WYŚWIETLENIA

17 stycznia 2026

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XIII

FILARY SPOŁECZNEGO 
ROZWOJU LUDZKOŚCI 
I METODY PATOLOGIZACJI 
NA PRZESTRZENI WIEKÓW





TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI:
Cz. X



SŁOWIANIE I CELTOWIE
Cz. X






SŁOWIANIE W ANATOLII, NA BLISKIM WSCHODZIE I W EGIPCIE 
(ok. 1200 r. p.n.e. - ok. 1180 r. p.n.e.)
Cz. V



BLISKI WSCHÓD W OGNIU SŁOWIAŃSKICH ŻAGIEW
(ok. 1200 r. p.n.e. - 1170 r. p.n.e.)
Cz. VI





 
EXODUS 
CZYLI KTO BYŁ PIERWSZY W PALESTYNIE?


Pojawienie się w Palestynie pierwszych plemion z tzw. grupy Ludów Morza, nastąpiło dopiero w kilka lat po wcześniejszym spustoszeniu przez nie ziem syryjskich. Pytanie brzmi jednak, z jakimi ludami przyszło im się tutaj skonfrontować i czy rzeczywiście tutejsza trasa ich pochodu znamionowała wielkie zniszczenia i eksterminację całej ludności (tak, jak to miało miejsce w niektórych przypadkach wymienionych wcześniej). Ciekawym do ustalenia pozostaje również problem, czy przybywszy do ziemi Kanaan, Ludy Morza zetknęły się tutaj z Hebrajczykami, którzy w tym (mniej więcej czasie) opuścić mieli już Egipt? Pytanie brzmi więc - kto był pierwszy w Palestynie: idące z Północnej Europy tzw. Ludy Morza, czy też masy uchodźców (bo jeszcze wówczas trudno by ich było nazwać ludem), które co prawda w większości wywodziły się z ziemi Kanaan, ale były tak naprawdę zlepkiem różnych (przyłączających się do nich po drodze) nomadów (nie jest więc prawdą - jak podaje Księga Wyjścia, że Hebrajczycy przybyli na tereny Palestyny jako obcy i podporządkowali sobie tę ziemię, wydzierając ją autochtonom. Tak naprawdę większość przybyłych tutaj potomków Izraelitów także była autochtonami pochodzącymi z tej ziemi, aczkolwiek urodzonymi i zamieszkałymi już w Egipcie i tam zatrudnionymi - a raczej zmuszonymi do pracy - przy budowie miast: Pi-Ramzes i Pitom w "kraju Goszem", na "polach Tanis" i w "kraju Ramses" - jak głoszą różne teksty biblijne). Żeby odpowiedzieć sobie na pytanie - kto był pierwszy? - należałoby ustalić dokładnie daty wyjścia Hebrajczyków, czyli po prostu ludu "Habiru" (ewentualnie "Ibri" - a jest to egipska nazwa i znaczy tyle samo co: "pokryci piaskiem", lub po prostu "zakurzeni" - co by odpowiadało temu, iż zostali sprowadzeni do roli niewolników i dla Egipcjan byli po prostu "pokrytymi piaskiem" i zmuszonymi do ciężkiej pracy robotnikami). Było jeszcze jedno egipskie określenie tego "ludu", a mianowicie "Szosu" - czyli "dzielni", "waleczni", co by sugerowało że byli oni również zatrudniani w charakterze oddziałów najemnych - ale akurat ta ostatnia nazwa jest znacznie rzadziej spotykana w źródłach.

W tradycji patriarchalnej jest powiedziane że "pobyt" (czyli niewola) Hebrajczyków w Egipcie trwać będzie 400 lat (tak Jahwe miał rzec, zawierając przymierze z Abrahamem). Ale już w Księdze Wyjścia (czyli księdze mojżeszowej) pojawia się liczba 430 lat niewoli. Nie było to wcale bez znaczenia, gdyż słowa Boga musiały być przyjmowane dosłownie, więc nie mogła istnieć żadna ku temu rozbieżność. A jednak się pojawiła - jak więc to tłumaczyła egzegeza rabiniczna? Stwierdzono że tak naprawdę niewola egipska trwała 210 lat, przy czym szybko dodano do tego 5 kolejnych lat, które dzieliły narodziny synów Józefa: Efraima i Manassesa, od przybycia do Egiptu ich dziadka - Jakuba, co łącznie dawało 215 lat. Ale, jak tłumaczono - Bóg pragnąc skrócić cierpienia swego ludu, liczył dnie i noce jako oddzielne, co też dawało łącznie 430 lat niewoli i taka to liczba stała się ostateczną (nie zdołano jednak wytłumaczyć rozbieżności pomiędzy liczbą lat 400 a 430). Oczywiście są to wyjaśnienia potrzebne kapłanom, by w jakiś sposób uprawdopodobnić tę datę, która przecież wyszła z ust samego Jahwe i nie mogła ulec zmianie (według mnie niewola egipska trwała krócej niż 150 lat). O ile jednak kwestia długości lat niewoli egipskiej Żydów została w jakiś sposób "wyjaśniona", o tyle zupełnie nie ma pewności co do okresów historycznych, w których miało dojść do przybycia Jakuba i jego synów do Egiptu na zaproszenie Józefa, oraz tego, kiedy miał miejsce ów mojżeszowy exodus (gwoli ciekawostki dodam że premier Izraela Golda Meir w czasie swej wizyty w Niemczech Zachodnich w 1973 r. wypowiedziała takie oto słowa: "My, Żydzi, mamy pretensje do Mojżesza, że prowadząc nas z Egiptu na Bliski Wschód, wybrał jedyne miejsce na tym obszarze, gdzie nie ma ropy" 😄). Tu bowiem padają bardzo różne daty. Najczęściej można spotkać przypuszczenie, że wyjście z Egiptu nastąpiło ok. 1550 r. p.n.e. wraz z wygnaniem stamtąd Hyksosów. Hipoteza ta miałaby sens pod jednym warunkiem - gdyby można było udowodnić, że Egipcjanie mogli wówczas kontrolować północno-wschodnią część Delty, a tego uczynić nie można, gdyż tak nie było, a ziemią tą władali wówczas Hyksosi, zatem Hebrajczycy musieli być albo niewolnikami Hyksosów (i wraz z nimi zostać wypędzonymi z kraju - co wydaje się śmieszne), albo datacja ta jest nieprawidłowa (poza tym, na terenach na których wzniesiono potem Pi-Ramzes, istniała twierdza Hyksosów - Awaris). Drugą propozycją (tzw.: hipotezą górną) jest przyjęcie opuszczenia Egiptu przez Habiru na ok. 1470 r. p.n.e., a data ta ma się wiązać z wybuchem wulkanu na Therze (według mnie jest to nieprawdziwa data wybuchu wulkanu i zniszczenia Thery). To jednak też nie trzyma się kupy, jako że: po pierwsze w Księdze Wyjścia powiedziane jest iż niezadowolony z utraty tylu niewolników faraon, postanowił ich ponownie pojmać i w tym celu ruszył za nimi w pogoń aż do Morza Czerwonego. Problem polega na tym, że w proponowanym roku Egiptem władała kobieta-faraon Hatszepsut, a jej bratanek - Totmes III miał zapewne wówczas ok. piętnastu lat i był za młody by osobiście dowodzić armią. Datacja ta więc jest równie nieprawdopodobna.




Idźmy jednak dalej. Kolejną datę wyjścia przyjmuje się na ok. 1450 r. p.n.e., czyli na kombinowaną datację wzniesienia Świątyni Jerozolimskiej na 480 lat od wyjścia Żydów z Egiptu (tu też jest według mnie bardzo duża obsuwa czasowa). Idąc jednak tym tropem (i uwzględniając odstęp 300 lat od wojny przeciwko Sichonowi Amorycie - władcy Cheszbonu, a epoce Jeftego - jednego z sędziów Izraela) napotykamy kolejne przeszkody, jako że w tym właśnie okresie Totmes III prowadził swoje zwycięskie kampanie w Syro-Palestynie, a ok. 1447/6 r. p.n.e. przekroczył Eufrat i najechał głównego prowodyra wszystkich tutejszych antyegipskich buntów - czyli królestwo Mitanni (zwane przez Egipcjan Nahariną). Nie wyobrażam sobie opuszczenia Egiptu przez niewolników w sytuacji, gdy w Syrii i Palestynie grasowałaby silna armia pod wodzą samego faraona - ta datacja też jest więc wykluczona. W takiej sytuacji należy przejść do hipotezy dolnej, a to oznacza przeniesienie exodusu na XIII wiek p.n.e. czyli czasy panowania faraona Ramzesa II Wielkiego. W Biblii znajduje się wskazówka, mówiąca że w tym właśnie czasie Egipcjanie przymusili Hebrajczyków do budowy "miast na składy" o nazwach: Pitom i Pi-Ramzes (Wj.1,11). Jest jeszcze jedna wskazówka uprawdopodabniająca hipotezę dolną, a mianowicie fakt, że w siódmym roku panowania Ramzesa II (ok. 1273/2 r. p.n.e.) zmarł pierworodny syn faraona - Amonherchapeszef, który wraz z młodszym bratem - Chaemuasetem, towarzyszył ojcu w jego kampanii do Syrii i Dolnej Nubii (upamiętnionej na ścianach świątyni w Beit el-Wali). Ok. roku 1272 p.n.e. Amonherchapeszef już nie żył, co można połączyć z biblijnymi "plagami egipskimi" i śmiercią wszystkich pierworodnych synów Egipcjan (w tym syna faraona - oczywiście kierując się wyjaśnieniem biblijnym, a nie historycznym, które takiego zjawiska nie odnotowało). Można więc pokusić się o bardzo ostrożne stwierdzenie, że pierwszy (i wcale nie jedyny) exodus Hebrajczyków z Egiptu, miał miejsce wkrótce potem (ok. 1270 r. p.n.e.). Jeśli w ogóle do niego wówczas doszło, to musiał być nieliczny. Prawdopodobnie takich "wyjść" było kilka w ciągu XIII wieku, ale jeśli już mówimy o tym głównym, pod przewodem samego Mojżesza, to według mnie nastąpił on dopiero ok. 1210 r. p.n.e. czyli już po śmierci Ramzesa II, gdy Egiptem władał jego syn - Merenptah. Wyjście to było zapewne związane z osłabieniem Egiptu (około tego roku na Egipt ruszyli przecież Libijczycy, którzy wówczas sprzymierzyli się z pierwszą falą Ludów Morza, o których to pisałem w poprzednich częściach). Nastał więc dobry czas do wyjścia, ale Habiru nie dotarli wówczas do Kanaanu (o czym pisze również Księga Wyjścia, dodając że przez 40 lat "naród wybrany" błąkał się po Synaju i dopiero kolejne pokolenie, już nie zrodzone w niewoli i nie obawiające się Egipcjan, ani też innych wrogów - weszło  do "Ziemi Obiecanej"). Ma to jakieś uzasadnienie, tym bardziej że w Biblii faraon wyruszył w pościg za uchodzącymi Żydami, zaś Merenptah (po pokonaniu Libijczyków ok. 1209 r. p.n.e. i stłumieniu buntu w Nubii) wyruszył do Syro-Palestyny i odniósł tam spory sukces, czym chwalił się potem na swej sławnej steli triumfalnej (z ok. 1207 r. p.n.e.) w której zapisano:


"Książęta padli na twarz mówiąc pokój!
Pomiędzy Dziewięciu Łukami nikt nie podnosi głowy,
Tehenu jest spustoszona, Hatti jest w pokoju.
Aszkelon uprowadzony w niewolę, opanowano Gezer.
Janoam jest jakby jej nie było.
Izrael został zniszczony, nie ma już nasienia.
Charu jest jak wdowa wobec Egiptu.
We wszystkich krajach zaprowadzono pokój"


Okres bytności "narodu wybranego" na Synaju może być prawdziwy, jako że - biorąc pod uwagę, iż w chwili wejścia Hebrajczyków do Kanaanu, zamieszkiwał tam już lud Filistynów, którzy bez wątpienia byli jednym z plemion Ludów Morza (Šardana - Szerdana). Potwierdza to choćby Księga Jozuego, w której znajduje się taki oto fragment: "Od Szichoru, który płynie na wschód od Egiptu, aż do północnej granicy Ekronu jest pięciu książąt filistyńskich z Gazy, z Aszdodu, z Aszkalonu, z Gat, z Ekronu, nadto Awwijczycy na południu; cała ziemia kananejska oraz Meara, która należy do Sydończyków, aż do Afek, aż do granicy Amorejczyków" (Joz 13.3-4). Były tam więc już ludy, które w Biblii uważane są za "autochtonów" (do tej kategorii - co ciekawe - zaliczani są również Filistyni) i które Jahwe miał wydać na zatracenie swemu ludowi - Hebrajczykom/Izraelitom (jest w Biblii bowiem i taki fragment: "Bo Gaza będzie opuszczona, a Aszkelon spustoszony, w biały dzień wyrzucą obywateli Aszdodu, Ekron zaś będzie do szczętu zburzony. Biada wam, mieszkańcy kraju nadmorskiego, narodzie Kreteńczyków! Przeciwko wam odzywa się słowo Pana. Zniszczę cię, Kanaanie, kraju Filistynów, tak że będziesz bez mieszkańców. I stanie się kraj nadmorski wygonami dla pasterzy i szałasami dla trzód. I przypadnie kraj nadmorski resztce domu Judy, aby popasali w nim, wieczorem zaś odpoczywali w domach Aszkelonu, gdyż Pan, ich Bóg, nienawidzi ich i odmieni ich los" (So 2.4-7). Albo też taki fragment: "Wystrzegaj się, byś nie zawierał przymierza z mieszkańcami ziemi, do której idziesz, by się nie stali dla ciebie pułapką. Przeciwnie, zburzcie ich ołtarze, potłuczcie ich pomniki i wytnijcie ich święte drzewa. Gdyż nie będziesz się kłaniał innemu bogu. Albowiem Pan, którego imię jest "Zazdrosny", jest bogiem zazdrosnym" (Wj 34,12-15). Wygląda więc na to, że Habiru - czyli "pokryci piaskiem" weszli do Kanaanu dopiero ok. 1170/65 r. p.n.e., czyli na długo, nim słowiańskie plemię Filistynów (ludy Szerdana i Danuna - przedstawicielem tego ostatniego ludu, również zaliczanego do Ludów Morza - który osiadł na północ od Samarii i kraju nadmorskiego, w rejonie późniejszej Galilei - miał być ów sławny olbrzym Goliat, którego to pokonał i zabił w walce Dawid, późniejszy król Izraela) rozgościło się już w tamtejszych miastach, szczególnie zaś w Kraju Nadmorskim i w innych regionach.





CHASOR
(ok. 1190 r. p.n.e.)


To potężne kanaanejskie miasto, leżące na niewysokim wzgórzu dominującym nad rzecznym szlakiem łączącym Jezioro Galilejskie z wodami Meromu - leżące na szlakach handlowych biegnących z Północy na Południe i z Zachodu na Wschód - teraz pierwsze doświadczyło furii najeźdźców z Północy. To miasto bowiem (jako bodaj jedno z nielicznych w tym okresie), zostało doszczętnie zniszczone i wyludnione, a jego unicestwienie datowane jest na początek wieku XII p.n.e. Niektórzy bibliści twierdzą, że zniszczenie Chasor dokonane zostało przez Izraelitów (Hebrajczyków) pod wodzą Jozuego, ale jest to praktycznie niemożliwe, jako że - uwzględniając 40 letni pobyt "narodu wybranego" na Synaju i biorąc za punkt wyjścia z Egiptu rok 1210 p.n.e., jest to fizycznie niemożliwe, zważywszy że Chasor, to było miasto północnego Kanaanu - jedno z najpotężniejszych w całej Palestynie. Zresztą nie ma co ukrywać, ale nawet wejście Izraelitów do Kanaanu nie oznaczało zdobywania przez ten lud poszczególnych miast, gdyż plemię Habiru wciąż było zbyt słabe, aby porywać się na takie potęgi jak Chasor, Sychem, Gezer, Megiddo czy Jebuz/Jerozolima (dlatego też w Księdze Jozuego przypisuje się zdobycie Kanaanu nie ludziom, a Bogu, który miał oddać tą ziemię swemu narodowi wybranemu). W rzeczywistości bowiem osiedlanie się Hebrajczyków w Kanaanie miało bardzo pokojowy przebieg i trwało przez dekady, w czasie których ludy okoliczne przyjmowały religię i kulturę tego ludu (następowała więc odwrócona asymilacja). Do walk dochodziło sporadycznie i to dopiero wówczas, gdy lud Izraela znacznie się umocnił (czasy Saula, Dawida i Salomona), jednak zdominowanie Filistynów przez Izrael i tak nastąpiło dopiero po 925 r. p.n.e., czyli po sławnej wyprawie wojennej faraona Szeszonka do Palestyny. Biorąc więc pod uwagę fakt, iż wejście Żydów do Kanaanu nastąpiło dopiero ok. 1170 r. p.n.e., a także fakt, że Jerozolima (wówczas zasiedlona przez lud Jebuzytów - zwała się Jebuz) została zdobyta przez Izraelitów ok. 1000 r. p.n.e. przez króla Dawida, zaś polityczne uzależnienie Filistynów nastąpiło po 925 r. p.n.e. - to pokazuje, że Izraelici przez długie dekady byli tylko jednym z wielu lokalnych plemion w Kanaanie i to wcale nie największym i nie najważniejszym. O żadnych też walkach (takich jak przytoczone choćby w Księdze Jozuego) mowy być nie mogło, gdyż lud ten nadal był zlepkiem różnych nomadycznych plemion (m.in. z Synaju) i wcale nie był jednolity, a to rodziło wzajemne konflikty (o czym można przeczytać w Księdze Wyjścia, gdy dochodziło do wielu buntów i rozłamów już po opuszczeniu Egiptu). Siłą spajającą tę zbieraninę, stała się religia mojżeszowa, która odróżniała Habiru od całej reszty kanaanejskich plemion, gdyż owa religia pozwoliła im przetrwać we wspólnocie i nie roztopić się wśród innych ludów.

Wracając zaś do samego Chasor, należy stwierdzić że był to potężny ośrodek handlowy, o którym pierwsza wzmianka w tekstach pisanych sięga wieku XVIII p.n.e. i znaleziona została na tabliczkach handlowych w Mari (również centrum handlowym, leżącym na granicy Syrii i Mezopotamii). W latach swej świetności, Chasor liczyło nawet 40 000 mieszkańców i kontrolowało szlaki handlowe wokół Jeziora Galilejskiego i Jeziora Merom (co oznaczało, że musiało utrzymywać też sporą załogę wojskową). Potęga władców Chasor była tak duża, że równali się oni pozycją z hetyckimi wicekrólami z Karkemisz, zaś faraon Amenhotep IV (Echnaton) żalił się w listach z Amarny, że władca Chasor nie chce mu płacić daniny i uważa się za władcę całej północnej doliny Jordanu. Jednak w czasach o których opowiadam, Chasor było już w dużej mierze cieniem swej dawnej wielkości. Co prawda wciąż należało do najbogatszych miast Kanaanu, ale i ono nie uchroniło się od konfliktów społecznych, związanych z nierównym podziałem bogactw (zapewne wytworzyła się tam taka sytuacja - podobnie zresztą jak i w innych miastach ówczesnej Azji Mniejszej i Bliskiego Wschodu - że powstała elitarna grupa bardzo zamożnych mieszkańców i cała reszta mniejszej lub większej biedoty, a taki podział generował jedynie konflikty i walki wewnętrzne. Izraelski archeolog - Sharon Zuckerman twierdzi wprost, że najazd obcych plemion na Chasor mógł być pokłosiem konfliktów wewnętrznych, toczonych pomiędzy elitą a resztą obywateli miasta, gdyż największe zniszczenia znajdowały się właśnie w dzielnicy królewskiej, zamieszkałej przez możnych). Jak więc było naprawdę? Bezwzględnie samo miasto zostało doszczętnie zniszczone ok. 1190 r. p.n.e., a ponieważ już więcej się nie odrodziło, zatem ludność musiała zostać albo wymordowana, albo wysiedlona i zamieniona w niewolników (albo i jedno i drugie), co raczej bardziej sugeruje najazd obcych ludów, niż konflikt wewnętrzny.





MEGIDDO
(ok. 1190 r. p.n.e.)


Megiddo (położone na południowy zachód od Chasor) wzniesione zostało na wysokim wzgórzu, nieopodal góry Karmel - czym dominowało nad całą równiną Jezreel. Miasto kontrolowało szlak handlowy, biegnący od strony morza rzeką Kison i przełęczą Megiddo, aż do równiny Saron, przez co było niezwykle ważnym centrum strategicznym (nie na darmo wśród Świadków Jehowy mówi się, że to właśnie pod Megiddo nastąpi ostateczne starcie sił Dobra i Zła). Nie sposób było opanować i kontrolować Kanaanu bez zdobycia (lub podporządkowania sobie) Megiddo, przeto przez te tereny w ciągu wieków przetoczyło się wiele armii. Oczywiście samo miasto nie mogłoby przetrwać w takich warunkach, gdyby nie postawiło na silną obronę. Władcy Megiddo dbali o to, aby miasto posiadało silne i grube mury (gdy na te ziemie ruszył ze swą armią faraon Totmes III Wielki, Megiddo miało już mury o szerokości ośmiu metrów). Poza tym było ono doskonale zaopatrzone w wodę, dzięki sieci kanałów biegnących do jeziora Kison - przeto mogło wytrzymać bardzo długie oblężenie. W XV wieku p.n.e. w rejonie góry Karmel, tam, gdzie rzeka Kison wpada do Morza Śródziemnego - powstała achajska (grecka) kolonia handlowa, z którą mieszkańcy Megiddo utrzymywali ożywione stosunki. W tym też czasie doszło do sławnej bitwy pod Megiddo, gdzie armie zbuntowanych książąt Kanaanu (pod przewodem władcy Megiddo), starły się z wojskiem faraona Totmesa III, który pomimo wspaniałego zwycięstwa, nie był w stanie zdobyć potężnych murów miasta (w których to schronili się uciekający z pola bitwy żołnierze). Mimo to miasto musiało przyjąć egipską "opiekę" i stan ten przetrwał właściwie aż do najazdu Ludów Morza, z tym że od czasów amarneńskich (druga połowa XIV wieku p.n.e.) Megiddo realnie było w pełni niezależne (poza faktem wysyłania do Teb czy Pi-Ramzes pewnej ilości danin - dla świętego spokoju).


BITWA pod MEGIDDO
(1457 r. p.n.e.)



Miasto zostało zdobyte aż dwa razy w ciągu XII wieku p.n.e. Pierwszy atak miał miejsce właśnie ok. 1190 r. p.n.e. czyli zaraz na początku tego stulecia i był z pewnością związany z przemieszczaniem się na Południe Ludów Morza. Drugi atak - już definitywnie niszczący miasto - nastąpił ok. 1130 r. p.n.e. Nas jednak w tym momencie interesuje ten pierwszy atak (warstwa osadnicza VIIB), który - w przeciwieństwie do Chasor - nie oznaczał zniszczenia całego miasta, a jedynie dzielnicy zamieszkałej przez tutejszych możnych i króla. Pałac królewski stanął w ogniu jako jeden z pierwszych budowli w mieście (archeolodzy twierdzą, że w wyniku pożaru komnaty pałacu zostały wypełnione gruzem do wysokości ok. półtora metra). Mieszkańcy jednak nie zostali wymordowani ani wysiedleni (jak to miało miejsce w Chasor) i miasto rozkwitło ponownie, aż do chwili kolejnego, już ostatecznego najazdu ok. 1130 r. p.n.e. (do którego jeszcze powrócę w kolejnych częściach).





BETH-SZEAN
(OCALAŁ)


O Beth-Szean piszę dla przykładu, ponieważ okazuje się że wiele dużych miast kanaanejskich ocalało i przetrwało najazd Ludów Morza praktycznie bez szwanku. I tak też się stało z leżącym na południowy wschód od Megiddo w rejonie góry Gilboa - Beth-Szean. Miasto to pełniło (od co najmniej czasów Totmesa III) rolę egipskiej bazy wojskowej i utrzymywano tutaj garnizon, który miał przypominać Megiddo czy Chasor - o wysyłaniu na egipski dwór corocznych danin. Miasto było otoczone linią podwójnych murów obronnych i było dobrze zaopatrzone w wodę z nieodległego Jordanu, co spełniało wszelkie warunki umożliwiające wytrzymanie długiego oblężenia i być może właśnie dlatego zostało oszczędzone (choć z drugiej strony najeźdźcy z Północy oszczędzili wiele innych miast tej ziemi, znacznie gorzej przystosowanych do obrony).





SYCHEM
(OCALAŁ)


Na południowy zachód od Beth-Szean leżało miasto Sychem, wzniesione u stóp góry Gerizim. Miasto to było równie ważne ze względu na swoje strategiczne położenie, gdyż kontrolowało szlaki z Północy na Południe (przez przełęcz biegnącą między górami Gerizim i Ebal), a także ze Wschodu na Zachód. Miasto to także miało potężne mury obronne, które jednak nie uchroniły go przed najeźdźcami, jacy w połowie XVI wieku p.n.e. napadli na Sychem i je zniszczyli. Nie wiadomo kim byli ówcześni najeźdźcy (mogli to być Egipcjanie, np. jedna z wypraw Ahmose I lub jego syna Amenhotepa I - ale z drugiej strony gdyby to byli Egipcjanie, zapewne zostaliby oni zapamiętani, a tak się akurat nie stało). Miasto szybko odbudowano, ale w XIV wieku p.n.e. doszło tam do rozruchów społecznych, w wyniku których władzę zdobył wódz o imieniu Labaja (czyli "Człowiek-Lew"), który założył dynastię królów-wojowników, opanowawszy cały region późniejszej Samarii, aż do Betel na Południu, rzeki Kison na Północy, doliny Saron na Zachodzie i rzeki Jordan na Wschodzie. Labaja nie płacił daniny Egiptowi, ale też nie buntował się przeciw władzy faraonów w Palestynie i nawet zawarł układ, na mocy którego on będzie wspierał Egipcjan w ujarzmieniu innych miast, a w zamian zostanie zwolniony z wszelkich danin na rzecz faraona (notabene Labaja łamał ten układ notorycznie, gdy tylko uznał że będzie mu to się opłacało, a nawet sam podpuszczał innych, aby zbuntowali się przeciw Egipcjanom). Ostatecznie został zamordowany (być może w polecenia faraona), ale jego synowie i wnukowie kontynuowali tę samą politykę.





GEZER
(OCALAŁ)


Gezer to równie ważne miasto leżące na styku szlaku handlowego, wiodącego z wybrzeża (Kraju Nadmorskiego) ku Jerozolimie. Wzniesione na niewielkim wzgórzu, było doskonałym centrum obserwacyjnym całego pasa regionu, który w późniejszych czasach będzie stanowił południowo zachodnią granicę Izraela z królestwem Judy.


W ten oto sposób opuszczamy już ziemie północno-zachodniego Kanaanu i wkraczamy na tereny bezpośrednio nas interesujące - z punktu widzenia najeźdźców - czyli na tereny Jerozolimy, Jerycha, Lakisz i miast Kraju Nadmorskiego, w którym to właśnie Filistyni (czyli lud Szerdana) utworzyli swoje królestwa, będące przez kolejne 250 lat prawdziwym hegemonem całej Palestyny.


CDN.

15 stycznia 2026

HISTORIA ŻYCIA - WSZECHŚWIATA - WSZELKIEJ CYWILIZACJI - Cz. XXX

CYWILIZACJA GOR




Należy pamiętać, że wszystko o czym tutaj piszę wydarzyło się jeszcze przed stworzeniem Adama i Ewy w rajskim ogrodzie Eden, czyli innymi słowy przed wszystkimi wydarzeniami zawartymi w biblijnej "Księdze Genesis". Dotarłem już do ok. 500 000 r. p.n.e., a jeszcze nie powstał ów Adam o którym pisze Biblia, jako o "Ojcu całej ludzkości". Rzeczywiście, ok. 500 000 lat temu nie istniał jeszcze nie tylko Adam i Ewa, lecz nawet ów ogród Eden, który miał być biblijnym rajem. Istniało natomiast inne, bardzo rozwinięte społeczeństwo, stworzone przez galaktycznych przybyszy z innych systemów gwiezdnych - zwane cywilizacją miast-państw GOR. Goreanie byli zlepkiem gwiezdnych przybyszy z różnych (zamieszkałych przez Galaktyczną Ludzkość) galaktyk, jednak najwięcej było tam Lirian i Syrian. Terenem na którym rozwinęła się cywilizacja Gor, była dzisiejsza Antarktyda (wówczas zielona wyspa, pełna drzew, kwiatów i bogactwa wszelkiej innej fauny i flory). Najpotężniejszym z ośrodków Gor, było miasto-państwo AR, założone przez liriańskich osadników. Ono to stworzyło prawdziwe imperium, wchłaniając i podporządkowując sobie inne ośrodki miejskie. AR było stolicą północnego imperium GOR (dzisiejszy rejon Antarktydy idący od Oceanu Atlantyckiego, aż do dzisiejszego Morza Weddella). Stolicą południowego imperium (założonego przez kolonistów z Syriusza), było miasto-państwo Thuria (od Bieguna Południowego do Morza Rossa). Oba te wielkie ośrodki polityczne z biegiem czasu podporządkowały sobie inne miasta-państwa, tworząc dwa wielkie imperia: północne i południowe.

O ile te dwa imperia nie wykraczały terytorialnie poza obszar dzisiejszej Antarktydy, o tyle ich wpływ polityczny, militarny i kulturowy obejmował cały ówczesny kontynent Lamar. Wszystkie inne ludzkie społeczeństwa (nawet te leżące daleko od granic obu imperiów) były całkowicie zdominowane kulturowo przez cywilizację goreańską. A cywilizacja ta opierała się głownie na potędze morskiej i monumentalnej architekturze miast. Po początkowym okresie pokoju, nastąpił czas wojen pomiędzy państwami-miastami, który doprowadził do powstania owych dwóch imperiów - na północy: Imperium Aryjskiego, a na południu: Thuryjskiego. Społeczeństwa te były jeszcze bardziej spolaryzowane niż dzisiaj - dzieliły się bowiem na kasty władców, wojowników, rzemieślników (wśród nich był też podział na odpowiednie zawody), ludzi wolnych zawodów, aż po niewolników. Przejście z jednego stanu do drugiego było w społeczeństwie GOR prawie niemożliwe. Ktoś, kto rodził się władcą, umierał jako władca - kto zaś niewolnikiem, aż do śmierci wiódł żywot niewolnika (zdarzały się wszakże wyjątki od tej zasady - ale to jest jedyne o czym mogę napisać, gdyż nic więcej na ten temat nie wiem). Dochodziło również do buntów niewolniczych (głównie w czasie wojen toczonych pomiędzy państwami). Po jednym z takich buntów, zbiegli niewolnicy z Imperium AR założyli miasto-państwo Kar, które stało się potem (aż do likwidacji przez siły zbrojne Imperium AR) schronieniem złoczyńców, morderców i wszystkich innych zbiegłych niewolników. Kar - (było rządzone przez różnych rzezimieszków, którzy ogłosili się władcami), rozpoczęło pirackie rajdy na inne miasta Imperium AR.




Jak już wspomniałem, zarówno AR jak i Thuria (oraz inne ośrodki miejskie cywilizacji goreańskiej), pełne były monumentalnych budowli, posągów i pomników, wznoszonych przez kolejnych władców, by utrwalić pamięć potomnych o ich zasługach (dziś te wszystkie dawne miasta i ta cała monumentalna zabudowa, znajdują się głęboko pod pokrywą śnieżną Antarktydy). Oba te wielkie imperia często (ze zmiennym szczęściem) toczyły za sobą wojny o dominację nad całą Ziemią. Cywilizacja GOR istniała krótko, gdyż "tylko" 50 000 lat. Jej upadek związany był z... misją dokowania księżyca na orbicie Ziemi (450 000 lat temu), co spowodowało znów ogromne powodzie, trzęsienia ziemi i pożary, które zniszczyły i pogrzebały dawne osiągnięcia tamtej cywilizacji.



MALDEK - MALONA 
Drugie życie planety




Z chwilą zniszczenia Maldeka przez planetę-okręt Nibiru (ok. 1 240 000 lat temu) i eksterminacją wszystkich Gadoidów w tym świecie, zakończyło się reptiliańskie panowanie w naszym Układzie Słonecznym. Natomiast sama planeta Maldek została tak zniszczona, że przez bardzo długi czas nie nadawała się do ponownego zasiedlenia, zresztą zwycięska Federacja Galaktyczna nie zamierzała początkowo jej zasiedlać. Zmieniło się to dopiero ok. 900 000 lat temu, gdy postanowiono wreszcie spróbować odbudować życie na tej "gadziej" planecie. Pierwszymi ludzkimi kolonistami byli Plejadianie, którzy początkowo wykorzystywali ten nieprzystępny świat, jako obóz karny dla przestępców ze swego świata. Potem, dołączyli także Lirianie i Syrianie. Planeta wciąż była bardzo poturbowana, brakowało na niej zarówno wody jak i tlenu. Dlatego też pierwszym zadaniem przed jakim stanęła Federacja Galaktyczna, było odkażenie, oraz zaszczepienie na planecie niezbędnej do życia fauny i flory. Praca ta była niezwykle długa i uciążliwa, lecz po kilkudziesięciu tysiącach lat proces ten został uwieńczony sukcesem. Pomimo odnowienia i odbudowania planety, Maldekowi wciąż daleko było do raju, jakim w owym czasie wydawała się Ziemia. Maldek był zalesiony i nawodniony w niewielu miejscach, ogromne zaś połacie planety były zupełnie nie nadające się do zasiedlenia - (były to kamieniste, lub w najlepszym wypadku piaszczyste pustkowia, w dużej mierze wciąż radioaktywne i niebezpieczne).

Mimo to na planecie powstała wspólna plejadiańsko-liriańsko-syriańska cywilizacja, znacznie górująca nad tą "ziemską", która w tym samym czasie rozwijała się na naszej planecie (głównie wokół miast-państw cywilizacji GOR), pod względem techniczno-cywilizacyjnym. Lirianie, Plejadianie i Syrianie nie byli jedynymi z ludzkich kolonistów, którzy zamieszkali na odnowionym Maldeku. Na tę planetę zaczęli ściągać i inni ochotnicy z bardzo różnych systemów galaktycznych. Mimo to, trzy wyżej wymienione ludzkie rasy - zdominowały planetę w sposób całkowity. Byli oni białego koloru skóry (rasy), lecz prócz nich były i inne rasy - czarna, żółta i czerwona. Linia liriańska (w tym również i plejadiańsko-syriańska) cechuje się właśnie białym kolorem skóry. Cechy te występują u tych przedstawicieli Galaktycznej Ludzkości, którzy zamieszkiwali miejsca (planety) z mniej intensywnym promieniowaniem słonecznym, lub byli pod stałą ochroną podwójnego firmamentu wodnego. Rasa Biała (nazwijmy ją umownie "liriańską") cechowała się znacznie większą od innych energią życia, wytrwałością i konsekwencją w działaniu, lecz jednocześnie o wiele większym także okrucieństwem i żądzą władzy. Maldek nie był jednak przyjemną do życia planetą, gdyż tylko przez pewien krótki czas - ok. 40 dni (gdy zbliżył się po swej eliptycznej orbicie na podobną Marsowi odległość do Słońca), panował na tej planecie upalny klimat, przez pozostały czas roku planeta zamarzała (woda była tylko w bryłach lodu, aż do czasu ponownego odmrożenia na okres ponad miesiąca).




Nowi ludzcy koloniści nazwali tę planetę Maloną (by zdjąć z niej ciążące na niej odium "gadziej historii"), ale tak naprawdę zwano ją bardzo różnie - Milona, Kantek, Khyber, Astera czy Lucyfer (ta ostatnia nazwa miała wybitnie negatywną konotację i przypominała o jej dawnych, wrogich ludziom - gadzich mieszkańcach). Planeta była prawie w całości pokryta skałami, pustyniami i lodem. Nie było ani mórz, ani oceanów (po zagładzie planety Tiamat, większą część dawnego oceanu Planety-Matki przejęła Ziemia, zaś te wody, które początkowo pozostały na Maldeku, zostały wyrzucone w kosmos, tworząc komety). Na planecie (wysiłkiem Federacji Galaktycznej) udało się utworzyć koryta rzek i jezior, lecz wszystkie te wodne zbiorniki przez większość roku były pokryte lodem, a odmarzały jedynie na krótki "wakacyjny" czas ok. 40 dni). Dlatego też miasta, jakie pobudowano na powierzchni planety, były niewielkie - prawdziwe metropolie pobudowano bowiem pod powierzchnią Malony. Ludzkość mieszkała głównie pod ziemią, a na powierzchnię wychodzono w porze "odmrażania" planety, by cieszyć się krótkim okresem słonecznego blasku. Lasy, pola i użytki rolne były w mniejszości, zresztą przez większość czasu pokrywała je gruba warstwa śniegu i lodu, więc i tak nie nadawały się pod uprawy. Żywność wytwarzano w sposób sztuczny, w laboratoriach pod powierzchnią planety. Tam też przez większość czasu tętniło całe życie Malony.

Malona (Maldek) nie była jednak szczęśliwą planetą. Po kilkuset tysiącleciach trudnego życia na planecie, jej naukowcy odkryli, że planeta nie tylko zamarza od zewnątrz, lecz także wyziębia się od środka, a to oznaczało niemożność utrzymania na jej powierzchni (czy nawet pod jej powierzchnią) jakiegokolwiek życia. Stworzono zatem hybrydowe podziemne słońce, które jednak nie spełniło pokładanych w nim oczekiwań - dlatego też poszukiwano innej drogi ratunku. Skontaktowano się więc z Federacją Galaktyczną i poproszono ich o pomoc w ocaleniu Malony. Federacja przekazała im ogromne kryształy, które swą niewyczerpującą się mocą generowały energię o sile bomby atomowej i mogły stale ogrzewać określone partie sal i pomieszczeń. Jednak w tym samym czasie naukowcy z Malony otrzymali jeszcze inną pomoc. Udzielili jej Felinianie (Lwi -Ludzie), podarowując im technologię przetwarzania (za pomocą owych kryształów otrzymanych od Federacji Galaktycznej) energii kosmicznej, która jednak mogła stać się nie tylko źródłem światła i ciepła, lecz także potężną bronią. Broń ta była tak straszliwa, że jej wykorzystanie mogło nie tylko doprowadzić do zagłady wszelkiego życia na planecie, lecz również do rozłupania na maleńkie kawałki samej Malony. Dlatego też dostęp do kryształów był możliwy jedynie dla wybranych (naukowców i przywódców danych ośrodków), one zaś same znalazły się we wnętrzach specjalnie zbudowanych w tym celu piramid, nad którymi pieczę sprawował ogromny Sfinks (postać leżącego lwa - wzniesiony na pamiątkę udzielonej im przez Felinian pomocy).




Niestety, świadomość posiadania tak potężnej broni, działała w sposób pobudzający myśli (i żądzę władzy) niektórych polityków. Wkrótce wytworzyły się na planecie dwa główne ośrodki polityczne - Karna i Vadur, które zaczęły ze sobą konkurować o dominację nad całą Maloną. Te dwa megamiasta rywalizowały ze sobą na każdym polu - np. w eksploracji kosmosu i zakładaniu nowych kolonii. Zaczęli od kolonizacji najpierw własnych trzech księżyców, potem innych, w naszym Układzie Słonecznym, aż w końcu zapragnęli podbijać nowe planety i stworzyć własne imperia galaktyczne. Skolonizowali na przykład (ekspedycja z Karny) jeden z księżyców Marsa - Fobos (uczynili to pomimo sprzeciwu samych Marsjan), tworząc na powierzchni Fobosa swą bazę militarną. 489 000 lat temu grupa z Vadur, zajęła Chowtę (nasz księżyc, który po klęsce Gadów znajdował się na niestabilnej orbicie i był opuszczony). Zaś grupa z Karny zasiedliła odległą planetę Hebra (która potem stanie się ojczyzną ziemskiego "Narodu Wybranego" - Hebrajczyków). Należy od razu zaznaczyć, że zarówno sama kolonizacja jak i przywództwo w obu wielkich megamiastach na Malonie - należało do rasy białej. Trzy pozostałe rasy były raczej dodatkiem i nie pełniły ważnych funkcji publicznych. Rywalizacja w podboju kosmosu szybko też przerodziła się w rywalizację polityczno-militarną na samej Malonie. Wkrótce potem wybuchła wojna, która toczona była ze zmiennym szczęściem, lecz żadne z megamiast nie sięgnęło po broń z "Kryształów Mocy" - (jak je nazywano). Jednak, wraz z przedłużaniem się konfliktu, co ambitniejsi politycy zaczęli prawić o potrzebie radykalnych działań, by zakończyć owe krwawe zmagania wojenne. Społeczeństwo Malony było jednak czujne - ci, którzy tak prawili, bardzo szybko tracili swoją pozycję lub byli obalani.

Co więc doprowadziło do katastrofy planety? Planeta-okręt Nibiru! Pojawiła się bowiem w naszym Układzie Słonecznym ok. 80 000 lat temu, wlekąc za sobą inne (mniejsze) ciała niebieskie, oraz ogromną ilości kosmicznego gruzu. Jej pojawienie się bardzo negatywnie wpłynęło na wszelkie życie w naszej Galaktyce, ale najbardziej zostały poszkodowane dwie planety - Mars i właśnie Malona. Mars odczuł to w sposób szczególny - zginęła większość ludzkiej populacji planety (szczęśliwcy którzy przeżyli, ukryli się w starych schronach i tunelach, pamiętających czasy III Wojny z Gadami), Malona zaś w mniejszym stopniu, lecz także odczuła piętno powrotu Nibiru do naszej Galaktyki. A cóż takiego się stało? Nibiru - ciągnąc za sobą kosmiczny gruz - spowodowała zmianę orbit tych dwóch planet (Malona po prostu zamieniła się z Marsem miejscami). Co prawda na Malonie nie zginęła tak duża ludzka populacja, jak na Marsie, lecz zniszczenia były potworne, a co za tym idzie upadek obyczajów i ogólne zniechęcenie. Gdy częściowo odbudowano swe miasta, konflikt Karny i Vadur wybuchł z nową siłą. Teraz jednak mieszkańcy obu tych wielkich ośrodków pragnęli czym prędzej zakończyć walkę. O zagładzie przesądził jednak przypadek. Ok. 75 000 lat temu na pozycje Karny został nakierowany pocisk termonuklearny (nie został on jednak wysłany przez Vadurian, lecz uruchomił się z powodu wadliwych zabezpieczeń). Teraz Karnianie - pod wpływem szoku i zniszczeń (o wiele mniejszych niż przy użyciu kryształów), postanowili raz na zawsze rozprawić się z przeciwnikiem. Dobrano się do Kryształów Mocy, wysyłając ową energię w stronę przeciwnika. Podobnie postąpili Vadurianie.

Powstało piekło!


Powierzchnia Malony pod wpływem owej energii zamieniła się w stan plazmatyczny - planeta upodobniła się do Słońca. Ogień rozlał się po całej powierzchni planety, rozgrzewając ją do nieprawdopodobnych temperatur. Następnie planeta po prostu eksplodowała, zamieniając się w kosmiczny gruz (dołączył on do już istniejącego po zagładzie Tiamat pasa asteroidów, a inne jego części stały się później księżycami Saturna i Jowisza). Trauma, jakiej doznali mieszkańcy zniszczonej Malony, była tak wielka, że nawet po utracie fizycznych ciał ich dusze nie mogły otrząsnąć się z tego stanu. Pod wpływem owej traumy, dusze Malonian znalazły się w sferze, która charakteryzowała się niezwykle silną wibracją strachu. Nie można było im pomóc, gdyż same odrzucały jakąkolwiek pomoc ze strony swych Przewodników i innych Bratnich Dusz. Pragnęły tylko jednego - ponownie wracać w podobne miejsca, by raz jeszcze ginąć w ten sam sposób - w żarze ognia. Żaden z ich Przewodników Duchowych nie potrafił przyjść im z pomocą i przynieść ukojenia, gdyż same tego nie pragnęły. Dopiero Założycielom po jakimś czasie (czas w Świecie Dusz nie istnieje) udało się wreszcie rozwiązać ów trapiący te dusze węzeł strachu i pomóc im powrócić do swych Duchowych Grup i na normalną inkarnacyjną drogę, pozbawioną owej traumy. Pomocne w tym duchowym uzdrowieniu było cofnięcie się w rozwoju i przyjęcie ciał niezbyt rozgarniętych jeszcze... hominidów (m.in.: ziemskich Lulusów, czyli np. Homo Erectus czy Homo Neandertalis).

Nie wszyscy Malonianie jednak zginęli w zagładzie swojej planety. Część mieszkała i żyła już na stworzonych wcześniej koloniach. Części też udało się uciec jeszcze przed zagładą planety. Część zaś osiedliła się na Marsie (gdzie nie przyjęto ich zbyt gościnnie, ze względu na wcześniejszą zbrojną okupację marsjanskiego księżyca - Fobosa). Dodatkowo zagłada Malony odbiła się równie negatywnie na samym Marsie, niszcząc ostatecznie jego (już szczątkową) atmosferę. Część Malonian (jeszcze przed zagładą) osiedliła się na powierzchni okrętu-planety Nibiru (gdy pojawił się w naszym Układzie Słonecznym ok. 80 000 lat temu, doprowadzając do zmiany orbit Marsa i Malony). Była to już druga "grupa" Malonian, która osiedliła się na pokładzie Nibiru. Znacznie wcześniej - ok. 500 000 lat temu uczyniła tak pierwsza grupa osadników z Malony. I to właśnie ci "pierwsi" Malonianie z Nibiru - będą później stwórcami pierwszej pary ludzkiej - Adama (Lilith) i Ewy w "ogrodzie" Eden.


CDN.

14 stycznia 2026

WIELKIE PODRÓŻE - Cz. II

CZYLI TURYSTYKA OD STAROŻYTNOŚCI
PO CZASY WSPÓŁCZESNE





II
PODRÓŻ MARSZAŁKA PIŁSUDSKIEGO 
DO EGIPTU
(Marzec - Kwiecień 1932 r.)
Cz. I





"NA CZTERDZIEŚCI WIEKÓW TEŻ WARTO POPATRZEĆ. WIDZĘ, ŻE NA PEWNO ROZEGRAM TĘ BITWĘ POD PIRAMIDAMI"
 
MARSZAŁEK JÓZEF PIŁSUDSKI
(o planach wyjazdu do Egiptu)



- Gdzie wy tu kręcicie, żeby było ciszej?

- Tutaj. - Przekręciłem kontakt i muzyka ścichła.

- No, Bogu dzięki, ja myślałem, że ten hałas nigdy się już nie skończy. 

Marszałek nie wtajemniczał się w technikę funkcjonowania aparatu radiowego i nigdy nie miał ochoty przy nim manipulować. Pewnego razu nawet powiedział, że Jemu wystarczy wiedzieć, że gdy wyciągnie kontakt z gniazda w ścianie, to radio ucichnie. Było już po dziewiątej. Marszałek zjadł kolację i poszedł do gabinetu. Jego dzień pracy jeszcze się nie skończył; o godzinie wpół do jedenastej miał przyjść na konferencję Aleksander Prystor jeden z dwóch czy trzech ludzi w Polsce, którzy do Marszałka mówili "ty". (...) Radio już nie grało, w pokojach naszych panowała niczym niezmącona cisza, zawsze wywołująca we mnie pewien niepokój i chęć zakłócenia jej. Gdy później zauważyłem, że ta martwota godzin nocnych była niemiła również Marszałkowi, zakłócałem ją w różny sposób, aby się jej pozbyć, aby tylko nie dzwoniła w uszach swego ponurego marsza. (...) Około pierwszej wziąłem notes i ołówek i poszedłem do Marszałka.

- Co pan Marszałek każe zrobić na jutro? 

Marszałek odsunął pisma ilustrowane i oparł się wygodnie o poręcz fotela.

- Tak - zaczął - jutro będę miał dzień pracowity. Ziuk będzie pracował jak wół. Ziuk - wół! 

Nigdy nie omieszkałem skorzystać z okazji, aby nie podkreślić konieczności odpoczynku. Toteż i teraz odezwałem się:

- Warto by panie Marszałku pomyśleć o urlopie. Ta Carmen Sylwa nie bardzo się udała, a jednym ciągiem pracować nie idzie. 

Marszałek stuknął papierosem o stolik i zapatrzył się gdzieś w sufit. Przez chwilę myślałem, że nie zwrócił wcale uwagi na moje słowa, ale gdy ja tak sądziłem, odezwał się niespodziewanie:

- Tak, tak, wy leniuchy tylko myślicie o urlopach. Rozwalić się na szerokiej kanapie z pełnym brzuchem, to wam tylko w głowie (...).



Oto fragment Pamiętnika adiutanta Marszałka Józefa Piłsudskiego - kapitana Mieczysława Lepeckiego, opowiadający o wydarzeniach sprzed wyprawy do Egiptu - o której to właśnie teraz zamierzam napisać. Bowiem po urlopie, jaki Marszałek spędził w Funchalu na Maderze, wyjechał On na krótki odpoczynek do rumuńskiego miasteczka - leżącego nad Morzem Czarnym - Carmen Sylwa. Odpoczynek ten nie był jednak udany, z uwagi na brak dobrej pogody (prawie cały czas padał deszcz, było chłodno i wiał silny wiatr) i właściwie cały pobyt w Rumunii Marszałek spędził albo w wynajętej willi (Carmen Sylwa), albo też w ambasadzie (Bukareszt). Gdy więc Józef Piłsudski opuszczał Rumunię, wsiadając do swojej salonki w pociągu, rzekł krótko: "Uff! Jak dobrze, człowiek znowu u siebie", po czym dodał: "Trzeba przyznać że urlop mi się nie udał". Wówczas kapitan Lepecki zasugerował, że może by warto wybrać się na urlop do jednego z krajów na Południu, gdzie jest więcej słońca i lepsza pogoda i wówczas właśnie Marszałek sam zasugerował: "Teraz, myślę o Egipcie. Może byłoby tam lepiej" i dodał: "Na czterdzieści wieków też warto popatrzeć. Widzę, że pewno rozegram tę bitwę pod piramidami". Jako ciekawostkę dodam jeszcze, że kapitan Lepecki odnotował, iż gdy pociąg przekroczył granicę polsko-rumuńską, on - jako adiutant Marszałka poczuł się w obowiązku poinformować swego szefa iż: "Jesteśmy już w Polsce". Jak pisze dalej Lepecki: "Marszałek uśmiechnął się. - W Polsce - wyrzekł w zamyśleniu - Czy wy rozumiecie co dla was znaczy, że możecie tak sobie od niechcenia powiedzieć: w Polsce. Nie w Priwisliniu, Galizien, Posen, lecz w Polsce. Pomyślcie tylko: wszystko tu polskie, własne. I ta kolej, i ten wagon, i szyny, i cały ten kraj naokoło. Jak wy myślicie, może to sen? Może my teraz sobie śpimy smacznie, a jutro ockniemy się i będziemy musieli zamyśleć się porządnie nad tym, jak przemycić się z Priwislinia do Galizien?"

Kolejna wielka podróż Piłsudskiego była nie lada wyzwaniem dla Jego współpracowników i ludzi zajmujących się Jego ochroną, tym bardziej że Marszałek miał prawdziwą alergię na wszelkie próby przydzielenia mu bezpośredniej ochrony i należało tak poczynić, aby ochronić go, ale tak, żeby On sam o tym nie wiedział. Ostateczna decyzja o wyjeździe zapadła w lutym 1932 r., a Marszałek osobiście wybrał - jako miejsce pobytu - miasto Heluan. Minister (jeszcze wówczas wiceminister) spraw zagranicznych - Józef Beck, niezwłocznie posłał do Heluanu radcę Dubicz-Penthera, aby ten wszystko przygotował i ustalił ceremoniał powitalny z rządem egipskim. Na miejscu był już dyrektor wydziału wschodniego Ministerstwa Spraw Zagranicznych - Tadeusz Kobylański (wcześniejszy adiutant Marszałka) i obaj panowie dokonali wyboru willi, w której miał zatrzymać się Marszałek. Plan podróży opracował oczywiście kapitan Lepecki i polegał on na przyjechaniu pociągiem do rumuńskiej Konstancy nad Morzem Czarnym (z ominięciem Bukaresztu), a następnie drogą morską na statku "Romania" wprost do Aleksandrii (z postojami w Konstantynopolu i Pireusie). Aleksander Prystor (na którego Marszałek mawiał "Ala") zaproponował - ze względu na stan zdrowia Marszałka - wykupić dla Niego całą pierwszą klasę na statku, ale ostatecznie zrezygnowano z tego pomysłu. Postanowiono za to wysłać do Konstantynopola polski okręt, który miał pilotować rumuński statek, płynąc w bliskiej od niego odległości - tym okrętem był transportowiec "Niemien", który miał na pokładzie załogę wojskową z wyjątkiem kapitana marynarki handlowej. Marszałkowi w podróży miał towarzyszyć zarówno kapitan Lepecki, jak i doktor Woyczyński (który był również obecny w podróży na Maderę), a także małżonka doktora - Ludwika Woyczyńska (potem okazało się że Ludwika Woyczyńska była sowieckim agentem). Udało się również zainstalować w pobliżu Marszałka (w najgłębszej tajemnicy) czterech ochroniarzy, czyli kapitana Bolesława Ziemiańskiego (szefa osobistej ochrony Marszałka) i trzech jego ludzi. 




Termin wyjazdu wyznaczony został na 23 lutego, ale ponieważ Marszałek pragnął jeszcze przyjąć u siebie w Belwederze delegację Legionu Młodych (tę piłsudczykowską organizację założył w lutym 1930 r. Adam Skwarczyński i miała ona pełnić rolę bezpiecznika, który zapobiegałby dołączaniu młodzieży na uczelniach wyższych do organizacji narodowych lub socjalistycznych. Mimo to Piłsudski nigdy nie traktował Legionu Młodych jako przybudówki mającej kształcić młodzież w duchu Legionów Polskich i tradycji piłsudczykowskich, zawsze bowiem miał alergię na wszelkie tego typu organizacje odgórnie zakładane i nie traktował ich poważnie). Trójka przedstawicieli Legionu Młodych (Stefan Mrożkiewicz, Leon Stachórski i Eugeniusz Lagiewski) złożyła wizytę w Belwederze, dnia 22 lutego 1932 r. i wręczyła Marszałkowi dyplom honorowy swojej organizacji. Data wyjazdu do Egiptu śladami piramid i "czterdziestu wieków" Bonapartego, wyznaczona więc została oficjalnie na 1 marca. Tego dnia na Dworcu Wschodnim w Warszawie, Marszałka i jego towarzyszy żegnało spore grono polityków (w tym wszyscy ministrowie) i wojskowych. Była tam obecna również - wraz z córkami - Pani Marszałkowa Aleksandra Piłsudska. Gdy pociąg przyjechał, Marszałek wszedł do swojej salonki i machając do żony i córek z okna, rozpoczynał swoją drugą wielką podróż od czasu Odrodzenia Polski w 1918 r. i zwycięstwa nad bolszewizmem w 1920 r. Teraz pociąg mknął po torach ku Konstancy, gdzie już oczekiwał rumuński statek pasażerski "Romania", mający zabrać Marszałka i jego gości do Heluanu w Egipcie. Cóż, Marszałek, który bardzo cenił Napoleona Bonaparte, pragnął zapewne odwiedzić kraj, w którym ten rozpoczął swój "skok po władzę" we Francji i który w bitwie pod Piramidami wypowiedział swe słynne słowa: "Żołnierze, z tych pomników patrzy na Was czterdzieści wieków" (słowa te wypowiedział w lipcu 1798 r.).

Podróż rumuńskim statkiem wycieczkowym przez Morze Czarne do Konstantynopola i następnie do Aleksandrii, trwała dość szybko i przyjemnie. Pogoda cały czas dopisywała, a w Konstantynopolu już oczekiwał na "Romanię" - wysłany tam wcześniej - polski transportowiec "Niemen", który miał za zadanie "asekurować" wycieczkowiec do Aleksandrii, a następnie zaczekać tam, aż do końca całej wyprawy Marszałka Piłsudskiego (małe wyjaśnienie - statek "Romania" nie był wycieczkowcem w pełnym tego słowa znaczeniu, a raczej statkiem pasażerskim trzeciej lub czwartej kategorii). Gdy więc dopłynięto do portu w Aleksandrii, cała nieliczna grupa towarzyszących Marszałkowi osób została przewieziona do Heluanu - miasta leżącego na południe od Kairu, na prawym brzegu Nilu, naprzeciwko ruin dawnego Memfis. Pogoda była wyśmienita i jak wspominał w swym "Pamiętniku" kapitan Lepecki: "Od pierwszego dnia po przybyciu słońce świeciło jasno na pięknym, niepokalanym błękicie. Nie zdarzył się ani jeden dzień słotny. Dwadzieścia cztery stopnie ciepła w dzień i szesnaście w nocy - powtarzało się z dnia na dzień i z nocy na noc, z regularnością po prostu przerażającą. Chamsin, zły wiatr z pustyni, niosący z sobą ulewę piasku, nie ośmielił się powiać ani razu". Marszałek zatrzymał się w pensjonacie prowadzonym przez dwóch Polaków: prof. Bohdana Rychtera i Jerzego Koblińskiego, a willa ta nosiła nazwę "Jola" (od imienia córki profesora Rychtera). Pokój w którym zakwaterowany został Marszałek Piłsudski, mieścił się w... dawnym haremie (a konkretnie haremliku, czyli w miejscu, gdzie dawniej była strefa przeznaczona dla kobiet - matki, żon i córek dawnego właściciela tego domostwa), państwo Woyczyńscy otrzymali dwa pokoje w drugim skrzydle budynku - w solamliku (czyli miejscu przeznaczonym dla mężczyzn), kapitan Lepecki zaś zajął pokój obok pokoju Marszałka.




Posiadłość ta położona była nieco na uboczu, tak, iż dokoła niej roztaczała się panorama na całą dolinę Nilu, wraz z majaczącymi w oddali piramidami w Gizie. Marszałek Piłsudski spędzał tam dni, poświęcając się swoim ulubionym rozrywkom, czyli czytaniu książek, piciu bardzo mocnej herbaty (koniecznie w szklankach i parzonej z imbryka), oraz paleniem mocnych papierosów, które już wówczas otrzymały nazwę "marszałkowskich". Umiłowanie do czytania tkwiło w Nim od lat dziecinnych, a wyrobiła go w Nim Jego matka, która bardzo dbała o wykształcenie i wychowanie swych synów (szczególnie zaś o wychowanie patriotyczne, czytając im zakazane dzieła Adama Mickiewicza czy Juliusza Słowackiego - który stał się ulubionym pisarzem Piłsudskiego - oraz wspominała im o Powstaniu Styczniowym z lat 1863-1864 i walce o Niepodległość. Nic dziwnego że potem, w swym testamencie zapisał Piłsudski takie oto zdanie: "Przenieście zwłoki mej matki z Sugint, wiłkomirskiego powiatu, do Wilna. Pochowajcie je z wojskowymi honorami. Matka mnie - do tej roli, jaka mnie wypadła - chowała"). Tak też w podróż do Egiptu, Marszałek Piłsudski zabrał ze sobą kilka książek: polskich, francuskich, niemieckich i rosyjskich (najczęściej były to dzieła o taktyce wojskowej, opowiadania z lat Wielkiej Wojny Światowej, lub te z czasów Wojny polsko-bolszewickiej, a także mapy, które zabierał ze sobą w każdą podróż i rozkładał je na stołach oraz oglądał za pomocą szkła powiększającego). Marszałek bardzo też lubił czytywać codzienną prasę: polską, francuską i angielską i podobnie było w Egipcie, gdzie co dzień na Jego biurku pojawiały się egipskie wydania gazet: "La Bourse Egiptienne", "Le Journal du Caire" i "The Egiptian Gazette". Poza tym 64-letni Marszałek przepadał jeszcze za kwiatami i ogrodami, lubił w nich siadywać i przyglądać się drzewkom owocowym, pędom różnobarwnych kwiatów i wdychać ich woń, niestety jednak nie znał się na pielęgnacji kwiatów i nawet w Sulejówku czy w Pikieliszkach o ogród zawsze dbała Jego małżonka - pani Aleksandra Piłsudska, a Marszałek jak mawiał: "Ja się tylko przyglądam". W Egipcie zaś, wokół pensjonatu "Jola" również znajdował się niewielki ogród, dość dobrze utrzymany, pomimo otoczenia piaskami pustyni, na której to zbudowano Heluan. Tak więc Marszałek przez pierwsze kilka dni swego pobytu w Egipcie przesiadywał głównie w tym ogrodzie, nie podejmując się żadnych podróży, chociażby na przeciwny brzeg Nilu, ku Gizie i Sakkarze. Siedział więc w owym ogrodzie (w którym walka o każdy kwiatek w pogodowej strefie egipskiej była prawdziwą walką o przetrwanie, gdyż każda roślinka pozostawiona tam bez podlewania choćby na jeden dzień, natychmiast usychała) czytając prasę lub zabrane ze sobą książki, paląc papierosy, pijąc mocną herbatę i przegryzając ją ulubionymi przez Niego wedlowskimi krakersami.




Wreszcie dni beztroski minęły, gdy Marszałek Piłsudski postanowił odwiedzić króla Egiptu - Fuada I w Kairze (kapitan Lepecki pisze o tym tak: "Pewnego dnia Marszałek Piłsudski zawołał mnie i powiedział: - Jutro pojedziecie ze mną do króla Fuada. - Rozkaz! - wykrzyknąłem, radując się że zobaczę dwór egzotycznego władcy, wschodni przepych, a przede wszystkim, że będę to wszystko oglądał wraz z Marszałkiem Piłsudskim"). Król Fuad I był potomkiem (prawnukiem) Muhammeda Alego, który w 1805 r. przejął władzę jako wicekról Egiptu (pozostając jednak pod formalną zależnością od tureckiego sułtana, choć w samym Egipcie wyrugował wszystkie tureckie wpływy, a forma zależności polegała na corocznym przesyłaniu do Konstantynopola haraczu w wysokości miliona egipskich funtów rocznie, oraz składania sułtanowi dorocznego osobistego hołdu. Ta forma zależności, którą utrzymał Muhammed Ali, była zapewne podyktowana faktem, że sułtan był przywódcą religijnym islamu i jako kalif mógł ogłaszać "święte wojny" w imię Allaha. Zapewne więc jedynie ta świadomość spowodowała, że wicekról Egiptu nie zdecydował całkowicie oderwać się od Osmanów, choć toczył z nimi również wojny). Po śmierci Mohammeda Alego w 1849 r. władzę przejęli jego synowie i wnukowie, kontynuując tę samą politykę aż do 1882 r. gdy Egipt został najechany przez Brytyjczyków i stał się terytorium okupowanym. Ale nawet mimo tego, oficjalna zależność wicekrólów od Konstantynopola nie osłabła, gdyż była to zależność religijna a nie polityczna (jeśli w ogóle islam można w jakikolwiek sposób oddzielić od polityki). I dopiero w grudniu 1914 r. wraz z wybuchem i rozszerzaniem się I Wojny Światowej na kolejne kraje, Brytyjczycy ogłosili powstanie swego protektoratu nad Egiptem i wówczas wicekról - Abbas II (który sprzyjał Turkom) został przez nich obalony, a na jego miejsce powołano Husajna Kamila (który zmarł w październiku 1917 r.) już z tytułem pierwszego egipskiego sułtana. Drugim sułtanem został właśnie Fuad I, który w 1922 r. (gdy Egipt ostatecznie uzyskał realną niepodległość od Wielkiej Brytanii) ogłosił się pierwszym królem Egiptu. Ten wychowany na Zachodzie gentleman, znał kilka języków europejskich (angielski, francuski, włoski, niemiecki), wykształcenie wojskowe zdobył we Włoszech, a w Wiedniu mieszkał i używał życia. Był miłośnikiem wiedeńskich teatrów, opery i oczywiście... pięknych kobiet, które pozyskiwał sobie niezwykle łatwo (potem opowiadał anegdoty jakie przeżywał w Wiedniu, a często były to opowieści zabarwione silnym erotyzmem).


KRÓL FUAD I



Gdy więc samochód z Marszałkiem Piłsudskim podjechał na dziedziniec Pałacu Abdine (oficjalnej siedziby władców Egiptu), powitał go tam wielki szambelan królewski, wraz z czterema innymi szambelanami i egipskimi oficerami. Kompania honorowa prezentowała broń, gdy stary Ziuk wkraczał do królewskich apartamentów. Tam przywitał go osobiście król Fuad i zaprosił ze sobą w głąb pałacowych korytarzy, zaś kapitan Lepecki oraz konsul Maliński i cały królewski dwór pozostali w sali dworskiej. Po jakimś czasie obaj panowie powrócili, żywo ze sobą dyskutując, po czym nastąpiła prezentacja gości. Następnie król zaprosił wszystkich do następnej sali, gdzie już był przygotowany obiad (jak pisał kapitan Lepecki: "Jadalnia przedstawiała się jako duża ze złoconymi boazeriami i ścianami wykładanymi w dolnych częściach jasnym marmurem o zielonkawych żyłkach. Środek stołu był zarzucony wielkimi naręczami różowych goździków oraz bardzo bogatą zastawą. Wszystkie talerze, półmiski, noże, widelce, łyżki etc., były srebrne, a zastawa do deseru i owoców - szczerozłota. Pierwszy to raz zdarzyło mi się jeść krem na złotym talerzu, złotą łyżką"). Alkohol podano tylko gościom, gdyż zasady Koranu zabraniają muzułmanom spożywania takowego napitku, tak więc król Fuad i osiemnaście osób jego dworu siedzących przy stole, pili z kieliszków czystą wodę. 

Król Fuad "był wzrostu średniego i dość znacznej tuszy (...). Nosił wąsy podkręcane do góry w sposób przypominający nieco fryzurę a la Wilhelm II. Mówił głosem wyrazistym i doniosłym (...) Sylwetka królewska nie miała w sobie nic szczególnie rzucającego się w oczy. Gdyby można było go zobaczyć kiedykolwiek spacerującego po ulicach Kairu, niczym nie różniłby się od zamożnego kupca, opowiadającego głośno o sukcesach dnia ubiegłego. Król Fuad znany był jako dobry i przykładny małżonek. W czasie naszej wizyty w Egipcie posiadał drugą żonę (z pierwszą rozwiódł się) imieniem Nazali, która obdarzyła go czworgiem potomstwa. (...) Życie rodzinne króla Fuada skupiało się w podmiejskim pałacu Kubbah, położonym opodal drogi wiodącej do Heliopolis. Tam mieszkała królowa z dziećmi i tam spędzał on wszystkie wolne chwile. Królowa opuszczała pałac Kubbah bardzo rzadko. Wielką łaską było dla niej zezwolenie udania się na jakąś wielką uroczystość dworską do Abdinu, gdzie mogła do woli przypatrywać się ceremoniom zza grubych, gęstych krat. Życie królowej Nazali, która wiele lat spędziła w Paryżu i która była jeszcze ładna i młoda, nie upływało zapewne wesoło. W rzeczywistości prowadziła żywot odosobniony, haremowy. Była dobrą matką. (...) Kontakt ze "światem" utrzymywała tylko podczas przyjęć, urządzanych dla żon dyplomatów cudzoziemskich i dygnitarzy egipskich. (...) Z okazji uroczystych świąt Ramadanu zdarzyło się takie przyjęcie również w roku pobytu w Egipcie Marszałka Piłsudskiego". Królowa Nazali bardzo dbała o swoje dzieci, a szczególnie zamartwiała się o swego najstarszego syna i następcę tronu, księcia Faruka, mówiąc iż jest on "wielkim żarłokiem". Podczas spotkania z żoną radcy polskiego poselstwa, panią Benisową, wypowiedziała ona następujące słowa o swym synu: "Jestem tym swoim Farukiem bardzo zaniepokojona. On wciąż je i wciąż tyje. Jest już porządnym grubasem". Obawy królowej okazały się jednak zbyteczne, gdyż książę Faruk nie poszedł w ślady swego ojca i gdy w kwietniu 1936 r. wstąpił na tron, był szczupłym, dobrze zbudowanym mężczyzną i jednym z najprzystojniejszych władców jakich miał w swej historii współczesny Egipt.


KRÓL FARUK I



KRÓLOWA-MATKA NAZALI SABRI



Po obiedzie król zaprosił Marszałka do swego gabinetu na herbatę, zaś pozostałym gościom podano kawę po turecku, którą spożyli w sali dworskiej. Tam też dworzanie zasypali kapitana Lepeckiego pytaniami o Polskę, jej stosunek do Rosji bolszewickiej i Niemiec, oraz o szczegóły z życia Marszałka Piłsudskiego, o udział w wojnie polsko-bolszewickiej i lata służby. Kapitan Lepecki dowiedział się zaś wiele o dziejach współczesnego Egiptu i o historii Pałacu Abdine, a w pewnym momencie jeden z egipskich pułkowników rzekł: "Tutaj, panie kapitanie, znajduje się pomieszczenie haremowe. - Gdzie, gdzie? - począłem się dopytywać. - Niestety, panie kapitanie (...) pomieszczenia te są obecnie zupełnie puste. Trudno było wyczytać z wyrazu twarzy dostojnego Egipcjanina czy to słowo, niestety, wyrzekł ze smutkiem, czy tylko ze smętkiem". Król Fuad jako Europejczyk - za którego się uważał, choć był gorącym egipskim patriotą - haremu oczywiście nie posiadał i żył przykładnie ze swoją drugą żoną Nazali (choć lata młodzieńczej "euforii" spędzonej głównie w Wiedniu, często wspominał bardzo radośnie). Po skończonej herbatce król Fuad pożegnał Marszałka Piłsudskiego, odprowadził go do auta, które ruszyło w drogę powrotną do Heluanu. Tak oto zakończyła się pierwsza w dziejach polska wizyta u panującego władcy Egiptu. Jednak zakończenie wizyty w Pałacu królewskim w Kairze nie oznaczało końca podróży Józefa Piłsudskiego po Egipcie, a przez następne dni Marszałek studiował pilnie literaturę podróżniczą i planował wielkie podróże w głąb dawnej ziemi faraonów.




CDN.

13 stycznia 2026

WŁADYSŁAW IV I PLANY WIELKIEJ WOJNY Z IMPERIUM OSMAŃSKIM - Cz. VI

CZYLI JAK TO KRÓL
RZECZYPOSPOLITEJ WŁADYSŁAW IV
PLANOWAŁ ODBUDOWAĆ DAWNE
CHRZEŚCIJAŃSKIE PAŃSTWO
W KONSTANTYNOPOLU





1645 r.
IMPERIUM OSMAŃSKIE
Cz. II


"JACYŚ TEŻ BAŁAMUCI, Z WIELKIMI DUPAMI,
WALILI SIĘ TU PRZEZ WIEŚ, JAK BYDŁO KUPAMI.
(...) STRASZLIWY OWO ŻOŁNIERZ, GDZIE UDERZY DUPĄ,
OBALI TATARZYNA ZARAZ I Z CHAŁUPĄ"

FRAGMENT FRASZKI JANA DZWONOWSKIEGO
(WYŚMIEWAJĄCY NIERYCERSKIE ZACHOWANIE POSPOLITEGO RUSZENIA, 
KTÓRE NIE DOTARŁO POD CHOCIM I STANĘŁO WE LWOWIE)
(1621 r.) 




Teraz, po klęsce chocimskiej (którą przedstawiano w całym Imperium Osmańskim jako zwycięstwo), młody sułtan szukał winnych tej niefortunnej wyprawy i dość szybko ich znalazł. Na pierwszy ogień poszedł wielki wezyr Husejn Pasza oraz niejaki Sulejman Kizlar-Agasi ("zarządca dziewcząt" - eunuch, który przewodził wszystkim rzezańcom haremu władcy i kontrolował dziewczęta sprowadzane do sułtańskich "Drzwi Szczęśliwości"), którzy opracowali plan tej wojny. Husejn zastąpiony został (17 września 1621 r.) przez Dilawera Paszę. Jednocześnie władca nagrodził Kantemira Mirzę, który walczył bohatersko i jak zostało zapisane w tureckiej kronice z tej wojny: "tyle nieczystych dusz kozackich, w piekielne strącił otchłanie". Jednocześnie Kantemir Mirza, który nie był członkiem Dywanu sułtana, ani też nie należał do wielkich rodów, ściągnął na siebie gniew i zazdrość tych, którzy uważali się za lepszych od niego. Nagrodzony został również niejaki Mohammed, protegowany Husejna Paszy, który wcześniej przed wyprawą odradzał wojnę z Rzecząpospolitą, co bardzo nie spodobało się Sulejmanowi (zarządcy haremu), który podczas narady Dywanu miał do niego przemówić tymi oto słowy: "Ten twój król Lechów, co za pies taki, iżby się z władcą z domu Osmanów śmiał mierzyć", na co Mohammed miał odpowiedzieć: "Nigdy nie należy, błahym nawet pogardzać nieprzyjacielem. Niewierni (...) jeden wszędzie składają naród. Tę wojnę nie z jednymi więc toczymy Lechami (...) wszyscy bowiem niewierni bronią całości swej wiary". Teraz, gdy okazało się że rację miał ów Mohammed a nie osobisty powiernik sułtana - Sulejman Kizlar-Agasi, władca niezwykle hojnie nagrodził tego pierwszego, obsypując go złotem i nadając tytuł paszy. 

Sułtan Osman II uważał jednak, że główna wina owej klęski chocimskiej spoczywa na barkach janczarów, którzy miast ściślej przestrzegać życia wojskowego i mieszkać w koszarach, zaczęli coraz bardziej żyć jak cywile, zajmowali się handlem (oraz udzielaniem pożyczek na procent), kupowali sobie domy, żyli z kobietami z karczem i tawern i żenili się z nimi. Coraz mniej czasu przeznaczali zaś na ćwiczenia wojskowe i garnizonową musztrę, jednocześnie pobierając należności za sam fakt przynależności do korpusu janczarów. Należało to zmienić i młody sułtan wiedział o tym doskonale, dlatego też - gdy w styczniu 1622 r. powrócił do Konstantynopola - zaczął przygotowywać grunt, pod zmuszenie janczarów do uległości, albo... rozwiązanie ich korpusów (ostatecznie korpus janczarów zostanie zlikwidowany dopiero 200 lat później, w roku 1826). Nocami Osman II wychodził więc ze swego pałacu w przebraniu i wraz z kilkoma paszami odwiedzał tawerny i winiarnie. Gdy więc napotykał w nich na pijanych janczarów, kazał wrzucać ich do morza. Wydał też całkowity zakaz sprzedaży wina i palenia tytoniu, a tych, którzy się temu nie podporządkowali, kazał bić i skazywał na ciężką pracę w kamieniołomach. Osman zaczął uważać siebie za kolejnego Sulejmana Wspaniałego, który wprowadzi Imperium Osmańskie w kolejną złotą erę. Jednak aby tego dokonać, uznał, że podobnie jak jego wielki przodek powinien się ożenić. Dynastia Osmanów opierała bowiem swoje istnienie na rodzących dzieci i oderwanych od swych domów rodzinnych niewolnicach, a jedynym, który dotąd się ożenił (oczywiście nie wliczając sułtanów którzy nie władali w Konstantynopolu, bowiem sułtanowie w XIV a nawet pierwszej połowie XV wieku, dość często żenili się z chrześcijańskimi kobietami) był właśnie sułtan Sulejman Wspaniały, który poślubił sułtankę Hurrem (Roksolanę). Teraz tego samego zapragnął Osman II.




Miał on już co prawda syna Omera, urodzonego przez wyzwoloną przez niego ruską niewolnicę o imieniu Milikia (której zmienił imię na Aysa), jednak ona mu nie pasowała, gdyż nie wywodziła się z odpowiedniego rodu i nie była muzułmanką z urodzenia. Zapragnął córki któregoś z wezyrów lub paszów. Owszem, dla nich byłby to zapewne zaszczyt, ofiarować sułtanowi rękę przedstawicielki swego rodu, ale z drugiej strony taki krok rodził niebezpieczeństwa, bowiem w sytuacji nie spłodzenia męskich potomków, przedstawiciel tego rodu mógłby uznać że dysponuje wystarczającym prawem do sięgnięcia po władzę nad całym państwem - dlatego też potęga domu Osmanów od wieków opierała się na rodzących niewolnicach (i chrześcijańskich księżniczkach). W lutym 1622 r. poślubił więc Osman najpierw córkę jednego z paszów, a następnie zapragnął córki wielkiego muftiego, z którą jedynie zaręczył się (muzułmanin może mieć oficjalnie cztery prawnie poślubione żony i oczywiście nieskończoną liczbę niewolnic). Miały mu one urodzić synów, przyszłych władców świata (jako że obie były muzułmankami z urodzenia). Tymczasem w polityce trochę się działo. Było kilka palących problemów, jak sprawa buntu w Syrii, kwestia następstwa tronu w Mołdawii i sprawa polskiego poselstwa do Konstantynopola, oraz wielka wyprawa Osmana II do Mekki. Najbardziej pilny był wówczas wybuch rebelii w Syrii, którą sułtan zaprzysiągł krwawo stłumić, ale również zapowiedź jego pielgrzymki do Mekki zaczęła budzić wielki niepokój, szczególnie wśród janczarów. Zaczęli oni bowiem między sobą szeptać, że wyprawa do Mekki jest jedynie zasłoną, za którą ma stać ściągnięcie wojsk z Egiptu i Syrii na których czele sułtan rozprawi się z janczarami i rozwiąże ich korpus. I to ten właśnie zamiar był powodem obalenia i uśmiercenia młodego sułtana, który na nic nie zważając, czynił dalsze przygotowania do pielgrzymki.

W połowie maja 1622 r. sułtan nakazał rozbić swój namiot w Uskudarze (azjatycka część Konstantynopola, gdzie głównie przybywali kupcy z innych państw aby handlować z Turkami). Przeciwko owej wyprawie ostro zaprotestował wielki mufti (z którego córką Osman się zaręczył), który to wydał fatwę przeciwko tej wyprawie. Gdy sułtan podarł dokument na kawałki, sprowokowało to janczarów i spahisów do działania. 19 maja zaczęli oni się gromadzić u bram pałacu, żądając głów sułtańskich dostojników, których podejrzewali o działania przeciwko ich formacji. Na tym jednak nie poprzestano, gdyż cześć janczarów weszła na dach Simsirliku (specjalnego pałacu przeznaczonego dla sułtańskich braci, gdzie byli oni odizolowani od świata, co miało im ocalić życie, gdyż gdyby opuścili to miejsce sułtan musiałby ich zabić, jako potencjalnych rywali do tronu), przebili go i wdarli się do pomieszczeń szalonego księcia Mustafy. Zastali go tam siedzącego w milczeniu z pochyloną głową i wpatrzonego w podłogę. Wyprowadzono go stamtąd i próbowano wsadzić na konia, ale książę Mustafa - który większość życia spędził w swej złotej klatce - po prostu z niego spadał. jednocześnie pojawiły się pierwsze ofiary - schwytano i zamordowano wielkiego wezyra Dilawera Paszę oraz owego Sulejmana - zarządcę haremu. Zaczęto też wyłapywać ulemów i sprowadzać ich do sali posiedzeń Dywanu, gdzie na tronie posadzono ponownie szalonego Mustafę i zmuszono wszystkich, aby złożyli mu hołd (kto się opierał, tracił życie).


OSMAN II



Jednocześnie plądrowano pałac, w poszukiwaniu sułtana Osmana, ale nigdzie nie można było go znaleźć. Szybko więc zaciągnięto słabego i ledwie powłóczącego nogami Mustafę do powozu i zawieziono do Starego Pałacu. Tam dotarła wieść że sułtan Osman zebrał zwolenników i planuje atak właśnie na Stary Pałac, który szybko ewakuowano do meczetu w koszarach janczarów (w tym matkę Mustafy - sułtankę Halime i oczywiście sułtankę Kosem). Tymczasem janczarzy i spahisi rozpoczęli plądrowanie i palenie pałaców tych ulemów, którzy jeszcze dochowali wierności Osmanowi. Ten, widząc że rebelia zatacza coraz większe kręgi, postanowił wycofać się do Anatolii, aby tam zebrać wojsko i przeczekać okres wzburzenia janczarów (chciał aby sami zobaczyli jakiego szaleńca posadzili na tronie). Szybko jednak okazało się że ucieczka jest niemożliwa, bowiem miasto zostało odcięte, jedyna szansa to ucieczka łodzią, ale... nie miał kto wiosłować, więc i to nie wchodziło w rachubę. Wreszcie Osman nawiązał kontakt z przywódcą janczarów i obiecał mu góry złota, jeśli tylko ochroni go przed resztą janczarów. Ten przyjął propozycję (która wkrótce się wydała i za którą stracił życie), a wzburzeni janczarzy wdarli się do jego domu i wyciągnęli z niego przebranego za zwykłego chłopa Osmana II. Posadzono go na koniu i prowadzono tak wśród złorzeczeń tłumu. Młody sułtan był teraz opluwany i wyszydzany, rzucano w niego czym popadnie. Osman zaczął płakać i przepraszać janczarów za wszystko co przeciw nim uczynił, jednocześnie próbował im wytłumaczyć, że oto posadzili sobie na tronie szaleńca, jakim bez wątpienia był książę Mustafa. Nikt już jednak nie zawrzał na słowa obalonego sułtana.




Osman został przewieziony do twierdzy Yedikule, gdzie jeszcze tego samego dnia (20 maja 1622 r.) udusił go wraz z kilkoma pomocnikami, nowy wielki wezyr Dawud Pasza (mianowany przez sułtankę Halime, która teraz uważała się za prawdziwą władczynię państwa, sprawując rządy w imieniu swego szalonego syna Mustafy). Po morderstwie odcięto Osmanowi ucho i wysłano do Halime, jako dowód wypełnienia jej rozkazu. Tak oto rozpoczynało się nowe panowanie Mustafy I, które można określić krótko "rządami kobiet", a raczej jednej kobiety - sułtanki Halime, której szybko sytuacja zaczęła wymykać się spod kontroli. Zaraz bowiem po zamordowaniu Osmana, jeszcze w maju, doszło do pierwszego buntu janczarów pod panowaniem sułtana Mustafy. Okazało się że janczarzy nie są zadowoleni z premii, jakie otrzymali za posadzenie go na tronie, oraz zaczął się ich konflikt ze spahisami, których to oskarżano teraz o zamordowanie Osmana II. Ci się bronili, oskarżając o to samo janczarów, zaczęło więc dochodzić do pierwszych utarczek. Wreszcie janczarzy i spahisi zgromadzili się pod pałacem wielkiego wezyra Dawuda Paszy z pytaniem dlaczego zabił sułtana Osmana, którego oni powierzyli mu w opiekę? Wielki wezyr (aby zapewne zrzucić z siebie winę) odpowiedział w sposób najprostszy z możliwych: "Uczyniłem to na rozkaz sułtana Mustafy". Rządy sułtanki Halime były budowane na bardzo grząskich podstawach, o czym doskonale wiedziała sułtanka Kosem, zacierając ręce i odliczając czas do upadku Mustafy i jego matki.

 


Halime była bardzo zła na Dawuda Paszę za jego słowa i dała temu wyraz, dymisjonując go ze stanowiska i powołując na nie (13 czerwca 1622 r.) Husejna Paszę. Poleciła mu aby rozładował nastroje wśród janczarów i zmusił ich do posłuszeństwa i wierności nowemu władcy. To ona teraz zarządzała nie tylko samym haremem władcy, ale całym państwem, gdyż jej syn nie nadawał się do podejmowania żadnych decyzji. Chodził tylko w kółko po pałacu i wołał Osmana, prosząc go aby wrócił. Matka wysyłała go, by odpoczął sobie w towarzystwie nałożnic w łódce nad Bosforem, a on chciał na nią zabrać swego konia, by potem... pojeździć po wodzie. Kazał też wnosić lódź do haremu, aby tam sobie popływać. Poza tym na całe godziny zamierał, wpatrując się w dal bez słowa. Halime wiedziała że ludzie uważają jej syna za szaleńca, dlatego też kazała (poprzez ulemów) rozgłaszać, że jego szaleństwo jest wyrazem szczególnie wielkiego umiłowania go przez Allaha, który poprzez to czyni go świętym za życia. Ale na niewiele się to zdawało, gdyż i tak większość miała swego władcę za oderwanego od rzeczywistości dziwaka. A tymczasem sytuacja, miast się uspokajać, jeszcze bardziej wrzała. Po mianowaniu nowym wielkim wezyrem Husejna Paszy, odsunął on od publicznych zadań wszystkich, którzy mieli jakikolwiek związek z wydarzeniami z 20 maja oraz z morderstwem sułtana Osmana II. 

To jednak spotęgowało jeszcze większy konflikt, bowiem janczarzy uznali, że wielki wezyr rozkazał ich wszystkim zamordować, a potem przyjdzie kolej na nich i będzie ich też po kolei likwidował. Wybrali się więc do sułtana Mustafy z prośbą o zmianę wielkiego wezyra. Ten zaproponował im trzy nowe kandydatury (wybrane wcześniej przez jego matkę). Janczarzy jednak długo się zastanawiali i radzili, a jednocześnie coraz więcej przybywało ich pod sułtański pałac, co wzbudziło w Halime obawy, iż może to doprowadzić do obalenia jej syna. Dlatego też postanowiła ona (po raz pierwszy w historii Imperium Osmańskiego) osobiście porozmawiać z janczarami. Zeszła więc na pałacowy dziedziniec i (z zakrytą twarzą) zwróciła się do nich z pytaniem o to, kogo wybrali na nowego wielkiego wezyra. Ich wybór padł (8 sierpnia 1622 r.) na Lefkeli Mehmeda Paszę, który jednak po miesiącu został odwołany i na jego miejsce wybrano (21 września) Gurcu Mehmeda Paszę. Tym razem zmiany dokonali buntujący się spahisi. Gurcu Mehmed Pasza otrzymał od sułtanki Halime rozkaz bezwzględnego przywrócenia porządku w państwie i zakończenia wewnętrznych sporów i niesnasek które trwały już cztery miesiące i nie było widać ich końca. Nie łatwe to było zadanie, tym bardziej że Syrię wciąż ogarniał bunt, poza tym zaczęły pojawiać się niepokoje w Anatolii. Problem stanowiła również kwestia obsady mołdawskiego tronu i przyjęcie polskiej delegacji, która zbierała się dość opieszale.




Chodziło bowiem o dotychczasowego hospodara mołdawskiego - Stefana II Tomżę (mianowanego jeszcze w październiku 1621 r. przez sułtana Osmana II), który jednak był nie do zaakceptowania przez Rzeczpospolitą. Dwór w Warszawie wychodził bowiem z założenia, że powinno się trzymać zawartego 9 października 1621 r. układu pokojowego, na mocy którego tron mołdawski miał być obsadzany przez sułtana i pozostać lennem osmańskim, ale musieli być to ludzie, którzy byli do zaakceptowania przez Rzeczpospolitą, a nawet tacy, którzy byliby od polsko-litewskiego państwa w jakiś sposób zależni, o czym mówił ten oto fragment traktatu: "Rozerwanej tak starożytnej i świątobliwej między najjaśniejszym domem Osmanów a królem Jego Mością panem Naszym przyjaźni przyczyna się znajduje - niektórych hospodarów wołoskich złość i łakomstwo - mają być na po tym na tym państwie ludzie baczni i spokojni, którzy by jako najpilniej z obu stron tego przymierza postanowionego przestrzegali, i zwykłe z dawnych wieków królowi Jego Mości i Rzeczypospolitej naszej powinną powolność oddawali". Aby tę kwestię rozwiązać i zawrzeć "wieczysty" z Osmanami pokój, do Konstantynopola został wysłany Krzysztof Zbaraski, który wyruszył w podróż na południe dopiero 10 września 1622 r. Nie spieszyło mu się jednak, choć jechał najkrótszą drogą przez Mołdawię. W Jassach (stolicy Mołdawii) powitał go sam hospodar mołdawski Stefan II Tomża, choć Zbaraski niechętnie wymieniał uprzejmości, dając znać hospodarowi że uważa go za uzurpatora.




Miron Costin - dworzanin Stefana II - pozostawił relację z pobytu polskiego posła w Mołdawii, oto jej fragment: "Wyjechał i wojewoda Stefan mile naprzód z pewną asystą, ale poseł nie zaprosił go do siebie do karety, ani nie przyjął zaproszenia wojewody Stefana do stołu na ucztę. Wojewoda Stefan natomiast odprowadził go i w wyjściu z Jass do Carogrodu (Konstantynopola) aż do miejsca, gdzie później wojewoda Barnowski uczynił staw, który do dziś się zowie stawem Barnowskiego. Tam spotkali konnicę z Carogrodu z wieścią, że zmieniono wezyra i został wezyrem przyjaciel wojewody Stefana. Kiedy dowiedział się od konnych o wezyrii tego wezyra, natychmiast powiedział asyście, aby zawrócili i sam zawrócił powtarzając głośno: "Czekaj, polski psie, już ja cię odprowadzę". I nie żegnając się z posłem, wrócił do stolicy i rozesłał posłańców po kraju do wszystkich zajazdów, aby mu niszczyli żywność". Poselstwo Krzysztofa Zbaraskiego do sułtana Mustafy I składało się z 1200 osób (głównie kupców, którzy liczyli na korzystne zwolnienia z ceł). Gdy dotarł już do Konstantynopola, okazało się (na pierwszym spotkaniu z wielkim wezyrem Gurcu Mehmedem Paszą) że nie ma mowy o zwolnieniu z opłat celnych dla legacji liczących ponad 1000 kupców. Spowodowało to konflikt na linii Zbaraski-Mehmed Pasza który trwał przez cały czas pobytu polskiego posła w Konstantynopolu.




Krzysztof Zbaraski zażądał bowiem obalenia Stefana II Tomży i mianowania nowym hospodarem mołdawskim, wychowanego (i przebywającego) w Polsce - Piotra Mohyłę, a także usunięcia wodza Tatarów nogajskich - Kantemira. Wielki wezyr Gurcu Mehmed Pasza był jednak wrogiem pokoju z Rzeczpospolitą i wszelkie tego typu żądania tylko go bardziej rozsierdzały. Jak pisze Zbaraski w swojej relacji z podróży: "Rozgniewany rzekł mi: "to ty chcesz tego, żebym ja Kantemira i Tomszę zrzucił (...) To też odpowiedział: twój król niechaj zrzuci starostę kamienieckiego i innych wojewodów. Odpowiedziałem, kiedy na nich tego dowiedziesz, co o tych powiadam, że pokój rwą, tedy pewnie zrzuci, bo mu milszy pokój pospolity niż pewne osoby". Inną kością niezgody była odmienna interpretacja traktatu chocimskiego z 9 października 1621 r. Mianowicie Turcy uwierzyli we własną propagandę, głoszącą iż owa kampania była zwycięstwem i zażądali zapowiedzianego w traktacie corocznego trybutu. Krzysztof Zbaraski przecierał oczy, ale nie mógł sobie przypomnieć aby taki punkt został zapisany w traktacie pokojowym, dlatego też stwierdził że takiego punktu nigdy nie było, gdyż w przeciwnym razie ani król, ani sejm Rzeczpospolitej nigdy nie wyraziliby zgody na taki pokój. Owszem, w traktacie była mowa o jednorazowych upominkach dla wybranych osmańskich wielmożów, ale nic poza tym. Mehmed Pasza nie chciał jednak o tym słyszeć i domagał się wypełnienia postanowień traktatowych, grożąc w przeciwnym razie nową wojną.

Zbaraski zażądał więc przyniesienia traktatu chocimskiego i ukazania owego punktu. Mehmed Pasza kazał po niego posłać do archiwum, ale wkrótce się okazało, że w czasie owych buntów janczarów i spahisów, oraz detronizacji i zamordowania Osmana II, dokument ten gdzieś... zaginął. Na wieść o tym że Osmanowie zagubili swoją część dokumentu traktatowego, Zbaraski postanowił jeszcze bardziej nagiąć jego postanowienia, wiedząc że i tak nie mają gdzie tego sprawdzić (sam stwierdził że również nie posiada dokumentu, gdyż sądził że strona turecka będzie miała własny). Wykreślił więc punkt, mówiący o konieczności utrzymywania stałego polskiego poselstwa w Konstantynopolu, punkt o oddaniu Osmanom niektórych przygranicznych twierdz nad Dnieprem. Szczegółowo określił powinności Imperium Osmańskiego wobec polskich posłów oraz dodał punkt o swobodnym wjeździe polskich kupców do Konstantynopola, bez konieczności opłacania przez nich cła (😄). Mehmed Pasza słuchał tego wszystkiego i nie mógł zaprzeczyć, gdyż nie posiadał swojej części traktatu pokojowego.




Wielki wezyr Gurcu Mehmed Pasza postanowił więc zasięgnąć rady tureckich tłumaczy, którzy byli obecni w czasie spisywania owego rozejmu w obozie pod Chocimiem. Ku jego wielkiemu zaskoczeniu, potwierdzili oni że pozycje, które wymienił polski poseł - Krzysztof Zbaraski, są... prawdziwe. Oznaczało to, że Imperium Osmańskie musiałoby nie tylko przystać na żądania Zbaraskiego, ale wręcz musiałoby uznać się za pokonane w tamtej wojnie, co, w wyniku nasilających się buntów i niepokojów wewnętrznych, nie było dobrym wyjściem. Dlatego też postanowił on wziąć Zbaraskiego na przeczekanie. Przez trzy kolejne miesiące unikał go i nie zapraszał na rozmowy, co miało spowodować że poseł odpuści i zrezygnuje ze swoich roszczeń. Jednocześnie do wezyra dochodziły głosy, aby (jak radził Kantemir pasza Sylistrii - bohater spod Chocimia, nagrodzony przez sułtana Osmana II) nie wypuszczał on z Konstantynopola polskiego posła i uwięził czternastu wojskowych, znajdujących się w jego orszaku, do chwili aż zaakceptuje on wypłatę corocznej daniny na rzecz Imperium Osmańskiego. Mehmed Pasza na razie jednak nie odważył się na taki krok. Tymczasem 7 stycznia 1623 r. w Konstantynopolu wybuchł kolejny już bunt janczarów, którzy tym razem domagali się ukarania śmiercią wszystkich, odpowiedzialnych za zamordowanie sułtana Osmana II. Gurcu Mehmed Pasza uznał się za wykonawcę woli janczarów, a jednocześnie za mściciela Osmana II i wszystkich, którzy brali udział w jego zabójstwie skazał na śmierć. Janczarzy zaczęli więc plądrować stolicę w poszukiwaniu ukrywających się sprawców - 18 stycznia zamordowany został, wraz ze swoimi współpracownikami, główny sprawca śmierci Osmana II - Dawud Pasza.

Nie zakończyło to jednak buntów i wzajemnych niesnasek pomiędzy janczarami, spahisami a nowym władcą - Mustafą I i jego matką sułtanką Halime. W lutym doszło do kolejnej rebelii, ale o tym wkrótce, teraz wróćmy jeszcze na chwilę do poselstwa Krzysztofa Zbaraskiego w stolicy Imperium Osmańskiego. Otóż w czasie styczniowej rebelii janczarów, wielki wezyr Mehmed Pasza ogłosił że jeden z morderców Osmana II, skrył się w komnatach polskiego posła, okazało się to nieprawdą, ale Mehmed Pasza nie dawał za wygraną. Wkrótce potem oskarżył Krzysztofa Zbaraskiego że jego poselstwo nie ma poparcia króla i sejmu Rzeczypospolitej i że jest raczej "prywatną wycieczką". Radził więc, aby na jakiś czas uwięzić Zbaraskiego w twierdzy Yedikule i jednocześnie wysłać poselstwo do Rzeczpospolitej, z pytaniem czy jego poselstwo ma poparcie polskiego monarchy. Takie postanowienie zapadło 4 lutego 1623 r. Gdy Krzysztof Zbaraski dowiedział się że ma zostać aresztowany i osadzony w twierdzy, nakazał aby wszyscy jego ludzie czuwali pod bronią i byli gotowi na odparcie ewentualnego ataku. Sam również przesiedział całą noc z szablą przy boku, gotów do walki, lecz rano zamiast żołnierzy, ujrzał gońca, który przyniósł wiadomość że właśnie wybuchło kolejne powstanie janczarów i wielki wezyr Gurcu Mehmed Pasza został obalony, a jego miejsce zajął Mere Husajn Pasza, który zapraszał Zbaraskiego na rozmowy. Zbaraski przybył więc do pałacu sułtańskiego i nastąpiła kurtuazyjna wymiana podarunków, po czym obaj przeszli do negocjacji oficjalnego kształtu i brzmienia nowego traktatu. Turcy zrezygnowali z kilku twierdz nad Dnieprem i Dniestrem i oczywiście z corocznej daniny (o której nie było mowy w rozejmie chocimskim), a także zaakceptowali niektóre propozycje Zbaraskiego, odnośnie zniesienia ceł dla kupców (jedynie mniejsze legacje, poniżej 100 kupców zostały zwolnione z opłat). Zezwolili również na wykup ostatnich jeńców, którzy po klęsce cecorskiej roku 1620, wciąż przebywali w tureckiej niewoli. Po podpisaniu traktatu odbyło się przyjęcie pożegnalne polskiego posła u sułtana Mustafy, po czym Krzysztof Zbaraski opuścił Konstantynopol, tym razem kierując się na węgierski Siedmiogród i omijając Mołdawię.




CDN.

ZAPRZAŃSTWO JAKICH MAŁO! - Cz. VII

CZYLI HISTORYCZNA REFLEKSJA JAKO MEMENTO DLA WSPÓŁCZESNOŚCI POWSTANIE i WOJNA Cz. VII WŁADYSŁAW IV W MŁODOŚCI  Poselstwo na którego czele st...