WYŚWIETLENIA

25 września 2025

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. V

FILARY SPOŁECZNEGO 
ROZWOJU LUDZKOŚCI 
I METODY PATOLOGIZACJI 
NA PRZESTRZENI WIEKÓW





TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI:
Cz. II



SŁOWIANIE I CELTOWIE
Cz. II






SŁOWIANIE W GRECJI
(ok. 1800 r. p.n.e. - ok. 1180 r. p.n.e.)
Cz. II


WERSJA HISTORYCZNO-CHANNELINGOWA


Plemię Dorów, które ok. 1800 r. p.n.e. wkroczyło na ziemie późniejszej Hellady, nie było pierwszym plemieniem przybyłym tam z Północy. Około 2000 r. p.n.e. nastąpiło bowiem pierwsze zasiedlenie Półwyspu Bałkańskiego przez plemiona północne. Bez wątpienia były to plemiona indoeuropejskie, z pewnością tracko-celtycko-iliryjskie o dominującej haplogrupie R1a, E-V13 i R1b. Ludy które wówczas weszły do Grecji to byli (ogólnie mówiąc) Jonowie i Achajowie, którzy potem połączyli się z lokalną, neolityczną ludnością pierwotnej Hellady o dominujących haplogrupach G2a, I2, I2a oraz J2. Ludy te, choć przybyły z zupełnie innych regionów (Jonowie, zwani też Pelazgami, przywędrowali z terenów dzisiejszej Rumunii, zachodniej Ukrainy i Słowacji, natomiast Achajowie nadeszli z ziem dzisiejszej Austrii, Szwajcarii i przeszli przez Ilirię, czyli Jugosławię). Bez wątpienia siłą dominującą byli pierwotnie Jonowie/Pelazgowie, którzy bardzo szybko zasiedlili prawie całą późniejszą Grecję, łącznie z Peloponezem. Niewiele jednak o nich wiemy, gdyż z czasem zaczęli ich wypierać Achajowie, przybyli z terenów alpejskich (o haplogrupie celtyckiej R1b). O pierwotnej, neolitycznej ludności Hellady nie przetrwało zbyt dużo informacji, poza kilkoma odkopanymi stanowiskami, jak ten w Nea Nikomedea na północ od rzeki Aliakmon w Macedonii, skąd wiadomo że tamtejsi mieszkańcy żyli w domach o ścianach z cegieł, z drewna i z mułu, posiadających jedną, lub dwie izby (nieliczne - zapewne należące do wodzów chaty - posiadały ich więcej) i zgrupowanych wokół lokalnej świątyni, w której znaleziono gliniane żeńskie figurki (zapewne przedstawiające Boginię Matkę), gliniane naczynia oraz topory z serpentynu i gliny. Ludność ta (posługująca się w ograniczonym zakresie bronią z miedzi), rozbita na szereg drobnych plemion lub rodów, uległa naporowi najeźdźców z Północy, którzy dość szybko podporządkowali sobie cały kraj. Przybysze wyznawali już jednak inny system wartości, oparty na kulcie boga solarnego lub też boga niebios (greckie słowo Helios wywodzi się z hinduskiego Surja, oznaczającego dokładnie tego samego boga, a słowo to jest pochodne starosłowiańskiemu "solnce" - czyli Słońce. Podobnie rzecz ma się do wiatru, który po persku i hindusku znaczył "vaju", po bałtyjsku "vejo", a po słowiańsku "vatu").
 
Jonowie/Pelazgowie opanowali całą Helladę (co oznacza, że Achajowie musieli wówczas stanowić sporą mniejszość). Nim przejdę do Dorów (Gorów) warto i im poświęcić parę słów, gdyż zdominowali Półwysep Bałkański na ponad pięć stuleci (ok. 2000 r. p.n.e. - ok. 1450 r. p.n.e.). Byli oni budowniczymi wielu miast, a kilka krain jeszcze w czasach Grecji klasycznej i hellenistycznej nosiło ich dawne nazwy, nie pozostawiające wątpliwości kto niegdyś je zasiedlał (np. o Tesalii mawiano "Argos Pelazgijskie", zaś Peloponez nazywano "Argos Achajskim"). Według mitów miały to być czasy, w których żyli sławni greccy herosi (m.in. Herakles. W pelazgijskiej Tesalii żył wówczas również Achilles, o którym Homer mówi: "Teraz ci jeszcze, co Argos Pelazgów zamieszkiwali, którzy Alopę i Alos, a także Trachinę dzierżyli (...) Myrmidonowie (...) Mieli pięćdziesiąt okrętów, a wodzem ich był Achilles", choć jednocześnie dodaje, iż: "zwą ich - Helleni albo Achaje"). Można wręcz zaryzykować stwierdzenie, że Tesalia była pierwotną krainą w której osiedlili się pelazgijscy przybysze i stąd właśnie dalej rozszerzali swe rządy. Ich miasta w Tesalii, to wymienione wyżej - Alopa, Alos, Trachina, Larisa i Ftyja (o której Homer mawiał iż jest: "pięknością kobiet wsławiona"). W Epirze - krainie górzystej i dzikiej, również dominowali Pelazgowie, choć zasiedlali tam jedynie region wokół Dodony - sławnej świątyni Zeusa, słynącej potem ze swoich "roztaczających woń" kapłanów (którzy kąpali się tylko raz do roku). Następnie zasiedlili Beocję (choć Strabon pisze że pierwotnie tę krainę zasiedlali "barbarzyńcy" - Aonowie i Temmicy, jednak dodaje też, iż przywędrowali oni z Sunion w Attyce, a Attyka była wówczas pelazgijska, więc i oni musieli także być Pelazgami. Bez wątpienia owi Pelazgowie byli przodkami późniejszych Beotów). Według greckich mitów również Ateny i Attyka były pierwotnie rządzone przez królów, a królowie ci, byli właśnie Pelazgami (Jonami). Zresztą Jonowie (Ateńczycy) uważali się zawsze za autochtonów i często wytykali innym greckim ludom ich "wędrowny" charakter (np. Lacedemończykom - wywodzącym się właśnie od Dorów). Pisze o tym również Herodot ("Ateńczycy (...) będąc najstarszym ludem, który jako jedyny z Hellenów nie zmieniał swych siedzib" i zaraz też dodaje: "Ateńczycy w owym czasie, gdy Pelazgowie zajmowali dzisiejszą Helladę, byli Pelazgami i zwali się Kranaowie"). Pelazgijska miała być także Arkadia na Peloponezie, która (według mitu) przyjęła swą nazwę po władcy tej krainy - Arkasie, co miał być członkiem dynastii założonej przez jego pradziada - Pelazgosa. Arkadyjczycy również uważali się za autochtonów (ich kraina - pomimo pięknej nazwy - była górzysta i mało urodzajna, stąd nie budziła zainteresowania potencjalnych agresorów). Pelazgowie żyli bowiem w Arkadii na Peloponezie zarówno podczas rządów Achajów, jak i potem Dorów, a królestwo Arkadii pelazgijskiej rozciągało się również i na całą Argolidę (przynajmniej do ok. 1400 r. p.n.e., potem zaś Argolida została opanowana przez Achajów). Herodot twierdzi że również cywilizację minojską na Krecie, Therze i Cykladach stworzyli Pelazgowie, zwani następnie Minojczykami.




 Od ok. 1450 r. p.n.e. Achajowie zaczęli odzyskiwać Peloponez i ostatecznie w ciągu kolejnych dwustu lat całkowicie go zdominowali (opanowali Argolidę, spychając Pelazgów do Arkadii i na północ. Potem zajęli też całe wybrzeże od Zatoki Korynckiej - która to kraina otrzymała nazwę "Achaja" i zamknęli Pelazgów w górzystej Arkadii, w środkowej części Peloponezu). Od ok. 1250 r. p.n.e. zaczęto wznosić owe imponujące pałace, bramy i mury w Mykenach, Tirynsie i Pylos (będące jedną z form kulturowej dominacji Achajów). Rozmach tych prac był rzeczywiście imponujący, a wielkie bloki skalne (np. słynna "Lwia Brama" w Mykenach) świadczyły o niezwykłej inteligencji i zaradności ówczesnych budowniczych, wciągających ogromne bloki skalne na szczyt wzgórza (poza tym wykuwano podziemne kamienne galerie i sekretne tunele, a Grecy w epoce klasycznej łapali się za głowy i dziwili jak też udało się dawnym Achajom wznieść takie cuda i twierdzili że musieli oni uzyskać przy tych pracach pomoc Cyklopów). Zarówno Pelazgowie jak i Achajowie utrzymywali szerokie kontakty handlowe z wieloma ludami - często tak odległymi, jak np. Asyryjczycy czy Babilończycy (faraon Amenhotep III, panujący w latach 1388-1351 p.n.e., nieopodal imponujących Kolosów - wzniesionych w Tebach blisko świątyni Totmesa III w Medinet Habu - zwanych potem na cześć bohatera wojny trojańskiej Memnona - który poległ z ręki Achillesa - Kolosami Memnona, kazał Amenhotep wznieść inną świątynię, która do dziś już się nie zachowała. Ale zachowała się sławna tablica, wykuta u wejścia do tego przybytku, wyjaśniająca z kim Egipcjanie utrzymują kontakty i jak daleko, według nich, sięga świat. Są tam bowiem ukazani Hetyci, Nubijczycy, Asyryjczycy, Babilończycy, ale także... Mykeny, Naupilion, Knossos, Kythera i Kydonia - co też świadczy że z tymi miastami prowadzono wówczas ożywioną wymianę handlową. W innym przypadku jest informacja, że władca Hetytów ofiarował królowi Babilonu buty wykonane przez Achajów, ale potem okazało się że ów podarek się nie spodobał i został zwrócony. Może nie ten rozmiar? 😉). Mimo to Achajowie (i Pelazgowie) brali również udział w paru większych "światowych" konfliktach zbrojnych, do których bez wątpienia należy zaliczyć... obie wojny trojańskie. 
 
 

PIERWSZA WOJNA TROJAŃSKA
(CZYLI BUNT ASSUWY)




Czy ktoś słyszał o Wojnie Trojańskiej? Oczywiście, temat ten został przecież mocno spopularyzowany, zarówno przez twórczość Homera (lub tych, którzy za niego to spisywali), jak również przez późniejszą kulturę, a nawet popkulturę. Praktycznie jednak niewiele osób wie, że były (co najmniej) dwie wojny trojańskie, które zapisały się w dziejach. Pierwsza wybuchła ok. 1430 r. p.n.e., gdy Egiptem (będącym wówczas prawdziwym supermocarstwem) władał jeszcze faraon Totmes III Wielki, bratanek królowej Hatszepsut. Jednak w Anatolii władali Hetyci, którzy swe wpływy rozciągnęli również na region dzisiejszej północno-zachodniej Turcji, zwanej w klasycznej starożytności Troadą, a jeszcze wcześniej... koalicją miast Assuwy. Już wówczas Troja (Ilion) jest tam wymieniana jako jedno z kluczowych miast regionu (bowiem powiedzmy sobie szczerze, prawdziwym powodem wojen trojańskich, a szczególnie tej najsławniejszej, drugiej wojny o Helenę - tak naprawdę były kwestie handlowe i chęć zdobycia czarnomorskich rynków zboża, koni, skór i niewolników, które kontrolowali władcy Troi i nawet gdyby Helena wróciła wówczas do męża, Achajowie już by nie zawrócili). Przeciw dominacji Hetytów zbuntowały się wówczas aż 22 państwa-miasta (na sporządzonym w Hattusas raporcie wojennym króla Tuadhalij II, nazwy większości tych miast-państw nic nam nie powiedzą - ja sam szukałem jakiegokolwiek przyporządkowania ich do miast regionu z czasów późniejszych, ale nic mi tam nie pasuje - poza zaledwie jedną: Taruisą, którą można przetłumaczyć właśnie jako Troję). Król Tuadhalija II szybko zebrał armię i wyruszył na buntowników, których pokonał w bitwie i zmusił do uległości (10 000 wojowników z Assuwy, 600 par koni, rydwany, a także woły, owce i ludność cywilna zostały przewiezione do Hattusas). Wygląda więc na to, że miasta Troady zostały wówczas spustoszone, a ludność wzięta w niewolę. Jednak po paru latach, Tuadhalija przywrócił władzę synowi króla przewodzącego koalicją miast-państw Assuwy - Kukkuli, który pod dominacją hetycką próbował odnowić dawne ośrodki (zapewne był to władca owej Taruisy), ale gdy poczuł się zbyt pewnie, znów się zbuntował i tym razem Tuadhalija skazał go na śmierć, a cały region ponownie został spustoszony przez Hetytów.
 
Ciekawym jest jednak kwestia pomocy, jakiej z pewnością udzielili koalicji Assuwy Achajowie z Grecji. Skąd jednak ta pewność że rzeczywiście udzielili? Z dwóch powodów - po pierwsze o Assuwie i Ahhijawie (kraju Achajów) mówi tekst listu do króla Tuadhalij (jest to informacja o buncie i jego sojusznikach, ale niestety, tekst jest poważnie uszkodzony i niekompletny, więc nie wiadomo dokładnie co też się tam znajdowało i kto był jego autorem), co by sugerowało jakąś formę sojuszu pomiędzy tymi ludami, a po drugie kwestia przypadku. Oto bowiem w 1991 r. operator buldożera, pracujący na poboczu starożytnej drogi, wiodącej do dawnej stolicy Hyksosów - Hattusas, znalazł miecz, który po zbadaniu i oczyszczeniu okazał się być nie mieczem hetyckim, ale właśnie... achajskim. Na ostrzu zaś, znajdowała się inskrypcja, która po przetłumaczeniu brzmiała: "Kiedy Duthalija (Tuadhalija), Wielki Król, obrócił w niwecz kraj Assuwa, ofiarował owe miecze bogowi burzy, swojemu panu". Miecz z pewnością jest produkcji mykeńskiej, natomiast dlaczego można w ogóle sądzić, że należał on do wojownika z Grecji Achajskiej, a nie był jedynie kupiony i przewieziony przez koalicjantów do walki z Hetytami. Otóż w tamtych czasach nie kupowano broni która niewiele różniła się od tej, którą można było w dużych ilościach wprodukować na miejscu, a sam miecz by tutaj nic nie pomógł, jedynie wojownik (wojownicy) który go dzierżył i który mógł wesprzeć Assuwę w ich buncie. Poza tym mity greckie opowiadają o walkach o Troję na długo przed sławną wyprawą "po Helenę". Według jednego z takich mitów, Herakles miał zdobyć i spustoszyć Troję na czele tylko sześciu okrętów, w czasach rządów ojca Priama - króla Laomedona. Mit stał się więc opisem historycznych wydarzeń, a Troja została zdobyta co najmniej raz, nim ostatecznie upadła w ponad dwieście lat później pod ciosami przebiegłych Achajów, którzy bezwzględnie podłożyli Trojanom konia w zastępstwie świni. 😄




Co zaś się tyczy wydarzeń dziejących się w kilkanaście (kilkadziesiąt) lat po buncie Assuwy, to upadek politycznego znaczenia Hetytów, którzy zaczęli przeżywać poważny kryzys wewnętrzny, wspomagany jeszcze najazdem ludu Kasków, z którymi ci nie byli w stanie sobie poradzić. Syn i następca Tuadhalij - Arnuwanda I, wraz ze swą małżonką Asmunikal, wznosili modły przed obliczem bogini matki z Arinny (Wielkiej Bogini), by ta ocaliła ich przed najeźdźcami. Żalili się więc: "Świątynie, które wy bogowie, posiadaliście w tym kraju, spustoszyli ludzie Kaska, a wasze bogów posągi rozbili. Zagrabili złoto, srebro, rytony, puchary ze srebra, złota, miedzi i wasze przedmioty z brązu, wasze szaty i podzielili między siebie. Podzielili między siebie świętych kapłanów "matki bogów", pomazańców, muzykantów, śpiewaków, kucharzy, piekarzy, rolników, ogrodników i uczynili ich swymi niewolnikami. Podzielili także wasze bydło, wasze owoce i podzielili między siebie wasze pola, łany i (...) winnice. (...) Ludzie Kaska objęli ich w posiadanie". Ów lament niewiele jednak Hetytom pomógł i musieli poczekać jeszcze kilkanaście lat, nim prawnuk Tuadhalij II - Supiluliuma I obejmie tron i odnowi hetyckie Imperium. Do tego jednak czasu Troja i inne miasta-państwa Assuwy odrodziły się i z biegiem lat zdominowały cały handel zbożem i niewolnikami znad Morza Czarnego do Achai. A to w końcu stało się powodem wojny, która zapoczątkowała cywilizację europejską.





DRUGA WOJNA TROJAŃSKA
(ok. 1193 - 1183 p.n.e.)
Cz. I




Gdy ok. 1430 r. p.n.e. stłumiony został bunt miast-państw Assuwy i gdy (zapewne po roku 1425 p.n.e.) hetycki król - Tuadhalija II raz jeszcze ujarzmił zbuntowanego władcę tych ziem, noszącego imię - Kukkuli, ziemie Troady zostały wyludnione, a samo miasto spalone. Jednak po śmierci Tuadhalij i objęciu władzy przez jego syna - Arnuwandę I, państwo Hetytów popadło w poważny kryzys wewnętrzny, spotęgowany jeszcze najazdem ludu Kasków, mających swe siedziby w środkowej części Azji Mniejszej, tuż nad Morzem Czarnym. Hetyci obawiali się tego ludu, ponieważ sami nie potrafili go ujarzmić, a ponieważ lud ten nie był zjednoczony, tylko podzielony na szereg szczepów, przeto nie sposób było zawrzeć z nimi żadnego układu, gwarantującego Hetytom bezpieczeństwo od północy i można było zawierać jedynie lokalne układy z poszczególnymi kacykami, które nie były ani trwałe, ani nie obejmowały innych, równie agresywnych szczepów ludu Kasków (władca Hetytów - Suppiluliuma I wspominał w swej relacji z walk na północy, o dwunastu takich szczepach). Natomiast najazdy Hetytów na północne rubieże Azji Mniejszej też niewiele dawały, gdyż okoliczna ludność Kasków w takiej sytuacji porzucała swe liche domostwa i zbiegała w góry, skąd już nie było sposobu ich wypłoszyć (rydwany Hetytów nie były w stanie ścigać Kasków w wysokich partiach gór). Oczywiście Hetyci uważali Kasków za barbarzyńców i często zwali ich świniopasami, jednak realnie zawsze się ich obawiali. Czasem pojawiali się wybitniejsi wodzowie ludu Kasków, których imiona Hetyci zapamiętali (np. Pittaggatallis czy Pihhunijas), ale realnie był to lud, który nie miał nad sobą żadnej władzy królewskiej, stąd właśnie stał się tak uciążliwy dla Hetytów. Atak Kasków na państwo Hetytów miał miejsce ok. 1400 r. p.n.e. To właśnie wówczas ludy miast-państw Assuwy, jak również sąsiadującej z nią od wschodu Arzawy (dotąd ziem podległych Hetytom) odzyskały niepodległość.




Odrodziła się wtedy również i Troja (stanowisko archeologiczne - Troja VI). Miasto ponownie zaczęło budzić się do życia - wznoszono wówczas nowe domy i przede wszystkim odbudowano mury miejskie. Nastał czas odrodzenia, podczas którego Hetyci wciąż byli zajęci a to obroną przed Kaskami, a to konfliktami i układami z władcami Kizzuwatny (bogatej krainy w południowej Azji Mniejszej, poprzedniczki Cylicji), a to wreszcie wojną z Mitanni czy próbą opanowania Syrii i tym samym konfliktem z Egiptem. Kolejni władcy Hetytów, począwszy od odnowiciela tego państwa - Suppiluliumy I (panującego mniej więcej w latach 1380-1340 p.n.e.) nie przejawiali większego zainteresowania ziemiami w zachodniej Anatolii i ciągle musieli zmagać się (jeśli nie z najazdami, to przynajmniej) z powstaniami lokalnych władców, którzy podnosili bunt przy każdej zmianie panującego (np. Mursilis II, syn Suppiluliumy - który objął tron w młodym wieku - kazał potem wykuć takie oto słowa: "Zanim zasiadłem na tronie mego ojca, wszystkie sąsiednie wrogie kraje wszczęły ze mną wojnę. Skoro więc ojciec mój został bogiem (czyli umarł), Arnuwandas (II), mój brat, zasiadł na tronie swego ojca, jednakże i on zachorował. Skoro do wrogów doszło, że mój brat Arnuwandas zachorował, wrogie kraje wszczęły prawdziwą wojnę. Gdy zaś mój brat (...) został bogiem, wówczas także te wrogie kraje, które dotąd nie przystępowały do wojny, rozpoczęły otwarte działania wojenne. I sąsiednie wrogie kraje mówiły tak: (...) A ten, który teraz zasiadł na tronie ojca, jest młody. Ani kraju Hatti, ani granic kraju Hatti nie uratuje"). Suppiluliuma I (a potem jego syn i wnuk) okazał się zaś dobrym obrońcą swego ludu i potrafił pokonać Kasków, zmusić ich do ucieczki na północ, zbudować mur na granicy z nimi, podporządkować sobie kraj Azzi-Hajasa (zapewne dzisiejsza Armenia), którego rada starszych sama błagała go, by pozwolił uznać się za ich władcę, najechał też kraj Arzawa i zmusił go do uległości (w tej kampanii miał dotrzeć do Morza Egejskiego, ale nic nie wiadomo, by toczył walki z koalicją miast-państw Assuwy). Potem skupił się już na Mitanni, Syrii i konflikcie z Egiptem. A to pozwoliło Trojanom zyskać czas na rozbudowanie swego miasta i umocnienie jego politycznego, a przede wszystkim gospodarczego znaczenia w regionie.




Jednak wszystko co piękne, kiedyś się kończy i około 1300 r. p.n.e. Troadę nawiedziło potworne trzęsienie ziemi, które ponownie obróciło Troję (VI) w stertę gruzów, pod którymi to zginęły tysiące mieszkańców tego odrodzonego wiek wcześniej grodu. Nim jednak do tego doszło, władca Hetytów - Muwatallis II (wnuk Suppiluliumy I, który potem starł się z faraonem Ramzesem II w sławnej bitwie pod Kadesz w 1274 r. p.n.e.) zawarł sojusz z władcą kraju o nazwie Wilusa (czyli ziemi Assuwy/Troady) Aleksandusem, który zobowiązywał tamtego do udzielenia Hetytom pomocy wojskowej w przypadku najazdu ludu Kasków (Muwatallis już wówczas kierował większość swych sił do Syrii). Skoro potężny król Hetytów zawarł układ z władcą krainy dość niewielkiej terytorialnie i uznał się w nim "bratem" (czyli równym) Aleksandusa, to znaczy że pozycja Troi już wówczas musiała być znacząca. Musieli Trojanie kontrolować znaczną cześć handlu zbożem i niewolnikami z Krymu i okolic do Azji Mniejszej i Grecji (zwanej wówczas, ze względu na władających nią Achajów - Ahhijawą). Nie wiadomo jednak, czy owa pomoc została Hetytom udzielona, ale wiadomo że północną linią obrony przed atakami Kasków dowodził młody brat Muwatallisa II - Hattusilis, kapłan bogini Isztar z Samuhy i wicekról w Hakmis. A dowodził skutecznie, odebrał im nawet ważne ze względów religijnych miasto Nerik (walczył też u boku swego brata w bitwie pod Kadesz, gdzie ocalił część wojsk po egipskim kontrataku, ale to miało miejsce jakieś 20 lat później). Wydaje się jednak, że pomoc ze strony Assuwy (Wilusy) ostatecznie do Hetytów nie nadeszła, gdyż Troja właśnie wówczas została zniszczona przez trzęsienie ziemi. Nie ma na ten temat żadnych większych informacji zarówno w channelingach, jak i w innych źródłach, jedynie krótka wzmianka że do takiego trzęsienia ziemi (nie pierwszego zresztą na tych terenach) wówczas doszło. W ruinach Troi (VI), współcześni archeologowie odnaleźli bogate przedmioty, świadczące o tym, że już wówczas miasto to musiało stanowić centrum całego regionu i nim przewodzić (były tam przedmioty nie tylko z Grecji, ale również z Egiptu, Cypru czy odległej Mezopotamii i świadczyć mogły o tym, że Trojanie musieli dysponować towarem, na którym tamtym mogło zależeć, np. właśnie zbożem lub niewolnikami sprowadzanymi na okrętach z Krymu i innych rejonów Morza Czarnego).

Jasno należy sobie jednak powiedzieć, że pomimo tego wszystkiego, Troada wciąż była postrzegana jako peryferia oraz kraj buforowy, zarówno przez Hetytów, jak i Achajów z Grecji. Jedni i drudzy chcieli kontrolować ten bufor, gdyż dawał on możliwości ekspansji zarówno militarnej jak i handlowej na inne ziemie. I takie najazdy zapewne były prowadzone, gdyż w Grecji achajskiej, w niektórych miastach (np. w Pylos, Knossos czy Tirynsie) odnaleziono gliniane tabliczki z imionami niewolników pochodzących z Azji Mniejszej. Ci niewolnicy, to w ogromnej większości kobiety, które zapewne zostały stamtąd uprowadzone (oczywiście nie wiadomo tylko kiedy, czy przed upadkiem Troi VI, czy po owym trzęsieniu ziemi, czy też po zdobyciu klasycznej, homerowej Troi VIIa) i tam stały się niewolnicami. Kiedy i jak szybko Troja została ponownie odbudowana - na to pytanie nie ma właściwej odpowiedzi, wiadomo tylko że do odbudowy doszło, a mieszkańcy powrócili na te tereny i zaczęli odtwarzać zniszczone przez trzęsienie ziemi miasto. Władcy Hetytów skupili się już wówczas prawie całkowicie na ekspansji w kierunku Syrii i Palestyny (już Muwatallis II przeniósł swą królewską siedzibę z Hattusas w Anatolii, do Dattasy nieopodal Syrii, aby być bliżej prowadzonych tam działań wojennych) i nie zwracali większej uwagi na wydarzenia na zachodnich rubieżach Azji Mniejszej. Gdy więc Ramzes II i Muwatallis II toczyli ze sobą krwawą bitwę pod Kadesz (koniec maja 1274 r. p.n.e.), Troja (VIIa) była już odbudowana i ponownie zajęła miejsce swej poprzedniczki. Zastanawia jedynie brak większego przeciwdziałania temu ze strony Achajów, ale najprawdopodobniej ówczesna Troja była już silnie związana z Achajami (może nawet jakimś sojuszem politycznym, choć żadna informacja na ten temat nie przetrwała). Zapewne Achajowie skupili się wówczas na zupełnie innych kwestiach (np. na zdobywaniu terenów zasiedlonych przez Pelazgów, szczególnie na Peloponezie) i nieco "przespali" odrodzenie się potęgi miast-państw Assuwy, już pod całkowitą dominacją Troi. W każdym razie pewnym jest, że Trojanie ponownie wówczas opanowali szlaki handlowe, wiodące zarówno na Morze Czarne, jak na Cypr, (a może również i do Egiptu). A przecież dla okolicznych mocarstw Trojanie (wraz z miastami Assuwy, Arzawy i Karii) wciąż pozostawali jedynie buforem, odgradzającym Hetytów od Achajów, a Achajów od Hetytów. Tym bardziej że te ludy prowadziły ze sobą dość przyjacielskie relacje (posłowie achajskich królów jeździli nawet w rydwanie samego króla Hetytów, o czym mówi choćby tzw.: "List Tawagalawy" wysłany przez króla Hetytów - Hattusilisa III, do jego "Wielkiego Brata", władcy Ahhijawy - nie wymienionego z imienia). Troja zaś była wygodnym miejscem równowagi wpływów, co - paradoksalnie - pozwoliło jej się rozwijać i rosnąć w siłę (notabene, nauczeni poprzednią katastrofą, teraz Trojanie zaczęli budować domy o kilku mniejszych pomieszczeniach [Troja VIIa], a nie jak poprzednio [Troja VI] o dwóch lub trzech dużych izbach. Zapewne liczyli na to, że pomoże im to przetrwać ewentualne kolejne trzęsienie ziemi. Przeliczyli się, bowiem tym razem mieszkańcy miasta zginęli od mieczy, łuków i włóczni wrogiej armii).




Natomiast w jakiś czas po bitwie pod Kadesz (bitwie nierozstrzygniętej, choć Egipcjanie utrzymali pole i przegnali stąd Hetytów, którzy próbowali złapać ich w pułapkę - więc to im przypisuje się zwycięstwo, ale obie strony poniosły dotkliwe straty. W armii egipskiej dwie z czterech dywizji uczestniczących w bitwie - Amona i Re - prawie kompletnie zostały zniesione, zaś Hetyci stracili wszystkie rydwany - jedynie nieliczne uciekły z pola bitwy - oraz większość dowódców. Zginęło dwóch braci Muwatallisa II, dwóch jego nosicieli tarczy, jego sekretarz, dowódca straży przybocznej i wielu innych wodzów), zmarł Muwatallis II (ok. 1270 r. p.n.e.). Powstał teraz w królestwie Hetytów problem dziedziczenia tronu, gdyż nie miał on synów. W takiej sytuacji naturalnym kandydatem do tronu pozostawał jego młodszy brat, wicekról Hakmis - Hattusilis. Jednak swe pretensje do korony zgłosił także - zrodzony z haremowej niewolnicy Muwatallisa - jego nieślubny syn Urhiteszub. Hattusilis ustąpił więc bratankowi i oddał mu tron, a ten koronwał się pod imieniem - Mursilisa III. Młodemu i ambitnemu władcy szybko jednak zaczęła przeszkadzać obecność sławnego wuja (jak to mówił Zagłoba w "Potopie": "A czy ty wiesz, co to wuj?", "Wuj, to wuj!", "A przecie jak mówi Pismo, gdzie ojca nie ma, tam wuja słuchał będziesz!" 😀). Z powrotem też przeniósł stolicę państwa do Hattusas, aby tylko być bliżej Hattusilisa i patrzeć mu na ręce. Odbierał też wujowi poszczególne ziemie i tytuły, aż pozostała mu jedynie funkcja kapłana bogini Isztar i siedziba w Hakmis. Około roku 1263 p.n.e. ("po siedmiu latach cierpliwego tolerowania niesprawiedliwości" - jak pisze Hattusilis w swym tekście z okazji wstąpienia na tron), przeciągnął na swoją stronę kapłanów, większość możnych i zadbał o wsparcie kilku szczepów ludu Kasków. W ten sposób opanował Hattusas, skąd Mursilis III zbiegł - wraz ze swoimi zwolennikami - do świątynnego miasta Samuha. Tam wuj otoczył go (jak dodaje Hattusilis: "został zamknięty przez boginię Isztar, jak świnia w chlewie") i zmuszony był się poddać. Wuj pozostawił go przy życiu, lecz skazał na wygnanie do syryjskiego miasta Nuhaszsze, gdzie miał pozostawać pod strażą. Mursilis jednak nie przebywał tam długo i wkrótce potem zbiegł do Egiptu. W tym zaś czasie, jego wuj wstąpił na tron pod imieniem Hattusilisa III (co ciekawe, Hetyci uważali to za jawny zamach stanu i nawet syn Hattusilisa, który objął po nim rządy - Tuadhalija IV, twierdził otwarcie że... ojciec jego dopuścił się jawnego przestępstwa wobec bogów). Dlaczego o tym piszę? Ponieważ ma to znaczenie z punktu widzenia Troi i pozostałych miast-państw Assuwy - ale o tym w swoim czasie.


FARAON RAMZES II NACIERA NA HETYTÓW W BITWIE POD KADESZ
NA CZELE SWEGO LWA BOJOWEGO 
(Którego notabene znalazł na pustyni jako lwiątko gdy był jeszcze księciem, oswoił i wychował)
1274 r. p.n.e.



Na tron wstąpił teraz kapłan, ożeniony z kapłanką (Putuhepą - córką kapłana z Kizzuwatny). Władzę objęli więc kapłani i choć Hattusilis musiał otoczyć się splendorem i haremem przynależnym władcy, to jednak żona była bardzo ważną osobą w jego życiu, o czym świadczy fakt, iż uczynił ją swym doradcą i konsultował z nią wszystkie swe polityczne posunięcia (zapewne też bardzo ją kochał, o czym pisze w swej relacji: "Bogini darzyła nas miłością małżonka i małżonki i spłodziliśmy synów i córki"). Wkrótce po objęciu władzy Hattusilis doprowadził do wydarzenia, które będzie kamieniem węgielnym cywilizacji europejskiej i doprowadzi do wybuchu wojny trojańskiej. Co to takiego było? Cóż, ile osób zna mit o Parysie i konkursie na najpiękniejszą z bogiń (której Parys ofiarował jabłko), a następnie uprowadzenie przez niego Heleny ze Sparty, co stało się powodem wybuchu wojny trojańskiej. Otóż Hattusilis (zapewne za namową swej małżonki) uczynił coś bardzo podobnego (stąd zapewne wziął się ów homerowy mit), ale na konkrety poczekajcie proszę do kolejnej części.




CDN.

24 września 2025

PIŁSUDSKI WIEDZIAŁ - ZNAŁ PRZYSZŁOŚĆ!

NIESAMOWITA PRZEPOWIEDNIA
STEFANA OSSOWIECKIEGO





"WY TEJ POLSKI NIE UTRZYMACIE. TA BURZA, KTÓRA NADCIĄGA JEST ZBYT WIELKA (...) JA PRZEGRAŁEM SWOJE ŻYCIE. NIE UDAŁO MI SIĘ POWOŁAĆ DO ŻYCIA DUŻEGO ZWIĄZKU FEDERACYJNEGO, Z KTÓRYM ŚWIAT MUSIAŁBY SIĘ LICZYĆ"

MARSZAŁEK JÓZEF PIŁSUDSKI
(Grudzień 1924 r. w rozmowie z pułkownikiem 
JANUSZEM GŁUCHOWSKIM)



Cóż to ja mam z tymi przepowiedniami. Zauważyłem bowiem rzecz zdumiewającą, mianowicie ludzie którzy zajmowali się przepowiadaniem przeszłości przed rokiem 1939, mówili o okrutnych klęskach i cierpieniach, jakie spadną na naród polski i całą Europę w przyszłości. My to znamy, to wszystko się spełniło w czasach II Wojny Światowej czy z późniejszych lokalnych wojen i zawirowań politycznych. Co się zaś tyczy XXI wieku to jakąkolwiek bym nie odnalazł przepowiednię mówiącą o przyszłości Polski, to muszę powiedzieć że KAŻDA ona w taki lub inny sposób stwierdza o niezwykłym wzroście znaczenia i pozycji naszego kraju na arenie światowej - jasnowidz ojciec Czesław Klimuszko (zmarły w 1980 r.), w swych przepowiedniach mówi na przykład o wielkiej katastrofie, która w XXI wieku nawiedzi Europę:


"Widziałem żołnierzy przeprawiających się przez morze, na takich małych, okrągłych stateczkach, ale po twarzach widać było, że to nie Europejczycy. Widziałem domy walące się i dzieci włoskie, które płakały. To wyglądało jak atak niewiernych na Europę. Wydaje mi się, że jakaś wielka tragedia spotka Włochy"


Oto wizja nadciągającej od południa na Europę islamskiej inwazji, która ukazała się w widzeniu księdza Klimuszko, mówiącej o pierwszych dekadach XXI wieku. Co ciekawe przepowiednia mówi, że cała Europa zostanie dotknięta tą inwazją. Niemcy na przykład w wizji księdza Klimuszko zostaną terenem ... skażonym na długie stulecia. Czyżby efekt III wojny światowej i użycia pocisków nuklearnych? W wizji księdza Klimuszko nie ma o tym mowy, chodzi raczej o... próbę zatrzymania muzułmańskiej inwazji na Niemcy, poprzez użycie właśnie ładunków nuklearnych, które doprowadzą kraj do ruiny i na długie stulecia uczynią go (na dużych obszarach) niezdolnym do ponownego zasiedlenia. Przepowiednia jest pozytywna przede wszystkim dla Francji, która ponoć ma odbudować swoją mocarstwową pozycję w Europie, obejmując swoją protekcją i pomocą duże, poatomowe tereny w Niemczech, a granicą Francji ma być rzeka Łaba. Będzie to jednak "strefa zakazana", czyli tereny nienadające się do zamieszkania z powodu zbyt dużego promieniowania. W ogóle przepowiednia ojca Klimuszko dotycząca samych Niemiec, jest pesymistyczna. Niemcy mają zostać rozbite i podporządkowane politycznie dwóm krajom - Francji oraz Polsce.

Co się tyczy Polski, ojciec Klimuszko mówi o tym, że nasz kraj wyjdzie z tej "muzułmańskiej inwazji" (jak ją nazywa), znacznie wzmocniony i zwycięski. Co najbardziej mnie jednak dziwi (choć może wyraziłem się nieściśle - dość długo mnie to dziwiło, jednak już przestało, gdyż przepowiednie innych jasnowidzów potwierdzają tylko to, co przewidział ojciec Klimuszko) to stwierdzenie, jakiego użył ksiądz, a brzmi ono: 


"Polska stanie się światową potęgą, a w języku polskim będą pisane przyszłe ustawy obowiązujące w świecie


Właśnie w ten sam sposób wypowiadają się o naszym kraju inni jasnowidze, o których jeszcze napiszę w kolejnych tematach. Teraz wszakże chciałbym przejść bezpośrednio do osoby Marszałka Józefa Piłsudskiego i Jego niezwykłych wprost geopolitycznych spostrzeżeń, które ziszczały się po kilku latach, lub nawet... po kilku miesiącach.

Przewidział nadciągającą I Wojnę Światową w czasie, gdy nic jeszcze na nią nie wskazywało. 21 lutego 1914 r. w sali paryskiego Towarzystwa Geograficznego, wygłosił on odczyt, w którym wskazywał że zwycięstwo w przyszłej wojnie będzie szło z zachodu na wschód. Najpierw Niemcy i Austro-Węgry mają pobić Rosję, a następnie koalicja Francji i Anglii (lub Francji, Anglii i USA - to też ciekawe, skąd na początku 1914 r. mógł przypuszczać że Stany Zjednoczone wejdą do wojny w Europie) pokona Niemcy i Austro-Węgry. Nakreślił też kierunek, którym w tej wojnie mieli podążać Polacy: "Najpierw idziemy z Niemcami i Austriakami przeciwko Rosji, a następnie w odpowiednim momencie zmieniamy front i stajemy po stronie mocarstw zachodnich". Tak też właśnie się stało, Niemcy byli nam potrzebni tylko do tego, aby z ziem polskich wypędzić Rosjan, ale gdy to się już dokonało, dalsza z nimi współpraca stawała się niepotrzebna, a nawet niekorzystna dla sprawy niepodległości Polski. Dlatego też w 1917 r. Józef Piłsudski zabronił stworzonym przez siebie Legionom Polskim składać przysięgę na wierność cesarzowi niemieckiemu, mówiąc: "Nasza wspólna droga z Niemcami skończyła się". Został za to uwięziony w twierdzy w Magdeburgu, a Legiony rozwiązane, ale klęski Niemiec już nic nie mogło powstrzymać, zaś Austro-Węgry rozpadły się w ciągu kilkunastu listopadowych dni roku 1918. Rosja zaś została pobita i szalała w niej rewolucja bolszewicka - Polska więc odradzała się na gruzach dawnych mocarstw zaborczych. I właśnie o to Piłsudskiemu chodziło.

Zresztą Marszałek przewidział też i rewolucję w Rosji. W 1915 r. do swoich współpracowników mówił słowa, które były dla nich niezrozumiałe, a mianowicie: "Rewolucja w Rosji mi się spóźnia". Do wyzwolenia Polski z niewoli potrzeba było bowiem nie tylko pokonania Rosji i wygnania ich z polskiej ziemi, którą wówczas rozumiano inaczej niż dzisiaj. Dziś bowiem jeśli mówimy Polska, mamy na myśli ziemie pomiędzy Odrą i Nysą Łużycką na zachodzie, a rzeką Bug na wschodzie. Nasi przodkowie przed I Wojną Światową mówiąc "Polska", mieli na myśli również ogromne tereny na Wschodzie, podchodzące pod Smoleńsk i Kijów - lub nawet obejmujące te miasta. Polska dla nich, to były ziemie dawnego Imperium Jagiellonów. Jak bowiem pisał Stanisław Cat Mackiewicz:


"W dzień ślubu Jadwigi z Jagiełłą (18 lutego 1386 r.), państwo liczyło tylko sto tysięcy kilometrów kwadratowych. W dzień zgonu największego z naszych królów, Kazimierza Jagiellończyka (7 czerwca 1492 r.), państwo polskie liczyło już milion sto tysięcy kilometrów kwadratowych, nie licząc krajów lennych. W ciągu stu lat dom Giedymina ujedenastokrotnił terytorium naszego państwa"




Tak więc "Polska" to nie były ziemie ograniczające się jedynie do rdzennych ziem zamieszkałych przez Polaków, ale także ogromne tereny Liwy i Rusi. Bez tych ziem na wschodzie, Polska ograniczona do ziem "rdzennie polskich" i zamknięta w ciasnych piastowskich granicach, byłaby maleńkim państewkiem typu Węgry lub Czechy, bez wielkich doświadczeń, bez pamięci o dawnej mocarstwowości, o potędze jakiej nie miało żadne z chrześcijańskich państw europejskich przez ponad 300 lat. To co uczynił litewski książę Jogaiła, żeniąc się z królową Jadwigą, to było podłożenie fundamentów pod przyszłe europejskie mocarstwo. Bez tego nie byłoby ani polskich chorągwi na Kremlu w latach 1610-1612 r. (Polacy jako jedyny naród w Europie aż dwukrotnie zdobywali stolicę Rosji), ani cara rosyjskiego w niewoli, bijącego pokłony przed polskim królem na Sejmie warszawskim - 29 października 1611 r., ani króla Jana Sobieskiego pod Wiedniem (1683 r.), ratującego monarchię Habsburgów od zagłady i tureckiej niewoli, nie byłoby Żółkiewskiego, Mickiewicza, Słowackiego, Sapiehów, Radziwiłłów, nie było by niezwykłej w Europie polskiej wolności słowa i sumienia, owego "Kraju bez stosów", jak określano Rzeczpospolitą w XVI i XVII wieku. 


 OTO JAK PRZED I WOJNĄ ŚWIATOWĄ WYOBRAŻANO SOBIE PRZYSZŁĄ, ODRODZONĄ Z NIEWOLI POLSKĘ



Jednak siłę "rdzennie polskiego" narodu, wykuł nie Władysław Jagiełło (Jogaiła), 
lecz król Kazimierz III zwany Wielkim. 
Panujący w latach 1333 - 1370






Tak więc Polska to nie była ta niewielka, piastowska ziemia, która przypominała współczesne granice naszego kraju. To było prawdziwe Imperium, łączące w sobie ziemie polskie, litewskie, łotewskie, estońskie, ukraińskie, białoruskie i część rosyjskich. Za polskiego króla wznoszono modły na tym ogromnym terenie nie tylko w kościołach, lecz w cerkwiach i synagogach, przez Polaków, Litwinów, Rusinów, Żydów, Niemców, Holendrów, Szkotów, Anglików, Tatarów i wielu innych narodowości. Wszyscy oni, choć pochodzili z różnych krajów, mówili różnymi językami oraz wyznawali różne religie - uważali się za obywateli polskich. Mawiano bowiem np. "Z urodzenia Litwin (Rusin, Niemiec etc. etc.), z serca i obowiązku Polak". Dlaczego Mickiewicz, urodzony na Litwie i piszący: "Litwo, Ojczyzno moja", uważał się za Polaka i tylko za Polaka. On był Litwinem bowiem w takim samym znaczeniu, jakby w USA ktoś powiedział że pochodzi z Georgii lub Teksasu, a przecież jest Amerykaninem. Nic dziwnego że w polskich szkołach nauczano Inwokacji Mickiewicza (a niezrozumienie budziły te słowa tylko w ciasnych głowach, które nie pojmowały, że wielkość to jedność i można mówić: "Litwo, Ojczyzno moja", lub opisywać piękno ukraińskich czy białoruskich ziem, pisząc o nich "Polska" - nie w sensie etnicznym czy narodowościowym, a państwowym i obywatelskim, a przede wszystkim... twórczym).


TAK ZMIENIAŁY SIĘ GRANICE PAŃSTWA POLSKIEGO od ok. 990 r. po rok 2025



I teraz właśnie historia zatoczyła koło - Polskę czeka okres wielkości. Tutaj pragnę wrócić do wspomnianego w podtytule Stefana Ossowieckiego i jego przepowiedni. Stefan Ossowiecki był inżynierem i wynalazcą (asystentem sławnego Dimitrija Mendelejewa - twórcy układu okresowego pierwiastków, znanym nam z chemii pod nazwą - "Tablicy Mendelejewa"), urodzonym w 1877 r. Był on również jasnowidzem. Wydarzenie o którym chciałem tu napisać, miało miejsce w ostatnich dniach sierpnia 1939 r. Oto relacja ze spotkania, spisana przez Juliusza T. Dybowskiego - przyjaciela i asystenta mistrza Ossowieckiego:


"Była już druga w nocy, gdy odprowadziłem mojego gościa (Stefana Ossowieckiego) do jego pokoju. W bibliotece usiedliśmy na chwilę i zapaliliśmy cygara. Stefan puścił kilka kłębów dymu, nagle zasłonił oczy ręką, ale spostrzegłem, że lecą mu po twarzy łzy. 
- Mistrzu, co się stało, na Boga - spytałem. Ossowiecki blady i spięty spojrzał mi w oczy
- Nieszczęście (...) Jesteśmy w przededniu wojny i już dzielą nas od niej jedynie dni.
- Przecież Pan mówił nam przed chwilą co innego.
- A co miałem powiedzieć? - odparł inżynier. 

- Był u mnie pół roku temu marszałek Rydz-Śmigły i powiedziałem mu dokładnie to samo, co powiedziałem marszałkowi Piłsudskiemu w 1934 roku, kiedy podpisywaliśmy z Niemcami traktat o nieagresji. Jeden i drugi wziął ode mnie przyrzeczenie, że nikomu o tym publicznie nie powiem.

- Jak daleko dojdą Niemcy?
- Cała Polska zajęta, gruzy, krew i mord! Idą dalej, wgłąb Rosji, daleko, daleko. 
- Do Uralu? - Ossowiecki zastanowił się przez chwilę.
- Do Kaukazu. Państwa osi przegrają wojnę, Niemcy i Japonia będą okupowane, Włochy wyzwolone. Zwycięzcy: Stany Zjednoczone, Wielka Brytania i Rosja spotkają się na konferencji i ustalą nowy ład w Europie. 

- A co z Polską? 
- Będzie Polska! Ale za jaką cenę (...) Najpierw będą nią władali komuniści, a potem szubrawcy i świnie. Na koniec powstanie jeszcze większa niż teraz. Tego ani ja, ani Ty nie doczekamy, dopiero wnukowie. Warto jednak wiedzieć że tak się stanie"


"NA KONIEC POWSTANIE JESZCZE WIĘKSZA NIŻ TERAZ"


Te ostatnie słowa Ossowieckiego brzmią podobnie jak ojca Klimuszko: "Polska stanie się światową potęgą, a w języku polskim będą pisane przyszłe ustawy obowiązujące w świecie", oraz wielu innych europejskich jasnowidzów, o których zamierzam napisać w kolejnych tematach.


Co się zaś jeszcze tyczy osoby Marszałka Józefa Piłsudskiego, to na łożu śmierci (maj 1935 r.) siarczyście przeklinał on Francuzów - dlaczego? Czy znał przyszłość, o której miał mu powiedzieć w 1934 r. Stefan Ossowiecki? Myślę że tak właśnie było.


PS: Ciekawym jest również stwierdzenie Ossowieckiego, że na początku będą Polską rządzić komuniści, a potem "szubrawcy i świnie". Tak się zastanawiam - przypominając sobie czasy rządów po roku 1989 aż do dzisiaj, jak bardzo to wszystko jest prawdziwe.


"CZY WY SOBIE ZDAJECIE SPRAWĘ Z NIEBEZPIECZEŃSTW GROŻĄCYCH POLSCE, OD ZEWNĄTRZ I WEWNĄTRZ (...) JEŻELI POLACY, WSZYSCY POLACY, ROZUMIECIE, CO MÓWIĘ, WSZYSCY POLACY, NIE WEZMĄ SIĘ DO ROBOTY W OBRONIE INTERESÓW KRAJU, A MNIE ZABRAKNIE, TO ZA DZIESIĘĆ LAT POLSKI NIE BĘDZIE"

JÓZEF PIŁSUDSKI w rozmowie z pułkownikiem Romanem Michałowskim - attache wojskowym polskiej ambasady w Bukareszcie. Bukareszt - Jesień 1931 r. Według relacji Michałowskiego, gdy skończył mówić te słowa twarz zakrył rękoma, jakby chciał się rozpłakać.



A TAK MA WYGLĄDAĆ POLSKA PRZYSZŁOŚCI 
Według wyżej wymienionych i ... 
tych niewymienionych przepowiedni


23 września 2025

MEMORIAM - Cz. VI

MITRYDATES - MARIUSZ - SULLA 
CZYLI NIEKOŃCZĄCA SIĘ WOJNA





ZRANIONA WILCZYCA




Nim jeszcze dobiegła końca wojna ze sprzymierzeńcami w samej Italii, na Wschodzie, w Azji (Mniejszej - staram się bowiem utrzymać formę opowiadania pisanego w I wieku p.n.e. dlatego też pewnych sformułowań nie przedstawiam bezpośrednio, a umieszczam w nawiasach) najpotężniejszym państwem Wschodu było już królestwo Mitrydatesa VI Eupatora. Ów władca dobrze zdawał sobie z tego sprawę i prawdopodobnie podjął decyzję zjednoczenia całej Azji pod swoim panowaniem. Nie jest jednak pewne czy pragnął on konfliktu z Rzymem, bo gdyby tak było, uderzyłby zbrojnie wówczas, gdy Rzym nie był zdolny do odparcia takiego ataku, jak choćby podczas wojen z barbarzyńcami z północy (105-101 r. p.n.e.) czy też właśnie w czasie wojny sprzymierzeńczej (91-88 r. p.n.e.). Owszem, podejmował Mitrydates w tym czasie różne próby działań zmierzających do opanowania krajów Azji, ale zawsze się wycofywał gdy tylko Rzymianie interweniowali dyplomatycznie (103 r. p.n.e. obraza posłów pontyjskich przez Lucjusza Apulejusza Saturninusa który chciał sprowokować wojnę - Mitrydates nie reaguje, choć nie opuszcza zajętej w 104 r. p.n.e. Galacji i Kapadocji. 98 r. p.n.e. wyjazd Gajusza Mariusza na Wschód - oficjalnie w celu odbycia pielgrzymki do świątyni bogini Kybele w Pessynuncie we Frygii i zwiedzenia ruin Troi - który dociera do Synopy i ostrzega króla przed dalszymi agresywnymi krokami przeciw rzymskim sojusznikom w Azji Mniejszej, ale ponieważ Mariusz nie pełnił wówczas żadnej publicznej funkcji i przebywał na Wschodzie jako osoba prywatna, ostrzeżenie to Mitrydates także zbagatelizował. W 96 r. p.n.e. napisał na niego oficjalną skargę do rzymskiego Senatu - król Bitynii Nikomedes III, który ponad dekadę wcześniej - 108 r. p.n.e. wraz z Mitrydatesem zajął Paflagonię, a teraz obawiał się że jego kraj może zostać podporządkowany Mitrydatesowi Pontyjskiemu).



 
(Senat wysłał więc do Azji Mniejszej propretora Lucjusza Korneliusza Sullę. Ten ubogi patrycjusz i autor skandali obyczajowych - w młodości był bowiem utrzymankiem bogatej wdowy o imieniu Nikopolis, która po śmierci w testamencie zapisała mu cały swój majątek, a także zarzucano mu że kupił sobie urząd pretora - w 95 r. p.n.e. wkroczył do Kapadocji - sił własnych posiadał niewiele, większość wojsk to były kontyngenty sprzymierzeńców małoazjatyckich - wygnał stamtąd króla Ariaratesa IX i jego pontyjskiego patrona - Gordiosa, po czym powierzył tron kapadockiemu nobilowi Ariobarzanesowi I. Ani to, ani starcie zbrojne w Sofenie w 92 r. p.n.e. {krainie leżącej w południowo-zachodniej Armenii} nie doprowadziło do wybuchu wojny rzymsko-pontyjskiej, gdyż Mitrydates wówczas znów się cofnął. Podobnie było gdy w 91 r. p.n.e. król Armenii Tigranes II Wielki {sojusznik i zięć Mitrydatesa} ponownie zajął Kapadocję i wypędził stamtąd Ariobarzanesa, a Mitrydates wkroczył do Bitynii i pozbawił tamtejszego tronu Nikomedesa IV, powierzając tron jego młodszemu bratu - który notabene wcale nie pragnął władzy, ale został do niej przymuszony przez Mitrydatesa - Sokratesa Chrestusa. Gdy jednak Rzym zagroził interwencją zbrojną, a wysłany na Wschód Marek Akwiliusz szybko zebrał kontyngenty wojskowe, Mitrydates kolejny raz się wycofał. Sokrates zwany Chrestusem czyli "Dobrym" - nie wiadomo dlaczego, bo przecież z chciwości zamordował swoją siostrę - uciekł na Eubeę a potem do Pontu, gdzie z rozkazu Mitrydatesa został zamordowany - oficjalnie za morderstwo na siostrze, realnie pewnie za nieudolność i nieumiejętność utrzymania się u władzy). Teraz jednak wytrzymałość pontyjskiego monarchy dobiegła kresu gdy król Bitynii - Nikomedes IV opodatkował okręty wpływające i wypływające na Morze Czarne. Nikomedes uczynił to co prawda nie z własnej woli, a raczej przymuszony był do podjęcia takiego kroku przez owego Marka Akwiliusza, który zażądał od niego zapłaty za przywrócenie go do tronu. Ponieważ jednak skarbiec Bitynii świecił pustkami, król (za radą Akwiliusza) opodatkował okręty wpływające do Propontydy (cieśnin Bosfor i Dardanele). 





Mitrydates postanowił na początku rozwiązać konflikt dyplomatycznie, wysyłając do Bitynii dwukrotnie swoich posłów (89 r. p.n.e.). W obu przypadkach zostali oni jednak odprawieni z niczym (za drugim razem nawet nie zezwolono im na audiencję u króla), co ostatecznie przelało kielich goryczy i Mitrydates postanowił się już więcej nie cofać, a wręcz przeciwnie - teraz to on pierwszy zamyślał uderzyć z taką siłą, że Rzym nim się otrząśnie, będzie już za późno. Czas jednak nie był dla niego sprzyjający, jako że w Italii właśnie dobiegała końca wojna ze sprzymierzeńcami. Chwila więc nie była odpowiednia by teraz atakować Rzymian, gdy właśnie rozwiązali oni niezwykle palący problem konfliktu wewnętrznego. Ale nie było wyjścia, dalsze cofanie mogło się skończyć narzuceniem rzymskiego zwierzchnictwa, tak jak uczyniono to z innymi monarchiami małoazjatyckimi. Bezpośredniego pretekstu do uderzenia dostarczyli Mitrydatesowi jednak sami Rzymianie, którzy (pod wodzą Marka Akwiliusza) uderzyli na Galację, sądząc że (podobnie jak to było wcześniej) i teraz król Pontu się wycofa. On jednak już się nie cofnął. Siły pontyjskie były znacznie silniejsze niż siły sojusznicze i w bitwie pod Protostachium Akwiliusz został rozbity (89 r. p.n.e.). Uciekł więc do prowincji Azji, by tam wraz z namiestnikiem Lucjuszem Kasjuszem przygotować kontrofensywę. A tymczasem Mitrydates błyskawicznie opanował Kapadocję (ponownie wypędzając stamtąd Ariobarzanesa I), potem ruszył na Bitynię i tutaj w bitwie nad rzeką Amnias rozbił siły królestwa Bitynii, zmuszając Nikomedesa IV do ucieczki (grudzień 89 r. p.n.e.). Po tym zwycięstwie i opanowaniu Bitynii, ruszył Mitrydates na południe, ku rzymskiej prowincji Azji (czyli dawnym królestwie Pergamonu) i tutaj w bitwie pod górą Scorobas zadał ostateczną klęskę rzymskim dwom legionom, stacjonującym w tej prowincji (luty 88 r. p.n.e.).




Przegrany Akwiliusz próbował ratować się ucieczką do Italii, ale gdy dotarł na wyspę Lesbos, tamtejsi mieszkańcy Mityleny uwięzili go i przekazali Mitrydatesowi jako jeńca. Ten kazał posadzić go na ośle i obwozić publicznie przez miasta Azji (Akwiliusz miał również błagać ludy Azji Mniejszej o przebaczenie ze rzymskie zbrodnie). Bardzo szybko Mitrydates opanował też Pergamon i Efez, całkowicie likwidując rzymskie władztwo w dużej części Azji a namiestnika Lucjusza Kasjusza, prokonsula Kwintusa Oppiusza i legata Marka Akwiliusza wtrącił do lochu (następnie dwóch ostatnich skazał na śmierć - Akwiliusza w brutalny sposób, wlewając mu do gardła płynne złoto, za karę za współudział w nałożeniu wysokich podatków na okręty płynące przez Bosfor i Dardanele). W zdobytym Pergamonie Mitrydates VI ogłosił zniesienie wszystkich podatków na okres pięciu lat, jako wyraz wyzwolenia mieszkańców Azji spod rzymskiego ucisku (w dużej mierze ucisku fiskalnego), co zyskało królowi wielu zwolenników w miastach Azji, a na szlakach marszu jego armii ustawiały się wiwatujące tłumy, rzucające kwiaty pod stopy pontyjskich żołnierzy, zaś Mitrydates otrzymał przydomek: "Wybawiciela Hellady". Wydawało się że opanowanie poszczególnych miast i wysp będzie już tylko kwestią czasu - i rzeczywiście, ogromna większość z nich otwierała swe bramy przed Mitrydatesem z radością, ale pierwszymi, którzy tego nie uczynili byli mieszkańcy Rodos. Ta bowiem wyspa róż i słońca, miejsce w którym krzyżowały się antyczne szlaki handlowe wiodące z Egiptu i Lewantu ku wybrzeżom Hellady i Morza Czarnego - zazdrośnie strzegła swojej wolności i zamknęła swe bramy przed wojskami Mitrydatesa VI. Wyspa ta posiadała silną flotę oraz zdeterminowanych obrońców i próba jej opanowania przez władcę Pontu (pomimo wsparcia ze strony cylicyjskich piratów) zakończyła się porażką (nieudana próba dokonania desantu morskiego pod Lindos). Za przykładem Rodos - tej wyspy boga Heliosa, poszły miasta w Karii, Licji i Pamfilii - Kyzikos, Lampsakos, Abydos, Skepis i Ilion (czyli miasto wzniesione na ruinach dawnej Troi - która według Rzymian była pramatką ich własnego miasta). Choć bardziej prawdopodobnym jest fakt, iż po prostu przestraszyły się one rzymskiej kary, a jak było wiadomo Rzym, nawet jeśli ponosił wielkie i dotkliwe klęski to i tak... ostatecznie zawsze zwyciężał.




Król Mitrydates VI widząc że nie zdoła przekonać wszystkich mieszkańców Azji do poparcia jego polityki "zjednoczenia całej Azji", wpadł na przerażający pomysł (ponoć podpowiedział mu go pewien starzec, uchodzący za mędrca). Jak najlepiej i najkorzystniej przeciągnąć innych na swoją stronę w taki sposób, aby spalili za sobą wszystkie mosty i musieli do końca wspierać Mitrydatesa? Należy uczynić z nich sprawców zbrodni, która zmusi ich do walki na śmierć i życie po stronie pontyjskiej, bo w przeciwnym razie ich samych czeka kara i śmierć. Otóż król Mitrydates VI postanowił... wymordować wszystkich Rzymian i Italików jacy znajdowali się w Azji. A było tam wiele rodzin z Italii, w tym wciąż w Smyrnie żył mój dziad - Publiusz Rutyliusz Rufus, który jednak uniknął śmierci, jako że Smyrna - choć uznała władzę Mitrydatesa - nie włączyła się w tę zbrodnię. W innych miastach Azji w brutalny sposób mordowano Italików, bez względu na płeć czy wiek (porównanie może z naszego punktu widzenia niezbyt adekwatne, ale jednak dla Rzymian przez długi czas to, co stało się w miastach Azji w 88 r. p.n.e. to było jak dla nas Polaków zbrodnia wołyńska z roku 1943/44 dokonana przez ukraińskich nacjonalistów). Ulice spłynęły krwią a do rzezi dochodziło w wielu miastach, w których nawet nie stacjonowały pontyjskie oddziały - tamtejszy lud po prostu spontanicznie odpowiedział na apel Mitrydatesa. Liczba ofiar była ogromna (szacunki mówią że zginęło wówczas ponad 80 000 Rzymian i Italików). Mieszkańcy miast, w których odbywały się owe masakry, tym chętniej do nich przystępowali, iż mienie mordowanych było dzielone pomiędzy mordujących (z tym że połowa należała się królowi Pontu). Zbrodnia, której się dopuszczono, była o tyle niezwykła, że często sąsiad mordował sąsiada a ci, którzy zostali wydani na pastwę śmierci, więcej niekiedy mieli wspólnego z tamtejszymi społecznościami niż z Rzymem i jego wielką polityką (no mówię, porównanie z Wołyniem jak najbardziej adekwatne). To byli często ludzie, którzy od lat żyli na Wschodzie, tam się pożenili, tam założyli rodziny, tam urodziły się ich dzieci a oni związali swe losy z tamtejszymi społeczeństwami, czując się bardziej obywatelami miast azjatyckich, niż obywatelami Rzymu. 




Niektóre miasta nie uczestniczyły jednak w tym krwawym procederze (choć wówczas nie mogły partycypować w łupach i wciąż obawiały się ewentualnej kary ze strony Mitrydatesa). Zdarzały się też przypadki udzielania pomocy i ukrywania Rzymian. W większości jednak przypadków ludzie żądni "rzymskich bogactw" mordowali z szaleńczym zapałem wszystkich, bez względu na płeć, wiek czy pozycję społeczną (zabijano również niewolników należących do małoazjatyckich Rzymian). Wojska pontyjskie też niosły śmierć, gdziekolwiek się pojawiły. Po zdobyciu wyspy Delos żołnierze armii Mitrydatesa VI dokonali pogromu tamtejszych Italików, którzy zjechali na wyspę w nadziei ocalenia życia. Oczywiście do pewnego stopnia można próbować usprawiedliwić ten morderczy szał rzymską chciwością, gdyż rzeczywiście większość prowincji, a szczególnie prowincja Azja, były swoistym poligonem działania dla rzymskich i italskich "łowców fortun". Podatki zbierano w sposób niezwykle rygorystyczny, często brutalny, odbierając dorobek wielu pokoleń w przypadku niewypłacalności. Nic więc dziwnego, że Rzymianie na Wschodzie byli powszechnie znienawidzeni, a przypadki udzielania im pomocy i ochrony należały do nielicznych. Hasła wolności podatkowej i wyzwolenia spod rządów rzymskiej i miejscowej plutokracji, były więc niezwykle popularne i przyczyniały się do sukcesów armii Mitrydatesa VI nie tylko w samej Azji, ale również w Grecji. Tak oto Ateny zrzuciły wówczas dotychczasowy (wspierany przez Rzym) model arystokratycznych rządów i pod przewodem niejakiego Aristona przywróciły demokrację (a w zasadzie rządy Aristona jako despoty). W tym samym czasie Archelaos (największy wódz Mitrydatesa w tej wojnie) na czele floty bez walki opanował nie tylko Pireus, ale i całą Helladę południową oraz większość środkowej (gdzie nieliczne siły rzymskie podjęły się obrony prowincji Macedonii, było to o tyle trudne, że w tym samym czasie na Macedonię najeżdżali również Trakowie z północy). Wydawało się że los tych ziem został już przesądzony a Rzym utracił je na zawsze.

       

NOWE POKOLENIE 
CZY MOŻE KONIEC ŚWIATA?




W Rzymie wiadomość o wschodnich rzeziach została przyjęta z niedowierzaniem, przerażeniem i gniewem. Postanowiono że odpór musi zostać dany natychmiast a kara spotka każdego, na kogo choćby padnie cień udziału w tych mordach. A tymczasem w samym Rzymie trwała walka zwolenników dwóch niezwykle popularnych wodzów i polityków. Jednym z nich był zwycięzca barbarzyńskich najeźdźców z północy (Cymbrów i Teutonów z lat 102-101 p.n.e.) twórca nowego modelu armii, pogromca Jugurty Numidyjskiego - Gajusz Mariusz, którego ponoć - gdy był jeszcze młodym chłopakiem - do przyszłej wielkości wyniósł sam Scypion Afrykański Młodszy (który zapytany niegdyś podczas libacji o to, kogo uważa za godnego siebie następcę, miał klepnąć w ramię siedzącego obok młodego Mariusza i rzec: "A kto wie czy nie ten?" Miało to miejsce po zdobyciu przez Rzymian hiszpańskiej twierdzy Numancji i ostatecznym zakończeniu powstania Iberów i Celtyberów (w 133 r. p.n.e. Mariusz miał wówczas zaledwie 25 lat). Drugim zaś, był prawdziwy pogromca Jugurty i zdobywca Numidii, autor zwycięskiej taktyki w wojnie sprzymierzeńczej, człowiek z chropowatą wysypką na twarzy, która dodawała mu groźnego wyglądu - Lucjusz Korneliusz Sulla, któremu także przepowiadano wielką przyszłość (ponoć po raz pierwszy wielkość miał mu wywróżyć pewien Chaldejczyk, będący w orszaku partyjskiego posła Orobazosa, z którym Sulla zawarł stosunki dyplomatyczne podczas swojej podróży na Wschód w 95 r. p.n.e. Wówczas ów Chaldejczyk, czytający z mimiki twarzy i ruchów ciała, miał rzec: "Przeznaczeniem tego męża jest stać się największym człowiekiem" i jednocześnie miał się zdziwić, że dotąd jeszcze nie uzyskał owej wielkości. Innym razem, jeszcze podczas wojny ze sprzymierzeńcami, gdy Sulla kroczył z wojskiem koło Lawerny, nagle zerwało się krótkotrwałe trzęsienie ziemi i powstał krater głęboki z którego buchnął płomień. Augurowie uznali że jest to znak od bogów, iż Sulla stanie się mężem opatrznościowym, który ocali kraj od zagłady). Obaj politycy byli już wiekowi - Sulla miał lat 50, zaś Mariusz prawie 70. 


 GAJUSZ MARIUSZ



Obaj też za sobą nie przepadali i wzajemnie zazdrościli sobie sławy. Nienawiść (tak, bo była to prawdziwa nienawiść) między nimi pojawiła się ok. 106 r. p.n.e. po zakończeniu wojny numidyjskiej, w której wodzem naczelnym był Mariusz, a Sulla pełnił tam wówczas funkcję kwestora, ale i tak to nie Mariusza lud uważał za prawdziwego zwycięzcę tej wojny, tylko właśnie Sullę (dlaczego tak sądzono wyjaśnię innym razem). Poważny konflikt między nimi wybuchł ponownie ok. 91 r. p.n.e. gdy na Kapitolu król Mauretanii - Bokchus I ustawił posąg bogiń zwycięstwa niosących trofea wojenne, a obok nich postaci Jugurty w kajdanach, którego Bokchus przekazuje Sulli, Sulli a nie Mariuszowi. Mariusz odebrał to jako ciężką, osobistą obrazę i zażądał natychmiastowego usunięcia pomnika z Kapitolu, a ponieważ nie znalazł poparcia, usiłował samemu (przy pomocy swoich ludzi) ów posąg zdemontować. Nie udało mu się to, gdyż został zablokowany przez zwolenników Sulli i lud rzymski i musiał się wycofać. Teraz, w tymże roku wschodniej masakry Rzymian i Italików (88 r. p.n.e.) konflikt pomiędzy tymi dwoma politykami wybuchł z nową siłą. Senat niechętnie widział wodzem wyprawy przeciw Mitrydatesowi starego i już zniedołężniałego Mariusza (którego starcza powolność dała o sobie znać podczas wojny ze sprzymierzeńcami, choć Gajusz Mariusz w młodości był bardzo żywiołowy i niezwykle pracowity - na starość już jednak od dosiadania konia podczas bitwy, wolał moczenie nóg w misce z ciepłą wodą i nacieranie ich oliwkami oraz zsiadłym mlekiem dla złagodzenia bóli reumatycznych. Jeszcze w 89 r. p.n.e. opuścił Rzym i wyjechał do swej pięknej willi w Bajach niedaleko Misenum {którą to po jego śmierci kupiła niejaka Kornelia za 75 000 drachm, a po niej Lucjusz lukullus, który przepłacił znacznie, kupując ten dom za 2 500 000 drachm, tak bardzo bowiem pragnął posiadać dom, należący do osobistego wroga dowódcy pod którym służył, oraz swego osobistego przyjaciela Lucjusza Korneliusza Sulli}. Będąc jeszcze w Bajach, a szczególnie potem, wróciwszy już do Rzymu, Mariusz codziennie udawał się na Pole Marsowe aby ćwiczyć w pełnym ekwipunku wraz z młodymi żołnierzami, tym samym udowadniając wszystkim że nie jest jeszcze tak stary, ociężały i flegmatyczny jak o nim mówią. Niestety jego spora nadwaga raczej uniemożliwiała mu udowodnienie swoich racji). Zresztą według zwyczaju - wodza naczelnego armii wybierano drogą losowania spośród dwóch urzędujących konsulów, a Mariusz nie sprawował konsulatu od 12 lat, zaś konsulem (roku 88 p.n.e.) był właśnie Lucjusz Korneliusz Sulla (drugim był Kwintus Pompejusz Rufus) i to on został wybrany na wodza armii mającej ukarać Mitrydatesa VI. 


LUCJUSZ KORNELIUSZ SULLA 



Do obozu zwolenników Mariusza należał jednak ów Publiusz Sulpicjusz Rufus (którego przedstawiłem w poprzednim temacie) otoczony strażą 3 000 gladiatorów i 600 ekwitów jako tzw.: "anty-senatu". Zwołał on Komicja Tribusowe (Zgromadzenie Ludowe, które za jego trybunatu zwoływano praktycznie codziennie i które były widownią ataków na nobilitas i Senat), na których przedłożył wniosek o odebranie Sulli dowództwa nad armią wschodnią i przekazanie go w ręce Mariusza. W czasie głosowania na Komicjach doszło do zamieszania, gdyż Sulla wprowadził tam również swoich zwolenników, którzy gwałtownie protestowali przeciwko odebraniu swemu protektorowi dowództwa w wojnie z Mitrydatesem. Doszło do rekoczynów co przerodziło się w regularną bitwę. Jednak zwolennicy Sulli nie mieli szans w starciu z dobrze uzbrojoną strażą Rufusa, która dokonała tam po prostu politycznego mordu. Dopiero po ucieczce zwolenników Sulli i położeniu trupem kilku z nich, podjęto głosowanie i przyjęto powierzenie Mariuszowi dowództwa armii wschodniej. Był to niebywały wręcz akt bandytyzmu, jako że głosowanie (uświęcone boskim patronatem) odbyło się pośród leżacych jeszcze, świeżych zwłok zwolenników Sulli. W Senacie oburzenie było niesamowite, a obaj konsulowie (Pompejusz i Sulla) nakazali zawieszenie prawomocnego przeprowadzania uchwał (iustitium) i udali się na naradę do świątyni Dioskurów (to także było złamaniem prawa, gdyż uchwalenie iustitium było możliwe tylko w obliczu zagrożenia militarnego samego Rzymu, a nie przypadku rozruchów wewnętrznych). Tam radzono nad owym mordem, gdy nagle za drzwiami podniósł się gwałt i harmider. To zwolennicy Rufusa opanowali Forum Romanum i tutaj także dopuścili się zbrodni, zabijając młodego chłopaka - Kwintusa Pompejusza Rufusa Młodszego (syna konsula Kwintusa Pompejusza Rufusa). Następnie próbowali wedrzeć się do światyni Dioskurów, ale Pompejuszowi Rufusowi i Sulli udało się uciec bocznym wejściem (choć potem dostrzeżono go na ulicy i podjęto pogoń za uciekającym Sullą, który musiał się schronić w... domu samego Mariusza).

Sulpicjusz Rufus odebrał teraz konsulat Pompejuszowi Rufusowi i dowództwo nad armią wschodnią, stacjonującą w Noli - Korneliuszowi Sulli, powierzając je Gajuszowi Mariuszowi. Nakazał też dwóm trybunom wojskowym udać się do Noli i przekazać wojsku informację o zmianie dowództwa. Nim jednak owi trybuni zdołali dotrzeć do sześciu legionów gotowych na wyprawę przeciw Mitrydatesowi, zjawił się w obozie pod Nolą sam Sulla, który poinformował żołnierzy jaki gwałt i zbrodnia dokonuje się w Rzymie i jak prawi ludzie są mordowani na ulicach w imię politycznych korzyści kilku frustratów którzy ciągną kraj ku zgubie. Po takiej deklaracji, nim trybuni w ogóle mieli możliwość przedstawienia okoliczności zmiany dowództwa, na miejscu ich ukamienowano. Sulla przekonywał też żołnierzy że Mariusz może sobie wybrać inne oddziały, oraz że ominie ich wschodni łup wojenny - przemawiał tak gorliwie, że żołnierze sami zaczęli się palić by "pójść na Rzym". A w Rzymie tymczasem trwała krwawa jatka, gdy wciąż mordowano zwolenników Sulli i rozkradano ich mienie. Nie wiadomo też, kto pierwszy w obozie pod Nolą rzucił hasło, by maszerować na Rzym - czy był to Sulla, czy też pod wpływem jego relacji sami żołnierze (których autorytetem się cieszył jeszcze od czasów wojny ze sprzymierzeńcami) go do tego namawiali, wiadomo jednak że hasła, które tam padały jak i sama myśl o marszu na Rzym - była przestępstewem. Dlatego też oficerowie całkowicie odsunęli się od Sulli, nie chcąc mieć nic wspólnego z zamachem stanu i ewentualną karą jaka ich za to musi spotkać. Sulla jednak pytał: "Któż będzie sądził zwycięzców?". I miał rację, ale to, co uczynił, było swoistym precedensem, nieznanym nigdy wcześniej w historii Rzymu. Po raz pierwszy bowiem rzymskie wojsko zbrojnie wkroczyło do miasta, przekroczono linię graniczną (etrusco ritu) a Sulla, miast w todze, wszedł do Rzymu w stroju wojskowym. Czasy się zmieniają nadchodzi nowe pokolenie - jak w tych dniach mawiali haruspikowie. Bogowie się gniewają, nadciąga koniec świata - dodawali augurzy, a Rzym wkraczał w nową epokę, która ostatecznie położyła kres Republice i zaprowadziła Miasto Wilczycy ku jednowładztwu.    

 

 PO RAZ PIERWSZY SULLA WKROCZYŁ DO RZYMU w 88 r. p.n.e.
PO RAZ DRUGI (I TO JEST POKAZANE W TEJ SCENIE) w 82 r. p.n.e.




CEZAR MIAŁ JUŻ POTEM UŁATWIONE ZADANIE PRZEKRACZAJĄC RUBIKON 
I WCHODZĄC DO RZYMU w 49 r. p.n.e.



CDN.

UMIERAMY I CO DALEJ? - czyli co się z nami dzieje po śmierci? - Cz. IV

PRZYKŁAD DUSZY MŁODEJ
czyli scena, aktorzy, humor i "głupota życia"


Teraz chciałbym przejść do opisu owych trzech grup dusz, które stanowią ciekawe odbicie odmienności doświadczeń i zachowań, szczególnie na "Tamtym Świecie". Zacznijmy od pewnego wyjaśnienia, mianowicie, dusza inkarnując na Ziemi, przystępuje tu do egzaminu, na który długo przygotowywała się w "Zaświatach". Celem jest pozbycie się negatywnych wibracji, ale nie wszystkich jednocześnie i nie wszystkich naraz. To jest stopniowane, najpierw skupiamy się np. na poradzeniu sobie z uczuciem nienawiści, potem zazdrości, następnie żalu, potem jeszcze uczymy się współczucia itp. Oczywiście owe konfiguracje wcześniej ustalamy z naszymi Przewodnikami, co też nie oznacza, że skupienie się na jednym z wyżej wymienionych (lub też i innych nie wymienionych), elementów - oznacza całkowite pominięcie całości elementów składowych. Wszystkie nasze zachowania i określone działania są niezwykle ważne, ale skupiamy się głównie na poradzeniu sobie z konkretnym problemem. To nie jest takie proste, czasami pozbycie się np. nienawiści, czy uczucia zazdrości, zajmuje niektórym duszom nawet... 1500 ziemskich lat (czyli kilkanaście, lub nawet kilkadziesiąt wcieleń). A to jest tylko jeden element, dodatkowo wchodzi w to wszystko proces dewolucji, czyli cofania się na naszej drodze rozwoju i rozpoczynania od nowa (lub tylko od pewnego etapu). Choć oczywiście są też i dusze które uczą się szybciej, np. w przeciągu kilkudziesięciu ziemskich lat, potrafią całkowicie wyzbyć się danej, ściśle określonej, negatywnej wibracji.

Oto przykład kobiety, która poddana sesji hipnoterapeutycznej przeniosła się do swej pierwszej inkarnacji na Ziemi (jest to dodatkowo bardzo młoda dusza, która ma na swym "koncie" zaledwie kilka, może kilkanaście ziemskich żywotów). W tym życiu jest już dojrzałą 67-letnią kobietą, poddana sesji hipnoterapeutycznej opowiada o swym pierwszym wcieleniu. Nim jednak do tego przejdę, ciekawe są pytania hipnoterapeuty dotyczące stanu, w jakim dusza tej kobiety przebywała, nim rozpoczęła proces inkarnacyjny. Gdy prosi ją, by cofnęła się w swej pamięci do tamtego momentu i pyta jak została stworzona przez Boga i jakie to uczycie być nową duszą, kobieta odpowiada: "Nie wiem jakie to uczucie być stworzonym, ja po prostu... byłam tu od zawsze, byłam tu z Jego myślą". Ciekawe prawda? Następnie przechodzi do opisu swego pierwszego żywota. Urodziła się i żyła po raz pierwszy w XIII wieku. Długo jednak nie pożyła w tym życiu, została bowiem zabita w bardzo młodym wieku zaledwie 5 lat w 1260 r., w czasie najazdu wojsk mongolskich na północną Syrię (podczas wojny Mongołów z egipskimi Mamelukami, zakończonej notabene zwycięstwem Mameluków w bitwie pod Ain Dżalut w 1260 r., była to pierwsza klęska militarna Mongołów, poniesiona na otwartym polu, od czasu założenia państwa w 1206 r. przez Czyngis-chana).

Hipnoterapeuta poprosił kobietę, by ta opisała stan uczucia jakiego doznała zaraz po swej pierwszej śmierci. Kobieta z ogromnym wzburzeniem w głosie, pełna żalu wykrzyknęła: "Zostałam oszukana". Na pytanie hipnoterapeuty przez kogo, odpowiedziała: "Przez mojego Przewodnika, ja mu zaufałam, a on mnie tu przysłał". Miała żal do swego Przewodnika że posłał ją w tak okrutne warunki, gdzie musiała zakończyć swe młode życie, nim jeszcze naprawdę się ono zaczęło. Nie mogła zrozumieć dlaczego Przewodnik wysłał ją w takie miejsce i dlaczego żyła tak krótko w swoim ciele. Hipnoterapeuta zapytał, czy sama wybrała swoje ciało, ona na to: "Tak ale, nie wiedziałam że to jest takie okrutne i pełne przemocy miejsce, ja o tym nie wiedziałam, to całe moje życie było jednym wielkim błędem". Wciąż powtarzała "Zaufałam Mu, a On mnie tu przysłał, po co to było?" - pytała oskarżając jednocześnie o swoje niepowodzenie swego Przewodnika. Takie właśnie zachowanie jest niezwykle częste wśród młodych dusz, które za wszystko obwiniają swych Opiekunów. Gdy hipnoterapeuta zapytał, czy pomimo swego krótkiego życia, nauczyła się czegoś w tamtym wcieleniu, kobieta odparła: "Tak, zaczęłam się uczyć... Miłości, to takie cudowne uczucie". Następnie wymieniała pozytywne chwile, które spędziła w otoczeniu swego brata (wraz z nią zabitego podczas najazdu Mongołów), oraz swych rodziców. Opowiadała o przyjemnych chwilach spędzonych w ich towarzystwie.

Początkująca dusza, a szczególnie taka, która inkarnuje po raz pierwszy, może odczuwać coś na kształt niespełnienia i żalu, obwiniając jednocześnie za wszystko swego Opiekuna. Dusza owej kobiety była wyraźnie niedojrzała nawet w jej obecnym wcieleniu. Nadal nie potrafi ona nauczyć się okazywania innym ludziom zbytniej wielkoduszności, jest zamknięta, nieufna, zapatrzona w siebie, a jednocześnie wciąż o wszystko oskarża innych, wciąż zapytuje: "Dlaczego los tak mnie oszukał?" i nie znajduje na to pytanie odpowiedzi. Życie też jej się pogmatwało, nie potrafi bowiem nauczyć się utrzymywania stałych, przyjaznych więzi z innymi ludzi. Opuściła swego męża (który jest inkarnacją zmarłego wraz z nią brata z 1260 r.) dla innego mężczyzny, szukała wrażeń i szczęścia, nie znalazła ich, wciąż nie potrafi nauczyć się Miłości i współczucia, choć jak sama przyznała w "Zaświatach", dużo na ten temat uczyła się ze swym obecnym mężem - też młodą duszą, a jednocześnie bratem z pierwszego wcielenia. Wzajemnie sobie pomagali, czerpiąc ze swych doświadczeń pod kierunkiem ich Przewodnika. Taka młoda dusza jest niezwykle niestabilna, skłonna do popełniania przeróżnych "głupstw" i wymagająca opieki dwóch Przewodników. Szczególnie że jej drugi Przewodnik jest "osobowością" dosyć dominującą i niezwykle wymagającą.

Wcześniej pisałem już trochę na temat radości, jaką dla niedawno przybyłej duszy (po śmierci jej fizycznego ciała), stanowi możliwość spotkania przyjaciół ze swojej grupy docelowej. Teraz chciałbym przedstawić pewne istotne "detale", jakie obowiązują głównie w grupach złożonych z młodych dusz. Przede wszystkim humor jest bardzo ważnym spoiwem i drogowskazem dalszego samorozwoju młodej duszy. Humor jest tu oczywiście często powiązany z wzajemnym wytykaniem sobie wszelkich mankamentów niedawno co zakończonych wcieleń, młode dusze bowiem uwielbiają robić sobie zabawne "złośliwości" na temat określonego życia i indywidualnych wyborów ich kompanów z "paczki". Np. jeśli ktoś z grupy wybrał żywot biskupa, śmieją się zarzucając mu egoizm i chęć łatwego i przyjemnego życia (podczas sesji hipnoterapeutycznej mężczyzna opowiadał, że jego grupa młodych dusz stroiła sobie z niego żarty za to właśnie, że w poprzednim wcieleniu wybrał życie biskupa). Wszystkie dusze z danej grupy docelowej (z reguły w liczbie od ok. 10 do 5 dusz), wiedzą o sobie dokładnie wszystko i niczego nie można ukryć, czy zataić przed przyjaciółmi z "naszej paczki". Nie ma jednak w tych wzajemnych docinkach i "uszczypliwościach" ani nienawiści, ani podejrzliwości, ani braku zaufania, ani wreszcie wzajemnej wrogości - te negatywne emocje już "Tam" nie funkcjonują.

Wszyscy członkowie grupy są równi względem siebie. Nie ma przywódców, choć różni członkowie grupy mogą być na różnym stopniu rozwoju duchowego, jednak nie znaczy to, że są w jakiś sposób lepsi od innych - im także można przypomnieć przeróżne negatywne wydarzenia z ich życia (jak już pisałem, członkowie danej grupy wiedzą o wszystkich, nawet największych tajemnicach każdego z członków grupy). Przytoczonemu wyżej przeze mnie, poddanemu hipnozie mężczyźnie, członkowie jego grupy zarzucali "miękkość", czyli chęć łatwego i przyjemnego życia, gdyż w przeciwnym razie wybrałby los zwykłego, biednego kleryka, a nie majętnego biskupa. Wytykano mu że uwiódł i wykorzystał młodą dziewczynę, która przyszła do niego po duchową poradę. Mężczyzna próbuje ripostować i bronić się, mówi że dziewczyna była sierotą i potrzebowała go, zaś on "był taki samotny". Członkowie grupy odrzucają jego twierdzenia, mimo to wszyscy odczuwają że jego intencje były dobre, ale nie mogą sobie darować okazji... by się z niego nabijać. Humor, chęć żartów, a przede wszystkim wzajemne wytykanie sobie błędów wśród młodych dusz ma bardzo istotną przyczynę. Po prostu dusze te zżyły się ze sobą tak bardzo, że nie chcą zostawiać przyjaciół, a tak stanie się, jeśli jakaś dusza poprzez kolejne inkarnacje osiągnie stopień "Średniej Duszy", a co za tym idzie, będzie musiała opuścić swoją grupę.

Wzajemny przepływ myśli, doświadczeń i przeżyć, oraz żartów i zabaw które członkowie danej grupy mają "na swym koncie", jest tak duży, że grupa praktycznie działa jak jedna dusza (choć o różnych odcieniach osobowości). Tak więc członkowie jednej grupy wprost uwielbiają swoje towarzystwo, a wzajemne małe "złośliwości", są metodą odreagowania lub przykrycia własnych błędów, a przede wszystkim szczerą chęcią, by nasz towarzysz wciąż był z nami i nie odszedł od grupy. Na miejsce tych, którzy przeszli "na wyższy poziom" (grupa dusz "Średnich"), nigdy (do grup złożonych z Młodych Dusz), nie są dopuszczane kolejne, nowe - młode dusze. Dzieje się tak, ponieważ dusze, które przebywają ze sobą w jednej grupie od początku procesu inkarnacyjnego, mają tyle wspólnych doświadczeń, tyle przygód i przeróżnych wspomnień, że każda "nowa" dusza, dołączona do tej grupy - byłaby znacznie w tyle. Te dusze, które rozpoczynają dopiero proces inkarnacyjny, dołączają do innych dusz, także dopiero co zaczynających, by każdy miał równy start i równe możliwości "awansu". Dusze które przejdą na wyższy poziom i opuszczą swoją grupę, nadal mogą kontaktować się ze starymi przyjaciółmi z "paczki", jedyna różnica polega na tym, że odtąd nie przebywają już ze sobą cały czas razem, nie śmieją się i nie żartują w grupie, a jedynie czasami kontaktują się ze sobą telepatycznie.

Grupę oczywiście prowadzi Przewodnik (czasami dwóch Przewodników, o czym pisałem w poprzednich tematach), choć z reguły bardzo rzadko przebywa on ze swą grupą. Z reguły zleca im do wykonania pewne zadania, nad którymi mają wspólnie popracować, zastanowić się i przemyśleć, a potem odchodzi, by ponownie wrócić i zapoznać się z ich "opinią". Przewodnik opisanego przeze mnie wyżej mężczyzny (jest On także Przewodnikiem całej jego grupy), lubi efektowne wejścia, które bardzo podobają się członkom grupy. Pojawia się np. nagle, podczas wzajemnej dyskusji członków grupy, w sposób dość efektowny. Jego przyjście rozświetlają migające różnokolorowe gwiazdki, które jaśnieją przepięknym blaskiem. Przewodnik pojawia się jako... czarodziej, z długą białą brodą, kapeluszem podobnym do tego, jaki używał Gandalf w "Władcy Pierścieni" i w ogóle bardzo przypominający tę postać. Wszyscy w grupie ponoś bardzo lubią efektowne "powroty" swego Przewodnika i czekają na nie z niecierpliwością.




Co ciekawe, Przewodnik grupy, do której należy ów poddany sesji hipnoterapeutycznej mężczyzna, odzwierciedla "męskie inklinacje" całej grupy. Jak sam przyznaje ów mężczyzna, mówiąc: "Jesteśmy rozhukaną bandą ciągle żądnych wrażeń niecierpliwców, nasz Przewodnik na wiele nam pozwala, gdyż sam jest żywiołowej natury, ale jasno mówi jakie są nasze zadania i co należy wykonać. On jest bardzo mądry".

Jest jeszcze jedna ciekawa rzecz, która dominuje w grupie tego mężczyzny. Mianowicie członkowie tej grupy inkarnują... tylko jako mężczyźni. Jest to dość często spotykany sposób "wyboru płci", przez młode dusze. Ów mężczyzna stwierdził, że członkowie jego grupy wolą wybierać męskie role, gdyż lubią sami kształtować wydarzenia oraz dominować w swoich środowiskach. Często też pragną podziwu i uznania, oraz władzy i panowania nad innymi (wśród poprzednich wcieleń jego "kompanów" byli i piraci i władcy i przywódcy religijni, choć niekoniecznie były to wybitne osobowości). Gdy młode dusze przejdą na wyższy poziom rozwoju, zaczynają już wcielać się w obydwie płcie (zresztą, nawet młoda dusza, która wybiera tylko jedną płeć, niekiedy również wybiera płeć przeciwną - jest to związane z przeróżnymi karmicznymi konsekwencjami z poprzednich wcieleń, które już opisywałem we wcześniejszych częściach). Jak sobie młode dusze potrafią poradzić (czyli te, które wybrały "męskie wcielenia") w dalszym procesie rozwoju, do którego niezbędne jest również doświadczenie płci odmiennej, świadczą słowa owego mężczyzny, który mówi że jego grupa zawsze inkarnuje w pobliżu innej grupy dusz, które z kolei wybrały wcielenia ściśle żeńskie - i tak wymieniają się doświadczeniami.

Twierdzi że kobiece wcielenia ich na razie nie interesują, gdyż wciąż chcą oni zabawy i przygód, oraz pragną "zdobywać świat", a uważają że łatwiej im to osiągnąć w "męskiej postaci" (co ciekawe, członkowie jednej grupy czasem tylko inkarnują w swoim pobliżu, raczej wybierają odmienne wcielenia, by potem robić sobie z nich prawdziwą... bekę. Ale prawie zawsze inkarnują w pobliżu tej drugiej "żeńskiej grupy", by łatwiej zdobywać i wymieniać się doświadczeniami). W tym życiu ów mężczyzna jest liderem kapeli, w której wokalistką jest jedna z członkiń "żeńskiej grupy", w której on się podkochuje.


I tak to mniej więcej wyglądają perypetie młodych dusz


CDN.

ZAPRZAŃSTWO JAKICH MAŁO! - Cz. VII

CZYLI HISTORYCZNA REFLEKSJA JAKO MEMENTO DLA WSPÓŁCZESNOŚCI POWSTANIE i WOJNA Cz. VII WŁADYSŁAW IV W MŁODOŚCI  Poselstwo na którego czele st...