WYŚWIETLENIA

14 stycznia 2026

WIELKIE PODRÓŻE - Cz. II

CZYLI TURYSTYKA OD STAROŻYTNOŚCI
PO CZASY WSPÓŁCZESNE





II
PODRÓŻ MARSZAŁKA PIŁSUDSKIEGO 
DO EGIPTU
(Marzec - Kwiecień 1932 r.)
Cz. I





"NA CZTERDZIEŚCI WIEKÓW TEŻ WARTO POPATRZEĆ. WIDZĘ, ŻE NA PEWNO ROZEGRAM TĘ BITWĘ POD PIRAMIDAMI"
 
MARSZAŁEK JÓZEF PIŁSUDSKI
(o planach wyjazdu do Egiptu)



- Gdzie wy tu kręcicie, żeby było ciszej?

- Tutaj. - Przekręciłem kontakt i muzyka ścichła.

- No, Bogu dzięki, ja myślałem, że ten hałas nigdy się już nie skończy. 

Marszałek nie wtajemniczał się w technikę funkcjonowania aparatu radiowego i nigdy nie miał ochoty przy nim manipulować. Pewnego razu nawet powiedział, że Jemu wystarczy wiedzieć, że gdy wyciągnie kontakt z gniazda w ścianie, to radio ucichnie. Było już po dziewiątej. Marszałek zjadł kolację i poszedł do gabinetu. Jego dzień pracy jeszcze się nie skończył; o godzinie wpół do jedenastej miał przyjść na konferencję Aleksander Prystor jeden z dwóch czy trzech ludzi w Polsce, którzy do Marszałka mówili "ty". (...) Radio już nie grało, w pokojach naszych panowała niczym niezmącona cisza, zawsze wywołująca we mnie pewien niepokój i chęć zakłócenia jej. Gdy później zauważyłem, że ta martwota godzin nocnych była niemiła również Marszałkowi, zakłócałem ją w różny sposób, aby się jej pozbyć, aby tylko nie dzwoniła w uszach swego ponurego marsza. (...) Około pierwszej wziąłem notes i ołówek i poszedłem do Marszałka.

- Co pan Marszałek każe zrobić na jutro? 

Marszałek odsunął pisma ilustrowane i oparł się wygodnie o poręcz fotela.

- Tak - zaczął - jutro będę miał dzień pracowity. Ziuk będzie pracował jak wół. Ziuk - wół! 

Nigdy nie omieszkałem skorzystać z okazji, aby nie podkreślić konieczności odpoczynku. Toteż i teraz odezwałem się:

- Warto by panie Marszałku pomyśleć o urlopie. Ta Carmen Sylwa nie bardzo się udała, a jednym ciągiem pracować nie idzie. 

Marszałek stuknął papierosem o stolik i zapatrzył się gdzieś w sufit. Przez chwilę myślałem, że nie zwrócił wcale uwagi na moje słowa, ale gdy ja tak sądziłem, odezwał się niespodziewanie:

- Tak, tak, wy leniuchy tylko myślicie o urlopach. Rozwalić się na szerokiej kanapie z pełnym brzuchem, to wam tylko w głowie (...).



Oto fragment Pamiętnika adiutanta Marszałka Józefa Piłsudskiego - kapitana Mieczysława Lepeckiego, opowiadający o wydarzeniach sprzed wyprawy do Egiptu - o której to właśnie teraz zamierzam napisać. Bowiem po urlopie, jaki Marszałek spędził w Funchalu na Maderze, wyjechał On na krótki odpoczynek do rumuńskiego miasteczka - leżącego nad Morzem Czarnym - Carmen Sylwa. Odpoczynek ten nie był jednak udany, z uwagi na brak dobrej pogody (prawie cały czas padał deszcz, było chłodno i wiał silny wiatr) i właściwie cały pobyt w Rumunii Marszałek spędził albo w wynajętej willi (Carmen Sylwa), albo też w ambasadzie (Bukareszt). Gdy więc Józef Piłsudski opuszczał Rumunię, wsiadając do swojej salonki w pociągu, rzekł krótko: "Uff! Jak dobrze, człowiek znowu u siebie", po czym dodał: "Trzeba przyznać że urlop mi się nie udał". Wówczas kapitan Lepecki zasugerował, że może by warto wybrać się na urlop do jednego z krajów na Południu, gdzie jest więcej słońca i lepsza pogoda i wówczas właśnie Marszałek sam zasugerował: "Teraz, myślę o Egipcie. Może byłoby tam lepiej" i dodał: "Na czterdzieści wieków też warto popatrzeć. Widzę, że pewno rozegram tę bitwę pod piramidami". Jako ciekawostkę dodam jeszcze, że kapitan Lepecki odnotował, iż gdy pociąg przekroczył granicę polsko-rumuńską, on - jako adiutant Marszałka poczuł się w obowiązku poinformować swego szefa iż: "Jesteśmy już w Polsce". Jak pisze dalej Lepecki: "Marszałek uśmiechnął się. - W Polsce - wyrzekł w zamyśleniu - Czy wy rozumiecie co dla was znaczy, że możecie tak sobie od niechcenia powiedzieć: w Polsce. Nie w Priwisliniu, Galizien, Posen, lecz w Polsce. Pomyślcie tylko: wszystko tu polskie, własne. I ta kolej, i ten wagon, i szyny, i cały ten kraj naokoło. Jak wy myślicie, może to sen? Może my teraz sobie śpimy smacznie, a jutro ockniemy się i będziemy musieli zamyśleć się porządnie nad tym, jak przemycić się z Priwislinia do Galizien?"

Kolejna wielka podróż Piłsudskiego była nie lada wyzwaniem dla Jego współpracowników i ludzi zajmujących się Jego ochroną, tym bardziej że Marszałek miał prawdziwą alergię na wszelkie próby przydzielenia mu bezpośredniej ochrony i należało tak poczynić, aby ochronić go, ale tak, żeby On sam o tym nie wiedział. Ostateczna decyzja o wyjeździe zapadła w lutym 1932 r., a Marszałek osobiście wybrał - jako miejsce pobytu - miasto Heluan. Minister (jeszcze wówczas wiceminister) spraw zagranicznych - Józef Beck, niezwłocznie posłał do Heluanu radcę Dubicz-Penthera, aby ten wszystko przygotował i ustalił ceremoniał powitalny z rządem egipskim. Na miejscu był już dyrektor wydziału wschodniego Ministerstwa Spraw Zagranicznych - Tadeusz Kobylański (wcześniejszy adiutant Marszałka) i obaj panowie dokonali wyboru willi, w której miał zatrzymać się Marszałek. Plan podróży opracował oczywiście kapitan Lepecki i polegał on na przyjechaniu pociągiem do rumuńskiej Konstancy nad Morzem Czarnym (z ominięciem Bukaresztu), a następnie drogą morską na statku "Romania" wprost do Aleksandrii (z postojami w Konstantynopolu i Pireusie). Aleksander Prystor (na którego Marszałek mawiał "Ala") zaproponował - ze względu na stan zdrowia Marszałka - wykupić dla Niego całą pierwszą klasę na statku, ale ostatecznie zrezygnowano z tego pomysłu. Postanowiono za to wysłać do Konstantynopola polski okręt, który miał pilotować rumuński statek, płynąc w bliskiej od niego odległości - tym okrętem był transportowiec "Niemien", który miał na pokładzie załogę wojskową z wyjątkiem kapitana marynarki handlowej. Marszałkowi w podróży miał towarzyszyć zarówno kapitan Lepecki, jak i doktor Woyczyński (który był również obecny w podróży na Maderę), a także małżonka doktora - Ludwika Woyczyńska (potem okazało się że Ludwika Woyczyńska była sowieckim agentem). Udało się również zainstalować w pobliżu Marszałka (w najgłębszej tajemnicy) czterech ochroniarzy, czyli kapitana Bolesława Ziemiańskiego (szefa osobistej ochrony Marszałka) i trzech jego ludzi. 




Termin wyjazdu wyznaczony został na 23 lutego, ale ponieważ Marszałek pragnął jeszcze przyjąć u siebie w Belwederze delegację Legionu Młodych (tę piłsudczykowską organizację założył w lutym 1930 r. Adam Skwarczyński i miała ona pełnić rolę bezpiecznika, który zapobiegałby dołączaniu młodzieży na uczelniach wyższych do organizacji narodowych lub socjalistycznych. Mimo to Piłsudski nigdy nie traktował Legionu Młodych jako przybudówki mającej kształcić młodzież w duchu Legionów Polskich i tradycji piłsudczykowskich, zawsze bowiem miał alergię na wszelkie tego typu organizacje odgórnie zakładane i nie traktował ich poważnie). Trójka przedstawicieli Legionu Młodych (Stefan Mrożkiewicz, Leon Stachórski i Eugeniusz Lagiewski) złożyła wizytę w Belwederze, dnia 22 lutego 1932 r. i wręczyła Marszałkowi dyplom honorowy swojej organizacji. Data wyjazdu do Egiptu śladami piramid i "czterdziestu wieków" Bonapartego, wyznaczona więc została oficjalnie na 1 marca. Tego dnia na Dworcu Wschodnim w Warszawie, Marszałka i jego towarzyszy żegnało spore grono polityków (w tym wszyscy ministrowie) i wojskowych. Była tam obecna również - wraz z córkami - Pani Marszałkowa Aleksandra Piłsudska. Gdy pociąg przyjechał, Marszałek wszedł do swojej salonki i machając do żony i córek z okna, rozpoczynał swoją drugą wielką podróż od czasu Odrodzenia Polski w 1918 r. i zwycięstwa nad bolszewizmem w 1920 r. Teraz pociąg mknął po torach ku Konstancy, gdzie już oczekiwał rumuński statek pasażerski "Romania", mający zabrać Marszałka i jego gości do Heluanu w Egipcie. Cóż, Marszałek, który bardzo cenił Napoleona Bonaparte, pragnął zapewne odwiedzić kraj, w którym ten rozpoczął swój "skok po władzę" we Francji i który w bitwie pod Piramidami wypowiedział swe słynne słowa: "Żołnierze, z tych pomników patrzy na Was czterdzieści wieków" (słowa te wypowiedział w lipcu 1798 r.).

Podróż rumuńskim statkiem wycieczkowym przez Morze Czarne do Konstantynopola i następnie do Aleksandrii, trwała dość szybko i przyjemnie. Pogoda cały czas dopisywała, a w Konstantynopolu już oczekiwał na "Romanię" - wysłany tam wcześniej - polski transportowiec "Niemen", który miał za zadanie "asekurować" wycieczkowiec do Aleksandrii, a następnie zaczekać tam, aż do końca całej wyprawy Marszałka Piłsudskiego (małe wyjaśnienie - statek "Romania" nie był wycieczkowcem w pełnym tego słowa znaczeniu, a raczej statkiem pasażerskim trzeciej lub czwartej kategorii). Gdy więc dopłynięto do portu w Aleksandrii, cała nieliczna grupa towarzyszących Marszałkowi osób została przewieziona do Heluanu - miasta leżącego na południe od Kairu, na prawym brzegu Nilu, naprzeciwko ruin dawnego Memfis. Pogoda była wyśmienita i jak wspominał w swym "Pamiętniku" kapitan Lepecki: "Od pierwszego dnia po przybyciu słońce świeciło jasno na pięknym, niepokalanym błękicie. Nie zdarzył się ani jeden dzień słotny. Dwadzieścia cztery stopnie ciepła w dzień i szesnaście w nocy - powtarzało się z dnia na dzień i z nocy na noc, z regularnością po prostu przerażającą. Chamsin, zły wiatr z pustyni, niosący z sobą ulewę piasku, nie ośmielił się powiać ani razu". Marszałek zatrzymał się w pensjonacie prowadzonym przez dwóch Polaków: prof. Bohdana Rychtera i Jerzego Koblińskiego, a willa ta nosiła nazwę "Jola" (od imienia córki profesora Rychtera). Pokój w którym zakwaterowany został Marszałek Piłsudski, mieścił się w... dawnym haremie (a konkretnie haremliku, czyli w miejscu, gdzie dawniej była strefa przeznaczona dla kobiet - matki, żon i córek dawnego właściciela tego domostwa), państwo Woyczyńscy otrzymali dwa pokoje w drugim skrzydle budynku - w solamliku (czyli miejscu przeznaczonym dla mężczyzn), kapitan Lepecki zaś zajął pokój obok pokoju Marszałka.




Posiadłość ta położona była nieco na uboczu, tak, iż dokoła niej roztaczała się panorama na całą dolinę Nilu, wraz z majaczącymi w oddali piramidami w Gizie. Marszałek Piłsudski spędzał tam dni, poświęcając się swoim ulubionym rozrywkom, czyli czytaniu książek, piciu bardzo mocnej herbaty (koniecznie w szklankach i parzonej z imbryka), oraz paleniem mocnych papierosów, które już wówczas otrzymały nazwę "marszałkowskich". Umiłowanie do czytania tkwiło w Nim od lat dziecinnych, a wyrobiła go w Nim Jego matka, która bardzo dbała o wykształcenie i wychowanie swych synów (szczególnie zaś o wychowanie patriotyczne, czytając im zakazane dzieła Adama Mickiewicza czy Juliusza Słowackiego - który stał się ulubionym pisarzem Piłsudskiego - oraz wspominała im o Powstaniu Styczniowym z lat 1863-1864 i walce o Niepodległość. Nic dziwnego że potem, w swym testamencie zapisał Piłsudski takie oto zdanie: "Przenieście zwłoki mej matki z Sugint, wiłkomirskiego powiatu, do Wilna. Pochowajcie je z wojskowymi honorami. Matka mnie - do tej roli, jaka mnie wypadła - chowała"). Tak też w podróż do Egiptu, Marszałek Piłsudski zabrał ze sobą kilka książek: polskich, francuskich, niemieckich i rosyjskich (najczęściej były to dzieła o taktyce wojskowej, opowiadania z lat Wielkiej Wojny Światowej, lub te z czasów Wojny polsko-bolszewickiej, a także mapy, które zabierał ze sobą w każdą podróż i rozkładał je na stołach oraz oglądał za pomocą szkła powiększającego). Marszałek bardzo też lubił czytywać codzienną prasę: polską, francuską i angielską i podobnie było w Egipcie, gdzie co dzień na Jego biurku pojawiały się egipskie wydania gazet: "La Bourse Egiptienne", "Le Journal du Caire" i "The Egiptian Gazette". Poza tym 64-letni Marszałek przepadał jeszcze za kwiatami i ogrodami, lubił w nich siadywać i przyglądać się drzewkom owocowym, pędom różnobarwnych kwiatów i wdychać ich woń, niestety jednak nie znał się na pielęgnacji kwiatów i nawet w Sulejówku czy w Pikieliszkach o ogród zawsze dbała Jego małżonka - pani Aleksandra Piłsudska, a Marszałek jak mawiał: "Ja się tylko przyglądam". W Egipcie zaś, wokół pensjonatu "Jola" również znajdował się niewielki ogród, dość dobrze utrzymany, pomimo otoczenia piaskami pustyni, na której to zbudowano Heluan. Tak więc Marszałek przez pierwsze kilka dni swego pobytu w Egipcie przesiadywał głównie w tym ogrodzie, nie podejmując się żadnych podróży, chociażby na przeciwny brzeg Nilu, ku Gizie i Sakkarze. Siedział więc w owym ogrodzie (w którym walka o każdy kwiatek w pogodowej strefie egipskiej była prawdziwą walką o przetrwanie, gdyż każda roślinka pozostawiona tam bez podlewania choćby na jeden dzień, natychmiast usychała) czytając prasę lub zabrane ze sobą książki, paląc papierosy, pijąc mocną herbatę i przegryzając ją ulubionymi przez Niego wedlowskimi krakersami.




Wreszcie dni beztroski minęły, gdy Marszałek Piłsudski postanowił odwiedzić króla Egiptu - Fuada I w Kairze (kapitan Lepecki pisze o tym tak: "Pewnego dnia Marszałek Piłsudski zawołał mnie i powiedział: - Jutro pojedziecie ze mną do króla Fuada. - Rozkaz! - wykrzyknąłem, radując się że zobaczę dwór egzotycznego władcy, wschodni przepych, a przede wszystkim, że będę to wszystko oglądał wraz z Marszałkiem Piłsudskim"). Król Fuad I był potomkiem (prawnukiem) Muhammeda Alego, który w 1805 r. przejął władzę jako wicekról Egiptu (pozostając jednak pod formalną zależnością od tureckiego sułtana, choć w samym Egipcie wyrugował wszystkie tureckie wpływy, a forma zależności polegała na corocznym przesyłaniu do Konstantynopola haraczu w wysokości miliona egipskich funtów rocznie, oraz składania sułtanowi dorocznego osobistego hołdu. Ta forma zależności, którą utrzymał Muhammed Ali, była zapewne podyktowana faktem, że sułtan był przywódcą religijnym islamu i jako kalif mógł ogłaszać "święte wojny" w imię Allaha. Zapewne więc jedynie ta świadomość spowodowała, że wicekról Egiptu nie zdecydował całkowicie oderwać się od Osmanów, choć toczył z nimi również wojny). Po śmierci Mohammeda Alego w 1849 r. władzę przejęli jego synowie i wnukowie, kontynuując tę samą politykę aż do 1882 r. gdy Egipt został najechany przez Brytyjczyków i stał się terytorium okupowanym. Ale nawet mimo tego, oficjalna zależność wicekrólów od Konstantynopola nie osłabła, gdyż była to zależność religijna a nie polityczna (jeśli w ogóle islam można w jakikolwiek sposób oddzielić od polityki). I dopiero w grudniu 1914 r. wraz z wybuchem i rozszerzaniem się I Wojny Światowej na kolejne kraje, Brytyjczycy ogłosili powstanie swego protektoratu nad Egiptem i wówczas wicekról - Abbas II (który sprzyjał Turkom) został przez nich obalony, a na jego miejsce powołano Husajna Kamila (który zmarł w październiku 1917 r.) już z tytułem pierwszego egipskiego sułtana. Drugim sułtanem został właśnie Fuad I, który w 1922 r. (gdy Egipt ostatecznie uzyskał realną niepodległość od Wielkiej Brytanii) ogłosił się pierwszym królem Egiptu. Ten wychowany na Zachodzie gentleman, znał kilka języków europejskich (angielski, francuski, włoski, niemiecki), wykształcenie wojskowe zdobył we Włoszech, a w Wiedniu mieszkał i używał życia. Był miłośnikiem wiedeńskich teatrów, opery i oczywiście... pięknych kobiet, które pozyskiwał sobie niezwykle łatwo (potem opowiadał anegdoty jakie przeżywał w Wiedniu, a często były to opowieści zabarwione silnym erotyzmem).


KRÓL FUAD I



Gdy więc samochód z Marszałkiem Piłsudskim podjechał na dziedziniec Pałacu Abdine (oficjalnej siedziby władców Egiptu), powitał go tam wielki szambelan królewski, wraz z czterema innymi szambelanami i egipskimi oficerami. Kompania honorowa prezentowała broń, gdy stary Ziuk wkraczał do królewskich apartamentów. Tam przywitał go osobiście król Fuad i zaprosił ze sobą w głąb pałacowych korytarzy, zaś kapitan Lepecki oraz konsul Maliński i cały królewski dwór pozostali w sali dworskiej. Po jakimś czasie obaj panowie powrócili, żywo ze sobą dyskutując, po czym nastąpiła prezentacja gości. Następnie król zaprosił wszystkich do następnej sali, gdzie już był przygotowany obiad (jak pisał kapitan Lepecki: "Jadalnia przedstawiała się jako duża ze złoconymi boazeriami i ścianami wykładanymi w dolnych częściach jasnym marmurem o zielonkawych żyłkach. Środek stołu był zarzucony wielkimi naręczami różowych goździków oraz bardzo bogatą zastawą. Wszystkie talerze, półmiski, noże, widelce, łyżki etc., były srebrne, a zastawa do deseru i owoców - szczerozłota. Pierwszy to raz zdarzyło mi się jeść krem na złotym talerzu, złotą łyżką"). Alkohol podano tylko gościom, gdyż zasady Koranu zabraniają muzułmanom spożywania takowego napitku, tak więc król Fuad i osiemnaście osób jego dworu siedzących przy stole, pili z kieliszków czystą wodę. 

Król Fuad "był wzrostu średniego i dość znacznej tuszy (...). Nosił wąsy podkręcane do góry w sposób przypominający nieco fryzurę a la Wilhelm II. Mówił głosem wyrazistym i doniosłym (...) Sylwetka królewska nie miała w sobie nic szczególnie rzucającego się w oczy. Gdyby można było go zobaczyć kiedykolwiek spacerującego po ulicach Kairu, niczym nie różniłby się od zamożnego kupca, opowiadającego głośno o sukcesach dnia ubiegłego. Król Fuad znany był jako dobry i przykładny małżonek. W czasie naszej wizyty w Egipcie posiadał drugą żonę (z pierwszą rozwiódł się) imieniem Nazali, która obdarzyła go czworgiem potomstwa. (...) Życie rodzinne króla Fuada skupiało się w podmiejskim pałacu Kubbah, położonym opodal drogi wiodącej do Heliopolis. Tam mieszkała królowa z dziećmi i tam spędzał on wszystkie wolne chwile. Królowa opuszczała pałac Kubbah bardzo rzadko. Wielką łaską było dla niej zezwolenie udania się na jakąś wielką uroczystość dworską do Abdinu, gdzie mogła do woli przypatrywać się ceremoniom zza grubych, gęstych krat. Życie królowej Nazali, która wiele lat spędziła w Paryżu i która była jeszcze ładna i młoda, nie upływało zapewne wesoło. W rzeczywistości prowadziła żywot odosobniony, haremowy. Była dobrą matką. (...) Kontakt ze "światem" utrzymywała tylko podczas przyjęć, urządzanych dla żon dyplomatów cudzoziemskich i dygnitarzy egipskich. (...) Z okazji uroczystych świąt Ramadanu zdarzyło się takie przyjęcie również w roku pobytu w Egipcie Marszałka Piłsudskiego". Królowa Nazali bardzo dbała o swoje dzieci, a szczególnie zamartwiała się o swego najstarszego syna i następcę tronu, księcia Faruka, mówiąc iż jest on "wielkim żarłokiem". Podczas spotkania z żoną radcy polskiego poselstwa, panią Benisową, wypowiedziała ona następujące słowa o swym synu: "Jestem tym swoim Farukiem bardzo zaniepokojona. On wciąż je i wciąż tyje. Jest już porządnym grubasem". Obawy królowej okazały się jednak zbyteczne, gdyż książę Faruk nie poszedł w ślady swego ojca i gdy w kwietniu 1936 r. wstąpił na tron, był szczupłym, dobrze zbudowanym mężczyzną i jednym z najprzystojniejszych władców jakich miał w swej historii współczesny Egipt.


KRÓL FARUK I



KRÓLOWA-MATKA NAZALI SABRI



Po obiedzie król zaprosił Marszałka do swego gabinetu na herbatę, zaś pozostałym gościom podano kawę po turecku, którą spożyli w sali dworskiej. Tam też dworzanie zasypali kapitana Lepeckiego pytaniami o Polskę, jej stosunek do Rosji bolszewickiej i Niemiec, oraz o szczegóły z życia Marszałka Piłsudskiego, o udział w wojnie polsko-bolszewickiej i lata służby. Kapitan Lepecki dowiedział się zaś wiele o dziejach współczesnego Egiptu i o historii Pałacu Abdine, a w pewnym momencie jeden z egipskich pułkowników rzekł: "Tutaj, panie kapitanie, znajduje się pomieszczenie haremowe. - Gdzie, gdzie? - począłem się dopytywać. - Niestety, panie kapitanie (...) pomieszczenia te są obecnie zupełnie puste. Trudno było wyczytać z wyrazu twarzy dostojnego Egipcjanina czy to słowo, niestety, wyrzekł ze smutkiem, czy tylko ze smętkiem". Król Fuad jako Europejczyk - za którego się uważał, choć był gorącym egipskim patriotą - haremu oczywiście nie posiadał i żył przykładnie ze swoją drugą żoną Nazali (choć lata młodzieńczej "euforii" spędzonej głównie w Wiedniu, często wspominał bardzo radośnie). Po skończonej herbatce król Fuad pożegnał Marszałka Piłsudskiego, odprowadził go do auta, które ruszyło w drogę powrotną do Heluanu. Tak oto zakończyła się pierwsza w dziejach polska wizyta u panującego władcy Egiptu. Jednak zakończenie wizyty w Pałacu królewskim w Kairze nie oznaczało końca podróży Józefa Piłsudskiego po Egipcie, a przez następne dni Marszałek studiował pilnie literaturę podróżniczą i planował wielkie podróże w głąb dawnej ziemi faraonów.




CDN.

13 stycznia 2026

WŁADYSŁAW IV I PLANY WIELKIEJ WOJNY Z IMPERIUM OSMAŃSKIM - Cz. VI

CZYLI JAK TO KRÓL
RZECZYPOSPOLITEJ WŁADYSŁAW IV
PLANOWAŁ ODBUDOWAĆ DAWNE
CHRZEŚCIJAŃSKIE PAŃSTWO
W KONSTANTYNOPOLU





1645 r.
IMPERIUM OSMAŃSKIE
Cz. II


"JACYŚ TEŻ BAŁAMUCI, Z WIELKIMI DUPAMI,
WALILI SIĘ TU PRZEZ WIEŚ, JAK BYDŁO KUPAMI.
(...) STRASZLIWY OWO ŻOŁNIERZ, GDZIE UDERZY DUPĄ,
OBALI TATARZYNA ZARAZ I Z CHAŁUPĄ"

FRAGMENT FRASZKI JANA DZWONOWSKIEGO
(WYŚMIEWAJĄCY NIERYCERSKIE ZACHOWANIE POSPOLITEGO RUSZENIA, 
KTÓRE NIE DOTARŁO POD CHOCIM I STANĘŁO WE LWOWIE)
(1621 r.) 




Teraz, po klęsce chocimskiej (którą przedstawiano w całym Imperium Osmańskim jako zwycięstwo), młody sułtan szukał winnych tej niefortunnej wyprawy i dość szybko ich znalazł. Na pierwszy ogień poszedł wielki wezyr Husejn Pasza oraz niejaki Sulejman Kizlar-Agasi ("zarządca dziewcząt" - eunuch, który przewodził wszystkim rzezańcom haremu władcy i kontrolował dziewczęta sprowadzane do sułtańskich "Drzwi Szczęśliwości"), którzy opracowali plan tej wojny. Husejn zastąpiony został (17 września 1621 r.) przez Dilawera Paszę. Jednocześnie władca nagrodził Kantemira Mirzę, który walczył bohatersko i jak zostało zapisane w tureckiej kronice z tej wojny: "tyle nieczystych dusz kozackich, w piekielne strącił otchłanie". Jednocześnie Kantemir Mirza, który nie był członkiem Dywanu sułtana, ani też nie należał do wielkich rodów, ściągnął na siebie gniew i zazdrość tych, którzy uważali się za lepszych od niego. Nagrodzony został również niejaki Mohammed, protegowany Husejna Paszy, który wcześniej przed wyprawą odradzał wojnę z Rzecząpospolitą, co bardzo nie spodobało się Sulejmanowi (zarządcy haremu), który podczas narady Dywanu miał do niego przemówić tymi oto słowy: "Ten twój król Lechów, co za pies taki, iżby się z władcą z domu Osmanów śmiał mierzyć", na co Mohammed miał odpowiedzieć: "Nigdy nie należy, błahym nawet pogardzać nieprzyjacielem. Niewierni (...) jeden wszędzie składają naród. Tę wojnę nie z jednymi więc toczymy Lechami (...) wszyscy bowiem niewierni bronią całości swej wiary". Teraz, gdy okazało się że rację miał ów Mohammed a nie osobisty powiernik sułtana - Sulejman Kizlar-Agasi, władca niezwykle hojnie nagrodził tego pierwszego, obsypując go złotem i nadając tytuł paszy. 

Sułtan Osman II uważał jednak, że główna wina owej klęski chocimskiej spoczywa na barkach janczarów, którzy miast ściślej przestrzegać życia wojskowego i mieszkać w koszarach, zaczęli coraz bardziej żyć jak cywile, zajmowali się handlem (oraz udzielaniem pożyczek na procent), kupowali sobie domy, żyli z kobietami z karczem i tawern i żenili się z nimi. Coraz mniej czasu przeznaczali zaś na ćwiczenia wojskowe i garnizonową musztrę, jednocześnie pobierając należności za sam fakt przynależności do korpusu janczarów. Należało to zmienić i młody sułtan wiedział o tym doskonale, dlatego też - gdy w styczniu 1622 r. powrócił do Konstantynopola - zaczął przygotowywać grunt, pod zmuszenie janczarów do uległości, albo... rozwiązanie ich korpusów (ostatecznie korpus janczarów zostanie zlikwidowany dopiero 200 lat później, w roku 1826). Nocami Osman II wychodził więc ze swego pałacu w przebraniu i wraz z kilkoma paszami odwiedzał tawerny i winiarnie. Gdy więc napotykał w nich na pijanych janczarów, kazał wrzucać ich do morza. Wydał też całkowity zakaz sprzedaży wina i palenia tytoniu, a tych, którzy się temu nie podporządkowali, kazał bić i skazywał na ciężką pracę w kamieniołomach. Osman zaczął uważać siebie za kolejnego Sulejmana Wspaniałego, który wprowadzi Imperium Osmańskie w kolejną złotą erę. Jednak aby tego dokonać, uznał, że podobnie jak jego wielki przodek powinien się ożenić. Dynastia Osmanów opierała bowiem swoje istnienie na rodzących dzieci i oderwanych od swych domów rodzinnych niewolnicach, a jedynym, który dotąd się ożenił (oczywiście nie wliczając sułtanów którzy nie władali w Konstantynopolu, bowiem sułtanowie w XIV a nawet pierwszej połowie XV wieku, dość często żenili się z chrześcijańskimi kobietami) był właśnie sułtan Sulejman Wspaniały, który poślubił sułtankę Hurrem (Roksolanę). Teraz tego samego zapragnął Osman II.




Miał on już co prawda syna Omera, urodzonego przez wyzwoloną przez niego ruską niewolnicę o imieniu Milikia (której zmienił imię na Aysa), jednak ona mu nie pasowała, gdyż nie wywodziła się z odpowiedniego rodu i nie była muzułmanką z urodzenia. Zapragnął córki któregoś z wezyrów lub paszów. Owszem, dla nich byłby to zapewne zaszczyt, ofiarować sułtanowi rękę przedstawicielki swego rodu, ale z drugiej strony taki krok rodził niebezpieczeństwa, bowiem w sytuacji nie spłodzenia męskich potomków, przedstawiciel tego rodu mógłby uznać że dysponuje wystarczającym prawem do sięgnięcia po władzę nad całym państwem - dlatego też potęga domu Osmanów od wieków opierała się na rodzących niewolnicach (i chrześcijańskich księżniczkach). W lutym 1622 r. poślubił więc Osman najpierw córkę jednego z paszów, a następnie zapragnął córki wielkiego muftiego, z którą jedynie zaręczył się (muzułmanin może mieć oficjalnie cztery prawnie poślubione żony i oczywiście nieskończoną liczbę niewolnic). Miały mu one urodzić synów, przyszłych władców świata (jako że obie były muzułmankami z urodzenia). Tymczasem w polityce trochę się działo. Było kilka palących problemów, jak sprawa buntu w Syrii, kwestia następstwa tronu w Mołdawii i sprawa polskiego poselstwa do Konstantynopola, oraz wielka wyprawa Osmana II do Mekki. Najbardziej pilny był wówczas wybuch rebelii w Syrii, którą sułtan zaprzysiągł krwawo stłumić, ale również zapowiedź jego pielgrzymki do Mekki zaczęła budzić wielki niepokój, szczególnie wśród janczarów. Zaczęli oni bowiem między sobą szeptać, że wyprawa do Mekki jest jedynie zasłoną, za którą ma stać ściągnięcie wojsk z Egiptu i Syrii na których czele sułtan rozprawi się z janczarami i rozwiąże ich korpus. I to ten właśnie zamiar był powodem obalenia i uśmiercenia młodego sułtana, który na nic nie zważając, czynił dalsze przygotowania do pielgrzymki.

W połowie maja 1622 r. sułtan nakazał rozbić swój namiot w Uskudarze (azjatycka część Konstantynopola, gdzie głównie przybywali kupcy z innych państw aby handlować z Turkami). Przeciwko owej wyprawie ostro zaprotestował wielki mufti (z którego córką Osman się zaręczył), który to wydał fatwę przeciwko tej wyprawie. Gdy sułtan podarł dokument na kawałki, sprowokowało to janczarów i spahisów do działania. 19 maja zaczęli oni się gromadzić u bram pałacu, żądając głów sułtańskich dostojników, których podejrzewali o działania przeciwko ich formacji. Na tym jednak nie poprzestano, gdyż cześć janczarów weszła na dach Simsirliku (specjalnego pałacu przeznaczonego dla sułtańskich braci, gdzie byli oni odizolowani od świata, co miało im ocalić życie, gdyż gdyby opuścili to miejsce sułtan musiałby ich zabić, jako potencjalnych rywali do tronu), przebili go i wdarli się do pomieszczeń szalonego księcia Mustafy. Zastali go tam siedzącego w milczeniu z pochyloną głową i wpatrzonego w podłogę. Wyprowadzono go stamtąd i próbowano wsadzić na konia, ale książę Mustafa - który większość życia spędził w swej złotej klatce - po prostu z niego spadał. jednocześnie pojawiły się pierwsze ofiary - schwytano i zamordowano wielkiego wezyra Dilawera Paszę oraz owego Sulejmana - zarządcę haremu. Zaczęto też wyłapywać ulemów i sprowadzać ich do sali posiedzeń Dywanu, gdzie na tronie posadzono ponownie szalonego Mustafę i zmuszono wszystkich, aby złożyli mu hołd (kto się opierał, tracił życie).


OSMAN II



Jednocześnie plądrowano pałac, w poszukiwaniu sułtana Osmana, ale nigdzie nie można było go znaleźć. Szybko więc zaciągnięto słabego i ledwie powłóczącego nogami Mustafę do powozu i zawieziono do Starego Pałacu. Tam dotarła wieść że sułtan Osman zebrał zwolenników i planuje atak właśnie na Stary Pałac, który szybko ewakuowano do meczetu w koszarach janczarów (w tym matkę Mustafy - sułtankę Halime i oczywiście sułtankę Kosem). Tymczasem janczarzy i spahisi rozpoczęli plądrowanie i palenie pałaców tych ulemów, którzy jeszcze dochowali wierności Osmanowi. Ten, widząc że rebelia zatacza coraz większe kręgi, postanowił wycofać się do Anatolii, aby tam zebrać wojsko i przeczekać okres wzburzenia janczarów (chciał aby sami zobaczyli jakiego szaleńca posadzili na tronie). Szybko jednak okazało się że ucieczka jest niemożliwa, bowiem miasto zostało odcięte, jedyna szansa to ucieczka łodzią, ale... nie miał kto wiosłować, więc i to nie wchodziło w rachubę. Wreszcie Osman nawiązał kontakt z przywódcą janczarów i obiecał mu góry złota, jeśli tylko ochroni go przed resztą janczarów. Ten przyjął propozycję (która wkrótce się wydała i za którą stracił życie), a wzburzeni janczarzy wdarli się do jego domu i wyciągnęli z niego przebranego za zwykłego chłopa Osmana II. Posadzono go na koniu i prowadzono tak wśród złorzeczeń tłumu. Młody sułtan był teraz opluwany i wyszydzany, rzucano w niego czym popadnie. Osman zaczął płakać i przepraszać janczarów za wszystko co przeciw nim uczynił, jednocześnie próbował im wytłumaczyć, że oto posadzili sobie na tronie szaleńca, jakim bez wątpienia był książę Mustafa. Nikt już jednak nie zawrzał na słowa obalonego sułtana.




Osman został przewieziony do twierdzy Yedikule, gdzie jeszcze tego samego dnia (20 maja 1622 r.) udusił go wraz z kilkoma pomocnikami, nowy wielki wezyr Dawud Pasza (mianowany przez sułtankę Halime, która teraz uważała się za prawdziwą władczynię państwa, sprawując rządy w imieniu swego szalonego syna Mustafy). Po morderstwie odcięto Osmanowi ucho i wysłano do Halime, jako dowód wypełnienia jej rozkazu. Tak oto rozpoczynało się nowe panowanie Mustafy I, które można określić krótko "rządami kobiet", a raczej jednej kobiety - sułtanki Halime, której szybko sytuacja zaczęła wymykać się spod kontroli. Zaraz bowiem po zamordowaniu Osmana, jeszcze w maju, doszło do pierwszego buntu janczarów pod panowaniem sułtana Mustafy. Okazało się że janczarzy nie są zadowoleni z premii, jakie otrzymali za posadzenie go na tronie, oraz zaczął się ich konflikt ze spahisami, których to oskarżano teraz o zamordowanie Osmana II. Ci się bronili, oskarżając o to samo janczarów, zaczęło więc dochodzić do pierwszych utarczek. Wreszcie janczarzy i spahisi zgromadzili się pod pałacem wielkiego wezyra Dawuda Paszy z pytaniem dlaczego zabił sułtana Osmana, którego oni powierzyli mu w opiekę? Wielki wezyr (aby zapewne zrzucić z siebie winę) odpowiedział w sposób najprostszy z możliwych: "Uczyniłem to na rozkaz sułtana Mustafy". Rządy sułtanki Halime były budowane na bardzo grząskich podstawach, o czym doskonale wiedziała sułtanka Kosem, zacierając ręce i odliczając czas do upadku Mustafy i jego matki.

 


Halime była bardzo zła na Dawuda Paszę za jego słowa i dała temu wyraz, dymisjonując go ze stanowiska i powołując na nie (13 czerwca 1622 r.) Husejna Paszę. Poleciła mu aby rozładował nastroje wśród janczarów i zmusił ich do posłuszeństwa i wierności nowemu władcy. To ona teraz zarządzała nie tylko samym haremem władcy, ale całym państwem, gdyż jej syn nie nadawał się do podejmowania żadnych decyzji. Chodził tylko w kółko po pałacu i wołał Osmana, prosząc go aby wrócił. Matka wysyłała go, by odpoczął sobie w towarzystwie nałożnic w łódce nad Bosforem, a on chciał na nią zabrać swego konia, by potem... pojeździć po wodzie. Kazał też wnosić lódź do haremu, aby tam sobie popływać. Poza tym na całe godziny zamierał, wpatrując się w dal bez słowa. Halime wiedziała że ludzie uważają jej syna za szaleńca, dlatego też kazała (poprzez ulemów) rozgłaszać, że jego szaleństwo jest wyrazem szczególnie wielkiego umiłowania go przez Allaha, który poprzez to czyni go świętym za życia. Ale na niewiele się to zdawało, gdyż i tak większość miała swego władcę za oderwanego od rzeczywistości dziwaka. A tymczasem sytuacja, miast się uspokajać, jeszcze bardziej wrzała. Po mianowaniu nowym wielkim wezyrem Husejna Paszy, odsunął on od publicznych zadań wszystkich, którzy mieli jakikolwiek związek z wydarzeniami z 20 maja oraz z morderstwem sułtana Osmana II. 

To jednak spotęgowało jeszcze większy konflikt, bowiem janczarzy uznali, że wielki wezyr rozkazał ich wszystkim zamordować, a potem przyjdzie kolej na nich i będzie ich też po kolei likwidował. Wybrali się więc do sułtana Mustafy z prośbą o zmianę wielkiego wezyra. Ten zaproponował im trzy nowe kandydatury (wybrane wcześniej przez jego matkę). Janczarzy jednak długo się zastanawiali i radzili, a jednocześnie coraz więcej przybywało ich pod sułtański pałac, co wzbudziło w Halime obawy, iż może to doprowadzić do obalenia jej syna. Dlatego też postanowiła ona (po raz pierwszy w historii Imperium Osmańskiego) osobiście porozmawiać z janczarami. Zeszła więc na pałacowy dziedziniec i (z zakrytą twarzą) zwróciła się do nich z pytaniem o to, kogo wybrali na nowego wielkiego wezyra. Ich wybór padł (8 sierpnia 1622 r.) na Lefkeli Mehmeda Paszę, który jednak po miesiącu został odwołany i na jego miejsce wybrano (21 września) Gurcu Mehmeda Paszę. Tym razem zmiany dokonali buntujący się spahisi. Gurcu Mehmed Pasza otrzymał od sułtanki Halime rozkaz bezwzględnego przywrócenia porządku w państwie i zakończenia wewnętrznych sporów i niesnasek które trwały już cztery miesiące i nie było widać ich końca. Nie łatwe to było zadanie, tym bardziej że Syrię wciąż ogarniał bunt, poza tym zaczęły pojawiać się niepokoje w Anatolii. Problem stanowiła również kwestia obsady mołdawskiego tronu i przyjęcie polskiej delegacji, która zbierała się dość opieszale.




Chodziło bowiem o dotychczasowego hospodara mołdawskiego - Stefana II Tomżę (mianowanego jeszcze w październiku 1621 r. przez sułtana Osmana II), który jednak był nie do zaakceptowania przez Rzeczpospolitą. Dwór w Warszawie wychodził bowiem z założenia, że powinno się trzymać zawartego 9 października 1621 r. układu pokojowego, na mocy którego tron mołdawski miał być obsadzany przez sułtana i pozostać lennem osmańskim, ale musieli być to ludzie, którzy byli do zaakceptowania przez Rzeczpospolitą, a nawet tacy, którzy byliby od polsko-litewskiego państwa w jakiś sposób zależni, o czym mówił ten oto fragment traktatu: "Rozerwanej tak starożytnej i świątobliwej między najjaśniejszym domem Osmanów a królem Jego Mością panem Naszym przyjaźni przyczyna się znajduje - niektórych hospodarów wołoskich złość i łakomstwo - mają być na po tym na tym państwie ludzie baczni i spokojni, którzy by jako najpilniej z obu stron tego przymierza postanowionego przestrzegali, i zwykłe z dawnych wieków królowi Jego Mości i Rzeczypospolitej naszej powinną powolność oddawali". Aby tę kwestię rozwiązać i zawrzeć "wieczysty" z Osmanami pokój, do Konstantynopola został wysłany Krzysztof Zbaraski, który wyruszył w podróż na południe dopiero 10 września 1622 r. Nie spieszyło mu się jednak, choć jechał najkrótszą drogą przez Mołdawię. W Jassach (stolicy Mołdawii) powitał go sam hospodar mołdawski Stefan II Tomża, choć Zbaraski niechętnie wymieniał uprzejmości, dając znać hospodarowi że uważa go za uzurpatora.




Miron Costin - dworzanin Stefana II - pozostawił relację z pobytu polskiego posła w Mołdawii, oto jej fragment: "Wyjechał i wojewoda Stefan mile naprzód z pewną asystą, ale poseł nie zaprosił go do siebie do karety, ani nie przyjął zaproszenia wojewody Stefana do stołu na ucztę. Wojewoda Stefan natomiast odprowadził go i w wyjściu z Jass do Carogrodu (Konstantynopola) aż do miejsca, gdzie później wojewoda Barnowski uczynił staw, który do dziś się zowie stawem Barnowskiego. Tam spotkali konnicę z Carogrodu z wieścią, że zmieniono wezyra i został wezyrem przyjaciel wojewody Stefana. Kiedy dowiedział się od konnych o wezyrii tego wezyra, natychmiast powiedział asyście, aby zawrócili i sam zawrócił powtarzając głośno: "Czekaj, polski psie, już ja cię odprowadzę". I nie żegnając się z posłem, wrócił do stolicy i rozesłał posłańców po kraju do wszystkich zajazdów, aby mu niszczyli żywność". Poselstwo Krzysztofa Zbaraskiego do sułtana Mustafy I składało się z 1200 osób (głównie kupców, którzy liczyli na korzystne zwolnienia z ceł). Gdy dotarł już do Konstantynopola, okazało się (na pierwszym spotkaniu z wielkim wezyrem Gurcu Mehmedem Paszą) że nie ma mowy o zwolnieniu z opłat celnych dla legacji liczących ponad 1000 kupców. Spowodowało to konflikt na linii Zbaraski-Mehmed Pasza który trwał przez cały czas pobytu polskiego posła w Konstantynopolu.




Krzysztof Zbaraski zażądał bowiem obalenia Stefana II Tomży i mianowania nowym hospodarem mołdawskim, wychowanego (i przebywającego) w Polsce - Piotra Mohyłę, a także usunięcia wodza Tatarów nogajskich - Kantemira. Wielki wezyr Gurcu Mehmed Pasza był jednak wrogiem pokoju z Rzeczpospolitą i wszelkie tego typu żądania tylko go bardziej rozsierdzały. Jak pisze Zbaraski w swojej relacji z podróży: "Rozgniewany rzekł mi: "to ty chcesz tego, żebym ja Kantemira i Tomszę zrzucił (...) To też odpowiedział: twój król niechaj zrzuci starostę kamienieckiego i innych wojewodów. Odpowiedziałem, kiedy na nich tego dowiedziesz, co o tych powiadam, że pokój rwą, tedy pewnie zrzuci, bo mu milszy pokój pospolity niż pewne osoby". Inną kością niezgody była odmienna interpretacja traktatu chocimskiego z 9 października 1621 r. Mianowicie Turcy uwierzyli we własną propagandę, głoszącą iż owa kampania była zwycięstwem i zażądali zapowiedzianego w traktacie corocznego trybutu. Krzysztof Zbaraski przecierał oczy, ale nie mógł sobie przypomnieć aby taki punkt został zapisany w traktacie pokojowym, dlatego też stwierdził że takiego punktu nigdy nie było, gdyż w przeciwnym razie ani król, ani sejm Rzeczpospolitej nigdy nie wyraziliby zgody na taki pokój. Owszem, w traktacie była mowa o jednorazowych upominkach dla wybranych osmańskich wielmożów, ale nic poza tym. Mehmed Pasza nie chciał jednak o tym słyszeć i domagał się wypełnienia postanowień traktatowych, grożąc w przeciwnym razie nową wojną.

Zbaraski zażądał więc przyniesienia traktatu chocimskiego i ukazania owego punktu. Mehmed Pasza kazał po niego posłać do archiwum, ale wkrótce się okazało, że w czasie owych buntów janczarów i spahisów, oraz detronizacji i zamordowania Osmana II, dokument ten gdzieś... zaginął. Na wieść o tym że Osmanowie zagubili swoją część dokumentu traktatowego, Zbaraski postanowił jeszcze bardziej nagiąć jego postanowienia, wiedząc że i tak nie mają gdzie tego sprawdzić (sam stwierdził że również nie posiada dokumentu, gdyż sądził że strona turecka będzie miała własny). Wykreślił więc punkt, mówiący o konieczności utrzymywania stałego polskiego poselstwa w Konstantynopolu, punkt o oddaniu Osmanom niektórych przygranicznych twierdz nad Dnieprem. Szczegółowo określił powinności Imperium Osmańskiego wobec polskich posłów oraz dodał punkt o swobodnym wjeździe polskich kupców do Konstantynopola, bez konieczności opłacania przez nich cła (😄). Mehmed Pasza słuchał tego wszystkiego i nie mógł zaprzeczyć, gdyż nie posiadał swojej części traktatu pokojowego.




Wielki wezyr Gurcu Mehmed Pasza postanowił więc zasięgnąć rady tureckich tłumaczy, którzy byli obecni w czasie spisywania owego rozejmu w obozie pod Chocimiem. Ku jego wielkiemu zaskoczeniu, potwierdzili oni że pozycje, które wymienił polski poseł - Krzysztof Zbaraski, są... prawdziwe. Oznaczało to, że Imperium Osmańskie musiałoby nie tylko przystać na żądania Zbaraskiego, ale wręcz musiałoby uznać się za pokonane w tamtej wojnie, co, w wyniku nasilających się buntów i niepokojów wewnętrznych, nie było dobrym wyjściem. Dlatego też postanowił on wziąć Zbaraskiego na przeczekanie. Przez trzy kolejne miesiące unikał go i nie zapraszał na rozmowy, co miało spowodować że poseł odpuści i zrezygnuje ze swoich roszczeń. Jednocześnie do wezyra dochodziły głosy, aby (jak radził Kantemir pasza Sylistrii - bohater spod Chocimia, nagrodzony przez sułtana Osmana II) nie wypuszczał on z Konstantynopola polskiego posła i uwięził czternastu wojskowych, znajdujących się w jego orszaku, do chwili aż zaakceptuje on wypłatę corocznej daniny na rzecz Imperium Osmańskiego. Mehmed Pasza na razie jednak nie odważył się na taki krok. Tymczasem 7 stycznia 1623 r. w Konstantynopolu wybuchł kolejny już bunt janczarów, którzy tym razem domagali się ukarania śmiercią wszystkich, odpowiedzialnych za zamordowanie sułtana Osmana II. Gurcu Mehmed Pasza uznał się za wykonawcę woli janczarów, a jednocześnie za mściciela Osmana II i wszystkich, którzy brali udział w jego zabójstwie skazał na śmierć. Janczarzy zaczęli więc plądrować stolicę w poszukiwaniu ukrywających się sprawców - 18 stycznia zamordowany został, wraz ze swoimi współpracownikami, główny sprawca śmierci Osmana II - Dawud Pasza.

Nie zakończyło to jednak buntów i wzajemnych niesnasek pomiędzy janczarami, spahisami a nowym władcą - Mustafą I i jego matką sułtanką Halime. W lutym doszło do kolejnej rebelii, ale o tym wkrótce, teraz wróćmy jeszcze na chwilę do poselstwa Krzysztofa Zbaraskiego w stolicy Imperium Osmańskiego. Otóż w czasie styczniowej rebelii janczarów, wielki wezyr Mehmed Pasza ogłosił że jeden z morderców Osmana II, skrył się w komnatach polskiego posła, okazało się to nieprawdą, ale Mehmed Pasza nie dawał za wygraną. Wkrótce potem oskarżył Krzysztofa Zbaraskiego że jego poselstwo nie ma poparcia króla i sejmu Rzeczypospolitej i że jest raczej "prywatną wycieczką". Radził więc, aby na jakiś czas uwięzić Zbaraskiego w twierdzy Yedikule i jednocześnie wysłać poselstwo do Rzeczpospolitej, z pytaniem czy jego poselstwo ma poparcie polskiego monarchy. Takie postanowienie zapadło 4 lutego 1623 r. Gdy Krzysztof Zbaraski dowiedział się że ma zostać aresztowany i osadzony w twierdzy, nakazał aby wszyscy jego ludzie czuwali pod bronią i byli gotowi na odparcie ewentualnego ataku. Sam również przesiedział całą noc z szablą przy boku, gotów do walki, lecz rano zamiast żołnierzy, ujrzał gońca, który przyniósł wiadomość że właśnie wybuchło kolejne powstanie janczarów i wielki wezyr Gurcu Mehmed Pasza został obalony, a jego miejsce zajął Mere Husajn Pasza, który zapraszał Zbaraskiego na rozmowy. Zbaraski przybył więc do pałacu sułtańskiego i nastąpiła kurtuazyjna wymiana podarunków, po czym obaj przeszli do negocjacji oficjalnego kształtu i brzmienia nowego traktatu. Turcy zrezygnowali z kilku twierdz nad Dnieprem i Dniestrem i oczywiście z corocznej daniny (o której nie było mowy w rozejmie chocimskim), a także zaakceptowali niektóre propozycje Zbaraskiego, odnośnie zniesienia ceł dla kupców (jedynie mniejsze legacje, poniżej 100 kupców zostały zwolnione z opłat). Zezwolili również na wykup ostatnich jeńców, którzy po klęsce cecorskiej roku 1620, wciąż przebywali w tureckiej niewoli. Po podpisaniu traktatu odbyło się przyjęcie pożegnalne polskiego posła u sułtana Mustafy, po czym Krzysztof Zbaraski opuścił Konstantynopol, tym razem kierując się na węgierski Siedmiogród i omijając Mołdawię.




CDN.

11 stycznia 2026

KSIĄŻĘ - Cz. I

RZECZ O FRYDERYKU AUGUŚCIE I




Był on wnukiem elektora saskiego i króla Rzeczpospolitej Fryderyka Augusta II, panującego w latach 1733-1763 (na polskim tronie jako August III Sas), oraz prawnukiem Fryderyka Augusta I, również panującego w Rzeczpospolitej w latach 1697-1706 oraz 1709-1733 jako August II Mocny. Fryderyk Chrystian z dynastii saskich Wettynów - bo o nim to mowa - urodził się 23 grudnia 1750 r. jako syn następcy saskiego stolca - Fryderyka Chrystiana Leopolda i Marii Antonii Walpurgis, księżniczki bawarskiej. Dwaj jego koronowani przodkowie nie cieszyli się w Polsce zbyt dobrą pamięcią (August II słynął głównie ze swoich licznych kochanek, do których zaliczały się Zofia Eleonora Kessel, Aurora von Königsmarck, Anna Alojza d'Esterle czy Anna Konstancja Hoym - hrabina Cosel. Poza tym król August II miewał kochanki praktycznie w każdym miejscu do którego się udawał, a do ich grona należała również piękna Turczynka o imieniu Fatma, oraz hiszpańska margrabianka de Maznera. Oficjalna żona władcy - Krystyna Eberhardyna musiała pogodzić się z losem zdradzanej żony, a z niektórymi "przyjaciółkami" męża nawet sama się zaprzyjaźniła - szczególnie Aurora von Königsmarck dbała by August, mający z nią romans, jednocześnie nie zaniedbywał swej żony. Podobno na łożu śmierci obawiał się on, czy Bóg wybaczy mu te wszystkie romanse i czy przyjmie go do Nieba. August II znany był też ze swojej olbrzymiej siły i dlatego otrzymał przydomek "Mocny". Potrafił np. w ręku łamać podkowy, wyginać stal oraz samemu przesuwać ciężkie działa, których nie mogło ruszyć nawet kilku żołnierzy. Poza tym był przystojny, obyty w świecie, odważny, był koneserem sztuki. Lubił co prawda się popisywać, ale jednocześnie błyszczał galanterią i dobrymi manierami - swej żonie, którą nieustannie zdradzał, nigdy w niczym nie uchybił, nigdy jej nie obraził i zawsze spełniał jej kaprysy, a nie było to w rodzie Wettynów naturalne podejście do kobiet, tym bardziej że brat Augusta Mocnego - Jan Jerzy IV, swą małżonkę Eleonorę poniżał nieustannie). 




Jednak w historii Polski August II niczym wielkim się nie zasłużył, a wręcz przeciwnie, od jego to panowania rozpoczęła się epoka stopniowego upadku Wielkiej Rzeczypospolitej i choć król ten miał kilka ciekawych pomysłów politycznych, to jednak żadnych nie udało mu się zrealizować i ostatecznie pod koniec życia zamyślał nawet o rozbiorze Polski pomiędzy Prusy i Rosję. Poza tym to właśnie August II wciągnął Polskę w zupełnie niepotrzebny konflikt, zwany Wojną Północną, pomiędzy Rosją a Szwecją, która to w przeważającej części toczyła się na ziemiach polsko-litewskich, doprowadzając kraj do ogromnych zniszczeń, a ostatecznie nie przyniosła żadnych korzyści i uzależniła kraj najpierw od Szwecji, a potem od Rosji.
Natomiast jego syn - August III był już totalnym nieporozumieniem. Co prawda miał wielkie plany mające na celu zwiększenie liczby wojska i opanowanie Mołdawii oraz ponowne wprowadzenie Rzeczpospolitej do grona europejskich mocarstw, ale ostatecznie niczego nie osiągnął przez zbyt duży sprzeciw szlachty i magnaterii - nie chcącej zwiększenia liczby żołnierzy, widząc w tym instrument do walki króla z narodem i odebrania obywatelom ich wolności. To właśnie za Augusta III w ciągu trzydziestu lat jego panowania, nie doszedł do skutku prawie żaden Sejm. Wszystkie zostały zerwane przez posłów przed zakończeniem obrad, prócz jednego, co też dowodzi że Rzeczpospolita zmieniała się wówczas powoli w karykaturę państwa.






Mimo to, Fryderyk August od maleńkości był przygotowywany do objęcia polskiego tronu i stąd uczono go również języka polskiego. Konstytucja 3 Maja 1791 r. dawała mu następstwo po Stanisławie Auguście Poniatowskim (panującym w latach 1764-1795), jednak wcześniej doszło do trzech rozbiorów Polski (1772, 1793 i 1795) czego efektem było całkowite wymazanie kraju z mapy świata i podział ziem polskich pomiędzy trzech zaborców: Rosję, Prusy i Austrię. Fryderyk August nie miał łatwego dzieciństwa. Matka - Maria Antonia - zaniedbywała go i nie dbała za bardzo o jego przyszłość, jednak wielkoksiążęcy stolec objął już w wieku lat 13, po śmierci swego ojca - Fryderyka Krystiana I w grudniu 1763 r. Nie odznaczał się on niczym szczególnym i na pewno nie był królem-żołnierzem, ani też królem-wodzem, a po prostu miłym facetem, który pragnął spokojnie przeżyć swoje życie. Gdy w 1806 r. wybuchł konflikt prusko-francuski, książę-elektor stanął po stronie Prus. Lecz po dwóch symultanicznie zadanych przez Napoleona ciosach (pod Jeną i Auerstedt), pruska armia przestała istnieć i gdyby nie pomoc rosyjskiego sojusznika, Prusy (i pruski król) nie przetrwałyby. Po pokoju zawartym w Tylży (7 i 9 lipca 1807 r.), Napoleon mimo wszystko wyciągnął do Fryderyka Augusta swą dłoń i zaproponował mu objęcie władzy w powstałym właśnie (na mocy owego pokoju) Księstwie Warszawskim, któremu to 22 lipca 1807 r. w Dreźnie nadał Cesarz konstytucję. Wielu Polaków było niezadowolonych z faktu, iż powstało tylko kadłubowe Księstwo, zamiast odrodzonej Korony Polskiej, ale w Tylży nie udało się ugrać nic więcej. Zresztą Napoleon powiedział to do polskiej delegacji, która przybyła do Drezna i odebrała z Jego rąk konstytucję Księstwa Warszawskiego: "Wiem, że Polacy są niekontenci, iż jest tylko Księstwo Warszawskie, ale ja dla was, interesów Francji skompromitować nie mogłem" po czym dodał: "Nie martwcie się, to i tak jeszcze się połamie". Zaś o Fryderyku Auguście, jako nowym księciu warszawskim mówił: "Wiem, że to nie taki król, jakiego wam trzeba, to nie żołnierz, ale jego wybrali wasi sąsiedzi i wyście sami go wybrali na swym sejmie. (...) Jego rozwaga i umiarkowanie mogą zapewnić spokojność publiczną".


NAPOLEON WRĘCZAJĄCY KONSTYTUCJĘ KSIĘSTWA WARSZAWSKIEGO 
(22 Lipca 1807 r.)





Fryderyk August - już jako książę warszawski - po raz pierwszy przybył do swojego nowego kraju 21 listopada 1807 r., wzbudzając swym pojawieniem się powszechny zachwyt nowych poddanych. Ów książę co prawda nie odznaczał się wojowniczością, ale był inteligentnym i rozsądnym władcą, a także zdawał sobie sprawę, że jest tylko tymczasowym "zastępcą króla", który zostanie wybrany po odrodzeniu się dawnej Wielkiej Rzeczpospolitej, a to może nastąpić jedynie w konfrontacji z Cesarstwem Rosyjskim. Wiedział dobrze że w takim przypadku nie utrzyma się u władzy w Polsce i będzie musiał zwrócić tron temu, który zajmie jego miejsce. Do tej roli najbardziej predystynowany był sam Cesarz Napoleon Wielki, który obejmując tron odrodzonego Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego, a jednocześnie dzierżąc w swych rękach tron Cesarstwa Francuskiego (i Królestwa Italii) stałby się najpotężniejszym monarchą w dziejach współczesnej Europy. Łącząc w swojej osobie dwa królestwa - Wschodu i Zachodu, zapewniłby swojej rodzinie przyszłość na długie dziesięciolecia a może nawet na wieki. Oczywiście inny niż Cesarz Napoleon kandydat do polskiego tronu także był możliwy, ale jedno pozostawało pewne i Fryderyk August dobrze o tym wiedział - to nie on objąłby ten odrodzony tron. Mimo to nie dawał po sobie poznać, że czuje się z tego powodu dyskryminowany, a wręcz przeciwnie. Polaków przekonywał do siebie nie tylko swą serdecznością, prawością, dobrocią, szczerością i sprawiedliwością, ale także tym, że do swych poddanych przemawiał po polsku. Choć przywiązany do sztywnej etykiety drezdeńskiego dworu, był również dobrym władcą konstytucyjnym. Na mocy konstytucji, książę otrzymywał pełnię władzy wykonawczej oraz inicjatywę ustawodawczą. Od niego zależał też rozbudowany aparat administracyjny Księstwa (złożony aż z 9000 urzędników w 2 milionowym wówczas kraju, a po przyłączeniu części zaboru austriackiego w 1809 r. ludność liczyła już 3 800 000, a i tak była to niewielka część ludności przedrozbiorowej Rzeczypospolitej). Władza ustawodawcza spoczęła w rękach dwuizbowego Sejmu (100-osobowej Izby Poselskiej i 18-osobowego Senatu - przy czym godność senatora była dożywotnia). Sejm miał być zwoływany przynajmniej co dwa lata (pierwszy sejm zebrał się w Warszawie - 9 marca 1808 r., po ponad piętnastu latach od zamknięcia ostatniego Sejmu Wielkiego - 29 maja 1792 r.), co nawiązywało do tradycji dawnej Rzeczpospolitej. Istniała również Rada Ministrów i Rada Stanu, która zajmowała się przygotowywaniem projektów ustaw i rozstrzyganiem sporów kompetencyjnych w łonie administracji Księstwa, a także kontrolowała rząd i administrację.




Fryderyk August bardzo polubił swoje nowe Księstwo. Często objeżdżał kraj i zachwycał się: "Tą ziemią naprawdę cudowną, na której wyrastają w mgnieniu oka żołnierze, a nawet twierdze". W kraju stacjonowała stała armia, o liczebności 30 000 żołnierzy, z możliwością jej powiększenia w czasie wojny co najmniej trzykrotnie (łącznie w Wielkiej Armii napoleońskiej służyło w 1812 r. podczas wyprawy na Moskwę, ok. 100 000 polskich żołnierzy). Z przybyciem nowego monarchy, Warszawa ponownie zatopiła się w licznych balach i rautach, czego dowód mamy choćby z listów Anny Nakwaskiej, pisanych do jej siostry i innych dam ówczesnej Warszawy. I tak 23 listopada 1807 r. pisała ona: "Wjazd Najjaśniejszego Pana był wspaniały. Siedział w karecie otwartej, ciągnionej ośmioma końmi. Poprzedzali i otaczali powóz: marszałek Davout, książę Józef, wszyscy jenerałowie i wyżsi oficerowie, a świetne ich mundury i pyszne konie czyniły ten orszak nader okazałym. Król wjeżdżał przez Krakowskie Przedmieście (...) Królowa siedziała z mężem w głębi, królewna na przedzie powozu. (...) Nie wiem doprawdy, jak znajdę dość czasu, żeby ci to wszystko opisać, gdyż jesteśmy w większym odmęcie, niż na pobytu cesarza". W innym zaś liście madame Nakwaska pisze tak: "Warszawa jest w tej chwili bardzo świetna, zabawy następują bez przerwy jedna po drugiej i wdzięczną powinnaś mi być, że dziś piszę do ciebie, bo jestem ogromnie znużona", a w jeszcze innym: "Muszę spiesznie ten list kończyć, bo mama daje dziś kawę proszoną, na której znajdować się będą wszystkie stare baby z całej Warszawy. Zjeżdżają się o 3-ej, aby się rozjechać o 7-ej, a ja, niestety, muszę być między nimi. Będzie to nieszczególna zabawa, ale wynagrodzę to sobie wieczorem pod Blachą i jutro u pani Stanisławowej Potockiej". "Bal u Witta był okazały i prześliczny. Tańczono od 10-tej do wpół do 8-ej z rana, a przez cały ten czas, rzec można, iż jeść nie przestawano, bo oprócz sutej wieczerzy, roznoszono bezustannie chłodniki i przysmaczki najwykwintniejsze. Pokój jadalny przystrojony był mnóstwem drzew pomarańczowych, owocami krytych (...) Przed kilkoma dniami pani A. ułożyła u siebie scenę mimiczną, uroczego powabu. Był to obraz wystawiający Lesbię, gdy straciła swojego wróbla. Niewolnice, chcąc ją rozerwać, wysilają się, ażeby zmysły jej bawić jedne śpiewem, inne tańcem. (...) Składały go najpiękniejsze kobiety z towarzystwa. (...) Wszystko to było zachwycające, ale ułożone dla zawrócenia głowy pewnemu oficerowi francuskiemu, który i bez tych scen uroczych aż nadto jest panią A. zajęty". Pani Nakwaska zapomniała tylko dodać sławne powiedzenie, powstałe w kilka dekad po upadku Napoleona, a brzmiało ono następująco: "Polskie kochanie we francuskim kepi, każda z was miała swego księcia Pepi".




Zaś w 1809 r. wybuchła wojna z Austrią, która to nigdy nie pogodziła się z klęską roku 1805 i zdecydowanie dążyła do rewanżu. Dodatkowo na przełomie 1808/1809 r. Wiedeń ogarnęła prawdziwa gorączka odwetu i nacjonalizmu, czego ewidentną konsekwencją było podjęcie nowej walki z "korsykańskim uzurpatorem". Dyplomacja austriacka starała się do tego konfliktu włączyć również i Prusy (upokorzone przez Napoleona w Tylży), oferując im w zamian za przystąpienie do wojny - ziemie Księstwa Warszawskiego (misja barona Wessenberga, a potem jeszcze specjalna misja pułkownika Steigentescha). W Prusach zaś, po klęsce roku 1806/1807 kilku ambitnych generałów (Scharnhorst, Gneisenau, Clausevitz, Boyen, Yorck) zaczęła wdrażać w życie reformy wojskowe, mające unowocześnić pruską armię, w której ciągle jeszcze unosił się duch Fryderyka Wielkiego. Zaczęły też powstawać rewanżystowskie organizacje i tajne związki polityczne, takie jak Tugendbund, mające podtrzymać antyfrancuskie nastroje wśród pruskiego społeczeństwa. Król Fryderyk Wilhelm III był jednak bardzo zachowawczy. Dobrze pamiętał tę przerażająco ciężką ucieczkę z Berlina do Królewca jesienią i zimą 1807 r., gdy zarówno on, jak i królowa Luiza z dziećmi (w tym z pierwszym cesarzem zjednoczonych Niemiec - Wilhelmem I, mającym wówczas zaledwie dziesięć lat) musieli oddzielnie i innymi drogami zmierzać do Królewca. Obawiał się, że w przypadku pochopnego wystąpienia przeciw Francji i kolejnej klęski, Prusy definitywnie przestaną istnieć, tym bardziej że w Tylży Napoleon mówiąc do cara Aleksandra I o Prusakach, określał ich mianem: "Podły naród, podłe wojsko, podły król" i był wówczas gotów je całkowicie zniszczyć. Dlatego też pruski monarcha wahał się i wolał poczekać kto w owej francusko-austriackiej wojnie wziąłby górę. Napoleon był wówczas zaangażowany w Hiszpanii (drogę do Madrytu otworzył Francuzom 1 Pułk Szwoleżerów Gwardii pod dowództwem pułkownika Jana Kozietulskiego, choć niekwestionowanym bohaterem tej bitwy był jednak rotmistrz Jan Dziewanowski). Bitwa trwała 8 minut (dosłownie) i choć wcześniej francuski oficer powiadomił Cesarza, że przebicie się przez wąwóz Samosierry jest - NIEMOŻLIWE! (gdyż walki tam trwały już od kilku tygodni i powodowały tylko większe ofiary wśród Francuzów, zaś nie przynosiły żadnych rezultatów) Napoleon wysłał pułk polskich szwoleżerów, którzy po krótkim starciu (choć niestety przy dość dużych stratach) otworzyli przejście w zaledwie osiem minut. Cesarz zdjął wówczas z głowy swój kapelusz, uniósł go do góry i krzyknął: "Vive la Pologne", a Francuzi po bitwie prosili szwoleżerów: "Na litość Boską, powiedz że byłem z wami!".
 



Fryderyk Wilhelm III starał się nie prowokować Francuzów i deklarując iż ma pokojowe intencje, zatwierdził spłatę kontrybucji wojennych (8 września 1808 r.), nałożonych na Prusy w sierpniu 1808 r. w wysokości 140 milionów franków, co spotkało się również z francuską odpowiedzią w postaci zakończenia okupacji Berlina w grudniu tego roku (pruski dwór królewski od czasu swej ucieczki, nadal przebywał bowiem w Królewcu). W rzeczywistości jednak nałożone sumy były tak wielkie, że król Prus liczył na to, że... w ogóle nie będzie musiał ich spłacać i że wystarczą tu jedynie gesty dobrej woli. Jednak naciskany przez austriackich wysłanników i "partię wojenną" Scharnhorsta, postanowił wybadać na co może liczyć w przypadku wejścia do antyfrancuskiej koalicji. Jedyną osobą która mogła mu zapewnić wsparcie w nadchodzącym konflikcie, był car Aleksander I (który już wcześniej ocalił Prusy przed całkowitym upadkiem w Tylży w 1807 r.). Królowa Luiza (która była oczarowana Aleksandrem i zapewne miała z nim krótki romans) pisywała do niego listy, uważając go za swojego i całych Prus "Zbawiciela", a listy te miały charakter wręcz religijnego oddania i niewzruszonej wiary w rosyjską pomoc. Tak więc, w grudniu 1808 r. król Fryderyk Wilhelm III udał się do Petersburga z zapytaniem, czy może rozpocząć wojnę z Francją i czy uzyska w tym rosyjską pomoc. Z początkiem lutego 1809 r. powrócił on do Prus całkiem pacyfistycznie nastawiony. Car nie był jeszcze gotowy do konfrontacji z Napoleonem (projektowana ofensywa miała się rozpocząć dopiero z końcem lata 1812 r. i nosiła nazwę "Wielikoje Dieło") i odradzał wchodzenie w jakikolwiek konflikt. Austriacy wciąż jednak naciskali, ale teraz (wiedząc że pomoc nie nadejdzie) Fryderyk Wilhelm nie zamierzał tonąć wraz z nimi. Dodatkowo gorącą zwolenniczką wojny była królowa Luiza, która popierała Austriaków i "partię wojenną" Scharnhorsta. Lecz król Prus postawił na swoim i gdy tylko ponownie w Królewcu zjawił się austriacki poseł - Wessenberg, nie wpuścił go nawet do miasta, każąc zamknąć wszystkie bramy.




Tuż przed wybuchem wojny roku 1809, siły walczących stron przedstawiały się następująco. Austria dysponowała na froncie niemieckim 180 000 żołnierzy pod dowództwem arcyksięcia Karola Ludwika Habsburga, na froncie włoskim stała armia arcyksięcia Jana Habsburga w sile 60 000 żołnierzy, zaś w Galicji stacjonowało 30 000 żołnierzy pod wodzą Ferdynanda Karola d'Este. Siły francuskie zaś liczyły żołnierzy: 100 000 stacjonowało we Francji, 75 000 we Włoszech, 110 000 w Niemczech (plus wojska sojuszniczych państewek niemieckich w łącznej sile ok. 90 000 żołnierzy). Dodatkowo w Księstwie Warszawskim stacjonowało wówczas ok. 32 000 żołnierzy polskich, a poza tym siły francuskie były głównie skupione na Hiszpanii, gdzie walczyło 325 000 żołnierzy, ale tych akurat nie można było użyć w konflikcie z Austrią. Wojna wybuchła 10 kwietnia 1809 r., choć na odcinku polskim atak nastąpił 15 kwietnia i tego to dnia armia arcyksięcia Ferdynanda d'Este przekroczyła Pilicę pod Nowym Miastem (nieopodal Warszawy). Obroną stolicy dowodził książę Józef Poniatowski (słynny książę Pepi). Dał się on poznać wcześniej głównie ze swoich licznych romansów, a nie z umiejętności dowódczych (choć już zwyciężył Rosjan w bitwie pod Zieleńcami w 1792 r.). Najsłynniejsze bale przed 1806 r. odbywały się w Warszawie właśnie w Pałacu pod Blachą, należącym do księcia Józefa Poniatowskiego. Królowała tam niepodzielnie jego kochanka - Henrietta de Vauban, która znana była również z tego, że miała bardzo wyszukane potrzeby kulinarne i pojawiała się na mieście w towarzystwie małego pieska. Całkowicie zdominowała ona Poniatowskiego, który - jak piszą świadkowie (np. Dembowski) - przestał być panem własnego domu. O wszystkim decydowała ona: kogo można zaprosić, a kogo nie, dokąd można się udać, a dokąd nie, co można zmienić, a co nie. Wielu świadków nie rozumiało tej dziwnej relacji, czyniącej Poniatowskiego realnie niewolnikiem pani de Vauban, ale jemu to odpowiadało (co ciekawe - pożyczał od niej pieniądze, które potem... ofiarowywał jej w prezencie 😄). W Pałacu pod Blachą zapanowała moda francuska na długo przed przybyciem tu Napoleona, gdyż madame de Vauban tolerowała jedynie taki język i zwyczaje, całkowicie eliminując język polski również wśród służby. Warszawa, po utracie przez Polskę niepodległości w 1795 r. stała się realnie na wpół wyludnionym, prowincjonalnym miastem, w którym niepodzielnie królowała Henrietta de Vauban, realnie terroryzując inne damy, które często musiały się stawiać w Pałacu pod Blachą na każde jej wezwanie (zwane eufemistycznie "zaproszeniem") a jeśli nie mogły (bo np. zachorowały), musiały się wytłumaczyć listownie.




Od chwili podpisania przez trzy mocarstwa rozbiorowe traktatu, wymazującego ostatecznie Polskę z mapy Europy (24 października 1795 r.) i zajęciu Warszawy przez Prusaków (9 stycznia 1796 r.), a cały kraj dzieląc na prowincje w miejsce zlikwidowanych województw (począwszy od 1772 r. były to na Pomorzu i na Warmii - Prusy Zachodnie, Warmię zaś przyłączono do Prus Wschodnich. Kujawy i północna część Wielkopolski stała się Okręgiem Nadnoteckim, pozostała część Wielkopolski - Prusami Południowymi, zaś Mazowsze, Podlasie i część ziem litewskich do Kowna otrzymała nazwę Nowych Prus Wschodnich). Urzędy obsadzano Niemcami, lub zniemczonymi Polakami wyznania ewangelickiego. Sprowadzono niemieckich kolonistów z zamiarem zniemczenia tych ziem, tak jak to się niegdyś udało na Pomorzu Zachodnim i na Dolnym Śląsku. Co ciekawe, w tych latach upadku i beznadziei, ogromna część polskiego społeczeństwa rzuciła się do wszelakich rozrywek, typu bale, przyjęcia, rauty i tak trwano w wesołości, próbując alkoholem zagłuszyć stan marazmu w jakim wszyscy się znaleźli. Były huczne kasyna publiczne, gdzie spotykały się prawie wszystkie stany społeczeństwa: magnaci, prowincjonalna szlachta, mieszczaństwo oraz nowi zarządcy tych ziem, czyli Prusacy. Ludność stolicy dawnego państwa, które granicami rozciągało się od wrót Moskwy do Śląska i od Estonii do Dunaju, spotykała się gromadnie na balach, aby grać w karty, pić do upadłego a po pijanemu wszczynać nocą burdy w mieście, wdając się również w bijatyki z pruskimi żandarmami. Ci, często arystokratyczni potomkowie hetmanów, senatorów, wojewodów i kasztelanów, teraz nocami zdzierali szyldy sklepowe, bili się między sobą i pod wpływem alkoholu atakowali przechodniów. Co ciekawe, zarządzający Warszawą pruski generał Koehler, był bardzo pobłażliwym człowiekiem i często gdy mu donoszono o rozbojach na mieście i pobiciu pruskich żandarmów - śmiał się z tego i nakazywał jedynie udzielić obwinionym napomnień. Tak bardzo tym swoim postępowaniem rozkochał w sobie Warszawiaków, że ci - już po odejściu Prusaków - chcieli nawet postawić mu pomnik. 




Młodzież bezprzykładnie się nudziła i nie widząc szans na odmianę swojego losu (a do tego dochodziło również porozbiorowe zadłużenie części majątków szlacheckich, po otwarciu w Prusach Południowych - czyli w Wielkopolsce i częściowo na Mazowszu - kas depozytowych, przez prezydenta prowincji - Jerzego Hoyma, a ponieważ pożyczki były udzielane na stosunkowo niski procent, przeto wielu było chętnych aby je brać pod hipotekę majątkową. Jednak gdy po pokoju w Campo Formio z 1797 r. ceny zboża dramatycznie poszły do góry, wielu nie było w stanie spłacić owych zobowiązań finansowych i część majątków została skonfiskowana przez państwo pruskie, a następnie wyprzedana niemieckim osadnikom. Ponieważ problem wywłaszczenia dotyczył ogromnej części posiadłości szlacheckich w zaborze pruskim (tylu było chętnych do brania szybkich kredytów pod hipotekę 😑), to już wkrótce większość z nich zostałaby odebrana Polakom i sprzedana Niemcom. I wówczas właśnie, dosłownie za pięć dwunasta Napoleon rozbił Prusaków pod Jeną i Auerstedt oraz skierował się na ziemie polskie, wydając odezwę do Polaków, która sprowadzała się do ogólnego hasła: "Niepodległość albo śmierć!". Nic dziwnego że młodzież - nie widząca wcześniej dla siebie żadnych perspektyw rozwoju i topiąca swoje żale w alkoholu, teraz tłumnie zgłaszała się na rozkaz Cesarza, by "bić Prusaków". Łącznie do walki zmobilizowało się ok. 40 000 młodych ludzi (choć było to za mało aby odtworzyć Polskę w granicach przedrozbiorowych, o czym miał potem rzec sam Napoleon, mówiąc: "Gdyby Polacy wystawili wówczas 100 000 żołnierzy, poszedłbym z nimi i na Wilno i na Kijów i nawet na Moskwę". Należy też dodać, że już będąc na Św. Helenie, Napoleon miał wyrzec takie oto słowa: "Wszystkie moje działania (podjęte po 1806 r.), miały za cel odbudowę Polski", gdyż, jak mawiał wcześniej: "Stara Francja opluła się i zhańbiła, przypatrując się z podłą bezczynnością zagładzie takiego królestwa, jak Polska. Polacy byli zawsze przyjaciółmi Francji i ja biorę na siebie obowiązek ich pomszczenia. Dopóki Polska nie zostanie odbudowana, nie będzie trwałego pokoju w Europie. Cierpliwości!" Nic dziwnego, że po Jego klęsce najpierw pod Lipskiem w 1813 r. a następnie pod Waterloo w 1815 r. pojawił się specyficzny wierszyk, który brzmiał następująco: "Głupi Napoleonie, gdybyś za Renem siedział, nigdy by się o tobie Hudson Lowe nie dowiedział". Gwoli przypomnienia - sir Hudson Lowe był brytyjskim gubernatorem wyspy Św. Heleny, na którą trafił Napoleon po swej ostatecznej klęsce).




W tym też czasie niewoli (gdy, jak pisała pani Nakwaska: "Królewski Zamek, pałace wielkich panów, dawniej urzędników koronnych i zamożnej szlachty zmieniły się w pustki i po większej części były na sprzedaż wystawiane. Sprzedawano je za bezcen. Smutny to był widok. Niedawno jeszcze gościnne i szeroko otwarte bramy pałacowych dziedzińców, które ledwie pomieścić mogły mnóstwo karet i koni dworskich, były teraz szczelnie zamknięte") książę Józef Poniatowski również wpadał w szał niekończących się zabaw (księżniczka Maria Radziwiłłówna pisała np. do pani Nakwaskiej o balach urządzanych przez Poniatowskiego: "Wczoraj bal a la Blacha był suty, oświetlony pysznie, bardzo ożywiony", albo: "Życzyłabym ci, abyś widziała naszą fetę", albo: "Bawimy się ciągle bardzo dobrze", albo: "Nasze herbaty nie ustają"). Jedyne co raziło gości Pałacu pod Blachą, to duma, wyniosłość i protekcjonalny ton wypowiedzi madame Henrietty de Vauban. Ale imprezy trwały dalej, a Poniatowski zgromadził wokół siebie prawdziwy klub "wesołej kompanii", której członkowie nosili specjalny mundur (zwany "mundurem Jabłonny"), czyli jasnozielony frak z żółtą podszewką, czarnym kołnierzem i złoconymi guzikami, a na to wszystko zakładali kamizelkę koloru słomkowego. Do grona tej wesołej kompani należeli: Cichocki, Hebdowski, Pokutyński, Miączyński, Nosarzewski, Kamieniecki, Friebes, Toliński, Bronikowski, Rautenstrauch, Kicki, Pruszak, Grotus, Hulewicz, Dzbański, Potoccy, Oborscy, Brzostowscy, Grabowscy, Dembowscy Matuszewicze i... kilku innych. Także skład był dosyć spory. 

Bale urządzano nie tylko w pałacach i po domach, ale również zabawiano się w teatrze. Podczas jednej z takich sztuk, wystawionych w Nowy Rok 1801, doszło do wielkiego skandalu, o którym mówiła potem cała pruska Warszawa. Otóż aktor, grający Ottona z Wittelsbachów w sztuce Josepha Mariusa Babo - Wojciech Bogusławski, postanowił dodać do tej niemieckiej tragedii nieco cech narodowych. A ponieważ był szczerym patriotą i głęboko wierzył że sformowane we Włoszech Legiony Henryka Dąbrowskiego u boku Francuzów ostatecznie rozbiją "białasów" (czyli Austriaków, a nazwa odnosi się do koloru austriackich mundurów, które były białe, Prusach natomiast nosili mundury granatowe, Brytyjczycy czerwone, Francuzi błękitne, Bawarczycy, podobnie jak Włosi jasnozielone a Rosjanie ciemnozielone), pozwolił sobie wówczas wypowiedzieć słowa napisanego przez siebie wiersza, którego cztery ostatnie zwrotki brzmiały następująco: "Ale ukójcie żal nad śmiercią moją, otrzyjcie łzami zalane powieki, bo i po śmierci jeszcze mnie się boją, jeszczem nie zginął na wieki. Powstanę! Oto w synów moich sercach widzę nadzieję przyszłej mojej chwały. Oni się pomszczą na mych mordercach i ród mój podniosą cały. Powstanę! Mury i zamki, i wieże jeszcze moimi zajaśnieją herby. Ród mój mych przodków przywdzieje odzieże i w sławie zagładzi szczerby. Powstanę! Mego przyszłego wyroku i Wy się cieszcie szczęśliwą odmianą - komu nadzieje spadły w starym roku, niechaj mu w nowym powstaną". Bogusławski za ten wiersz otrzymał od pruskich władz wilczy bilet i został natychmiast zwolniony z teatru, a nawet zastanawiano się czy go nie aresztować. Pozbawiony środków do życia, Bogusławski próbował się tłumaczyć tym, iż był to tylko dowcip, ale minister Prus Południowych - Voss nie dał się nabrać. Bogusławski wyjechał więc z Warszawy, w której to pojawiła się petycja w jego obronie, a ponieważ podpisało się wielu wpływowych ludzi (w tym kilku Prusaków), ostatecznie w październiku 1801 r. Wojciech Bogusławski wrócił do Teatru Wielkiego (podczas pierwszego występu po swym zwolnieniu - 6 października, publiczność przywitała go owacją na stojąco).

Tak jak książę Pepi zgromadził wokół siebie sporą "kompanię braci", tak również pani de Vauban zebrała przy sobie możne damy z arystokracji, które podzielały jej opinie o wyjątkowości francuskiej kultury i języka. W 1800 r. w Pałacu Radziwiłłowskim na Krakowskim Przedmieściu pani Henrietta de Vauban - i kilku innych Francuzów z jej otoczenia - utworzyła amatorski teatr, w którym grywano tylko po francusku i tylko francuskie sztuki, zaś aktorzy nie pobierali za swoją grę żadnych honorariów. Bilety też były darmowe, ale rozprowadzano je tylko wśród wybranych (co też potem doprowadziło do handlu tymi biletami, a ponieważ było to uważane za wyjątkowo nobilitujące wydarzenie, przeto płacono za nie znaczne sumy). Do babińca madame de Vauban należały: Anna z Tyszkiewiczów Potocka i jej matka Konstancja, Teresa z Poniatowskich Tyszkiewiczowa - siostra księcia Józefa, Anna z Sapiehów Potocka, księżna wirtemberska Maria Czartoryska ze swą matką Izabelą, Izabela z Grabowskich Sobolewska i panie: Maria Walewska (kochanka Cesarza Napoleona i matka Jego syna - Aleksandra), pani Grudzińska, pani Kicka (matka i córka), oraz pani Rautenstrauchowa. Wszystkie one zgodnie twierdziły, że ani język polski, ani niemiecki "nie są w stanie oddać tkliwego uczucia i słodkiego wyrażenia" sztuki i że można to uczynić jedynie w języku francuskim. Teatr pani de Vauban otrzymał nieoficjalną nazwę "theatre de societe", a różne damy pisywały do siebie, opowiadając jakie sztuki były tam grane. Ponieważ nie można już było zajmować się polityką w taki sposób, jak przed rozbiorami Polski, przeto zaczęły pojawiać się stronnictwa artystyczne w zastępstwie politycznych, i tak też największymi konkurentami "Blachy", Poniatowskiego i pani de Vauban, byli dawni posłowie Sejmu Wielkiego, spotykający się teraz w Pałacu Stanisława Małachowskiego przy Krakowskim Przedmieściu, na tzw.: "obiadach piątkowych" (które miały nawiązywać do sławnych "obiadów czwartkowych", wyprawianych przez ostatniego króla Polski - Stanisława Augusta Poniatowskiego w latach 1770-1777). Do tego grona należeli głównie Stanisław Małachowski, Stanisław Sołtyk oraz ród Sapiehów z Nowolipek, którzy w 1803 r. założyli tajne "Towarzystwo Przyjaciół Ojczyzny". Tak więc książę Józef Poniatowski nie należał przed rokiem 1806 do wybitnie patriotycznie nastawionych Polaków i raczej sprawiał wrażenie pogodzonego z faktem zagłady Polski człowieka (nie ma bowiem sensu opowiadać o wszystkich jego romansach, których miał mnóstwo, ale warto przytoczyć choćby kilka, jak np. związek z dwiema kobietami - o nieznanych imionach - które wzajemnie o sobie nie wiedziały, a gdy odkryły że książę Pepi zdradza każdą z nich, postanowiły... wspólnie uprawiać miłosny trójkąt. Lecz gdy pewnego razu, prawie nagie - przebrane jedynie w antyczne stroje greckich bogiń z obnażonymi piersiami, oczekiwały księcia w jego buduarze, ten wszedł tam trzymając w objęciach pewną aktorkę z teatru. Tego już było za wiele i obie damy, rozzłościwszy się mocno i potłukłszy lustro, w gniewie opuściły jego Pałac. A poza tym książę nie odmawiał żadnej kobiecie i do jego podbojów zaliczyć można zarówno księżne, hrabianki, jak i aktorki, mieszczki, pokojówki a nawet chłopki).




Wszystko to się skończyło z chwilą rozbicia Prus i zajęcia Berlina (27 października 1806 r., w niecałe dwa tygodnie po rozpoczęciu wojny) przez Napoleona, który przyzwał tam Jana Henryka Dąbrowskiego oraz Józefa Wybickiego (autora polskiego hymnu narodowego, zwanego: "Mazurkiem Dąbrowskiego", który hymnem państwowym stał się oficjalnie dopiero w 1927 r.). Opracowali oni odezwę do narodu polskiego, w której postulowano odrodzenie Polski u boku Napoleona Wielkiego. Odezwa ta, wydana została w Berlinie, dnia 3 listopada 1806 r. Rząd pruski na ziemiach polskich również wydał swój edykt po polsku, w którym nakazywał chwytać "tych złoczyńców we 24 godziny" a następnie zastrzelić na miejscu. Chodziło oczywiście o tych wszystkich, którzy garnęli się pod napoleońskie skrzydła i odtwarzali Wojsko Polskie. Jednak z pruską odezwą były duże problemy, ponieważ ukazała się ona w niewielkim nakładzie, gdyż żadna polska drukarnia nie chciała tego wydrukować i Prusacy musieli się zwrócić do Żydów. Państwo pruskie rozpadało się w oczach, król uciekał ile sił do Królewca, urzędnicy struchleli i nie wiedzieli co mają czynić, wojsko było rozbite, kraj umierał. Ale, jak to się mówi - z każdej śmierci powstaje nowe życie i tak właśnie było, na gruzach państwa pruskiego odradzała się Polska, która jeszcze dekadę temu była starta w proch i sądzono że tak już zostanie na wieki (bo tak miało być, imię Polski miało być wymazane po wsze czasy, o czym mówiła sama caryca Katarzyna II). Pierwsi na odezwę Dąbrowskiego i Wybickiego odpowiedzieli mieszkańcy ziemi sieradzkiej (13 listopada), a wkrótce potem zbuntowała się przeciwko Prusakom Warszawa (15 listopada). Poczciwy stary generał Koehler starał się łagodzić powszechne wzburzenie, wychodząc do protestujących i rozmawiając z nimi, ale widząc że jest to ruch masowy, narodowy, zaprzestał tych działań i polecił Józefowi Poniatowskiemu zorganizować milicję miejską dla zajęcia się bezpieczeństwem powszechnym. Szybko jednak stało się jasne, że Prusacy nie będą mogli utrzymać się w Warszawie i 26 listopada oddziały pruskie z generałem Koehlerem opuściły polską stolicę, a 28 listopada marszałek Murat jako pierwszy wkroczył do Warszawy, witany entuzjastycznie przez całą ludność. Generał Koehler nakazał też przed swym wymarszem rozstawić po ulicach oddział swych kirasjerów, którzy mieli strzec mienia mieszkańców przed ewentualnymi rabunkami, które mogły nastąpić przed wkroczeniem do miasta Francuzów (zobaczcie jaka wówczas była kultura - pomimo toczącej się wojny, niesamowite). Wdzięczni Warszawiacy zapowiedzieli że będą strzec jego rodziny (którą musiał zostawić w mieście, gdyż nie było szans na zabranie jej w warunkach rozpadającego się państwa i wojska), a potem nawet chciano postawić mu pomnik (o czym już wyżej wspomniałem).

Prusy zostały ocalone przez cara Aleksandra I w Tylży (którego - jak pisałem wyżej - królowa Luzia miała za Zbawiciela). Nie udało mu się tam przeszkodzić w odbudowie państwa polskiego, ale ochronił Prusy przed upadkiem i doprowadził do nadania nazwy nowemu państwu polskiemu określając je jako "Księstwo Warszawskie" a nie Królestwo Polskie (mimo to, za sam fakt zgody na powstanie odrodzonej kadłubowej Polski, zbierał Aleksander  krytykę ze strony jego dworaków, którzy otwarcie twierdzili że złamał tym samym testament swojej babki, która miała na zawsze wymazać Polskę z mapy świata, a Aleksander zgodził się na jej odrodzenie). Napoleon dążył do likwidacji Prus i odrodzenia Polski (nawet zaoferował polską koronę Aleksandrowi, ale ten ją odrzucił), car zaś przeciwnie, do ocalenia Prus i likwidacji Polski. Powstała więc kompromisowa propozycja utworzenia Księstwa Warszawskiego i utrzymania podporządkowanych Francji, słabych Prus. Po wkroczeniu Francuzów do Warszawy, książę Józef Poniatowski zaprzyjaźnił się z marszałkiem Joachimem Muratem, a ponieważ Jan Henryk Dąbrowski nie posiadał odpowiednich kontaktów w wyższych sferach warszawskich elit, przeto to właśnie książę Poniatowski został uznany za najodpowiedniejszego kandydata do roli naczelnego wodza formującej się właśnie Armii Polskiej i to pomimo faktu, że wcześniej służył przez jakiś czas w wojsku austriackim (1780-1789), a po zajęciu Warszawy przez Prusaków, należał do najbardziej "pogodzonych" z losem mieszkańców miasta. Napoleon nie za bardzo dowierzał więc Poniatowskiemu i zgodził się na tę nominację jedynie czasowo, na próbę (potem okazało się że próbę tę Poniatowski zdał wyśmienicie i zyskał takie zaufanie Cesarza, że ten w 1813 r. mianował go marszałkiem Francji).




CDN.

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...