmierzający do uregulowania pewnych mniej istotnych kwestii ustrojowych, uważała za bezpośredni atak na fundamenty rzymskiej Republiki. Do owego grona tzw.: "żarliwych" zaliczyć można: Kwintusa Lutacjusza Katulusa, Gajusza Skryboniusza Kuriona, Gnejusza Korneliusza Dolabellę, Mamerkusa Lepidusa, Kwintusa Hortensjusza czy Lucjusza Korneliusza Sisennę. Ich wzajemna żarliwość wzmocniona była dodatkowo silnymi związkami rodzinnymi lub przyjacielskimi (jak na przykład przyjaźń Katulusa, Hortensjusza i Sisenny, którzy znali się od wczesnej młodości).

Wkrótce potem powróciła kwestia przywrócenia pełni praw Trybunatowi Ludowemu - o który (w latach 77-75 p.n.e.) zabiegało kilku polityków, oraz dawała się odczuć silna presja obywateli na poczynienie ustępstw w tej kwestii. Przez długi czas grupa "żarliwych" blokowała wszelkie zmiany, twierdząc, że spowoduje to rozmontowanie ustroju sullańskiego i powrót do polityki wygnanych mariańczyków (stronników Gajusza Mariusza - zwanych też popularami). Szczególnie burzliwie wyglądały debaty Senatu w tej kwestii za konsulatu Gnejusza Oktawiusza i Gajusza Skryboniusza Kuriona (76 r. p.n.e.), ale dopiero przekonanie w roku następnym (75 p.n.e.) stronnictwa braci Kottów (Gajusza i Marka Aureliuszów), czyli umiarkowanych sullańczyków, pozwoliło zmienić prawo i przywrócić trybunom ludowym możliwość ubiegania się o inne urzędy publiczne (co pierwotnie zostało uniemożliwione po reformach ustrojowych Korneliusza Sulli z lat 82-80 p.n.e.). Była to pierwsza zapowiedź demontażu ustroju senackiego (zwanego też oligarchicznym lub sullańskim) i powrót do wcześniejszego ustroju grakchańskiego (będącego nieco bardziej demokratycznym, choć śmiem twierdzić że po śmierci Gajusza Flaminiusza Neposa w bitwie z Hannibalem nad Jeziorem Trazymeńskim w 217 r. p.n.e. - czyli realnego twórcy stronnictwa demokratycznego, postulującego ewolucję rzymskiego ustroju w kierunku zbliżonym do tego, jaki panował w Atenach V i IV wieku p.n.e. - idea ta już nigdy w rzymskiej polityce się nie odrodziła), który to nastąpił kilka lat później (70 r. p.n.e.). Mimo tego sukcesu, kontrakcja grupy "żarliwych" spowodowała, że wkrótce potem (jeszcze w tym samym 75 r. p.n.e.) odzyskane prawa znów zostały zawieszone przez Senat, który zaczął obawiać się ponownego odrodzenia stronnictwa popularów. W tym też czasie rzymską politykę znów trapiły demony korupcji, oraz nieudolność w polityce wewnętrznej i zagranicznej. Zaczęły się mnożyć oskarżenia o korupcję w trybunałach sądowych (odebranych przez Sullę ekwitom) oraz na stanowiskach zarządców prowincji (nie wspominając już o instytucji publikanów, gdzie łapówki stały się wręcz konieczną codziennością), a wielu młodych prawników oraz retorów budowało swoje przyszłe kariery polityczne na wygłaszanych podczas owych procesów mowach oskarżycielskich (w 77 r. p.n.e. po swym powrocie ze Wschodu, młody Gajusz Juliusz Cezar oskarżył o zdzierstwo Gnejusza Korneliusza Dolabellę, który sprawował wcześniej funkcję namiestnika Macedonii i choć zarzuty korupcji zostały przez sąd odrzucone - Dolabella miał przecież wśród sędziów wielu znajomych, z którymi wcześniej zasiadał jeszcze w Senacie - a on sam oczyszczony z zarzutów, to jednak upór Cezara w wyjaśnienie tej sprawy i pomoc udzielona Grekom oraz Macedończykom, pozwoliła mu zaistnieć w polityce jako jednej z twarzy odradzającego się stronnictwa popularów), czy mowach obronnych (jak w przypadku Marka Tulliusza Cycerona, który wsławił się obroną Roscjusza, którego to majątek przejął za bezcen wyzwoleniec Sulli - Chrysogonus, a Sulla dodatkowo wytoczył mu proces o ojcobójstwo - co było sporą niedorzecznością, jako że ojciec Roscjusza zginął w wyniku proskrypcji, choć podejrzewano że to sam Roscjusz wbił mu sztylet w pierś. Cyceron podjął się jego obrony i proces wygrał, lecz z obawy przed gniewem dyktatora postanowił wyjechać z Rzymu na Wschód. Miało to miejsce w 80 r. p.n.e.).




A tymczasem w dalekiej Hiszpanii zaczęły dziać się rzeczy dziwnie niepokojące. Będący pod silnym wpływem proroctw Sybilli - niejaki Kwintus Sertoriusz zaczął tam tworzyć swoje prywatne państwo. Wypędzony z Rzymu, wciąż marzył o dalekich podróżach i choć sam nie dotarł do Wysp Szczęśliwych (czyli Wysp Kanaryjskich), a dotarli tam jego żeglarze - to jednak wciąż pragnął dalekomorskich wypraw (kto wie, może gdyby miał szczęście, to nawet... dopłynąłby do Ameryki jeszcze przed Kolumbem i Wikingami, choć z drugiej strony rzymskie okręty raczej nie nadawały się do podróży przez Ocean, więc zapewne i tak nic by z tego nie wyszło). Ów Kwintus Sertoriusz (urodzony w 126 r. p.n.e.) - zwolennik Mariusza i były pretor (z roku 83 p.n.e.), przebywał wówczas w Mauretanii, gdzie znów planował podróż za słupy Herkulesa (Cieśnina Gibraltarska), gdy przybyła do niego delegacja z Hiszpanii Dalszej (Hispania Ulterior) z plemienia Luzytan (dzisiejsza Portugalia) prosząc go, aby objął nad nimi przewodnictwo i poprowadził ich w buncie przeciwko Rzymianom (80 r. p.n.e.). Sertoriusz - człowiek dość przyjemnej postury i zamiłowań - zgodził się przyjąć ich propozycję i przybył do Hiszpanii, gdzie został obwołany wodzem anty-rzymskiego powstania Luzytan (oczywiście wraz z nim przybyły tam niedobitki popularów, oraz 10 000 żołnierzy ze spacyfikowanej Sardynii pod dowództwem Marka Perpenny). Kolejne miasta hiszpańskie obwoływały go swoim przywódcą, dzięki czemu dość szybko opanował znaczny teren środkowej i południowo-zachodniej Hiszpanii, gdzie zachowywał się niczym udzielny monarcha. Przestał też czynić rozróżnienie na Rzymian i barbarzyńców (Luzytan), zdając sobie doskonale sprawę, że siłami samych rzymskich popularów nie będzie w stanie długo opierać się kolejnym armiom konsularnym, wysyłanym z Rzymu w celu szybkiego stłumienia tej rebelii. Aby więc odnieść sukces, należało otworzyć się na Hiszpanów, nie dzieląc ich przy tym na ludność barbarzyńską - czyli z założenia gorszą. I tak właśnie postępował Kwintus Sertoriusz. Po pierwsze zadeklarował oficjalnie że toczy wojnę w imię wyzwolenia Luzytan spod rzymskiego jarzma, po drugie założył szkołę w której uczyły się dzieci przedstawicieli hiszpańskiej elity (w której duży nacisk położono na naukę łaciny - czyli Sertoriusz dążył konsekwentnie do ich szybkiej romanizacji). Bardzo szybko opanował większość Hiszpanii, zaś Senat bezradnie się temu przyglądał, a konsulowie robili co mogli, aby tylko nie przyjąć dowództwa w wojnie z Sertoriuszem. Już wówczas bowiem nazywano go nowym Hannibalem, oraz następcą Wiriatusa (przywódcy plemienia Luzytan, który toczył długie i wyczerpujące Rzymian walki w latach 147-139 p.n.e. i dla współczesnych był kimś w rodzaju hiszpańskiego Spartakusa).




Sertoriusz zachowywał się jak monarcha i nawet założył swój własny dwór - który posiadał zarówno rzymskie jak i barbarzyńskie cechy wspólne. Zasiadał na przykład na tronie przystrojonym skórami, a u jego boku przechadzała się biała łania cerynejska (ta, którą jego ludzie przywieźli z Wysp Kanaryjskich). Wierzył on mocno, że jest to ta sama łania, którą niegdyś ścigał Herkules po gaju Hesperyd i składając hołd bogini Dianie (Artemidzie), wyrażał Sertoriusz wdzięczność, że to właśnie on został obdarzony takim przywilejem (Sertoriusz był człowiekiem bardzo religijnym, jednocześnie interpretował on mity dosłownie - widząc w nich swoisty "odcisk bogów"). Choć stan wojny utrzymywał się od samego początku, to do Hiszpanii skierowano dopiero armię sędziwego już prokonsula - Kwintusa Cecyliusza Metellusa Piusa (79 r. p.n.e.). Mimo to Sertoriusz odnosił same zwycięstwa, rozbijając najpierw w bitwie nad rzeką Betis (dziś Gwadalkiwir) namiestnika Hiszpanii Ulterior - Lucjusza Fufidiusa (80 r. p.n.e.). Następnie przez kolejne trzy lata odcinał armię Metellusa Piusa, pozbawiając ją zaopatrzenia i zmuszając do odwrotów, tak, iż Metellus popadł wręcz w rozpacz i zaczął słać do Rzymu ponaglające listy z prośbą o natychmiastowe wsparcie. Ponieważ żaden z konsulów nie zamierzał pakować się na tak ciężki teren, jakim była wówczas Hiszpania (doskonale pamiętano bowiem długie, ciągnące się przez dziesięciolecia walki z Luzytanami i Celtyberami - których ostatecznie udało się ujarzmić dopiero po ciężkiej i krwawej wojnie w 133 r. p.n.e., po kapitulacji twierdzy Numancja), gdzie nie można było liczyć na szybkie zwycięstwo i tym samym łatwą sławę - przeto też rozpaczliwe prośby Metella Piusa trafiały w próżnię. Jednak po stłumieniu buntu Lepidusa przez siły Gnejusza Pompejusza, jego armia nie została rozwiązana i wciąż koczowała obozem pod Rzymem - zatem postanowiono to właśnie jego wysłać do Hiszpanii, jednocześnie pragnąc pozbyć się z Italii zarówno jego samego, jak i jego armii (pisałem już o tym że popularność Pompejusza w Rzymie wzrastała wówczas, gdy był on poza miastem, natomiast jeżeli przebywał w Rzymie, ta popularność jakby nieco... karlała). Powstała jednak drobna przeszkoda natury formalno-politycznej - Pompejusz nie był bowiem jeszcze konsulem, dlatego też nie można mu było przyznać wojskowej władzy prokonsularnej. Ale i z tego kłopotu wybrnięto dość łatwo (jak to się mówi: "dla chcącego nie ma nic trudnego"), a to za sprawą sędziwego już sullańczyka, człowieka posiadającego ogromne wpływy i cieszącego się powszechnym szacunkiem wśród reszty senatorów - Lucjusza Marcjusza Filipa, który stwierdził że młodemu Pompejuszowi (wówczas oni wszyscy - Cezar, Pompejusz, Cyceron, Katon Młodszy, Krassus - byli jeszcze młodzianami i choć większość z nich skończyła już dwadzieścia kilka lat, to jednak i tak była to wciąż młodzież, w porównaniu do niektórych sędziwych senatorów) należy przyznać nie tyle władzę prokonsularną, co władzę "zamiast" konsula ("Non proconsulem, nisi pro consule"). I tak właśnie się stało.


KWINTUS SERTORIUSZ
"KRÓL" HISZPANII



Choć Pompejusz dobrze przygotował się do prowadzenia działań wojennych, Hiszpania była jednak znacznie cięższym terenem walk, niż Italia czy Afryka (gdzie się wcześniej wsławił), szczególnie że miejscowa ludność była wrogo nastawiona do Rzymian i utrudniała skuteczne posuwanie się legionów do przodu, dokonujac częstych sabotaży na ich tyłach i szybko okazało się że zwycięstwo nie będzie wcale takie proste. Już w pierwszej bitwie z Pompejuszem pod Lauron (76 r. p.n.e.) Sertoriusz wykazał swoją wyższość, zmuszając Rzymian do odwrotu i zdobywając tę twierdzę (Pompejusz poniósł w tej bitwie dość duże straty w ludziach, stracił też całą paszę dla koni). Potem zaś Sertoriusz kpił z Pompejusza, mówiąc że na takiego "chłopaczka" nie potrzebuje nawet oręża, wystarczy mu sam bat. Wyśmiewał się także z Metellusa Piusa, nazywając go "starą kobietą", której sukni kurczowo trzyma się młody Pompejusz - niczym dziecko ssące matczyną pierś. Obie armie jednak operowały na dwóch odcinkach frontu - Pompejusz na wschodzie Hiszpanii, a Metellus Pius na zachodzie. Wkrótce potem (75 r. p.n.e.) Pompejusz dopadł wydzielone siły Sertoriusza - pod dowództwem jego oficerów Marka Perpenny i Herenniusza - pod Walencją i doszczętnie je rozbił (poległo ponoć ok. 10 000 żołnierzy Sertoriusza). Metellus Pius również wyszedł zwycięsko ze stacia pod Italiką (75 r. p.n.e.), gdzie pokonał kwestora Lucjusza Hirtulejusza. Dzięki tym zwycięstwom obaj wodzowie mogli uderzyć wspólnie na Sertoriusza i spróbować rozbić go w jednej, dużej bitwie, ale niestety, ludzka zawiść wzięła górę i zamiast sobie wzajemnie pomagać, postanowili konkurować o to, który pierwszy wbije głowę Sertoriusza na włócznię i wyśle ją do Rzymu. Tę dogodną sytuację postanowił wykorzystać Sertoriusz, dopadając Pompejusza nad rzeką Sucro (75 r. p.n.e.), gdzie zamierzał rozbić jego siły nim nadejdzie odsiecz Metellusa Piusa. Bitwa jednak nie została rozstrzygnięta, choć to wojska Sertoriusza wycofały się z pola walki (jednak Pompejusz w tej bitwie został poważnie ranny w rękę, choć sam swemu napastnikowi odciął dłoń - w której ten trzymał miecz). Sertoriusz wycofał się teraz do twierdzy Klunia (miasto nad rzeką Duero, na zachód od Numancji), gdzie wkrótce potem przybyli Pompejusz i Metellus Pius (75 r. p.n.e.). Niestety, nawet zjednoczeni nie byli w stanie ostatecznie pokonać Sertoriusza, który częstymi wypadami powodował duże straty w ich szeregach.




Mając doskonałe rozeznanie w terenie i pomoc ze strony miejscowych ludów, zdołał Sertoriusz wydostać się z okrążenia i wyjść na tyły wojsk rzymskich. Do kolejnego starcia doszło pod Saguntem, gdzie obaj wodzowie ponownie nie byli w stanie pokonać armii Sertoriusza (choć on sam również nie zdołał ich rozbić). Bitwa ponownie zakończyła się (niezwykle krwawym) remisem, ale ubytek żołnierzy i częsta utrata aprowizacji (w wyniku sabotażu) spowodowała, że armia rzymska - nie mogąc szybko zniszczyć przeciwnika - słabła z miesiąca na miesiąc. Doszło do tego, że Pompejusz musiał słać listy do Rzymu z prośbą o pomoc, deklarując, że jeśli nie zostanie mu ona udzielona, to będzie musiał z wojskami wycofać się do Italii, a w krok za nim podąży Sertoriusz, który - kto wie - może nawet zdobędzie wówczas Rzym. I rzeczywiście, takie plany zaczęły się pojawiać w obozie Sertoriusza, który sugerował nawet że należy przenieść działania wojenne do Italii i tam właśnie uderzyć Rzymian w samo serce. Przerażeni takim obrotem sprawy senatorowie, którzy nie chcieli powrotu Pompejusza z jego armią do Italii, a już w szczególności nie chcieli tutaj przybycia sił Sertoriusza, uchwalili nowy pobór rekruta i wysłanie tych wojsk jako wsparcie Pompejuszowi do Hiszpanii (74 r. p.n.e.). Sytuacja wcale nie była sprzyjająca, bowiem w tym samym czasie w Rzymie zapanował głód, spowodowany odcięciem dostaw zboża z Egiptu przez cylicyjskich piratów, a poza tym były już zalążki kryzysu finansów publicznych (czyli po prostu zaczęło brakować kasy w budżecie). Poza tym na Wschodzie wybuchła nowa wojna z władcą Pontu, królem Mitrydatesem VI, a już wkrótce miała spaść na Italię kolejna plaga, w postaci zbuntowanych gladiatorów ze szkoły Kwintusa Lentulusa Batiatusa z Kapui, którzy rozplenili się niczym szarańcza po całym kraju, dokonując licznych rozbojów i zniszczeń. Zatem Pompejusz nie mógł dostać tylu żołnierzy, ilu oczekiwał (inna sprawa że przeciwko niemu w Senacie działał Lucjusz Licyniusz Lukullus - który uważał Pompejusza za swego osobistego wroga). Oczywiście Sertoriusz także przeceniał swoje możliwości - nie był on bowiem wówczas zdolny do przerzucenia wojsk do Italii i zagrożenia Rzymowi (i zapewne zdawał sobie z tego sprawę, a wspominając o ataku na Rzym, stosował swoistą socjotechnikę, mającą utrzymać wolę walki i wierność Hiszpanów u jego boku). Coraz bardziej też oddawał się modlitwie (przy czym modlił się również do swojej białej łani, którą traktował jak uosobienie bogini Diany), a nawet obserwował swoją łanię - dokąd chodziła, jak długo jej nie było i kiedy do niego wracała. A gdy wracała, wpadał w zachwyt i twierdził że bogowie jednak mu sprzyjają.




Inna sprawa że Sertoriusz zaczął popadać w paranoję, widząc wszędzie wokół siebie zdrajców. W ten sposób skazał na śmierć wielu Rzymian, którzy wcześniej przysięgali mu wierność, ale teraz uznał że jednak spiskują przeciw niemu (nie do końca te zarzuty były bezpodstawne, jako że rzymskim oficerom bardzo nie podobało się bratanie Sertoriusza z tubylcami i wynoszenie ich do tej samej pozycji, jaką w prowincjach mieli Rzymianie. Poza tym swoje musieli zrobić również i agencji Pompejusza, których zadaniem było podsycanie konflików wśród stronników Sertoriusza i wzajemne poróżnianie Rzymian z Hiszpanami. Być może więc działania Sertoriusza nie były tak całkiem bezpodstawne i paranoidalne). Udało się jednak Sertoriuszowi obronić Hiszpanię i zmusić siły Pompejusza oraz Metellusa Piusa do wycofania się do innych prowincji (chodzi głównie o Galię Narbońską, czyli dzisiejszą Prowansję) z powodu odcięcia ich armii od aprowizacji. I gdy już wydawało się że Rzymianie tej wojny jednak nie wygrają (rok 73 p.n.e. upłynął w Hiszpanii pod znakiem triumfu Sertoriusza, podczas gdy Italia oraz Rzym przeżywały w tym czasie ostry kryzys - spowodowany po pierwsze: brakiem zboża - dostawy z Egiptu a nawet z Afryki zostały skutecznie odcięte przez piratów, co doprowadziło do tego, że konsulowie Marek Terencjusz Warron i Gajusz Kasjusz Longinus musieli przyznać sobie prawo pierwokupu nadwyżki zboża z Sycylii po zaniżonych cenach, które następnie sprzedano po jeszcze niższych cenach wśród obywateli Rzymu, aby tym samym nie doszło do buntu plebsu. Po drugie: toczyła się wojna z Mitrydatesem pontyjskim w Azji Mniejszej, a po trzecie: wybuchło powstanie Spartakusa, które szybko rozszerzyło się na całą południową, a następnie północną Italię). Mimo to, wydarzyło się coś niespodziewanego. Oto bowiem Marek Perpenna - dotąd wierny stronnik Sertoriusza, napadł na niego podczas uczty i pozbawił go życia, po czym sam przejął dowództwo powstania (72 r. p.n.e.). Perpenna z pewnością został do takiego kroku namówiony przez ludzi Pompejusza (choć oczywiście polegało to jedynie na podpuszczeniu go do takiego kroku, gdyż Perpenna nie zamierzał poddawać się Pompejuszowi), skoro bowiem nie można było zwyciężyć Sertoriusza w bitwie, należało zgładzić go w inny sposób - poprzez np. zdradę zaufanego człowieka, którego potem już będzie można znacznie łatwiej pokonać (jak pisze Plutrch: "Perpenna podjął dzieło zabitego na bazie tych samych sił i środków, nie mając jednak równego mu rozumu w ich stosowaniu"). Wkrótce potem (71 r. p.n.e.) Gnejusz Pompejusz wydał mu bitwę, która zakończyła się ostateczną klęską hiszpańskich bojowników, a sam Perpenna trafił do niewoli, po czym (z rozkazu Pompejusza) został zgładzony.




Gdy rozwiązano wreszcie sprawę hiszpańskiego buntu (po ośmiu latach krwawej wojny - swoją drogą walki w Hiszpanii trwały prawie tyle samo co późniejsze walki w Galii, toczone przez Juliusza Cezara w latach 58-51 p.n.e.), należało teraz czym prędzej (oczywiście po wcześniejszym przywróceniu ładu i porządku w obu hiszpańskich prowincjach: Hiszpanii Dalszej [Ulterior] i Hiszpanii Bliższej [Citerior]) wracać do Italii, gdzie Marek Licyniusz Krassus nie radził sobie z buntem niewolników, walczących pod przywództwem pewnego trackiego gladiatora o imieniu Spartakus. Warto też pokrótce zastanowić się jak w ogóle do tego doszło, że niewolnicy ośmielili się wystapić przeciwko nam - ale o tym opowiem już w kolejnej części.






CDN.
 

ZAPRZAŃSTWO JAKICH MAŁO! - Cz. VII

CZYLI HISTORYCZNA REFLEKSJA JAKO MEMENTO DLA WSPÓŁCZESNOŚCI POWSTANIE i WOJNA Cz. VII WŁADYSŁAW IV W MŁODOŚCI  Poselstwo na którego czele st...