WYŚWIETLENIA

23 września 2025

MEMORIAM - Cz. VI

MITRYDATES - MARIUSZ - SULLA 
CZYLI NIEKOŃCZĄCA SIĘ WOJNA





ZRANIONA WILCZYCA




Nim jeszcze dobiegła końca wojna ze sprzymierzeńcami w samej Italii, na Wschodzie, w Azji (Mniejszej - staram się bowiem utrzymać formę opowiadania pisanego w I wieku p.n.e. dlatego też pewnych sformułowań nie przedstawiam bezpośrednio, a umieszczam w nawiasach) najpotężniejszym państwem Wschodu było już królestwo Mitrydatesa VI Eupatora. Ów władca dobrze zdawał sobie z tego sprawę i prawdopodobnie podjął decyzję zjednoczenia całej Azji pod swoim panowaniem. Nie jest jednak pewne czy pragnął on konfliktu z Rzymem, bo gdyby tak było, uderzyłby zbrojnie wówczas, gdy Rzym nie był zdolny do odparcia takiego ataku, jak choćby podczas wojen z barbarzyńcami z północy (105-101 r. p.n.e.) czy też właśnie w czasie wojny sprzymierzeńczej (91-88 r. p.n.e.). Owszem, podejmował Mitrydates w tym czasie różne próby działań zmierzających do opanowania krajów Azji, ale zawsze się wycofywał gdy tylko Rzymianie interweniowali dyplomatycznie (103 r. p.n.e. obraza posłów pontyjskich przez Lucjusza Apulejusza Saturninusa który chciał sprowokować wojnę - Mitrydates nie reaguje, choć nie opuszcza zajętej w 104 r. p.n.e. Galacji i Kapadocji. 98 r. p.n.e. wyjazd Gajusza Mariusza na Wschód - oficjalnie w celu odbycia pielgrzymki do świątyni bogini Kybele w Pessynuncie we Frygii i zwiedzenia ruin Troi - który dociera do Synopy i ostrzega króla przed dalszymi agresywnymi krokami przeciw rzymskim sojusznikom w Azji Mniejszej, ale ponieważ Mariusz nie pełnił wówczas żadnej publicznej funkcji i przebywał na Wschodzie jako osoba prywatna, ostrzeżenie to Mitrydates także zbagatelizował. W 96 r. p.n.e. napisał na niego oficjalną skargę do rzymskiego Senatu - król Bitynii Nikomedes III, który ponad dekadę wcześniej - 108 r. p.n.e. wraz z Mitrydatesem zajął Paflagonię, a teraz obawiał się że jego kraj może zostać podporządkowany Mitrydatesowi Pontyjskiemu).



 
(Senat wysłał więc do Azji Mniejszej propretora Lucjusza Korneliusza Sullę. Ten ubogi patrycjusz i autor skandali obyczajowych - w młodości był bowiem utrzymankiem bogatej wdowy o imieniu Nikopolis, która po śmierci w testamencie zapisała mu cały swój majątek, a także zarzucano mu że kupił sobie urząd pretora - w 95 r. p.n.e. wkroczył do Kapadocji - sił własnych posiadał niewiele, większość wojsk to były kontyngenty sprzymierzeńców małoazjatyckich - wygnał stamtąd króla Ariaratesa IX i jego pontyjskiego patrona - Gordiosa, po czym powierzył tron kapadockiemu nobilowi Ariobarzanesowi I. Ani to, ani starcie zbrojne w Sofenie w 92 r. p.n.e. {krainie leżącej w południowo-zachodniej Armenii} nie doprowadziło do wybuchu wojny rzymsko-pontyjskiej, gdyż Mitrydates wówczas znów się cofnął. Podobnie było gdy w 91 r. p.n.e. król Armenii Tigranes II Wielki {sojusznik i zięć Mitrydatesa} ponownie zajął Kapadocję i wypędził stamtąd Ariobarzanesa, a Mitrydates wkroczył do Bitynii i pozbawił tamtejszego tronu Nikomedesa IV, powierzając tron jego młodszemu bratu - który notabene wcale nie pragnął władzy, ale został do niej przymuszony przez Mitrydatesa - Sokratesa Chrestusa. Gdy jednak Rzym zagroził interwencją zbrojną, a wysłany na Wschód Marek Akwiliusz szybko zebrał kontyngenty wojskowe, Mitrydates kolejny raz się wycofał. Sokrates zwany Chrestusem czyli "Dobrym" - nie wiadomo dlaczego, bo przecież z chciwości zamordował swoją siostrę - uciekł na Eubeę a potem do Pontu, gdzie z rozkazu Mitrydatesa został zamordowany - oficjalnie za morderstwo na siostrze, realnie pewnie za nieudolność i nieumiejętność utrzymania się u władzy). Teraz jednak wytrzymałość pontyjskiego monarchy dobiegła kresu gdy król Bitynii - Nikomedes IV opodatkował okręty wpływające i wypływające na Morze Czarne. Nikomedes uczynił to co prawda nie z własnej woli, a raczej przymuszony był do podjęcia takiego kroku przez owego Marka Akwiliusza, który zażądał od niego zapłaty za przywrócenie go do tronu. Ponieważ jednak skarbiec Bitynii świecił pustkami, król (za radą Akwiliusza) opodatkował okręty wpływające do Propontydy (cieśnin Bosfor i Dardanele). 





Mitrydates postanowił na początku rozwiązać konflikt dyplomatycznie, wysyłając do Bitynii dwukrotnie swoich posłów (89 r. p.n.e.). W obu przypadkach zostali oni jednak odprawieni z niczym (za drugim razem nawet nie zezwolono im na audiencję u króla), co ostatecznie przelało kielich goryczy i Mitrydates postanowił się już więcej nie cofać, a wręcz przeciwnie - teraz to on pierwszy zamyślał uderzyć z taką siłą, że Rzym nim się otrząśnie, będzie już za późno. Czas jednak nie był dla niego sprzyjający, jako że w Italii właśnie dobiegała końca wojna ze sprzymierzeńcami. Chwila więc nie była odpowiednia by teraz atakować Rzymian, gdy właśnie rozwiązali oni niezwykle palący problem konfliktu wewnętrznego. Ale nie było wyjścia, dalsze cofanie mogło się skończyć narzuceniem rzymskiego zwierzchnictwa, tak jak uczyniono to z innymi monarchiami małoazjatyckimi. Bezpośredniego pretekstu do uderzenia dostarczyli Mitrydatesowi jednak sami Rzymianie, którzy (pod wodzą Marka Akwiliusza) uderzyli na Galację, sądząc że (podobnie jak to było wcześniej) i teraz król Pontu się wycofa. On jednak już się nie cofnął. Siły pontyjskie były znacznie silniejsze niż siły sojusznicze i w bitwie pod Protostachium Akwiliusz został rozbity (89 r. p.n.e.). Uciekł więc do prowincji Azji, by tam wraz z namiestnikiem Lucjuszem Kasjuszem przygotować kontrofensywę. A tymczasem Mitrydates błyskawicznie opanował Kapadocję (ponownie wypędzając stamtąd Ariobarzanesa I), potem ruszył na Bitynię i tutaj w bitwie nad rzeką Amnias rozbił siły królestwa Bitynii, zmuszając Nikomedesa IV do ucieczki (grudzień 89 r. p.n.e.). Po tym zwycięstwie i opanowaniu Bitynii, ruszył Mitrydates na południe, ku rzymskiej prowincji Azji (czyli dawnym królestwie Pergamonu) i tutaj w bitwie pod górą Scorobas zadał ostateczną klęskę rzymskim dwom legionom, stacjonującym w tej prowincji (luty 88 r. p.n.e.).




Przegrany Akwiliusz próbował ratować się ucieczką do Italii, ale gdy dotarł na wyspę Lesbos, tamtejsi mieszkańcy Mityleny uwięzili go i przekazali Mitrydatesowi jako jeńca. Ten kazał posadzić go na ośle i obwozić publicznie przez miasta Azji (Akwiliusz miał również błagać ludy Azji Mniejszej o przebaczenie ze rzymskie zbrodnie). Bardzo szybko Mitrydates opanował też Pergamon i Efez, całkowicie likwidując rzymskie władztwo w dużej części Azji a namiestnika Lucjusza Kasjusza, prokonsula Kwintusa Oppiusza i legata Marka Akwiliusza wtrącił do lochu (następnie dwóch ostatnich skazał na śmierć - Akwiliusza w brutalny sposób, wlewając mu do gardła płynne złoto, za karę za współudział w nałożeniu wysokich podatków na okręty płynące przez Bosfor i Dardanele). W zdobytym Pergamonie Mitrydates VI ogłosił zniesienie wszystkich podatków na okres pięciu lat, jako wyraz wyzwolenia mieszkańców Azji spod rzymskiego ucisku (w dużej mierze ucisku fiskalnego), co zyskało królowi wielu zwolenników w miastach Azji, a na szlakach marszu jego armii ustawiały się wiwatujące tłumy, rzucające kwiaty pod stopy pontyjskich żołnierzy, zaś Mitrydates otrzymał przydomek: "Wybawiciela Hellady". Wydawało się że opanowanie poszczególnych miast i wysp będzie już tylko kwestią czasu - i rzeczywiście, ogromna większość z nich otwierała swe bramy przed Mitrydatesem z radością, ale pierwszymi, którzy tego nie uczynili byli mieszkańcy Rodos. Ta bowiem wyspa róż i słońca, miejsce w którym krzyżowały się antyczne szlaki handlowe wiodące z Egiptu i Lewantu ku wybrzeżom Hellady i Morza Czarnego - zazdrośnie strzegła swojej wolności i zamknęła swe bramy przed wojskami Mitrydatesa VI. Wyspa ta posiadała silną flotę oraz zdeterminowanych obrońców i próba jej opanowania przez władcę Pontu (pomimo wsparcia ze strony cylicyjskich piratów) zakończyła się porażką (nieudana próba dokonania desantu morskiego pod Lindos). Za przykładem Rodos - tej wyspy boga Heliosa, poszły miasta w Karii, Licji i Pamfilii - Kyzikos, Lampsakos, Abydos, Skepis i Ilion (czyli miasto wzniesione na ruinach dawnej Troi - która według Rzymian była pramatką ich własnego miasta). Choć bardziej prawdopodobnym jest fakt, iż po prostu przestraszyły się one rzymskiej kary, a jak było wiadomo Rzym, nawet jeśli ponosił wielkie i dotkliwe klęski to i tak... ostatecznie zawsze zwyciężał.




Król Mitrydates VI widząc że nie zdoła przekonać wszystkich mieszkańców Azji do poparcia jego polityki "zjednoczenia całej Azji", wpadł na przerażający pomysł (ponoć podpowiedział mu go pewien starzec, uchodzący za mędrca). Jak najlepiej i najkorzystniej przeciągnąć innych na swoją stronę w taki sposób, aby spalili za sobą wszystkie mosty i musieli do końca wspierać Mitrydatesa? Należy uczynić z nich sprawców zbrodni, która zmusi ich do walki na śmierć i życie po stronie pontyjskiej, bo w przeciwnym razie ich samych czeka kara i śmierć. Otóż król Mitrydates VI postanowił... wymordować wszystkich Rzymian i Italików jacy znajdowali się w Azji. A było tam wiele rodzin z Italii, w tym wciąż w Smyrnie żył mój dziad - Publiusz Rutyliusz Rufus, który jednak uniknął śmierci, jako że Smyrna - choć uznała władzę Mitrydatesa - nie włączyła się w tę zbrodnię. W innych miastach Azji w brutalny sposób mordowano Italików, bez względu na płeć czy wiek (porównanie może z naszego punktu widzenia niezbyt adekwatne, ale jednak dla Rzymian przez długi czas to, co stało się w miastach Azji w 88 r. p.n.e. to było jak dla nas Polaków zbrodnia wołyńska z roku 1943/44 dokonana przez ukraińskich nacjonalistów). Ulice spłynęły krwią a do rzezi dochodziło w wielu miastach, w których nawet nie stacjonowały pontyjskie oddziały - tamtejszy lud po prostu spontanicznie odpowiedział na apel Mitrydatesa. Liczba ofiar była ogromna (szacunki mówią że zginęło wówczas ponad 80 000 Rzymian i Italików). Mieszkańcy miast, w których odbywały się owe masakry, tym chętniej do nich przystępowali, iż mienie mordowanych było dzielone pomiędzy mordujących (z tym że połowa należała się królowi Pontu). Zbrodnia, której się dopuszczono, była o tyle niezwykła, że często sąsiad mordował sąsiada a ci, którzy zostali wydani na pastwę śmierci, więcej niekiedy mieli wspólnego z tamtejszymi społecznościami niż z Rzymem i jego wielką polityką (no mówię, porównanie z Wołyniem jak najbardziej adekwatne). To byli często ludzie, którzy od lat żyli na Wschodzie, tam się pożenili, tam założyli rodziny, tam urodziły się ich dzieci a oni związali swe losy z tamtejszymi społeczeństwami, czując się bardziej obywatelami miast azjatyckich, niż obywatelami Rzymu. 




Niektóre miasta nie uczestniczyły jednak w tym krwawym procederze (choć wówczas nie mogły partycypować w łupach i wciąż obawiały się ewentualnej kary ze strony Mitrydatesa). Zdarzały się też przypadki udzielania pomocy i ukrywania Rzymian. W większości jednak przypadków ludzie żądni "rzymskich bogactw" mordowali z szaleńczym zapałem wszystkich, bez względu na płeć, wiek czy pozycję społeczną (zabijano również niewolników należących do małoazjatyckich Rzymian). Wojska pontyjskie też niosły śmierć, gdziekolwiek się pojawiły. Po zdobyciu wyspy Delos żołnierze armii Mitrydatesa VI dokonali pogromu tamtejszych Italików, którzy zjechali na wyspę w nadziei ocalenia życia. Oczywiście do pewnego stopnia można próbować usprawiedliwić ten morderczy szał rzymską chciwością, gdyż rzeczywiście większość prowincji, a szczególnie prowincja Azja, były swoistym poligonem działania dla rzymskich i italskich "łowców fortun". Podatki zbierano w sposób niezwykle rygorystyczny, często brutalny, odbierając dorobek wielu pokoleń w przypadku niewypłacalności. Nic więc dziwnego, że Rzymianie na Wschodzie byli powszechnie znienawidzeni, a przypadki udzielania im pomocy i ochrony należały do nielicznych. Hasła wolności podatkowej i wyzwolenia spod rządów rzymskiej i miejscowej plutokracji, były więc niezwykle popularne i przyczyniały się do sukcesów armii Mitrydatesa VI nie tylko w samej Azji, ale również w Grecji. Tak oto Ateny zrzuciły wówczas dotychczasowy (wspierany przez Rzym) model arystokratycznych rządów i pod przewodem niejakiego Aristona przywróciły demokrację (a w zasadzie rządy Aristona jako despoty). W tym samym czasie Archelaos (największy wódz Mitrydatesa w tej wojnie) na czele floty bez walki opanował nie tylko Pireus, ale i całą Helladę południową oraz większość środkowej (gdzie nieliczne siły rzymskie podjęły się obrony prowincji Macedonii, było to o tyle trudne, że w tym samym czasie na Macedonię najeżdżali również Trakowie z północy). Wydawało się że los tych ziem został już przesądzony a Rzym utracił je na zawsze.

       

NOWE POKOLENIE 
CZY MOŻE KONIEC ŚWIATA?




W Rzymie wiadomość o wschodnich rzeziach została przyjęta z niedowierzaniem, przerażeniem i gniewem. Postanowiono że odpór musi zostać dany natychmiast a kara spotka każdego, na kogo choćby padnie cień udziału w tych mordach. A tymczasem w samym Rzymie trwała walka zwolenników dwóch niezwykle popularnych wodzów i polityków. Jednym z nich był zwycięzca barbarzyńskich najeźdźców z północy (Cymbrów i Teutonów z lat 102-101 p.n.e.) twórca nowego modelu armii, pogromca Jugurty Numidyjskiego - Gajusz Mariusz, którego ponoć - gdy był jeszcze młodym chłopakiem - do przyszłej wielkości wyniósł sam Scypion Afrykański Młodszy (który zapytany niegdyś podczas libacji o to, kogo uważa za godnego siebie następcę, miał klepnąć w ramię siedzącego obok młodego Mariusza i rzec: "A kto wie czy nie ten?" Miało to miejsce po zdobyciu przez Rzymian hiszpańskiej twierdzy Numancji i ostatecznym zakończeniu powstania Iberów i Celtyberów (w 133 r. p.n.e. Mariusz miał wówczas zaledwie 25 lat). Drugim zaś, był prawdziwy pogromca Jugurty i zdobywca Numidii, autor zwycięskiej taktyki w wojnie sprzymierzeńczej, człowiek z chropowatą wysypką na twarzy, która dodawała mu groźnego wyglądu - Lucjusz Korneliusz Sulla, któremu także przepowiadano wielką przyszłość (ponoć po raz pierwszy wielkość miał mu wywróżyć pewien Chaldejczyk, będący w orszaku partyjskiego posła Orobazosa, z którym Sulla zawarł stosunki dyplomatyczne podczas swojej podróży na Wschód w 95 r. p.n.e. Wówczas ów Chaldejczyk, czytający z mimiki twarzy i ruchów ciała, miał rzec: "Przeznaczeniem tego męża jest stać się największym człowiekiem" i jednocześnie miał się zdziwić, że dotąd jeszcze nie uzyskał owej wielkości. Innym razem, jeszcze podczas wojny ze sprzymierzeńcami, gdy Sulla kroczył z wojskiem koło Lawerny, nagle zerwało się krótkotrwałe trzęsienie ziemi i powstał krater głęboki z którego buchnął płomień. Augurowie uznali że jest to znak od bogów, iż Sulla stanie się mężem opatrznościowym, który ocali kraj od zagłady). Obaj politycy byli już wiekowi - Sulla miał lat 50, zaś Mariusz prawie 70. 


 GAJUSZ MARIUSZ



Obaj też za sobą nie przepadali i wzajemnie zazdrościli sobie sławy. Nienawiść (tak, bo była to prawdziwa nienawiść) między nimi pojawiła się ok. 106 r. p.n.e. po zakończeniu wojny numidyjskiej, w której wodzem naczelnym był Mariusz, a Sulla pełnił tam wówczas funkcję kwestora, ale i tak to nie Mariusza lud uważał za prawdziwego zwycięzcę tej wojny, tylko właśnie Sullę (dlaczego tak sądzono wyjaśnię innym razem). Poważny konflikt między nimi wybuchł ponownie ok. 91 r. p.n.e. gdy na Kapitolu król Mauretanii - Bokchus I ustawił posąg bogiń zwycięstwa niosących trofea wojenne, a obok nich postaci Jugurty w kajdanach, którego Bokchus przekazuje Sulli, Sulli a nie Mariuszowi. Mariusz odebrał to jako ciężką, osobistą obrazę i zażądał natychmiastowego usunięcia pomnika z Kapitolu, a ponieważ nie znalazł poparcia, usiłował samemu (przy pomocy swoich ludzi) ów posąg zdemontować. Nie udało mu się to, gdyż został zablokowany przez zwolenników Sulli i lud rzymski i musiał się wycofać. Teraz, w tymże roku wschodniej masakry Rzymian i Italików (88 r. p.n.e.) konflikt pomiędzy tymi dwoma politykami wybuchł z nową siłą. Senat niechętnie widział wodzem wyprawy przeciw Mitrydatesowi starego i już zniedołężniałego Mariusza (którego starcza powolność dała o sobie znać podczas wojny ze sprzymierzeńcami, choć Gajusz Mariusz w młodości był bardzo żywiołowy i niezwykle pracowity - na starość już jednak od dosiadania konia podczas bitwy, wolał moczenie nóg w misce z ciepłą wodą i nacieranie ich oliwkami oraz zsiadłym mlekiem dla złagodzenia bóli reumatycznych. Jeszcze w 89 r. p.n.e. opuścił Rzym i wyjechał do swej pięknej willi w Bajach niedaleko Misenum {którą to po jego śmierci kupiła niejaka Kornelia za 75 000 drachm, a po niej Lucjusz lukullus, który przepłacił znacznie, kupując ten dom za 2 500 000 drachm, tak bardzo bowiem pragnął posiadać dom, należący do osobistego wroga dowódcy pod którym służył, oraz swego osobistego przyjaciela Lucjusza Korneliusza Sulli}. Będąc jeszcze w Bajach, a szczególnie potem, wróciwszy już do Rzymu, Mariusz codziennie udawał się na Pole Marsowe aby ćwiczyć w pełnym ekwipunku wraz z młodymi żołnierzami, tym samym udowadniając wszystkim że nie jest jeszcze tak stary, ociężały i flegmatyczny jak o nim mówią. Niestety jego spora nadwaga raczej uniemożliwiała mu udowodnienie swoich racji). Zresztą według zwyczaju - wodza naczelnego armii wybierano drogą losowania spośród dwóch urzędujących konsulów, a Mariusz nie sprawował konsulatu od 12 lat, zaś konsulem (roku 88 p.n.e.) był właśnie Lucjusz Korneliusz Sulla (drugim był Kwintus Pompejusz Rufus) i to on został wybrany na wodza armii mającej ukarać Mitrydatesa VI. 


LUCJUSZ KORNELIUSZ SULLA 



Do obozu zwolenników Mariusza należał jednak ów Publiusz Sulpicjusz Rufus (którego przedstawiłem w poprzednim temacie) otoczony strażą 3 000 gladiatorów i 600 ekwitów jako tzw.: "anty-senatu". Zwołał on Komicja Tribusowe (Zgromadzenie Ludowe, które za jego trybunatu zwoływano praktycznie codziennie i które były widownią ataków na nobilitas i Senat), na których przedłożył wniosek o odebranie Sulli dowództwa nad armią wschodnią i przekazanie go w ręce Mariusza. W czasie głosowania na Komicjach doszło do zamieszania, gdyż Sulla wprowadził tam również swoich zwolenników, którzy gwałtownie protestowali przeciwko odebraniu swemu protektorowi dowództwa w wojnie z Mitrydatesem. Doszło do rekoczynów co przerodziło się w regularną bitwę. Jednak zwolennicy Sulli nie mieli szans w starciu z dobrze uzbrojoną strażą Rufusa, która dokonała tam po prostu politycznego mordu. Dopiero po ucieczce zwolenników Sulli i położeniu trupem kilku z nich, podjęto głosowanie i przyjęto powierzenie Mariuszowi dowództwa armii wschodniej. Był to niebywały wręcz akt bandytyzmu, jako że głosowanie (uświęcone boskim patronatem) odbyło się pośród leżacych jeszcze, świeżych zwłok zwolenników Sulli. W Senacie oburzenie było niesamowite, a obaj konsulowie (Pompejusz i Sulla) nakazali zawieszenie prawomocnego przeprowadzania uchwał (iustitium) i udali się na naradę do świątyni Dioskurów (to także było złamaniem prawa, gdyż uchwalenie iustitium było możliwe tylko w obliczu zagrożenia militarnego samego Rzymu, a nie przypadku rozruchów wewnętrznych). Tam radzono nad owym mordem, gdy nagle za drzwiami podniósł się gwałt i harmider. To zwolennicy Rufusa opanowali Forum Romanum i tutaj także dopuścili się zbrodni, zabijając młodego chłopaka - Kwintusa Pompejusza Rufusa Młodszego (syna konsula Kwintusa Pompejusza Rufusa). Następnie próbowali wedrzeć się do światyni Dioskurów, ale Pompejuszowi Rufusowi i Sulli udało się uciec bocznym wejściem (choć potem dostrzeżono go na ulicy i podjęto pogoń za uciekającym Sullą, który musiał się schronić w... domu samego Mariusza).

Sulpicjusz Rufus odebrał teraz konsulat Pompejuszowi Rufusowi i dowództwo nad armią wschodnią, stacjonującą w Noli - Korneliuszowi Sulli, powierzając je Gajuszowi Mariuszowi. Nakazał też dwóm trybunom wojskowym udać się do Noli i przekazać wojsku informację o zmianie dowództwa. Nim jednak owi trybuni zdołali dotrzeć do sześciu legionów gotowych na wyprawę przeciw Mitrydatesowi, zjawił się w obozie pod Nolą sam Sulla, który poinformował żołnierzy jaki gwałt i zbrodnia dokonuje się w Rzymie i jak prawi ludzie są mordowani na ulicach w imię politycznych korzyści kilku frustratów którzy ciągną kraj ku zgubie. Po takiej deklaracji, nim trybuni w ogóle mieli możliwość przedstawienia okoliczności zmiany dowództwa, na miejscu ich ukamienowano. Sulla przekonywał też żołnierzy że Mariusz może sobie wybrać inne oddziały, oraz że ominie ich wschodni łup wojenny - przemawiał tak gorliwie, że żołnierze sami zaczęli się palić by "pójść na Rzym". A w Rzymie tymczasem trwała krwawa jatka, gdy wciąż mordowano zwolenników Sulli i rozkradano ich mienie. Nie wiadomo też, kto pierwszy w obozie pod Nolą rzucił hasło, by maszerować na Rzym - czy był to Sulla, czy też pod wpływem jego relacji sami żołnierze (których autorytetem się cieszył jeszcze od czasów wojny ze sprzymierzeńcami) go do tego namawiali, wiadomo jednak że hasła, które tam padały jak i sama myśl o marszu na Rzym - była przestępstewem. Dlatego też oficerowie całkowicie odsunęli się od Sulli, nie chcąc mieć nic wspólnego z zamachem stanu i ewentualną karą jaka ich za to musi spotkać. Sulla jednak pytał: "Któż będzie sądził zwycięzców?". I miał rację, ale to, co uczynił, było swoistym precedensem, nieznanym nigdy wcześniej w historii Rzymu. Po raz pierwszy bowiem rzymskie wojsko zbrojnie wkroczyło do miasta, przekroczono linię graniczną (etrusco ritu) a Sulla, miast w todze, wszedł do Rzymu w stroju wojskowym. Czasy się zmieniają nadchodzi nowe pokolenie - jak w tych dniach mawiali haruspikowie. Bogowie się gniewają, nadciąga koniec świata - dodawali augurzy, a Rzym wkraczał w nową epokę, która ostatecznie położyła kres Republice i zaprowadziła Miasto Wilczycy ku jednowładztwu.    

 

 PO RAZ PIERWSZY SULLA WKROCZYŁ DO RZYMU w 88 r. p.n.e.
PO RAZ DRUGI (I TO JEST POKAZANE W TEJ SCENIE) w 82 r. p.n.e.




CEZAR MIAŁ JUŻ POTEM UŁATWIONE ZADANIE PRZEKRACZAJĄC RUBIKON 
I WCHODZĄC DO RZYMU w 49 r. p.n.e.



CDN.

UMIERAMY I CO DALEJ? - czyli co się z nami dzieje po śmierci? - Cz. IV

PRZYKŁAD DUSZY MŁODEJ
czyli scena, aktorzy, humor i "głupota życia"


Teraz chciałbym przejść do opisu owych trzech grup dusz, które stanowią ciekawe odbicie odmienności doświadczeń i zachowań, szczególnie na "Tamtym Świecie". Zacznijmy od pewnego wyjaśnienia, mianowicie, dusza inkarnując na Ziemi, przystępuje tu do egzaminu, na który długo przygotowywała się w "Zaświatach". Celem jest pozbycie się negatywnych wibracji, ale nie wszystkich jednocześnie i nie wszystkich naraz. To jest stopniowane, najpierw skupiamy się np. na poradzeniu sobie z uczuciem nienawiści, potem zazdrości, następnie żalu, potem jeszcze uczymy się współczucia itp. Oczywiście owe konfiguracje wcześniej ustalamy z naszymi Przewodnikami, co też nie oznacza, że skupienie się na jednym z wyżej wymienionych (lub też i innych nie wymienionych), elementów - oznacza całkowite pominięcie całości elementów składowych. Wszystkie nasze zachowania i określone działania są niezwykle ważne, ale skupiamy się głównie na poradzeniu sobie z konkretnym problemem. To nie jest takie proste, czasami pozbycie się np. nienawiści, czy uczucia zazdrości, zajmuje niektórym duszom nawet... 1500 ziemskich lat (czyli kilkanaście, lub nawet kilkadziesiąt wcieleń). A to jest tylko jeden element, dodatkowo wchodzi w to wszystko proces dewolucji, czyli cofania się na naszej drodze rozwoju i rozpoczynania od nowa (lub tylko od pewnego etapu). Choć oczywiście są też i dusze które uczą się szybciej, np. w przeciągu kilkudziesięciu ziemskich lat, potrafią całkowicie wyzbyć się danej, ściśle określonej, negatywnej wibracji.

Oto przykład kobiety, która poddana sesji hipnoterapeutycznej przeniosła się do swej pierwszej inkarnacji na Ziemi (jest to dodatkowo bardzo młoda dusza, która ma na swym "koncie" zaledwie kilka, może kilkanaście ziemskich żywotów). W tym życiu jest już dojrzałą 67-letnią kobietą, poddana sesji hipnoterapeutycznej opowiada o swym pierwszym wcieleniu. Nim jednak do tego przejdę, ciekawe są pytania hipnoterapeuty dotyczące stanu, w jakim dusza tej kobiety przebywała, nim rozpoczęła proces inkarnacyjny. Gdy prosi ją, by cofnęła się w swej pamięci do tamtego momentu i pyta jak została stworzona przez Boga i jakie to uczycie być nową duszą, kobieta odpowiada: "Nie wiem jakie to uczucie być stworzonym, ja po prostu... byłam tu od zawsze, byłam tu z Jego myślą". Ciekawe prawda? Następnie przechodzi do opisu swego pierwszego żywota. Urodziła się i żyła po raz pierwszy w XIII wieku. Długo jednak nie pożyła w tym życiu, została bowiem zabita w bardzo młodym wieku zaledwie 5 lat w 1260 r., w czasie najazdu wojsk mongolskich na północną Syrię (podczas wojny Mongołów z egipskimi Mamelukami, zakończonej notabene zwycięstwem Mameluków w bitwie pod Ain Dżalut w 1260 r., była to pierwsza klęska militarna Mongołów, poniesiona na otwartym polu, od czasu założenia państwa w 1206 r. przez Czyngis-chana).

Hipnoterapeuta poprosił kobietę, by ta opisała stan uczucia jakiego doznała zaraz po swej pierwszej śmierci. Kobieta z ogromnym wzburzeniem w głosie, pełna żalu wykrzyknęła: "Zostałam oszukana". Na pytanie hipnoterapeuty przez kogo, odpowiedziała: "Przez mojego Przewodnika, ja mu zaufałam, a on mnie tu przysłał". Miała żal do swego Przewodnika że posłał ją w tak okrutne warunki, gdzie musiała zakończyć swe młode życie, nim jeszcze naprawdę się ono zaczęło. Nie mogła zrozumieć dlaczego Przewodnik wysłał ją w takie miejsce i dlaczego żyła tak krótko w swoim ciele. Hipnoterapeuta zapytał, czy sama wybrała swoje ciało, ona na to: "Tak ale, nie wiedziałam że to jest takie okrutne i pełne przemocy miejsce, ja o tym nie wiedziałam, to całe moje życie było jednym wielkim błędem". Wciąż powtarzała "Zaufałam Mu, a On mnie tu przysłał, po co to było?" - pytała oskarżając jednocześnie o swoje niepowodzenie swego Przewodnika. Takie właśnie zachowanie jest niezwykle częste wśród młodych dusz, które za wszystko obwiniają swych Opiekunów. Gdy hipnoterapeuta zapytał, czy pomimo swego krótkiego życia, nauczyła się czegoś w tamtym wcieleniu, kobieta odparła: "Tak, zaczęłam się uczyć... Miłości, to takie cudowne uczucie". Następnie wymieniała pozytywne chwile, które spędziła w otoczeniu swego brata (wraz z nią zabitego podczas najazdu Mongołów), oraz swych rodziców. Opowiadała o przyjemnych chwilach spędzonych w ich towarzystwie.

Początkująca dusza, a szczególnie taka, która inkarnuje po raz pierwszy, może odczuwać coś na kształt niespełnienia i żalu, obwiniając jednocześnie za wszystko swego Opiekuna. Dusza owej kobiety była wyraźnie niedojrzała nawet w jej obecnym wcieleniu. Nadal nie potrafi ona nauczyć się okazywania innym ludziom zbytniej wielkoduszności, jest zamknięta, nieufna, zapatrzona w siebie, a jednocześnie wciąż o wszystko oskarża innych, wciąż zapytuje: "Dlaczego los tak mnie oszukał?" i nie znajduje na to pytanie odpowiedzi. Życie też jej się pogmatwało, nie potrafi bowiem nauczyć się utrzymywania stałych, przyjaznych więzi z innymi ludzi. Opuściła swego męża (który jest inkarnacją zmarłego wraz z nią brata z 1260 r.) dla innego mężczyzny, szukała wrażeń i szczęścia, nie znalazła ich, wciąż nie potrafi nauczyć się Miłości i współczucia, choć jak sama przyznała w "Zaświatach", dużo na ten temat uczyła się ze swym obecnym mężem - też młodą duszą, a jednocześnie bratem z pierwszego wcielenia. Wzajemnie sobie pomagali, czerpiąc ze swych doświadczeń pod kierunkiem ich Przewodnika. Taka młoda dusza jest niezwykle niestabilna, skłonna do popełniania przeróżnych "głupstw" i wymagająca opieki dwóch Przewodników. Szczególnie że jej drugi Przewodnik jest "osobowością" dosyć dominującą i niezwykle wymagającą.

Wcześniej pisałem już trochę na temat radości, jaką dla niedawno przybyłej duszy (po śmierci jej fizycznego ciała), stanowi możliwość spotkania przyjaciół ze swojej grupy docelowej. Teraz chciałbym przedstawić pewne istotne "detale", jakie obowiązują głównie w grupach złożonych z młodych dusz. Przede wszystkim humor jest bardzo ważnym spoiwem i drogowskazem dalszego samorozwoju młodej duszy. Humor jest tu oczywiście często powiązany z wzajemnym wytykaniem sobie wszelkich mankamentów niedawno co zakończonych wcieleń, młode dusze bowiem uwielbiają robić sobie zabawne "złośliwości" na temat określonego życia i indywidualnych wyborów ich kompanów z "paczki". Np. jeśli ktoś z grupy wybrał żywot biskupa, śmieją się zarzucając mu egoizm i chęć łatwego i przyjemnego życia (podczas sesji hipnoterapeutycznej mężczyzna opowiadał, że jego grupa młodych dusz stroiła sobie z niego żarty za to właśnie, że w poprzednim wcieleniu wybrał życie biskupa). Wszystkie dusze z danej grupy docelowej (z reguły w liczbie od ok. 10 do 5 dusz), wiedzą o sobie dokładnie wszystko i niczego nie można ukryć, czy zataić przed przyjaciółmi z "naszej paczki". Nie ma jednak w tych wzajemnych docinkach i "uszczypliwościach" ani nienawiści, ani podejrzliwości, ani braku zaufania, ani wreszcie wzajemnej wrogości - te negatywne emocje już "Tam" nie funkcjonują.

Wszyscy członkowie grupy są równi względem siebie. Nie ma przywódców, choć różni członkowie grupy mogą być na różnym stopniu rozwoju duchowego, jednak nie znaczy to, że są w jakiś sposób lepsi od innych - im także można przypomnieć przeróżne negatywne wydarzenia z ich życia (jak już pisałem, członkowie danej grupy wiedzą o wszystkich, nawet największych tajemnicach każdego z członków grupy). Przytoczonemu wyżej przeze mnie, poddanemu hipnozie mężczyźnie, członkowie jego grupy zarzucali "miękkość", czyli chęć łatwego i przyjemnego życia, gdyż w przeciwnym razie wybrałby los zwykłego, biednego kleryka, a nie majętnego biskupa. Wytykano mu że uwiódł i wykorzystał młodą dziewczynę, która przyszła do niego po duchową poradę. Mężczyzna próbuje ripostować i bronić się, mówi że dziewczyna była sierotą i potrzebowała go, zaś on "był taki samotny". Członkowie grupy odrzucają jego twierdzenia, mimo to wszyscy odczuwają że jego intencje były dobre, ale nie mogą sobie darować okazji... by się z niego nabijać. Humor, chęć żartów, a przede wszystkim wzajemne wytykanie sobie błędów wśród młodych dusz ma bardzo istotną przyczynę. Po prostu dusze te zżyły się ze sobą tak bardzo, że nie chcą zostawiać przyjaciół, a tak stanie się, jeśli jakaś dusza poprzez kolejne inkarnacje osiągnie stopień "Średniej Duszy", a co za tym idzie, będzie musiała opuścić swoją grupę.

Wzajemny przepływ myśli, doświadczeń i przeżyć, oraz żartów i zabaw które członkowie danej grupy mają "na swym koncie", jest tak duży, że grupa praktycznie działa jak jedna dusza (choć o różnych odcieniach osobowości). Tak więc członkowie jednej grupy wprost uwielbiają swoje towarzystwo, a wzajemne małe "złośliwości", są metodą odreagowania lub przykrycia własnych błędów, a przede wszystkim szczerą chęcią, by nasz towarzysz wciąż był z nami i nie odszedł od grupy. Na miejsce tych, którzy przeszli "na wyższy poziom" (grupa dusz "Średnich"), nigdy (do grup złożonych z Młodych Dusz), nie są dopuszczane kolejne, nowe - młode dusze. Dzieje się tak, ponieważ dusze, które przebywają ze sobą w jednej grupie od początku procesu inkarnacyjnego, mają tyle wspólnych doświadczeń, tyle przygód i przeróżnych wspomnień, że każda "nowa" dusza, dołączona do tej grupy - byłaby znacznie w tyle. Te dusze, które rozpoczynają dopiero proces inkarnacyjny, dołączają do innych dusz, także dopiero co zaczynających, by każdy miał równy start i równe możliwości "awansu". Dusze które przejdą na wyższy poziom i opuszczą swoją grupę, nadal mogą kontaktować się ze starymi przyjaciółmi z "paczki", jedyna różnica polega na tym, że odtąd nie przebywają już ze sobą cały czas razem, nie śmieją się i nie żartują w grupie, a jedynie czasami kontaktują się ze sobą telepatycznie.

Grupę oczywiście prowadzi Przewodnik (czasami dwóch Przewodników, o czym pisałem w poprzednich tematach), choć z reguły bardzo rzadko przebywa on ze swą grupą. Z reguły zleca im do wykonania pewne zadania, nad którymi mają wspólnie popracować, zastanowić się i przemyśleć, a potem odchodzi, by ponownie wrócić i zapoznać się z ich "opinią". Przewodnik opisanego przeze mnie wyżej mężczyzny (jest On także Przewodnikiem całej jego grupy), lubi efektowne wejścia, które bardzo podobają się członkom grupy. Pojawia się np. nagle, podczas wzajemnej dyskusji członków grupy, w sposób dość efektowny. Jego przyjście rozświetlają migające różnokolorowe gwiazdki, które jaśnieją przepięknym blaskiem. Przewodnik pojawia się jako... czarodziej, z długą białą brodą, kapeluszem podobnym do tego, jaki używał Gandalf w "Władcy Pierścieni" i w ogóle bardzo przypominający tę postać. Wszyscy w grupie ponoś bardzo lubią efektowne "powroty" swego Przewodnika i czekają na nie z niecierpliwością.




Co ciekawe, Przewodnik grupy, do której należy ów poddany sesji hipnoterapeutycznej mężczyzna, odzwierciedla "męskie inklinacje" całej grupy. Jak sam przyznaje ów mężczyzna, mówiąc: "Jesteśmy rozhukaną bandą ciągle żądnych wrażeń niecierpliwców, nasz Przewodnik na wiele nam pozwala, gdyż sam jest żywiołowej natury, ale jasno mówi jakie są nasze zadania i co należy wykonać. On jest bardzo mądry".

Jest jeszcze jedna ciekawa rzecz, która dominuje w grupie tego mężczyzny. Mianowicie członkowie tej grupy inkarnują... tylko jako mężczyźni. Jest to dość często spotykany sposób "wyboru płci", przez młode dusze. Ów mężczyzna stwierdził, że członkowie jego grupy wolą wybierać męskie role, gdyż lubią sami kształtować wydarzenia oraz dominować w swoich środowiskach. Często też pragną podziwu i uznania, oraz władzy i panowania nad innymi (wśród poprzednich wcieleń jego "kompanów" byli i piraci i władcy i przywódcy religijni, choć niekoniecznie były to wybitne osobowości). Gdy młode dusze przejdą na wyższy poziom rozwoju, zaczynają już wcielać się w obydwie płcie (zresztą, nawet młoda dusza, która wybiera tylko jedną płeć, niekiedy również wybiera płeć przeciwną - jest to związane z przeróżnymi karmicznymi konsekwencjami z poprzednich wcieleń, które już opisywałem we wcześniejszych częściach). Jak sobie młode dusze potrafią poradzić (czyli te, które wybrały "męskie wcielenia") w dalszym procesie rozwoju, do którego niezbędne jest również doświadczenie płci odmiennej, świadczą słowa owego mężczyzny, który mówi że jego grupa zawsze inkarnuje w pobliżu innej grupy dusz, które z kolei wybrały wcielenia ściśle żeńskie - i tak wymieniają się doświadczeniami.

Twierdzi że kobiece wcielenia ich na razie nie interesują, gdyż wciąż chcą oni zabawy i przygód, oraz pragną "zdobywać świat", a uważają że łatwiej im to osiągnąć w "męskiej postaci" (co ciekawe, członkowie jednej grupy czasem tylko inkarnują w swoim pobliżu, raczej wybierają odmienne wcielenia, by potem robić sobie z nich prawdziwą... bekę. Ale prawie zawsze inkarnują w pobliżu tej drugiej "żeńskiej grupy", by łatwiej zdobywać i wymieniać się doświadczeniami). W tym życiu ów mężczyzna jest liderem kapeli, w której wokalistką jest jedna z członkiń "żeńskiej grupy", w której on się podkochuje.


I tak to mniej więcej wyglądają perypetie młodych dusz


CDN.

22 września 2025

WALKIRIA - CZYLI DLACZEGO HITLER ZDOBYŁ WŁADZĘ W NIEMCZECH? - Cz. I

CZYLI CO SPOWODOWAŁO 
ŻE REPUBLIKA WEIMARSKA 
ZMIENIŁA SIĘ W III RZESZĘ?





VARIA





"NIE MARTWCIE SIĘ, WOJNA BĘDZIE!"


Niemiecka Republika zwana również od miejsca swego powstania Weimarską, była od swych początków dzieckiem I Wojny Światowej i niemieckiej klęski wojennej. To było państwo zbudowane na zupełnie innych zasadach jak choćby kajzerowska, przedwojenna Rzesza, państwo z tak rozbuchanym partyjniactwem (które realnie powodowało niemoc prawną) i z tak liberalnym przekazem społecznym (który powodował że Republika Weimarska zamieniała się w jeden wielki... burdel), iż można by ten kraj określić trzema zwrotami, jakie zostały użyte przez Marszałka Piłsudskiego na określenie systemu parlamentarnego (i konstytucji) odrodzonej Polski w pierwszych Jej latach niepodległego bytu - "Pierdel, Serdel, Burdel!". Oczywiście Niemcy Weimarskie wykuwały się w zupełnie innych konfiguracjach politycznych i inne siły je determinowały. O ile bowiem Polska walczyła zbrojnie w pierwszych latach swej Niepodległości przeciw aż... pięciu wrogim krajom (a może nawet i sześciu, jeśli do tych państw zaliczyć można również i Białą Rosję, reprezentowaną przez carskich generałów - Denikina, Kołczaka, Judenicza czy Wrangla): bolszewicką Rosję, Niemcy, Litwę, Czechosłowację i odradzającą się Ukrainę (a raczej Zachodnio-Ukraińską Republikę Ludową, bo istniały wówczas dwa państwa ukraińskie) - o tyle Niemcy głównie toczyły walki wewnętrzne z widmem komunistycznej rewolucji w kraju. Niemcy Weimarskie powstały więc na bazie krwawych walk z komunistami (Związek Spartakusa) i tłumieniem wszelkich rewolucyjnych buntów (notabene spowodowanych tragiczną sytuacją gospodarczą państwa, które nie dość że straciło ponad 2 miliony żołnierzy na frontach i kolejne 500 tysięcy cywilnych mieszkańców w wyniku chorób i epidemii, to jeszcze tę wojnę przegrało i musiało zdać się na łaskę zwycięskich mocarstw). Poza tym właśnie dorastało nowe pokolenie (zwane potem "straconym" lub "niepotrzebnym" pokoleniem), które nie miało pracy ani też perspektyw na lepsze życie. 

Dawno już w niemieckim społeczeństwie przeminęła euforia, z jaką żołnierze szli na front w sierpniu roku 1914. Ach, jakże piękny był to rok. Ci, którzy przeżyli piekło I Wojny Światowej, wracali potem w swych wspomnieniach do cudownego okresu przedwojennej sielanki. Arystokraci z rozrzewnieniem wspominali te bale, przyjęcia, pikniki, herbatki pod gołym niebem, wiklinowe stoliki rozstawione pod drzewem, piękne panie przystrojone w wykwintne suknie i panów we frakach oraz zakrzywionych rogach kołnierzy koszul. Zwykli, niemajętni zaś ludzie, tęsknili po prostu do swych domów, do matek, żon, dzieci - do normalnego życia - o ile jeszcze mogło ono być normalnym dla ludzi, którzy co chwilę na froncie obcowali ze śmiercią. Powojenna trauma była bowiem ogromna, ludzie po powrocie do domów często nie potrafili się tam odnaleźć, wielu traciło zmysły, płakali lub krzyczeli całymi nocami, nie mogąc się uspokoić. Jakże odmiennie w ich umyśle musiały się wówczas kształtować kontrasty świata przedwojennego. Na przykład Francję postrzegano przed wojną jako kraj wielkiej rozwiązłości seksualnej - zaczytując się w dziełach Guya de Maupassanta czy Oktawiusza Mirabeau - do Paryża ściągali amanci nie tylko po to, aby obejrzeć Wieżę Eiffla czy obrazy Moneta, Degasa, czy Renoir'a, ale również aby odwiedzić dzielnice czerwonych latarni. Myliłby się jednak ten, kto by sądził że Francuzki były sprzedajne i łatwo można było je poderwać. Nie, Francuzki były znacznie bardziej purytańskie od np. Niemek, Rosjanek, czy nawet Angielek (zresztą były dobrze pilnowane przez swych mężów i ojców). Ten piękny świat (oczywiście nie dla wszystkich, bowiem biedacy i nędzarze nie wspominali go raczej dobrze, a dla wielu to też były ciężkie czasy, zaś wybuch wojny światowej ratował im niejednokrotnie życie, jak choćby niejakiemu bezrobotnemu malarzowi z Austrii, szukającemu szczęścia w Monachium - Adolfowi Hitlerowi, który wręcz dziękował Bogu za wybuch wojny, gdyż przymierał wówczas głodem), ten świat został zniszczony wraz z pierwszymi wojennymi wystrzałami Wojny Światowej.






George Orwell wspominał po latach swoje dzieciństwo, pisząc: "Nigdy w historii świata zwykły wulgarny przepych (...) nie był tak natrętny jak w latach poprzedzających rok 1914. Szaleni milionerzy w falistych cylindrach i kamizelkach koloru lawendy wydawali przyjęcia z szampanem na rokokowych barkach na Tamizie. Był to okres gry w diabolo i wąskich spódnic hobble, strojnych szarych meloników, żakietów, "Wesołej wdówki", powieści Sakiego, "Piotrusia Pana" i "Gdzie kończy się tęcza", gdy piło się "kawkę", paliło "cygarety", mówiło "uroczy", "kapitalny", i "boski", jeździło na rozkoszne weekendy do Brighton i na szałowe fajfy do Troca. Z całego tego dziesięciolecia przed rokiem 1914 zdaje się emanować (...) jakby atmosfera wiecznego jedzenia truskawkowych lodów na zielonym trawniku przy dźwięku hymnu zawodów wioślarskich w Eton. Co ciekawe, wszyscy byli przekonani, że to przelewające się, nadęte bogactwo angielskich wyższych i średnich klas będzie trwało wiecznie, gdyż należy do porządku rzeczy (...) Dobrodziejstwo fortuny było równie niepodważalne jak dobrodziejstwo zdrowia lub urody; błyszczący samochód, tytuł i liczna służba były w świadomości ludzi związane z poczuciem moralnej wartości". Nic dziwnego że do dziś czar tamtego świata jest tak silny, o czym świadczy choćby popularność takich seriali jak: "Downton Abbey". Ale należy też pamiętać, że obok tego bogactwa była prawdziwa nędza, bród, smród i ubóstwo. W Filadelfii podczas wystawy światowej w 1876 r. obok pięknie wybudowanych, majestatycznych pawilonów, mających ukazywać zarówno potęgę Stanów Zjednoczonych (po zakończeniu Wojny Secesyjnej), jak i geniusz ludzkiego umysłu (tam m.in. Alexander Graham Bell zaprezentował swój nowy wynalazek do przesyłania ludzkiej mowy na odległość, który dziś nazywamy telefonem), stały blaszane i często rozpadające się domostwa biedoty, której nie stać było na kilka centów za bilet wstępu na wystawę, gdy za te pieniądze trzeba było nakarmić rodzinę. 

Ten świat na długo przed pierwszym armatnim wystrzałem, był przez niektórych postrzegany jako skazany na upadek. Henry James po śmierci królowej Wiktorii w 1901 r. pisał tak: "Odczuwam żałobę po tej wiekowej, matczynej królowej klasy średniej, darzącej naród ciepłem i bezpieczeństwem (...) Odczułem jej śmierć mocniej niż się spodziewałem. Stanowiła dla nas trwały symbol, teraz zaś żeglujemy po wzburzonych wodach". Zaś jeden z rosyjskich arystokratów miał się w przypływie melancholii po suto zaprawionej kolacji, spacerując po swym majątku w towarzystwie pewnego dyplomaty wyrazić: "Pięknie tu, prawda? Szkoda że za parę lat to wszystko zostanie utopione we krwi!" Nie był on bynajmniej jasnowidzem, po prostu widział co się dzieje w Rosji (i innych krajach Europy), jakie są nastroje ludu i jak bardzo nie przystają one do wyobrażeń elit. Wybuch wojny został więc w prawie całej Europie powitany z... radością. Tak, ludzie się cieszyli, radowali, całowali że wybuchła wojna i że mogą w niej uczestniczyć. Wojna przynosiła bowiem wielką zmianę i choć nie wiedziano jeszcze jaki kierunek ta zmiana obierze, to jednak radowano się że wreszcie nastąpiła (człowiek to dziwna istota, prawda?). Tomasz Mann (niemiecki pisarz i poeta - uważany za następcę Goethego) sławił Niemcy jako najdoskonalszy naród i "najwyższą rasę przynoszącą światu kulturę" oraz uważał że wojna stanowi swoiste "oczyszczenie" narodu od "pacyfistycznych czynników (...) które wpływają na korupcję obywateli". Żołnierze szli na front żegnani przez swoje kobiety z kwiatami w rekach i uśmiechem na twarzy. Cały niemiecki naród miał się odtąd włączyć w wir wojny, począwszy od posłów ("Odtąd nie ma już partii politycznych, odtąd jest jeden naród niemiecki" - jak miał się w swej mowie w Reichstagu wyrazić kajzer Wilhelm II - 4 sierpnia 1914 r. trzy dni po wypowiedzeniu wojny Rosji przez Niemcy i dzień po wypowiedzeniu wojny Francji, zaś tego dnia Niemcom wojnę wypowiedziała Wielka Brytania), wykładowców akademickich ("My, wykładowcy niemieckich uniwersytetów i wyższych instytutów naukowych (...) Wierzymy, że ocalenie samej kultury Europy zależy od zwycięstwa owego niemieckiego "militaryzmu": męskich cnót, wierności i woli poświęcenia, które stanowią cechy zjednoczonych, wolnych Niemców" - deklaracja 3 100 niemieckich profesorów z lipca 1914 r.), po zwykłych obywateli Cesarstwa (ludzie z niecierpliwością oczekiwali Pałacem berlińskim wygaśnięcia terminu ultimatum złożonego Rosji 1 sierpnia 1914 r., a gdy termin minął, radowano się i płakano z radości że wreszcie wybuchła wojna).


BERLIŃCZYCY OCZEKUJĄ NA WYGAŚNIĘCIE TERMINU
ULTIMATUM SKIEROWANEGO DO ROSJI 
(1 Sierpnia 1914)



Należy jednak pamiętać, że te "męskie cnoty wierności i woli poświęcenia" w prusko-niemieckim wydaniu miały przerażające oblicza. Podbudową ich była choćby przemowa cesarza Wilhelma II do rekrutów gwardii z listopada 1891 r. Powiedział on wówczas takie oto słowa: "Rekruci mojej gwardii! Przysięgaliście mi teraz wierność przed uświęconym sługą bożym i przed tym ołtarzem. Jesteście jeszcze za młodzi, żeby zrozumieć prawdziwe znaczenie wypowiedzianych właśnie słów (...) Przysięgliście mi wierność, a to - dzieci mojej gwardii - oznacza że jesteście teraz moimi żołnierzami, że oddaliście mi się duszą i ciałem. Macie tylko jednego wroga - to znaczy mojego wroga (...) może się zdarzyć, że rozkażę wam zastrzelić waszych własnych krewnych, braci, a nawet rodziców - czego niech Bóg broni - ale w takim wypadku musicie bez szemrania spełnić moje rozkazy!" Radość z wybuchu wojny panowała jednak wszędzie, nie tylko w Niemczech, również w Austro-Węgrzech wojna była witana jako... wybawienie i ratunek dla dynastii Habsburgów. Już w 1909 r. w "Danzer's Armee-Zeitung" piśmie sił zbrojnych, wyłożono dokładnie całą filozofię austro-węgierskich elit i przekonanie dużej część społeczeństwa, a brzmiała ona następująco: "Pełna bitewnego zapału armia oczekuje zadań, do których została powołana. Idziemy w bój ze świadomością, że to od nas zależy przyszłość cesarstwa (...) Krew pulsuje nam w żyłach, rwiemy się ze smyczy. Miłościwy Panie! Daj nam sygnał!" Swoją drogą w tętniącym i rozbuchanymi sprzecznościami oraz wzrastającymi poszczególnymi nacjonalizmami narodów, z których składała się wieloetniczna Monarchia Austro-Węgier, myśl, iż wojna mogłaby te ruchy odśrodkowe zatrzymać była idiotyzmem! Nawet zwycięska wojna niewiele by dała i odroczyła agonię o kilka, może kilkanaście lat. Jedynym wyjściem dla stabilności i jedności Austro-Węgier było utrzymanie pokoju ZA WSZELKĄ CENĘ! Arcyksiążę Franciszek Ferdynand (następca tronu Austro-Węgier) stwierdził więc niezwykle przytomnie około roku 1908, iż: "Nigdy nie będę prowadził wojny przeciw Rosji. Uczynię wszelkie ofiary, aby do niej nie dopuścić, bo wojna miedzy Austrią i Rosją zakończyłaby się obaleniem Romanowych lub obaleniem Habsburgów czy nawet obaleniem obu dynastii". Taka deklaracja polityczna następcy tronu stanowiła credo jego polityki i stała się... oczywistym wyrokiem śmierci, gdyż siły które do wojny parły, nie mogły pozwolić aby coś stanęło im na drodze. 28 czerwca 1914 r. Arcyksiążę Franciszek Ferdynand został zastrzelony w Sarajewie przez młodego zamachowca - Gawrilo Principa.


ARCYKSIĄŻĘ FRANCISZEK FERDYNAND




I MOMENT ZABÓJSTWA JEGO, ORAZ JEGO MAŁŻONKI



Jakie jednak siły mogły chcieć tej wojny i kto mógł być zamieszany w to morderstwo. Cóż, aby się zbytnio nie wysilać, pozwolę sobie zaprezentować opinię Leszka Moczulskiego na tę kwestię: "W maju 1914 r. pułkownik (Dragutin Dmitrijević "Apis"), w tajemnicy przed własnym rządem, przedstawił pomysł zamachu na arcyksięcia rosyjskiemu attaché płk. Artamonowowi. Rosjanin sam nie był w stanie decydować; porozumiał się z przyjaciółmi ze sztabu generalnego w Petersburgu i po kilku dniach przekazał akceptację: "Działajcie, jeśli was zaatakują, nie zostawimy was samych". Czyżby więc to Rosjanie stali za zamachem na arcyksięcia Franciszka Ferdynanda? Ale po co, w jakim celu? Cel był jeden - ekspansja. Rosja miała zamkniętą drogę ekspansji w Azji po klęsce w wojnie z Japonią (1904-1905). Konflikt z Wielką Brytanią w Indiach i Persji nie wchodził w grę, pozostawała więc już tylko ekspansja na Bałkanach. A tam rosyjska polityka wchodziła w bezpośredni konflikt z Austro-Węgrami (wspieranymi przez Berlin). Oczywiście fakt, iż to strona rosyjska (poprzez swego ambasadora w Belgradzie - Nikolaia Hartwiga) sterowała zarówno "Czarną Ręką" Dragutina "Apisa" (mafijno-terrorystyczną organizacją w łonie serbskiego wywiadu wojskowego. Była ona swoistym przestępczym państwem w państwie), jest bezsporny, ale do wojny parło bardzo wiele różnych sił (często ze sobą skonfliktowanych). Niemiecki sztab generalny pragnął wojny czym prędzej - szef sztabu generalnego - Helmuth von Moltke stwierdził na radzie wojennej w grudniu 1912 r. w towarzystwie kajzera Wilhelma II: "Wojna jest nieunikniona i nim wcześniej nastąpi, tym lepiej dla Niemiec". To samo było w Rosji, Stawka (rosyjski sztab generalny) zdecydowanie opowiedziała się za wojną, gen. Władimir Suchomlinow żądał natychmiastowej mobilizacji i zdecydowanej kontrakcji w obronie zagrożonej przez Austro-Węgry Serbii. Minister spraw zagranicznych Cesarstwa Rosyjskiego - Siergiej Sazonow zwrócił się do cara 30 lipca 1914 r. tymi słowy: "Nie bójmy się, że przez nasze przygotowania rzucimy wyzwanie do wojny". Sazonow miał też zakomunikować kajzerowi Wilhelmowi II że: "Jeśli Austria wchłonie Serbię, wypowiemy jej wojnę", na co cesarz niemiecki odparł: "Cóż, wypowiadajcie!"




W Austro-Węgrzech też panowało istne wojenne szaleństwo. Niemiecki ambasador w Wiedniu baron Heinrich von Tschirschky raportował do Berlina z 10 lipca 1914 r.: "Berchtold (minister spraw zagranicznych Austro-Węgier) ciągle rozważał, jakie żądania postawić Serbom, żeby uznali je za całkowicie niemożliwe do przyjęcia". Rząd Monarchii zaś 7 lipca 1914 r. wydał protokół który brzmiał: "Wszyscy obecni z wyjątkiem premiera królestwa Węgier (hrabiego Istvana Tiszy) wyrazili przekonanie, że czysto dyplomatyczny sukces, nawet gdyby zakończył się rażącym upokorzeniem Serbii, będzie bezwartościowy, wobec tego należy wystosować pod adresem Serbii takie kategoryczne żądania, jakie pociągną za sobą niemal pewną odmowę, to bowiem powinno otworzyć drogę do radykalnego rozwiązania środkami militarnymi". Do wojny parli też i Francuzi i Brytyjczycy. Po stronie francuskiej było dwóch kluczowych "jastrzębi wojny". Pierwszym z nich był "Tygrys" (taki nosił przydomek) - Georges Clemenceau. Wielki francuski patriota (którego notabene dalecy przodkowie byli Tatarami) w 1914 miał już 73 lata, ale był doprawdy niezwykle żywotnym staruszkiem o sumiastych, siwych wąsach. Ten radykalny republikanin był niezwykle skutecznym politykiem i autorem aż dziesięciu rozbitych rządów, które chciały się jakoś "dogadać" z Niemcami w kwestii granic (np. my rezygnujemy z Alzacji i Lotaryngii, ale mamy za to zielone światło Berlina dla francuskiej ekspansji kolonialnej w Afryce i Azji). Clemenceau był przeciwnikiem takiego myślenia i jak zawsze powtarzał: "Honor Francji zostanie ocalony, gdy ponownie pobijemy Szwabów i odzyskamy nasze ziemie". Choć sam był zdeklarowanym republikaninem i przeciwnikiem monarchii, to jednak powracał do historii walk Cesarza Napoleona z Prusakami i powtarzał że sprawiedliwość dziejowa zapanuje dopiero wtedy, gdy zdobyczne niemieckie sztandary zostaną złożone u podnóża Łuku Triumfalnego a następnie spoczną w Pałacu Inwalidów.




W 1886 r. Clemenceau o mało nie doprowadził do linczu na premierze Karolu de Freycinet, gdy zmobilizował ulicę do obalenia jego rządu (który pragnął porozumieć się z Berlinem), mówiąc: "To nie jest ława ministrów, na którą teraz patrzę, lecz ława oskarżonych (...) Nie chcemy z wami dyskutować o wielkich problemach Ojczyzny (...) Precz!" Freycinet i jego ministrowie z obawy przed gniewem ludu chyłkiem uciekali z Pałacu Burbońskiego (siedziby rządu Republiki Francuskiej). Clemenceau był też bardzo opryskliwym człowiekiem i często łajał ludzi za byle co, ale był doskonałym mówcą i nie można mu było odmówić wielkiego politycznego talentu i krasomówstwa. Niektórym jednak działał na nerwy i częstokroć był... wyzywany na pojedynki. Potem wielu tego żałowało, gdy okazywało się że Clemenceau jest zarówno doskonałym strzelcem, jak i po mistrzowsku włada szpadą. Swój temperament udowodnił podczas I Wojny Światowej, gdy jako premier wizytował w 1918 r. okopy (ku zdumieniu żołnierzy, którzy nie mogli się nadziwić co ten dobiegający osiemdziesiątki staruszek tu robi, zamiast siedzieć w ciepłych pieleszach swego urzędu). W pewnym momencie wychylił się on zza okopów i wtedy niemiecki snajper oddał strzał blisko jego głowy. Clemenceau nie namyślając się długo, wyciągnął z poły swego płaszcza pistolet i wspiął się ku górze rzucając się z furią w kierunku okopów nieprzyjaciela. W porę go jednak powstrzymano, chwytając za płaszcz i ściągając na ziemię, ale sam fakt iż nawet w wieku starczym posiadał żywy temperament, był iście dobitny. Znane są też anegdoty z jego udziałem, jak choćby ta na przyjęciu u monsieur Sarrien'a, który pokazując mu różne rodzaje alkoholi zapytał: "Co pan bierze?", on zaś odparł: "Sprawy wewnętrzne". Clemenceau był też bardzo lakoniczny i powtarzał że dobra przemowa powinna był przede wszystkim... krótka.


GEORGES CLEMENCEAU 



Drugim francuskim "jastrzębiem wojny" był zaś prezydent Republiki - Raymond Poincaré. Jego niechęć do Niemców przekraczała nawet sławne powiedzonka Clemenceau o tym, iż: "należy Szwabom porządnie skopać tyłki" i można stwierdzić że była to wręcz prawdziwa nienawiść. Gdy był jeszcze dzieckiem, widział klęskę Francji w 1870 r. na własne oczy. Pamiętał też ucieczkę z rodzinnego domu w Bar-le-Duc przed zbliżającymi się Niemcami i późniejszą okupację po powrocie. W jego domu (jak i w wielu innych w Lotaryngii) ulokowali się niemieccy żołnierze, a on (jako młody chłopak) pisał: "Dom pełen wstrętnych żołdaków. Jeden rysuje na naszym kredensie czaszkę i skrzyżowane piszczele, drugi pluje nam, niczym Kozak, do garnka z duszonym mięsem. W każdej chwili czujemy się obserwowani. Wiemy, że rozważają nasze słowa, śledzą gesty". Po zakończeniu okupacji i opuszczeniu Francji przez niemieckie wojsko (1873 r.) Poincaré pisał: "Jaki cudowny był dzień, kiedy wszystkie dzwony odezwały się na znak, że ostatni żołnierz opuścił miasto, kiedy wszystkie radosne domy rozkwitły powiewającymi flagami". Do końca życia pozostał wrogiem Niemiec i stał na stanowisku, że z Berlinem nie wolno się układać, a utracone w wojnie (1870-1871) ziemie, należy odzyskać za wszelką cenę. Czuł się osobiście mocno dotknięty hańbą Francji i jej "okaleczeniem" poprzez odebranie Alzacji i Lotaryngii. No cóż, gdyby Poincaré przyszedł na świat w Marsylii albo w Nicei, może jego stosunek do Niemców byłyby inny - może!


RAYMOND PIONCARÉ



Warto też wspomnieć o Brytyjczykach. Zwolennikiem wojny światowej był za Kanałem La Manche lord marszałek Horatio Kitchener (ten zwolennik analnego rozdziewiczania pokojówek, które ze strachu zamykały się przed nim na klucz. Notabene Kitchener pozwalał sobie nawet na takie zabawy wśród pokojówek swych znajomych, np. podczas bali lub oficjalnych rautów, potrafił gonić półnagie dziewczyny po całym domu - pisząc o nim, zawsze mi się przypomina ta jego słabość). To właśnie jego twarz widniała na plakacie rekrutacyjnym, skierowanym do brytyjskich mężczyzn z sierpnia 1914 r. z wielkim napisem "Chcę ciebie. Dołącz do armii swego kraju. Boże ocal króla". Innym sławnym i wpływowym Brytyjczykiem, który opowiadał się za włączeniem Wielkiej Brytanii w wojnę z Niemcami i Austro-Węgrami, był Irlandczyk z pochodzenia sir Henry Wilson. Ten przystojny, czarujący mężczyzna, który potrafił wokół siebie zebrać tabuny kobiet (zarówno młodych panien jak i starszych matron), opowiadając im np. o Francji, a nawet obiecując zabrać którąś na letni wypoczynek do Paryża (lubił też przejażdżki rowerowe po północno-zachodniej Francji) - jako kierownik departamentu operacji wojskowych, opracował (w 1911 r.) ciekawy plan wojenny. Przede wszystkim przewidział prawie bezbłędnie przyszłą mobilizację Niemiec, liczbę dywizji i kierunki ataku. Stwierdził że Niemcy uderzą na Belgię i stamtąd wyprowadzą swój atak na północną Francję. Uznał że Wielka Brytania powinna przerzucić przez Kanał ok. 100 000 żołnierzy (co najmniej 5 dywizji). Plan został przyjęty, ale w roku, w którym Wilson go opracował doszło do konfliktu z Lewisem Harcourtem (ministrem do spraw kolonii) i jego ugodową frakcją w rządzie (który pieklił się że go nie zaproszono na naradę), oraz aferą z przygotowaniem floty wojennej do działań zbrojnych (admiralicja uznała że nie jest w stanie w tempie założonym przez Wilsona, przerzucić Brytyjski Korpus Ekspedycyjny do północnej Francji). Ale w te szczegóły nie będę się już wgłębiał.


HORATIO KITCHENER



Powiedzmy też o kilku głosach przeciwnych wojnie. Pierwszą osobą, która jawnie opowiedziała się przeciwko zbliżającej się masakrze, był... Rasputin. Ten najbardziej zagadkowy i wpływowy rosyjski mnich i doradca carskiej rodziny, przestrzegał cara Mikołaja przed pochopnymi krokami zmierzającymi ku wojnie. Rasputin - człowiek o długiej brodzie i hipnotyzującym spojrzeniu, który uważał się za świętego starca ("starieca") i otaczał się tabunami kobiet, z którymi potem uprawiał seks (on sam, będąc synem chłopa, wybierał do swego łoża arystokratyczne damy, które prosiły go o błogosławieństwo, całowały jego dłonie, stopy i... co tylko zechciał. To dla niego stroiły się w przepiękne suknie i z radością dla niego rozchylały swe uda), przestrzegał cara Mikołaja II ("Nikiego"- jak go wówczas nazywano), pisząc: "Drogi Przyjacielu! Powtarzam raz jeszcze, straszliwa burza grozi Rosji. To nieszczęście. Niewypowiedzianie wiele cierpienia (...) Całe morze łez. A ile krwi? (...) Wiem, że wszyscy żądają od ciebie wojny, nawet ci, którzy są wiernie oddani, oni nie rozumieją, że śpieszą do zguby (...) Ciężka będzie kara od Boga. Wszystko utonie w morzu krwi". W innym zaś liście do cara pisał: "Jesteś carem, ojcem narodu. Nie pozwól, by szaleńcy zatriumfowali i siebie samych oraz lud pchnęli do zguby! Może i Niemcy zostaną pokonane. Ale co będzie wtedy z Rosją? Jeśli się zastanowić, nigdy nie było tak wielkiego męczeństwa. Rosja tonie we krwi. Wielkie jest nieszczęście, bezgraniczna żałość".


GRIGORIJ RASPUTIN
 


Również cesarz Wilhelm II wykazywał oznaki niechęci do tej wojny (zresztą podobnie jak car Mikołaj II czy cesarz Franciszek Józef I). 26 lipca 1914 r. po otrzymaniu depeszy od swojego ambasadora w Petersburgu, hrabiego Pourtalesa (w którym przedstawiał on spotkanie ministra Siergieja Sazonowa i ambasadora Austro-Węgier hrabiego Szaparyego, jako spotkanie dwóch panów, którzy przy lampce wina rozmawiali jak starzy przyjaciele i wyjaśnili sobie wszelkie drażliwe kwestie), niemiecki kajzer miał rzec: "Kapitalne osiągnięcie, w ciągu zaledwie czterdziestu ośmiu godzin! (...) Wspaniałe moralne zwycięstwo Wiednia; ale przez to wszystkie powody do wojny znikły (...) Po czymś takim w ogóle nie powinienem był wydawać rozkazu mobilizacji". Potem, gdy okazało się że jednak groźba wojny nie została rozwiana, Wilhelm II pisał do cara Mikołaja II: "Cały ciężar decyzji spoczywa teraz wyłącznie na Twoich barkach i to Ty będziesz musiał ponieść odpowiedzialność za pokój czy wojnę". Car miał też (być może pod wpływem presji) rzec do członków swego sztabu: "Nie wezmę odpowiedzialności za tę potworną rzeź", ale cała Stawka była za wojną, a gen. Suchomlinow stwierdził, że rozkaz mobilizacji raz wprawiony w ruch, nie może już zostać odwołany. I nie został. Tak rozpoczęła się krwawa masakra z której popiołów powstanie wiele nowych państw Europy w tym Republika Niemiecka, zwana Weimarską, którą to zajmę się już bezpośrednio w następnej części. 


PS: O nadchodzącej wojnie pisał także Włodzimierz Lenin w swym liście do Maksyma Gorkiego z 1913 r.: "Wojna między Austrią a Rosją bardzo by się przydała rewolucji, lecz mało prawdopodobne, by Franciszek Józef i Nicky wyświadczyli nam tę przyjemność". Mówił o niej również papież Pius X. W 1912 r. po wybuchu I Wojny Bałkańskiej na pytanie swego sekretarza: "To pewnie zaczyna się już ta wojna, o której wielokrotnie mówiłeś?". Papież na to odparł: "Nie. Ona zacznie się dopiero w 1914 r.", zaś w maju 1914 r. żegnając ambasadora Brazylii w Rzymie, papież powiedział: "Jakież ma pan szczęście, że nie zobaczy strasznej wojny, która wybuchnie wkrótce w Europie". Skąd papież wiedział o wybuchu I Wojny na długo nawet przed nastaniem okoliczności, które do tej wojny doprowadziły? Przecież nawet po zamachu sarajewskim z 28 czerwca 1914 r. na arcyksięcia Franciszka Ferdynanda, wciąż nie było pewności co do wybuchu wojny, a szef sztabu Serbii... pojechał sobie na urlop wypoczynkowy do Austro-Węgier (gdyby już wówczas istniał stan pogotowia wojennego, taki urlop nie byłby możliwy). Odpowiedź na to pytanie jest bardzo trudna, ale można zaryzykować stwierdzenie, że papież Pius X był jednym z "wtajemniczonych" "prometejczyków", takich jak choćby hrabia Bogdan Hutten-Czapski (polski arystokrata, poddany i przyjaciel cesarza Wilhelma II, który był autorem planu przewiezienia przez Niemcy Lenina do Rosji w 1917 r.), Alexander Parvus (autor planów rozbicia Rosji według starej koncepcji z końca XVIII wieku, autorstwa adiutanta Napoleona Wielkiego - brygadiera Józefa Sułkowskiego - tyż Polak 😉), Feliks Dzierżyński ("wspaniałym kumplem był dla nas Felek" i póki żył, Polska nie musiała się obawiać sabotażu ze strony Sowietów - doprawdy słowa te nie są wcale przesadzone, choć mogą budzić zdziwienie lub nawet zgorszenie, ale o "krwawym Felku" jeszcze napiszę). 


PAPIEŻ PIUS X




FELIKS DZIERŻYŃSKI






I oczywiście Józef Piłsudski, który bez wątpienia także należał do grona "wtajemniczonych". Ferdynand Goetel tak pisał po latach: "Pewnego dnia pojawił się nadzwyczajny dodatek z wiadomością o wymianie not między Austrią i Rosją i mobilizacji kilku okręgów rosyjskich. Ktoś z dowództwa strzeleckiego pchnął mnie z tym dodatkiem do Komendanta. Mieszkał wówczas Piłsudski na Starej Polanie, w biednej i podrzędnej dzielnicy Zakopanego. Mieszkanko zajmował małe. Wchodziło się do niego przez kuchnię. Tam w izbie niedużej, zadymionej, oświetlonej lampą naftową zastałem wodza szumnie nazwanej "siły zbrojnej polskiej" z książką w ręku i przy szklance herbaty (...) Przybycie moje nie zrobiło na Piłsudskim wrażenia. Przeczytał wiadomość, rozłożył na stole mapę Rosji i wodząc po niej palcem, rzekł: - To nie wskazuje na wojnę. Spójrzcie, które gubernie mobilizują. Żadna na pograniczu Austrii. Pogróżka i tyle". W twarzy mej musiał dostrzec rozczarowanie, gdyż poklepał mnie po ramieniu i dodał: - Nie martwcie się. Wojna będzie!" Nie był to oczywiście jedyny taki przykład, wystarczy porównać sobie to, co Piłsudski mówił jeszcze w lutym 1914 r. w Paryżu o przyszłej wojnie ("Zwycięstwo w tej wojnie będzie szło z Zachodu na Wschód. Najpierw Niemcy i Austro-Węgry pobiją Rosję, a potem Francja i Wielka Brytania, lub Francja, Wielka Brytania i Stany Zjednoczone pokonają Niemcy i Austro-Węgry") - czyż się nie sprawdziło? W całej okazałości. Poza tym jeszcze w 1915 r. do swoich legionowych towarzyszy broni miał Komendant mówić dość dziwne słowa, które brzmiał tak: "Rewolucja w Rosji mi się spóźnia" - tak, jakby to wszystko to była przez kogoś z góry zaplanowana gra taktyczna, która w konsekwencji miała doprowadzić do rozbicia Rosji, Austrii i klęski Niemiec, oraz powstania nowych państw w Europie (w tym odrodzenia się Niepodległej Polski). Tak właśnie działała (m.in.) prometejska konspiracja. 


 JÓZEF "ZIUK" PIŁSUDSKI






Niestety, potem siły, które doprowadziły do wywołania I Wojny Światowej i odrodzenia się dzięki temu wielu nowych państw w Europie, doprowadzą również i do wywołania II Wojny Światowej (choćby w celu likwidacji brytyjskiego, francuskiego czy holenderskiego imperium kolonialnego), wzmacniając w tym celu tym samym hitlerowskie Niemcy i stalinowski Związek Sowiecki. Naszym nieszczęściem był fakt, że... akurat znaleźliśmy się w strefie zgniotu tych dwóch wzmocnionych mocarstw. Piłsudski wiedział (lub zdawał sobie doskonale sprawę) jak to się dalej potoczy i całe życie dążył do zbudowania systemu, który moglibyśmy nazwać Międzymorzem. Gdy to się nie udało, pozostało albo uderzyć na Niemcy (wojna prewencyjna roku 1933 r.), albo "uciec do przodu" i kupić sobie kilka lat pokoju, jednocześnie zbrojąc się i wciągając do wojny największe europejskie mocarstwa: Francję i Wielką Brytanię. To się udało, więcej w tej sytuacji geopolitycznej w jakiej się Polska znalazła nie można było osiągnąć - i nie uczyniłby tego żaden geniusz geopolityki. Dlatego też jak słyszę słowa tych wszystkich domorosłych mądrali, którzy wiedzą lepiej jak powinno się wówczas układać sojusze i krytykują np. marszałka Edwarda Rydza-Śmigłego za to, że opuścił Polskę we wrześniu 1939 r. to ja się zapytam: "A co miał zrobić? pięknie zginąć, abyście mogli go wówczas uznać za godnego Polski? To nie my w czasie wojny mamy ginąć, tylko nasz wróg. Książę Józef Poniatowski w kampanii roku 1809 również oddał Austriakom Warszawę, a następnie wkroczył do Galicji i wyrwał im tą ziemię. Taki zresztą był plan: pierwszy etap ewidentnie przegraliśmy, ale przecież mieliśmy wrócić tutaj zwycięzcy. I to się udało, tylko że nie w tych konfiguracjach jakie zakładano. Wróciliśmy, ale na sowieckich tankach, zamiast przy wsparciu Francuzów i Brytyjczyków. Poza tym ci, którzy krytykują nasze sojusze w roku 1939 chyba nie mają rozumu, jako że Polska wówczas zawarła przymierze wojskowe z najpotężniejszymi imperiami Europy i Świata, jeśli więc nie z nimi, to z kim wówczas mieliśmy się sprzymierzyć? z Berlinem, z Moskwą? Albo może z Burkina Faso? 😑


CDN.

21 września 2025

WIELKA WOJNA NA WSCHODZIE - Cz. VI

OSTATNIA WOJNA 
HELLEŃSKIEGO ŚWIATA





EGIPT PTOLEMEUSZY
(RETROSPEKCJA)
Cz. VI




 Polityka Lacedemonu po 404 r. p.n.e. i zwycięstwie w długiej wojnie z Atenami oraz ich sojusznikami ze Związku Morskiego, polegała na całkowitej hegemonii nad "wyzwolonymi" ateńskich okowów miastami Hellady. Oczywiście charakter spartańskiej i dominacji ulegał pewnym zmianom, fluktuacjom, ale był niepodważalny przez kolejne 33 lata, jakie minęły od zakończenia wojny peloponeskiej (pierwotnie spartański generał Lizander - o którym więcej pisałem w poprzedniej części - narzucał nie tylko pokonanym polis rządy oligarchów, ale przede wszystkim bardzo ograniczoną kilku lub kilkunasto, ewentualnie kilkudziesięcioosobową klikę rządzącą danym miastem, która była całkowicie podporządkowana interesom Lacedemonu. Takie reżimy wprowadzono w Atenach, Tebach, Koryncie, Elidzie i wielu innych polis. Elida bodajże została ukarana przez Spartę jako pierwsze miasto już po zakończeniu wojny, a powodem tego była odmowa Elidyjczyków przywrócenia zawodników Lacedemonu do Igrzysk Olimpijskich - Elida, na którym to terenie znajdowała się Olimpia, wykluczyła Spartę z Igrzysk już w roku 420 p.n.e. Poza tym Elida udzieliła również schronienia demokratycznym wygnańcom z Aten po 404 r p.n.e. Lacedemończycy nie mogli tolerować takiej próby podważania ich hegemonii, dlatego też wystosowali ultimatum w stronę Elidy, żądając aby  Elidyjczycy udzielili autonomii periojkom, mieszkający na południe i na wschód od samego miasta Elida. Był to oczywiście jedynie pretekst do wojny, po którego odrzuceniu - co było do przewidzenia - Sparta zaatakowała Elidę (402 r. p.n.e.). Jednak wbrew temu co sądzono w Lacedemonie, ta wojna nie była wcale łatwa, trwała ponad dwa lata, I choć ostatecznie Elida musiała się poddać (400 r. p.n.e.) to jednak nie utraciła kontroli nad Olimpią, co najwyżej musiała zburzyć obwarowania portów w Fei i Kyllene, które to przeszły teraz pod kontrolę Lacedemonu, a także musiała wydać swoje okręty). Dominacja dekarchów (czyli rządów najczęściej dziesięciu oligarchów) ustanowionych przez Lizandra w kontrolowanych przez Spartę polis Hellady, bardzo szybko, bo już w 403/402 r. p.n.e. zostały zastąpione przez eforów (taki spartański rząd złożony z pięciu wybranych na rok urzędników) przez tzw.: patrioi politeiai (ustroje przodków), które były niczym innym, jak kolejną formą rządów oligarchicznych, z tym tylko że nie była ona już tak bardzo "skastowana" jak w projekcie Lizandra.

Jednak wymuszanie spartańskiej dominacji ukazywało niekiedy bardzo niepokojące tendencje, z którymi należało się uporać, jeśli chciano aby hegemonię Lacedemonu nad Helladą utrzymać. Już w drugim roku wojny w Elidzie (401 r. p.n.e.) Spartanie zażądali przysłania im wsparcia ze strony sojuszników, czyli Koryntu i beockich Teb (zwane również miastem o siedmiu bramach, dla odróżnienia od Teb egipskich - miasta o stu bramach), jednak oba te miasta odmówiły. W Koryncie oczywiście panowała oligarchia i miasto to (prócz tego jednego nieprzyjemnego zdarzenia) nie stanowiło większego problemu dla Lacedemończyków. Inaczej sprawa układała się z Tebami. Polis to było największym miastem Beocji, a co za tym idzie, zawsze miało tendencję do dominacji, a nawet podboju i całkowitej kontroli tamtejszych miast. Stworzony przez Teby Związek Beocki niczym się nie różnił od późniejszego Związku Morskiego pod hegemonią i kontrolą Aten (no, może był nieco mniej opresyjny). Powstał on prawdopodobnie (bo nie ma co do tego pewności) w latach 30-tych lub 20-tych VI wieku p.n.e. i od początku dominacja Teb była w tym Związku niepodważalna, a inne miasta musiały się z tym pogodzić. Nie wszystkie oczywiście dobrowolnie chciały wstąpić do Związku, niektóre trzeba było zmusić militarną presją. Gdy więc Tebańczycy chcieli zmusić do przystąpienia do Związku Beockiego mieszkańców Platei (miasta leżącego na południowy-zachód od Teb), ci zawarli sojusz z Atenami (519 r p.n.e.), przez co Tebańczycy musieli odpuścić, nie chcąc sprowokować większej wojny. Jednak ten akt swoistej "niesubordynacji" Platejczyków (oczywiście w rozumieniu mieszkańców grodu Kadmosa - czyli Tebańczyków), spowodował że stali się oni wzajemnie dla siebie śmiertelnymi wrogami. Rządząca w Tebach oligarchia już w roku 506 p.n.e. postanowiła rozwiązać ten problem i zdobyć Plateje, a co za tym idzie dokonać wyprzedzającego ataku na Attykę, aby Ateńczycy nie zdołali przyjść Platejczykom z odsieczą. Kampania roku 506 p.n.e. skończyła się klęską Teb i powrotem do dotychczasowego status quo. Te niepowodzenia (jak również różnice ustrojowe panujące w Atenach, Tebach i Platejach - gdzie również wprowadzono na wzór Aten demokrację), powodowały, że Tebańczykom coraz bliżej było do Sparty, choć nie zawarli oni z nią jeszcze żadnych przymierzy.

Gdy w latach 492-491 p.n.e. perscy posłowie objeżdżali greckie miasta, żądając podporządkowania się Królowi Królów na zasadzie przekazania przez poszczególne polis "ziemi i wody" (było to czysto formalne podporządkowanie, realnie te miasta nadal mogły rządzić się według własnych praw, a nawet mogły się bogacić, wysyłając swoje towary na ogromny rynek perskiego Wschodu, który docierał aż do rzeki Indus) Tebańczycy (jak i inni Hellenowie przystali na te żądania, widząc zapewne okazję do zbicia majątku w intratnym handlu "z Medami"). Niektórzy historycy sugerują, że to, co odbiło wówczas Ateńczykom, którzy odmówili przyjęcia tej - w zasadzie czysto symbolicznej - podległości Imperium Perskiemu, to była niechęć Aten do Teb, które już wcześniej podporządkowały się Królowi Królów. Odmowa Aten była wyjątkowa w greckim świecie, ale gdy wsparła je również Sparta swoją odmową, rozpoczęły się sławetne wojny grecko-perskie, które uczyniły z tych dwóch polis najpotężniejsze ośrodki Hellady. Po I wojnie perskiej (w roku 490 p.n.e.) wcześniej zawarte umowy z greckimi polis, stały się jakby tymczasowo nieaktualne (do kolejnej inwazji Persów). Po dekadzie obaw i przygotowań do kolejnej inwazji, ruszyła ona wiosną roku 480 p.n.e. i była znacznie potężniejsza i liczniejsza niż ta pierwsza. Gdy król Sparty Leonidas I wyruszył ze swą armią na przesmyk Termopile, wówczas jednym z kontyngentów który go wsparł, byli Tebańczycy, w sile 400 hoplitów. Jednak po klęsce w tej bitwie i ostatecznym zmiażdżeniu Greków przez niezliczone perskie zastępy, Tebańczycy wysłali do Króla Królów posłów, że gotowi są przystać na takie jak pierwotnie warunki, czyli podległości Imperium achemenitów, z zagwarantowaniem prawa do suwerennych rządów wewnętrznych, oraz możliwości zarobkowania poprzez sprzedaż własnych towarów na ogromnym rynku perskim. Persowie przystali na to i odtąd Tebańczycy wiernie im służyli (kontyngent tebański walczył po stronie Persów w przegranej przez nich w bitwie pod Platejami w 479 r. p.n.e. Notabene Plateje zostały zniszczone przez Persów jeszcze w roku 480 p.n.e., a ludność stamtąd zbiegła na Parnas i do Amfissy). Po klęsce Persów i wycofaniu się ich z Grecji, a następnie ofensywie ateńsko-spartańskiej na wyspy i wybrzeża Morza Egejskiego oraz Azji Mniejszej, wszystkie polis, które skompromitowały się podległością Królowi Królów, były uważane za pariasów, niegodnych imienia Helenów. Ten los dotknął również Teby, którym odebrano (po roku 479/78 p.n.e. dominację w Związku Beockim).




Gdy jednak wybuchł konflikt pomiędzy Atenami a Spartą o przewodnictwo nad Helladą i gdy doszło między tymi polis do otwartej piętnastoletniej wojny (w roku 460 p.n.e.), Tebańczycy mieli nadzieję że ich los wreszcie się odmieni. Po zwycięstwie Lacedemończyków w bitwie z Ateńczykami pod Tanagrą w 457 r p.n.e., ci postanowili przywrócić Tebańczykom przewodnictwo w Związku Beockim, ale... nie trwało to długo. Ateńczycy bowiem się przegrupowali i po dwóch miesiącach ponownie ruszyli do boku, a następnie w bitwie pod Enofytą (w tym samym 457 r p.n.e.) odnieśli zwycięstwo, pokonując Tebańczyków i ich sojuszników ze Związku Beockiego. Ateńczycy teraz zdobyli Teby i zburzyli ich mury miejskie, a następnie przez kolejne dziesięć lat kontrolowali całą Beocję, Fokidę i Lokrydę Opuncką (w Tebach utrzymał się jedynie garnizon na wzgórzu Kadmei, będącej prawdziwą twierdzą nie do zdobycia). Teby i inne miasta Beocji kontrolowano poprzez zainstalowanie tam rządów demokratycznych, ale ostatecznie lud zbuntował się przeciwko podległej Atenom władzy, obalił demokratów w Tebach (i innych polis beockich) a następnie w bitwie pod Koroneą (447 r. p.n.e.) zwyciężył Ateńczyków i odzyskał suwerenność. Związek Beocki odrodził się znów pod dominacją Teb. Po zakończeniu 15-letniej tzw.: I wojny peloponeskiej i podpisaniu pokoju trzydziestoletniego w 445 r. p.n.e. niechęć pomiędzy Atenami a Tebami utrzymywała się przez cały ten czas, tym bardziej że Ateńczycy ponownie stali się rzecznikami suwerenności Platei. Gdy więc 431 r. p.n.e. wybuchła II wojna peloponeska pomiędzy Atenami (i ich sojusznikami ze Związku Morskiego) oraz Lacedemonem (i jego sojusznikami ze Związku Peloponeskiego), Tebańczycy natychmiast ruszyli przeciwko Platejom, aby ostatecznie je sobie podporządkować. Ponieważ nie byli w stanie zdobyć miasta, wysłano posłów, by wynegocjowali możliwość powrotu Platei do Związku Beckiego, ale mieszkańcy wymordowali owych posłów, a następnie - będąc już pewnymi że uzyskają azyl w Atenach - w marcu 431 r. p.n.e. wyprowadzili całą ludność z miasta i przenieśli się do Aten, gdzie osiedlili się pomiędzy Długimi  Murami (wybuch późniejszej zarazy jaka spadła na Ateny, był właśnie powodem tak wielkiej liczby różnych uchodźców - nie tylko z Platei, którzy rozbijali koczowiska na linii Długich Murów łączących Ateny z portem w Pireusie). W Platejach pozostawiono jedynie oddział 400 hoplitów i 110 kobiet (które zapewne miały przygotowywać im posiłek i opiekować się rannymi).


TEBAŃSCY HOPLICI



Tebańczycy wysłali armię do Platei, ale oblężenie ciągnęło się przez ponad trzy lata i ostatecznie miasto zostało zdobyte i spalone dopiero w 427 r. p.n.e. Ateńczycy (po wielkim zwycięstwie nad Lacedemonem pod Sfakterią w 425 r. p.n.e.) postanowili również uderzyć na Beocję i w roku następnym ruszyli z wielką armią, pewni swego (podobnie jak 33 lata wcześniej). Jednak w bitwie pod Delium (424 r. p.n.e.) ponieśli jedną z największych klęsk w czasie tej wojny (wielkim męstwem i bohaterstwem wsławił się w tej bitwie Sokrates, który dzielnie walczył w szeregach hoplitów, a następnie ratował rannych Ateńczyków, wynosząc ich w bezpieczne miejsce). W kolejnych latach Tebańczycy wiernie trwali u boku Sparty (chociaż po 421 r. p.n.e. dochodziło pomiędzy nimi do pewnych niesnasek) i konsekwentnie występowali przeciwko Ateńczykom zarówno na polu bitwy, jak również dyplomatycznie (działali np. w Tespiach, gdzie Ateńczycy mieli wielu zwolenników). W 412/411 r p.n.e. zdobyli Oropos (miasto na granicy Beocji i Attyki) i kontrolowali je aż do końca tej wojny, czyli do 404 r. p.n.e. gdy Oropos uzyskało niepodległość (na żądanie Sparty). To rzuciło pierwszą poważną rysę na wzajemnych stosunkach pomiędzy Tebami a Lacedemonem. Po zwycięstwie Tebańczycy byli jednymi z najbardziej gorliwych zwolenników całkowitego zniszczenia Aten, a ludność zamienienia w niewolników, lub też przeniesienia do innych, mniejszych polis. Lacedemończycy byli jednak temu zdecydowanie przeciwni i nawet najbardziej anty-ateński polityk ówczesnego Lacedemonu (czyli właśnie Lizander), nie był aż tak radykalny w swym przekazie. To była druga poważna rysa na stosunkach tebańsko-spartańskich. Tebańczycy pragnęli bowiem zniszczyć Ateny, widząc w nich stałe zagrożenie dla ich interesów w Beocji (przecież gdyby nie Ateny Plateje już dawno znalazłyby się w Związku Beockim i nie trzeba by było do tego używać aż tak drastycznych metod, jak całkowite zniszczenie miasta). Poza tym w ostatnich latach wojny (szczególnie zaś po zdobyciu przez Spartan ateńskiej twierdzy Dekelea w 413 r. p.n.e.) Tebańczycy (wraz z Lacedemończykami) harcowali po Attyce, grabiąc i niszcząc okoliczne wsie, a także zabierając stamtąd zbiegłych niewolników i ruchomości - teraz zaś nie chcieli tego zwracać. Spartański sprzeciw wobec zniszczenia Aten, a także coraz jaskrawsza lacedemońska hegemonia narzucana Grecji, ostatecznie poróżniły ze sobą te dwa, dotąd sojusznicze polis.


SOKRATES RATUJE RANNEGO ALKIBIADESA w BITWIE pod DELIUM
424 r p.n.e.



Gdy więc w Atenach władzę przejęło 30 Tyranów (czyli reżim zainstalowany tam w ramach lizandryjskich dekarchii), Teby były pierwszym miastem Hellady, które udzieliły schronienia demokratycznym uchodźcom z Aten z Trazybulem na czele (404 r. p.n.e.). Gdy zaś demokraci ostatecznie zwyciężyli i po krótkiej interwencji spartańskiej zawarto rozejm na zasadzie: liberalno-demokratyczny rząd w Atenach, oligarchiczny w Eleuzis (403/402 r. p.n.e.) Tebańczycy wykorzystali ten moment i na przełomie 402 i 401 r. p.n.e. ponownie opanowali Oropos. Tebańczycy wiedzieli że w sytuacji gdy Ateny zostały pokonane, a ich związek morski rozwiązany (i zanim ponownie odbudują swoją potęgę, to może minąć nawet kilkadziesiąt lat), Sparta zaś co prawda potężna i dominująca w Helladzie, ale jednak daleka, to wówczas nadarza się okazja, aby właśnie oni - na czele Związku Beckiego - przejęli dominację w tym regionie. Nic też dziwnego że dotychczasowe prospartańskie stronnictwo polityczne, jakie dotąd władało w Tebach, na którego czele stał niejaki Lontiades, straciło wpływy, a do władzy doszli przeciwnicy Sparty (oskarżani przez swych przeciwników politycznych o "attycyzowanie" - czyli prowadzenie polityki pro-ateńskiej, chodź w rzeczywistości była ona pro-ateńska tylko z pozoru, tak naprawdę opierała się głównie na chęci dominacji tebańskiej w Beocji, a także Attyce, Dorydzie, Fokidzie i Lokrydzie). Tej grupie przewodził niejaki Ismenias. Gdy tylko on i jego zwolennicy objęli władzę w Tebach (403 402 r. p.n.e.) ostatecznie drogi Teb i Sparty rozeszły się. Gdy więc w 396 r. p.n.e. król Sparty Agesilaos II (wybrany królem ok. 400 r. p.n.e. przy poparciu Lizandra, który sądził że będzie w nim miał wspólnika swej polityki) na czele 15 000 armii zamierzał wyruszyć do Azji Mniejszej na wojnę z Persją w obronie greckich miast małoazjatyckich (Lizander sądził, że w tych miastach uda się ponownie wprowadzić pro-spartańskich dekarchów), Teby i inne miasta Beocji, jak również Ateny oraz Korynt - odmówiły udziału tej wyprawie. Agesilaos (dobiegający wówczas pięćdziesiątki), tak się podniecił tą wyprawą, że uznał się za nowego Agamemnona, który prowadzi Achajów na świętą wojnę z Troją i podobnie jak tamten, zamierzał udać się do Aulidy, skąd okręty miały przewieźć go do Azji Mniejszej. Aulida leżała jednak w Beocji i gdy tylko władze Związku Beckiego dowiedziały się że król Sparty przebywa w Aulidzie i tam (wzorem swego bohatera z czasów wojny trojańskiej) składa ofiary bogom za pomyślność "wielkiej panhelleńskiej wyprawy przeciwko odwiecznemu wrogowi", wysłały ku niemu jeźdźców beockich, którzy zakazali dalszego składania ofiar, a te, które już zostały złożone, zrzucono z ołtarzy. Agesilaos - pałając ogromnym gniewem - nie mógł jednak nic zrobić, wsiadł na okręty wraz ze swą armią i odpłyną do Azji Mniejszej, ale nigdy, do końca swych dni nie zapomniał Tebańczykom i Beotom ich świętokradztwa.




Mówiło się również że to zachowanie Teban związane było z ogromną łapówką, jaką za pośrednictwem Timokratesa przesłał im satrapa Frygii Hellespondzkiej (która właśnie była atakowana przez Agesilaosa) Farnabazos II. Tebańczycy również doprowadzili do wybuchu wojny korynckiej w 395 r p.n.e. wspierając Lokrydę w walce z Fokidą. Tym samym Teby i Beocja wraz z Atenami, Koryntem, Argos i Persją oficjalnie znalazła się w stanie wojny ze Spartą i Związkiem Peloponeskim. Wojna toczyła się ze zmiennym szczęściem, na początku Lizander - skierowany do Beocji - zdołał przeciągnąć na stronę Sparty tamtejsze miasto Orchomenos (co groziło rozpadem Związku Beckiego), jednak szybka kontrakcja Teb i ich sojuszników przy wsparciu Aten, zadała Lacedemończykom klęskę w bitwie pod Haliartos (395 r. p.n.e.) w której to poległ sam sławny Lizander. Król Agesilaos został odwołany z Azji Mniejszej z nakazem szybkiego powrotu do Hellady. Przemierzył stały ląd wzdłuż północnych wybrzeży Morza Egejskiego z zamiarem zaatakowania Beotów od północy i w bitwie pod Koroneą (394 r. p.n.e.) odniósł zwycięstwo nad 20-tysięczną sprzymierzoną armią Beotów, Ateńczyków, Argijwczyków i Eubejczyków. Sukces był ewidentny, ale Agesilaos postanowił wycofać się na Peloponez i tak też się stało, co realnie przekreśliło jakiekolwiek korzyści z tego płynące (w drodze do Sparty Agesilaos odniósł jeszcze zwycięstwo w świetnej bitwie pod Nemeą nad połączonymi armii Koryntu, Aten i Teb w 394 r. p.n.e.). W 392 r. p.n.e. Lacedemończycy zaproponowali zakończenie tej wojny na warunkach autonomii wszystkich wysp i miast w Helladzie (a to oznaczało rozbicie Związku Beckiego) Tebańczycy odmówili. Kilka miesięcy później (392/391 r. p.n.e.) pojawiła się druga spartańska propozycja zakończenia tej wojny, na zasadzie utrzymania Związku Beckiego, pod warunkiem wszak, aby Orchomenos mogło się z tego Związku oderwać. Obecni w Sparcie przedstawiciele Teb zgodzili się ponoć na te warunki, ale po powrocie do swego miasta, nie uzyskali zgody członków Związku Beckiego, co spowodowało że wojna trwała dalej. W 391 r. p.n.e. młody ateński strateg Ifikrates na przylądku Lechajon nieopodal Koryntu, rozbił (na czele samych tylko lekkozbrojnych trackich peltastów), całą marę 600 doborowych spartańskich hoplitów. Wojna koryncka (bo tak się ona zwała) dobiegła końca w roku 387 p.n.e. gdy zawarto pokój pomiędzy Atenami, Spartą, Persją i innymi polis, na mocy którego dwa państwa wychodziły z tej wojny zwycięsko. Pierwszym była Persja, która po 9 z 10 latach ponownie wracała na wybrzeża Morza Egejskiego, podporządkowując sobie wszystkie greckie miasta i wyspy w Azji Mniejszej. Drugim państwem była Sparta, która choć oficjalnie tej wojny nie wygrała, dzięki pokojowi Antalkidasa (bo taką on nosił nazwę, od imienia perskiego posła, który ów dokument podpisał), stała się gwarantem jego utrzymania, a tym samym lacedemońska hegemonia nad Helladą stawała się bezdyskusyjna. Swoje ugrali również Ateńczycy, którzy stali się teraz jedynym obrońcą Greków na Morzu Egejskim, co umożliwiło im odbudowę Związku Morskiego (o czym pisałem w poprzednich częściach). Największym przegranym zaś bez wątpienia byli Tebańczycy.




Pierwotnie zamierzali oni zaprzysiąc ten pokój w imieniu całej Beocji, jako reprezentant Związku Beckiego, ale nie udzielono im takiej zgody, gdyż każde polis zaprzysięgać miało indywidualnie, przez swych przedstawicieli. Oznaczało to realnie osłabienie, a być może nawet rozbicie Związku Beckiego, dlatego też Tebańczycy odmówili podpisania tego pokoju. Gdy zaś na wiosnę 386 r p.n.e. Agesilaos przeprowadził mobilizację członków Związku Peloponeskiego, którzy mieli wyruszyć do Beocji aby ukarać Teby, ostatecznie Tebańczycy zgodzili się podpisać ów pokój, choć uczynili to z ciężkim sercem wiedząc, że to, co planowali jeszcze dziesięć lat wcześniej (czyli dominacja w regionie), właśnie rozpływa się jak sen srebrny Salomei (😉). Po podpisaniu pokoju Antalkidasa Związek Beocki realnie przestał istnieć. Plateje miały zostać odbudowane, a mieszkańcy tego miasta (którzy ponad 30 lat wcześniej schronili się w Atenach, a następnie uzyskali ateńskie obywatelstwo), mogli teraz wrócić do swego dawnego polis (młode pokolenie, które nie pamiętało rodzinnych stron, teraz przybyło do krainy pełnej ruin i musiało swą pracą odbudować miasto do dawnego znaczenia). Wolność uzyskało również miasto Oropos (jako ciekawostkę dodam tylko, że w tym samym czasie, na zachodzie w Italii miasto Rzym - które wówczas było jeszcze w dużej mierze drewnianą wioską z niewielkimi tylko murowanymi budynkami, którymi głównie były świątynie i to w okręgu Kapitolu - zdobyte zostało przez Galów przybyłych z północy pod wodzą Brennusa {387 r p.n.e}.. Miasto zostało zniszczone, ostał się jedynie umocniony rejon Kapitolu, którego obrońcy uniknęli śmierci dzięki świętym gęsiom kapitolińskim, które podczas nocnego ataku Galów ostrzegły obrońców swymi wrzaskami. Ostatecznie obrońcy Kapitolu musieli zapłacić za odejść się najeźdźców, a wszystko ważono na wielkiej wadze, na którą ostatecznie Brennus zrzucił jeszcze swój miecz z okrzykiem "Vae Victis!" - "Biada zwyciężonym!"). Teby zostały politycznie podporządkowane, a władzę w mieście przejęło znowu pro-spartańskie stronnictwo Leontiadesa. Polis to miało również wspierać Spartę w jej kolejnych wojnach. 


"VAE VICTIS!" - BRENNUSA 



CDN.
 

ZAPRZAŃSTWO JAKICH MAŁO! - Cz. VII

CZYLI HISTORYCZNA REFLEKSJA JAKO MEMENTO DLA WSPÓŁCZESNOŚCI POWSTANIE i WOJNA Cz. VII WŁADYSŁAW IV W MŁODOŚCI  Poselstwo na którego czele st...