WYŚWIETLENIA

01 stycznia 2026

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XI

FILARY SPOŁECZNEGO 
ROZWOJU LUDZKOŚCI 
I METODY PATOLOGIZACJI 
NA PRZESTRZENI WIEKÓW


PS: JEST TO MÓJ PIERWSZY WPIS JUŻ PO ZMIANIE ADRESU BLOGA, TAK WIĘC WSZYSTKICH CZYTELNIKÓW (TYCH, KTÓRYM JESZCZE CHCE SIĘ CZYTAĆ MOJE TEKSTY 🤔) BARDZO PRZEPRASZAM ZA ZWŁOKĘ





TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI:
Cz. VIII



SŁOWIANIE I CELTOWIE
Cz. VIII






SŁOWIANIE W ANATOLII, NA BLISKIM WSCHODZIE I W EGIPCIE 
(ok. 1200 r. p.n.e. - ok. 1180 r. p.n.e.)
Cz. III



BLISKI WSCHÓD W OGNIU SŁOWIAŃSKICH ŻAGIEW
(ok. 1200 r. p.n.e. - 1170 r. p.n.e.)
Cz. IV



CYPR
(CO TAM SIĘ STAŁO?)




Właśnie! Kto najechał Cypr? Do dziś nie wiadomo, choć zniszczenia z okresu - co ciekawe - poprzedzającego pierwszą inwazję "Ludów Morza" są na wyspie ewidentne. Czy atak nastąpił ze strony owych najeźdźców z Północy, którzy mogli przecież grasować w tym rejonie już znacznie wcześniej, niż podaje to oficjalnie historia i archeologia? Według archeologa - Vassosa Karageorgisa, który na początku lat 90-tych XX wieku badał tamtejsze zabytki, okazuje się, że do najazdu mogło dojść już ok. 1225 r. p.n.e. czyli jeszcze przed pierwszym atakiem przybyszów z Północy na Egipt. Według Karageorgisa powodem zniszczeń, które niewątpliwie należy odnotować - choć, co ważne, nie doprowadziły one wówczas do upadku tamtejszej cywilizacji - mogły być... tłumy achajskich uchodźców, którzy w tym czasie (w obawie przed najazdem aryjskich Dorów/Gorów) masowo opuszczali Grecję i osiadali na wyspach, w tym także na Cyprze (choć nie wyklucza on jednak również i ataku na wyspę tzw.: "Ludów Morza"). Wydaje mi się jednak, że jego koncepcja jest błędna, a postaram się to wytłumaczyć w następujący sposób. Otóż przygotowując się do tego tematu, szukałem informacji na temat zniszczeń spowodowanych działalnością najeźdźców w Syrii i Palestynie i wówczas natrafiłem na - z pozoru może mało istotny - list, wysłany przez lokalnego władcę wyspy (Alaszija - czyli Cypru) z Kition, w którym ten oskarża o ataki na cypryjskie miasta i osady... okręty przybyłe z Ugarit. A miasto to i wielki port syryjski, leżący tuż u wrót do królestwa Kizzuwatny (południowa Anatolia - późniejsza Cylicja) był wielką handlową i militarną potęgą w tym właśnie czasie. Udało mi się zdobyć sporo informacji na temat samego Ugarit i opierając się na współczesnych badaniach archeologicznych, mogę opisać kształtowanie się tego miasta, począwszy od... VII tysiąclecia p.n.e., czyli jeszcze od epoki neolitu.

List władcy Alasziji z Kition nie powinien być bagatelizowany, gdyż potęga Ugarit opierała się nie tylko na handlu, ale również na dominacji politycznej, szczególnie zaś wśród najbliższych temu miastu ludów. A jeśli przyjmiemy, że Ugarit była mocno związana sojuszem z Hetytami i wiadomo już (o czym pisałem w poprzednich częściach) że Hetyci przynajmniej dwukrotnie wyprawiali się na Cypr (wyprawa Tuadhaliji IV z ok. 1230 r. p.n.e., a następnie jego syna - Suppiluliumy II z ok. 1205 r. p.n.e.), to wówczas łatwiej przyjdzie nam połączyć pewne fakty, gdyż jakoś dziwnie owe zniszczenia na Cyprze z ok. 1230/1225 r. p.n.e. pokrywają się z interwencjami hetyckimi w Alasziji. A to, że w działaniach tych musiała wówczas uczestniczyć flota z Ugarit, jest więcej niż pewne, jako że było to państwo formalnie sojusznicze (a realnie w pewnej zależności od Hetytów, która to forma ulegała zmianie z biegiem lat), więc musiało ono uczestniczyć w takiej wyprawie. Co prawda dysponuję również relacją niejakiego Ammurapiego (Hammurabiego, zapewne następcy niejakiego Nikmadu III - króla Ugarit), który wysłał list do władcy Alasziji i tytułował go w nim swym "ojcem" ("Ojcze, czy nie widziałeś, że wszystkie moje siły stacjonują w kraju Hetytów, a wszystkie moje okręty nadal stoją w Lukka - kraju Libijczyków - i jeszcze nie powróciły. Ten kraj jest więc pozostawiony sam sobie"). List ten napisany został z końcem XIII wieku p.n.e., zapewne właśnie wówczas, gdy Egipt zmagał się z naporem Libijczyków i wspierających ich Ludów Morza, zaś Anatolia cierpiała głód i pogrążana była w chaosie, a następnie stanęła w płomieniach, zaatakowana przez "białych jak śnieg" najeźdźców z Północy. Pozostaje więc pytanie, czy Cypr został uzależniony przez Hetytów w czasie ich pierwszego ataku i następnie oddany "w zarząd" władcom z Ugarit? Nie można tego wykluczyć, choć dowodów na potwierdzenie tej tezy nie ma żadnych, tym bardziej że doszło jeszcze do drugiego ataku Hetytów na wyspę. To co wiadomo, to fakt, iż cywilizacja Alasziji nie została zniszczona tymi atakami i przetrwała (co mogłoby świadczyć że w ataku tym jednak nie brały udziału Ludy Morza), choć bez wątpienia zniszczenia były poważne (mury Kition i Enkomi zostały zburzone, a duża część budynków spalona, również poważnie ucierpiały miasta: Sinda, Maroni, Ma-Paleokastro czy Kavalos-Agios Dimitrios - nazwy oczywiście współczesne). Ale cywilizacja cypryjska nie zniknęła, a wręcz przeciwnie, odrodziła się z tego upadku i przetrwała jeszcze przez kolejne półtora wieku, aż do ok. 1050 r. p.n.e. kiedy to nastąpił jej ostateczny i definitywny upadek.




Takiego szczęścia nie mieli mieszkańcy miast-państw Syrii i Kanaanu, którzy ok. 1180 r. p.n.e. musieli się zmierzyć z potężnym najazdem aryjskich plemion Północy, a miasta takie jak Ugarit, Sydon, Kadesz, Chasor, Megiddo, Lakisz i Aszkelon - płonęły niczym zapalone pochodnie, zaś Egipt doświadczył kolejnego ataku, który o mało co nie skończył się jego upadkiem. Zdobywcy potem osiedli na podbitych ziemiach (Libia, Anatolia, Palestyna) stanowiąc odtąd stałe zagrożenie dla tamtejszych pierwotnych ludów (np. długi konflikt ludu Apiru za zdobywcami spod znaku dziwnych prostych i rogatych hełmów, zwanymi następnie Filistynami [lud Peleset - co samo w sobie nasuwa się z określeniem... Polacy] został również opisany w Biblii, w Księdze Sędziów, jak choćby w opowieści o siłaczu Samsonie, a także o walce Dawida z Goliatem - do tego jednak również z czasem przejdziemy)





UGARIT
(ok. 1190 r. p.n.e.)
Cz. I




Dawno minęły czasy potęgi wielkich władców Jamhadu i Syria tradycyjnie już weszła w strefę wpływów poszczególnych bliskowschodnich mocarstw. Co prawda czasy świetności Jamhadu trwały aż trzysta lat (od ok. 1757 r. p.n.e., gdy władca Babilonii - Hammurabi zdobył i zburzył potężne miasto-państwo Mari, które było głównym konkurentem handlowym Aleppo, co też pozwoliło władcom z tego miasta wejść na drogę ku potędze, a najlepszy swój czas przeżywała Syria za rządów Idrimiego I [ok. 1510 - ok. 1480 p.n.e.], lecz już po jego śmierci nastąpił stopniowy upadek, zakończony ostatecznie poddaniem się miast-państw Jamhadu pod dominację Egiptu ok. 1447 r. p.n.e. W tym czasie faraon Totmes III Wielki przedsięwziął już 7 wypraw wojennych do Syrii - począwszy od 1457 r. p.n.e., ósma wielka kampania przeciwko Królestwu Mitanni miała miejsce właśnie w 33 roku panowania tego władcy, czyli 1447/1446 {Totmes bowiem liczył czas od śmierci swego ojca Totmesa II, pomijając całkowicie lata rządów swojej ciotki - królowej Hatszepsut, choć realnie objął władzę dopiero 20 lat później, ok. 1458 r. p.n.e.}). Syria tradycyjnie zawsze podlegała silniejszym od siebie krajom, gdyż sama nigdy nie potrafiła się zjednoczyć i zawalczyć o dominację na wschodnim basenie Morza Śródziemnego, dlatego też okres wielkości miast-państw Jamhadu (Aleppo i Alalach) jest pewnego rodzaju ewenementem w dziejach antycznej Syrii. Jednak Jamhad tylko symbolicznie zdołał podporządkować sobie fenickich mieszkańców Ugarit - potężnego miasta portowego, leżącego u wrót do Kizzuwatny (Cylicji) i kontrolującego handel morski z wieloma śródziemnomorskimi ośrodkami. Miasto to było bardzo stare (badania archeologiczne odsłoniły warstwy zasiedlenia, sięgające aż VII tysiąclecia p.n.e.), ale pierwszy okres jego potęgi rozpoczął się dopiero ok. 2000 r. p.n.e., gdy miasto zostało realnie zasiedlone i przestało przypominać dużą wieś otoczoną fortyfikacjami obronnymi. W ciągu kolejnych 300 lat miasto przeżywało okres rozkwitu, a w tym czasie powstały dwie monumentalne świątynie (Baala i Dagona), choć według archeologów budowle te bez wątpienia powstały na miejscu wcześniejszych tego typu przybytków, tyle że znacznie mniejszych i mniej trwałych. Upadek zaczął się ok. 1700 r. p.n.e. - wraz z migracją Hyksosów na południe i postępował przez kolejne dziesięciolecia, czego efektem był zanik handlu i szlaków morskich, a co za tym idzie - znaczne zubożenie ludności miasta i jej emigracja.

Kolejne odrodzenie nastąpiło ok. 1450 r. p.n.e. wraz z egipską ekspansją militarną w kierunku Eufratu. Gdy dywizje Amona, Re, Ozyrysa, Seta i Ptaha zmierzały na czele z Mencheperre Totmesem III ku Waszszuganni (stolicy państwa Mitanni), dla Ugarit zaczynał się kolejny "złoty wiek", gdyż miasto to znalazło się w obrębie wpływów Egiptu i mogło do woli handlować z wszystkimi ośrodkami Lewantu (będącymi w obrębie wpływów Egiptu) oraz - po raz pierwszy - z Ahhijawą (Grecją Achajską). Pomimo że władcy Ugarit często lawirowali pomiędzy Egiptem a Mitanni czy potem krajem Hatti, to jednak polityka ta w niczym nie przeszkadzała robieniu wielkich interesów i bogaceniu się zarówno dworu królewskiego (w tym okresie np. powstał w Ugarit imponujący pałac królewski), jak i jego mieszkańców. To też świadczyło o tym, że miasto - pomimo oficjalnie deklarowanej podległości jednemu lub drugiemu mocarstwu, tak naprawdę było w dużym stopniu niezależne i prowadziło swoją własną politykę - oczywiście o tyle, o ile pozwalały na to okoliczności i zasoby (ludzkie, finansowe oraz gospodarcze) jednego (choć dużego) lewantyńskiego miasta. Upadek rządów egipskich w Syrii, w okresie tzw.: "Amarneńskiej Reformy Religijnej" Echnatona (ok. 1350-1320 r. p.n.e.), jeszcze bardziej przysłużył się potędze miasta, które teraz zaczęło rozciągać swe wpływy (handlowe, choć często szła za tym również i dominacja polityczna) na inne miasta dawnego Jamhadu (nie tylko zresztą tam). W tym mniej więcej czasie (połowa XIV stulecia p.n.e.) władcy Ugarit zaangażowali się w tzw.: "Ruch Abdiaszirty" z Amurru (a konkretnie z miasta Sumur), który opowiedział się przeciwko Egiptowi i dążył do niezależności miast-państw Syrii lub przynajmniej "lekkiej" dominacji Hetytów, w zamian za ich pomoc w zrzuceniu egipskich kajdan (w rzeczywistości Egipcjanie nie okupowali ziem syryjskich, ograniczając się jedynie do utrzymywania kilku stałych posterunków wojskowych i polegania na władcach, wychowanych od dziecka w Tebach lub Memfis {tak aby przysiąknęli egipską kulturą i jednocześnie nawykli do posłuszeństwa wobec kraju faraonów} i wprowadzonych na lokalne trony z poparciem faraona). Jednak była to zaledwie zagrywka polityczna bez większego znaczenia w dziejach Ugarit, a okres lat 1350-1260 p.n.e. (czyli walki o dominację nad Syrią Egiptu i Hetytów), oraz ok. 1260-1190 r. p.n.e. (Ugarit w strefie wpływów hetyckich, szczególnie od czasu zawarcia owego słynnego traktatu pokojowego, pomiędzy Ramzesem II a Hattusilisem III z 1258 r. p.n.e.) to były najlepsze i najświetniejsze lata dla miasta. Swoista cisza przed (słowiańską) burzą, która nieuchronnie zmierzała już ku Syrii.




Warto też nadmienić, że władcy Ugarit nikną w mrokach dziejów i pierwszym poświadczonym oficjalnie na odnalezionej pieczęci, jest niejaki - Nikmadu, oraz jego syn Jakarum (obaj żyjący w XIX wieku p.n.e.). Nie wiadomo nic o dynastiach Ugarit, a stała lista królów obejmuje ostatnich władców tuż przed zagładą miasta (a należy pamiętać, i do tego jeszcze powrócę, że była to zagłada totalna, która uśmierciła miasto na... ponad sześć stuleci, oraz że ocaleli z pogromu mieszkańcy, którzy uciekli na prowincję, nigdy już nie powrócili do ruin Ugarit, mimo że wielu z nich zakopało tam swoje kosztowności - odnalezione potem przez archeologów). A są to kolejno: Ammisztamru I (panował w czasach rządów w Egipcie faraona Echnatona i pisywał do niego listy, odnalezione następnie w ruinach Achetatonu). Jego syn i następca Nikmadu II, który zerwał stosunki z Egiptem jeszcze za czasów Echnatona i związał się z Hetytami (miało to miejsce ok. 1340 r. p.n.e. lub nieco później). Jednak władcy z Hattusas - w zamian za "ochronę" przed Egiptem, zmusili Nikmadu II do "podzielenia" się zyskami, jakie miasto ciągnęło z rozwiniętego handlu i przeżywającego rozkwit rzemiosła i nałożyli na Ugarit srogi haracz. Król jednak przerzucił ten wątpliwy obowiązek na barki zależnej od Ugarit ludności okolicznych miast i wsi (zachowała się lista ok. 80 miejscowości, na które Nikmadu II nałożył daninę aby spłacić haracz "słońcu", bo na taki cel zbierano środki, co łatwo można było połączyć z władcami kraju Hetytów, którzy taki właśnie tytuł nosili). Dwaj kolejni władcy: Archalba i Nikmepa byli synami Nikmadu II i panowali krótko (szczególnie ten pierwszy, który postanowił zaprzestać płacenia daniny Hetytom i odzyskać pełną niezależność. Skończyło się to jego upadkiem i zastąpieniem nowym władcą, jego przyrodnim bratem Nikempą). Król Nikempa, wstępując na tron po swym bracie, musiał się zgodzić na utratę części terytorium jaka dotąd należała do Ugarit i podporządkować się hetyckiemu wicekrólowi z Karkemisz. Ale w zamian uzyskał zmniejszenie daniny, co było dużym sukcesem dla miasta i jego mieszkańców. W tym mniej więcej czasie wojska z Ugarit wzięły też udział - u boku Hetytów - w bitwie z Egiptem pod Kadesz (1274 r. p.n.e.).




Ostatecznie tron objął Ammisztamru II (syn Nikmepy), za którego to panowania (ok. 1250 - 1220 r. p.n.e.) miał miejsce poważny skandal obyczajowy. Oto bowiem król ożenił się z córką władcy Amurru - Bentesziny, czyli było to zwykłe w tamtych czasach małżeństwo polityczno-dynastyczne. Ale małżonka Ammisztamru (jak odnotował to w swym - spisanym w języku akadyjskim - dokumencie król Hetytów Tuadchalija IV, który chwalił się że: "Przed moim majestatem (...) Ammisztamru król Ugarit, pojął za żonę córkę Bentesziny, króla Amurru, ale ona wysilała się tylko aby przyprawić Ammisztamru o ból głowy") nie należała do najwierniejszych niewiast. Ów eufemizm, iż przyprawiała króla "o bólu głowy" skrywa w sobie fakt, że nowa żona władcy Ugarit po prostu była mu niewierna. Oczywiście w takich warunkach Ammisztamru zapragnął czym prędzej się rozwieść, tym bardziej że miał podejrzenia co do syna którego z nią spłodził - imieniem Utriszarruma. Jednak rozwód z winy żony oznaczał przejęcie jej posagu przez męża i wydalenie jej do ojca, a to już powodowało poważne reperkusje polityczne w całym regionie, gdyż król Benteszina odgrażał się, że jeśli Ammisztamru wypędzi jego córkę, będzie to równoznaczne z wypowiedzeniem wojny. Tuadchalija IV nie mógł sobie pozwolić aby pod jego nosem wybuchł konflikt dwóch wasali, który mógł się przerodzić w poważniejszą wojnę w całej Syrii. Dlatego też co prawda zezwolił Ammisztamru na oddalenie małżonki (jeśli on miał pewność, że ta rzeczywiście przyprawiła go "o ból głowy"), ale w takim razie musiał zwrócić jej cały posag, a Utriszarrumę wyznaczyć swym następcą - chyba że syn zapragnąłby podążyć za matką. Konkretne sprawy majątkowe miał jeszcze osobiście dopracować wicekról z Karkemisz, ale wybuch wojny nie wchodził w grę - świadczyłby bowiem o upadku znaczenia kraju Hetytów i ich nieumiejętności zapanowania nad wasalami. Ostatecznie córka Bentesziny została wydalona z Ugarit, zaś Utriszarruma nie objął tronu po swym ojcu (musiał więc pójść z matką, albo... nieszczęścia chodzą po ludziach - jak to się zwykło mówić), a następcą Ammisztamru II został jego syn, spłodzony z innej kobiety - Ibiranu. O rządach tego władcy wiadomo tylko tyle, że wysłał wojska na pomoc Hetytom walczącym z Asyryjczykami na wschodzie. Po nim zaś tron objęli jego dwaj synowie, najpierw - Nikmadu III, a następnie Hammurapi (Ammurapi), który to doczekał owego feralnego dnia, gdy Ugarit ostatecznie stanęło w ogniu i już nigdy więcej się nie odrodziło.




Znane są przynajmniej trzy duże domy handlowe z miasta Ugarit (trzy rody kupieckie), istniejące mniej więcej pomiędzy bitwą pod Kadesz, a upadkiem miasta. Były to.: "Dom Rapanu" (w którym znaleziono szereg tabliczek klinowych z zawartymi umowami handlowymi z wieloma krajami od Grecji, po Egipt i aż do Asyrii). Drugim był "Dom Jabninu" (gdzie też znaleziono tabliczki w języku akadyjskim i ugaryckim), a także "Dom Urtenu". Nazwy tych wszystkich domów biorą się od imion ich przedstawicieli, ale należy pamiętać że owe trzy wymienione rody zapewne nie były jedyne i zamożność Ugarit budowało o wiele więcej kupców, których stać było na wystawienie własnych statków do przewozu towarów. A handlowano wszystkim co było wówczas potrzebne i na co można było znaleźć popyt, a więc: winem, oliwą z oliwek, pszenicą, luksusowymi naczyniami, bronią a także - jakżeby inaczej - niewolnikami. W Mykenach oraz Tirynsie zaopatrywano się w ceramikę, a także przedmioty codziennego użytku, w Egipcie kupowano najczęściej pszenicę oraz wonności, a sprzedawano niewolników. Asyryjczycy pożądali zaś pięknie barwionych szat z lnu lub wełny, z których słynęło miasto Ugarit. W kraju Hetytów kupowano zaś doskonałą broń żelazną, która coraz częściej wypierała dotychczasową broń wykonaną z brązu (żelazne miecze, włócznie i strzały były znacznie trwalsze i znacznie mocniejsze niźli te zrobione z brązu, a czasem zdarzało się też, że żelazny miecz przecinał w pół miecz brązowy w trakcie walki). Miasto prowadziło kontakty handlowe w zasadzie aż do chwili swego upadku, czego dowodem są zapisane tabliczki klinowe z czekającymi na wysłanie do odbiorców towarami (czyli można uznać że najazd "Ludów Morza" zastał ich zupełnie nieprzygotowanych do obrony). Niestety, nigdy już do nich nie dotarły, gdyż na miasto spadł najazd "Ludów Północy", który zamienił kwitnący ośrodek handlowy w stertę ruin - a miejsce to stało się zapewne przeklęte nawet dla tych, którzy w porę zdążyli je opuścić (ponoć uciekło prawie 8000 ludzi, czyli wcale nie tak mało). Nigdy już tam nie powrócili, nigdy nie odzyskali swej własności, a kolejne miasto, jakie powstanie na tych ziemiach, zostanie założone dopiero w czasach... perskich, czyli ponad sześć stuleci po przejściu przez Syrię pochodu "Ludów Morza". 


UGARIT



Ale o tym, jak wyglądała zagłada Ugarit (i kilku innych najbliższych miast) opowiem w kolejnej części, a także wyjaśnię dlaczego uważam rok 1190 p.n.e. (a nie 1177 p.n.e.) za najbardziej prawdopodobny do dokonania tego najazdu. A potem przejdziemy do opisu innych miast Syrii i Palestyny, aż ostatecznie dojdziemy do Egiptu, a wtedy przekonamy się czy Egipcjanie, którzy tak bardzo chełpili się swym zwycięstwem nad najeźdźcami z Północy (np. stela faraona Ramzesa III) rzeczywiście odnieśli tak wielkie i decydujące zwycięstwo, o jakim piszą? Opowiem też o kolonizacji zdobytych ziem przez "Ludy Morza" i o tym, jaki to odcisnęło wpływ na dzieje Europy oraz na współczesną kulturę.


CDN.


WSZYSTKIM CZYTELNIKOM TEGO BLOGA (I TYM, KTÓRZY ZAGLĄDAJĄ TUTAJ TYLKO OD CZASU DO CZASU 😉) ŻYCZĘ WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO W NOWYM 2026 ROKU 🍾🥂

28 grudnia 2025

WSPOMNIENIA... - Cz. I

...WYRWANE PIASKOM CZASU


W tej serii tematycznej pragnę zaprezentować znane lub całkowicie nieznane (a często wręcz zapomniane) pamiętniki, wspomnienia, relacje i opowiadania ludzi (jak i o ludziach), którzy żyli na długo przed nami, a którzy dzięki spisanym dziejom swego życia - unieśmiertelnili się w oczach potomnych. Relacje i wspomnienia które tutaj zamierzam opublikować, starał się będę wybierać w taki sposób, aby były sprzed 1914 r czyli sprzed wybuchu I Wojny Światowej, aczkolwiek nie jest to dogmat którym zamierzam się w stu procentach kierować, raczej coś na wzór założenia, a jak to będzie w praktyce, zobaczymy.  W pierwszej części tej serii zamierzam zaprezentować Pamiętniki pani Margaret Hill Morris czasów Wojny o Niepodległości Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej



I
DZIENNIK PANI MARGARET HILL MORRIS


PONIŻSZY OBRAZEK PRZEDSTAWIA SCENĘ Z WOJNY SECESYJNEJ, A NIE Z WOJNY O NIEPODLEGŁOŚĆ USA, ALE POMIMO TEGO TRZYMA SIĘ KLIMATU DZISIEJSZEGO TEMATU, DLATEGO GO TUTAJ UMIEŚCIŁEM



Gdy mówimy o amerykańskiej Wojnie o Niepodległość, najczęściej pojawiają nam się przed oczyma bohaterscy amerykańscy patrioci walczących o wolność dla siebie, swych potomków i niepodległość swej ziemi, która pragnie być wolna od jakiejkolwiek tyranii (choćby nawet ów tyran nosił koronę królewską). Pięknie ten motyw utrwalił nam chociażby film "Patriota" z Melem Gibsonem z 2000 roku, w którym pokazane jest jak (początkowo) garstka idealistycznych zapaleńców pragnie wyzwolić swoją ziemię spod tyranii okrutnych Brytyjczyków. Ale jak wiemy życie nie pisze tak czarno-białych scenariuszy i każda wojna przynosi ze sobą okropne morze cierpienia, szczególnie dla cywili (choć oczywiście w tamtych wojnach głównie jednak ginęli żołnierze). Wojna amerykańsko-brytyjska z lat 1775-1781/83 jest tutaj wyjątkowym przykładem, ponieważ idealistyczna wizja amerykańskich pięknoduchów walczących za Ojczyznę i brytyjskich morderców nie jest (do końca) prawdziwa. Tak naprawdę nie można powiedzieć że jedna strona była "tą dobrą" a druga "tą złą", ponieważ obie strony w tej wojnie dopuszczały się nieprawdopodobnych wręcz okrucieństw i zbrodni. Spalenie kościoła z zamkniętymi w środku ludźmi (z filmu "Patriota") jest tego dobitnym przykładem, ale tak postępowali również Amerykanie - czyli ci, którzy walczyli o niepodległość własnej ziemi. Jedna i druga strona dopuszczała się potwornych okrucieństw i trudno ten konflikt porównać z jakimkolwiek innym, nawet z późniejszą Wojną Secesyjną z lat 1861-1865 (która również była niezwykle brutalna). Dlatego mówienie o pięknoduchostwie tamtych Amerykanów służy tylko i wyłącznie umacnianiu ducha patriotyzmu w narodzie (jeśli w ogóle możemy jeszcze dzisiaj tak określić mieszkańców Stanów Zjednoczonych). Inną sprawą jest fakt, że wcale nie wszyscy Amerykanie tak chętnie podjęli walkę o niepodległość. Było wśród nich wielu niezdecydowanych i równie wielu zdeklarowanych zwolenników Korony, którzy ów bunt i wszczętą w jego wyniku wojnę, uznali za zdradę wobec króla i ojczyzny. Oczywiście, zwolenników Niepodległości było więcej, ale to wcale nie oznacza że ta druga strona nie była równie zdeterminowana i gotowa do wsparcia dla wojsk Jego Królewskiej Mości, króla Jerzego III.




Kwestia Niepodległości była bardzo żywym tematem w tamtym czasie i dosłownie dzieliła między siebie rodziny do tego stopnia, że syn stawał przeciwko ojcu, brat przeciw bratu, rozpadały się małżeństwa, ojcowie wychodzili w pole by walczyć o Niepodległość, a synowie przyłączali się do zwolenników Korony - albo na odwrót. Najbardziej intensywne walki pomiędzy tymi dwoma przedstawicielami ówczesnego amerykańskiego społeczeństwa, miały miejsce w New Jersey, gdzie walka między wigami (w większości zwolennikami Niepodległości) i torysami (w większości zwolennikami Korony) wydawała się najbardziej zacięta i spektakularna. W tym właśnie regionie (z chwilą gdy Armia Brytyjska zdobyła Nowy Jork - koniec sierpnia 1776 r. z tym że Armia Kontynentalna pod dowództwem Jerzego Waszyngtona utrzymała się na Bronksie do połowy października), miasto to stało się głównym centrum zrzeszającym lokalnych zwolenników Korony. Wielu lojalistów wyjechało więc tam, gdzie uczucia patriotyczne nie były tak silne jak na prowincji (choćby we Freehold, miasteczku gdzie patrioci powiesili kilku prominentnych torysów - swoich sąsiadów - a większość z nich wtrącili do więzienia). To właśnie w Nowym Jorku założono kompanię wojskową pod nazwą "Stowarzyszenie Lojalistów" którą dowodził William Temple Franklin (syn Benjamina Franklina - tego który wynalazł piorunochron i który już w 1754 r. czyli na 20 lat przed wybuchem Amerykańskiej Rewolucji - która tak naprawdę rewolucją nie była, ale nie o tym teraz - w "Pensylvannia Gazette" umieścił karykaturę podzielonego na 13 części węża z podpisem "zjednoczenie albo śmierć"), a który został mianowany przez króla gubernatorem New Jersey (to był właśnie jeden z przytoczonych przeze mnie wyżej przykładów dzielących rodziny, tym bardziej że konflikt pomiędzy starszym a młodszym Franklinem był dosyć ostry). Lojaliści co prawda byli w mniejszości, ale należy pamiętać że zwolennicy Niepodległości z 4 lipca 1776 r. nie gwarantowali owej równości - o której pisali - dla wszystkich ludzi, a wręcz przeciwnie - w dużej mierze "Amerykańska Rewolucja" była rewolucją bogatych, chociaż oczywiście krew w bitwach najczęściej przelewali najbiedniejsi (wśród których pojawiały się też i takie głosy, że ci z "Filadelfii nas sprzedali"). Zresztą pierwotnie Kongres Kontynentalny nie chciał wcale uchwalenia Niepodległości i jeszcze w 1775 r. wzdragał się przed taką myślą, deklarując jednocześnie swoją wierność Koronie. Potem oczywiście to się zmieniło ze względu na nieustępliwość króla Jerzego, ale lojalistów mimo to było bardzo wielu i o jednej z takich osób pragnę opowiedzieć.




Pani Margaret Hill Morris mieszkała w Burlington i była kwakierką (owo zgromadzenie religijne wyrzekało się m.in. przemocy - co oczywiście nie oznaczało że kwakrzy nie uczestniczyli w tej wojnie). Była też gorącą zwolenniczką Korony czyli lojalistką. W swych pamiętnikach opisuje pewne wydarzenie, które miało miejsce w styczniu 1777 r. a w którym ona osobiście uczestniczyła, ukrywając jednego ze ściganych lojalistów w swoim domu. Pani Morris była majętną wdową mieszkającą (wraz z dwoma synami) w dzielnicy Green Bank, jednej z najpiękniejszych części Burlington z widokiem na rzekę. W jej domu przebywał nawet gubernator Franklin, z czego była bardzo dumna. Prawdopodobnie też jej zmarły małżonek zbudował w tym domu pewne ukryte pomieszczenie, do którego wchodziło się przez szafę na bieliznę (chociaż było ono przestronne i wygodne). Aby się do niego dostać, należało zdjąć pościel z półek, wyciągnąć półki i otworzyć małe drzwiczki z tyłu szafy, tak, że do tego ciemnego pokoju można było wejść tylko mocno się schylając. Człowiek który uzyskał schronienie w jej domu (i ukrywany był w tym właśnie pomieszczeniu) nazywał się Jonathan Odell i był rektorem Kościoła Mariackiego w Burlington. Był on zarówno pastorem, lekarzem jak i torysem - czyli lojalistycznym zwolennikiem Korony. Gdy do Burlington wcześniej wkroczyły najemnę oddziały niemieckie (służące w Armii Brytyjskiej) z Hesji-Darmstadt, to właśnie dzięki jego autorytetowi miasto nie zostało przez nich splądrowane, czym niezwykle wsławił się wśród mieszkańców. Gdy zaś do miasta wkroczyli "patrioci", Odell musiał się ukryć (bo inaczej zapewne zostałby powieszony), a ową kryjówkę znalazł właśnie w domu pani Margaret Hill Morris. Ona to prowadziła pamiętnik w którym opisała całe to zdarzenie (dziś przytoczę kilka fragmentów z tego pamiętnika, przy czym takie określenia jak "wróg" czy "gondole" odnoszą się zarówno do zwolenników Niepodległości, jak i do amerykańskich kanonierek). Pani Morris zapisała:

"Od 13 do 16 stycznia otrzymaliśmy różne doniesienia o zbliżaniu się i wycofywaniu wroga; grupy uzbrojonych ludzi brutalnie wkroczyły do miasta i przeprowadzono pilne poszukiwania torysów. Część szlachty gondolowej włamała się i splądrowała dom Reda Smitha około południa tego dnia. 

Straszna relacja o tysiącach przybywających do miasta, a teraz faktycznie widzianych na Gallows Hill: mój nieostrożny syn chwycił lunetę i pobiegł w stronę młyna, żeby im się przyjrzeć".




Syn pani Morris szukał najpierw dobrego miejsca skąd mógłby obserwować zbliżających się do miasta żołnierzy Armii Kontynentalnej, ale nie udało mu się takowego znaleźć i poszedł nad rzekę, skąd obserwował płynące gondole. Tam został jednak dostrzeżony i ruszono za nim w pogoń, a on uciekał w stronę domu. Grupka mężczyzn pobiegła w tym kierunku i zaczęła głośno pukać do drzwi domu pani Morris (gdzie też schował się jej syn). Ta, będąc śmiertelnie przerażoną, otworzyła drzwi i spytała czego od niej chcą, a gdy powiedzieli jej że widzieli szpiega, który ich obserwował i że zapewne schronił się w tym domu; wtedy stwierdziła, że to był tylko jej syn, który jako chłopiec był ciekawy tego, co się dzieje, zabrał lunetę z domu i chciał zobaczyć żołnierzy. Nie jest on jednak ich wrogiem i nie wspiera torysów ani tym bardziej Brytyjczyków. Żołnierze powiedzieli że mimo to szukają pewnego ukrywającego się tutaj w okolicy "uchodźcy" (tak zwolennicy Niepodległości nazywali lojalistów), a w tym czasie już Jonathan Odell przebywał w jej domu w owym ukrytym pokoju. Widząc że żołnierze mają ochotę wejść i przeszukać jej posiadłość, zapytała:

- "Mam nadzieję że nie jesteście Hesjanami?" (niemieccy najemnicy słynęli z tego, że byli dosyć brutalni. Zresztą trudno się dziwić, skoro byli najemnikami i zależało im tylko na tym, co można zdobyć - skoro wojna była tylko biznesem).

- "Czy wyglądamy na Hesjan?" - zapytał żołnierz.

- "Tego nie wiem?" odpowiedziała kobieta.

- "Czy widziałaś kiedyś Hesjanina?"

- "Nie, nigdy w życiu. Ale z tego co wiem, to oni są ludźmi i wy jesteście ludźmi i możecie być Hesjanami. Ale pójdę z wami do domu pułkownika Koxa, chociaż tam w młynie to rzeczywiście był mój syn, który nic złego nie robił i chciał tylko zobaczyć żołnierzy".

Ponieważ dom pułkownika Coxa był pusty, a klucz znajdował się u pani Morris, zaprowadziła ona tych żołnierzy właśnie tam, gdyż tego chcieli, a po dokonaniu rewizji przeszukali jeszcze dwa sąsiednie domy i niczego nie znalazłszy odpuścili sobie przeszukiwanie domu pani Morris, zdając sobie sprawę że zapewne i tam niczego nie znajdą. Dzięki temu ukryty tam Jonathan Odell mógł ujść bezpiecznie, ale i tak jeszcze tej samej nocy - w obawie że żołnierze powrócą, pani Morris zaprowadziła pastora Odell'a do miasta, gdzie jego ochroną zajęli się inni ludzie. Potem udało mu się przedostać do Nowego Jorku będącego w rękach Brytyjczyków. Dalej jednak w swym pamiętniku pani Morris daje upust refleksjom moralnym na temat tej toczącej się wojny.

"14 stycznia. Słyszałam, że gen. Howe wysłał prośbę do Waszyngtona, prosząc o trzydniowe zaprzestanie walki w celu opieki nad rannymi i pogrzebania zmarłych, czego mu jednak odmówiono: jakąż żałosną tendencją jest wojna, która zatwardza ludzkie serce przeciwko delikatności ludzkich uczuć. Cóż, można to nazwać okropną sztuką zmieniania natury człowieka. Myślałam, że nawet narody barbarzyńskie żywią pewien rodzaj religijnego szacunku dla swoich zmarłych".




Gdy jakiś czas potem generał Putnam przybył do Burlington aby sądzić tutaj kilku schwytanych torysów, przywiózł też ze sobą (płynąc na gondolach) znaczną ilość chorych i słabych żołnierzy, którymi opiekowały się ich żony (zapewne zabrane tam charakterze kucharek i pielęgniarek). Ponieważ liczyli że w Burlington znajdą zawodowych lekarzy, mocno się zdziwili, gdy okazało się że żadnych lekarzy nie ma w mieście, bowiem ci, którzy wspierali patriotów, poszli do Armii Kontynentalnej, a reszta dołączyła do wojsk brytyjskich. Opieką medyczną musiały więc zajmować się lokalne kobiety, które leczyły za pomocą herbat ziołowych, domowych plastrów i mikstur. Oczywiście pani Morris była jedną z najbardziej zaangażowanych w pomoc medyczną kobiet z miasta Burlington. Wszyscy sobie chwalili jej życzliwość i pomoc oraz to, że realnie pełniła tam rolę lekarza. Właśnie wówczas (z gen. Putnamem) przybyli do miasta żołnierze chorzy na malarię, wśród których lady Morris poznała dwóch z tych, którzy wcześniej chcieli ukarać jej syna za podglądanie ich nad brzegiem rzeki. Pani Morris tak to opisała:

"Myślałam, że otrzymałam całą moją zapłatę, kiedy z wdzięcznością przyjęli całą moją dobroć, ale wkrótce potem do drzwi podszedł bardzo szorstki, źle wyglądający mężczyzna i zapytał o mnie. Kiedy do niego podeszłam, on odciągnął mnie na bok i zapytał, czy mam jakichś przyjaciół w Filadelfii. Pytanie to mnie zaniepokoiło, sądząc, że szykuje się jakaś krzywda temu biednemu miastu, ale spokojnie odpowiedziałam:

- Mam starego teścia, kilka sióstr i innych bliskich przyjaciół. 

- No cóż - powiedział mężczyzna, - Czy chcesz ich wysłuchać lub wysłać im coś w ramach pokrzepienia? Jeśli tak, zajmę się tym i przyniosę ci wszystko, o co poślesz.  

Byłam oczywiście bardzo zaskoczona i myślałam, że chcę tylko zaopatrzyć się w prowiant na gondole, kiedy powiedział mi, że jego żonie dałam lekarstwa i że tylko w ten sposób mógł mi zapłacić za moją dobroć. Serce podskoczyło z radości i zabrałam się za przygotowanie czegoś dla moich drogich, nieobecnych przyjaciół. Wkrótce przyniesiono ćwiartkę wołowiny, trochę cielęciny, drobiu i mąki, a około północy przyszedł człowiek i zabrał je na swoją łódź".

Dwie noce później rozległo się intensywne pukanie do jej drzwi, tak to opisała:

"Otwierając okno usłyszeliśmy męski głos mówiący: 

- Zejdź cicho i otwórz drzwi, ale nie wnoś światła. 

Było coś tajemniczego w takim wezwaniu, więc postanowiliśmy zejść na dół i zapalić świecę w kuchni. Kiedy dotarliśmy do drzwi wejściowych, zapytaliśmy: 

- Kim jesteś? 

Mężczyzna odpowiedział:

- Przyjaciel, otwórzcie szybko.

Więc drzwi się otworzyły, a kto to powinien być, jeśli nie nasz uczciwy gondolista z listem, korcem soli, dzbankiem melasy, torbą ryżu, trochę herbaty, kawy i cukru i trochę szmatek na płaszcz dla moich biednych chłopców - wszystko przysłane przez moje dobre siostry. Jak nasze serca i oczy przepełniły się miłością do nich i wdzięcznością naszemu Ojcu Niebieskiemu za tak szczodre zapasy. Obyśmy nigdy o tym nie zapomnieli. Będąc teraz tak bogaci, uznaliśmy za swój obowiązek rozdać trochę biednym wokół nas, którzy opłakiwali brak soli, więc podzieliliśmy buszel i daliśmy po kuflu każdemu biednemu, który po niego przyszedł".

Pani Margaret Hill Morris przeżyła tę wojnę i dopiero po jej zakończeniu (czyli po upadku Yorktown w 1781 r.) mogła bezpiecznie odwiedzić swoich bliskich w Filadelfii. Teraz byli oni już obywatelami nowego państwa (chociaż jeszcze oficjalnie nie był on zjednoczony, ale zwycięska Wojna o Niepodległość dała ku temu asumpt) czyli Stanów Zjednoczonych Ameryki, uznanego przez Koronę brytyjską dopiero w 1783 r. w pokoju paryskim.




CDN.

JAK OBCHODZONO NOWY ROK...? - Cz. II

W ANTYCZNEJ GRECJI I STAROŻYTNYM RZYMIE





ANTYCZNA GRECJA
(CZYLI KAŻDY SOBIE RZEPKĘ SKROBIE)
Cz. II


LIKURG
PRAWODAWCA SPARTY



Sparta - miasto wojowników. Jakże tam obchodzono Nowy Rok? W Lacedemonie ostatni miesiąc ateńskiego roku czyli Skiroforion (maj-czerwiec) nosił nazwę Fliasios, a pierwszy miesiąc ateńskiego Nowego Roku Hekatombajon (czerwiec-lipiec) w kraju nad Eurotasem zwano Hekatombeus, nie był on jednak początkiem roku dla Spartan. Dla nich ostatnim miesiącem w roku był Panamos (sierpień-wrzesień) który w ateńskim kalendarzu nosił nazwę Boedromion. Panamos następował po Karnejosie (w Atenach miesiąc ten zwano Metageition, czyli lipiec-sierpień). Karnejos warto tutaj wymienić, ponieważ w tym właśnie miesiącu wypadało najważniejsze święto całej Sparty i tak jak Panatenaje były największym i najważniejszym świętem Ateńczyków, tak Karnea była takim świętem dla Lacedemończyków. Karnea przypadała na 7 dzień miesiąca Karnejos (koniec lipca) i poświęcona była bogu Apollinowi Karnejskiemu. Święto to było bardzo stare, ponoć Apolla Karnejskiego czcili jeszcze Achajowie, którzy zasiedlali Peloponez przed inwazją Dorów z których to wyłonili się (m.in.) Lacedemończycy (Dorów/Gorów, pamiętajmy bowiem że migracja tych ludów nastąpiła z północnej Europy ok. 1200 r. p.n.e. i z ogromnym prawdopodobieństwem można stwierdzić że Dorowie/Gorowie byli plemieniem słowiańskim). Tak więc Karnea rozpoczynała się 7 dnia miesiąca Karnejos i trwała dziewięć dni. Było to oczywiście święto wojenne, wychwalające cnoty wojskowe, tak więc pierwszego dnia rozbijano wokół Lacedemonu 9 namiotów a w każdym z nich zamieszkiwało dziewięciu mężczyzn wykonujących rozkazy herolda. Przed namiotami umieszczano na łodzi - ozdobiony girlandami - posąg Apolla Karnejskiego (łódź była nawiązaniem do mitycznego przejścia Dorów z Naupaktos na Peloponez, o którym to pisałem w temacie Ludów Morza). Ofiary bogu składał w tym czasie kapłan noszący nazwę agetes, który do pomocy miał pięciu nieżonatych mężczyzn, zwanych karneatami (którzy pełnili tę funkcję przez cztery kolejne lata i przez ten czas nie mogli się żenić). Każda z dziewięciu grup toczyła ze sobą udawane walki zręcznościowe, których celem było wyłonienie zwycięzcy igrzysk Karnei. Oczywiście nie tylko zmagania wojskowe były istotne, równie ważne były chociażby konkursy muzyczne (najsławniejszym autorem greckiej muzyki klasycznej i jednocześnie poezji lirycznej był niejaki Terpander z Lesbos, który przybył do Sparty w czasie, gdy ta toczyła II Wojnę Meseńską z lat 685-668 p.n.e. i podczas festiwalu Karnei zdobył pierwsze miejsce w zawodach poezji lirycznej ok. 676 r. p.n.e. potem zamieszkał w Lacedemonie i stał się jednym z najsławniejszych obywateli tego grodu). Podczas trwania Karnei żaden Spartiata nie miał prawa opuścić miasta z bronią w ręku, dlatego też Spartanie odmówili pomocy Ateńczykom, gdy ci w 490 r. p.n.e. przybyli do nich z prośbą o pomoc właśnie podczas Karnei, w czasie inwazji Persów na Attykę.




Karnejos był przedostatnim miesiącem spartańskiego kalendarza, ostatnim zaś był Panamos, ale nic nie wiadomo na temat odbywających się w tym miesiącu świąt. Pierwszym miesiącem nowego roku dla Spartan był zaś Herazjusz (w ateńskim kalendarzu Pianapsjon) czyli wrzesień-październik, ale również wówczas w Lakonii i Mesenii nie obchodzono żadnych świąt. Po prostu dla Lacedemończyków Nowy Rok następował i tyle (były jeszcze dwa godne uwagi spartańskie święta, ale nie wypadały one akurat w miesiącach które nas teraz interesują).


ANTYCZNA SPARTA
(Miasto to zostało otoczone murem obronnym dopiero w III wieku p.n.e. wcześniej Lacedemończycy szczycili się tym, że "Żadna kobieta znad Eurotasu, nie widziała nigdy oręża obcego wojownika")



Delos - mała wysepka na Morzu Egejskim, na której Nowy Rok przypadał najbliżej naszej rachuby czasu, czyli w miesiącu Lenajon (grudzień-styczeń). W Atenach miesiąc ten nosił nazwę Gamelion i był bardzo modny na urządzanie wesel. Nie posiadam niestety informacji jak świętowano Lenajon na Delos, w każdym razie był to zapewne jedyny zimowy miesiąc, w którym w Helladzie obchodzono Nowy Rok. W Beocji zaś (czyli m.in. w Tebach) Nowy Rok obchodzono w miesiącu Panamos, który w przeciwieństwie do Sparty wypadał w miesiącach lipiec-sierpień (gdy w Lacedemonie świętowano Karneę). Niestety, tak jak wyżej i tak jak przy kolejnych greckich regionach, nie mam już żadnych informacji na temat obchodzonych w tych miastach świąt. W Delfach, w świętym okręgu Apollina Nowy Rok przypadał na miesiąc Herajos (wrzesień-październik). Na Rodos był to Dalios (sierpień-wrzesień). W Bitynii miesiąc Herajos (sierpień-wrzesień). W Milecie był to Metageition (lipiec-sierpień). W Macedonii miesiąc Hiperberetajos (wrzesień-październik). Wydaje się że nie ma sensu wymieniać kolejnych regionów Hellady, gdyż nie wnoszą one już nic ciekawego do tego tematu. Przejdźmy zatem do Rzymu.





STAROŻYTNY RZYM
(SŁOŃCE TO, CZY KSIĘŻYC JEST NAD NAMI?)
Cz. I





"TEN, KTO NIE WIE, CO SIĘ WYDARZYŁO, NIM PRZYSZEDŁ NA ŚWIAT, POZOSTANIE NA ZAWSZE DZIECKIEM. BO CÓŻ WARTE JEST NASZE ŻYCIE, JEŚLI PRZEZ ZNAJOMOŚĆ HISTORII NIE WIĄŻE SIĘ Z ŻYCIEM NASZYCH PRZODKÓW"

CYCERON
"ORATOR"
(46 r. p.n.e.)



Kiedy Rzymianie obchodzili Nowy Rok? Odpowiedź najprostsza brzmi - gdy władzę obejmowali kolejni konsulowie. A kiedy to następowało? No właśnie, z tym już jest większy problem, ponieważ najprostszą odpowiedzią byłby - 1 styczeń, gdyż rzeczywiście w tym dniu konsulowie obejmowali urząd. Ale działo się tak dopiero od roku 153 p.n.e., wcześniej zaś 1 stycznia nie był początkiem Nowego Roku, gdyż tego dnia konsulowie nie tylko nie obejmowali urzędu, ale w pierwszych latach Republiki i w czasach Monarchii rzymskiej... styczeń w ogóle nie istniał w rzymskim kalendarzu. Od czasów Romulusa pierwszym miesiącem Nowego Roku był marzec (martius), który swą nazwę zawdzięczał bogu wojny - Marsowi. Teoretycznie więc pierwotny rzymski kalendarz liczył 305 dni, czyli 10 miesięcy w roku (zaraz wyjaśnię dlaczego napisałem "teoretycznie"). Pierwszym miesiącem w roku był więc marzec, czyli martius, ale dlaczego pominięto dwa zimowe miesiące (choć realnie one istniały). Żeby sobie odpowiedzieć na to pytanie, to trzeba się cofnąć w odległą przeszłość, czyli do początków Rzymu. Rzym za Romulusa składał się z kilku pierwotnie od siebie niezależnych osad, budowanych na kształt dominującej na tym terenie wówczas kultury Villanowa (czyli na ogół okrągłych drewnianych domków) i pierwotnie składał się z trzech nad-tybrzańskich wzgórz: Kapitolu, Palatynu i części Celiusa. Według tradycji Romulus miał panować w latach 753-717 p.n.e. i choć Rzym wciąż wówczas nie przypominał jeszcze klasycznego miasta (i długo, długo nie będzie przypominał), to jednak pewne dotychczasowe tradycje musiały ulec zmianom. Do nich należało bowiem zaprzestanie grzebania zmarłych poza osadami dotychczasowych wzgórz, gdyż utrudniało to rozwój miasta. Wszystko to odtąd miało być ager publicus (czyli ziemią publiczną), a granice miasta określało zaoranie etrusco ritu (to właśnie podczas wyznaczania granicy miasta miało dojść do konfliktu pomiędzy Romulusem a jego bratem Remusem, który zakończył się śmiercią tego drugiego. Swoją drogą warto tutaj przedstawić ciekawą opowieść, która przekazywana była sobie przez starożytnych Rzymian, a dotyczyła właśnie obu braci. Mianowicie pewnego razu leżąc na polanie, spoglądali oni w niebo licząc napływające chmury. Miał być to bowiem znak, któremu z braci bogowie bardziej sprzyjają. Remus doliczył się tylko sześciu chmur, a Romulus dwunastu. Tą przypowieść zaczęto interpretować w formie przepowiedni o tym, że w przypadku gdyby to Remus objął władzę, miasto miało się cieszyć sześcioma wiekami chwały, gdyby zaś Romulus został królem - aż dwunastoma. Zapewne ta historyjka została wymyślona dużo później, aczkolwiek wpasowuje się w ważne dla Rzymu wydarzenia. Sześć wieków chwały, to upadek Rzymu w czasie najazdów Cymbrów i Teutonów z ostatniej dekady II wieku p.n.e. Rzymian ocalił wówczas Gajusz Mariusz reformując armię i tworząc z niej wojsko zawodowe w miejsce dotychczasowej armii republikańskiej. Natomiast dwanaście wieków Romulusa, to upadek Rzymu mniej więcej w połowie V wieku naszej ery, czyli - tak jak to się stało w rzeczywistości - w 455 r. spustoszenie miasta przez Wandalów, a w 476 r. obalenie ostatniego, małoletniego cesarza - Romulusa Augustulusa). Dlatego też należało od tej pory chować zmarłych poza murami wspólnego miasta, czyli poza etrusco ritu.

 


Ale nie to było głównym powodem, dla którego to właśnie marzec był pierwszym miesiącem Nowego Roku dla Rzymian w tamtym okresie (bowiem kalendarz zmieniał się jeszcze co najmniej dwukrotnie - oczywiście wyjaśnię też dlaczego napisałem "co najmniej"). Głównym powodem dla którego to właśnie marzec stał się pierwszym miesiącem roku dla Rzymian, był fakt związany z pierwotnym na tym terenie prawem długu. Na początku marca, tuż przed rozpoczęciem cyklu rolniczego, chłopi (którzy w większości nie posiadali ani sprzętu rolniczego, ani zwierząt którymi mogli uprawiać ziemię) mogli to wszystko uzyskać od majętniejszych sąsiadów, na zasadzie zwyczajowego prawa mancypacji. Wyglądało to następująco - otrzymywali zwierzę (lub narzędzie rolnicze potrzebne im do pracy) i nie musieli za nie płacić od razu, tylko składali przed Saturnem (potem ten bóg ziemi został utożsamiony z greckim Kronosem) uroczystą przysięgę, że po zakończeniu cyklu rolniczego (czyli jesienią tego samego roku) oddadzą właścicielowi wypożyczonej rzeczy lub zwierzęcia, określoną kwotę z własnych plonów (oczywiście wówczas jeszcze - a mówimy o VIII wieku p.n.e. pieniądze nie istniały - przynajmniej na terenach o których mówimy, tak więc wszelka wymiana odbywała się w naturze). Spłata długu wypadała zawsze na dzień przed rozpoczęciem Saturnaliów (grudzień), a już w listopadzie rozpoczynano trzydziestodniowe odliczanie terminu spłaty. Ci zaś dłużnicy, którzy nie zebrali wystarczających plonów aby oddać dług, kończyli marnie, bowiem składając przysięgę Saturnowi, w tym momencie łamali dane bogu słowo. Karą była śmierć, a owi nieszczęśnicy byli rytualnie składani w ofierze Saturnowi z końcem grudnia (czyli w czasie Saturnaliów). To okrutne prawo składania ludzi w ofierze bogom zniósł następca Romulusa, drugi król Rzymu (panujący w latach 715-673 p.n.e., rok 716 miał być rokiem bezkrólewia) Sabińczyk z pochodzenia - Numa Pompiliusz (prócz tego że pochodził on z plemienia Sabinów - które wraz z Latynami budowało nowe miasto nad Tybrem - to miał liczne kontakty w miastach etruskich i wydaje się że był też spokrewniony z etruskimi klanami, a jego żona Lukrecja z pewnością była kobietą z ludu Etrusków. O Etruskach też jeszcze zamierzam napisać i ich jakże ukrywanym do dzisiaj pochodzeniu, chociaż wszystkie znaki na niebie i ziemi sugerują że lud ten - podobnie zresztą jak Dorowie/Gorowie na Peloponezie, przybył z Europy Środkowej). Wprowadził on wiele reform do zwyczajnego prawa pierwotnego Rzymu, rozszerzył etrusco ritu (pierwotnie zasiedlił z plemieniem Sabinów - Kwirynał) aż po Janiculum (gdzie też został pochowany) i założył pierwsze zgromadzenie westalek (początkowo były tylko dwie owe święte niewiasty, służebnice bogini Westy). On też właśnie zamienił rytualne składanie ofiary z dłużnika na ołtarzu Saturna, na bardziej ekonomicznie opłacalną dla pożyczkodawcy niewolę (oczywiście nie wyglądało to tak, że człowiek który trafiał do niewoli stawał się już niewolnikiem, wręcz przeciwnie. Był nim tylko teoretycznie przez 60 dni zimowych - od 23 grudnia do 23 lutego - na które to był zamykany w podziemnym pomieszczeniu i traktowany jak nieżywy - choć oczywiście karmiono go tam. W tym czasie jego synowie lub krewni musieli spłacić dług - a dokonać tego mogli trzykrotnie, na początku, w połowie i na końcu sześćdziesięciodniowego okresu niewoli - jeśli tego nie uczyniono, wierzyciel miał prawo postąpić z nim według własnej woli (czyli np. mógł go zagłodzić w owej celi, lub też - jeśli obaj się porozumieli - mógł go sprzedać za Tyber, np. do Etrusków, uzyskując wówczas zwrot poniesionych przez siebie kosztów).


RZYM ZA PIERWSZYCH CZTERECH LATYŃSKO-SABIŃSKICH KRÓLÓW
(753 p.n.e. - 617 p.n.e.)



Biorąc pod uwagę ten właśnie fakt, można wtedy zrozumieć dlaczego w czasach Romulusa rzymski kalendarz liczył tylko 10 miesięcy i pozbawiony był dwóch miesięcy zimowych (styczeń, luty), które poświęcone były bogom podziemnym i w czasie których zamierała cała natura. Po prostu tych dni nie świętowano i traktowano tak, jakby ich w ogóle nie było, (co oczywiście nie znaczy że ich nie było 👍). Aż do czasu wielkiej reformy rzymskiego kalendarza z czasów Juliusza Cezara (który wszedł oficjalnie w roku 45 p.n.e. a został skopiowany przez Cezara z wzorców egipskich - o których też jeszcze napiszę, a z których Cezar zapewne czerpał pełnymi garściami podczas swych wojaży po Nilu z Kleopatrą) i który po raz pierwszy był kalendarzem słonecznym, liczącym 365 dni, wcześniejsze kalendarze rzymskie były kalendarzami księżycowymi, a tutaj cykl przypada na 355 dni w roku. Oczywiście pojawia się też pewien problem. Można bowiem założyć, że te 355 dni dzielone były w następujący sposób na poszczególne miesiące: 31 dni liczyły marzec, maj, lipiec i październik, 29 dni styczeń, kwiecień, czerwiec, sierpień, wrzesień, listopad i grudzień. Jedyny miesiąc który liczył 28 dni to był luty (to był ewenement w rzymskim kalendarzu, gdyż po reformie Cezara Rzymianie nie stosowali już liczb parzystych, uważając je za pechowe). Wydaje się jednak że zarówno za Romulusa jak i za Numy Pompiliusza rzymski rok liczył 365 dni, gdyż pięć grudniowych dni (Saturnalia) nie były oficjalnie wliczone do cyklu kalendarzowego, podobnie jak pięć lutowych dni (Terminalia). Zresztą za Romulusa było tylko 10 miesięcy które miały swoje nazwy i dopiero Numa Pompiliusz (na wzór etruski - co też bardzo ważne) dorzucił (czy też raczej nadał imiona dwóm nienazwanym dotąd, bo traktowanym jako miesiące przeznaczone dla bogów podziemi, miesiące wegetatywne, gdy cała natura obumiera) miesiące styczeń, luty. Ale wróćmy jeszcze do początku, bo wydaje mi się że jeszcze nie wyczerpałem tego tematu. Mianowicie rok romulański zaczynał się 17 marca. Rok po reformie Numy Pompiliusza również, z tym tylko, że miesiące zimowe miały już swoje nazwy, co było bardzo ważne z chwilą nastania Republiki, ponieważ nowi konsulowie rozpoczynali swoje rządy zarówno 17 marca, jak i... 1 stycznia (zresztą mogli objąć swoją władzę w każdy kolejny dzień marca i stycznia, gdyż nie było to w żaden sposób ujednolicone i sprecyzowane, aż do roku 222 p.n.e., o czym zresztą będę jeszcze pisał). Bez wątpienia data styczniowa została sprowadzona do Rzymu z tradycji etruskiej i chociaż głównie skupiam się tutaj na święcie Nowego Roku, to jednak warto wymienić również poszczególne miesiące, jakie przypadały w rzymskim kalendarzu.


NUMA POMPILIUSZ



Od czasów Romulusa Nowy Rok rozpoczynał się 17 marca (Martius - miesiąc poświęcony bogu Marsowi). Tego dnia odbywało się bowiem święto początku roku związanego z Marsem i zwanego agonalia (święto to po raz pierwszy wprowadził Numa Pompiliusz). Mars był pierwotnym bogiem latyńskim i choć nie miał ani swoich wizerunków, ani też nie miał swojej świątyni przez bardzo długi czas (wydaje się że pierwszą świątynię Marsa zbudowano dopiero w czasach Republiki), to bez wątpienia był bogiem pierwotnym gminy latyńskiej, bogiem zarówno wojny jak i urodzaju związanego z dobrymi plonami. Pierwotnie utożsamiany był tylko poprzez włócznię i tarczę, które trzymano w Regii. Ponieważ zaś zarówno prace na roli jak i wyprawy wojskowe Rzymianie odbywali w miesiącach marzec-październik (w zimie jak wiadomo, miesiącu bogów podziemia, wypraw wojennych nie urządzano, a Mars wówczas drzemał - a przynajmniej tak myślano). Wiosną lub wczesnym latem, z nastaniem wyprawy wojennej, król (lub w późniejszych czasach konsul) wchodził do Regii, potrząsał włócznią i tarczą i mówił: "Marsie, czuwaj!" tym samym budząc go do życia i zyskując jego wsparcie podczas wojny. W przypadku zaś katastrof (zarówno naturalnych jak i wojennych), na ołtarzu Marsa natychmiast należało złożyć dary, zarówno z płodów rolnych, jak i... z ludzi (oczywiście z chwilą zniesienia krwawych ofiar z ludzi za Numy Pompiliusza, odbywało się to w nieco inny sposób; ale również w wiekach późniejszych zdarzało się że Rzymianie powracali do tej barbarzyńskiej praktyki. Ostatni raz w swoich dziejach Rzymianie złożyli krwawe ofiary z ludzi w roku 216 p.n.e. po straszliwej klęsce zadanej im przez Hannibala pod Kannami, gdzie polec miał aż... 80 000 Rzymian, co było totalną katastrofą i każde hellenistyczne mocarstwo na Wschodzie po takiej klęsce już by się nie podniosło. Rzymian też ogarnęło przerażenie, część senatorów zawiązała spisek, mający na celu opuszczenie miasta - wraz z żonami i dziećmi, dobytkiem i zaufanymi ludźmi - i przeniesienie się gdzieś do południowej Galii, albo północnej Hiszpanii i tam założenie "Nowej Romy". Plany te zostały udarnione przez młodego, bo zaledwie 20-letniego Publiusza Korneliusza Scypiona - który 14 lat później pod Zamą pokonał Hannibala - a w owym czasie, wraz z innymi młodzieńcami, zmusił owych senatorów {przekładając im miecze do gardeł} aby poniechali planu opuszczenia Rzymu. Szukając jednak winnych całej tej katastrofy kannejskiej, Rzymianie poświęcili wówczas dwójkę schwytanych cudzoziemców, Gala i Galijkę oraz Greka i Greczynkę - zakupując ich żywcem do ziemi). Ofiary z roślin, warzyw i zwierząt składano natychmiast, natomiast ludzi poświęcano Marsowi jeszcze jako dzieci, a gdy podrośli, musieli opuścić miasto i udać się na poszukiwanie nowego życia w inne regiony Italii. Oczywiście wiązało się to niechybnie z koniecznością podjęcia walki na nowym terenie (bo nie każdy chciał przyjąć do siebie uchodźców czy wygnańców) i to właśnie było dopełnieniem ofiary Marsa. Zapewne tak też założony został Rzym przez dwóch braci i ich towarzyszy, którzy wyszli z rodzinnego miasta Alba Longa (położonego w górach albańskich, na południe od Rzymu). Odpowiednikiem Marsa dla Sabinów (czyli drugiego ludu, który wraz z Latynami stworzył Rzym) był bóg Kwirynus (od którego to imienia otrzymało nazwę wzgórze Kwirynału). Miał dokładnie te same atrybuty co Mars, choć były i drobne różnice, jak choćby fakt, że od najdawniejszych czasów ten bóg miał na Kwirynale swoją świątynię, ale obchody jego święta były bardzo blade w porównaniu z tymi, które odprawiano na cześć Marsa. Poza tym w czasach Republiki opowiadano sobie taką legendę, że gdy Romulusa porwała burza i zaginął, pewien senator (w obawie o oskarżenia że mógł zostać zabity przez senatorów) o imieniu Prokulus Julus stwierdził, że Romulus został żywcem wzięty do nieba i stał się Kwirynem (w każdym razie Romulusa bardzo często później utożsamiano z Kwirynem). Rzymianie zaś zaczęli siebie samych nazywać kwirytami (było to określenie obywatelskie, stwierdzenie pokojowej wspólnoty ludów tworzących miasto nad siedmioma wzgórzami).


RZYM W CZASACH KRÓLÓW ETRUSKICH i PIERWSZYCH WIEKACH REPUBLIKI
(616 p.n.e. - 387 p.n.e.)



Drugim miesiącem pierwotnego rzymskiego kalendarza księżycowego, był Aprilis - czyli kwiecień - innymi słowy "zalany słońcem". Trzeci miesiąc to Majus (rzymska konotacja tej nazwy nie jest mi znana), czwarty - Julus czyli czerwiec (jego pierwotne pochodzenie też nie jest mi znane) i na tym w zasadzie kończą się nazwy poszczególnych rzymskich miesięcy kalendarza romulańskiego (swoje nazwy otrzymają jeszcze styczeń i luty, ale do tego dojdziemy). Kolejne miesiące był już tylko liczone, czyli piąty, szósty, siódmy aż do dziesiątego (z tym że po wprowadzeniu zmian i dodaniu miesięcy lutowych, a potem przejściu na kalendarz słoneczny wyglądało to dosyć komicznie, bo piąty miesiąc był miesiącem siódmym, szósty ósmym itd.). Zatem kolejne miesiące to Quintilis (lipiec), Sextilis (sierpień), September (wrzesień), October (październik), November (listopad) i December (grudzień). Zapewne Rzymianom nie chciało się już wymyślać oddzielnych nazw pod te miesiące (podobnie zresztą postępowali w rodzinach, tylko czterej pierwsi synowie otrzymywali swoje imiona, piąty już zwany był Kwintusem, szósty - Sekstusem itd. w przypadku córek ten proces zaczynał się już od trzeciej - Tertia). Zaś dodane za Numy Pompiliusza dwa miesiące zimowe nosiły nazwy: Januarius (styczeń), od nazwy Janusa - boga wszelkiego początku i Februarius (luty), nazwa pochodzi od februs - magicznych rzemyków których kapłani (flamini) używali do rytualnego oczyszczania miasta. Rzymskie społeczeństwo z czasów trzech pierwszych królów: Romulusa, Numy Pompiliusza i Tullusa Hostiliusza (wnuka Hersylii, Sabinki porwanej jeszcze za czasów Romulusa, panować miał w latach 673-642 p.n.e.) składało się z w miarę jednolitego stanu latyńsko-sabińskiego (z którego potem potworzyły się rody patrycjuszowskie). Ale częste wojenne wyprawy czwartego króla - Ankusa Marcjusza (wnuka Numy Pompiliusza, panował w latach 641-617 p.n.e.) doprowadziły do uformowania się w mieście nowej warstwy społecznej, zwanej plebejuszami (a wzięło się to z faktu, że król po prostu atakował, podbijał i przesiedlał ludność okolicznych miasteczek, takich jak Politoria, Fikania czy Tellen do Rzymu. I choć od Ankusa Marcjusza wpływy etruskie w Rzymie były coraz silniejsze (nie chodzi tutaj tylko o kalendarz, ale również chociażby o jasne rozgraniczenie na dobro i zło, a raczej na demony i anioły, które w kulturze etruskiej występowały, natomiast w pierwotnej kulturze rzymskiej ich nie było), to jednak ludność etruska - która również napływała do tego miasta, nie była traktowana jako warstwa rządząca, a wręcz przeciwnie - zasilała szeregi plebejuszy. Społeczność latyńsko-sabińska (patrycjuszowska - pierwotnie jednak stworzona z... chłopów,) żyła odseparowana od społeczności plebejsko-etruskiej, czego dowodem był choćby fakt, że w czasach Republiki jedni konsulowie na początek swoich rządów wybierali etruski miesiąc styczeń, a drudzy latyńsko-sabiński marzec (poza tym wprowadzono całkowity zakaz małżeństw pomiędzy patrycjuszami i plebejuszami, ale o tym konflikcie opowiem w kolejnej części.




CDN.

27 grudnia 2025

JAK OBCHODZONO NOWY ROK...? - Cz. I

W ANTYCZNEJ GRECJI I STAROŻYTNYM RZYMIE





Święta, święta i po świętach! Jakoś tak szybko w tym roku mnie one zleciały (chociaż miałem trochę obowiązków, gdyż jeśli chodzi o święta to ja gotuję i siebie w domu, moja Dama zaś czyni to w dni powszednie - tak żeśmy się... umówili 😉, tym bardziej że ja lubię gotować od czasu do czasu, głównie właśnie przed świętami - w końcu najlepsi kucharze na świecie to faceci 🥳). Tak więc Święta Bożego Narodzenia nam zleciały, ale przed nami Nowy Rok, a to oznacza że właśnie dziś, w ramach "antycznych lekcji krajoznawczych" (ponieważ antyk jest moją ulubioną epoką historyczną) zapraszam do zgłębienia tajemnic Nowego Roku jaki obchodzono w antycznej Grecji i starożytnym Rzymie. W naszej kulturze - która wyrosła na tradycji chrześcijańskiej - przywykło się liczyć Nowy Rok od narodzin Zbawiciela Jezusa Chrystusa (które to narodziny i tak notabene zostały pomylone o kilka lat i do dziś ten błąd nie został skorygowany, a zapewne już nie zostanie, gdyż wiązałoby się to z ogromnym chaosem spowodowanym przestawianiem dat o kilka lat wstecz). Jednak zarówno owe lata liczone od narodzin Mistrza, jak i jakiekolwiek inne, są zaledwie ulotnym mgnieniem w całej odległej historii naszej planety, a też i nasza planeta jest niczym, w historii Wszechświata, który to również istnieje przez chwilę (biorąc pod uwagę Bożą Nieskończoność), następując po tych które już przeminęły, a po nim będą następne i następne i jeszcze następne. Z tej perspektywy życie człowieka - choćby nawet trwało 1000 albo więcej lat, nie ma najmniejszego znaczenia w całej wielkiej i długiej historii Wszechświata i na skali tej historii zapewne takie życie nawet nie zostałoby odnotowane gdyż byłyby to jakieś totalne czasowe mikromile. My, żyjąc na naszej planecie (a zapewne również w tym Wszechświecie) podlegamy nieustannie wahaniom czasu, który to wyznacza nam zakres naszego życia. Ale oczywiście czas realnie nie istnieje, istnie tylko stopniowe, aczkolwiek nieuchronne zużycie materiału który posiadamy (np. naszego ciała). Z chwilą narodzin ciało nasze już jest poddane degradacji i jest pewne, że zacznie się ono wcześniej czy później psuć, bo takie są koleje fizyczności. I choćbyśmy nawet wynaleźli eliksir młodości zapewniający nam długie i młode życie, to wcześniej czy później efekt psucia się ciała które posiadamy nastąpi. Wszystko bowiem co fizyczne, kończy się i nie ma znaczenia czy jest to ludzkie ciało, czy wytwór pracy ludzkich rąk, czy też coś takiego jak planeta lub Wszechświat. Nie sposób bowiem zadomowić się i zamieszkać na stałe w iluzji fizyczności, gdyż jest ona tylko iluzją, a nie naszym Domem. Powracamy tutaj aby zanurzyć się w tej iluzji, aby jej doświadczyć i aby doświadczyć również iluzji czasu, wyobrażanego jako przemijanie. A przecież nic tak człowieka nie przeraża, jak koniec istnienia.

Ponieważ czas jest głównym wyznacznikiem naszego fizycznego przemijania (co możemy prześledzić chociażby po zmianach, które dokonują się z naszym ciałem lub też z ciałami osób nam bliskich), zatem umiejętność jego zliczania jest niezwykle istotnym fundamentem każdej cywilizacji (które zresztą wcześniej czy później i tak przeminą, bo jak pisał Kohelet: "Marność nad marnościami i wszystko marność"), każdy bowiem chce wiedzieć jak długo żył i jak to jego życie ma się do poprzednich oraz następnych pokoleń. Oczywiście to, że tkwimy w iluzji fizyczności która jest jednocześnie iluzją czasu (przynajmniej dla nas) nie oznacza, abyśmy popadali w jakiś pesymizm czy dekadencję. To jest tylko proces który można sprowadzić do dziecięcej zabawy i tak należałoby to potraktować, a jeszcze lepiej tak, jak do życia podchodził rzymski senator z czasów Nerona, zwany również "arbitrem elegancji" - Gajusz Petroniusz (który popełnił samobójstwo, wcześniej wysyłając do Nerona list wyszczydzający jego umiejętności wokalne), mawiał on bowiem "Życie jest śmiechu warte, więc się śmieję!" Ktoś może powiedzieć że jest to podejście niewłaściwe, gdyż (jak mawiał Stalin) "Życie to nie jest temat do żartów" (🤔), ale przecież nie chodzi o to, aby śmiać się durnie ze wszystkiego jak błazen, tylko o to, żeby śmiejąc się w duszy z życia które nam zostało darowane (a raczej które sami żeśmy sobie wybrali) wiedzieć, że to tylko zabawa i że wcześniej czy później się skończy (choćby była dla nas okrutna i tragiczna).




Czas jest nieodłącznym elementem naszej fizyczności, zatem nad czasem też się pochylmy, tym bardziej że przed nami nowy 2026 rok (powiedzmy sobie szczerze, rok umowny, ale i tak związany z niesamowitą liczbą celów, pragnień i zapowiedzi, jakie każdy z nas układa sobie w swojej głowie, sercu i umyśle). Przejdźmy zatem do czasu, takiego jakim widzieli go antyczni (ponieważ jednak nie zamierzam się zbytnio rozpisywać i dotykać zbyt wielu innych cywilizacji oraz kultur, skupię się zatem jedynie na antycznej Grecji i starożytnym Rzymie, jako tych dwóch filarach współczesnej cywilizacji euro-amerykańskiej - trzecim filarem czy też trzecią kolumną podtrzymującą całą tę świątynię jest oczywiście chrześcijaństwo, i nie ma tutaj znaczenia czy ktoś jest ateistą czy wyznaje inne religie. Tak po prostu jest, że nasza cywilizacja zbudowana została właśnie na tych trzech fundamentach). Zatem zapraszam do poznania obchodów święta Nowego Roku ludzi antyku.



ANTYCZNA GRECJA
(CZYLI KAŻDY SOBIE RZEPKĘ SKROBIE)
Cz. I





"WSZYSTKO PŁYNIE"

HERAKLIT z EFEZU



Podstawą antycznej Grecji było niepodległe polis, czyli miasto-państwo które miało swój własny obszar, wojsko, święta, tradycje i oczywiście... pory roku (a co za tym idzie, również świętowanie Nowego Roku). Oczywiście te największe i najsilniejsze greckie polis z reguły narzucały tym słabszym swoją wolę (a tamte dla swej obrony, łączyły się w większe związki złożone z kilku polis). Nie zmieniało to jednak faktu, że ich własna kultura i tradycja nie ulegała zmianie i nawet w różnych miastach Attyki świętowano Nowy Rok zgodnie z lokalną tradycją, a nie tak, jak to miało miejsce w samych Atenach. W tym temacie postaram się omówić w miarę szczegółowo święto Nowego Roku nie tylko w Atenach ale również w innych najważniejszych regionach antycznej Grecji, gdyż Nowy Rok obchodzono zupełnie niezależnie od siebie, czasem był to środek lata (jak w Atenach), czasem jesień (jak w Sparcie), a czasem Nowy Rok zaczynał się zimą. Ponieważ zebrałem na ten temat sporo informacji, postaram się więc je tutaj dokładnie omówić (oczywiście najwięcej danych jest z Aten).






Starożytni Grecy liczyli lata w systemie czteroletnim, począwszy od 776 r. p.n.e czyli od pierwszej Olimpiady (Igrzyska Olimpijskie były organizowane również wcześniej - choć nie ma na to żadnych dowodów, poza skromnymi stwierdzeniami antycznych autorów - natomiast lista zawodników znana jest właśnie od tego roku i przyjmuje się, że to właśnie były pierwsze antyczne Igrzyska Olimpijskie) i jest to w zasadzie jedyny pewnik który możemy przyjąć. Natomiast skupiając się na kalendarzu ateńskim (który zamierzam omówić jako pierwszy i o którym mam najwięcej wiadomości) trzeba stwierdzić, że poszczególne miesiące to było prawdziwe pomieszanie z poplątaniem. Rok grecki był rokiem księżycowym, składającym się z 12 miesięcy po 354 dni. Jedne miesiące były pełne - licząc 30 dni, inne "puste" tylko 29. Aby rok księżycowy był zgodny z rokiem słonecznym, liczącym 365 (a co 4 lata 366 dni), a przede wszystkim z porami świąt, które były niezwykle ważne dla Greków, archontowie ateńscy co kilka lat (z reguły co trzy, ale nie był to stały dogmat) dodawali do swojego kalendarza 13 miesiąc (metoda interkalacji). Jeśli prześledzimy sobie poszczególne greckie lata, począwszy od 776 r. p.n.e. to dojdziemy do wniosku że 13 miesiąc występuje mniej więcej co 3 lata, ale nie zawsze tak jest. 13 miesiąc występuje np. w pierwszym roku pierwszej Olimpiady (czyli 776 p.n.e.) licząc 30 dni, a następnie w czwartym roku pierwszej olimpiady (773 r. p.n.e.) licząc już 29 dni. Następnie w trzecim roku drugiej Olimpiady (770 r. p.n.e.) i w pierwszym oraz czwartym roku trzeciej Olimpiady (768, 765 p.n.e.). Mniej więcej wychodzi więc co 3 lata dodatkowy 13 miesiąc w roku (ale jak widać oczywiście nie jest to regułą). Nie na tym jednak będziemy się skupiać (jako ciekawostkę można dodać, że obecnie mamy dokładnie koniec pierwszego i początek drugiego roku 701 Olimpiady - w przeliczeniu na starogrecką rachubę czasu - z tym że rok drugi zacznie się dopiero w połowie czerwca 2026 r.).




Nowy Rok w Atenach zaczynał się w połowie czerwca i trwał do połowy lipca (licząc naszą rachubą czasu). Miesiąc grudniowy, czyli ostatni miesiąc ateńskiego kalendarza (który dla Ateńczyków był miesiącem maj-czerwiec) nosił nazwę Skiroforion (od słowa skira - czyli parasol). Na ten miesiąc w mieście dziewiczej Pallady przypadały następujące święta: 

3 dnia tego miesiąca przypadało święto Areforia - ku czci bogini Ateny. Gromadzono się wówczas (i składano ofiary) zarówno w świątyni dziewiczej Pallady na Akropolu, jak i w świątyniach Zeusa i Posejdona (a także pomniejszych lokalnych bóstw jak Kourotrofosa, Aglaurosa czy Pandrososa w Erchii). Było to święto początków miasta, obchodzone ku czci króla-herosa Erechteusza I (Ateńczycy uważali się za Erechteidów, potomków Erechteusza). Według mitu był on synem boga-kowala Hefajstosa i Gai bogini ziemi. Pewnego razu brzydki, kulawy i odpychający Hefajstos chciał zgwałcić Atenę, ta mu jednak uciekła i kilka kropel jego nasienia spadło na ziemię, zapładniając Gaję. Z tego związku narodził się Erechteusz. Ale Gaja nie chciała chłopca i ofiarowała go Atenie. Ta zamknęła go w pudełku i przekazała trzem siostrom: Herse, Pandrosii i Aglaurii zakazując im jednak otwierać owe pudełko, mówiąc że jeśli to uczynią, to sprowadzą na siebie same i swoją ziemię kłopoty. Siostry jednak były ciekawe co też bogini podarowała im w darze (i jednocześnie zabroniła otwierać wieko) dlatego też otworzyły pudło i ujrzały tam noworodka, małego Erechteusza. Herse i Aglauria na ten widok straciły zmysły i z krzykiem na ustach rzuciły się ze szczytu Akropolu, ponosząc śmierć na miejscu (Pandrosii z nimi nie było, dlatego też ona ocalała). Następnie Atena przygarnęła małego Erechteusza i wychowała go jak swego syna, a gdy chłopiec dorósł, został pierwszym królem Aten. Nauczył on swój lud nie tylko uprawiać ziemię, wytapiać srebro i zaprzęgać konie do rydwanów, ale wzniósł pierwsze zabudowania Akropolu i ustanowił święto ku czci swej przybranej matki Ateny, czyli Panatenaje. Zginął on zabity przez Zeusa (lub Posejdona) za karę za zabicie niejakiego Himmaradosa z Tracji podczas wojny Aten z Eleusis. Jego następcą został syn Pandion I (będący według mitu pół człowiekiem, pół wężem). Święto Areforia ku czci Erechteusza przebiegało więc następująco: dwie przybrane w białe szaty dziewczyny, córki archonta-basileusa (czyli wybranego na dany rok urzędnika, zwanego archontem-królem) przez cały rok mieszkały przy świątyni Ateny Pallas, tkając dla niej peplos (czyli szatę, w którą ubierano boginię podczas Panatenajów). Pod koniec roku kapłanka Ateny ofiarowała im zamkniętą paczkę, której zawartości nie znały ani one, ani ona. Następnie dziewczęta pod osłoną nocy, tajną drogą zanosiły ową paczkę do ogrodów świątyni Afrodyty na Kollitusie (południowa dzielnica Aten) i tam odbierały kolejną paczkę o nieznanej im zawartości - paczkę tę otwierała tylko kapłanka Ateny. Nie wiadomo co znajdowało się w paczkach, można jednak przypuszczać że były to gałązki oliwne z małymi oliwkami, natomiast w paczkach przeznaczonych dla dziewcząt znajdował się lekki chlebek o nazwie Anastatos, które one spożywały. 

12 dnia miesiąca Skiroforion (czyli koniec naszego czerwca) obchodzono uroczyście święto Skira, czyli święto parasoli, będące festiwalem ku czci Ateny, Posejdona, Apolla, Demeter i Heliosa. Ateńczycy wychodzili więc na miasto (i do świątyń) z parasolkami, oddając tym samym cześć bogom, a kapłani i kapłanki (pod wielkim białym parasolem) udawali się ze świątyni Ateny na Akropolu, do świątyni Heliosa (boga słońca), aby uprościć bóstwa o ochronę ziemi przed suszą i niszczącym wpływem promieni słonecznych.

14 dnia miesiąca Skiroforion przypadało święto ku czci Zeusa Poleiusa, zwane Bufonią (nic więcej nie wiem na temat tego święta, poza tym, że w innych polis zwano je Dipolią). Trzy prawa nadane Ateńczykom przez mitycznego Tryptolemosa brzmiały: "Szanujcie starszych, oddawajcie ofiarę bogom z pierwszych darów waszej pracy (chodziło tutaj o zebrane płody rolne) i nie czyńcie krzywdy zwierzęciu pracującemu w polu". Pierwszym który złamał to przykazanie według mitu, był niejaki Taulon, który widząc że w święto pokutne wół zjada potrawy przeznaczone na ołtarzu dla bogów, zabił owe zwierzę, czym sprowadził na siebie kłopoty i musiał uciekać. Obchody tego święta były raczej niezbyt miłe i wbrew przykazaniom co roku dokonywano rytualnego zabicia wołu. Wyglądało to następująco: cały dzień poprzedni i noc wybrane kobiety ostrzyły noże, którymi na drugi dzień kapłan - udający Taulona miał zabić wołu. Gdy do tego doszło, kapłan rzucał się do ucieczki, a mięso wołu było dzielone, gotowane i spożywane. Następnie skórę zwierzęcia wypychano i ustawiano ją przy pługu - co miało symbolizować powrót zwierzęcia do życia. Kapłan który dokonał mordu na tym zwierzęciu, zostawał schwytany i odbywał się sąd w Prytaneum, na którym oskarżano o morderstwo nie tylko jego samego, ale wszystkich, którzy brali udział w spożyciu mięsa zabitego zwierzęcia. Wszyscy oskarżeni zrzucali winę na innych. Ci, którzy rozpalali ogień zrzucali winę na tych, którzy przynieśli drewno, tamci na tych co nosili wodę, ci znowu na tych co kroili mięso zwierzęcia, tamci oskarżali samego zabójcę, a ten twierdził, że to jednak nie on zabił, ale nóż którym się posłużył. Ostatecznie winym czyniono nóż i za karę wyrzucono go do morza, jednocześnie uniewinniając z zarzutu morderstwa zwierzęcia wszystkich oskarżonych.




I oto przechodzimy do Nowego Roku, czyli miesiąca o nazwie Hekatombajon (czerwiec-lipiec). Należy jednak pamiętać że Ateńczycy (i w ogóle Grecy) nie świętowali Nowego Roku jako takiego, po prostu on następował i tyle. Skupiano się bowiem na pozostałych świętach tego miesiąca.

12 dnia miesiąca Hekatombajon obchodzono więc święto o nazwie Kronia (na cześć boga Kronosa, ojca Zeusa, Posejdona i Hadesa) i było to święto najbardziej zbliżone do współczesnego Sylwestra, gdyż nosiło nazwę Święta Świateł (rzymskim odpowiednikiem Kroni były Saturnalia). W ciągu dnia świętowano dożynki, a nocą Grecy przy swoich domach zapalali mnóstwo świateł (głównie lampek). Po uroczystej kolacji całe rodziny gromadziły się przy tych lampkach przed domami, modląc się jednocześnie do Kronosa by ten przyniósł im w nowym roku dobre plony, spełnienie marzeń i inne życzenia, jakie kto tam miał w głowie (niczym współczesny Święty Mikołaj). Należy jednak dodać, że nie tylko Grecy i nie tylko Rzymianie świętowali Kronię. To święto było obchodzone również w Egipcie (Święto Lamp ku czci zmartwychwstania Ozyrysa), ale również w Mezopotamii ku czci boga Ningirsu (który zamienił ciemność w światło). Wydaje się że zarówno Kronia jak i Saturnalia miały być swoistym powrotem do Złotego Wieku Ludzkości, w którym wszystkim żyło się dobrze, nikt nie chorował a bogowie żyli wśród ludzi i opiekowali się nimi (to takie ukryte marzenia jakie przejawiali ludzie różnych epok na temat stworzenia raju na ziemi. Na ziemi, na której nigdy raju nie było i nigdy nie będzie, bo nie żyjemy po to, aby zanurzać się w fizyczności i nią podniecać aż do ubóstwienia - powiem więcej, choć zabrzmi to może nieco brutalnie: nie żyjemy po to, aby było nam dobrze i bezpiecznie, a wręcz przeciwnie - żyjemy aby doświadczyć tego życia - głównie poprzez cierpienie - i nauczyć się powrotu do Domu autostradą bezinteresownej Miłości, wszystko inne jest wtórne i na dobrą sprawę zupełnie pozbawione jakiegokolwiek znaczenia, ale... jak to się mówi, jakże piękne są marzenia).

16 dnia miesiąca Hekatombajon (początek lipca, licząc naszą rachubą czasu), obchodzono w Atenach i Attyce święto zjednoczeniowe, zwane Sunoikia (obchodzono je co dwa lata). Według legendy święto to miał założyć mityczny Tezeusz, syn króla Aten Egeusza (Tezeusz wyprawił się na Kretę, do Knossos, aby zgładzić tamtejszego potwora ukrytego w Labiryncie, zwanego Minotaurem - pół człowieka, pół byka. Aby jednak nie zgubić się w owym Labiryncie, córka władcy Krety Minosa, Ariadna podarowała mu kłębek nici, dzięki której mógł się stamtąd wydostać. Jego zaś ojciec - Egeusz, nakazał marynarzom, którzy udali się w tę podróż z Tezeuszem, aby w przypadku powodzenia wyprawy zawiesili białe żagle, zaś gdyby Tezeusz zginął - czarne. Tezeusz zaś zabrał ze sobą Ariadnę i zamierzał się z nią ożenić w Atenach, ale po drodze zostawił ją na wyspie Naxos - według jednego z mitów uczynił tak, ponieważ Ariadna spodobała się Bogu Dionizosowi który pragnął ją poślubić. Nie mogąc jednak przeboleć tej straty, nakazał Tezeusz wywiesić czarne żagle na swym okręcie. Ojciec jego, widząc z oddali okręt z czarnymi żaglami i sądząc że syn zginął w starciu z Minotaurem, rzucił się do morza, które od jego imienia otrzymało nazwę Egejskiego, a Tezeusz został nowym królem Aten).




 Święto Sunoikia miało podwójne znaczenie, gdyż co prawda czczone było jako dzień zjednoczenia wszystkich gmin Attyki (i w tym dniu składano dary bogini Atenie), ale świętowano go również jako Metoikia - czyli święto uchodźców którzy znaleźli się w Attyce. W każdym razie obie te uroczystości poświęcone były bogini Atenie.

23 dnia tego miesiąca wypadało bodajże największe święto Aten i całej Attyki, czyli boskie Panatenaje - święto ku czci patronki miasta, bogini Ateny. Święto to dzieliło się na dwie części: Małe Panatenaje i Wielkie Panatenaje - te ostatnie obchodzono co 4 lata, w trzecim roku każdej olimpiady (czyli np. licząc od tak zwanej klasycznej historii ateńskiej dominacji, czyli od reformy ustrojowej Efialtesa i Peryklesa z 462 r. p.n.e. wprowadzającego klasyczną i nie podlegającą dyskusji, radykalną demokrację - w przeciwieństwie do wcześniejszej demokracji, która miała w sobie jeszcze wiele elementów oligarchizujących, to pierwsze Wielkie Panatenaje jakie urządzono ku czci Pallady, wypadły cztery lata później, czyli w 458 r. p.n.e.). Małe Panatenaje oczywiście obchodzono corocznie, z tym że trwały one dwa dni, Wielkie zaś Panatenaje aż pięć dni. Święto to miał wprowadzić Tezeusz i było ono świętem ogólnoateńskim (pan-Atenae), a tego dnia wszyscy Ateńczycy mogli świętować fakt życia w mieście, które aspirowało do roli hegemona całej Hellady (w epoce Peryklesa, szczególnie w latach 40-tych i 30-tych V wieku p.n.e. na Wielkie Panatenaje obowiązkowo musili przybyć wszyscy "sojusznicy" Aten ze Związku Morskiego, a urządzane w mieście przedstawienie było swoistym symbolem potęgi ateńskiej i pokazywało cele polityki Aten, zmierzające do podporządkowania sobie całej Grecji. Symbolem upokorzenia miast członkowskich Związku Morskiego były np. tablice, które nieśli młodzieńcy ateńscy ubrani w piękne białe tuniki. Na tych tablicach wypisano nazwy miast które zapłaciły składkę członkowską Związku Morskiego, natomiast niewolnicy przebrani w czarne szaty, nieśli tablice z nazwami miast które jeszcze nie zapłaciły. Oczywiście od 454/453 r. p.n.e. i przeniesienia skarbca związkowego z wyspy Delos do Aten, nikt nie kontrolował wydatków wspólnego skarbu, lecz było dokładnie wiadome na co idą te pieniądze. Ci, którzy przybywali na Wielkie Panatenaje, mogli podziwiać rozbudowę miasta, budowę Partenonu (największej świątyni bogini Ateny, której ruiny po dziś dzień zapierają dech w piersiach), świątyni Nike (bogini zwycięstwa) tuż u wejścia na Akropolis, Propylei, świątyni Artemidy Brauronia, Chalkoteki, imponującego posągu Ateny Promachos stojącego u wejścia do Partenonu czy choćby świątyni Dionizosa, nie mówiąc już o nowym Erechtejonie (który w dawnych czasach służył jako pałac królewski lub tyrański - jak w czasach rządów Pizystratydów. Dawny Erechtejon został jednak spalony - jak większość miasta - po inwazji Persów w 480 r. p.n.e. i odbudowany w latach 421-408 p.n.e.) 




Ale przecież nie tylko budowle Akropolu raziły oczy przyjezdnych, powodując ich ukrywany gniew i żal z powodu własnej niemocy. W tym czasie powstał przecież Odeon Peryklesa na południowo-wschodnim podejściu do Akropolu, wyrównanie i wyłożenie płytami miejsca zgromadzeń ludowych, czyli wzgórza Pnyx - symbolu ateńskiej demokracji (wcześniej było to miejsce porośnięte cytrusami i trawą), a także rozbudowa Agory i Aeropagu (miejsca zgromadzeń sądowych). Ateńczycy zresztą tak bardzo się wycwanili, że od swych sprzymierzeńców nie żądali już - tak jak wcześniej - dostarczenia okrętów i żołnierzy w przypadku wypraw wojennych, a teraz tylko i wyłącznie pieniędzy, dzięki którym całkowicie zlikwidowali bezrobocie w swoim mieście i rozbudowali flotę do takich rozmiarów, że stała się pierwszą flotą Hellady i drugą - po kartagińskiej - na Morzu Śródziemnym. Miasta zaś które odmawiały płacenia wspólnych składek, były najpierw napominane, a gdy to nie pomagało, Ateńczycy wysyłali tam swą flotę, która łupiła dane polis, wysiedlała mieszkańców a na ich miejsce wprowadzała ateńskich kolonistów - czyli kleruchów. Nic więc dziwnego że wielu wolało zapłacić i mieć spokój, niż stracić majętności, wolność i życie.


TEATR DIONIZOSA W ATENACH



Panatenaje rozpoczynały się uroczystą procesją Ateńczyków na Akropol, do Partenonu. W pochodzie tym szedł cały przekrój społeczny: rzemieślnicy różnych zawodów, chłopi, wspomniani wyżej młodzieńcy z nazwami miast, kobiety, niewolnicy itd (wszyscy oni nieśli ze sobą oczywiście zwierzęta ofiarne, które miały zostać poświęcone na ołtarzu Ateny). Wymienione w poprzedniej części córki archonta-basileusa miasta, każdego roku tkały dla bogini nowy peplos w który co roku ubierano boginię (to znaczy dziewcząt które tkały i haftowały tę szatę było znacznie więcej, natomiast te dwie córki archonta nadzorowały owe robótki). Szata ta była bardzo kolorowa i przedstawiała różne motywy, np. wydarzenia z wojny trojańskiej, z walk bogów z tytanami, czy też były tam umieszczane nazwiska tych Ateńczyków, którzy zasłużyli się w walkach (np. w "Rycerzach" Arystofanesa, chór mówi: "Chcemy wychwalać naszych ojców, którzy byli zaszczytem dla tego kraju i godni są peplos". Peplos umieszczano na maszcie małego okrętu, który niesiono w uroczystej ceremonii na Akropol i składano w Partenonie u stóp bogini. Po owej uroczystej procesji rozpoczynały się recitale poematów epickich w Odeonie, które w drugiej połowie V wieku p.n.e. zastąpione zostały konkursami muzycznymi (również odbywającymi się w teatrze - notabene wielki teatr Dionizosa wzniesiono w Atenach w latach 350-324 p.n.e., wcześniej zaś tę funkcję pełnił znacznie mniejszy Odeon Peryklesa). W latach 40-tych V wieku p.n.e. (prawdopodobnie ok. 446 r. p.n.e.) Perykles wprowadził jeszcze jedną zmianę, a mianowicie od tego czasu zaczęto upamiętniać bohaterów bitwy pod Maratonem (z 490 r. p.n.e.), dzięki których poświęceniu król Persji - Dariusz ze swą wielką armią (dowodzoną przez Datysa i Artafernesa) nie podbił wówczas Attyki i nie zajął Aten. Panatenaje były ostatnim świętem przypadającym na pierwszy miesiąc ateńskiego Nowego Roku, dlatego też teraz przejdziemy do innych greckich polis.


CDN.

ZAPRZAŃSTWO JAKICH MAŁO! - Cz. VII

CZYLI HISTORYCZNA REFLEKSJA JAKO MEMENTO DLA WSPÓŁCZESNOŚCI POWSTANIE i WOJNA Cz. VII WŁADYSŁAW IV W MŁODOŚCI  Poselstwo na którego czele st...