WYŚWIETLENIA

08 listopada 2025

WIELKA WOJNA NA WSCHODZIE - Cz. XII

OSTATNIA WOJNA 
HELLEŃSKIEGO ŚWIATA





EGIPT PTOLEMEUSZY
(RETROSPEKCJA)
Cz. XII




 Sycylia - wyspa na którą na moment się przeniesiemy - była miejscem na którym panuje nadzwyczaj łagodny klimat, a malowniczy krajobraz syci oko podróżnika widokiem wysokich gór, łagodnych dolin i otwartej, równinnej przestrzeni. Największym miastem tej wyspy (leżącej niczym swoisty most pomiędzy Italią a Afryką) były Syrakuzy, miasto w którym władał tyran Dionizjusz I zwany Wielkim. Nasza podróż po tym obszarze być może wydaje się dziwna, aczkolwiek aby lepiej zrozumieć siłę hegemonii Lacedemonu w Grecji właściwej, trzeba również powiedzieć co nieco o zamorskich sojusznikach Sparty, do których na zachodzie przede wszystkim należały Syrakuzy. Miasto to zostało założone na wyspie (zwanej potem Ortygia - gdzie powstały główne zabudowania i gdzie potem był trzon samego miasta, pomimo faktu że Syrakuzy zaczęły rozwijać się również na stałym lądzie) przez kolonistów z Koryntu na czele z niejakim Archiasem (734/733 r p.n.e.). Nazwę swą "Sirako" zawdzięcza miasto pobliskim bagnom, leżącym na lądzie stałym, dlatego też za czasów Archiasa i pierwszych jego następców (zwanych "gamoroi" - którzy stanowili elitę rządzącą miastem przez kolejne 250 lat) miasto ograniczało się głównie do obszaru samej wyspy Ortygii. To tam pobudowano główne świątynie i tam oddawano cześć bogom miasta metropolitalnego - Koryntu (każda kolonia była bowiem zobowiązana do uiszczania pewnej niewielkiej opłaty na rzecz miasta założyciela, czczenia najważniejszych bóstw tamtego grodu i wspierania miasta-matki w czasie konfliktów wojennych. Jednak po kilku dziesięcioleciach ta zależność topniała praktycznie do zera, a dawna kolonia stawała się całkowicie niezależna, chociaż często pozostawał sentyment do miasta-matki). Oprócz pierwotnych bagien (które z czasem zostały osuszone) ziemia wokół Syrakuz była żyzna, a plemiona Sykulów (Tukidydes twierdził że Sykulowie przywędrowali na Sycylię z Italii i zepchnęli ze wschodnich do centralnych obszarów wyspy, pierwotnych mieszkańców - Sykanów) przyjazne, co powodowało że miasto szybko rozbudowywało się i rosło w siłę i bogactwo.


SYRAKUZY 
NA PIERWSZYM PLANIE WIDOCZNA WYSPA ORTYGIA



Syrakuzy szybko też przystąpiły do własnej kolonizacji wybrzeża sycylijskiego i tak już w 700 r. p.n.e. założono na południe od miasta osadę zwaną Heloron, w 664 r. p.n.e. na zachód od Syrakuz gród Akrai, następnie Kasmenai (643 r. p.n.e.) i Kamarinę (598 r. p.n.e.) tworząc na całym południowo-wschodnim obszarze Sycylii swoją własną strefę wpływów. Dalszą kolonizacyjną ekspansję Syrakuz na zachód uniemożliwił rozwój potęgi miasta Gela - miasta założonego w roku 688 p.n.e. przez kolonistów z rodyjskiego Lindos i z Krety (założycielami Geli według Diodora Sycylijskiego mieli być dwaj wodzowie - Antyfem i Entimus). Miasto to rozwijało się równie prężnie co Syrakuzy, ale nie dochodziło między nimi do konfliktów zbrojnych. Raczej starano się utrzymywać dobrosąsiedzkie stosunki i rozwijać handel, bogacąc się wzajemnie. W 580 r. p.n.e. mieszkańcy Geli założyli na zachód od miasta gród zwany Akragas (który potem urośnie do roli jednego z kluczowych greckich ośrodków na Sycylii, a Rzymianie nazwą zaś to miasto Agrigentum). Do konfliktów militarnych nie dochodziło, gdyż wiele było problemów wewnętrznych w tych szybko rozwijających się i bogacących południowo-sycylijskich greckich polis. Bogactwo płynące z handlu morskiego nie było jednak równomiernie rozłożone i wielu mieszkańców (zarówno Geli jak i Syrakuz) odczuwało niesprawiedliwość wynikającą z tego faktu. Pierwsi zaprotestowali mieszkańcy Geli. Doszło do rozruchów społecznych w tym mieście i ostatecznie ok. 600 r. p.n.e. lud Geli (prowadzony przez demagogów, którzy widzieli w tym polityczną korzyść), wypędził z miasta dotychczasowych oligarchów (potomków Antyfema i Entimusa). Do władzy doszła teraz grupa dotąd wykluczona, która ponownie podzieliła dochody uzyskiwane przez miasto z handlu morskiego pomiędzy siebie i swoich stronników. Wygnani oligarchowie udali się do Maktorion - faktorii handlowej, założonej gdzieś na północ od Geli i przeznaczonej do handlu z plemieniem Sykulów. Szybko też zdominowali ten gród i przyjęli w nim władzę, usuwając dotychczasowych mieszkańców na dalszy plan (dokładnie nie wiadomo gdzie leżało Maktorion, sugeruje się jednak że było to gdzieś w rejonie stanowiska archeologicznego Monte Bubbiano w dzisiejszej włoskiej prowincji Caltanissetta). Mieszkańcy tej faktorii (którzy teraz zostali zepchnięci do roli klientów a nie gospodarzy swego miasta), udali się do Geli, protestując przeciwko niesprawiedliwości jaka ich dotknęła, a która wynikła właśnie ze zmiany władzy w samej Geli. Przekonali oni niejakiego Telinesa ("przekonali" - jak? prawdopodobnie finansowo), aby przekonał mieszkańców Geli co do powrotu wygnanych oligarchów z powrotem do miasta. Telines (Herodot twierdzi że był człowiekiem zniewieściałym), który ponoć bardzo dbał o własne ciało, golił się prawie do zera niczym kobieta (poza oczywiście włosami na głowie) i uwielbiał piękne szaty, przemówił do obywateli Geli, nawiązując do niesprawiedliwości jaka została popełniona i klnąc się na bożą sprawiedliwość w osobie bogini-matki, "zwiastunki pór roku" Demeter oraz jej córki - Persefony ("tej, która niszczy światło"), małżonki podziemnego boga śmierci Hadesa. Tymi odwołaniami i swą mową przeraził mieszkańców Geli, którzy ostatecznie zgodzili się na powrót wygnanych oligarchów do miasta i aby nie prowokować bogów do jakichś pochopnych, a niekorzystnych dla ludzi działań, zwrócili im dawny majątek i podzielili się z nimi władzą nad miastem.




Potem sytuacja polityczno-społeczna w Geli nieco się uspokoiła, a założenie Akragas pozwoliło wyprowadzić z miasta część buntowniczych jednostek, które teraz znalazły możliwość bogacenia się w nowym miejscu. Ale to właśnie tam, w Akragas powstał problem w dość krótkim czasie (licząc od chwili założenia miasta 580 r. p.n.e.). Niejaki Falaris otrzymał polecenie od władz nowo założonego Akragas, aby zbudował świątynię Zeusa Atabyriosa (nazwa ta wywodzi się od góry Atabyris na Rodos i zapewne ma jakieś koligacje odnośnie miasta-matki Lindos na Rodos, co często zdarzało się nie tylko wśród bezpośrednich kolonii, ale również kolonii założonych przez kolonie - tak jak w tym przypadku). Ponieważ świątynia ta miała znajdować się nieopodal miejskiej cytadeli, prace trwały opornie, gdyż dodatkowo Falaris zamiast zająć się projektowaniem i budową świątyni, przeznaczał ten czas na agitację polityczną przeciwko rządzącej w mieście oligarchii. Zdobywszy szerokie poparcie mas, dokonał następnie krwawego zamachu stanu, mordując podczas święta Tesmoforii wybitnych członków Rady, następnie zajął miejski Akropol i gdy zdobywszy tamtejsze złoto ze skarbca opłacił najemników - wówczas przejął władzę jako tyran i rozbroił lud (ok. 570 r p.n.e.). W ten sposób Falaris stał się drugim tyranem w dziejach Sycylii (pierwszym był niejaki Panajtios z Leontinoi - miasta leżącego na północ od Syrakuz, a założonego przez Jonów z wyspy Naksos w roku 729 p.n.e. Opowiedziałbym jego historię, ale nie wiąże się ona bezpośrednio z tym tematem, więc na razie dam sobie spokój, tym bardziej że mam tendencję do potwornego rozwlekania tematów i zajmowania się często pobocznymi kwestiami, które tylko w niewielki sposób łączą się z pierwotnym tematem. Walczę z tym, ale często przyzwyczajenie bierze górę 🥴 W każdym razie Panajtios z Leontinoi przejął władzę w roku 609 p.n.e. na 40 lat przed Falarisem). Rządy Falarisa z Akragas trwały do 554 r p.n.e.  i przez ten czas miasto znacznie się rozbudowało, a mieszkańcy wzbogacili. Falaris zaopatrzył miasto w wodę (zmieniając koryto pobliskich rzek Akragas i Hypsas), ozdobił je pięknymi budynkami i umocnił nowymi murami obronnymi. Był bardzo popularny wśród zwykłych mieszkańców Akragas, gdyż pozwalał im partycypować w bogactwach spływających do miasta z handlu morskiego (co wcześniej, za rządów oligarchicznych było niemożliwe). Niestety to jest tylko ta jedna strona osobowości i działalności polityczno-społecznej Falarisa, druga jest inna, mroczna i nieprzyjemna.




Powiedzieć o tym że w okrutny sposób mordował on swoich oponentów i przeciwników politycznych, to nie powiedzieć nic. Już podczas zamachu stanu w święto Tesmoforiów wymordował przy pomocy swoich zwolenników całą Radę miejską, a potem było tylko gorzej. Ponieważ uznał że zwykłe mordowanie swoich wrogów jest nieodpowiednie, ponieważ chciał aby przy okazji śmierci cierpieli oni bolesne katusze, ściągnął więc do Akragas ateńskiego wynalazcę Perillusa i nakazał mu stworzenie machiny śmierci, podczas której ludzie zanim umrą, będą długo cierpieć nieprawdopodobne męki. Perillus wpadł na pomysł stworzenia wielkiego mosiężnego byka, do którego można by było zamykać nieszczęsną ofiarę, pod bykiem zaś rozpalono by ognisko, co powodowałoby, że zamknięty w środku człowiek po prostu gotował by się żywcem. I tak też się stało, Perillus stworzył mosiężnego byka i zadowolony z ciebie (i z tego, że otrzyma pokaźną nagrodę) zakomunikował to Falarisowi z dokładnym wyjaśnieniem jak to działa. Falaris jednak stwierdził że nie może mu zapłacić, dopóki nie przekona się czy jego "machina śmierci" rzeczywiście działa, a żeby to sprawdzić trzeba było znaleźć kogoś, kto da się w tym byku spalić. Jakoś dziwnie nie było chętnych (🤔), więc Falaris kazał Perillusowi aby ten wszedł do byka i pokazał jak to działa, a gdy tak się stało, zamknięto ową machinę a pod bykiem rozpalono ognisko i w ten sposób ateński  wynalazca stał się pierwszą ofiarą swojego wynalazku. Ale Falarisowi się spodobało i od tej pory każdy, na kogo tylko padło podejrzenie sprzeciwu wobec rządów tyrana, ten kończył swój żywot w byku (owego mosiężnego byka na własne oczy widzieć miał tebański poeta - Pindar, który przebywał w Akragas ok. 490 r. p.n.e. wydaje się więc że nie jest to jedynie opowieść legendarna). Paradoksalnie jednak pomimo okrucieństwa wobec przeciwników politycznych, zarówno mieszkańcy Akragas jak i innych greckich polis na Sycylii, nie uważali wcale Falarisa za zbrodniarza i mordercę, a wręcz przeciwnie, twierdzono powszechnie (szczególnie wśród zwykłego ludu) że Falaris jest "sprawiedliwy" i że przepełnia go "nienawiść do zbrodni". I pewnie z tego właśnie powodu żyjący wieki później Lukian w swych deklamacjach i listach nazywa Falarisa człowiekiem "miłującym pokój" i "miłośnikiem filozofii oraz literatury". Można wręcz powiedzieć że popularność Falarisa nie tylko nie spadała ale wręcz wzrastała i zdobył on wpływ w swoim czasie praktycznie na wszystkie greckie polis na Sycylii (był bowiem popularny jak współczesny piosenkarz, aktor czy influencer 😉). Był tak popularny, że mieszkańcy Himery (miasta założonego w 648 r. p.n.e. przez kolonistów z Zankle) obrali go nie tylko dyktatorem wojskowym w swym mieście, ale Dali mu również ochroniarza, który miał czuwać nad jego bezpieczeństwem (to było niesamowite żeby mieszkańcy jednego polis sami z siebie ogłosili dyktatorem przywódcę innego polis i to jeszcze Jonowie z Himery swym dyktatorem ogłosili Dora/Gora z Akragas. To było coś tak nieprawdopodobnego, jak gdyby Ateńczycy sami z siebie obrali swym przywódcą jakiegoś Lacedemończyka).




 Zaprotestował przeciwko temu jedynie sędziwy wówczas poeta z Himery Stesichoros (autor m.in. kilku opowieści o wojnie trojańskiej, zresztą był on zwolennikiem twierdzenia że prawdziwa Helena trojańska mieszkała w Egipcie i nigdy nie pojawiła się w Troi, a cała awantura wynikła jedynie z iluzji, jaką wytworzył jej ojciec Zeus). Stesichoros przemówił do swych współobywateli opowiadając im bajkę o koniu i jeleniu. Koń miał bowiem całe pastwisko dla siebie, ale pewnego razu zjawił się jeleń i zaczął niszczyć jego pastwisko. Aby się zemścić, koń zwrócił się o pomoc do człowieka, a ten obiecał że mu pomoże, jeśli tylko koń pozwoli mu się dosiąść. Tak też się stało, ale koń nie zyskał tego, czego pragnął, natomiast stał się niewolnikiem człowieka, który od tej pory jeździł na jego grzbiecie. Przesłanie brzmiało: "Czyniąc Falarisa dyktatorem wojskowym, sami daliście się ogłowić. Jeśli pozwolicie mu wejść sobie na plecy, dając mu ochroniarza, odtąd będziecie jego niewolnikami" (słowa te przytacza Arystoteles  "Retoryce II"). Falaris został ostatecznie obalony (po ponad 15 latach swych rządów w Akragas i innych greckich polis na Sycylii - gdzie władzę zdobył nie siłą militarną a nie podstępem a jedynie swą sławą i popularnością) w 554 r. p.n.e. przez zamach stanu na którego czele stał niejaki Telemach (przodek późniejszego tyrana a Akragas - Therona). Ostatecznie skończył tak, jak jego wrogowie, został spalony w owym mosiężnym byku, który kazał stworzyć nieszczęsnemu Perillusowi. Po obaleniu Falarisa (i dużo wcześniejszym Panajtiosa z Leontinoi) władzę zarówno w Leontinoi jak i w Akragas (oraz innych greckich polis na Sycylii) ponownie odzyskali oligarchowie. Nie toczyły się żadne wielkie wojny na wyspie, ludność bogaciła się na handlu i żyła własnym życiem. Grecy - choć wzajemnie ze sobą konkurowali, jakoś potrafili utrzymać pokój zarówno pomiędzy własnymi polis, jak i ludami sycylijskimi (a były trzy takie lokalne ludy: na zachodnim krańcu wyspy mieszkali Elymowie - którzy według Tukidydesa przybyli tam na swych okrętach po upadku Troi i założyli kilka miast, z których największymi były Eryks, Segesta i Entella. W centrum wyspy mieszkał lub autochtonów (według Tukidydesa) Sykanów, ze swym głównym miastem Hippaną. Na zachodzie mieszkał lud Sykulów przybyły w Italii, który miał najwięcej miast, z których największą była Henna (lub Enna). Były również trzy główne fenickie osady na zachodzie i północy wyspy (Motye, Panormus i Solus) ale nie dochodziło do konfliktów pomiędzy Grekami i Fenicjanami (przykładem niech będzie fakt, że w Panormus mieszkała bardzo liczna grecka społeczność i nie ma żadnych śladów wzajemnych konfliktów na tle, czy to narodowościowym czy też religijnym czy jakimkolwiek innym).




Oczywiście należy wspomnieć o kilku incydentach, które jednak trudno nazwać wojnami, aczkolwiek wymagały one zbrojnego odporu. Pierwszy poważny incydent wybuchł ok. 577/576 r. p.n.e. gdy niejaki Pentatlos z Knidos na czele greckich kolonistów (Knidyjczyków wsparli również Rodyjczycy) próbował założyć miasto na przylądku Lilibajon w zachodniej Sycylii, na południe od punickiej osady Motye. Ta próba im się nie powiodła, gdyż Elymowie z Segesty (wsparci niewielkim kontyngentem zbrojnym z punickiego Motye - piszę "niewielkim" bo to miasto nie miało zbyt wielu mieszkańców i nie mogło pozwolić sobie na wystawienie zbyt licznej załogi zbrojnej) wydali im bitwę, do której doszło gdzieś w okolicach Motye (tam bowiem archeolodzy odnaleźli liczne ślady po tej bitwie, jak choćby pozostałości mieczy i włóczni). Zakończyło się ona klęską Greków i śmiercią pentatlosa oraz jego sojuszników (wspomogli go Grecy z Selinusu - zwanego również przez Rzymian Selinuntem - którzy chcieli założyć kolonię nad Morzem Tyrreńskim, ale przeszkadzali im w tym Elymowie z Segesty. Selinus został założony w roku 628 p.n.e. przez kolonistów z założonej 100 lat wcześniej po wschodniej stronie Sycylii Megary Hyblei. Konflikt interesów zaprowadził mieszkańców Selinusu do konfrontacji z Segestą, ale były to w tamtym czasie raczej wyjątki niż norma, tym bardziej że w samej Segeście mieszkała liczna grecka społeczność, a samo miasto Elymów w niczym nie ustępowało greckim polis). Klęska Pentatlosa pod Motye (ok. 576 r. p.n.e.) na dłuższy czas zahamowała wszelkie próby kolonizacji zachodniej Sycylii ze strony Hellenów z Grecji kontynentalnej (w tej bitwie poległ również Arystogejton z Selinusu, syn Arkadiona - jego nagrobek w rodzinnym polis został bowiem odnaleziony). 20 lat później (ok. 555 r. p.n.e.) do zachodnich granic Sycylii dobiły okręty kartagińskiego króla Malchusa (który często nazywany jest po prostu wodzem Malchusa (wydaje się że imię "Malchus" jest po prostu łacińską wersją fenickiego słowa "milk" oznaczającego króla). Według rzymskiego historyka Justyna (który jako jedyny o nim wspomina, co może sugerować że sam Malchus był postacią równie mityczną, jak owa założycielka Kartaginy - królowa Dydona) miał on podbić na Sycylii wiele miast, co jednak mija się z prawdą, biorąc pod uwagę fakty archeologiczne. W VI wieku p.n.e. bowiem zarówno greckie jak i fenickie miasta na Sycylii przeżywały swój "złoty czas", to właśnie wtedy powstały najwspanialsze świątynie i ludność najbardziej się bogaciła. Nie ma też żadnych śladów zniszczeń z tego okresu i to zarówno w miastach greckich jak i fenickich. Jeśli więc Maluchus przybył wówczas na Sycylię, to jako sojusznik miast fenickich, a nie zdobywca i nie doszło też do podporządkowania tych miast Kartaginie w sposób pośredni (polityczny), a wnoszę to stąd, że gdy w 480 r. p.n.e. Kartagina podjęła zdecydowaną akcję zbrojną na Sycylii, w armii Hamilkara brak jest zupełnie posiłków z fenickich miast sycylijskich i musi on sprowadzać zaopatrzenie aż z Sardynii, co oznacza że miasta fenickie na Sycylii nie zostały podporządkowane Kart Hadaszt w czasach Malchusa. Doszło więc zapewne (jeśli w ogóle) do zawarcia po prostu jakichś układów politycznych na zasadzie równorzędnej, które z czasem wygasły. Następnie Malchus miał się udać na Sardynię, gdzie również toczył boje z tamtejszym wojowniczym plemieniem Sardów. Fenickie osady na Sardynii (podobnie jak i te na Sycylii) były położone jedynie na wybrzeżu, im dalej w głąb lądu, tym ziemia była bardziej wroga, a wróg silniejszy. Celem Malchusa było więc zapewne nie tylko podporządkowanie polityczne fenickich osad na Sardynii, ale również odebranie Sardom znacznych połaci ziemi w głębi lądu, a być może podbój całej wyspy. Przeliczył się jednak, poniósł klęskę w bitwie z Sardami i musiał się wycofać do Kartaginy. 




Kartagińczycy mieli w zwyczaju skazywać przegranych wodzów (nawet królów) na śmierć, ale ponieważ Malchus wcześniej odniósł zwycięstwo w walce z Libijczykami w Afryce, skazano go jedynie na wygnanie. On jego żołnierze mieli przenieść się na Sardynię i zamieszkać tutaj jako koloniści (co oznacza że dowodził on armią obywatelską, a nie najemnikami jak często było to w kolejnych dziesięcioleciach, gdyż wówczas nikt nie skazałby żołnierzy walczących za pieniądze na wygnanie, jeśli nie pochodziliby z tego samego grodu). Malchusowi jednak nie uśmiechało się spędzić reszty życia wśród sardyńskich gór, dlatego wrócił ze swoimi żołnierzami do Kartaginy i obległ niewdzięczne miasto. W tym właśnie czasie z Tyru (miasta-matki Kartaginy) wracał syn Malchusa Kartalon (przyznam się szczerze że imiona Malchus i Kartalon należą do wyjątków w tym kartagińskim kociołku, pełnym nieustannych Hamilkarów, Hazdrubalów i Hannibalów, tak że realnie trzeba się mocno nagłowić który wódz kartagiński żył w jakim okresie i czego dokonał) który pełnił funkcję kapłana boga Melkarta (był to taki punicki odpowiednik greckiego Heraklesa i rzymskiego Herkulesa, taki osiłek, który uwalniał lud od wszelkich złoczyńców i potworów). Został bowiem wcześniej wysłany do Tyru, aby złożyć dziesięcinę w tamtejszej świątyni Melkarta za pomyślność kampanii swego ojca. Teraz jednak, gdy dowiedział się że ojciec obległ rodzinne miasto, nie zamierzał się z nim spotykać i mimo iż tamten wysłał ku niemu gońców, Kartalon udał się prosto do Kartaginy. Jednak gdy oblężenie miasta przyciągało się, możni z miasta bogini Tanit wysłali właśnie Kartalona, aby przemówił ojcu do rozsądku i zakończył oblężenie. Kartalom przebrał się w purpurowe szaty sakralne kapłana boga Melkarta i tak udał się do ojca, aby prosić go o zakończenie oblężenia głodującego miasta. Malchus jednak, rozsierdzony zarówno wcześniejszym zachowaniem syna jak i tym, jak przemawiał do niego z pozycji kapłana, kazał ukrzyżować własnego syna w jego uroczystym stroju (to też przemawia za faktem że Malchus był królem, a nie wodzem, jako że funkcję kapłana boga Melkarta mogli pełnić jedynie członkowie rodziny królewskiej; po drugie zaś, w tradycji punickiej istniało coś takiego, jak poświęcenie syna przez ojca dla boga za pomyślność miasta, co w tym momencie zapewne zostało dokonane). Wkrótce potem Malchus zdobył Kartaginę i skazał na śmierć dziesięciu gerontów którzy skazali go na banicję. Ale jego rządy w mieście trwały bardzo krótko. Wkrótce doszło bowiem do buntu (na którego czele stał niejaki Magon) i obalenia Malchusa. Maluchus teraz stanął przed sądem i został oskarżony o "dążenie do władzy królewskiej" (co wydaje się nierozsądne, jako że już był królem, ale zapewne chodzi tutaj o próbę wzmocnienia swojej władzy kosztem już istniejących, oligarchicznych instytucji tę władzę osłabiających) i skazany na śmierć (ok. 550 r. p.n.e.) Nowym królem został ów Magon, założyciel dynastii Magonidów (żyjący 600 lat później grecki mówca Dion Chryzostom sławił w swej twórczości niejakiego Hannona, o którym pisał że: "Przemienił Kartagińczyków z Tyryjczyków w Afrykanów", oraz że dzięki niemu: "Punijczycy nie mieszkali już w Fenicji, lecz w Afryce, stali się bardzo bogaci, zdobyli liczne porty i okręty, panowali na lądzie i na morzu". Wydaje się że mówił właśnie o owym Magonie).




A tymczasem kolejni Grecy z kontynentu postanowili dotrzeć do brzegów zachodniej Sycylii, aby tam założyć swoją kolonię. Był rok 511 p.n.e. a z nową wyprawą ku sycylijskim brzegom płynął spartański książę Dorieus - licząc na sławę jaką osiągnie zakładając nowe miasto w którym będzie wreszcie mógł władać. Dorieus był starszym bratem króla Sparty Leonidasa I, który poległ w bitwie z Persami pod Termopilami w 480 r p.n.e., i zarówno męstwem jak i fizycznymi walorami dorównywał, a nawet przewyższał swego sławnego młodszego brata. Ale nie miał chłopak szczęścia...


CDN.
 

07 listopada 2025

ZEMSTA OFIAR - Cz II

CZYLI JAK KARANO NIEMCÓW PO
ZAKOŃCZENIU II WOJNY ŚWIATOWEJ





ŁAMBINOWICE
KOMUNISTYCZNE PIEKŁO NA ZIEMI


Nie był to jedyny tego typu obóz na ziemiach polskich, zarządzany albo bezpośrednio przez Sowietów, albo też przez ich ("polskie") ubeckie marionetki. Takich miejsc, zwanych dla niepoznaki "Obozami Pracy", lub "Obozami Reedukacji" było wiele, że wymienię tylko kilka największych jakie założyli Sowieci na polskiej ziemi, gdy ostatecznie "wyzwolili" ją z niemieckiej okupacji, były to obozy pracy w: Warszawie, Sosnowcu, Potulicach, Gdyni, Gdańsku, Tczewie, Łodzi, Tomaszowie Mazowieckim, Krzesimowie, Lublinie, Popkowicach, Bytomiu, Mysłowicach, Wadowicach, Opolu, Niemodlinie, Lubaniu, Żaganiu, Świętoszowie, Kępnie, Wrocławiu, Nysie, Jaworznie, Świetochłowicach i w wielu innych miastach i miasteczkach Polski, którą Sowieci zamienili w wielki obóz pracy i więzienie. Tutaj chciałbym jednak opisać dwa wyjątkowo ciężkie obozy pracy, które bez wątpienia możemy porównać do niemieckiego Auschwitz-Birkenau, gdyż to, co się tam wyprawiało, doskonale przypominało niemieckie zbrodnie z tych obozów.




Dowództwo nad obozem sprawowali komuniści, w Łambinowicach niepodzielną władzę dzierżył polski komunista - Czesław Gęborski, żołnierz Armii Ludowej, a po wojnie członek Milicji Obywatelskiej, który nim został komendantem Łambinowic, odbył najpierw kilkutygodniowe szkolenie w Obozie Pracy w Świętochłowicach, które zakończył w marcu 1945 r. Jego nauczycielem i mentorem w zbrodniach był Salomon Morel - Żyd, komunista, przez kilka miesięcy w 1942 r. wraz z bratem - Ickiem, założyli bandę rabunkową, która ograbiała ludzi w okolicach Katowic, a także napadała nocą na wsie i ograbiała wiejskie chaty. W grudniu 1942 r. obaj bracia Morelowie, dostali się w ręce działającego w okolicznych lasach oddziału Armii Ludowej, pod komendą Grzegorza Korczyńskiego i za rozboje zostali skazani na karę śmierci. Wyrok wykonano tylko na Icku, gdyż Salomon... zrzucił na niego całą winę, a potem przyłączył się do odziału Korczyńskiego (notabene, w skład tzw.: oddziałów Gwardii Ludowej a potem Armii Ludowej pod dowództwem Grzegorza Korczyńskiego, wchodziło w latach wojny wielu przestępców i bandytów. Zresztą nic dziwnego - Armia Ludowa to byli komuniści i kto tylko chciał i mógł walczyć, wolał każdą inną formację zbrojną, głównie oczywiście Armię Krajową, która zachowała podziemne struktury przedwojennego Wojska Polskiego, niż iść "do komunistów". Korczyński nie miał skąd brać ludzi, więc jedynym możliwym "sortem" był ten najgorszy, najpodlejszy typ człowieka i takich ludzi właśnie do siebie przygarniał). 15 lutego 1945 r. Salomon Morel jako żołnierz "Ludowego Wojska Polskiego" został komendantem Obozu Pracy w Świętochłowicach (o tym potworze w ludzkiej skórze opowiem w kolejnym temacie).

Tymczasem wróćmy do Czesława Gęborskiego. Po odbyciu kilkutygodniowego szkolenia "u Morela" w Świętochłowicach, z końcem lipca 1945 r. zostaje powołany na stanowisko komendanta Obozu Pracy w Łambinowicach. Tę funkcję będzie pełnił krótko, bo zaledwie trzy miesiące (do chwili aresztowania), ale przez ten czas stworzy w Łambinowicach prawdziwe piekło na ziemi. Obóz zapełniali przede wszystkim Niemcy, niewielka część Ukraińców oraz Polacy, żołnierze antykomunistycznego podziemia lub po prostu - młode chłopaki, walczący w latach wojny z Niemcami o Niepodległość Ojczyzny, a po wojnie uznani przez nowych okupantów za "element wrogi" lub "niepewny ideologicznie". W obozie zatrudniony był najgorszy sort bandytów w mundurach, uważających się za Polaków, a będących jedynie sługusami prawdziwych, sowieckich panów powojennej Polski. Zachowały się sprawozdania i relacje z procesu, jaki wytyczono Gęborskiemu i jego pomagierom (np. niejakiemu Ignacemu Sz. który w obozie kazał się nazywać: "Panem Ignacem") w październiku 1945 r. Poniżej zaprezentuję autentyczne (wybrane przeze mnie) relacje z obrony oskarżonych przed sądem, opisujące ich stosunek do uwięzionych tam ludzi i refleksje (jeśli można to tak w ogóle nazwać), oto one:


Uwaga bardzo drastyczne opisy





"W lipcu czterdziestego piątego na dworcu w Opolu koczowało 20 tys. naszych, ze wschodu. Mieliśmy czekać? Aż co, aż Niemcy sami się wyniosą? Życie żeśmy im uprzykrzali jak mogli, chowali się jak myszy, jak zobaczyli naszego w mundurze, ale siedzieli. Ładowaliśmy im repatriantów do domu, mieszkali razem, dusili się jak w piekle, ale siedzieli.

No to zaczęliśmy. Od Bielic. Zajechaliśmy ciężarówkami o świcie. Wojskowi otoczyli wieś, a my, MO (Milicja Obywatelska) i UB (Urząd Bezpieczeństwa), wyciągaliśmy ich z domów. Alles was deutsch ist, in 5 minuten raus! ("Kto Niemiec, za pięć minut wynocha"). Łachy na siebie, i na pastwisko, z bydłem. Nie wiedzieli po co, nie wiedzieli gdzie, jak to gdzie?! Raus aus Polen! Do Niemiec! Do domu. Z małym przystankiem na przejściowy odpoczynek, w Łambinowicach. U "pana Ignaca".

Niektórzy wychodzili boso, prosto z łóżek, niektórzy ze śpiącymi dziećmi na rękach. Niektórzy chcieli nas nabrać, próbowali mówić po polsku, nic z tego, za wszarz i won z chałupy. Teraz to Polacy. Po łbie ręką, albo kolbą i w drogę.

Haj-li hajlo, haj-la. Hitlerowskie piosenki kazaliśmy im śpiewać. W drodze też wpierdol. Gorąco było, wlekli się, to biliśmy. Starych musieli trzymać młodzi. Żeby trzymać tempo. Gnaliśmy ich z Gracz, Jaczowic, Jakubowic, Klucznika, Korfantowa, Kuźnicy Logockiej, Ligoty Tułowickiej, Lipowa, Lipna, Magnuszowic, Oldrzyszowic, Przechoda, Szydłowa, wszystkich nie pamiętam. W sumie gdzieś z 30 wiosek. Trochę spędziliśmy też z Niemodlina i Prudnika. Szli do Łambinowic jak mrówki pod naszym ciężkim, polskim butem. Byli tacy, co śpiewali "Pod Twoją obronę". Teraz to Polacy". 


Na chwileczkę przerwę tutaj w tym miejscu. Zauważmy co się działo i jak postępowali ci komunistyczni bandyci, ładowali wszystkich do jednego wora, bez względu na to czy to był Niemiec który prześladował podczas wojny Polaków, czy zwykły niemiecki chłop, który pragnął jedynie przeżyć, nie czynili też żadnych podziałów pomiędzy Polakami zamieszkującymi te wioski (wyraźnie jest to stwierdzone, "próbowali mówić po polsku", "śpiewali "Pod Twoją Obronę" - to niby kto to był?). Ściągali wszystkich jak leciało, bo był taki odgórny prikaz od swych komunistycznych polskich zwierzchników, którzy znowu otrzymali prikaz od swych sowieckich zwierzchników, do których to spływały rozkazy zapewne bezpośrednio z Kremla. Tutaj małe wyjaśnienie, obóz pracy w Łambinowicach (jak zresztą w ogromnej większości miejsc w Polsce) nie zbudowali komuniści. Oni po prostu przejęli już istniejącą infrastrukturę po Niemcach, którzy dotąd w Łambinowicach również mordowali ludzi na ogromną skalę. Kontynuujmy więc dalej:


"Obóz pracy w Łambinowicach, taki był napis nad bramą. Zobaczycie teraz coście wymyślili. Ja wymyśliłem? Albo jakiś Polak? I mnie sądzić? Za co? Ja wymyśliłem zabijanie niewinnych za niewinnych? Ja wymyśliłem koryto gipsowe dla mojego ojca?

W obozie za bramą czekała na nich sprawiedliwość. Czekał na nich nasz szef, Czesiek G., lat dwadzieścia, tyle co my. Swój chłop, od Niemców swoje wycierpiał. Był w naszej partyzantce, w czterdziestym czwartym wpadł w ich łapy i siedział w obozie w Mysłowicach. Oddział "Czarnego" odbił go w czasie transportu do Oświęcimia (Auschwitz). Zaraz po wyzwoleniu wstąpił do MO, żeby tępić Niemców na Śląsku. Młody był, a już miał sierżanta. Czekał na nich jego zastępca Stanisław D., Edek Z., Antek K., nasz polski Niemiec Jan F., Herbert P., jeszcze inni no i ja, prawa ręka szefa, Ignac.

Sprawiedliwość stać im kazała przed barakiem i czekać na rejestrację, było, że cały dzień. Zaczynaliśmy rejestrację od rewizji szczegółowej. Braliśmy wszystko. Jedna pierścionek schowała we włosach, obcięliśmy jej. Braliśmy i biliśmy. Kolbami, rękami, nogami. Starych, młodych, kobiety. Wszystko, co się ruszało, oprócz dzieci. Na dzień dobry, psychologicznie, jak mówił Czesiek, żeby posłuszeństwo w nich zaorać. Pamiętam jak takim sześciu założyliśmy hełmy na głowy i waliliśmy w nie tak długo, aż na oczy pociekła im krew. Ci to i tak mieli szczęście, raz jednego z brodą wypatrzyliśmy, to nawet do środka na rejestrację nie wszedł, Judasz. Johann mu było, Johann L. Zaciągnęliśmy go do warsztatu za tę brodę i wkręciliśmy mu ją w imadło. I podpalili, żeby wyglądał jak dziad. Krzyczał, że ma dzieci. Resztki odcięliśmy mu nożem ze skórą. Obcęgami wyrwaliśmy mu paznokcie, jeden po drugim. Wkręciliśmy mu jedno ramię w imadło i połamali. Drugie tak samo. Zaczęliśmy pukać mu w głowę kluczami, puk, puk, jest tam kto? A potem łupać w tą czaszkę, chlupało, trzeszczały kości, wywracały mu się gały, Edek powiedział że to białe to mózg. Ta krew z tym mózgiem to wygląda jak kisiel ze śmietaną.


 UWAGA - OPISY DRASTYCZNYCH MORDÓW!


"Dzieliliśmy tak, mężczyźni do jednych baraków, do drugich kobiety, kobiety z dziećmi do jednych i te co mogły pracować do drugich. I cisza, nikt nikogo nie zna. Niech tylko jakiś mąż odezwał się do żony, albo jakaś żona do męża, albo do dzieci, baty. Sztuk dwadzieścia pięć. Raz jedna swego u nas odnalazła, podleciała, cośmy zrobili? Trzy dni na słońcu bez jedzenia i picia. Trzymali się za ręce i leżeli. Nie było litości. Z ziemi do izby chorych, z izby pod ziemię. Jeden prosił kiedyś, żebym go nie zabijał od razu tylko na drugi dzień, bo chce jeszcze zobaczyć się z żoną, nie zobaczył. Mój numer czternasty w tym dniu pożaru, ale wrócę jeszcze do tego.

Dzień powszedni wyglądał tak, że o szóstej po-budka! po-budka! wstać! I na plac. Bieg - Padnij - Czołganie - Bieg. Starzy nie starzy, chorzy nie chorzy, gimnastyka poranna. Po polsku. Komenda i odliczanie, po polsku, od jednego do ilu ich tam było. Kto nie umiał, kto się pomylił, baty, stary nie stary, chory nie chory. Pałami, nogami, rękami. Biliśmy tak długo, aż wychodziły flaki. Kto zdechł, ten zdechł. Buty z niego i do dziury ze ścierwem. Czasami, dla rozrywki, kazaliśmy jednym wchodzić na drzewo, na sam czubek. A innym piłować. Spadali jak gruszki. Gęborski kazał kiedyś jednemu wejść i krzyczeć, jestem małpą! A my strzelaliśmy. Aż spadł. Buty i do dziury, żył czy nie, jego sprawa. Potem apel, podział na grupy pracy w obozie i poza. O dwunastej przerwa, potem znowu praca, wieczorem apel, o dwudziestej drugiej cisza nocna.

Mówię baty, ale takie baty trzeba widzieć (...) Nie wiedziałem, że zady bab są takie wielkie. Na środku placu stawialiśmy stołek, każda musiała podnieść spódnicę i przechylić się. Zabroniliśmy chodzić w majtkach, przy wyjściu z baraków chłopaki sprawdzali kijami. Moja pierwsza nazywała się Gertruda. Lało jak z cebra. Naprzód kazaliśmy im chodzić wokół placu i śpiewać hitlerowskie piosenki. Potem na taboret. Dwadzieścia pięć do trzydziestu uderzeń grubą pałą. Wielkie i białe zady, szczególnie w nocy. Przypierdoliłem jej, aż się zad zatrząsł. Jęknęła. Trochę głupio mi się zrobiło, bo tak trochę jak moja matka. Przyjebałem drugi raz, jeszcze mocniej, ze złości na siebie, że umiałem uderzyć po raz pierwszy (...) Młóciliśmy je jak zboże na klepisku. Skóra i mięśnie wisiały na nich paskami. Leżały na izbie chorych i zdychały, w ranach kłębiły im się muchy, jedno tylko dodam, że nikt z nas ich nie gwałcił, śmierć była dla nich wybawieniem. Umierały na zakażenie krwi.

Nie mieliśmy koni, to zaprzęgaliśmy do pługa i brony mężczyzn. Do pługa dwunastu, do brony od ośmiu do dwunastu, zależnie od siły, do siewnika - piętnastu. Zdarzało się, że ciągnęły też kobiety. Nie mieliśmy aut, to zaprzęgaliśmy do wozów albo przyczep, żeby prowiant przywieść, na przykład. Albo przejechać się, bryczką albo dorożką razem z komendantem. Jak prawdziwe polskie pany. Piętnastego września zaprzęgnęliśmy do wozu szesnastu, bo mieliśmy zawieźć do wioski ciężkie części. Tłukliśmy ich po drodze kijami, ile wlazło, zaciągnęli. Wracając, w lesie, postrzelaliśmy trochę. Połowę z nich zagoniliśmy strzałami do stawu i potopili. Sześciu zaciągnęło nas na powrót, trzech z nich straciło mowę ze strachu, jeden sam się powiesił.

Strzelaliśmy do ludzi na drzewach jak do małp, strzelaliśmy do ludzi w kiblach jak do much. Raz bab za dużo do latryny wlazło, puściłem całą serię, jedne dostały w brzuch, inne w piersi, kule trafiały jak ślepy los. Stękały, jęczały, rzęziły. Do dziury. Żeby śladu nie było, pod ziemię. Wiły się w niej jak duże glisty, zasypaliśmy piachem. Nie znał litości "pan Ignac". Ale każdy znał "pana Ignaca". Chyba, że nie, to biłem. Albo kazałem bić. Dwóch skurwysynków młodych przeszło koło mnie, gdzieś tak po piętnaście. Ani na baczność, ani "Dzień dobry, panie Ignac". Jeden musiał bić drugiego. Przez taboret i dwadzieścia pięć na dupę. Oszczędzali się, to pokazałem jak. Kablem. Biliśmy i zabijaliśmy. Wysiedlaliśmy ich z tej ziemi. Nauczyciele, urzędnicy, kupcy, duchowni mieli pierwszeństwo. Oblewaliśmy ich szczochami, obrzucali gównem, pod paznokcie wbijaliśmy im gwoździe.

Jednemu szewcowi z Bielic, lat 58, skakałem po plecach tak długo, aż zdechł. Jego kumplowi z tej samej wioski, lat 65, wyszedł mózg, tak mu roztrzaskałem czaszkę kolbą. Jednego zastrzeliłem, bo nosił okulary, inteligent. Frau Patschke nażarła się mojego gówna, Fraulein Marii Schmolke z Łambinowic naszczaliśmy do gęby i kazaliśmy jej lizać krew z jej niemieckich ziomków, co leżeli na ziemi. Baby i dziewczyny dogorywały na izbie chorych. Kazaliśmy jebać się im nawzajem i nawzajem torturować. Dziewuchom "płaciliśmy" tak, że wsadzaliśmy im między nogi banknoty namoczone w nafcie i zapalali. Smród szedł okropny. Wsadzaliśmy im do pochwy rozpalone pogrzebacze, wpuszczaliśmy tam szczury i myszy.

Razem z szefem, Czesławem Gęborskim, obcięliśmy piłą nauczycielowi Wolfowi z Bielic chorą nogę. Zawył się na śmierć. Zastrzeliliśmy kobietę w dziewiątym miesiącu ciąży, a potem zastrzeliliśmy małą córkę, kiedy składała kwiaty na jej grobie. Po obozie pałętały się dzień i noc głodujące dzieci. Sieroty, albo odłączone od matek. Żebrały od okna do okna i umierały po cichu. Jednego dnia ogłosiliśmy, że mamy mleko dla dzieci w baraku. Przyszły, zastrzeliliśmy. Janek F. był dobry, musiał być dobry, bo nie do końca nasz. Matka z niemowlakiem na rękach o zupę prosiła, uderzył, w samą główkę. A potem okładał ją, a ona uciekała przed nim z czerwoną kulką w rękach. Klepaliśmy go po plecach, że choć nie nasz, to jak nasz. Janek F. zabił kilkadziesiąt niemowląt, po dwa naraz, roztrzaskując główkę o główkę.

Zabroniliśmy zaznaczać groby, kłaść kwiaty i krzyże. Parę kobiet z dziećmi się uparło, padły zastrzelone zaraz nad ich mężami, ojcami lub dziećmi. Kogo nie zabiliśmy ten zdychał z głodu lub chorób. Na tyfus umierali jak muchy. Wszy żarły im skórę tak, że widać im było gołe żebra. I tak zabijaliśmy za mało. Czesiek chciał, żeby co najmniej dziesięciu dziennie. Potem więcej i więcej, wioski trzeba było przecież opróżniać dla naszych, ze wschodu, na dworcu w Opolu nocowali, ale to już pisałem. Więcej i więcej. To wymyśliliśmy pożar. Dnia 4 października podpaliłem razem z D. barak numer dwanaście. Wcześniej wszyscy wypiliśmy. Nie było co gasić, ale kobietom kazaliśmy nabierać wodę i piasek, mężczyznom nosić to na dach, sypać i lać. Strzelaliśmy, kiedy chcieli schodzić. Dach się zawalił, spadli w ogień i spalili się. Wrzucaliśmy do ognia tych, co się bali podchodzić blisko, ich członkowie rodzin błagali nas na kolanach, nie było litości, mąż palił się na oczach żony, albo odwrotnie.

Gęborski dał rozkaz, żeby strzelać, że niby bunt więźniów, bo pożar i chcą uciekać. I zaczęliśmy strzelać. Strzelaliśmy wszyscy do wszystkich. Kto to dzisiaj zliczy, kilkuset zabitych mogło być. Z bliska, z daleka, jak stali albo uciekali. Każdy z nas liczył na głos, ilu ma. D. zastępca Cześka, zabił czterdziestu sześciu, ja straciłem rachubę. Wyciągnąłem z Izby Chorych starą babę i rozwaliłem zaraz przy rowie, zabiłem ojca sześciorga dzieci, bo po pożarze załamał się nerwowo. Ostatni trup tego dnia był mój. Zastrzeliłem strzałem w tył głowy sanitariusza z opaską Czerwonego Krzyża, który niósł zupę dla chorego dziecka. Zawołałem dwóch, żeby zanieśli go na noszach do rowu, zobaczyłem, że widać mu mózg, kazałem im go jeść. Nie chcieli, tłukłem kolbą. Martwych i ciężko rannych kazaliśmy wrzucać do rowów i zasypywać. Ziemia się ruszała, słychać było spod niej jak rzężą, grabarze musieli tak długo deptać, aż ruszać się przestała i było cicho. 

Przeprowadzaliśmy ekshumację zwłok żołnierzy radzieckich. Kazaliśmy im wyciągać z ziemi tych, których ich żołnierze tam zakopali. Gołymi rękami wyciągać. Mężczyznom i kobietom. Od tych trupów śmierdziało jak z piekła, rozlazłe były tak, że ich części wchodziły w buty. Kobietom kazaliśmy żreć to błoto, kłaść się na wyciągnięte na górę wpółzgniłe zwłoki, całować je i tak jakby dupczyć. Kładły się wymiotując, a my kolbami wbijaliśmy ich niemieckie głowy w rosyjskie czaszki. Gęby, nawet nosy pełne miały trupów, tak zabiliśmy kilkadziesiąt kobiet i dziewczyn. W niektórych grobach zwłoki rozłożone były tak, że jak kogoś tam wrzuciliśmy, już z tej mazi nie wyszedł. Zakopaliśmy takich, którzy tylko zemdleli. Budzili się, jak sypał na nich piach. Darli się jak opętani. Grabarze zakopywali ich wtedy w przyspieszonym tempie

Jakby mnie ktoś spytał dzisiaj, czy słyszę te wrzaski to nie, nie słyszę. Za grzechy nie żałuję. Amen".



Oto relacja z procesu sądowego, wytoczonego pod zarzutem ludobójstwa, przeprowadzonego w Obozie Pracy w Łambinowicach. Czesław Gęborski został aresztowany (i jednocześnie odwołany z funkcji komendanta obozu) w dniu 10 października 1945 r. (sześć dni po niesławnym pożarze, w wyniku którego uśmiercono ponad połowę stłoczonych w obozowych barakach ludzi). Obóz istniał jeszcze dokładnie rok, został oficjalnie rozwiązany w październiku 1946 r. ale po aresztowaniu Gęborskiego nie dochodziło tam już do przypadków celowego uśmiercania więźniów (choć nadal ich szykanowano). Ja pisząc i czytając te okropności (choć oczywiście znałem je już wcześniej, ale do nich nie wracałem, z wiadomego powodu) miałem momentami takie uczucie, jakbym tracił świadomość pod wpływem tych "relacji". Jest to totalny przykład zezwierzęcenia i odczłowieczenia, zamiany ofiar w katów, którzy teraz mszczą się za krzywdy wyrządzone wcześniej przez Niemców im samym, lub ich rodzinom. Nie trzeba też zapewne dodawać, że byli to prości ludzie, wyciągnięci ze swych środowisk przez wojnę, którzy współtworzyli system komunistycznego zniewolenia, ponieważ ten system dawał im coś, czego nigdy by nie osiągnęli - możliwość stania się wreszcie kimś, kogo inni muszą nie tylko poważać i słuchać, ale kogo muszą się bać. Stali się więc trybikami systemu zniewolenia, który wykorzystał ich do własnych ludobójczych celów. Ale to oni, konkretne osoby, konkretne imiona i nazwiska byli prawdziwymi sprawcami - a nie ogólnie rzecz biorąc system komunistyczny, który współtworzyli. 

Bowiem jeśliby ktoś mi dziś zadał pytanie, kto popełnia większą zbrodnię, czy ten, kto wydaje rozkaz "zlikwidowania" jakiejś grupy ludzi, czy też ten, kto ów rozkaz wykonuje, broniąc się potem - "ja tylko wykonywałem rozkazy". Bzdura, nie ma tłumaczenia, nie ma "tylko wykonywałem", jakie tylko? To ty, ty, który dokonujesz danej zbrodni bezpośrednio, ty właśnie jesteś najbardziej winny, nie decydenci zza biurek - tylko ty, bowiem każdy z nas, ma w sobie kod Wolnej Woli i każdy może zdecydować o kolejach swego losu. Jeśli wybierasz zbrodnię, to nie mów potem że "tylko wykonywałeś rozkazy", ty AŻ doprowadziłeś do ogromnej zbrodni, której notabene, będziesz musiał ponieść konsekwencje. W tym, lub w innym żywocie. Dlatego gdybym żył w latach wojny i krwawej niemieckiej okupacji oraz powojennej stalinowskiej rzeczywistości, nie byłbym w stanie funkcjonować w tym społeczeństwie. Moglibyście nazwać mnie słabym, ale wolność jest dla mnie najważniejsza, a w systemie zniewolenia żyć nie potrafię. Z pewnością zasiliłbym więc szeregi Żołnierzy Niezłomnych, a potem... no cóż, pewnie strzeliłbym sobie w łeb, bo nic innego by mi nie pozostało. Na pewno nie mógłbym pozwolić na to, żeby wpaść w ich ręce, bo nie wiem jak długo bym wytrzymał te ich wymyślne tortury.



06 listopada 2025

ZEMSTA OFIAR - Cz I

CZYLI JAK KARANO NIEMCÓW PO
ZAKOŃCZENIU II WOJNY ŚWIATOWEJ





"CHCIAŁOBY SIĘ ZAŁAMAĆ RĘCE NAD TYM, 
W COŚMY SIĘ WPAKOWALI"

FRAGMENT "DZIENNIKÓW" JOSEPHA GOEBBELSA





Zemsta ofiar - do tego właśnie tematu przygotowywałem się dość długo, nie wiedząc początkowo jak go zacząć. Tytuł oczywiście mówi sam za siebie, ale gdybym zaczął ten temat od przedstawiania tych wszystkich rodzajów kar i zniewag, jakie spadły na ludność niemiecką po wojnie - postąpiłbym nie fair, ponieważ wyrwałbym cierpienia Niemców z całego kontekstu sytuacyjnego, a przecież nic nie dzieje się w próżni. Jedno wyrasta z drugiego, jest akcja i jest reakcja, jest zbrodnia i musi być kara - tak przynajmniej zostałem wychowany. Oczywiście w tym temacie będzie również mowa o zbrodni i karze zbiorowej, dotykającej milionów ludzi różnych narodowości, zamęczonych tylko dlatego że zostali uznani za "podludzi". W samym jednym niemieckim obozie koncentracyjnym w Ravensbrück w którym więziono (przez cały okres trwania obozu, czyli w latach 1939-1945) ponad 130 tys. kobiet i dziewcząt. 90 tys. z nich zamordowano, z czego prawie 40 tys. to były Polki - zabite tylko za swoją narodowość, za to że były Polkami. Tak jak Żydów zabijali Niemcy za to że byli Żydami, tak samo Polaków zarówno Niemcy jak i Sowieci mordowali tylko za to że byli Polakami. To był drugi, całkowicie zapomniany w świecie Holokaust, który tylko dlatego nie został zrealizowany w pełni, ponieważ Niemcom po prostu zabrakło na to czasu, gdyż przegrali wojnę. Gdyby tę wojnę wygrali, to zarówno Polacy jak i Rosjanie, Ukraińcy, Białorusini, Litwini i inne narodowości Europy Wschodniej (gwoli wyjaśnienia - z wszystkich tu wymienionych jedynie Polska nie leży w Europie Wschodniej. Polska leży i zawsze leżała w Europie Środkowej - i warto to sobie zapamiętać), szybko dołączyliby do Żydów. Nastałby nieprawdopodobny i nieznany dotąd w dziejach świata Holokaust setek milionów ludzi - Słowian. Przy nim, Holokaust Żydów byłby jedynie dodatkiem, a niemieckie "Totenburgi" (mauzolea chwały żołnierskiej) wyrastałyby jak grzyby po deszczu (projekt Totenburgów przejęli potem Sowieci, a jednym z jego przykładów jest chociażby majestatyczny Kurhan Mamaja w Stalingradzie/Wołgogradzie).

Tak więc gdybym pominął tę kwestię, wyrządziłbym niepowetowaną krzywdę ofiarom niemieckich zbrodni, gdyż późniejsza zemsta ofiar (oczywiście o nieporównywalnej nawet ze sobą skali - z jednej strony bowiem istniał cały państwowy i doskonale zorganizowany przez niemieckich nazistów przemysł masowego ludobójstwa, z drugiej zaś pojedyncze i nieskoordynowane akty zemsty poszczególnych ludzi, którzy częstokroć wcześniej przeszli przez prawdziwe piekło obozów zagłady) była jedynie reakcją na to, czego ci ludzie osobiście doświadczyli. Jeśli ktoś widział jak na jego oczach morduje się całą jego rodzinę, jak matka umiera z zimna, głodu i chorób, jak ludzie mordowani są każdego dnia dla zabawy ( tutaj dodam że gdy mój dziadek miał 15 lat, trafił {w 1940 r.} ze swym ojcem a moim pradziadkiem do niemieckiego obozu pracy pod Poznaniem - za odmowę podpisania volkslisty i wstąpienia do Wehrmachtu, jako że mój pradziad miał korzenie niemieckie - doświadczył pewnego wydarzenia, o którym opowiedział mi dopiero ojciec. Otóż gdy zwołano komando do pracy i ogłoszono zbiórkę - niemiecki oficer, aby pokazać reszcie co ich czeka jeśli nie będą dobrze i dokładnie pracowali, wywołał z szeregu pewnego młodego chłopaka i kazał mu stanąć frontem do szeregu. Następnie wziął do ręki łopatę i jej ostrą krawędzią uderzył tego chłopaka w głowę w taki sposób, że... przepołowił tę głowę na dwie części. I to był tylko przykład dany całej reszcie, pokazujący co ich czeka jeśli będą źle pracować), to trudno potem wybaczyć i nie myśleć o zemście. To, co opisują ludzie, którzy sami potem mścili się na Niemcach, jest zupełnie nieprawdopodobne i niewyobrażalne i trudno mieć do nich jakiekolwiek pretensje o ich późniejsze okrucieństwo.

A mściły się również kobiety, np. Żydówki które uniknęły śmierci w obozie zagłady i widziały, jak niemiecki strażnik zabija ich siostrę tylko za to, że ta próbuje wykopać ze śniegu trochę zmarzniętej trawy, żeby zapchać nią brzuch. One też potrafiły się mścić. Oczywiście były to mimo wszystko raczej indywidualne historie, chociaż podczas przesłuchań złapani w mundurach Niemcy byli bici tak długo, póki nie powiedzieli kim naprawdę są (byli bowiem tacy oficerowie Wehrmachtu, którzy przebierali się w mundury żołnierskie i twierdzili że są zwykłymi żołnierzami, najczęściej pracujący w polowej kuchni lub sanitariacie. Najgorsze katusze przechodzili zaś ci, którzy należeli do SS - a to było bardzo łatwo sprawdzić, gdyż każdy esesman miał tatuaż po prawą pachą). To były oczywiście ekstremalne przypadki, ale w ogóle ludność niemiecka która nie uciekła przed frontem, licząc na to, że po wojnie ziemie przygraniczne i tak wrócą do Niemiec - była poddana szeregowi licznych (drobnych, choć uciążliwych) zniewag, jak choćby obowiązkowi kłaniania się polskim sąsiadom poprzez ściąganie czapki z głowy, zakaz chodzenia ulicą (tylko drogą lub jezdnią), zakaz podróżowania komunikacją miejską (chyba że w towarzystwie Polaka lub Rosjanina), zakaz mówienia po niemiecku na ulicy lub nakaz pisania słowa "Niemcy" małą literą. Nie mówiąc już oczywiście o tym, przez jakie piekło przeszli niemieccy żołnierze wzięci do niewoli sowieckiej na froncie wschodnim, którzy zostali wysłani na Syberię i tam, w przejmującym mrozie, dochodzącym nawet do -40 stopni Celsjusza, musieli pracować w kopalniach niczym najprawdziwsi niewolnicy (część z nich wróciła do Niemiec dopiero po roku 1955, czyli po układzie Chruszczow-Adenauer, gwarantującym niemieckim jeńcom powrót do ojczyzny). Należy jednak pamiętać że ci żołnierze (w ogromnej większości z Wehrmachtu a nie tylko z formacji SS) częstokroć wcześniej byli sprawcami mordów na froncie wschodnim, zabijając całe rodziny, paląc domy (z mieszkańcami w środku) lub wykopując doły i zaganiając tam ludność wsi, po czym wrzucając granaty. To była też ich kara i katharsis.






Bo przecież większość z tych niemieckich zbrodniarzy II Wojny Światowej (zarówno bezpośrednich wykonawców, jak i tych zza biurek), to byli tzw.: normalni ludzie, częstokroć bardzo dbający o swoje rodziny. Przecież jak się czyta "Dzienniki" Goebbelsa, to wyłania się z nich obraz człowieka niezwykle wrażliwego, na zabój zakochanego w swej żonie i dzieciach. Gdy pisze, jak mu dobrze gdy czuje ciepło swej ukochanej żony, jak odpoczywa w towarzystwie dzieci, to człowiek nabiera przekonania że taki ktoś w żaden sposób nie byłby w stanie popełnić jakiejkolwiek zbrodni (zresztą, przecież ani Hitler, ani Goebbels, ani Himmler ani żaden z owych nazistowskich zbrodniarzy osobiście nikogo nie zastrzelił, często nawet nie uderzył w twarz - Himmler na przykład mdlał na widok... krwi cieknącej z nosa). A jednak gdy wracał do swoich codziennych zajęć, zmieniał się nie do poznania i był gotów (oczywiście nie on sam) na wszelkie ofiary, byleby tylko Fuhrer i III Rzesza przetrwały. Ci "zwykli ludzie" doprowadzili do wywołania największej wojennej hekatomby w dziejach ludzkości, wydając rozkazy mordów i zbrodni na milionach - ostatecznie sami utopili się we własnej krwi. Ale jakim kosztem? Jedna tyrania została pokonana przy pomocy drugiej tyranii, która zajęła dla siebie pół Europy i nastał czas tzw.: "Zimnej Wojny" (w dużej mierze pozorowanej, jako że służby specjalne - i nie tylko - obu stron tego konfliktu, były bardziej lojalne wobec siebie samych, niż wobec własnych państw i rządów - ale to zupełnie inny temat). 


"NIE MOGĘ PATRZEĆ NA BITEGO CZŁOWIEKA 
- NIE MOGĘ!
JEŻELI BIJE KTOŚ INNY" 🥴




"Wojna kończyła się strasznie. 12 stycznia 1945 roku Sowieci rozpoczęli ofensywę. (…) Ja sam jako ostatni opuściłem Zamek w Krakowie z moimi ludźmi w momencie, gdy Rosjanie prawie otoczyli miasto i już zaczęli wkraczać na przedmieścia na północ od Wisły. Była druga po południu w środę 17 stycznia 1945 r. Za mną pozostał tylko słaby oddział Wehrmachtu i policji, który odszedł w kilka godzin później. We wtorek, 16 stycznia 1945 roku, dzień wcześniej, po raz kolejny przeszedłem przez sale tego Zamku, które starannie chroniłem i remontowałem. Stałem sam w wielkiej komnacie przeznaczonej dla koronacji i posiedzeń rady, z jej wspaniałym widokiem na cudowne stare miasto, i zastanawiałem się nad drogą, która nas tu zaprowadziła. Kto to nie panował w tym Zamku od tysiąca lat! Kto też nie napadał wciąż na ten Zamek! Mongołowie, Tatarzy, Litwini, Rosjanie, Polacy, Austriacy, potem znowu Polacy, potem Niemcy, a teraz znowu Rosjanie. Węgrzy, Francuzi, Szwedzi wprowadzali się i wyprowadzili, Karol XII i August Mocny oraz… oraz… oraz… Mimo to, Zamek górował nad wiecznie młodą Wisłą beznamiętnie, z dumą i uporem.

Poszedłem jeszcze samotnie do Katedry Zamkowej tego świętego miejsca dla Polski. Tam przez wieki koronowano królów polskich, a ich groby stały w długich rzędach w szerokich kryptach tej katedry. Ze względu na niebezpieczeństwo nalotów nakazałem je starannie umocnić, a następnie stanąłem przed ołtarzem z czarnym welonem, który Polacy powiesili tam, gdy stracili wolność, prawie sto pięćdziesiąt lat wcześniej. Ten welon też mnie teraz oskarżał. Ostatni raz stanąłem przed zamkniętym marmurowym grobowcem ostatniego Jagiellona autorstwa Wita Stwosza w pierwszej bocznej niszy obok głównego portalu i przypomniałem sobie, że kiedy 7 listopada 1939 roku zająłem Zamek na oficjalną rezydencję, przez długi czas byłem szczególnie poruszony mistrzowsko wykutymi rysami starego polskiego króla na tym sarkofagu. Oprowadzający mnie wówczas Polak, profesor Cybichowski długo milczał przy mnie, patrząc na tę marmurową twarz. Król spał. Jego twarz wyrażała straszne męki jego życia, a jednocześnie spokój ostatecznego uwolnienia się od istnienia. W tym czasie ten Polak powiedział do mnie w sposób dystyngowany i cichy: "Tak umierali w cierpieniu nasi królowie, zdecydowana większość z nich. Ciężko jest być królem w Polsce." A kiedy znów stanąłem pod podwyższeniem sarkofagu, by się pożegnać, pomyślałem, że to naprawdę był ciężki urząd, podczas gdy rezydowałem na Zamku".

 
Oto fragment z pamiętników Hansa Franka (od października 1939 do stycznia 1945 r. pełniącego funkcję "Generalnego Gubernatora Okupowanych Ziem Polskich", czyli po prostu niemieckiego naczelnika z ramienia Hitlera) spisanych w więzieniu w Norymberdze i opublikowanych w 1955 r. Frank uciekł z Krakowa (z Wawelskiego Zamku) 17 stycznia 1945 r. o godz. 13:25 przy pięknej zimowej pogodzie i jasno świecącym słońcu. Uciekł stąd, by już nigdy tutaj nie powrócić, tak jak tysiące Niemców który zostali sprowadzeni na ziemie polskie w czasie II Wojny Światowej. Wszyscy teraz uciekali niczym szczury z tonącego okrętu, w obawie przed zbliżającą się Armią Czerwoną. Wszyscy oni wiedzieli że wpadnięcie w ręce Sowietów, czy choćby nawet Polaków, oznaczało niechybną karę śmierci, dlatego też ratując się woleli poddać się Amerykanom lub nawet Brytyjczykom, co mogłoby im zgwarantować ocalenie życia. Ale nie wszyscy Niemcy uciekali, bardzo wielu z nich (szczególnie na przedwojennych ziemiach niemieckich na Górnym i Dolnym Śląsku czy na Pomorzu) pozostawało w swych domach, starając się przeczekać ten okres okupacji (jak oni to nazywali). Byli to najczęściej zwykli rolnicy, lub mieszkańcy miast, którzy nie byli zaangażowani w zbrodnie narodowego socjalizmu (wiadomo bowiem że zbrodniarze uciekali pierwsi, gdyż wiedzieli co ich spotka jeśli szybko nie uciekną. Potem albo ukrywali się pod zmienionym nazwiskiem, albo wracali do swoich środowisk, albo też uciekali za granicę - szczególnie do Ameryki Południowej - dlatego tak trudno było dopaść ich, aby wymierzyć sprawiedliwość). Ci ludzie oczywiście również zdawali sobie sprawę, że nadejście Sowietów będzie równoznaczne z wywróceniem ich dotychczasowego życia do góry nogami, ale nawet jeśli niemiecka propaganda ostrzegała ich przed falą zbrodni i gwałtów jakie popełniali Sowieci chociażby w Prusach Wschodnich, o tyle ucieczka i pozostawienie własnego dobytku (po to tylko, żeby błąkać się po drogach bez jedzenia i kąta do spania, często z małymi dziećmi) była odpychająca dla wielu z nich. Pocieszali się też myślą że nie będzie tak źle, że wcześniej czy później Sowieci i Polacy stąd odejdą i znów wrócą niemieckie rządy. Trzeba tylko przeczekać ten jak dla nich "ciężki czas".




Wielu z nich jednak albo nie zdawało sobie sprawy z ogromu niemieckich zbrodni popełnionych w Polsce, Rosji, na Ukrainie, Białorusi, na Litwie i w wielu innych ziem okupowanego przez nich Wschodu (chociaż listy niemieckich żołnierzy pisane z Frontu Wschodniego temu przeczą, bowiem propaganda niemiecka nie była w stanie wyłapać wszystkich tych listów które szły z frontu do Rzeszy, a dziennie szło tamtędy jakieś 20 do 25 milionów listów. To była nieprawdopodobna liczba i nie starczało nawet cenzorów żeby to przejrzeć, gdyż ludzie do tego zaangażowani potrzebni byli albo na froncie, albo w fabrykach zbrojeniowych, albo jeszcze gdzie indziej. A w owych listach niemieccy żołnierze otwarcie pisali o zbrodniach, jakie widzieli albo na własne oczy, albo które sami popełniali, często przy tym śmieszkując że "oczyszczają teren". Potem jednak - po roku 1943 - gdy przyszły wielkie klęski, ton listów się zmieniał. Dominowało przerażenie wojną i ogromna chęć porzucenia walki i powrotu do domu, nawet na piechotę. Gdy jeden z żołnierzy dostał list od swojej dziewczyny, która prosiła go aby przywiózł jej pończochy ze zdobytej Moskwy, ten jej odpisał: "Przyszliśmy tu na rozkaz, walczymy tu na rozkaz i zdechniemy tu na rozkaz (...) jest tak potwornie zimno, że boimy się nawet otworzyć oczu, żeby nie zamarzły nam gałki oczne. (...) Ja tu zdycham, powoli zdycham, a ty piszesz o pończochach". Inny żołnierz Wehrmachtu pisał, że ci, którzy twierdzą że wojna potrwa do lata 1943 r. i Związek Sowiecki zostanie rzucony na kolana, powinni natychmiast udać się do psychiatry, a najlepiej zamknąć się w szpitalu bez klamek, ponieważ nie mają w ogóle pojęcia co się tutaj dzieje. "Nieustannie się cofamy. Ciągle przychodzą nowe rozkazy aby się cofnąć", twierdził dalej, że ziemie te zdobyte zostały ogromną daniną niemieckiej krwi, a teraz oddawane są od tak po prostu. Wielu jednak pisało (i taki jest dominujący przekaz w listach płynących ze Wschodu po roku 1943), że nie chcą już więcej walczyć, że pragną porzucić broń i wrócić do kraju, a ci, którzy zostali poważnie ranni (na przykład w obie nogi i te nogi będą im amputowane), są niesamowitymi szczęściarzami, ponieważ "zostaną wywiezieni z tego piekła, a my tu zostaniemy i tutaj zdechniemy!"

Wielu też Niemców na obszarach etnicznie mieszanych (takich jak choćby Górny Śląsk), wraz ze zbliżaniem się Frontu Wschodniego do granic Rzeszy, zmieniało swój stosunek do ludności polskiej. W raporcie Sekcji Zachodniej Delegatury Rządu na Kraj (w okresie od marca do czerwca 1944 r.) można przeczytać: "Generalnie stosunek do Polaków cechuje nienawiść. Jest to dość zrozumiałe. Narodowy socjalizm jest ruchem mas, wyniesionych z powojennej nędzy. Dał im pracę, płacę, opiekę społeczną, wyższość nad feudalnymi tradycjami. Przez udział w partii, mają udział i decyzję w państwie, przez mit rasy - wyższość nad ludami świata, przez zawojowanie Europy i barbarię - udział i pełne wyżycie się najprostszych instynktów. Te masy prostych Niemców (...) rzemieślnik czy zdeklasowany wojną światową półinteligent (...). W klęsce widzi powrót na ławkę parkową i tego się boi, bo system zabił w nim inicjatywę własną i czuje, że w rumowisku walącej się Rzeszy zginie. Jest to element, który pójdzie na hasła rzucone już dziś przez propagandę niemiecką (...) "Jeżeli zginiemy, to z nami wszyscy". (...) Hasła totalnego wyniszczenia Polaków głosi się zwłaszcza w Wielkopolsce i na Pomorzu, stąd każdy raport przynosi nowe szczegóły tej wojny nerwów. (...) Na Pomorzu np przez jakiś czas głoszono, że do wiosny nikt z Polaków opornych nie pozostanie przy życiu. (...) W kołach inteligenckich choć w stosunku do zagadnień polskich zawsze myślących po niemiecku - nurtują głębokie obawy i lęk przed katastrofą Rzeszy i lęk przed Rosją. Mając do wyboru okupacją rosyjską czy anglosaską, koła te wolałoby wybrać tę drugą. Wobec Polaków próbują zrzucać odpowiedzialność za gwałty i zbrodnie zwalając winę na reżim, głównie na Himmlera i Gestapo, które zdaniem ich jest równie bezwzględne wobec wszystkich. Führera osłaniają".




Stopień zbydlęcenia niemieckiej okupacji w Polsce był tak ogromny i tak bandycki, że poziom wyrosłej z niej potrzeby (czy też żądzy) sprawiedliwości, zamienił się w żądzę odwetu i to odwetu bez względu na wszystko. Na jednej ze ścian na stacji kolejowej w okupowanej Bydgoszczy pojawił się wiosną roku 1944 taki napis: "Pakujcie walizki, wasz koniec już bliski!". Komendant stacji kazał napis zamalować i nie zgłaszać sprawy na Gestapo, co było nie do pomyślenia jeszcze do niedawna. Wkrótce potem pojawił się drugi napis: "Złodzieje i mordercy - nie uciekniecie nam!" Zbliżanie się frontu i świadomość niechybnej klęski zmieniała również postawę wielu partyjnych aparatczyków NSDAP. Taki przykład - w pociągu na jednej ze stacji kolejowych, do przedziału w którym siedział jakiś urzędnik partyjny, wszedł żołnierz wraz ze swoją dziewczyną. Para ta zaczęła rozmawiać ze sobą po polsku (zapewne żołnierz był Polakiem wcielonym przymusowo do Wehrmachtu), a rzecz miała się na ziemiach polskich, oficjalnie przyłączonych do Rzeszy. Tam rozmawianie w języku polskim, a już w ogóle żołnierza Wehrmachtu było nie do pomyślenia i było natychmiast karane. Ten urzędnik też zwrócił im uwagę, że para nie powinna ze sobą rozmawiać po polsku (notabene "zwrócił im uwagę", natomiast w innej sytuacji pewnie kazałby aresztować tego żołnierza i powiadomił jego przełożonego), na co tamten odpowiedział mu w dość opryskliwy i nieprzyjemny sposób. Partyjniak zamknął się i już do końca podróży nie powiedział ani słowa. Inny przykład: w pewnej wiosce na Górnym Śląsku niemiecki rolnik przywiózł furmanką tonę węgla na zimę Polakowi. Tamten był bardzo zdziwiony ponieważ nigdy wcześniej nic takiego się nie działo, a wyjaśniło się, gdy Niemiec odjeżdżał i rzekł mu wówczas na pożegnanie: "Tylko jakby co, to pamiętaj że ja ci pomogłem". Była zima 1944 na 1945.

Gdy wojna dobiegła kresu, gdy Niemcy zostały zmiażdżone a Hitler (prawdopodobnie) strzelił sobie w łeb, po tym morzu krwi, cierpień, łez i zniewag jakich podczas tej wojny doświadczyli Polacy, Żydzi i Rosjanie, skumulowała się w wielu ludziach podskórna wręcz, ale kipiąca żądza zemsty. Gdy w lipcu 1945 r. na odzyskane Ziemie Zachodnie (czyli byłe niemieckie ziemie wschodnie) przybywać zaczęli pierwsi Polacy, był wśród nich pewien Warszawiak, który w Powstaniu stracił swoje dzieci. To znaczy Niemiec kazał mu wybierać które jego dziecko przeżyje, resztę zamierzał zabić. Ten mężczyzna upadł mu do stóp i błagał aby oszczędził jego dzieci, ale nic nie pomogło, tamten odbezpieczył broń i zabił wszystkie jego dzieci, pozostawiając jedynie ojca żywego. Ten myślał że oszaleje, nie był w stanie żyć w gruzach zniszczonej Warszawy i zdecydował się zacząć jakoś nowe życie na Ziemiach Odzyskanych. Przybył do jakiegoś niemieckiego miasteczka które teraz należało już do Polski i tam pragnął odnaleźć spokój. Tak się jednak zdarzyło, że do tego miasteczka powrócił niemiecki sołtys. Próbował uciec na Zachód ale mu się nie udało i ostatecznie został zawrócony. Był to jednak dobry i porządny człowiek, tylko że jego błędem było iż przybył w nieodpowiednim czasie. W czasie zemsty, kiedy ta zemsta w ludziach - którzy przybyli na Ziemie Odzyskane i którzy przeżyli traumę okupacji, widzieli niemieckie bestialstwo i codzienną niepewność jutra, zemsta w nich wręcz kipiała. Ten sołtys został ukamienowany na śmierć, nikt bowiem nie patrzył na to, czy on był członkiem NSDAP czy nie, czy był dobrym czy złym człowiekiem, to nie miało żadnego znaczenia, był po prostu Niemcem i to wystarczyło. W jakiś czas potem do tego samego miasteczka przybył inny Niemiec wraz z dwoma swymi synami. Ten był szowinistą i nie cierpiał Polaków, ale nie miał gdzie się podziać, więc wrócił do miejsca skąd wcześniej uciekł. I jemu nie spadł już włos z głowy, po prostu potrzeba zemsty już się w ludziach wypaliła, i tak to właśnie działało. Błędem niemieckiego sołtysa była więc nieumiejętność doboru czasu i nieświadomość panującej wśród Polaków żądzy pomszczenia wyrządzonych im wcześniej zniewag.




W czasie wojny, aby uzupełnić ubytek rąk do pracy (potrzebnych na froncie), wprowadzono na ziemiach polskich (a raczej w Generalnej Guberni - jak Niemcy zwali ten twór) konieczność pracy dla Polaków w Niemczech. Oczywiście ta "konieczność" bardzo szybko przerodziła się w obowiązek, a ponieważ Polacy nie chcieli tam jeździć, więc trzeba ich było do tego przymusić na różne możliwe sposoby, a jeśli to nie działało to po prostu urządzało się łapanki. Polegało to na tym, że Niemcy odcinali jakiś odcinek ulicy - po obu jej krańcach - i wszystkich którzy byli na tej ulicy pakowali do wojskowych ciężarówek a potem przewozili do więzień, gdzie też dokonywano selekcji. Część trafiała jako przymusowi niewolnicy do pracy w Rzeszy, a jakaś część trafiała na Szucha (gdzie mieściło się w więzienie śledcze i katownia) lub do innych więzień na terenie okupowanej Polski, a następnie do obozów koncentracyjnych. Do jednego z takich gospodarstw w Rzeszy trafiła pewna młoda Polka, która szybko stała się zabawką dla niemieckiego gospodarza i jego trzech synów. Wszyscy zbiorowo gwałcili ją przez co najmniej trzy lata. Żona owego Niemca wiedziała doskonale co się dzieje, ale nie reagowała, a wręcz przeciwnie, im bardziej oni poniżali ową dziewczynę, tym ona była dla niej okrutniejsza, ograniczała jej na przykład porcje żywnościowe. Gdy wojna zbliżała się do końca i wioskę tę zajęli Sowieci, owa dziewczyna poszła do sowieckiego komendanta i poprosiła go aby związał tych mężczyzn (co też zostało uczynione) i aby ich zastrzelił (opowiedziała mu również co z nią robili i jak bestialsko ją traktowali). Ten stwierdził że wehrmachtowca albo esesmana może zabić, ale nie jest w stanie zabić cywila (wśród Sowietów też zdarzały się takie przypadki). Natomiast ci mężczyźni nie służyli w wojsku z powodów zdrowotnych (jeden był ranny, inni też byli w jakiś tam sposób zwolnieni z wojska). Komandir dodał jednak że dziewczyna może sama ich zabić. Dał jej swoją broń, pokazał jak się odbezpiecza i gdy przystawiła pistolet ojcu rodziny pod serce, jego żona upadła przed nią na kolana i zaczęła ją prosić aby nie zabijała jej męża. Pociągnęła za spust i tamten padł martwy, następnie przystawiła pistolet pod serce jednego z synów - matka w tym momencie straciła przytomność. Wystrzeliła. Drugiego syna zabiła w ten sam sposób, a trzeciemu (który najbardziej się nad nią znęcał i był najokrutniejszy) kazała otworzyć usta i włożyła mu lufę do buzi. Trochę trzęsła jej się ręka, więc ta lufa nieco się ruszała w jego ustach. Ostatecznie pociągnęła za spust i jego głowa się rozpadła. W tym momencie rzuciła pistolet w stronę matki która leżała na ziemi ze słowami: "A ty sobie żyj, więcej już nie będę zabijać".

Szczególnie wielka była żądza zemsty wśród Rosjan, którzy również doznali niesamowitych cierpień w czasie wojny z rąk Niemców. Łącznie zginęło 26 milionów Rosjan (żołnierzy i cywilów), Niemcy zniszczyli 1700 miast w Związku Sowieckim, 40 parę tysięcy wsi. Nic dziwnego że nie tylko propaganda sowiecka, ale sami Rosjanie żyli rządzą zemsty. W prasie, radiu, nawet na pisanych na murach ogłoszeniach powtarzało się jedno hasło: "Czy zabiłeś już dziś jakiegoś Niemca? Jeśli nie, to straciłeś dzień i natychmiast to napraw". Nic dziwnego więc że ludzie którzy doświadczyli śmierci swoich bliskich, nie mieli w sobie krzty litości wobec "niemieckich morderców". Są przypadki że Sowieci czołgami wjeżdżali w kolumnę cywilnych Niemców, tratując ludzi lub spychając ich w przepaść. Jeden z takich czołgistów, gdy wjechał w wóz ciągnięty przez konia, miażdżąc go i spychając ku przepaści, stwierdził potem że zupełnie nie interesowało go czy jadący na tym wozie Niemcy (głównie kobiety i dzieci) żyją czy nie, dla niego liczyła się bowiem tylko sama zemsta. W czasie wojny zaś zginęło co najmniej 8, a prawdopodobnie około 10 milionów Polaków (twierdzenie że było to 6 milionów jest błędne i znacznie zaniżone, oczywiście wliczyć w to należy jakieś 3 miliony Żydów), w ogromnej większości (w ponad 90 %) była to ludność cywilna. Zniszczenia miast i wsi są równie wielkie (choć nieco mniejsze niż w Związku Sowieckim, biorąc pod uwagę jego obszar). Polska była więc najbardziej zniszczonym krajem świata w czasie II Wojny Światowej (biorąc pod uwagę przedwojenną liczbę ludności - 35 milionów). Zniszczenia zaś kraju były potworne, Warszawa zamieniona w jedno wielkie gruzowisko, rozkradzione dzieła sztuki. Niemcy polowali nawet na polskie dzieci, które odbierano rodzicom i przewożono do Niemiec w celu ich germanizacji (po wojnie do swych rodzin wróciło tylko kilka procent wywiezionych w ten sposób polskich dzieci). Niemcy realnie cofnęli nas o co najmniej jedno stulecie jeśli nie więcej. Więc nic dziwnego że nienawiść do okupantów była tak wielka.




W pewnej miejscowości na Śląsku grupa polskich żołnierzy napotkała niemieckich cywilów jadących na zachód. Czterech z tych żołnierzy starało się odebrać rodzicom ich małą córkę, ci jednak przylgnęli do dziecka tak bardzo, że nie można było ich od niej odciągnąć. Zaczęli więc bić kolbami ojca po karku i głowie, aż ten upadł na ziemię, a następnie został zastrzelony w jakimś rowie do którego wpadł. Matka i córka zaczęły płakać i wówczas dano im już spokój. W byłym niemieckim obozie w Łambinowicach na Śląsku, urządzono zaraz po wojnie obóz wysiedleńczy dla okolicznej ludności niemieckiej. Co się tam wyprawiało  opowiem w części drugiej tego tematu, teraz jedynie przypomnę: ludzi których tam umieszczano (bez znaczenia czy to byli Niemcy czy Polacy, bo nikt tego nie sprawdzał, wystarczało że byli tutejsi) zmuszano do potwornych rzeczy. Kazano im np. wchodzić na drzewa po czym strzelano do nich jak do małp, zaprzągano ich do wozów niczym konie i kazano ciągnąć, po drodze maltretując a nawet zabijając część z nich. Za najmniejsze przewinienie groziła kara śmierci i bez względu na to czy żyłeś, czy nie wrzucenie do dołu i zakopanie. Było to oczywiście zwykłe zbydlęcenie, należy jednak pamiętać że ludzie którzy to uczynili (a to byli z reguły młodzi mężczyźni, większość z nich nie miała nawet 20 lat), którzy przeszli potworną traumę wojenną, widzieli śmierć swoich najbliższych, byli w obozach koncentracyjnych, widzieli niemieckie bestialstwo i teraz, gdy dano im możliwość kierowania takim obozem, te wszystkie traumy dały o sobie znać i zemsta stała się naturalną potrzebą, a wręcz koniecznością. Mimo to należy pamiętać że zemsta jaką na Niemcach dokonywali Polacy, była niczym w porównaniu z tym, co Niemcom (głównie sudeckim) zgotowali Czesi. My mieliśmy prawie 6 lat potwornej okupacji niemieckiej, a mimo wszystko nie było takiego zbydlęcenia jakie dokonało się w Czechach, gdzie była zupełnie inna okupacja, o zupełnie innym natężeniu terroru. A tam Niemców wręcz palono żywcem, i to nie od razu, a powoli, systematycznie...





PS: W drugiej części opiszę jak postępowano z Niemcami i Polakami w byłym niemieckim obozie w Łambinowicach, który następnie został przejęty pod sowiecki zarząd. Oficjalnie komendantem był w nim młody chłopak Czesław Gęborski, żołnierz Armii Ludowej i członek Milicji Obywatelskiej. Przedstawię dokładnie jego relację przedstawioną na procesie, jaki odbył się z końcem 1945 r. w sprawie zbrodni, jakich dopuszczał się Gęborski i jego podkomendni właśnie w Łambinowicach.


CDN.

05 listopada 2025

WALKIRIA - CZYLI DLACZEGO HITLER ZDOBYŁ WŁADZĘ W NIEMCZECH? - Cz. IV

CZYLI CO SPOWODOWAŁO
ŻE REPUBLIKA WEIMARSKA
ZMIENIŁA SIĘ W III RZESZĘ?





PLANY I MARZENIA
Cz. III






OTOCZENIE BLOKU ŚRODKOWOEUROPEJSKIEGO PRZEZ FRANCJĘ I ROSJĘ



"ROSJI NIE INTERESUJĄ ZIEMIE NIEMIEC, A MY NIE ZAMIERZAMY PODBIJAĆ ROSYJSKICH. W GRĘ MOGĄ WCHODZIĆ JEDYNIE PROWINCJE POLSKIE, KTÓRYCH I TAK OPANOWALIŚMY JUŻ WIĘCEJ, NIŻ JEST NAM POTRZEBA"

OTTO von BISMARCK
(13 stycznia 1887 r.)



18 marca 1890 r. kanclerz Rzeszy Niemieckiej i premier Prus - Otto von Bismarck złożył oficjalną dymisję, która została przyjęta przez cesarza Wilhelma II dwa dni później. Dymisję poprzedziła wzajemna konfrontacja (oczywiście w jak najbardziej dyplomatycznej formule), do której doszło 14 marca, a była ona związana z przypomnieniem przez Bismarcka kompetencji jakie posiadał - według konstytucji Rzeszy z 16 kwietnia 1871 r. - pruski monarcha. Cesarz miał odpowiedzieć "Żelaznemu Kanclerzowi" że nie czuje się w żaden sposób związany "okólnikami" wydanymi przez jego poprzedników. Konflikt kanclerza z cesarzem przybierał na sile z każdym miesiącem panowania tego młodego władcy, który rósł w cieniu blasku wielkości Bismarcka i któremu wreszcie ten blask zaczął przeszkadzać. Tę wzajemną niechęć (lub raczej wybujałą ambicję młodzika, który "nigdy nawet nie wąchał prochu", a cały czas pozował na "silnego człowieka" Europy) przewidział nawet dziad Wilhelma II - Wilhelm I, który niegdyś rzekł: "Gdy książę Wilhelm zostanie cesarzem, będzie mu zależało na sprawianiu wrażenia człowieka, który sprawuje rzeczywistą władzę. Właśnie dlatego uważam, że on i kanclerz nie za długo będą żyć w zgodzie". Gdy więc 18 marca Bismarck składał dymisję, pokusił się jeszcze na odchodnym o złośliwość w stosunku do kajzera - gdy rozmawiając na temat cara Aleksandra III i polityki rosyjskiej, Bismarck ostentacyjnie włożył rękę do kieszeni z której wyjął jakiś świstek papieru, po czym powiedział że na cara "należy uważać". Gdy Wilhelm poprosił go o okazanie owej kartki, okazało się że jest to raport dyplomatyczny, wysłany z Petersburga przez niemieckiego ambasadora, który przytaczał osobistą opinię Aleksandra III o Wilhelmie II, a brzmiała ona: "Chłopak źle wychowany i złej wiary". Nie była to zresztą ostatnia złośliwość, jakiej dopuścił się Bismarck w stosunku do cesarza, który tak naprawdę odetchnął dopiero wtedy, gdy "Żelazny Kanclerz" zakończył życie - 30 lipca 1898 r. Napisał wówczas list do swej matki - cesarzowej Wiktorii, w którym znalazły się takie oto słowa: "Teraz wreszcie Korona rozsyła swoje promienie z "Łaski Bożej" do pałacu i chaty (...) A Europa i świat słuchają, co mówi i co myśli niemiecki cesarz, a nie jaka jest wola jego kanclerza! (...) Na zawsze, na zawsze, jest tylko jeden cesarz na świecie, cesarz niemiecki prawem tysiącletniej tradycji".

Nowym kanclerzem Rzeszy został mianowany (20 marca 1890 r.) wiekowy już - Georg Leo von Caprivi, który będąc jeszcze admirałem, wciąż powtarzał "Następnej wiosny czeka nas wojna na dwa fronty". Caprivi nie był zadowolony z porzucenia kariery wojskowej i objęcia nowego, politycznego stanowiska, a nawet żalił się że: "Teraz grzebię swoją wojskową sławę". Nowy kanclerz, choć był dość dobrym sztabowcem, a nawet w pewnym sensie politycznym wizjonerem (przewidywał wojnę na dwa fronty z Rosją i Francją, oraz wzięcie Niemiec w kleszcze i powtarzał: "Najpierw musimy zakończyć wojnę, która wybuchnie lada chwila, a dopiero potem będziemy mogli rozwijać flotę"), jednak nie nadawał się do polityki. Bardzo często bowiem ulegał kaprysom i humorom politycznym niedoświadczonego kajzera, który chcąc zasłużyć na miano "silnego człowieka" Europy, wymyślał wciąż nowe, często niedorzeczne plany przyszłych sojuszy (np. chciał zawrzeć sojusz z Wielką Brytanią, Francją i Rosją przeciwko Stanom Zjednoczonym, a także sojusz z Francją i Rosją przeciw Wielkiej Brytanii i Japonii, a także sojusz z USA i Chinami przeciw Francji, Wielkiej Brytanii, Rosji i Japonii i jeszcze kilka tego typu konfiguracji politycznych jakie sobie zakładał młody cesarz). Jednym z pierwszych posunięć nowego rządu było zaś podpisanie tzw.: układu zanzibarskiego (1 lipca 1890 r.), polegającego na oddaniu Wielkiej Brytanii afrykańskiego Zanzibaru i zrzeczenie się pretensji do Ugandy, w zamian za przejęcie wyspy Helgoland na Morzu Północnym. I choć ta polityka była uważana za wielki sukces niemieckiej dyplomacji (oddanie "zanzibarskich błot" w zamian za Helgoland - wyspę o strategicznym znaczeniu dla ewentualnych przyszłych wojennych działań niemieckiej floty na Morzu Północnym), to jednak niemiecka opinia publiczna mocno krytykowała wówczas rząd Capriviego (i stojącego za nim kajzera) za dokonanie tej zamiany.

Leo von Caprivi stał się teraz twarzą "Nowego Kursu" w polityce Niemiec, który opierał się na utrzymaniu sojuszu w bloku środkowoeuropejskim (Niemcy - Austro-Węgry - Włochy - Rumunia) i zabieganiu o przychylność Wielkiej Brytanii, kosztem Francji i Rosji. Z tego powodu Niemcy wypowiedziały w czerwcu 1890 r. (wbrew rosyjskim życzeniom kontynuacji tego sojuszu) układ reasekuracyjny z Rosją, zawarty trzy lata wcześniej za Bismarcka. Był to poważny błąd, który zemścił się w kolejnych latach i ostatecznie doprowadził do klęski Niemiec w I Wojnie Światowej. W Niemczech bowiem postrzegano wówczas Rosję na dwa sposoby. Po pierwsze obawiano się ekspansjonistycznej polityki rosyjskiej (szczególnie na Bałkanach, Kaukazie i w Cieśninach Czarnomorskich) a także z przerażeniem spoglądano na ogrom tego kraju - uważając że "wojna z Rosją byłaby dla Niemiec nieszczęściem", a jednocześnie postrzegano kraj carów jako kolosa na glinianych nogach, którego co prawda może nie da się w całości rozbić, ale przynajmniej można pobić jego armie i wydrzeć mu cześć terytoriów. Coraz częściej zaczęły dochodzić do głosu takie idee i pojęcia, jak: "Drang nach Osten" ("Ekspansja na Wschód") oraz "Die grossraum Idee" ("Idea wielkiej przestrzeni"). Uważano też, że bardzo łatwo (przy wsparciu Austro-Węgier) będzie można odciąć "polski balkon" (jak w niemieckiej politycznej terminologii nazywano Królestwo Kongresowe) od reszty Rosji i miażdżącym wypadem z Prus Wschodnich i Galicji rozbić rosyjskie wojska. Pojawił się jednak problem, co dalej zrobić w sytuacji, gdy Rosja po tym uderzeniu się nie podda i będzie dalej kontynuowała wojnę w oparciu o swoje terytorium i ogromne zasoby ludzkie. Powstało wówczas kilka propozycji (jak choćby dalsza ofensywa w kierunku Bałtyku i Ukrainy, oraz zniszczenie najważniejszych rosyjskich centrów przemysłowych i rolniczych), ale mimo wszystko politycy niemieccy uważali ewentualną wojnę z Rosją jako ostateczność bardzo niekorzystną dla Niemiec. Tak naprawdę Niemcom nie zależało na pozyskaniu rosyjskich terenów. Pytano wręcz wprost: "Czegóż moglibyśmy zażądać od Rosji?" i zarazem odpowiadano: "Polaków? Mamy wystarczająco sporo kłopotów z naszymi i nie potrzebujemy tych rosyjskich". Nieprzedłużenie traktatu reasekuracyjnego, "Nowy Kurs" w polityce Niemiec, buńczuczne nawoływania do ustąpienia Niemcom "miejsca pod słońcem" doprowadziły jednak do jawnego zerwania sojuszu z Rosją (która była podstawą polityki Bismarcka i był on nawet w stanie poświęcić dla utrzymania tego sojuszu - układ Niemiec z Austro-Węgrami zawarty w 1879 r.), a to mogło ją tylko pchnąć ku Francji - żądnej rewanżu za klęskę z 1870 r. 




Francuzi szybko podłapali temat (zdając sobie sprawę że sojusz z Rosją doprowadzi do wyjścia Francji z politycznej izolacji, w jaką wpadła po 1871 r.) i już 23 lipca 1891 r. francuskie okręty wojenne wpłynęły do rosyjskiego portu w Kronsztadzie, gdzie nastąpiło oficjalne powitanie z udziałem samego cara Aleksandra III, który nawet przysłuchiwał się "Marsyliance" (pieśni dotąd w Rosji zakazanej, jako rewolucyjna i republikańska). Już sam ten fakt spowodował, że o wizycie francuskiej eskadry w Rosji pisały wszystkie gazety w Europie a temat stał się "gorący" także i w gabinetach polityków. 27 sierpnia 1891 r. zostało dodatkowo podpisane francusko-rosyjskie porozumienie polityczne, a 17 sierpnia 1892 r. również i konwencja wojskowa, zaś 10 czerwca 1893 r. traktat handlowy. Sojusz francusko-rosyjski oficjalnie (po przyjęciu przez francuski Parlament) wszedł w życie 4 stycznia 1894 r. Francja do tego czasu udzieliła już Rosji kilku pożyczek (pierwsza wypłacona w 1887 r.), przeznaczonych głównie na rozwój przemysłu, budowę kolei transsyberyjskiej (notabene właśnie z jej powodu o mało co życia nie stracił przyszły car - Mikołaj II, który jeszcze jako następca tronu w marcu 1894 r. wyjechał do Japonii. Tam właśnie został poważnie zraniony szablą w twarz przez japońskiego policjanta, który uznał że kolej transsyberyjska będzie służyła szybszemu przerzucaniu wojsk rosyjskich nad Pacyfik i w ten sposób Rosjanie zagrożą jego ojczyźnie) oraz walkę z klęską głodu, jaka nawiedza Rosję w latach 1891-1893. Doszło też do wzajemnych wizyt na najwyższym szczeblu państwowym (w 1896 r. car Mikołaj II złożył wizytę w Paryżu, a w 1897 r. z rewizytą udał się do Rosji prezydent Francji - Feliks Faure). W taki oto sposób narodziło się Dwuprzymierze, a Niemcy, Austro-Węgry i Włochy zostały wzięte w kleszcze. Wojna jednak wcale nie musiała wybuchnąć, gdyż ani Niemcy ani Austro-Węgrzy nie wysuwali żądań terytorialnych wobec sąsiednich krajów. Co prawda francuskie dążenie do rewanżu i zadośćuczynienia za "hańbę 70-go roku" było silne (na Place de la Concorde w Paryżu personifikacja Strasburga i Alzacji - była przykryta przez te wszystkie dekady, aż o 1918 r. czarną krezą), ale społeczeństwo francuskie lat 80-tych i 90-tych XIX wieku już raczej pogodziło się ze stratą Alzacji i Lotaryngii. Rosjanie też nie mieli żadnego powodu aby wszczynać wojnę, choć co prawda głosili potrzebę zjednoczenia wszystkich słowiańskich ziem pod berłem jednego "Cesarza Wszechrusi", to jednak powodów do nowej wojny realnie nie było żadnych. 




Ludzie już pragnęli żyć w spokoju i pokoju, tym bardziej że od lat 50-tych XIX wieku, a szczególnie w latach 80-tych i 90-tych, znacznie podniósł się komfort życia i niewielu pragnęło to wszystko niszczyć, doprowadzając do wywołania wojennej pożogi. Tym bardziej że pomimo powstania dwóch antagonistycznych bloków polityczno-militarnych, tak naprawdę niepewne było jeszcze stanowisko Wielkiej Brytanii a nawet Stanów Zjednoczonych. A przecież, pomimo faktu że dla Francji konflikt z Niemcami był obecnie priorytetem w polityce, to jednak sytuacje konfliktowe z Wielką Brytanią wcale nie zniknęły i wciąż się objawiały w owych latach. Niemcy również pragnęły przyciągnąć do siebie Angoli, prawiąc o "dwóch germańskich narodach" oraz (ustami cesarza Wilhelma II) wyrażając swój podziw dla potęgi kolonialnej Imperium Brytyjskiego. Brytyjczycy jednak z dużą rezerwą podchodzili to tych niemieckich aliansów, co znów powodowało niechęć (i frustrację) w niemieckich kręgach politycznych (np. Bismarck stwierdził w 1857 r.: "Jeśli chodzi o inne kraje, to przez całe życie odczuwałem sympatię tylko do Anglii i jej mieszkańców, i czasami dotąd nie potrafię się od niej uwolnić. Ci ludzie nie chcą jednak pozwolić na to, żebyśmy ich lubili", a kajzer Wilhelm częstokroć podkreślał swoje brytyjskie pochodzenie: "Moja matka i ja mamy ten sam charakter. (...) W naszych żyłach płynie dobra, uparta angielska krew, która nie zna, co to ustępować", mimo to do żywej pasji doprowadzały go stwierdzenia matki, że tylko Brytyjczycy rozwinęli: "najbardziej swobodną, najbardziej postępową cywilizację" i śpiewane przez nią kołysanki: "Britannia rules the waves". Wiktoria - matka Wilhelma, podkreślała również na każdym kroku z dumą że jest Angielką i dodawała: "jednak Ty, będąc małym, niemieckim chłopcem, raczej nie odczujesz tego"). Wilhelm II nazywał swą babkę - królową Wiktorię - z nieskrywaną pogardą: "cesarzową Hindustanu", ale jednocześnie cieszył się jak dziecko, gdy mianowała go w 1889 r. admirałem brytyjskiej floty, a przywdziewając brytyjski mundur, stwierdził: "Cóż to za uczucie nosić ten sam mundur co St. Vincent i Nelson. To wystarczy aby przyprawić o zawrót głowy" (w tym też mundurze nawet wyprawiał się do Anglii swym jachtem "Hohenzollern" na coroczne fregaty żaglowców w Cowes). Mimo to często dodawał: "A poza tym uważam, że Brytania powinna zostać zniszczona". Miłość i nienawiść do Wielkiej Brytanii - takie oto uczucia królowa Wiktoria ukształtowała w młodym Wilhelmie.




Francuzi zaś rywalizowali z Brytyjczykami przede wszystkim w Afryce i często ponosili przy tym dotkliwe porażki (jak choćby wówczas, gdy w 1882 r. Anglicy zajęli Egipt i wyrugowali francuskie wpływy z tego kraju). W 1898 r. doszło jednak do bardzo poważnego konfliktu, który o mały włos nie zakończył się wybuchem otwartej wojny francusko-brytyjskiej. Chodzi oczywiście o "incydent z Faszody", podczas którego Francja zapragnęła zademonstrować prawa do pasa afrykańskiej ziemi, położonej między Atlantykiem a Oceanem Indyjskim i ok. 150 francuskich żołnierzy pod dowództwem majora - Jean-Baptiste Marchanda wyruszyło w tym celu z Brazzaville do sudańskiego fortu Faszoda - położonego nad Nilem. Jednak Francuzom drogę zastąpiła brytyjska eskadra dowodzona przez gen. Horatio Kitchenera (notabene wielbiciela urodziwych pokojówek i seksu analnego). Co prawda wymieniono kurtuazyjne pozdrowienia, ale ani Francuzi ani Brytyjczycy nie zamierzali ustąpić, zaś w Londynie już przygotowywano się do wojny, wysyłając flotę na Morze Śródziemne z rozkazem zaatakowania Francuzów w koloniach. Jednak po kilku tygodniach intensywnych rozmów w Faszodzie, major Marchand wycofał się wraz ze swoimi żołnierzami (listopad 1898 r.), co skutecznie pozwoliło rozładować napięcie i do wojny ostatecznie nie doszło. Lecz właśnie ten incydent dawał Niemcom możliwość zawarcia trwałego sojuszu z Wielką Brytanią i zatarcia nieprzyjemnego wrażenia, jaki powstał we wzajemnych stosunkach po tzw.: "telegramie Krügera", w którym to kajzer (za namową swego rządu) gratulował prezydentowi Republiki Transwalu - Paulowi Krügerowi - odparcia brytyjskiego najazdu gen. Jamesona w Afryce Południowej. Wywołało to poważny konflikt dyplomatyczny na linii Londyn-Berlin, ale właśnie incydent w Faszodzie mógł posłużyć do zażegnania wzajemnych niesnasek i otwarcia się na nową politykę wzajemnego sojuszu. Oczywiście rozpoczęcie rokowań na temat sojuszu z Niemcami, było podyktowane dużą dozą brytyjskiej nieufności, które wyrażało się zarówno w nominacji Bernarda von Bulowa na stanowisko ministra spraw zagranicznych Niemiec (który w listopadzie 1897 r. wygłosił przed Reichstagiem swą słynną mowę o "miejscu Niemiec pod słońcem"), a także mianowaniem rzecznika rozbudowy niemieckiej floty - admirała Alfreda von Tirpitza, sekretarzem stanu do spraw marynarki wojennej (maj 1897 r.), który już w kilka miesięcy później założył "Flotterverein" ("Ligę na rzecz Marynarki Wojennej"), finansowaną przez wielkie przedsiębiorstwa (Krupp i Stumm). 




Tirpitz był zwolennikiem budowy potężnej floty wojennej, która by ochraniała silną flotę handlową i rzuciłaby na morzu wyzwanie Wielkiej Brytanii. Pisał on już po zakończeniu I Wojny Światowej i klęsce w niej Niemiec: "Przyszłość Niemców poza granicami kraju i całej naszej z takim trudem wznoszonej i tak nam potrzebnej pozycji w świecie zależała od tego, czy ludzi może napełnić dumą to, że są Niemcami. (...) Na świecie było jeszcze dosyć miejsca dla Niemców, którzy mogliby zarabiać na życie pozostając Niemcami, a nie stając się niewolnikami na cudzym żołdzie albo dezerterami do innych ras, gdyby poczucie narodowe byłoby im zbyt drogie, żeby je sprzedać". Reichstag przyjął dwie ustawy o flocie (pierwsza z 1898 r. i druga z 1900 r.), a cesarz Wilhelm zainaugurował w 1898 r. (z okazji otwarcia nowej stoczni w Szczecinie) program wielkiej rozbudowy niemieckiej siły morskiej, rzucając hasło: "Przyszłość Niemiec leży na morzu". Od tej chwili trwała konsekwentna budowa nowych, niemieckich jednostek i to zarówno floty wojennej, jak i handlowej (a także od 1900 r. turystycznej), a cesarz jako swoisty "wielki admirał" nie mógł wprost wyjść z podziwu i traktował każdy nowy okręt jak swoją prywatną zabawkę (co ciekawe, podczas I Wojny Światowej, poza jedną dużą bitwą morską i dwiema mniejszymi, nawodna flota wojenna Niemiec nie odegrała większej roli. Na pytanie dlaczego tak się stało, odpowiedź jest bardzo prosta - po prostu kajzer Wilhelm II tak bardzo bał się utraty swoich "zabawek" że zabronił flocie podejmowania bardziej zdecydowanych akcji bojowych). Sam też projektował nowe modele okrętów, które były zbyt doskonałe i przez to nie miały szans zostać wdrożone do produkcji (jeden z oficerów niemieckiej admiralicji, na widok cesarskiego szkicu okrętu wojennego, stwierdził: "Wasza Cesarska Mość, ten okręt jest doskonały i ma tylko jedną wadę - długo nie utrzymałby się na wodzie"). Wilhelm ponoć znał nazwę każdego swojego okrętu wojennego na pamięć i na każdym miał swoją prywatną kajutę, która była komfortowo wyposażona. Nic więc dziwnego że nie chciał aby jego "cudeńka" były narażone na zniszczenie.

Rozmowy z Brytyjczykami (rozpoczęte w połowie 1898 r.) zakończyły się oficjalnym fiaskiem w 1901 r., gdyż ostatecznie Niemcy uznali, że konfrontacja z Wielką Brytanią bardziej się im opłaca, niż sojusz z tym mocarstwem. A poza tym sądzili, że suma wzajemnych kwestii spornych z Francją i Rosją uniemożliwi Anglikom zawarcie z tymi krajami realnych sojuszy politycznych i militarnych. Tym bardziej, że po wybuchu II wojny z Burami (październik 1899 r.) w południowoafrykańskich republikach Transwal i Orania, opinia publiczna w Europie była wybitnie anty-brytyjska. Burowie (a właściwie Boerowie) byli zaś potomkami holenderskich kolonistów, którzy w XVII wieku przybyli do Afryki Południowej i w 1652 r. założyli tutaj kolonię o nazwie Kraj Przylądkowy (dziś Republika Południowej Afryki). Burowie byli więc Afrykanerami, a poza tym w większości stanowili ludność chłopską (prezydent Republiki Transwalu - Paul Krüger całe życie hodował barany i przeczytał tylko jedną książkę - Biblię). Cała Europa, a nawet cały świat z wielkim podziwem przypatrywały się wojnie tej małej, trzystu tysięcznej ludności, z całą potęgą Brytyjskiego Imperium. Deklaracje poparcia dla Burów padały zarówno w gabinetach polityków, jak i salonach artystycznych oraz wśród prostego ludu, zafascynowanego bohaterstwem Afrykanerów. Szczególnie mocny wyraz owe wsparcie dla Burów i niechęć (a nawet nienawiść) do Brytyjczyków, uwidocznił się podczas Wystawy Światowej, organizowanej od kwietnia do listopada 1900 r. w Paryżu. Tam właśnie dano popis swej (często skrywanej wśród Francuzów) niechęci do Anglików. Szturchanie, popychanie, wygwizdywanie a nawet plucie w twarz, należało do naturalnych objawów tamtego niezadowolenia. A przecież dochodziło również do pobić i nawet ówczesna prasa podawała relacje na ten temat z całej Europy, jak choćby "Le Figaro" z lipca 1900 r. gdzie podano że: "gdzieś w Niemczech tłum napadł na dwóch bogatych Polaków" ponieważ wzięto ich właśnie za Anglików (zaatakowani i przyparci do muru, broniąc się swymi laskami, zaczęli w pewnym momencie krzyczeć: "Niech żyją Burowie" i to ich uratowało). Cała Europa, od Moskwy i Petersburga, po Madryt i Lizbonę deklarowała swe poparcie dla tych małych republik, walczących teraz na śmierć i życie z brytyjskim kolosem i nawet Lew Tołstoj, który był znany ze swego pacyfizmu, stwierdził w jednym z wywiadów prasowych: "Szczerze mówiąc, marzę o tym, aby Anglików dobrze poturbowano w tym Transwalu".




Było też sporo ochotników którzy wyjeżdżali do Afryki Południowej i zgłaszali się do walki po stronie Burów. Wśród owych ochotników było zaś wielu arystokratów i ludzi wykształconych: kilku niemieckich hrabiów i baronów, kilku rosyjskich arystokratów i oficerów gwardii carskiej, a także dziennikarze i literaci z wielu krajów Europy. Brytyjczycy skierowali do walki z tym małym ludem ponad 290 000 żołnierzy i 631 dział, podczas gdy ogólna liczba Burów nie przekraczała 300 000 (z kobietami i dziećmi), a zdolnych do noszenia broni było zaledwie jakieś 40 000 i to bez żadnych dział i ciężkiej broni. Prezydent Krüger we wrześniu 1900 r. odbył podróż do Europy, starając się nakłonić mocarstwa do zdecydowanego opowiedzenia się przeciwko Wielkiej Brytanii, ale niczego wielkiego nie wskórał. Mimo to, podróżując po krajach Europy, przyrównywał Brytyjczyków do najgorszych barbarzyńców, mówiąc: "Ta wojna zbliża nas do granic barbarzyństwa. W ciągu swego życia wiele razy wojowałem ze szczepami Kafrów prawie zupełnie dzikimi. Ci Kafrowie nie byli wcale takimi barbarzyńcami jak Anglicy, którzy palą farmy i wtrącają kobiety i dzieci w stan nędzy zupełnej, nie myśląc o tym, aby dać im nad głową dach i kawałek chleba. Wiem, że Bóg nie opuści narodu boerskiego. Jeśli Transwal i Orania stracą niepodległość, to dopiero po całkowitym wymordowaniu obydwu naszych narodów, wraz z kobietami i dziećmi". Gdziekolwiek się pojawiał okręt wiozący prezydenta Krügera, tam zaraz zjawiały się tłumy, a jego przybycie witano salwami armatnimi. Ludzie witali go bardzo serdecznie i wręcz entuzjastycznie (w Paryżu doszło nawet do omdleń), jednak gdy tylko chciał się spotkać z politykami, nagle okazywało się że poza oficjalnymi sloganami, wypowiadanymi w obronie Burów, nikt nie zamierzał się z nim spotykać (prezydent Francji - Emil Loubet nie odpowiedział nawet na depeszę, Wilhelm II zakomunikował zaś krótko że nie ma czasu, gdyż wyjeżdża na polowanie, a jedyną osobą, która - z żalu - przyjęła prezydenta Krügera, była królowa Holandii - Wilhelmina. Burowie od początku nie mieli żadnych szans na zwycięstwo i ostatecznie po długiej, wyniszczającej wojnie musieli skapitulować i uznać się za pokonanych, tracąc swą niepodległość (traktat z Vereeniging z 31 maja 1902 r.).



 
A poza tym życie toczyło się dalej. W Paryżu na Wystawie Światowej ogromną popularność budził szach Persji - Mozaffar ad-Din z dynastii Kadżarów. Gazety rozpisywały się o jego urodzie, hojności, przystępności i dostojeństwie, a Francuzi nie mogli wyjść spod jego uroku, wznosząc - gdziekolwiek się pojawił - okrzyki na jego cześć. Z innych jeszcze ciekawostek na temat Wystawy Światowej, opowiadano sobie wówczas anegdotę, jak to pewien chłopiec ujrzał pierwszy raz w życiu samochód i krzyknął do matki: "Mamusiu, mamusiu, powóz biegnie, szuka swoich koników". Dochodziło też do ciekawych pojedynków, na przykład pomiędzy Rotszyldem a pewnym francuskim arystokratą (który nazwał go "brudnym Żydem"), a także pomiędzy hrabią Ksawerym Orłowskim a innym francuskim arystokratą. A poza tym francuskie gazety rozpisywały się o "Quo Vadis" Henryka Sienkiewicza - opowieści o czasach pierwszych chrześcijan, prześladowanych za rządów cesarza Nerona. Jednak od Sienkiewicza, jeszcze popularniejsi byli tacy pisarze jak Anatol France (tak naprawdę Anatol Thibault), Oskar Wilde czy Rudyard Kipling autor "Księgi dżungli" (o przygodach białego chłopca Mowgliego, zagubionego w Afryce, którego wychowaniem zajęła się czarna pantera Bagera i niedźwiedź Baloo oraz stado wilków). I tak jeszcze na marginesie - francuscy dorożkarze w czasie Wystawy tak bardzo podnieśli ceny, że klienci musieli prosić policję o interwencję przed ich zdzierstwem. A poza tym życie toczyło się dalej po zmiażdżeniu Burów i jeszcze nikt wówczas nie myślał o wojnie europejskiej. Jeszcze!




CDN.

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...