WYŚWIETLENIA

11 marca 2026

MEMORIAM - Cz. XV

TAK PRZEMIJA
SŁAWA ŚWIATA





SULLANUM REGNUM




W latach 82-80 p.n.e. Lucjusz Korneliusz Sulla rozbił całą opozycję i opanował wszystkie ziemie w których dotąd schronili się jego polityczni przeciwnicy. W pierwszej połowie roku (82 p.n.e). legat Sulli - Lucjusz Filip zajął Sardynię i pokonał tam zwolennika popularów, pretora - Kwintusa Antoniusza. Do Hiszpanii wysłany został Gajusz Anniusz, który dość szybko (jeszcze w tym samym 82 r. p.n.e.) zajął cały kraj i wypędził stamtąd jednego z najlepszych oficerów armii Gajusza Mariusza - Kwintusa Sertoriusza (wsławionego w wojnach z Cymbrami i Italikami). W roku następnym zdobyta została Sycylia, stanowiąca dotąd największe centrum oparcia dla wygnanych popularów. Zarządca Sycylii - pretor Marek Perperna, utworzył tam centrum mobilizacyjne dla wojsk, które ponownie miały dokonać inwazji na Italię i odbić Rzym z rąk Sulli i jego stronników. Do Perperny dołączył zarówno zbiegły z Rzymu konsul Gnejusz Papiriusz Karbon, jak i Marek Juniusz Brutus (który jednak wpadł w pułapkę pod Lilibaeum w zachodniej Sycylii i aby uniknąć niewoli, popełnił samobójstwo). Sulla skierował na Sycylię Gnejusza Pompejusza, który z 30 000 armią przeprawił się tam i bez walki opanował wyspę (gdyż Perperna pospiesznie wycofał się przed nim do Afryki). Nie wszyscy jednak mieli tyle szczęścia i do niewoli Pompejusza wpadli zarówno Karbon jak i Kwintus Waleriusz. Ten ostatni był znanym w Rzymie uczonym, historykiem i poetą - mimo to Pompejusz obu ich skazał na śmierć (ponoć Karbon rozpłakał się przed egzekucją, a Waleriusza do ostatka Pompejusz zwodził, wdając się z nim nawet w dysputy literackie, póki ostatecznie nie oddał go w ręce kata). Po zdobyciu Sycylii pozostawała jeszcze Afryka, która teraz stanowiła ostatni już bastion oporu zbiegłych mariańczyków. Tam dowodził Gnejusz Domicjusz Ahenobarbus (odległy przodek późniejszego cesarza Nerona). Zgromadził on tam znaczne siły (głównie dzięki weteranom Mariusza z założonych przez niego w Afryce kolonii), wsparte jeszcze kontyngentami sycylijskimi Perperny i posiłkami przysłanymi przez króla Numidii - Hiarbasa, który wcześniej zdetronizował swego brata Hiempsala, zmuszając go do ucieczki z kraju. Pompejusz dokonał szybkiej inwazji na Afrykę (druga połowa 81 r. p.n.e.), dysponując 120 okrętami wojennymi i 800 statkami transportowymi, obładowanymi żywnością i bronią (najważniejsza na wojnie jest logistyka). Najpierw zajął Utykę, potem ruiny dawnej Kartaginy i tutaj na jakiś czas musiał się zatrzymać, ponieważ żołnierzy ogarnęła prawdziwa "gorączka złota".

Otóż okazało się, że w czasie obsadzania terenu, jacyś żołnierze natknęli się na zakopany w ziemi skarb, a wiadomość o tym bardzo szybko rozeszła się i wkrótce cała armia Pompejusza nie robiła niczego innego, jak tylko rozkopywała ziemię w poszukiwaniu zakopanych tam - jak sądzono - skarbów z płonącej Kartaginy. Niczego jednak więcej nie znaleziono i wojsko ruszyło w dalszą drogę. W jakiś czas potem doszło do bitwy (80 r. p.n.e.) z siłami Domicjusza Ahenobarbusa i Perperny, która to toczyła się w strugach rzęsistego deszczu i była ponoć niezwykle krwawa. Sam Pompejusz zmuszony został walczyć z bronią w ręku wśród swych żołnierzy (dla niepoznaki, aby nie można było rozpoznać że jest wodzem - ściągnął swój hełm i walczył z gołą głową). Bitwa zakończyła się całkowitym zwycięstwem armii Pompejusza i zdobyciem obozu popularów. Zginęło wielu żołnierzy przeciwnika, w tym sam Ahenobarbus (Perperna zdołał uciec). Następnie Pompejusz ukarał kilka miast i kolonii - wiernych dotąd popularom - i wkroczył do Numidii, gdzie obalił Hiarbasa i przywrócił na tron Hiempsala - zawierając z nim traktat korzystny dla Rzymu. W przeciągu 40 dni od swego zwycięstwa nad Ahenobarbusem i Perperną, w wieku 25 lat, stał się Pompejusz panem ogromnych terenów, obejmujących zarówno całą prowincję Afrykę, zależną od Rzymu Numidię, oraz Sycylię (którą w czasie nieobecności Pompejusza zarządzał Gajusz Memmiusz). Pompejusz uważał też, że przed potęgą Rzymu powinni drżeć nie tylko jego wrogowie, ale również okoliczne zwierzęta i po zakończeniu działań wojennych urządził wielkie polowania na lwy i słonie. Gdy zaś powrócił już do Utyki, otrzymał rozkaz Sulli, który nakazywał mu rozwiązanie wojska (prócz jednego legionu) i oczekiwanie na przyjazd swego zastępcy, który wkrótce miał przybyć z Rzymu. Sulla, który wielokrotnie bardzo cenił Pompejusza i wychwalał jego geniusz, nazywając (ku zazdrości innych wodzów) "imperatorem", chyba ostatecznie zaczął obawiać się wzrastającej popularności tego młodego człowieka, a sam fakt, że Pompejusz w tak młodym wieku został przez wojsko okrzyknięty "Wielkim" - również dawało Sulli sporo do myślenia.




Rozkaz Sulli osobiście bardzo dotknął Pompejusza, choć jednocześnie starał się tego nie okazywać i polecił żołnierzom podporządkować się rozkazom dyktatora. Wojsko jednak odmówiło wykonania rozkazu, a tyle przekleństw, jakie wówczas padły w kierunku Sulli, próżno było wcześniej szukać wśród wiernych mu wojsk. Ostatecznie Pompejusz musiał zagrozić odebraniem sobie życia, jeśli żołnierze nie posłuchają rozkazu i wówczas dopiero wojsko podporządkowało się jego poleceniom. Gdy więc przybył kolejny namiestnik, Pompejusz zdał mu dowództwo i przez Sycylię powrócił do Rzymu, gdzie jednocześnie wystąpił przed Senatem o prawo przyznania mu triumfu za zwycięstwa na Sycylii i w Afryce. Sulla co prawda powitał go z radością i nawet użył słowa "Magnus", nakazując też by stał się on odtąd oficjalnym przydomkiem Pompejusza (a wcześniej tylko dwóch Rzymian nosiło przydomek "Wielki". Pierwszym był Publiusz Waleriusz który w 449 r. p.n.e. ułagodził gniew ludu - zwany Drugą Secesją Plebejuszy na Świętą Górę, która miała miejsce w 45 lat po Pierwszej Secesji. Konflikt ten wybuchł z miłości pewnego patrycjusza - Appiusza Klaudiusza do plebejskiej dziewczyny o imieniu - Wirginia, a owocem tej tragicznie zakończonej, nieszczęśliwej miłości, było pierwsze spisanie rzymskiego prawa, przez specjalnie w tej kwestii wybraną komisję decemwirów, które to prawo wcześniej obowiązywało jedynie w formie tradycji ustnej i przez to było wielokrotnie łamane na niekorzyść plebejuszy. Drugim zaś, któremu Senat i lud nadali przydomek "Magnus", był niejaki Fabiusz Rullus. Pełniąc urząd cenzora w 304 r. p.n.e. oczyścił on Senat z wyzwoleńców, którzy znacznie się wzbogaciwszy, kupowali sobie głosy wyborcze). Sulla jednak nie wyraził zgody na odbycie triumfu przez Pompejusza, tłumacząc to tym, że prawo do triumfu mają jedynie konsulowie lub pretorzy, natomiast Pompejusz nie sprawował wówczas żadnego z tych urzędów. Powoływał się też na przykład historyczny, mówiąc że przecież sam Korneliusz Scypion Afrykański po swych zwycięstwach w Hiszpanii nad braćmi Hannibala, nie mógł odbyć triumfu, choć osiągnięcia jego - jak twierdził Sulla - były bez porównania większe niźli Pompejusza w Afryce. Poza tym Pompejusz to jeszcze "szczeniak". Jakby więc to wyglądało, gdyby pozwolił takiemu młokosowi na prawo triumfu, podczas gdy wiek nie upoważniał go nawet do wejścia do Senatu.




Takie postawienie sprawy bardzo wzburzyło Pompejusza, który twierdził że w Afryce osobiście przelewał krew, walcząc dla swego wodza, a ten zupełnie tego nie docenia. Podczas jednego z oficjalnych przyjęć pozwolił sobie Pompejusz nawet na pewne śmiałe porównanie, twierdząc że większa liczba ludzi czci słońce wschodzące, a nie zachodzące. Był to bezpośredni policzek wymierzony Sulli, gdyż to właśnie on miał być owym "zachodzącym słońcem". Gdy zaś dyktator usłyszał te słowa, wielce wzburzony krzyknął bezosobowo w kierunku Pompejusza: "Niech więc triumfuje, skoro taki śmiały!" Pompejusz postawił na szali wszystko co miał (zapewne także i swoje życie) i zwyciężył, Sulla ostatecznie przyznał mu prawo do triumfu, ale jednocześnie powstał kolejny problem. Zaczęły napływać skargi innych wodzów Sulli, którzy protestowali przeciwko przyznaniu Pompejuszowi takiego wyróżnienia - jako powód przytaczając właśnie jego młody wiek. Ten jednak nic sobie z tego nie robił, mając zgodę Sulli, zamierzał uczynić swój triumf jeszcze wspanialszym, ku własnej chwale i na pohybel wszelkim malkontentom. Prawdziwą furię wywołał, gdy stwierdził że jego rydwan będzie ciągnięty nie przez konie - jak to było dotychczas - a właśnie przez, sprowadzone z Afryki w sporych ilościach słonie. Niestety, pojawił się problem natury technicznej. Oto bowiem brama wjazdowa do Rzymu, którą miał jechać Pompejusz, była zbyt wąska, aby pomieścić tak duże zwierzęta idące w parach. Musiano więc zarzucić koncepcję zaprzęgnięcia do rydwanu słoni i powrócono do koni. Triumf się odbył, a sława Pompejusza jaśniała coraz bardziej. Teraz, gdy całe Imperium było już w rękach Sulli i jego zwolenników (optymatów), a niedobitki popularów ukrywały się gdzieś po afrykańskich pustyniach (jak Sertoriusz czy Perperna), lub starały się przeżyć z dala od Rzymu po italskich wioskach - głodni, zarośnięci i pozbawieni nadziei - nie mieli szans w obecnych warunkach odbudować swych sił. Wielu też wpadało podczas ucieczki (jak choćby były konsul z roku 83 p.n.e. - Gajusz Norbanus, rozpoznany i schwytany na Rodos, który, aby uniknąć śmierci z rąk swych wrogów, sam popełnił samobójstwo. Inny zaś - Mutullus - przedostał się do Rzymu, pragnąc wrócić do rodziny, lecz jego żona - Bastia, kazała zaryglować wejście i tym samym uniemożliwiła mu powrót, obawiając się że kara śmierci dotknie za to całą rodzinę, a szczególnie dzieci. Zrozpaczony Mutullus popełnił samobójstwo u drzwi własnego domu). W rękach optymatów były teraz wszystkie prowincje: Sycylia, Korsyka i Sardynia, obie Hiszpanie (Bliższa i Dalsza), Afryka, Galia Zaalpejska i Galia Przedalpejska, oraz Macedonia, Azja i Cylicja - a Sulla jako dyktator, był panem życia i śmierci wszystkich obywateli Imperium.

Warto tutaj raz jeszcze podsumować nowy ustrój, jaki zaprowadził Sulla po zajęciu Rzymu (w 82 r. p.n.e.). Otóż, była to tzw.: "Druga Restauracja" rządów Senatu, zwana również "dyktaturą nobilitas" (pierwsza restauracja miała miejsce tuż po obaleniu reform Gajusza Semproniusza Grakcha w 121 r. p.n.e. i trwała do 87 r. p.n.e.). Opierała się ona (szczególnie ta druga dyktatura Senatu, trwająca aż dwanaście lat) na dominacji Senatu, przy czym kolejni senatorowie (w liczbie 600) mieli zostać uzupełniani nie poprzez opinię cenzorów - jak dotychczas - lecz w wyniku samoistnej kooptacji. Urząd cenzora (choć nie został zniesiony), przestał realnie funkcjonować, podobnie jak urząd trybuna ludowego - który automatycznie zamykał wszelką dalszą karierę polityczną. Sądownictwo zostało odebrane ekwitom i ponownie powierzone nobilitas (tym samym naruszono zasadę rozdziału władzy prawodawczej i sądowniczej), a jednocześnie podzielono sądy na poszczególne komisje sądowe, odpowiedzialne za określone przestępstwa (np. o obrazę majestatu, o kradzież, o przekroczenie władzy, o okradanie państwa, o gwałt, o morderstwo, o mężobójstwo - które to było traktowane specjalnie i wydzielone z komisji zajmującej się sprawami morderstw - już zresztą Katon Starszy twierdził, że mężczyzna, jeśli tylko zastanie swą małżonkę na zdradzie, ma prawo zabić obu kochanków na miejscu, natomiast żona nie może tego uczynić mężowi, gdyż nie tylko nie jest do tego zdolna fizycznie, ale i nie ma też takiego prawa). Ekwitom odebrano jeszcze prawo dzierżawy dochodów z prowincji (na czym zarabiali krocie) i zastąpiono je normalnym podatkiem publicznym (co było prawdziwym fiskalnym błogosławieństwem dla brutalnie łupionych prowincji). Władza wojenna została oddzielona od cywilnej, a konsulowie zostali realnie pozbawieni prawa dowodzenia armią w prowincji - zaś dopiero po zakończeniu swojej kadencji, gdy otrzymali swoje prowincje, to jako prokonsulowie lub propretorzy mogli dowodzić tamtejszymi wojskami. Konsulat można było ponownie piastować po upływie dziesięciu lat od ostatniego (czym wracano do pierwotnej tradycji, dawno już zresztą zapomnianej i często nieprzestrzeganej). Wzrosła też liczba pretorów (urzędników sądowych) z dwóch do ośmiu, zaś Trybunat Ludowy stał się wydmuszką, pozbawioną realnej władzy i prawa wnoszenia jakichkolwiek ustaw pod głosowanie ludowe, bez zgody Senatu. Była to więc całkowita dominacja arystokracji senatorskiej i nawet prawo darmowego przydziału zboża dla ludu zostało mu odebrane (Sulla twierdził że to karmienie "nierobów", kosztem ciężko pracującej ludności prowincji - która to właśnie składała się na chleb dla ubogich Rzymian, a ponieważ Sulla sam doświadczył w młodości wiele biedy - uważał że tylko ciężka praca kształtuje charakter i wyrabia w człowieku męstwo) i tak to trwało przez lata (aż do roku 70 p.n.e.), do czasów konsulatu Pompejusza i Marka Licyniusza Krassusa, kiedy to wreszcie zniesiono "dyktaturę nobilitas", przywracając wcześniejszy ustrój grakchański.




Sulla był dyktatorem, którego jedno słowo mogło oznaczać czyjeś życie lub czyjąś śmierć. Miał wielką władzę i opływał w dostatki, ale... co ciekawe, nie zamierzał utrzymywać jej w nieskończoność. Był bowiem zwolennikiem legalizmu i wiedział że jego władza ma charakter jedynie tymczasowy, gdyż został on powołany dla potrzeby chwili - czyli przywrócenia porządku i bezpieczeństwa w Republice. Nie zawsze jednak bywał konsekwentny w tym co czynił. Wprowadził bowiem podatek od zbytku i zakazał urządzania wystawnych przyjęć, oraz noszenia kolorowych ubrań (to prawo "przeciwko zbytkowi" było w dziejach Rzymskiej Republiki wielokrotnie wprowadzane i odwoływane). Natomiast jego stronnicy opływali w bogactwa i majętności, zagrabione (lub kupione za bezcen) w wyniku wojny domowej (sama żona Sulli - Cecylia Metella, była właścicielką kilkunastu lub nawet kilkudziesięciu rzymskich kamienic), natomiast Sulla rzeczywiście żył dość skromnie. Wszystko co było mu potrzebne - miał przy sobie, więcej dla siebie nie pragnął. Ale łamał też swój zakaz urządzania wystawnych przyjęć, gdyż lubił się dobrze zabawić w otoczeniu przyjaciół i swoich zwolenników. Podczas jednego z takich bankietów (80 r. p.n.e.), urządzonego po złożeniu publicznej ofiary na cześć Herkulesa z dziesiątej części jego majątku - Sulla urządził dla rzymskiego ludu wspaniałe przyjęcie, podczas którego każdy mógł jeść i pić ile tylko zechciał (wielu zaś nie było w stanie przejeść tego, co tam serwowano i jeszcze kilka dni po uczcie część pozostawionych potraw musiano wyrzucać do Tybru - bo nikt nie chciał już ich zabrać). Wina dla ludu serwowano najdostojniejsze i najwykwintniejsze jakie tylko były (ponoć nawet czterdziestoletnie i starsze). Sulla opływał w dostatek i szczęście (nie na darmo kazał sobie dodać przydomek "Felix" - "Szczęśliwy"). Sulla Szczęśliwy, jego żona i dzieci (jakie miał z Cecylią Metellą) także były szczęśliwe, co sugerowały ich imiona: Faustus i Fausta (oboje byli bliźniakami). Wojna domowa została wygrana, wrogowie rozbici i unieszkodliwieni, państwo wracało do stabilizacji, a rodzina Sulli - czując silne poparcie wojska i 10 000 osobistych niewolników, jakich Sulla odebrał proskrybowanym popularom i uczynił z nich swoją osobistą ochronę - mogła spokojnie patrzeć w przyszłość, nawet po ewentualnym zrzeczeniu się dyktatorskiej władzy przez Sullę. Niestety - jak to w życiu - nie wszystko ułożyło się szczęśliwie.




W tym samym roku (80 p.n.e.) młoda Cecylia Metella poważnie zapadła na zdrowiu i wkrótce okazało się że jej dni życia są policzone. Sulla kochał żonę i chciał być przy jej łóżku, ale kapłani kategorycznie mu tego wzbraniali, twierdząc że uświęcony prawem dyktator, nie może splamić swego imienia żadną żałobą. Zabraniano mu więc wstępu do własnej sypialni i do możliwości pożegnania się z umierającą żoną, a zrozpaczony Sulla - słuchając podszeptów - wreszcie wysłał jej list rozwodowy (aby w chwili jej śmierci nie stać się żałobnikiem) i natychmiast wyniesiono ją z jego domu, przenosząc do innego. Wkrótce potem przyszła do niego wiadomość o śmierci Cecylii Metelli, co spowodowało że swój smutek topił w winie, upijając się do żywego. Gdzie się podziali bogowie, którym przez lata oddawał cześć i którzy czynili go zwycięzcą (a należy pamiętać że Korneliusz Sulla była bardzo zabobonny, nosił przy sobie różne talizmany oraz małe figurki bogów, których uważał za swych patronów). Teraz ci sami bogowie odebrali mu żonę, a on już nie wyglądał na szczęśliwego. Przez kolejne miesiące pił i oglądał występy aktorów lub błaznów, starając się zagłuszyć narastający ból. Aż pewnego razu - podczas igrzysk gladiatorskich - obok niego siadła młoda dziewczyna. W pewnym momencie sięgnęła ręką i wyciągnęła z jego togi nitkę, po czym - na pytanie, dlaczego to zrobiła - rzekła: "Bez powodu panie. Chciałam tylko zabrać ze sobą odrobinę twojego szczęścia", po czym odeszła. Miała na imię Waleria i była córką Marka Waleriusza Messalli Nigra, oraz rozwódką - niedawno rozstała się ze swym mężem. Sulla był pod wrażeniem tej kobiety i kazał się o niej wszystkiego dowiedzieć, po czym zaczął z nią korespondować listownie, wymieniając się miłosnymi wyznaniami. Ostatecznie pojął ją za żonę i Waleria - po śmierci Cecylii Metelli - zajęła miejsce nowej pierwszej damy Rzymu. Nie wiadomo jakie były powody, którymi kierowała się Waleria, aby wyjść za rzymskiego dyktatora (tym bardziej że mogłaby być nie tylko jego córką, ale jak niektórzy historycy twierdzą - również i wnuczką), wiadomo natomiast co Sullę pchnęło ku niej. Jej uroda, gibkie, młode ciało i delikatność. Poza tym Waleria mówiła mu to, co pragnął usłyszeć i zachowywała się tak, jak przystało na cnotliwą i wierną żonę (natomiast Sulla, nawet po ślubie, nie zrezygnował ze swych miłostek z aktorkami i niewolnicami).




Takie życie coraz bardziej podobało się dyktatorowi i ostatecznie postanowił on zrezygnować z dyktatorskiej władzy (79 r. p.n.e.) i udać się na odpoczynek do swej wiejskiej posiadłości w Kampanii, gdzie delektował się słońcem, łowieniem ryb w słomkowym kapeluszu, miłością swej nowej żony, a od czasu do czasu występami aktorskimi. Czasami też urozmaicał sobie wiejskie życie przelotnymi miłostkami z tancerkami i sprowadzanymi specjalnie dla niego prostytutkami - ale czynił tak już znacznie rzadziej niż wcześniej. Składając dyktatorską władzę, stwierdził że pragnie żyć teraz jak zwykły obywatel i za takiego chce też być uważany, a to oznacza że jeśli ktoś ma do niego żal za decyzje podjęte w czasie jego rządów, może mu nawet wytoczyć sprawę przed sądem. Nikt się jednak nie ośmielił poważyć na taki krok, choć niejeden miał żal do Sulli za krwawe proskrypcje, wywłaszczenia, drakońskie podatki, zniesienie darmowego przydziału zboża dla najuboższych Rzymian czy też po prostu - za wprowadzanie na jego polecenie prawa, którego on sam często nie przestrzegał. Być może odstraszała ewentualnych oskarżycieli (jak również zamachowców) obawa konfrontacji z owymi 10 000 prywatnych ochroniarzy Sulli, gdyż - mimo że stał się teraz "zwykłym obywatelem" - to jednak wciąż rządzili ludzie z jego nadania, weterani zaś byli gotowi powstać na jedno jego skinienie ręki (co ciekawe, zaczęło im się już nudzić życie na wsi - na zagrabionej prawowitym właścicielom ziemi, którą ofiarował im Sulla w nagrodę - a wiele gospodarstw doprowadzili do ruiny, nie odnajdując się w wiejskim życiu rolnika i tylko czekali gdy ich wódz wezwie ich ponownie, by mogli w jakiś inny sposób zdobyć bogactwo). Nikt więc się nie odważył wystąpić przeciwko Sulli, ani nawet spróbować dokonać zamachu na jego życie. Pewnego jednak dnia, Sulla udał się w słomkowym kapleuszu na ryby, a gdy długo nie wracał, zaczęto go szukać. Znaleziono martwego (78 r. p.n.e.) choć nie było na ciele żadnych ran, zaczęto podejrzewać otrucie. Ale gdy okazało się że posiłki osobiście kontrolowała Waleria przed podaniem ich mężowi, wykluczono i tę hipotezę (chyba że młodej kobiecie przestało się podobać życie u boku starca - ale to tylko spekulacje, a może - co już zakrawa o zupełne spiskowe teorie - była ona swoistym myślicielem popularów, celowo wystawionym w pobliżu Sulli aby zawrócić mu w głowie, rozkochać go w sobie i poślubić, a potem otruć. W końcu kto by podejrzewał małżonkę, która nie odstępowała swego męża na krok i zawsze była dla niego wsparciem). 

Prawdopodobnie więc powodem jego śmierci były wrzody, które niemiłosiernie go trapiły, a szczególnie w ostatnich miesiącach życia. Jego szaty i włosy codziennie były pełne zgnilizny i cuchnących wydzielin, tak, iż służba nie nadążała z czyszczeniem łaźni (gorące kąpiele pomagały tylko na krótki czas). Robactwo wręcz się z niego wysypywało, szczególnie we włosach miał mnóstwo wszy i gnid, których ciążko było się pozbyć. Poza tym - zaczął cuchnąć i to tak bardzo, że trudno było przy nim wytrzymać (czyżby więc Waleria przyspieszyła nieco jego zgon?). W ostatnich tygodniach, a szczególnie w ostatnich dniach przed swoją śmiercią, Sulla skończył pisać "Wspomnienia", w których powiadał (na dwa dni przed śmiercią) że przyśnił mu się jego syn - zmarły jako chłopiec jeszcze przed śmiercią swej matki Cecylii Metelli - który, przyodziany w nędzny strój, prosił ojca aby porzucił już to życie i poszedł z nim do matki, by odtąd wieść niezmącony spokój. Tak oto, w wieku 60 lat zakończył życie człowiek, który gdyby zmarł cztery lata wcześniej (przed 82 r. p.n.e.) przeszedłby do historii jako jeden z największych rzymskich mężów stanu, polityków i wodzów. Krwawe proskrypcje, rabunek i nieszczęście jakie sprowadził on na Rzym - kładą się niestety ujmą na jego życiorysie. Oby tylko bogowie potrafili przebaczyć mu jego zbrodnie, bo doprawdy, do dziś jeszcze żyją ludzie, którzy przeklinają czasy dyktatorskich rządów Lucjusza Korneliusza Sulli.


TUTAJ POKAZANA JEST SCENA ŚMIERCI SULLI - KTÓRA OCZYWIŚCIE NIGDY NIE MIAŁA MIEJSCA W TAKI SPOSÓB. ALE UKAZANY JEST TEŻ TU WĄTEK KONFLIKTU Z POMPEJUSZEM, GDYŻ SULLA ZMIENIŁ O NIM SWE ZDANIE I Z WCZEŚNIEJ STAWIANEGO ZA WZÓR, OSTATECZNIE - JAKO JEDYNY Z WODZÓW SULLI - ZOSTANIE POMPEJUSZ POZBAWIONY JAKIEGOKOLWIEK ZAPISU W TESTAMENCIE DYKTATORA



Trzydzieści lat później (49 r. p.n.e.) przekraczający Rubikon Cezar, stwierdził że Sulla był głupcem, skoro zrezygnował z władzy jaką zdobył, by odtąd żyć jak zwykły obywatel. Pięć lat później, ów Cezar leżał zamordowany w senacie, u stóp posągu Pompejusza Wielkiego. Tak oto przemija sława świata - można by dodać na zakończenie (wielkość tak jak małość lub nijakość tonie w rzygowinach i krwi)



CDN.

10 marca 2026

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XX

FILARY SPOŁECZNEGO 
ROZWOJU LUDZKOŚCI 
I METODY PATOLOGIZACJI 
NA PRZESTRZENI WIEKÓW





TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI:
Cz. XVII



SŁOWIANIE I CELTOWIE
Cz. XVII






PIERWSZE EUROPEJSKIE CYWILIZACJE:
SŁOWIANIE
(CYWILIZACJA FILISTYŃSKA)
(ok. 1200 r. p.n.e. - 925 r. p.n.e.)
Cz. V



FILISTEA
CZASY EKSPANSJI
(ok. 1100 - 925 r. p.n.e.)
Cz. IV



SAMUEL, SAUL i WOJNA O ARKĘ PRZYMIERZA
(1050 - 1042 r. p.n.e.)


Przyszły sędzia Samuel miał się urodzić w rodzinie niejakiego Elkany (Alkanesa) z plemienia Efraima z miasta Ramataim. Miał on dwie żony - Annę i Fenannę, a Samuel był dzieckiem tej pierwszej kobiety, która ponoć miała być bezpłodna, ale modląc się gorliwie w przybytku świątynnym boga Jahwe w Szilo, zaszła wreszcie w ciążę i urodziła synka. Rodzice poświęcili Samuela Bogu, a on sam w młodym wieku złożył śluby nazireatu (czyli wstąpił do sekty religijnej nazirejczyków, którzy m.in. ślubowali nie strzyc sobie włosów) podobnie jak wcześniej uczynił tak sędzia Samson. Samuel trafił pod opiekę kapłana Helego i uczył się w Szilo posługi kapłańskiej, ale z biegiem lat jego działalność zaczęła nabierać cech coraz bardziej profetycznych a on sam zaczął jawić się nie jako kapłan, a prorok ("nawi" lub też "ro'e" - czyli "widzący"). Prorocy byli wyjątkowo niebezpieczną grupą ludzi, gdyż jawnie mogli krytykować przywódców plemiennych, jako że przez ich usta miał przemawiać sam Jahwe. Samuel powrócił do Ramataim gdzie zaczął pełnić funkcję proroka (zwano ich też "dziećmi Izraela") a za swoją działalność pobierał wynagrodzenie i dopiero gdy jego sława wyszła poza mury rodzinnego miasta, a on sam zdobył szacunek poprzez swoje przepowiednie, zaczął otwarcie namawiać Izraelitów do wytępienia plemienia Amalekitów z Południa - spokrewnionych z Edomitami. Samuel jednak - pomimo jego rosnącej pozycji w religijno-politycznej hierarchii ludu Izraela - nie mógł zająć miejsca kapłana Helego, gdyż kapłaństwo dziedziczono w ramach jednej rodziny, wywodzącej się od Aarona (brata Mojżesza) i jego dwóch synów Eleazara i Itamara. Heli zaś był pierwszym kapłanem wywodzącym się z młodszej linii kapłańskiej (z rodu Itamara), a stało się tak, gdy ród Eleazara już wymarł (po nim kapłaństwo sprawował jego syn Finees, następnie Abiezer, potem Bokki i Ozis - ostatni z rodu Eleazara). Wtedy to właśnie na plemię Izraela spadła dotkliwa klęska, która doprowadziła do śmierci kapłana Helego oraz do potwierdzenia dominacji, jaką w Kanaanie posiadali Filistyni.

Oto bowiem (czy to pod wpływem kapłana Helego, czy też zjednoczeniowych apeli Samuela) większość plemion Izraela (ponoć nawet wszystkie dwanaście, co wydaje się mocno naciągane i nieprawdziwe) zjednoczyło się we wspólnej walce z dominacją filistyńsko-danicką (plemię Dan-Danuna - Dnynw) pod przewodnictwem miast Ekron i Aszdod. Doszło do wojny, której wynikiem była bitwa pod Afek (Eben-Ezer), miejscowości leżącej na północ od Ramataim - (rodzinnego miasta proroka Samuela) ok. 1050 r. p.n.e. która zakończyła się całkowitą klęską i pogromem plemion Izraela (w poprzedniej części napisałem że była to bitwa pod Mizpą, co wydaje się błędne, jako że prawdopodobnie pod Mizpą odbyła się kolejna bitwa, a pomyłka wzięła się stąd, że miasto Eben-Ezer jest różnie identyfikowane w Starym Testamencie: raz w okolicach Afek [1 Sm. 4] a raz w okolicy Mizpy w obrębie plemienia Beniamina [1 Sm. 7,12]). Klęska ta spowodowała zajęcie przez Filistynów Szilo, zburzenie tamtejszej świątyni i narzucenie Izraelowi wysokiej daniny. W Szilo zaś w ręce Filistynów (a raczej Danitów, gdyż przybytek ów trafił pierwotnie do miasta Ekron - które prawdopodobnie przewodziło wówczas antyhebrajskiej koalicji) wpadła święta dla Izraelitów Arka Przymierza (do dziś nie wiadomo czym była Arka Przymierza. Uważa się jednak, że była to jakaś silnie napromieniowana skrzynia, będąca w istocie bronią pochodzącą prawdopodobnie z czasów przedhistorycznych, czyli z okresu "Wojen Bogów" - w tym Wojen Piramidowych, które to opiszę w temacie Historii Wszechświata. W każdym razie nie ulega wątpliwości że ci, którzy zanadto zbliżyli się do Arki, umierali w męczarniach, jakby trafieni zostali "gniewem Boga"). Arka Przymierza umieszczona została w świątyni Baal-Zebuba w Ekronie, a następnie została przeniesiona (gdy okazało się jak bardzo jest niebezpieczna) do świątyni Dagona w Aszdod. Zniszczenie zaś Szilo doprowadziło nie tylko do śmierci kapłana Helego (który pod wrażeniem owej klęski miał umrzeć z rozpaczy po stracie syna, który poległ w tej bitwie), ale do rozpadu pierwszej dużej federacji plemion Izraela, co najmniej od czasu sędzi Debory (czyli ok. 1120 r. p.n.e.), choć akurat to nie jest właściwym porównaniem, gdyż wówczas wiele hebrajskich plemion wyłamało się z owej federacji. Klęska zaś Izraelitów pod Afek doprowadziła do realnego podporządkowania całego plemienia Beniamina Filistynom z Aszdod, a ci wznieśli sobie w Gibea cytadelę, będącą symbolem ich panowania nad całą Doliną Cedronu idącą do Morza Martwego (tam też mieściła się Jerozolima, czyli wówczas Jebuz - miasto Jebuzytów).


WYDAJE MI SIĘ ŻE DOSYĆ DOKŁADNA MAPA TERENÓW BIBLIJNYCH Z CZASÓW OD MOJŻESZA DO SAULA
(Inne podobne dokładne mapy ziem Izraela i Judy, aż do czasów Chrystusa - postaram się również tutaj prezentować)



Okupacja Filistynów jednak nie miała trwać długo, bowiem ciemiężeni podatkami Hebrajczycy zebrać się mieli w Mizpie na wspólnych modłach do Jahwe, jakie odprawiał tam Samuel. Mocno zaniepokoiło to Filistynów, którzy uznali że w Mizpie szykują się Izraelici do buntu i zrzucenia filistyńskiej zależności. Postanowili więc uderzyć, a ponieważ Izraelici zdążyli się przygotować na atak, bitwa zakończyła się klęską Filistynów (w Starym Testamencie jest zapisane, że to Jahwe sprowadził na nich klęskę, doprowadzając do trzęsienia ziemi i gromów bijących z nieba w nieprzyjaciół "Narodu Wybranego". Przekazy te jednak są jedynie wymyślną próbą ubóstwienia sukcesu, jaki wówczas odnieśli Żydzi - ok. 1045 r. p.n.e. co doprowadziło do chwilowego zrzucenia filistyńskiej kontroli oraz odzyskania części osad, m.in. Bet-Szemesz). Po tym zwycięstwie Samuel wybrany został na nowego sędziego Izraela, a i wówczas zapewne odzyskano Arkę Przymierza (mieli ją zwrócić sami Filistyni, jako że w Aszdod [a potem w kilku innych miastach] wybuchła zaraza, która zbierała śmiertelne żniwo i połączono jej pojawienie się ze ściągnięciem do Aszdod Arki Przymierza - ponoć kto zbyt blisko zbliżył się do owej Arki, zapadał na dziwną chorobę i wkrótce potem umierał). Zwrócono więc Arkę Izraelitom, a ci umieścili ją właśnie w zdobytym Bet-Szemesz (oczywiście ofiary Arki Przymierza były również i po stronie Izraelitów, ale niepomiernie mniejsze, jako że kapłani od dawna wiedzieli jak należy zachowywać się w pobliżu Arki i że nie wolno się do niej zbyt blisko zbliżać, a już na pewno nie wolno jej dotykać). Mimo tych sukcesów, Hebrajczycy nie byli zadowoleni. Wciąż bowiem byli rozdrobnieni na szereg mniejszych i większych plemion i pomimo niewiele znaczącego sukcesu pod Mizpą, ciągle ekonomicznie, kulturowo i politycznie uzależnieni byli od filistyńskiego Pentapolis i ludów z nim sprzymierzonych.

Zaczęto więc szukać wyjścia z tej sytuacji i ostatecznie (pod wpływem sędziego Samuela) postanowiono (choć początkowo niechętnie - szczególnie wśród starszyzny - jako że oznaczało to utratę dotychczasowej rodowej kontroli nad plemionami) wybrać sobie wspólnego króla, który zjednoczy rozbite plemiona i poprowadzi je do wspólnej walki o wolność z Filistynami, Danitami, Amalekitami czy Edomitami. Ponieważ synowie Samuela okazali się niegodni pozycji ojca jako sędziego i proroka, wybór Samuela padł na młodego mężczyznę, pochodzącego z plemienia Beniamina (szczególnie doświadczonego przez Filistynów), który wsławił się w ostatniej bitwie pod Mizpą i miał charyzmę przywódcy. Był to niejaki Saul, syn Kiszy, którego Samuel wybrał na króla Izraela (choć późniejsza relacja biblijna twierdziła, że Samuel sprzeciwiał się wyborowi Saula, gdyż, jak twierdził: "Jedynym królem Izraela jest Jahwe", ale przekaz ten został spisany w latach, gdy znaczenie władzy królewskiej w Palestynie mocno podupadło, a królowie okazywali się często ludźmi nie przestrzegającymi prawa Mojżeszowego, co musiało doprowadzić do pewnych negatywnych ku nim reakcji zarówno kapłanów jak i ludu. Dlatego taki lapsus znalazł się też w Starym Testamencie, ale według mnie jest mało możliwe aby Samuel sam nie wybrał i nie namaścił Saula na króla, tym bardziej że jako prorok i "widzący" zdecydowanie dążył do konfrontacji z zależnymi od Filistynów Amalekitami). Samuel namaścił Saula nieopodal filistyńskiej twierdzy Gibea (która nie została zdobyta po zwycięstwie Izraelitów pod Mizpą), co też jest zarówno wymowne, jak i... dość dziwne, a nawet niezrozumiałe (przynajmniej dla mnie). Można bowiem uznać, że namaszczenie olejem Saula pod twierdzą Gibea było jawną deklaracją polityczną, rzuconą Filistynom - jako wrogom Izraela, ale... późniejsze zachowania Saula temu zdecydowanie przeczą, co powoduje pewne komplikacje, a szczególnie brak odpowiedzi na pytanie: po co to było czynione (jako akt polityczny, demonstracja wojenna, czy próba aktywizacji starszyzny plemiennej wokół nowego władcy?).




Przyznam się szczerze - nie rozumiem tego, bo Saul po namaszczeniu na pierwszego króla Izraela (ok. 1040 r. p.n.e. - być może był to 1042 r. p.n.e. - choć jego realna władza sprowadzała się jedynie do samego plemienia Beniamina - inne bowiem z pozostałych 11 plemion Izraela nie uznały jego władzy) jako swą siedzibę obrał sobie właśnie miasto... Gibea, kontrolowane przez Filistynów. Można więc uznać że jego bojowy, anty-filistyński przekaz był jedynie na pokaz i tak naprawdę potrzebował on opieki lub wsparcia Filistynów, którzy - pomimo mało znaczącego wydarzenia, jakim była ich klęska pod Mizpą - wciąż dominowali w całym Kanaanie. Wydaje się jakoby Saul ciągle był zależny od władców filistyńskiego Pentapolis (być może - bo nie ma tu żadnej pewności - od serenów z Ekronu - gdzie było najbliżej do Gibea, lub z Aszdod), tym bardziej że jego walki z Filistynami (o jakich wiemy z Biblii) nie miały charakteru ekspansywnego, a były jedynie pewnymi lokalnymi niesnaskami, które - pomimo kilku sukcesów Saula - ostatecznie skończyły się jego całkowitą klęską pod Gilboa (ok. 1006 r. p.n.e.), co też pokazuje że Hebrajczycy nie potrafili dokonać ekspansji na filistyńskie ziemie, nawet zjednoczeni w formie monarchii i dopiero po zniszczeniu Filistei przez faraona Szeszonka I w 925 r. p.n.e. mogli zająć filistyńskie tereny. Zresztą, jak możliwe było zrzucenie zależności, gdy Filistyni kontrolowali nawet dostarczanie Izraelitom broni i narzędzi gospodarczych, o czym mówi choćby Księga Samuela: "W całej ziemi izraelskiej nie można było znaleźć kowala, gdyż Filistyńczycy uważali, że Hebrajczycy mogliby sobie sporządzić miecze lub oszczepy. Więc cały Izrael chodził do Filistyńczyków, jeśli chcieli sobie naostrzyć swój lemiesz czy motykę, czy siekierę, czy oścień. Gdyż naprawa wyszczerbionych ostrzy lemieszów i motyk, i trójzębnych wideł, i siekier i nasadzanie ościeni na drągi u nich tylko było możliwe. Toteż czasu wojny nie było ani miecza, ani oszczepu w ręku całego zastępu, który był z Saulem i Jonatanem. Tylko Saul i Jonatan, jego syn, mieli je". Filistyni wprowadzili więc całkowity monopol nawet na lemiesze, motyki, widły, siekiery i drągi, ale przecież nie tylko, wydaje się bowiem że również produkty innego rodzaju dostarczane były do Kanaanu przez Filisteę, a Filistyni całkowicie kontrolowali przepływ tych towarów i mogli je wstrzymać jeśli tylko tego chcieli. Z tej perspektywy już bardziej jasnym jest fakt, dlaczego Saul pozostał w roli żydowskiego "księcia" u boku filistyńskiego komendanta twierdzy Gibea (Saul zwracał się do niego słowem "dôd" - co można przetłumaczyć jako "stryj").





Nim przyjdziemy do czasów panowania Saula, Dawida i Salomona oraz ich następców w królestwie Izraela i Judy, ważne jest według mnie ukazanie granic stref wpływów filistyńskiego Pentapolis, rozwój miast filistyńskich w tym okresie ekspansji (czyli po 1040 r. p.n.e.) oraz ukazanie również miast Judei


CDN.

09 marca 2026

HISTORIA ŻYCIA - WSZECHŚWIATA - WSZELKIEJ CYWILIZACJI - Cz. XL

FEDERACJA GALAKTYCZNA
CZYLI
"STRAŻ WSZECHŚWIATA"
PLANETY - RADY - FRAKCJE 
 Cz. II


KONFEDERACJA 
PLEJAD




Na temat Plejadian i ich stosunku do nas - Ziemian, pisałem już dość dużo w poprzednich tematach. Warto teraz przede wszystkim dodać, że Plejadianie byli tymi, którzy brali udział w najważniejszych wydarzeniach dziejących się na naszej planecie od czasów zagłady dinozaurów i nawet jeśli w danym momencie nie grali pierwszych skrzypiec, to zawsze byli obecni w cieniu, w drugim albo trzecim szeregu - zawsze. W przekazach Plejadian dominuje wciąż jeden główny aspekt, związany z ludzkością i Ziemią, mianowicie w channelingach podkreślają że my jesteśmy nimi w przeszłości... a raczej, że to oni są nami w przyszłości. Jak już wcześniej pisałem ukształtowanie i warunki naturalne głównej planety systemu gwiezdnego Plejad - Erry, jest prawie dokładnie takie samo jak naszej Ziemi. Poza tym sami Plejadianie także swym wyglądem bardzo przypominają Ziemian. Plejadianie (o czym już pisałem) pochodzą bezpośrednio z Liry. Są więc jednymi z pierwszych kolonistów zasiedlających inne galaktyki, pochodzących bezpośrednio z kolebki Ludzkości - z planety Avyon. Ta bliskość (przede wszystkim bliskość genetyczna, jako że Plejadianie brali udział w "spłodzeniu" biblijnego Adama i przekazali mu swoje geny) powoduje że czują się za nas... odpowiedzialni. Wzbudza to pewną irytację w Radzie Federacji Galaktycznej (szczególnie we frakcji Andromedan, choć i tam są wyjątki - np. Syrianie, Arkturianie), mimo to przekazy Plejadian nastawione są na informowanie i ostrzeganie ludzkości przed ewentualnymi niebezpieczeństwami, jakie możemy popełnić w przyszłości.

Jednym z takich ostrzeżeń jest przekaz dotyczący... "Królestwa Maszyn". Pod hasłem "Królestwo Maszyn" kryje się ostrzeżenie mówiące o nie uleganiu opinii że maszyny są w stanie uczynić wszystko lepiej, dokładniej i sprawniej niż ludzie. Plejadianie mówią, że przed wiekami oni popełnili ten sam błąd, ufając w nieskończoną potęgę maszyn i czynili wszystko by było ich jak najwięcej w każdej dziedzinie życia. Maszyny (nanoroboty) załatwiały najpotrzebniejsze sprawy, zajmowały się operacjami w szpitalach, załatwiały najpilniejsze kwestie - i w ogóle tworzono i rozbudowywano je z myślą o tym, by służyć Ludzkości. Mówią że my jesteśmy dopiero na początku tej drogi, a oni pragną byśmy nie powielali (nieświadomie oczywiście) błędów, które sami popełnili. Nie mają jednak prawa nam niczego zabronić - każda istota (czy grupa istot, ras i planet) ma swoją określoną ścieżkę rozwoju po której kroczy. Nie powinno się (wręcz nie wolno) ich z tej ścieżki zawracać, nawet jeśli wiedzie ona ku katastrofie. Takie jest Prawo Wszechświata. Jedyne co można, to dawać pewne wskazówki, typu: "Masz dwie drogi do wyboru, pójdziesz w lewo to będzie tak, pójdziesz w prawo tak - decyzja należy do ciebie". 


PLEJADIANIN



Plejadianie mówią że ludzkość zachłystuje się wszelkimi nowinkami technologicznymi, nie bacząc na to, jakie to niesie ze sobą zagrożenia. Pierwszym z nich jest (o czym otwarcie mówią w channelingach Plejadianie) zastępowanie człowieka przez maszyny w takich podstawowych obowiązkach jak np. parzenie kawy, sprzątanie, pranie, gotowanie, wkrótce (za odpowiednią kwotę oczywiście) będzie można kupić sobie takiego domowego robota, który wyręczy nas w tych podstawowych, uciążliwych pracach. Ludzie będą zachwyceni, zadowoleni i szczęśliwi. Potem pojawią się roboty pracujące w sex-biznesie (już są), oraz zastępujące ludzi w takich zawodach jak prostytutka, tancerka erotyczna etc. etc. Te roboty będą piękne i będą przypominały ludzi (rzeczywiście wyglądają jak ludzie, chociaż ja osobiście nigdy bym z czegoś takiego nie skorzystał -jakoś to mnie totalnie odrzuca). Potem przyjdzie kolej na fabryki i zakłady produkcyjne, które w całości zostaną zautomatyzowane. Ludzie stracą pracę, nie będzie już tak wesoło. Do wielu rodzin zawita widmo bankructwa i biedy. Z czasem ludzie mogą powierzyć swe bezpieczeństwo robotom (np. pod szczytnym celem ochrony ludzkiego życia, już są mechanizmy wszczepiane robotom, które uniemożliwiają im skrzywdzenie człowieka, ale te mechanizmy łatwo oszukać. Wystarczy wmówić takiej maszynie że ona nie krzywdzi człowieka, tylko się z nim bawi i wtedy jest rzeczywiście zdolna nawet połamać mu ręce, nogi albo nawet... zabić), które będą pracowały w służbach porządkowych czy w wojsku.


PLANETA ERRA
"STOLICA" PLEJAD
(Wizja artysty na podstawie przekazów)



Pojawi się ogromne rozwarstwienie społeczne (już dawno się pojawiło), powstaną nowe, całkowicie zautomatyzowane megamiasta, gdzie jednak będą mogli zamieszkać tylko niektórzy. Reszta będzie żyła w slumsach, na obrzeżach dawnych miast, teraz podupadających i popadających w ruinę. Te "slumsy" będą patrolowane przez oddziały robotów, które najmniejszy przejaw niezadowolenia będą uważały za oznakę wrogości i... je eliminowały, czyli zabijały. Ci ludzie będą określani mianem "bandytów", czyhających na bezpieczeństwo tych, którzy żyją sobie wygodnie w megamiastach. Żywność będzie w 100% modyfikowana genetycznie, a za hodowanie roślin i warzyw metodą tradycyjną, będą nakładane poważne kary finansowe. Powstanie "naturalne" podziemie, gdzie ludzie będą wymieniali się wyhodowanymi w nielegalnych szklarniach warzywami i owocami. Ludzie będą trzymani w ryzach, a posłuży do tego obawa przed utratą tych miejsc pracy, które jeszcze się ostaną, gdyż utrata pracy (i brak pozwolenia na podjęcie następnej), będzie oznaczała śmierć głodową dla całej rodziny i wyprowadzkę poza megacentrum. Oczywiście ludzie już do tego czasu zostaną zaczipowani i nie będzie potrzeby używania ani pieniędzy ani nawet kart kredytowych, po prostu za każdy produkt zapłacimy swoim czipem (czy to na nadgarstku czy na skroni, czy nawet skanowana będzie siatkówka oka). Gdy jednak stracimy pracę, czip zostanie wyłączony - nic już nie kupimy - ergo, bez wsparcia z zewnątrz umrzemy z głodu.

Powstaną getta dla ubogiej ludności która będzie pilnowana i trzymana w ryzach przez roboty-androidy, przypominające ludzi. Wreszcie przeludnienie planety będzie tak wielkie, że przywódcy Ziemi podejmą decyzję o rozpoczęciu kolonizacji innych planet i systemów gwiezdnych (tutaj się akurat pomylili, populacja Ziemi spada, a nie rośnie i to nawet tych krajów, które paradoksalnie na razie jeszcze przeżywają baby-bum). Plejadianie mówią jednak wyraźnie: "Uważajcie jednak, nikt was tam nie chce". Twierdzą że również Rada Federacji niezbyt interesuje się naszym losem i że oni są jednymi z nielicznych istot, które pragną byśmy przetrwali (na pytanie "dlaczego", wypowiedziane podczas jednego z channelingów, padła ta sama odpowiedź: "Jesteście nami z przeszłości"). "Nikt was tam nie chce" - twierdzą jednak z całą stanowczością i mówią że pierwsze problemy napotkamy już, gdy zechcemy skolonizować choćby "nasz" stary księżyc - Chowtę (swoją drogą to ciekawe że przy obecnej technologii nie podejmowane są ponowne próby dotarcia na księżyc - bardzo dziwne. Zresztą trudno się temu dziwić, skoro my nawet do końca nie poznaliśmy co znajduje się na dnie naszych oceanów - podobno Ludzkość odkryła zaledwie 10% zawartości ziemskich oceanów - niesamowite). Księżyc pełni bowiem funkcję bazy tranzytowej na Ziemię i jest wykorzystywany przez różne rasy. Plejadianie twierdzą też, że nasza kolonizacja może spowodować wybuch konfliktu zbrojnego, który może doprowadzić do ataku na Ziemię którejś z ras. Obecnie taki scenariusz nie wchodzi w rachubę (tak twierdzą), ale nie wiadomo co ludzie z Ziemi są w stanie w przyszłości uczynić, by taki scenariusz stał się faktem.




 Twierdzą też, że (ewentualne) zagrożenie najazdem nie grozi nam bynajmniej ze strony członków Federacji Galaktycznej, a już na pewno nie ze strony ras Galaktycznej Ludzkości. Co prawda nie mamy wśród tych istot zbyt "dobrej opinii", jednak nikt ani w Radzie Andromedy, ani Konfederacji Plejad, ani Radzie TJehooba - ani też w Radzie Zendary - najpotężniejszych ugrupowań w łonie Federacji Galaktycznej, nie podjąłby się takiego ataku, nawet jeśli rozpoczęlibyśmy kolonizację innych światów. Zagrożenie może przyjść przede wszystkim ze strony innych istot - głównie oczywiście Reptilian, ale także Insektoidów i im podobnych. 


JEDNA Z INSEKTOIDALNYCH RAS
WYSTĘPUJĄCYCH WE WSZECHŚWIECIE

(Choć jak twierdzą w swych przekazach Plejadianie,
ta akurat rasa Insektoidów - "Modliszkowcy
jest raczej nam przychylna)
 


Oczywiście wyżej przedstawiony scenariusz nie musi się wydarzyć. Według Plejadian - po to właśnie nas ostrzegają, bo pragną by się nie wydarzył (chodzi tutaj o rozwój tzw.: "Królestwa Maszyn" oraz o postępującą degradację planety Ziemia i nas samych jako ludzi). Co się zaś tyczy przyszłej kolonizacji, to twierdzą że o wiele łatwiej będzie zaakceptować ten fakt członkom Federacji Galaktycznej, gdy ludzkość nie będzie prowadzona przez dyktatorskich przywódców (lub określone grupy, narzucające swą wizję całej ludzkości), a odbędzie się to na zasadzie zrównoważonego rozwoju, do którego dawno temu Plejadianie i inni (np.: TJehooba) dołożyli swą cegiełkę. Twierdzą że dawno temu wskazali nam drogę rozwoju, którą powinniśmy kroczyć - wysyłając do nas swego posłańca (TJehoobanina - Jimmanuela), którego tutaj znamy pod imieniem Jezusa Chrystusa, a który miał na celu odnowienie ducha ludzkości i "podniesienie wibracji Ziemi" w pożądanym przez te istoty kierunku. To co zrobili, nie do końca było zgodne z Prawem Wszechświata, ale stało się. Na tamtym etapie rozwoju ludzkość była jeszcze zbyt prymitywna pod względem duchowym i (jak twierdzą Plejadianie) gdyby tego nie uczynili - jeszcze długo (być może po dziś dzień) nie otworzylibyśmy się na sprawy uniwersalnej duchowości.

Konfederacja Plejad liczy 53 wielkie systemy gwiezdne i ok. 500 pomniejszych planet. Nie dysponuję jednak wykazem poszczególnych światów wchodzących w skład Konfederacji Plejad. Konfederacja Plejad zwana jest również (szczególnie przez samych jej członków) - "Wielkim Białym Braterstwem", co najprawdopodobniej odnosi się nie do koloru skóry poszczególnych mieszkańców danych światów, lecz do "świetlistego" celu, jakim jest ochrona i zapewnienie bezpieczeństwa we Wszechświecie. W skład Konfederacji wchodzą bowiem również i rasy, które są jedynie zbliżone swym wyglądem do istot humanoidalnych. Wszystkie jednak (lub ogromna większość z nich, gdyż są również wyjątki od tej reguły) można by określić mianem "Sojuszników Ludzkości". Według przekazu Plejadian z 1977 roku, którzy opowiadają (dość powściągliwie jednak) o swojej Konfederacji, dominuje przekaz: "Nie zawsze rzeczy, które widzicie jako czarne, są takowymi i nie zawsze rzeczy które widzicie jako białe są takowymi. Jesteśmy tutaj i dopomożemy, ale wasz los jest i pozostanie tylko w waszych rękach. Taki jest ciężar wolności we Wszechświecie".




Dalszy przekaz dotyczy kwestii przebudzenia Ludzkości z Ziemi i otwarcia się zarówno na uniwersalną duchowość, jak i na zrozumienie swojej roli i swojego miejsca we Wszechświecie. W ludziach ma tkwić ogromny potencjał, który jednak nie jest przez nas wykorzystywany - jest uśpiony. Zyskują tylko jednostki, te, które bardziej potrafią wykorzystywać drzemiące w nas możliwości. Dzięki czemu powstał tak bardzo niesprawiedliwy podział bogactwa na planecie, w którym zaledwie 1% ludzkości - kontroluje 99% bogactw tej planety. Dzieje się tak głównie dlatego, że ta grupka ludzi, którzy owinęli sobie innych wokół palca i stali się nowymi panami pozostałej Ludzkości - wykorzystuje do maksimum potęgę własnego umysłu - który jest (co prócz Plejadian potwierdzają także Kasjopejanie) niezgłębionym źródłem wszelakich możliwości. Umysł bowiem jest drogą, która może zaprowadzić nas do świetlanej przyszłości, lub nijakiej teraźniejszości - trzeba tylko znaleźć do niego odpowiedni klucz. Oczywiście jest też i drugi powód (jaki wymieniają Plejadianie), który umożliwił tym ludziom zdobycie takiej potęgi, wpływów i znaczenia - tym powodem są... geny. Większość z nich jest bowiem w jakimś tam stopniu spokrewniona (gdyż nie wszyscy ludzie na Ziemi pochodzą z tego rodu) z dawnymi stwórcami Adama, Lilith i Ewy w "rajskim ogrodzie" Eden, czyli Nibiruanami, uciekinierami z Malony - z rodem Anu, Enkiego i Enlila.

To właśnie owi Nibiruanie byli twórcami systemu społeczno-politycznego, który oparty był na hierarchicznej "piramidzie" władzy, w której bezpośredni potomkowie Kaina - stawiani są na czele tej piramidy jako "rasa panów" (gdy przejdziemy do pierwszych dynastii starożytnego Egiptu i Sumeru, pokażę związki pierwszych władców - często mitycznych - z owymi "bogami" z dawnej Malony. A przecież struktura władzy jaka przetrwała zarówno w Egipcie jak i w krajach Bliskiego Wschodu, w ogromnej mierze opierała się na czystości krwi królewskiej. Faraonowie przecież żenili się ze swoimi siostrami, a sam Juliusz Cezar miał o Kleopatrze powiedzieć że jest potomkinią "dynastii kazirodców"). Nie na darmo około roku 3 700 p.n.e. "bóg" Ninurta (syn Enlila, bratanek Enkiego i wnuk Anu), przekazał po raz pierwszy tron ziemskiego państwa w ręce "adamowego" (a raczej kainowego) potomka - Alulima. Jednak władzę otrzymał on jedynie nad dawnym terenem bazy w Edenie, czyli w rejonie dwóch wielkich rzek - Tygrysu i Eufratu (dawna Mezopotamia, dzisiejszy Irak). W Egipcie nadal rządzili jeszcze wówczas "bogowie" (oczywiście z rodu Enkiego i Enlila), podobnie było w Indiach. W Egipcie dopiero ok. 3110 roku p.n.e., ostatni "bóg" zrzekł się tronu na korzyść pierwszego kainowego potomka - i uczynił go władcą kraju piramid. Z utratą władzy przez "bogów" nie godził się natomiast Marduk (syn Enkiego) i ok. 2024 roku p.n.e. spróbował odzyskać władzę na terenie Lewantu i Mezopotamii. Wówczas (na polecenie Nibiruan), Abraham (tak, ów biblijny Abraham), zdetonował dwa potężne ładunki nuklearne w miastach, będących bazami zwolenników Marduka - w Sodomie i Gomorze, niwecząc jego plany w zarodku. Po tej dacie "bogowie" z Nibiru już całkowicie wycofali się z Ziemi i odtąd osobiście nie ingerowali w sprawy dziejące się na naszej planecie. Nie musieli - zostawili tu swe "adamowe rodzeństwo", pochodzące z kainowych lędźwi. Oni już zadbali, by ród Adapy i Ewy nie utracił władzy - i tak jest po dziś dzień. Przynajmniej według samych Plejadian.




Późniejsze systemy polityczno-społeczne państw "znanej nam już" starożytności, zawsze będą opierały się na niesprawiedliwości społecznej. Na potężnej elicie (kaście) władzy i całej reszcie bezwolnego społeczeństwa. Oczywiście nie zawsze szło tak gładko - częstokroć dochodziło do buntów społecznych i prób obalenia tego - "narzuconego przez bogów" - ustroju (władcy, a szczególnie ci z odległej starożytności - twierdzili że albo sami są bogami, albo że jedynie władają w imieniu tychże bogów). Bogów jednak nie było - potomstwo Kaina przetrwało po dziś dzień, dostosowując się do zmieniających się obyczajów i praktyk. Zawsze jednak wypływało na górę. Według Plejadian, Ludzkość na Ziemi jest konglomeratem najróżniejszych genetycznych konfiguracji dawnych ras zasiedlających naszą Planetę. Począwszy od czarnych i żółtych Bakaratinian (których genów już praktycznie nie ma na Ziemi, gdyż wymieszali się z późniejszymi kolonistami), po czerwonoskórych Aremonian i białych Plejadian oraz Lirian. Dlatego też wciąż powtarzają: "Wy jesteście Nami z naszej przeszłości". Nad wszystkim (a w zasadzie to nad prawie wszystkim, gdyż ten system nie jest szczelny) dominuje władza potomków nibiruańskich kolonistów - uciekinierów z Malony (dawnego gadziego Maldeka).

  
 OBRAZ POKAZUJĄCY 
SAMOZAGŁADĘ MALDEKA




SYN CZŁOWIECZY




"...On to dla nas ludzi i dla naszego zbawienia zstąpił z nieba. I za sprawą Ducha Świętego przyjął ciało z Maryi Dziewicy i stał się człowiekiem. (...) I powtórnie przyjdzie w chwale sądzić żywych i umarłych, a Królestwu Jego nie będzie końca
 
Fragment modlitwy tzw.: Creda Nicejsko-Konstantynopolitańskiego


Jezus Chrystus zapowiedział swoim uczniom że powróci po raz drugi na Ziemię. Od tego czasu Ludzkość oczekuje nadejścia Mesjasza, który zbawi świat i dopomoże wszystkim ludziom "Dobrej Woli" (niektórzy wypatrują tego "mesjasza" w stworzeniu "Wielkiego Izraela" i budowie trzeciej Świątyni Jerozolimskiej). Mimo to Jezus nie nadchodzi - dlaczego? Dlaczego Jezus nie przychodzi, skoro obiecał że wróci i położy kres całemu złu i niesprawiedliwości świata? Odpowiedź na to pytanie zawarta jest częściowo w channelingach. Podczas rozmów z istotami, które określają siebie jako Plejadianie (nigdy bowiem nie ma pewności czy ci, którzy mówią że są tymi, za których się podają, są rzeczywiście nimi) i mówią że: "My jesteśmy Nimi z przyszłości", pada odpowiedź dlaczego IMMANUEL ponownie nie przychodzi na Ziemię. SANANDA (bo tak też nazywają Jezusa Plejadianie) nie przychodzi ponownie na Ziemię, gdyż Ludzkość na tej planecie jeszcze niedojrzała do Jego ponownego przyjścia. Zresztą "Ponowne Przyjście" o którym mówił Jezus - nie dotyczy tylko Jego samego, a... całej galaktycznej społeczności (tzw.: "Sojuszników Ludzkości"). Jezus nie przychodzi, gdyż ludzie na Ziemi nie są jeszcze gotowi na Jego nadejście. Niewiele zmieniliśmy się od czasów, gdy Immanuel chodził po Ziemi. Zostały oczywiście od tego czasu poczynione ogromne zmiany, szczególnie pod względem mentalności i otwartości na duchowe przeżycia, lecz jest to wybitnie niewystarczające, byśmy pojęli prawdziwą rolę Jezusa Chrystusa w "zbawieniu" Ludzkości.

Wielu z nas bowiem nie jest w stanie zaakceptować faktu, że wokół nas, wokół naszej planety (a także na niej samej) istnieją potężne cywilizacje - inne rasy, klany i organizacje. Niektóre z nich są nam nieprzyjazne, inne (ogromna większość) zupełnie obojętne na nasz los. Jest też tak zwana grupa "Sojuszników Ludzkości" w której skład wchodzą m.in.: Plejadianie, TJehooba, Kasjopejanie, Syrianie (A), Arkturianie i kilka innych ras. Wbrew pozorom, do tej "frakcji" (mam tutaj na myśli ową frakcję "Sojuszników Ludzkości", łączącą wiele różnych ludzkich ras we Wszechświecie, oraz różniące się frakcje w Radzie Federacji Galaktycznej. Bowiem nie wszystkie ludzkie rasy w danych frakcjach - na przykład właśnie w Konfederacji Plejad - są nam przyjazne), nie należy tak zwana "Grupa z Malony", czyli stwórcy pierwszego człowieka na Ziemi - biblijnego Adama i Ewy. Nibiruanie z Malony (będę jeszcze sporo o nich pisał, m.in.: o dalszych losach Kaina i wydarzeniach, które doprowadziły do "odejścia bogów" i pozostawienia biegu spraw na Ziemi w rękach kainowego potomstwa) w żadnym bowiem razie nie pragną naszego oświecenia. Wręcz przeciwnie - aby łatwiej zapanować nad tym konglomeratem kosmicznych ras z Liry, Plejad, Malony (nie mam tu na myśli rodu Enkiego i Enlila), Aremo, Bakaratini etc. etc. (tych związków było znacznie więcej, gdyż ras, które zasiedlały ziemię po zakończeniu III Wielkiej Wojny Galaktycznej, od ok. 900 000 r. p.n.e. było bardzo wiele - nie wszystkie tutaj wymieniłem i opisałem - gdyż nie o wszystkich wiem), które ukształtowały się w dzisiejsze cztery główne ziemskie rasy - Białą, Czarną, Żółtą i Czerwoną - należy trzymać je na stosunkowo niskim poziomie rozwoju, przy czym - ktoś musi tym wszystkim "kierować".




Tym wszystkim od wieków "kieruje" więc ziemskie potomstwo Nibiruan z Malony (ród Adama i Ewy). Czy nie zastanawiało Was nigdy, dlaczego to właśnie stworzenie Adama i Ewy zostało opisane w Biblii i przedstawione jako "prawda objawiona" co do całego rodzaju ludzkiego? Dlaczego nie przedstawiono "innych" możliwych początków człowieka (a ostały się takie, chociażby w mitach niektórych plemion czy nawet państw - jak na przykład Indoeuropejczyków, a szczególnie Hellenów - którzy byli rebeliantami z II Imperium Atlantydy - oczywiście nie byli to ci klasyczni Hellenowie o których wiemy z historii. Była to tak pokaźna grupa, że władcy Atlantydy zdecydowali się umieścić ich na wygnaniu w rejonie dzisiejszej Hellady, czyli Grecji. Tam potem powstała cywilizacja, która różniła się znacznie od cywilizacji sumeryjskiej, akadyjskiej, asyryjskiej, egipskiej, syryjskiej, czy nawet anatolijskiej - opiszę ten temat w kolejnych częściach). Tak więc "ród panujący" z Nibiru/Malony, uczynił swoją rodową genealogię - genealogią początków rasy ludzkiej jako takiej (ja również stosowałem taką wykładnię w poprzednich częściach, gdyż nie chciałem za bardzo wybiegać przed szereg, a poza tym świadomość biblijnego początku Adama i Ewy jest w nas dosyć silnie zakorzeniona), dzięki czemu ludzie ucząc się o biblijnych początkach rodzaju ludzkiego - uczą się jednocześnie o początkach rodu Adama i otrzymują przekaz, że... Bóg oddał im (Adamowi i Ewie) Ziemię w niepodzielne władanie. Trochę to przypomina Koreę Północną, gdzie uczy się dzieci w szkołach historii dynastii Kimów i opowiada niestworzone rzeczy na temat ich "niebiańskiego poczęcia".

Dlaczego więc Jezus nie przychodzi ponownie na Ziemię? Dlatego że nie ma dokąd przyjść. Ludzkość wciąż jest niczym te północnokoreańskie dzieci, które potrafią z pamięci recytować historię rodziny Kim Ir-Sena, natomiast nie mają pojęcia o otaczającym ich dookoła prawdziwym świecie (myślę że nawet nie potrafiliby się w nim odnaleźć, gdyby nawet, jakimś zrządzeniem losu - udało im się opuścić ten "kimowski" obóz śmierci). Podobnie My - Ludzie. Potrafimy czytać Biblię i opowiadać sobie o naszym "stworzeniu". Potrafimy przytaczać biblijne przypowieści Jezusa Chrystusa - lecz... nie pojmujemy ich głębi, sensu, znaczenia. Żyjemy na Ziemi niczym w ogromnej Korei Północnej, nieświadomi otaczającego nas dokoła Wszech(Świata), pełnego najróżniejszego życia (szans, a jednocześnie niebezpieczeństw). Do kogo wiec ma wrócić Jezus? Do ludzi którzy nadal nie są świadomi swoich korzeni i roli jaka przypadła Ziemi w kosmicznym planie Wszechświata (a to wszystko było w naukach Jezusa Chrystusa). My nadal nie jesteśmy gotowi na Jego przyjście, bo cóż byśmy uczynili gdyby przyszedł tak, jak przyjść zapowiedział (a wystarczy wczytać się w to, co jest zapisane w Biblii, by nie było żadnych ku temu wątpliwości) na czele... okrętów Konfederacji Plejad i Rady TJehooba. Cóż by się wówczas stało? Na Ziemi wybuchłaby powszechna panika, ludzie by się wzajemnie tratowali, zabijali, byleby tylko uciec jak najdalej od "obcych" (a rządy też by nas pewnie nieustannie straszyły "obcymi", po to tylko, żeby zwiększyć swoją kontrolę nad nami tak, jak to było chociażby w przypadku covid-19. Czy większość z nas uświadomiła sobie chociażby ten fakt, że gdyby nie wybuch wojny rosyjsko-ukraińskiej w lutym 2022 r. to już dzisiaj byśmy mieli wprowadzone paszporty covidowe i byśmy nie mogli podróżować {głównie latać samolotami, ale myślę że i w transporcie publicznym też by były ograniczenia} bez uaktualnienia naszego obecnego stanu zdrowia - czy też raczej stanu szczepień?). Dlatego nie nadszedł jeszcze dla Ludzkości z Ziemi czas, na ponowne przyjście Mesjasza.




Napisałem "Konfederacji Plejad i Rady TJehooba" - dlaczego tak? Dlatego, że te dwie frakcje bardzo ściśle ze sobą współpracują (szczególnie jeśli chodzi o nas - Ziemian). Misja "Syna Człowieczego", nie została wykonana tylko przez samego Jezusa Chrystusa. Było ich dwóch: TJehoobanin - Immanuel (zwany również Sananda), który wykonał najważniejsze zadanie - narodziny na Ziemi, nauki, przypowieści, cuda, potem oskarżenie, proces i śmierć na krzyżu - to wszystko było od początku do końca Z-A-P-L-A-N-O-W-A-N-E (i Chrystus o tym wiedział, ale rodząc się na Ziemi, w ludzkim ciele, miał też swoje własne obawy i gdy modlił się w ogrodzie Getsemani, tak naprawdę kontaktował się z tymi, którzy wcześniej zaplanowali jak Jego los ma się zakończyć, i pytał się czy mogą oni oddalić od Niego ten "kielich męki"). A kim była ta druga postać? To Plejadianin (dowódca floty ochraniającej Ziemię, o której pisałem w poprzednich tematach) - ASZTAR. Sojusz plejadiańsko-tjehoobański i ich wspólna praca nad podniesieniem wibracji Ziemian i przygotowaniem ich na wejście w nowy cykl świadomości, który jest związany przede wszystkim z otwarciem na sprawy uniwersalnej duchowości - najdobitniej ukazują właśnie te dwie postaci.


To tyle jeśli chodzi o samą KONFEDERACJĘ PLEJAD.
W kolejnej części przejdę już do:
RADY TJEHOOBA



CDN.

08 marca 2026

KOBIETA JEST UKORONOWANIEM STWORZENIA - Cz. VI

CZYLI KIEDY I GDZIE W HISTORII
ISTNIAŁ MATRIARCHAT?





III
(A)MAZONKI
STAROŻYTNY ZAKON 
KOBIET-WOJOWNICZEK
(ok. 1450 r. p.n.e. - ?)
Cz. I




Pisać i mówić o Amazonkach to tak, jakbyśmy zahaczali o opowieści wręcz bajkowe, pełne centaurów, wiedźm, cyklopów i olbrzymów. Są to mity ludów północnych (słowiańsko-celtyckich), w których postać kobiet została znacznie uwypuklona. Nasprowadzano do tych opowieści najróżniejszych bajkowych postaci, uczyniono też z owych Amazonek istoty o nadnaturalnej sile (łamią szczeki dzików w biegu, zabijają jednym uderzeniem pięści itd.). Nie ma to jednak wiele wspólnego nie tylko z próbą spokojnego dotarcia i poznania prawdy o Amazonkach, tylko jest to swoista baśń, pełna nieprawdopodobnych postaci i niesamowitych czynów samych Amazonek - wygląda to trochę na takie starożytne męskie fantazje o "silnych kobietach", które nie miały wiele wspólnego z rzeczywistością (tak samo jak dziś kręci się filmy, gdzie postać kobieca jest wybitnie uwypuklona i to ona stanowi centrum wszystkiego - jak choćby film "Wonder Woman", gdzie nie tylko że pokazani tam faceci to zwykłe "dupy wołowe", które nawet nie potrafią dobrze strzelać, ale jest to film, wpisujący się w ogólnie panującą obecnie ideologię genderowo-feministyczną, polegającą na ukazywaniu kobiety, jako przeciwwagi "starego, przemijającego świata mężczyzn", czego przykładem jest chociażby zniszczenie wierzy kościoła przez ową Wonder Woman, jako symbolu patriarchalnej religii mężczyzn - tak to sobie wykombinowali ci wszyscy spece od medialnej i filmowej propagandy). Podobnie rzecz się ma z Amazonkami. Tutaj nie tylko została ta historia obudowana najróżniejszymi super dodatkami, pozwalającymi ubarwić te opowieści, lecz jednocześnie ten zabieg sprowadza nam całą tę historię o Amazonkach do sfery absurdu i mitologii, zapominając że są przekazy mówiące iż takie "plemię" rzeczywiście mogło niegdyś istnieć.

Pozwolę sobie tutaj odsiać te wszystkie mitologiczne dodatki, te wszystkie greckie, perskie czy hetyckie mity, te starosłowiańskie opowieści o mitycznych bogach, z których zrodziły się Amazonki. Natomiast postaram się skupić na wyodrębnieniu szczątek prawdy o tym "plemieniu" (choć tak naprawdę nie było to plemię, a przynajmniej nie było to tylko plemię). Amazonki po dziś dzień rozpalają wyobraźnie wielu badaczy, którzy próbują dociec czy taka "organizacja", złożona z samych kobiet-wojowniczek, rzeczywiście mogłaby zaistnieć? Trudno dziś znaleźć jakieś realne dowody na istnienie takiego ludu, więc niestety zmuszeni jesteśmy kierować się opowieściami, jakie przez stulecia zostawiali o tym "plemieniu" najróżniejsi autorzy. Jedyne co możemy zrobić, to pozbawić tych opowieści bajkowej otoczki i spróbować wyobrazić sobie czy i jak rzeczywiście mogłaby wyglądać taka kobieca wspólnota. Mogła ona zaistnieć i przetrwać tylko pod dwoma warunkami. Po pierwsze - jeśli była rzeczywiście złożona z samych kobiet (w co wątpię), to musiała ograniczać się zarówno do niewielkiego terytorium, jak i grupować niewielką liczbę owych kobiet (nie wszystkie bowiem nadawałyby się do walki). Poza tym, jeśli żyłyby z rabunków, to nie sądzę aby ich bytność miała trwać długo, bowiem w starożytności istniały najróżniejsze ludy i grupy plemion, które bardzo szybko rozprawiłyby się z grupą nawet najlepiej władających bronią (jak przekonują nas owe mity) kobiet. Organizacja złożona z samych kobiet, zupełnie wyizolowanych i odciętych od świata, a jedynie dokonująca cyklicznych napadów rabunkowych, nie przetrwałaby długo. To musiała być zupełnie inna struktura.




I tutaj przechodzę już do drugiej możliwości, na jakiej mogły opierać się rządy Amazonek. Otóż Amazonki wcale nie były wyodrębnionym plemieniem kobiet-wojowniczek, przygotowywanym do walki, tylko musiał tam zaistnieć zupełnie inny czynnik. Mianowicie kobiety te były swoistym zakonem mistycznym (czymś na wzór późniejszych zakonów religijnych), które również szkoliły się w walce i posługiwaniu bronią, ale same, jako takie stanowiły elitę większego plemienia - złożonego również z mężczyzn, którzy to owe plemię ochraniali. Tak właśnie ja to widzę, bo tylko tak mogłoby to wyglądać w miarę logicznie i prawdziwie. Amazonki były elitarnym zakonem mistycznym, oddającym cześć bogini (i tutaj nie wiadomo do końca której dokładnie, bowiem jest bardzo wiele różnych relacji i nazw, należy jednak przyjąć że mogły wielbić zarówno jedną boginię Wielką Macierz, którą rozumiały pod wieloma imionami). Nie wchodźmy jednak w szczegóły, bo się zaplątamy w baśnie i mity i nic z tego nie będzie. Należy więc uzgodnić jedno - kobiety zwane Amazonkami były elitą kapłanek Wielkiej Macierzy, które to jednocześnie szkoliły się w walce i uczestniczyły w bitwach, ale nie czyniły tego same. Wręcz przeciwnie, walczyły u boku mężczyzn ze swojego plemienia (plemion?), którzy znacznie przewyższali liczebnie same Amazonki. Owe kapłanki-wojowniczki (należy tutaj odróżnić jedną rzecz - pisząc "kapłanki" - nie chcę wcale sugerować że wszystkie były kapłankami na tej samej zasadzie, nie, to nie tak. Główną kapłanką była tylko królowa i otaczający ją orszak, reszta Amazonek to swoiste "siostry zakonne", służące jako ochrona samej królowej i świątyni Wielkiej Bogini, ale nie biorące bezpośredniego udziału w odprawianiu misteriów religijnych), stanowiły religijną elitę plemienia, któremu przewodziły - tylko tyle i aż tyle. 

Należy też pamiętać że w głębokiej starożytności istniały takie miasta (czy raczej ośrodki typu miejskiego), w których istniał wyraźny podział na część żeńską i część męską. Na przykład w syberyjskiej miejscowości Malta odkryto wioskę z czasów paleolitu, gdzie istniał wyraźny podział prostokątnych domostw na dwie części, jedna przeznaczona tylko dla kobiet (tam znaleziono rzeźbione figurki żeńskich bóstw i przedmioty używane tylko przez kobiety), oraz druga, przeznaczona dla samych mężczyzn (gdzie znaleziono figurki ptaków i coś, co przypominało... fallusy, oraz pozostałe przedmioty używane przez mężczyzn). Istnieje duże prawdopodobieństwo że w tego typu osadach epoki paleolitu, mezolitu i wczesnego neolitu, istniał system matrylinearny (nie mylić z matriarchatem, bo to zupełnie co innego). Polegał on na tym, że mężczyzna przechodził do domu swej żony, a nie na odwrót. Oznaczało to jednocześnie że kobieta mogła mieć wówczas wielu mężów (co też oznacza, że mężczyzna mógł również mieć kilka żon, gdyż jeden mężczyzna i jedna kobieta, którzy byli małżeństwem, mogli mieć innych mężów i inne żony jednocześnie. Było to o tyle łatwiejsze, że nie sposób było dowieść ojcostwa dzieci, które zawsze pozostawały z matką. Tak więc kobieta mogła mieć wielu mężów, którzy jednocześnie mogli zapładniać wiele innych kobiet - dzieci zaś, zrodzone z tych związków zawsze należały do matki, gdyż nie sposób byłoby udowodnić który z mężów mógł być ojcem dziecka). System matrylinearny opierał się jeszcze na jednej zasadzie - na ziołolecznictwie i udomowieniu roślin jadalnych. A to czyniły tylko i wyłącznie kobiety, które następnie dzięki temu mogły potem awansować do roli kapłanek bogini ziemi (lub późniejszej Wielkiej Macierzy). Najważniejsze jednak było to, że skoro to one zajmowały się ziołolecznictwem i udomowieniem roślin jadalnych, to ziemia też należała do nich, przez co mężczyźni (którzy byli głównie myśliwymi) żeniąc się, przechodzili do domu żony, która jednocześnie posiadała ziemię.




Ziemia rodzi i daje plony. Są one oczywiście niewielkie i ograniczone, ale zawsze. Poza tym udomowienie roślin i odkrycie sztuki ziołolecznictwa - stawia kobiety na piedestał, bowiem to one rodzą i leczą, czyli dają życie i przedłużają życie, dzięki czemu umożliwiają dalsze istnienie każdego plemienia (to wszystko się radykalnie zmieni, gdy ludzie neolitu udomowią zboże. Gdy ujrzą że to nie ziemia "sama z siebie", niczym bogini daje życie, tylko by to nastąpiło najpierw należy wbić w nią pług, dobrze przeorać, zasiać i dopiero wtedy czekać na owoce tego, co urodzi ziemia. W sytuacji gdy mężczyźni-wojownicy i rolnicy uświadomili sobie, że ziemia nie rodzi owoców od "tak sobie", tylko musi być dobrze przygotowana, by dała konkretne efekty i gdy uświadomili sobie że skoro buhaj pokrywa jałówkę, to potem ona rodzi małe cielęta, uświadomili sobie więc że ile razy oni spółkują ze swymi żonami, to one potem zachodzą w ciążę - doszli więc do wniosku, że to nie ona jest istotą bożą która daje życie, tylko... on. Bez niego bowiem i ziemia nie da takich plonów, aby wyżywić wszystkich mieszkańców danej społeczności, ani też nie urodzą się nowi członkowie plemienia. A już w ogóle gdy okazało się że to właśnie na barkach mężczyzn stoi główne zadanie utrzymania bezpieczeństwa wspólnoty i wyparcia ewentualnych agresorów - sytuacja diametralnie się zmieniła. Niektórzy badacze nazywają ten moment dziejowy: "uświadomieniem ojcostwa", gdy mężczyzna doszedł do wniosku że to dzięki niemu kobieta urodzi nowe życie i to dzięki niemu plemię przetrwa, bo on walczy w jego obronie - rola i pozycja żony diametralnie się wówczas zmieniła. Teraz mężowie zaczęli wymagać nie tylko wierności od swych połowic, ale wręcz stało się to uświęcone religijnie, a każde odstępstwo od tego było piętnowane i wyrzucane poza nawias społeczny - z drugiej jednak strony, gdyby do tego nie doszło, nigdy nie pojawiłoby się społeczeństwo które łączyłoby się w większe organizmy, tworzące wspólny dobrobyt, a ludzie żyliby na sposób archaiczny, w jaskiniach, lub prowizorycznych drewnianych czy słomianych domostwach i lepiankach).




Zakon Amazonek był reprezentantem tej starej tradycji, która już wówczas dawno wygasła i popadła w zapomnienie. Jednocześnie łączył on kobiety jako kapłanki (czyli odniesienie do przeszłości), jak również jako wojowniczki (czyli te, które pragną być równe mężom w boju), co łączy w sobie pierwiastek męski i żeński. Amazonki pragnęły zapewne być takim swoistym Yang i Yin (męskim i żeńskim pierwiastkiem, utrzymującym swoistą równowagę). Bo przecież należy pamiętać że natura tak nas stworzyła ("natura" - wiadomo), że wzajemnie się uzupełniamy. Męska i żeńska cząstka jest niezbędna do utrzymania równowagi (a przecież zawsze i wszędzie dążymy do równowagi) i zakłócenie jednego z tych aspektów, poprzez zbytnie wywyższenie drugiego - musi prowadzić do najróżniejszych patologii. Kobiety, które chcą być męskie, uważając że dzięki temu będą równe mężczyznom, to znaczy "lepsze" (w ich wyobrażeniu), postępują głupio, podobnie jak mężczyźni, którzy np... lubią przebierać się w damskie ciuchy i zachowywać jak kobiety (jakiś czas temu na jednym z blogów wyczytałem taką informację odnośnie transwestyty, który trafił do szpitala. Chciał on aby lekarze leczyli go tam jako kobietę, bo on czuje się kobietą. Doktor, który miał podjąć się zabiegu, odmówił, co spowodowało że ów transwestyta nazwał go homofobem, szowinistą, etc. etc. i zadzwonił do jednej z organizacji broniących praw osób lgbt. Przyjechała kobieta, która domagała się aby szpital uwzględnił prośbę transwestyty i leczył go jak kobietę, grożąc że w przeciwnym razie sprawa trafi do sądu, a oni zastaną oskarżeni o nietolerancję {czy coś tam}. Lekarz wówczas się zgodził, ale pod jednym warunkiem, że owa aktywistka podpisze dokument, w którym weźmie na siebie i swoją organizację wszelkie winy za nieudaną operację. Kobieta była zdezorientowana i spytała "jak to?". Doktor wyjaśnił: "Weźmy np. sytuację że pacjent jest chory na prostatę, jeśli zaczniemy go leczyć jak kobietę, to nie tylko że mu nie pomożemy, ale może umrzeć. Czy w takiej sytuacji bierzecie na siebie prawną odpowiedzialność za przebieg leczenia mężczyzny tak jak kobiety?" Owa aktywistka nie wiedziała co odpowiedzieć, po chwili opuściła szpital i już więcej się nie pojawiła. Komentarz do tego jest zbyteczny - kto próbuje walczyć z naturą, z tym jak zostaliśmy "ukształtowani" w sposób ideologiczny, twierdząc że samo "czucie się kobietą" wystarcza by się nią stać, kończy się, gdy przychodzi podjąć naprawdę ważne decyzje. Tak też kończą się ideologiczne frazesy typu gender).

Kobiety nie stają się lepsze dlatego, że próbują zbliżyć się do zachowań męskich i być twarde, niezależne etc. etc. To nie jest kobiecość - to jakaś deformacja męskości, przy czym, nawet najsilniejsza kobieta, trenująca np. podnoszenie ciężarów czy jakiekolwiek formy sportów wytrzymałościowych, będzie gorsza od najlepszego mężczyzny, np. strongmana. To nie ulega wątpliwości, dlatego też według mnie kobiety deformują się i swoją płeć, próbując pokonać mężczyzn tam, gdzie pokonać ich nie są w stanie. Siła kobiecości nie polega na konkurowaniu z mężczyznami o palmę pierwszeństwa w byciu najsilniejszym czy najszybszym. Siła kobiecości polega na umiejętnym dawkowaniu tych wszystkich aspektów wewnętrznej mocy kobiet, przed którymi mężczyźni są słabi i bezbronni niczym dzieci (pięknym tego przykładem jest chociażby postać Galadrieli z Eldarów, z baśniowego uniwersum Tolkiena pt: "Władca Pierścieni". Przecież ona w doskonały sposób pokazuje potężną moc, tkwiącą w kobiecości, bez potrzeby deformowania jej męskimi inklinacjami siły i przemocy). Zostaliśmy stworzeni jako dwie połówki tej samej całości, posiadający i rozwijający inne cechy. Celem naszym jest rozwijanie tych cech przy jednoczesnym dążeniu ku tej drugiej połówce - dla równowagi. A równowaga stanowi główny element doskonałości, kolejnym jest już tylko całkowite oczyszczenie się z zanieczyszczeń tego świata i powrót do Domu. Ale nie chcę tutaj teraz moralizować.


NISZCZĄCA I TWÓRCZA SIŁA KOBIECOŚCI
UKAZANA NA PRZYKŁADZIE GALADRIELI



Czy Amazonki były oddzielnym plemieniem kobiet-wojowniczek, czy też była to organizacja szersza, którą przewodziły kobiety-wojowniczki i kobiety-kapłanki? Skłaniam się raczej do tej drugiej teorii, co zresztą potwierdzają niektóre wykopaliska archeologiczne, gdzie kobiety i mężczyźni zostali pochowani albo tym samym grobie, albo też w bardzo bliskich sobie grobowcach. W obu przypadkach w grobowcach kobiet została umieszczona broń, co przemawia raczej za stwierdzeniem, iż pochowane tam niewiasty były wojowniczkami. We wrześniu 2013 r. we Włoszech, podczas wykopalisk archeologicznych w ruinach starożytnego etruskiego miasta-państwa Tarquini (ok. 80 km. na północny zachód od Rzymu), odnaleziono w pewnym grobowcu dwa ciała, pochodzące z okresu ok. 620 - 610 r. p.n.e. W kręgach naukowych wzbudziło to na początku pewną sensację, gdyż uważano że oto odnaleziono ciało legendarnego, piątego króla Rzymu - Tarkwiniusza Starego, który miał panować w Rzymie w latach 616-578 p.n.e. (był on założycielem etruskiej linii rzymskiej dynastii, a pierwotnie zwał się Lukumon i przybył do rzymskiego grodu wraz ze swą żoną Tanakwilą - prawdopodobnie właśnie z Tarquini, w czasach panowania króla rzymskiego - Ankusa Marcjusza - z dynastii sabińskiej - który panował w latach 642-616 p.n.e.). Jednak po otwarciu komory grobowej przez archeologów (pod przewodnictwem Alessandro Mandolesi z Uniwersytetu w Turynie), znaleziono tam dwa ciała, leżące na dwóch równoległych do siebie katafalkach. Po lewej stronie leżał szkielet człowieka, a przy nim spoczywała wzdłuż ciała włócznia, a strzały były ułożone na klatce piersiowej. U jego stóp leżała duża misa z brązu. Po prawej zaś stronie leżały skremowane szczątki innej osoby, już bez broni (czy jakichkolwiek oznak wojskowych), przy której rozmieszczono biżuterię. Archeolodzy uznali więc, że oto (prawdopodobnie, gdyż jeszcze nie mieli stuprocentowej pewności) odkryli grób króla Tarkwiniusza Starego i jego małżonki Tanakwili. Gdy jednak zbadano kości i szczątki, okazało się że ów prawdopodobny król Tarkwiniusz był w rzeczywistości... kobietą, a szczątki leżące na drugim katafalku, wśród którego złożono biżuterię, należały do... mężczyzny. Czyli nie był to grobowiec króla, a królowej (czy może księżniczki). Kobieta w chwili śmierci miała 35-40 lat, skremowane szczątki mężczyzny szacuje się zaś na 20 do 30 lat. Początkowo owa "zamiana płci" zdziwiła archeologów, którzy zaczęli twierdzić (szczególnie prof. Mandolesi), że owa włócznia - leżąca u boku szczątków kobiety - jest symbolem ich wspólnej miłości i związku, po czym dodał że: "Nie jest to częste, aby odnaleźć ciało kobiety z lancą u boku". Co ciekawe, miesiąc wcześniej (analiza kości została przeprowadzona w październiku 2013 r.), gdy sądzono że odkryto grób króla Tarkwiniusza, owa włócznia przy "jego" boku była symbolem jego władzy i pozycji społecznej, a nie wspólnego związku z leżącą po drugiej stronie "żoną", czy tym bardziej miłości. 


ODKRYTY GRÓB W TARQUINI 
(PO LEWEJ STRONIE LEŻAŁA KRÓLOWA WOJOWNICZKA Z WŁÓCZNIĄ I STRZAŁAMI, PO PRAWEJ ZNAJDOWAŁO SIĘ SKREMOWANE CIAŁO MĘŻCZYZNY)



To znalezisko odkryto we Włoszech, ale takich przykładów jest więcej, np. w anatolijskim mieście Catal-Huyuk, w Hacilar, w Tell Ramad, w Byblos czy w Jerychu (ok. 7 500 r. p.n.e. - ok. 5 700 r. p.n.e.) odnaleziono czaszki mężczyzn, schowane za... wiszącymi na ścianie łbami byków, zaś w większości z tych miast (jak choćby w Hacilar) przedstawiono prawie wyłącznie bóstwa żeńskie, począwszy od młodej dziewczyny, poprzez dojrzałą kobietę do staruszki (niektóre z owych bogiń albo siedzą na leopardzie, albo stoją, albo leżą, albo klęczą, albo też przedstawione są w towarzystwie innych zwierząt i ptaków, natomiast figurek męskich jest bardzo mało). Co ciekawe, po roku 4 400 p.n.e. figurki kobiece z tych terenów całkowicie... znikają i zostają zastąpione figurkami męskimi (stało się to bardzo szybko, bo w przeciągu... jednego stulecia). 

W poprzednich częściach tego tematu pisałem już o kulturze kreteńskiej, która była całkowicie zdominowana przez kapłanki, oddające cześć Bogini-Matce lub Wielkiej Bogini, ale zapewne niewielu wie, że przedziwnym centrum religijnego kultu matriarchalnego, była w epoce neolitu (ok. 10 000 r. p.n.e. - ok. 3 500 r. p.n.e) wyspa Malta. W okresie 3 600 r. p.n.e. - 2 350 r.p.n.e. wyspa odgrywała prawdziwe religijne centrum Wielkiej Macierzy (dotąd na tej maleńkiej wysepce odkopano już 17 świątyń, choć przewiduje się że ich liczba była znacznie większa). Co ciekawe, domów mieszkalnych na Malcie z tego okresu jest bardzo niewiele, zaś świątyń aż siedemnaście (dotąd odkopanych), co oznacza że Malta od XXXVI wieku p.n.e. do lat 50-tych XXIV wieku p.n.e., kiedy świątynie przestają funkcjonować, była prawdziwą Isola Sacra ("Świętą Wyspą"). W odkopanych świątyniach są jedynie wizerunki kobiece (często pokazane w formie leżących na boku), zaś w centralnej części świątyni umieszczono wizerunek siedzącego, ogromnego kobiecego bóstwa. Kasta kapłańska była (zapewne) też złożona z samych kobiet (podobnie jak na Krecie). Co ciekawe, sama konstrukcja maltańskich świątyń była rozmieszczona w dość przedziwny i nietypowy sposób - w kształcie zakrzywionej linii, co niektórym z archeologów (np.: Zuntuz) skojarzyło się z... macicą (ciemne, pozbawione okien sale świątyni, przypominające wejście do wnętrza ziemi, niczym do macicy chtonicznej bogini). Podobnie groby - wykute w skale, też mają kształt zakrzywionej linii (prawdopodobnie należały do kapłanek, choć mogli tam też spocząć mężczyźni zabijani wedle kultu misteryjnego, symbolizującego śmierć i ponowne odrodzenie do życia).

I teraz wreszcie przechodzimy do terenów, na których (wedle starożytnych Greków, Scytów i Hetytów) mogło znajdować się plemię zarządzane przez kobiety-wojowniczki, zwane umownie Amazonkami (czy raczej Mazonkami). Otóż w rejonie syberyjskiego Ałtaju odkryto (z jakieś trzydzieści lat temu) doskonale zakonserwowane w lodzie ciało kobiety. Po dokonaniu badań genetycznych okazało się, że kobieta w chwili śmierci miała nie więcej jak 16 lub 17 lat. Spoczęła we wspólnym grobie, wraz ze starszym od siebie mężczyzną (w wieku ok. 45 lat), prawdopodobnie mógł być to jej ojciec. Wokół nich ułożono broń, jak i ciała sześciu koni. Ciało mężczyzny uległo bardzo szybkiemu rozkładowi i niewiele z niego zostało (prócz kości), za to ciało owej dziewczyny doskonale zakonserwowało się w lodzie, jedynie twarz uległa rozkładowi i pozostała sama czaszka, ale ręce i przedramiona  przetrwały w stanie zakonserwowanym. Dzięki temu można stwierdzić że dziewczyna była... wytatuowana. Była ona dość wysoka jak na swój wiek i mierzyła 168 cm. wzrostu. Na lewym ramieniu miała wytatuowanego (niebieskim tatuażem) - jelenia, inne tatuaże (owca, pantera i leopard) znajdowały się pod pachą i wokół talii. Oboje, mężczyzna i kobieta nosili to samo ubranie (filcowe czapki z nausznikami, zdobione złotymi lampartami, jeleniami, koniami i wilkami, oraz spodnie, ułatwiające jazdę konną). Przy jej prawym udzie ułożono sztylet z żelaza, a przy lewym zdobiony kołczan. Poza tym nad głową umieszczono łuk i strzały, zaś wokół mężczyzny złożono: topór, kołczan, łuk, strzały i tarczę. Grobowiec ów datowany jest na ok. 500 r. p.n.e. W tym okresie Grecja oczekiwała perskiego ataku, trwało powstanie greckich, małoazjatyckich polis, Rzymianie obalili Monarchię, Kartagińczycy eksplorowali Morze Śródziemne - walcząc o handlową nad nim dominację z Grekami, a Etruskowie przeżywali czas końca swego rozkwitu. Z tego to właśnie okresu pochodzą ciała obu wojowników.


ZREKONSTRUOWANY WIZERUNEK TWARZY 17-letniej KOBIETY-WOJOWNICZKI Z AŁTAJU Z ok. 500 r. p.n.e.,
(WRAZ Z TATUAŻEM JELENIA NA LEWYM RAMIENIU)



Czy owa dziewczyna i ów mężczyzna mogli należeć do plemienia sławnych Amazonek? Doprawdy, trudno to przewidzieć, ale sam fakt, iż przy młodej dziewczynie złożono broń, świadczy że w tym społeczeństwie kobiety uczono wojaczki (a szczególnie strzelania z łuku) od najmłodszych lat. Pseudo-Hipokrates twierdził, że w społeczeństwie Sarmatów z północy, dziewczynki uczy się jazdy konnej i strzelania z łuku na równi z chłopcami, aż do czasu, gdy osiągną wiek pozwalający im na zamążpójście. Gdy wyjdą za mąż, przestają dosiadać koni i strzelać z łuku (chyba że staje się to konieczne), a poświęcają się dzieciom i domowi. Nim jednak do tego dojdzie - by stać się prawdziwą kobietą - młoda wojowniczka musi zabić w walce trzech nieprzyjaciół. Dopiero wtedy będzie mogła oddać się mężczyźnie, który zostanie jej przyszłym mężem (co ciekawe, taki kandydat musiał swą wybrankę pokonać w walce). Gdy już dojdzie do ślubu, ona zajmuje się tylko dziećmi i domem, ale gdy niebezpieczeństwo zagraża ich społeczności, zdarza się że kobiety zamężne (z dziećmi na rękach lub uczepionymi spódnicy, jak opisuje pseudo-Hipokrates) uczestniczą w walce, strzelając z łuku. Takie kobiety, które potrafiły walczyć o swój dom, gdy ich mężczyźni byli daleko, lub nie mogli przybyć z odsieczą, były bardzo cenione w społeczeństwie Scytów. Natomiast Scytowie (zwani również Sakami, Skitami, Skołotami - ludźmi koła, lub Cydami - panami) to były ludy słowiańskie. Na ogromnych terenach Europy rozciągało się wówczas władztwo plemion słowiańskich i celtyckich, różnych od siebie, ale wywodzących się z jednego rdzenia genetycznego. I w obu tych społecznościach pozycja kobiety była znaczna. 

Owszem, kobiety rzadko kiedy uczestniczyły w walkach z wrogimi plemionami (Grecy opisując Amazonki, jednocześnie przypominają ich klęski w walkach - pobite, schwytane, zmuszone do ożenku, itd.), ale sam fakt że młode dziewczyny były szkolone w walce na równi z chłopcami jest bezsporny. Weźmy chociażby takich Celtów. Któż bowiem wie, że szkoleniem młodych mężczyzn do roli wojownika, zajmowały się właśnie... kobiety, nie inni mężczyźni wojownicy, ale kobiety-wojowniczki (które jednocześnie uczyły młodych mężczyzn i innej sztuki - sztuki miłości, będąc z reguły pierwszymi kobietami, z którymi ci chłopcy odbyli swój pierwszy raz. Takie szkolenie chociażby przeszedł ów sławny galijski wódz, organizator pierwszego w dziejach celtyckiego, anty-rzymskiego powstania w Galii - Wercyngetoryks). Celtyckie kobiety więc nie uczestniczyły w walkach, ale przygotowywały młodych mężczyzn do przyszłej roli wojowników. W społeczeństwie Słowian było nieco inaczej, ale tam pozycja kobiety była jeszcze większa niż u Celtów. Nic dziwnego że Grecy umiejscawiają Amazonki na terenach scytyjskich, gdyż tam właśnie przez długi czas tętniło jedno z najliczniejszych skupisk słowiańskich, ale pierwotne Amazonki nie pochodziły z tych ziem. Miały wywodzić się bowiem z terenów leżących pomiędzy rzekami... Wisłą i Bugiem. Tak, pierwotne Amazonki były Słowiankami/Lechitkam, wywodziły się bowiem z lechickiego plemienia Mazonów (Masonów - Masowiów - Mazowian - Mazowszan), ale los rzucił je na zupełnie inne ziemie, o czym opowiem w kolejnej części.


WERCYNGETORYKS 





🤭



CDN.

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...