"Nazywam się Jan Kobuszewski, jestem aktorem (...) Do tej pory mówiłem tylko to co inni napisali, aż pewnego dnia sam zupełnie przypadkowo napisałem książkę. Ja mieszkam na Górczewskiej i visa vi mojego mieszkania jest taki sklep spożywczy WSS-u i w tym właśnie spożywczym WSS-ie napisałem książkę życzeń i zażaleń.
Otóż w tym moim spożywczym WSS-ie jest codziennie świeże pieczywo. To znaczy, ono jest teoretycznie świeże. Któregoś dnia nieco się zdenerwowałem, poprosiłem o książkę życzeń i zażaleń i napisałem: "Dlaczego nie ma nigdy świeżego pieczywa", podałem imię, nazwisko, adres i następnego dnia otrzymałem pismo takiej treści: "W odpowiedzi na skargę - protest obywatela - niepotrzebne skreślić, kierownictwo naszej placówki handlowej informuje, że personel został odpowiednio poinstruowany i pouczony na okoliczność zażalenia. Dziękując za cenne uwagi zapraszamy do dalszego korzystania z usług naszej placówki". Data, kierownik, pieczątka podpis.
List ten uznałem za zwycięstwo ducha nad materią i następnego dnia udałem się znowu do tego spożywczego WSS-u, by kupić sera w kawałku jaki będzie. Ser był a obok ekspedientka pod silnym tapirem i rozwiązywała krzyżówkę, przez co była niesłychanie umysłowo aktywna pod tym właśnie tapirem, a ołówek do krzyżówki trzymała w dziurce od sera. Ser od tego ołówka był siny, ja czerwony, ekspedientka ruda. Wyjąłem ołówek z sera, poprosiłem o książkę życzeń i zażaleń i wszystko tam dokładnie zapisałem i następnego dnia otrzymałem kartkę takiej treści: "W odpowiedzi na skargę - protest obywatela - niepotrzebne skreślić, kierownictwo naszej placówki ... ... ... personel odpowiednio poinstruowany ... ... ... prosimy o dalsze uwagi"
No jak proszą, to proszę - salceson śmierdzi, a oni "Kierownictwo placówki serdecznie dziękuje", ja również. Z kiełbasy jak ją przez nieuwagę przeciąć, sypią się trociny, a oni "Prosimy jednocześnie o dalsze uwagi". Jak wynikało z listu za każdym razem personel był odpowiednio instruowany, pouczany, na okoliczność zażalenia, co mnie z kolei niesłychanie satysfakcjonowało. Pisałem, pisałem, pisałem i pisałbym tę moją książkę jak każdy normalny literat, o bożym świecie nie wiedząc, aż nagle postanowiłem kupić kawałek mydła, ale nie w tym moim spożywczym, tylko gdzie indziej - w mydlarni. Idę do tej mydlarni a tam jest przyjęcie towaru. Odszedłem i zły taki z nerwów wstąpiłem do tego mojego spożywczego, poprosiłem o książkę życzeń i zażaleń i napisałem: "Dlaczego w godzinach otwarcia sklepu nie można kupić kawałka mydła?"
Budzę się rano, przeanalizowałem jeszcze raz tę całą sytuację i doszedłem do wniosku że zachowałem się jak ostatni kretyn, bo skargę na sklep mydlarski pisałem w tym bogu ducha winnym spożywczym WSS-ie. Więc biorę gumkę i lecę żeby tam to wszystko powycierać, po drodze spotykam listonosza - list do pana - a w liście: "Kierownictwo naszej placówki serdecznie dziękuje za wnikliwe uwagi dotyczące naszego sklepu". Spożywczy WSS odpowiedział mi na to mydło. Zrodziło się wtedy we mnie, już jako pisarzu, podejrzenie, że tego co ja tam im piszę, oni wcale nie czytają, tylko od tak wysyłają mi te odpowiedzi na adres i nazwisko, które oczywiście za każdym razem podaję.
Następnego dnia, na wszelki wypadek udałem się ponownie do tego mojego spożywczego WSS-u, od progu gromkim głosem zakrzyczałem: "Proszę książkę życzeń i zażaleń" - "Aa stary klient, proszę uprzejmie" i napisałem: "Wczorajszy program telewizyjny, był znowu do bani, szczególnie audycja rozrywkowa, jak można dopuszczać podobne beztalencia", a oni: "Kierownictwo naszej placówki handlowej uprzejmie dziękuje ...". Noo, od tej pory książka moja wybitnie zyskała na treściach ... ogólnych. Piszę w zasadzie wszystko - ministrowi budownictwa napisałem co sądzę o nowoczesnych blokach -kierownictwo placówki podziękowało. Prezes radia i telewizji miał ode mnie kilka takich ... "ciepłych" słów a oni "Kierownictwo naszej placówki serdecznie dziękuje ...".
Proszę państwa, to jest w zasadzie koniec tego monologu, z tymże że jeśli by któremuś z państwa ten skecz się nie spodobał, to proszę wpisać uwagi do książki życzeń i zażaleń w jakimś sklepie spożywczym, albo ... u rzeźnika".
LATA 70-te
WSPANIALI PIOTR FRONCZEWSKI I
WOJCIECH PSZONIAK W SKECZU pt.:
"AWAS"
"Z czego się śmiejecie?
"Takie zdarzenie im opowiadam, studiuje u nas taki Gruzin, pamiętasz? Goridze się nazywa, a na imię ma Awas. I jest Pietajew, pamiętasz? Taki karakan ryży z takimi szkłami, pamiętasz? I on go kiedyś wzywa do katedry i go pyta: "Nazwisko?" "Goridze", "a jak was nazywają?" "Awas" "Mnie Nikołaj Stiopanowicz, a was?" "Awas", "mnie Nikołaj Stiopanowicz, a was?" "Awas", i tak minęły dwie godziny i on w żaden sposób nie mógł zrozumieć jak tego studenta nazywają."
"Taki studen studjuje u nas, rozumiesz? Goridze się nazywa - kapujesz? a mówią na niego Awas, to jest takie gruzińskie imię Awas, rozumiesz? Awas, ciebie jak nazywają?
"Stiopa"
"No widzisz, ty Stiopa a on Awas, on Awas a ty Stiopa, Gruzin Awas, rozumiesz? (...) A docent tępy, rozumiesz? I on bierze kiedyś tego studenta do katedry i go pyta: "Nazwisko?", "Goridze", "a jak was nazywają?" "Awas" "Mnie Nikołaj Stiopanowicz, a was? "Awas"
LATA 90-te
I FENOMENALNY JANUSZ GAJOS W SKECZU:
"STRAJK"
"Jutro do roboty nie idę, w życiu! Co mnie będzie robota przeszkadzała w piciu?"
Chłopiec biegł co tchu nie zatrzymując się ani na chwilę, mimo ogromnego zmęczenia, jakie odczuwał. Mijani ludzie patrzyli się na niego jak na szaleńca, a on wciąż biegł przed siebie, starając się dotrzeć do domu, który stał na lekkim wzniesieniu. Wbiegł przez schody tam wiodące i szybkim krokiem wskoczył na szczeble ustawione na murze domostwa do którego zdążał. Wielce zdyszany, wpadł do głównej izby i krzyknął:
- Dziadku, dziadku, zabili ich, zabili ich wszystkich!
Starszy mężczyzna podniósł wzrok znad kamiennego instrumentu oplecionego rzemieniami, który dotąd trzymał w ustach, przygrywając sobie na nim.
- Urpi? Miałeś być teraz na targu w Cajamarca! Ty mały diable, ciebie jak po coś posłać, to normalnie jak po śmierć - rzekł starszy mężczyzna.
- Ale dziadku, ja... ja widziałem na własne oczy. Zamordowali ich, wszystkich! Widziałem to.
- Nie wiem czy chcę słyszeć kolejnych twych tłumaczeń, ale może zacznij od tego gdzie podziały się lamy, które z tobą wysłałem do Cajamarca? Uciekły ci, zostawiłeś je, a może zgubiłeś?! - starszy mężczyzna był widocznie poirytowany zachowaniem swojego wnuka.
- Ale dziadku, tam właśnie, tam w Cajamarca, ci nak'aq, ci zarzynacze zabili wszystkich, a ja to widziałem, na własne oczy. Niech mi Inti będzie świadkiem jeśli kłamię!
- Uspokój się i powiedz dokładnie co widziałeś, tylko nie zmyślaj ty mały zupanie.
- Brodacze! Przybysze, zabili wszystkich hisquiquiri z otoczenia żyjącego boga - Sapa Inki. Naszemu Panu o wielkim majestacie dali najpierw swoje białe chusty, a gdy ten je odrzucił, zaczęli wszystkich mordować!
- Mówisz że jacyś brodaci przybysze zamordowali naszego Capaca? Czyś ty postradał rozum?
- Ale dziadku, ja to widziałem...
- Dosyć! Dość już mam twoich wygłupów. Kiedy ty wreszcie zmądrzejesz? Czy nie wiesz czym grozi powtarzanie takich plotek? Jak możesz być tak nieodpowiedzialny, chłopcze? Czy nie wiesz, że pełnię tutaj stanowisko naczelnika z polecenia wielkiego pana z Guzmango? Czy nie wiesz że odpowiadam przed nim za porządek w tej wiosce, i to odpowiadam głową... także i twoją! Jak możesz być tak nieodpowiedzialny i głupi by choć sugerować śmierć naszego boskiego Capaca?
Urpi zamilkł i pochylił głowę, choć ewidentnie chciał rzec coś jeszcze.
- Powinienem ukarać cię i wysmagać tę oto bambusową trzcinką - wskazał palcem na leżącą w rogu izby pałkę. - Zgubiłeś lamy, które powierzyłem twojej opiece, nie przywiozłeś owoców z qhatu w Cajamarca, a teraz twierdzisz, że jacyś brodaci przybysze zamordowali naszego Sapa Inkę? Bezwzględnie zasłużyłeś na solidne lanie... ale, mimo wszystko nie ukażę cię. Nie ma już we mnie tyle siły co dawniej, a poza tym chciałem ci wyjaśnić, że nasze ayllu nie zawsze było tak mizerne, jakim jest dzisiaj. Nie zawsze podlegaliśmy panu z Guzmango, nie zawsze musieliśmy się go obawiać i nie zawsze też zamieszkiwaliśmy w tej oto dolinie. Podejdź do mnie, a opowiem ci historię naszego rodu i dzieje stworzenia świata, które boska osoba Pana Naszego utrzymuje przy życiu.
Chłopiec zbliżył się do swojego dziadka, a ten, wskazując ręką na leżącą na ziemi matę, poprosił go by usiadł, sam również tak czyniąc.
- Otóż mój chłopcze, rodzina nasza przybyła z Ollantaytambo na te ziemie, gdy jeszcze byłem dzieckiem. Mój ojciec należał do szlachetnego ayllu z otoczenia boskiego Tupaca Yupanqui i jego równie boskiego syna - Huayna Capaca. Było to w czasach, do których nie sięga nawet moja pamięć, gdyż moja matka niosła mnie wówczas na rękach gdy przemierzaliśmy strome Andy, idąc w kierunku tej doliny. Wybuchł wówczas konflikt pomiędzy naszym ludem a Mochikami z Chan Chan. Boski nasz Inka, aby poszerzyć moc oddziaływania Słońca, nakazał wojnę i ojciec mój wziął w niej udział, należąc do świętego zgromadzenia panaca. Opowiem ci, chłopcze, tak jak było - czyli jak opowiedział mi to mój ojciec. Szli przez nadbrzeżną pustynię Doliny Moche. Qhapaq Zapa z Chan Chan wyprowadził w pole swoich wojowników, którzy byli waleczni i bitni. Kiedy nasz Inka się o tym dowiedział, uradował się bardzo że przyjdzie mu się zmierzyć z dzielnym ludem i władcą, o podobnych do niego zamiarach. Bitwa, która rozgorzała pod Manchan, była straszna. Boski Tupac Yupanqui wysłał przodem emisariuszy, którzy mieli przekonać Mochikan do poddania się, ale i oni wysłali swoich emisariuszy do Inki i też grozili strasznymi konsekwencjami, jeśli lud nasz nie odstąpi. Wielki Capac nie przestraszył się jednak tych gróźb i wzniósłszy modły do Słońca, rozpoczął walkę. Padło wielu poległych i rannych, a Inka wyszedł z tego zwycięsko i zdobył wielu jeńców. Szli oni potem, płacząc i wyznając swe winy, że ośmielili się wystąpić przeciw Synowi Słońca. Niepomni swej klęski, Mochikanie próbowali się jeszcze bronić w swej stolicy - Chan Chan, jednak na próżno. Miasto - leżące nad Dolnym Morzem (Pacyfik), w którym znajdowało się aż dziesięć pałacowych mauzoleów otoczonych murami - zostało zdobyte, a lud z Chan Chan poszedł w niewolę. Słońce rozciągnęło wówczas swe panowanie na kolejne ziemie i mrok odszedł stamtąd po wsze czasy. Tak oto Dolina Moche, aż do Lambayeque na północy, znalazła się pod panowaniem Inki, a ojciec mój stał się pierwszym gubernatorem prowincji Chinchasuyu.
- A dlaczego ty, dziadku, nie pełnisz tej funkcji po swym ojcu? - zapytał Urpi.
- Tego nie mogę ci powiedzieć. Pamiętaj jednak że wyroki boskiego Inki są sprawiedliwe i mają błogosławieństwo zarówno Intiego, jak i Viracochy. Stało się, jak się stało, choć nie było w tym winy ani mojej, ani mego ayllu - po prostu tak bywa czasem w życiu, że nie wszystko co otrzymujemy w darze musi nam się podobać i nie zawsze musimy rozpaczać, gdy to utracimy.
- Miałeś mi jeszcze opowiedzieć o początkach świata! Opowiesz o nich dziadku?
- Widzę że nieco już zmieniłeś swój ton, chłopcze. Pamiętaj, wystrzegaj się plotek, a szczególnie takich, które mogą się stać niebezpieczne dla twojego ayllu. Oczywiście opowiem ci o początkach świata, lecz wiedz jedno, że centrum świata stanowi Miasto Pumy - Cuzco, siedziba naszego boskiego Sapa Inki. Nigdy tam nie byłeś, prawda?
Chłopiec pokiwał głową.
- Ja też dawno tam nie byłem. A miasto jest ogromne i przypomina skradającą się do ataku pumę. Góruje nad nim od północy potężna skalista twierdza - Sacsahuaman, która przypomina głowę pumy. Nie sposób jej zdobyć, gdyż południowy stok tej twierdzy to lita skała, reszta miasta zaś otoczona jest gigantycznymi murami. W Sacsahuaman znajduje się też potężny plac defiladowy, arsenał, świątynia Słońca i tron Sapa Inki. Na południu zaś, w "ogonie pumy" mieści się ogród publiczny. Jest bardzo ładny, boski Inka dba o to, by stał się prawdziwą wizytówką miasta. Główny plac miejski znajduje się w centralnej dzielnicy, zwanej Hanan i zwie się Huacapata (Święty Plac), gdzie znajduje się największa Coricancha (Świątynia Słońca). Ściany tej świątyni na zewnątrz i wewnątrz są wyłożone złotem. Znajduje się tam sześć kaplic poświęconych Słońcu, Księżycowi, Plejadom, Gromowi, Błyskawicy i Tęczy. Bóg Słońca - Inti ma swój ołtarz po przeciwnej stronie od wejścia do Świątyni. Pod nim, na złotych tronach, ubrane w królewskie szaty, siedzą zabalsamowane ciała poprzednich wielkich Sapa Inków. W korytarzach (przedzielonych po środku ścianą) urządzane są przez kapłanów procesje ku czci Słońca. Na zewnątrz świątynnego dziedzińca, nieopodal domów kapłanów, znajduje się Ogród Złotej Kukurydzy i Lam. Cały okręg świątynny otoczony jest wysokim murem. Pamiętam, że jak byłem w Cuzco, akurat zdarzyła się susza i należało czym prędzej przebłagać Słońce, by ponownie pozwoliło skropić tę ziemię deszczem. Wybrano wówczas na ofiarę dla boga młodą kapłankę z Domu dla Kobiet Wybranych, znajdującym się na Jeziorze Jaguara (Jezioro Titicaca), na Wyspie Księżyca. Została wybrana na chwałę Boga i cieszyła się z tego, ale... gdy kapłani mieli ją już zrzucić w przepaść, zaczęła głośno krzyczeć i się wyrywać, aż sam najwyższy kapłan musiał uderzyć ją w twarz by zamilkła. Wtedy wrzucono ją do dołu.
- Czy ta ofiara wystarczyła, dziadku?
- Nie wiem dokładnie, nie byłem długo w Cuzco, ale zapewne Inti wystarczyło życie tej dziewczyny, gdyż - jak wiesz - nie wymaga on od nas z reguły takich poświęceń. Wystarczą mu ofiary z sukna, miniaturowych figurek czy czasem zwierząt, ale gdy daje on nam do zrozumienia - poprzez suszę, powódź lub trzęsienie ziemi - że nie jest zadowolony z naszych występków, wówczas te ofiary nie wystarczą i trzeba poświęcić człowieka. Z reguły jako ofiary składane są małe dzieci, lub właśnie kapłanki z Domu Kobiet Wybranych z Wyspy Księżyca, lub też Służebnice Słońca z Wyspy Słońca na Jeziorze Jaguara. Tak już się przyjęło, mój chłopcze.
- Jak jeszcze wygląda Cuzco?
- W samym Cuzco, w obu głównych dzielnicach - Hanan i Hurin - mogą mieszkać jedynie członkowie najbliższej rodziny Inki i inni ze szlachetnego panaca, do którego zresztą niegdyś należało i nasze ayllu. Zwykli ludzie żyją na przedmieściach, na zewnątrz "ciała pumy". Są tam też dwa wielkie (wschodnie i zachodnie) obserwatoria astronomiczne. Nigdy czegoś takiego nie widziałeś i przyznam się szczerze, że ja również nie widziałem niczego równie wspaniałego, wyłączając jedynie ceremonie ku czci Sapa Inki. Sam Syn Słońca pokazuje się ludowi tylko podczas oficjalnych uroczystości ku czci Inti lub Viracochy. Nosi tylko najdelikatniejsze tkaniny, a zmienia je trzy razy dziennie, po czym nigdy już powtórnie ich nie wkłada. Wszystko co po sobie pozostawi - ubrania, niedojedzone posiłki, a nawet kał, jest skrupulatnie zbierane przez kobiety z najbliższego otoczenia władcy - będące pod osobistą kontrolą jego najważniejszej małżonki Quyi - i odkładane do wieczornego, uroczystego spalenia. Mama Quya czyli Córka Księżyca i Jedyna Królowa Miłująca Ubogich, winna pochodzić z tego samego ayllu, z którego wywodzi się boski Inka. To ona dba, by posiłki władcy były podane mu we właściwym czasie i na złotych półmiskach. Mama Quya osobiście podaje strawę Synowi Słońca i póki on nie skończy, ani ona, ani nikt inny nie może dotknąć ustami przygotowanych potraw. Służy ona jedynie swemu Ince, a poza tym sama jest otoczona jako "Gwiazda" (Quya) nieopisanym przepychem, a jej jedynym obowiązkiem jest urodzić władcy syna.
Starszy mężczyzna przerwał opowieść, gdy zorientował się że jego podekscytowany do niedawna wnuk, który z taką presją wpadł do izby i nie dał sobie wytłumaczyć, że to, co widział, było tylko wytworem jego bujnej, chłopięcej fantazji - teraz zasnął. Tak znużyła go opowieść dziadka, czy może przebyta droga wymęczyła chłopaka ponad siły? "Nieważne" - pomyślał stary mężczyzna, "jutro dokończymy".
"WIELU Z TYCH, CO JĄ ZWIEDZILI, A KTÓRZY BYWALI W LOMBARDII I INNYCH OBCYCH KRAJACH MÓWIĄ, ŻE NIGDY NIE WIDZIELI PODOBNEJ BUDOWLI. ŻADNE RZYMSKIE FORTECE NIE ROBIĄ TAKIEGO WRAŻENIA"
NIM JESZCZE NAD KONSTANTYNOPOLEM ZAŁOPOTAŁ ZIELONY SZTANDAR MAHOMETA
I
JAK AZJATKA Z AFRYKANEREM
(CZYLI PIERWSZA "BIZANTYJKA"
NA RZYMSKIM PALATYNIE)
Cz. IV
Lud Rzymu zasypiał właśnie po całonocnych zabawach noworocznych, gdy nagle dało się słyszeć okrzyki: "Kommodus nie żyje, padł rażony apopleksją! Nowy cesarz zostanie wybrany lada moment!" Lud zgromadził się więc wokół koszar pretorianów, gdzie miano wybrać nowego władcę i gdzie już przebywał Publiusz Helwiusz Pertynaks wraz z prefektem Kwintusem Letusem (współautorem mordu na Kommodusie). Tam też właśnie, nad ranem 1 stycznia 193 r. przedstawiono ludowi Pertynaksa jako najodpowiedniejszego kandydata do objęcia stanowiska władcy Imperium. Rzeczywiście, wybór spiskowców nie był zły, Pertynaks co prawda liczył już sobie 66 lat, to jednak był to człowiek o nobliwym charakterze (choć sam pochodzenia był niskiego, jako syn wyzwoleńca), państwowiec, człowiek rozważny i spokojny - nie poddający się emocjom, a przede wszystkim dobry żołnierz i oszczędny administrator. Spędziwszy wiele lat w wojsku (które było wówczas prawdziwą odskocznią do kariery politycznej, skutecznie niwelującej wszelkie społeczne i obyczajowe różnice. Pod tym względem okres rzymskiego pryncypatu okazał się znacznie lepszą epoką od średniowiecza, gdzie przejście między jednym stanem społecznym a drugim było praktycznie niemożliwe i kto urodził się chłopem, umierał jako chłop, kto rycerzem jako rycerz, a kto księciem, odchodził z tego świata jako książę lub król. To tylko w bajkach, takich jak "Robin Hood" Ridleya Scotta z 2010 r. z główną rolą Russella Crowe'a - możliwe było aby chłop stał się dobrze urodzonym szlachcicem. W rzeczywistości, gdyby doszło do sytuacji przedstawionej w filmie, taki ktoś szybko zostałby zdemaskowany i najprawdopodobniej skazany na karę śmierci za podszywanie się pod szlachetnie urodzonego), przywykł Pertynaks do surowej dyscypliny, a administrując poszczególnymi prowincjami, nauczył się oszczędności i pracy, mającej zapewnić sprawne funkcjonowanie aparatu Imperium i zapewnienie bezpieczeństwa mieszkańcom.
Już sam ten fakt bardzo nie podobał się pretorianom, którzy jednak złożyli przysięgę wierności, gdyż i tak nie mieli własnego kandydata i zostali w dużej mierze postawieni przed faktem dokonanym. Co prawda Pertynaks obiecał wypłacić im po 12 000 sestercji na głowę, ale dla nich ta suma i tak była zbyt mała. Ich nie interesował kryzys finansów państwa, doprowadzonego praktycznie do ruiny za rządów Kommodusa. Oni chcieli nadal opływać w dostatki i przywileje, nic przy tym nie dając od siebie. Dlatego też ów starzec za bardzo im nie odpowiadał, ale nie mieli wyjścia i musieli go poprzeć. Z koszar pretorianów udał się Pertynaks do świątyni bogini Concordii (Zgody) na Forum Romanum (był to jeden z najstarszych budynków w mieście, pamiętający jeszcze czasy, gdy Rzym był zapadłą wioską wśród okolicznych plemion italskich i liczył sobie już wówczas... 560 lat). Tam został przyjęty z okrzykami radości. Senat natychmiast potwierdził wybór spiskowców, pretorianów i ludu, a także nadał tytuł augusty żonie Pertynaksa - wywodzącej się z możnego rodu kapłańskiego (jej ojcem był Flawiusz Klaudian Sulpicjan, członek starego bractwa "Fratres Arvales" - "Braci Rolnych") - Flawii Tycjanie, jak również przyznał tytuł cezara jego zaledwie nastoletniemu synowi. Pertynaks jednak, choć sam przyjął wszystkie oferowane mu przez Senat zaszczyty (nie bez oporów, ponoć miał rzec iż gotów jest od razu, tu i teraz zrezygnować z władzy i przekazać ją godniejszym od siebie, jeśli tylko Senat tego zażąda. Oczywiście nikt nie zażądał, ale Pertynaks sam próbował przekonać senatorów do zdjęcia z niego ciężaru władzy, w pewnym momencie chwycił nawet dłoń stojącego nieopodal Maniusza Glabriona - powszechnie szanowanego senatora i dwukrotnego konsula, wywodzącego swój ród od samego Eneasza - i zapowiedział przekazanie mu władzy. Glabrion stwierdził iż mógłby ją przyjąć tylko pod jednym warunkiem, aby zaraz ponownie zwrócić ją Pertynaksowi. Tak trwało więc to wzajemne "spijanie sobie z dzióbków", aż wreszcie Pertynaks przyjął wszystko, co nadał mu Senat), to jednak zaprotestował przed przyznaniem jego żonie i synowi publicznych tytułów. Argumentował to tym, że syn jest jeszcze za młody na taki tytuł, a żona... co do żony to zupełnie inna sprawa.
Flawia Tycjana była młodsza od swego męża o prawie 30 lat i nie cieszył ją ten związek (który z jakiegoś nieznanego powodu został na niej zapewne wymuszony przez ojca). Stary Pertynaks nie mógł budzić w niej żadnych miłosnych odruchów (zresztą wówczas już od lat ze sobą nie sypiali), dlatego też szukała spełnienia zupełnie gdzie indziej. Tycjana nawiązała romans z pewnym pieśniarzem-kitarzystą (nie wiadomo czy był to człowiek wolny czy niewolnik), co jednak zupełnie nie przeszkadzało staremu Pertynaksowi (który zresztą też otaczał się kochankami). Było to więc prawdziwe małżeństwo bez zobowiązań, ale taka wówczas była epoka w której niemoralność przedstawicieli obojga płci nie należała wcale do rzadkości i można by było przytoczyć tu słowa Seneki: "Największa plaga stulecia - zanik poczucia wstydu". Ale jak już wspomniałem, Pertynaksa nie interesowały sprawy prywatne jego małżonki, ani nawet z kim sypia w łożu, interesowała go zaś kwestia ponownego zapełnienia skarbu państwa, umocnienia granic i wprowadzenia surowej dyscypliny wśród rozbestwionych pretorianów. Na początku jednak jego uwagę sprzątnęła zupełnie inna sprawa. Otóż okazało się że najwyższy kapłan - Cingiusz Sewer stwierdził publicznie że zwłoki Kommodusa zostały złożone do grobu nielegalnie i że należy ponownie je wykopać z ziemi. Jego słowa zostały poparte zarówno przez kolegium kapłańskie, jak i cały Senat, gdzie zaczęły pobrzmiewać głosy zemsty na człowieku, który przez lata terroryzował Rzym swoją wszechwładzą. Zaczęto więc skandować: "Wywlec go z grobu!", "Na hak z gladiatorem, mordercą kobiet i dzieci!", "Truchło wrzucić do Tybru!", głosy te przeplatały się z głosami poparcia i wierności dla Pertynaksa: "Szczęśliwi my, kiedy ty panujesz!", "Szczęścia zwycięstwu ludu rzymskiego!", "Szczęścia wierności żołnierzy!" Pertynaks poprosił senatorów aby uszanowali ciało zmarłego i pozostawili go w spokoju, stwierdził nawet że Kommodusa pochowano z jego polecenia (co nie było prawdą, ale pozwoliło uspokoić wzburzone emocje). Po złożeniu ofiar w Świątyni Jowisza Kapitolińskiego, Pertynaks oficjalnie zainaugurował swoje rządy dnia 1 stycznia 193 r.
Przez kolejne dni miał szereg pracy. Musiał przede wszystkim zająć się rehabilitacją osób skazanych przez Kommodusa na śmierć, gdyż było to ważne dla ich rodzin (kwestie spadkowe i prawne - wroga ludu rzymskiego nie można było przecież pochować w rodzinnym grobie). Senat domagał się też rozwiązania sprawy donosicieli, którzy to stanowili istną plagę za czasów Kommodusa i byli hojnie opłacani przez administrację cesarską. Pertynaks wygnał wszystkich donosicieli z miasta z zakazem powrotu, niektórzy zostali ukarani wtrąceniem do lochu, ale nie doszło do przykładów skazywania na śmierć. Następnie (widząc w jak opłakanym stanie znajdują się finanse państwa) wystawił cesarz na licytację cały ruchomy majątek Kommodusa, wraz z jego niewolnikami. A były tam prawdziwe "cudeńka", jak choćby rydwany o obrotowych siedzeniach, rydwany ze składanymi siedzeniami posiadającymi przyrządy... odmierzające przebytą drogę, oraz mogącymi służyć za łoża do uciech miłosnych podczas jazdy. Zebrane z tej licytacji pieniądze miały posłużyć do realizacji "wyborczych" zobowiązań nowego władcy i najpotrzebniejszych wydatków państwa. Pertynaks wprowadził też duże oszczędności dworu cesarskiego. Sam co prawda zamieszkał w pałacu cesarskim (Domus Domiciana) na Palatynie (wzniesionym sto lat wcześniej przez architekta Rabiriusza na polecenie cesarza Domicjana), ale oddzielił swój prywatny majątek od cesarskiego i zabronił swej żonie i synowi (miał jeszcze córkę) przeprowadzenia się nawet do pałacowej części mieszkalnej, przeznaczonej dla rodziny cesarskiej (tzw.: Domus Augustiana). Całkowicie odróżniał pełnioną przez siebie funkcję princepsa, od życia prywatnego i starał się chronić szczególnie swoje dzieci przed negatywnymi tendencjami władzy. Popełnił tylko jedną "prywatę" - ofiarował funkcję prefekta miasta swemu teściowi - Flawiuszowi Klaudianowi Sulpicjanowi.
Przede wszystkim jednak wziął się za żołnierzy z gwardii pretoriańskiej i wprowadził iście legionowy rygor, który był oczywisty w oddziałach liniowych na granicach Imperium, ale wśród nieprzyzwyczajonych do trudów pretorianów, budził jedynie złość i niechęć. Nic zatem dziwnego że już 4 stycznia, czyli trzy dni od powierzenia Pertynaksowi cesarskiej purpury - podjęli oni pierwszą próbę zastąpienia go innym kandydatem do władzy. Po zapadnięciu zmroku oddział pretorianów podszedł pod posiadłość pewnego senatora, który akurat zażywał wieczornej kąpieli. Złożyli mu propozycję objęcia władzy, lecz on, przerażony tym faktem, nago wybiegł z wody i udał się do pałacu aby wytłumaczyć się przed Pertynaksem. To było pierwsze ostrzeżenie, że pretorianie nie chcą i nie zamierzają tolerować go u władzy, ale Pertynaks całkowicie je zignorował. W każdym razie jednorazowo wypłacił żołnierzom jedynie połowę obiecanej sumy, co jeszcze bardziej ich rozwścieczyło (stwierdził że kolejne będą wypłacane w ratach) i zajął się naprawą państwa. Zwolnił z podatków na dziesięć lat tych, którzy przystąpili do uprawy terenów leżących odłogiem, a takich miejsc w Imperium było sporo, gdyż zarówno wojny graniczne z czasów Marka Aureliusza, jak i zaraza (z końca lat 60-tych II wieku) przywleczona z Partii, wyludniły znaczne tereny. Teraz należało zadbać o ponowne ich zasiedlenie, tak, by w krótkim czasie móc ponownie stamtąd ściągać podatki. Spraw wymagających cesarskiej interwencji było co nie miara, gdyż za rządów Kommodusa praktycznie niczym się nie interesowano, dbając jedynie był dwór cesarski i sam Rzym był dostatni, reszta nie miała znaczenia, stąd dochodziło do wielu nadużyć a korupcja i nepotyzm urosły do przerażających rozmiarów. Pertynaks wziął więc miotłę i starał się nią wymieść owe patologie, niestety - nie miał szczęścia.
Szczególnie wrogi był mu Kwintus Letus, który to pierwszy ogłosił go cesarzem. Letus bowiem uważał że ze względu na wiek i pochodzenie, Pertynaks nie będzie zbytnio wtrącał się do rządów, jemu pozostawiając realną kontrolę nad całą administracją. Już widział siebie w pozycjach takich prefektów jak Perennis czy Kleander za czasów Kommodusa, którzy w przeciągu niedługiego czasu wzbogacili się niebagatelnie, sprzedając urzędy i godności. Jednak Pertynaks nie zamierzał dzielić się władzą z prefektem pretorianów, wolał zwrócić się w kierunku Senatu (tym właśnie było zrzeczenie się władzy cesarskiej - otrzymanej z rąk żołnierzy i przyjęcie tej samej władzy już z rąk Senatu, co było wyraźną deklaracją polityczną że wojsko nie jest od rządzenia, a od wykonywania rozkazów, zaś to właśnie Senat jest organem powołanym do orzekania legalności każdego kolejnego kandydata na cesarza). Sojusz władcy z Senatem godził wyraźnie w ambicje Letusa, więc było pewne że dni Pertynaksa są już policzone. Tym bardziej że prefekt poczuł się zagrożony. Oto bowiem doszły go słuchy iż cesarz zamierza zastąpić go kimś innym, postanowił więc działać. Szybko zawiązał tajny spisek przeciwko Pertynaksowi, w skład którego weszło też kilku oficerów. Mieli oni obalić władcę i powierzyć purpurę jednemu z niezwykle majętnych senatorów - Falkonowi (licząc jednocześnie na jego hojność dla żołnierzy). Spisek jednak został wykryty i Falkon stanął przed Senatem, oczekując wyroku śmierci i słysząc pod swoim adresem niewybredne słowa (notabene, gdyby spisek się powiódł i Falkon został cesarzem, ci sami senatorowie wynosiliby go pod niebiosa, jednocześnie ciskając gromy na obalonego Pertynaksa). Cesarz jednak zaprotestował wobec planów skazania Falkona na karę śmierci i zgodził się jedynie na opuszczenie przez niego Rzymu, porzucenie polityki i zajęcie się odtąd sprawami prywatnymi. To jednak było drugie ostrzeżenie ze strony pretorianów, które cesarz również zbagatelizował - trzeciego miało już nie być.
Spisek Falkona (za którym rzeczywiście stał Letus), choć nieudany, posłużył jednak prefektowi do ostatecznej rozprawy z cesarzem. Oto bowiem po wygnaniu pechowego senatora, Letus urządził czystkę w gwardii pretoriańskiej, usuwając stamtąd wielu oficerów i żołnierzy (sobie niechętnych) i motywując to wszystko rozkazem cesarza. To doprowadziło do prawdziwego wrzenia w oddziałach i przerodziło się w jawny bunt. Niezadowoleni z ostatnich zmian, wyszli żołnierze (w liczbie ok. 200) z koszar i skierowali się prosto w stronę Palatynu. Był 28 marca 193 r. Pertynaks postanowił osobiście przemówić do wzburzonych żołnierzy, licząc zapewne na to, że majestat cesarski wystarczy aby skutecznie powstrzymać rozwydrzoną żołnierską tłuszczę. Pomylił się jednak bardzo. Tłum aż kipiał ze złości i choć początkowo pretorianie zatrzymali się na widok cesarza, to jednak znalazł się w ich szeregach ktoś, kto pierwszy rzucił się w stronę Pertynaksa ze swym mieczem, za nim poszła cała reszta. Władca został zmasakrowany a odciętą głowę cesarza pretorianie nabili na włócznię i obnosili po całym mieście z radością w głosie. Tak, po zaledwie czterech miesiącach panowania, zginął jeden z najpoczciwszych rzymskich cesarzy. Człowiek któremu rzeczywiście leżało na sercu dobro państwa i pragnął zapobiec zbliżającemu się upadkowi Imperium. A tymczasem w dalekim Egipcie tamtejszy namiestnik dnia 6 marca wysłał pismo do naczelników powiatów w Górnym i Dolnym Egipcie aby rozpoczęto piętnastodniowe święto z okazji rządów Pertynaksa (w piśmie tym wymieniono również Tycjanę jako augustę i syna cesarza jako cezara - choć oficjalnie tych tytułów nie otrzymali). Do najdalszych rejonów Egiptu dotarło owe pismo z końcem marca, gdy Pertynaks już nie żył. Mimo to święto trwało nadal, gdyż nikt tam wówczas nie wiedział o owym zamachu stanu i śmierci władcy.
A tymczasem od 190 r. namiestnikiem Panonii Górnej (Pannonia Superior) ze stolicą w Carnuntum, leżącą nad Dunajem na wschód od nieodległej Vindobony (czyli dzisiejszego Wiednia), był Lucjusz Septymiusz Sewer. Tam właśnie w kwietniu 193 r., dotarła wiadomość o śmierci cesarza Pertynaksa, jaką zadali mu pretorianie. Trzy legiony które tam wówczas stacjonowały, obwołały cesarzem swego wodza - Septymiusza Sewera. Również w kwietniu, w dalekiej Syrii tamtejsze wojska okrzyknęły swym władcą namiestnika Syrii - Gajusza Pascenniusza Nigra - niezwykle popularnego zarówno w samym Rzymie, jak i w Syrii, gdzie ten barczysty mężczyzna o donośnym głosie, wiele dobrego uczynił, szczególnie w samej Antiochii. Nieco później, z początkiem maja wieść o zamordowaniu Pertynaksa dotarła również do dalekiej Brytanii, gdzie tamtejsze trzy legiony obwołały cesarzem swego wodza i namiestnika - Decimusa Klodiusza Albina. Te żołnierskie bunty paradoksalnie nie wzięły się z niczego, oto bowiem po zmasakrowaniu poczciwego Pertynaksa, pretorianie urządzili sobie licytację, wystawiając władzę cesarską na sprzedaż - kto im da więcej, ten zostanie nowym władcą. Był to pierwszy w rzymskich dziejach przykład totalnego spatologizowania zarówno samego wojska jak i społeczeństwa rzymskiego. Już wcześniej handlowano najróżniejszymi tytułami i urzędami, ale jeszcze nigdy nie wystawiono na licytację samej najwyższej godności. Było tylko dwóch realnych kandydatów do władzy. Pierwszym był Flawiusz Klaudian Sulpicjan, którego wcześniej Pertynaks wysłał do koszar pretorianów, aby ten rozładował wzburzone nastroje. Teraz, gdy stało się jasne że Pertynaks nie żyje, Sulpicjan musiał szybko podjąć jakąś decyzję, aby nie dołączyć do swojego zięcia. Zaczął więc przekonywać pretorianów że to właśnie jego powinni ogłosić cesarzem, a on ich za to szczodrze wynagrodzi. Może i tak by się nawet stało (pretorianie znów nie mieli pod ręką żadnego innego kandydata), gdyby nie fakt, iż u bram koszar stanął niejaki Marek Dydiusz Julian, którego powszechnie znano jako niezwykle zamożnego nobila.
Ponoć (tak mówi legenda) na wieść o śmierci Pertynaksa, pomysł by to waśnie Julian objął władzę, podsunęły mu jego żona - Manlia Skantilla i córka - Dydia Klara. Nie jest to jednak historia którą należy traktować poważnie, tym bardziej że po upadku Juliana celem propagandy politycznej Septymiusza Sewera było właśnie zohydzenie swego poprzednika w oczach ludu rzymskiego jako opoja i karierowicza, ulegającego kaprysom kobiet. W rzeczywistości wiadomo że owe kobiety odradzały Dydiuszowi Julianowi objęcie władzy, obawiając się iż wiąże się z tym poważne niebezpieczeństwo. Zapewne więc Julian, na wiadomość o śmierci Pertynaksa, pospieszył najpierw do Senatu, ale zastawszy zaryglowane drzwi, udał się wprost do koszar pretorianów - realnej siły politycznej, która miała wówczas wpływ na wybór kolejnego władcy. Tam przystąpił do swoistej licytacji o władzę nad Imperium, którą ostatecznie wygrał (oferując po 25 000 sestercji na głowę dla każdego żołnierza gwardii pretoriańskiej). Na niekorzyść Sulpicjana przemawiał dodatkowo fakt, iż był teściem zamordowanego władcy, mógł więc potem się mścić, dlatego też bezpieczniej było wybrać sobie władcę neutralnego, który przede wszystkim zapewni żołnierzom kolejne nagrody oraz powrót do błogich czasów saturnaliów, jakie mieli oni za rządów Kommodusa. Wybór był więc oczywisty i tak oto Marek Dydiusz Julian okrzyknięty został nowym cesarzem, po czym złożył dwie obietnice. Po pierwsze zapewnił swego konkurenta - Sulpicjana że nie ma do niego urazy i nic mu nie grozi z jego strony, a po drugie obiecał żołnierzom iż obalone posągi Kommodusa wrócą na swoje miejsce, a ukarani zostaną wszyscy ci, którzy brali udział w jego mordzie oraz niepochlebnie wyrażali się o tym władcy. Natychmiast w świątyni Concordii zebrał się Senat. Przerażeni senatorowie (nastrój potęgującej się wówczas grozy wymownie opisał Kasjusz Dion, który wówczas również był senatorem i obawiał się zemsty Juliana, gdyż wcześniej występował przeciw niemu w kilku sprawach sądowych. Podobnie myślało wielu innych senatorów), posłusznie wysłuchali mowy nowego władcy: "Widzę przecież że potrzebujecie przywódcy, a mnie przystoi rządzić wami bardziej niż komukolwiek. Mógłbym wymienić wszystkie zalety, jakimi się odznaczam (...) Dlatego też (...) przychodzę tu do was, abyście potwierdzili to, co oni mi dali. (...) Strach nami miotał i nienawiść" - jak pisze Kasjusz Dion.
Senat oczywiście wszystko kornie potwierdził, ale lud nie okazywał takiej wspaniałomyślności. Jeszcze tego samego dnia zgromadzeni pod koszarami pretorianów ludzie, skandowali hasła: "Złodziej władzy!", "Oszust!", "Ojcobójca!", ale owa niechęć wybuchła dopiero dnia następnego - 29 marca, gdy Julian składał ofiary w świątyni Concordii, zgromadzony lud zaczął wówczas wznosić okrzyki przeciwko niemu. Julian kazał przekazać iż nie ma o to żalu i w ramach pojednania ofiarowuje mieszkańcom pieniądze, ci jednak obruszyli się, wołając że nie chcą jego pieniędzy. Wtedy dopiero kazał Julian swej gwardii uspokoić największych krzykaczy, co żołnierze uczynili, kładąc trupem stojących najbliżej. Po tej masakrze lud zebrał się w Cyrku Wielkim, ale ponieważ nie wiedziano co dalej robić a cesarz już nie interweniował, po spędzonej tam nocy, ludzie nad ranem rozeszli się do swych domów. Wielu z nich modliło się do bógów o ratunek i oczekiwało interwencji z zewnątrz, najlepiej ze Wschodu, tak jak przed 124-laty gdy legiony Orientu ogłosiły cesarzem Wespazjana, który unormował chaos powstały po śmierci Nerona. Teraz też oczy wszystkich skierowane były na Syrię i tamtejszego namiestnika - Gajusza Pescenniusza Nigra. Jednak nie tylko tamtejsze legiony obwołały go następcą i mścicielem Pertynaksa, również uczyniły to w imieniu swoich wodzów, wojska naddunajskie oraz brytańskie. Tak oto, na przełomie kwietnia i maja 193 r. w Imperium Rzymskim było aż czterech cesarzy: jeden w Syrii, drugi w Brytanii, trzeci w Panonii (dzisiejszej Austrii), a czwarty - Dydiusz Julian w Rzymie. Wojna domowa stawała się oczywistością.
"ZAPAMIĘTAJ SOBIE TĘ OPOWIEŚĆ, TY, KTÓRY JESTEŚ NASZYM DZIECKIEM, TY, KTÓRY POCHODZISZ Z MECHIKAS, TY, KTÓRY POCHODZISZ Z TENOCHCAN..."
Mijał rok za rokiem szczęśliwego panowania drugiego tlatoani - Huitzilihuitla i choć mieszkańcy bagnistej wyspy, na której założono sławny dziś Tenochcan (Tenochtitlan) wciąż musieli zmagać się z wieloma przeciwnościami zarówno samej natury, jak i niechętnych im sąsiadów, to jednak szybko pokonywano kolejne przeszkody. Ówcześni ludzie w niczym - prócz samego wyglądu - nie przypominali dzisiejszych mieszkańców miasta, odzianych w bawełniane szaty i czerpiących pełną garścią z obfitości, jakie daje nam nasze położenie i nasza potęga. Tamci, biedni ludzie, cieszyli się, jak złapali rybę na jeziorze, nisko lecącego ptaka a nawet bagienną trawę, pełną owadzich jajeczek. Minęło trochę czasu nim nauczyli się pleść półki wodne ze splątanych ze sobą pasów długich wodorostów (chinampas) i na nich zaczęli uprawę roślin, poczynając od fasoli a kończąc na kukurydzy, która szybko stała się podstawowym posiłkiem naszych przodków. Miasto było jeszcze bardzo małe, z dominującą wciąż trzcinową zabudową i oprócz terenów wokół głównej świątyni, istniały tylko takie dzielnice jak: Huitzilah na drodze ku Itzapalapy na południu wyspy, Tzapotlah na zachodzie na drodze do Tlacopan i część dzisiejszej dzielnicy Atzacoalco na wschodzie, poza tym od kilku już dziesięcioleci rozwijało się odrębne miasto na północy wyspy - Tlatelolco, z własną świątynią (Tenochtitlan oficjalnie założono w 1325 r., Tlatelolco zaś w 1358 r. a w 1473 r. pod wodzą wojowniczego króla Axayacatla, północna część wyspy została włączona bezpośrednio do Tenochtitlanu, po zrzuceniu tamtejszego władcy ze schodów Wielkiej Świątyni, a Tlatelolco stało się północno-zachodnią dzielnicą miasta) i własnym tlatoani. Przodek mój - Huitzilihuitl nawiązał też przyjazne stosunki w kilkoma sąsiadami, jak Huexotzinco, Tlaxcala czy Cuauhnauac, co zaowocowało również rozwojem handlu. Były to czasy pokoju otaczane opieką przez Kwieciste Pióro - Coatlicue - Matki Ziemi w sukni z węży, boga Tlaloca - patrona deszczu i plonów rolnych, oraz boga Quatzelcoatla - dobroczynną Gwiazdę Poranną. Niestety, nie wszyscy bogowie byli zadowoleni z tego stanu rzeczy i wreszcie Huitzilopochtli - Koliber Lewej Strony (Południa), bogini Cihuacoatl - Kobieta-Wąż, oraz Xipe Totec - Pan Obdarty ze Skóry, zaczęli domagać się krwi jeńców wojennych.
Huitzilihuitl nie mógł więc sprzeciwić się woli bogów. W roku Dwóch Trzcin (1403 r.) wyprawił się więc tlatoani wraz z wojownikami przeciw miastom Mixquic i Cuitlahuac i zdołano zniszczyć czółna rolników uprawiających chinampas, pochwycono też kilku jeńców wojennych, których następnie złożono w ofierze Huitzilopochtli i innym bogom w Wielkiej Świątyni Tenochcanu (jak wyglądała scena złożenia takiego nieszczęśnika w ofierze? Pewną, choć niepełną odpowiedzią na to pytanie niech będzie relacja jezuickiego kapłana z 1637 r., który osobiście widział jak plemię Huronów złożyło w ofierze wojownika Seneków. Oczywiście nie wszystko należy tutaj odnosić do praktyk popełnianych przez Azteków, ale warto przynajmniej uzmysłowić sobie jak wyglądało to u tych ludów z północy, otóż: "Wyznaczonego wieczoru, wkrótce po zapadnięciu zmroku i po odbyciu przepisowego szeregu uczt, wzdłuż całego domu narad rozpalono jedenaście ognisk. Wśród przybyłego, ciasno stłoczonego tłumu pełno było młodych ludzi z pochodniami, rozradowanych i głośno pokrzykujących - uprzedzono ich, aby hamowali swój entuzjazm, gdyż ofiara musiała wytrzymać przez całą noc. Następnie, podczas gdy wódz powiadamiał zebranych o podziale ciała jeńca, co miało nastąpić po jego śmierci, wprowadzono więźnia śpiewającego pieśń wojenną (...) potem zaczął on biegać w koło między ogniskami, raz za razem, a wszyscy usiłowali go przypalić, kiedy ich mijał. Wrzeszczał jak potępieniec i cała chata rozbrzmiewała wrzaskami i okrzykami. Niektórzy go przypalali, inni łapali za ręce i łamali mu kości, inni wbijali mu patyki do uszu, jeszcze inni zarzucali mu sznury na nadgarstki, ciągnąc za ich końce z całej siły, aby rozciąć ciało i skruszyć kości". Ów rytuał trwał przez całą noc, a gdy nieszczęśnik mdlał, cucono go wodą, a nawet podawano żywność i ponownie zmuszano do tego makabrycznego rytuału. O świcie, gdy ledwie przytomny, poraniony nieszczęśnik nie mógł już chodzić, przywiązywano go do słupa i przypiekano w różne miejsca rozpalonymi ostrzami toporów. Gdy całkowicie opadł z sił, obcinano mu dłonie, stopy i wreszcie głowę, po czym wręczano je tym, którzy mieli to obiecane przez wodza. Następnie te części ciała gotowano i spożywano. Jak już mówiłem, u Azteków rytuał ten przebiegał nieco inaczej - choć również kończył się śmiercią i dzieleniem ciała ofiary na części, które spożywali kapłani i wybrani członkowie elity. O tym, jak wyglądała ta praktyka u Azteków opowiem w kolejnych częściach, gdy dojdziemy już do końca wieku XV, a szczególnie poświęcenia nowej Wielkiej Świątyni w 1487 r. przez króla Ahuitzotla - gdzie w czasie kilku zaledwie dni świątecznych złożono na ołtarzu ofiarnym ponad... 20 000 ludzi - a należy pamiętać że są to najniższe liczbowo dane, gdyż sugeruje się że uśmiercono wówczas nawet ponad 70 000 wziętych do niewoli jeńców. I nich mi teraz ktoś powie że wspaniałą cywilizację Azteków zniszczyli podli Europejczycy, którzy przybyli do Nowego Świata ze swoim Bogiem zrodzonym w odległym Betlejem i którzy ostatecznie położyli kres tym barbarzyńskim praktykom).
W roku Sześciu Trzcin (1407) zamierzano powtórzyć tamtą wyprawę, tym razem kierując się jednak w stronę odległego Chalco (z którym dotąd Aztekowie współpracowali przy uprawie i magazynowaniu kukurydzy). Oskarżono wówczas o nieuczciwość dwóch nadzorców (dozorców kukurydzy) z Chalco i domagano się ich wydania w celu złożenia w ofierze. Tamtejszy tlatoani odmówił jednak ich wydania, a wsparli go mieszkańcy innych okolicznych miast (Xico, Tlapacoyan, Chimalpa a przede wszystkim Cuitlahuac), którzy rzekli: "Niech no tylko Mechikanie (Aztekowie) spróbują przyjść do nas ze swoimi strzałami i tarczami". Wzajemne wsparcie miast znad jeziora Chalco, doprowadziło ostatecznie do odwołania wyprawy wojennej, a zamiast owych nadzorców musiano poświęcić w Tenochtitlanie jakichś niewolników. Huitzilihuitl zrezygnował z wyprawy, mimo że miał ciche poparcie samego hueytlatoani (wielkiego władcy) Tezozomoca, króla Tepaneków z Azcapotzalco. Szczególnym ulubieńcem Tezozomoca był jego wnuk - Chimalpopoca (Dymiąca Tarcza), dzięki któremu Tenochtitlan uzyskało wiele dobrodziejstw z jego strony, a szczególnie korzystne dla dalszego rozwoju miasta było ograniczenie daniny (Aztekowie bowiem, będąc poddanymi Tepanaków z Azcapotzalco, musieli płacić im narzucony odgórnie pokaźny roczny trybut), który to od czasów narodzin Chimalpopoki (1397 r.) został obniżony do wręcz symbolicznej sumy (dwie kaczki, kilka ryb, parę żab i trochę owadów). Tezozomoc zwykł mawiać, mając na myśli Tenochtitlan: "Niech trochę odpoczną", co jednak nie podobało się ani starszyźnie Azcapotzalco, ani też jego synom, a szczególnie młodszemu i wojowniczemu Maxtli, który uważał że ojciec popełnia błąd, pozwalając wzrosnąć "podłemu miastu na bagnach", kosztem rodzinnego Azcapotzalco. Jednak wola Tezozomoca - wielkiego władcy, którego sława dochodziła do najdalszych krańców ziemi - była niepodważalna i bezdyskusyjna.
Wreszcie nadszedł rok (ok. 1410) będący końcem 52-letniego niebiańskiego cyklu. Następował tedy czas chaosu i zniszczenia do którego należało się przygotować (Aztekowie używali dwóch kalendarzy, 260-dniowego i 365-dniowego. Ten pierwszy, tzw. kalendarz wróżbiarski - podzielony był na dni od 1 do 13 reprezentujących 20 symboli, takich jak np. Krokodyl, Wiatr, Dom, Jaszczurka, Królik, Trzcina, przy czym każdy kolejny był numerycznie większy od poprzedniego, jak na przykład po roku Pierwszy Królik, następował rok Drugi Trzcin, następnie rok Trzeci Noża, potem rok Czwarty Dom itd. aż do 13-go i znów nastepowała zmiana, polegająca na tym, że rozpoczynano od Pierwszej Trzciny, Drugiego Noża, Trzeciego Dom itd. Na to nakładało się 18 miesięcy po 20 dni + 5 dni dodatkowych 365-dniowego roku "religijnego" - lub "niebiańskiego", wyznaczającego święta religijne. Natomiast moment w którym oba kalendarze nachodziły na siebie, powtarzał się dokładnie co 52 lata, stąd Aztekowie liczyli okresy istnienia świata właśnie co 52 lata. Był to jednak moment kryzysowy dla państwa i wszystkich jego mieszkańców, gdyż zapowiadał najróżniejsze katastrofy, łącznie z zagładą istniejącego świata, który właśnie umierał w swym 52-letnim gwiezdnym cyklu. Noc końca jednego i początku drugiego cyklu, była niezwykle ważna, gdyż świat przechodził na chwilę przez fazę powrotu do stanu chaosu, który poprzedzał powstanie nowego cyklu. Nikt więc tej nocy nie mógł zasnąć, a szczególnie dbano by spać nie poszły małe dzieci, jako że wierzono iż w momencie przesilenia, dzieci które zasnęły, zamienią się w... myszy. Tej nocy należało też wygasić wszystkie ogniska w domach - aby nie prowokować nieszczęścia, oraz usunąć z domów wizerunki bogów i kamieni z palenisk wrzucając je wszystkie do jeziora. Następnie przystępowano do wskrzeszenia nowego ognia - będącego symbolem cyklu stwarzania świata. Jeśliby się nie udało rozniecić takiego ognia, wówczas było pewne że bogowie przeznaczyli owemu nieszczęśnikowi zgubną przyszłość. Dlatego też, aby nie prowokować losu, kobiety w ciąży tej nocy były zamykane w spichlerzach, ponieważ wierzono że w przypadku niepowodzenia przy ponownym roznieceniu ognia, zamienią się one w krwiożercze bestie, które wraz z demonami pożrą wszystkich domowników).
(Dlatego też tej nocy wszyscy oczekiwali poranka z duszą na ramieniu i gromadzono się w większe grupy, by wpólnie oczekiwać przejścia chaosu w stan narodzin nowego świata. Przed północą miała miejsce jeszcze publiczna procesja kapłanów, którzy nazywani teonenemi - "kroczący jak bogowie", szli jeden za drugim pod przewodnictwem kapłana z dzielnicy Copolco na szczyt wzgórza Huixachtlanu, położonego pomiędzy miastami Ixtapalapan i Colhuacan - by tam rozniecić ogień narodzin nowego świata. Nie była to jednak bezpieczna podróż, gdyż obawiano się ataków gwiezdnych demonów - tzitzimime, które miały atakować ludzi lub powodować wśród nich panikę. Gdy udało się rozpalić ogień - a rozpalano go na piersi leżącego jeńca, tuż po wyrwaniu z niego serca i stamtąd dopiero rozniecano ogień w wielkim palenisku, gdzie wrzucano wyrwane serce i całą resztę ciała nieszczęśnika - ludzie gromadzili się przy nim, oczekując wzejścia słońca. Gdy zaświtał nowy dzień, ludzie rzucali się sobie w ramiona, całowali, radując się że bezpiecznie przeszli do nowego cyklu istnienia świata - był to czas powszechnej radości. Następnie przystępowano do generalnych porządków, czyszczono swe domy i zaopatrywano się w nowe sprzęty, łącznie z wizerunkami bóstw). Po dokonaniu tej ceremonii, wkrótce potem (1411 r.) lud Mechikanów ostatecznie pokonał i zdobył miasto Chalco, z którym wadził się (od co najmniej 1407 r.) już od kilku lat. Była to druga większa zdobycz wojenna Tenochcanu, po opanowaniu żyznych ziem uprawnych terytorium Xaltocanu na północy Jeziora Texcoco (1398 r.). Jednak wśród Tepanaków z Azcapotzalco zrodził się wówczas potężny sprzeciw wobec ekspansji terytorialnej "Miasta na Jeziorze" i domagano się podporządkowania Chalco bezpośrednio Azcapotzalco, jako suwerenowi Tenochtitlanu. Huitzilihuitl musiał się ugiąć i podporządkować, nie miał bowiem jeszcze ani sił ani poparcia by próbować sprzeciwić się potędze Tepanaków. Tak więc Azcapotzalco przejęło teraz Chalco. Był to policzek, który synowie tlatoani z Tenochtitlanu (a szczególnie Montezuma Ilhuicamina - Niebieski Łucznik) dobrze sobie zapamiętali.
W tym samym czasie na tronie w Texcoco (mieście po wschodniej stronie Doliny Meksyku) zasiadł ambitny władca o imieniu Ixtlilxochitla i koronował się na niezależnego (od Azcapotzalco) Wielkiego Chichimecatla. Taki jawny bunt, wymierzony w niepodlegającą dotąd żadnej dyskusji dominację Tepanaków w całej Dolinie Anahuac, musiał spowodować kontrakcję wielkiego tlatoani Tezozomoca. Władca ten co prawda nie podjął wyprawy zbrojnej, ale zaprotestował w inny sposób - zrywając wszelkie kontakty handlowe z Texcoco i nakazując uczynić to samo również Tenochtitlanowi i innym podległym sobie miastom, licząc na to, że owa blokada handlowa doprowadzi do ukorzenia się i ponownego podporządkowania Iztlilxochitla władzy Azcapotzalco. Okazało się jednak że nie doprowadziło to do otrzeźwienia chichimecatla z Texcoco, a wręcz przeciwnie, demonstracyjnie mianował on swego synka - Nezahualcoyotla (Głodnego Kojota), kolejnym władcą (a jedynym, który mógł mianować lub potwierdzić następstwo tronu w kraju lennym, był jego suweren, czyli w tym przypadku właśnie Tezozomoc) i stało się oczywiste że bez wyprawy orężnej się nie obędzie. A tymczasem zakończył swój ziemski żywot drugi tlatoani z Tenochcanu - Huitzilihuitl (1417 r.). Rodzimy się bowiem na tym świecie jako esencje duchowe poprzednich istot, obdarzeni "zimnymi" i "gorącymi" pierwiastkami wzrostu. Pierwszy aspekt odpowiada za nasz wzrost i rozwój, drugi zaś - słaby zrazu i niewielki - z czasem zaczyna rosnąć i dominować i odpowiada za wysychanie naszego ciała - co my widzimy jedynie w formie starzejącej się skóry. Esencja duchowa Huitzilihuitla podążyła prosto ku bramom Tlalocanu - wilgotnego, pełnego owoców i kwiatów miejsca wszelkiej obfitości i szczęścia, skąd podąży następnie do Tamoanchanu - centrum kosmosu i pnia świata. Nie wszyscy jednak mogą zmierzać ku bramom Tlalocanu, nie wszyscy są godni by je przekroczyć. Większość ludzi podąża do Mictlanu - krainy zmarłych, zaś ci, którzy odeszli z tego świata w hańbie, zabrała ich choroba zakaźna lub nie odnieśli w boju żadnej chwały - zmierzają prosto ku najniższej z krain podziemnych - Chicnauhmictlanu. Polegli zaś w boju odchodzą na cztery lata ku słońcu, gdzie towarzyszą mu w jego codziennej wędrówce - zapełniając je swą życiodajną siłą - po czym przechodzą bezpośrednio do Tamoanchanu - miejsca początku wszelkiej istniejącej boskiej esencji.
Nowym, trzecim tlatoani Tenochtitlanu został syn Huitzilihuitla, zrodzony z córki wielkiego Tezozomoca - księżniczki Ayauhcihuatl - zaledwie dwudziestoletni Chimalpopoca (Dymna Tarcza). Jego najbliższym doradcą i powiernikiem został stryj Itzcoatl (Obsydianowy Wąż), brat zmarłego władcy. Nowy tlatoani dokonał rytualnego objazdu miasta na łodzi, witając swych poddanych i obiecując im pomyślność bogów oraz przychylność władców (ze szczególnym uwzględnieniem Tezozomoca, od którego przecież zależało utrzymanie symbolicznej wartości wypłacanych Azcapotzalco danin). I rzeczywiście, już wkrótce młody Chimalpopoca musiał zwrócić się z prośbą do swego dziadka Tezozomoca, prosząc go o umożliwienie mieszkańcom Tenochtitlanu dostępu do słodkiej wody na Wzgórzu Pasikonika w Chapultepec, lub też zezwolić na budowę w "Mieście na Jeziorze" akweduktu, gdyż rozwój chinampas (wodnych pól uprawnych, budowanych głównie na okolicznych bagnach wokół wyspy) powodowała, że mieszkańcy pili brudną, zamuloną wodę. Druga z próśb Chimalpopoki została od razu odrzucona przez starszyznę Azcapotzalco pod przewodem syna Tezozomoca - Maxtli. Nikt z nich nie zamierzał ani pomagać Mechicanom w dostarczeniu budulca - potrzebnego do budowy akweduktu - ani też wyrażać zgody na jego powstanie. Pod wpływem Maxtli odrzucono też pierwszą prośbę, umożliwiającą ludności miasta korzystanie ze źródeł słodkiej wody na Wzgórzu Pasikonika w Chapultepec, jednak tego było już za wiele i potężny Tezozomoc (choć bardzo stary), zdołał przełamać opór możnych i zezwolił mieszkańcom Tenochtitlanu na korzystanie z tych źródeł. W kilka lat później (1426 r.) zezwolono również (przy otwartym buncie Maxtli) Mechicanom na budowę własnego akweduktu i nawet dostarczono im potrzebne do tego materiały oraz ludzi (oczywiście na niepodlegające dyskusji polecenie Tezozomoca, który nie zamierzał opuszczać wnuka w potrzebie).
A tymczasem nadeszła chwila ostatecznego uporania się ze zbuntowanym Texcoco. Ambitny i żądny zwycięstw oraz władzy Maxtla stanął na czele armii Azcapotzalco i pomaszerował wzdłuż Doliny Anahuac (Doliny Meksyku), na spotkanie ze zbuntowanym miastem. Doszło do bitwy (1418 r.) u podnóża Góry Tlaloka, w czasie której armia Ixtlilxochitla została rozgromiona, a on sam dostał się do niewoli i został zamordowany (jego syn, będąc jeszcze niepełnoletnim - Nezahualcoyotl ukrył się na drzewie i dzięki temu, schowany wśród liści uniknął pogromu). Texcoco ponownie więc popadło w całkowitą zależność od Azcapotzalco. Dzięki temu zwycięstwu pozycja Maxtli w spodziewanym konflikcie o władzę po śmierci sędziwego Tezozomoca, znacznie teraz wzrosła a i starszyzna zaczęła w nim widzieć kolejnego tlatoani (mimo że nie był najstarszym synem władcy Azcapotzalco). Ojciec, widząc wzrastające poparcie Maxtli wśród możnych i ludu swego potężnego miasta (o którym mawiano że ludzi jest tam tak wiele, jak mrówek w mrowisku), a jednocześnie pragnąc okazać sprawiedliwość nastarszemu synowi - Tayauhowi - któremu zgodnie z prawem należało się pierwszeństwo w objęciu władzy - starał się godzić wzajemną niechęć pomiędzy synami, jednocześnie coraz częściej ulegał żądaniom Maxtli. Gdy więc (w 1426 r.) Chimalpopoca poprosił o możliwość zbudowania akweduktu w Tenochtitlanie i dostarczenie potrzebnych do tego materiałów oraz ludzi do budowy, władca Azcapotzalco początkowo wyraził zgodę i wysłał swych ludzi by wznieśli akwedukt w "Mieście na Jeziorze". Jednak, gdy Maxtla zdecydowanie zaprotestował, twierdząc że jest to dowód odwrócenia zależności lennej i teraz to Tepanakowie pracują dla ludu Mechikas, król chcąc nie chcąc, musiał przyznać mu rację. Wysłani zaś do Tenochtitlanu inżynierowie z Azcapotzalco z trudem zaciskali zęby, będąc zmuszeni do pracy w tak prowincjonalnym i zależnym politycznie mieście, które w żaden sposób nie mogło się równać z potęgą Azcapotzalco - miasta leżącego po zachodniej stronie Doliny Anahuac. Maxtla wreszcie zażądał od ojca, by ten udowodnił że nie pragnie uwolnić Tenochcanu spod zależności lennej i że "Miasto na Jeziorze" wciąż będzie płacić daniny (zażądał też ich zwiększenia). Tezozomoc, będąc już u kresu swych sił witlanych, a jednocześnie pragnąc zachować pokój między synami po swej śmierci, postanowił zawezwać Chimalpopocę do Azcapotzalco, aby tutaj żył i tym samym nie mógł wyzwolić się spod jego kurateli. Nim jednak wdrożył w życie swój plan, zmarł w wieku lat stu pięciu, z czego panował przez prawie sześćdziesiąt (1426 r.).
Do Azcapotzalco zdążali teraz przywódcy ludów podporządkowanych Tepanakom, a wśród nich byli m.in. Chimalpopoca z Tenochtitlanu, Tlacateotl z Tlatelolco i Nezahualcoyotl z Texcoco. Ciało wielkiego króla Tezozomoca przez cztery dni spoczywało na trzcinowej macie, by każdy przybyły mógł oddać mu ostatni pokłon, nim ciało zostanie spalone i przeniesione przez Równinę Wielkich Noży, gdzie ostatecznie spocznie. Sędziwy tlatoani pokryty był aż siedemnastoma kocami, wykąpany i przebrany w bogate szaty, w usta włożony miał klejnot jadeitu - symbol życia i śmierci, a twarz jego przykryto turkusową maską. Gdy uroczystości pożegnania zostały już dopełnione, przeniesiono ciało na stos pogrzebowy. Najpierw złożono w ofierze tych niewolników, którzy mieli umrzeć wraz z władcą. Wydarto z ich ciał serca i wrzucono na szczyt płonącego stosu z sosnowych bierwion. Potem zabito karłów i garbatych, którzy również musieli się poświęcić dla swego pana, oraz małego psa (który miał pomóc Tezozomocowi odnaleźć drogę w Zaświatach). Gdy ceremonia dobiegła wreszcie końca, wszyscy przybyli na tę uroczystość rozjechali się do swych domen, a tymczasem w Azcapotzalco rozgorzał spór o władzę pomiędzy braćmi: Maxtlą i Tayauhą - spór od którego szły iskry tak wielkie, że raziły i spalały za sobą lokalnych władców z innych miast. Pożar ów, wskrzeszony od iskier wzajemnej nienawiści obu braci, nie ominął też ani Texcoco ani Tenochtitlanu.
"Tuż pod Krakowem, pośród kwitnących łąk było rozesłane szkarłatne sukno, na którym stał namiot dla królewskiej pary. Król Zygmunt, choć raczej powolny i nigdy nie tracący spokoju, tym razem pospieszył na powitanie małżonki, której podobizna zapowiadała młódkę wielkiej urody. Opuścił tedy namiot, ledwo zagrzmiały okrzyki, wiwaty, i zobaczył z daleka zatrzymującą się karocę oraz swoich posłów, Ostroroga z Zarembą, pomagających wysiąść księżniczce italskiej na drugim końcu barwistego sukna. Stali przez chwilę i on, i ona, stali bez ruchu, ale gdy zagrzmiały trąby i huknęły działa, zaczęli zbliżać się ku sobie, oboje ciekawi, oboje świadomi, że na ich przywitanie patrzeć będzie tysiące oczu. Jak opowiadali sobie potem dworzanie, jego zachwyciła niezwykła uroda wybranki, oczy jeszcze bardziej podobne do czarnego aksamitu przy jasnych, złocistych włosach, ją zdumiała jego postać wysoka, potężna, a mimo to kształtna, i rumieniec na ogorzałych policzkach. (...) królewska para zeszła się w pół drogi i Bona skłoniła głowę, on zaś najpierw wyciągnął ku niej rękę, ale gdy chciała ją ucałować, objął pochyloną w ukłonie gorącym uściskiem. Przy dźwiękach trąb i huku dział ustawionych pod murami grodu król wprowadził swoją wybrankę do namiotu, gdzie powitał ją łacińską oracją prymas Łaski, a odpowiadał doktor Alifio. Zaraz potem marszałek nadworny Piotr Kmita, przedstawiony młodej pani wraz z innymi dygnitarzami dworu, zarządził sformowanie nowego pochodu. Jadąc na białej klaczy obok króla, Bona widziała przed sobą posłów cesarskich, wysłańców króla Czech i Węgier, dygnitarzy i dworzan królewskich, ogromny orszak panów duchownych i świeckich wprowadzający ją do Krakowa"
Fragment książki Haliny Auderskiej pt.: "Smok w herbie. Królowa Bona".
Była niesamowitą kobietą, niezwykle inteligentna, energiczna, pomysłowa, ogromna patriotka rodu Sforza i dynastii Jagiellonów. Kobieta która była prekursorką wielu ciekawych reform wprowadzonych w Królestwie Polskim i Wielkim Księstwie Litewskim, założyła kilka miast (w tym potężne miasto-twierdzę Bar na Podolu, którego nazwa nawiązywała do jej rodzinnego Bari w południowo-wschodniej Italii). Korespondowała z sułtanką Roksolaną/Hurrem (podobnie jak jej małżonek - król Zygmunt I Jagiellończyk z sułtanem Sulejmanem Wspaniałym). Dość sroga matka (głównie dla swoich córek), swego zaś jednego syna Zygmunta II Augusta - kochała miłością szczególną, zdając sobie sprawę że jest on jedyną nadzieją dynastii Jagiellonów. Królowa Bona Sforza - bo o niej to mowa - nienawidziła też wrogów zarówno Sforzów jak i Jagiellonów, czyli Habsburgów i Hohenzollernów i starała się im szkodzić wszędzie tam, gdzie tylko miała ku temu możliwość. Niezwykle sroga, a nawet okrutna wobec wszystkich trzech żon swego syna Zygmunta Augusta (niejednokrotnie doprowadzała te dziewczęta do płaczu). Całe swoje życie poświęciła na wzmocnienie i przedłużenie dynastii Jagiellonów, a bezdzietność Zygmunta Augusta z każdą z jego trzech (często chorych) żon, tłumaczyła również swoją winą, jako że podczas polowania w 1527 r. w Niepołomicach pod Krakowem, rozjuszony niedźwiedź zaatakował królową, która wówczas była w ciąży. Co prawda ostatecznie niedźwiedź został zabity, ale wystraszony koń zrzucił Bonę ze swego grzbietu i spadła ona na ziemię, co spowodowało poronienie. To był syn, który nigdy się nie narodził - otrzymał imię Olbrachta. Miał być młodszym bratem Zygmunta Augusta i szansą na przedłużenie dynastii Jagiellonów. Tak się jednak nie stało. W 1556 r. (po 38 latach spędzonych w Polsce), w wieku 62 lat królowa Bona Sforza opuściła Królestwo Polskie i wyjechała do Italii, do swego rodzinnego Bari - gdzie zmarła rok później, otruta przez swe najbliższe sługi. Oto jej historia.
PROLOG
Cz. I
Król Zygmunt I Jagiellończyk - po śmierci swej pierwszej żony Barbary Zapolyi (która zmarła w wieku zaledwie 20 lat - 2 października 1515 r. będąc żoną Zygmunta zaledwie trzy lata i osiem miesięcy), szukał kolejnej kandydatki na żonę. W połowie września 1517 r. wysłał do Bari swoich posłów: sekretarza królewskiego Jana Konarskiego i kasztelana kaliskiego Stanisława Ostroroga. Ich podróż trwała ponad sześć tygodni i była niezwykle męcząca, a gdy już dotarli na miejsce - 5 listopada 1517 r. zamek w Bari świecił pustkami. Księżna Izabela, wraz córką Boną, wyjechała do Neapolu. Ewidentnie ambitna Włoszka bawiła się z nimi w kotka i myszkę, tylko pytanie kto w tym wszystkim był kotem, a kto myszą?
Nie zastawszy na zamku w Bari księżnej Izabeli i jej córki Bony, królewscy posłowie zmuszeni byli podążać dalej na południe, do Neapolu, gdzie - jak ich poinformowano - udała się księżna pani wraz ze swą córką. Po drodze docierały do nich wieści (rozsiewane przez wrogów Sforzów), jakoby księżna Izabela była zwykłą intrygantką, starającą się jak najlepiej "sprzedać" swoją córkę, zaś o Bonie mawiano że "jest brzydka jak noc" i biegła w umiejętności skutecznego ukrywania swej brzydoty. Rozmijało się to wiele z wcześniejszymi wyobrażeniami i opiniami, jakie docierały do Krakowa o włoskich księżniczkach z Bari, dlatego też posłowie byli mocno skonfundowani udając się w dalszą drogę do Neapolu. Oskarżenia o brzydotę okazały się oczywiście nieprawdą, ale jednocześnie zarówno król Zygmunt Jagiellończyk, jak też spora część jego dworzan liczyła na to, że poślubi on jakąś nieśmiałą białogłowę, która przypominałaby baśniową królewnę, a tymczasem księżniczka Bona - pomimo młodego wieku - była pewną siebie, bezwzględną kobietą, zdecydowanie dążącą do raz obranego celu - a odziedziczyła te przymioty po swej matce Izabelli Aragońskiej. 20 listopada 1517 r. dwaj polscy posłowie ujrzeli wreszcie księżnę Izabelę i jej córkę w miasteczku Marigliano, dokąd to obie damy przybyły na powitanie wysłanników króla. W sporządzonym tego dnia raporcie dla króla Zygmunta, tak oto sportretowano młodą Bonę: "Włosy ma śliczne jasnopłowe, podczas gdy (rzecz dziwna) rzęsy i brwi są zupełnie czarne. Oczy raczej anielskie niż ludzkie, czoło promienne i pogodne. Nos prosty bez żadnego garbu ani zakrzywienia. Lica rumiane jakby wrodzoną wstydliwością zdobyte. Usta jak koral najczerwieńszy, zęby równe i nadzwyczaj białe, szyja prosta i okrągła. Pierś śnieżnej białości, ramiona najudatniejsze, rączki piękniejszej widzieć nie można. Wszystko zaś wzięte razem, czy cała figura, czy każdy członek z osobna, tworzą najśliczniejszą i najpowabniejszą całość". Dodatkowo posłowie wychwalali intelekt dziewczyny i jej umiejętności taneczne.
21 listopada orszak księżnej pani wjechał uroczyście do Neapolu (przy dźwiękach trąb i w świetle zachodzącego słońca - co musiało sprawiać wyjątkowe wrażenie estetyczne, a Izabella była mistrzynią w odpowiednim dobieraniu środków, które posłużyć miały do realizacji danego celu). Orszak poprzedzało 60 wspaniałych koni różnej barwy, dalej szło 18 mułów - dźwigających skrzynie wypełnione posagiem ślubnym księżniczki Bony, następnie weszło dwunastu paziów w ozdobnych strojach, 18 koni z karmazynowymi kapami, potem 60 jeźdźców z orszaków poselskich a następnie cała reszta notabli. Na przyjęciu zorganizowanym tej nocy na zamku, księżniczka Bona wystąpiła w oszałamiającej kreacji - haftowanej złotem sukni obszytej w palmy symbolizujące zwycięstwo. Po kolejnych kilku dniach spędzonych w neapolitańskim zamku, całe to towarzystwo (w którym nie brakowało licznych wysłanników cesarza Maksymiliana Habsburga - niechętnego mariażowi Zygmunta Jagiellończyka z włoską księżniczką) przeniosło się do nieodległego miasteczka Castel Capuano, gdzie przez kolejne dwa tygodnie trwały przyjęcia, bale i turnieje organizowane na koszt księżnej pani - Izabelli Aragońskiej. Królewscy posłowie - Konarski i Ostroróg zaczęli wówczas furczeć pod nosem, gdyż nic nie tłumaczyło tej przedłużającej się zwłoki, a oni chcieli wracać do kraju jak najszybciej, gdyż przedłużający się pobyt generował jedynie koszty, a także liczono na to, że nowa królowa zostanie ukoronowana w zapusty (w czasie karnawału), tak jak dotąd inne polskie królowe, jednak pobyt Bony w Castel Capuano wciąż się przedłużał i polscy posłowie nie wiedzieli co jest tego powodem. A powód był raczej błahy - choć dla mieszkańców Italii być może okazał się ważny, a mianowicie... księżniczka nie miała odpowiednich futer, które mogłyby ją osłonić przed - jak sądzono we Włoszech - przeraźliwymi polskimi mrozami, w czasie których "słowa zamarzają w gardle". Był też jeszcze jeden powód tej zwłoki, gdyż księżna pani chciała by ślub (per procura) odbył się w Neapolu, a tym samym by została potwierdzona jej pozycja, jako "matki królowej". W tym zaś czasie, spędzonym na radosnych pląsach w Castel Capuano, Bona przygotowywała się do rozpoczęcia nowego życia na dalekiej Północy, pakując kufry pełne sukien (zabrała ich dwadzieścia jeden, a wszystkie obszyte były złotem i klejnotami - obliczono potem że za suknie Bony można było wystawić i utrzymać przez kilka miesięcy całą chorągiew jazdy oraz zaopatrzyć ją w dobre konie i broń).
W Królestwie Neapolu doszło też do kilku nietaktów dyplomatycznych, gdy np. Włosi uznali że Polacy uwielbiają ciężkie potrawy, pełne ostrych przypraw, podano im zupę tak pieprzną, że nie dało się tego zjeść. Innym razem podano do stołu pieczone kapłony, nazywając je "specjałem italskiej kuchni" (pieczone kapłony był zaś często potrawą kuchni polskiej i uważano je wówczas za "polski przysmak"). Księżna Izabela starała się zapewnić zgromadzonym gościom rozrywkę na odpowiednim poziomie, tak, aby widziano w niej potężną władczynię, godną roli matki "reginae Poloniae" i z tego powodu nie liczyła się z kosztami. Kazała nawet wznieść atrapę zamku, na którym to umieszczono dostojne damy, zaś neapolitańscy rycerze starali się je uwolnić (podobne przedstawienie urządził król Anglii - Henryk VIII - 4 marca 1522 r. i nosiło ono tytuł: "Zielony Zamek", to tam właśnie po raz pierwszy poznał Annę Boleyn, która grała rolę jednej z cnót - "Wytrwałości"). Ostroróg i Konarski starali się też znacznie ograniczyć liczbę dam dworu, jakie chciała ze sobą zabrać księżniczka Bona i twierdzili że optymalna liczba dam z jej włoskiego fraucymeru nie powinna być większa niż dwie panny. Izabela sprzeciwiła się temu, twierdząc że żona "tak potężnego władcy" nie może ograniczać się tylko do dwóch dam i ostatecznie zgodzono się na zwiększenie włoskiego dworu Bony do sześciu panien i dwóch matron (posłowie ci działali zapewne zgodnie z racją królewskich interesów oraz kiesy, bowiem koniecznością każdego monarchy po poślubieniu nowej żony, było odcięcie jej od jej korzeni i dotychczasowego środowiska, aby uniknąć niepożądanych intryg i zminimalizować wpływ obcych agentów, działających jawnie na królewskim dworze. Poza tym wydanie obcych panien za mąż, wiązało się także z obciążeniem dla królewskiej kiesy, gdyż to król musiał wypłacić im posag dla ich przyszłego męża). Pobyt księżniczki Bony w Neapolu niepokojąco się przedłużał i gdy nadeszły Święta Bożego Narodzenia, polscy posłowie ostro zaprotestowali i domagali się natychmiastowego wyjazdu, jeszcze w trakcie trwania świąt. Księżna Izabela nie miała żadnych argumentów przemawiających za dalszym zatrzymywaniem córki i musiała wyrazić zgodę na jej wyjazd, zaplanowany na 26 grudnia 1517 r.
PIERWSZE SPOTKANIE HENRYKA VIII Z ANNĄ BOLEYN
(4 marca 1522 r.)
Księżniczka Bona w nocy poprzedzającej wyjazd z Neapolu, wymknęła się z zamku w samej białej szacie przykrytej płaszczem i kapturem zarzuconym na głowę, w towarzystwie dwóch innych dam (damy dworu i pewnej mniszki). Udała się konno do położonych za miastem ruin rzymskiego amfiteatru. Tam owe panny odnalazły tajemną jaskinię (do której z pewnością przybywały nie pierwszy raz), która to wypełniona była lekkim dymem. W środku przebywał "czarodziej" czyli człowiek, z usług którego Bona korzystała nie pierwszy raz, a był to zapewne astrolog trudniący się przepowiadaniem przyszłości, niczym dzisiejsze wróżki (astrologia dla takich ludzi to była dodatkowa fucha, którą zajmowali się po godzinach, natomiast żyli z układania horoskopów, bo za to właśnie głównie byli wynagradzani. Podobnie Mikołaj Kopernik, żeby zarobić pieniądze trudnił się również układaniem horoskopów). Księżniczka chciała zapewne dowiedzieć się co ją jeszcze czeka u boku polskiego monarchy. Ów "czarodziej" przepowiedział przyszłej królowej że będzie potężną władczynią, ale musi się strzec drugiego smoka (Sforzowie mieli w swym herbie węża lub smoka, stąd pierwszym wężem miała być sama Bona, a drugi przez jakiś czas pozostawał nieznany, póki królowa nie dowiedziała się - będąc już w Krakowie - że istnieje legenda o Smoku Wawelskim z podkrakowskiej groty). Ów człowiek miał ją także ostrzec przed trucizną, która pozbawiła życia jej ojca (królowa Bona została otruta w listopadzie 1557 r. w wieku 63 lat). Ponoć bardzo przeraziło to młodą kobietę i szczególnie dbała potem o bezpieczeństwo zarówno swoje, jak i swoich dzieci. Nazajutrz, przystrojona w brokatową suknię, na białym koniu okrytym pozłacaną kapą z aksamitu, wyruszyła w podróż do nowego kraju. Była już wtedy oficjalnie żoną Zygmunta Jagiellończyka (ślub "w zastępstwie" - zgodnie z życzeniem księżnej Izabelli - zawarto w Neapolu 6 grudnia 1517 r., ale oczywiście prawdziwa uroczystość miała się odbyć już w Krakowie). Księżniczka zabierała ze sobą do dalekiego i nieznanego kraju: 21 dostojnych sukien, 20 haftowanych jedwabiem prześcieradeł, 115 koszul (w tym 12 nocnych), 120 przetykanych złotem chustek do nosa, 96 nakryć głowy (w tym 36 męskich czapek, jako prezent dla męża). Ale była to zaledwie niewielka część tego, co też do Krakowa zabrała ze sobą Bona (a mianowicie wzięła również całą swą sypialnię, z wielkim łożem, czterema materacami pokrytymi niebieskim jedwabiem, zasłoną, pozłacanym, aksamitnym baldachimem oraz niezliczoną ilością poduch ozdobionych srebrnymi wzorami). Cały Neapol żegnał wyjeżdżającą księżniczkę, która mogła być dumna i czuć się uradowana (osiągnęła przecież to, czego wraz z matką pragnęły - koronę jakiegoś znacznego królestwa, zaś Polska była pod tym względem krajem wyjątkowym, szczególnie jeśli bierzemy pod uwagę fakt, iż posiadłości wielu magnatów na Kresach Rzeczpospolitej były znacznie większe, niż kilka włoskich księstw razem wziętych. Był to więc kraj ogromny, potężny i doskonale się zapowiadający - jednak dopiero po przyjeździe do Krakowa Bona dostrzegła również wiele problemów, jakie trapiły to Królestwo, jak choćby bardzo słaba władza królewska, król uzależniony był od szlachty i możnych, kraj co prawda duży, ale skarb prawie pusty ze względu na niechęć szlachty do płacenia podatków oraz wyprzedawanie lub oddawanie pod zastaw domen królewskich z których potem już kto inny - król bowiem z reguły nie miał pieniędzy aby je wykupić - czerpał zyski. Ona sama starała się potem wiele z tego naprawić. Jednym z najpotężniejszych magnatów w kraju był biskup krakowski, który dysponował ponad 230 wsiami i 4 miastami w Królestwie, oraz zarządzał całym udzielnym księstwem siewierskim z większością znajdujących się tam wsi i 3 miastami. Pozycja biskupa krakowskiego była tak nobilitująca z racji przebywania tegoż w Krakowie, u boku króla, iż nawet awans na arcybiskupa gnieźnieńskiego i prymasa Polski był niechętnie widziany i związany ze znacznym zmniejszeniem wpływów nominata, stąd np. Zbigniew Oleśnicki wolał w 1423 r. otrzymać sakrę biskupa krakowskiego, niż awans na arcybiskupstwo gnieźnieńskie, bo to się również wiązało z władzą, a biskup krakowski miał stały dostęp do króla).
Zatem uradowana (choć wciąż pewnie pełna niepokoju o swoją przyszłość), zmierzała teraz księżniczka Bona ku nowemu życiu do królestwa, którego nie znała i które dopiero zamierzała odkryć. W głowie tej młodej kobiety zapewne wciąż dźwięczały słowa matki: "Nie jesteś zwykłą dziewczyną, ty urodziłaś się do rządzenia, one do służenia przyszły na świat, one cedzidłem i wrzecionem niech się posługują, ty prawami, nauką i dobrymi obyczajami". Podobnie mawiał osobisty nauczyciel Bony i jej siostry Hippolity, zatrudniony przez jej matkę - Antoni de Ferrariis "Galaeto", który przekonywał ją: "Wam, księżnym, danym jest panować nawet nad mężczyznami, przeglądajcie księgi świętych mężów i filozofów (...) abyście okazały się godne i mogły rozkazywać mężczyznom".