W styczniu 1598 r. wraz ze śmiercią cara Fiodora I (syna Iwana IV Groźnego), zakończyła swe panowanie w Rosji dynastia Rurykowiczów, założona w 862 r. przez szwedzkiego wikinga z plemienia Rusów - Ruryka. Na tron wstąpił pewien ambitny bojar, będący dotąd regentem i carskim doradcą - Borys Godunow. W 1591 r. (prawdopodobnie) rozkazał on zamordować ostatniego dziedzica moskiewskiego tronu, dziewięcioletniego carewicza Dymitra Iwanowicza, dzięki czemu pragnął zapewnić sobie sukcesję po śmierci nieudolnego Fiodora I, gdyż jego córka była żoną cara. I tak też się stało, ponieważ Fiodor I nie miał potomstwa, Sobór Ziemski w 1598 r. obrał na nowego cara właśnie Borysa Godunowa. Od 15 stycznia 1582 r. pomiędzy Rzeczpospolitą a Moskwą panował pokój, po zakończeniu ostatniej wojny z lat 1577-1582, która pozbawiła Rosjan dostępu do Bałtyku od strony Inflant i spowodowała ich zajęcie przez Rzeczpospolitą (w latach 1580-1582 wojska polsko-litewskie kontrolowały ogromny obszar ziem moskiewskich, począwszy od Czernihowa i Nowogrodu Siewierskiego a skończywszy na Staricy - letniej siedzibie cara - nad Wołgą, Nowogrodzie Wielkim i ziemiach wokół jeziora Pejpus). W październiku 1600 r. do Moskwy wyprawił się z poselstwem kanclerz litewski Lew Sapieha, który przedstawił carowi Godunowowi projekt utworzenia unii polsko-moskiewskiej na kształt Unii polsko-litewskiej. Oba państwa miały prowadzić wspólną politykę zagraniczną, posiadać wspólny pieniądz, skarb, armię i flotę. Prawa katolików, protestantów i prawosławnych na całym obszarze unii byłyby takie same (co było normą w Rzeczypospolitej, ale już w Moskwie zupełną nowością), a szlachta moskiewska otrzymałaby te same prawa i przywileje, które posiadała szlachta w Rzeczpospolitej. Co prawda z początku mieli panować dwaj monarchowie polski i rosyjski, ale potem przewidywano już jednego, wspólnego króla i cara, władającego całym obszarem potężnego państwa. Borys Godunow odmówił jednak poparcia owego projektu, więc plan ten wówczas upadł.
W 1603 r. w majątku księcia Adama Wiśniowieckiego pojawił się człowiek, który zaczął podawać się za cudownie ocalonego z rąk zabójców, carewicza Dymitra Iwanowicza, najmłodszego syna Iwana Groźnego, rzekomo mającego uniknąć śmierci w Ugliczu w 1591 r. Na dowód prawdziwości swych słów, pokazywał kosztowny krzyżyk i dokument, który miał potwierdzać prawdziwość jego słów. Książę Wiśniowiecki zawezwał więc ukrywających się w Rzeczpospolitej zbiegów moskiewskich (sporo ich wówczas ukrywało się w Rzeczpospolitej), którzy mieli sposobność widywać carewicza w Ugliczu. Potwierdzili oni prawdziwość słów owego Dymitra, wskazując na brodawkę na twarzy i wysuniętą łopatkę. Odtąd był traktowany jak carewicz, a nie pachołek, jak było wcześniej. W rzeczywistości był to zaś zbiegły z jednego z monasterów, prawosławny mnich Griszka Otriepow, który rzeczywiście podobny był do zamordowanego carewicza. 25 maja 1604 r. poprosił on wojewodę sandomierskiego - Jerzego Mniszcha o rękę jego córki - Maryny, obiecując (po odzyskaniu władzy w Rosji) przekazać jej w posagu Nowogród Wielki i Psków, zaś jej ojcu połowę Smoleńszczyzny, Siewierz i milion złotych. Składał też i inne obietnice - nuncjuszowi papieskiemu w Rzeczypospolitej Rangoniemu, przyrzekł nawrócić Moskwę na katolicyzm, królowi Zygmuntowi III obiecywał sojusz w walce ze Szwecją i Turcją, zapewnienie polskiemu handlowi szlaku do Persji a także oddanie utraconego w 1514 r. Smoleńska. Nic więc dziwnego że król i pozostali magnaci obiecali mu swą pomoc w odzyskaniu moskiewskiego tronu (król przyznał mu 40 000 złotych polskich rocznego zasiłku, zaś poczty wojskowe wystawił za własne pieniądze wojewoda Mniszech.
Tak więc Dymitr Samozwaniec w sierpniu 1604 r. z pocztami magnackimi i najemnymi wyruszył w kierunku Moskwy, po koronę carów. Była to sprzyjająca chwila, bowiem w Rosji wówczas (1603 r.) panował straszliwy głód, a ceny żywności wzrosły niebotycznie. Konrad Bussow, cudzoziemiec, który miał przebywać w państwie carów, potem opowiadał niestworzone historie na temat owych nieszczęść, mówił: "Klnę się na Boga, najprawdziwsza prawda, co widziałem na własne oczy, jak ludzie leżeli na ulicach i, na podobieństwo bydła, pożerali latem trawę, a zimą siano (...) a inni pożerali ludzki kał i siano. Niepoliczalne, ile dzieci zostało zabitych, zarżniętych i ugotowanych (...) Ludzkie mięso, drobniutko pokrojone i upieczone w pierogach (...) sprzedawało się na rynku (...) i pożerało". Nic więc dziwnego że w takich warunkach wielu dworzan cara Godunowa odwracało się od niego. Buntowali się też chłopi. Borys Godunow dodatkowo wprowadził prikaz (listopad 1601 r.) zakazujący ludowi przenosić się z miejsca na miejsce bez wyraźnego pozwolenia władzy (czyli samego cara i jego przedstawicieli). Tym samym chciał zarówno przywiązać ludzi do ziemi na której żyli i jednocześnie przypodobać się bojarom, którzy i tak mieli go w pogardzie. Nic więc na tym nie wskórał, zraził zaś do siebie tylko zwykły rosyjski lud. Gdy więc Dymitr Samozwaniec ruszył z 12 000 polskim wojskiem (13 października 1604 r. przekroczył granicę) na Moskwę, liczne miasta same otwierały przed nim swe bramy. Pierwszym był Czernihów (26 października), choć już pod Nowogrodem Siewierskim stoczono pierwszą bitwę (wygraną przez poczty Mniszcha, Wiśniowieckiego, Rożyńskiego i Strusia) i doprowadzono do kapitulacji twierdzy nowogrodzkiej (11 grudnia), bronionej przez Piotra Basmanowa, po 41 dniach oblężenia. 31 grudnia doszło do bitwy nad rzeką Uzruj, niedaleko Nowogrodu. Zakończyła się ona zupełną klęską Rosjan, a uciekli oni tak szybko, że odnotował to również rosyjski XVII-wieczny historyk Karamzin, pisząc: "ani oręża, ani rąk, tylko mieli nogi". Po tym zwycięstwie poddały się Dymitrowi takie miasta jak Siewsk, Kursk, Borysów, Morawiesk, Oskoł, Putywl, Rylsk, Wałujki i Kromy, skapitulował też dworzanin cara Godunowa Chruszczow, który padł do nóg Dymitra, widząc w nim cudownie ocalonego carewicza i zbawienie dla Rosji.
W styczniu 1605 r. siły Dymitra Samozwańca liczyły już 15 tys. żołnierzy (z czego tylko 1 500 Polaków, gdyż reszta odeszła, nie otrzymawszy dalszego żołdu, oraz 12 000 Kozaków). Do drugiej bitwy doszło pod Dobryniczami 31 stycznia. Książę Fiodor Mścisławski (pobity nad Uzryjem), zebrał nowe wojsko i ruszył ponownie na Dymitra. Bitwa została przegrana, a Dymitr musiał wycofać się do Putywla - gdzie utworzono tymczasową stolicę "państwa dymitrowego", przemianowując je na Carogród. Mimo porażki, kolejne miasta deklarowały swoje poparcie dla Samozwańca (w Moskwie szeptano że ponownie wzejdzie słońce dla państwa, gdy carem zostanie młody Dymitr), to doprowadziło do śmierci cara Borysa Godunowa (23 kwietnia) i objęcia tronu przez jego syna 16-letniego Fiodora II. A tymczasem dobra passa Dymitra trwała w najlepsze, przyłączali się bowiem do niego wszyscy: zbuntowani chłopi i walczący z nimi bojarzy, wszyscy widzieli w nim zbawcę, nowego Chrystusa dla Rosji. W tej sytuacji bojarzy w Moskwie obalili Fiodora II Godunowa (28 maja) i obwołali carem Dymitra, wkroczył on do Moskwy 10 czerwca (wcześniej bojarzy Golicyn i Massalski zamordowali przebywającego w lochu młodego obalonego cara Fiodora II). Klucze do skarbu, szaty i koronę carską przekazano Dymitrowi jeszcze przed wkroczeniem do Moskwy (3 czerwca). 31 lipca miała miejsce uroczysta koronacja Dymitra, na nowego cara (Polaków w Moskwie w orszaku Dymitra było tam już tylko 600). Dymitr wysłał następnie do Rzeczypospolitej swego posła Ofarasa Bezobrazowa, który wręczył królowi Zygmuntowi III jedną z rosyjskich koron, w dowód podzięki za udzieloną pomoc.
A tymczasem Zygmunt III miał swoje problemy. Na sejmie pod laską Stanisława Białłozora (20 stycznia - 3 marca 1605 r.) musiał stoczyć duży spór ze szlachtą, a szczególnie z hetmanem Janem Zamojskim, który oficjalnie zarzucił królowi niekonsekwencję w decyzji i odwlekanie działań w Inflantach (w rzeczywistości król niewiele mógł tam uczynić, gdyż tam po prostu potrzeba było pieniędzy, które podburzona szlachta płacić nie chciała), dodatkowo Zamojski postawił sobie krzesło naprzeciwko królewskiego tronu i rozmawiał z królem siedząc, co się nie godziło w takiej sytuacji i to pomimo tego, że Zamojski miał już swoje lata (63). Mówił do króla: "Wstyd to dla tej korony że z tak małym nieprzyjacielem tyle lat prowadzi nieużyteczne boje", dodając na zakończenie: "Na imię Boga, zaklinamy cię więc królu! Nie zapominaj, że Szwecyja cię zrodziła, Polska przyjęła i karmi; Polska twoją matką i blaskiem twoim; kochaj ją, kochaj twoich poddanych, jeżeli chcesz zestarzeć się pomiędzy nami". Mowa ta, wywołała wielki skandal i jednocześnie ogromne wzburzenie króla, który poderwał się z tronu i chwycił za rękojeść szabli, na co Zamojski dodał: "Królu! Nie rwij się do oręża, aby potomność ciebie Cezarem, nas nie nazwała Brutusami. Jesteśmy wyborcami królów, a pognębicielami tyranów; króluj nam, nie panuj!". Potem zaczęła się już zwykła pyskówka, którą przerwał kasztelan żarnowski - Ossoliński, twierdząc że we wszystkich tych zarzutach więcej było prywaty i pychy aniżeli gorliwości o dobro państwa i obywateli.
A tymczasem Dymitr Samozwaniec wysłał posłów do króla Zygmunta III z prośbą o rękę Maryny Mniszchówny i kosztownymi dla niej upominkami (5 października 1605 r.). Król wyraził zgodę i uroczyste zaślubiny (per procura) odbyły się 27 listopada w kamienicy Firlejów w Krakowie. W towarzystwie siostry króla - Anny, przybyła tam, przystrojona w białą suknię, przyozdobioną perłami i drogimi kamieniami, z koroną na głowie - Maryna Mniszchówna. Po ceremonii goście weselni i posłowie rosyjscy, uczestniczący w owej uroczystości, udali się na przyjęcie. Poseł rosyjski odmówił jednak spożywania potraw w obecności carowej (rosyjski poddany, choćby nawet był to bojar czy książę, uważany był za niewolnika dla cara i jego rodziny), czym wzbudził prawdziwą sensację nieprzyzwyczajonych do takich stosunków biesiadników. Gdy już jednak przekonano go aby dołączył do stołu i skosztował potraw (Maryna musiała mu wydać wręcz taki rozkaz), pojawiła się kolejna konsternacja, bowiem okazało się że rosyjski poseł, człowiek zdawałoby się oczytany i inteligentny, nie potrafił... jeść sztućcami, biorąc potrawy rękoma i tak też je spożywając, a na każde stwierdzenie lub słowo Maryny, padał natychmiast do jej stóp. Potem były tańce, a sam król Zygmunt o pierwszy taniec poprosił Marynę Mniszchównę, która po zakończeniu przyjęcia, w podzięce za doznane łaski i wywyższenie, upadła przed królem na kolana, król polecił jej powstać i nakazał: "Pamiętaj o rozmnażaniu chwały Bożej, o zachowaniu pokoju i miłości z Koroną, pod która się zrodziłaś i o przekazaniu tej miłości potomstwu swojemu". Następnie polecił ją strzec swoim posłom Oleśnickiemu i Gosiewskiemu. Maryna wyruszyła więc w drogę do Moskwy, w której to zaczęły się teraz duże zmiany, przeprowadzone przez cara Dymitra Samozwańca.
FILARY SPOŁECZNEGO ROZWOJU LUDZKOŚCI I METODY PATOLOGIZACJI NA PRZESTRZENI WIEKÓW
TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI:
Cz. V
SŁOWIANIE I CELTOWIE
Cz. V
SŁOWIANIE W GRECJI
(ok. 1800 r. p.n.e. - ok. 1180 r. p.n.e.)
Cz. V
BLISKI WSCHÓD W OGNIU SŁOWIAŃSKICH ŻAGIEW
(ok. 1200 r. p.n.e. - 1170 r. p.n.e.)
Cz. I
"Ojcze, czy nie wiedziałeś, że wszystkie moje siły stacjonują w kraju Hetytów, a wszystkie moje okręty nadal stoją w Lukka i jeszcze nie powróciły? Ten kraj jest więc pozostawiony sam sobie"
Fragment listu władcy miasta Ugarit - Ammurapiego, do króla Cypru (Alaszij)
(koniec XIII wieku p.n.e.)
Zdobycie i zniszczenie Troi nie było ani wyjątkowym, ani jedynym przejawem tak doniosłych wydarzeń, które realnie doprowadziły do zakończenia pewnego ustabilizowanego politycznie i etnicznie świata i na jego gruzach stworzenia czegoś zupełnie nowego (a przynajmniej znacznie różniącego się od dotychczasowych form ustrojowo-ekonomiczno-społecznych). Ludy, które przywędrowały z Północy, nie zatrzymały się ani w Grecji, ani w Anatolii, a poszły znacznie dalej, aż do Syrii i Egiptu. Ich pochód znamionowały łuny płonących miast i pałaców władców, którzy dotąd uchodzili za niezwyciężonych i którzy jedynie równych sobie statusem i potęgą uważali za godnych jakichkolwiek bliższych relacji. Teraz to wszystko zostało wywrócone do góry nogami, a ci, którzy dotąd uważali się za panów i władców ziem na których mieszkali, musieli czym prędzej uchodzić przed potęgą, która dla nich okazała się nie do zatrzymania. Potęgę tę uosabiali biali wojownicy w Północy, o dość dziwnych hełmach, przypominających niekiedy te, znane nam z opowiadań o wikingach. Rogate hełmy były jednak wśród tych ludów w mniejszości, natomiast znacznie bardziej rozpowszechnione i używane jako przykład odmienności kulturowej plemion Północy (od tych, przez których ziemie przechodzili) były dziwne nakrycia głowy, nieco przypominające niewielkie pióropusze. Jednak ci, którzy mogliby sądzić, że miało to coś wspólnego z Indianami mocno by się pomylili, gdyż okazuje się że takich nakryć głowy (a przynajmniej bardzo podobnych) używają do dziś mieszkańcy pewnych terenów kraju, o nazwie Polska. Ale o tym potem. Teraz wszakże przejdźmy do tras, jakie poszczególne plemiona obrały sobie w swym niszczycielskim pochodzie na Południe, a których kwintesencją było dotarcie do Egiptu, Libii oraz Palestyny i osiedlenie się tam (np. w jakiś czas po osiedleniu się "Ludów Morza" wśród libijskich plemion, ludy te zjednoczyły się na tyle, że... zdołały opanować Egipt i zainstalować tam własną, libijską dynastię, co wcześniej, w czasach świetności Kraju Piramid było nie do pomyślenia).
GRECJA
CZYLI KTO PIERWSZY NA PELOPONEZ
W poprzednich częściach tej serii pisałem już o greckich mitach, które mówiły że w czasie (lub wkrótce po jej zakończeniu) Wojny Trojańskiej, na Peloponez weszło plemię Dorów, prowadzone przez wnuków Hyllosa, syna Heraklesa, którzy podstępem, dzięki władcy Etolii - Oksylosowi, pokonali Achajów i stali się panami Argolidy, Lakonii i Mesenii. Jak już mówiłem, mit z reguły ma coś wspólnego z prawdą i rzeczywiście plemię Dorów (jest to późniejsza, zniekształcona nazwa "ludu Ognia" z Północy, czyli właśnie "Gorów" - a słowo to pochodzi od starosłowiańskiego "gore" - czyli "płonie", "pali się" lub "parzy"), weszło na Peloponez ok. 1180 r. p.n.e., pytanie tylko, czy było jedynym które dokonało zniszczenia cywilizacji achajskiej, czy też miało swoich pomocników? Na steli faraona Merenptaha (z ok. 1207 r. p.n.e.) widnieje osiem ludów Północy, z którymi musiał się ów faraon zmierzyć (ich nazwy wymieniałem w poprzedniej części), ale biorąc pod uwagę fakt, że do ataku na Peloponez doszło po roku 1200 p.n.e., należy przyjąć że była to druga grupa tych plemion, których tym razem (według Ramzesa III) było pięć i z którymi również przyszło się mierzyć Egipcjanom oraz innym ludom Syro-Palestyny. Najprawdopodobniej jednak samą Grecję zaatakowali jedynie Gorowie/Dorowie, ale, biorąc pod uwagę fakt że atak mógł również być prowadzony od strony morza (przecież Cypr był wówczas zagrożony atakiem morskich sił ludów o nieznanym pochodzeniu, które przeszły przez tę wyspę, jak również przez morskie porty i emporia Syrii, niczym nóż który wbija się w masło) można więc przyjąć, że niektóre plemiona spośród tej piątki (Danuna, Karkisa, Waschasch, Tjeker, Peleset) również mogły brać udział w ataku na Ahhijawę (achajską Grecję). Jednak warto przede wszystkim przyjrzeć się temu, co po sobie zostawili najeźdźcy na Peloponezie, gdyż pewna część tamtejszych grodów nigdy już nie została ponownie odbudowana i zasiedlona.
MYKENY
"Wielu było dzielnych i przed Agamemnonem ale,
nie opiewani przez poetów, utonęli w nocy zapomnienia"
Horacy
("Pieśni")
Przybycie słowiańskich "Ludów Morza" z Północy, co prawda ostatecznie położyło kres istnieniu Myken - jednego z największych ośrodków politycznych achajskiej Grecji, ale nie było to wcale jedyną katastrofą, jaka spotkała owe miasto w ciągu ostatnich stu lat przed zagładą. Podobnie jak Troja nie upadała raz, a co najmniej dwa, lub trzy razy, tak i Mykeny zostały zniszczone po raz pierwszy ok. 1250 r. p.n.e. zapewne przez potężne lokalne trzęsienie ziemi. Jednak dopiero ostatnie zniszczenia (biorąc pod uwagę omawiany okres, czyli pierwsze dwa dziesięciolecia XII wieku p.n.e.), niosą ze sobą bezpośrednie ślady działania ognia. Poza tym wiele spopielonych elementów (np. gruz ze spalonych cegieł, belek i zwapnionego kamienia) świadczy ewidentnie że doszło do prób przedostania się do miasta jakiejś siły z zewnątrz (nadpalony gruz znajdował się od strony wewnętrznej bramy miejskiej na północnym-wschodzie miasta, którą zapewne nieprzyjaciel próbował wywarzyć i podpalić), znaleziono też ślady obróconych w gruzy domów mieszkalnych. Te ślady podpaleń i zniszczeń (jak sugerują niektórzy archeolodzy, np. Spyros Iakovidis z Uniwersytetu Pensylwania, który pisze: "Lokalne i niekoniecznie równoczesne pożary wybuchły w Centrum Kultowym, Domu Tsountasa, części Budynku Południowo-Zachodniego, Domu Panaghii (...) i być może w pałacu", zaś Elizabeth French z Uniwersytetu Cambridge dodała: "Bezpośrednio po "zniszczeniu 1200 roku", bez względu na to, co je spowodowało, cytadela w Mykenach popadła w ruinę. Na tyle, na ile udało się to stwierdzić, żadna z jej budowli nie nadawała się już więcej do użytku. Ślady ognia i gruzy widoczne był wszędzie...") wcale jednak nie sugerują (zdaniem wyżej wymienionych naukowców, szczególnie zaś Iakovidisa) że doszło tam do ataku z zewnątrz ("Kontekst archeologiczny (...) nie pozwala na stwierdzenie jakichkolwiek masowych migracji lub inwazji czy też lokalnych niepokojów, które miałyby miejsce w XII i XI wieku. Myken nie spotkał dramatyczny koniec. Obszar ten nie został nigdy (...) opuszczony, ale (...) scentralizowany system, który reprezentowała i uosabiała (...) władza, która go stworzyła, nie mógł już dłużej sprawować swojej funkcji, co doprowadziło do powszechnego upadku, w czasie którego miejsce to powoli i stopniowo popadało w ruinę").
Jak więc było naprawdę? Czy w Mykenach rzeczywiście doszło do interwencji z zewnątrz, do niepokojów wewnętrznych czy może zniszczenia były efektem powtórnego trzęsienia ziemi, jakie mogło nawiedzić ten region ok. 1180 r. p.n.e. (bo właśnie z tego okresu pochodzą spopielone gruzy dawnych Myken). Bez wątpienia trzęsienie ziemi należy wykluczyć (ze względu na jawne działanie ognia i wysokiej temperatury, która raczej nie powstaje w wyniku przesuwania się płyt tektonicznych ziemi). Czy mogło zatem dojść do rozruchów wewnętrznych (jak np. stało się w kananejskim mieście Chasor - o czym wspominałem w poprzedniej części), tego niestety nie wiadomo, ale pytanie brzmi: dlaczego wyklucza się interwencję z zewnątrz? Czyżby spalone pokłady miejskich budowli i nadpalone mury nie mogły świadczyć o takim ataku? Postaram się to wytłumaczyć i jednocześnie powiem jakie jest moje zdanie. Otóż warto zauważyć, że Homer sytuuje Mykeny jako centrum polityczne Argolidy (najważniejszej dzielnicy Peloponezu), mimo że warunki naturalne nieco temu przeczą. Gdy spojrzymy na mapę, to dostrzeżemy, że Mykeny leżą co prawda na równinie argiwskiej, ale jednak są nieco "wciśnięte" w boczny kąt tej doliny i nie znajdują się w jej centrum. Równinę argiwską otaczają zaś z trzech stron (od zachodu, od północy i od wschodu) wysokie góry: Chaon, Treton i Arachneon i jedynie z południa otwiera się dolina, schodząca wzdłuż rzeki Kefizos ku Zatoce Argiwskiej i Morzu Egejskiemu. Widać też wyraźnie, jakie miasto wybija się tam na plan pierwszy - jest to Argos, centrum polityczne Argolidy. Jednak można założyć, że Argos przed przybyciem "Ludów Morza" został zepchnięty na dalszy plan i to właśnie przez Mykeny, a droga ku temu mogła wieść poprzez otoczenie Argos twierdzami pobudowanymi w dolinie (do czego doszło i co potwierdzają wykopaliska archeologiczne) i opanowanie Nauplii - jedynego portu wiodącego do Argos. Nie jest to wcale niemożliwe, jako że Homer podaje, że Agamemnon - ów sławny król, który miał stanąć na czele wyprawy Greków przeciw Troi, pochodzący z rodu Pelopidów - był przecież władcą zarówno Myken jak i Argos, co może świadczyć, że albo doszło do pokojowego połączenia się tych dwóch ośrodków, albo też do zdominowania Argolidy przez Mykeny na drodze zbrojnej (wersja według mnie prawdopodobniejsza). Mimo to Mykeny wciąż były wobec Argos, niczym młodszy brat wobec starszego i Gorom/Dorom mogło wystarczyć zdobycie samego Argos, aby tym samym opanowali oni całą argiwską równinę.
Mimo to, ślady zniszczeń w Mykenach są ewidentne i niepodważalne, czy więc mogło tam dojść do jakichś wewnętrznych walk o władzę. Nie - wydaje mi się to bardzo mało prawdopodobne. Uważam też, że Mykeny zostały zdobyte zbrojnie przez siłę zewnętrzną, która wówczas rozlała się pod całej Helladzie, niczym powódź i zmiatała wszystko na swej drodze. Przybysze nie musieli więc odpuszczać Mykenom, choć zniszczenia jakich tam dokonano, nie przeszkodziły potem w ponownym zasiedleniu tego miasta (podobnie zresztą rzecz miała się z Argos). Miasto zresztą było ewidentnym ośrodkiem politycznym, dysponowało Zamkiem wzniesionym na wzgórzu obronnym, Akropolem, Murami Cyklopimi, Lwią Bramą, Skarbcem Atreusza (który pełnił funkcję królewskiego grobowca). Było to również - idąc za przekazem Homera - "miasto obfitujące w złoto" (niemiecki dziewiętnastowieczny archeolog - Heinrich Schliemann, odnalazł przy 17 odkopanych przez siebie zwłokach 13,5 kg. szlachetnych metali, w tym głównie złoto. Znaleziono tam też mnóstwo klejnotów - szczególnie przy ciałach kobiet - diademów, pierścieni, a także broni, złotych masek oraz pucharów. Musiało być więc to dodatkowo miasto dość zamożne, dlatego z pewnością było ono przedmiotem ataku tzw.: "Ludów Morza" i w wyniku tego zostało zniszczone. Warto też na chwilę pochylić się nad władcą tego grodu - Agamemnonem, który według Homera był odważnym, dumnym i ambitnym królem, choć również niezdecydowanym i łatwo się zniechęcającym. Był on bratem Menelaosa ze Sparty, męża Heleny. To właśnie Agamemnon odebrał Achillesowi jego niewolnicę-konkubinę - Bryzejdę, co doprowadziło do konfliktu tych dwóch mężów i krótkotrwałego wycofania się Achillesa z walk pod Troją. Agamemnon również poświęcił życie swej córki - Ifigenii, składając ją na ołtarzu Artemidy, gdy wojska greckie z powodu ciszy morskiej nie mogły wypłynąć z Aulidy. Jego małżonka - Klitajmestra, nigdy mu tego nie wybaczyła i gdy po dziesięciu latach powrócił ze zdobytej Troi, zabiła go w kąpieli, wraz ze swym kochankiem - Egistem. "Agamemnon" był też tragedią pierwszej części trylogii Ajschylosa pt.: "Oresteja", wystawionej na Lenajach w Atenach w 458 r. p.n.e.
TIRYNS
Idąc na południe od Myken równiną argiwską ku Zatoce Argiwskiej, dojdziemy bezpośrednio do Tirynsu, grodu, które w epoce najazdu na Peloponez plemienia Gorów/Dorów, posiadało podobne do mykeńskich "cyklopie" mury. Miasto to również nosi ślady podobnych zniszczeń, datowanych na ok. 1180 r. p.n.e. Główną budowlą miejską był bez wątpienia Zamek królewski, który wznosił się na wysokim na 22 m. nad poziomem morza szczycie otaczającym cały teren. Ze względu na pochyłość skał od strony północnej do południowej, w rzeczywistości były to więc dwa zamki: Zamek Dolny (na północy) i Zamek Górny (na południu). Połączone były one małym przejściem (odrzynkiem), zwanym "Zamkiem Środkowym" (mieściły się tam głównie mieszkania służby). Król przebywał w swoich komnatach na Zamku Górnym, zaś na północy mieściły się pokoje możnowładców, kuchnie i stajnie. Pałac ten uległ zniszczeniu, jednak nie tak, jak to miało miejsce w Mykenach, dlatego też sugeruje się (w środowisku archeologów) że tutaj właśnie doszło do trzęsienia ziemi które zniszczyło mury miejskie, Zamek i budynki Tirynsu (znaleziono bowiem ludzkie ciała przygniecione przez kawałki walących się ścian budynków). Czyżby więc Tiryns ocalał z pożogi "Ludów Morza" i został zniszczony przez siły przyrody? Ani channelingi, ani źródła historyczne czy archeologiczne nic dokładnego na ten temat nam nie mówią, więc wciąż pozostajemy w kręgu przypuszczeń i niedomówień.
ARGOS
Argos to stolica całej Argolidy (zwanej też Argeją) i bez wątpienia największe miasto ówczesnego Peloponezu. Gród leżący w samym środku równiny argiwskiej, miał doskonałe połączenie zarówno z morzem (poprzez port w Nauplii, a w późniejszych czasach również w Asine), jak i z resztą Peloponezu (szczególnie droga na południe, ku Sparcie była szczególnie uczęszczana, a to za sprawą uroczych gajów oliwnych, latem zraszanych potokami gór Tajgetu, co też sprawiało wrażenie przepięknej oazy). Kraina ta była właściwie samowystarczalna ekonomicznie, gdyż bogata była zarówno w pastwiska, jak i w winną latorośl, figi, oliwki, jeżyny a nawet kukurydzę (uprawianą na bagnistych gruntach koło Lerny i Tirynsu). Co ciekawe, w Argos przetrwało bardzo mało śladów zniszczeń, pamiętających czasy najazdu plemion północnych. Trudno to wytłumaczyć, gdy bierze się pod uwagę zarówno strategiczne położenie tego miasta (pozwalające kontrolować całą Argolidę), jak i jego zaplecze ekonomiczne. Ale może rzeczywiście w greckich mitach jest nieco więcej prawdy, niż myślimy i to właśnie Mykeny zdetronizowały Argos na krótko przed inwazją "Ludów Morza" na Peloponez, skoro to właśnie tam znajdujemy największe ślady zniszczeń i podpaleń, tak właśnie należałoby przyjąć. Mimo to dziwnym jest fakt, iż Argos wyszło z tej demolki praktycznie bez szwanku (nie licząc pewnych zniszczeń w centralnych pokładach miasta, ale nie na tyle dużych, aby zakładać jakieś poważniejsze walki, czy też nawet trzęsienia ziemi). Wiadomo że nad Argos dominowało wzgórze Larisy, gdzie też wzniesiony był królewski Zamek. Przez miasto przepływała rzeka Inachos, będąca dopływem Kefizosu. W czasach klasycznych Argos stało się centrum kultu bogini Hery (na Akropolu argiwskim w V wieku p.n.e. wzniesiono świątynię tej bogini - Herajon i jej posąg dłuta Polikteta). Homer w Iliadzie nazywa tę krainę "królestwem Diomedesa" - najdzielniejszego po Achillesie wojownika Greków w Wojnie Trojańskiej.
PYLOS
Podobnie jak w przypadku Myken, tak i w przypadku Pylos - miasta w zachodniej Mesenii, mamy do czynienia z potężnymi zniszczeniami. Archeolog Carl Blegen tak je opisał podczas badań w 1939 r.: "Musiał to być pożar o wielkiej intensywności, gdyż mury wewnętrzne w wielu miejscach stopiły się w bezkształtną masę, a tworzące je głazy uległy zwapnieniu", zaś w 1955 r. dodawał: "Wszędzie (...) odsłonięto wyraźne ślady zniszczeń spowodowanych przez ogień (...) temperatura była na tyle wysoka, że doprowadziła do zwapnienia kamienia i stopienia się wykonanych ze złota ozdób". Podobnie twierdzi współczesny badacz - Jack Davis z Uniwersytetu w Cincinnati: "Główny budynek płonął z taką intensywnością, że tabliczki zapisane pismem linearnym B, przechowywane w jego Sali Archiwalnej, zostały wypalone, a niektóre z naczyń znajdujących się w jego magazynach uległy stopieniu". Zniszczenia te również datuje się na ok. 1180 r. p.n.e. Ciekawe jednak są odnalezione w ruinach pradawnego Pylos te tabliczki, którym udało się ocaleć przed niszczącą siłą ognia. A są one o tyle ważne (z punktu widzenia historycznego), ponieważ umieszczono na nich informację o dziwnych "obserwatorach morza", mających strzec portu i piaszczystych plaż wybrzeża Mesenii. Kim oni byli i przed kim niby mieli strzec Pylos? Warto też zastanowić się, czy rzeczywiście możliwe jest że Gorowie/Dorowie nie byli jedynym najeźdźcą tych ziem i że atak prowadzono również drogą morską? (co oznacza, że atakowały też i inne plemiona). Wszystko na to wskazuje, ale jedno pozostaje pewne bez względu na wszystko - Pylos, bogate, ludne i duże miasto portowe epoki Grecji mykeńskiej - zostało doszczętnie zniszczone. Podobne zniszczenia (ale już z udziałem innych ludów północnych) miały miejsce w Anatolii, Syrii Palestynie i Egipcie, jednak najważniejsze w tym wszystkim będzie to, jakie państwa założyli owi napastnicy na podbitych przez siebie ziemiach i... dlaczego tamtejsza kultura okazała się potem niezwykle zbliżona do kultury słowiańskiej, a szczególnie... lechickiej. O tym wszystkim będzie w następnym i jeszcze kolejnych częściach tej serii.
"JESTEM STARYNKIEWICZ, PREZYDENT MIASTA. PO POLSKU NIESTETY NIE MÓWIĘ, ALE ROZUMIEM. RACZ PAN WIĘC W ROZMOWIE NASZEJ UŻYWAĆ SWOJEGO JĘZYKA"
SOKRATES STARYNKIEWICZ W ROZMOWIE Z PUBLICYSTĄ ALEKSANDREM ŚWIĘTOCHOWSKIM
Był to jeden z największych prezydentów Warszawy, a właściwie jeden z dwóch największych prezydentów tego miasta i można go porównać tylko do wielkiego Stefana Starzyńskiego (prezydenta Warszawy w latach 1934-1939), obaj bowiem zasadniczo odmienili oblicze stolicy Polski. Starzyński uczynił z Warszawy nowoczesną metropolię na miarę drugiej połowy XX wieku, zaś Starynkiewicz wprowadził miasto z XVIII bezpośrednio w XX wiek.
Sokrates Starynkiewicz, niesamowity Rosjanin, prawdziwy Warszawiak z serca i umysłu, został prezydentem miasta w listopadzie roku 1875. Miał wówczas 55 lat. Wcześniej służył w armii i brał udział w stłumieniu Powstania Węgierskiego z lat 1848-1849 (Moskwa wsparła wówczas Austrię Habsburgów w stłumieniu węgierskich marzeń o wolności i niepodległości). Następnie pełnił urząd zastępcy kancelarii gubernatora Noworosyjskiego i Besarabskiego - hrabiego Pawła Kotzube, a jeszcze wcześniej zarządzał dobrami jednego z najbogatszych ówcześnie ludzi Imperium Rosyjskiego - księcia Anatola Demidowa Sandonato (powiększając jeszcze jego majątek o kilkaset tysięcy rubli rocznie, co spowodowało że Sandonato nie chciał Starynkiewicza od siebie wypuścić). Jednocześnie sam Starynkiewicz żył bardzo skromnie i to zarówno wtedy, jak i potem, gdy był już prezydentem Warszawy (utrzymywał się jedynie z pensji). Był kryształowo uczciwym człowiekiem (i tutaj przypomina mi się sławetna trójca: Piłsudski, Sławek, Prystor, czyli grupa wyjątkowo uczciwych - i to wręcz do przesady, przyznam się szczerze że ja chyba aż tak powsciągliwie i ubogo nie potrafiłbym żyć, chociaż... - ludzi. Zresztą w owej tak postponowanej przez endeków i komunistów tzw. "grupie pułkowników" była większość takich właśnie ludzi, ale ci trzej byli uczciwi aż do przesady. Marszałek Piłsudski nie pobierał pensji za pełniony przez siebie urząd Generalnego Inspektora Sił Zbrojnych i miał tylko dwa niewielkie dworki - jeden ofiarowany mu przez społeczeństwo w Sulejówku, a drugi w Druskiennikach nad granicą z Litwą, który otrzymał jako żołnierz po zwycięskiej Wojnie z Bolszewikami w 1920 r. w ramach zagospodarowania wyludnionych terenów przez osadników polskich. Utrzymywał się więc właściwie tylko z wykładów, książek i ewentualnie darowizn i gdy umierał w maju 1935 r. niewiele pozostawił żonie i córkom. Jego dewizą było bowiem stwierdzenie iż nie ma prawa obciążać odrodzonego państwa swymi prywatnymi potrzebami - i to tego samego państwa, którego był jednym z największych wskrzesicieli. W ślady Marszałka poszedł Walery Sławek. Ten pułkownik Wojska Polskiego, marszałek Sejmu i premier, mieszkał w małym, dwupokojowym mieszkaniu i... miał problem z jego opłaceniem, a w końcu został zmuszony do jego opuszczenia na krótko przed swą śmiercią w kwietniu 1939 r. Zaś Aleksander Prystor - pułkownik Wojska Polskiego i premier, mieszkał wraz z żoną w drewnianej chacie, a jego całym majątkiem był koń. Takie to były postawy, tacy ludzie - dziś wręcz jest to nieprawdopodobne).
OD LEWEJ: WIENIAWA, PIŁSUDSKI, PRYSTOR, STACHIEWICZ
ANDRZEJ GRABOWSKI GRAJĄCY ALEKSANDRA PRYSTORA I MIROSŁAW BAKA W ROLI WALEREGO SŁAWKA W SZTUCE TEATRU TELEWIZJI:
"MARSZAŁEK"
Warszawa długo czekała na takiego prezydenta, jakim był Sokrates Starynkiewicz. Miasto to zostało nieformalną stolicą Rzeczypospolitej w 1611 r. (po raz pierwszy król Zygmunt III Waza przeniósł się tam wraz z dworem w roku 1596), ale nigdy Warszawa nie dorównała Krakowowi. Warszawa wcześniej (do 1526 r.) była siedzibą książąt mazowieckich i była małym, słabo zaludnionym i... brudnym miastem. Stan ten praktycznie (z niewielkimi zmianami) utrzymał się aż do połowy XIX wieku. Wówczas stało się to szczególnie uciążliwe, biorąc pod uwagę jak rozwijały się miasta takie jak Wiedeń, Berlin, Rzym nie mówiąc już o Paryżu czy Londynie. Tam powstawały nowe ulice, promenady, jeździły elektryczne tramwaje, było metro a ulice oświetlano lampami elektrycznymi. Warszawa w drugiej połowie XIX wieku wciąż jeszcze przypominała miasto z wieku XVIII. Nie było kanalizacji, ulice wciąż pokryte były "kocimi łbami", jeździły tramwaje konne a miasto miało oświetlenie gazowe. Nie dość na tym. Z powodu braku kanalizacji - jak pisał do cara Aleksandra II Paweł Kotzube: "Nieczystości wyciekają z podwórek na ulice odkrytymi rynsztokami, wydzielając paskudne zapachy, a potem wpadają do kanałów odpływowych, zbudowanych w większości z drewna w dawnych czasach, bez jakiegokolwiek planu. Kanały te znajdują się w całkowicie niezadowalajacym stanie: gniją, często się zapadają i nieustannie są zapychane. Na dodatek kanały te nie odprowadzają wód powierzchniowych, które powodują wilgoć w domach, zalewają cmentarze (...) jednocześnie istniejący w Warszawie wodociąg pobiera wodę z Wisły dokładnie tam, gdzie wypływają nieczystości z kanałów miejskich".
To powodowało że woda w Warszawie była "niesmaczna" a herbata często zmieszana była z piaskiem (szczególnie w okresach przypływu Wisły). Do tego dochodziły jeszcze problemy z higieną mieszkańców miasta (w wieku XVIII i XIX Polaków ogarnęła jakaś dziwna moda na nie mycie się. Jeden z najczystrzych narodów Europy od czasów wczesnego średniowiecza {wystarczy wspomnieć tylko, że panujący w latach 992-1025 Bolesław I Chrobry - pierwszy król Polski realnie od 1000 r., a oficjalnie od roku 1025, najczęściej przyjmował swych poddanych w łaźni), w połowie wieku XVIII stał się narodem brudasów. Już Bolesław Prus narzekał iż: "Lud nasz myje się rzadko, a kąpie prawie nigdy". Codzienna higiena ograniczała się do spłukania twarzy i rąk. Nieprawdopodobna zmiana, która zaczęła się w czasach upadku państwa, tak, jakby wraz z upadkiem Rzeczpospolitej zniknęła też potrzeba dbania o czystość własnego ciała, co dla wcześniejszych pokoleń Polaków było naturalną czynnością. Jako ciekawostkę tylko dodam że na Zachodzie było na odwrót, tam rzadko się myto w wieku XVI, w XVII praktycznie wcale, aż do połowy wieku XVIII, kiedy przypomniano sobie co to jest mydło, wanna i gąbka. A u nas w tym czasie nastała "moda", która tam się już kończyła - czyli moda na brud).
Sokrates Starynkiewicz zaplanował więc budowę kanalizacji miejskiej, choć napotykał na tej drodze duże przeszkody. Najpoważniejszą z nich był ostry sprzeciw bogatych warszawskich kamieniczników z bankierem Janem Gotlibem Blochem na czele. Twierdzili oni, że kanalizacja "jest szkodliwa dla zdrowia" i "zabójcza dla rolnictwa", gdyż pozbawiała je cennych nawozów (tak naprawdę jednak sprzeciw bankierów spowodowany był odmową Starynkiewicza skorzystania z ich ofert kredytowych, a finansował inwestycję z nisko oprocentowanych obligacji miejskich. Mało tego, dla dobra inwestycji Starynkiewicz wykładał pieniądze własne i swojej rodziny i cierpliwie czekał kilka lat na zwrot tej pożyczki). Prace rozpoczęto w kwietniu 1881 r. i trwały one siedem lat. W 1888 r. Warszawa miała już 42 km. tuneli kanalizacyjnych i 107 km. rur wodociągowych, a co ważne, wszystkie surowce wykonane zostały z krajowych komponentów. Należy jeszcze dodać, że Warszawa otrzymała kanalizację wcześniej niż Petersburg, wówczas stolica Imperium Rosyjskiego.
Nie była to zresztą jedyna zasługa Starynkiewicza dla Warszawy. Za jego prezydentury (1875-1892) zasadzono w mieście ponad 5000 nowych drzew, odnowiono kilkanaście zaniedbanych skwerów, rozbudowano Ogród Saski i Ogród Krasińskich obsadzając je pięknymi klombami. Rozbudowano też sieć szpitali i ośrodków medycznych. W 1882 r. w mieście pojawiły się pierwsze telefony, a 1884 r. Warszawa oświetlona została pierwszymi latarniami elektrycznymi. Otwarto nowe parki: Agrykola i Park Skaryszewski, powstał rynek Mirowski. Sokrates Starynkiewicz dbał także o budowę nowych kościołów katolickich (choć sam był prawosławnym), powstał Kościół katedralny św. Anny i Kościół Wszystkich Świętych. W 1884 r. stworzono cmentarz Brudnowski.
Za czasów prezydenta Starynkiewicza często w miejskim Ratuszu organizowano akcje dobroczynne ze wsparciem dla ubogich, dla samotnych matek z dziećmi i dla sierot. Starynkiewicz rezygnował też z pobierania należnych mu środków z różnych tytułów (wpłacając te pieniądze do budżetu miasta - co nie podobało się jego żonie), a często nawet wydawał pieniądze własnej rodziny na zakup różnych potrzebnych sprzętów (np. pożyczył od swej córki pieniądze na zakup pogłębiarki dna Wisły). Starynkiewicz ostro też traktował nieuczciwych urzędników (którzy często brali łapówki za przyznawanie różnych koncesji czy zezwoleń), niszczył tym samym ich interesy, co powodowało że był przez nich bardzo nielubiany (często pisali na niego skargi do cara, zarzucając mu "polonofilstwo" lub "opolaczenie". W rzeczywistości Starynkiewicz był rosyjskim patriotą lecz jednocześnie miłośnikiem Warszawy. Uwielbiał miasto i jego mieszkańców, był serdeczny, żył cicho, skromnie czym zjednywał sobie sympatie Warszawiaków.
Gdy w 1892 r. z powodu stanu zdrowia zrezygnował z dalszej prezydentury, spotkało się to z powszechnym żalem, a jego dom na ulicy Rysiej był wciąż odwiedzany przez mieszkańców, którzy traktowali Starynkiewicza jako "prezydenta na emeryturze". Gdy zmarł w 1902 r. tłumy Warszawiaków wzięły udział w jego pogrzebie. "Rdzenny Rosjanin dzięki swej uczciwości i sprawiedliwości, humanitarnemu traktowaniu interesów ludności, jej języka i cech odrębnych, zyskał popularność w takim stopniu, że ludność miejska zwała go zazwyczaj "naszym prezydentem" i wyrażała mu wszelkimi sposobami sympatię. Tysiące ludzi, stojących na ulicach w czasie pochodu pogrzebowego, były oczywistym dowodem, ze zmarły generał był tu bardzo lubiany" - jak o Starynkiewiczu pisała warszawska prasa rosyjskojęzyczna.
W 1907 r. wdzięczni mieszkańcy wystawili pomnik Starynkiewiczowi, który 4 czerwca stanął przy ulicy Koszykowej 81. Po odzyskaniu przez Polskę Niepodległości w listopadzie 1918 r. wszędzie niszczono pozostałości rosyjskiej bytności w mieście, ale popiersia Starynkiewicza nikt nie odważył się ruszyć. Zostało ono zniszczone dopiero w czasie Powstania Warszawskiego w sierpniu 1944 r., ale w roku 1996 zostało odtworzone i powróciło na swoje pierwotne miejsce.
"WIEM ŻE NIC NIE WIEM" JAK MAWIAŁ SOKRATES, CZYLI KILKA MAŁO ZNANYCH CIEKAWOSTEK I WYPOWIEDZI WYCIĄGNIĘTYCH Z GŁĘBI DZIEJÓW
POSTANOWIŁEM DZIŚ ZAPREZENTOWAĆ KILKA ZABAWNYCH FRASZEK Z CZASÓW PRZEDWOJENNYCH (I NIE TYLKO) - DLA POPRAWY HUMORU PO ZAKOŃCZENIU WEEKENDU, KTÓRY U MNIE MINĄŁ DOŚĆ PRZYJEMNIE I OWOCNIE
Rozpocznę zatem taką ciekawostką, otóż Neil Armstrong - pierwszy człowiek który postawił stopę na Księżycu (w tak zwanych "czasach historycznych" - czyli tych, które znamy) rzekł co prawda słowa o "małym kroku dla człowieka a wielkim kroku dla ludzkości" - to prawda i słowa te zostały zapamiętane i rozpowszechnione po całym świecie. Ale Neil Armstrong na Księżycu powiedział coś jeszcze, co już nie koniecznie było popularne, choć również przez lata (a nawet dziesięciolecia) budziło ciekawość. Otóż, wyrzekł on wówczas również słowa: "Powodzenia, panie Gorsky". Nikt z ekipy Armstronga nie miał pojęcia kim był ów "pan Gorsky", a ponieważ Neil znacząco milczał przez lata, z ciekawości szukano odpowiedzi na to pytanie na własną rękę. Przeglądano zatem listy uczestników sowieckiego programu kosmicznego (i nikogo takiego nie znaleziono), dopatrywano się najróżniejszych teorii, próbujących w jakiś sposób wyjaśnić o kogo wówczas mogło Armstrongowi chodzić - niestety, bezskutecznie. Dopiero w 1995 r., czyli 26 lat po wypowiedzeniu owych słów, Neil Armstrong wyjawił prawdę. Otóż, gdy był dzieckiem usłyszał zza płotu sąsiadów - państwa Gorsky, iż żona pana Gorky'ego krzyczała na niego, gdy ten dopominał się od niej seksu oralnego. W złości rzekła - wskazując na młodego Armstronga: "Doczekasz się tego, jak ten dzieciak od sąsiadów przespaceruje się po Księżycu"
IDŹMY DALEJ:
W archiwum księcia Czartoryskiego zachował się rachunek, przedłożony niegdyś królowi Stanisławowi Augustowi Poniatowskiemu (gdy ten był jeszcze księciem) za roboty snycerskie, wykonane w czasie restauracji kościoła w Krakowie. Na owym rachunku było zapisane:
- Za wykonanie brody Bogu Ojcu - 9 zł.
- Za konia pod św. Jerzego - 35 zł.
- Trzy dziewice gołe dla św. Mikołaja - 50 zł.
- Przyprawienie rogów Mojżeszowi - 20 zł.
- Wyczyszczenie św. Jadwigi z przodu i z tyłu - 60 zł.
- Zrobienie dziecka św. Elżbiecie - 22 zł.
- Wyzłocenie gałek św. Jackowi - 21 zł.
- Zatkanie dziury św. Barbarze - 7 zł.
- Skrzypce dla św. Augustyna - 16 zł.
- Dorobienie ogona św. Duchowi - 12 zł.
- Dorobienie nogi św. Łazarzowi - 12 z 🤭😉
W Kenii, przy ruinach dawnego szpitala polowego, jest niewielki cmentarz żołnierzy poległych w czasie II Wojny Światowej. Znajduje się tam również grób pewnego polskiego żołnierza, który uległ wypadkowi drogowemu w czasie dostarczania ciężarówką niezbędnych leków i żywności dla szpitala (1943). Ponieważ stan Polaka był poważny, a nikt go tam nie znał, dlatego też umierającego pytano o imię i nazwisko, aby umieścić je potem na jego nagrobku. Ten jednak stale krzyczał z bólu i powtarzał dwa słowa: "kurwa, dupa!". Po jego śmierci taki właśnie umieszczono napis na nagrobku, sądząc że są to dane owego żołnierza. 😂
DYSKUSJE TRZEŹWYCH I PIJANYCH MĘŻCZYZN:
TRZEŹWI MĘŻCZYŹNI DYSKUTUJĄ O:
"Cycki, Piłka Nożna, Tyłek, Gry, Znowu Cycki"
PIJANI MĘŻCZYŹNI DYSKUTUJĄ O:
"Filozofii, Polityce, Sensie Życia, Pokoju na Świecie, Religii" 😎
JAK MĘŻCZYŹNI ROZUMIEJĄ PSYCHIKĘ KOBIET?
CIĄGLE WŚCIEKŁA - Byłaby normalna, gdyby ją w końcu ktoś porządnie przeleciał.
CICHA I NIEŚMIAŁA - Życia nie zna, bo jej chyba nikt nigdy porządnie nie przeleciał.
SMUTNA - Od razu by się rozweseliła, gdyby ją ktoś porządnie przeleciał.
WESOŁA I ZABAWNA - Uśmiecha się ciągle, bo pewnie chce żeby ją ktoś porządnie przeleciał.
GŁOWA JĄ BOLI - Od razu by jej przeszło, gdyby ją ktoś porządnie przeleciał.
Z NADWAGĄ - Ile by kalorii spaliła, gdyby ją ktoś codziennie porządnie przeleciał.
OGŁOSZENIA MATRYMONIALNE
Z II RZECZPOSPOLITEJ
(26 III 1938)
LIST MIŁOSNY SZEREGOWCA
90 PUŁKU PIECHOTY ARMII AUSTRO-WĘGIER
(GALICJA - 1896)
REKLAMA CUKRU Z II RZECZPOSPOLITEJ
"Cukier krzepi, wzmacnia kości, daje zdrowie i siłę" 😋
CZYLI NIEOFICJALNE DZIEJE LUDZKOŚCI (SERIA BĘDĄCA UZUPEŁNIENIEM "HISTORII ŻYCIA, WSZECHŚWIATA, WSZELKIEJ CYWILIZACJI")
W temacie który rozpocząłem, czyli "Historia Życia, Wszechświata, wszelkiej cywilizacji " opiszę nie tylko powstanie najsławniejszych (nie wiem czy wszystkich, bo takiej wiedzy mieć nie mogę) ludzkich cywilizacji z okresu przedhistorycznego - legendarnego lub też mitycznego. Opowiem jak narodził się Adam i Ewa, a w zasadzie Adam, Lilith i Ewa, skąd się wzięli Indianie w obu Amerykach, jakie są początki cywilizacji chińskiej i wreszcie skąd wzięły się plemiona europejskie. Jak rozwijała się a następnie zatonęła sławna Atlantyda, jak doszło do jej konfliktu z Imperium Mu itd. itp. Jest to kompleksowa wiedza na temat historii dziejów Ludzkości, a także - częściowo przynajmniej - historii Wszechświata (jeśli oczywiście uznamy że to wszystko jest prawdą, gdyż nie mamy żadnej pewności i gwarancji że informacje zawarte w channelingach są prawdziwe, a przynajmniej że są one w 100%, prawdziwe, gdyż nie znamy intencji istot które nam to przekazują. Ale ponieważ nie możemy tego zweryfikować, postanowiłem opisać to w taki sposób w jaki zostało przedstawione, oczywiście przy odpowiednim przetłumaczeniu i... własnej interpretacji pewnych szczegółów do których nie miałem pewności, a co też nie zostało wyjaśnione). Opiszę również misję Syna Człowieczego - Jezusa Chrystusa, ale tej serii postaram się ten właśnie ostatni temat uzupełnić dodatkowymi informacjami, jako że przy tworzeniu "Historii Życia..." opierałem się głównie na channelingach, książkach i stronach internetowych, ale były takie sytuacje że informacje które zostały tam zawarte były albo dla mnie zupełnie niezrozumiałe, albo też mało logiczne i dopiero sam starałem się opierając na własnym rozumowaniu w jakiś sposób to uporządkować, ale zawsze tam, gdzie nie miałem pewności co do przekazów channelingowych oraz treści w nich zawartych, zawsze tam zdecydowanie to podkreślam. W tej serii jednak pragnę uzupełnić informacje na temat Jezusa Chrystusa, potężnego Awatara, Wielkiej Duszy która przybyła tutaj z innego świata po to, aby podnieść wibracje naszej planety, zaszczepiając w ludziach potęgę Miłości. W tym temacie będę posiłkował się książkami takimi jak: "Diamentowy Lud" i "Księga Urantii".
I
KIM BYŁ/JEST - JEZUS?
INFORMACJA PIERWSZA:
Z KSIĄŻKI: "KOSMICZNA PODRÓŻ"
COURTNEY'A BROWNA
(Niebieską czcionką będę dodawał moje komentarze i uwagi)
W miarę jak nasze badania posuwały się naprzód, coraz bardziej stawało się dla mnie jasne, że ich implikacje będą fundamentalne dosłownie dla całej ludzkości. Postanowiłem więc dodać do naszej listy parę nowych celów. Cele te stanowiły osoby, które prowadziły ludzkość w krytycznych momentach naszej historii - nauczyciele, do których wielu zwracało się o radę. Jedną z takich osób był bez wątpienia Jezus. Na początku mój monitor wahał się, czy należy to uczynić. Myślę, że miał ku temu kilka powodów. Podchodziłbym do celu w ciemno, w tym sensie, że znałbym jedynie numery współrzędne sesji, mogłoby się więc wydawać, że nie jest to najwłaściwszy sposób zwracania się do Jezusa. Najbardziej jednak obawialiśmy się tego, że Jezus mógłby nie zechcieć wziąć udziału w naszych badaniach i że zignorowałby naszą prośbę o rozmowę. Szczerze mówiąc, nie wiedzieliśmy co może się żewydarzyć. Problem jeszcze bardziej komplikował fakt, że rozszerzyliśmy cel SRV (naukowa teleobserwacja - stanowi ona zbiór protokołów czy też procedur pozwalających nieświadomemu umysłowi na komunikację z umysłem świadomym, dzięki czemu następuje przekaz cennych informacji z jednego poziomu świadomości do drugiego. Informacje pochodzące z umysłu nieświadomego uważa się na ogół za intuicję, czyli odczucie w stosunku do spraw na których temat nie mamy określonej wiedzy) w stosunku do jego pierwotnej struktury. Pierwotnym celem SRV było uzyskanie opisowej informacji na temat miejsca fizycznego poprzez bierny akt obserwacji. Z chwilą, gdy zaczęliśmy poddawać teleobserwacji istoty myślące, świadomie staraliśmy się z nimi porozumieć. Nie było powodu, żeby przypuszczać, że nie da się tego dokonać, ponieważ byliśmy w stanie nawiązać kontakt z istotami nie-fizycznymi, na które przypadkowo natknęliśmy się podczas teleobserwacji. Jednak nigdy przedtem dialog nie stanowił celu sesji. Zatem sesja ta pomogła dokonać znaczącego postępu w rozwoju SRV.
Obecnie wiemy z całą pewnością, że naukowej teleobserwacji można z powodzeniem użyć jako wiarygodnego środka komunikacji. Rozdział ten obejmuje dane z dwóch sesji, w których naszym celem był Jezus. Prawdę mówiąc, druga sesja okazała się konieczna, ponieważ mój monitor pod koniec sesji stracił głowę. Zanim zdążyłem zadać Jezusowi choćby jedno pytanie - przerwaliśmy doświadczenie. Gdy potem podał mi identyfikację celu, ja również byłem zaskoczony. Nie mogliśmy się nadziwić, że Jezus nie ma nic przeciwko temu, że zwracamy się do niego o radę w ściśle kontrolowanych warunkach Typu 4. Zainteresowało nas również to, że chętnie przystał na rolę nauczyciela w ramach protokołów SRV, w tym sensie, że zanim spotkaliśmy się z nim twarzą w twarz, urządził dla nas swego rodzaju pokaz.
Data: 2 czerwca 1994. Miejsce: Atlanta, Georgia. Dane: Typ 4, sesja monitorowana na odległość. Współrzędne celu: 8863/8473. Dane wstępne początkowo wskazywały, że cel związany jest z mocną budowlą, wzniesioną przez człowieka.
COURTNEY BROWN: Słyszę jakąś maszynerię. Jest ciepło, czuć gorzki smak i zapach dymu. Wyczuwam tutaj dużo energii i aktywności, skupionych w jednym miejscu. Zapisuję to na AOL jako "miejsce budowy". Przechodzę do szkicu Fazy 3. Rysuję scenerię z budowlami. dymem, pojazdami i czymś w rodzaju szybu.
MONITOR: Zapisz to jako własne wnioski i przejdź do Fazy 4.
C.B.: W porządku. Czuję dym, spaleniznę, smród. Miejsce wydaje się zatłoczone. Odbywa się tu jakaś działalność. Jeśli chodzi o atmosferę emocjonalną, odczuwam gorączkowy niepokój. Widzę teraz co najmniej jeden pojazd. W środku są jakieś istoty. Noszą ubrania - robocze rzeczy, dżinsy. Na głowach mają kapelusze. Co do emocji, to znowu odbieram panikę związaną z tym miejscem. Nadal wydaje mi się, że jest to miejsce budowy. Zapiszę to jako AOL linii sygnału.
MONITOR: Skup się na budowli.
C.B.: Poczekaj... Ci ludzie coś robią. Budowlani się spieszą. Przenoszę się teraz w czasie do przodu... Widzę duży, błyszczący budynek. Odbieram silne AOL linii sygnału. To wygląda jak ta nowa przychodnia, którą budują tutaj na Uniwersytecie Emory.
MONITOR: Wejdź do budynku i przeniknij do umysłów ludzi, których tam spotkasz.
C.B.: Mają tu ważki problem zdrowotny, zmartwienie na skalę planety. Wydaje się, że istnieje jakieś połączenie między umysłami tych ludzi a Centrum Kontroli Chorób. Doznaję bardzo silnego AOL. Znam ten budynek. To nowy szpital, który jest w budowie w Emory, zaraz obok CDC.
MONITOR: Możesz to zapisać jako AOL. Potem zajmij się problemem zdrowia.
C.B.: Jest wiele problemów w wielu miejscach świata. To połączenie głodu z chorobą. Rozwinęły się nowe choroby, nowe formy bakterii, nowe wirusy, nawet mutacje popromienne. Ludzie w szpitalu usiłują wymyśleć jakieś sposoby opanowania sytuacji, która wymyka im się spod kontroli.
MONITOR: Skup się na motywie przewodnictwa/pomocy.
C.B.: OK. Poczekaj. Ludzie muszą wrócić do podstaw życia. Wychodzi na to, że doraźna pomoc techniczna na nic się nie przyda... Poczekaj, coś się dzieje. Teraz widzę, że informacje z całej sesji pochodzą od jakiejś istoty. Podchodzę do niej. Hmm. Jest półprzeźroczysta. Ma na sobie szatę, a jej włosy sprawiają wrażenie utkanych ze światła. Czuję potężną obecność duchową. Ten człowiek to chyba Jezus. Zapiszę to jako AOL linii sygnału. Odczuwam teraz wielką miłość, promieniującą od tej postaci. Mówi mi, że sytuacja została tak zaaranżowana, by nie istniało żadne rozwiązanie problemu. Chodzi o to, żeby wyrwać ludzi z ich fizycznej matni i w ten sposób ocalić rasę.
KOMENTARZ AUTORA
W tym punkcie sesji dało się zauważyć zmianę w głosie mojego monitora. Wydawał się zdenerwowany i szybko zdecydował o zakończeniu sesji. Zapytałem go, jaki był cel, a on po chwili odpowiedział: "Jezus". Wciąż jeszcze będąc w stanie bilokacji, odparłem: "Jezus? Nie żartujesz? Tym celem naprawdę był Jezus? Co on tam robił?" Mój monitor powiedział mi tylko, że to wielka chwila w jego życiu i w rozwoju teleobserwacji, oraz że musi przerwać rozmowę telefoniczną i przemyśleć następstwa tego wydarzenia. Zanim odłożył słuchawkę, wypaliłem: "Ale ten człowiek wydawał się raczej przyjazny i wyczułem u niego poczucie humoru(poczucie humoru jest swoistą rozpoznawalną odznaką Wielkich Dusz). Miałem też wrażenie, że chciałby się ze mną spotkać ponownie. Przecież nie zdążyłem Go zapytać ani o Marsjan, ani o Szarych!" Mój monitor chciał się wyłączyć i przemyśleć to wszystko, więc się wycofałem. Kiedy powróciłem ze stanu bilokacji, zacząłem sobie zdawać sprawę z doniosłości tej sesji. Po pierwsze pokazała, że można z powodzeniem obrać za cel osobę, która kiedyś istniała fizycznie i umarła. Po drugie okazało się, że SRV to świetny sposób porozumiewania się między dwoma istotami (to znaczy między teleobserwatorami i kimś innym). Po trzecie stało się oczywiste, że obierana za cel osoba może czasami kontrolować przepływ informacji jakie docierają do teleobserwatora. W tym konkretnym przypadku, Jezus, zanim się ujawnił, zabrał mnie w podróż ukazującą zdrowotne problemy planety. Chciał nauczyć nas czegoś przy pomocy doświadczenia, a nie wykładu, zaaranżował więc pouczającą sytuację. Zdawałem sobie sprawę, że również inne osobistości, które dodaliśmy do listy mogą zdecydować się na zastosowanie podobnych technik porozumiewania się. Nie miałem pojęcia, kiedy mój monitor zaskoczy mnie nowymi celami, ale byłem pewny, że mogę oczekiwać kolejnej niespodzianki. Zaprezentowana nam lekcja sama w sobie ma ogromne znaczenie. Najwyraźniej istnieje jakiś związek pomiędzy problemami zdrowotnymi, jakim ludziom przyjdzie stawić czoło, a działalnością na Ziemi ET. Wydawało się, że ktoś rozpisał już role w tym skomplikowanym przedstawieniu obejmującym wiele postaci i grup. A chodzi o to, by zmusić ludzi do zmiany zachowania i podejścia do pewnych spraw, aby potem wprowadzić ich do szerszej społeczności galaktycznej i wdrożyć do obowiązków obywateli galaktyki (to jest również klucz w zrozumieniu tego, że my wszyscy jesteśmy jednością i wszelkie wojny między NAMI ludźmi, wydają się tak pozbawione sensu, biorąc pod uwagę że nie jesteśmy sami we Wszechświecie i istnieją inne gatunki oraz inne ludzkie rasy, i co? z wszystkimi mamy walczyć? Wzajemnie się mordować? Kluczem więc jest zrozumienie Jedności galaktycznej wszystkich Istot). Ale wówczas były to jedynie spekulacje. Żeby wyciągnąć ostateczne wnioski, musiałem dowiedzieć się czegoś więcej.
W około dwa tygodnie po pierwszej, monitorowanej sesji, której celem był Jezus, zdecydowałem się ją powtórzyć, tym razem w warunkach danych Typu 1 (solo i w oparciu o dane wstępne). W tym czasie już dość biegle posługiwałem się protokołami SRV, a moje umiejętności uzyskania dokładnych danych Typu 1 nie pozostawiały wątpliwości. Tak jak podczas innych sesji wykorzystujących dane Typu 1, przedstawiam informacje w formie narracji.
Data: 14 czerwca 1994. Miejsce: Atlanta, Georgia. Dane: Typ 1.
Moje początkowe wrażenia wiązały się z kolorami: niebieskim, białym i żółtym. Miejsce było przestronne. Wyczułem coś rozległego i łukowatego. W późniejszych etapach sesji odbierałem ogromną energię, której towarzyszyło niezwykłe poczucie spokoju. Początkowy obraz stanowiło duże okrągłe ciało, tworzące świetlną i promieniującą energią poświatę. Podążyłem za sygnałem do światła. Niedługo potem, zacząłem dostrzegać istoty i wyraźnie zrozumiałem, że na mnie czekają. Znowu owładnęło mną panujące wokół poczucie spokoju. Czułem się, jakbym przebywał w jakiejś strefie chronionej, miejscu zdrowienia (z czego, nie wiem). Idąc dalej za sygnałem, zbliżyłem się do twarzy przypominającej ludzką. Było tam pięć innych istot. Wszystkie nosiły białe, prześwitujące szaty, przez które wszystko można było zobaczyć. Namierzyłem centralną postać i zadałem pytanie, czego ode mnie chcą. Dali mi do zrozumienia, że chcą mnie gdzieś zabrać i żebym poszedł za nimi. Udaliśmy się do dużego pomieszczenia o półprzeźroczystych ścianach. Było tam wiele innych istot. W tym momencie doznałem silnego AOL, że była to kwatera główna Federacji, którą odwiedziłem wcześniej. Zdałem sobie sprawę, że obraz, jaki pojawił się na początku sesji w formie dużego, okrągłego, promieniującego energią ciała przypominał ciało, które dostrzegłem, zbliżając się do kwatery głównej w poprzedniej sesji. Wszyscy w pokoju nosili takie same półprzeźroczyste szaty jak owe pięć istot, które spotkałem wcześniej. W tym momencie doznałem dwóch silnych impulsów typu AOL. Po pierwsze, wydawało mi się, że była to jakaś główna sala dowodzenia. Po drugie, odniosłem nieodparte wrażenie, że była to kwatera główna typu wojskowego, w której wydawano rozkazy i sprawowano kontrolę nad różnymi działaniami. W sali były też stoły i krzesła. Stanąłem twarzą w twarz z tym samym ociężałym człowiekiem, przypominającym Buddę, z którym miałem do czynienia w czasie mojej poprzedniej wizyty w kwaterze głównej Federacji. Odniosłem wrażenie, że w jakiś sposób zarządzał tym miejscem. Kazał mi przeniknąć do swego umysłu, co zaraz uczyniłem. Po wejściu do jego umysłu, znalazłem się jednocześnie w innym wymiarze czy innej sferze. To było tak, jakby jeden wymiar znajdował się za drugim.
"Królestwo moje nie jest z tego świata. Gdyby królestwo moje było z tego świata, słudzy moi biliby się, abym nie został wydany Żydom. Teraz zaś królestwo moje nie jest stąd"
(J 18, 36)
W tym innym miejscu skupiłem się na pojęciu przewodnictwa, gdyż to właśnie ono doprowadziło moją nieświadomość do Jezusa w trakcie poprzedniej sesji. Wtedy ujrzałem jego twarz. Czułem wyraźnie, że był zadowolony, iż sam wróciłem, żeby się z nim spotkać (to znaczy w sesji solo). Żeby uzyskać informacje od Jezusa w ramach struktury protokołów SRV, skupiłem się na stosunkach ludzi z Szarymi. Odpowiedź, jaką otrzymałem, była bardzo wyraźna, a nawet autorytatywna. Powiedział, że wszelkie spotkania ludzi z innymi istotami leżą w jego planie. Następnie stwierdził, że mamy pomóc jego dzieciom, kiedy do nas przyjdą. Nie rozumiałem, co Jezus miał na myśli, mówiąc o "swoim planie" czy "swoich dzieciach". Być może użył słów zrozumiałych dla szerszego grona, z którego część uważa go za postać religijną. Podejrzewam, że znaczenie jego słów nie było takie proste czy dosłowne. Czytelnicy mogą je różnie interpretować. Jezus powiedział następnie, że my - ludzie, jesteśmy obdarzeni wolną wolą i umiejętnością wyboru, która sprawi, że będziemy wiedzieć, jak postąpić z Szarymi. Odniosłem jednak wyraźne wrażenie, że wybory, jakich dokonamy, w dużym stopniu określą naszą przyszłość. Skoncentrowałem się następnie na naszych relacjach z Marsjanami i uzyskałem podobną odpowiedź, jak w przypadku Szarych. Potem skupiłem uwagę na pojęciu umysł i Sidhis. Jezus dał na to bardzo jasną odpowiedź. Powiedział, że istnieją niezliczone sposoby doprowadzania ducha do źródła. Przypomina to rzekę i jej dopływy. Nie ma jednej drogi, a praktykowanie Sidhis nie stanowi jedynego sposobu duchowej ewolucji człowieka. Dodał jednak, że medytacja jest korzystna dla ludzkiego umysłu, aczkolwiek niektóre jego typy widzą niefizyczną rzeczywistość bez uciekania się do ćwiczeń typu Sidhis. Metoda Sidhis jest zdecydowanie pożyteczna dla ludzi, natomiast nie dowiedziałem się, czy ma ona zastosowanie w układach pozaludzkich.
"Zaprawdę powiadam wam: Bogaty z trudem wejdzie do królestwa niebieskiego. (...) Prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne, aniżeli bogaty wejdzie do królestwa niebieskiego"
(Mt. 19, 24-25)
Skierowałem teraz nieświadomość na niebezpieczeństwa i otrzymałem odpowiedź, że chciwość jest śmiercią dla człowieka (pieniądze są niestety obecne we wszystkich światach typu 1, tak takich jak nasza planeta, gdyż na naszym prymitywnym stopniu rozwoju duchowego nie potrafimy obyć się bez pieniędzy. Ale im wyżej w strukturze duchowej Wszechświata, tym pieniądze znikają, nie są bowiem już potrzebne. Jest jeszcze jedna podstawowa zasada: "Nie oceniaj nikogo, żeby samemu nie być ocenianym. Niech każdy żyje własnym życiem, jeśli tylko nie łamie praw Wszechświata"). Nie idzie w parze z pozostałymi sferami życia. Miłość i chciwość są jak olej i woda – nigdy się ze sobą nie zmieszają. Nie odniosłem wrażenia, jakoby Jezus moralizował. To było zwykłe stwierdzenie życiowej prawdy. Jeżeli chodzi o ekologię, Jezus powiedział, że Bóg może tworzyć i odtwarzać życie. Celem życia jest ewolucja. Podążając tym tropem, zapytałem o Federację Galaktyczną. Jezus odrzekł, że istoty zaangażowane w Federację stoją na wyższym poziomie ewolucyjnym niż ludzie. Pracują one nad podniesieniem własnej ewolucji, a działalność ich jest tak samo ważna jak nasza. Co więcej, podkreślił, że nie pracują one specjalnie dla niego. Pracują dla siebie, dla swojego wzrostu. Jednak w większym stopniu niż ludzie postrzegają swój postęp jako drogę prowadzącą do przeznaczenia boskiego. Zapytałem następnie Jezusa, dlaczego znalazłem do niego drogę poprzez istoty z Federacji. Odparł, że stało się tak z powodu książki, którą piszę. Chciał mi w tym pomóc, ponieważ stanowi ona mój wkład w ewolucję. Poczułem, że jest to czyn, który może pomóc wielu innym. Nikt nie może posunąć się do przodu, o ile nie pomoże innym, którzy chwilowo pozostają w tyle. To prawo ewolucji; egoizm i chciwość są jego przeciwieństwem.
Zapytałem następnie, czy ludzie powinni współczuć Szarym i Marsjanom. Odpowiedź brzmiała: tak. To idea pomocy innym. Chęć niesienia pomocy nie powinna znać żadnych granic. To jedno z najbardziej podstawowych przykazań. Uprzedzenia - rasowe, gatunkowe czy jakiekolwiek inne - po prostu nie mają prawa bytu u bardziej rozwiniętych form. Oto wyzwanie dla ludzi: wyrosnąć ponad własne intelektualne ograniczenia i nawyki przeszłości, które w ostatecznym rozrachunku okaleczają naszą wolność. W tym momencie podziękowałem Jezusowi i zakończyłem sesję. W moich notatkach z sesji podkreśliłem, że ogólny jej wydźwięk miał przełożenie praktyczne.
KOMENTARZ AUTORA
Jezus jest mocno zatroskany ewolucyjnym wzrostem ludzi. Co więcej, gotów jest bezpośrednio uczestniczyć przynajmniej w niektórych ludzkich przedsięwzięciach, mających na celu ustanowienie kontaktu. Z racji tego, że jest on ważną postacią historyczną, posługując się SRV, zasięgnąłem jego opinii co do doniosłych wydarzeń naszych czasów. Z odpowiedzi, jakiej mi udzielił, wynikało, że nic wielkiego się nie dokonało, a wyniki, które uzyskałem, w żaden sposób nie stanowią wyzwania dla istniejących koncepcji religijnych. Na przykład, nie trzeba koniecznie wierzyć, że Jezus stanowi chrześcijańską koncepcję Boga, żeby uznać jego poglądy za interesujące. Wiara taka niczego tu nie zmienia. Jezus istniał kiedyś na Ziemi jako istota fizyczna, a jego postać subprzestrzenna nadal żyje i ma się dobrze. Zjawisko to dotyczy zresztą każdego z nas - nasze subprzestrzenne postacie przeżyją swoje fizyczne ciała.
INFORMACJA DRUGA:
Z KSIĘGI URANTII
I
NARODZINY I LATA NIEMOWLĘCE JEZUSA
JÓZEF I MARIA
Józef, ludzki ojciec Jezusa (Jeszuy ben Josef) był Żydem z Żydów, aczkolwiek miał wiele nieżydowskich domieszek rasowych, dodawanych do jego drzewa rodowego od czasu do czasu przez żeńskie linie przodków. Ród ojca Jezusa sięgał czasów Abrahama a poprzez tego czcigodnego patriarchę do wcześniejszych linii dziedzictwa, prowadząc aż do Sumerów i Nodytów i dalej, przez południowe plemiona pradawnego człowieka niebieskiego, do Andona i Fonty. Dawid i Salomon nie byli przodkami Józefa w linii prostej, ani też ród Józefa nie sięgał wstecz do Adama. Bezpośrednimi przodkami Józefa byli rzemieślnicy - budowniczowie, cieśle, kamieniarze i kowale. Sam Józef był cieślą a później przedsiębiorcą budowlanym. Jego rodzina należała do starej i znakomitej linii szlachetnych, zwykłych ludzi, którą cechowało pojawianie się co jakiś czas niezwykłych jednostek, wyróżniających się w związku z ewolucją religii na Urantii.
Maria, ziemska matka Jezusa, wywodziła się z długiej linii niezwykłych przodków, obejmującej wiele najznakomitszych kobiet w rasowej historii Urantii. Chociaż Maria była przeciętną kobietą, jak dla swego czasu i pokolenia, obdarzoną dość normalnym temperamentem, zaliczała do grona swych przodków takie słynne kobiety jak Annon, Tamarę, Ruth, Batszebę, Ansie, Kloe, Ewę, Entę i Rattę. Żadna żydowska kobieta w tamtych czasach nie miała znakomitszych przodków, ani też ród żadnej nie sięgał wstecz do bardziej obiecujących początków. Ród Marii, podobnie jak Józefa, charakteryzował się zasadniczo silnymi, ale przeciętnymi jednostkami, urozmaicony tak teraz jak i dawniej licznymi jednostkami, wyróżniającymi się w rozwoju cywilizacji i progresywnej ewolucji religii. Z rasowego punktu widzenia trudno jest właściwie uważać Marię za Żydówkę. W swej kulturze i wierze była Żydówką, ale w cechach dziedzicznych była raczej mieszanką krwi syryjskiej, hetyckiej, fenickiej, greckiej i egipskiej - jej dziedzictwo rasowe było znacznie szersze niż Józefa.
Spośród wszystkich par żyjących w Palestynie, mniej więcej w czasie obdarzenia planowanego przez Michała, Józef i Maria posiadali najdoskonalszą kombinację szerokich powiązań rasowych oraz pierwszorzędne cechy osobowości przeciętnej klasy. Michał (w innych wersjach Jego imię brzmiało Emmanuel i pochodził On z planety TJehooba, a narodzić się miał na Ziemi właśnie pod imieniem Jezusa Chrystusa) planował pojawić się na Ziemi jako człowiek przeciętny, aby zwykli ludzie mogli go zrozumieć i zaakceptować; dlatego też Gabriel wybrał takie właśnie osoby jak Józef i Maria, aby zostali obdarzonymi rodzicami.
GABRIEL UKAZUJE SIĘ ELŻBIECIE
Dzieło życiowe Jezusa na Urantii w rzeczywistości zaczęte zostało przez Jana Chrzciciela. Zachariasz, ojciec Jana, należał do żydowskiego kapłaństwa, podczas gdy jego matka, Elżbieta, była członkinią lepiej prosperującej gałęzi tej samej dużej grupy rodzinnej, do której należała też Maria, matka Jezusa. Zachariasz i Elżbieta wciąż pozostawali bezdzietni, choć wiele lat byli małżeństwem. Pod koniec czerwca, roku 8 p.n.e., pewnego dnia w południe, mniej więcej trzy miesiące po ślubie Józefa i Marii, Gabriel ukazał się Elżbiecie, podobnie jak później objawił swą osobę Marii.
Gabriel powiedział: "Kiedy twój mąż, Zachariasz, stoi przed ołtarzem w Jerozolimie i gdy zebrani tam ludzie modlą się o przyjście wybawiciela, ja, Gabriel, przybyłem obwieścić, że wkrótce urodzisz syna, który będzie zwiastunem tego boskiego nauczyciela i powinnaś zwać swego syna Janem. On będzie dorastał, oddany Panu Bogu twojemu a gdy dojdzie do pełnoletności, będzie radował twoje serce, gdyż zwróci wiele dusz do Boga i będzie także obwieszczał przyjście uzdrowiciela dusz twojego narodu i duchowego wybawiciela całej ludzkości. Krewna twoja, Maria, będzie matką tego obiecanego dziecka i jej także się ukażę". Zjawa ta bardzo przestraszyła Elżbietę. Gdy Gabriel zniknął, ona wciąż wracała pamięcią do tego przeżycia, długo rozważając słowa majestatycznego gościa, ale nie mówiła o tym objawieniu nikomu, za wyjątkiem swego męża, aż spotkała się z Marią w początkach lutego następnego roku.
Tym niemniej, przez pięć miesięcy Elżbieta nie zdradziła swej tajemnicy nawet mężowi. Zachariasz był bardzo sceptyczny, gdy się dowiedział o wizycie Gabriela i tygodniami wątpił w całe to zdarzenie i uwierzył, choć bez przekonania w wizytę Gabriela u swojej żony, gdy nie mógł już dłużej mieć wątpliwości, że spodziewa się ona dziecka. Zachariasza bardzo dziwiło spodziewane macierzyństwo Elżbiety, ale mimo swego podeszłego wieku nie wątpił w uczciwość żony. Dopiero sześć tygodni przed narodzeniem Jana, na skutek snu, który wywarł na nim wielkie wrażenie, Zachariasz został w pełni przekonany, że Elżbieta ma zostać matką syna przeznaczenia, tego, który będzie przygotowywał drogę przyszłemu Mesjaszowi.
Gabriel zjawił się u Marii mniej więcej w połowie listopada, roku 8 p.n.e., gdy zajęta była obowiązkami domowymi w Nazarecie. Później, gdy Maria wiedziała już na pewno, że będzie matką, namówiła Józefa, żeby pozwolił jej na podróż do miasta Judy, położonego na wzgórzach ponad sześć kilometrów na zachód od Jerozolimy, żeby się spotkać z Elżbietą. Gabriel poinformował każdą z tych przyszłych matek o swoim pojawieniu się u drugiej. Było więc naturalne, że bardzo chciały się spotkać, porównać swe doświadczenia i porozmawiać na temat przypuszczalnej przyszłości swych synów. Trzy tygodnie spędziła Maria u swojej dalekiej kuzynki. Elżbieta zrobiła sporo, żeby umocnić wiarę Marii w objawienie Gabriela, więc Maria wróciła do domu lepiej przygotowana na to, że zostanie matką dziecka przeznaczenia, które już wkrótce miała zaprezentować światu jako bezradnego noworodka, przeciętne i normalne niemowlę tej domeny.
Jan urodził się w mieście Judei, 25 marca, roku 7 p.n.e. Zachariasz i Elżbieta bardzo się cieszyli, kiedy zdali sobie sprawę z tego, że urodził się im syn tak jak Gabriel obiecał a kiedy ósmego dnia poszli z dzieckiem do obrzezania, formalnie nazwali go Janem, jak im wcześniej nakazano. Przedtem jeszcze poszedł do Nazaretu siostrzeniec Zachariasza, niosąc wiadomość od Elżbiety dla Marii, że syn się jej narodził, oraz że będzie miał na imię Jan.
Od wczesnego dzieciństwa rodzice Jana ostrożnie oswajali go z ideą, że ma dorastać na duchowego przywódcę i nauczyciela religijnego. I gleba serca Jana zawsze była wrażliwa na posiew tych sugestywnych ziaren. Znajdowano go często w Świątyni, podczas nabożeństw prowadzonych przez jego ojca i gdy jeszcze był dzieckiem, pozostawał pod ogromnym wrażeniem ważności wszystkiego tego, co tam zobaczył.
ZWIASTOWANIE GABRIELA DLA MARII
Pewnego wieczoru, przed zachodem, zanim Józef wrócił do domu, Gabriel ukazał się Marii obok niskiego stołu kamiennego i po tym, jak odzyskała zimną krew, powiedział: "Przybywam z nakazu tego, który jest moim Panem i którego powinnaś kochać i dbać o niego. Przynoszę ci, Mario, radosne wieści, gdy ci obwieszczam, że poczęcie w tobie zarządzone jest przez niebo i w odpowiednim czasie zostaniesz matką syna; powinnaś zwać go Jeszua i zapoczątkuje on królestwo nieba na Ziemi i pośród ludzi. Nie mów o tym nikomu, za wyjątkiem Józefa i Elżbiety, twojej krewnej, której także się ukazałem i która też wkrótce narodzi syna o imieniu Jan, a będzie on szykował drogę tej wieści zbawienia, jaką twój syn będzie głosił ludziom z wielką mocą i głębokim przeświadczeniem. I nie wątp Mario w moje słowa, ponieważ dom ten został wybrany na ziemskie miejsce pobytu dziecka przeznaczenia. Wspiera cię moje błogosławieństwo, moc Najwyższych cię wzmocni, a Pan całej ziemi będzie cię osłaniał".
Przez wiele tygodni Maria rozważała tę wizytę skrycie w swym sercu a gdy wiedziała już z pewnością, że jest brzemienna, ośmieliła się wyjawić to niezwykłe zdarzenie mężowi. Gdy Józef usłyszał o tym wszystkim, bardzo się zmartwił i nie mógł spać wiele nocy, choć w pełni ufał Marii. Z początku Józef wątpił w wizytę Gabriela. Później, gdy już się prawie przekonał że Maria naprawdę słyszała głos i widziała kształt boskiego posłańca, bił się z myślami, kiedy rozważał, jak takie rzeczy mogą mieć miejsce? Jak może potomek ludzkiej istoty być dzieckiem boskiego przeznaczenia? W żaden sposób Józef nie mógł pogodzić tych tak sprzecznych idei, aż po wielu tygodniach rozważań, obydwoje, on i Maria doszli do wniosku, że zostali wybrani, aby zostali rodzicami Mesjasza, choć raczej nie było to zgodne z żydowskim rozumowaniem, że spodziewany wybawiciel ma mieć boską naturę. Gdy doszli do tak ważnego wniosku, Maria nalegała, żeby iść i odwiedzić Elżbietę.
Po powrocie Maria odwiedziła swych rodziców, Joachima i Annę. Dwu jej braci i dwie siostry, podobnie jak jej rodzice, zawsze pozostawali bardzo sceptyczni odnośnie boskiej misji Jezusa, aczkolwiek nic wtedy oczywiście nie wiedzieli o wizycie Gabriela. Jednak Maria zwierzyła się swej siostrze Salome, że uważa, iż jej syn ma zostać wielkim nauczycielem. Zwiastowanie Gabriela dla Marii miało miejsce następnego dnia po poczęciu Jezusa i to było jedyne nadnaturalne zdarzenie, związane z całym donoszeniem i urodzeniem obiecanego dziecka.
SEN JÓZEFA
Józef nie pogodził się z ideą, że Maria zostanie matką niezwykłego dziecka, aż do momentu, kiedy miał sen, który wywarł na nim bardzo głębokie wrażenie. We śnie ukazał mu się jaśniejący posłaniec niebiański, który oświadczył między innymi: "Józefie, zjawiam się z polecenia Tego, który teraz rządzi na wysokościach i mam cię pouczyć w sprawie syna, którego urodzi Maria, a który stanie się wielką światłością dla świata. W nim będzie życie a życie jego stanie się światłem dla ludzkości. Przyjdzie on najpierw do swego ludu, ale oni go prawie nie przyjmą; jednak tym, którzy go przyjmą, objawi, że są dziećmi Boga". Po tym zdarzeniu nigdy już Józef nie poddawał w wątpliwość wizyty Gabriela u Marii i obietnicy, że nienarodzone jeszcze dziecko stanie się boskim posłańcem dla świata.
We wszystkich tych nawiedzeniach nic nie było mówione o domu Dawida. Nigdy nie dawano do zrozumienia, że Jezus ma zostać "wybawicielem Żydów", czy nawet, że ma być długo wyczekiwanym Mesjaszem. Jezus nie był takim Mesjaszem, jakiego się Żydzi spodziewali, ale był wybawicielem świata. Jego misja była dla wszystkich ras i narodów, nie dla pewnej, pojedynczej grupy ludzi. Ród Józefa nie pochodził od króla Dawida. Więcej przodków Dawidowych miała Maria niż Józef. Prawdą jest, że Józef szedł do miasta Dawida, Betlejem, zarejestrować się w rzymskim spisie ludności, ale stało się tak dlatego, że sześć pokoleń wcześniej, przodek Józefa po linii ojca w tamtym pokoleniu, będąc sierotą, został adoptowany przez pewnego Sadoka, który z kolei był potomkiem Dawida w linii prostej; odtąd Józef został także zaliczony do "domu Dawida".
Większość tak zwanych mesjanistycznych proroctw Starego Testamentu zostało dostosowane do Jezusa długo po jego życiu przeżytym na Ziemi. Przez wieki prorocy żydowscy głosili przybycie wybawiciela i obietnice te były interpretowane przez kolejne pokolenia, jako odnoszące się do nowego żydowskiego władcy, który zasiadłby na tronie Dawida i rzekomymi cudownymi metodami Mojżesza umocnił Żydów w Palestynie jako potężny naród, wolny od wszelkiej obcej dominacji. Oprócz tego wiele symbolicznych urywków, znajdujących się w hebrajskim Piśmie Świętym, niewłaściwie odnoszono później do misji życiowej Jezusa. Wiele cytatów tak wypaczono, żeby wyglądało, iż pasują do jakiegoś epizodu z życia Mistrza na Ziemi. Jezus sam swego czasu publicznie zaprzeczył jakimkolwiek związkom z królewskim domem Dawida. Nawet cytat "panna urodzi syna" został przerobiony tak, że to "dziewica urodzi syna". Odnosiło się to także do wielu genealogii, zarówno Józefa jak i Marii, które zostały stworzone później, gdy Michał (Emmanuel) skończył swą misję na Ziemi. Wiele tych linii genealogicznych obejmuje znaczną ilość przodków Mistrza, jednak generalnie nie są one autentyczne i nie można na nich polegać jako na faktach. Wcześni wyznawcy Jezusa zbyt często ulegali pokusie przetwarzania wszystkich wypowiedzi proroczych tak, aby wyglądały, że znajdują swe wypełnienie w życiu ich Pana i Mistrza.
ZIEMSCY RODZICE JEZUSA
Józef był człowiekiem z natury łagodnym, nadzwyczaj sumiennym i w każdym względzie wiernym religijnym zasadom i zwyczajom swego narodu. Niewiele mówił, ale dużo myślał. Bolesna sytuacja narodu żydowskiego przysparzała wiele trosk Józefowi. Jako młodzieniec, w otoczeniu ośmiorga swych braci i sióstr, był bardziej radosny, jednak we wczesnych latach życia małżeńskiego (podczas dzieciństwa Jezusa) ulegał okresom lekkiego, duchowego zniechęcenia. Takie przejawy zmienności w usposobieniu ustąpiły w znacznym stopniu na krótko przed jego przedwczesną śmiercią oraz po tym, jak poprawiła się sytuacja ekonomiczna rodziny, dzięki jego awansowi z pozycji cieśli do roli dobrze prosperującego przedsiębiorcy budowlanego.
Temperament Marii był zupełnym przeciwieństwem temperamentu jej męża. Była zazwyczaj radosna, bardzo rzadko bywała przygnębiona i miała zawsze pogodne usposobienie. Intensywnie i często wyrażała swe uczucia i nigdy nie widziano jej zasmuconej, aż do momentu nagłej śmierci Józefa. I nie ochłonęła jeszcze z tego szoku, kiedy poddała się natłokowi niepokojów i pytań, rozbudzonych przez nadzwyczajną działalność najstarszego syna, która tak nagle roztoczyła się przed jej zdziwionymi oczami. Jednak w czasie tych wszelkich, niezwykłych przeżyć, Maria pozostawała opanowana, odważna i dosyć rozsądna w swych relacjach z dziwnym i niewiele rozumianym, pierworodnym synem oraz z pozostałymi przy życiu jego braćmi i siostrami.
Jezus odziedziczył po swoim ojcu większość swej niezwykłej delikatności i zdumiewającego, pełnego sympatii zrozumienia natury ludzkiej; po matce odziedziczył dar wielkiego nauczyciela i silną tendencję do słusznego oburzania się. W swych uczuciowych reakcjach na otoczenie, podczas swego dorosłego życia, Jezus czasami był podobny do ojca, zamyślony i pełen czci, momentami cechował go dostrzegalny smutek; jednak znacznie częściej szedł naprzód sposobem matki, optymistycznie i z natury zdecydowanie. Generalnie, temperament Marii przeważał raczej w misji Boskiego Syna, gdy dorósł i zaczął realizować ważne zadania swego dojrzałego życia. W niektórych okolicznościach Jezus łączył przymioty rodziców, w innych wypadkach wykazywał cechy jednego z nich, w przeciwieństwie do cech drugiego. Od Józefa Jezus przyswoił dokładną wiedzę o obyczajach żydowskiej obrzędowości i niezwykłą znajomość hebrajskiego Pisma Świętego; od Marii pochodził jego poszerzony punkt widzenia na życie religijne oraz bardziej tolerancyjna koncepcja osobistej wolności duchowej. Zarówno rodzina Józefa jak i Marii posiadała dobre wykształcenie jak na tamte czasy. Józef i Maria byli wykształceni znacznie ponad przeciętną, jak dla ich czasu i pozycji życiowej. On był myślicielem, ona planistką, specjalistką od adaptacji i praktycznej, natychmiastowej realizacji. Józef był brunetem o czarnych oczach; Maria niemalże blondynką o oczach brązowych.
Gdyby Józef żył, bez wątpienia niezłomnie wierzyłby w boską misję swego najstarszego syna. Maria wahała się pomiędzy wiarą a zwątpieniem, będąc pod wpływem stanowiska zajmowanego przez resztę jej dzieci oraz przyjaciół i krewnych, ale gdy ostatecznie miała powziąć decyzję, zawsze umacniało ją wspomnienie wizyty Gabriela zaraz po poczęciu dziecka. Maria była mistrzynią w tkaniu i uzdolnioną ponad przeciętność w większości sztuk gospodarstwa domowego tamtych dni; była dobrą gospodynią i wspaniałą organizatorką ogniska rodzinnego. Zarówno Józef jak i Maria byli dobrymi nauczycielami i dbali też o to, aby ich dzieci były dobrze obeznane z wiedzą tamtych czasów. Gdy Józef był młodym człowiekiem, zatrudniony został przez ojca Marii do pracy przy budowie przybudówki do domu i tak naprawdę zaloty tej pary, która miała zostać rodzicami Jezusa, zaczęły się wtedy, gdy Maria przyniosła Józefowi kubek wody w czasie obiadu. Józef i Maria wzięli ślub zgodnie z żydowskimi obyczajami, w domu Marii, w okolicach Nazaretu, gdy Józef miał dwadzieścia jeden lat. Małżeństwo to sfinalizowało formalne zaloty, trwające prawie dwa lata. Krótko po tym małżeństwo przeprowadziło się do nowego domu w Nazarecie, zbudowanego przez Józefa z pomocą dwóch jego braci. Dom położony był u stóp pobliskiego wzniesienia, które wdzięcznie górowało nad całą okolicą. W tym, specjalnie przygotowanym domu, młodzi, przyszli rodzice myśleli powitać obiecane dziecko, nie zdając sobie sprawy z tego, że to doniosłe dla wszechświata zdarzenie nastąpi wtedy, gdy będą poza domem, w Betlejem Judzkim.
Większa część rodziny Józefa uwierzyła w nauki Jezusa, ale mało kto z rodziny Marii uwierzył w niego, zanim Jezus nie odszedł z tego świata. Józef przychylał się bardziej ku duchowej koncepcji spodziewanego Mesjasza, ale Maria i jej rodzina, zwłaszcza ojciec, trzymali się idei Mesjasza jako świeckiego wybawiciela i władcy politycznego. Przodkowie Marii utożsamiali się w znacznym stopniu z działalnością Machabeuszy, wtedy z niezbyt odległych czasów. Józef trzymał się mocno wschodnich albo babilońskich zapatrywań religii żydowskiej, Maria skłaniała się silnie ku bardziej swobodnym i rozbudowanym, zachodnim albo hellenistycznym interpretacjom Prawa i Proroków.
DOM W NAZARECIE
Dom Jezusa położony był w północnej części Nazaretu, niedaleko wysokiego wzgórza, w pewnej odległości od miejskiego źródła, znajdującego się we wschodniej części miasta. Rodzina Jezusa mieszkała na peryferiach miasta, co później znacznie ułatwiało Jezusowi częste wypady w okolice oraz wycieczki na szczyt pobliskiego wzniesienia, najwyższego ze wszystkich wzgórz w południowej Galilei, za wyjątkiem pasma górskiego Tabor na wschodzie i wzgórza Nain, które było mniej więcej tej samej wysokości. Dom ten znajdował się lekko na południe i wschód od południowego cypla wzgórza i prawie pośrodku pomiędzy podstawą wzniesienia a drogą wiodącą z Nazaretu do Kany. Ulubioną przechadzką Jezusa, oprócz wspinania się na wzgórze, było chodzenie wąskim szlakiem, wijącym się wokół podstawy wzgórza, w kierunku północno-wschodnim, aż do tego punktu, gdzie dochodziła droga na Seforis.
Dom Józefa i Marii był jednopokojowym budynkiem z kamienia, z płaskim dachem i przylegającym do niego pomieszczeniem, służącym do trzymania zwierząt. Wyposażenie domu składało się z niskiego stołu kamiennego, wyrobów ceramicznych oraz kamiennych misek i garnków, warsztatu tkackiego, stojaka pod lampę, kilkunastu drobnych narzędzi i maty do spania na kamiennej podłodze. Na podwórzu, w pobliżu przybudówki dla zwierząt, było zadaszenie na piec i młyn do mielenia zboża. Do obsługi tego typu młyna potrzeba było dwóch osób, jednej do mielenia, drugiej do sypania zboża. Kiedy Jezus był małym chłopcem, często sypał zboże, podczas gdy jego matka obracała żarna. W późniejszych latach, kiedy rodzina się powiększyła, wszyscy zasiadali po turecku przy powiększonym stole kamiennym i jedli posiłki, nabierając ze wspólnej misy lub garnka z jedzeniem. W czasie zimy, przy kolacji, stół bywał oświetlany małą, płaską lampą glinianą, napełnianą oliwą z oliwek. Po urodzeniu Marty, Józef zbudował przybudówkę do tego domu, duży pokój używany na warsztat ciesielski w czasie dnia i jako sypialnia w nocy.
PODRÓŻ DO BETLEJEM
W marcu 8 roku p.n.e. (w tym miesiącu, gdy Józef i Maria wzięli ślub), cesarz August wydał dekret, że wszyscy mieszkańcy Cesarstwa Rzymskiego mają być policzeni, że należy zrobić spis, który mógłby zostać użyty do usprawnienia opodatkowania. Żydzi zawsze mieli wielkie opory przed wszelkimi próbami "liczenia ludzi" i to, w połączeniu z poważnymi trudnościami wewnętrznymi Heroda, króla Judei, przyczyniło się do jednorocznego opóźnienia spisu w Królestwie Żydowskim. Spis ten został przeprowadzony na obszarze całego Cesarstwa Rzymskiego w roku 8 p.n.e., za wyjątkiem palestyńskiego królestwa Heroda, gdzie był zrobiony w rok później, w 7 r. p.n.e.
Nie było potrzeby, aby Maria szła do Betlejem się zapisać - Józef upoważniony był do rejestracji całej swojej rodziny - ale Maria, będąc osobą śmiałą i wojowniczą, upierała się mu towarzyszyć. Obawiała się zostać sama, żeby dziecko nie urodziło się wtedy, kiedy Józefa nie będzie, a poza tym Betlejem nie leżało zbyt daleko od miasta Judy i Maria przewidywała możliwość radosnego spotkania ze swoją krewną, Elżbietą. Józef właściwie zabronił Marii iść razem z nim, ale na nic się to nie zdało; gdy pakowano jedzenie na podróż, na trzy czy cztery dni, Maria przygotowała podwójne porcje i była gotowa do drogi. Jednak zanim wyszli, Józef pogodził się z faktem, że Maria też z nim pójdzie i pogodnie wyszli z Nazaretu o świcie. Józef i Maria byli biedni a skoro mieli tylko jedno juczne zwierzę, Maria, będąc brzemienną, jechała na zwierzęciu razem z zapasami, podczas gdy Józef szedł obok prowadząc zwierzę. Budowa i meblowanie domu mocno nadszarpnęły zasoby Józefa, gdyż musiał on także dokładać do utrzymania swoim rodzicom, ponieważ jego ojciec od niedawna był niepełnosprawny. Tak więc ta żydowska para wyruszyła z ich skromnego domu, wczesnym rankiem 18 sierpnia roku 7 p.n.e., w drogę do Betlejem.
W pierwszy dzień podróży ich droga wiodła wokół pogórza góry Gilboa, gdzie obozowali nad rzeką Jordan, rozmawiając wiele o tym, jaki to syn im się urodzi; Józef obstawał przy koncepcji nauczyciela duchowego, Maria trzymała się idei żydowskiego Mesjasza, wybawiciela narodu hebrajskiego. Jasnym i wczesnym rankiem 19 sierpnia Józef i Maria znowu byli w drodze. Obiad zjedli u stóp góry Sartaba, górującej nad doliną Jordanu i poszli dalej, zostając na noc w Jerychu, gdzie zatrzymali się w zajeździe przy drodze, na peryferiach miasta. Po kolacji, podróżni z Nazaretu udali się na nocny odpoczynek, po wielu dyskusjach na temat ucisku rządów rzymskich, Heroda, rejestracji w spisie i porównywania wpływu Jerozolimy i Aleksandrii, jako centrów żydowskiego nauczania i kultury. Wczesnym rankiem 20 sierpnia znów byli w drodze, docierając przed południem do Jerozolimy, potem odwiedzili Świątynię, a idąc dalej prosto do celu, przybyli do Betlejem tuż po południu.
Zajazd był przepełniony, zatem Józef szukał zakwaterowania u dalekich krewnych, ale każdy pokój w Betlejem był zapełniony po brzegi. Wracając na dziedziniec zajazdu, Józef dowiedział się że stajnie dla karawan, wyciosane z boku w skale a położone tuż poniżej zajazdu, zostały opróżnione ze zwierząt i wyczyszczone na przyjęcie lokatorów. Zostawiwszy osła na dziedzińcu, Józef wziął na plecy worki z rzeczami i żywnością i zszedł z Marią po kamiennych stopniach do ich kwater poniżej. Zakwaterowali się w czymś w rodzaju magazynu zbożowego, znajdującego się przed przegrodami i żłobami. Rozwiesili zasłony namiotowe i uznali, że mają szczęście, znajdując tak wygodne kwatery. Józef chciał od razu wyjść i się zapisać, ale Maria była zmęczona; była bardzo niespokojna i błagała, żeby został przy niej, co też uczynił.
NARODZINY JEZUSA
Przez całą tę noc Maria była niespokojna, tak, że żadne z nich nie spało wiele. O świcie bóle porodowe były bardzo wyraźne a w południe 21 sierpnia roku 7 p.n.e. Maria urodziła chłopczyka (jeśli więc mielibyśmy liczyć lata od narodzin Chrystusa jak się przyjęło, to mielibyśmy dziś rok 2032, a w zasadzie to już 2033, gdyby za pierwszy dzień nowego roku uznać 21 sierpnia), z pomocą i życzliwą posługą kobiet, towarzyszek podróży. Jezus z Nazaretu przyszedł na świat, został zawinięty w odzież, którą Maria zabrała ze sobą na taką ewentualność i położony w pobliskim żłobie. Obiecane dziecko urodziło się w ten sam sposób, jak przyszły na świat wszystkie dzieci tak przedtem jak i potem; a ósmego dnia, zgodnie z żydowskim zwyczajem, chłopiec został obrzezany i formalnie nazwany Jeszua (Jezus).
Na drugi dzień po urodzeniu Jezusa, Józef zarejestrował się w spisie. Potem spotkał człowieka, z którym rozmawiali dwa dni wcześniej w Jerychu i został przezeń zaprowadzony do dobrze sytuowanego przyjaciela, który miał pokój w zajeździe i który powiedział, że chętnie zamieni się kwaterami z parą z Nazaretu. Tego popołudnia przeprowadzili się do zajazdu, w którym przemieszkali prawie trzy tygodnie, zanim znaleźli zakwaterowanie w domu dalekiego krewnego Józefa. Na drugi dzień po narodzeniu Jezusa, Maria posłała wiadomość Elżbiecie, że dziecko przyszło na świat i otrzymała odpowiedź, zapraszającą Józefa do Jerozolimy, dla omówienia wszystkich ich spraw z Zachariaszem. W następnym tygodniu Józef poszedł do Jerozolimy, aby spotkać się z Zachariaszem. Zarówno Zachariasz jak i Elżbieta żywili szczere przekonanie, że Jezus rzeczywiście zostanie żydowskim wybawicielem, Mesjaszem, a ich syn, Jan, będzie zwierzchnikiem jego popleczników, jego prawą ręką, człowiekiem przeznaczenia. Ponieważ Maria miała takie same przekonania, łatwo było nakłonić Józefa do pozostania w Betlejem, mieście Dawida, aby Jezus mógł tam dorastać i zostać następcą Dawida na tronie całego Izraela. Dlatego też pozostali w Betlejem ponad rok, Józef pracował w swym zawodzie cieśli.
W czasie narodzin Jezusa, w południe, serafini z Urantii, zebrani pod kierunkiem swych przełożonych, śpiewali hymny chwały nad żłobem betlejemskim, ale ludzkie uszy nie słyszały tych głosów pochwalnych (zapewne chodzi o Ludzi-Aniołów z TJehooba, którymi przewodzą na wpół eteryczni Thaori). Ani pasterze, ani żadni inni śmiertelnicy nie przyszli składać hołdu dziecięciu z Betlejem, aż do dnia przybycia pewnych kapłanów z Ur, których Zachariasz przysłał z Jerozolimy. Jakiś czas wcześniej poinformował tych kapłanów z Mezopotamii pewien dziwny nauczyciel religijny z ich kraju, że miał sen, w którym otrzymał wiadomość, że "światło życia" ma się wkrótce pojawić na Ziemi, jako dziecko pośród Żydów. I trzej nauczyciele poszli we wskazanym kierunku, szukając tego "światła życia". Po wielu tygodniach daremnych poszukiwań w Jerozolimie, już mieli wracać do Ur, gdy spotkał ich Zachariasz i zwierzył im się ze swego przekonania, że to Jezus jest celem ich poszukiwań i posłał ich do Betlejem, gdzie spotkali dziecko i zostawili swe dary Marii, jego ziemskiej matce. W momencie ich wizyty dziecko miało prawie trzy tygodnie.
Mędrcy nie widzieli gwiazdy wiodącej ich do Betlejem. Ta piękna legenda o gwieździe betlejemskiej powstała w następujący sposób. Jezus urodził się 21 sierpnia w południe, w roku 7 p.n.e. 29 maja roku 7 p.n.e. miała miejsce niezwykła koniunkcja Jowisza i Saturna w konstelacji Ryb. Ciekawym faktem astronomicznym jest to, że podobne koniunkcje zdarzyły się 29 września i 5 grudnia tego samego roku. Na podstawie tych niecodziennych, ale zupełnie naturalnych zdarzeń, gorliwcy z następnego pokolenia, kierując się jak najlepszymi intencjami, stworzyli wzruszającą legendę o gwieździe betlejemskiej i o pełnych uwielbienia mędrcach, prowadzonych przez nią do żłobu, gdzie ujrzeli dziecię i cześć oddali nowo narodzonemu. Orientalne i bliskie orientalnym umysły lubują się w baśniowych historiach i wciąż przędą takie piękne mity o życiu swych przywódców religijnych i bohaterów politycznych. Kiedy nie było druku, gdy większość wiedzy ludzkiej przekazywana była z ust do ust, z jednego pokolenia na drugie, bardzo łatwo było mitom stać się tradycją a tradycji zostać w końcu uznaną za fakt.
PREZENTACJA W ŚWIĄTYNI
Mojżesz nauczał Żydów, że każdy pierworodny syn należy do Pana, a zamiast jego ofiarowania, jak to było w zwyczaju u narodów pogańskich, syn taki może żyć, jeśli rodzice go okupią, płacąc pięć szekli dowolnemu, uprawnionemu do tego kapłanowi. Istniało także rozporządzenie Mojżeszowe, nakazujące, aby matka, po upływie odpowiedniego czasu, pojawiła się w Świątyni celem oczyszczenia (lub, aby ktoś za nią zrobił właściwą ofiarę). Zazwyczaj dopełniano obu tych obrzędów jednocześnie. Dlatego też Józef i Maria osobiście poszli do Świątyni w Jerozolimie, aby zaprezentować Jezusa kapłanom i dokonać jego okupienia, jak również, aby złożyć odpowiednią ofiarę dla obrzędowego oczyszczenia Marii z rzekomej nieczystości porodu.
Kręciły się stale po dziedzińcach Świątyni dwie ciekawe postacie, pieśniarz Szymon i poetka Anna. Szymon był Judejczykiem, Anna Galilejką. Para ta często przebywała razem a oboje byli w zażyłości z kapłanem Zachariaszem, który zawierzył im tajemnicę Jana i Jezusa. Zarówno Szymon jak i Anna wyczekiwali przyjścia Mesjasza a ich zaufanie do Zachariasza sprawiło, że byli przekonani, iż to Jezus jest spodziewanym wybawicielem narodu żydowskiego. Zachariasz wiedział, w którym dniu można się było spodziewać, że Józef i Maria zjawią się w Świątyni razem z Jezusem i tak ułożył z Szymonem i Anną, że da znak, pozdrawiając podniesieniem ręki tego w procesji pierworodnych dzieci, który jest Jezusem. Na tę okoliczność Anna napisała wiersz, który Szymon zaśpiewał, ku wielkiemu zdumieniu Józefa, Marii i wszystkich, którzy zebrali się na dziedzińcu Świątyni. Tak brzmiał ich hymn okupienia pierworodnego syna:
"Niech będzie uwielbiony Pan, Bóg Izraela,
Że nawiedził lud swój i dokonał jego odkupienia;
Podniósł róg zbawienia dla nas wszystkich
W domu sługi swego, Dawida.
Jak zapowiedział przez usta swych świętych proroków
Że nas wybawi od nieprzyjaciół i z ręki wszystkich, którzy nas nienawidzą;
Że miłosierdzie okaże ojcom naszym i wspomni na swoje święte przymierze
Na przysięgę, którą złożył ojcu naszemu Abrahamowi,
Że nam użyczy tego, iż z mocy nieprzyjaciół wyrwani,
Bez lęku służyć mu będziemy,
W pobożności i sprawiedliwości przed nim po wszystkie dni nasze.
A ty, dziecię obiecane, prorokiem Najwyższego zwać się będziesz;
Bo pójdziesz przed obliczem Pana torując drogę królestwu jego;
Jego ludowi dasz poznać zbawienie
Przez odpuszczenie mu grzechów.
Radujcie się miłosierdziem serdecznym Boga naszego.
Przez nie z wysoka wschodzące słońce nas nawiedza
By zajaśnieć tym, co w mroku i cieniu śmierci mieszkają,
Aby nasze kroki zwrócić na drogi pokoju.
A teraz, o Panie, pozwól odejść słudze Twemu w pokoju, według słowa Twego